Pałac ambasadora Wenecji Girittiego. Stambuł
Pałac ambasadora
Wenecji Girittiego
Stambuł
Na pierwszy rzut oka wychodząca na morze rezydencja ambasadora Wenecji
mogła wyglądać na opuszczoną. Wysoki budynek z poszarzałych kamieni
spowijała ciemność. Padający na ulicę cień domu, nocą jeszcze
mroczniejszy, mógł przyprawić o drżenie tych, którzy przechodzili przed
nim, trzymając w dłoniach latarnie lub pochodnie oświetlające go drżącym
światłem. Tymczasem unikatowe żyrandole wykonane ze szkła weneckiego i złote kandelabry sprawiały, że we wspaniałym salonie, znajdującym się na
trzecim piętrze pałacu, było jasno jak za dnia.
W wielkiej sali, której ściany pokryte były czerwonym jedwabiem i niezrównanymi gobelinami, słychać było jedynie odgłosy sztućców. Wnętrze
skąpane było w złocie i szkarłacie. Grube czarne kotary, szczelnie
zasłaniające okna, ozdobione były sięgającymi od sufitu do podłogi
zasłonami z chińskiego jedwabiu, które w połowie długości przewiązano
złotymi wstęgami.
Na środku salonu znajdował się długi stół z drewna orzechowego. Do
wykonania obić dwunastu krzeseł o wysokich oparciach, ustawionych po obu
jego stronach, wykorzystano florenckie arrasy w tych samych barwach,
które zdominowały otoczenie. Natomiast ściana znajdująca się za plecami
ambasadora Girittiego, przecinająca salę w poprzek, w całości pokryta
była niezrównanym gobelinem. Wykonany na tkaninie obraz przedstawiał
Jezusa i dwunastu apostołów podczas ostatniej wieczerzy. Wszystko było
tak pełne życia, że wydawało się, iż postacie za chwilę wstaną i usiądą
z nimi do stołu. Giritti miał za złe siedzącemu dokładnie naprzeciwko
obrazu mężczyźnie, że nawet raz nie podniósł głowy, żeby na niego
spojrzeć. Jeden z uczniów samego mistrza Leonarda wykonał dokładną kopię
oryginalnego dzieła, a później obraz został przeniesiony na tkaninę.
"Gburowaty Florentczyk - mruknął w duchu, starając się zachować uśmiech.
- Co za zadufanie w sobie. Za kogo ty się uważasz? Czy powodem tej pychy
jest fakt, że na papieża wybrano członka rodu de Medici? On umarł i odszedł w niepamięć. Teraz na tronie Klemensa zasiada Farnese.
Alessandro z Canilo1. Skąd ta duma?".
Spragniony gość wyciągnął rękę po kielich z winem. Gdy podnosił go do
ust, światło padające z żyrandola zatańczyło w pucharze i przez chwilę
zatrzymało się na jego oczach.
Giritti poruszył się na swoim miejscu zniecierpliwiony. Zrozumiawszy, że
mężczyzna nie zareaguje, powtórzył ten ruch w sposób bardziej zwracający
uwagę. Na próżno. Mężczyzna nieprzerwanie jadł.
Giritti zaczynał się buntować. "Czy Jego Świątobliwość nie mógł znaleźć
nikogo innego, kto pomógłby mu doprowadzić do zwycięstwa Świętego
Krzyża? Jeśli ten mężczyzna zostanie tu jeszcze dwa tygodnie, opróżni
wszystkie beczki z winem".
Na myśl o winie Giritti przypomniał sobie o Ibrahimie Paszy. Wina,
którymi częstował go wielki wezyr, ilekroć udawał się do niego z wizytą,
pozostawiały daleko w tyle trunki takie jak te. Gdy w tajemnicy wysłał
do pałacu skrzynię pełną wina cervaro, pasza, ulubieniec sułtana
Sulejmana, nie posiadał się z radości. Ibrahim odwdzięczył mu się za to
trzema perskimi kobiercami.
- Przesłałeś mi skarb, Giritti - powiedział wielki wezyr, dzwoniąc w kielich, gdy siedzieli razem w domu ambasadora. - Każda jego kropla jest
niczym rubin.
- Na zdrowie mojemu paszy.
- My, którzy jesteśmy wielkim wezyrem Wielkiego Imperium Osmańskiego,
nie możemy pozostać w tyle za weneckim kupcem. Powiedz, czego sobie
życzysz?
"Życia Sulejmana", pomyślał Giritti, z trudem powstrzymując się od
powiedzenia tego na głos.
- Ależ, panie - odezwał się, odchrząkując. - Nie ma na świecie
wspanialszych kobierców niż te, które dostałem od czcigodnego paszy. Cóż
może być cenniejszego?
Mężczyzna na drugim krańcu stołu, opróżniwszy swój kielich, spojrzał
zniecierpliwionym wzrokiem na sługę stojącego przy zasłoniętym oknie.
Ten zerwał się z miejsca. Giritti zerknął na pozłacany kielich. "Udław
się", pomyślał, wiercąc się na krześle.
- Zdaje się, że nadszedł czas.
- Nie spieszy mi się - odparł mężczyzna, nie przestając jeść.
"Ale mnie tak - przemknęło przez głowę Girittiemu. - Chcę jak
najszybciej się od ciebie uwolnić".
Gość utkwił w nim spojrzenie. Przez chwilę, przeżuwając kęs potrawy,
przyglądał się otyłej twarzy ambasadora. "Tłusty wenecki bękart.
Nienawidzisz mnie. Myślisz, że ja za tobą przepadam? Za pieniądze
sprzedałbyś własną matkę. Bóg jeden wie, co sprzedałeś sułtanowi
Sulejmanowi, żebyś mógł spokojnie siedzieć na tym bogactwie".
Giritti poczekał, aż mężczyzna skończy.
- Skoro Jego Świątobliwość przysłał do Konstantynopola prawdziwego
rycerza, wasza sprawa tutaj musi być wielkiej wagi.
Mężczyzna w końcu przełknął. Wziął jeszcze jeden łyk wina i zupełnie
jakby nie usłyszał słów Girittiego, przemówił syczącym głosem:
- Opowiadaj, jakie masz wieści z pałacu. Co w ostatnim czasie zaprząta
Sulejmana?
- Przygotowuje nową wyprawę wojenną.
- Co powiedziałeś?
Giritti patrzył, szczerząc zęby w uśmiechu, jak gość, nie spodziewając
się tak bezpośredniej odpowiedzi, z niedowierzania i niepokoju wylał na
siebie zawartość kielicha. Widząc, że mężczyzna próbuje zetrzeć ręką
czerwone wino, które wylało się na cenne koronki na jego piersi, odezwał
się z udawanym zmartwieniem:
- O rety! Będzie plama.
- Mniejsza o plamę! - warknął mężczyzna grubiańsko. - Jakiej wojny?
Przeciwko komu?
- Nie wiem. - Giritti wzruszył ramionami. - Wiedzą to tylko dwie osoby.
- Kto taki?
Ambasador Wenecji zdał sobie sprawę, że niepokój mężczyzny sprawia mu
olbrzymią radość. Delikatnie uniósł swój pusty kielich.
Tym razem służący pospieszył do niego i napełnił puchar winem, a Giritti
oglądał ten ruch z niewyobrażalną wręcz przyjemnością. Następnie upił
łyk. Cierpki smak wypełnił mu usta. Przełknął ciężko, jakby przyszło mu
to z trudem. Na jego twarzy pojawił się wyraz podziwu dla wspaniałości
trunku. Ponownie zanurzył w nim usta. Postawił kielich na stole i spojrzał na bliskiego wybuchu mężczyznę.
- Oczywiście sułtan Sulejman i jego wielki wezyr.
- Podobno jesteś w dobrych stosunkach z wezyrem. Nie możesz niczego się
od niego dowiedzieć?
- Weźcie pod uwagę, że to bardzo trudne i niebezpieczne zadanie.
- Słyszałem, że ten człowiek uwielbia pieniądze - mruknął gość. - Może
otworzylibyście mu usta sakiewką?
- Usta wielkiego wezyra są tak mocno zaciśnięte, że nie otworzy ich
nawet kilka sakiewek. Poza tym jest tak bogaty, że nie skuszą go byle
sakiewki.
- Nie ma człowieka, któremu nie można otworzyć ust, se?or Giritti.
Wystarczy wiedzieć, jak to zrobić. Kobiety i wino to jedne z mistrzowskich sposobów pozyskiwania informacji. Zapewne o tym wiecie.
Nie zapytaliście nawet, co w ostatnim czasie zaprząta głowę padyszacha.
- Miłość. Sułtan jest zajęty miłością.
"Nawet wino, które wypiłem, straciło smak", mruknął pod nosem gość.
- Przed chwilą mówiłeś, że przygotowuje się do wojny.
- Oni tacy właśnie są. - Giritti wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. -
Przynajmniej taki jest Sulejman. Jednocześnie kocha i walczy.
- Co to za miłość? Czyżby padyszach miał nową faworytę? Doniesiono nam,
że ożenił się z Rusinką. Podobno kobieta nieustannie rodzi mu potomstwo.
"Głupiec", żachnął się w duchu Giritti.
- Hürrem jest w tej chwili najpotężniejszą kobietą na świecie. Okręciła
sobie padyszacha wokół palca. Nie sądzę, aby na tym poprzestała.
- Przecież została żoną Sulejmana. Czego jeszcze chce?
Giritti uśmiechnął się.
- To oczywiste. Tronu Sulejmana.
- U nich kobiety mogą zostać władczyniami?
- Nie chce go dla siebie, ale dla swojego syna. Wiecie, że obecnie
następcą tronu jest jego najstarszy syn, którego matką jest pierwsza
faworyta padyszacha. Hürrem z pewnością będzie walczyć o to, żeby
osadzić na tronie własnego syna. Aby tego dokonać, najpierw musi pozbyć
się mojego drogiego przyjaciela Ibrahima Paszy.
