Tajemnica Wenus - Snia Lleonart Dormu

Reflow text when sidebars are open.
17 maja 1510
Ojciec Sorvino i jego pomocnik przybiegli z kościoła Ognissanti, a gdy dotarli na miejsce, oparli się o framugę, by złapać oddech. Wezwano ich pilnie do umierającego mistrza. Duchowny zapukał do drzwi, ale nikt nie otworzył. Sorvino spojrzał na pomocnika i spróbował ponownie, tym razem z większą siłą.
Po chwili otworzyła im służąca.
- On umiera! - zawołała z przejęciem.
Smród dobiegający z wnętrza zmusił ich do zakrycia sobie nosów chusteczkami. Dziewczyna torowała im drogę wśród śmieci i biegających wokół szczurów. Odgarnęła sobie z czoła splątane włosy, chwyciła miotłę i zamachnęła się na jednego z gryzoni.
- Przeklęte bestie z piekła rodem! - krzyknęła, po czym wzięła zwierzę za ogon i wyrzuciła za okno.
Posłała mężczyznom uśmiech odsłaniający bezzębne dziąsła, a potem ruszyła dalej. W końcu zatrzymała się przed wejściem do jednego z pokoi.
- To tutaj - powiedziała i otworzyła drzwi.
Duchowny wszedł do ciasnej izby oświetlonej jedną świecą. Na łóżku spoczywało nieruchome ciało; z trudem rozpoznał twarz. Dziewczyna postawiła świecę na stoliku.
- Mistrzu, przybył ojciec Sorvino.
Mężczyzna poruszył się pod kocem i powoli otworzył oczy.
- Myślałem, że nie przyjdziecie... - powiedział z wysiłkiem.
Ksiądz przyjrzał się jego długim włosom i gęstej białej brodzie. Widok ten głęboko nim wstrząsnął.
- Alessandrze, jak się czujecie?
- Jestem bardzo zmęczony.
Mężczyzna zaczął kaszleć. Duchowny usiadł na krześle obok łóżka i się rozejrzał. Jego uwagę przykuły ściany przesiąknięte wilgocią oraz nieporządek panujący w pomieszczeniu. Ogarnęło go współczucie - niegdyś był świadkiem wielkości tego człowieka.
- Amadeo, zbliża się moja godzina - oznajmił pomiędzy kaszlnięciami umierający.
- Chcecie się wyspowiadać?
- Rozliczałem się z grzechów na bieżąco, a w ostatnich latach nie popełniłem ich wiele.
- Czego więc wam potrzeba?
- Muszę was prosić o przysługę... - Mężczyzna położył sobie dłoń na piersi. Każdy oddech był jak sztylet przeszywający go na wskroś. - Muszę dostarczyć pewnej osobie list.
- List? Komu?
- Synowi Simonetty, Alessandrowi Vespucciemu, gdy osiągnie dojrzałość.
Służąca podeszła i podała ojcu Sorvino zalakowaną wiadomość. Duchowny przeczytał wypisane na niej nazwisko, po czym włożył list między stronice Biblii, którą trzymał w dłoniach. Spojrzał na umierającego pytająco.
- Przed odejściem z tego świata muszę spłacić dług... Ona mnie o to prosiła... - Mistrz Alessandro zaczął znowu kaszleć. - Trzymałem też u siebie pewien obraz. Musicie mu dostarczyć obie te rzeczy.
Chory dostrzegł wahanie w oczach księdza. Nie bał się śmierci, tylko niespełnienia prośby. Podniósł ton głosu.
- Amadeo, obiecajcie mi, że się tym zajmiecie!
Sorvino skinął głową, a mężczyzna w końcu odetchnął z ulgą.
- Myślicie, że odnajdę ją tam, w górze? Ledwo pamiętam jej twarz.
- Bóg Ojciec otacza opieką wszystkie swoje stworzenia - odparł duchowny z łagodnym uśmiechem.
- Znowu będę mógł ją malować. Tam nikt mnie nie skrzywdzi - dodał starzec, unosząc zdeformowane chorobą ręce.
Ojciec Sorvino się wzdrygnął.
- Chciałbym was prosić o coś jeszcze. - Mężczyzna zakaszlał ponownie.
- O co takiego?
- Pragnąłbym spocząć w Ognissanti, blisko niej.
- Tak się stanie - odparł duchowny, kiwając głową.
Mężczyzna poczuł ulgę. Wiedział, że ojciec Sorvino dotrzyma słowa. Uśmiechnął się, zamknął oczy i już ich więcej nie otworzył.
Ojciec Sorvino położył mu dłoń na czole i uczynił znak krzyża.
- Requiescat in pace, synu.
Pozostał jeszcze chwilę w sypialni, aby pożegnać duszę zmarłego. Czuł głęboki smutek, że życie mistrza dobiegło kresu w takiej nędzy.
Kiedy wyszedł z pokoju, pomocnik natychmiast zauważył zmartwienie na jego twarzy.
- Ojcze, dobrze się czujecie?
- Pan obdarza niektórych cnotą, ale w zamian czyni ich nieroztropnymi. Nie myślą o końcu swojego życia i umierają w nędzy i osamotnieniu.
- Znał go ojciec?
- Cała Florencja go znała. Nazywał się Alessandro di Mariano di Vanni Filipepi.
- Sandro Botticelli? - zapytał zdumiony pomocnik.
- Zgadza się - potwierdził duchowny.
Ruszyli do wyjścia.
- Ojcze, nie zapomnijcie obrazu! - zawołała służąca, ciągnąc za sobą spore dzieło.
Duchowny spojrzał na dwie namalowane na obrazie postaci i przeszedł go dreszcz. Odwrócił się i krzyknął ze złością:
- Trzeba to czymś przykryć!
Służąca przyniosła prędko podarte prześcieradło. Gdy je rozłożyła, z wnętrza wypadł mały notatnik oprawiony w brązową skórę. Pomocnik podniósł go i ukradkiem schował w fałdach swojej szaty. Nakrył szybko obraz, aby uspokoić księdza, po czym zarzucił sobie dzieło na plecy.
- Ojcze, dlaczego nie chcecie, by było go widać? - zapytał z troską.
Duchowny milczał przez chwilę.
