Wenecja. 13 września 1570 roku
Wenecja
13 września 1570 roku
Cztery postacie bezgłośnie ześlizgnęły się
do morza. Gdyby nie białka ich oczu, byliby całkiem niewidoczni w nocnych ciemnościach. Chociaż natarli oliwą swoje nagie torsy, chłód
wody przenikał ich do szpiku kości. W tamtej chwili nie przyszło im
nawet do głowy, że będą jeszcze wiosłować w tym zimnie przynajmniej
przez godzinę.
Ich towarzysze, którzy zostali na pokładzie, spuścili na morze długą
łódź o lekko zaokrąglonym kadłubie. Czterej mężczyźni znajdujący się w wodzie podpłynęli w tamtą stronę. Liny zostały rozwiązane. Nie wydając
żadnego dźwięku poza ledwie słyszalnym szelestem, z wprawą wsiedli na
łódź. Teraz ich wilgotne ciała ziębił nocny wiatr. Wszyscy chwycili za
krótkie wiosła i przeszli na swoje miejsca. Trzech z nich usiadło.
Czwarty stanął na rufie.
Wszyscy wiedzieli, że z drogi, w którą wyruszyli, nie było odwrotu.
Mężczyźni w łodzi usłyszeli ciche głosy dochodzące z okrętu. Towarzysze
broni, z którymi ramię w ramię walczyli w tak wielu bitwach, szeptali za
nich Fatihę.
Głosy umilkły. Mężczyzna na rufie także usiadł. Cztery krótkie wiosła
zanurzyły się w wodzie. Powoli odpłynęli w nocne ciemności.
Po pewnym czasie wiatr przywiał z oddali odgłos kościelnych dzwonów.
- Północ - wyszeptał jeden. - W takim razie już czas.
Jednocześnie wszyscy czterej ułożyli się w łodzi twarzą do dołu. Na
zewnątrz wystawały tylko cztery wiosłujące ramiona.
Śmiertelna pułapka pośród ciemności i zimnych fal bezgłośnie zbliżała
się do Wenecji.
Zimno i ból przeszywające do szpiku kości... Tylko to czuli czterej
mężczyźni w łodzi. Niemożliwy do wytrzymania ból, który rozchodził się
od nadgarstków do ramion, zaczęli już odczuwać w kręgosłupie. W palcach
oplatających wiosła stracili czucie. Utrzymywali tempo dzięki głosowi,
który rozbrzmiewał w ich głowach: "Ciągnij, jeszcze mocniej, ciągnij.
Ciągnij, jeszcze mocniej, ciągnij".
Ten, który był na dziobie, jako pierwszy zauważył, że na wzburzoną wodę
padło światło.
- Niech to szlag! Zobaczą nas - mruknął.
Uniósł lekko głowę, nie przestając wiosłować. Najpierw, jakieś sto
pięćdziesiąt sążni przed sobą, zauważył budynek. We wszystkich oknach
paliły się światła. "Dotarliśmy", pomyślał z radością. To musiał być
pałac. Jednak za chwilę zamarł. Na wieży dokładnie naprzeciwko budowli
straże rozpaliły ogień. Blask płomieni padał na wodę, jakby czegoś
poszukiwali. Musieli natychmiast wydostać się z tego światła.
- Port - wyszeptał do pozostałych.
Odpłynęli jakieś czterdzieści sążni, zanim wydostali się z padającego na
fale blasku. Nie mogli podpłynąć zbyt blisko, bo po tej stronie także
czaiło się niebezpieczeństwo. Tutaj ruch na wodzie mogli zauważyć
strażnicy pełniący wartę przed dużym kościołem z okrągłą kopułą.
- Bandera - powiedział cicho mężczyzna na przedzie, gdy wypłynęli ze
złotego światła na ciemnym morzu.
Powoli unieśli głowy. Byli teraz przy ujściu wielkiego kanału. W smugach
światła rzucanych przez latarnie na wodę ujrzeli, że kanał jest pełen
ogromnych galer weneckich. Z radością ponownie ukryli się w łodzi.
Wszyscy mieli w pamięci słowa kapitana Kemala, które powiedział, zanim
wypłynęli: "Na co zdadzą się nocą pochodnie po tym, jak podpalą
siedlisko giaurów?".
Rozkaz był wyraźny. Wenecję miał pochłonąć ogień! A oni mieli go
podłożyć. Sądząc po pochodniach na rufach, było tu przynajmniej sto
pięćdziesiąt galer. Ucieszyli się. Nie zginą na próżno. Ponownie
chwycili za wiosła, zapominając o bólu i zmęczeniu.
Łódź sunęła do ujścia wielkiego kanału. Później nie będzie odwrotu.
Niebezpieczeństwo rosło z każdą chwilą. Ich serca zaczęły bić szybciej.
Gdyby to było możliwe, gładziliby wodę dłońmi, żeby uspokoić zmącone
wiosłami fale. Bali się, że wróg usłyszy mocne uderzenia ich serc. Nie
obawiali się śmierci ani tego, że zostaną złapani. Teraz, gdy byli już
tak blisko, ich strach wzbudzało jedynie to, że nie uda im się
rozświetlić weneckiej nocy osmańską pochodnią.
Ciężko posuwali się naprzód. Na chwilę musieli się rozdzielić. Czterech
śmiałków miało zanieść osmański ogień w cztery różne miejsca.
- Hej! A to co?
Głos znajdującego się na pokładzie wartownika dla płynących łodzią był
jak wystrzał armatni.
Mężczyzna, wyciągając rękę, wskazał łódź i zwrócił się do swojego
towarzysza na bocianim gnieździe.
- Emiliano, spójrz! Co ta gondola robi między galerami? I to o tej
porze!
Strażnik Emiliano spojrzał z platformy w tamtą stronę. Później przyłożył
do oka długą, smukłą lunetę.
Ujrzał gondolę, a na jej pokładzie czterech ludzi. Jeden z mężczyzn, nie
unosząc głowy, machnął ręką w stronę, z której dobiegał głos.
- Co się stało? - Wybuchnął śmiechem Emiliano. - Nie wszyscy są równie
pechowi jak my, D'Angelo. Są też tacy szczęśliwcy, którzy wracają po
tym, jak dobrze sobie popiwszy, znaleźli uciechę w kobiecych łożach.
- Jesteś pewien?
- Tak.
"Idiota - pomyślał. - Co w tym dziwnego? Czterech marynarzy wracało z nocnej eskapady".
Gdy Emiliano ponownie obrócił lunetę w stronę ujścia zatoki, rozległ się
głos D'Angela:
- Godzina pierwsza... Wszystko w porządku.
Strażnicy nie zauważyli, że spośród czterech mężczyzn w gondoli jednego
ubyło. Po pięćdziesięciu sążniach w łodzi zostało dwóch mężczyzn.
Później zniknął jeszcze jeden. Ostatni, zauważywszy stocznię, także
wskoczył do wody. Gdyby ktoś teraz spojrzał, pomyślałby, że w stronę
doków płynie z nurtem odwiązana łódź. Tymczasem czterech mężczyzn
przemieszczało się ku czterem różnym celom.
Każdy z nich miał rozpalić ogień. Pierwszy wskoczył do wody. Po blisko
godzinie spędzonej przy wiosłach śmiałek opuścił łódź i wpłynął pomiędzy
czarne cienie galer. Obrał sobie za cel tę, która wydała mu się
największa. Zbliżył się do kotwicy. Wziął kilka oddechów, po czym
położył się plecami na wodzie i objął rękami i nogami porośniętą
wodorostami linę. Rozpoczął wspinaczkę. W tej samej chwili pojął, że
popełnił śmiertelny błąd. Woda, która zebrała się na pokrywie małej
beczułki, ściśle przytwierdzonej do jego pasa, z pluskiem wpadła do
morza. Mężczyzna zawisł nieruchomo na linie. Był na tyle odsłonięty, że
nie mógł się ukryć. Ktoś patrzący z galery, na którą się wspinał, lub z sąsiedniej, z łatwością by go zobaczył. Czekał, a serce tłukło mu się w piersi. Nie stało się jednak to, czego się obawiał. Znów podjął
wspinaczkę. Wspinał się i wspinał. Wydawało mu się, że lina nie ma
końca. Ręce oplatające linę coraz bardziej go bolały. Zaczynał tracić
siły. Twarde, szorstkie włókna raniły mu łydki. Rany piekły pod wpływem
morskiej soli. Wstrzymał oddech i zatrzymał się. Trwał tak, wisząc nad
wodą.
- Muszę dotrzeć do końca tej piekielnej liny - mruknął i ostatkiem sił
zaczął się podciągać.
Po chwili zobaczył duży otwór w burcie okrętu, z którego wyrzucono linę.
"Nareszcie!", w duchu wydał z siebie okrzyk radości. Powoli zwolnił
uścisk. Był teraz na statku wroga. Przez chwilę czekał, żeby wzrok
przyzwyczaił się do nowych ciemności. Odwrócił się w stronę, gdzie
znajdowały się pokrywy baterii dział. Przytrzymując się relingu,
poruszał się naprzód w całkowitym mroku. Po pewnym czasie zauważył
czarne ramiona dział skierowane w stronę morza.
Bateria dział!
Zobaczył, że nic nie stoi mu na drodze. Nie było strażnika! Całe jego
ciało było napięte. Bezgłośnie padł na ziemię. Gdzie ten przeklęty typ?
Przyłożył ucho do pokładu i nasłuchiwał. Gdy podniósł głowę, na jego
twarzy malował się chytry uśmiech. Powoli się wyprostował. Zaczął ciężko
posuwać się naprzód, wyciągając przed siebie ręce, żeby nie uderzyć o coś w bezkresnych ciemnościach i nie narobić hałasu.
Po kilku bezszelestnych krokach zobaczył światło. Musiało dochodzić z latarni znajdującej się na szczycie schodów, które prowadziły z pokładu
do magazynu z amunicją. Mdłe światło latarni było dla jego przywykłych
do ciemności oczu jak słoneczny blask. On też tam był. Strażnik. Stał
przed drzwiami do zbrojowni, które znajdowały się dokładnie naprzeciwko
schodów.
- Psi pies - mruknął. - Mógłby sobie drzemać gdzie indziej.
Wszystko, co następnie zrobił, wykonał bezszelestnie. Strażnik zbyt
późno zauważył jego obecność. Osmański sztylet o wygiętym ostrzu wbił mu
się w pierś. Z przerażeniem spojrzał na rękojeść i owinięte wokół niej
silne palce. Chciał krzyknąć, ale z jego ust wydobyło się tylko
stopniowo cichnące rzężenie.
Był teraz u celu. W końcu nadszedł czas, żeby rozpalić osmańską
pochodnię. Otworzył drzwi do składu. Wnętrze od podłogi po sufit pełne
było prochu, kul i beczek z olejem. Roiło się tam od muszkietów,
arkebuzów, szabel, kusz i innych przedmiotów. Musiał się spieszyć. W każdej chwili mógł przyjść ktoś, żeby zmienić wartę, i zauważyć, że
przed drzwiami zbrojowni nie ma strażnika. Natychmiast zabrał się do
pracy.