Florentczyk zamyślił się, wpatrując się w kielich.
- A teraz kobieta ma wielce potężnego sprzymierzeńca.
- Kto to taki?
- Jest równie piękna jak ona i równie, a może nawet bardziej,
inteligentna. Ma na imię Mihrimah.
- Wiem o niej. To jej córka. Już tak wyrosła?
Giritti pokiwał głową.
- Nie widziałem jej, ale zgodnie z tym, co mówi Ibrahim Pasza, Mihrimah
jest piękniejsza niż matka. A ojciec uwielbia ją do szaleństwa. Ibrahim
powiedział, że sułtan myśli wręcz o tym, żeby wprowadzić ją w sprawy
państwa. Ostatnio wysłał ją nawet na przegląd floty.
- Floty?
- Sądzę, że słyszeliście o tym, iż padyszach zaprosił do Stambułu
Barbarossę, który uciekł przed naszym admirałem Andreą Dorią. Mihrimah
weszła na pokład okrętu flagowego Barbarossy. To niespotykane, żeby
córka padyszacha wchodziła pomiędzy setki marynarzy. Trudno w to
uwierzyć. W imperium Sulejmana dzieją się dziwne rzeczy. Państwo
osmańskie się zmienia.
- Ile lat ma ta dziewczyna, se?or Giritti?
- Zdaje się, że piętnaście. Zgodnie ze słowami Ibrahima Hürrem już teraz
kieruje sułtanem za pośrednictwem córki.
Gość nagle wstał, czego Giritti zupełnie się nie spodziewał.
"Głupi Wenecjanin - przeszło mu przez głowę. - Okazałeś się bardzo
pomocny. Teraz Kobra ma cel".
- Ufam, że postaraliście się o to, o co prosiłem - odezwał się,
zmierzając w stronę drzwi.
Ambasador Wenecji z trudem podniósł swoje tęgie ciało.
- Para czarnych koni, czarny powóz i niemy woźnica. Tak, stoją przy
tylnym wyjściu. Jednak nie powinniście kazać mu zapalać latarni, bo to
może zwrócić uwagę strażników.
- Wówczas będzie to ich ostatnia służba, se?or Giritti.
Gość wybuchł przeraźliwym śmiechem i skierował się do drzwi.
Nowy Pałac, harem. Ten sam wieczór
Nowy Pałac, harem
Ten sam wieczór
Gdy Mihrimah usłyszała krzyk, jej umysł miotał się między jednym a drugim koszmarem.
- Szybko! - Rozbrzmiewał kobiecy głos.
Przez chwilę myślała, że to sen. Jednak część umysłu, która pozostawała
trzeźwa, w żaden sposób nie mogła skojarzyć tego wrzasku z koszmarem,
jaki widziała. W tym śnie nie było dla niego miejsca.
- Szybko! Biegnijcie!
Po chwili głosów zaczęło przybywać.
Ponownie przymknęła oczy, próbując dojść do siebie.
Tym razem do dźwięków pospiesznych kroków, niosących się aż do jej
komnaty, dołączyły okrzyki służących.
- Biegnijcie! Biegnijcie!
Jakaś kobieta nieustannie wołała:
- Mój Boże! Mój Boże!
Mihrimah znów otworzyła oczy i rozejrzała się. Esmy nie było.
Nawoływania i odgłosy szybkich kroków przeniosły się teraz na zewnętrzny
dziedziniec.
- Powiadomcie gwardzistów! - usłyszała.
- Mój Boże! Zabili go?
"Co?!". Mihrimah w jednej chwili zesztywniała. "Zabili go? Co to ma
znaczyć? Kogo zabili?". Przyszły jej do głowy słowa matki: "Zdrada stoi
u naszych drzwi. Albo my przeżyjemy, albo oni". Ogarnęło ją
przerażenie.
- Sułtanko, sułtanko! - odezwał się z niepokojem ktoś po drugiej stronie
drzwi.
To była Esma.
Mihrimah pospiesznie otworzyła drzwi i opiekunka, z trudem łapiąc
oddech, wpadła do środka.
- Szybko, pani!
Oczy dziewczyny poruszały się niespokojnie. Gdy biegła, zsunęła jej się
chusta, a potargane włosy opadły na ramiona. Na widok służącej,
próbującej zaczerpnąć powietrza, Mihrimah wpadła w panikę.
- Co się dzieje, Esmo? Co to za poruszenie?
- Mehmed... - wydusiła z siebie służąca i przycisnęła ręce do serca.
- Mehmed...?
Ze strachu nie była w stanie dokończyć. "Boże, nie pozwól, żeby stało
się to, o czym myślę", modliła się. Chwyciła Esmę za ramiona i potrząsnęła nią.
- Co Mehmed? Który Mehmed? Powiedzże.
- Meh... Meh-med... Chan - wyjąkała Esma.
- Mój Boże... Mój brat?
Piastunka pokiwała głową, ciężko dysząc.
- To niemożliwe! - wrzasnęła.
Mihrimah nie myślała nawet o tym, że ma na sobie tylko cieniutką nocną
koszulę. Rzuciła się do drzwi. Jedna z dam dworu zerwała się za nią i próbowała okryć jej czymś ramiona.
- Co się stało Mehmedowi Chanowi?! - krzyczała, pędem przemierzając
korytarz. - Niech ktoś mi odpowie! Powiedzcie mi, że nic się nie stało
księciu Mehmedowi Chanowi!
Z każdej strony dobiegały przepełnione paniką okrzyki. Dołączył do nich
szczęk szabli, co oznaczało, że do haremu weszli gwardziści.
- Zejdźcie z drogi, przybłędy!
Dowódca gwardzistów przemknął obok niej jak burza. Za nim spiesznym
krokiem podążali jego żołnierze uzbrojeni we włócznie.
- Co się stało? - zapytała Esmę, nie zwalniając kroku. - Ktoś zrobił coś
złego mojemu bratu?
- Nie wiem dokładnie - odpowiedziała dziewczyna między jednym a drugim
oddechem. - Obudził mnie czyjś krzyk. Ktoś na korytarzu krzyczał:
"Szybko!". Zerwałam się z miejsca, a później usłyszałam: "Zamach na
księcia Mehmeda!".
"Nie! Nie! Nie!". Mihrimah nie wiedziała, ile razy ten okrzyk rozległ
się w jej głowie. "A ciebie pochłaniają przepełnione miłością i pożądaniem sny o levencie z torsem spalonym słońcem, sułtanko Mihrimah!
- zbeształa się w myślach. - Widzisz, co się stało? Twoja matka miała
rację. Zdrada najpierw dosięgła twojego brata. Na kogo teraz przyjdzie
kolej? Na ciebie? Twoją matkę? Pozostałych braci? A może na twojego
ojca?".
Wiedziała, że nie wolno jej płakać, ale to było silniejsze od niej.
Stanęła za rogiem i mocno przywarła plecami do ściany. Czuła, że jej
dusza płonie. "Doprawdy, matko - załkała w duchu - czy ty zawsze musisz
mieć rację?!".
*
W komnatach księcia Mehmeda panowało ogromne poruszenie. Każdy coś
mówił. Na widok ukochanej córki padyszacha, która w nieładzie, w samej
koszuli wpadła do środka, zgromadzeni zaczęli się wzajemnie przepychać,
torując jej drogę.
Mihrimah nie pamiętała, jak przeszła przez przedsionek i dwie izby
zajmowane przez służących jej starszego brata. Drzwi do sypialni księcia
Mehmeda były otwarte na oścież. Zauważyła, że ze strachu zwolniła.
Najpierw dostrzegła matkę. Twarz Hürrem była kredowobiała. Chusta
zsunęła się z jej głowy, a włosy płomieniami opadały na ramiona. "To
niemożliwe! - jęknęła bezwiednie. - To niemożliwe!". Nigdy wcześniej jej
takiej nie widziała. Hürrem była niczym sztylet wyciągnięty z pochwy.
Gdyby w tej chwili stanął przed nią wróg, przeszyłaby go spojrzeniem. Na
jej twarzy, bardziej niż przerażenie i ból, malowały się bezradność i determinacja.
Gdy Mihrimah próbowała przedrzeć się przez tłum znajdujący się przed
drzwiami, Hürrem odwróciła głowę. W tym momencie ich spojrzenia się
spotkały. Objęły się wzrokiem. Hürrem w jednej chwili odczytała myśli
córki. "Teraz jesteśmy razem - przeszło jej przez głowę. - Córka
Aleksandry Anastazji Lisowskiej, sułtanka Mihrimah, chwyciła za szablę i stanęła u boku matki".
- Matko...
Mihrimah weszła do środka. Nie wiedziała, co zrobić, gdy zobaczyła
swojego brata księcia Mehmeda, stojącego przed wielkim oknem po prawej
stronie. W pierwszej chwili nie mogła w to uwierzyć. Sądziła, że on nie
żyje. Tymczasem jej brat, nawet jeśli jego twarz była blada jak ściana,
stał przed nią cały i zdrowy. Wokół niego zebrali się nadworny medyk i jego pomocnicy. Mihrimah jednocześnie czuła przerażenie, gniew, strach,
żądzę zemsty, ulgę i radość.
Podbiegła do Hürrem. Matka objęła córkę za szyję.
Hürrem nic nie powiedziała. Powoli odsunęła się od córki, ale nie
zabrała rąk. Obróciła ją w stronę bezładnego łoża jej starszego brata.
- Spójrz.
Skierowała wzrok na atłasową kołdrę i jedwabne prześcieradła. Nic nie
zauważyła. Kątem oka dostrzegła, że matka wbiła swoje płomienne
spojrzenie w podłogę. Pochyliła głowę i zobaczyła.
Skorpion! Wielki jak dłoń, kruczoczarny skorpion!
Mihrimah trzęsła się ze strachu i z obrzydzenia.
- Mehmed obudził się, bo poczuł jakiś ruch na swojej poduszce -
wyszeptała Hürrem do córki.
- Mój Boże... - Mihrimah odetchnęła.
- Kiedy ujrzał zbliżającego się do niego skorpiona, zeskoczył z łóżka na
drugą stronę. Gdyby się spóźnił...
- Bóg się nad nami zlitował. - Dziewczyna ponownie przytuliła matkę.
- Powiedz, córko, kto podłożył śmierć do łoża mojego księcia? Mihrimah
odsunęła głowę od szyi Hürrem.
- Ten, którego ramiona tylko przez jakiś czas będą nosiły głowę, matko -
odpowiedziała powoli. - Z pewnością któregoś dnia ta głowa spadnie.
Przysięgam ci, że spadnie, matko!
*
Gniew sułtana Sulejmana nie miał granic. Chyba wszyscy w pałacu
słyszeli, jak padyszach krzyczy na wielkiego wezyra Ibrahima:
- Czyż nie mówiliśmy ci, ago: "Sulejman, syn Selima Chana, nie boi się
śmierci! To Bogu jesteśmy winni życie i to On je nam odbierze! Jesteśmy
Mu wdzięczni za los, który nam przeznaczył. Jeśli jednak coś się stanie
naszym dzieciom lub żonie, oddamy życie... Ale wiedz, że odbierzemy tysiąc
żyć..."?!
Pobladły Ibrahim Pasza pochylił głowę. Stał przed padyszachem, jakby
czekał na wyrok śmierci.
- Nie mówiliśmy tak, ago?!
- Mówiliście, panie... - Z ust Wybrańca Ibrahima wydobył się ledwie
słyszalny szept.
- Więc jak mogło do tego dojść? Czy ktoś stawia swoje słowo ponad
naszym? Czy jego szyja wciąż ma nosić jego głowę?
Nawet Mihrimah widziała, jak twarz jej wuja najpierw zrobiła się
purpurowa, później żółtozielona jak liść, żeby w końcu stać się
kredowobiała.
- Nasza szyja jest cienka niczym włos, sułtanie.
- Ibrahimie! - ryknął Sulejman.
"Czy jest tu choć jedna osoba, pod którą nie ugięły się kolana pod
wpływem tego krzyku?", zastanawiała się Mihrimah. Ukradkiem rozejrzała
się wokoło. Był ktoś taki. Jej matka. Hürrem stała bez ruchu, ale
Mihrimah odczytała w jej spojrzeniu, o czym myśli. Matka nie posiadała
się ze szczęścia. W jej głowie pojawiły się zapewne słowa: "Dużo
straciłeś. Już niewiele zostało, chorwacka świnio. Spadłeś z piedestału,
a wkrótce spadnie też twoja głowa".
- Nie potrzebujemy twojej szyi, ago, ale tego nikczemnika, który się
tego dopuścił. Kto zastawił tę pułapkę? Jaki łotr śmiał wyciągnąć rękę
po życie naszego księcia? Kto kryje się za jego plecami? Tego nam
trzeba. Masz poszukać odpowiedzi i ukarać winnych albo wyrzucić zdrajców
z naszego haremu.
Nie odnaleziono tego, kto podłożył skorpiona do sypialni księcia
Mehmeda. A nawet gdyby tak się stało, nikt nie doszedłby do tego, kto
wydał mu rozkaz. Jednak Mihrimah nie wahała się powtarzać na każdym
kroku: "Mordercę nasłał ten, kto mógł skorzystać na śmierci mojego brata
księcia". Było oczywiste, kogo ma na myśli. Matkę księcia sukcesora. I Wybrańca Ibrahima.
Natomiast minister skarbu Iskender Czelebi, który nie przepadał za
Ibrahimem Paszą, a ich wzajemna niechęć do siebie urosła do takich
rozmiarów, że nie dało się tego dłużej ukrywać, powiedział pewnego dnia
na spotkaniu Dywanu, wiedząc o tym, że sułtan Sulejman przysłuchuje się
ich obradom:
- Między nami jest zdrajca. - Nie zważając na pomruki pozostałych
wezyrów, wykrzyknął: - Co tak patrzycie?! Jak inaczej zdrajca dostałby
się do komnaty księcia?!
- Czelebi... - Jeden z wezyrów, który był w wieku Ibrahima Paszy, próbował
się sprzeciwić. - Cóż to za słowa? Podejrzewasz nas wszystkich?
- Tak - odburknął Iskender. - Oczywiście, że tak. - I groźnie wskazał
palcem na wezyrów. - Piętno tej zdrady jest na nas wszystkich. Co
będzie, jeśli nie znajdziemy zdrajcy?
Nie znaleziono zamachowca ani zdrajcy, który go nasłał. Karę poniósł
dowódca gwardzistów i strażnicy, którzy tamtej nocy pełnili wartę w haremie. Nikt nawet nie liczył, ile spadło głów. Każdego ranka poza mury
pałacu wyrzucano nowe. Przesłuchania trwały, a mieszkańcy pałacu modlili
się o ocalenie.
Atak przyniósł też pewne korzyści. Poważnie ucierpiały na tym dobra
sława Ibrahima Paszy i jego wpływ na padyszacha. Wzrosła natomiast
pozycja Iskendera Paszy. Nikt nie miał odwagi powiedzieć tego głośno,
ale wszyscy zastanawiali się: "Czyżby za tą pułapką naprawdę stali
książę sukcesor Mustafa oraz jego matka Gülbahar?".
"Zimny oddech śmierci na plecach przywrócił mi rozum", stwierdziła
Mihrimah.
- Nic już nie mów - powiedziała tamtego wieczoru, gdy matka zbierała się
do wyjścia, żeby udać się do swojej komnaty. - Teraz będzie przemawiać
twoja córka.
Tak też zrobiła.
- Albo my przeżyjemy, albo oni! Nie ma na tym świecie miejsca dla nas
wszystkich! - wykrzyczała wśród zgromadzonych.
Mihrimah podjęła decyzję. "Dla nich śmierć! Dla nas życie!".
Tatarka, wierna towarzyszka matki, szykowała się, żeby podążyć za swoją
panią.
- Ciociu Merzuko - odezwała się cicho Mihrimah - przekażcie te słowa
naszej matce: "Bądź spokojna. Twoja córka nie próżnuje. Natychmiast
przedłoży naszemu władcy kwestię, o której wspomniałaś".
*
Co prawda prośba o spotkanie wyszła od jego córki, ale sułtan Sulejman
także pragnął jej odwiedzin. Chciał z nią porozmawiać, gdy tylko dojdzie
do siebie po wstrząsie, jaki wywołał w jego duszy zamach, którego celem
był książę Mehmed. Bardzo tego potrzebował. Gdy główny służący
poinformował go, że Mihrimah prosi o pozwolenie, żeby ucałować jego
dłoń, Sulejman odparł:
- Nasze serce również tego pragnie. Mamy dla niej dobrą wiadomość.
Przyjdziemy, żebyśmy mogli ją przekazać, pomodlić się za jej zdrowie i szczęście, ukoić duszę widokiem jej pięknej twarzy i rozproszyć jej
światłem ciemności, w które stoczyliśmy się tego wieczoru.
Mihrimah, ciesząc się w duchu, że ojciec natychmiast do niej przyjdzie,
jednocześnie próbowała odczytać zaszyfrowaną wiadomość. Jaką to dobrą
wiadomość miał dla niej padyszach? Czy przybywał do niej, żeby
powiedzieć: "Córko, oddajemy cię Kulawcowi Rüstemowi"? Mihrimah nie
wiedziała, jak zareaguje, jeśli usłyszy coś takiego. Czy zgodnie z tradycją pochyli głowę, mówiąc: "Jeśli taka jest wasza wola", czy
zbuntuje się, jak to zrobiła wobec matki?
Jeszcze raz przemyślała swoją decyzję. Była pewna, że za atakiem
skorpiona stoją książę Mustafa i jego matka. Kto inny mógł podłożyć do
łóżka jej brata Mehmeda skorpiona tak jadowitego, że zabijał jednym
ukąszeniem? To musiał być ktoś mający wpływy w pałacu!
Wyglądało na to, że Mustafa przystąpił do działania, żeby usunąć swoich
rywali. Pierwszym celem był Mehmed. Następni w kolejce byli zapewne
Selim i Bajazyd. Później Dżihangir. "Biedny Dżihangir", pomyślała
Mihrimah. Przed jej oczami pojawiła się blada twarzyczka młodszego
brata. Dżihangir był chorowity, słaby i lekko garbaty, lecz twarz miał
tak piękną i niewinną, a oczy pełne życia... Jak ktoś mógłby poświęcić
Dżihangira?
Nie była w stanie powstrzymać rosnącego w niej gniewu. "Życzę ci
śmierci, Gülbahar. I niech złożą przy tobie twojego syna Mustafę".
Obwiniała też siebie. Nie wierzyła matce. Podczas gdy ją zaprzątały
myśli o miłości i pożądaniu, zdrada obudziła się ze śmiertelnego snu i sięgnęła swoją krwawą ręką do łoża Mehmeda.
Mihrimah zastanawiała się również nad tym, jak jej bratu udało się
wymknąć z objęć śmierci. Być może dobre duchy wyszeptały mu do ucha:
"Wstań, Mehmedzie. Śmierć na ciebie czyha. Zbudź się". "Tak właśnie
musiało być - utwierdziła się. - W przeciwnym razie, jaki dźwięk
musiałby wydać skorpion, żeby obudzić kogoś z głębokiego snu?".
Nagle ogarnęła ją przerażająca wątpliwość. Zadrżała. Czy to mógł być
gubernator prowincji Diyarbekir2, Rüstem? Słyszała, że są
tam olbrzymie skorpiony.
