Tajemnice dworu sułtana: Nurbanu. Synowa odaliski. Księga V - Demet Altinyeleklioglu

Kup ebooka

39.90 zł
23.94 zł (33,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wenecja. 13 września 1570 roku

Wene­cja 13 wrze­śnia 1570 roku

Cztery posta­cie bez­gło­śnie ześli­zgnęły się do morza. Gdyby nie białka ich oczu, byliby cał­kiem nie­wi­doczni w noc­nych ciem­no­ściach. Cho­ciaż natarli oliwą swoje nagie torsy, chłód wody prze­ni­kał ich do szpiku kości. W tam­tej chwili nie przy­szło im nawet do głowy, że będą jesz­cze wio­sło­wać w tym zim­nie przy­naj­mniej przez godzinę.

Ich towa­rzy­sze, któ­rzy zostali na pokła­dzie, spu­ścili na morze długą łódź o lekko zaokrą­glo­nym kadłu­bie. Czte­rej męż­czyźni znaj­du­jący się w wodzie pod­pły­nęli w tamtą stronę. Liny zostały roz­wią­zane. Nie wyda­jąc żad­nego dźwięku poza led­wie sły­szal­nym sze­le­stem, z wprawą wsie­dli na łódź. Teraz ich wil­gotne ciała zię­bił nocny wiatr. Wszy­scy chwy­cili za krót­kie wio­sła i prze­szli na swoje miej­sca. Trzech z nich usia­dło. Czwarty sta­nął na rufie.

Wszy­scy wie­dzieli, że z drogi, w którą wyru­szyli, nie było odwrotu.

Męż­czyźni w łodzi usły­szeli ciche głosy docho­dzące z okrętu. Towa­rzy­sze broni, z któ­rymi ramię w ramię wal­czyli w tak wielu bitwach, szep­tali za nich Fatihę.

Głosy umil­kły. Męż­czy­zna na rufie także usiadł. Cztery krót­kie wio­sła zanu­rzyły się w wodzie. Powoli odpły­nęli w nocne ciem­no­ści.

Po pew­nym cza­sie wiatr przy­wiał z oddali odgłos kościel­nych dzwo­nów.

- Pół­noc - wyszep­tał jeden. - W takim razie już czas.

Jed­no­cze­śnie wszy­scy czte­rej uło­żyli się w łodzi twa­rzą do dołu. Na zewnątrz wysta­wały tylko cztery wio­słu­jące ramiona.

Śmier­telna pułapka pośród ciem­no­ści i zim­nych fal bez­gło­śnie zbli­żała się do Wene­cji.

Zimno i ból prze­szy­wa­jące do szpiku kości... Tylko to czuli czte­rej męż­czyźni w łodzi. Nie­moż­liwy do wytrzy­ma­nia ból, który roz­cho­dził się od nad­garst­ków do ramion, zaczęli już odczu­wać w krę­go­słu­pie. W pal­cach opla­ta­ją­cych wio­sła stra­cili czu­cie. Utrzy­my­wali tempo dzięki gło­sowi, który roz­brzmie­wał w ich gło­wach: "Cią­gnij, jesz­cze moc­niej, cią­gnij. Cią­gnij, jesz­cze moc­niej, cią­gnij".

Ten, który był na dzio­bie, jako pierw­szy zauwa­żył, że na wzbu­rzoną wodę padło świa­tło.

- Niech to szlag! Zoba­czą nas - mruk­nął.

Uniósł lekko głowę, nie prze­sta­jąc wio­sło­wać. Naj­pierw, jakieś sto pięć­dzie­siąt sążni przed sobą, zauwa­żył budy­nek. We wszyst­kich oknach paliły się świa­tła. "Dotar­li­śmy", pomy­ślał z rado­ścią. To musiał być pałac. Jed­nak za chwilę zamarł. Na wieży dokład­nie naprze­ciwko budowli straże roz­pa­liły ogień. Blask pło­mieni padał na wodę, jakby cze­goś poszu­ki­wali. Musieli natych­miast wydo­stać się z tego świa­tła.

- Port - wyszep­tał do pozo­sta­łych.

Odpły­nęli jakieś czter­dzie­ści sążni, zanim wydo­stali się z pada­ją­cego na fale bla­sku. Nie mogli pod­pły­nąć zbyt bli­sko, bo po tej stro­nie także cza­iło się nie­bez­pie­czeń­stwo. Tutaj ruch na wodzie mogli zauwa­żyć straż­nicy peł­niący wartę przed dużym kościo­łem z okrą­głą kopułą.

- Ban­dera - powie­dział cicho męż­czy­zna na prze­dzie, gdy wypły­nęli ze zło­tego świa­tła na ciem­nym morzu.

Powoli unie­śli głowy. Byli teraz przy ujściu wiel­kiego kanału. W smu­gach świa­tła rzu­ca­nych przez latar­nie na wodę ujrzeli, że kanał jest pełen ogrom­nych galer wenec­kich. Z rado­ścią ponow­nie ukryli się w łodzi. Wszy­scy mieli w pamięci słowa kapi­tana Kemala, które powie­dział, zanim wypły­nęli: "Na co zda­dzą się nocą pochod­nie po tym, jak pod­palą sie­dli­sko giau­rów?".

Roz­kaz był wyraźny. Wene­cję miał pochło­nąć ogień! A oni mieli go pod­ło­żyć. Sądząc po pochod­niach na rufach, było tu przy­naj­mniej sto pięć­dzie­siąt galer. Ucie­szyli się. Nie zginą na próżno. Ponow­nie chwy­cili za wio­sła, zapo­mi­na­jąc o bólu i zmę­cze­niu.

Łódź sunęła do ujścia wiel­kiego kanału. Póź­niej nie będzie odwrotu. Nie­bez­pie­czeń­stwo rosło z każdą chwilą. Ich serca zaczęły bić szyb­ciej. Gdyby to było moż­liwe, gła­dzi­liby wodę dłońmi, żeby uspo­koić zmą­cone wio­słami fale. Bali się, że wróg usły­szy mocne ude­rze­nia ich serc. Nie oba­wiali się śmierci ani tego, że zostaną zła­pani. Teraz, gdy byli już tak bli­sko, ich strach wzbu­dzało jedy­nie to, że nie uda im się roz­świe­tlić wenec­kiej nocy osmań­ską pochod­nią.

Ciężko posu­wali się naprzód. Na chwilę musieli się roz­dzie­lić. Czte­rech śmiał­ków miało zanieść osmań­ski ogień w cztery różne miej­sca.

- Hej! A to co?

Głos znaj­du­ją­cego się na pokła­dzie war­tow­nika dla pły­ną­cych łodzią był jak wystrzał armatni.

Męż­czy­zna, wycią­ga­jąc rękę, wska­zał łódź i zwró­cił się do swo­jego towa­rzy­sza na bocia­nim gnieź­dzie.

- Emi­liano, spójrz! Co ta gon­dola robi mię­dzy gale­rami? I to o tej porze!

Straż­nik Emi­liano spoj­rzał z plat­formy w tamtą stronę. Póź­niej przy­ło­żył do oka długą, smu­kłą lunetę.

Ujrzał gon­dolę, a na jej pokła­dzie czte­rech ludzi. Jeden z męż­czyzn, nie uno­sząc głowy, mach­nął ręką w stronę, z któ­rej dobie­gał głos.

- Co się stało? - Wybuch­nął śmie­chem Emi­liano. - Nie wszy­scy są rów­nie pechowi jak my, D'Angelo. Są też tacy szczę­śliwcy, któ­rzy wra­cają po tym, jak dobrze sobie popiw­szy, zna­leźli ucie­chę w kobie­cych łożach.

- Jesteś pewien?

- Tak.

"Idiota - pomy­ślał. - Co w tym dziw­nego? Czte­rech mary­na­rzy wra­cało z noc­nej eska­pady".

Gdy Emi­liano ponow­nie obró­cił lunetę w stronę ujścia zatoki, roz­legł się głos D'Angela:

- Godzina pierw­sza... Wszystko w porządku.

Straż­nicy nie zauwa­żyli, że spo­śród czte­rech męż­czyzn w gon­doli jed­nego ubyło. Po pięć­dzie­się­ciu sąż­niach w łodzi zostało dwóch męż­czyzn. Póź­niej znik­nął jesz­cze jeden. Ostatni, zauwa­żyw­szy stocz­nię, także wsko­czył do wody. Gdyby ktoś teraz spoj­rzał, pomy­ślałby, że w stronę doków pły­nie z nur­tem odwią­zana łódź. Tym­cza­sem czte­rech męż­czyzn prze­miesz­czało się ku czte­rem róż­nym celom.

Każdy z nich miał roz­pa­lić ogień. Pierw­szy wsko­czył do wody. Po bli­sko godzi­nie spę­dzo­nej przy wio­słach śmia­łek opu­ścił łódź i wpły­nął pomię­dzy czarne cie­nie galer. Obrał sobie za cel tę, która wydała mu się naj­więk­sza. Zbli­żył się do kotwicy. Wziął kilka odde­chów, po czym poło­żył się ple­cami na wodzie i objął rękami i nogami poro­śniętą wodo­ro­stami linę. Roz­po­czął wspi­naczkę. W tej samej chwili pojął, że popeł­nił śmier­telny błąd. Woda, która zebrała się na pokry­wie małej beczułki, ści­śle przy­twier­dzo­nej do jego pasa, z plu­skiem wpa­dła do morza. Męż­czy­zna zawisł nie­ru­chomo na linie. Był na tyle odsło­nięty, że nie mógł się ukryć. Ktoś patrzący z galery, na którą się wspi­nał, lub z sąsied­niej, z łatwo­ścią by go zoba­czył. Cze­kał, a serce tłu­kło mu się w piersi. Nie stało się jed­nak to, czego się oba­wiał. Znów pod­jął wspi­naczkę. Wspi­nał się i wspi­nał. Wyda­wało mu się, że lina nie ma końca. Ręce opla­ta­jące linę coraz bar­dziej go bolały. Zaczy­nał tra­cić siły. Twarde, szorst­kie włókna raniły mu łydki. Rany pie­kły pod wpły­wem mor­skiej soli. Wstrzy­mał oddech i zatrzy­mał się. Trwał tak, wisząc nad wodą.

- Muszę dotrzeć do końca tej pie­kiel­nej liny - mruk­nął i ostat­kiem sił zaczął się pod­cią­gać.

Po chwili zoba­czył duży otwór w bur­cie okrętu, z któ­rego wyrzu­cono linę.

"Naresz­cie!", w duchu wydał z sie­bie okrzyk rado­ści. Powoli zwol­nił uścisk. Był teraz na statku wroga. Przez chwilę cze­kał, żeby wzrok przy­zwy­czaił się do nowych ciem­no­ści. Odwró­cił się w stronę, gdzie znaj­do­wały się pokrywy bate­rii dział. Przy­trzy­mu­jąc się relingu, poru­szał się naprzód w cał­ko­wi­tym mroku. Po pew­nym cza­sie zauwa­żył czarne ramiona dział skie­ro­wane w stronę morza.

Bate­ria dział!

Zoba­czył, że nic nie stoi mu na dro­dze. Nie było straż­nika! Całe jego ciało było napięte. Bez­gło­śnie padł na zie­mię. Gdzie ten prze­klęty typ? Przy­ło­żył ucho do pokładu i nasłu­chi­wał. Gdy pod­niósł głowę, na jego twa­rzy malo­wał się chy­try uśmiech. Powoli się wypro­sto­wał. Zaczął ciężko posu­wać się naprzód, wycią­ga­jąc przed sie­bie ręce, żeby nie ude­rzyć o coś w bez­kre­snych ciem­no­ściach i nie naro­bić hałasu.

Po kilku bez­sze­lest­nych kro­kach zoba­czył świa­tło. Musiało docho­dzić z latarni znaj­du­ją­cej się na szczy­cie scho­dów, które pro­wa­dziły z pokładu do maga­zynu z amu­ni­cją. Mdłe świa­tło latarni było dla jego przy­wy­kłych do ciem­no­ści oczu jak sło­neczny blask. On też tam był. Straż­nik. Stał przed drzwiami do zbro­jowni, które znaj­do­wały się dokład­nie naprze­ciwko scho­dów.

- Psi pies - mruk­nął. - Mógłby sobie drze­mać gdzie indziej.

Wszystko, co następ­nie zro­bił, wyko­nał bez­sze­lest­nie. Straż­nik zbyt późno zauwa­żył jego obec­ność. Osmań­ski szty­let o wygię­tym ostrzu wbił mu się w pierś. Z prze­ra­że­niem spoj­rzał na ręko­jeść i owi­nięte wokół niej silne palce. Chciał krzyk­nąć, ale z jego ust wydo­było się tylko stop­niowo cich­nące rzę­że­nie.

Był teraz u celu. W końcu nad­szedł czas, żeby roz­pa­lić osmań­ską pochod­nię. Otwo­rzył drzwi do składu. Wnę­trze od pod­łogi po sufit pełne było pro­chu, kul i beczek z ole­jem. Roiło się tam od musz­kie­tów, arke­bu­zów, sza­bel, kusz i innych przed­mio­tów. Musiał się spie­szyć. W każ­dej chwili mógł przyjść ktoś, żeby zmie­nić wartę, i zauwa­żyć, że przed drzwiami zbro­jowni nie ma straż­nika. Natych­miast zabrał się do pracy.

Baryłka, którą miał u pasa, wyda­wała się zbędna pośród tylu łatwo­pal­nych i wybu­cho­wych mate­ria­łów, mimo to roz­piął pas. Ścią­gnął okry­wa­jący beczułkę mate­riał nasą­czony woskiem, który miał zapo­biec dosta­niu się wody do środka. Prze­niósł ją dokład­nie na śro­dek składu, gdzie stały beczki. Odblo­ko­wał otwór na spo­dzie i na pod­ło­dze usy­pał w linii proch aż do gwoź­dzia przy­trzy­mu­ją­cego deski.

Gotowe. Jedyne, czego było trzeba, to mała iskra. Wycią­gnął szty­let, któ­rym przed chwilą ode­brał życie war­tow­ni­kowi. Dokład­nie wytarł z ostrza krew. Przy­kuc­nął. Prze­su­nął szty­let po żela­znym gwoź­dziu. Nic się nie wyda­rzyło. Przy dru­giej pró­bie ze sta­lo­wego ostrza iskry spa­dły na proch.

Wypro­sto­wał się. Patrzył, jak iskry zmie­niają się w pło­mień, który z sykiem prze­miesz­czał się po usy­pa­nej z pro­chu linii w stronę beczek.

Nic już nie zostało. Sze­roko otwarte oczy osmań­skiego śmiałka pło­nęły.

- W imię Boga jedy­nego! - krzyk­nął.

Ogień dotarł do otworu na spo­dzie nie­wiel­kiej beczki.

I zapło­nęła osmań­ska pochod­nia.

Pierw­szy wybuch przedarł się przez nocne ciem­no­ści.

Wene­cja­nie wypro­sto­wali się w swo­ich łóż­kach, pyta­jąc się wza­jem­nie:

- Co się dzieje?

- Co to za hałas?

Jed­nak wybuch, który usły­szeli zaraz potem, zagłu­szył ten pierw­szy. Ci, któ­rzy pod­bie­gli do okien, pod wpły­wem wstrząsu spo­wo­do­wa­nego serią wybu­chów padli na zie­mię.

- Wsta­waj, Adriano! - krzyk­nął do żony jakiś męż­czy­zna. - Morze wybu­cha! Wene­cja pło­nie!

Olbrzy­mie galery, przy­wią­zane do sie­bie, jedna po dru­giej z prze­raź­li­wym hukiem wyla­ty­wały w powie­trze, przy­wo­dząc na myśl setki, tysiące, miliony fajer­wer­ków, po czym spa­dały do wody jako pło­nące resztki. Ogień ogar­nął wszyst­kie okręty. A gdy pło­mień docie­rał do zbro­jowni, także i one wybu­chały.

Kilku mary­na­rzy zerwało okrę­towe liny i sta­ra­jąc się dotrzeć do ujścia kanału, uwi­jało się w sza­leń­czym pędzie, żeby ura­to­wać się przed spa­da­ją­cym na nich z nieba ogniem. Okrzyki prze­ra­że­nia, stra­chu i paniki ginęły w huku nie­koń­czą­cych się wybu­chów. Oglą­da­jący to pie­kło z daleka widzieli, jak setki mary­na­rzy pło­ną­cych jak żagwie rzu­cało się do morza. Nie minęło dużo czasu, gdy do trzech punk­tów, z któ­rych docho­dziły wybu­chy, doszedł czwarty. Jede­na­ście galer znaj­du­ją­cych się w dokach wyle­ciało w powie­trze. Mnó­stwo pło­ną­cych odłam­ków spa­dło do wody. Legen­darny wenecki Arse­nał1 prze­stał ist­nieć.

I. Stambuł. 11 października 1570 roku

I Stam­buł 11 paź­dzier­nika 1570 roku

Jeź­dziec jak wicher minął bramę murów.

- Wytrzy­maj - wyszep­tał męż­czy­zna do ucha sro­ka­cza.

Gorący jak pło­mień oddech zwie­rzę­cia ude­rzył go w twarz. Puścił wodze wolno. Objął konia za szyję i pozwo­lił mu biec. Wielki gnia­do­sro­katy koń mknął przez stepy, a wiatr roz­wie­wał mu grzywę.

Wypro­sto­wał się na widok meczetu, który suł­tan Sulej­man kazał wybu­do­wać dla swo­jego zmar­łego syna księ­cia Meh­meda. Skrę­cił w lewo na nie­wiel­kim placu, który znaj­do­wał się zaraz za nim. Puścił konia w dół zbo­cza, w kie­runku morza. Gdy zbli­żał się do domo­stwa pod lasem, drogę zastą­piło mu czte­rech jeźdź­ców odzia­nych w czer­wone szaty.

- Hooop! - krzyk­nął jeden z nich, uno­sząc rękę.

Ścią­gnął wodze.

- Zaraz, zaraz. A dokąd to się wybie­rasz?

Sro­kacz zatrzy­mał się roz­sier­dzony.

- Kim jesteś?

- Posłań­cem kapi­tana Kemala! - krzyk­nął czausz, pró­bu­jąc zapa­no­wać nad koniem.

Po chwili wpro­wa­dzili jeźdźca do budynku. Słu­żący, który wska­zy­wał mu drogę, otwo­rzył wiel­kie drzwi i usu­nął się na bok.

Dokład­nie naprze­ciwko, na sofie usta­wio­nej pod oknem, sie­dział czar­no­brody męż­czy­zna z kola­nem przy­cią­gnię­tym do sie­bie.

- Wejdź - mruk­nął.

"Zatem to jest zięć suł­tana Selima, Pijal Pasza2", pomy­ślał posła­niec.

- Jakie wie­ści prze­syła Kemal, dży­gi­cie? Ucie­szysz nas czy zmar­twisz tą wie­czo­rową porą?

Jeź­dziec nawet nie pomy­ślał, żeby skło­nić się w pozdro­wie­niu.

- Ucie­szę, czci­godny paszo. - Jego głos był zde­cy­do­wany. - Już dawno od kapi­tana Kemala nie ma nie­po­myśl­nych wie­ści, to dla­czego mia­łyby przyjść teraz?

Pijal Pasza opu­ścił kolano, które trzy­mał pra­wie pod brodą.

- No pro­szę. - W jego gło­sie bar­dziej niż gniew sły­chać było roz­ba­wie­nie. - Kemal wybrał najbar­dziej wyga­da­nego ze swo­ich chłop­ców?

Posła­niec chciał coś powie­dzieć, ale Pijal Pasza uci­szył go, uno­sząc dłoń.

- Mów lepiej, z czym przy­by­wasz.

- Kapi­tan Kemal kazał prze­ka­zać, że zapło­nęła osmań­ska pochod­nia. Okryła czer­wie­nią ciemną noc giau­rów.

- Bogu niech będą dzięki. - Pasza wstał, ruszył w stronę posłańca i zatrzy­mał się naprze­ciw niego. - W takim razie idź. - Pokle­pał go po ramie­niu. - Odpocz­nij.

- Niech natych­miast przy­go­tują mojego konia! - roz­ka­zał pasza po wyj­ściu czau­sza. - Mamy pomyślne wie­ści dla władcy.

Wie­dział, że gdy dotrze do Nowego Pałacu, nie zasta­nie suł­tana Selima samego. Z pew­no­ścią u boku pady­sza­cha będzie Żyd z kozią bródką, mia­no­wany księ­ciem Naksos.

- Nędz­nik - mruk­nął, prze­mie­rza­jąc długi kory­tarz w towa­rzy­stwie gwar­dzi­stów.

Nie­na­wi­dził Yasefa Nassiego3. Ten męż­czy­zna pod­po­rząd­ko­wał sobie syna wiel­kiego suł­tana Sulej­mana Selima Chana. Kto mógł uwie­rzyć, że władca osmań­ski suł­tan Selim sta­nie się zabawką w rękach Żyda? Jed­nak tak wła­śnie się stało.

- Nad­jeż­dża suł­tanka Nur­banu!

Suł­tań­ski powóz nie zdą­żył jesz­cze prze­kro­czyć Bramy Cesar­skiej Nowego Pałacu, a już cały harem stał w goto­wo­ści.

- Bie­gnij­cie, dziew­częta. Nad­jeż­dża suł­tanka Nur­banu!

Szept niczym burza zawład­nął krę­tymi kory­ta­rzami haremu. Wszyst­kie słu­żące i damy dworu bie­gały z kąta w kąt w bez­gło­śnym pośpie­chu. Mimo gorącz­ko­wej krzą­ta­niny pano­wał porzą­dek. Wszy­scy wie­dzieli, co zrobi suł­tanka Nur­banu Haseki, gdy już przy­bę­dzie - co i skąd weź­mie, co i gdzie położy. Suł­tanka Nur­banu nie­na­wi­dziła bała­ganu.

Tego dnia nawet Dżab­bar Aga był roz­go­rącz­ko­wany, a to nie było do niego podobne. Brzuch mu pod­ska­ki­wał, gdy wyrzu­cał z sie­bie roz­kazy, a jego czarną twarz pokryły kro­pelki potu. Dawno temu porzu­cił rap­tow­ność i poryw­czość, które stały się przy­czyną nada­nia mu tego imie­nia w dniu, w któ­rym został agą haremu4. Teraz, zamiast sam uwi­jać się ner­wowo, wyda­wał pole­ce­nia innym. Jed­nak tego dnia było ina­czej. Przy­by­wała suł­tanka Nur­banu, któ­rej od mie­sięcy nie było w Nowym Pałacu.

Nie widziano, żeby Dżab­bar Aga choć na chwilę wypu­ścił z rąk swój dere­niowy kij. Nie­długo po tym, jak suł­tanka Hürrem Haseki ode­szła z tego świata, harem znów stał się daw­nym hare­mem. Póź­niej zaś żona pady­sza­cha opu­ściła go i zamknęła się w Sta­rym Pałacu. Teraz harem pełen był oda­li­sek suł­tana Selima. Oda­li­ski zaś ozna­czały zazdrość, kłót­nie, krzyki i zgiełk. Dla­tego wła­śnie wycią­gnął swój dere­niowy kij. Nie miał wyj­ścia. Ręka Dżab­bara Agi była nie­ubła­gana. Na widok choćby naj­mniej­szego nie­do­cią­gnię­cia czy skrzy­wio­nej miny zada­wał nią ciosy po nogach i ple­cach.

Jeśli ktoś zna­lazł w sobie odwagę, żeby powie­dzieć: "Nie rób tego, to grzech", odpo­wia­dał: "Tak należy. Harem wymaga porządku, orga­ni­za­cji i dys­cy­pliny. Jeśli poża­łu­jesz oda­li­sce razów dere­nio­wym kijem, wej­dzie ci na głowę. Powsta­nie chaos".

I wła­śnie tego dnia w hare­mie powstał chaos.

- Na pewno coś się stało - powie­dział do sie­bie. - W prze­ciw­nym razie dla­czego suł­tanka Nur­banu tak nagle przy­by­łaby tu ze Sta­rego Pałacu? Z pew­no­ścią coś się stało. Ale co?

Od chwili gdy po hare­mo­wych kory­ta­rzach zaczął odbi­jać się echem szept: "Nad­jeż­dża suł­tanka Nur­banu", wszy­scy zada­wali sobie to samo pyta­nie: "Co ją tu spro­wa­dza?".

Ten szept dotarł do uszu głów­nego poko­jowca suł­tana Selima, Hydyra Efen­diego. Zupeł­nie stra­cił humor. "Czego ta kobieta tu chce? - mruk­nął w duchu. - Znów odbie­rze spo­kój naszemu panu".

I co miał teraz zro­bić? Sta­nąć przed drzwiami haremu i powie­dzieć: "Nasz pan jest w tej chwili bar­dzo zajęty. Nie chce, żeby mu prze­szka­dzano"? Kto wów­czas ochroni Hydyra przed jej gnie­wem?

Jakby suł­tanka Nur­banu nie wie­działa, co kryje się za tymi sło­wami. Ozna­czało to: "Pady­szach jest w swo­ich pry­wat­nych kom­na­tach z tym prze­klę­tym Żydem i dziew­czę­tami". Nie­czę­sto zda­rzało się, aby pady­szach prze­by­wał gdzie indziej. Z tego wła­śnie powodu suł­tanka prze­nio­sła się do Sta­rego Pałacu. Kobieta nie mogła znieść męż­czy­zny - nawet jeśli był pady­szachem - od rana zasia­da­ją­cego przy bie­siad­nym stole i beł­ko­czą­cego coś nie­wy­raź­nie, upo­jo­nego roz­ko­szą, któ­rej dozna­wał w ramio­nach jędr­nych, mło­dziut­kich oda­li­sek.

"Niech to szlag!", zaklął w duchu Hydyr. Musi powia­do­mić suł­tana Selima.

Powoli uchy­liw­szy cięż­kie drzwi do kom­naty suł­tana, wśli­zgnął się do środka. Już przy wej­ściu, w nie­wiel­kim holu ude­rzył go aro­mat wina. W powie­trzu uno­sił się także dziwny zapach - tych dziw­nych liści, z któ­rych dym kazał wdy­chać suł­ta­nowi Yasef Nassi. Tłu­mił on nawet woń kobie­cych ciał wypeł­nia­ją­cych kom­natę.

Poko­jo­wiec otwo­rzył drzwi znaj­du­jące się po lewej stro­nie i wszedł w chmurę dymu. Do jego uszu dobie­gły przy­ci­szone głosy dwóch męż­czyzn. Sto­jąc za aksa­mitną zasłoną, padł na zie­mię jak do modli­twy. Postą­pił tak, na wypa­dek gdyby pady­szach, usły­szaw­szy go, uniósł kotarę i zapy­tał: "Co jest? Czego chcesz?". Cho­ciaż tak naprawdę ni­gdy nic podob­nego się nie wyda­rzyło.

- Panie?

Jego głos był tak cichy, że sam ledwo go sły­szał, jed­nak w środku nastała cisza.

- Wybacz­cie waszemu słu­dze Hydy­rowi...

Zamiast Selima Chana usły­szał głos Żyda, księ­cia Naksos.

- Czego chcesz, Hydy­rze Efendi? Czyż nie mówi­li­śmy, że pady­szach nie życzy sobie, żeby mu prze­szka­dzano?

"Obyś sczezł", prze­klął w duchu Hydyr, nie pod­no­sząc się z miej­sca. Póź­niej, prze­su­wa­jąc czub­kami pal­ców po dywa­niku, się­gnął do aksa­mit­nej zasłony. Powoli ją uniósł i zaj­rzał do środka.

Leżeli roz­ło­żeni na dwóch sto­ją­cych naprze­ciwko sie­bie wspa­nia­łych sofach. Suł­tan Selim wyglą­dał, jakby był w innym świe­cie. Tur­ban ześli­zgnął mu się na bok, a na jego twa­rzy malo­wał się komiczny wyraz. Na sofie po dru­giej stro­nie kom­naty leżał Yasef Nassi, ale Hydyr mógł dostrzec jedy­nie pode­szwy jego czer­wo­nych safia­no­wych5 ciżem.

- Jestem gotów ponieść karę - powie­dział cicho. - Jed­nak...

Jed­no­cze­śnie nie prze­sta­wał obser­wo­wać tego, co działo się za kotarą. Przy wez­gło­wiu sofy pady­sza­cha sie­działa dziew­czyna w cie­niut­kich, tiu­lo­wych sza­ra­wa­rach. Była bar­dzo piękna. Ramiona miała odsło­nięte. Nagą pierś przy­kry­wała mała nie­bie­ska kami­zelka. Dziew­czyna się­gnęła do sto­ją­cego nie­opo­dal sto­lika i wzięła z niego owoce. Gdy wkła­dała je do ust Selima, kami­zelka roz­chy­liła się i wysu­nęła się spod niej wspa­niała pierś. Pady­szach, mimo iż był pijany, pożą­dli­wie patrzył na mlecz­no­biały kształt, który uka­zał się jego oczom.

Dziew­czyna, która sie­działa przy sofie Yasefa Nassiego, była odwró­cona do Hydyra. Jej plecy także były nagie. Było jasne, że Żyd, sły­sząc jego głos, przed chwilą zdjął z sie­bie dziew­czynę.

Nagle przed zasłoną ujrzał prze­cho­dzącą parę maleń­kich, bosych stóp. Im bar­dziej zbli­żały się do suł­tana Selima, tym wię­cej mógł dostrzec. Naj­pierw ponad sto­pami uka­zały się kostki, potem kolana, a póź­niej...

Mój Boże! Dziew­czyna była naga.

Usłu­gu­jąca pady­sza­chowi oda­li­ska deli­kat­nie unio­sła krysz­ta­łowy, posre­brzany kie­lich w stronę roz­ne­gli­żo­wa­nej dziew­czyny. Hydyr ujrzał sutki ster­czące jak gołę­bie dzioby w całej swo­jej oka­za­ło­ści. Chciał przy­mknąć oczy, ale nie mógł. Usły­szał cichy dźwięk czer­wo­nej cie­czy wle­wa­nej do kie­licha. Dziew­czyna odwró­ciła się i prze­nio­sła naczy­nie do gru­bych warg suł­tana Selima. Oczy pady­sza­cha były zamknięte. Upił łyk wina. Oda­li­ska zli­zała rubi­nowy płyn, który z ust suł­tana spły­nął po bro­dzie.

- Soki spi­jane z ust suł­tana są dla jego nie­wol­nicy niczym raj­ski nek­tar - zaświer­go­tała roz­kosz­nie.

Wargi Selima Chana roz­cią­gnęły się w uśmie­chu.

- To nie nek­tar, tylko naj­zwy­klej­sze cypryj­skie wino - wtrą­cił się Nassi.

Główny poko­jo­wiec usły­szał, jak obaj męż­czyźni chi­cho­czą. Nie mógł otwo­rzyć ust i powie­dzieć, dla­czego przy­szedł. Musiał cze­kać, aż pady­szach roz­każe mu, żeby prze­mó­wił.

Nagle pomy­ślał, że jeśli wyda się, że zagląda do środka, może stra­cić głowę. Natych­miast cof­nął palce, które wsu­nął pod zasłonę. Pozo­stał sku­lony na ziemi. Przez chwilę nic nie sły­szał.

Póź­niej do jego uszu dobie­gła zalotna skarga oda­li­ski:

- Ależ, panie, nie rób­cie tak. Nie żal wam waszego sługi?

- Gdy­byś tylko nie była taka ładna - usły­szał głos suł­tana Selima.

Za kotarą coś się poru­szyło. To pew­nie pady­szach wypro­sto­wał się na sofie.

- O co cho­dzi, Hydy­rze Ago? - Głos Selima był ospały, jakby władca dopiero się obu­dził. - Skoro nacho­dzisz nas w naszych kom­na­tach, musisz mieć dobry powód, który ura­tuje twoją głowę.

- Hydyr jest gotów nie raz, lecz po tysiąc­kroć oddać głowę za swo­jego suł­tana - skła­mał, wciąż przy­wie­ra­jąc do ziemi. - Jed­nak...

- Mówże, czło­wieku! Jed­nak co?

"Chcesz, to masz", burk­nął w duchu Hydyr.

- Nad­jeż­dża suł­tanka Nur­banu, panie.

Gdyby się nie bał, ponow­nie uniósłby zasłonę i zaj­rzał do środka. Usły­szał odgłosy kro­ków na dywa­nie. Szu­ra­nie pospiesz­nych ruchów małych stóp. Pady­szach odpra­wił oda­li­ski.

- To nie­moż­liwe. - Głos Yasefa Nes­siego był pełen skargi.

Pady­szach powie­dział coś cicho, ale Hydy­rowi nie udało się tego dosły­szeć. Dziew­częta wyszły zza zasłony i szcze­bio­cząc, pospiesz­nie się odda­liły. Tym­cza­sem z docho­dzą­cych ze środka odgło­sów dało się wywnio­sko­wać, że suł­tan Selim także dopro­wa­dził się do ładu.

- Dla­czego pani Nur­banu opu­ściła Stary Pałac? - zapy­tał podejrz­li­wym gło­sem Żyd.

- Nie wiem.

- Panie, musimy jesz­cze omó­wić szcze­góły kwe­stii cypryj­skiej.

- Yase­fie - zbesz­tał go pady­szach - módl się lepiej, żeby nasza żona nie przy­by­wała tu w związku z poczy­na­niami two­imi i mojego zię­cia Pijala Paszy. Jeśli tak jest, oby­dwaj będziemy musieli przez jakiś czas zapo­mnieć o Cyprze. Miej to na uwa­dze.

Hydyr w ciszy powró­cił do sie­bie. Nie mógł zapo­mnieć tego, co zoba­czył. "Co za grzech - myślał zgor­szony. - Hej, wielki Seli­mie Groźny, powstań i zobacz swo­jego wnuka Selima".

Powóz wje­chał na wewnętrzny dzie­dzi­niec. Jego drzwi otwo­rzyły się, zanim słu­żący zdą­żyli podejść. Ze środka wysko­czyła Melek­naz, dama dworu Nur­banu. Pod­czas gdy jeden z paziów wycią­gnął rękę, żeby pomóc wysiąść swo­jej pani, pod­sta­wiono pod­nó­żek pokryty zie­lo­nym atła­sem. Naj­pierw uka­zał się trze­wik wysa­dzany szma­rag­dami, po chwili opięte w kostce zie­lone sza­ra­wary. Póź­niej kobieta ele­ganc­kim ruchem wycią­gnęła rękę do Melek­naz. Dziew­czyna ujęła dłoń ozdo­bioną wiel­kimi błysz­czą­cymi szma­rag­do­wymi pier­ście­niami. W końcu z powozu wyło­niła się suł­tanka haseki w zie­lo­nym hoto­zie ozdo­bio­nym bia­łym szy­fo­nem. Jej uroda, pomimo zasła­nia­ją­cego jej twarz tiulu, roz­świe­tliła dzie­dzi­niec, który okry­wał już mrok.

Armia słu­żą­cych, która wybie­gła jej naprze­ciw, z sza­cun­kiem pokło­niła się pięk­nej żonie suł­tana Selima, matce księ­cia suk­ce­sora Murada.

Suł­tanka Nur­banu miała się­ga­jący do kolan żół­to­zie­lony kaftan ozdo­biony złotą nicią, ceki­nami i dia­men­tami. Zie­leń była jej barwą.

"Przy­po­mina mi kraj, z któ­rego przy­by­łam, Wene­cję i nie­na­sy­cony zie­lony pło­mień szkła z Murano6", mawiała, wzdy­cha­jąc.

Nie lubiła dłu­gich kafta­nów cią­gną­cych się po ziemi, które nosiły inne damy. Wszyst­kie kazała sobie szyć tak, żeby ich poły nie były dłuż­sze niż do kolan.

Gdy tylko wysia­dła z powozu, puściła dłoń Melek­naz. Dziew­czyna pochy­liła się i wygła­dziła fałdy na sza­ra­wa­rach swo­jej pani. Pod­bie­gły do nich damy dworu, przy­byłe w czte­rech powo­zach jadą­cych za nimi.

Nur­banu wypro­sto­wała się i unio­sła głowę.

- Gdzie jest pady­szach?

Doświad­czone damy dworu i słu­żące zadrżały. Był to znak zbli­ża­ją­cej się awan­tury. Mogły się tego domy­ślić. Mówiła o wiel­kim władcy jak o zwy­kłym chło­pie, a to był znak, że jej gniew się­gnął zenitu.

Nikt nie miał odwagi, żeby się ode­zwać. Suł­tanka Nur­banu weszła do haremu, mija­jąc słu­żące, które pierz­chały spod jej stóp niczym młode jarząbki. Była zde­cy­do­wana i nie miała zamiaru ulec. Przy­była tam, żeby pocią­gnąć win­nych do odpo­wie­dzial­no­ści, i nie wyj­dzie, dopóki tego nie zrobi. Nie­ważne, za jaką cenę.

Wła­ści­wie czuła się lepiej, odkąd prze­nio­sła się do Sta­rego Pałacu. Uwol­niła się od pijac­twa Selima, szep­tów tego pod­stęp­nego węża Yasefa Nassiego, odgło­sów igra­szek jej męża z mło­dziut­kimi dziew­czę­tami, które spro­wa­dzał mu ten męż­czy­zna.

Tego dnia, gdy miarka się prze­brała, także sta­nęła przed pady­sza­chem jak burza.

- Odcho­dzę.

Nie mogła już patrzeć na to, jak wino ruj­nuje jej męża. Odkąd się­gała pamię­cią, Selim miał jasną cerę, ale teraz był tak blady, że przy­po­mi­nał jej zimne posągi w Pałacu Dożów. Jego oczy także stra­ciły kolor, a z natury były piękne. Jego matka mawiała, że są sza­ro­nie­bie­skie, ale według Nur­banu lśniły żół­to­mio­do­wym bla­skiem. Teraz znik­nął miód, a została żółć. Jakby patrzył zza mgły, zza kłę­bów dymu.

Tam­tego dnia Selim nie powie­dział nawet: "Nie odchodź". Nur­banu pró­bo­wała wyczy­tać coś z jego oczu prze­sło­nię­tych alko­ho­lo­wymi opa­rami. Przy­po­mniała sobie, co wtedy pomy­ślała: "Ucie­szył się, że się mnie pozbył". Selim się cie­szył! Był zado­wo­lony, że dała mu wol­ność i od tej pory będzie mógł pro­wa­dzić jesz­cze bar­dziej roz­pustne życie, tak jak życzył sobie ten prze­klęty Żyd.

- Odcho­dzimy. Kiedy nas tu nie będzie, będzie­cie mieli spo­kój. Widać, że moja obec­ność wam prze­szka­dza.

- Nic podob­nego. - Cho­ciaż nie­znacz­nie, to jed­nak się sprze­ci­wił. - Jak mogłaby nam prze­szka­dzać obec­ność naszej pięk­nej suł­tanki?

Gdy Nur­banu z wście­kło­ścią prze­mie­rzała nie­koń­czące się hare­mowe kory­ta­rze, wspo­mnie­nie tam­tego dnia sma­gało jej gniew jak bicz.

- To oczy­wi­ste. Uwol­ni­cie się od moich nie­ustan­nych napo­mnień: "Nie powin­ni­ście tyle pić, oba­wiam się, że to może zaszko­dzić waszemu zdro­wiu", od moich narze­kań, że zaczę­li­ście coraz rza­dziej odwie­dzać naszą kom­natę, od moich prze­stróg, że powin­ni­ście ogra­ni­czyć kon­takty z tym Żydem. Nie będę już przy­ła­py­wać was na igrasz­kach z dziew­czę­tami. Już przed nikim nie będzie­cie musieli się tłu­ma­czyć. Nie ma mnie.

Był wiel­kim suł­ta­nem Seli­mem, synem suł­tana Sulej­mana, władcą Wiel­kiego Impe­rium Osmań­skiego, rzą­dzą­cym na trzech kon­ty­nen­tach. Jed­nym sło­wem odbie­rał i dawał życie. Zapewne myślał: "Jeśli chcę, to piję. Na co suł­ta­nowi jego suł­tań­skość, skoro nie może każ­dej nocy brać do łoża innej kobiety?", tłu­ma­czył się, jeśli w ogóle roz­wa­żał to w swoim sumie­niu. Nie obcho­dziło go nawet, że lud prze­stał go nazy­wać Żół­tym Seli­mem i nadał mu przy­do­mek Selim Pijak.

W rze­czy­wi­sto­ści Nur­banu też prze­stała się już tym przej­mo­wać. Jedyne, na czym jej zale­żało, to przy­szłość jej syna. Pew­nego dnia Murad zosta­nie pady­sza­chem, a ona jako suł­tanka matka zaj­mie miej­sce po jego pra­wicy.

Minęła kolejny zakręt. "Wystar­czy, że uda mi się dożyć dnia, w któ­rym Murad wstąpi na tron", pomy­ślała.

Długo zno­siła pijac­two Selima i jego hulasz­cze życie, ale w dniu, w któ­rym usły­szała, że dwóch mło­dych chłop­ców, któ­rych Yasef Nassi spro­wa­dził z wyspy Myko­nos, tra­fiło do kom­naty pady­sza­cha, miarka się prze­brała.

Tydzień po tym, jak obwie­ściła, że odcho­dzi, zabrała wszyst­kich swo­ich słu­żą­cych i opu­ściła to miej­sce. Od tam­tej pory prze­by­wała w Sta­rym Pałacu. Selim odwie­dził ją parę razy, lecz po kilku dniach znów wró­cił do swo­jego roz­wią­złego życia w Nowym Pałacu.

Gdyby nie drę­czące ją lęki i płacz dziecka, sta­wia­ją­cych w goto­wo­ści wszyst­kich dookoła, byłaby nawet szczę­śliwa. Jedyne, co spę­dzało jej sen z powiek, to stale powięk­sza­jąca się liczba nie­ślub­nych synów Selima. Miał ich już sied­miu, a kto wie, ilu jesz­cze miało się uro­dzić. Nie wyglą­dało na to, żeby Yasef Nassi zaprze­stał spro­wa­dza­nia mu dziew­cząt ze wszyst­kich stron świata.

Selim ją kochał. Wie­działa o tym. Wciąż pisał dla niej wier­sze, ale ta miłość nie powstrzy­my­wała go przed bra­niem do łoża dziew­cząt, które czę­sto były jesz­cze dziećmi. A każdy uro­dzony książę ozna­czał nie­bez­pie­czeń­stwo dla niej i jej syna.

Już za chwilę miała ponow­nie sta­nąć przed swoim mężem. "Niech znajdą bękar­tów Selima, któ­rzy zagra­żają życiu Murada", mruk­nęła w duchu.

Zadrżała na wspo­mnie­nie syna grec­kiej oda­li­ski Evdok­sii. Póź­niej wzru­szyła ramio­nami. "Co zro­bić? - pomy­ślała. - Wszy­scy żyją tak długo, jak jest im to pisane". Każ­dej nocy modliła się, żeby zapo­mnieć, że to ona zde­cy­do­wała o tym, jak długo będzie żył chło­piec. Nie mogła zapo­mnieć jego czar­nych oczu.

Mimo wszystko była jed­nak szczę­śliwa. Aż do dzi­siaj, dopóki nie przy­była ta kobieta i nie padła jej do stóp, zale­wa­jąc się łzami...

Nie była zdzi­wiona, gdy poin­for­mo­wano ją, że przy­szła z wizytą donna Cami­cia, żona wenec­kiego amba­sa­dora. Odwie­dzała ją przy­naj­mniej dwa razy w mie­siącu i prze­ka­zy­wała wia­do­mo­ści z Wene­cji. Ucie­szyła się nawet, sądząc, że Cami­cia i tym razem po to przy­szła.

Jed­nak kobieta weszła do jej kom­naty cał­kiem zdru­zgo­tana. Twarz Cami­cii ścią­gnięta była bólem i cier­pie­niem. Oczy miała prze­krwione od pła­czu.

- Donno Cami­cio, witaj...

Żona amba­sa­dora dopa­dła do jej stóp, krzy­cząc coś nie­zro­zu­miale i roz­pacz­li­wie zawo­dząc.

Zasko­czona Nur­banu przez chwilę wpa­try­wała się w ramiona kobiety wstrzą­sane szlo­chem.

- Nie płacz­cie, pro­szę. Co się stało? Złe wie­ści...

- Tra­ge­dia! - wyrzu­ciła z sie­bie kobieta. - Mój Boże, tra­ge­dia!

- Co się stało, Cami­cio? Czy może­cie się uspo­koić i o tym opo­wie­dzieć?

- Uspo­koić się?! - krzyk­nęła roz­gnie­wana. - Uspo­koić się?! Twój mąż pod­pa­lił Wene­cję! Wene­cja spło­nęła!

- Co?

Opa­dła na sofę.

- Szpie­dzy suł­tana Selima wśli­zgnęli się do Wiel­kiego Kanału7. Wysa­dzili w powie­trze naszą flotę.

Do Nur­banu docho­dziły tylko strzępki zdań.

- Setki okrę­tów... Wszyst­kie roze­rwało na strzępy... Arse­nał, maga­zyny z pro­chem... Wszystko legło w gru­zach, wszystko, wszystko... Pło­mie­nie ogar­nęły cały budy­nek... Nawet Pałac Dożów doznał znisz­czeń... Plac Świę­tego Marka... spło­nął. Zgi­nęło ponad tysiąc Wene­cjan. Żoł­nie­rze, cywile, wszy­scy... Okryli czer­wie­nią wenecką noc...

Gdy kobieta, dusząc się pła­czem, ponow­nie padła do jej stóp, suł­tanka Nur­banu poczuła, że ma wil­gotne policzki. Nie zda­wała sobie sprawy, że pła­cze, a jed­nak łzy stru­gami pły­nęły jej z oczu. Jej matka i ojciec nie znie­śli tego, co zgo­to­wał im los. Umarli jedno po dru­gim.

- A moja rodzina? - wyszep­tała. - Baffo... Czy oni też...?

- Nic im się nie stało - wydu­siła z sie­bie żona amba­sa­dora. - Spło­nęła tylko let­nia rezy­den­cja nad kana­łem... A teraz...

Serce Nur­banu w jed­nej chwili zamarło.

- A teraz co?

Spoj­rzała kobie­cie w oczy.

- Prze­kli­nają two­jego męża i cie­bie! Prze­klina cię cała Wene­cja!

Te słowa zra­niły ją jak szty­let. Dom, w któ­rym się uro­dziła... Miej­sce, w któ­rym po raz pierw­szy usły­szała swój głos... Okno, z któ­rego patrzyła na pły­nącą kana­łem wodę... Fon­tanna, wokół któ­rej bie­gała, i gdzie w jej sercu roz­wi­nął się deli­katny kwiat pierw­szej miło­ści... A teraz rodzina, która ją prze­kli­nała... Nawet nie pamię­tała ich twa­rzy. Zerwała się, zosta­wia­jąc leżącą na pod­ło­dze, zalaną łzami Cami­cię.

- Niech przy­go­tują mój powóz! Jadę do Nowego Pałacu!

W jej gło­wie odbi­jały się echem dwa zda­nia: "Okryli czer­wie­nią wenecką noc. Twój mąż pod­pa­lił Wene­cję!".

Słowa, które padły póź­niej, długo paliły jej duszę: "Prze­kli­nają two­jego męża i cie­bie".

Suł­tan Selim... Jej mąż! Pod­pa­lił prze­świetną Wene­cję! Piękną Wene­cję...

Nur­banu przy­była tu wła­śnie po to, żeby roz­li­czyć się za Wene­cję. Jej mąż, widząc ją przed sobą z iskrzą­cymi oczami, uda­wał zasko­cze­nie i radość, pró­bu­jąc wstać.

- Nur­banu!

- A może powi­nie­neś powie­dzieć "Ceci­lio"?! W końcu twoja żona jest Wene­cjanką. Córą Wene­cji, którą pod­pa­li­łeś!

Nie myślała o pała­co­wych zwy­cza­jach i pozdro­wie­niach.

- Boskie świa­tło, moja piękna, bla­sku mojego serca. - Suł­tan Selim pró­bo­wał obła­ska­wić ją tkli­wymi słów­kami, ale nawet go nie słu­chała.

- Jak mogłeś to zro­bić? Jak mogłeś pozwo­lić, żeby pod­pa­lili Wene­cję?

- Ten, kto ci o tym powie­dział, tro­chę to wyol­brzy­mił...

- Wyol­brzy­mił?

- Tak. Wene­cja wcale nie spło­nęła. Tylko okręty...

- Dla­czego? Wene­cja i Impe­rium Osmań­skie żyły w pokoju, bo dzie­lisz tron z Wene­cjanką. Dla­czego spa­li­łeś zie­mie swo­jej kró­lo­wej, Seli­mie Cha­nie?

- To sprawy pań­stwowe.

- Sprawy pań­stwowe?! Od kiedy pań­stwo osmań­skie zała­twia sprawy pań­stwowe zgod­nie z wolą Żyda?

Suł­tan Selim pró­bo­wał coś powie­dzieć, ale Nur­banu nie dała mu szansy.

- Dla­czego zbu­rzy­łeś pokój, Seli­mie?

- Nie ja go zbu­rzy­łem.

Było jasne, że pady­szach chce jak naj­szyb­ciej zakoń­czyć tę roz­mowę i znów się­gnąć po kie­lich.

- Cypryj­scy8 kor­sa­rze zaata­ko­wali okręt prze­wo­żący dla mnie bar­dzo cenne konie. Ukra­dli mi je.

- To byli cypryj­scy kor­sa­rze...

- Ale Cypr należy do Wene­cji.

- Wene­cja zwró­ciła ci konie. Tak bar­dzo się ucie­szy­li­śmy, że pokój został zacho­wany. Zapo­mnia­łeś?

- A kara dla Cypru? Miało ujść im to na sucho? Wysła­li­śmy posła do Wene­cji z żąda­niem, aby oddali nam wyspę. Odmó­wili. Gdy­by­śmy lek­ce­wa­żyli wła­sne słowa, nikt by nas nie słu­chał. Czy sama tak nie mówi­łaś, naj­droż­sza? - Zamilkł na chwilę. W nadziei, że zła­go­dzi jej wybuch, pró­bo­wał naśla­do­wać Nur­banu. - "Seli­mie, nie pozwól, żeby ktoś powie­dział słowo ponad twoje słowo". Sama tak mówi­łaś.

Kobiety nie roz­ba­wiło to przed­sta­wie­nie. Wręcz prze­ciw­nie, ogar­nęła ją jesz­cze więk­sza złość.

- Więc posła­łeś swo­ich szpie­gów i pod­pa­li­łeś Wene­cję - pod­nio­sła głos. - Nie pomy­śla­łeś o tym, że jestem Wene­cjanką? Zapo­mnia­łeś, że to ojczy­zna suł­tanki, która uro­dziła ci następcę tronu? Nie pamię­ta­łeś, że w każdą nie­dzielę tysiące ludzi modliło się o szczę­ście suł­tana Selima i jego wenec­kiej kró­lo­wej Ceci­lii Baffo?

Selim znów miał zamiar coś powie­dzieć, ale zre­zy­gno­wał.

Nur­banu odwró­ciła się roz­gnie­wana.

- W tej chwili ci ludzie prze­kli­nają cie­bie i mnie! - krzyk­nęła. - Możesz się cie­szyć. Mam nadzieję, że ich klą­twy dotkną tylko cie­bie i mnie, a oszczę­dzą Murada.

Po tych sło­wach wyszła jak burza.

Teraz wpa­try­wała się w noc z okna swo­jej kom­naty w Sta­rym Pałacu. Patrzyła na gwiazdy. Być może w tej samej chwili ktoś w Wene­cji uniósł głowę i też na nie patrzył. Spo­ty­kała się wzro­kiem ze swo­imi pobra­tym­cami, ludźmi, któ­rzy ją prze­kli­nali.

"Suł­tan pod­pa­lił Wene­cję!".

"Okryli czer­wie­nią wenecką noc, Ceci­lio".

- Boże - jęk­nęła Nur­banu - nie pozwól mi zapo­mnieć tego głosu, który pali mój umysł, duszę i serce.

Nagle wydało jej się, że sły­szy szept: "Nie płacz, Nur­banu". Drgnęła. Rozej­rzała się po ciem­nej kom­na­cie. Była sama. Wokół nie było nikogo. Może to pocie­sza­jące bła­ga­nie dobie­gało z jej umy­słu?

- Jaka "Nur­banu"? - wyce­dziła przez zęby. - Jestem Ceci­lia Baffo. Nazy­wam się Ceci­lia Venier-Baffo i jestem bra­ta­nicą potęż­nego doży wenec­kiego Seba­stiana Veniera. Jestem Złotą Córą Wene­cji. Ceci­lią Baffo, która poprzy­się­gła zemstę za prze­świetną Wene­cję!

W tej samej chwili zda­wało jej się, że widzi zna­jomą syl­wetkę kobiety, która prze­szła przed nią ener­gicz­nym kro­kiem.

Serce moc­niej jej zabiło. Zoba­czyła Julię Colonnę9, któ­rej pod­czas cere­mo­nii zaślu­bin nadano przy­do­mek Joanna Ara­goń­ska. To była naj­pięk­niej­sza kobieta świata. Prze­cho­dząc przed Nur­banu, odwró­ciła się i spoj­rzała na nią smut­nym wzro­kiem. Wycią­gnęła do niej dłoń, zupeł­nie jak tej nie­szczę­snej nocy, która stała się począt­kiem lub koń­cem wszyst­kiego.

- Bądź ostrożna, Ceci­lio Baffo - powie­działa. - Jesteś w nie­bez­pie­czeń­stwie.

Gdy Melek­naz bez­gło­śnie wśli­zgnęła się do jej kom­naty, Nur­banu wciąż pochła­niały mroczne myśli. Serce jej pło­nęło.

- Posła­niec jest gotowy, suł­tanko.

Ock­nęła się pod wpły­wem głosu damy dworu. Nie można było prze­wi­dzieć, co sta­nie się po tej nocy. Musiała natych­miast ostrzec swo­jego syna. Podała dziew­czy­nie białą chustkę, któ­rej jeden z rogów był zawią­zany na supeł.

- Można mu ufać?

- Ufam mu jak sobie.

Kiw­nęła głową, pró­bu­jąc się uśmiech­nąć.

- Włóż tę chustkę do sakiewki. Niech natych­miast wyru­szy w drogę.

- Pie­częć?

- Nie ma potrzeby.

Rze­czy­wi­ście to nie było konieczne. Nie miało też zna­cze­nia, czy męż­czy­zna roz­wiąże węzeł i prze­czyta liścik. Było tam tylko jedno słowo. Jedno, pozba­wione zna­cze­nia słowo: "Tęsk­nię!". Co mogło być bar­dziej natu­ralne niż tęsk­nota matki za synem prze­by­wa­ją­cym z dala od domu?

Praw­dziwą wia­do­mo­ścią była chustka. Biała chu­sta sym­bo­li­zo­wała nie­bez­pie­czeń­stwo. Węzeł na jed­nym z rogów ozna­czał: "Bądź ostrożny". Biała chu­sta z węzłami na dwóch rogach zapo­wia­dała śmierć. "Ucie­kaj! Natych­miast ucie­kaj!".

Sprawy nie miały się jesz­cze tak źle.

Melek­naz wzięła białą chustkę i wyszła. Nur­banu powró­ciła do swo­ich mrocz­nych myśli. Sen poko­nał ją dopiero nad ranem, gdy gwiazdy zaczy­nały bled­nąć. Nagle zoba­czyła małą dziew­czynkę. Piękną dziew­czynę, która bie­gła, a włosy roz­wie­wał jej wiatr. Jakaś kobieta krzy­czała za nią:

- Uwa­żaj, Ceci­lio! Uwa­żaj, córko! Nie bie­gnij, prze­wró­cisz się!

Ale Ceci­lia bie­gła przez całe życie.

Znowu gdzieś z daleka dobiegł ją głos Julii Colonny:

- Uwa­żaj, Ceci­lio. Jesteś w nie­bez­pie­czeń­stwie.

To nie­bez­pie­czeń­stwo ni­gdy nie opusz­czało Ceci­lii.

II. Trzydzieści cztery lata wcześniej. Wenecja. Początek lata 1536 roku

II Trzy­dzie­ści cztery lata wcze­śniej Wene­cja Począ­tek lata 1536 roku

Ceci­lio Baffo! Do cie­bie mówię. Wsta­waj!

Leżała bez ruchu, uda­jąc, że nie sły­szy.

- Dalej, młoda damo. Nie uda­waj. Wiem, że już nie śpisz.

Na­dal tkwiła nie­ru­chomo w łóżku.

Matka otwo­rzyła okno i ode­zwała się nieco gło­śniej:

- Do cie­bie mówię, Ceci­lio Baffo! A może nie chcesz jechać do Fondi? Ach, gdy­byś zmie­niła zda­nie. Gdyby kapi­tan nie cze­kał na cie­bie i odpły­nął. Gdyby ojciec zre­zy­gno­wał z wysła­nia cię tam.

Fondi! Boże! Natych­miast wysko­czyła z łóżka. Ośle­piło ją świa­tło wpa­da­jące przez okno do pokoju. Odwró­ciła się do matki patrzą­cej na nią z miło­ścią.

- Która godzina?

- Już pra­wie połu­dnie. Julia Colonna powie­działa wczo­raj wie­czo­rem, że sta­tek wypływa o trze­ciej.

- Naj­święt­sza Panienko! - ode­zwała się Ceci­lia. - Czy Julia już wstała?

- Już dawno. Jest na dole i wydaje roz­kazy. - Kobieta zbli­żyła się do córki prze­cze­su­ją­cej pal­cami fale czar­nych wło­sów opa­da­ją­cych jej na ramiona. - Boże, miej w opiece ten sta­tek.

- Dla­czego tak mówisz, matko? Nie strasz mnie. Ojciec mówi, że będą nas eskor­to­wały liczne okręty wojenne.

Kobieta mach­nęła ręką.

- Niech Bóg strzeże naszych stat­ków przed osmań­skimi kor­sa­rzami. Jed­nak nie to mia­łam na myśli. - Rozej­rzała się, żeby mieć pew­ność, że nikt jej nie sły­szy. - To przez Julię. Tra­ga­rze i załoga od tygo­dnia ładują jej rze­czy. Barki pły­wają jedna za drugą. Rzeźby, obrazy... Nie wiem, jak mogła kupić to wszystko w ciągu dzie­się­ciu dni. Mówili, że po śmierci męża poświę­ciła się sztuce. Zatem to prawda. Julia zmieni pałac w Fondi w muzeum.

Rado­śnie zachi­cho­tały.

- Na twoje bagaże nie przy­szła jesz­cze kolej. Zoba­czymy, co się sta­nie, kiedy je też zapa­kują. Bez pomocy Osma­nów sta­tek zato­nie z prze­cią­że­nia.

- Ależ, matko. Skąd bie­rzesz te prze­ra­ża­jące słowa?

- To nie moje słowa prze­ra­żają, Ceci­lio, ale twoje zacho­wa­nie ścią­ga­jące wstyd na two­jego ojca.

- Co jest złego w moim zacho­wa­niu?

- Od czego mam zacząć, moja droga? Od pozwa­la­nia na zaloty męż­czyzn - kawa­le­rów i żona­tych? Od nie­ustan­nego zsu­wa­nia sukien na ramiona i odsła­nia­nia ich? - Matka wska­zała ręką na piersi córki. - A może od niby przy­pad­ko­wego upusz­cza­nia maski i poka­zy­wa­nia się męż­czyznom?

Ceci­lia objęła matkę za szyję.

- Mario Baffo, powiedz mi, czy ty nie robi­łaś tego samego, mając trzy­na­ście lat? Pomyśl, Julia, wycho­dząc za mąż, była młod­sza ode mnie.

- Gdy ja mia­łam trzy­na­ście lat, młoda damo - odparła kobieta - cho­dzi­łam dwa razy dzien­nie do kościoła.

Dziew­czyna zaczęła tań­czyć wokół matki.

- Nie wie­rzę! Nie wie­rzę! Nie wie­rzę!

Nagle zatrzy­mała się na wprost niej.

Matka zmie­rzyła córkę pobłaż­li­wym wzro­kiem. "Sza­lona dziew­czyna", pomy­ślała.

- Chwi­leczkę - zachi­cho­tała Ceci­lia. - Czyżby moja piękna matka i jakiś młody ksiądz...

- Ceci­lio! - Matka zga­niła ją, uda­jąc zagnie­waną. - Jeśli nie prze­sta­niesz paplać, oba­wiam się, że Joanna Ara­goń­ska, zamiast krzy­czeć na tra­ga­rzy, wyła­duje swoją złość na nas.

Ceci­lia pod­bie­gła do scho­dów, śmie­jąc się rado­śnie.

- Ile razy ci mówi­łam, żebyś nie bie­gała po scho­dach?! - krzyk­nęła Maria Baffo, ale dziew­czyna już dawno była na dole.

Piękna wdowa po księ­ciu Wespa­zja­nie zajęta była stro­fo­wa­niem tra­ga­rzy, któ­rzy pró­bo­wali prze­nieść wielki kufer przez sze­ro­kie wrota wycho­dzące na kanał. Odkąd Kościół nadał jej przy­do­mek Joanna Ara­goń­ska, nikt nie zwra­cał się do niej praw­dzi­wym imie­niem. Oprócz Ceci­lii. Była zaślu­biona Kościo­łowi.

- Hej, ty! - wrza­snęła nagle kobieta. - Ile razy mam powta­rzać, że w tym kufrze są deli­katne przed­mioty? Są wię­cej warte niż stu takich jak ty. Prze­stań obi­jać go o ściany!

Męż­czy­zna nie odpo­wie­dział, ale nie trzeba być wyrocz­nią, żeby odgad­nąć, że w duchu nie szczę­dził prze­kleństw.

- Signora.

Julia odwró­ciła się, sły­sząc jej rado­sny głos.

Ceci­lii zaparło dech w pier­siach. Była ocza­ro­wana, jakby zoba­czyła ją po raz pierw­szy. Boże, jaka ona jest piękna! Jej się­ga­jące do pasa włosy poru­szały się przy każ­dym ruchu, przy­wo­dząc na myśl wodo­spad. Sze­ro­kie czoło, kości policz­kowe uwi­dacz­nia­jące rysy jej smu­kłej, pocią­głej twa­rzy, czarne, mie­niące się gra­na­tem oczy. Gdy spoj­rzała na kogoś, aż odbie­rało dech. Miała cien­kie, wygięte w łuki brwi, zadarty nos, pełne, nie­ustan­nie wil­gotne usta, odbie­ra­jące męż­czy­znom zmy­sły... i oczy­wi­ście duże piersi wyła­nia­jące się z dekoltu.

- Moja słodka.

Ceci­lia, ugiąw­szy jedno kolano, przy­wi­tała kobietę deli­kat­nym dygnię­ciem. Głos Joanny Ara­goń­skiej przy­wo­dził jej na myśl jedwabny szal. Obej­mo­wał czło­wieka, był miękki, piesz­czący, balan­su­jący mię­dzy rze­czy­wi­sto­ścią a ułudą, a przy tym widzialny i wyczu­walny.

- Dziś rano jesteś pięk­niej­sza niż wczo­raj­szego wie­czoru, Ceci­lio. Jeśli z każ­dym kolej­nym dniem będzie przy­by­wać ci urody, będziesz miała armię ado­ra­to­rów.

- Signora. - Dziew­czyna nawet nie pró­bo­wała stłu­mić chi­chotu zawsty­dzo­nego, a jed­no­cze­śnie rado­snego.

"Tak, jestem piękna", myślała. Uroda Joanny Ara­goń­skiej była nie­pod­wa­żalna, ale ona też była ładna, a do tego jesz­cze młoda. "Kiedy doro­snę, będę pięk­niej­sza od niej".

Gdy osią­gnie jej wiek, jej imię będzie wymie­niane na wszyst­kich dwo­rach. Ceci­lia Baffo! Naj­więk­sza pięk­ność w Euro­pie! Złota Córa Wene­cji! Kró­lo­wie i ksią­żęta będą się ze sobą mie­rzyć, żeby móc ją poślu­bić. Będzie roz­bi­jała przy­jaź­nie, z jej powodu będą wybu­chały wojny. Pano­wie ze zna­ko­mi­tych rodów za jeden jej uśmiech będą skła­dać u jej stóp swoje for­tuny. Będą wal­czyć ze sobą, żeby móc zatań­czyć z nią cho­ciaż jeden taniec.

- Czy twoje rze­czy zostały wysłane na sta­tek, moja słodka?

- Sądzę, że wła­śnie się tym zaj­mują.

Kobieta wierz­chem dłoni odzia­nej w koron­kową ręka­wiczkę otarła pot z czoła, po czym opa­dła na fotel sto­jący przy nie­wiel­kiej fon­tan­nie znaj­du­ją­cej się na środku dzie­dzińca. Dała dziew­czy­nie znak ręką.

- Chodź­cie, moja słodka. Wy także usiądź­cie.

Ceci­lia zro­biła, co jej powie­działa.

- Wie­cie, moja słodka - zaczęła Julia, pochy­la­jąc się do jej ucha. - Młody Mar­cello jest w was zabój­czo zako­chany.

Oczy­wi­ście, wie­działa o tym. Mimo to spoj­rzała na kobietę, jakby chciała zapy­tać: "Mar­cello? A który to?".

- Nie pró­buj­cie mnie zwieść, moja piękna. Bar­dzo dobrze wie­cie, kogo mam na myśli. Mówię o tym szla­chet­nym mło­dzieńcu ukry­wa­ją­cym się za maską orła.

Ceci­lia pochy­liła głowę.

- To było aż tak widoczne?

- Jesz­cze jak. Męż­czy­zna przez cały wie­czór nie odstę­po­wał was na krok. A wy, ile­kroć go zoba­czy­ły­ście, upusz­cza­ły­ście maskę. Ach, oczy­wi­ście przy­pad­kiem. On zaś toczył nie­mi­ło­sierne walki z innymi mło­dzia­nami, żeby ją wam podać.

Dziew­czyna mil­czała. Kiw­nęła tylko głową.

- Nie pomy­śla­łam o tym. Sprytna sztuczka.

Ceci­lia unio­sła głowę i spoj­rzała na kobietę.

- Sprytna sztuczka? Jaka sztuczka?

Joanna Ara­goń­ska roze­śmiała się fry­wol­nie.

- Sztuczka z rzu­ca­niem maski, moja słodka.

Pod­nio­sła się i wycią­ga­jąc obie dło­nie, pomo­gła wstać Ceci­lii.

- Na waszym miej­scu natych­miast napi­sa­ła­bym list.

- List? Do kogo?

- Oczy­wi­ście do szla­chet­nego Mar­cella. Przez cały wie­czór tań­czy­ły­ście ze wszyst­kimi, tylko nie z nim. Naj­le­piej będzie, jeśli obła­ska­wi­cie serce uko­cha­nego, pisząc mu, że pra­gnie­cie nie­zwłocz­nie spo­tkać się z nim w Fondi.

Ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Ceci­lia zdzi­wiła się, widząc grzeszny błysk w oczach Joanny Ara­goń­skiej, którą cały świat chrze­ści­jań­ski uwa­żał za świętą. Jed­nak nie było czasu, żeby się nad tym zasta­na­wiać. Sta­tek miał nie­długo odpły­nąć. Uwol­niła dło­nie z rąk Julii.

- Matko! - zawo­łała, bie­gnąc w sza­leń­czym pędzie w stronę scho­dów.

"W Fondi od Joanny Ara­goń­skiej wiele się nauczę o miło­ści", myślała, poko­nu­jąc schody po kilka stopni naraz.

III. Fondi. Sierpień 1536 roku

III Fondi Sier­pień 1536 roku

Fondi... Fondi... Raj­skie Fondi...". Ceci­lia nie mogła zasnąć, nie skre­śliw­szy każ­dego dnia kilku lini­jek w swoim pamięt­niku. Także i tego wie­czoru opi­sała radość i szczę­ście, któ­rych doświad­czyła. To musiał być raj, a Julia była anio­łem. Była tego pewna. Pałac, który pozo­stał po jej zmar­łym mężu, znaj­do­wał się w lesie, na zie­lo­nym wzgó­rzu wzno­szą­cym się nad falami. Ceci­lia była dziec­kiem nad­mor­skiego ludu. Można było nawet powie­dzieć, że uro­dziła się w wodzie. Ale dopiero w Fondi po raz pierw­szy ujrzała tak piękną barwę morza. Nie wie­działa, że zie­leń może mieć tyle odcieni. Bli­ska czerni zie­leń dużych liści w świe­tle sło­necz­nym mie­niła się żół­cią, a wraz z wie­czor­nym mro­kiem okry­wała się patyną. Zie­leń sosen, szma­rag­dowa zie­leń i jesz­cze wiele innych odcieni, któ­rych nie potra­fiła opi­sać. I te róże... Pnące róże, które oka­lały jej okno wycho­dzące na morze. Ogromne czer­wone, różowe, białe i żółte róże... Pąki, które nie­ba­wem się roz­winą. Wicio­krzewy roz­ta­cza­jące wokół sie­bie znie­wa­la­jący zapach pod wpły­wem naj­mniej­szego podmu­chu wia­tru.

Naj­więk­szy podziw budziły w niej białe magno­lie. Uwiel­biała też kwiaty gra­natu, napeł­nia­jące czło­wieka rado­ścią życia.

Gdy po raz pierw­szy zoba­czyła w Fondi deszcz, ogar­nęło ją trudne do opi­sa­nia uczu­cie. Poczuła jakiś nie­znany zapach. Dopiero póź­niej zro­zu­miała, co spra­wiało, że miała ochotę krzy­czeć ze szczę­ścia. To był zapach ziemi! Wene­cja­nom miesz­ka­ją­cym wśród kana­łów był on obcy. Pełna unie­sie­nia wybie­gła na taras przed swoim poko­jem. Roz­ło­żyła ramiona, jakby chciała objąć spa­da­jące kro­ple, i wdy­chała zapach ziemi.

Nie tylko ze względu na piękno natury, zie­leń lasu, błę­kit nieba, cudowne kwiaty, śpiew pta­ków i zapach ziemi Ceci­lia Baffo uwa­żała, że Fondi to praw­dziwy raj.

Dobrze, że posłu­chała rady Julii. Przed opusz­cze­niem Wene­cji napi­sała list do Mar­cella. Dzie­sięć dni po tym, jak przy­były do Fondi, sta­nął przed nią Mar­cello Man­cini, przy­stojny mło­dzie­niec o czar­nych jak węgle oczach i uśmiech­nię­tej twa­rzy, którą oka­lały czarne, krę­cone włosy. Wpraw­dzie Julia nie pozwa­lała zosta­wać im samym, ale Ceci­lia od czasu do czasu znaj­do­wała jakiś spo­sób, aby wie­czo­rem

- cho­ciaż na chwilę - rzu­cić się w ramiona Mar­cella.

Był jesz­cze Seba­stiano. Odkryła go pierw­szego dnia, gdy wyszły na ląd. Do tej pory myślała, że weneccy męż­czyźni są naj­przy­stoj­niejsi. Seba­stiano spra­wił, że zmie­niła zda­nie. Wie­czo­rem napi­sała w swoim pamięt­niku: "Boże, jakiż on wspa­niały!". Przy­po­mi­nał jej rzeźbę Apolla. Jed­nak Apollo był z kamie­nia, mar­muru, więc był zimny jak lód, a Seba­stiano był żywy. Był Apol­lem o pło­ną­cym wzroku, który spra­wiał, że serce zaczy­nało bić szyb­ciej.

Zanim przy­je­chał Mar­cello, zado­wa­lała ją obec­ność Seba­stiana. Pro­siła Julię o pozwo­le­nie i szła nad brzeg morza, żeby się z nim zoba­czyć. Za każ­dym razem obie­rała tę samą tak­tykę. Sta­wała przy wycią­gnię­tych na pia­sek łodziach i uda­wała, że wpa­truje się w morze. Był to znak: "Tutaj jestem". Natych­miast poja­wiał się Seba­stiano, roz­cią­ga­jąc usta w uśmie­chu, a biel jego zębów wybi­jała się przy ciem­nej od słońca cerze.

- Piękny mamy dzień, prawda, signo­rino Baffo?

Ten głos... odbie­rał jej zmy­sły. Dopiero gdy usły­szała Seba­stiana, dowie­działa się, że męski głos może wzbu­dzać taką burzę uczuć. Cho­ciaż miała ochotę objąć go za szyję, zacho­wy­wała nale­żyty dystans, jak przy­stało na pannę z dobrego domu.

- Piękny? Spójrz­cie, nawet nie widać słońca.

- Będzie piękny, bo was zoba­czy­łem. Nie zauwa­ży­łem, że słońce ukryło się za chmu­rami.

Uwo­dzi­ciel! Wie­dział, że tymi sło­wami pie­ści jej serce.

Gdy przy­je­chał Mar­cello, sprawy nieco się skom­pli­ko­wały. Ceci­lia cie­szyła się z jego przy­by­cia, ale czuła się roz­darta mię­dzy dwoma męż­czy­znami. Szcze­gól­nie tego ranka, gdy powie­działa mu, że idą nad morze. Była prze­ko­nana, że Mar­cello zosta­nie w pałacu, ale póź­niej usły­szała, że pytał Julię:

- Czy uczy­ni­cie mi ten honor i pozwo­li­cie towa­rzy­szyć moim dwóm pięk­nym paniom?

Joanna Ara­goń­ska, ina­czej, niż Ceci­lia się spo­dzie­wała, odparła, że sprawi jej to wielką radość.

W powo­zie sie­dzieli z Mar­cel­lem obok sie­bie. Uprzej­mie odpo­wia­da­jąc na jego pochleb­stwa, myślami była przy Seba­stia­nie. Z pew­no­ścią ich zoba­czy. Czy będzie zazdro­sny o Mar­cella?

Stało się to, czego się oba­wiała. Seba­stiano ujrzał ich, gdy spa­ce­ro­wali w oto­cze­niu całej armii słu­żą­cych. Wyszedł spo­mię­dzy roz­wie­szo­nych do wyschnię­cia sieci.

- Dzień dobry, donno Julio. Dzień dobry, signo­rino Baffo. Panie...

Uśmiech na jego twa­rzy był pełen napię­cia. Ceci­lia jesz­cze ni­gdy nie widziała, żeby miał aż tak ścią­gnięte brwi, tak jakby w myślach zada­wał sobie pyta­nia: "Kim jest ten męż­czy­zna? Czego szuka u boku Ceci­lii?".

Mar­cello miał wszystko, czym powi­nien się cecho­wać dobrze uro­dzony, uprzejmy Wene­cja­nin. Wyjął koron­kową chu­s­teczkę zza man­kietu pli­so­wa­nej koszuli, wysta­ją­cego spod rękawa saty­no­wej mary­narki, i zakrył nią nos. Z pew­no­ścią on także zasta­na­wiał się, jak ten męż­czy­zna, prze­siąk­nięty zapa­chem ryb, śmie wycho­dzić naprze­ciw dwóm pięk­nym damom. Jego powi­ta­nie tak nie­wiele dla niego zna­czyło, że nie chciało mu się nawet zapy­tać, kim jest ten męż­czy­zna.

Tego wie­czoru Ceci­lia była smutna, po raz pierw­szy odkąd przy­była do Fondi. "Nie wiem, co zro­bię", zapi­sała w pamięt­niku. Zapy­tała o to Julię, gdy wró­ciły z prze­chadzki.

Piękna kobieta o fry­wol­nym spoj­rze­niu w jed­nej chwili zmie­niła się w świętą Joannę Ara­goń­ską chrze­ści­jań­skiego świata.

- Na szczę­ście, moja słodka, Bóg stwo­rzył dla nas, kobiet, dwa rodzaje męż­czyzn.

- Dwa rodzaje?

- Tak, moja droga. Dwa rodzaje. Jedni to męż­czyźni, za któ­rych wycho­dzi się za mąż.

- A dru­dzy?

Kobieta bły­ska­wicz­nie wyszła z roli świę­tej i znowu stała się smu­kłą i powabną Julią.

- Męż­czyźni, któ­rych się kocha.

Ceci­lia spoj­rzała na nią z sze­roko otwar­tymi oczami. Słu­chała uważ­nie.

- A dokład­niej, moja słodka - szep­nęła - męż­czyźni, z któ­rymi się sypia.

Ceci­lia oblała się rumień­cem. Ze wstydu nawet nie zapi­sała tego w pamięt­niku. Ukryła to głę­boko w pamięci jak naj­więk­szy sekret.

Julia była jesz­cze dziec­kiem, gdy wyszła za mąż za księ­cia Wespa­zjana. Męż­czy­zna nie oka­zał się zbyt żywotny - zmarł nie­spełna dwa lata po ślu­bie. Kobieta od trzech lat była wdową i wio­dła życie wśród prze­py­chu i bogac­twa, które zostały jej w spadku po mężu. Czyżby w jej życiu byli męż­czyźni, któ­rych kochała, a dokład­niej - wsty­dziła się nawet o tym pomy­śleć - z któ­rymi sypiała?

"Do któ­rych należy Mar­cello?", Ceci­lia zano­to­wała w pamięt­niku tylko to jedno zda­nie. I tak nikt oprócz niej nie zro­zu­mie tego pyta­nia. "A do któ­rych Seba­stiano?", dopi­sała po chwili.

Przy­po­mniało jej się, jak szla­chetny Mar­cello Man­cini zakrył nos chu­s­teczką. Piękna bra­ta­nica doży wenec­kiego Ceci­lia Baffo nie mogła poślu­bić śmier­dzą­cego rybami wie­śniaka. "W takim razie - zachi­cho­tała w duchu - Seba­stiano należy do dru­giego rodzaju". Nagle poczuła, że policzki jej pąso­wieją.

Wie­czory w raj­skim Fondi miały swój urok. Słu­żący zapa­lali w ogro­dzie mnó­stwo papie­ro­wych lam­pio­nów. Pospiesz­nie wymie­niali pochod­nie, zanim zdą­żyły przy­ga­snąć. Oprócz małych sto­li­ków roz­sia­nych pod drze­wami przed dużą fon­tanną usta­wiony był wielki, długi stół. Joanna Ara­goń­ska jadała przy nim posiłki w towa­rzy­stwie elit Fondi, ary­sto­kra­tów pocho­dzą­cych z miejsc, o któ­rych Ceci­lia po raz pierw­szy sły­szała, muzy­ków, mala­rzy, rzeź­bia­rzy, dam oraz oczy­wi­ście jej samej.

"Jest jesz­cze ten ponury Hisz­pan - zapi­sała w pamięt­niku. - Podobno pisze książki. W ogóle mnie nie inte­re­suje. Jest odpy­cha­jący i łysy". Nagle coś przy­szło jej do głowy. "Czyżby ten łysol był męż­czy­zną Julii nale­żą­cym do dru­giego rodzaju?".

"Przyj­rzyj się uważ­nie tym dwojgu", zano­to­wała. Tylko Ceci­lia wie­działa, kogo ma na myśli - Joannę Ara­goń­ską i łysego męż­czy­znę.

- Kim jest ten łysy bro­dacz? - zapy­tała nie­spo­dzie­wa­nie pew­nego wie­czoru.

- Juan de Valdés10, moja słodka - odparła Julia bez mru­gnię­cia. - To refor­ma­tor, przed któ­rym drży Kościół. I pisarz. Rzym go nie lubi. Ten ary­sto­krata był zmu­szony opu­ścić Hisz­pa­nię z obawy przed inkwi­zy­cją.

Ceci­lię prze­szedł dreszcz na sam dźwięk tego słowa.

Pod­czas wie­czor­nych spo­tkań dziew­czyna z nie­cier­pli­wo­ścią wycze­ki­wała jed­nego - tań­ców. Julia uno­siła rękę i poja­wiali się muzycy. Naj­pierw dawały się sły­szeć rado­sne dźwięki man­do­lin. Brzęk tam­bu­ry­nów ozdo­bio­nych kolo­ro­wymi wstąż­kami zapra­szał wszyst­kich do tańca. Każ­dego wie­czoru to ona tań­czyła naj­wię­cej.

I każ­dego wie­czoru spo­tka­nie koń­czyło się tak samo. Gaszono latar­nie i pochod­nie, a nocne ciem­no­ści oświe­tlały już tylko błysz­czące na nie­bie gwiazdy. Cie­pły letni wiatr przy­no­sił znad morza lub z lasu nie­opi­sane zapa­chy. Gdy tań­czący uno­sili głowy, widzieli spa­da­jącą gwiazdę albo podzi­wiali księ­życ w pełni.

I wła­śnie w tej chwili z lasu pły­nęły wzru­sza­jące dźwięki man­do­liny. Po chwili dołą­czał do nich rzewny męski głos śpie­wa­jący pieśń pełną miło­ści... Żegnano gości, wszy­scy roz­cho­dzili się do swo­ich kom­nat, a wygry­wana na man­do­li­nie melo­dia cichła.

Takim wła­śnie rajem było Fondi. Jed­nak Ceci­lia uwa­żała, że nikt, nawet Julia, tego nie zauwa­żał. Nawet jeśli o tym nie mówiono, na wszyst­kich twa­rzach można było dostrzec ślady nie­po­koju. W powie­trzu wisiał strach. Ceci­lia czuła go, zanim opu­ściła Wene­cję.

Podob­nie jak pozo­stali, ona też znała imię tego lęku: Osma­no­wie!

Przed nimi wypły­nęły w morze trzy wenec­kie galery. Za nimi pły­nęło dzie­więć okrę­tów wojen­nych. Miało się wra­że­nie, że Joanna Ara­goń­ska nie wraca do domu z wizyty w Wene­cji, ale pły­nie na wojnę.

Kapi­tan czę­sto wycho­dził na pokład. Pod­no­sił lunetę i z nie­po­ko­jem prze­cze­sy­wał wzro­kiem hory­zont. Ponie­waż Morze Śród­ziemne roiło się od osmań­skich kor­sa­rzy, nie opusz­czali wód Adria­tyku i po dwóch dniach zeszli z okrętu. Na szczę­ście w tym cza­sie nie natknęli się na Osma­nów. Jed­nak wszy­scy wie­dzieli, że gdzieś tam są i pew­nego dnia przy­będą.

Na brzegu wsia­dły do cze­ka­ją­cego na nie powozu i natych­miast wyru­szyły w drogę. Ceci­lia nie była przy­zwy­cza­jona do tak dłu­gich podróży małym jak pudełko, nie­ustan­nie trzę­są­cym się powo­zem. Była córką morza. Pią­tego dnia, gdy słońce oświe­tliło domo­stwo za wzgó­rzami, widok Fondi zaparł jej dech w pier­siach. Przed nimi, za nie­opi­saną zie­le­nią, roz­cią­gał się bez­kre­sny błę­kit. Nawet teraz pamię­tała, jak malu­jące się na twa­rzach zmę­cze­nie w jed­nej chwili znik­nęło.

IV. Gdzieś na Morzu Tyrreńskim. Środek lata

IV Gdzieś na Morzu Tyr­reń­skim Śro­dek lata

Towa­rzy­sze broni, któ­rzy wal­czyli ramię w ramię w wielu bitwach, wstrzy­mali oddech, gdy na mostek wyszedł ojciec kapi­tan. Więk­szość z leven­tów nie pamię­tała, od jak dawna wal­czyła pod jego żaglami prze­ciwko giau­rom, ginąc i odbie­ra­jąc życie. W tym cza­sie nawet nie mieli jesz­cze wąsów. Wielu spo­śród nich stra­ciło życie, ale ci, któ­rzy pozo­stali, byli pewni, że na zawsze będą im towa­rzy­szyć. Wie­dzieli, że gdzie­kol­wiek na Morzu Śród­ziem­nym uniosą ręce ku niebu i odmó­wią Fatihę, słowa modli­twy dotrą do ich dusz. Prze­cież odda­wali życie za to, żeby całe Morze Białe uczy­nić swoją ojczy­zną. A teraz to samo działo się na wiel­kim oce­anie. W któ­rą­kol­wiek stronę spoj­rzeć, wszę­dzie widać było czer­wono-zie­lone ban­dery Wiel­kiego Impe­rium Osmań­skiego. Gdy tylko nad­sta­wić ucha, na jed­nej z galer sły­chać było ezan recy­to­wany przez któ­re­goś z leven­tów poru­sza­ją­cym gło­sem. Na całym Morzu Śród­ziem­nym góro­wała potęga suł­tana Sulej­mana, napeł­nia­jąca serca przy­ja­ciół dumą, a wro­gów - stra­chem.

Sta­rzy to wie­dzieli, mło­dzi dopiero się uczyli. Ojciec kapi­tan, odkąd został kapi­tanem Hyzy­rem, nie był zbyt roz­mowny przed bitwą.

Patrzył na każ­dego z osobna swo­imi pło­ną­cymi oczami, jakby obej­mo­wał ich spoj­rze­niem, cało­wał ich w czoła i mówił:

- Co za szczę­ście. Jeśli prze­ży­jemy, będziemy gazi, jeśli umrzemy, umrzemy za pady­sza­cha. Niech ci, któ­rzy prze­żyją, nie cie­szą się, a ci, któ­rzy odejdą, nie żałują. W raju czeka na nich nasz pro­rok Maho­met.

W ciągu dnia kryli się w cie­niu wąskich zatok Morza Tyr­reń­skiego, w noc­nym mroku wcią­gali żagle i nie zapa­la­jąc ani jed­nego świa­tła, kie­ro­wali się na pół­noc. Gdy Haj­rad­din Pasza wyszedł na mostek, pojęli, że dotarli do celu. Nad­szedł czas. Naresz­cie levenci mogli zdjąć z sie­bie prze­bra­nia kup­ców i wło­żyć nie­bie­skie spodnie wią­zane w kola­nach, a na nagie torsy - czer­wone kami­zelki.

Ojciec kapi­tan stał przez chwilę w mil­cze­niu, głasz­cząc się po rudej bro­dzie. Z jego oczu try­skały skry. Spoj­rzał na swoją załogę. Mimo ciem­no­ści widział wszyst­kich, nawet tych sto­ją­cych naj­da­lej. Nagle uniósł prawą rękę. Mary­na­rze wstrzy­mali oddech. Na pokła­dzie zapa­dła cisza.

- Czter­dzie­stu dży­gi­tów!

Głos Haj­rad­dina Paszy spra­wił, że prze­szedł ich dreszcz. Gdy czter­dzie­stu męż­czyzn w jed­nej chwili usta­wiło bose stopy na bacz­ność, przy­su­wa­jąc je po deskach pokładu, roz­legł się dziwny dźwięk. W ten spo­sób czter­dzie­stu męż­czyzn, goto­wych na śmierć, pozdra­wiało swo­jego kapi­tana.

- Od tej pory wśród giau­rów będą was nazy­wać Czter­dzie­stoma Gniew­nymi Sulej­mana Chana. Choćby został tylko jeden z was, mój roz­kaz jest nie­zmienny: Wyrwij­cie serce giau­rowi i przy­nie­ście mi je. Zrób­cie to, żeby ci inno­wiercy poznali potęgę Impe­rium Osmań­skiego. Niech się prze­ko­nają, jak zasta­wia się pułapki, jak się ata­kuje i prze­pro­wa­dza zama­chy. Nie wolno wam dostać się do nie­woli, dży­gici! Pamię­taj­cie o Isma­ilu z Ala­iye. Wie­rzę w was. Dotrzy­maj­cie przy­sięgi zło­żo­nej naszemu panu. Zarzuć­cie sobie na plecy honor Rzymu i przy­nie­ście go mnie. Modlę się za was! Niech wyru­szy czter­dzie­stu i czter­dzie­stu powróci.

Ismail z Ala­iye, czło­wiek kapi­tana Tur­guta, został ura­to­wany po tym, jak przez lata gnił w hisz­pań­skich lochach. Wró­cił do sto­licy, gdzie umiesz­czono go w kwa­te­rach leven­tów. Jadł z nimi z jed­nej misy. Jed­nak mimo że wydo­stał się z nie­woli, to potężny jak góra Ismail cier­piał na ści­na­jącą go z nóg cho­robę - epi­lep­sję.

W osmań­skiej flo­cie nie było nikogo, kto nie sły­szałby histo­rii Isma­ila. A ci, któ­rzy jej nie sły­szeli, pozna­wali ją od tych, któ­rzy już ją znali. Męż­czy­zna znik­nął rów­nie szybko, jak się poja­wił.

Levenci wspo­mi­nali go, gdy w dłu­gie noce koły­sali się na falach. Ist­niał jed­nak pewien prze­raź­liwy sekret, o któ­rym nikt z nich nie sły­szał. Bo skąd mogli wie­dzieć, że giau­rzy zatruli umysł Isma­ila i wysłali go, żeby zabił piękną córkę suł­tana Sulej­mana - Mih­ri­mah?

W rze­czy­wi­sto­ści cho­roba, która go nękała, nie miała nic wspól­nego z epi­lep­sją. Przy­czyną tych strasz­li­wych ata­ków był nar­ko­tyk, od któ­rego uza­leż­nili go giau­rzy, trzy­ma­jąc w nie­woli. W całym Wiel­kim Impe­rium Osmań­skim tę prawdę znali tylko suł­tan Sulej­man i admi­rał Haj­rad­din Pasza z listu, który pozo­sta­wił Ismail. Levenci byli prze­ko­nani, że Ismail prze­padł, chcąc zemścić się na giau­rach.

Nikt nic wię­cej nie powie­dział. Nie było żad­nych pytań ani poże­gnań. Czter­dzie­stu dży­gi­tów w ciszy prze­szło przed Haj­rad­di­nem Paszą. Gdy widoczne w oddali świa­tła Fondi zaczęły gasnąć, w noc­nych ciem­no­ściach czter­dzie­stu mary­na­rzy zje­chało po linach zwi­sa­ją­cych z mrocz­nego gale­onu w chłodne mor­skie wody.

V. Pałac Fondi. Tej samej nocy

V Pałac Fondi Tej samej nocy

Nie ura­to­wa­łaby się, nawet gdyby Julia pospie­szyła jej z pomocą. Ceci­lia czuła, że jej opór stop­niowo słab­nie. Z coraz mniej­szym prze­ko­na­niem sprze­ci­wiała się Mar­cel­lemu. Słowa odmowy coraz bar­dziej przy­po­mi­nały zapro­sze­nie. "W końcu ja też jestem czło­wie­kiem - powta­rzała sobie, czu­jąc nie­po­ha­mo­waną żądzę ze strony męż­czy­zny. - Moja wytrzy­ma­łość i opór też mają swoje gra­nice. Spójrz, dokąd się­gają ręce tego roz­pust­nika".

Ale to nie ręce, lecz usta Mar­cella dopro­wa­dzały Ceci­lię do sza­leń­stwa. Jego szorst­kie, grube wargi. Usta męż­czy­zny były jak roz­grzane węgle. Paliły miej­sce, któ­rego dotknęły. Ceci­lia Baffo nie wie­działa, co zro­bić, gdy odrzu­cił na bok maskę z gęsich piór i zaczął ją cało­wać.

Kiedy jego usta scho­dziły coraz niżej w dół szyi, była bli­ska utraty zmy­słów.

- Puść mnie, Mar­cello Man­cini. - Jej szept zmie­nił się w jęk.

- Pro­szę, pro­szę... - Tylko to zdo­łał wydu­sić z sie­bie Mar­cello, nie licząc oczy­wi­ście ury­wa­nego odde­chu przy­wo­dzą­cego na myśl gniewne powar­ki­wa­nie tygrysa.

- Puść mnie...

Małymi dłońmi pró­bo­wała się obro­nić przed doty­kiem ust Mar­cella. Coraz moc­niej opla­tał ramio­nami jej talię, aż w końcu przy­warła swo­imi dużymi jak na jej wiek pier­siami do torsu męż­czy­zny. Ten dotyk spra­wił, że oboje stra­cili głowy.

Nawet gdyby powstrzy­mała jego roz­pa­lone wargi, nie mogła ode­przeć jego rąk. Nie przy­pusz­czała, że Mar­cello może być tak silny. Jego dło­nie były jak sta­lowe cęgi. Pocie­rał nimi, ści­skał, szar­pał, po czym nagle jego dotyk sta­wał się miękki i deli­katny jak aksa­mit.

Ich odde­chy i jęki były jak burza w ciem­nym kory­ta­rzu.

- Do cie­bie mówię, Man­cini... Prze­stań! Jeśli ktoś nas zoba­czy... Skan­dal...

- Nie obcho­dzi mnie to... Już...

Wie­działa, że jeśli nie ustąpi, za chwilę mu się podda. W końcu dała za wygraną: "Mnie też to nie obcho­dzi. Niech będzie, co ma być".

W tej samej chwili miały miej­sce dwa cudy.

Ceci­lia zauwa­żyła, że trój­gra­nia­sty kape­lusz Mar­cella Man­ci­niego upadł na pod­łogę, a upu­dro­wana srebrna peruka zsu­nęła się na bok. Peruka prze­wią­zana na końcu wielką ama­ran­tową kokardą prze­sło­niła mu brwi, spra­wia­jąc, że młody męż­czy­zna przy­po­mi­nał bła­zna, jakiego widziała na kier­ma­szach. Jego ścią­gnięta pożą­da­niem twarz przy­brała komiczny wyraz. Ceci­lia nie mogła się powstrzy­mać. Z jej ust wydo­był się śmiech, aż oczy zaszły jej łzami.

Mar­cello nie wie­dział, co się dzieje. Ręce na talii dziew­czyny roz­luź­niły się.

- Dla­czego się śmie­jesz?

Nie była w sta­nie wydo­być z sie­bie słowa. Wska­zała tylko pal­cem i dalej śmiała się do roz­puku.

Z jej ust wydo­była się tylko jedna sylaba:

- Ka... Ka...

Ogień namięt­no­ści zgasł rów­nie szybko, jak się roz­pa­lił. Żądza Mar­cella zamie­niła się w popiół.

- Hej! Co tu się dzieje?

To był drugi cud. W ich stronę zmie­rzała szyb­kim kro­kiem piękna Julia w tiu­lo­wej sukni. Świa­tło pochodni, znaj­du­ją­cej się na prze­ciw­le­głym końcu kory­ta­rza, się­gało do każ­dego zała­ma­nia i spię­trze­nia tka­niny, uka­zu­jąc kon­tury wspa­nia­łego ciała Julii w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach. Ten widok spra­wiał, że krew w żyłach wrzała, i dzia­łał na wyobraź­nię bar­dziej, niż gdyby kobieta była naga.

- Nic - rzu­ciła Ceci­lia pospiesz­nie. - Mar­cello opo­wie­dział mi tak śmieszną histo­rię, że nie mogłam się opa­no­wać.

Widok prze­krzy­wio­nej peruki Man­ci­niego i jego ścią­gnię­tej pożą­da­niem twa­rzy oraz piersi Ceci­lii, które szybko pod­no­sząc się i opa­da­jąc, nie­omal nie wyśli­zgnęły się z dekoltu, nie pozo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści, co to była za histo­ria.

- Doprawdy? Mam nadzieję, że pew­nego dnia nam też ją opo­wiesz, młody Man­cini - stwier­dziła i zwró­ciła się do Ceci­lii: - Chodźmy, moja słodka. Czas spać.

Podą­żyła za kobietą, zosta­wia­jąc Mar­cella samego.

Julia otwo­rzyła drzwi i weszły do kom­naty Ceci­lii.

- Bądź ostrożna, moja słodka - wyszep­tała. - Jesteś na nie­bez­piecz­nych wodach.

Póź­niej uca­ło­wała dziew­czynę w poli­czek i wyszła.

Ciało Ceci­lii wciąż drżało od unie­sie­nia, jakie nie­dawno prze­żyła. Zanim poło­żyła się do łóżka, się­gnęła po pamięt­nik. Uło­żyła się na brzu­chu, otwo­rzyła zeszyt i zano­to­wała:

8 sierp­nia, Fondi

Jestem na nie­bez­piecz­nych wodach...

- Signo­rino Baffo... Signo­rino Baffo...

Ceci­lia wypro­sto­wała się w łóżku, sły­sząc dobie­ga­jący z zewnątrz szept. Zaczęła się wsłu­chi­wać. Cisza. "Musiało mi się wyda­wać", prze­szło jej przez myśl.

- Signo­rino Baffo, to ja... Seba­stiano...

Seba­stiano? Co on robi w pałacu?

Natych­miast wyszła na taras. Wiatr roz­wie­wał jej włosy i lubież­nie błą­dził pod suk­nią. Księ­życ dawno scho­wał się za wzgó­rzem. Gwiazdy też jakby znik­nęły. Na dole, w latarni pośrodku dzie­dzińca pło­nęła tylko jedna świeca, a i jej pło­mień nie był w sta­nie oświe­tlić nawet jej samej. W oddali, w miej­scu, gdzie powinno znaj­do­wać się morze, była teraz czarna, atra­men­towa plama.

- Signo­rino Baffo...

To naprawdę był głos Seba­stiana.

- Gdzie jeste­ście? Nie widzę.

- Tutaj... Pod różą pnącą się do waszego tarasu...

Gdyby nie błysk w jego oczach, nie dostrze­głaby go w tych ciem­no­ściach.

- Postra­da­li­ście zmy­sły? Co tu robi­cie? Służba...

- Nie obcho­dzi mnie to, signo­rino. Musia­łem was zoba­czyć.

Jej serce biło jak osza­lałe ze szczę­ścia i z eks­cy­ta­cji. Mimo to skar­ciła go szep­tem:

- Natych­miast odejdź­cie. Odejdź­cie stąd, zanim was zła­pią.

- Nie odejdę, nie zabraw­szy was ze sobą.

"Mnie?". Ten chło­pak naprawdę osza­lał. Bez niej! Ciem­no­ści Fondi były magiczne. Nie można było prze­wi­dzieć, co pojawi się pośród nich. Teraz wła­śnie tak się stało. Tym razem z mroku uka­zał się Seba­stiano, za któ­rym podą­żały jej myśli, nawet gdy drżała w ramio­nach Mar­cella: "Cie­kawe, jak on całuje".

- Osza­le­li­ście, Seba­stiano. Zaraz ktoś was usły­szy. Natych­miast stąd odejdź­cie. Jeśli was zła­pią... Bła­gam, odejdź­cie stąd.

- Nie odejdę, nie zabraw­szy was ze sobą.

- Dokąd?

- Do ogrodu... Pro­szę, signo­rino Baffo. Nie widzia­łem was od tylu dni. Chwilka... Tylko chwilka. Pro­szę.

- Nawet jeśli­bym chciała, nie mogę, Seba­stiano. Na wszyst­kich pię­trach są straże. Nie wypusz­czą mnie o tej porze.

Nastała cisza. Zro­zu­miała, że Seba­stiano się zasta­na­wia. "Niech to szlag. Nie pomy­śla­łem o tym". Jed­nak jego waha­nie nie trwało długo.

- Dobrze, w takim razie was zniosę.

- Teraz mam pew­ność. Postra­da­li­ście zmy­sły. Ni­gdy w życiu.

- Pro­szę, Ceci­lio.

Nikt ni­gdy tak pięk­nie nie wypo­wie­dział jej imie­nia.

- Spadnę.

- Przy­trzy­mam was. Nie bój­cie się.

"Mój Boże - pomy­ślała Ceci­lia, scho­dząc po balu­stra­dzie tarasu. - To Fondi jest sza­lone. Dwóch kochan­ków w jedną noc. Julia miała rację. Naprawdę jestem na nie­bez­piecz­nych wodach".

Julia nie mogła zasnąć. Leżała w łożu, wpa­tru­jąc się w sufit. Chra­pa­nie wyczer­pa­nego namięt­no­ścią Armanna odbi­jało się echem wśród ścian. Przez chwilę w miej­scu umię­śnio­nego ciała roz­cią­gnię­tego na łóżku zoba­czyła swo­jego zmar­łego męża Wespa­zjana Colonnę. Nie potra­fiła nawet wyobra­zić sobie męż­czy­zny, za któ­rego wydano ją za mąż, gdy miała zale­d­wie dwa­na­ście lat. Przy­mknęła oczy. Był opa­sły, brzydki, ordy­narny, nie­czuły, zacie­kły i surowy. To mał­żeń­stwo było dla niej tor­turą.

Ale Kościół był szczę­śliwy, że zosta­nie żoną członka rodu Colonna, wspie­ra­ją­cego Rzym zło­tem i swo­imi okrę­tami. Ojcu Świę­temu nawet przez myśl nie prze­szło, żeby sprze­ci­wić się mał­żeń­stwu dziew­czyny, która wła­ści­wie była jesz­cze dziec­kiem, z czter­dzie­ści lat od niej star­szym męż­czy­zną. Wręcz prze­ciw­nie, pobło­go­sła­wił ich zwią­zek i w ciągu jed­nej chwili Julia Gon­zaga stała się Julią Colonną. Teraz była poślu­biona Kościo­łowi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Wenecki Arse­nał (wł. Arse­nale di Vene­zia) - kom­pleks stocz­niowo-zbro­je­niowy, usy­tu­owany w wenec­kiej dziel­nicy Castello, w swo­jej pier­wot­nej for­mie powstał na początku XIII wieku. Budo­wano w nim okręty wojenne i han­dlowe two­rzące potęgę mor­ską Repu­bliki Wenec­kiej. W XVI wieku Arse­nał stał się naj­po­tęż­niej­szą i naj­efek­tyw­niej­szą stocz­nią na świe­cie. Wyko­rzy­sty­wano w nim inno­wa­cyjne tech­niki kon­struk­cyjne, a jed­nym z dorad­ców tam­tej­szych inży­nie­rów był sam Gali­le­usz. Arse­nał był wie­lo­krot­nie prze­bu­do­wy­wany i odbu­do­wy­wany, jako czę­sty cel wro­gich ata­ków. Nie jest prawdą, że kom­pleks został doszczęt­nie znisz­czony przez Tur­ków. Budowla zacho­wała się do cza­sów współ­cze­snych i cho­ciaż jest zamknięta dla tury­stów, okre­sowo odby­wają się tam wystawy i targi. (Wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki). [wróć]

2. Pijal Pasza (tur. Piy­ale Paşa) (1515-1578) to osmań­ski admi­rał floty, chor­wac­kiego pocho­dze­nia. W nagrodę za roz­gro­mie­nie, wraz z kapi­ta­nem Tur­gu­tem, chrze­ści­jań­skiej floty pod wodzą Gio­van­niego Andrei Dorii w bitwie pod Dżerbą w 1560 roku, suł­tan Selim II dał mu za żonę swoją córkę Gevher Han. (Zgod­nie ze źró­dłami histo­rycz­nymi w tym cza­sie Pijal Pasza brał udział w pod­boju Cypru nale­żą­cego wów­czas do Wene­cji). [wróć]

3. Yasef Nassi (Józef Nassi) - żydow­ski dyplo­mata i urzęd­nik na dwo­rze osmań­skim w cza­sach pano­wa­nia Sulej­mana Wspa­nia­łego i Selima II. Poparł Selima w walce o tron mię­dzy nim a Baja­zy­dem. W uzna­niu za jego liczne zasługi i osią­gnię­cia (m.in. pod­czas wojny turecko-wenec­kiej) Selim mia­no­wał go księ­ciem w Księ­stwie Naksos (Księ­stwie Egej­skim), utwo­rzo­nym przez Wene­cjan na archi­pe­lagu Cyklad, które zostało pod­bite przez Osma­nów w XVI wieku. [wróć]

4. Dżab­bar - imię pocho­dze­nia arab­skiego, ozna­cza­jące tyrana, czło­wieka poryw­czego, uży­wa­ją­cego siły i przy­musu. [wróć]

5. Safian - miękka i cienka skóra koźla lub bara­nia, odpo­wied­nio wypra­wiona garb­ni­kami roślin­nymi i bar­wiona, uży­wana do pro­duk­cji obu­wia, obić mebli oraz oprawy ksią­żek. [wróć]

6. Murano to grupa wysp, nie­gdyś nale­żąca do Wene­cji, a obec­nie do Włoch, słynna na całym świe­cie z pro­duk­cji szkła, które wytwa­rzano tam od VIII wieku. Naj­więk­szy roz­wój tego rze­mio­sła miał miej­sce w XIII wieku za sprawą rze­mieśl­ni­ków bizan­tyj­skich, któ­rzy zbie­gli do Wene­cji w cza­sach IV kru­cjaty. Tam­tej­sze wyroby, nazy­wane "szkłem wenec­kim", cha­rak­te­ry­zują się nie­zwy­kłym nasy­ce­niem szkła kolo­rem, przej­rzy­sto­ścią oraz wymyśl­nymi tech­ni­kami deko­ra­cyj­nymi. [wróć]

7. Wielki Kanał (wł. Canal Grande) - wybu­do­wany w XV wieku kanał prze­pły­wa­jący przez całą Wene­cję i dzie­lący ją na dwie czę­ści. [wróć]

8. Od 1488 roku Cypr sta­no­wił bazę wojenną Repu­bliki Wenec­kiej. Piraci cypryj­scy czę­sto ata­ko­wali jed­nostki turec­kie, co w rezul­ta­cie stało się przy­czyną turec­kiego ataku na wyspę w 1570 roku, który był począt­kiem V wojny turecko-wenec­kiej o domi­na­cję na Cyprze, zakoń­czo­nej zwy­cię­stwem Tur­ków. [wróć]

9. Julia Gon­zaga po mężu Wespa­zja­nie przy­jęła nazwi­sko Colonna. [wróć]

10. Juan de Valdés (1509-1541) - hisz­pań­ski pisarz i refor­ma­tor reli­gijny, pio­nier ruchów refor­ma­torskich w Hisz­pa­nii i we Wło­szech. W 1530 roku, po wyda­niu swo­jej pierw­szej książki, w któ­rej kry­ty­ko­wał zepsu­cie Kościoła rzym­sko­ka­to­lic­kiego, z obawy przed inkwi­zy­cją uciekł z Hisz­pa­nii do Neapolu, gdzie osie­dlił się na stałe. Obra­cał się w inte­lek­tu­al­nych krę­gach, do któ­rych nale­żały także Vit­to­ria Colonna - rene­san­sowa poetka wło­ska i cio­teczna sio­stra Bony Sfo­rzy, żony Zyg­munta I Sta­rego i kró­lo­wej Pol­ski - oraz jej przy­rod­nia sio­stra Julia Gon­zaga. [wróć]