Baryłka, którą miał u pasa, wydawała się zbędna pośród tylu łatwopalnych
i wybuchowych materiałów, mimo to rozpiął pas. Ściągnął okrywający
beczułkę materiał nasączony woskiem, który miał zapobiec dostaniu się
wody do środka. Przeniósł ją dokładnie na środek składu, gdzie stały
beczki. Odblokował otwór na spodzie i na podłodze usypał w linii proch
aż do gwoździa przytrzymującego deski.
Gotowe. Jedyne, czego było trzeba, to mała iskra. Wyciągnął sztylet,
którym przed chwilą odebrał życie wartownikowi. Dokładnie wytarł z ostrza krew. Przykucnął. Przesunął sztylet po żelaznym gwoździu. Nic się
nie wydarzyło. Przy drugiej próbie ze stalowego ostrza iskry spadły na
proch.
Wyprostował się. Patrzył, jak iskry zmieniają się w płomień, który z sykiem przemieszczał się po usypanej z prochu linii w stronę beczek.
Nic już nie zostało. Szeroko otwarte oczy osmańskiego śmiałka płonęły.
- W imię Boga jedynego! - krzyknął.
Ogień dotarł do otworu na spodzie niewielkiej beczki.
I zapłonęła osmańska pochodnia.
Pierwszy wybuch przedarł się przez nocne ciemności.
Wenecjanie wyprostowali się w swoich łóżkach, pytając się wzajemnie:
- Co się dzieje?
- Co to za hałas?
Jednak wybuch, który usłyszeli zaraz potem, zagłuszył ten pierwszy. Ci,
którzy podbiegli do okien, pod wpływem wstrząsu spowodowanego serią
wybuchów padli na ziemię.
- Wstawaj, Adriano! - krzyknął do żony jakiś mężczyzna. - Morze wybucha!
Wenecja płonie!
Olbrzymie galery, przywiązane do siebie, jedna po drugiej z przeraźliwym
hukiem wylatywały w powietrze, przywodząc na myśl setki, tysiące,
miliony fajerwerków, po czym spadały do wody jako płonące resztki. Ogień
ogarnął wszystkie okręty. A gdy płomień docierał do zbrojowni, także i one wybuchały.
Kilku marynarzy zerwało okrętowe liny i starając się dotrzeć do ujścia
kanału, uwijało się w szaleńczym pędzie, żeby uratować się przed
spadającym na nich z nieba ogniem. Okrzyki przerażenia, strachu i paniki
ginęły w huku niekończących się wybuchów. Oglądający to piekło z daleka
widzieli, jak setki marynarzy płonących jak żagwie rzucało się do morza.
Nie minęło dużo czasu, gdy do trzech punktów, z których dochodziły
wybuchy, doszedł czwarty. Jedenaście galer znajdujących się w dokach
wyleciało w powietrze. Mnóstwo płonących odłamków spadło do wody.
Legendarny wenecki Arsenał1 przestał istnieć.
I. Stambuł. 11 października 1570 roku
I
Stambuł
11 października 1570 roku
Jeździec jak wicher minął bramę murów.
- Wytrzymaj - wyszeptał mężczyzna do ucha srokacza.
Gorący jak płomień oddech zwierzęcia uderzył go w twarz. Puścił wodze
wolno. Objął konia za szyję i pozwolił mu biec. Wielki gniadosrokaty koń
mknął przez stepy, a wiatr rozwiewał mu grzywę.
Wyprostował się na widok meczetu, który sułtan Sulejman kazał wybudować
dla swojego zmarłego syna księcia Mehmeda. Skręcił w lewo na niewielkim
placu, który znajdował się zaraz za nim. Puścił konia w dół zbocza, w kierunku morza. Gdy zbliżał się do domostwa pod lasem, drogę zastąpiło
mu czterech jeźdźców odzianych w czerwone szaty.
- Hooop! - krzyknął jeden z nich, unosząc rękę.
Ściągnął wodze.
- Zaraz, zaraz. A dokąd to się wybierasz?
Srokacz zatrzymał się rozsierdzony.
- Kim jesteś?
- Posłańcem kapitana Kemala! - krzyknął czausz, próbując zapanować nad koniem.
Po chwili wprowadzili jeźdźca do budynku. Służący, który wskazywał mu drogę,
otworzył wielkie drzwi i usunął się na bok.
Dokładnie naprzeciwko, na sofie ustawionej pod oknem, siedział
czarnobrody mężczyzna z kolanem przyciągniętym do siebie.
- Wejdź - mruknął.
"Zatem to jest zięć sułtana Selima, Pijal Pasza2", pomyślał
posłaniec.
- Jakie wieści przesyła Kemal, dżygicie? Ucieszysz nas czy zmartwisz tą
wieczorową porą?
Jeździec nawet nie pomyślał, żeby skłonić się w pozdrowieniu.
- Ucieszę, czcigodny paszo. - Jego głos był zdecydowany. - Już dawno od
kapitana Kemala nie ma niepomyślnych wieści, to dlaczego miałyby przyjść
teraz?
Pijal Pasza opuścił kolano, które trzymał prawie pod brodą.
- No proszę. - W jego głosie bardziej niż gniew słychać było
rozbawienie. - Kemal wybrał najbardziej wygadanego ze swoich chłopców?
Posłaniec chciał coś powiedzieć, ale Pijal Pasza uciszył go, unosząc
dłoń.
- Mów lepiej, z czym przybywasz.
- Kapitan Kemal kazał przekazać, że zapłonęła osmańska pochodnia. Okryła
czerwienią ciemną noc giaurów.
- Bogu niech będą dzięki. - Pasza wstał, ruszył w stronę posłańca i zatrzymał się naprzeciw niego. - W takim razie idź. - Poklepał go po
ramieniu. - Odpocznij.
- Niech natychmiast przygotują mojego konia! - rozkazał pasza po wyjściu
czausza. - Mamy pomyślne wieści dla władcy.
Wiedział, że gdy dotrze do Nowego Pałacu, nie zastanie sułtana Selima samego.
Z pewnością u boku padyszacha będzie Żyd z kozią bródką, mianowany księciem Naksos.
- Nędznik - mruknął, przemierzając długi korytarz w towarzystwie
gwardzistów.
Nienawidził Yasefa Nassiego3. Ten mężczyzna podporządkował
sobie syna wielkiego sułtana Sulejmana Selima Chana. Kto mógł uwierzyć,
że władca osmański sułtan Selim stanie się zabawką w rękach Żyda? Jednak
tak właśnie się stało.
- Nadjeżdża sułtanka Nurbanu!
Sułtański powóz nie zdążył jeszcze przekroczyć Bramy Cesarskiej Nowego
Pałacu, a już cały harem stał w gotowości.
- Biegnijcie, dziewczęta. Nadjeżdża sułtanka Nurbanu!
Szept niczym burza zawładnął krętymi korytarzami haremu. Wszystkie
służące i damy dworu biegały z kąta w kąt w bezgłośnym pośpiechu. Mimo
gorączkowej krzątaniny panował porządek. Wszyscy wiedzieli, co zrobi
sułtanka Nurbanu Haseki, gdy już przybędzie - co i skąd weźmie, co i gdzie położy. Sułtanka Nurbanu nienawidziła bałaganu.
Tego dnia nawet Dżabbar Aga był rozgorączkowany, a to nie było do niego
podobne. Brzuch mu podskakiwał, gdy wyrzucał z siebie rozkazy, a jego
czarną twarz pokryły kropelki potu. Dawno temu porzucił raptowność i porywczość, które stały się przyczyną nadania mu tego imienia w dniu, w którym został agą haremu4. Teraz, zamiast sam uwijać się
nerwowo, wydawał polecenia innym. Jednak tego dnia było inaczej.
Przybywała sułtanka Nurbanu, której od miesięcy nie było w Nowym Pałacu.
Nie widziano, żeby Dżabbar Aga choć na chwilę wypuścił z rąk swój
dereniowy kij. Niedługo po tym, jak sułtanka Hürrem Haseki odeszła z tego świata, harem znów stał się dawnym haremem. Później zaś żona
padyszacha opuściła go i zamknęła się w Starym Pałacu. Teraz harem pełen
był odalisek sułtana Selima. Odaliski zaś oznaczały zazdrość, kłótnie,
krzyki i zgiełk. Dlatego właśnie wyciągnął swój dereniowy kij. Nie miał
wyjścia. Ręka Dżabbara Agi była nieubłagana. Na widok choćby
najmniejszego niedociągnięcia czy skrzywionej miny zadawał nią ciosy po
nogach i plecach.
Jeśli ktoś znalazł w sobie odwagę, żeby powiedzieć: "Nie rób tego, to
grzech", odpowiadał: "Tak należy. Harem wymaga porządku, organizacji i dyscypliny. Jeśli pożałujesz odalisce razów dereniowym kijem, wejdzie ci
na głowę. Powstanie chaos".
I właśnie tego dnia w haremie powstał chaos.
- Na pewno coś się stało - powiedział do siebie. - W przeciwnym razie
dlaczego sułtanka Nurbanu tak nagle przybyłaby tu ze Starego Pałacu?
Z pewnością coś się stało. Ale co?
Od chwili gdy po haremowych korytarzach zaczął odbijać się echem szept:
"Nadjeżdża sułtanka Nurbanu", wszyscy zadawali sobie to samo pytanie:
"Co ją tu sprowadza?".
Ten szept dotarł do uszu głównego pokojowca sułtana Selima, Hydyra
Efendiego. Zupełnie stracił humor. "Czego ta kobieta tu chce? - mruknął
w duchu. - Znów odbierze spokój naszemu panu".
I co miał teraz zrobić? Stanąć przed drzwiami haremu i powiedzieć: "Nasz
pan jest w tej chwili bardzo zajęty. Nie chce, żeby mu przeszkadzano"?
Kto wówczas ochroni Hydyra przed jej gniewem?
Jakby sułtanka Nurbanu nie wiedziała, co kryje się za tymi słowami.
Oznaczało to: "Padyszach jest w swoich prywatnych komnatach z tym
przeklętym Żydem i dziewczętami". Nieczęsto zdarzało się, aby padyszach
przebywał gdzie indziej. Z tego właśnie powodu sułtanka przeniosła się
do Starego Pałacu. Kobieta nie mogła znieść mężczyzny - nawet jeśli był
padyszachem - od rana zasiadającego przy biesiadnym stole i bełkoczącego
coś niewyraźnie, upojonego rozkoszą, której doznawał w ramionach
jędrnych, młodziutkich odalisek.
"Niech to szlag!", zaklął w duchu Hydyr. Musi powiadomić sułtana Selima.
Powoli uchyliwszy ciężkie drzwi do komnaty sułtana, wślizgnął się do
środka. Już przy wejściu, w niewielkim holu uderzył go aromat wina. W powietrzu unosił się także dziwny zapach - tych dziwnych liści, z których dym kazał wdychać sułtanowi Yasef Nassi. Tłumił on nawet woń
kobiecych ciał wypełniających komnatę.
Pokojowiec otworzył drzwi znajdujące się po lewej stronie i wszedł w chmurę dymu. Do jego uszu dobiegły przyciszone głosy dwóch mężczyzn.
Stojąc za aksamitną zasłoną, padł na ziemię jak do modlitwy. Postąpił
tak, na wypadek gdyby padyszach, usłyszawszy go, uniósł kotarę i zapytał: "Co jest? Czego chcesz?". Chociaż tak naprawdę nigdy nic
podobnego się nie wydarzyło.
- Panie?
Jego głos był tak cichy, że sam ledwo go słyszał, jednak w środku
nastała cisza.
- Wybaczcie waszemu słudze Hydyrowi...
Zamiast Selima Chana usłyszał głos Żyda, księcia Naksos.
- Czego chcesz, Hydyrze Efendi? Czyż nie mówiliśmy, że padyszach nie
życzy sobie, żeby mu przeszkadzano?
"Obyś sczezł", przeklął w duchu Hydyr, nie podnosząc się z miejsca.
Później, przesuwając czubkami palców po dywaniku, sięgnął do aksamitnej
zasłony. Powoli ją uniósł i zajrzał do środka.
Leżeli rozłożeni na dwóch stojących naprzeciwko siebie wspaniałych
sofach. Sułtan Selim wyglądał, jakby był w innym świecie. Turban
ześlizgnął mu się na bok, a na jego twarzy malował się komiczny wyraz.
Na sofie po drugiej stronie komnaty leżał Yasef Nassi, ale Hydyr mógł
dostrzec jedynie podeszwy jego czerwonych safianowych5
ciżem.
- Jestem gotów ponieść karę - powiedział cicho. - Jednak...
Jednocześnie nie przestawał obserwować tego, co działo się za kotarą.
Przy wezgłowiu sofy padyszacha siedziała dziewczyna w cieniutkich,
tiulowych szarawarach. Była bardzo piękna. Ramiona miała odsłonięte.
Nagą pierś przykrywała mała niebieska kamizelka. Dziewczyna sięgnęła do
stojącego nieopodal stolika i wzięła z niego owoce. Gdy wkładała je do
ust Selima, kamizelka rozchyliła się i wysunęła się spod niej wspaniała
pierś. Padyszach, mimo iż był pijany, pożądliwie patrzył na mlecznobiały
kształt, który ukazał się jego oczom.
Dziewczyna, która siedziała przy sofie Yasefa Nassiego, była odwrócona
do Hydyra. Jej plecy także były nagie. Było jasne, że Żyd, słysząc jego
głos, przed chwilą zdjął z siebie dziewczynę.
Nagle przed zasłoną ujrzał przechodzącą parę maleńkich, bosych stóp. Im
bardziej zbliżały się do sułtana Selima, tym więcej mógł dostrzec.
Najpierw ponad stopami ukazały się kostki, potem kolana, a później...
Mój Boże! Dziewczyna była naga.
Usługująca padyszachowi odaliska delikatnie uniosła kryształowy,
posrebrzany kielich w stronę roznegliżowanej dziewczyny. Hydyr ujrzał
sutki sterczące jak gołębie dzioby w całej swojej okazałości. Chciał
przymknąć oczy, ale nie mógł. Usłyszał cichy dźwięk czerwonej cieczy
wlewanej do kielicha. Dziewczyna odwróciła się i przeniosła naczynie do
grubych warg sułtana Selima. Oczy padyszacha
były zamknięte. Upił łyk wina. Odaliska zlizała rubinowy płyn, który z ust sułtana spłynął po brodzie.
- Soki spijane z ust sułtana są dla jego niewolnicy niczym rajski nektar
- zaświergotała rozkosznie.
Wargi Selima Chana rozciągnęły się w uśmiechu.
- To nie nektar, tylko najzwyklejsze cypryjskie wino - wtrącił się
Nassi.
Główny pokojowiec usłyszał, jak obaj mężczyźni chichoczą. Nie mógł
otworzyć ust i powiedzieć, dlaczego przyszedł. Musiał czekać, aż
padyszach rozkaże mu, żeby przemówił.
Nagle pomyślał, że jeśli wyda się, że zagląda do środka, może stracić
głowę. Natychmiast cofnął palce, które wsunął pod zasłonę. Pozostał
skulony na ziemi. Przez chwilę nic nie słyszał.
Później do jego uszu dobiegła zalotna skarga odaliski:
- Ależ, panie, nie róbcie tak. Nie żal wam waszego sługi?
- Gdybyś tylko nie była taka ładna - usłyszał głos sułtana Selima.
Za kotarą coś się poruszyło. To pewnie padyszach wyprostował się na
sofie.
- O co chodzi, Hydyrze Ago? - Głos Selima był ospały, jakby władca
dopiero się obudził. - Skoro nachodzisz nas w naszych komnatach, musisz
mieć dobry powód, który uratuje twoją głowę.
- Hydyr jest gotów nie raz, lecz po tysiąckroć oddać głowę za swojego
sułtana - skłamał, wciąż przywierając do ziemi. - Jednak...
- Mówże, człowieku! Jednak co?
"Chcesz, to masz", burknął w duchu Hydyr.
- Nadjeżdża sułtanka Nurbanu, panie.
Gdyby się nie bał, ponownie uniósłby zasłonę i zajrzał do środka.
Usłyszał odgłosy kroków na dywanie. Szuranie pospiesznych ruchów małych
stóp. Padyszach odprawił odaliski.
- To niemożliwe. - Głos Yasefa Nessiego był pełen skargi.
Padyszach powiedział coś cicho, ale Hydyrowi nie udało się tego
dosłyszeć. Dziewczęta wyszły zza zasłony i szczebiocząc, pospiesznie się
oddaliły. Tymczasem z dochodzących ze środka odgłosów dało się
wywnioskować, że sułtan Selim także doprowadził się do ładu.
- Dlaczego pani Nurbanu opuściła Stary Pałac? - zapytał podejrzliwym
głosem Żyd.
- Nie wiem.
- Panie, musimy jeszcze omówić szczegóły kwestii cypryjskiej.
- Yasefie - zbeształ go padyszach - módl się lepiej, żeby nasza żona nie
przybywała tu w związku z poczynaniami twoimi i mojego zięcia Pijala
Paszy. Jeśli tak jest, obydwaj będziemy musieli przez jakiś czas
zapomnieć o Cyprze. Miej to na uwadze.
Hydyr w ciszy powrócił do siebie. Nie mógł zapomnieć tego, co zobaczył.
"Co za grzech - myślał zgorszony. - Hej, wielki Selimie Groźny, powstań
i zobacz swojego wnuka Selima".
Powóz wjechał na wewnętrzny dziedziniec. Jego drzwi otworzyły się, zanim
służący zdążyli podejść. Ze środka wyskoczyła Meleknaz, dama dworu
Nurbanu. Podczas gdy jeden z paziów wyciągnął rękę, żeby pomóc wysiąść
swojej pani, podstawiono podnóżek pokryty zielonym atłasem. Najpierw
ukazał się trzewik wysadzany szmaragdami, po chwili opięte w kostce
zielone szarawary. Później kobieta eleganckim ruchem wyciągnęła rękę do
Meleknaz. Dziewczyna ujęła dłoń ozdobioną wielkimi błyszczącymi
szmaragdowymi pierścieniami. W końcu z powozu wyłoniła się sułtanka
haseki w zielonym hotozie ozdobionym białym szyfonem. Jej uroda,
pomimo zasłaniającego jej twarz tiulu, rozświetliła dziedziniec, który
okrywał już mrok.
Armia służących, która wybiegła jej naprzeciw, z szacunkiem pokłoniła
się pięknej żonie sułtana Selima, matce księcia sukcesora Murada.
Sułtanka Nurbanu miała sięgający do kolan żółtozielony kaftan ozdobiony
złotą nicią, cekinami i diamentami. Zieleń była jej barwą.
"Przypomina mi kraj, z którego przybyłam, Wenecję i nienasycony zielony
płomień szkła z Murano6", mawiała, wzdychając.
Nie lubiła długich kaftanów ciągnących się po ziemi, które nosiły inne
damy. Wszystkie kazała sobie szyć tak, żeby ich poły nie były dłuższe
niż do kolan.
Gdy tylko wysiadła z powozu, puściła dłoń Meleknaz. Dziewczyna pochyliła
się i wygładziła fałdy na szarawarach swojej pani. Podbiegły do nich
damy dworu, przybyłe w czterech powozach jadących za nimi.
Nurbanu wyprostowała się i uniosła głowę.
- Gdzie jest padyszach?
Doświadczone damy dworu i służące zadrżały. Był to znak zbliżającej się
awantury. Mogły się tego domyślić. Mówiła o wielkim władcy jak o zwykłym
chłopie, a to był znak, że jej gniew sięgnął zenitu.
Nikt nie miał odwagi, żeby się odezwać. Sułtanka Nurbanu weszła do
haremu, mijając służące, które pierzchały spod jej stóp niczym młode
jarząbki. Była zdecydowana i nie miała zamiaru ulec. Przybyła tam, żeby
pociągnąć winnych do odpowiedzialności, i nie wyjdzie, dopóki tego nie
zrobi. Nieważne, za jaką cenę.
Właściwie czuła się lepiej, odkąd przeniosła się do Starego Pałacu.
Uwolniła się od pijactwa Selima, szeptów tego podstępnego węża Yasefa
Nassiego, odgłosów igraszek jej męża z młodziutkimi dziewczętami, które
sprowadzał mu ten mężczyzna.
Tego dnia, gdy miarka się przebrała, także stanęła przed padyszachem jak
burza.
- Odchodzę.
Nie mogła już patrzeć na to, jak wino rujnuje jej męża. Odkąd sięgała
pamięcią, Selim miał jasną cerę, ale teraz był tak blady, że przypominał
jej zimne posągi w Pałacu Dożów. Jego oczy także straciły kolor, a z natury były piękne. Jego matka mawiała, że są szaroniebieskie, ale
według Nurbanu lśniły żółtomiodowym blaskiem. Teraz zniknął miód, a została żółć. Jakby patrzył zza mgły, zza kłębów dymu.
Tamtego dnia Selim nie powiedział nawet: "Nie odchodź". Nurbanu próbowała wyczytać coś z jego oczu przesłoniętych alkoholowymi oparami. Przypomniała sobie, co wtedy
pomyślała: "Ucieszył się, że się mnie pozbył". Selim się cieszył! Był
zadowolony, że dała mu wolność i od tej pory będzie mógł prowadzić
jeszcze bardziej rozpustne życie, tak jak życzył sobie ten przeklęty
Żyd.
- Odchodzimy. Kiedy nas tu nie będzie, będziecie mieli spokój. Widać, że
moja obecność wam przeszkadza.
- Nic podobnego. - Chociaż nieznacznie, to jednak się sprzeciwił. - Jak
mogłaby nam przeszkadzać obecność naszej pięknej sułtanki?
Gdy Nurbanu z wściekłością przemierzała niekończące się haremowe
korytarze, wspomnienie tamtego dnia smagało jej gniew jak bicz.
- To oczywiste. Uwolnicie się od moich nieustannych napomnień: "Nie
powinniście tyle pić, obawiam się, że to może zaszkodzić waszemu
zdrowiu", od moich narzekań, że zaczęliście coraz rzadziej odwiedzać
naszą komnatę, od moich przestróg, że powinniście ograniczyć kontakty z tym Żydem. Nie będę już przyłapywać was na igraszkach z dziewczętami.
Już przed nikim nie będziecie musieli się tłumaczyć. Nie ma mnie.