- Ten obraz może zniszczyć rodzinę Medyceuszy, a wraz z nimi całą Florencję - przyznał w końcu niechętnie.
Kiedy wyszli z budynku, spojrzał w niebo i przeprosił Boga, że nie zdoła dotrzymać obietnicy, którą przed chwilą złożył choremu leżącemu na łożu śmierci.
Tymczasem rozpętała się burza.
Pomocnik dotarł do domu po ósmej wieczorem, przemoknięty do suchej nitki. Ulewa złapała ich w drodze powrotnej, a ojciec Sorvino przed odejściem polecił mu zostawić obraz w kościele. Chłopak wiedział, że matka urządzi mu awanturę.
- Można wiedzieć, czemu wracasz tak późno? - zapytała, wstając od stołu, aby nalać mu do talerza zupę z parującego kotła. - Twoi bracia już dawno śpią!
Spojrzał na nią obojętnie. Był zziębnięty do szpiku kości. Zdjął mokre ubranie i podszedł do paleniska. Zapomniał o notatniku, który wypadł z kieszeni prosto w ogień. Kartki natychmiast się od niego zajęły. Chłopak rzucił się, by wyciągnąć notes z płomieni. Parzył sobie dłonie i jednocześnie starał się uważać, by ogień nie dosięgnął mokrego odzienia.
- Jak można być taką niezdarą! Jeszcze cię nie przyjmą do klasztoru! - strofowała go matka.
Puścił jej słowa mimo uszu, skupiony na ratowaniu notatnika. Usiadł przy stole, ostrożnie odłożył notes na bok i zaczął siorbać gorącą zupę.
Po posiłku poszedł do sypialni. Spojrzał na swoich młodszych braci, skulonych na łóżkach jak fretki. Już ich nie zobaczy. Przejrzał notatnik. W środku znalazł zapiski Botticellego o miłości, jaką darzył pewną damę, niejaką Simonettę Vespucci. Na ostatnich stronach ujrzał cztery jej portrety. Pogładził je palcem, poruszony ich pięknem.
Przed zaśnięciem wyrwał nadpalone kartki i schował je pod łóżkiem. Nazajutrz zabierze ze sobą notatnik do klasztoru. Nigdy nie miał żadnej książki - to będzie jego skarb.
21 marca 2023
Profesor Belletti zaparkował samochód przed żelaznym ogrodzeniem i resztę drogi prowadzącej do wejścia do pałacu pokonał pieszo. Był zdenerwowany - od jego ostatniego spotkania z hrabią minęło wiele lat. Wiedział, że hrabia potrafi być nieprzewidywalny. Spojrzał z podziwem na rząd stuletnich drzew oliwnych rosnących wokół posiadłości.
Wszedł do ogrodu i zobaczył hrabiego pochylonego nad krzakami róż przed główną fasadą budynku. Belletti miał na sobie jasne ubrania, a na głowie filcowy beret, który chronił go przed wiosennym słońcem. Zdejmował go co jakiś czas, by przeczesać siwe włosy. Zdziwiła go delikatność, z jaką duże i silne dłonie hrabiego obchodziły się z kwiatami. Pomyślał, że przez te lata nic się nie zmienił.
- Dzień dobry, Arnaldo - powiedział z powagą profesor.
Mężczyzna odwrócił się i spojrzał na niego swoimi małymi oczami. Ścisnął mocniej ogrodowe nożyce.
- Będę musiał porozmawiać z Aureliem, żeby zaktualizował listę zapraszanych osób - rzucił, odwracając się z powrotem do krzaków róż.
Profesor wysilił się na uśmiech.
- Widzę, że nadal jestem tu niemile widziany - powiedział, kręcąc głową. - Minęło sporo czasu, nie uważasz?
Hrabia spojrzał na niego ponownie. Belletti zawsze doprowadzał go do wściekłości. Czego znowu chce? Ostatnim razem zażarcie się pokłócili. Nigdy mu nie wybaczył, że nie uprzedził go o odejściu Grazieli. I tego, że próbował nim manipulować, by skorzystać na jego wypadku. A przecież kiedyś był jego najlepszym przyjacielem.
- Powiedz mi więc, Domenico, czemu zawdzięczam tę wizytę? - zapytał z irytacją.
- Masz coś przeciwko, żebym usiadł?
Hrabia powstrzymał się, by nie odprawić go z kwitkiem.
- Czy to coś zmieni, jeśli powiem, że tak?
Profesor był drobnym mężczyzną o poważnej twarzy, który wiecznie wyglądał na rozgniewanego. Przerzedzone włosy tylko dodawały mu lat. Położył beret na marmurowym stole i rozejrzał się po ogrodzie czarnymi jak węgiel oczami.
- Widzę, że posiadłość nie straciła nic ze swojej okazałości. Zawsze uważałem, że ten pałac robi największe wrażenie w całej Toskanii.
Hrabia spojrzał na niego z rosnącą irytacją.
- Domenico, chyba nie przyjechałeś tu tylko po to, by podziwiać pałac.
- Nie, oczywiście, że nie. Przyjechałem, aby zaproponować ci pewien projekt.
Hrabia mruknął coś pod nosem.
- Zamierzam zorganizować wystawę w Uffizi. Za rok przechodzę na emeryturę jako kierownik pracowni konserwacji i nie chciałbym zostawiać stanowiska, nie oddawszy należnego hołdu mistrzowi.
- Stanowiska, które, jak zapewne pamiętasz, zawdzięczasz mojej rodzinie - wtrącił hrabia, patrząc mu prosto w oczy.
Profesor pokręcił głową.
- Cały problem polega na tym, że według dyrektora Botticelli jest już wystarczająco znany i należy promować innych artystów. Wahałem się, czy cię o to prosić. Długo się namyślałem przed przyjazdem tutaj, ale wiem, że w tej kwestii zawsze byliśmy zgodni.
Hrabia zerknął na niego kątem oka, dalej przycinając róże.
- Potrzebuję twojego wsparcia finansowego, aby zapewnić Botticellemu należne mu miejsce w historii.
- Jakżeby inaczej - mruknął hrabia, myśląc o tym, że jego rozmówca zawsze próbuje coś dla siebie ugrać.
Profesor zrozumiał, że jego słowa nie wywarły oczekiwanego wrażenia, więcsię przysunął.
- Pomyśl, to będzie najbardziej imponująca wystawa Botticellego, jaką kiedykolwiek zorganizowano. Chciałbym zatrudnić najlepszych studentów, jakich miałem przyjemność uczyć. Dwoje z nich wyróżnia się prawdziwym talentem.
Mówiąc to, wyjął zdjęcie z kieszeni marynarki i pokazał je hrabiemu. Ten zerknął na nie obojętnie, lecz nagle pewien szczegół przykuł jego uwagę. Wziął fotografię do ręki. Nożyce wypadły mu z dłoni.
- Przecież to...
Profesor się uśmiechnął.
- Niewiarygodne, prawda?
- To niemożliwe! - wykrzyknął hrabia, biały jak papier, wpatrując się w zdjęcie.
- Przyjdź jutro do Uffizi. Wszystko ci wyjaśnię.
Profesor wziął beret ze stołu i zostawił wstrząśniętego hrabiego z fotografią w dłoniach. Przy bramie obejrzał się na pałac.
- Zawsze miałeś wszystko!
Nałożył beret i ruszył tą samą drogą, którą przyszedł.
20 czerwca 2023
Carla stała na balkonie, wodząc nieobecnym wzrokiem po rozłożystych lipach w Parku Turó. Mokre włosy muskały jej twarz, a drobne krople wody spływały po plecach delikatnymi, falującymi strużkami. Zawiązała pasek szlafroka i wystawiła twarz ku porannemu słońcu. Zamknęła oczy i na samo wspomnienie pieszczot Alexa poczuła dreszcz na skórze. Pochyliła się lekko nad barierką, dopóki nie poczuła oporu.
- Nie masz chyba zamiaru wyskoczyć?
Odwróciła się i zobaczyła Alexa, który patrzył na nią oczami w kolorze nocnego nieba. Zdążył się ubrać - miał na sobie białą koszulę i szarą marynarkę z kamizelką, czyli "strój na ważne sądowe sprawy", pomyślała Carla. Kiedy objęła go ramionami i pocałowała, wyczuła zapach pomarańczy i bergamoty z jego wody kolońskiej.
- Wiesz, że dzięki tobie jestem bardzo szczęśliwa? - szepnęła.
- Wiem tylko, że za tobą szaleję - odpowiedział i ją pocałował. Odsunął się, nie przestając patrzeć w jej miodowe oczy. - Wcześnie wstałaś.
- Chciałam poćwiczyć jogę przed pracą. Nie wiem, jak bym bez tego wytrzymała.
- Nie rozumiem, jak cztery pozycje na macie miałyby ci pomóc.
Carla spojrzała na niego z nadzieją, że któregoś dnia uda jej się go przekonać.
- Powinieneś kiedyś poćwiczyć ze mną - powiedziała, składając dłonie na wysokości piersi w geście namaste.
Alex parsknął śmiechem.
- Wiesz, że ja potrzebuję rakiety, piłek i przeciwnika do pokonania.
- Ty i te twoje głębokie przemyślenia...
Mężczyzna uśmiechnął się i poprawił sobie węzeł krawata.
- Królowo, jeśli chcesz, żebym cię podwiózł, musisz się ubrać. Nie mogę przegapić lotu do Madrytu. Mam dzisiaj wygłosić mowę końcową.
- Możesz być spokojny, na pewno wygrasz tę sprawę.
- Podpowiada ci to twoja wewnętrzna wiedźma?
- Tak - odparła, puszczając mu oczko.
Alex ponownie się uśmiechnął. Dobrze wiedział, że szósty zmysł Carli rzadko zawodzi.
- To bardzo ważna sprawa. Jeśli ją wygram, stary nie będzie miał wyjścia, będzie musiał pozwolić mi działać po swojemu - powiedział, po czym się odwrócił i wszedł do pokoju.
Był wysoki, miał szerokie ramiona i poruszał się pewnie. Carla obserwowała z tarasu, jak z niemal rytualną starannością pakuje do walizki koszule, krawaty i bieliznę. Każdy jego ruch był wyważony niczym perfekcyjnie rozegrana partia szachów. "Zupełnie jak przy pracy nad jakąś sprawą", pomyślała.
- Kochanie, idę po samochód - rzucił, kierując się z walizką do korytarza.
Carla weszła do pokoju i zdjęła szlafrok. Włożyła białą, podkreślającą opaleniznę sukienkę i brązowe sandały wiązane na kostce. Wytarła włosy ręcznikiem i pozwoliła im opaść luźno na plecy. Pomalowała usta czerwoną szminką i musnęła rzęsy czarnym tuszem. Z uśmiechem spojrzała na siebie w lustrze.
Gdy wyszła z sypialni, zobaczyła Alexa przeglądającego telefon.
- Myślałam, że jesteś już na dole.
- Sprawdzam wiadomości.
Popatrzył na nią. Jej długie kasztanowe włosy współgrały z migdałowymi oczami. Jego wzrok zatrzymał się na dekolcie obiecującym raj pod sukienką.
- Kiedy właściwie wpadłem na ten nieszczęsny pomysł, żeby lecieć do Madrytu?
Podszedł bliżej i pogłaskał jej ramię wierzchem dłoni. Carla zadrżała.
- Chyba będę musiał złapać następny samolot - mruknął, spoglądając na nią z pożądaniem.
- Ale przecież dziś musisz zamknąć sprawę!
- Ty jesteś moją sprawą.
Carla uśmiechnęła się i go pocałowała.
Pokonała ostatni odcinek schodów do MNAC-u 1 biegiem. Gdy dotarła na górę, zdążyła jeszcze zobaczyć, jak Porsche Alexa przecina Avinguda Maria Cristina w kierunku Plaça d'Espanya. Przed wejściem do budynku spojrzała na jego imponującą neoklasycystyczną fasadę i wieńczącą go monumentalną kopułę. Ten widok nigdy jej się nie znudzi.
Podeszła do punktu kontroli. Ochroniarz się do niej uśmiechnął, a Carla, jak co rano, pozdrowiła go i położyła torebkę na taśmie skanera. Potem skierowała się do szatni. Spojrzała na zegar nad szafkami i zobaczyła, że jest spóźniona. "Recasens mnie zabije", pomyślała. Otworzyła swoją szafkę, włożyła do niej rzeczy, narzuciła kitel i zebrała jeszcze wilgotne włosy w kitkę. Wkładając służbowe obuwie, przypomniała sobie o nudnym nadzorze sal wystawowych, do którego ją przydzielono. Początkowo miała nadzieję, że to chwilowe zajęcie, ale trwało już ponad dwa miesiące. Czuła, że się marnuje.
Postanowiła zajrzeć do pracowni konserwatorskiej i zobaczyć się z Pauem i Julią. Zaprzyjaźnili się jeszcze na studiach, ale odkąd wspólnie zaczęli pracę w MNAC-u, stali się nierozłączni. Z początku Pau i Julia mieli Carlę za rozpieszczoną i kapryśną jedynaczkę z dobrego domu - jej rodzice byli cenionymi chirurgami, pracowali w szpitalu klinicznym. Uroda i aura idealistki też nie działały na jej korzyść. Szybko jednak udowodniła, że jest kimś więcej, niż może się wydawać na pierwszy rzut oka. I przede wszystkim - że można na niej polegać.
Zastała ich pochłoniętych renowacją fresku z miasteczka Boí.
- Cześć, kochani! - rzuciła na powitanie.
Widząc, że są zajęci, poczuła lekkie ukłucie w żołądku.
- Twoja koleżanka cię szuka. Powiedzieliśmy jej, że jesteś w szatni, ale chyba nie uwierzyła - oznajmił Pau, unosząc głowę.
- Alex wyjeżdżał do Madrytu i zeszło nam dłużej, niż planowaliśmy - odparła z uśmiechem.
- Teraz rozumiem ten rumieniec na twojej twarzy - dodała Julia.
Carla przyjrzała się malowidłu.
- Nie wiedziałam, że już zaczęliście. Imponujące! - Pogładziła je delikatnie palcami. - Co mam zrobić, do cholery, żeby w tym muzeum pozwolili mi pracować przy renowacji?
- Mogłabyś nam pomóc z kolorem - zaproponowała Julia.
- Nigdy nie zajmowałam się malarstwem ściennym.
- To bardzo podobne do renowacji płócien. Malujemy etapami, zaprawa musi być wilgotna, żeby kolor dobrze się trzymał. We trójkę szybko byśmy się uwinęli. Tego argumentu Recasens nie będzie mogła zignorować.
- Zwłaszcza że to pierwsza renowacja fresku w MNAC-u i na pewno zależy im, żeby okazała się sukcesem - stwierdził Pau.
Carli zabłysły oczy.
- Byłoby cudownie! To babsko oddelegowuje mnie tylko do rutynowych prac, a najgorsze jest to, że nie wiem, czym sobie na to zasłużyłam.
- Właśnie w tym rzecz, że nie zrobiłaś nic złego - zauważył Pau.
- Co masz na myśli? - spytała Carla, marszcząc brwi.
- Czuje się zagrożona. Twoja praca nad Matką Boską Pokorną Fra Angelica zrobiła duże wrażenie. Recasens broni swojego stołka.
- Ja mam być dla niej zagrożeniem? - Carla pokręciła głową.
Powoli zaczynała rozumieć zachowanie swojej przełożonej. Odwróciła się, gdy usłyszała kroki za plecami.
- Pani Bas, cóż za przyjemność widzieć panią w naszym skromnym gronie!
Carla zesztywniała.
- Przepraszam za spóźnienie, samochód odmówił mi posłuszeństwa - skłamała.
Recasens obrzuciła ją badawczym spojrzeniem. Miała dziś na sobie spódnicę sięgającą za kolana, a włosy ciasno spięła w kok.
- Zapewne - powiedziała ostrym tonem. - Zapraszam do mojego gabinetu. Musimy porozmawiać.
Carla poczuła dreszcz na plecach. Popatrzyła na Paua i Julię, a potem posłusznie ruszyła za przełożoną. Recasens weszła do gabinetu, zamknęła drzwi i spojrzała na Carlę oczami jak u sowy. Dziewczyna zawsze czuła się przy niej zastraszona.
- Pani Bas, lubi pani swoją pracę? - zapytała szefowa z przekąsem.
- Oczywiście, że lubię! - pospieszyła z odpowiedzią Carla.
- Nic na to nie wskazuje. Niemal codziennie się pani spóźnia, a kiedy już zaszczyci nas swoją obecnością, myślami jest pani gdzie indziej.
Serce Carli zaczęło bić szybciej. Czuła, że adrenalina zalewa całe jej ciało.
- Po prostu nie rozumiem, dlaczego całymi dniami muszę się zajmować jakimiś rutynowymi pracami, a nie renowacją, którą uwielbiam! - wybuchła.
Recasens się skrzywiła.
- Kwestionuje pani moje decyzje? - zapytała ostro.
Carla przywołała w myślach pozycję wojownika z porannej sesji jogi. Postanowiła nie dać za wygraną.
- Chciałabym tylko zrozumieć, dlaczego zostałam odsunięta, skoro nie zrobiłam nic złego.
Recasens zrozumiała, że tym razem Carla się nie podda.
- Pani Bas, nie muszę się pani tłumaczyć ze swoich decyzji. Gdy uznam, że nadaje się pani do innego zajęcia, nie omieszkam o tym poinformować. A teraz proszę nie marnować mojego czasu i wracać do swoich zajęć, jeśli zależy pani na pracy w tym muzeum! - oznajmiła tonem wskazującym na przyzwyczajenie do wydawania poleceń, po czym gestem poprosiła o opuszczenie gabinetu.
Carla z trudem zachowała spokój, gdy mijała przełożoną przy drzwiach, stojącą jak na baczność. "Sfrustrowana karierowiczka", pomyślała i wyszła bez słowa.
1 Museu Nacional d'Art de Catalunya - Narodowe Muzeum Sztuki Katalonii (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
3 stycznia 1475
Żołnierze nie zwalniali tempa, a on przez całą drogę starał się dotrzymać im kroku. Niemal nie zauważył, kiedy minęli Bazylikę Świętego Wawrzyńca, potem skręcili w Via Ginori i zatrzymali się przed okazałym, zwieńczonym kamiennym łukiem portalem prowadzącym do pałacu Medyceuszy.
Strażnicy pozwolili im wejść do środka. Przemierzyli ogrody, zatrzymując wzrok na greckich i rzymskich rzeźbach, aż dotarli do dziedzińca z portykiem. Wszedł za żołnierzami po wielkich marmurowych schodach, podziwiając zarazem kolumny korynckie autorstwa Michelozza, które podtrzymywały całą konstrukcję. Nakazano mu zaczekać w imponującej sali dla gości, a on starał się uspokoić oddech po tym szybkim marszu. Przyglądał się tapiseriom i obrazom zdobiącym ściany. Wyobraził sobie wszystkich artystów, którzy czekali przed nim w tym pomieszczeniu. "Może w końcu i do mnie los się uśmiechnie", pomyślał.
Kiedy drzwi się otworzyły, wyłonił się zza nich Julian. Czarne włosy okalały jego twarz, podkreślając jej harmonijne rysy. Miał na sobie czerwony dublet z czarnymi skórzanymi zdobieniami na kołnierzu i na rękawach.
- Sandro, artysta, który olśnił całą Florencję! - powiedział, rozkładając ramiona w powitalnym geście.
Przybysza zaskoczył widok Juliana. Myślał, że to Wawrzyniec go wezwał.
- Dziękuję - odrzekł z uśmiechem.
- Mój brat Wawrzyniec jest pod wrażeniem waszego Pokłonu Trzech Króli. Wspaniałe dzieło, idealnie pasuje do kaplicy Lamy.
Te słowa dodały mu otuchy. Jego prace rzeczywiście zaczynały cieszyć się coraz większym uznaniem w mieście. Owo zlecenie pochodziło od Gasparego Lamy, bankiera i przyjaciela rodziny Medyceuszy. Coraz częstszą praktyką stawało się malowanie żyjących osób, więc Botticelli namalował Kosmę, Piotra i Jana Medyceuszy jako trzech króli składających hołd Dzieciątku Jezus. Z tyłu pojawili się Wawrzyniec i Julian, razem z artystami i humanistami z otoczenia Medyceuszy, włączając samego Sandra, spoglądającego z pierwszego planu na osobę podziwiającą obraz. Był dumny z tego dzieła, zwłaszcza że zapewniło mu ono przyjęcie do kręgu współpracowników i przyjaciół tej znakomitej florenckiej rodziny.
- Za trzy tygodnie zorganizujemy turniej, aby uczcić sojusz z Wenecją i Mediolanem. To przełomowy moment dla Florencji i Wawrzyńca. Mnie również nie może tam zabraknąć. Wezmę udział w pojedynkach razem z resztą rycerzy, jak kiedyś uczynił mój brat.
Botticelli nie rozumiał, dlaczego Julian mu o tym opowiada. Przyglądał mu się uważnie, gdy ten zdecydowanym krokiem podszedł do okna, a potem gwałtownie się odwrócił.
- Chciałbym, abyście namalowali sztandar, który ze sobą zabiorę. I chcę, by była na nim Simonetta Vespucci - oznajmił z błyskiem w oku.
Malarz się zdumiał.
- Ależ, messer 2... Simonetta jest mężatką... - powiedział zbity z tropu.
Julian wbił w niego wzrok.
- Nikt inny, tylko ona - podkreślił tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Sandro pomyślał, że to szaleństwo, jednak nie odważył się sprzeciwić temu życzeniu.
- Niech tak będzie... - przystał na prośbę. - Zastanowię się, w jaki sposób ją zaprezentować.
- Ufam, że oddacie sprawiedliwość jej urodzie. - Julian uśmiechnął się jak ktoś, kto zawsze stawia na swoim. - Mój sekretarz umówi spotkanie. Czy dobrze zrozumiałem, że wasza pracownia znajduje się niedaleko pałacu Vespuccich?
- Owszem, dom, który zamieszkuję, należy do ich rodziny.
- Wspaniale! A zatem nie ma co więcej strzępić języka.
Julian odwrócił się na pięcie, aby opuścić pomieszczenie. Jego służący natychmiast do niego dołączył i razem zeszli po schodach.
Sandro już miał wychodzić z pałacu, kiedy wpadł na swojego przyjaciela Poliziana, który podążał w widocznym pośpiechu za kilkoma żołnierzami.
- Wezwano mnie - oznajmił Poliziano, kiedy się mijali.
Botticelli pomyślał, że pewnie też na rozkaz Juliana. Czego mógł od niego chcieć?
W drodze powrotnej do swojej pracowni w dzielnicy Ognissanti Botticelli przeklął własnego pecha. Pokazał rodzinie Medyceuszy swój talent, a teraz Julian kazał mu malować sztandar. Wawrzyniec zapewne nigdy nie wystosowałby podobnej prośby.
Kiedy znalazł się na Via Servi, przypomniał sobie dzień, kiedy dowiedział się o istnieniu Simonetty. Było to na przyjęciu zorganizowanym przez Wawrzyńca z okazji ślubu Eleonory Aragońskiej i księcia Ferrary. Cała arystokracja i burżuazja z Florencji, z Medyceuszami na czele, zebrała się wówczas w ogrodach pałacu Lenzi.
Botticelli nigdy wcześniej nie brał udziału w podobnym wydarzeniu; dopiero co udało mu się wejść do kręgu artystów i intelektualistów cieszących się względami Medyceuszy. Florentyńczycy bawili się na brzegu Arna w rytm fletów i skrzypiec, a wśród nich wyróżniały się trzy nieziemskie nimfy: Simonetta Vespucci, Eleonora Aragońska i Albiera degli Albizi. Trzymały się ze ręce, wykonując taniec, w którym stawały się jeszcze piękniejsze i który sprawił, że cała Toskania oniemiała z zachwytu. Jedna z nich szczególnie przykuwała wzrok.
- Kto to? Wygląda jak Wenus! - zapytał oszołomiony Botticelli.
- To Simonetta, żona Marca Vespucciego, syna Piotra - wyjaśnił mu Poliziano.
Malarz nie mógł oderwać wzroku od twarzy o idealnie wyrzeźbionych rysach, od alabastrowej cery i korony złotych włosów, w których igrały promienie słońca. Spojrzenie Simonetty, jej słodki uśmiech, jej zwinne ruchy w tańcu - wszystko to sprawiło, że oczy całej Florencji zwróciły się na nią.
- Nigdy wcześniej jej nie widziałem - oznajmił zamyślony Sandro.
- Jest córką Gaspara Cattanea della Volty i Cattocchii Spinoli, pochodzących z dwóch najstarszych rodów Genui. Marco poznał ją, kiedy uczył się na bankiera.
W tym momencie podszedł do nich Julian, urzeczony urodą trzech tańczących dam.
- Tyle piękna! Aż dech zapiera - stwierdził, nie odrywając wzroku od Simonetty.
Botticelli uśmiechnął się, zadowolony, że Julian się do niego zwraca. Wcześniej miał tylko jedną okazję, żeby z nim porozmawiać - kiedy uwiecznił Medyceuszy na obrazie do kaplicy Lamy.
- Podzielam to zdanie, mój panie.
- Kim ona jest? - zapytał Julian.
- To Simonetta Vespucci - wyjaśnił ponownie Poliziano.
- Naprawdę? To żona Marca? - Julian nie mógł dać wiary.
- Myślałem, że ją znacie, panie. Simonetta była pod opieką żony waszego wuja Jana, która miała wprowadzić ją do socjety miasta - oznajmił Poliziano.
- Gdybym kiedyś ją widział, na pewno bym o tym nie zapomniał - stwierdził urzeczony Julian.
Kiedy Botticelli wrócił do swojego warsztatu, pomyślał, że to właśnie tej damie zawdzięcza zamówienie złożone przez Juliana. Nawet jeśli było mu to nie w smak, nie mógł odmówić - w końcu chodziło o jednego z Medyceuszy.
Nie wiedział jeszcze, że to zlecenie zmieni całe jego życie.
Kilka dni później w warsztacie Botticellego zjawił się służący i oznajmił mu, że odwiedzi go madonna Vespucci. Malarz czekał na nią od dwóch dni, przekonany, że już nie przyjdzie. "Tyle wysiłku w przygotowanie szkiców sztandaru na marne", żalił się w duchu.
Kiedy odwrócił głowę, zobaczył, jak wchodzi do jego warsztatu, spokojna i dumna ze swojej urody. Miała na sobie niebieską suknię z marszczeniem podkreślającym kształt piersi. Włosy, przyozdobione białą opaską, opadały jej na plecy niczym złote fale. "Istny anioł", pomyślał malarz.
- Wybaczcie mi, panie, to spóźnienie, ale zatrzymały mnie pewne sprawy rodzinne.
Przypatrzył się jej doskonałej twarzy i niebieskim oczom o głębokim spojrzeniu. Pod szerokim czołem nos opadał delikatną linią ku cienkim, wyraźnie zakreślonym ustom. Jej melancholijny uśmiech oszołomił go do reszty.
- Czy macie już jakiś pomysł na sztandar? - spytała, podchodząc bliżej.
W przejęciu cofnął się i przewrócił taboret. Simonetta roześmiała się i zakryła usta dłonią. Pomyślał, że na dobry początek nie mógł zrobić z siebie większego głupca. Zawstydzony, podszedł z nią do stołu, na którym leżały przygotowane wcześniej szkice.
- Pokażę wam, pani, o czym myślałem - zdołał wykrztusić, poruszony jej bliskością.
Ułożył je jeden obok drugiego, a Simonetta przypatrywała im się w ciszy. W jej obecności żaden z pomysłów nie wydawał mu się wystarczająco dobry. W końcu wskazała jeden.
- Ten mi się podoba.
Botticelli odetchnął z ulgą.
- Pallas Atena, bogini mądrości. Doskonały wybór, jeśli pozwolicie mi, pani, na tę uwagę.
- Czy nie będzie to jednak zbyt pretensjonalne? - zapytała Simonetta ze szkicem w dłoniach.
- Bynajmniej, madonno - przyznał, odurzony zapachem jej perfum.
Simonetta uśmiechnęła się i pomyślała, że choć przyszła do pracowni na prośbę męża, pozowanie dla Botticellego może okazać się dobrą zabawą.
- Świetnie. Możemy zatem zaczynać?
- Oczywiście... - odpowiedział, przytłoczony nadmiarem emocji.
Wskazał jej krzesło naprzeciw sztalug. Simonetta usiadła, a jej służka pospieszyła ułożyć fałdy sukni i odgarnąć kosmyk włosów opadający na twarz. Sandro obrzucił modelkę uważnym spojrzeniem - taki ogrom piękna niemal sprawiał ból.
Wziął do ręki kawałek węgla i zaczął ją rysować na płótnie. Jego ręka poruszała się z wprawą - kreska była czysta, precyzyjna, zdecydowana. Od razu zrozumiał, że dzięki niej osiągnie mistrzostwo. "Gdzie się ukrywałaś, Simonetto? Czekałem na ciebie cały ten czas".
Na chwilę zwrócił oczy ku niebu i podziękował Bogu, że sprowadził ją przed jego oblicze.
2 Włoski tytuł grzecznościowy, odpowiednik monsieur w języku francuskim i sir w języku angielskim.
20 czerwca 2023
Sala numer dwa w Sądzie Narodowym była pusta. Alex przyjechał przed czasem, aby zapoznać się z miejscem. Chciał rzucić okiem na budynek i z rękami w kieszeni zaczął się przechadzać po korytarzach, powtarzając w myślach strategię obraną na ostatnie sześć miesięcy trwania sprawy.
Był to trudny przypadek, a dowody przedstawiane przez prokuraturę - dosyć jednoznaczne. Policja już od ponad roku prowadziła śledztwo w sprawie narkotyków trafiających z Włoch do portów w Barcelonie, Walencji i na Ibizie. Śledczym udało się odnaleźć łącznika właśnie w katalońskiej stolicy. Był nim pochodzący z Sycylii właściciel sieci restauracji, w których rzekomo dochodziło do prania brudnych pieniędzy z handlu narkotykami. Oskarżano go o rozprowadzanie i sprzedaż kolumbijskiej kokainy w Europie. Kontenery z substancją przewożono statkami handlowymi z portu w Kalabrii do Walencji i Barcelony. Dla Alexa sprawa miała szczególną wagę, gdyż została mu powierzona osobiście przez ojca i jego wspólnika z kancelarii.
Alex był adwokatem z powołania i uważał, że każdy ma prawo do obrony. Pasjonowało go analizowanie różnych aspektów ludzkiego zachowania. Wykorzystywał swój spryt, by znaleźć luki w prawie i pomóc oskarżonym ostatecznie uniknąć odpowiedzialności. To dawało mu poczucie władzy. Kiedy nosił togę, odkładał na bok swoje przekonania, aby skupić się na jak najskuteczniejszej obronie klientów. Czasem ciążyło mu to na sumieniu, ale dobrze sobie z tym radził - lepiej niż wielu jego kolegów po fachu.
Asystentka sądowa otworzyła drzwi i do sali wszedł prokurator. Przywitali się chłodno, po czym usiedli naprzeciwko siebie z aktami sprawy. Alex poczuł zastrzyk adrenaliny. Następnie weszli sędziowie, a przewodniczący ogłosił początek rozprawy.
Jako pierwszy mowę końcową wygłosił prokurator. Przypomniał o istnieniu dowodów zebranych dzięki ponad rocznej współpracy hiszpańskiej i włoskiej policji, które przedstawił w trakcie postępowania i które stanowiły podstawę aktu oskarżenia. Wypowiadał się klarownie, rzeczowo i ze stanowczością. Nie omieszkał również wspomnieć o recydywie podejrzanego - za to samo przestępstwo był on już wcześniej sądzony we Włoszech. Prokurator wnosił o maksymalny wymiar kary pozbawienia wolności przewidzianej dla obu czynów karalnych: handlu narkotykami i prania brudnych pieniędzy. Po zakończeniu swojej mowy przekazał głos obronie.
Alex nie odezwał się od razu, tylko najpierw spojrzał na skład sędziowski. Następnie zakwestionował sposób, w jaki policja zdobyła dowody, oraz źródło informacji o przestępstwie. Przypomniał, że przedstawione materiały uzyskano od jednego z funkcjonariuszy włoskiej policji biorącego udział w poprzednim postępowaniu we Włoszech. Policjant ten poinformował, że z Kalabrii wywożono narkotyki w kontenerach, co umożliwiło hiszpańskiej policji ich konfiskatę na statku w Barcelonie. Alex zapewnił, że jego klient został oczyszczony ze wszystkich zarzutów, ponieważ dowody w sprawie pochodziły z nielegalnego źródła.
- Wysoki sądzie, całe postępowanie od początku opierało się na materiałach niezgodnych z literą prawa. Dlatego też wnoszę o unieważnienie przedstawionych dowodów.
Spojrzał ponownie na sędziów i porządkując dokumenty leżące przed nim na stole, dodał na koniec:
- Co do prania brudnych pieniędzy: opinie biegłych przedstawione przez firmę odpowiedzialną za audyt nie pozostawiają wątpliwości, że sieć restauracji przynosi dochody z legalnej działalności, a majątek mojego klienta pochodzi z legalnego źródła. Z tego właśnie powodu, wysoki sądzie, wnoszę o całkowite uniewinnienie oskarżonego.
Przed zakończeniem rozprawy głos zabrał jeszcze oskarżony, który oświadczył, że nie ma nic do dodania. Następnie przewodniczący składu sędziowskiego uznał przewód sądowy za zamknięty. Alex się uśmiechnął. Wiedział, że wygrał.
Tego samego popołudnia sekretarka muzeum oznajmiła Carli swoim pretensjonalnym głosem, że dyrektor chce z nią porozmawiać. Carla poczuła ucisk w żołądku.
- Proszę nie kazać panu Pladellorençowi na siebie czekać - usłyszała.
W windzie zastanawiała się nad powodami niespodziewanego wezwania. Nagle przypomniała sobie sprzeczkę z panią Recasens. "Dlaczego się po prostu nie zamknęłam?", wyrzucała sobie.
Stanęła przed drzwiami do gabinetu dyrektora z duszą na ramieniu, nie mając odwagi wejść. Zapukała dopiero po chwili.
Weszła do środka. Za ogromnym oknem rozciągał się widok na piękne ogrody w parku Joana Maragalla, z fontannami pałacyku Albéniz na pierwszym planie. Było to najbardziej słoneczne pomieszczenie na całym piętrze. Dyrektor uniósł wzrok znad komputera i lekko się uśmiechnął.
- Pani Bas, zapraszam, proszę usiąść! - powiedział, wskazując dłonią jedno z krzeseł przed biurkiem.
Choć serce waliło jej w piersi, nie odczuwała strachu w jego towarzystwie. Był powściągliwy i nieco ekscentryczny, ale Carla tłumaczyła to sobie artystycznym powołaniem. Nie pasował na dyrektora muzeum. Chodziły słuchy, że nie ma talentu do zarządzania i trudno przychodzi mu nawiązywanie kontaktów, ale nadrabia to pełnym oddaniem sztuce i instytucji.
Carla zmusiła się, by odwzajemnić jego uśmiech.
- Dostałem dziś telefon - oznajmił.
Miała wrażenie, że czas się zatrzymuje.
- Rozmawiałem z Domenikiem Bellettim, szefem działu konserwacji z Galerii Uffizi.
- Profesorem Bellettim? - zapytała Carla ze zdziwieniem.
- Zgadza się. Z tego, co zrozumiałem, był pani promotorem podczas Erasmusa, czy tak?
Uśmiech rozświetlił jej twarz.
- Tak. To było jedno z najlepszych doświadczeń w moim życiu.
Dyrektor poprawił dokumenty leżące na biurku i mruknął:
- Oczywiście, zapewne, z Florencją nikt nie może konkurować. Nie znam go osobiście, ale ma dobrą reputację i zdaje się prawdziwym pasjonatem malarstwa renesansowego. Obronił doktorat z włoskiego malarstwa z czternastego i piętnastego wieku.
Zamilkł na chwilę i delikatnie zsunął sobie okulary na nos, by lepiej jej się przyjrzeć.
- Do rzeczy. Organizuje w Uffizi wystawę Sandra Botticellego i chciałby, aby pani została zastępczynią kuratora wystawy. Bardzo sobie ceni współpracę z panią i twierdzi, że ma pani odpowiednie kompetencje, by przystąpić do projektu. Domyślam się, że pani studia magisterskie w Madrycie, z konserwacji i renowacji dzieł sztuki, również okazały się przydatne - dodał, ponownie skupiając wzrok na ekranie laptopa.
Carla siedziała osłupiała. Nie była w stanie wydusić z siebie słowa.
- To studia uznawane w całej Europie, prawda? - spytał jeszcze.
- Tak, to był jeden z powodów, dla których się na nie zdecydowałam.
- Rozumiem... Jeśli mogę być szczery, zaskoczyła mnie ta prośba. Tym bardziej w świetle raportów pani przełożonej. Ale cóż, przepuszczenie takiej okazji byłoby absurdem.
Carla poczuła ukłucie w żołądku. Nienawidziła tej kobiety.
- Ile dokładnie ma pani lat? - zapytał Pladellorenç.
- Dwadzieścia osiem.
- Z doświadczenia wiem, że okazje takie jak ta nie zdarzają się często. Zwłaszcza w tak młodym wieku. - Dyrektor zamknął laptop i ponownie skupił całą uwagę na niej. - A zatem zgadza się pani?
Carla nadal siedziała jak sparaliżowana.
- Ja... po prostu nie mogę w to uwierzyć.
- Może się pani uszczypnąć - powiedział dyrektor, wskazując dłonią swój gabinet. - Wszystko, co miało tu przed chwilą miejsce, wydarzyło się naprawdę.
Carla zrobiła głęboki wydech, aby pozbyć się napięcia, i poczuła, że wilgotnieją jej oczy.
- Jeśli przyjmie pani tę ofertę, wyjedzie pani na kilka miesięcy do Florencji i będzie pracowała w jednym z najlepszych muzeów na świecie, u boku profesora Bellettiego i jego zespołu. Szczegóły prześlą nam pisemnie, ale mogę zapewnić, że oferują godziwe wynagrodzenie i utrzymanie w czasie trwania projektu.
Radość wzbierała w niej z każdą chwilą. Kiedyś marzyła o powrocie do Uffizi, ale wydawało jej się to nierealne. Przypomniała sobie czasy Erasmusa i wysokie wymagania profesora Bellettiego. Nie było łatwo - czasem miała ochotę wszystko rzucić - ale dzięki temu jakość jej pracy znacząco się poprawiła. Te emocje znów ożyły.
- Postanowione - oznajmiła.
Dyrektor się uśmiechnął.
- Musimy poczekać na oficjalną ofertę. Będzie pani miała kilka dni na podjęcie ostatecznej decyzji. Porozmawiam z pani przełożoną, mam nadzieję, że wykorzysta pani tę szansę i przyniesie dumę MNAC-owi.
Carla przełknęła ślinę i pokiwała twierdząco głową. Miała ochotę go uściskać. Dyrektor skupił się na nowo na ekranie laptopa.
- Życzę pani miłego dnia.
Carla wyszła z jego gabinetu tak podekscytowana, że niemal płynęła w powietrzu. Nigdy by nie przypuszczała, że otrzyma taką propozycję. Skierowała się do windy i uśmiechnęła do swojego odbicia w lustrze przed naciśnięciem guzika.
Tego wieczora przy wyjściu dla pracowników muzeum czekała już na nią taksówka. Pau wyprzedził ją i otworzył jej drzwi. Carli trudno było się skupić na rozmowie z Julią, która zadawała jej mnóstwo pytań.
- Chyba cię nie wyrzucili, co? - W jej głosie słychać było zmartwienie.
- Skąd, przecież już by nam o tym powiedziała - odparł Pau.
- Dalej nie mogę w to uwierzyć. Najpierw ta kłótnia z Recasens, a potem spotkanie z Pladellorençem...
- Przestań nas trzymać w niepewności! Co ci powiedział? - dopytywała Julia.
- Nie uwierzycie. Zadzwonili do niego z Uffizi. Chcą, żebym wzięła udział w przygotowaniach do wystawy Botticellego, którą organizują.
- Naprawdę? - Pau odwrócił się z przedniego siedzenia.
- Tak, jeden z moich wykładowców z Erasmusa chce mnie w swoim zespole.
- Ten, który tak ci uprzykrzał życie? - zapytała Julia.
- Z czasem zrozumiałam, że chciał ze mnie wydobyć to, co najlepsze.
- Musiał być naprawdę zadowolony z efektów, skoro chce, żebyś pracowała z nim w Uffizi - zauważył Pau.
- To niesamowite! Kiedy miałabyś wyjechać?
- Powiedziałam Pladellorençowi, że się zgadzam, ale potem pomyślałam, że to oznacza wyjazd z Barcelony na jakiś czas.
- I w czym problem? - Julia wydawała się zaskoczona.
Carla nie odpowiedziała.
- Nie masz chyba wątpliwości z powodu Alexa? - dodała Julia.
- To będą co najmniej trzy, cztery miesiące - broniła się Carla.
Julia zagotowała się z gniewu.
- Dobrze, powiem ci to inaczej. Jak myślisz, ile czasu zastanawiałby się Alex, gdyby dostał podobną propozycję pracy? Pięć sekund?
Carla pokręciła przecząco głową.
- Jest nam teraz tak dobrze razem...
- Uffizi to twoje marzenie! - wybuchła Julia. Popatrzyła na Carlę, nie mając zamiaru zmienić tonu. - Wiesz, że Alex to nie moja bajka, ale nie mówię tego tylko ze względu na niego. Przecież czekałaś na taką okazję.
Carla spojrzała przez okno na nabrzeże portowe, które właśnie mijali.
- Może masz rację.
- Oczywiście, że ma rację! - wykrzyknął Pau, wskazując kierowcy drogę.
Po kilku minutach taksówka zatrzymała się przed Hotelem W.
- Gdzie my jesteśmy? Nie mieliśmy jechać na tapas? - zdziwiła się Carla.
- Trzeba uczcić to na całego!
Wysiedli z taksówki i ruszyli plażą do ogródka restauracyjnego przy hotelu.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej