Tajemnice dworu sułtana: Hatidże. Księga VII - Demet Altinyeleklioglu

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Hatidże

***

Wokół sza­lała prze­raź­liwa burza. O tej porze słońce powinno kryć się za wzgó­rzami na prze­ciw­le­głym brzegu, ale chmury dawno je pochło­nęły. Rybacy byli przy­zwy­cza­jeni do tego, że morze tak nagle się wzbu­rza. Pospiesz­nie zabrali się do zwi­ja­nia sieci. Jego ojciec, przy­kła­da­jąc dłoń do ust, krzy­czał do znaj­du­ją­cych się na sąsied­niej łodzi:

- Mario, pospiesz się! Adriano, zostaw kilka ryb!

W odpo­wie­dzi wiatr przy­wiał do nich głos męż­czy­zny:

- Zaj­mij się sobą, Armanno. Mam teraz zosta­wić sieci i wrzu­cać ryby do morza?

- Morze jest złe, a wściek­nie się jesz­cze bar­dziej.

- Niech się wścieka. Nie ruszę się stąd, dopóki nie wezmę swo­jej doli.

Tym razem ojciec zwró­cił się do syna:

- Trzy­maj się, Alek­san­drze.

W rze­czy­wi­sto­ści nie miał tak na imię. Był Alek­san­drem, odkąd stary pop opo­wie­dział im histo­rię Alek­san­dra Wiel­kiego. Kiedy ojciec nie zabie­rał go na morze, chło­piec chwy­tał za drew­niany miecz i dosia­dał konia zro­bio­nego z kawałka sta­rego wio­sła. On też, tak jak Alek­san­der, nazy­wał swo­jego rumaka Buce­fał. Kiedy koń sta­wał dęba, krzy­czał: "Szybko! Pędź, Buce­fale. Zabierz mnie na lądy, na któ­rych wscho­dzi słońce".

Jed­nak więk­szość jego życia upły­wała na łodzi, a nie na grzbie­cie Buce­fała.

Jeden z ryba­ków zaklął.

- Hej! - zagrzmiał Armanno. - Tu jest dziecko.

- I co z tego? - odpo­wie­dział męż­czy­zna. - Niech nauczy się, jak roz­ma­wiają męż­czyźni. Mój też jest tutaj.

Wła­ści­wie syno­wie wszyst­kich ryba­ków byli razem z nimi. Było to coś, czego Alek­san­der nie rozu­miał. Dla­czego ojco­wie, wybie­ra­jąc się na połów, zabie­rali ze sobą swo­ich synów? Dla­czego domy i łąki pełne róż­no­ko­lo­ro­wych dalii zosta­wały mat­kom i cór­kom? Tym­cza­sem on chciał dosiąść konia i pędzić na kolejne pod­boje.

Tak naprawdę lubił morze i wypły­wa­nie z ojcem łodzią, ale tak czę­sto wyru­szali na połowy, że miał już dość. Morze i fale były jego przy­ja­ciółmi. Nawet z nimi roz­ma­wiał, ale w snach widział bez­kre­sne łąki, nie­prze­byte góry i nie­od­kryte światy. "Zoba­czysz - mówił do spie­nio­nej, błę­kit­nej wody ude­rza­ją­cej o burtę - pew­nego dnia ja też będę miał konia jak Alek­san­der Mace­doń­ski. Praw­dzi­wego konia. Słońce pozaz­dro­ści bla­sku mojemu mie­czowi. On z Mace­do­nii, a ja z Pargi2. Wszy­scy będą opo­wia­dać o zwy­cię­stwach Alek­san­dra z Pargi i jego rumaka".

Ojciec wie­dział, co cho­dzi chłopcu po gło­wie. Ile­kroć zauwa­żał, że syn jest taki zamy­ślony, mawiał, uśmie­cha­jąc się:

- Hej! Zsia­daj z tego konia i mocno trzy­maj się liny.

Alek­san­der miał jesz­cze jed­nego przy­ja­ciela oprócz morza i fal. Towa­rzy­szył mu strach.

Morze było nie­prze­wi­dy­walne. W jed­nej chwili było gład­kie jak obrus roz­ło­żony na stole, a w dru­giej sza­lało jak opę­tane. Alek­san­der bał się morza. Szcze­gól­nie wtedy, gdy zry­wał się silny wiatr, a spo­kojne dotąd fale zaczy­nały gniew­nie ude­rzać w dziób łodzi.

I teraz wła­śnie tak było. Był prze­mo­czony do suchej nitki od ude­rzeń fal, które uno­siły łódź do chmur, po czym nagle ścią­gały ją w dół.

Nie wie­dział, czy ojciec pozna­wał to po tym, jak kur­czowo trzyma się relingu, czy sły­szał, jak mocno wali mu serce, ale Armanno natych­miast wyczu­wał jego strach.

- Posłu­chaj - powie­dział pew­nego dnia. - Spójrz mi w oczy, Alek­san­drze. Nie bój się. Ten świat nie jest dla tchó­rzy. Nawet jeśli się boisz, nie oka­zuj tego. Wszy­scy kie­dyś umrą - i tchó­rze, i boha­te­ro­wie. Różni ich tylko jedno: o tchó­rzach nikt nie pamięta, odcho­dzą w zapo­mnie­nie, jed­nak gdy umie­rają boha­te­ro­wie, ich sława pozo­staje żywa. Gdyby Alek­san­der Wielki był tchó­rzem, sły­szał­byś o nim? A o Han­ni­balu3?

Ach tak, oczy­wi­ście, był jesz­cze Han­ni­bal! Alek­san­der uwiel­biał słu­chać opo­wie­ści o nim. Był boha­ter­skim, nie­ustra­szo­nym i nie­prze­jed­na­nym wojow­ni­kiem. Tam­tej nocy, gdy opo­wia­dali, jak prze­kra­czał zaśnie­żoną gór­ską prze­łęcz, Alek­san­der nie zmru­żył oka. Han­ni­bal do świtu wyda­wał roz­kazy. "Ruszaj­cie! - krzy­czał. - Rzym czeka, żeby paść przede mną na kolana. Prze­puść­cie kar­ta­giń­skie sło­nie".

Długo nie mógł się zde­cy­do­wać, któ­rego z nich imię przy­brać - Alek­san­dra czy Han­ni­bala. Opo­wieść o Ceza­rze też była piękna, ale z jakie­goś powodu nie myślał, żeby nosić po nim imię. Może dla­tego, że ten przy­wódca był zbyt ślepy, żeby dostrzec zbli­ża­jącą się zdradę. Boże, jaką zasadzkę zasta­wili na niego jego naj­bliżsi, szcze­gól­nie cios wymie­rzony szty­le­tem Bru­tusa!

W końcu Alek­san­der pod­jął decy­zję i jako pierw­szemu obwie­ścił ją młod­szemu bratu:

- Od teraz będziesz nazy­wał mnie Alek­san­drem.

Póź­niej oznaj­mił to matce.

- Justy­nia­nie - ode­zwała się kobieta ura­żo­nym tonem. Było jasne, że tego nie pochwala. - Nie wystar­cza ci imię, jakie dosta­łeś na chrzcie?

Nie wystar­czało.

Wszy­scy oprócz jego ojca śmiali się, kiedy mówił im, żeby od teraz nazy­wali go Alek­san­drem. Nawet pop Nikola. Tylko ojciec spoj­rzał mu głę­boko w oczy.

- Bądź waleczny, nie­ustra­szony i śmiały jak Alek­san­der. Jed­nak nie stań się jak on nie­wol­ni­kiem chci­wo­ści. Musisz nie tylko wie­dzieć, kiedy biec, ale też kiedy się zatrzy­mać.

Ojciec powie­dział wiele pięk­nych słów, któ­rych chło­piec nie zro­zu­miał. Być może dla­tego jego przy­ja­ciele powta­rzali: "Nie powi­nie­neś być ryba­kiem, tylko filo­zo­fem". Nawet Alek­san­der wyczu­wał kry­jącą się w ich sło­wach drwinę. Widział, jak jeden z nich pusz­cza oko do pozo­sta­łych, a inny pyta:

- Armanno, skąd na litość boską bie­rzesz te słowa?

Alek­san­der miał ochotę rzu­cić się na męż­czy­znę, który kpił z jego ojca, i pobić go swo­imi małymi pię­ściami.

Tym­cza­sem Armanno pomi­jał to uśmie­chem.

- Ryby mi je pod­po­wia­dają.

Taki wła­śnie był jego ojciec. To od niego Alek­san­der nauczył się nie bać, a raczej nie oka­zy­wać stra­chu. Alek­san­der Mace­doń­ski był boha­te­rem jego marzeń, a ojciec - życia.

Dla­tego zacho­wy­wał się tak, jakby się nie bał, pod­czas gdy burza coraz bar­dziej przy­bie­rała na sile. Nie chciał zła­mać słowa danego ojcu. Odma­wia­jąc w duchu wszyst­kie znane modli­twy, przy­glą­dał się, jak ojciec wal­czy z linami przy żaglach. Lina szar­pana wia­trem fal wzno­siła się w powie­trze i niczym bicz sma­gała mokre ciało ojca. W końcu męż­czy­zna ją okieł­znał. Zawią­zał ostatni węzeł przy­twier­dza­jący żagiel do masztu na środku łodzi i zaklął soczy­ście. Miej­sca, w które ude­rzyła lina, krwa­wiły, two­rząc czer­wone plamy na jego koszuli. Kiedy słona woda pry­skała na świeże rany, twarz nie­ustra­szo­nego mary­na­rza wykrzy­wiała się z bólu.

- Ja wra­cam.

Pozo­stali nie ode­zwali się.

Armanno skie­ro­wał dziób łodzi w stronę brzegu. Alek­san­der zauwa­żył, że razem z nimi ten sam kurs obrały jesz­cze dwie inne łajby. Rybacy, któ­rzy spóź­nili się z wycią­ga­niem sieci, uwi­jali się na swo­ich pokła­dach wśród wołań i okrzy­ków.

Morze było bar­dzo wzbu­rzone. Wyda­wało mu się, że fale się­gają chmur. To musiał być dzień osta­teczny, o któ­rym mówiła matka. Zasta­na­wiał się, czy zapy­tać o to ojca, ale nie było czasu.

- Nie odry­waj oczu od tam­tej strony, Alek­san­drze. Znajdź mi jakieś świa­tło. Jakieś świa­tło, które pomoże utrzy­mać nam kurs.

Tak, teraz miał zada­nie, które musiał dziel­nie wyko­nać. Nie pamię­tał już, jak długo pły­nęli, to uno­sząc się pod niebo na grzbie­tach fal, to opa­da­jąc w bez­denną prze­paść, ale trwało to bar­dzo długo. Był mokry, prze­mar­z­nięty, głodny i, niech to szlag, nawet jeśli tego nie oka­zy­wał, potwor­nie się bał.

Wszę­dzie było ciemno i wszę­dzie była woda. Z czar­nych chmur, które zbie­rały się nad ich gło­wami, kiedy szy­ko­wali się do powrotu, tak padał deszcz, że Alek­san­drowi przez chwilę wyda­wało się, że morze wypię­trzyło się pod niebo. Jak długo jesz­cze to potrwa?

Nagle zatę­sk­nił za domem. Dość dużą, poje­dyn­czą izbą. Za matką. Sio­strą Sofią, która nie­dawno się uro­dziła. Za cie­płem ognia pło­ną­cego na pale­ni­sku, trza­ska­niem drew i spo­wi­ja­ją­cym wszystko tym wspa­nia­łym zapa­chem gorą­cego chleba.

Alek­san­der był przy­zwy­cza­jony do tego uczu­cia. Zawsze, gdy wypły­wali na połów, tęsk­nota cią­gnęła go z powro­tem. Kiedy w oddali uka­zy­wał się brzeg roz­cią­gnięty ponad wodą jak czarne ramię, rado­śnie kla­skał i nucił pio­senkę, któ­rej nauczyła go matka.

Wiem, że anioły cze­kają na mnie,

Modlę się każ­dej nocy przed spa­niem.

We śnie Bóg uśmie­cha się do mnie,

Mówię: "Weź mnie i do raju zabierz".

Słowa pio­senki były piękne i tak wiele zna­czyły, ale on ich nie rozu­miał. Pew­nie były zbyt trudne dla dzie­wię­cio­let­niego chłopca. On bar­dziej niż wersy pio­senki lubił refren: "Laj, laj, laj, lom". Kładł wtedy ręce na bio­drach i tań­czył, a wów­czas rodzice akom­pa­nio­wali mu, klasz­cząc. Uśmie­chy na ich twa­rzach ogrze­wały jego serce.

Alek­san­dra ogar­niał coraz więk­szy strach. Pły­nęli już tak długo, a lądu wciąż nie było widać. Nie widzieli nawet tego, co było dwa metry przed nimi, więc jak mieli zoba­czyć brzeg?

Spoj­rzał na ojca, sta­ra­jąc się nie oka­zy­wać paniki. Trzy­mał mocno ster, żeby nie zejść z obra­nego kursu.

Zasta­na­wiał się, jak odnajdą drogę. Ponad ich gło­wami nie było gwiazd. Nic nie było. Brnęli przez ciemną pustkę. Przy­po­mniała mu się baśń, którą opo­wia­dał jeden z ryba­ków. Była to histo­ria rybaka, który roz­gnie­wał boga morza, Posej­dona. Młody i dzielny rybak porwał piękną córkę Posej­dona. Bóg kipiał z gniewu. Ruszył w pogoń za zako­cha­nym ryba­kiem. Zesłał na jego małą łódź fale wiel­kie jak góry i strasz­liwe wiry. Rybak, zauwa­żyw­szy, że sie­dzący na sta­rym krze­śle Alek­san­der słu­cha opo­wie­ści z oczami sze­roko otwar­tymi ze stra­chu, wska­zał na niego.

- Bądź sobą, Alek­san­drze. Nie waż się wycią­gać ręki po córki Posej­dona.

- Nie boję się go. Poko­nam jego fale.

Wszy­scy rybacy roze­śmiali się. Jego ojciec też.

- Nie bądź zbyt pewny sie­bie, synu Armanno - ode­zwał się męż­czy­zna opo­wia­da­jący histo­rię. - Rozu­miemy, że jesteś tak mężny jak ojciec, ale bro­nią Posej­dona są nie tylko fale.

- Ma włócz­nię?

- I to trój­zębną. Wzywa nią gromy i pio­runy, a jeśli to nie wystar­czy, otwo­rzy usta i połknie cię razem z twoją łodzią.

"Czyżby jeden z ryba­ków porwał piękną córkę boga mórz?", prze­szło mu nagle przez myśl. Sądząc po prze­ra­ża­ją­cych bły­ska­wi­cach prze­ci­na­ją­cych czarne niebo, wycią­gnął też swój trój­ząb. Niebo grzmo­tami wykrzy­ki­wało swój gniew. Zadrżał ze stra­chu. Czy teraz przy­szła kolej na to, że wście­kły bóg otwo­rzy usta i ich połknie?

Alek­san­der pierw­szy zoba­czył świa­tło.

- Ogień!

Pod­eks­cy­to­wany pró­bo­wał wstać.

W tej samej chwili fala ude­rzyła w prawą burtę łodzi i unio­sła ją. Chło­piec, tur­la­jąc się po pokła­dzie, usły­szał krzyk ojca:

- Alek­san­drze, na litość boską, trzy­maj się!

"Co takiego zro­bi­łem, żeby roz­gnie­wać Posej­dona? - pomy­ślał wle­czony przez wodę. - Jestem jesz­cze mały. Nie zako­cha­łem się w córce boga!".

W ostat­niej chwili wątłymi ramio­nami objął jedną z ław na pokła­dzie. Ura­to­wał się przed wcią­gnię­ciem do morza.

- Ogień! - wrza­snął z miej­sca, w któ­rym leżał, gdy odpły­nęły wody kolej­nej fali.

W wiel­kiej żela­znej klatce na ska­łach roz­pa­lono olbrzy­mie ogni­sko dla tych, któ­rzy nocą zna­leźli się na morzu. W prze­ciw­nym razie ich łodzie roz­trza­ska­łyby się o ostre jak nóż spi­cza­ste skały, nawet gdy morze było spo­kojne. A teraz ten ogień był ich jedyną nadzieją. Burza mio­tała pło­mie­niem, który ucie­kał w ciem­no­ści na prawo i na lewo, jakby pró­bo­wał uciec z jej wście­kłych objęć.

- Roz­pa­lili ogni­sko!

- Nic ci nie jest?

Alek­san­der spoj­rzał w mokrą twarz ojca. W jego oczach wyczy­tał nie­po­kój.

- Nic. Czy deszcz nie zgasi ognia?

Fale z sza­łem ude­rzały o pokład.

Twarz Armanno była napięta z wysiłku, żeby nie wypu­ścić steru z rąk.

- To walka ognia i wody - mruk­nął. - Nie wia­domo, kto wygra. Silny zwy­cięży, a słaby ponie­sie klę­skę. Zawsze tak jest.

"Tak jak Alek­san­der Mace­doń­ski - przy­szło mu do głowy. - On był silny i zawsze zwy­cię­żał. Dopóki pew­nego dnia na jego dro­dze nie sta­nęły potwory jesz­cze sil­niej­sze od niego".4 Mały Alek­san­der pod­jął decy­zję. Skoro zawsze zwy­cię­żają silni, będzie jed­nym z nich.

Ojcu udało się zawró­cić łódź w kie­runku zatoki, zanim ude­rzyli o skały. Tutaj też wiał sza­leń­czy wiatr, a morze pie­niło się wście­kle, ale przy­naj­mniej nie było tych śmier­cio­no­śnych wirów i pory­wa­ją­cych sta­tek fal jak pomię­dzy szczy­tami.

- Nie wiem, czy znaj­dzie dno! - krzyk­nął Armanno, zama­chu­jąc się i rzu­ca­jąc do wody kotwicę. - Ale módl się, żeby zaha­czyła o skały.

Po czym sam wsko­czył w toń.

Woda powinna się­gać mu do pasa, ale tak się nie stało. Głowa Armanno znik­nęła wśród fal.

- Tato!

Alek­san­der mio­tał się bez­rad­nie, wypa­tru­jąc w ciem­no­ściach ojca.

- Tato! Tato, pro­szę!

Z wody wynu­rzyła się ręka i chwy­ciła za reling. Dostrzegł go.

- Tato!

- Nie bój się. - Armanno wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu, pod­cią­ga­jąc ciało z wody, żeby mógł go zoba­czyć.

Na nad­brzeżu uwi­jali się jacyś męż­czyźni.

- Boran! - ryk­nął Armanno. - Zabierz Alek­san­dra! Na litość boską, zabierz mojego syna! Kotwica zaczęła się prze­su­wać. Morze rzuci łódź na skały i ją roz­bije.

Boran był ogrom­nym ryba­kiem. Uniósł ramiona i pró­bo­wał prze­drzeć się przez wodę. Fale ude­rzały o jego masywne ciało, sta­ra­jąc się je prze­wró­cić.

- Idę! - krzyk­nął. - Trzy­maj się, dzielny Alek­san­drze! Nie bój się!

Z jed­nej strony Armanno, z dru­giej Boran wal­czyli, żeby przy­trzy­mać łódź, ale ta z każdą chwilą bar­dziej zbli­żała się do czar­nych, ostrych skał.

- Łódź zostaw mnie! - Alek­san­der usły­szał głos Borana. - Zabierz syna!

Nawet się nie zorien­to­wał, kiedy ojciec się­gnął po niego spo­śród wście­kłych fal, chwy­cił za poły jego prze­mo­czo­nej kami­zelki, przy­cią­gnął go do burty i wziął w ramiona. Wszystko stało się w jed­nej chwili. Teraz nic już go nie obcho­dziło. Ojciec trzy­mał go w obję­ciach. Zna­lazł się w mokrych, ale bez­piecz­nych ramio­nach ojca. Obaj głę­boko wcią­gnęli w płuca swój zapach.

Na wpół idąc, na wpół pły­nąc, męż­czy­zna w końcu zdo­łał wcią­gnąć chłopca na skały.

- Alek­san­drze, bie­gnij pro­sto do świe­tlicy!

Nie mógł go tak zosta­wić i odejść. Alek­san­der Mace­doń­ski nie odszedł i nie pozo­sta­wił swo­ich towa­rzy­szy. On też tego nie zrobi.

- Ty też, tato. Chodźmy razem.

- Nie! - krzyk­nął Armanno. - Muszę pomóc Bora­nowi. Zaraz przyj­dziemy. Ty ruszaj przo­dem. Sprawdź, czy napa­lili w piecu. Dalej, synu, bie­gnij! Szybko!

Alek­san­der zro­bił to, co pole­cił mu ojciec. Biegł bez opa­mię­ta­nia. Prze­wró­cił się na ostrych kamie­niach, ale nawet nie poczuł bólu. Nie zauwa­żył też, że się potknął. Biegł i krzy­czał:

- Tata! Tata! Pomóż­cie mojemu tacie! Niech ktoś pomoże mojemu tacie! Na litość boską, pomóż­cie!

Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że spły­wa­jące po jego policz­kach strugi nie były tylko desz­czem. Pła­kał.

Ktoś obok niego prze­biegł, kie­ru­jąc się w stronę wody.

- Bie­gnij­cie! Szybko!

Tym, co zoba­czył, gdy odwró­cił się przez ramię, był jego ojciec. Razem z Bora­nem pró­bo­wali prze­wlec łódź w bez­pieczne miej­sce.

Byli oca­leni.

Posej­don roz­warł swoją ciemną, wielką pasz­czę, ale ich nie połknął.

Alek­san­der otwo­rzył drzwi do świe­tlicy i wszedł do środka. Przy­wi­tało go cie­pło roz­cho­dzące się z pale­ni­ska. "Jesteś ura­to­wany". W środku był tylko jeden męż­czy­zna. Gdy chło­piec ruszył w stronę kominka, klep­nął go po karku.

- Nie martw się, twój ojciec i Boran wyszli na brzeg. Łódź też jest bez­pieczna. Za chwilę tu przyjdą. Idź i ogrzej się.

Alek­san­der nic nie odpo­wie­dział. "Oby mary­narz, który porwał córkę Posej­dona, nie poka­zy­wał mi się na oczy", mruk­nął w duchu.

Pomimo rado­snych śmie­chów mary­na­rzy wra­ca­ją­cych do świe­tlicy nie wysta­wił głowy ze swo­jego kąta. Była to jego ulu­biona chwila - roz­mowy męż­czyzn zebra­nych przed pale­ni­skiem. Alek­san­der bał się, że zamilkną, jeśli go zauważą.

Naj­do­no­śniej brzmiał głos jego ojca pró­bu­ją­cego osu­szyć się nad strze­la­ją­cym ogniem po bez­piecz­nym zacu­mo­wa­niu łodzi.

- Co zro­bi­łeś z rybami, Armanno? Udało ci się przy­naj­mniej sprze­dać wszyst­kie? - zażar­to­wał jeden z męż­czyzn.

- Z rybami? Jakimi rybami? - ryk­nął ojciec. - Myślisz, że po takiej burzy zostały jakieś ryby? Fale już dawno wyrzu­ciły wszyst­kie do gwiazd.

- To dobrze - ode­zwał się inny. - Czego wię­cej trzeba? Kobiety pod­niosą spód­nice, żeby zła­pać spa­da­jące z nieba ryby. Będziemy mieli święto dla oczu.

Świe­tlica wypeł­niła się kolejną falą śmie­chu, zagłu­sza­jącą burzę sza­le­jącą na zewnątrz.

To naj­bar­dziej zdzi­wiło Alek­san­dra. Jak ci męż­czyźni mogli być tak rado­śni i bez­tro­scy, kiedy prze­ra­ża­jąca wichura chło­stała wście­kle wszystko, co sta­nęło jej na dro­dze? Tym­cza­sem odgłosy docho­dzące z zewnątrz przy­pra­wiały go o dresz­cze.

Alek­san­der nie mógł się zde­cy­do­wać, co było strasz­niej­sze: wycie wia­tru czy huk ude­rza­ją­cych o skały fal się­ga­ją­cych nieba spo­wi­tego noc­nymi ciem­no­ściami.

Był jesz­cze śmiech boga Swa­roga!5 Zado­wo­lony Swa­róg tak huczał, że aż drżały niebo i zie­mia.

Nagle w oknie rybac­kiej świe­tlicy, oświe­tlo­nej przez mdły pło­mień dwóch świec, poja­wił się roz­dzie­ra­jący ciem­ność błysk, po czym znik­nął na hory­zon­cie. Następ­nie dało się sły­szeć prze­raź­liwy grzmot.

Alek­san­der usły­szał o bogu Swa­rogu wła­śnie pod­czas takiej burzo­wej nocy. Zabrzmiał wtedy ogłu­sza­jący łoskot. Chło­piec przy­tu­lił się do nóg matki, która zdjęta stra­chem wycią­gnęła krzyż: "Niech Bóg ma nas w swo­jej opiece".

Ojciec wcale się nie przej­mo­wał, a nawet się śmiał.

- Nie bój się, Zeljeno. Bóg Swa­róg jest w dobrym humo­rze. Posłu­chaj, jak się śmieje.

Jego pocie­sze­nie na nic się jed­nak nie zdało. Wręcz prze­ciw­nie - matkę ogar­nął jesz­cze inny nie­zro­zu­miały lęk.

- Wielki Jezu - prze­że­gnała się zatrwo­żona. - Bła­gam cię, Armanno, nie wspo­mi­naj przy dziecku tych pogań­skich bredni. To grzech.

Póź­niej wzięła syna w ramiona i głasz­cząc po wło­sach, powie­działa:

- Nie przej­muj się ojcem, Justy­nia­nie. Bóg jest tylko jeden i jest nim nasz święty Ojciec. Nie ma żad­nego boga Swa­roga.

Tam­tej nocy ze stra­chu nawet nie upo­mniał matki, żeby nazy­wała go Alek­san­drem.

Sądząc po ryku burzy, przy­tłu­mia­ją­cym wycie baśnio­wego potwora o pło­mien­nym języku, tej nocy Swa­róg był jesz­cze bar­dziej zado­wo­lony niż zwy­kle.

Nagle roz­legł się huk zagłu­sza­jący nawet śmiech Swa­roga. Alek­san­der poczuł, że zie­mia zadrżała mu pod sto­pami.

W jed­nej chwili wszyst­kie śmie­chy w świe­tlicy uci­chły.

- To wystrzał! - krzyk­nął jeden.

Oczy wszyst­kich zwró­ciły się na niego.

- Wystrzał? - zadrwił inny. - Kto w taką pogodę, kiedy trzeba rato­wać duszę, staje za dzia­łem?

- Kor­sa­rze.

Na dźwięk tego słowa rybacy po chwili zdzi­wie­nia zaczęli mówić jeden przez dru­giego.

- Kor­sa­rze?

- Jacy kor­sa­rze?

- W taką pogodę nawet sam sza­tan nie wystawi nosa za drzwi.

Jed­nak żaden z nich nie wyj­rzał przez drew­niane okien­nice świe­tlicy. Alek­san­dra to zdzi­wiło. "Dla­czego? - zasta­na­wiał się. - Ze stra­chu czy dla­tego, że nie wie­rzyli, że piracki okręt zdo­łałby zako­twi­czyć w zatoce, nie roz­trza­skaw­szy się o ska­li­ste wybrzeże Pargi?".

Roz­legł się kolejny, rów­nie gło­śny huk. Zie­mia zadrżała. Zatrząsł się stary budy­nek świe­tlicy. Przez chwilę sądzili, że pod­trzy­mu­jące dach belki runą, a strze­chę nad ich gło­wami porwie wiatr.

- Wystrzał - szep­nął jeden. - To naprawdę wystrzał.

Rybak znaj­du­jący się naj­bli­żej drzwi zerwał się z miej­sca i je otwo­rzył. Do środka wdarł się wiatr, który przy­niósł krzyk męż­czy­zny:

- Szybko! Chodź­cie tutaj!

- Co jest? - zawo­łał Boran, zbli­ża­jąc się do drzwi.

Ojciec zabrał Alek­san­dra sprzed pale­ni­ska.

- Bie­gnij - ode­zwał się, patrząc mu głę­boko w oczy. - Pro­sto do domu. Niech cię Bóg strzeże. Szybko!

Męż­czy­zna i chło­piec razem ruszyli do drzwi. Wszy­scy rybacy ze świe­tlicy wyszli na zewnątrz i sta­nęli w stru­gach desz­czu.

- Co się dzieje? - zapy­tał, pod­cho­dząc do nich.

Nikt się nie ode­zwał. Alek­san­der ujrzał odpo­wiedź pomię­dzy ich ramio­nami. Na spię­trzo­nych wia­trem falach koły­sał się kru­czo­czarny okręt. Postrzę­piona od wia­tru ban­dera na czar­nym masz­cie nie pozwa­lała odgad­nąć, do kogo należy.

- Spójrz­cie tam! - wrza­snął jeden z ryba­ków.

Z dwóch łodzi, któ­rym udało się prze­drzeć mię­dzy ska­łami, wycho­dziło na ląd dwóch męż­czyzn uzbro­jo­nych po zęby.

- Kor­sa­rze!

Ten krzyk odbi­jał się niczym echo.

- Idą... Kor­sa­rze...

- Kor­sa­rze, któ­rzy pory­wają dzieci i sprze­dają je Tur­kom.

- Ucie­kajmy!

Tym razem Alek­san­der nie zwle­kał. Rzu­cił się w stronę wzgórz. Usły­szał, jak ktoś woła za nim:

- Niech wszy­scy bie­gną do swo­ich domów!

Tak wła­śnie zro­bił.

Dogo­nił go ojciec, z tru­dem łapiąc powie­trze.

- Nie! - krzyk­nął. - Nie idź do domu.

Alek­san­der wie­dział, dla­czego ojciec nie chciał, żeby biegł do domu.

Pory­wa­cze naj­pierw zabra­liby jego. Zabie­rali dzieci, głów­nie chłop­ców.

Wbie­gli na bar­dziej strome zbo­cza. Musieli się scho­wać, zanim wzej­dzie słońce.

- Na górę - wydy­szał Armanno. - Alek­san­drze, pamię­tasz ten dół po drze­wie, które w zeszłym roku powa­lił pio­run?

Kiw­nął głową. Oczy­wi­ście, że pamię­tał.

- Bie­gnij tam. Scho­waj się. Nie bój się. Nie wychodź stam­tąd, dopóki nie przyjdę. Nie wychodź, dopóki nie usły­szysz mojego głosu. Dobrze?

- A ty?

- Pomyśl o Alek­san­drze Mace­doń­skim. Przy­niosę ci twój miecz.

Cho­ciaż ojciec sta­rał się wyglą­dać rado­śnie, to chło­piec dostrze­gał nie­po­kój w jego oczach.

Armanno zatrzy­mał się.

- Tutaj się roz­dzie­limy. Nie oglą­daj się za sie­bie, tylko wspi­naj się dalej.

Alek­san­der pospiesz­nie objął ojca w pasie. Znany zapach ojca przy­tłu­miła woń wil­got­nej szorst­kiej tka­niny, która zaczęła wysy­chać od sie­dze­nia przy pale­ni­sku. Głę­boko wcią­gnął powie­trze. Poczuł, jak jego silne, pokryte stward­niałą skórą palce prze­cze­sują mu włosy.

- No już.

Armanno odsu­nął syna od sie­bie.

- Bie­gnij. Niech Bóg ma cie­bie w opiece!

Zie­mia i trawa nasią­kły desz­czem. Stopy Alek­san­dra grzę­zły w bło­cie. Szedł z tru­dem. Pochy­lił głowę do przodu. Przy­po­mi­nał teraz galiony6 na okrę­tach z ogrom­nymi żaglami, które pły­nęły przed sie­bie, pru­jąc fale. On zaś posu­wał się naprzód, prze­ci­na­jąc wiatr.

Nagle zaalar­mo­wał go wewnętrzny głos: "Stój!". Zatrzy­mał się. "Słu­chaj!".

Nad­sta­wił uszu, ale nic nie usły­szał. "Co się dzieje?".

Burza jakby nieco zelżała. Zło­wróżbne wycie wia­tru przy­ci­chło. Jego miej­sce zajął odgłos kro­pli desz­czu ude­rza­ją­cych o zie­mię.

Wciąż jed­nak drę­czyło go dziwne prze­czu­cie.

"Wyda­wało mi się, że coś się stur­lało. Może to jeden z kamieni, który obsu­nął mi się spod stóp. A może obsu­nął się spod stóp kogoś, kto szedł za mną".

Czyżby ktoś go śle­dził? Alek­san­der wytę­żył wszyst­kie zmy­sły.

Ode­tchnął głę­boko i ruszył dalej. Po pew­nym cza­sie zmę­czone wspi­naczką nogi zaczęły odma­wiać mu posłu­szeń­stwa. Kiedy zoba­czył ciemny dół pozo­stały po drze­wie, w które tra­fił pio­run, prze­po­ła­wia­jąc je, z tru­dem łapał powie­trze. Teraz musiał zejść kawa­łek po zbo­czu. Nie spo­sób było posu­wać się w dół, stą­pa­jąc po śli­skiej od desz­czu tra­wie. Po kilku kro­kach mimo­wol­nie zaczął biec. Coraz bar­dziej przy­spie­szał. W każ­dej chwili mógł się prze­wró­cić.

Nagle ogar­nęła go panika. "Wrota pie­kieł!".

Miesz­kańcy tak nazy­wali urwi­sko znaj­du­jące się za wzgó­rzem. Dzie­ciom nie wolno było się tam zbli­żać. Wie­dzieli, że tam jest, ale żadne z nich nie miało odwagi, żeby pójść i spraw­dzić, jak jest głę­bo­kie. Wśród doro­słych też jesz­cze nie zna­lazł się nikt, kto powie­działby, że widział dno.

Pędził pro­sto w otchłań śmierci. Pró­bo­wał się zatrzy­mać, ale na próżno. Wrota do pie­kieł cze­kały na niego. Mógł zro­bić tylko jedno. Alek­san­der nie zasta­na­wiał się ani chwili. Rzu­cił się na zie­mię i zaczął tur­lać. Sta­rał się cze­goś przy­trzy­mać, ale nie był w sta­nie. Ude­rzył o jakiś skalny występ. Odgłos desz­czu zagłu­szył okrzyk bólu. Łapał się krza­ków i korzeni, ale poru­szał się z takim roz­pę­dem, że wszystko, czego się chwy­cił, wyry­wało się z ziemi i pozo­sta­wało mu w dłoni.

Pod­czas tur­la­nia jego ciało na chwilę przy­jęło pozy­cję sie­dzącą. "Boże - wrza­snął. - Wrota pie­kieł... Tam!".

Od śmierci dzie­liło go dzie­sięć dłu­go­ści odpo­wia­da­ją­cych wzro­stowi doro­słego męż­czy­zny, a może i nie.

Obró­cił się na bok. Nagle przy­szła mu na myśl sio­stra. Ostat­kiem sił, z całą mocą pró­bo­wał wbić palce w mokrą zie­mię. Korze­nie, które wyry­wał z błota, wysmy­ki­wały mu się z rąk. Nie zwa­ża­jąc na ból, wbił palce jesz­cze głę­biej.

Boże! Boże... Zwal­niał.

Wyrzu­ca­jąc z sie­bie okrzyki bólu, zwal­niał... Zwal­niał i... zatrzy­mał się. Przez jakiś czas leżał tak twa­rzą do ziemi. "Jestem ura­to­wany!", wykrzyk­nął w duchu.

W ciągu jed­nej nocy dwa razy udało mu się wyrwać z otchłani śmierci.

Pozo­stały trzy kroki i śmierć by go poko­nała. Bar­dzo powoli uniósł się na kolana. Ostroż­nie odsu­nął się od prze­pa­ści. Czoł­gał się, dopóki nie poczuł się bez­piecz­nie. W końcu wstał i krzy­cząc jak sza­lony, zaczął biec w stronę pro­wi­zo­rycz­nej zagrody, którą paste­rze wybu­do­wali na wypa­dek, gdyby w górach zła­pała ich taka pogoda.

- Jestem oca­lony! Ura­to­wa­łem się! Poko­na­łem śmierć!

Tak jak przy­pusz­czał, w zagro­dzie pano­wał mrok, ale Alek­san­drowi to nie prze­szka­dzało. Przy­naj­mniej było cie­plej niż na zewnątrz i sucho.

Przy­siadł w rogu. Objął się i pró­bo­wał roz­grzać. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, jak bar­dzo bolą go ręce. Oparł głowę o skałę. Ze stra­chu i z wyczer­pa­nia zaczęły cią­żyć mu powieki.

"Nie śpij! - prze­strzegł się. - Nie waż się zasnąć!".

Cho­ciaż jego zmy­sły jesz­cze przez chwilę słu­chały tego pole­ce­nia, pra­gnie­nie snu było coraz sil­niej­sze. Gdy oczy mu się zamy­kały, Alek­san­der wciąż powta­rzał sobie: "Nie śpij. Przy­naj­mniej dopóki nie wsta­nie świt. Zapo­mnia­łeś? Tata przy­nie­sie ci twój miecz".

Naj­pierw poczuł ude­rze­nie, które nade­szło z pra­wej strony, i towa­rzy­szący mu ból. Póź­niej usły­szał ryk­nię­cie w nie­zna­nym mu języku. Alek­san­der nie mógł zro­zu­mieć, gdzie jest. Nagle roz­legł się prze­raź­liwy śmiech.

W panice otwo­rzył oczy.

Wielki Jezu!

Przed nim poru­szały się cie­nie pie­kiel­nych demo­nów.

Oczy mon­strum znaj­du­ją­cego się naj­bli­żej pałały ogniem. Prze­ra­żony pró­bo­wał się wyco­fać, jed­no­cze­śnie pyta­jąc sie­bie: "Czyż­bym był w pie­kle?". Może to, że się ura­to­wał, było tylko złu­dze­niem. W rze­czy­wi­sto­ści musiał wpaść do wrót pie­kieł. Skąd w prze­ciw­nym razie wzię­łyby się tutaj te potwory?

Stwór o pło­ną­cym spoj­rze­niu trą­cił go nogą.

- Che, che, che - wyszcze­rzył się.

Powie­dział coś do sto­ją­cych dalej, a oni poki­wali gło­wami.

Alek­san­der zadrżał, kiedy męż­czy­zna, który go kop­nął, otwo­rzył usta. Za nimi uka­zały się dwa prze­ra­ża­jące zębi­ska. Dwa ostre i brudne zęby. Wszystko inne kryły ciem­no­ści. Gęba męż­czy­zny o pała­ją­cych oczach była jak ciemna dziura. Całą jego twarz pokry­wały dłu­gie, czarne włosy. Na kosmyki pod brodą nawi­nięte były czer­wone i nie­bie­skie kora­liki prze­wią­zane cienką, białą tasiemką. Nagle w otwar­tych od śmie­chu ustach pomię­dzy dwoma zębami poja­wiło się coś czer­wonego. Język demona! Obli­zał się ze sma­kiem.

Cie­nie zbli­żyły się, żeby go pochwy­cić.

"Nie pod­da­waj się! - krzy­czał w duchu. - Czy Alek­san­der uległ wro­gom? A ty jesteś Alek­san­der z Pargi. Nawet jeśli nie masz swo­jego drew­nia­nego mie­cza, masz jesz­cze pię­ści, nogi i zęby!".

Opie­rał się z całych sił. Jed­nemu wymie­rzył kop­niaka. Innemu z tych, któ­rzy pró­bo­wali go przy­trzy­mać, wbił zęby w rękę. Jed­nak jego walka nie trwała długo. Powa­lił go cios wymie­rzony w twarz. Póź­niej zaczęli go kopać.

Zauwa­żył, że olbrzym o pała­ją­cych oczach do tej pory nie poru­szył prawą ręką. Rękaw jego koszuli wyda­wał się pusty. Wtedy zro­zu­miał. Męż­czy­zna nie miał przed­ra­mie­nia.

Alek­san­der wyrwał się ostat­kiem sił. Udało mu się wydo­stać ze szpo­nów dwóch męż­czyzn. Rzu­cił się do wyj­ścia z zagrody, a jed­no­ręki ruszył za nim.

Usły­szał za sobą jego śmiech.

Nagle jego nogi ode­rwały się od ziemi. Pło­mien­no­oki demon pod­niósł go jedną ręką. Pozo­stali dołą­czyli do niego. Jeden z nich ude­rzył go pię­ścią w brzuch, drugi - w szczękę. Alek­san­der poczuł w ustach sło­nawe cie­pło. Zdał sobie sprawę, że mdleje. Tym, co zoba­czył jako ostat­nie, były zaro­śnięta gęba demona o pała­ją­cych oczach, kora­liki na jego bro­dzie i dwa odra­ża­jące zęby.

Póź­niej wszystko znik­nęło.

Rozdział I. Pałac w Bursie. Czerwiec 1512

Roz­dział I Pałac w Bur­sie Czer­wiec 1512

Na zewnątrz ktoś uwi­jał się w pośpie­chu. Naj­pierw Hati­dże sądziła, że to kosz­mar, który nawie­dzał ją co noc od tego nie­szczę­snego wie­czoru. Za chwilę drzwi się otwo­rzą i jedna z dam dworu wyszep­cze jej do ucha: "Szybko. Wzywa was suł­tanka matka. Musi­cie natych­miast iść".

Jed­nak tak się nie stało, ale zamie­sza­nie i poszep­ty­wa­nia trwały na­dal. Wyda­wało jej się, że sły­szy, jakby coś wle­czono po ziemi. Hati­dże nie wie­działa, co się dzieje.

- Pst, powoli - wyszep­tał ktoś. - Chce­cie wszyst­kich pobu­dzić? Wszystko ma się odbyć bez­gło­śnie.

Teraz Hati­dże była pewna, że to nie był sen. Na zewnątrz naprawdę ktoś był. Sły­szała ukrad­kowe kroki. Zbli­żał się ktoś wrogi, ktoś, kto pró­bo­wał pota­jem­nie prze­do­stać się do celu.

Już dawno nauczyła się, że takie poru­sze­nie w pałacu było czymś oso­bli­wym. "Wsłu­chuj się dobrze, Hati­dże. Nad­sta­wiaj uszu - powie­działa przed laty jej matka. - Czy jesteś suł­tanką, czy nie­wol­nicą, dwie rze­czy, które ozna­czają nie­bez­pie­czeń­stwo, to roz­mowy i bie­ga­nina. Ten, który mówi, żyje krótko, ten, który słu­cha - długo. Bie­gnący zaś szybko się męczy. Ni­gdy nie bie­gaj. Jeśli zoba­czysz albo usły­szysz, że ktoś bie­gnie, zacho­waj ostroż­ność. Pamię­taj, że ten, kto bie­gnie pała­co­wym kory­ta­rzem, przy­bywa ode­brać tron albo życie".

- Gdy­bym wtedy wie­działa to co teraz, doda­ła­bym jesz­cze jedno - mruk­nęła mimo­wol­nie. - Ten, który bie­gnie pała­co­wym kory­ta­rzem, przy­bywa ode­brać tron, życie albo wycho­dzi za mąż.

Wiele lat temu ona też bie­gła. Została żoną odra­ża­ją­cego gar­busa.

Uważ­nie przy­słu­chi­wała się gło­som. Wyda­wało się, że są coraz dalej. "Cie­kawe, co się stało - zasta­na­wiała się. - Dokąd tak prze­my­kali chył­kiem?".

Myśl, która przy­szła jej do głowy, spra­wiła, że mimo­wol­nie się uśmiech­nęła.

"Przed moim ojcem".

"Oczy­wi­ście - potwier­dziła w duchu. - Boją się, żeby ojciec nie usły­szał hała­sów". Wielki suł­tan Selim Chan przy­był do Bursy nie­spełna dzie­sięć dni po wstą­pie­niu na tron. Z pew­no­ścią słu­żący byli prze­ko­nani, że skoro zaszył się w swo­jej kom­na­cie z wido­kiem na ośnie­żony, pokryty lodem, olbrzymi szczyt, to chce odpo­cząć.

"Odpo­cząć? - zapy­tała sie­bie. - Odpo­cząć? Ojciec i odpo­czy­nek... Ha!". Te dwa słowa ni­gdy nie szły ze sobą w parze.

Ponow­nie roz­le­gły się jakieś hałasy. Kolejna grupa prze­my­kała kory­ta­rzem, w któ­rym znaj­do­wała się kom­nata Hati­dże. Te same bojaź­liwe, ale pospieszne kroki. Po docho­dzą­cych odgło­sach domy­śliła się, że męż­czyźni są boso.

Dziwne. Dla­czego bie­gną bez butów? Żeby nie obu­dzić zmę­czo­nego suł­tana stu­ka­niem? Nie zro­bi­liby tego. Kom­nata pady­sza­cha wycho­dziła na góry, a pokoje Hati­dże na bez­kre­sną rów­ninę Yeşilova. Nie­za­leż­nie od tego, jak gło­śno stą­pa­liby po tej stro­nie, ojciec by ich nie usły­szał.

W takim razie cho­dziło im o to, żeby nikt ich nie usły­szał.

Odgłosy kro­ków roz­brzmie­wały coraz bli­żej i bli­żej...

Hati­dże sły­szała odde­chy męż­czyzn, kiedy prze­cho­dzili pod drzwiami jej kom­naty. Prze­stra­szona sku­liła się w łożu. Nie zatrzy­mali się. Szep­cząc mię­dzy sobą, drep­tali dalej.

W jakim celu szli ci męż­czyźni - ode­brać tron czy życie? A może to młoda dziew­czyna, którą mieli wydać za jakie­goś gar­busa, bie­gła ze słu­żą­cymi, nie wie­dząc, co ją spo­tka?

Zupeł­nie jak tam­tej nocy zwró­ciła wzrok na mur znaj­du­jący się dokład­nie naprze­ciwko okra­to­wa­nego okna. Cze­kała, aż odgłosy ustaną. W świe­tle księ­życa krata rzu­cała cień na ścianę. Wyglą­dało to tak, jakby do kom­naty wpa­dły dzie­siątki gwiazd. W sil­nym wie­trze gałę­zie drzew w ogro­dzie pochy­lały się i uno­siły. Pomię­dzy gwiaz­dami na ścia­nie ich cie­nie wyglą­dały jak ramiona olbrzy­miego, tań­czą­cego potwora.

Świa­tło księ­życa?

To pyta­nie wbiło się w jej umysł jak nóż. Tej nocy nie widać było księ­życa. Wia­tru też. W takim razie skąd pocho­dziło to czer­wone świa­tło pada­jące na mur? Zadrżała ze stra­chu. Pożar! "Dobry Boże. - Wypro­sto­wała się. - Pali się? Czyżby ci krzą­ta­jący się męż­czyźni spie­szyli do pożaru? W takim razie dla­czego krzy­kiem nie zerwali wszyst­kich na nogi?".

Gdy jeden lęk mijał, poja­wiał się następny. "A może... Może... - Hati­dże drżała. - Nie bie­gli, żeby uga­sić ogień, ale żeby coś pod­pa­lić? I ten blask pada­jący z zewnątrz na ścianę...".

Pod­bie­gła do okna, oba­wia­jąc się, co może tam zoba­czyć. Sku­piła całą uwagę na tym, żeby zro­zu­mieć, skąd pocho­dzi ten czer­wony blask falu­jący na ścia­nie.

Było to drżące świa­tło. Czer­wo­no­żółte jak ogień. Nagle zauwa­żyła, że odbi­cie na ścia­nie ześli­zgnęło się. Póź­niej poja­wiło się następne i też znik­nęło. Potem jesz­cze jedno... Świa­tło prze­miesz­czało się. Jakby szło, a nawet bie­gło.

Pochod­nie! To one rzu­cały na ścianę ten blask. Po tych w kory­ta­rzu teraz biegł ktoś z pochod­niami po ogro­dzie.

Usły­szała tar­cie stali o stal. Był to zło­wiesz­czy odgłos sza­bli szybko wycią­ga­nej z pochwy. Póź­niej jesz­cze jeden.

Męż­czyźni na zewnątrz mieli broń. Zmie­rzali do celu uzbro­jeni.

- Dże­va­hir! - Tym razem Hati­dże nie była w sta­nie powstrzy­mać krzyku. - Co o tej porze uzbro­jeni męż­czyźni robili w ogro­dzie pady­sza­cha? - Wsta­waj! Wsta­waj!

Słu­żąca, śpiąca na mate­racu roz­ło­żo­nym przed pro­giem jej sypialni, nie usły­szała jej. A może nie krzyk­nęła? Czy ten krzyk zabrzmiał tylko w jej gło­wie? W tej samej chwili zdała sobie sprawę, że ogar­nia ją zdzi­wie­nie.

- Jak można tak głę­boko spać? - powie­działa do sie­bie. - Czy można spać tak spo­koj­nym, pozba­wio­nym lęku snem?

Ona zawsze spała snem zająca. Tak nauczyła ją matka Hafsa.

"Zdrajcy nie śpią, moja suł­tań­ska córko. Jeśli zamkniesz jedno oko, niech dru­gie pozo­sta­nie otwarte. Gdy jedno ucho nie usły­szy, niech usły­szy dru­gie. W pałacu ni­gdy nie wia­domo, kiedy i skąd nadej­dzie wróg".

Nie­do­wie­rza­nie, że jej dama dworu może spać tak spo­koj­nie, zamie­niło się w gniew.

- Dże­va­hir, masz natych­miast wstać!

Dopiero gdy po raz trzeci powtó­rzyła imię dziew­czyny, ta pod­sko­czyła na posła­niu.

- Suł­tanko. Zas... Zdrzem­nę­łam się...

Pod­czas gdy słu­żąca, pocie­ra­jąc oczy, pró­bo­wała unieść się na kolana, Hati­dże powie­działa:

- W ogro­dzie są uzbro­jeni męż­czyźni. Przed chwilą jacyś inni bie­gli kory­ta­rzem.

- Męż­czyźni, suł­tanko? Uzbro­jeni?

Dże­va­hir w końcu udało się poko­nać senne otę­pie­nie i zerwała się z miej­sca. Prze­chy­la­jąc się na sze­ro­kim para­pe­cie, sta­rała się wyj­rzeć na zewnątrz.

- Ach - wes­tchnęła ze zdzi­wie­niem. - Na dwo­rze aż wrze, suł­tanko.

- Wrze?

- Tylu jan­cza­rów, gwar­dzi­stów... Mój Boże, ilu ofi­ce­rów...

- Co robią? Dokąd bie­gną z pochod­niami? Mówże!

- Nie wiem. - Dże­va­hir wzru­szyła ramio­nami. - Każdy bie­gnie w inną stronę, suł­tanko. - Póź­niej dziew­czyna odwró­ciła się i w ciem­no­ściach, pró­bu­jąc stłu­mić strach, przy­ci­snęła dło­nie do piersi i spoj­rzała na swoją panią. - Mówi­ły­ście, pani, że ktoś biegł kory­ta­rzem?

Hati­dże poki­wała głową.

- Prze­szli pod naszymi drzwiami. Pró­bo­wali nie wyda­wać odgło­sów, ale sły­sza­łam ich, Dże­va­hir. - Poło­żyła dło­nie na sercu. - Dzieje się coś złego. Oby moi stry­jo­wie nie naje­chali na Bursę, żeby naszego ojca oba...

Nie miała odwagi dokoń­czyć. "Nie, nie, nie!", krzyk­nęła w duchu. Nie minął nawet mie­siąc, odkąd jej ojciec wstą­pił na tron. Jed­nak nie było w Impe­rium Osmań­skim nikogo, kto nie wie­działby, że jego bra­cia, ksią­żęta Ahmed i Kor­kut, nie zre­zy­gno­wali z prawa do tronu. Wła­śnie dla­tego pady­szach nie zatrzy­mał się w sto­licy. Przy­był tutaj, żeby ruszyć na swo­ich braci, któ­rzy otwar­cie wystę­po­wali prze­ciwko jego suł­ta­na­towi. Bursa leżała bli­żej Kara­manu i Ama­syi niż Stam­buł.

"A może twój ojciec się spóź­nił", syk­nął jakiś głos w jej gło­wie. Być może, zanim zdą­żył skoń­czyć sprawę ze swo­imi braćmi, oni przy­byli po życie suł­tana Selima.

Jej serce było pełne lęku, ale umysł w żaden spo­sób nie dopusz­czał tej moż­li­wo­ści. Zbesz­tała wewnętrzny głos: "Czy dwoje ksią­żąt zbun­to­wa­nych prze­ciwko pady­sza­chowi Impe­rium Osmań­skiego ma wystar­cza­jąco dużo siły, żeby moi stry­jo­wie zaata­ko­wali Bursę?".

Czy mogła się mylić? Być może ksią­żęta Ahmed i Kor­kut bali się wystą­pić prze­ciwko jej ojcu i nasłali na niego swo­ich szpie­gów. To prze­cież moż­liwe.

"Oczy­wi­ście, że tak", ode­zwał się znów głos w jej gło­wie. Może zdrajcy wśli­zgnęli się do pałacu i szu­kali jej ojca. A ci, któ­rzy przed chwilą prze­kra­dali się pospiesz­nie pod jej drzwiami, szli zabić suł­tana Selima.

"Nie!".

A może... Dobry Boże, a może ucie­kali, speł­niw­szy swoje krwawe zada­nie. Suł­tan Selim, jej ojciec o wzroku mio­ta­ją­cym bły­ska­wice, groź­nym obli­czu i gło­sie jak grom, leżał teraz w swo­jej kom­na­cie, ską­pany we krwi.

- Ojciec... Mojego ojca...

- Nie daj Boże! - prze­rwała jej Dże­va­hir. - Niech suł­tanka nawet tak nie myśli. Kto ważyłby się pod­nieść rękę na wiel­kiego suł­tana Selima w jego pałacu?

"To prawda - pró­bo­wała się uspo­koić. - Kto mógłby go dosię­gnąć pośród setek straż­ni­ków, któ­rzy w każ­dej chwili gotowi byli oddać za niego życie?".

Teraz miej­sce bie­ga­niny zajął gwar. Głosy sta­wały się coraz wyraź­niej­sze i zbli­żały się do nich. Naj­pew­niej już nikt nie oba­wiał się, że ktoś usły­szy ich kroki i szczęk sza­bli. Strzała wystrze­liła z łuku.

Hati­dże i Dże­va­hir wytę­żyły słuch, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co się dzieje.

Działo się coś złego. Coś złego i krwa­wego.

Usły­szały docho­dzący z daleka zgiełk.

Nagle suł­tance Hati­dże wydało się, że sły­szy wybi­ja­jący się ponad inne hałasy krzyk. Krzyk pró­bu­jący zagłu­szyć pomruki i prze­kleń­stwa.

- Zrób­cie przej­ście, dia­bel­skie pomioty! Sądzi­li­ście, że pod­damy się bez walki?

Póź­niej roz­le­gło się woła­nie roz­dzie­ra­jące serce.

- Już po mnie!

- Giń! Naj­pierw wy, póź­niej ja!

- Ach, ty psie!

- Trzy­maj­cie! Zwiąż­cie go! Nie pusz­czaj­cie!

- Ucieka!

- Niech ktoś odbie­rze mu szty­let! Szty­let...

- O rety!

- Pro­sto do pie­kła. Dobrze!

Na zewnątrz trwała walka, a Hati­dże była bli­ska utraty zmy­słów.

- Bie­gnij! - roz­ka­zała słu­żą­cej. - Niczego się nie dowiemy, sie­dząc tutaj. Szybko, roz­py­taj, co się dzieje, i natych­miast wra­caj.

Gdy tylko dziew­czyna otwo­rzyła drzwi do kom­naty, do jej wnę­trza wlały się tumult i wrzawa.

Usły­szała, jak ktoś krzy­czy:

- Panie, ucieka!

I zabrzmiał groźny głos jej ojca:

- Co tak sto­icie? Bie­gnij­cie!

Odgłosy kro­ków i ryk suł­tana Selima zaczęły się odda­lać.

- Wy bez­wstyd­nicy! Boicie się jakie­goś goło­wąsa? Skoro sied­miu męż­czyzn nie jest w sta­nie ode­brać jed­nego życia, jaki to jest Porzą­dek Świata? Sami mamy zro­bić to, co należy, pod­czas gdy nasi słu­dzy stoją bez­czyn­nie?

Zatem jej ojciec też biegł. Tylko dokąd?

Zamarła. Dobry Boże... Nie­szczę­ście! Hati­dże prze­sło­niła usta dło­nią. Jak to moż­liwe, że wcze­śniej o tym nie pomy­ślała? Przez umysł prze­le­ciały jej dwa słowa palące niczym ogień jeste­stwo, któ­rych nie można było ogar­nąć ani duszą, ani sumie­niem, ani rozu­mem, a które były jej wpa­jane od naj­młod­szych lat: "Porzą­dek Świata!".

To była noc śmierci. Tej nocy ktoś umrze.

Hati­dże stłu­miła dłońmi okrzyk prze­ra­że­nia. Nakryła głowę poduszką, żeby nie sły­szeć wrza­sków.

Już nie chciała się dowie­dzieć niczego od Dże­va­hir. Zro­zu­miała, co się dzieje na zewnątrz.

Miała wra­że­nie, że sły­szy głos swo­jej matki Hafsy: "Pamię­taj, córko: ten, który bie­gnie pała­co­wym kory­ta­rzem, przy­bywa ode­brać tron albo życie".

Jej ojciec, nowy pady­szach Impe­rium Osmań­skiego, wnuk Meh­meda Zdo­bywcy, syn Baja­zyda, który nazy­wał go okrut­nym fana­ty­kiem - suł­tan Selim. Ode­brał tron. Naj­wy­raź­niej przy­szła pora, żeby ode­brał życie.

Dobiegł ją kolejny krzyk:

- Nie zabi­jaj mnie, stryju!

Hati­dże natych­miast roz­po­znała ten głos. To był Emir­han, naj­młod­szy syn jej stryja. Mały Emir­han, który w dniu, kiedy przy­je­chała do Bursy, uplótł wia­nek ze sto­kro­tek i sam wło­żył jej go na głowę.

Opę­tana gnie­wem pobie­gła do drzwi. Nie wie­działa nawet, jak udało jej się otwo­rzyć ich cięż­kie skrzy­dła. Teraz ona też bie­gła.

- Nie rób­cie tego! Nie doty­kaj­cie! Ojcze! To jesz­cze dziecko. Dziecko... Mały chło­piec!

Zoba­czyła grupę kobiet zmie­rza­jącą w jej stronę.

- Nie rób­cie tego, suł­tanko.

- Do waszej kom­naty. Szybko. Szybko! Nikt nie powi­nien was zoba­czyć.

- Mój ojciec?! - wrza­snęła. - Mój ojciec nie powi­nien mnie zoba­czyć? Mnie też?

Kiedy Hati­dże usły­szała wrzask Emir­hana: "Stryju!", nie zdo­łała się już opa­no­wać. Żeby wyrwać się z objęć kobiet i pobiec na pomoc swo­jemu kuzy­nowi, pró­bo­wała podra­pać ich twa­rze i powy­ry­wać im włosy.

- Nie zabi­jaj mnie, stryju! Nie zabi­jaj Emir­hana. Zro­bię wszystko! Całe swoje życie poświęcę, żeby ci słu­żyć. Przy­się­gam...

Hati­dże nie sły­szała reszty. Pada­jąc na zie­mię, zoba­czyła Dże­va­hir. Słu­żąca pła­kała.

Rozdział II

Roz­dział II

Głosy wokół niej były tylko pozba­wioną zna­cze­nia wrzawą. Nie widać było świa­tła. Syl­wetki prze­pły­wały pośród ota­cza­ją­cych ją chmur. Odda­wali pokłony. Ktoś ude­rzał się po kola­nach. Ktoś inny wzno­sił ramiona ku górze. Jakby się modlili.

"Czy ja umar­łam?".

To był głos w jej myślach. Było oczy­wi­ste, że ten lament i modli­twy były dla niej. "Wygląda na to, że umar­łam", pomy­ślała tym razem.

"Głu­pia".

"A to dla­czego?", sprze­ci­wił się jej wewnętrzny głos.

"Dla­czego? Jesz­cze pytasz dla­czego?! Ty już dawno umar­łaś, Hati­dże. Od dawna jesteś mar­twa!".

- Kim jesteś?! - krzyk­nęła. - Jak śmiesz tak ze mną roz­ma­wiać?!

Rozej­rzała się dookoła. Nikogo nie było. Nawet jeśli ktoś był, to nikogo nie dostrze­gała. Ciem­ność wszystko pochło­nęła, a ona sta­czała się w jej cze­luść. A może leciała? Nie wie­działa. Jej dusza musiała w mroku szu­kać raju. Albo pie­kła. A syl­wetki to pew­nie damy dworu, które ją opła­kują.

"A ona?".

"Ona? Ta, która leży na pod­ło­dze?".

Zdała sobie sprawę, że widzi ją pomimo ciem­no­ści. "To ja! Ta nie­ru­choma, odziana w sza­rość kobieta, to ciało, które zosta­wi­łam na świe­cie!".

W takim razie naprawdę umarła. Pozba­wiony wła­ści­ciela głos znów zabrzmiał w jej gło­wie.

"Już dawno umar­łaś, Hati­dże. Od dawna jesteś mar­twa!".

"To prawda - prze­szło jej przez myśl. - Już dawno umar­łam. Umar­łam tam­tej nocy, kiedy usły­sza­łam: "Wzywa was suł­tanka matka. Musi­cie natych­miast iść"".

Ile lat już minęło? Stra­ciła rachubę. Trzy, pięć, a może dzie­sięć? A może minęło tysiąc lat, odkąd bie­giem udała się do kom­naty matki?

Echo jej drob­nych kro­ków na dywa­nie roz­ło­żo­nym wzdłuż kory­ta­rza na nowo zabrzmiało jej w uszach.

- Suł­tanko matko - ode­zwała się jedna z dam dworu, kiedy dotarła do drzwi, z tru­dem łapiąc powie­trze. - Suł­tanka Hati­dże.

- Niech wej­dzie. Niech wej­dzie.

Niczym burza wpa­dła do środka.

- Matko Hafso!

Dopa­dła do kolan matki sie­dzą­cej na sofie ze sple­cio­nymi nogami.

Natych­miast zauwa­żyła, że kobieta jest bar­dzo blada.

- Podobno chcesz mi coś prze­ka­zać. Powie­dzieli, że pole­ci­łaś natych­miast mnie wezwać. Przy­bie­głam nie­zwłocz­nie.

Dopiero wtedy doj­rzała cier­pie­nie na obli­czu matki.

- Matko - ode­zwała się cicho peł­nym nie­po­koju gło­sem, głasz­cząc włosy kobiety. - Czy stało się coś złego?

- Nie, moja piękna córko. Nie bój się. To nic złego. - Twarz kobiety jakby nieco się roz­ja­śniła. - Co złego mogłoby się wyda­rzyć?

Mogło wyda­rzyć się tak wiele.

Na przy­kład jej matka zwię­dła jak róża, kiedy do Trab­zonu przy­był posła­niec ze Stam­bułu. "Wie­ści z pałacu nie mogą wró­żyć nic dobrego", wpo­iła jej suł­tanka Hafsa. Cho­ciażby dla­tego, że jej ojciec został wezwany do sto­licy.

Kiedy roz­kaz suł­tana dotarł do Trab­zonu, pod suł­tanką Hafsą nogi się ugięły.

- Bar­dzo stę­sk­ni­li­śmy się za naszym synem księ­ciem Seli­mem Cha­nem - stwier­dziła. - Niech przy­bę­dzie do nas czym prę­dzej. Poza tym musimy omó­wić pewną kwe­stię, która wymaga roz­strzy­gnię­cia.

Dobrze wie­działa, że "kwe­stie wyma­ga­jące roz­strzy­gnię­cia" roz­wią­zy­wano tylko przez, nie daj Boże, pozba­wie­nie kogoś życia.

A może jeden z ludzi pady­sza­cha prze­by­wa­ją­cych w sto­licy prze­słał mu tajną wia­do­mość: "Suł­tan, wezwał Ahmeda! Kor­kut przy­był tu w tajem­nicy!".

Hati­dże wie­działa, że suł­tanka Hafsa śmier­tel­nie bała się tych dwóch moż­li­wo­ści. Ksią­żęta Ahmed i Kor­kut byli przy­rod­nimi braćmi suł­tana Selima. Pierw­szy był synem Bülbül Hatun, a drugi - Nigar. I obaj rościli sobie prawa do tronu. To wła­śnie wtedy Hati­dże po raz pierw­szy usły­szała słowa "Porzą­dek Świata", w dniu, w któ­rym zapy­tała: "Co w tym złego, że jeden z moich stry­jów wstąpi na tron?". Miała wtedy pięć lat.

Nawet teraz, gdy nie mogła roz­po­znać niczego oprócz zgiełku, odnio­sła wra­że­nie, że sły­szy ostry z powodu stra­chu szept suł­tanki Hafsy.

Naj­wy­raź­niej głos matki tak głę­boko wrył się w jej duszę, która w ciem­no­ściach poszu­ki­wała raju. Nawet po śmierci ją sły­szała.

- To wszystko przez ten prze­klęty Porzą­dek Świata, Hati­dże.

- Porzą­dek... Co to zna­czy?

- Śmierć.

Była bar­dzo zdzi­wiona, dowie­dziaw­szy się, że wstą­pie­nie na tron jed­nego z jej stry­jów ozna­czało dla jej ojca śmierć.

- A jeśli to ojciec wstąpi na tron, matko?

Nagle przy­po­mniał jej się wzrok suł­tanki Hafsy.

- Wtedy - oczy matki jakby poja­śniały - wtedy Porzą­dek Świata podziała na nie­ko­rzyść Ahmeda i Kor­kuta.

- Czyli wtedy umrą moi stry­jo­wie?

Odpo­wie­dzią było jedy­nie spoj­rze­nie, ale Hati­dże zro­zu­miała.

- W takim razie niech dzia­dek nie osa­dza na tro­nie nikogo innego oprócz mojego ojca.

Dawno dowie­działa się też, że Porzą­dek Świata ozna­czał śmierć nie tylko dla jej ojca, ale dla wszyst­kich. Wszy­scy byli w nie­bez­pie­czeń­stwie: ojciec, matka, ona i jej star­szy brat Sulej­man. Jeśli jeden ze stry­jów wstąpi na tron, Porzą­dek Świata mógł zapu­kać do drzwi każ­dego z nich. To ten, który zosta­nie pady­sza­chem, posta­nowi, kto ma umrzeć, a kto prze­trwać.

Stąd wła­śnie ten lęk przed każ­dym jeźdź­cem, każ­dym gołę­biem pocz­to­wym przy­by­wa­ją­cym do pałacu z Trab­zo­nie. To było przy­czyną paniki, która - podob­nie jak tam­tej nocy - ogar­niała wszyst­kich na wieść, że przy­szła wia­do­mość.

- Skoro tak - powie­działa wtedy, ujmu­jąc ręce matki. - Słu­chamy dobrej wia­do­mo­ści, którą ma nam do prze­ka­za­nia nasza matka.

Dło­nie suł­tanki Hafsy drżały.

Hati­dże poczuła, że wal­czy, aby uwol­nić się od ciem­no­ści, w którą się sta­czała. Zdzi­wiła się, kiedy jej się to nie udało. "Więc tak to jest, kiedy się umiera - pomy­ślała. - Ponow­nie prze­ży­wasz to, co należy do prze­szło­ści".

To było zarówno dobre, jak i złe. Dobre, jeśli miało się szczę­śliwą prze­szłość. Z pew­no­ścią nawet po śmierci te same rze­czy spra­wiały, że dusza osią­gała spo­kój. "A jeśli prze­szłość była pełna trosk jak moja? Czy nie było nie­spra­wie­dli­wo­ścią prze­ży­wa­nie tego samego cier­pie­nia, które zesłał los, nawet po śmierci?", bun­to­wała się. Ale wie­działa, że to na próżno. Hati­dże przy­po­mi­nała sobie każdą chwilę, każde słowo.

- Chodź, dziecko. Usiądź przy nas.

Hati­dże uwiel­biała sofę, na któ­rej sie­działa matka. Stała przed oknem wycho­dzą­cym na las i morze, była wysoka i miękka. Wpraw­dzie w pałacu w Trab­zo­nie z każ­dego okna można było dostrzec morze, ale zdała sobie sprawę, że oglą­da­nie bia­łej piany pię­trzą­cej się na błę­kit­nych falach, spie­szą­cej ku brze­gowi, przy jed­no­cze­snym wdy­cha­niu zapa­chu matki, dawało jej poczu­cie bez­pie­czeń­stwa.

- Sta­łaś się dużą dziew­czynką, moja piękna suł­tanko.

Suł­tanka Hafsa, uro­dziwa żona suro­wego i zacie­kłego san­dżak­beja, nie skie­ro­wała tych słów do nikogo kon­kret­nego, ale jej damy dworu potwier­dziły je, kiwa­jąc gło­wami, jakby mówiła do nich.

- Powie­dzia­ły­ście "dużą dziew­czynką", matko?

- Tak.

Matka pogła­skała ją po wło­sach. To była donio­sła chwila. Kobiety - szcze­gól­nie te miesz­ka­jące w pałacu - nie oka­zy­wały takiej czu­ło­ści swoim dzie­ciom. Dotyk dłoni matki był dla niej tak nie­zwy­kły, że Hati­dże chciała, żeby ta chwila trwała wiecz­nie. Gdyby wie­działa, że matka nie powie jej: "Nie rób­cie tak, córko. To nie­wła­ściwe", przy­trzy­ma­łaby jej rękę i dalej kaza­łaby się gła­skać.

To była jedna z zasad pała­co­wego życia. Kochaj, ale tego nie oka­zuj! Prze­ży­waj miłość, ale w swoim wnę­trzu. Było też coś, czego jej nie uczono, ale co sama odkryła. Życie usta­lało to, co jest wła­ściwe. Robi się to, co wła­ściwe, a o tym, co niewła­ściwe, nie powinno się nawet myśleć.

"Wcale nie", mruk­nęła do sie­bie, jed­no­cze­śnie modląc się, żeby matka dalej ją gła­skała.

- Nie mam nawet dzie­wię­ciu lat. Jestem małą suł­tanką.

Wcale nie chciała być duża. Ni­gdy tego nie pra­gnęła. Miała swoje zabawki i gry.

Duże dziew­częta nie mogły wycho­dzić do ogrodu, kiedy tego chciały. Nie mogły prze­by­wać tam, gdzie byli męż­czyźni. Dotych­czas życie Hati­dże we wła­ści­wej mie­rze upły­wało w ogro­dzie i na dzie­dzińcu. Jej naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem był Ali. Ali był sta­jen­nym Kar­bey­aza7. To on nauczył ją jeź­dzić konno. Kiedy suł­tań­ska córka po raz pierw­szy prze­jeż­dżała konno przed swoim ojcem, to wła­śnie sta­jenny Ali trzy­mał wodze.

Nie była pewna, czy ojciec ją widział. Miał tak bujne i ścią­gnięte brwi, że nie spo­sób było dostrzec, w którą stronę patrzy. Mimo to dum­nie trzy­mała się na koń­skim grzbie­cie, tak jak powinna sie­dzieć córka księ­cia Selima Chana.

- Dobrze... - Uśmiech­nęła się matka. "Boże, co to był za wyjąt­kowy dzień". Piękna i miękka dłoń matki wciąż błą­dziła po jej wło­sach. - Wiesz, co robią duże dziew­czynki?

Oczy­wi­ście, że wie­działa.

- Haftują.

- Co jesz­cze?

- Zaczy­nają robić na dru­tach.

- I co jesz­cze?

Było coś jesz­cze?

- Póź­niej... myją się w łaźni...

Zarówno suł­tanka, jak i jej damy dworu zachi­cho­tały.

Hati­dże, pomimo ciem­no­ści, w którą się sta­czała, czuła tę chwilę szczę­ścia całą sobą. Wtedy jesz­cze nie wie­działa, jak bli­sko sie­bie są szczę­ście i cier­pie­nie, życie i śmierć.

- Duże dziew­częta...

Jej matka po raz pierw­szy się zawa­hała. Spoj­rzała na damy dworu, jakby dopiero teraz je zauwa­żyła.

- Może­cie wyjść.

"Mój Boże, jej ręka wciąż jest na moich wło­sach". Hati­dże przy­su­nęła się do matki. Wcią­gnęła w płuca jej zapach. Pod­jęła decy­zję. Gdy tylko wyjdą słu­żące, zarzuci matce ręce na szyję.

W końcu wszy­scy wyszli. Matka i córka zostały same. Hati­dże zawa­hała się przez chwilę, ale zro­biła to, co posta­no­wiła.

- Matko?

- Tak, Hati­dże?

Jakże smu­kła, jak piękna była jej matka. Jej głos był tak głę­boki i pełen uczu­cia.

- Moja kochana.

Zauwa­żyła, że głos matki drży. Czyżby pła­kała? Z nie­po­ko­jem unio­sła głowę i spoj­rzała jej w oczy. Nie, nie pła­kała. Przez chwilę patrzyły na sie­bie. Ujrzała smu­tek w oczach kobiety. Na wię­cej suł­tanka Hafsa sobie nie pozwo­liła. Odwró­ciła wzrok. Póź­niej uwol­niła się z objęć córki i wstała.

- Duże dziew­częta - zaczęła cicho - robią coś jesz­cze.

- O niczym wię­cej nie wiem. Co to takiego?

Spo­dzie­wała się, że radość w jej gło­sie roz­pro­szy cier­pie­nie na twa­rzy kobiety, ale tak się nie stało. Suł­tanka Hafsa odwró­ciła się do niej ple­cami i postą­piła dwa kroki.

- Wycho­dzą za mąż.

"Za mąż?", zdzi­wiła się. Czy matka roz­ma­wia w ten spo­sób z córką? To było wbrew wszyst­kiemu, czego ją uczono. Jed­nak była szczę­śliwa. Zatem była wystar­cza­jąco duża, żeby roz­ma­wiać o tych spra­wach. Ojciec chciał, żeby galo­po­wała konno, a matka mówiła o wyda­wa­niu dziew­cząt za mąż.

- Yhy. - Zachi­cho­tała. - Wiem.

Na chwilę zapa­no­wała cisza. Było tak cicho, że Hati­dże sądziła, że matka może usły­szeć jej myśli.

Suł­tanka Hafsa nagle się odwró­ciła. Na jej twa­rzy córka dostrze­gła ofi­cjalny wyraz.

- Wasz ojciec, Selim Chan - powie­działa powoli - pod­jął decy­zję.

Hati­dże z nie­zna­nych przy­czyn ogar­nął strach. Nie miała siły zapy­tać, co posta­no­wił ojciec.

Suł­tanka Hafsa ode­tchnęła głę­boko.

- Selim Chan chce wydać cię za mąż, Hati­dże.

Naj­pierw sądziła, że się prze­sły­szała.

- Co?!

Tak samo krzyk­nęła Hafsa, kiedy mąż obwie­ścił jej swoje posta­no­wie­nie.

- Hafso, wydaję Hati­dże za mąż.

- Jak to?! Prze­cież to jesz­cze dziecko!

- Wydać za mąż? - W gło­sie Hati­dże pobrzmie­wało nie­do­wie­rza­nie, jed­nak twarz suł­tanki Hafsy była nie­wzru­szona, a jej wzrok mroczny jak morze, które widziała za oknem.

Wtedy zro­zu­miała. Dobrze usły­szała.

- Ale ja jestem jesz­cze dziec­kiem, matko.

"Wydać za mąż? Za kogo?".

Hati­dże wie­działa, że tak jak inne dziew­częta pew­nego dnia wyj­dzie za mąż. Co wię­cej, już teraz wie­działa za kogo. Za sta­jen­nego Alego!

Tylko on mógł być męż­czy­zną, który poj­mie ją za żonę. Nie było dru­giego, który uśmie­chał się jak Ali. Jego spoj­rze­nie, głos, wszystko róż­niły się od innych. "Były pełne miło­ści", myślała, ale oba­wiała się, że to nie­prawda. Nie wie­działa, czym jest miłość. Jesz­cze jej nie poznała. Jed­nak Ali miał w sobie coś dziw­nego, co ją pocią­gało. Przede wszyst­kim roz­ma­wiał z nią i nie krzy­czał. Kiedy zro­biła coś złego, nie wypo­wia­dał jej imie­nia, zaci­ska­jąc zęby i prze­dłu­ża­jąc jego ostat­nią literę. Gdy się uśmie­chał, twarz mu pro­mie­niała. Ile razy wie­czo­rami pytała sie­bie zawsty­dzona: "Czyż­bym zako­chała się w Alim?". Wyda­wało jej się, że tym wła­śnie jest miłość z baśni, które opo­wia­dały jej pia­stunki.

"A może... Może - zdzi­wie­nie nagle zamie­niło się w eks­cy­ta­cję - ojciec, który wszystko wie­dział, widział, sły­szał i rozu­miał, zauwa­żył, że Hati­dże jest zako­chana w Alim? Czy powie­dział jej matce: "Skoro moja córka go kocha, oddam ją Alemu"?".

Suł­tanka Hafsa, deli­kat­nie ją odsu­wa­jąc, wró­ciła na sofę.

Hati­dże pod­bie­gła i sta­nęła przed nią.

- Za kogo, matko?

Tym razem kobieta nie pró­bo­wała uwol­nić się z objęć córki. Z waha­niem pod­nio­sła rękę.

Hati­dże poczuła, że poło­żyła jej dłoń na gło­wie.

- Komu ojciec mnie oddaje?

- Nie wiem.

- Matko...

Ojciec mówi, że chce ją wydać za mąż, jed­nak matka nie wie­działa za kogo?

- Przy­się­gam, Hati­dże. Nie wiem.

Zauwa­żyła, że matce coś sta­nęło w gar­dle.

"Wie. To jasne jak słońce - pod­po­wia­dał jej w duchu roz­gnie­wany głos. - Ale ci nie mówi".

"To Ali, Ali", łomo­tało jej serce.

"Głu­pia - ode­zwał się tym razem inny głos. - Jak możesz być tak głu­pia? Czy wielki san­dżak­bej Trab­zonu, Selim Chan, może oddać swoją córkę sta­jen­nemu Alemu?".

Jeśli nie, to nie wyj­dzie za mąż. I tyle.

Skoro ojciec pod­jął decy­zję, to ona też.

- A jeśli nie zechcę?

Hati­dże obser­wo­wała, jak na twa­rzy suł­tanki Hafsy malują się po kolei wszyst­kie kolory tęczy.

- Nie pyta, czy chcesz, córko.

- Ale... Ale... Jak to moż­liwe, jeśli ja nie zechcę?

Suł­tanka Hafsa opa­dła na sofę.

- Tacy jak my - mruk­nęła - w więk­szo­ści robią to, czego nie chcą, córko. Sądzisz, że ojciec robi to, co chce? A ja? Wola­ła­bym umrzeć niż prze­ka­zać ci tę wia­do­mość. Ale to zro­bi­łam, ponie­waż musia­łam. Pań­stwo ocze­kuje od nas, że będziemy robić nie to, czego chcemy, ale to, czego ono chce. Tak urzą­dzony jest ten świat.

- Ale ja jestem jesz­cze mała.

- Według ojca jesteś już wystar­cza­jąco duża. Dostał nawet fatwę8 od hodżów. Stwier­dzili, że to dozwo­lone. Poza tym...

- Poza tym co, matko? Jest jesz­cze coś, o czym mi nie powie­dzia­łaś?

Głos zaczął jej się łamać. Czuła, że do oczu napły­nęły jej łzy. Jed­nak nauczono ją, żeby nie pła­kać. Płacz był pra­wem pod­da­nych. Suł­tanki nie pła­czą. Nikomu nie poka­zują swo­jej sła­bo­ści. To jest wła­ściwe. Tak gło­siły prze­klęte zasady, ale nie była w sta­nie powstrzy­mać łez.

- Żeby otwo­rzyć ojcu drogę do tronu, musisz wyjść za mąż za tego, kogo dla cie­bie wybrał.

- A jeśli nie?

- Jeśli nie... - zaczęła matka z ocią­ga­niem. Jej twarz była teraz kre­do­wo­biała. - Męż­czy­zna, który ma zostać twoim mężem, przej­dzie na stronę Ahmeda lub Kor­kuta. Droga do tronu otwo­rzy się przed jed­nym z nich. A dla two­jego ojca... Rozu­miesz mnie? Musisz.

Nie, nie rozu­miała.

- Dla­czego? Dla­czego muszę?

- Przez Porzą­dek Świata, Hati­dże.

Nie pamięta, żeby kie­dy­kol­wiek widziała matkę tak prze­ra­żoną.

- Porzą­dek... Co to zna­czy?

- Śmierć.

- Śmierć? Nic nie rozu­miem.

- Wieczne jest tylko pań­stwo. Dla­tego mówią, że pań­stwo jest stałe, wie­ku­iste. Jeśli trzeba, należy poświę­cić życie dla pań­stwa. Nawet jeśli jest to życie ojca, matki, syna, córki, brata czy sio­stry... To wła­śnie zna­czy Porzą­dek Świata. Dla pań­stwa, jeśli to jest wła­ściwe, wolno ode­brać życie.

Znów te prze­klęte zasady. Zarówno życie, jak i śmierć też były z nimi zwią­zane. Hati­dże przez chwilę stała nie­ru­chomo.

- Jeśli jeden z moich stry­jów zosta­nie pady­sza­chem, każe zabić mojego ojca? To chcesz powie­dzieć, matko?

Matka nie mogła spoj­rzeć jej w oczy. Jedy­nie drżą­cymi pal­cami pró­bo­wała otrzeć łzy pły­nące po policz­kach Hati­dże. Zamiast odpo­wie­dzieć, kobieta ski­nęła głową.

- Nie tylko to - wyszep­tała. - Two­jego brata Sulej­mana, który prze­bywa w Kaf­fie9, także. Mnie i cie­bie rów­nież... Ten, kto wstąpi na tron, nie pozo­stawi przy życiu nikogo pocho­dzą­cego z rodu Selima, z jego krwi i haremu.

Nie wie­działy, co wię­cej powie­dzieć. Patrzyły na sie­bie w mil­cze­niu. Cisza była tak gęsta, że Hati­dże sły­szała bicie serca matki. Z pew­no­ścią Hafsa też sły­szała gło­śne bicie jej serca.

Ciem­ność nie miała końca. A prze­cież raj opły­wał w świa­tłość, fru­wały w nim wszyst­kie ptaki, a róż­no­ko­lo­rowe kwiaty roz­sie­wały swój zapach. W raju anioły i hury­ski szcze­bio­tały rado­śnie. Co ta nie­skoń­czona ciem­ność robiła w raju?

"To nie raj! - wrza­snął nagle głos w jej umy­śle. - Kto ci powie­dział, że to raj?".

Całym jej cia­łem wstrzą­snął dreszcz. "To pie­kło? Skoro to nie raj, muszę być w pie­kle", pomy­ślała w panice. W jed­nej chwili przy­po­mniały jej się wszyst­kie grze­chy. Bunt, obrzy­dze­nie i nie­na­wiść, jakie czuła do męż­czy­zny, który miał zostać jej mężem. Jej marze­nia o tym, jak tonie w obję­ciach Alego. Wszystko. Skoro popeł­niła tyle grze­chów, Bóg nie mógł jej wziąć do nieba.

Hati­dże sądziła, że pła­cze. Myślała, że łzy palą jej policzki.

Panika znik­nęła tak samo szybko, jak się poja­wiła. "Jeżeli jesteś w pie­kle, gdzie są te pło­mie­nie gore­jące w bez­kre­snych cze­lu­ściach?", pytał jej umysł. A czarne anioły? Gdzie one są? Dla­czego nie sły­szała wrza­sków grzesz­ni­ków wrzu­co­nych w ognie pie­kielne? Dla­czego zamiast czer­wieni pie­kła jej duszę ogar­niała ciem­ność?

"Boże! - wykrzyk­nęła rado­śnie, dalej sta­cza­jąc się w mrok. - W pie­kle też nie jestem". Hati­dże poczuła, jak sza­leń­czo wyma­chuje rękami i nogami, jakby chciała się cze­goś przy­trzy­mać, zła­pać cze­goś nie­wi­dzial­nego. "Skoro nie jestem ani w pie­kle, ani w nie­bie, gdzie jestem?!", krzy­czała. Nie sły­szała swo­jego głosu, ale była pewna, że to mówi. Wyda­wało jej się, że wrzesz­czy z całej siły. "Gdzie jestem? Dokąd spa­dam?".

Miała wra­że­nie, że sły­szy śmiech. "Gdzie jesteś, Hati­dże? Ani w nie­bie, ani w pie­kle. Nie umar­łaś i nie żyjesz. Jesteś w miej­scu, które znaj­duje się pomię­dzy nimi. To od cie­bie zależy, dokąd pój­dziesz. Możesz umrzeć albo żyć".

"W takim razie mogę uwol­nić się od tych ciem­no­ści", pomy­ślała.

"Jeśli chcesz...".

Nagle Hati­dże wydało się, że w mroku widzi małą dziew­czynkę, obok któ­rej stoi prze­piękna kobieta. Natych­miast roz­po­znała matkę. Małą dziew­czynkę też. To była ona, Hati­dże sprzed sied­miu lat. Czarne oczy dziew­czyny żarzyły się niczym węgle.

- W takim razie, matko - usły­szała, jak mówi; prze­stra­szyła się swo­jego głosu - niech życie, któ­rego wymaga Porzą­dek Świata, nie będzie życiem mojego ojca Selima Sza­cha. Niech to Hati­dże będzie ofiarą.

Zoba­czyła, że matka prze­stała powstrzy­my­wać płacz.

Czy to było wła­ściwe, czy nie, tego wie­czoru obie pła­kały. Z całego serca. W głos.

Dla­czego nie mia­łaby pła­kać? To była noc jej śmierci.

- Za kogo mnie wyda, matko?

Suł­tanka Hafsa naj­pierw otarła swoje policzki, a potem policzki córki. Teraz pró­bo­wała się uśmiech­nąć.

- Za Isken­dera Paszę.

- Jaki on jest? Widzia­łaś go? Młody? Przy­stojny?

Sama nie mogła wtedy uwie­rzyć, że zapy­tała o to matkę. Innym razem z pew­no­ścią spło­nę­łaby ze wstydu. W takim razie jak to się stało, że wyrzu­ciła z sie­bie te nie­wła­ściwe pyta­nia?

Chyba myślała, że skoro nikogo nie zawsty­dzało wyda­nie za mąż dzie­wię­cio­let­niej dziew­czynki, to to też nie powinno.10

Póź­niej nastała ciem­ność. Tylko ciem­ność.

Hati­dże, zupeł­nie tak jak teraz, sta­czała się w mrok.

Czerń pochło­nęła wszystko.

Głosy zmie­niły się w wycie, obrazy znik­nęły. Naj­pierw za ścianą mgły roz­myła się twarz matki.

Był tylko jeden ratu­nek - uciec od ciem­no­ści.

"Świa­tło!", krzyk­nęła z całej siły, a raczej wyda­wało jej się, że krzy­czy.

Wal­czyła, pró­bu­jąc biec w mroku w stronę świa­tła.

Nagle zauwa­żyła, że ciem­ność rzed­nie.

Hati­dże pokrę­ciła głową. "Boże, nie mogę w to uwie­rzyć", prze­szło jej przez myśl. Zupeł­nie jakby w jej duszy wscho­dziło słońce.

Pośród łoskotu odbi­ja­ją­cego się echem w jej uszach zaczęła roz­róż­niać głosy. Usły­szała, jak ktoś mówi:

- Dzięki Bogu, docho­dzi do sie­bie.

Poznała ten głos.

Roz­chy­la­jąc powieki, ujrzała świa­tło. Pró­bo­wała kur­czowo się go przy­trzy­mać. Bała się, że jeśli otwo­rzy oczy, świa­tło znik­nie. Powoli ode­mknęła powieki. Zoba­czyła Dże­va­hir.

Dziew­czyna z rado­ścią kla­snęła w ręce.

- Wró­ciła, wró­ciła, wró­ciła!

"Skąd?", pytała sie­bie Hati­dże.

"Od śmierci. - Zachi­cho­tał głos w jej umy­śle. - Z ciem­no­ści".

- Bóg zwró­cił nam suł­tankę Hati­dże - usły­szała zna­jome głosy.

Gdy obró­ciła głowę, zoba­czyła obej­mu­jące się ze szczę­ścia damy dworu.

Dże­va­hir odło­żyła na bok zwy­czaje i zasady, czyli to, co wła­ściwe, i objęła swoją panią za szyję.

- Modli­łam się za was. Dzięki Bogu, wró­ci­ły­ście - wyszep­tała.

Wie­działa, skąd wró­ciła - od śmierci, z ciem­no­ści. "Dobrze, ale dokąd wró­ciłam?", pytała sie­bie.

Nagle wszystko sobie przy­po­mniała.

Pospieszne, ukrad­kowe kroki. Pochod­nie w ogro­dzie, uzbro­jeni męż­czyźni. Jęki Emir­hana: "Nie zabi­jaj mnie, stryju! Zro­bię wszystko!".

"Czy kat może zakoń­czyć takie młode życie?".

Krzyki księ­cia Osmana...

"Prze­klęci! Kun­dle Selima! Nadali nam imię Osman. Sądzi­li­ście, że oddamy życie bez walki?".

Wrza­ski. Prze­kleń­stwa.

W końcu Hati­dże przy­po­mniała sobie gro­mo­władny roz­kaz ojca: "Wy, bez­wstyd­nicy! Boicie się jakie­goś goło­wąsa? Skoro sied­miu męż­czyzn nie jest w sta­nie ode­brać jed­nego życia, jaki to Porzą­dek Świata? Sami mamy zro­bić to, co należy, pod­czas gdy nasi słu­dzy stoją bez­czyn­nie?".

Hati­dże rozej­rzała się ze stra­chem.

- Cii... - uci­szyła damy dworu i zaczęła nasłu­chi­wać.

Na zewnątrz pano­wała cisza. Śmierć spo­wiła ciszą pałac w Bur­sie.

- Wró­ci­łam - zwró­ciła się do Dże­va­hir. - Z jed­nej nocy śmierci do dru­giej.

Rozdział III. Seruhan. Majątek Kasyma Agi. Wrzesień 1512

III Seru­han Mają­tek Kasyma Agi Wrze­sień 1512

Pani Ferahşad zer­k­nęła na słu­żącą macha­jącą wachla­rzem. "Na pewno ramię pali ją od poru­sza­nia od rana wiel­kim wachla­rzem przy­wie­zio­nym z Egiptu", pomy­ślała. Na twa­rzy dziew­czyny błysz­czały setki małych kro­pli. Na jej skó­rze wyglą­dały jak czarne perły.

- Dość już, Münire. To i tak na nic, dziecko.

Dziew­czyna spoj­rzała na nią z wdzięcz­no­ścią. Natych­miast prze­stała, zabrała wachlarz i usta­wiła go za drzwiami.

Ferahşad ścią­gnęła tiul okry­wa­jący jej głowę. Unio­sła w dło­niach burzę czar­nych wło­sów.

- W tym roku jesień nie nadej­dzie.

- To prawda - powie­działa led­wie sły­szal­nie Münire. Nie było w zwy­czaju, żeby słu­żąca roz­ma­wiała ze swoją panią. "Za kogo ty się uwa­żasz, że masz czel­ność mi odpo­wia­dać", roz­gnie­wa­łaby się każda, jed­nak pani Ferahşad nie nale­żała do takich. - Jakby zie­mia pło­nęła, pani.

Kobieta poki­wała głową.

- Dobrze, że prze­nio­sły­śmy robot­ni­ków do altany, Münire.

Wie­działa, że jej pani nie roz­gniewa się za to, że odpo­wiada, ale mimo wszystko wahała się. To wielka pani Ferahşad, ona zaś była tylko Czarną Morwą Münire. Prze­zwał ją tak jeden z tych prze­klę­tych robot­ni­ków i od tam­tego dnia nazy­wano ją Czarną Morwą.

- Macie rację, pani - ode­zwała się. - Niech wam Bóg bło­go­sławi. W prze­ciw­nym razie ugo­to­wa­liby się pod tym gli­nia­nym dachem.

- Niech Bóg bło­go­sławi nam wszyst­kim. Oni to też ludzie. Trak­tuj ludzi dobrze, a i oni będą cie­bie tak trak­to­wali.

Münire nie zro­zu­miała jej słów, ale i tak uśmiech­nęła się do swo­jej pani.

Cho­ciaż pani Ferahşad cza­sem się na nią gnie­wała, krzy­czała, karała tych, któ­rzy nie­wła­ści­wie wyko­ny­wali swoją pracę, to była dobrą kobietą.

Tyle dziew­cząt, będą­cych pod jej roz­ka­zami, wydała za mąż. Wielu nie­wol­ni­kom daro­wała wol­ność i pomo­gła stwo­rzyć dom. Mię­dzy Ferahşad a jej pod­wład­nymi ist­niało sekretne poro­zu­mie­nie. Nikt nie wspo­mi­nał o niej sło­wem wśród nie­zna­jo­mych, a jeśli ktoś pytał, mówiono zgod­nie: "Niech Bóg ma ją w swo­jej opiece. Nie ma na tym świe­cie lep­szej pani niż ona. Niech Stwórca pozwoli jej dostą­pić wszel­kiego szczę­ścia". Nie tylko w Mani­sie, ale w całym Seru­ha­nie nie było nikogo, kto nie znałby pani Ferahşad i nie modliłby się za nią.

Skoń­czyła trzy­dzie­ści cztery lata, ale wciąż była świeża i piękna niczym pąk. Była nawet pięk­niej­sza od pew­nych sie­bie dziew­cząt. Czarne, dłu­gie włosy się­gały jej do talii. Kiedy spoj­rzała na kogoś swo­imi orze­cho­wymi oczami, jego serce zaczy­nało bić moc­niej.

- Minęło dzie­więć lat od śmierci jej męża - mawiano. - On też był dobrym panem. Wska­ki­wał na koń­ski grzbiet, trzy­ma­jąc bat, i prze­mie­rzał całą rów­ninę - od jed­nego końca po drugi. Win­nice i ogrody. Wszę­dzie zdą­żał i wszyst­kiego doglą­dał.

Wtedy Ferahşad nie wyjeż­dżała do win­nicy. Była zajęta pra­cami w domu. W takie upalne dni sie­działa w chłod­nym cie­niu koła wod­nego.

- Ach, ileż to już czasu minęło, odkąd pan Kasym padł ofiarą jadu żmii - odpo­wia­dał zarządca Halil Aga. - Od tam­tego dnia to ona stała się za wszystko odpo­wie­dzialna. - Ach, kiedy to było... Wyobraź­cie sobie, co ujrze­li­śmy następ­nego dnia po tym, jak wło­ży­li­śmy do ziemi Kasyma Agę.

Zarządca długo opo­wia­dał o tym, co zoba­czył.

- Na koniu beja sie­działa pani. W czer­wo­nym bla­sku świtu wyglą­dała tak maje­sta­tycz­nie, że wszyst­kim nam zaparło dech w pier­siach. Włosy splo­tła w dwa war­ko­cze i upięła na gło­wie, którą okryła żółto-bia­łym, joruc­kim11 sza­lem. Jakby nie od tego dnia, lecz od uro­dze­nia nasza pani była jorucką dziew­czyną wędru­jącą na koń­skim grzbie­cie.

Od tam­tego dnia Ferahşad jeź­dziła konno. Prze­mie­rzała rów­ninę, doglą­dała win­nic i ogro­dów, brała garść ziemi i spraw­dzała, czy jest dobrze nawod­niona, upew­niała się, czy paste­rze wła­ści­wie wypa­sają owce i bydło. Nie znała zmę­cze­nia; gar­dziła tymi, któ­rzy narze­kali na znój. Kiedy zauwa­żyła jakieś uchy­bie­nie, krzy­czała:

- Daj­cie mi tu tę motykę! Tak się spulch­nia zie­mię? Macie dobrze wbić ostrze i pode­rwać, żeby wpa­dło tam bło­go­sła­wione powie­trze. O tak.

Gdy Münire tra­fiła tu na służbę, widy­wała swoją panią tylko rano przy śnia­da­niu i wie­czo­rami, zanim się poło­żyła, a także kiedy się roz­bie­rała i myła.

"Co tak piękna kobieta robi na polach, w win­ni­cach, ogro­dach, przy owcach i kozach? - zasta­na­wiała się. - Nie tęskni za męż­czy­zną?".

Przy­po­mniała sobie spoj­rze­nie dziew­czyny, którą kie­dyś o to zapy­tała.

- Dla­czego mia­łaby tęsk­nić? Moja pani sama jest jak męż­czy­zna. Do czego mia­łaby potrze­bo­wać męż­czy­zny?

Wtedy te słowa wydały się Münire nie­do­rzeczne. Jed­nak z cza­sem i ona przy­znała dziew­czy­nie rację. Pani Ferahşad była nawet bar­dziej męska od męż­czyzn. Była odważ­niej­sza i sil­niej­sza. A do tego nie pogwał­ciła niczy­jego prawa, nikogo nie drę­czyła.

- Patrzy­ły­ście dziś rano na Pła­czącą Skałę?

Münire skła­dała kolejną sztukę pościeli. Przy­kle­pała ją i wło­żyła na miej­sce.

- Ani jed­nej kro­pli, moja piękna pani. Po raz pierw­szy, odkąd tu przy­by­łam, zoba­czy­łam, że skała nie pła­cze. Nie ma już żad­nych łez.

- To oczy­wi­ste. Spójrz na ten upał. Zie­mia wyschła do cna.

- Mówią, że jeśli Pła­cząca Skała nie zapła­cze, nie przyj­dzie ani jesień, ani zima.

Ferahşad uśmiech­nęła się.

- Spójrz­cie na moją Czarną Morwę. Sta­łaś się tutej­sza. Nauczy­łaś się już nawet powie­dzeń.

- Sły­sza­łam, jak Emine tak mówiła. - Ze wstydu jej głos stał się tak cichy, że sama ledwo sie­bie sły­szała.

- Co jesz­cze mówi Emine?

- Boi się.

- Boi? Czego? Stało się coś?

- Nie - wyrzu­ciła z sie­bie Münire. "Ach, ten mój długi język - żach­nęła się w duchu. - Sie­dzę z panią i plot­kuję". - Że gatro12 wyschnie... Będzie się obra­cało i obra­cało, aż w końcu zabrak­nie wody.

Ferahşad także się tego bała, ale Ibra­him mówił: "Nie oba­wiaj­cie się. Znaj­dziemy jakieś roz­wią­za­nie".

Gdyby wie­działa, jak to roz­wią­zać, sama by się tym zajęła.

- Jestem tu szes­na­ście lat i nie widzia­łam, żeby koło wodne wyschło. Nie miej­cie takich czar­nych myśli. Nic się nie sta­nie. Bóg nam pomoże. Myśl­cie dobrze, żeby tak wła­śnie się działo.

Zda­wała sobie sprawę, że było to nie­wiel­kie pocie­sze­nie. Jeśli upały nie ustaną, pędy wino­gron, które nie­dawno posa­dzili, też uschną.

- Widzia­łaś Ibra­hima?

Serce Münire nagle pod­sko­czyło. Ibra­hima? Gdyby mogła, w ogóle nie tra­ci­łaby go z oczu. Chęt­nie wpa­try­wa­łaby się w jego piękną twarz cały czas. Lubiła patrzeć na jego krę­cone, czarne włosy i brwi napięte niczym cię­ciwa łuku, a także w jego mgli­ste, czarne jak wino­grona oczy i na smu­kłą szyję.

- Wyszedł wcze­śnie rano. Od tam­tej pory go nie widzia­łam.

- Był sam?

- Był z nim Halil Aga i kilku robot­ni­ków, pani. Jeśli sobie tego życzy­cie, natych­miast prze­ślę wia­do­mość, żeby przy­był.

"Bła­gam, niech przyj­dzie, żebym mogła go zoba­czyć", pro­siła w duchu Münire.

Ferahşad pod­nio­sła się z miej­sca. Znów prze­cze­sała włosy dłońmi.

- Nie trzeba, dziecko. Zdaje się, że wiem, gdzie jest. Znajdę go. Powiedz sta­jen­nemu, żeby osio­dłał konia. Powia­dom też kuchen­nych. Kola­cję zjem przy kole wod­nym. Niech poczy­nią odpo­wied­nie przy­go­to­wa­nia. W tym upale nie można jeść gdzie indziej. Ty także przyjdź tam, gdy skoń­czysz pracę.

Zsia­dła z konia i przy­wią­zała go. Przez jakiś czas szła mię­dzy rzę­dami kuku­ry­dzy, prze­wyż­sza­ją­cymi wzro­stem czło­wieka. Żół­to­brą­zowe włókna od dawna zwi­sały niczym broda mię­dzy liśćmi. "Trzeba je zebrać w tym tygo­dniu", pomy­ślała Ferahşad.

Skrę­ciła w alejkę w prawo. Od dwóch dni nie doglą­dała wino­gron. "Przy takim upale już dawno powinny wyschnąć. Jutro zarządca musi to spraw­dzić i je zebrać. Niech każe zapa­ko­wać je w worki, w któ­rych będą zawie­zione na bazar. Może cho­ciaż to się uda".

Poczuła zapach świe­żej wody i skrzy­pie­nie koła, które nie­ustan­nie obra­cało się, drą­żąc otwór, żeby wydo­być wodę.

Z daleka nio­sły się męskie głosy.

- Zej­dziemy jesz­cze dwa arszyny i będzie dobrze.

To był on. Uko­chany Ibra­him.

- Jak możesz być tak pewien, że znaj­dziemy wodę? Dosta­łeś wia­do­mość z góry?

Usły­szała śmie­chy.

Halil Aga nie robił niczego, dokład­nie nie wypy­taw­szy i nie zyskaw­szy pew­no­ści. Ferahşad zachi­cho­tała. Naj­wi­docz­niej dzi­siaj padła kolej na Ibra­hima.

Wła­ści­wie chło­pak był wypy­ty­wany od dnia, w któ­rym stwier­dził, że jeśli wyko­pią jesz­cze jeden otwór przy gatrze, wypły­nie woda. Halil wyśmie­wał to przed­się­wzię­cie.

- Jaka woda, Ibra­hi­mie? - mówił. - Jeśli coś ma się poja­wić przy otwo­rze, który już pra­wie wysechł, to kamień. I wiedz, że tym kamie­niem roz­łu­pię ci głowę.

Jed­nak chło­pak był uparty. Dzień wcze­śniej twier­dził:

- Pani, z pew­no­ścią przy naszej gatrze są też inne żyły. Znaj­dziemy je.

- W takim razie kop - pole­ciła. - W końcu to ty się zmę­czysz.

Ibra­him zaka­sał rękawy.

Na końcu ścieżki wzno­szące się niczym ściana łodygi kuku­ry­dzy nagle zni­kały i wycho­dziło się na mały zacie­niony pla­cyk. To było miej­sce, które nazy­wano kołem wod­nym.

Ferahşad, prze­dzie­ra­jąc się przez kuku­ry­dzę, zna­la­zła się na placu osło­nię­tym od świa­tła. W pierw­szej chwili nie widziała męż­czyzn, któ­rych głosy sły­szała. Muł obra­cał ze skrzy­pie­niem koło osa­dzone na wiel­kim, żela­znym trzpie­niu. Koło słu­żyło do prze­su­wa­nia gru­bego rze­mien­nego pasa zni­ka­ją­cego w otwo­rze. Przy­wią­zane do pasa misy zanu­rzały się puste, a wynu­rzały pełne. Woda, którą przy­no­siły, wyle­wana była do koryt wyżło­bio­nych wokół pni drzew, stam­tąd pły­nęła nik­ną­cymi w win­nicy kana­łami. Jed­nak pomimo całego trudu zwie­rzę­cia ilość wody wydo­by­wa­nej z otworu osu­szo­nego pod wpły­wem gorąca była znacz­nie mniej­sza. Połowa wyle­wała się pod­czas wydo­by­cia, pozo­stała część nie wystar­czała, żeby zaspo­koić pra­gnie­nie ziemi. Roz­pa­lona gleba z nie­wia­ry­godną zachłan­no­ścią poły­kała wodę.

Kiedy Ferahşad zasta­na­wiała się, gdzie oni są, ponow­nie usły­szała ich głosy. Ibra­him, Halil Aga oraz czte­rej pra­cow­nicy znaj­do­wali się w alta­nie usta­wio­nej w cie­niu cypry­sów. Powoli skie­ro­wała się w tamtą stronę. Zarówno cień drzew, jak i cichy szum wydo­by­wa­nej wody przy­no­siły czło­wie­kowi nie­wielką ulgę. Weszła pod altanę uple­cioną z gałęzi i zoba­czyła ich mię­dzy zaro­ślami.

Nagle znie­ru­cho­miała. Ibra­him był nagi od pasa w górę. Spa­lona słoń­cem skóra męż­czy­zny per­liła się od potu. Wbił w zie­mię nowy trzpień, inny muł bie­gał, żeby wpra­wić w ruch osa­dzone na nim koło. Widać było, że zwie­rzę po wie­lo­go­dzin­nym cho­dze­niu w kółko ledwo sta­wiało kroki ze zmę­cze­nia. Jed­nak Ibra­him zmu­szał je do dal­szego trudu, ścią­ga­jąc wodze.

- Idź, prze­klęty! Jesz­cze tro­chę! Wbij ten świ­der. Wio!

Świ­der na końcu trzpie­nia poru­sza­nego przez stru­dzo­nego muła z każ­dym obro­tem zata­piał się coraz głę­biej. Ibra­him pochy­lał się i pro­sto­wał. Przy każ­dym ruchu jego ciało lśniło w słońcu.

Ferahşad zdała sobie sprawę, że stoi z zapar­tym tchem. Zakrę­ciło jej się w gło­wie. Nie wie­działa, czy z zawsty­dze­nia, czy z powodu widoku pół­na­giego męż­czy­zny. W pierw­szej chwili chciała odwró­cić się i odejść.

Jak on dorósł!

W całym ciele czuła, że nie było to jedy­nie spo­strze­że­nie. Była pełna podziwu. Ni­gdy go takim nie widziała. Zgoda, Ibra­him był młody i przy­stojny, ale nie zauwa­żyła, że stał się już doro­słym męż­czy­zną. "Cóż za ramiona - pomy­ślała. - Takie sze­ro­kie i potężne".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Tomy­ris - według podań grec­kiego histo­ryka Hero­dota była kró­lową Mas­sa­ge­tów, związku paster­skich szcze­pów irań­skich, która w 529 r. p.n.e. poko­nała woj­ska per­skie pod wodzą Cyrusa II Wiel­kiego (wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki). [wróć]

2. Parga - miej­sco­wość, dawna osada rybacka w Gre­cji nad Morzem Joń­skim. [wróć]

3. Han­ni­bal Bar­kas - waleczny dowódca wojsk antycz­nej Kar­ta­giny. [wróć]

4. Przy­czyny śmierci Alek­san­dra Mace­doń­skiego nie są do końca znane. Pod koniec życia cier­piał praw­do­po­dob­nie na cho­robę psy­chiczną. Nad­uży­wał też alko­holu. Umarł po kilku dniach cho­roby. Ist­nieje rów­nież hipo­teza, że został otruty. [wróć]

5. Swa­róg - sło­wiań­skie bóstwo nieba, słońca, ognia i kowal­stwa. Odpo­wied­nik grec­kiego Hefaj­stosa i rzym­skiego Wul­kana. Echa kultu bóstwa były widoczne jesz­cze długo po chry­stia­ni­za­cji. [wróć]

6. Galion (afla­ston) - ozdoba dzio­bowa na daw­nych okrę­tach, drew­niana rzeźba nawią­zu­jąca do nazwy statku, przed­sta­wia­jąca postać ludzką, zwie­rzęcą lub fik­cyjne stwo­rze­nie. [wróć]

7. Kar­beyaz (z tur.) - kar - śnieg, beyaz - biały. [wróć]

8. Fatwa (z arab.) - opi­nia lub zale­ce­nie uczo­nego muzuł­mań­skiego, doty­czące spraw z zakresu teo­lo­gii lub prawa. [wróć]

9. Kaffa (Teo­do­zja) - mia­sto na połu­dniowo-wschod­nim wybrzeżu Krymu. W cza­sach zwierzch­nic­twa Impe­rium Osmań­skiego nad Cha­na­tem Krym­skim (XVI-XVIII w.) sta­no­wiło cen­trum pro­win­cji osmań­skiej. [wróć]

10. Zgod­nie ze źró­dłami histo­rycz­nymi Hati­dże została wydana za Isken­dera Paszę, gdy miała dwa­dzie­ścia dwa lata. [wróć]

11. Joru­ko­wie (tur. Yörük) to wędrowny lud turecki wywo­dzący się z górzy­stych regio­nów Ana­to­lii. [wróć]

12. Koło wodne. [wróć]