Był wielkim sułtanem Selimem, synem sułtana Sulejmana, władcą Wielkiego
Imperium Osmańskiego, rządzącym na trzech kontynentach. Jednym słowem
odbierał i dawał życie. Zapewne myślał: "Jeśli chcę, to piję. Na co
sułtanowi jego sułtańskość, skoro nie może każdej nocy brać do łoża
innej kobiety?", tłumaczył się, jeśli w ogóle rozważał to w swoim
sumieniu. Nie obchodziło go nawet, że lud przestał go nazywać Żółtym
Selimem i nadał mu przydomek Selim Pijak.
W rzeczywistości Nurbanu też przestała się już tym przejmować. Jedyne,
na czym jej zależało, to przyszłość jej syna. Pewnego dnia Murad
zostanie padyszachem, a ona jako sułtanka matka zajmie miejsce po jego
prawicy.
Minęła kolejny zakręt. "Wystarczy, że uda mi się dożyć dnia, w którym
Murad wstąpi na tron", pomyślała.
Długo znosiła pijactwo Selima i jego hulaszcze życie, ale w dniu, w którym usłyszała, że dwóch młodych chłopców, których Yasef Nassi
sprowadził z wyspy Mykonos, trafiło do komnaty padyszacha, miarka się
przebrała.
Tydzień po tym, jak obwieściła, że odchodzi, zabrała wszystkich swoich
służących i opuściła to miejsce. Od tamtej pory przebywała w Starym
Pałacu. Selim odwiedził ją parę razy, lecz po kilku dniach znów wrócił
do swojego rozwiązłego życia w Nowym Pałacu.
Gdyby nie dręczące ją lęki i płacz dziecka, stawiających w gotowości
wszystkich dookoła, byłaby nawet szczęśliwa. Jedyne, co spędzało jej sen
z powiek, to stale powiększająca się liczba nieślubnych synów Selima.
Miał ich już siedmiu, a kto wie, ilu jeszcze miało się urodzić. Nie
wyglądało na to, żeby Yasef Nassi zaprzestał sprowadzania mu dziewcząt
ze wszystkich stron świata.
Selim ją kochał. Wiedziała o tym. Wciąż pisał dla niej wiersze, ale ta
miłość nie powstrzymywała go przed braniem do łoża dziewcząt, które
często były jeszcze dziećmi. A każdy urodzony książę oznaczał
niebezpieczeństwo dla niej i jej syna.
Już za chwilę miała ponownie stanąć przed swoim mężem. "Niech znajdą
bękartów Selima, którzy zagrażają życiu Murada", mruknęła w duchu.
Zadrżała na wspomnienie syna greckiej odaliski Evdoksii. Później
wzruszyła ramionami. "Co zrobić? - pomyślała. - Wszyscy żyją tak długo,
jak jest im to pisane". Każdej nocy modliła się, żeby zapomnieć, że to
ona zdecydowała o tym, jak długo będzie żył chłopiec. Nie mogła
zapomnieć jego czarnych oczu.
Mimo wszystko była jednak szczęśliwa. Aż do dzisiaj, dopóki nie przybyła
ta kobieta i nie padła jej do stóp, zalewając się łzami...
Nie była zdziwiona, gdy poinformowano ją, że przyszła z wizytą donna
Camicia, żona weneckiego ambasadora. Odwiedzała ją przynajmniej dwa razy
w miesiącu i przekazywała wiadomości z Wenecji. Ucieszyła się nawet,
sądząc, że Camicia i tym razem po to przyszła.
Jednak kobieta weszła do jej komnaty całkiem zdruzgotana. Twarz Camicii
ściągnięta była bólem i cierpieniem. Oczy miała przekrwione od płaczu.
- Donno Camicio, witaj...
Żona ambasadora dopadła do jej stóp, krzycząc coś niezrozumiale i rozpaczliwie zawodząc.
Zaskoczona Nurbanu przez chwilę wpatrywała się w ramiona kobiety
wstrząsane szlochem.
- Nie płaczcie, proszę. Co się stało? Złe wieści...
- Tragedia! - wyrzuciła z siebie kobieta. - Mój Boże, tragedia!
- Co się stało, Camicio? Czy możecie się uspokoić i o tym opowiedzieć?
- Uspokoić się?! - krzyknęła rozgniewana. - Uspokoić się?! Twój mąż
podpalił Wenecję! Wenecja spłonęła!
- Co?
Opadła na sofę.
- Szpiedzy sułtana Selima wślizgnęli się do Wielkiego Kanału7.
Wysadzili w powietrze naszą flotę.
Do Nurbanu dochodziły tylko strzępki zdań.
- Setki okrętów... Wszystkie rozerwało na strzępy... Arsenał, magazyny z prochem... Wszystko legło w gruzach, wszystko, wszystko... Płomienie
ogarnęły cały budynek... Nawet Pałac Dożów doznał zniszczeń... Plac Świętego
Marka... spłonął. Zginęło ponad tysiąc Wenecjan. Żołnierze, cywile,
wszyscy... Okryli czerwienią wenecką noc...
Gdy kobieta, dusząc się płaczem, ponownie padła do jej stóp, sułtanka
Nurbanu poczuła, że ma wilgotne policzki. Nie zdawała sobie sprawy, że
płacze, a jednak łzy strugami płynęły jej z oczu. Jej matka i ojciec nie
znieśli tego, co zgotował im los. Umarli jedno po drugim.
- A moja rodzina? - wyszeptała. - Baffo... Czy oni też...?
- Nic im się nie stało - wydusiła z siebie żona ambasadora. - Spłonęła
tylko letnia rezydencja nad kanałem... A teraz...
Serce Nurbanu w jednej chwili zamarło.
- A teraz co?
Spojrzała kobiecie w oczy.
- Przeklinają twojego męża i ciebie! Przeklina cię cała Wenecja!
Te słowa zraniły ją jak sztylet. Dom, w którym się urodziła... Miejsce, w którym po raz pierwszy usłyszała swój głos... Okno, z którego patrzyła na
płynącą kanałem wodę... Fontanna, wokół której biegała, i gdzie w jej
sercu rozwinął się delikatny kwiat pierwszej miłości... A teraz rodzina,
która ją przeklinała... Nawet nie pamiętała ich twarzy. Zerwała się,
zostawiając leżącą na podłodze, zalaną łzami Camicię.
- Niech przygotują mój powóz! Jadę do Nowego Pałacu!
W jej głowie odbijały się echem dwa zdania: "Okryli czerwienią wenecką
noc. Twój mąż podpalił Wenecję!".
Słowa, które padły później, długo paliły jej duszę: "Przeklinają twojego
męża i ciebie".
Sułtan Selim... Jej mąż! Podpalił prześwietną Wenecję! Piękną Wenecję...
Nurbanu przybyła tu właśnie po to, żeby rozliczyć się za Wenecję. Jej
mąż, widząc ją przed sobą z iskrzącymi oczami, udawał zaskoczenie i radość, próbując wstać.
- Nurbanu!
- A może powinieneś powiedzieć "Cecilio"?! W końcu twoja żona jest
Wenecjanką. Córą Wenecji, którą podpaliłeś!
Nie myślała o pałacowych zwyczajach i pozdrowieniach.
- Boskie światło, moja piękna, blasku mojego serca. - Sułtan Selim
próbował obłaskawić ją tkliwymi słówkami, ale nawet go nie słuchała.
- Jak mogłeś to zrobić? Jak mogłeś pozwolić, żeby podpalili Wenecję?
- Ten, kto ci o tym powiedział, trochę to wyolbrzymił...
- Wyolbrzymił?
- Tak. Wenecja wcale nie spłonęła. Tylko okręty...
- Dlaczego? Wenecja i Imperium Osmańskie żyły w pokoju, bo dzielisz tron
z Wenecjanką. Dlaczego spaliłeś ziemie swojej królowej, Selimie Chanie?
- To sprawy państwowe.
- Sprawy państwowe?! Od kiedy państwo osmańskie załatwia sprawy
państwowe zgodnie z wolą Żyda?
Sułtan Selim próbował coś powiedzieć, ale Nurbanu nie dała mu szansy.
- Dlaczego zburzyłeś pokój, Selimie?
- Nie ja go zburzyłem.
Było jasne, że padyszach chce jak najszybciej zakończyć tę rozmowę i znów sięgnąć po kielich.
- Cypryjscy8 korsarze zaatakowali okręt przewożący dla mnie
bardzo cenne konie. Ukradli mi je.
- To byli cypryjscy korsarze...
- Ale Cypr należy do Wenecji.
- Wenecja zwróciła ci konie. Tak bardzo się ucieszyliśmy, że pokój
został zachowany. Zapomniałeś?
- A kara dla Cypru? Miało ujść im to na sucho? Wysłaliśmy posła do
Wenecji z żądaniem, aby oddali nam wyspę. Odmówili. Gdybyśmy lekceważyli
własne słowa, nikt by nas nie słuchał. Czy sama tak nie mówiłaś,
najdroższa? - Zamilkł na chwilę. W nadziei, że złagodzi jej wybuch,
próbował naśladować Nurbanu. - "Selimie, nie pozwól, żeby ktoś
powiedział słowo ponad twoje słowo". Sama tak mówiłaś.
Kobiety nie rozbawiło to przedstawienie. Wręcz przeciwnie, ogarnęła ją
jeszcze większa złość.
- Więc posłałeś swoich szpiegów i podpaliłeś Wenecję - podniosła głos. -
Nie pomyślałeś o tym, że jestem Wenecjanką? Zapomniałeś, że to ojczyzna
sułtanki, która urodziła ci następcę tronu? Nie pamiętałeś, że w każdą
niedzielę tysiące ludzi modliło się o szczęście sułtana Selima i jego
weneckiej królowej Cecilii Baffo?
Selim znów miał zamiar coś powiedzieć, ale zrezygnował.
Nurbanu odwróciła się rozgniewana.
- W tej chwili ci ludzie przeklinają ciebie i mnie! - krzyknęła. -
Możesz się cieszyć. Mam nadzieję, że ich klątwy dotkną tylko ciebie i mnie, a oszczędzą Murada.
Po tych słowach wyszła jak burza.
Teraz wpatrywała się w noc z okna swojej komnaty w Starym Pałacu.
Patrzyła na gwiazdy. Być może w tej samej chwili ktoś w Wenecji uniósł
głowę i też na nie patrzył. Spotykała się wzrokiem ze swoimi
pobratymcami, ludźmi, którzy ją przeklinali.
"Sułtan podpalił Wenecję!".
"Okryli czerwienią wenecką noc, Cecilio".
- Boże - jęknęła Nurbanu - nie pozwól mi zapomnieć tego głosu, który
pali mój umysł, duszę i serce.
Nagle wydało jej się, że słyszy szept: "Nie płacz, Nurbanu". Drgnęła.
Rozejrzała się po ciemnej komnacie. Była sama. Wokół nie było nikogo.
Może to pocieszające błaganie dobiegało z jej umysłu?
- Jaka "Nurbanu"? - wycedziła przez zęby. - Jestem Cecilia Baffo.
Nazywam się Cecilia Venier-Baffo i jestem bratanicą potężnego doży
weneckiego Sebastiana Veniera. Jestem Złotą Córą Wenecji. Cecilią Baffo,
która poprzysięgła zemstę za prześwietną Wenecję!
W tej samej chwili zdawało jej się, że widzi znajomą sylwetkę kobiety,
która przeszła przed nią energicznym krokiem.
Serce mocniej jej zabiło. Zobaczyła Julię Colonnę9, której
podczas ceremonii zaślubin nadano przydomek Joanna Aragońska. To była
najpiękniejsza kobieta świata. Przechodząc przed Nurbanu, odwróciła się i spojrzała na nią smutnym wzrokiem. Wyciągnęła do niej dłoń, zupełnie jak tej nieszczęsnej nocy, która stała
się początkiem lub końcem wszystkiego.
- Bądź ostrożna, Cecilio Baffo - powiedziała. - Jesteś w niebezpieczeństwie.
Gdy Meleknaz bezgłośnie wślizgnęła się do jej komnaty, Nurbanu wciąż
pochłaniały mroczne myśli. Serce jej płonęło.
- Posłaniec jest gotowy, sułtanko.
Ocknęła się pod wpływem głosu damy dworu. Nie można było przewidzieć, co
stanie się po tej nocy. Musiała natychmiast ostrzec swojego syna. Podała
dziewczynie białą chustkę, której jeden z rogów był zawiązany na supeł.
- Można mu ufać?
- Ufam mu jak sobie.
Kiwnęła głową, próbując się uśmiechnąć.
- Włóż tę chustkę do sakiewki. Niech natychmiast wyruszy w drogę.
- Pieczęć?
- Nie ma potrzeby.
Rzeczywiście to nie było konieczne. Nie miało też znaczenia, czy
mężczyzna rozwiąże węzeł i przeczyta liścik. Było tam tylko jedno słowo.
Jedno, pozbawione znaczenia słowo: "Tęsknię!". Co mogło być bardziej
naturalne niż tęsknota matki za synem przebywającym z dala od domu?
Prawdziwą wiadomością była chustka. Biała chusta symbolizowała
niebezpieczeństwo. Węzeł na jednym z rogów oznaczał: "Bądź ostrożny".
Biała chusta z węzłami na dwóch rogach zapowiadała śmierć. "Uciekaj!
Natychmiast uciekaj!".
Sprawy nie miały się jeszcze tak źle.
Meleknaz wzięła białą chustkę i wyszła. Nurbanu powróciła do swoich
mrocznych myśli. Sen pokonał ją dopiero nad ranem, gdy gwiazdy zaczynały
blednąć. Nagle zobaczyła małą dziewczynkę. Piękną dziewczynę, która
biegła, a włosy rozwiewał jej wiatr. Jakaś kobieta krzyczała za nią:
- Uważaj, Cecilio! Uważaj, córko! Nie biegnij, przewrócisz się!
Ale Cecilia biegła przez całe życie.
Znowu gdzieś z daleka dobiegł ją głos Julii Colonny:
- Uważaj, Cecilio. Jesteś w niebezpieczeństwie.
To niebezpieczeństwo nigdy nie opuszczało Cecilii.
II. Trzydzieści cztery lata wcześniej. Wenecja. Początek lata 1536 roku
II
Trzydzieści cztery lata wcześniej
Wenecja
Początek lata 1536 roku
Cecilio Baffo! Do ciebie mówię. Wstawaj!
Leżała bez ruchu, udając, że nie słyszy.
- Dalej, młoda damo. Nie udawaj. Wiem, że już nie śpisz.
Nadal tkwiła nieruchomo w łóżku.
Matka otworzyła okno i odezwała się nieco głośniej:
- Do ciebie mówię, Cecilio Baffo! A może nie chcesz jechać do Fondi?
Ach, gdybyś zmieniła zdanie. Gdyby kapitan nie czekał na ciebie i odpłynął. Gdyby ojciec zrezygnował z wysłania cię tam.
Fondi! Boże! Natychmiast wyskoczyła z łóżka. Oślepiło ją światło
wpadające przez okno do pokoju. Odwróciła się do matki patrzącej na nią
z miłością.
- Która godzina?
- Już prawie południe. Julia Colonna
powiedziała wczoraj wieczorem, że statek wypływa o trzeciej.
- Najświętsza Panienko! - odezwała się Cecilia. - Czy Julia już wstała?
- Już dawno. Jest na dole i wydaje rozkazy. - Kobieta zbliżyła się do
córki przeczesującej palcami fale czarnych włosów opadających jej na
ramiona. - Boże, miej w opiece ten statek.
- Dlaczego tak mówisz, matko? Nie strasz mnie. Ojciec mówi, że będą nas
eskortowały liczne okręty wojenne.
Kobieta machnęła ręką.
- Niech Bóg strzeże naszych statków przed osmańskimi korsarzami. Jednak
nie to miałam na myśli. - Rozejrzała się, żeby mieć pewność, że nikt jej
nie słyszy. - To przez Julię. Tragarze i załoga od tygodnia ładują jej
rzeczy. Barki pływają jedna za drugą. Rzeźby, obrazy... Nie wiem, jak
mogła kupić to wszystko w ciągu dziesięciu dni. Mówili, że po śmierci
męża poświęciła się sztuce. Zatem to prawda. Julia zmieni pałac w Fondi
w muzeum.
Radośnie zachichotały.
- Na twoje bagaże nie przyszła jeszcze kolej. Zobaczymy, co się stanie,
kiedy je też zapakują. Bez pomocy Osmanów statek zatonie z przeciążenia.
- Ależ, matko. Skąd bierzesz te przerażające słowa?
- To nie moje słowa przerażają, Cecilio, ale twoje zachowanie ściągające
wstyd na twojego ojca.
- Co jest złego w moim zachowaniu?
- Od czego mam zacząć, moja droga? Od pozwalania na zaloty mężczyzn -
kawalerów i żonatych? Od nieustannego zsuwania sukien na ramiona i odsłaniania ich? - Matka wskazała ręką na piersi córki. - A może od niby
przypadkowego upuszczania maski i pokazywania się mężczyznom?
Cecilia objęła matkę za szyję.
- Mario Baffo, powiedz mi, czy ty nie robiłaś tego samego, mając
trzynaście lat? Pomyśl, Julia, wychodząc za mąż, była młodsza ode mnie.
- Gdy ja miałam trzynaście lat, młoda damo - odparła kobieta - chodziłam
dwa razy dziennie do kościoła.
Dziewczyna zaczęła tańczyć wokół matki.
- Nie wierzę! Nie wierzę! Nie wierzę!
Nagle zatrzymała się na wprost niej.
Matka zmierzyła córkę pobłażliwym wzrokiem. "Szalona dziewczyna",
pomyślała.
- Chwileczkę - zachichotała Cecilia. - Czyżby moja piękna matka i jakiś
młody ksiądz...
- Cecilio! - Matka zganiła ją, udając zagniewaną. - Jeśli nie
przestaniesz paplać, obawiam się, że Joanna Aragońska, zamiast krzyczeć
na tragarzy, wyładuje swoją złość na nas.
Cecilia podbiegła do schodów, śmiejąc się radośnie.
- Ile razy ci mówiłam, żebyś nie biegała po schodach?! - krzyknęła Maria
Baffo, ale dziewczyna już dawno była na dole.
Piękna wdowa po księciu Wespazjanie zajęta była strofowaniem tragarzy,
którzy próbowali przenieść wielki kufer przez szerokie wrota wychodzące
na kanał. Odkąd Kościół nadał jej przydomek Joanna Aragońska, nikt nie
zwracał się do niej prawdziwym imieniem. Oprócz Cecilii. Była zaślubiona
Kościołowi.
- Hej, ty! - wrzasnęła nagle kobieta. - Ile razy mam powtarzać, że w tym
kufrze są delikatne przedmioty? Są więcej warte niż stu takich jak ty.
Przestań obijać go o ściany!
Mężczyzna nie odpowiedział, ale nie trzeba być wyrocznią, żeby odgadnąć,
że w duchu nie szczędził przekleństw.
- Signora.
Julia odwróciła się, słysząc jej radosny głos.
Cecilii zaparło dech w piersiach. Była oczarowana, jakby zobaczyła ją po
raz pierwszy. Boże, jaka ona jest piękna! Jej sięgające do pasa włosy
poruszały się przy każdym ruchu, przywodząc na myśl wodospad. Szerokie
czoło, kości policzkowe uwidaczniające rysy jej smukłej, pociągłej
twarzy, czarne, mieniące się granatem oczy. Gdy spojrzała na kogoś, aż
odbierało dech. Miała cienkie, wygięte w łuki brwi, zadarty nos, pełne,
nieustannie wilgotne usta, odbierające mężczyznom zmysły... i oczywiście
duże piersi wyłaniające się z dekoltu.
- Moja słodka.
Cecilia, ugiąwszy jedno kolano, przywitała kobietę delikatnym
dygnięciem. Głos Joanny Aragońskiej przywodził jej na myśl jedwabny
szal. Obejmował człowieka, był miękki, pieszczący, balansujący między
rzeczywistością a ułudą, a przy tym widzialny i wyczuwalny.
- Dziś rano jesteś piękniejsza niż wczorajszego wieczoru, Cecilio. Jeśli
z każdym kolejnym dniem będzie przybywać ci urody, będziesz miała armię
adoratorów.
- Signora. - Dziewczyna nawet nie próbowała stłumić chichotu
zawstydzonego, a jednocześnie radosnego.
"Tak, jestem piękna", myślała. Uroda Joanny Aragońskiej była
niepodważalna, ale ona też była ładna, a do tego jeszcze młoda. "Kiedy
dorosnę, będę piękniejsza od niej".
Gdy osiągnie jej wiek, jej imię będzie wymieniane na wszystkich dworach.
Cecilia Baffo! Największa piękność w Europie! Złota Córa Wenecji!
Królowie i książęta będą się ze sobą mierzyć, żeby móc ją poślubić.
Będzie rozbijała przyjaźnie, z jej powodu będą wybuchały wojny. Panowie
ze znakomitych rodów za jeden jej uśmiech będą składać u jej stóp swoje
fortuny. Będą walczyć ze sobą, żeby móc zatańczyć z nią chociaż jeden
taniec.
- Czy twoje rzeczy zostały wysłane na statek, moja słodka?
- Sądzę, że właśnie się tym zajmują.
Kobieta wierzchem dłoni odzianej w koronkową rękawiczkę otarła pot z czoła, po czym opadła na fotel stojący przy niewielkiej fontannie
znajdującej się na środku dziedzińca. Dała dziewczynie znak ręką.
- Chodźcie, moja słodka. Wy także usiądźcie.
Cecilia zrobiła, co jej powiedziała.
- Wiecie, moja słodka - zaczęła Julia, pochylając się do jej ucha. -
Młody Marcello jest w was zabójczo zakochany.
Oczywiście, wiedziała o tym. Mimo to spojrzała na kobietę, jakby chciała
zapytać: "Marcello? A który to?".
- Nie próbujcie mnie zwieść, moja piękna. Bardzo dobrze wiecie, kogo mam
na myśli. Mówię o tym szlachetnym młodzieńcu ukrywającym się za maską
orła.
Cecilia pochyliła głowę.
- To było aż tak widoczne?
- Jeszcze jak. Mężczyzna przez cały wieczór nie odstępował was na krok.
A wy, ilekroć go zobaczyłyście, upuszczałyście maskę. Ach, oczywiście
przypadkiem. On zaś toczył niemiłosierne walki z innymi młodzianami,
żeby ją wam podać.
Dziewczyna milczała. Kiwnęła tylko głową.
- Nie pomyślałam o tym. Sprytna sztuczka.
Cecilia uniosła głowę i spojrzała na kobietę.
- Sprytna sztuczka? Jaka sztuczka?
Joanna Aragońska roześmiała się frywolnie.
- Sztuczka z rzucaniem maski, moja słodka.
Podniosła się i wyciągając obie dłonie, pomogła wstać Cecilii.
- Na waszym miejscu natychmiast napisałabym list.
- List? Do kogo?
- Oczywiście do szlachetnego Marcella. Przez cały wieczór tańczyłyście
ze wszystkimi, tylko nie z nim. Najlepiej będzie, jeśli obłaskawicie
serce ukochanego, pisząc mu, że pragniecie niezwłocznie spotkać się z nim w Fondi.
Ich spojrzenia się spotkały. Cecilia zdziwiła się, widząc grzeszny błysk
w oczach Joanny Aragońskiej, którą cały świat chrześcijański uważał za
świętą. Jednak nie było czasu, żeby się nad tym zastanawiać. Statek miał
niedługo odpłynąć. Uwolniła dłonie z rąk Julii.
- Matko! - zawołała, biegnąc w szaleńczym pędzie w stronę schodów.
"W Fondi od Joanny Aragońskiej wiele się nauczę o miłości", myślała,
pokonując schody po kilka stopni naraz.
III. Fondi. Sierpień 1536 roku
III
Fondi
Sierpień 1536 roku
Fondi... Fondi... Rajskie Fondi...". Cecilia nie mogła zasnąć, nie skreśliwszy
każdego dnia kilku linijek w swoim pamiętniku. Także i tego wieczoru
opisała radość i szczęście, których doświadczyła. To musiał być raj, a Julia była aniołem. Była tego pewna. Pałac, który pozostał po jej
zmarłym mężu, znajdował się w lesie, na zielonym wzgórzu wznoszącym się
nad falami. Cecilia była dzieckiem nadmorskiego ludu. Można było nawet
powiedzieć, że urodziła się w wodzie. Ale dopiero w Fondi po raz
pierwszy ujrzała tak piękną barwę morza. Nie wiedziała, że zieleń może
mieć tyle odcieni. Bliska czerni zieleń dużych liści w świetle
słonecznym mieniła się żółcią, a wraz z wieczornym mrokiem okrywała się
patyną. Zieleń sosen, szmaragdowa zieleń i jeszcze wiele innych odcieni,
których nie potrafiła opisać. I te róże... Pnące róże, które okalały jej
okno wychodzące na morze. Ogromne czerwone, różowe, białe i żółte róże...
Pąki, które niebawem się rozwiną. Wiciokrzewy roztaczające wokół siebie
zniewalający zapach pod wpływem najmniejszego podmuchu wiatru.
Największy podziw budziły w niej białe magnolie. Uwielbiała też kwiaty
granatu, napełniające człowieka radością życia.
Gdy po raz pierwszy zobaczyła w Fondi deszcz, ogarnęło ją trudne do
opisania uczucie. Poczuła jakiś nieznany zapach. Dopiero później
zrozumiała, co sprawiało, że miała ochotę krzyczeć ze szczęścia. To był
zapach ziemi! Wenecjanom mieszkającym wśród kanałów był on obcy. Pełna
uniesienia wybiegła na taras przed swoim pokojem. Rozłożyła ramiona,
jakby chciała objąć spadające krople, i wdychała zapach ziemi.
Nie tylko ze względu na piękno natury, zieleń lasu, błękit nieba,
cudowne kwiaty, śpiew ptaków i zapach ziemi Cecilia Baffo uważała, że
Fondi to prawdziwy raj.
Dobrze, że posłuchała rady Julii. Przed opuszczeniem Wenecji napisała
list do Marcella. Dziesięć dni po tym, jak przybyły do Fondi, stanął
przed nią Marcello Mancini, przystojny młodzieniec o czarnych jak węgle
oczach i uśmiechniętej twarzy, którą okalały czarne, kręcone włosy.
Wprawdzie Julia nie pozwalała zostawać im samym, ale Cecilia od czasu do
czasu znajdowała jakiś sposób, aby wieczorem
- chociaż na chwilę - rzucić się w ramiona Marcella.
Był jeszcze Sebastiano. Odkryła go pierwszego dnia, gdy wyszły na ląd.
Do tej pory myślała, że weneccy mężczyźni są najprzystojniejsi.
Sebastiano sprawił, że zmieniła zdanie. Wieczorem napisała w swoim
pamiętniku: "Boże, jakiż on wspaniały!". Przypominał jej rzeźbę Apolla.
Jednak Apollo był z kamienia, marmuru, więc był zimny jak lód, a Sebastiano był żywy. Był Apollem o płonącym wzroku, który sprawiał, że
serce zaczynało bić szybciej.
Zanim przyjechał Marcello, zadowalała ją obecność Sebastiana. Prosiła
Julię o pozwolenie i szła nad brzeg morza, żeby się z nim zobaczyć. Za
każdym razem obierała tę samą taktykę. Stawała przy wyciągniętych na
piasek łodziach i udawała, że wpatruje się w morze. Był to znak: "Tutaj
jestem". Natychmiast pojawiał się Sebastiano, rozciągając usta w uśmiechu, a biel jego zębów wybijała się przy ciemnej od słońca cerze.
- Piękny mamy dzień, prawda, signorino Baffo?
Ten głos... odbierał jej zmysły. Dopiero gdy usłyszała Sebastiana,
dowiedziała się, że męski głos może wzbudzać taką burzę uczuć. Chociaż
miała ochotę objąć go za szyję, zachowywała należyty dystans, jak
przystało na pannę z dobrego domu.
- Piękny? Spójrzcie, nawet nie widać słońca.
- Będzie piękny, bo was zobaczyłem. Nie
zauważyłem, że słońce ukryło się za chmurami.
Uwodziciel! Wiedział, że tymi słowami pieści jej serce.
Gdy przyjechał Marcello, sprawy nieco się skomplikowały. Cecilia
cieszyła się z jego przybycia, ale czuła się rozdarta między dwoma
mężczyznami. Szczególnie tego ranka, gdy powiedziała mu, że idą nad
morze. Była przekonana, że Marcello zostanie w pałacu, ale później
usłyszała, że pytał Julię:
- Czy uczynicie mi ten honor i pozwolicie towarzyszyć moim dwóm pięknym
paniom?
Joanna Aragońska, inaczej, niż Cecilia się spodziewała, odparła, że
sprawi jej to wielką radość.
W powozie siedzieli z Marcellem obok siebie. Uprzejmie odpowiadając na
jego pochlebstwa, myślami była przy Sebastianie. Z pewnością ich
zobaczy. Czy będzie zazdrosny o Marcella?
Stało się to, czego się obawiała. Sebastiano ujrzał ich, gdy spacerowali
w otoczeniu całej armii służących. Wyszedł spomiędzy rozwieszonych do
wyschnięcia sieci.
- Dzień dobry, donno Julio. Dzień dobry, signorino Baffo. Panie...
Uśmiech na jego twarzy był pełen napięcia. Cecilia jeszcze nigdy nie
widziała, żeby miał aż tak ściągnięte brwi, tak jakby w myślach zadawał
sobie pytania: "Kim jest ten mężczyzna? Czego szuka u boku Cecilii?".
Marcello miał wszystko, czym powinien się cechować dobrze urodzony,
uprzejmy Wenecjanin. Wyjął koronkową chusteczkę zza mankietu plisowanej
koszuli, wystającego spod rękawa satynowej marynarki, i zakrył nią nos.
Z pewnością on także zastanawiał się, jak ten mężczyzna, przesiąknięty
zapachem ryb, śmie wychodzić naprzeciw dwóm pięknym damom. Jego
powitanie tak niewiele dla niego znaczyło, że nie chciało mu się nawet
zapytać, kim jest ten mężczyzna.
Tego wieczoru Cecilia była smutna, po raz pierwszy odkąd przybyła do
Fondi. "Nie wiem, co zrobię", zapisała w pamiętniku. Zapytała o to
Julię, gdy wróciły z przechadzki.
Piękna kobieta o frywolnym spojrzeniu w jednej chwili zmieniła się w świętą Joannę Aragońską chrześcijańskiego świata.
- Na szczęście, moja słodka, Bóg stworzył dla nas, kobiet, dwa rodzaje
mężczyzn.
- Dwa rodzaje?
- Tak, moja droga. Dwa rodzaje. Jedni to mężczyźni, za których wychodzi
się za mąż.
- A drudzy?
Kobieta błyskawicznie wyszła z roli świętej i znowu stała się smukłą i powabną Julią.
- Mężczyźni, których się kocha.
Cecilia spojrzała na nią z szeroko otwartymi oczami. Słuchała uważnie.
- A dokładniej, moja słodka - szepnęła - mężczyźni, z którymi się sypia.
Cecilia oblała się rumieńcem. Ze wstydu nawet nie zapisała tego w pamiętniku. Ukryła to głęboko w pamięci jak największy sekret.
Julia była jeszcze dzieckiem, gdy wyszła za mąż za księcia Wespazjana.
Mężczyzna nie okazał się zbyt żywotny - zmarł niespełna dwa lata po
ślubie. Kobieta od trzech lat była wdową i wiodła życie wśród przepychu
i bogactwa, które zostały jej w spadku po mężu. Czyżby w jej życiu byli
mężczyźni, których kochała, a dokładniej - wstydziła się nawet o tym
pomyśleć - z którymi sypiała?
"Do których należy Marcello?", Cecilia zanotowała w pamiętniku tylko to
jedno zdanie. I tak nikt oprócz niej nie zrozumie tego pytania. "A do
których Sebastiano?", dopisała po chwili.
Przypomniało jej się, jak szlachetny Marcello Mancini zakrył nos
chusteczką. Piękna bratanica doży weneckiego Cecilia Baffo nie mogła
poślubić śmierdzącego rybami wieśniaka. "W takim razie - zachichotała w duchu - Sebastiano należy do drugiego rodzaju". Nagle poczuła, że
policzki jej pąsowieją.
Wieczory w rajskim Fondi miały swój urok. Służący zapalali w ogrodzie
mnóstwo papierowych lampionów. Pospiesznie wymieniali pochodnie, zanim
zdążyły przygasnąć. Oprócz małych stolików rozsianych pod drzewami przed
dużą fontanną ustawiony był wielki, długi stół. Joanna Aragońska jadała
przy nim posiłki w towarzystwie elit Fondi, arystokratów pochodzących z miejsc, o których Cecilia po raz pierwszy słyszała, muzyków, malarzy,
rzeźbiarzy, dam oraz oczywiście jej samej.
"Jest jeszcze ten ponury Hiszpan - zapisała w pamiętniku. - Podobno
pisze książki. W ogóle mnie nie interesuje. Jest odpychający i łysy".
Nagle coś przyszło jej do głowy. "Czyżby ten łysol był mężczyzną Julii
należącym do drugiego rodzaju?".
"Przyjrzyj się uważnie tym dwojgu", zanotowała. Tylko Cecilia wiedziała,
kogo ma na myśli - Joannę Aragońską i łysego mężczyznę.
- Kim jest ten łysy brodacz? - zapytała niespodziewanie pewnego
wieczoru.
- Juan de Valdés10, moja słodka - odparła Julia bez mrugnięcia. -
To reformator, przed którym drży Kościół. I pisarz. Rzym go nie lubi.
Ten arystokrata był zmuszony opuścić Hiszpanię z obawy przed inkwizycją.
Cecilię przeszedł dreszcz na sam dźwięk tego słowa.
Podczas wieczornych spotkań dziewczyna z niecierpliwością wyczekiwała
jednego - tańców. Julia unosiła rękę i pojawiali się muzycy. Najpierw
dawały się słyszeć radosne dźwięki mandolin. Brzęk tamburynów
ozdobionych kolorowymi wstążkami zapraszał wszystkich do tańca. Każdego
wieczoru to ona tańczyła najwięcej.
I każdego wieczoru spotkanie kończyło się tak samo. Gaszono latarnie i pochodnie, a nocne ciemności oświetlały już tylko błyszczące na niebie
gwiazdy. Ciepły letni wiatr przynosił znad morza lub z lasu nieopisane
zapachy. Gdy tańczący unosili głowy, widzieli spadającą gwiazdę albo
podziwiali księżyc w pełni.
I właśnie w tej chwili z lasu płynęły wzruszające dźwięki mandoliny. Po
chwili dołączał do nich rzewny męski głos śpiewający pieśń pełną
miłości... Żegnano gości, wszyscy rozchodzili się do swoich komnat, a wygrywana na mandolinie melodia cichła.
Takim właśnie rajem było Fondi. Jednak Cecilia uważała, że nikt, nawet
Julia, tego nie zauważał. Nawet jeśli o tym nie mówiono, na wszystkich
twarzach można było dostrzec ślady niepokoju. W powietrzu wisiał strach.
Cecilia czuła go, zanim opuściła Wenecję.
Podobnie jak pozostali, ona też znała imię tego lęku: Osmanowie!
Przed nimi wypłynęły w morze trzy weneckie galery. Za nimi płynęło
dziewięć okrętów wojennych. Miało się wrażenie, że Joanna Aragońska nie
wraca do domu z wizyty w Wenecji, ale płynie na wojnę.
Kapitan często wychodził na pokład. Podnosił lunetę i z niepokojem
przeczesywał wzrokiem horyzont. Ponieważ Morze Śródziemne roiło się od
osmańskich korsarzy, nie opuszczali wód Adriatyku i po dwóch dniach
zeszli z okrętu. Na szczęście w tym czasie nie natknęli się na Osmanów.
Jednak wszyscy wiedzieli, że gdzieś tam są i pewnego dnia przybędą.
Na brzegu wsiadły do czekającego na nie powozu i natychmiast wyruszyły w drogę. Cecilia nie była przyzwyczajona do tak długich podróży małym jak
pudełko, nieustannie trzęsącym się powozem. Była córką morza. Piątego
dnia, gdy słońce oświetliło domostwo za wzgórzami, widok Fondi zaparł
jej dech w piersiach. Przed nimi, za nieopisaną zielenią, rozciągał się
bezkresny błękit. Nawet teraz pamiętała, jak malujące się na twarzach
zmęczenie w jednej chwili zniknęło.
IV. Gdzieś na Morzu Tyrreńskim. Środek lata
IV
Gdzieś na Morzu Tyrreńskim
Środek lata
Towarzysze broni, którzy walczyli ramię w ramię w wielu bitwach,
wstrzymali oddech, gdy na mostek wyszedł ojciec kapitan. Większość z leventów nie pamiętała, od jak dawna walczyła pod jego żaglami
przeciwko giaurom, ginąc i odbierając życie. W tym czasie nawet nie
mieli jeszcze wąsów. Wielu spośród nich straciło życie, ale ci, którzy
pozostali, byli pewni, że na zawsze będą im towarzyszyć. Wiedzieli, że
gdziekolwiek na Morzu Śródziemnym uniosą ręce ku niebu i odmówią Fatihę,
słowa modlitwy dotrą do ich dusz. Przecież oddawali życie za to, żeby
całe Morze Białe uczynić swoją ojczyzną. A teraz to samo działo się na
wielkim oceanie. W którąkolwiek stronę spojrzeć, wszędzie widać było
czerwono-zielone bandery Wielkiego Imperium Osmańskiego. Gdy tylko
nadstawić ucha, na jednej z galer słychać było ezan recytowany przez
któregoś z leventów poruszającym głosem. Na całym Morzu Śródziemnym
górowała potęga sułtana Sulejmana, napełniająca serca przyjaciół dumą, a wrogów - strachem.
Starzy to wiedzieli, młodzi dopiero się uczyli. Ojciec kapitan, odkąd
został kapitanem Hyzyrem, nie był zbyt rozmowny przed bitwą.
Patrzył na każdego z osobna swoimi płonącymi oczami, jakby obejmował ich
spojrzeniem, całował ich w czoła i mówił:
- Co za szczęście. Jeśli przeżyjemy, będziemy gazi, jeśli umrzemy,
umrzemy za padyszacha. Niech ci, którzy przeżyją, nie cieszą się, a ci,
którzy odejdą, nie żałują. W raju czeka na nich nasz prorok Mahomet.
W ciągu dnia kryli się w cieniu wąskich
zatok Morza Tyrreńskiego, w nocnym mroku wciągali żagle i nie zapalając
ani jednego światła, kierowali się na północ. Gdy Hajraddin Pasza
wyszedł na mostek, pojęli, że dotarli do celu. Nadszedł czas. Nareszcie
levenci mogli zdjąć z siebie przebrania kupców i włożyć niebieskie
spodnie wiązane w kolanach, a na nagie torsy - czerwone kamizelki.
Ojciec kapitan stał przez chwilę w milczeniu, głaszcząc się po rudej
brodzie. Z jego oczu tryskały skry. Spojrzał na swoją załogę. Mimo
ciemności widział wszystkich, nawet tych stojących najdalej. Nagle
uniósł prawą rękę. Marynarze wstrzymali oddech. Na pokładzie zapadła
cisza.
- Czterdziestu dżygitów!
Głos Hajraddina Paszy sprawił, że przeszedł ich dreszcz. Gdy
czterdziestu mężczyzn w jednej chwili ustawiło bose stopy na baczność,
przysuwając je po deskach pokładu, rozległ się dziwny dźwięk. W ten
sposób czterdziestu mężczyzn, gotowych na śmierć, pozdrawiało swojego
kapitana.
- Od tej pory wśród giaurów będą was nazywać Czterdziestoma Gniewnymi
Sulejmana Chana. Choćby został tylko jeden z was, mój rozkaz jest
niezmienny: Wyrwijcie serce giaurowi i przynieście mi je. Zróbcie to,
żeby ci innowiercy poznali potęgę Imperium Osmańskiego. Niech się
przekonają, jak zastawia się pułapki, jak się atakuje i przeprowadza
zamachy. Nie wolno wam dostać się do niewoli, dżygici! Pamiętajcie o Ismailu z Alaiye. Wierzę w was. Dotrzymajcie przysięgi złożonej naszemu
panu. Zarzućcie sobie na plecy honor Rzymu i przynieście go mnie. Modlę
się za was! Niech wyruszy czterdziestu i czterdziestu powróci.
Ismail z Alaiye, człowiek kapitana Turguta, został uratowany po tym, jak
przez lata gnił w hiszpańskich lochach. Wrócił do stolicy, gdzie
umieszczono go w kwaterach leventów. Jadł z nimi z jednej misy. Jednak
mimo że wydostał się z niewoli, to potężny jak góra Ismail cierpiał na
ścinającą go z nóg chorobę - epilepsję.
W osmańskiej flocie nie było nikogo, kto nie słyszałby historii Ismaila.
A ci, którzy jej nie słyszeli, poznawali ją od tych, którzy już ją
znali. Mężczyzna zniknął równie szybko, jak się pojawił.
Levenci wspominali go, gdy w długie noce kołysali się na falach.
Istniał jednak pewien przeraźliwy sekret, o którym nikt z nich nie
słyszał. Bo skąd mogli wiedzieć, że giaurzy zatruli umysł Ismaila i wysłali go, żeby zabił piękną córkę sułtana Sulejmana - Mihrimah?
W rzeczywistości choroba, która go nękała, nie miała nic wspólnego z epilepsją. Przyczyną tych straszliwych ataków był narkotyk, od którego
uzależnili go giaurzy, trzymając w niewoli. W całym Wielkim Imperium
Osmańskim tę prawdę znali tylko sułtan Sulejman i admirał Hajraddin Pasza z listu, który pozostawił Ismail. Levenci byli przekonani, że Ismail przepadł, chcąc zemścić się na
giaurach.
Nikt nic więcej nie powiedział. Nie było żadnych pytań ani pożegnań.
Czterdziestu dżygitów w ciszy przeszło przed Hajraddinem Paszą. Gdy
widoczne w oddali światła Fondi zaczęły gasnąć, w nocnych ciemnościach
czterdziestu marynarzy zjechało po linach zwisających z mrocznego
galeonu w chłodne morskie wody.
V. Pałac Fondi. Tej samej nocy
V
Pałac Fondi
Tej samej nocy
Nie uratowałaby się, nawet gdyby Julia pospieszyła jej z pomocą. Cecilia
czuła, że jej opór stopniowo słabnie. Z coraz mniejszym przekonaniem
sprzeciwiała się Marcellemu. Słowa odmowy coraz bardziej przypominały
zaproszenie. "W końcu ja też jestem człowiekiem - powtarzała sobie,
czując niepohamowaną żądzę ze strony mężczyzny. - Moja wytrzymałość i opór też mają swoje granice. Spójrz, dokąd sięgają ręce tego
rozpustnika".
Ale to nie ręce, lecz usta Marcella doprowadzały Cecilię do szaleństwa.
Jego szorstkie, grube wargi. Usta mężczyzny były jak rozgrzane węgle.
Paliły miejsce, którego dotknęły. Cecilia Baffo nie wiedziała, co
zrobić, gdy odrzucił na bok maskę z gęsich piór i zaczął ją całować.
Kiedy jego usta schodziły coraz niżej w dół szyi, była bliska utraty
zmysłów.
- Puść mnie, Marcello Mancini. - Jej szept zmienił się w jęk.
- Proszę, proszę... - Tylko to zdołał wydusić z siebie Marcello, nie
licząc oczywiście urywanego oddechu przywodzącego na myśl gniewne
powarkiwanie tygrysa.
- Puść mnie...
Małymi dłońmi próbowała się obronić przed dotykiem ust Marcella. Coraz
mocniej oplatał ramionami jej talię, aż w końcu przywarła swoimi dużymi
jak na jej wiek piersiami do torsu mężczyzny. Ten dotyk sprawił, że
oboje stracili głowy.
Nawet gdyby powstrzymała jego rozpalone wargi, nie mogła odeprzeć jego
rąk. Nie przypuszczała, że Marcello może być tak silny. Jego dłonie były
jak stalowe cęgi. Pocierał nimi, ściskał, szarpał, po czym nagle jego
dotyk stawał się miękki i delikatny jak aksamit.
Ich oddechy i jęki były jak burza w ciemnym korytarzu.
- Do ciebie mówię, Mancini... Przestań! Jeśli ktoś nas zobaczy... Skandal...
- Nie obchodzi mnie to... Już...
Wiedziała, że jeśli nie ustąpi, za chwilę mu się podda. W końcu dała za
wygraną: "Mnie też to nie obchodzi. Niech będzie, co ma być".
W tej samej chwili miały miejsce dwa cudy.
Cecilia zauważyła, że trójgraniasty kapelusz Marcella Manciniego upadł
na podłogę, a upudrowana srebrna peruka zsunęła się na bok. Peruka
przewiązana na końcu wielką amarantową kokardą przesłoniła mu brwi,
sprawiając, że młody mężczyzna przypominał błazna, jakiego widziała na
kiermaszach. Jego ściągnięta pożądaniem twarz przybrała komiczny wyraz.
Cecilia nie mogła się powstrzymać. Z jej ust wydobył się śmiech, aż oczy
zaszły jej łzami.
Marcello nie wiedział, co się dzieje. Ręce na talii dziewczyny
rozluźniły się.
- Dlaczego się śmiejesz?
Nie była w stanie wydobyć z siebie słowa. Wskazała tylko palcem i dalej
śmiała się do rozpuku.
Z jej ust wydobyła się tylko jedna sylaba:
- Ka... Ka...
Ogień namiętności zgasł równie szybko, jak się rozpalił. Żądza Marcella
zamieniła się w popiół.
- Hej! Co tu się dzieje?
To był drugi cud. W ich stronę zmierzała szybkim krokiem piękna Julia w tiulowej sukni. Światło pochodni, znajdującej się na przeciwległym końcu
korytarza, sięgało do każdego załamania i spiętrzenia tkaniny, ukazując
kontury wspaniałego ciała Julii w najdrobniejszych szczegółach. Ten
widok sprawiał, że krew w żyłach wrzała, i działał na wyobraźnię
bardziej, niż gdyby kobieta była naga.
- Nic - rzuciła Cecilia pospiesznie. - Marcello opowiedział mi tak
śmieszną historię, że nie mogłam się opanować.
Widok przekrzywionej peruki Manciniego i jego ściągniętej pożądaniem
twarzy oraz piersi Cecilii, które szybko podnosząc się i opadając,
nieomal nie wyślizgnęły się z dekoltu, nie pozostawiał wątpliwości, co
to była za historia.
- Doprawdy? Mam nadzieję, że pewnego dnia nam też ją opowiesz, młody
Mancini - stwierdziła i zwróciła się do Cecilii: - Chodźmy, moja słodka.
Czas spać.
Podążyła za kobietą, zostawiając Marcella samego.
Julia otworzyła drzwi i weszły do komnaty Cecilii.
- Bądź ostrożna, moja słodka - wyszeptała. - Jesteś na niebezpiecznych
wodach.
Później ucałowała dziewczynę w policzek i wyszła.
Ciało Cecilii wciąż drżało od uniesienia, jakie niedawno przeżyła. Zanim
położyła się do łóżka, sięgnęła po pamiętnik. Ułożyła się na brzuchu,
otworzyła zeszyt i zanotowała:
8 sierpnia, Fondi
Jestem na niebezpiecznych wodach...
- Signorino Baffo... Signorino Baffo...
Cecilia wyprostowała się w łóżku, słysząc dobiegający z zewnątrz szept.
Zaczęła się wsłuchiwać. Cisza. "Musiało mi się wydawać", przeszło jej
przez myśl.
- Signorino Baffo, to ja... Sebastiano...
Sebastiano? Co on robi w pałacu?
Natychmiast wyszła na taras. Wiatr rozwiewał jej włosy i lubieżnie
błądził pod suknią. Księżyc dawno schował się za wzgórzem. Gwiazdy też jakby zniknęły. Na dole, w latarni pośrodku dziedzińca płonęła tylko jedna świeca, a i jej płomień
nie był w stanie oświetlić nawet jej samej. W oddali, w miejscu, gdzie
powinno znajdować się morze, była teraz czarna, atramentowa plama.
- Signorino Baffo...
To naprawdę był głos Sebastiana.
- Gdzie jesteście? Nie widzę.
- Tutaj... Pod różą pnącą się do waszego tarasu...
Gdyby nie błysk w jego oczach, nie dostrzegłaby go w tych ciemnościach.
- Postradaliście zmysły? Co tu robicie? Służba...
- Nie obchodzi mnie to, signorino. Musiałem was zobaczyć.
Jej serce biło jak oszalałe ze szczęścia i z ekscytacji. Mimo to
skarciła go szeptem:
- Natychmiast odejdźcie. Odejdźcie stąd, zanim was złapią.
- Nie odejdę, nie zabrawszy was ze sobą.
"Mnie?". Ten chłopak naprawdę oszalał. Bez niej! Ciemności Fondi były
magiczne. Nie można było przewidzieć, co pojawi się pośród nich. Teraz
właśnie tak się stało. Tym razem z mroku ukazał się Sebastiano, za
którym podążały jej myśli, nawet gdy drżała w ramionach Marcella:
"Ciekawe, jak on całuje".
- Oszaleliście, Sebastiano. Zaraz ktoś was usłyszy. Natychmiast stąd
odejdźcie. Jeśli was złapią... Błagam, odejdźcie stąd.
- Nie odejdę, nie zabrawszy was ze sobą.
- Dokąd?
- Do ogrodu... Proszę, signorino Baffo. Nie widziałem was od tylu dni.
Chwilka... Tylko chwilka. Proszę.
- Nawet jeślibym chciała, nie mogę, Sebastiano. Na wszystkich piętrach
są straże. Nie wypuszczą mnie o tej porze.
Nastała cisza. Zrozumiała, że Sebastiano się zastanawia. "Niech to
szlag. Nie pomyślałem o tym". Jednak jego wahanie nie trwało długo.
- Dobrze, w takim razie was zniosę.
- Teraz mam pewność. Postradaliście zmysły. Nigdy w życiu.
- Proszę, Cecilio.
Nikt nigdy tak pięknie nie wypowiedział jej imienia.
- Spadnę.
- Przytrzymam was. Nie bójcie się.
"Mój Boże - pomyślała Cecilia, schodząc po balustradzie tarasu. - To
Fondi jest szalone. Dwóch kochanków w jedną noc. Julia miała rację.
Naprawdę jestem na niebezpiecznych wodach".
Julia nie mogła zasnąć. Leżała w łożu, wpatrując się w sufit. Chrapanie
wyczerpanego namiętnością Armanna odbijało się echem wśród ścian. Przez
chwilę w miejscu umięśnionego ciała rozciągniętego na łóżku zobaczyła
swojego zmarłego męża Wespazjana Colonnę. Nie potrafiła nawet wyobrazić
sobie mężczyzny, za którego wydano ją za mąż, gdy miała zaledwie
dwanaście lat. Przymknęła oczy. Był opasły, brzydki, ordynarny,
nieczuły, zaciekły i surowy. To małżeństwo było dla niej torturą.
Ale Kościół był szczęśliwy, że zostanie żoną członka rodu Colonna,
wspierającego Rzym złotem i swoimi okrętami. Ojcu Świętemu nawet przez
myśl nie przeszło, żeby sprzeciwić się małżeństwu dziewczyny, która
właściwie była jeszcze dzieckiem, z czterdzieści lat od niej starszym
mężczyzną. Wręcz przeciwnie, pobłogosławił ich związek i w ciągu jednej
chwili Julia Gonzaga stała się Julią Colonną. Teraz była poślubiona
Kościołowi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Wenecki Arsenał (wł. Arsenale di Venezia) - kompleks stoczniowo-zbrojeniowy, usytuowany w weneckiej dzielnicy Castello, w swojej pierwotnej formie powstał na początku XIII wieku. Budowano w nim okręty wojenne i handlowe tworzące potęgę morską Republiki Weneckiej. W XVI wieku Arsenał stał się najpotężniejszą i najefektywniejszą stocznią na świecie. Wykorzystywano w nim innowacyjne techniki konstrukcyjne, a jednym z doradców tamtejszych inżynierów był sam Galileusz. Arsenał był wielokrotnie przebudowywany i odbudowywany, jako częsty cel wrogich ataków. Nie jest prawdą, że kompleks został doszczętnie zniszczony przez Turków. Budowla zachowała się do czasów współczesnych i chociaż jest zamknięta dla turystów, okresowo odbywają się tam wystawy i targi. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]
2. Pijal Pasza (tur. Piyale Paşa) (1515-1578) to osmański admirał floty, chorwackiego pochodzenia. W nagrodę za rozgromienie, wraz z kapitanem Turgutem, chrześcijańskiej floty pod wodzą Giovanniego Andrei Dorii w bitwie pod Dżerbą w 1560 roku, sułtan Selim II dał mu za żonę swoją córkę Gevher Han. (Zgodnie ze źródłami historycznymi w tym czasie Pijal Pasza brał udział w podboju Cypru należącego wówczas do Wenecji). [wróć]
3. Yasef Nassi (Józef Nassi) - żydowski dyplomata i urzędnik na dworze osmańskim w czasach panowania Sulejmana Wspaniałego i Selima II. Poparł Selima w walce o tron między nim a Bajazydem. W uznaniu za jego liczne zasługi i osiągnięcia (m.in. podczas wojny turecko-weneckiej) Selim mianował go księciem w Księstwie Naksos (Księstwie Egejskim), utworzonym przez Wenecjan na archipelagu Cyklad, które zostało podbite przez Osmanów w XVI wieku. [wróć]
4. Dżabbar - imię pochodzenia arabskiego, oznaczające tyrana, człowieka porywczego, używającego siły i przymusu. [wróć]
5. Safian - miękka i cienka skóra koźla lub barania, odpowiednio wyprawiona garbnikami roślinnymi i barwiona, używana do produkcji obuwia, obić mebli oraz oprawy książek. [wróć]
6. Murano to grupa wysp, niegdyś należąca do Wenecji, a obecnie do Włoch, słynna na całym świecie z produkcji szkła, które wytwarzano tam od VIII wieku. Największy rozwój tego rzemiosła miał miejsce w XIII wieku za sprawą rzemieślników bizantyjskich, którzy zbiegli do Wenecji w czasach IV krucjaty. Tamtejsze wyroby, nazywane "szkłem weneckim", charakteryzują się niezwykłym nasyceniem szkła kolorem, przejrzystością oraz wymyślnymi technikami dekoracyjnymi. [wróć]
7. Wielki Kanał (wł. Canal Grande) - wybudowany w XV wieku kanał przepływający przez całą Wenecję i dzielący ją na dwie części. [wróć]
8. Od 1488 roku Cypr stanowił bazę wojenną Republiki Weneckiej. Piraci cypryjscy często atakowali jednostki tureckie, co w rezultacie stało się przyczyną tureckiego ataku na wyspę w 1570 roku, który był początkiem V wojny turecko-weneckiej o dominację na Cyprze, zakończonej zwycięstwem Turków. [wróć]
9. Julia Gonzaga po mężu Wespazjanie przyjęła nazwisko Colonna. [wróć]
10. Juan de Valdés (1509-1541) - hiszpański pisarz i reformator religijny, pionier ruchów reformatorskich w Hiszpanii i we Włoszech. W 1530 roku, po wydaniu swojej pierwszej książki, w której krytykował zepsucie Kościoła rzymskokatolickiego, z obawy przed inkwizycją uciekł z Hiszpanii do Neapolu, gdzie osiedlił się na stałe. Obracał się w intelektualnych kręgach, do których należały także Vittoria Colonna - renesansowa poetka włoska i cioteczna siostra Bony Sforzy, żony Zygmunta I Starego i królowej Polski - oraz jej przyrodnia siostra Julia Gonzaga. [wróć]