Być może to prawda. Jeśli tak, to prawda była straszna.
"Nie - natychmiast zaprzeczyła. - To niemożliwe". Wyrzuciła ten pomysł z głowy. Było jej wstyd, że przez chwilę pomyślała, iż matka mogłaby
zainscenizować zamach, żeby wzbudzić gniew padyszacha przeciwko trójcy
Gülbahar - Mustafa - Ibrahim Pasza, sprawić, żeby ona sama uwierzyła, że
śmierć rzeczywiście przechadza się pod ich drzwiami, i przekonać ją do
małżeństwa z Rüstemem.
"Wstydź się, Mihrimah - zbeształa się. - Twoja matka walczy o wasze
życie, a ty...".
- Matka ma rację. Przyznaj to wreszcie - mruknęła do siebie. - Oni są
wrogami twojego rodu. Zdrajcy zaczęli działać. W takim razie trzeba ich
wyprzedzić i zdusić zdradę w zarodku.
Przypomniała sobie, co powiedziała swojej opiekunce Esmie, gdy nad ranem
wracały do jej komnaty po tym, jak w noc dziewiątych urodzin Mihrimah
matka opowiedziała jej o swoim życiu, o tym, co ją spotkało, o przeżytych cierpieniach, niebezpieczeństwach, razach, które spadły na
nią na dziedzińcu dla odalisek, i żmii podrzuconej do łaźni: "Będę
uwielbiać ojca i kochać matkę. Nie pozostawię matki samej aż do
śmierci".
- W takim razie, pani Mihrimah - powiedziała do siebie - obmyśl dobry
plan. Zastanów się, co powiesz ojcu. Obróć w popiół gniazdo zdrady. A przy tym uchroń się przed tym utrapieniem - Rüstemem.
Zatrzymała się na chwilę. "Po pierwsze, książę Mehmed Chan do Seruhanu,
a Mustafa na dno piekieł... Po drugie, sześćdziesiąt ciężkich galer dla
kapitana Hyzyra. Niech wiatry oceanu wypełnią żagle naszych okrętów,
które wyruszą do Nowego Świata przyszłej prowincji Wielkiego Imperium
Osmańskiego. A po trzecie...".
Nie dokończyła myśli. Nie chciała od ojca niczego dla siebie. "Jestem
mądrą córką. Ojciec musi zrezygnować z oddania mnie Rüstemowi". A może
także matka, po przerwaniu kręgu zdrady i przezwyciężeniu strachu przed
śmiercią, wycofa się z pomysłu jej małżeństwa z Rüstemem.
Odgłosy krzątaniny wyrwały ją z zamyślenia.
- Idzie nasz pan! Idzie nasz pan! - rozległy się okrzyki.
Mihrimah wstała. Pokusiła się o najbardziej olśniewający uśmiech i przechyliła głowę na bok. Po kilku spojrzeniach w lustro uznała, że ta
poza najbardziej do niej pasuje. Stanęła naprzeciwko drzwi, splotła ręce
przed sobą w oczekiwaniu na ojca.
Droga z Balat do Fener. Złoty Róg. Tej samej nocy
Droga z Balat do Fener
Złoty Róg
Tej samej nocy
Alejandro wciąż drżał. Ataki pojawiały się teraz rzadziej, ale ich
następstwa trwały długo. Po pierwszym szoku i bolesnych skurczach jego
ciało drżało niemal cały dzień. Wciąż cierpiał po nocnym napadzie.
Szedł skulony po murze otaczającym kwatery leventów. Jego celem była
wznosząca się przed nim morwa. Jeśli uda mu się tam dotrzeć przez nikogo
niezauważonym, z łatwością będzie mógł obserwować otoczenie zza zasłony
z gałęzi i liści.
Poruszał się bezszelestnie jak kot. Musiał uważać, żeby nie wejść w światło pochodni płonących po dwóch stronach drzwi do głównego budynku
znajdującego się w rozległym ogrodzie. Wprawdzie ich blask nie sięgał
murów, ale mimo to uważny stróż mógłby go dostrzec.
Zbliżając się do kolumny światła, mocniej przywarł do muru. Modlił się,
żeby nie strącić kawałków kamieni i ziemi. Pełzł niczym jaszczurka. Gdy
ponownie spowił go cień, przystanął. Położył się na chwilę, przykładając
twarz do muru, żeby odpocząć. Przez jakiś czas wsłuchiwał się jedynie w bicie swojego serca. Później powoli się wyprostował i znów ruszył kocimi
krokami w stronę morwy.
Chwycił jedną z gałęzi sięgającą muru. Sprawdził, czy go uniesie.
Właściwie nie miał wyboru. Objął ją mocno i opuścił się w pustkę. Konar
się nie złamał. Kołysał się na nim przez chwilę. Później spróbował
dotrzeć po gałęzi do pnia. Musiał to zrobić błyskawicznie. Czuł, że
traci siły. "Boże - modlił się w duchu - tej nocy ześlij mi eliksir".
Sunął do przodu, nie zważając na sąsiednie gałęzie drapiące go po
twarzy, oczach i ciele. W końcu dowlekł się do pnia pokrytego grubą
korą. Odszukał stopami masywniejszą gałąź. Opuścił ręce i objął morwę. Po
chwili Alejandro był na dole. Nie zwlekając, przeszedł na drugą stronę drogi. Musiał ukrywać
się w cieniu murów, żeby nie przechodzić przed bramą koszar, gdzie roiło
się od strażników. Gdy ponownie ruszył w drogę, wynurzył się z cienia
pokrytych pożółkłym wapnem koszar i podążył szybkim krokiem przed
siebie.
Niedaleko dostrzegł dwie obskurne winiarnie, z których dochodziły
dźwięki jakiejś piosenki. Słyszał głosy mężczyzn siedzących przy
zniszczonych stołach. Nie zbliżając się do nich zbytnio, pospiesznie
przeszedł przed winiarniami.
"Od teraz nie ma już postojów - nakazał sobie. - Ruszaj w drogę i skończ
to. Jeśli będzie trzeba, biegnij. Potrzebujesz eliksiru. I to
natychmiast. Módl się, żeby mężczyzna, z którym masz się spotkać, go
przyniósł". Pragnęła go każda komórka jego ciała. Jak najszybciej musi
dostać w swoje ręce magiczny eliksir księdza. Tylko tak mógł ukoić ból i nękające go koszmary.
- Z Balat do Fener - powiedział mężczyzna, z którym spotkał się w Twierdzy Genueńskiej.
- Kiedy?
- Po nocnej modlitwie.
Jeszcze nie wzywano na nocną modlitwę.
Alejandro przystanął i zamyślił się. "Ciekawe, co robi córka
padyszacha". Po chwili upomniał się: "Ruszaj!". Zrobił to, ale głowę
wciąż zaprzątały mu myśli o Mihrimah. Od tamtego dnia nieustannie
powtarzał jej imię. Przypominał derwisza3, który modli się,
przerzucając koraliki tasbihu. Mihrimah wszędzie mu towarzyszyła.
Głos w jego głowie wybuchł gromkim śmiechem: "Mihrimah, tak?! Co
powiesz, gdy zapyta, jak masz na imię? Ismail z Alaiye? Alejandro z Sewilli? Jak?". Alejandro poczuł ucisk w piersi. "Wszystko, co mam, jest
zmyślone. Moje życie, matka, ojciec, imię. To prawda. Co jej powiem,
kiedy zapyta, jak mam na imię? Gdy będzie chciała wiedzieć, kim
jestem?".
Próbował porzucić te rozmyślania, ale na próżno. "Głupiec! - zganił się
w nadziei, że pomoże mu to wziąć się w garść. - To córka twojego wroga.
Córka wroga twojego rodu i twojej religii. Właśnie jej postanowiłeś
oddać serce?".
"A jeśli tak, to co?" - dodał po chwili. Miał gotową odpowiedź: "To
córka sułtana. A ty kim jesteś? Nieprawdziwym marynarzem. Szpiegiem.
Zamachowcem. Sztyletem, który wyciągnął Jego Świątobliwość. Poza tym
więcej jej nie zobaczysz. Wyrzuć z głowy ten obraz pięknych oczu.
Zapomnij o niewiarygodnym uśmiechu. Zetrzyj ze skóry ciepło jej
maleńkiej dłoni!".
Jego krok stał się bardziej stanowczy, zdecydowany i szybki. Dzięki temu
czuł, że łatwiej będzie wykonać mu rozkaz, który sam sobie wydał. "Ale...
ona jest taka piękna... - usłyszał jęk gdzieś w zakamarkach umysłu, ale
zignorował go. - Daj temu spokój. Cóż z tego, że jest piękna? Nie
zakocha się w takim półnagim żeglarzu, nawet jeśli raz na ciebie
spojrzała. Zostaw to. Potrzebujesz eliksiru! Eliksiru! Spiesz się, żeby
dostać eliksir".
Nagle Alejandro zdał sobie sprawę, że naprawdę biegnie. Zauważył też, że
dyszy. "Biegnę. Tak bardzo go potrzebuję, że biegnę, żeby jak
najszybciej się z nim połączyć".
Zadrżał, gdy odwrócił głowę. W ciemnościach wznosiły się mury pałacu
sułtana Sulejmana. A za murami, pomiędzy drzewami, widać było
rozświetlone budynki.
"Mihrimah - jęknął w duchu. - Mihrimah tam jest. Za tymi murami".
Alejandro biegł dalej. Jeszcze szybciej. Biegł, dopóki starczyło mu
tchu. Padł na ziemię, gdy pośród nocy rozbrzmiała melodia nocnego ezanu,
przyprawiająca serce o drżenie.
"Nadszedł czas", powiedział, odetchnąwszy kilka razy. Podniósł się z piasku i ponownie ruszył w drogę. Zdziwił się, gdy zauważył, że nie
słychać jego kroków na kamiennej drodze. Nie dostrzegł też swojego
cienia. Gdyby nie mdłe światła kilku budynków znajdujących się po
drugiej stronie drogi, czułby się całkowicie zagubiony w ciemnościach.
"Wszędzie jest tak ciemno jak w moim wnętrzu", pomyślał.
Zatrzymał się, usłyszawszy jakiś dźwięk. Gdy znów zaczął iść, odwrócił
się przez ramię.
Ciemna pustka.
Jednak wciąż słyszał ten dźwięk. Tym razem był głośniejszy. Rozpoznawał
go. Były to odgłosy podków i brzęczenie czegoś turlającego się. Zbliżały
się.
- To eliksir - odezwał się cicho Alejandro. - Boże, to mój eliksir. Ukoi
mój ból.
Szedł dalej, co chwila oglądając się za siebie. Nagle pośród ciemności
pojawił się powóz zaprzęgnięty w dwa rumaki. Zobaczył, że siedzący na
przedzie woźnica uniósł rękę. Później poczuł, jak coś ze świstem
przecina powietrze. "Bat", pomyślał.
Dwa konie poruszały się ciężkim krokiem, ciągnąc za sobą powóz czarny
jak noc. Teraz Alejandro mógł usłyszeć nawet oddechy zwierząt.
- Przybył - szepnął, lecz jego głos zabrzmiał mu w uszach jak krzyk.
Powoli usunął się na bok.
Odgłosy kopyt były coraz bliżej. Gdy obrócił głowę w lewo, ujrzał tuż
obok błyszczącą, czarną bryłę pojazdu.
- Wskakuj! - odezwał się ktoś.
Alejandro znalazł się w środku.
Powóz, nie zwalniając tempa, jechał dalej.
*
Pomimo nieprzebytych ciemności Alejandro rozpoznał mężczyznę kryjącego
swoją twarz w pelerynie.
- Ty.
Człowiek poruszył się delikatnie.
Alejandro czuł jego oddech.
- To ty. Poznaję cię.
- Czyżbyś nie cieszył się, że mnie widzisz, Kobro?
Chciał powiedzieć: "Dlaczego tak długo czekałeś? Jestem tu od miesięcy",
ale natychmiast zrezygnował. Tylko jedno słowo odbijało się echem w jego
umyśle, sercu i całym ciele. Gdy wreszcie się z nim spotkał, głód, który
odczuwał, stał się nie do wytrzymania.
- Przywiozłeś go?
- Co?
- Eliksir!
- Ciii! - odezwał się surowo mężczyzna. - Nie krzycz.
- Daj mi eliksir. Dłużej nie wytrzymam.
- Najpierw praca - odparł z pogardą. - Opowiedz mi, Kobro, co tutaj
robisz.
- Daj mi eliksir. Dręczą mnie bóle. Nie mogę uwolnić się od koszmarów.
Potrzebuję go. Proszę. Proszę, daj mi go. Przywiozłeś go, czyż nie?
Ksiądz ci go dał, prawda? Obiecał mi.
Mężczyzna odepchnął Alejandra, który uczepił się jego peleryny.
- Najpierw porozmawiamy. Powiedz mi to, co chcę wiedzieć. - Pochylił się
w stronę Alejandra. Pod wpływem tego ruchu kaptur zsunął się z jego
głowy i pojawiła się twarz Giuliana Ottaviana de Mediciego. - Najpierw
daj mi to, czego chcę. Jeśli mi się spodoba, dostaniesz to, czego
pragniesz. - Głos mężczyzny był ostry jak nóż. - I nie waż się więcej
podnosić głosu. Opowiadaj.
Alejandro, mimo rosnącego w nim gniewu, opowiedział mu wszystko,
poczynając od dnia, kiedy jako galernika wsadzono go na statek handlowy.
Mówił o tym, jak okręt zaatakowali korsarze, jak został ocalony i sprowadzony do Stambułu, o tym, co działo się w koszarach leventów, o atakach, o wszystkim. Oprócz jednego. Ani słowem nie wspomniał o Mihrimah. Ostatnie słowa w panice wylewały się z jego ust.
- Nie wytrzymam dłużej - jęknął. - Nie wytrzymam.
- Widzieli cię podczas ataku?
- Nie byłem w stanie tego ukryć. Nie wiadomo, kiedy nadejdzie. Nie mogę
odejść i się schować.
- Jak zareagowali?
- Powiedziałem im, że to następstwo tortur, jakich doznałem w hiszpańskiej niewoli.
- Brawo!
- Sądzą, że to epilepsja. Mężczyzna nie odezwał się.
- Jednak zdaje się, że zrezygnowali z przydzielenia mnie na statek -
mówił dalej Alejandro. - Nie powiedzieli mi tego w twarz, ale pewnie tak
postanowili. W przeciwnym razie nie trzymaliby mnie w stoczni tak długo.
Dalej, daj mi wreszcie ten przeklęty eliksir. Zaraz oszaleję...
- Przymknij się - zbeształ go de Medici. - To wszystko? Przez tyle
miesięcy tylko leżałeś tu, jadłeś i piłeś? Co zrobiłeś, żeby wykonać
swoje zadanie?
Przez chwilę Alejandro myślał o tym, żeby złapać mężczyznę za szyję,
zabić go, zabrać eliksir i uciec.
- Jakie było twoje pierwsze zadanie, Kobro? Czyżbyś zapomniał?
- Dostać się pomiędzy tych, którzy przekraczają mury pałacu? Daj mi mój
eliksir.
- Powiedz, w jakim celu.
- Żeby zniszczyć wyznaczony cel. Eliksir...
- I co? Udało ci się do kogoś zbliżyć? Mów.
"Nie mam innego wyjścia - pomyślał. - Ten mężczyzna z kozią bródką igra
ze śmiercią. Nie mogę zrobić nic innego, jak zabić go i zabrać eliksir".
Zaczął planować, jak zamordować de Mediciego tak, żeby woźnica niczego
nie zauważył.
- Nie musiałeś się nawet wysilać. Córka wroga sama do ciebie przyszła.
Alejandro poczuł, że całe jego ciało przeszył lodowaty dreszcz. "Skąd o tym wiedział? Czyżbym coś o tym wspomniał?", zastanawiał się przez
chwilę.
- Widziałeś ją, Alejandro? Widziałeś sułtankę Mihrimah?
Pomimo ciemności nie sposób było nie zauważyć błysku w oczach mężczyzny.
- Dziewczyna weszła na pokład statku Barbarossy. Wiedziałeś o tym?
Alejandro pokiwał głową.
- Skąd o tym wiesz?
- Wiem. Byłem tam.
Na twarzy de Mediciego odmalowało się zadowolenie.
- Co ty powiesz? Brawo, Kobro. Córka wroga też cię widziała?
Alejandro ponownie skinął głową.
- Mówią, że jest ładna, prawda? Naprawdę jest taka piękna?
- Tak - wyszeptał. Przypomniał sobie jej włosy, uśmiech i oczy, których
dziewczynie zazdrościło morze. - Bardzo piękna.
De Medici wytężył uwagę, żeby nadać znaczenie nucie rozmarzenia w głosie
rozmówcy. Przez chwilę milczał, wsłuchując się w odgłos końskich kopyt i stukotu kół. Ciszę przerwał Alejandro, nachylając się w stronę de
Mediciego.
- Opowiedziałem ci o wszystkim. Powiedz, kto jest celem. Czyjej śmierci
pragnie Jego Świątobliwość? I daj mi wreszcie ten przeklęty eliksir.
De Medici wyciągnął rękę, udając, że trzyma coś w dłoni. Gdy Alejandro
poruszył się, żeby złapać rękę mężczyzny, ten szybko ją cofnął.
- Najpierw cel, później eliksir, Kobro. Najpierw cel, później eliksir.
- Mówże. Powiedz, a pójdę i odbiorę mu życie. Kogo chcesz, żebym zabił?
- Mihrimah.
Alejandro odskoczył z przerażeniem.
Spojrzał w roziskrzone oczy Giuliana Ottaviana de Mediciego. Miał
wrażenie, że w jego głowie wybuchł pożar. Poczuł w sercu ból, jakby
setki, tysiące ostrzy przeszyło jego pierś na wylot.
- Jesteś głupcem, Kobro. Stanęło przed tobą dwoje twoich wrogów, a ty
tylko patrzyłeś.
- Ale rozkaz... - wyjąkał Alejandro. - Powiedziałeś: "Nie podejmuj żadnych
decyzji. Czekaj na rozkaz". Inaczej oboje bym...
"Co ja mówię?".
- Dobrze - syknął de Medici. - Tego właśnie chcę. Chcę, żebyś zabił
Mihrimah. Nazywają ją "słońcem Sulejmana". Spraw, żeby to słońce zaszło.
Skoro dziewczyna przechadza się po stoczni pośród marynarzy, nie sądzę,
żeby było to trudne...
- Chyba oszalałeś.
- Mihrimah - wysyczał ponownie de Medici. - Zabij ją. Wyrwij serce
Sulejmana.
Nagle jego cierpliwość się skończyła.
- Daj mi ten eliksir! - zażądał Alejandro, a jego ręka z prędkością
błyskawicy sięgnęła gardła de Mediciego.
Jednak w tej samej chwili poczuł na piersi dotyk zimnej stali.
De Medici wyszczerzył zęby w uśmiechu, trochę mocniej przyciskając
sztylet. Domyślił się, że na piersi Alejandra pojawiła się mała,
czerwona plama, która stopniowo się powiększała.
- Najpierw Mihrimah - powiedział tuż przy jego twarzy. Alejandra uderzył
odór z ust de Mediciego. - Najpierw Mihrimah. Zabij ją, a ja dam ci tyle
eliksiru, że będziesz się mógł w nim wykąpać.
Jeszcze mocniej przycisnął sztylet do piersi Alejandra i cofnął go.
Drugą ręką uderzył w sufit powozu.
- To koniec drogi - odezwał się de Medici, gdy konie zwolniły. - Tutaj
wysiadasz.
Nowy Pałac, harem. Tej samej nocy
Nowy Pałac, harem
Tej samej nocy
Gdy tylko ujrzała ojca w progu, pospieszyła do niego. Mihrimah ucałowała
jego dłoń i przyłożyła ją do czoła.
Gdy sułtan Sulejman podszedł do córki, z jego oczu zniknął nieodłączny
wyraz dumy i wyniosłości. Teraz biła z nich tylko miłość. Nie włożył
turbanu. Ucieszyło ją to. Nienawidziła ich. Nieważne, na czyjej głowie
się znajdowały. Ojciec miał na sobie gładki, granatowy kaftan, którego
krawędzie obszyte były wąską taśmą wykonaną z jeleniej skóry. Pod spód
włożył sprowadzoną z Damaszku koszulę bez kołnierzyka, na całej długości
zapinaną na guziki. Miał też sięgające do kostek szarawary o dwa tony
jaśniejsze niż kaftan, a na stopach proste meszty w tym samym kolorze.
Każdy, kto zobaczyłby go w tym stroju, zapewne uznałby, że to nie
najpotężniejszy władca świata, lecz skromny ojciec udający się na
rozmowę z córką. Mihrimah również chciała, żeby tak było. Przynajmniej
tej nocy.
Gdy Mihrimah ucałowała jego dłoń, Sulejman pochylił się i złożył
pocałunek na jej czole, wdychając jej zapach.
- Nasza dusza pojaśniała - westchnął.
Dziewczyna odpowiedziała uśmiechem na ten zawoalowany komplement i usunęła się na bok, żeby zrobić ojcu przejście. Padyszach zajął miejsce
na sofie stojącej na wprost okna. Najpierw skrzyżował nogi, a gdy
usadowił się wygodnie, podciągnął kolano pod brodę. "Tak - pomyślała
natychmiast Mihrimah. - Tak siada sułtan Sulejman". Podbiegła i ułożyła
mu za plecami poduszki.
- Witaj, moja piękna córko - odezwał się Sulejman głosem przepełnionym
miłością i szczęściem. - Czas, abyś wyjawiła nam ten sekret.
- Jaki sekret, panie? - zdziwiła się Mihrimah.
- Jak to możliwe, że ilekroć widzimy naszą córkę, rozpraszają się czarne
chmury na niebie? W oknie naszego serca wschodzi słońce i rozświetla
naszą duszę. Jak to się dzieje?
Mihrimah z zawstydzeniem pochyliła głowę.
- Zdaje się, że nasz Zakochany4 pracuje nad nowym wierszem -
powiedziała cicho. Wiedziała, że gdy była mowa o poezji, ojciec lubił,
gdy używano jego pseudonimu Zakochany. - W przeciwnym razie dlaczego
obsypywałby swoją sługę tyloma pięknymi słowami?
Sulejman po raz kolejny poczuł dumę z niebywałego intelektu swojej
córki. Zamiast przekornym spojrzeniem i kilkoma sztucznymi słowami
odpowiadała pochlebstwem.
- Tej nocy zawrzemy umowę - powiedział nagle.
Serce Mihrimah podskoczyło. Poczuła, że krew zaczyna szybciej krążyć w jej żyłach.
- Któż słyszał, żeby poddana padyszacha zawierała z nim umowę? Czyż
możemy ważyć się na taką zuchwałość?
"Skąd tak mała dziewczynka bierze tak wielkie słowa? Czy ktoś je jej
podpowiada?", zastanawiał się Sulejman.
- Oto nasza umowa - mówił dalej z uśmiechem. - Tej nocy nie jestem
padyszachem. Jestem po prostu twoim ojcem.
Dlatego nie chcę słyszeć żadnego "mój panie", "sułtanie" i tak dalej.
Zostawmy te pałacowe maniery. Porozmawiajmy jak ojciec z córką.
Rozumiemy się?
Mihrimah nie wiedziała, co powiedzieć. Jednak czuła, że jej serce bije
coraz szybciej. Padyszach z pewnością, zanim oznajmi jej coś ważnego,
chciał rozluźnić atmosferę, zdobyć ją pochlebstwami. "Jeśli mamy
poruszyć temat tego przeklętego małżeństwa, lepiej będzie, jeśli
porozmawiamy jak ojciec z córką", przeszło jej przez myśl.
Skinęła głową w odpowiedzi.
- Świetnie.
Nastała cisza. Mihrimah próbowała spojrzeć na ojca, nie podnosząc głowy.
Sułtan Sulejman sięgnął za pas i wyciągnął bursztynowy tasbih
inkrustowany macicą perłową.
- Mam dla ciebie dobrą wiadomość, Mihrimah - zaczął Sulejman, cedząc
słowa.
"O nie", zadrżała dziewczyna pomimo radości, którą słyszała w głosie
ojca. Czekała, aż powie: "Postanowiłem wydać cię za mąż za Kulawca
Rüstema". Ojciec utkwił spojrzenie w jej oczach i ją obserwował. W ciszy, która zapanowała w komnacie, padyszach bał się usłyszeć bicie
serca swojej córki i odczytać jej myśli. Jednak w tamtej chwili Mihrimah
nie była w stanie zapanować ani nad jednym, ani nad drugim.
- Dziś wiele godzin przed incydentem z tym przeklętym skorpionem
wezwałem do siebie wielkiego wezyra.
Co to miało być? Jaki związek z jej małżeństwem miał wuj? "Ach, tak -
wzdrygnęła się Mihrimah. - Wydał mu polecenie, żeby rozpoczął
przygotowania do ślubu".
- Chciałem, żeby Ibrahim natychmiast przygotował firman.
"No i proszę", powiedziała w duchu.
- Nie jesteś ciekawa, co się stało?
"Nie, nie jestem! - miała ochotę krzyknąć. - Nawet nie chcę tego
słyszeć!". Jednak zrezygnowała. Powinna zawołać: "I to jak! Umieram z ciekawości!". Zamiast tego ściągnęła tylko usta.
- Sądzę, że bardzo się ucieszysz, gdy o tym usłyszysz.
Ojciec znów zamilkł. Wpatrywał się w nią. Dlaczego to robił? Dlaczego
powoli ją zabijał? Dlaczego od razu nie przeszył jej sztyletem?
Padyszach zdziwił się, że twarz córki nawet nie drgnęła. Do tego w jej
oczach, próbujących uciec przed jego wzrokiem, dostrzegł smutek.
Niewyobrażalny ból i wielki smutek. "Co się dzieje z tą dziewczyną?",
zaniepokoił się, lecz mimo to oświadczył:
- Skoro nie pytasz, to sam ci o tym powiem.
Na te słowa Mihrimah uniosła głowę i spojrzała na ojca. Sulejman strapił
się, widząc w oczach córki pogodzenie się z losem. Dziewczyna wyglądała
tak, jakby była gotowa wysłuchać wyroku śmierci.
- Oto mój firman - zaczął niepewnie. - Czcigodnego kapitana Hyzyra...
Co?!
Nagle cała krew uderzyła jej do głowy. "Co powiedział?! - krzyknęła w duchu. - Co powiedział, ojciec? Kogo?".
Padyszach zauważył, że twarz Mihrimah w jednej chwili stała się
purpurowa. Mówił wolno, tak jakby odczytywał swój rozkaz:
- Czcigodnego kapitana Hyzyra, za jego wieloletnie zasługi wobec
Wielkiego Imperium Osmańskiego...
Mihrimah słyszała resztę, ale słowa do niej nie docierały. "Mój Boże",
powtarzała nieustannie. Głos ojca odbijał się echem w jej głowie:
"Czcigodnemu kapitanowi Hyzyrowi...". "Dzięki Ci, Boże - pomyślała w końcu. - Dobra wiadomość nie ma związku z Rüstemem".
- ...mianuję kapudanem paszą5. Oto mój firman - dokończył sułtan
Sulejman, nie odrywając wzroku od córki, w której oczach najpierw
malował się strach, później zdziwienie, a na końcu szczęście.
"Hurra! - wykrzyknęła w duchu, podobnie jak to robiła matka, gdy bardzo
się cieszyła. - Kapudan pasza! Kapitan Hyzyr został kapudanem paszą.
Kapudanem paszą!".
- Od tej chwili - mówił dalej ojciec - kapitan Hyzyr będzie znany na
ziemiach jako Hajraddin6. Oto mój firman.
"Trzymajcie mnie!", rozległ się w niej kolejny okrzyk. Mihrimah nie
mogła już dłużej ustać przed padyszachem.
- Ojcze! - zawołała.
Uścisnęła go i zasypała pocałunkami.
Sułtan Sulejman udawał, że próbuje obronić się przed miłosnym atakiem
córki.
- Ojcze! Ojcze! - powtarzała z szaleńczą radością. - Tatusiu! Wybaczcie,
mój panie. Tatusiu, bardzo dziękuję! Dziękuję!
Gdy skończyła już całować policzki, brodę, brwi, oczy i czoło ojca,
objęła jego dłoń, trzykrotnie ją ucałowała i przyłożyła do czoła.
Padyszach wskazał córce miejsce obok siebie.
- Mihrimah - szepnął, jakby nie chciał, żeby ktokolwiek inny go
usłyszał. - Wiemy o tym tylko ja, Ibrahim, a teraz również ty. Ta
wiadomość wciąż pozostaje tajemnicą. Nie wie o tym nawet Hajraddin
Pasza. Zaprosiłem go do pałacu. Przybędzie jutro w południe. To z moich
ust dowie się, że mianowaliśmy go kapudanem paszą. - Zamilkł i spojrzał
na Mihrimah. - Jesteś zadowolona?
"Ach, wielki Sulejmanie - zrugał się natychmiast. - Cóż to za głupie
pytanie. Nie widzisz, jak na twarzy twojej córki, którą jeszcze przed
chwilą spowijały burzowe chmury, wzeszło słońce?".
- Zadowolona? - wyjąkała Mihrimah. - Mogłabym fruwać ze szczęścia.
- Teraz sprawiłaś, że w mojej duszy na nowo wzeszło słońce. Życzę ci,
żebyś zawsze była taka szczęśliwa. Niech będzie w tobie światło. Niech
twoja piękna twarz nigdy nie zblednie, sułtanko Mihrimah. Niech twój
głos nigdy nie zadrży. Niech twoja szyja nigdy się nie ugnie.
- Niech Bóg obdarzy naszego władcę tym samym. - Gdy zobaczyła, że twarz
ojca przybrała obrażony wyraz, dodała: - Co mam zrobić? Przyzwyczaiłam
się. Niech Bóg nie zabiera nam ojca. Niech trwa z państwem i narodem.
Kipiąca radością Mihrimah zauważyła, że nie może sobie znaleźć miejsca.
Później z dziecięcą radością klasnęła w dłonie.
- Kapitan Hyzyr, to znaczy Hajraddin Pasza, bardzo się ucieszy.
- Poczekaj - odezwał się padyszach. - To nie wszystko. Jeszcze nie
koniec dobrych wiadomości.
Nagle Mihrimah zastygła. Nie potrafiła ukryć, jak radość w jej oczach
gaśnie. "Boże, proszę - błagała w duchu - nie pozwól, żebym po tej
cudownej chwili musiała usłyszeć wyrok śmierci".
Na szczęście, inaczej niż to było w przypadku pierwszej wiadomości,
sułtan Sulejman nie zwlekał z obwieszczeniem jej wieści.
- Jutro wydam Hajraddinowi Paszy pierwszy rozkaz.
Dzięki Bogu druga wiadomość także nie była związana z Rüstemem.
- Czy mogę zapytać, jaki to będzie rozkaz?
- Oczywiście. Polecę czcigodnemu admirałowi Barbarossie Paszy, żeby w wybranej przez siebie stoczni Imperium Osmańskiego natychmiast nakazał
rozpocząć budowę sześćdziesięciu ciężkich galer.
Mihrimah otworzyła usta ze zdumienia.
- Rozkażę, żeby defterdar Iskender Czelebi przeznaczył na ten cel tyle
pieniędzy, ile będzie trzeba.
"Hurra! Hurra! Niech żyje!".
Mihrimah ponownie zaczęła obcałowywać dłonie ojca.
- Zgodnie z moim rozkazem najdalej za dwa lata statki wraz z całym
ekwipunkiem mają być gotowe do wypłynięcia na dalekie morza - dokończył
sułtan Sulejman, gdy tylko opanował śmiech.
- Ojcze - odezwała się potulnie Mihrimah. - Skąd wiedziałeś?
- Co takiego?
- O tym, że dziś w nocy chciałam cię prosić o sześćdziesiąt okrętów dla
Hyzyra... Hajraddina Paszy.
Sulejman zachichotał.
- Zdarza się, że matki szepczą ojcom do ucha, co kryje się w głowach ich
córek.
"Matka dotrzymała słowa - przyznała w duchu. - Ja też go dotrzymam.
Przysięgam, że go dotrzymam".
- Podobno opowiedziałaś Hürrem o swoich przeżyciach na okręcie
Hajraddina Paszy - mówił dalej padyszach. - Mówiłaś, że już czas, żeby
przenieść się z Morza Białego7 na oceany. Ja też tak uważam.
Przekazałaś to wszystko z tak wielką wiarą i przekonaniem, że twoja
matka powiedziała: "Wydawało mi się, że stoi przede mną nie moja córka,
ale doświadczony wezyr. Aż zadrżałam". Gdy usłyszałem, że twoje
horyzonty są szersze niż samego wielkiego wezyra, także zadrżałem. Od
dawna myślałem o tym, żeby zakończyć podboje na Morzu Białym i cięższymi
okrętami wyruszyć na ocean.
Padyszach ujął dłoń córki.
- Jednak nie pozwolę się ograbić. Nie dam sześćdziesięciu galer, nie
dostając nic w zamian.
- Oddam ci moje życie - odparła Mihrimah. - Cóż poza duszą i pocałunkiem
mogłabym dać mojemu ojcu?
- Chcę usłyszeć o tych nowych światach z twoich ust, Mihrimah.
- Ale tego wszystkiego dowiedziałam się od kapitana.
- Nie szkodzi. Opowiesz mi o nich, ozdabiając te historie swoimi
marzeniami i nadziejami.
Mihrimah zaczęła mówić o morzach, których nie widziała, falach, górach,
rzekach o srebrzystych wodach, bezkresnych lasach, ciemnoskórych
ludziach śpiewających pieśni, których nigdy nie słyszeli, w językach,
jakich nie znali, złocie kryjącym się pod ziemią i bogactwach nad nią. O wszystkim.
Sułtan Sulejman potrzebował czasu, żeby powrócić ze światów, które
odmalowała przed nim jego córka. Mihrimah czekała w milczeniu, aż ojciec
nasyci się widokiem rysującego się na horyzoncie Nowego Świata.
- Moja Mihrimah - westchnął - gdyby porządek świata na to pozwolił,
gdyby było takie prawo, żebyś mogła usiąść przy naszym boku na tronie.
Dziewczyna wstała. Poczęstowała ojca sorbetem, owocami i słodyczami. Noc
ustępowała już miejsca dniowi.
- Ja już powiedziałem to, co zamierzałem, a ty mnie wysłuchałaś. A co ty
chciałaś mi rzec? Mów. Teraz ja cię wysłucham.
Mihrimah po raz pierwszy w życiu czuła, że są sobie z ojcem tak bliscy.
"Teraz albo nigdy - przeszło jej przez myśl. - Błagaj go, żeby nie
oddawał cię temu mężczyźnie".
Nie mogła. Obiecała sobie, że nie poprosi o nic dla siebie, i pozostała
wierna swoim postanowieniom.
- Ta sprawa ze skorpionem... - zaczęła. - Zapewne uważacie, panie, że
książę Mehmed powinien opuścić Stambuł.
Sułtan Sulejman spojrzał na córkę z niedowierzaniem.
- Skąd o tym wiesz?
- Ja też tak sądzę. Mój brat Mehmed powinien wyjechać ze Stambułu.
Padyszach skinął głową.
- Ale dokąd?
Jeśli powie, że do Manisy, wszystko zepsuje. "Mądre dziewczęta tak nie
postępują", pomyślała.
- Nie wiem, ale z pewnością wie to ojciec mojego brata.
Właściwie Sulejman już o tym myślał, ale nie podjął jeszcze żadnej
decyzji.
- A jakie miejsce ty uznałabyś za właściwe, gdyby to zależało od ciebie?
- Mogę tylko przypuszczać, o jakim miejscu myślicie.
- Czyżby? Zatem o czym myślimy?
"Nadeszła ta chwila", powiedziała do siebie Mihrimah.
- Seruhan.
- Przecież tam jest Mustafa. To sandżak następcy tronu - odparł
padyszach, starając się ukryć zdziwienie.
Mihrimah długo patrzyła ojcu w oczy. Sulejman zauważył ciemny cień
czający się w spojrzeniu córki.
Młoda sułtanka zawahała się.
- Czy nasza umowa wciąż obowiązuje? - zapytała słodkim głosem.
Padyszach, zamiast odpowiedzieć, wciąż się w nią wpatrywał.
"Teraz nie mogę się już wycofać", pomyślała Mihrimah. Dalsze
przeciąganie sprawy mogłoby tylko wzbudzić większą nieufność.
- Z kim rozmawiam? - zapytała. - Z padyszachem czy z ojcem?
- Z ojcem.
- W takim razie powiem tak. Wydaje mi się, że ojciec zdaje sobie sprawę
z tego, że książę sukcesor nie jest już dzieckiem. Twój następca to już
mężczyzna. Fakt, że przebywa on tak blisko Stambułu, może budzić pewne
niepokoje i zachęcać zdrajców do działania.
Sulejmana zdziwiły te słowa. "Czy ta dziewczyna jest czarownicą albo
wróżbitką? - zapytał siebie w duchu. - Skąd wie o wątpliwościach, do
których waham się przyznać nawet sam przed sobą? Skąd wie o lękach,
które czają się w mojej głowie? Nie powinienem więcej patrzeć w jej
oczy".
- Skoro tak jest - ciągnęła Mihrimah - lepsze dla wszystkich wydawałoby
się przeniesienie go, prawda? Sądzę, że mój ojciec tak właśnie myśli.
- Tak - rzucił Sulejman. - Ty tak nie uważasz?
- Nie śmiem powiedzieć słowa ponad słowo mojego ojca. Jednak wydaje się
to najwłaściwszym rozwiązaniem. Poza tym, gdziekolwiek przeniesie się
spadkobierca tronu, jego tytuł pozostanie przy nim. Miejsce, do którego
się uda, stanie się prowincją księcia sukcesora. Mylę się?
- Dobrze, lecz dokąd miałbym go przenieść?
- Ani blisko, ani daleko od Stambułu, albo raczej wystarczająco daleko i wystarczająco blisko. Domyślam się, że nasz ojciec rozważał Trabzon,
prowincję swoją i naszego dziada. Jednak Trabzon jest trochę za daleko.
Myślę, że uważacie, iż Amasya byłaby odpowiedniejsza. Czyż nie mówi się,
że Amasya to region książąt?
Padyszach podniósł się niespodziewanie. Bez słowa ucałował córkę. W głębokim zamyśleniu skierował się w stronę drzwi. Chciał jeszcze raz się
odwrócić i spojrzeć na córkę, lecz zrezygnował. "Oczy tej dziewczyny są
niezwykłe. Czyta w moich myślach".
Tymczasem sułtan Sulejman nie chciał, żeby ktokolwiek poznał plany,
które zaczynały się układać w jego głowie.
*
Mihrimah nie wiedziała, czy nagłe wyjście ojca to dobry, czy niepomyślny
znak. Czekała ją kolejna bezsenna noc. Wezwała do siebie Esmę.
- Idź i znajdź Merzukę - poleciła jej. - Niech powie mojej matce, że jej
córka dotrzymała słowa. Będzie wiedziała, o co chodzi.
Esma próbowała rozszyfrować znaczenie wiadomości, którą miała
dostarczyć. Natychmiast pospieszyła do drzwi. Gdyby się odwróciła i dostrzegła tajemniczy wyraz twarzy Mihrimah, z pewnością miałaby w głowie jeszcze większy mętlik.
- Idź, moja siostro od łez - powiedziała, gdy dziewczyna opuszczała
komnatę. - Leć, mój pocztowy gołębiu. Jeszcze wiele wieści przekażesz.
Nowy Pałac. Pawilon pod Kopułą
Nowy Pałac
Pawilon pod Kopułą
Uroczystość wypadła wspaniale. Mihrimah za pozwoleniem ojca zza zasłony
w niszy, z której padyszach przysłuchiwał się spotkaniom Dywanu,
oglądała ceremonię mianowania kapitana Hyzyra admirałem oraz nadania mu
imienia Hajraddin. Zorganizowano ją w Pawilonie pod Kopułą.
Gdy odchyliwszy zasłonę, zobaczyła sułtana Sulejmana wchodzącego do sali
i księcia Mehmeda kroczącego z prawej strony, prawie krzyknęła. W ostatniej chwili zakryła usta dłońmi. "Czy matka o tym wie? - pomyślała.
- Gdyby wiedziała, zapewne i ona miałaby ochotę krzyknąć". Przed oczami
stanął jej obraz Hürrem, która zamknąwszy się w swojej komnacie, płakała
ze szczęścia i jak to robiła zawsze, gdy coś jej się udawało, mówiła:
"Brawo dla mojej córki". Mehmed pięknie wyglądał u boku ojca. Turban,
który nosił od dzieciństwa, teraz już nie spadał mu z głowy. Na środku
białego zwoju znajdował się wspaniały pióropusz z pawich piór,
sprawiający wrażenie wytryskującego z ogromnego rubinu. W przeciwieństwie do karmazynowego kaftana ojca Mehmed ubrany był w śnieżnobiały, gładki strój. Pod spodem miał trzyrzędowy naszyjnik
założony na koszulę bez kołnierzyka.
Twarz brata wydawała się Mihrimah nieco blada. Nie wiedziała, czy
powodem bladości było to, że nie otrząsnął się jeszcze z przeżytego
szoku, czy to, że po raz pierwszy uczestniczył w uroczystościach
państwowych u boku ojca. Być może wyglądał tak w świetle sączącym się
przez okna ozdobione kolorowymi szybkami albo dlatego, że cały odziany
był w biel.
Wielki wezyr Ibrahim Pasza oraz pozostali wezyrowie z opuszczonymi
głowami, lekko przekrzywionymi na bok, czekali, aż sułtan Sulejman i książę Mehmed przejdą przed nimi. Mihrimah zastanawiała się, jak to się
dzieje, że wysokie nakrycia głów mężczyzn nie spadają.
Ojciec zasiadł na tronie, a Mehmed stanął przy nim, jedno kolano
opierając na podwyższeniu, na którym ustawiony był tron. Gdy Sulejman
zajął dogodną pozycję, rozejrzał się po sali. Następnie zwrócił
spojrzenie na syna.
- Mehmed Chan - odezwał się.
Mehmed wyprostował się na dźwięk swojego imienia. Ruszył w kierunku
miejsca wskazanego przez ojca i usiadł z tyłu po prawej stronie.
Podobnie jak wielki wezyr i pozostali wezyrowie on również splótł ręce z przodu i czekał, delikatnie przechyliwszy głowę na bok.
- Ach - westchnęła zza zasłony Mihrimah. - Matka powinna to zobaczyć.
Postanowiła, że gdy tylko skończy się ceremonia, pobiegnie do Hürrem i opowie jej o wszystkim, co widziała i słyszała. Nawet jeśli matka nie
mogła uczestniczyć w ceremonii, powinna to przeżyć.
Jednak dumę, jaką odczuwała, w jednej chwili zasnuł cień. "Czyżbym
przedwcześnie się cieszyła? - przeszło jej przez myśl. - Jaki sens mogło
mieć przybycie ojca na uroczystość w towarzystwie Mehmeda? Czy oznaczało
to, że postąpił tak, jak powiedziałam, i usunąwszy Mustafę z Manisy, na
jego miejsce zamierzał wysłać mojego brata? A co, jeśli wyśle Mustafę
nie do Amasyi, ale do Edirne położonego pod samym Stambułem? A może to
wszystko było na pokaz, żeby ojciec mógł zastraszyć tych, którzy
próbowali pozbawić życia Mehmeda? Czy Mehmed pozostanie w Stambule, a Mustafa, zamiast iść do diabła, pozostanie w Seruhanie? Nie bądź głupia!
- skarciła się. - Ojciec wie, że masz rację. Wziął sobie do serca to, co
powiedziałaś. Stałaś się głosem jego lęków. Zrobi to, co mu poradziłaś".
Postanowiła zawierzyć temu głosowi. Przynajmniej na razie. Dziwne
uczucie przyprawiło ją o dreszcz. Było jak zawrót głowy, unoszenie się
ponad chmurami. Nie była do tego przyzwyczajona. Mihrimah starała się
odnaleźć powód, dla którego tak się poczuła. Bardzo cieszyła się, że
dotrzymała słowa danego kapitanowi. Może dlatego drżała. A może to ze
szczęścia, które poczuła w duszy na wieść o tym, że ojciec powierzył kapitanowi Hyzyrowi tak
wielką władzę, o której nawet nie śniła. Albo była pod wrażeniem
wspaniałości ceremonii.
Nagle pojęła, że nic z tego nie jest prawdziwą przyczyną tego uczucia.
Być może miało to pewien wpływ, ale głównym powodem było co innego.
Zrozumiała, że ma w sobie taką moc, że może zdobyć to, czego chce. To
właśnie musiała być ta potęga władzy, o której mówiła matka, że gdy raz
się jej posmakowało, trudno było z niej zrezygnować.
- Paszo!
Głos padyszacha wyrwał ją z zamyślenia i Mihrimah skupiła całą swoją
uwagę na tym, co działo się na dole.
Ibrahim Pasza wyszedł do przodu, nie unosząc głowy.
- Niech zostanie wykonany nasz rozkaz!
Nie minęła chwila, gdy otworzyły się ciężkie skrzydła drzwi wychodzących
na dziedziniec Pawilonu pod Kopułą. Rozległ się dźwięk przypominający
grzmot.
- Kapitan nad kapitanami! Kapitan Hyzyr!
Kapitan Hyzyr pojawił się w progu i ukłonił się pokornie.
Właśnie wtedy stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Padyszach
wstał. Powitał bohaterskiego kapitana z szerokim uśmiechem. Była to
rzecz niebywała, żeby padyszach przyjmował na stojąco swojego sługę. To
pierwszy taki przypadek w historii. Salę wypełniły pełne niedowierzania
szepty, które dotarły aż do uszu Mihrimah.
Kapitan Hyzyr także nie przypuszczał, że sułtan Sulejman zrobi coś
takiego. Zatrzymał się i odpowiedział na to pozdrowienie, ponownie
głęboko się kłaniając. Przez uchyloną zasłonę Mihrimah zobaczyła, że
oczy kapitana wypełniły się łzami. Natychmiast spojrzała w stronę, gdzie
stał jej wuj. Twarz wielkiego wezyra pozostała bez wyrazu. Dziewczyna na
próżno starała się dostrzec oczy mężczyzny. Mogła jedynie zauważyć
wypieki, które pojawiły się na jego policzkach, gdy padyszach powstał,
żeby przywitać kapitana Hyzyra.
Kapitan Hyzyr splótł ręce na piersi i powoli ruszył. Za nim w dwóch
rzędach podążało szesnastu kapitanów. Siedemnastu morskich bohaterów
pozdrowiło jej ojca. Mihrimah miała ochotę klaskać. Zacisnęła dłonie,
żeby stłumić to pragnienie.
Kapitanowie ustawili się przed padyszachem i ponownie się ukłonili.
- Witajcie! - odezwał się Sulejman.
Siedemnastu mężczyzn oddało mu honory.
- Niech Bóg prowadzi was do zwycięstwa!
- Dziękujemy! - odpowiedzieli jednym głosem.
- To ja wam dziękuję. Przypieczętowaliście panowanie islamu na morzach
potęgą Imperium Osmańskiego. Zasialiście strach w sercach giaurów.
Zasługi was wszystkich są tak wielkie, że nie sposób ich wynagrodzić.
Jednak...
Sułtan Sulejman zamilkł. Przez chwilę zrobiło się tak cicho, że można
było usłyszeć upadające na ziemię ziarenko piasku. Właśnie w tym
momencie ktoś zakasłał. "Co to za zuchwalec?", zastanawiała się
Mihrimah. Nie zdążyła się upewnić, któremu z wezyrów nie udało się
powstrzymać tego odruchu. Na głos ojca ponownie odwróciła się w jego
stronę.
- Gdzie jest mój firman, wielki wezyrze?
Ibrahim Pasza wyprostował się.
- Mam go przy sobie, panie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki