XXXIII. Stambuł. Nowy Pałac. Harem
XXXIII
Stambuł
Nowy Pałac
Harem
Trudno było pojąć, czy cierpienie tak szybko ustało, czy życie zawsze
takie było.
Ból po stracie Mehmeda - syna wielkiego sułtana Sulejmana - powoli
zaczął odchodzić.
Nurbanu westchnęła ze smutkiem.
- Zapomina się o umarłych.
Meneksze pokiwała głową.
- Ogień wypala miejsce, na które spadnie, pani.
Ten ogień spalił także Nurbanu. Jej marzenia i sny...
Dziewczyna spojrzała tak żałośnie, jakby zrozumiała jej myśli.
- Wy też wiele wycierpiałyście. Książę oddał ducha w waszych ramionach -
to nie jest łatwe. Dzięki Bogu, ta przerażająca choroba was nie... Tfu,
tfu, tfu...
Odkąd wróciła do haremu, większość mieszkańców pałacu schodziła z drogi
na jej widok, jakby została naznaczona przez śmierć. Było także wielu
takich jak Meneksze, którzy spluwali i mówili na prawo i lewo: "Boże,
uchowaj".
- Słyszałyście, pani? - Bez względu na to, czy Nurbanu słyszała, czy
nie, Meneksze i tak by jej o tym opowiedziała. - Nasz pan każdego dnia
udaje się do grobowca księcia Mehmeda i przesiaduje tam godzinami.
Hodżowie całymi dniami recytują Koran. Nasz padyszach powiedział podobno
do naczelnego architekta: "Liczę na ciebie, Sinaneddinie Ago. Wybuduj tu
taki meczet, a przy nim taki grobowiec, żeby uwieczniły imię mojego
Mehmeda. Niech nie za sto, lecz za tysiąc lat, każdy, kto będzie modlił
się pod stworzoną przez ciebie kopułą, odmówi Fatihę za duszę Mehmeda
Chana".
I po co to wszystko? Mogli się modlić, ile chcieli. Z miejsca, do
którego udał się Mehmed, nie było powrotu.
- A sułtanka haseki?
- To sułtanka Hürrem - powiedziała Meneksze z dumą. - Nikt nigdy nie
widział, żeby płakała. Jej damy dworu mówią, że na wieść o śmierci
Mehmeda nie uroniła ani jednej łzy.
Nurbanu także dziwiło zachowanie Hürrem. Jej oblicze było bez wyrazu, a spojrzenie lodowate. Jakby patrzyła, ale nie widziała. Nawet wtedy, gdy
zdradziła jej przerażającą tajemnicę, którą syn Hürrem wyszeptał do ucha
na łożu śmierci, także ani drgnęła.
Tymczasem głos Mehmeda wciąż brzmiał jej w uszach: "Za... Zabili mnie...
Gül... ba... har... Mahi...".
- To serce matki, pani - ciągnęła Meneksze, wzdychając. - Czy jest w stanie znieść coś takiego? Kto wie, jak rozpacza, gdy zostaje sama? Ile
krwawych łez wylała?
Tak musiało być. Ale czy wystarczy płakać? A zemsta? Co z nią będzie?
Skoro Mehmed odszedł, którego syna wykorzysta Hürrem, żeby rozegrać tę
partię szachów? Przyszedł czas na Żółtogłowego.
Nurbanu pokiwała głową.
- A jego bracia? Co robią?
Przez twarz Meneksze przemknął gorzki uśmiech.
- Co mają robić? - zapytała. W jej głosie słychać było wyrzut, a nawet
skrywany gniew. Przysunęła się nieco do swojej pani. - Selim, jak
wiecie, nie opuszcza swoich komnat. Mówią, że często zagląda do niego
jakiś żydowski kupiec. Yasef czy jakoś tak. Podobno przywozi księciu
Selimowi rzadkie gatunki win z obcych krain. Są też tacy, którzy
twierdzą, że sprowadza mu dziewczęta. Książę opuszcza Yasefa Efendiego
tylko wtedy, gdy kładzie się spać.
Wyraz jej twarzy zdradzał, że nie pochwala takiego zachowania.
- Umarł jego brat, a od niego jedne dziewczęta wychodzą, a następne do
niego przychodzą. Trwają nieustanne libacje. Wymyślił nawet, że ból po
stracie brata wypala mu serce, i pije, żeby zapomnieć o tym cierpieniu.
Kto miałby w to uwierzyć? Jeśli tak, to dlaczego pił przed śmiercią
Mehmeda? Nasz pan i haseki bardzo się tym martwią, choć nie dają tego
po sobie poznać.
Spojrzała na Nurbanu, jakby chciała zapytać: "Powiedziałam zbyt wiele?".
- Jeśli chodzi o księcia Bajazyda...
- Nieważne, Meneksze...
Nie interesowało jej, co robią Bajazyd i Dżihangir. Od pogrzebu Mehmeda
nie przestawała myśleć o Żółtogłowym. Nurbanu miała wrażenie, że wciąż
ją obserwuje. Nawet spotkali się wzrokiem. Dziewczyna kilka razy
przyłapała Selima na tym, jak jej się przygląda.
"Jedne dziewczęta wychodzą, następne przychodzą", tak? Ale czy któraś z nich jest wyjątkowa? Czy on też, jak Mehmed, ma swoją ukochaną?
Nagle zdała sobie sprawę, o czym myśli. Zastanawiała się, w jakim wieku
jest Selim. Miał dziewiętnaście lat. Nie mogła w to uwierzyć. Policzyła
jeszcze raz. Nie pomyliła się. Selim miał już dziewiętnaście lat. O,
rety! Jak ten czas szybko minął. Nurbanu niedługo miała skończyć
siedemnaście.
Meneksze zebrała rzeczy i opuściła komnatę. Wychodząc, coś powiedziała,
ale Nurbanu nie usłyszała. Znów miała mętlik w głowie. Dobrze znała to
uczucie. Coś się stanie. Nadchodzące dni przyniosą wiele zmian - była
tego pewna.
Dopóki nie upłynęło czterdzieści dni od śmierci Mehmeda, rankiem grób
syna odwiedzała Hürrem, a popołudniami sułtan
Sulejman.1 Ludność także napływała falami, żeby pomodlić się
za duszę nieszczęsnego księcia Mehmeda. Wypowiadano życzenia i wiązano
kolorowe gałganki na okolicznych drzewach. Grobowiec Mehmeda zmienił się
w drzewo życzeń.
Czterdziestego dnia w pałacu wrzało po raz
ostatni. Roznoszono sagany z chałwą. Do koszar wysłano tace pełne
przeróżnych dań. Przez cały dzień mury wypełniały głosy modlitw i hymnów. A wieczorem, pomimo chłodu, odczytywano Mevlid2. W czterech rogach placu ustawiono namioty odsłonięte od przodu. Największy
z nich należał do padyszacha. Namiot Hürrem i Mihrimah znajdował się
naprzeciwko niego. Po raz pierwszy widziała sułtana Sulejmana tej nocy,
gdy w łożu Mehmeda znaleziono skorpiona. Później patrzyła na niego z daleka podczas
pogrzebu i teraz. Wcale nie był taki, jak sobie wyobrażała - gruby,
garbaty, odrażający, o zdradzieckim spojrzeniu i bryzgający śliną z bezzębnych ust. Był przygnębiony jak jej ojciec. Jej ojciec nosił kozią
bródkę, a policzki Sulejmana były pokryte zarostem. Ojciec był wątły,
kruchy i wytworny, sułtan natomiast był postawny. W kaftanie obszytym
sobolowym futrem wyglądał potężnie jak góra.
Nurbanu stała nieco z boku, ale mimo to cieszyła się, że jest w tym
samym namiocie co sułtanka haseki i Mihrimah. Pozostałe damy dworu,
oczywiście oprócz Merzuki i Esmy, znajdowały się gdzieś indziej.
Przed dwoma namiotami zajmowanymi przez kobiety ustawiono kratę. Hürrem
i jej świta stały za zasłoną z czarnego tiulu.
Mężczyźni zajmujący wysokie stanowiska w pałacu przebywali w namiocie
razem z sułtanem. Wszyscy oprócz padyszacha siedzieli na kolanach.
Podobnie jak Rudobrody i jego korsarze podczas uroczystości pogrzebowych
na okręcie. Nurbanu postanowiła, że już nie będzie nazywała ich
korsarzami. Przypomniały jej się dni, gdy wykrzykiwała: "Innowiercy!".
Teraz wyznawała tę samą wiarę co oni. Razem z nimi rozchylała dłonie i recytowała Fatihę. Oni tylko wykonywali rozkazy, to wszystko. A także
odważnie stawiali czoła śmierci. Przyszło jej na myśl, że spała na koi
jednego z tych, którzy polegli. Jak on miał na imię? Il... Iljas.
Gdy była w Konyi, dwukrotnie słuchała Mevlidu. Jednak tego wieczoru po
raz pierwszy, wśród mrozu smagającego jej twarz, poczuła, że modlitwa ją
oczyszcza i rozgrzewa jej wnętrze. Po raz pierwszy udało jej się
wychwycić słowa: "Podano kielich pełen sorbetu...".
Od tamtej pory spodobało jej się, że podczas modlitwy czasami wszyscy
wstawali i głaskali się po plecach. To było coś wspaniałego. W ten
sposób można było się pozbyć poczucia samotności, bo wokół znajdowali
się ludzie chętni do wyciągnięcia ręki, gdyby zaistniała taka potrzeba.
Tej nocy też tak było. Za każdym razem, gdy kobieca ręka dotykała jej
pleców, czuła, że jest jedną z nich. Coraz bardziej była częścią
Imperium Osmańskiego. Przypomniała sobie, że w Konyi powiedziała księciu
Mehmedowi: "Jestem giaurem". Później zapytała:
"Czy giaur zawsze pozostanie giaurem? Nie ma wyjścia?". Poczuła wielki
ciężar, gdy na pytanie hodży: "Czy jesteś gotowa dostąpić światłości
islamu?", odpowiedziała twierdząco. Tej nocy pierwszy raz poczuła, że
uwolniła się od obwiniania siebie i od strachu, że Bóg ją za to ukarze.
Gdy przyszła kolej na modlitwę, wylała z siebie wszystkie pragnienia.
Najgoręcej prosiła Boga, żeby zesłał jej króla. "Żegnaj, Mehmedzie
Chanie - mruknęła w duchu. - Nie było mi pisane, żebyś został moim
królem. Bądź szczęśliwy tam, dokąd odszedłeś".
Następnego dnia rano najpierw usłyszała odgłosy pospiesznych kroków.
Zanim Meneksze zdążyła się odezwać, do jej komnaty weszła Hürrem.
- Padyszach cię oczekuje, dziecko.
Zamarła.
- Nasz pan chce usłyszeć od ciebie to, co mi mówiłaś.
Dobry Boże! Miała stanąć przed sułtanem? Gdy tu przybyła, odchodziła od
zmysłów ze strachu, że wepchną ją do jego łoża, brzydziła się nim,
myślała nawet, że ją zabije, a teraz miała powiedzieć temu mężczyźnie,
że jego syn został zabity przez jego dawną faworytę?
Gdy weszła do komnaty, była spokojna. Strach się ulotnił. Sądziła, że
nogi będzie miała jak z waty, a język odmówi jej posłuszeństwa, ale nic
takiego się nie stało.
Przez chwilę wydawało jej się, że siedzi przed nią Mehmed. Jedno kolano
miał podciągnięte pod brodę, a na nim opierał rękę.
- Opowiedz mi o tej nocy, dziecko - odezwał się sułtan Sulejman. -
Niczego nie pomijaj, nic nie dodawaj. Rozumiesz? Później będę miał do
ciebie jedno pytanie. Śmiało.
Opowiedziała.
- Czy nasz syn oznajmił: "Zabili mnie"? Dobrze słyszałaś? Czy to
możliwe, że źle to zrozumiałaś? W końcu od niedawna uczysz się naszego
języka.
- Dobrze słyszałam. Wyszeptał: "Za-bi-li mnie".
- Podobno wymienił też jakieś imię. Czy to prawda?
- Tak. Zapytałam, kto go zabił. Odpowiedział: "Gülbahar". Oczywiście nie
tak wyraźnie. Był bardzo słaby. Jego głos był ledwo słyszalny. Nie mógł
poruszać ustami. Mówił sylabami. Ale zrozumiałam... Później wyszeptał:
"Mahi...". Nie starczyło mu oddechu, żeby dokończyć. Nie wiem, co to miało
znaczyć, panie.
Oczywiście, wiedziała, tylko udawała. Sulejman także od razu pojął, o co
chodzi albo raczej o kogo.
- Możesz odejść, dziecko.
Przecież miał o coś zapytać. Sułtan Sulejman natychmiast zauważył jej
wahanie.
- Chciałaś coś jeszcze dodać, dziecko?
- Powiedzieliście, panie, że chcecie zapytać o coś waszą sługę...
Nie mogła uwierzyć własnym uszom. Powiedziała "sługę"! Taka właśnie była
prawda. W ciągu ostatnich pięciu lat zrodził się w niej nowy duch, nowy
charakter. Cecilia Baffo nie tylko zmieniła imię. Była teraz Nurbanu i stała się częścią Imperium Osmańskiego, sługą sułtana Sulejmana.
Na twarzy zamyślonego padyszacha zarysowały się głębokie zmarszczki.
- Masz rację. A co ty o tym myślisz? Czy nasz zmarły książę miał rację?
Czy to był spisek? Widziałaś coś albo słyszałaś? Czy Mehmed Chan
naprawdę został zabity?
- Tak - odpowiedziała bez wahania.
- Jak możesz być tego taka pewna? To nie była choroba?
- Tutaj też próbowali, ale im się nie udało. Za to w Seruhanie - tak.
- Jednak nie możesz być tego pewna.
- Jestem - mruknęła Nurbanu z wyrazem twarzy wskazującym, że przeżywa to
na nowo. - Przebiegła ręka sięgnęła do naszego księcia. Zgładziła go.
Nikt oprócz czterech osób znajdujących się w jego komnacie nie
zachorował na ospę.
- Rozumiem. Imię, które wypowiedział nasz syn... To oczywiste, że nie był
w stanie rzec nic więcej. Jednak ty... Jesteś pewna, do kogo należy ta
przebiegła ręka?
Nie mogła się posunąć tak daleko, żeby to potwierdzić. Wzruszyła
ramionami.
- Nie chcę nikogo oczerniać, ale skoro tak powiedział nasz książę, to
tak musi być.
Sułtan Sulejman ze smutkiem pokiwał głową.
- Możesz już iść.
Z pozornym ociąganiem skierowała się do drzwi, powoli się wycofując.
- Nurbanu!
- Panie?
- Choć wiedziałaś, że choroba, która dotknęła księcia Mehmeda, jest
zaraźliwa, bez wahania weszłaś do jego komnaty. Oczekiwalibyśmy tego od
żony naszego syna. Ona jednak wolała pozostać na zewnątrz.
Nurbanu natychmiast wyczuła zawód w głosie padyszacha. Ucieszyła się w duchu, ale nie dała tego po sobie poznać.
- Fülane Hatun nosi dziecko naszego księ...
Padyszach podniósł wzrok i spojrzał na nią.
- Teraz jej dziecko nie będzie miało ojca - wyszeptał.
Było oczywiste, że nie wybaczy żonie swojego syna, że tak postąpiła. Z pewnością uważał, że razem z księciem powinny umrzeć również jego żona i dziecko.
- Nieważne - ciągnął. - Byłaś przy naszym synu, nie opuściłaś go aż do
samego końca, do ostatniego tchnienia. Nie zapomnieliśmy, że taką samą
odwagą wykazałaś się tej nocy, gdy do łoża naszego syna podłożono
skorpiona. Niech cię Bóg błogosławi. Za twoją lojalność i serce
najwyższy Bóg nagrodził cię, darując ci życie. Powiedz teraz, czego
życzysz sobie od nas?
Dobry Boże! Przez lata czekała na to pytanie. Przez lata wyobrażała
sobie tę chwilę. Wszystko miało być jak w baśni. Sułtan miał powiedzieć:
"Spełnię każde twoje życzenie", ona zaś wyjawi, czego pragnie: "Wyślij
mnie do mojego domu". Później mieli wsadzić ją na okręt o białych
żaglach i odesłać. Miał być przy niej także czarnobrody, przystojny
korsarz, ten sam, który był na statku, ten, który ją uprowadził.
Kapitan, którego ukradła jej Gabriella. Jak on miał na imię? Ha... Ajdyn.
Trzymając się za ręce, podziwialiby z pokładu skąpane w słońcu oblicze
Wenecji. Jakaś kobieta biegłaby wzdłuż nabrzeża i wołałaby: "Cecilio,
dziecko!".
To marzenie odeszło wraz z jej weneckim imieniem.
- To, czego sobie życzę, to wasze zdrowie, szczęście i pomyślność,
panie. Czego więcej mogłaby pragnąć wasza sługa?
Nurbanu nie mogła uwierzyć, że to powiedziała. Czy to naprawdę była ona?
- Może chcesz wrócić do domu?
- Jestem w domu.
Spojrzała w zachodzące mgłą oczy padyszacha.
"Co mamy począć, Sulejmanie? - jęknęła w duchu. - Ty straciłeś syna, a ja koronę".
- Państwo naszego pana jest naszym państwem, jego dom jest naszym domem.
Nagle sułtan Sulejman ujrzał ogień w oczach dziewczyny. Hürrem i Hajraddin Pasza mieli rację. Ta dziewczyna jest wyjątkowa.
- Podobno dostąpiłaś zaszczytu przyjęcia islamu. Zatem przebywając w Konyi i odwiedziwszy zakon czcigodnego Mevlany, raczej nie można nie
usłyszeć boskiego wezwania. Jednak jest coś, co mnie zastanawia. Czy
sama tego pragnęłaś, czy ktoś cię do tego przekonał, dziecko?
"Ta chwila jest dla mnie równie ważna jak ta, w której po raz pierwszy
spotkałam się z Hürrem - przeszło jej przez myśl. - Otwórz oczy,
Nurbanu. Rusz głową".
Powoli uniosła wzrok. Spojrzała na padyszacha i odpowiedziała powoli,
jakby nawlekała paciorki tasbihu.
- Czy można pozostać głuchym na wołanie Boga, który wzywa swojego sługę?
Gdy zostałyśmy wezwane na drogę Prawdy, poczułyśmy to tutaj. - Nurbanu
przycisnęła dłoń do piersi. - Pospieszyłyśmy co tchu. Bóg sprowadził nas
tutaj, żebyśmy go znalazły.
Przez chwilę udawała, że się waha. Pochyliła głowę.
- Dlatego niczyje słowa nie sprawią, że zwątpimy. Jesteśmy młode, ale
nasz umysł jest dojrzały.
Poczuła na sobie pełen podziwu wzrok sułtana Sulejmana, jakby mówił:
"Tylko na nią spójrzcie". Uniosła głowę. Tym razem patrzyła na sułtana
strachliwie jak mała dziewczynka, która boi się, że jej słowa
rozgniewają padyszacha. Zobaczyła drogę prowadzącą od oczu do duszy.
Wtedy zrozumiała. Matka Mihrimah widziała w niej siebie, upodobała ją
sobie i chciała dać jej rolę w rozgrywce o władzę. Jednak uwielbienie w oczach padyszacha było bezinteresowne i szczere.
Zawstydziła się na myśl, że niegdyś wyobrażała sobie Sulejmana jako
potwora.
- Niech cię Bóg błogosławi. Ogromnie nas to cieszy. Niech Bóg obdarzy
cię wszelkim dobrodziejstwem.
Co to miało znaczyć? Nie znała tego słowa. Dobrodziejstwo? Słyszała to
po raz pierwszy, jednak nie oczekiwała wyjaśnień.
Milczenie się przedłużało. Zrozumiała, że wizyta dobiegła końca.
Wycofała się, wypowiadając słowa, które tak często słyszała od Hürrem.
- Niech Bóg obdarzy naszego pana zdrowiem i pomyślnością. Niech jego
państwo i władza będą wieczne.
- Podejdź! - odezwał się sułtan Sulejman do kogoś, gdy tylko dziewczyna
opuściła komnatę.
Za parawanem przy bocznej ścianie coś się poruszyło. Zza niego wynurzył
się białobrody wielki wezyr Hadym Sulejman Pasza. Miał wysoki, biały
turban.
- Słyszałeś, paszo?
Wielki wezyr opuścił głowę jeszcze niżej i przechylił ją w lewo.
- Słyszałem, panie.
- Co powiesz na te słowa Wenecjanki? My też znamy się na ludziach,
jednak ty jesteś w wieku naszego ojca i w ciągu swojego życia poznałeś
więcej ludzi niż my. Co o tym sądzisz?
- Piękna.
Padyszach uśmiechnął się mimo woli. Gdyby nie to, że z twarzy padyszacha
nie powinna znikać powaga, która przystoi władcy, wybuchnąłby śmiechem.
- Paszo - mruknął z zakłopotaniem - widzimy, że nadto pospieszyliśmy
się, mówiąc, że jesteś w wieku naszego ojca. Masz tak przenikliwe
spojrzenie. Nawet zza kratki dostrzegłeś jej urodę.
Nagle twarz wielkiego wezyra spłonęła rumieńcem.
- Ależ, panie - pokłonił się przesadnie - jeśli w waszej obecności
posunęliśmy się za daleko, wiedz, że nasza szyja jest cieńsza niż włos.
Chcę tylko podkreślić, że to niebezpieczne, gdy rozum idzie w parze z urodą.
- Słyszałem, że powiedziałeś, że jest piękna, ale mądra?
- Od tego powinienem był zacząć, padyszachu. Rozum Wenecjanki wyprzedza
jej urodę.
- W takim razie jest niebezpieczna. W czym może zagrażać taka
dziewczyna, mój podejrzliwy wielki wezyrze? Ibrahim nie zauważył zdrady,
nawet gdy ta była tuż przed jego oczami, ty zaś stajesz się podejrzliwy
przy każdym silniejszym powiewie wiatru.
Sulejman Pasza nie mógł pojąć, dlaczego padyszach tak niespodziewanie
porównał go do dawnego wielkiego wezyra Ibrahima Paszy. Co to miało
znaczyć? Ibrahim był najbardziej zaufanym człowiekiem sułtana Sulejmana.
Znali się jak łyse konie. Padyszach oddał mu swoją siostrę sułtankę
Hatidże, mianował go wielkim wezyrem, a jakby tego było mało, ustanowił
go seraskerem3. W Wielkim Imperium Osmańskim zapamiętano go
jako Wybrańca Ibrahima. Jednak pewnej nocy ludzie Czarnego Alego
owinęli mu na szyi tłusty powróz. Następnego ranka jego głowę wywieszono
przed murami pałacu. Sulejman wyrzucił na śmietnik historii Ibrahima
wybrańca jako Ibrahima skazańca. Dlaczego teraz dawał mu tego
człowieka za przykład?
- Nic to, jeśli ten wiatr nas porwie. Jeśli mamy poświęcić nasze życie
na drodze naszego pana, zrobimy to z uśmiechem. Jednak obronimy naszego
pana nie przed wiatrem, ale przed skrzydłem muchy. Właśnie dlatego
jesteśmy tak przeczuleni. Sam sułtan wie, że czujność ma otwarte oczy i bystry umysł, panie.
- W takim razie co ty na to? Wydając ostatnie tchnienie, nasz zmarły syn
doniósł tej dziewczynie o spisku, mówiąc: "Zabili mnie". Próbował
wypowiedzieć imię. Ona jest jedynym świadkiem tych słów. Nasz syn
wyszeptał je do ucha. Medyk, który pozostał przy życiu, nie słyszał ich.
Pozostali oddali ducha wkrótce po naszym synu. Co o tym sądzisz?
Dziewczyna mówi prawdę? A może jest ktoś, kto kazał jej tak powiedzieć?
Jak uważasz?
Sulejman Pasza strapił się.
- Zastanawiam się, jakie korzyści miałaby
odaliska, mówiąc coś takiego, panie.
- Jak to jakie? Oczywiście przypodobać nam się, wkraść się w nasze
łaski.
- Czy dziecko, żeby wkraść się w łaski, przystawiłoby ucho do ust
śmierci? To właśnie zrobiła ta Wenecjanka. Pod przysięgą świadczy o tym
pozostały przy życiu medyk.
Sułtan Sulejman pokiwał głową. On również tak myślał. Jednak w żaden
sposób nie mógł uwierzyć, że za zbrodnię odpowiedzialna jest matka jego
najstarszego syna. Gülbahar przepełniał szał, gniew, ale w końcu była
kobietą, która dała mu dziecko, a kiedyś go kochała. Chciał, żeby
pojawił się ktoś, kto powie: "To niemożliwe. Mahidevran nie zrobiłaby
czegoś takiego". Był gotów natychmiast się z tym zgodzić.
- W takim razie nie była to przypadkowa choroba. Ty także sugerujesz, że
ktoś zatruł krew naszego syna.
- Nie mam dowodów, ale mnóstwo wątpliwości, panie.
- A imię? Nasz Mehmed podał dziewczynie imię. Co o tym sądzisz?
- Żyjemy w takich czasach, że nawet prawa ręka nie może ufać lewej.
- Sulejman, który nie ufa nikomu, zaufa obcej dziewczynie? To chcesz nam
powiedzieć? To prawda, że ta dziewczyna rozgrzała nasze serce. Nasza
sympatia do niej jest większa niż uwielbienie, jakim darzą ją nasza żona
i córka. Zupełnie, jakby urodziła się w tej rodzinie i tu dorastała,
jakby była jedną z nas. Podczas gdy kobieta, którą nasz syn pojął za
żonę i wziął do swojego łoża, trzymała się z dala, ta dziewczyna stawiła
czoła śmierci. Tej nocy, gdy do łoża Mehmeda podłożono skorpiona, także
bez wahania zaryzykowała życie.
Wielki wezyr Sulejman Pasza milczał przez chwilę. Jeśli powie, że jej
ufa, będzie źle, jeśli powie, że jej nie ufa, też będzie źle. Dziewczyna
była sprytna. Bóg jeden wie, co naprawdę jej przyświecało. Jeśli z taką
urodą i bystrością usłucha podszeptów szatana, może tylko sprowadzić na
wszystkich kłopoty. Jednak na razie nic na to nie wskazywało. Jeśli
powie sułtanowi, żeby jej nie ufał, oczerni jeszcze niedojrzałą,
niewinną dziewczynę. Co więcej, padyszach pod wpływem złości mógłby
nawet kazać ją zgładzić za to, że ściągnęła podejrzenia na matkę
następcy tronu Mustafy. Postanowił, że nie będzie krył swoich
przemyśleń.
- Ciężar odpowiedzi jest zbyt wielki dla tych starych barków, panie. Nie
mam prawa radzić w tym mojemu sułtanowi. Jeśli jednak oczekujecie
odpowiedzi, powiem, że uczucia mogą zmylić człowieka. Skoro darzycie ją
ciepłem, skoro uważacie ją za członka tej rodziny, postąpcie zgodnie z tym. Jednak zachowajcie ostrożność.
Sulejman z zadowoleniem pokiwał głową.
- Dobrze mówisz, paszo. My także myślimy w ten sposób. - Wstał i przeszedł kilka kroków z rękami skrzyżowanymi z tyłu. - W takim razie...
Nie dokończył. Sulejman Pasza dobrze znał takie zachowanie padyszacha.
Zastanawiał się.
- W takim razie... - powiedział po namyśle sułtan, głaszcząc się po
brodzie - podejmiemy działania w związku z tym, co nam przekazała
Wenecjanka, a jej - nasz zmarły syn. Czy w pałacu w Amasyi jest ktoś,
kto jest bardziej lojalny wobec nas niż naszego syna, paszo?
Wielki wezyr zadrżał. Te słowa nie wróżyły nic dobrego. Skinął głową.
- Każdego dnia będziesz dostawał wiadomości z Amasyi i przekazywał nam
wszystko, o czym powinniśmy wiedzieć. Nie obchodzi mnie miesiąc, dzień
ani godzina. Jeśli będzie trzeba, podniesiesz mnie z łóżka, znajdziesz
mnie, gdziekolwiek będę. Nie będziesz zatrudniał żadnych pośredników ani
posłańców. Będziesz wiedział nie tylko, co powiedział nasz syn, ale też
to, co pomyśli. Będziesz mówił mi nie tylko o tym, co zrobił, ale też o tym, co zamierza.
Spojrzał w oczy wielkiego wezyra.
- To samo tyczy się matki naszego syna.
Wielki wezyr w potwierdzeniu ucałował jego dłoń i pokłonił się.
- I - syknął nagle padyszach - zapamiętasz, co ci powiedziałem, ale
nikomu o tym nie wspomnisz, paszo.
Dobrze to zrozumiał. Jeśli nie będzie trzymał ust na kłódkę, zanim
straci głowę, obetną mu język.
- A teraz - odezwał się sułtan Sulejman - oto mój rozkaz. Mianujemy
naszego syna księcia Selima, sandżakbeja Karamanu, sandżakbejem Manisy.
Niech niezwłocznie zajmie miejsce, które zwolnił jego świętej pamięci
starszy brat. Oto mój rozkaz: Od dziś Selim sandżakbej Manisy jest
drugim księciem. Niech wiedzą o tym wszyscy w moim państwie. Niech służą
mu i darzą go takim szacunkiem jak nas samych.
Gdy Nurbanu opuściła komnatę padyszacha, podbiegła do niej Mihrimah,
która czekała na nią niecierpliwie.
- Co znaczy "dobrodziejstwo"?
- Poczekaj, złap oddech.
- Nie potrzebuję oddechu, ale odpowiedzi, córko padyszacha. Co znaczy
"dobrodziejstwo"?
- Dlaczego o to pytasz?
- Padyszach powiedział do mnie: "Niech Bóg obdarzy cię wszelkim
dobrodziejstwem".
Mihrimah, która oczekiwała jej z niepokojem, bojąc się, że dziewczyna
jakimś niewłaściwym zachowaniem rozzłości jej ojca, uspokoiła się.
- To dobrze. Ojciec cię pobłogosławił - wyjaśniła. - Dobrodziejstwo to
łaska i szczęście. Powiedział, żeby Bóg dał ci to, czego pragniesz.
Serce jej załomotało, a dusza się rozświetliła. To właśnie było słowo
klucz: dobrodziejstwo! Ona zapragnie, a Bóg jej to da.
Sułtan właśnie wyzwolił ją z więzienia rozpaczy i beznadziei, w którym
do tej pory tkwiła. Gdy wróciła do komnaty, wyciągnęła pamiętnik, w którym od dawna nic nie napisała. Le mie speranze hanno fiorito -
zanotowała.
Teraz było jej już wszystko jedno, czy ktoś to przeczyta i zrozumie.
Moje nadzieje rozkwitły. Duch pięknej Heleny znów mi pomógł. Dziś
przyjął mnie sułtan. Nauczył mnie magicznego słowa - dobrodziejstwo.
Nigdy go nie zapomnę. Schowam go w moim sercu niczym zaczarowany klucz.
Wiesz? Podobno "dobrodziejstwo" oznacza łaskę i szczęście, spełnienie
pragnień. Padyszach pobłogosławił mnie słowami: "Niech Bóg obdarzy cię
wszelkim dobrodziejstwem". Ja też uważam, że powinien to zrobić.
Postawiła kropkę. Podparła brodę i się zamyśliła. Później znów wzięła
pióro i napisała:
Wróciłam. Jestem w domu.
Przez chwilę wahała się, czy powinna to otwarcie napisać. W końcu
zrezygnowała. "Czekam na k.", dodała. Podpisała się. "N". W górnym rogu
narysowała niewielką stokrotkę.
Nie wiedziała, jak to zrobi i gdzie go znajdzie, ale czekała. Znajdzie
księcia, z którego zrobi króla. To było jej dobrodziejstwo. Bóg pomoże
jej w tym, żeby spełnić modlitwę padyszacha. Była tego pewna.
Odchodziła od zmysłów ze strachu, że źle postąpi. Bała się, że podczas
gdy Ojciec Niebieski wybaczył jej wielki grzech, którego się dopuściła,
znów ściągnie na siebie lawinę nieszczęść z powodu popełnionego błędu.
Niełatwo było zmienić religię.
Przede wszystkim niczego nie wiedziała. Uczyła się nowego życia od
początku, a do tego w innym języku. Gdy w końcu udało jej się lepiej
opanować język, w którym rozmawiali, pojawił się język
religii.4 Zdarzało się, że gdy o coś pytała, Mihrimah nie
potrafiła udzielić jej odpowiedzi. Nawet córka padyszacha nie znała
dobrze tego języka. Podobnie było w kościele. Gdy ksiądz mruczał coś po
łacinie, większość zgromadzonych go nie rozumiała. W Imperium Osmańskim
także modlono się w innym języku.
Najłatwiej było przestrzegać postu. Należało się powstrzymać od jedzenia
i picia. Poza tym Nurbanu lubiła nastrój panujący podczas ramadanu.
Hürrem poleciła służącym, żeby przynoszono jej do komnaty posiłki na
iftar i suhur, ale Nurbanu wolała być pośród ludzi. W nocy nakrywano
do stołu. Wieczorem zaś niecierpliwie nasłuchiwano ezanu. Najpierw łyk
wody, później hurma5 i zupa.
Jednak gdy przychodziło do modlitwy, było jej naprawdę trudno. Myliła
jej się kolejność ruchów. Mieszało jej się w głowie, gdy tygodniami,
miesiącami czytała modlitwy, próbując nauczyć się ich na pamięć.
Zastanawiała się, co powinna teraz zrobić, i zapominała słów. Dlatego
starała się modlić w otoczeniu innych kobiet, żeby dyskretnie śledzić
ich ruchy, we właściwym czasie oddawać pokłon czy wstawać.
Tego dnia także odmawiała wieczorną modlitwę w lustrzanym holu wraz z innymi dziewczętami. Później, razem z Meneksze, ruszyła w stronę swojej
komnaty. Niekończące się wąskie, kręte korytarze haremu w drżącym
świetle świecy wyglądały bardzo tajemniczo. Stopniowo towarzyszyło jej
coraz mniej osób. Wszyscy kierowali się do swoich pokoi, żeby położyć
się spać.
Gdy znalazły się w korytarzu, w którym mieściły się komnaty Mihrimah, a także jej, pozostały z Meneksze same. Nurbanu szła przodem, a służąca za
nią, pocierając zmęczone oczy.
Nagle zauważyła kawałek sukni znikającej za
rogiem. Purpurowej sukni obszytej sobolowym futrem.
To była Hürrem. A może coś jej się przywidziało? Zawahała się. Czy
tkanina naprawdę była purpurowa? Może zmyliło ją światło świec. Nie,
widziała wyraźnie, była purpurowa. Zatem to sułtanka Hürrem weszła do
ciemnego korytarza. W pałacu nikt oprócz niej nie nosił purpurowych
strojów. Jednak co robiła w tym korytarzu o tak późnej porze? I to bez
towarzyszących jej dam dworu.
- Idź. Ja za chwilę przyjdę.
Meneksze zdziwiła się.
- Ale...
- Zaraz zaśniesz na stojąco. Idź i się połóż. Mam jeszcze coś do
zrobienia w łaźni.
Meneksze nie upierała się, chociaż nie rozumiała tej nagłej potrzeby
skorzystania z łaźni. Powieki jej się zamykały. Nagrodziła swoją panią uśmiechem
uwydatniającym dołeczki w jej czarnych policzkach.
Nurbanu czekała, aż Meneksze się oddali. Po chwili zanurzyła się w korytarz, w którym przed chwilą zniknęła Hürrem. Jedyne światło padało z lampy na rogu. Wokół panowały jeszcze większy mrok i całkowita cisza.
Nurbanu rozejrzała się. Za którymi drzwiami zniknęła matka Mihrimah?
Poruszała się na palcach. Przykładała ucho do drzwi. Dochodziły zza nich
kobiece szepty, głosy dzieci, ale nic nie wskazywało na to, że gdzieś
tam była sułtanka haseki.
Dokąd poszła ta kobieta? Przecież nie rozpłynęła się w powietrzu.
Od strony łaźni dochodziło szczebiotanie kobiet. Kobiet, które ze
względu na późną porę starały się nie hałasować, ale jednocześnie nie
przestawały chichotać... Wielka sułtanka Hürrem raczej nie weszła tam,
gdzie myły się służące.
Nurbanu szła dalej. Ciemność w korytarzu zaczęła gęstnieć. Światło
świecy nie wystarczało. Skręciła w lewo, mimo że z trudem dostrzegała,
co ma przed sobą. Nigdy wcześniej tu nie była. Słyszała, jak mocno bije
jej serce. Jednocześnie zastanawiała się, co powie, jeśli ktoś ją tu
zobaczy. Miała wrażenie, że przed sobą dostrzega delikatne światło.
Powoli skierowała się w tamtą stronę. Zobaczyła przed sobą małe, żelazne
drzwi. Światło sączyło się z niewielkiej szpary pod nimi.
Wyciągnęła rękę, żeby je otworzyć, i nagle zamarła... Usłyszała jakiś
głos. Głos mężczyzny był szorstki, chrapliwy, przyprawiający o drżenie.
Po chwili do jej uszu dobiegł jeszcze jeden głos - kobiecy.
Bezszelestnie zbliżyła się do drzwi.
Nagle udało jej się wyłowić jakieś zdanie:
- Ale co możemy zrobić? Taki jest rozkaz padyszacha.
Były to słowa mężczyzny. Pomimo strachu podeszła jeszcze bliżej.
- Paszo!
To był jej głos, głos Hürrem. Rozmawiała z jakimś mężczyzną.
- Wybrałyśmy się tu tylko po to, żebyś narzekał i bezradnie pocierał
dłonie?
Mężczyzna milczał.
- Rozkaz zmienia rozkaz - odezwała się ponownie Hürrem. - Musimy zmienić
drugiego. To wszystko. On nigdy nie udźwignie takiego ciężaru. Nie
możemy przejść do działania, polegając na nim. Potrzebujemy innego
drugiego. Drugiego, któremu ludność przyklaśnie, kiedy stanie się to,
co ma się stać.
"Drugiego"? O czym oni rozmawiali? Jakiego "drugiego"? Nagle pojęła, że
chodzi o drugiego księcia.
Serce zaczęło jej bić szybciej, tym razem bardziej z podniecenia niż ze
strachu. Kto to mógł być? Kto został drugim księciem? Nikt jej nic nie
mówił! Ktokolwiek wiedział, co działo się w tym pałacu, dowiadywała się
jako ostatnia. I jak w tej sytuacji miała znaleźć księcia, który uczyni
z niej królową?
Nurbanu miała mętlik w głowie. Wydawało jej się, że kogokolwiek
padyszach ogłosił drugim księciem, Hürrem to się nie spodobało. Mówiła,
że trzeba to zmienić. Ale o co tu chodziło? Czy ten, który został
obwołany drugim księciem, nie był jej synem? Czy to możliwe, że
padyszach ogłosił księciem w miejsce Mehmeda syna innej kobiety? Być
może tak się właśnie stało. Hürrem przecież nie wystąpiłaby przeciwko
swojemu synowi.
- Może wy o tym porozmawiacie - podjął mężczyzna.
- Sądzisz, że nie rozmawiałyśmy? Zawsze słyszę: "Takie jest prawo i tradycja. Jeśli my się im sprzeciwimy, co zrobi nasz lud?". Powiedziałam
wprost, że on sobie nie poradzi. "Poradzi sobie, poradzi - roześmiał
się. - Nauczy się. Poza tym będzie miał wokół siebie zdolnych ludzi".
Jeśli będę dalej nalegać, nabierze podejrzeń.
- Jest tam ktoś? - zapytał niespodziewanie mężczyzna.
W jego głosie słychać było niepokój, ale najbardziej przestraszyła się
Nurbanu. Zadrżała z przerażenia. Musieli się domyślić, że ktoś ich
podsłuchuje. Zaraz drzwi się otworzą, zostanie złapana i wszystko się
skończy.
- Ja niczego nie słyszałam.
- Usłyszałem jakiś dźwięk.
- Czyżby nasz zięć zaczął nasłuchiwać już nawet chrobotania szczurów?
Zięć? A zatem mężczyzną, z którym namawiała się Hürrem, był mąż
Mihrimah!
- W ostatnim czasie stałem się nieco przewrażliwiony, moja sułtanko.
Wybaczcie.
- Potrzeba nam serca niezłomnego jak stal i zimnego jak lód. Za takiego
cię uważałyśmy.
- Nie pomyliłyście się. Może moja żona też by spróbowała?
- Jeszcze na to za wcześnie. Domyśli się, że to ja ją do tego skłoniłam.
Twoja żona później wejdzie na scenę. Teraz bardziej niż języka
potrzebujemy jej rozumu. Ty powoli przejdź do działania. Rozpuść plotkę.
Niech ludzie zaczną gadać. Niech natychmiast dotrze do tych pleciug na
bazarze.
- Jaką plotkę?
Przez chwilę Hürrem milczała.
- Niech na przykład pytają, czy teraz do zwycięstw będzie prowadził nas
pijak.
Pijak! Żółtogłowy!
Rozwiązała zagadkę. To Selim został drugim księciem. Nurbanu krzyknęła w duchu ze szczęścia. Jednak nagle jej radość zgasła. Jego matka tego nie
chciała. Nie chciała swojego syna na księcia.
- Później... - ciągnęła Hürrem. - "Armia będzie dostawać rozkazy zza
biesiadnego stołu?". Takie plotki. Są niegroźne, ale pozostają w pamięci. Gdy nadejdzie właściwy czas, sułtan wyda rozkaz i mianuje
innego.
- Jest jeszcze ten Żyd. Nie odstępuje go na krok.
- Jego też wykorzystaj. Niech ludzie go obwiniają. Ten mężczyzna to
szubrawiec.
- Trzeba pomyśleć, dokąd wysłać drugiego.
- Niech będzie blisko stolicy. Nawet bliżej niż Manisa. Zrozumiałeś?
Nurbanu zastanawiała się, co oznaczały te słowa. Matka Selima
przygotowywała zamach na niego?!
- Czy istnieje sandżak, który jest bliżej stolicy niż Manisa?
Dziewczyna usłyszała cichy śmiech Hürrem.
- A nie ma? - zadrwiła kobieta.
Zatem był, a ona rozgniewała się, że jej zięć o tym nie pomyślał.
- Germiyan?
- Tak, Germiyan. Pałac w Kütahyi cieszy się dobrą sławą.6
- Czy mogę o coś zapytać?
- Pytaj.
- Czy ona wie?
- Kto?
- Moja żona. Mihrimah.
Nurbanu ledwo słyszała głos mężczyzny.
- Jeszcze nie, ale się dowie.
- A jeśli będzie przeciwna?
- Nie będzie. Idź i rozpuść plotki na bazarze. Co z drugą sprawą?
- Szukam ręki, która napisze list.
- Znajdź ją.
Głosy ucichły.
Dlaczego zamilkli? Czyżby zrozumieli, że są podsłuchiwani? Nagle Nurbanu
wpadła w popłoch. Nie, nie zdali sobie sprawy z jej obecności. Po prostu
rozmowa się skończyła.
O nie! Za chwilę drzwi się otworzą, a ona stanie twarzą w twarz z Hürrem. Kobieta zrozumie, że Nurbanu dowiedziała się o zamachu, jaki
planuje na swojego syna.
Starając się nie wydać żadnego dźwięku, oddaliła się od drzwi i przesunęła się w ciemniejszą część korytarza. Jej ręce błądziły po
ścianie. Gdyby to było możliwe, zrobiłaby w niej dziurę i schowałaby się
tam. Jej ręka na chwilę zawisła w pustej przestrzeni. Wąska wnęka.
Dzięki Bogu! Natychmiast się tam schowała. Z sercem bijącym jak oszalałe
czekała, aż drzwi się otworzą.
Skrzypnęły zawiasy. Podmuch wiatru, który wytworzyła suknia szybko
oddalającej się korytarzem kobiety, dosięgnął Nurbanu. Bez ruchu, z zapartym tchem czekała dalej. Po chwili drzwi znów zatrzeszczały. W świetle, które wydobyło się z wnętrza, na korytarz padł długi,
przerażający cień mężczyzny. Gdy cień poruszył się, żeby zamknąć drzwi,
Nurbanu zauważyła, że jedna noga mężczyzny jest krótsza. Dobrze
przypuszczała. To był Rüstem! Zawszony mąż Mihrimah. Mężczyzna zdmuchnął
świecę tlącą się w środku. Mdłe światło zadrżało, później zgasło i cień
zniknął. Pozostał tylko odgłos kroków oddalających się korytarzem.
Nurbanu jeszcze przez chwilę czekała, aż jej serce się uspokoi. Co
takiego słyszała? Żółtogłowy! Żółtogłowy został drugim księciem. Jeśli
coś się stanie synowi Gülbahar - a była pewna, że Hürrem się o to
postara - Selim odziedziczy tron ojca i zostanie padyszachem.
Czy to on był księciem, którego szukała? Czemu nie? Czy nie był
przystojny? Nawet jeśli nie, książę, który miał zostać królem, nie
musiał być urodziwy.
Jednak Hürrem nie chciała Selima.
Nagle Nurbanu wyszeptała coś, co ją samą zdziwiło:
- Matka może i nie chce, ale ja tego chcę.
Gdy odgłos kroków Rüstema ustał, wyszła z ukrycia. Szybkim krokiem
skierowała się do swojej komnaty, a na jej twarzy pojawił się tajemniczy uśmiech.
Znów była na niebezpiecznych wodach.
XXXIV. Stambuł. Dom Rüstema Paszy
XXXIV
Stambuł
Dom Rüstema Paszy
To cud!". To były pierwsze słowa, które przeszły przez myśl Nurbanu, gdy
usłyszała od Mihrimah:
- Jutro dzieci sułtana Sulejmana Chana i sułtanki Hürrem spotykają się w naszym domu. Przygotuj się. Ty też przyjdziesz.
Tego wieczoru zapisała w swoim pamiętniku: "To cud!".
- Dlaczego? - zapytała córki padyszacha, próbując udawać, że jej na tym
nie zależy. - Dlaczego rodzeństwo się spotyka?
- Selim przyjechał z Manisy. Od tygodnia mieszka w Starym Pałacu, a Bajazyd za tydzień wyjeżdża.
- Wyjeżdża? Dokąd?
- Nie wiesz? Gdy Selim został ogłoszony drugim księciem, przyjechał z Seruhanu do stolicy, żeby ucałować dłoń sułtana. A Bajazyd, który od
dawna psuł wszystkim krew swoim narzekaniem: "Selim został sandżakbejem,
a my tkwimy tutaj. Zupełnie jakbyśmy byli nie rodzonym, lecz przybranym
synem", objął w końcu sandżak Germiyan.
Germiyan!
Przypomniało jej się pytanie, które zadał Hürrem mąż Mihrimah tamtej
nocy, gdy podsłuchiwała pod żelaznymi drzwiami: "Czy istnieje sandżak,
który jest bliżej stolicy niż Manisa?". To wtedy Nurbanu usłyszała o Germiyan.
Przez chwilę nie dochodziły do niej słowa Mihrimah. "Germiyan, tak? A zatem Hürrem szykowała Bajazyda, żeby po jej mężu to on zasiadł na
tronie imperium. Zamierzała odebrać Selimowi to, co mu się należało, i dać to Bajazydowi".
- Nie, ona tego nie zrobi.
- Słucham?
Niech to szlag! Znów się zapomniała.
- Powiedziałam, że on tego nie zrobi - próbowała wybrnąć z tej
niezręcznej sytuacji.
- Kto?
- Bajazyd. Nie przyjdzie.
- Dlaczego? Przyjdzie. Nie uwierzyłabyś. Uspokoił się i zmądrzał.
Bajazyd jest teraz ulubieńcem matki.
Pojawiła się sposobność do zmiany tematu.
- A książę Dżihangir? Nasza matka Hürrem nie kocha swojego najmłodszego
syna?
- On zajmuje inne miejsce.
Na chwilę zapadła nieznośna cisza. Mihrimah nie mogła pojąć zachowania
dziewczyny. Domyśliła się, że próbuje zmienić bieg rozmowy. Słyszała,
jak powiedziała "ona", a później się poprawiła. Poza tym, co jej do
tego? Jeśli Bajazyd zechce, to przyjdzie.
- Zezłościsz się, jeśli coś powiem, sułtanko Mihrimah?
- Jeśli nie zapytasz, jak mi się żyje w małżeństwie, to nie.
- Może lepiej będzie, jeśli zostanę. Może innym razem przyjdę tylko ja?
Co mam robić pośród dzieci padyszacha?
- Nie mów głupstw - przerwała jej Mihrimah. - Poza tym nawet jeśli ja na
to przystanę, Żółtogłowy się nie zgodzi.
- Żółtogłowy?
- Oczywiście. Właściwie nie powinnyśmy już tak o nim mówić, ale mniejsza
o to. Drugi książę sukcesor w ciągu czterech dni wysłał do mnie siedmiu
posłańców z prośbą, żebym koniecznie cię
zaprosiła.
I to właśnie był cud.
"Mój Boże! Piękna Heleno! Rudobrody! Dżinny, wróżki i anioły! Wy, którzy
nadajecie bieg mojemu życiu. Słyszeliście? Książę mnie wzywa!".
Nurbanu udała się do domu sułtanki Mihrimah i jej męża powozem, który
jechał za księciem Dżihangirem. Chłopiec powoli stawał się młodzieńcem.
Wraz z wiekiem rósł jednak także garb na jego plecach. Ich spojrzenia
się spotkały, gdy Nurbanu wsiadała do karocy. Jego blada, smutna twarz
natychmiast się rozjaśniła. Zdjęła nogę ze stopnia i pozdrowiła księcia,
dygając, tak jak to zrobiła, gdy zobaczyła go po raz pierwszy. On także
lekko skinął głową. Jakby jego zgnębienie i żałość nie wystarczały, był
jeszcze ten napełniający obawą ciężar. Gdyby jakiemuś malarzowi kazano
namalować obraz nieszczęścia, z pewnością obrałby sobie za model
Dżihangira. Jednak jego zbolała twarz rozpromieniła się na widok
Nurbanu, zupełnie jakby słońce wyszło zza chmur.
Po tej bezgłośnej, a jednak wypełniającej wnętrze ciepłem chwili Nurbanu
zamierzała właśnie wsiąść do powozu, gdy usłyszała:
- Cze-czi-lo!
Ten głos sprawił, że zamarła. Dżihangir wołał tak do niej, gdy był mały,
stawiając na nogi całe otoczenie. Odwróciła głowę. Książę wyglądał tak,
jakby chciał podbiec i rzucić się jej na szyję. Z pewnością zrobiłby to,
gdyby było mu wolno, gdyby nie powstrzymywały go religia, tradycja,
zasady i pałacowa etykieta.
Nurbanu myślała podobnie. Było to coś innego niż współczucie. Tak jak
kiedyś stwierdziła Mihrimah, Dżihangir całkiem różnił się od pozostałych
braci. Odpowiedziała na to dziecięce zawołanie machaniem.
- Cze-czi-lo!
Tym razem posłała chłopcu uśmiech.
- Królewiczu. - Pokłoniła się głęboko jak podczas pierwszego spotkania.
A on odpowiedział jej tak samo jak wtedy:
- Nie "królewiczu", ale "książę". Jesteśmy synem sułtana Sulejmana i sułtanki Hürrem...
Nie dokończył. Jego twarz znów się zachmurzyła, a w oczach pojawiło się
to rozdzierające spojrzenie palące serce. On także delikatnie jej
pomachał i pospiesznie wsiadł do powozu. Rozległ się odgłos bata. Cztery
konie, ciągnące pojazd młodego księcia, ruszyły kłusem. Żołnierze,
którzy mieli mu towarzyszyć podczas podróży, także popędzili swoje
rumaki.
Nurbanu przez chwilę stała nieruchomo. Miała wrażenie, jakby coś utkwiło
jej w gardle.
- Pani...
Meneksze patrzyła na nią, jakby chciała powiedzieć: "No, dalej!
Wsiadajcie! Jedźmy już!".
Przewieziono je barką na drugi brzeg. Później znalazły się na wąskiej,
krętej drodze wijącej się przez zagajnik. W końcu ich oczom ukazała się
wspaniała rezydencja wybudowana dla Mihrimah i jej męża. W porównaniu z Nowym Pałacem, w którym mieszkali jej rodzice, z bliska dom Mihrimah
wydał się Nurbanu bardzo pospolity.
Sułtanka objęła ją na przywitanie, ujęła pod rękę i poprowadziła aleją
wyłożoną kamieniami. Roześmiały się, słysząc dźwięki, jakie ich buty
wydawały na kamienistej ścieżce.
- Cieszę się, że widzę cię taką radosną - odezwała się Nurbanu.
Uśmiech nie zniknął z twarzy Mihrimah, ale w jednej chwili ożywienie w jej oczach zgasło.
- Chyba nie myślisz, że jestem szczęśliwa?
Nie, nie myślała tak. Dziewczyna przywitała ją, odgrywając swoją rolę, a ona odpowiedziała jej tym samym.
- Jesteś księżniczką. Niepotrzebne ci szczęście.
- Nieprawda. Czy księżniczka nie ma takiego samego prawa do szczęścia
jak biedacy i nędzarze? Spójrz na mnie. Mam wszystko. Jedno, czego nie
mam, to ukochany mężczyzna, którego niecierpliwie wyczekiwałabym co
wieczór i wiedziałabym, że kocha tylko mnie.
Tymczasem Nurbanu wcale nie uważała tego za konieczne. Dobrze by było,
gdyby był, ale jeśli nie, to też nie koniec świata. Oczywiście, gdyby
tylko władza, potęga i miłość mogły iść ze sobą w parze... Ale skoro nie
mogły, nic nie można było z tym zrobić. Odrzucenie mężczyzny, który miał
zrobić z niej królową, tylko dlatego, że go nie kochała, było
szaleństwem. On też nie musi jej kochać. Znała siebie. Wystarczy, że
podzieli z nią tron i koronę.
Ostatnia myśl sprawiła, że zaśmiała się w duchu.
- Chyba tak nie uważasz?
- Nie, nie uważam. Jeśli zostanę królową, i tak wszyscy mężczyźni będą
mnie kochać. Wtedy wybiorę tego, którego będę chciała. Przecież nie
każdej nocy muszę być przy królu.
- Nurbanu!
Mihrimah nie mogła uwierzyć w to, co słyszy.
- O co ci chodzi? Tak właśnie myślę. Skoro król może mieć harem, to
czemu nie królowa? Jeśli zostanę królową, mogę założyć swój harem.
Sułtankę ogarnęło jeszcze większe niedowierzanie. Zakryła uszy.
- Jesteś szalona - powiedziała. - Mój Boże, naprawdę postradałaś zmysły.
- W porządku, jestem szalona. I co z tego? - Wybuchła gromkim śmiechem.
- Nie bój się. - Powoli odjęła dłonie Mihrimah od uszu. - Odaliska nie
może przecież zostać królową, więc i tak nie stworzę męskiego haremu.
Nie obawiaj się.
Przez jakiś czas szły, chichocząc.
- Poza tym - odezwała się nagle Nurbanu - być może miłość jest bardzo
blisko ciebie, tylko ty jej nie dostrzegasz. Nie chcesz jej widzieć.
Mihrimah rzuciła jej pytające spojrzenie.
- Gdzie on jest? Zniknął po tym, jak wyszłaś za mąż?
- Kto?
- On. Mistrz. Ma takie długie imię, że wciąż nie udało mi się go
zapamiętać. Sina...
- Nurbanu!
Tym razem twarz dziewczyny oblała się rumieńcem. Nurbanu zauważyła, że
Mihrimah nie sprzeciwiła się, mówiąc, że mężczyzna jest starszy od jej
ojca.
- Znów ten temat? Dlaczego o tym mówisz, na litość boską?
- Może i jestem od ciebie młodsza, ale wiem, jak patrzą mężczyźni. On
cię kocha. Zapewniam cię.
Nie czekając na odpowiedź Mihrimah, wyswobodziła rękę i radośnie
przebiegła kilka kroków. Później odwróciła się i rozłożyła ramiona.
- A chłopcy? Znów będziemy oglądać ich z daleka?
Mihrimah ucieszyła zmiana tematu.
- Chodź. - Wyciągnęła do niej rękę. - Musimy coś zrobić.
Gdy skręciły, żeby wejść w boczną alejkę, Nurbanu zauważyła, że brzuch
sułtanki się zaokrąglił.
- Dobry Boże! - wykrzyknęła tak, że jej towarzyszka aż podskoczyła. -
Ty... ty jesteś...
Nie była w stanie dokończyć. Wskazała na brzuch dziewczyny.
Mihrimah spojrzała na nią zawstydzona, kiwając głową.
- Dobry Boże! Córka padyszacha zostanie matką.
- Ciii... Jeszcze nikt o tym nie wie.
- Sułtanka Hürrem też nie?
- Wie, że przez jeden miesiąc nie zakrwawiłam. Poradziła mi nikomu nie
mówić, dopóki nie będę miała pewności. Teraz już jestem przekonana, ale
nikt inny jeszcze nie wie, że jestem brzemienna.
- A twój mąż? On oczywiście wie. Mihrimah pokręciła głową.
- Nie. - Ponownie ujęła Nurbanu i poprowadziła w stronę domu. - Nikomu
nie zdradzisz mojej tajemnicy, prawda?
- Nie zdradzę.
- Przysięgnij.
- Przysięgam.
Nagle dał się słyszeć szorstki, męski głos:
- Nie oczekuj, że w to uwierzę. Znów zrobiłeś coś za moimi plecami.
- Nic nie zrobiłem - sprzeciwił się drugi mężczyzna słabym głosem.
- Myślisz, że to mnie obchodzi? Sułtan uczynił to, co nakazuje tradycja.
- Jaka tradycja? Czy słowo, które wyjdzie z jego ust, nie jest prawem?
Jeśli powie, że od tej pory nie będzie tak, tylko tak, to tak się
stanie. To on jest tradycją.
- Poznałaś, prawda? - zapytała cicho Mihrimah. - Bajazyd i Selim.
Bajazyd odchodzi od zmysłów, bo ojciec ogłosił Żółtogłowego drugim
księciem.
- Dlaczego? Czy to nie prawo Selima?
Zapytała o to tak szorstkim i tak pełnym gniewu tonem, że Mihrimah się
zdziwiła.
- Tak, ale...
- Ale co, Mihrimah? Chyba każdy powinien dostać to, co mu się należy.
- Nasza matka i Bajazyd tak nie uważają. Nieważne. Daj teraz temu
spokój. Chodź ze mną.
Nurbanu nawet nie lubiła głosu księcia Bajazyda. Rzucając w duchu
przekleństwa na niego, podążyła za córką padyszacha.
Mihrimah, minąwszy wysoką palisadę, zza której dochodziły głosy książąt,
natychmiast skierowała się do ustawionych na trawie siedzisk i stołów.
Od mężczyzn dzieliły ich tylko posadzone rzędem tuje.
- Prawo jest po stronie silniejszego. Nikomu nie pozwolę odebrać tego,
co mi się należy! - wykrzyknął Bajazyd dokładnie w chwili, gdy Nurbanu
przechodziła za nim.
Meneksze i Esma natychmiast zerwały się na ich widok. Pozostałe damy
dworu także się podniosły. Dwie służące zaczęły napełniać kryształowe
kielichy schłodzonym sorbetem dla swoich pań. Esma uwijała się z niepokojem.
- Ona wie?
Sułtanka Mihrimah przyłożyła palec do ust.
- Ciii...
Przymknęła oczy, żeby potwierdzić. Oczywiście, że wiedziała. Niczego nie
dało się ukryć przed piastunką. Kiedy ona zajdzie w ciążę z królem, z pewnością Meneksze dowie się jako pierwsza.
Esma pomogła Mihrimah usiąść wygodnie. Po bokach i za plecami ułożyła
poduszki. Przez chwilę jej spojrzenie skrzyżowało się ze wzrokiem
Nurbanu. Piastunka także natychmiast pojęła, że i ona wie o ciąży jej
pani. Uśmiechnęły się do siebie jakby w pozdrowieniu, ale tak naprawdę
obie wyraziły swoją radość.
Głosy książąt ucichły na widok dziewcząt.
- To jeszcze nie koniec - wydyszał Bajazyd.
- Sułtan wie, co robi - oznajmił Selim.
Wszystkie myśli uleciały Nurbanu z głowy. Ją i drugiego księcia
sukcesora Selima dzieliła ta głupia palisada. Jej książę był tuż przed
nią, a ona rozmawiała tu z innymi dziewczętami o jakichś błahostkach.
Przecież Selim chciał z nią porozmawiać. Jak to ma się stać? Czy widział
ją między gałęziami, kiedy przechodziła? Spędziła całe trzy godziny,
żeby stanąć przed nim w najpiękniejszym stroju. Meneksze błagała ją,
żeby upięła włosy, ale Nurbanu stanowczo odmówiła. Od dziecka marzyła o jasnowłosym księciu. Być może Żółtogłowy także wyobrażał sobie królową o śniadej cerze i kruczoczarnych włosach. Taką jak ona. Czy mogło tak być?
Wodospad bujnych czarnych włosów spływał po jej ramionach i sięgał
prawie do talii. Chustę o wyszywanych krawędziach przypięła dwiema
szpilkami. Po obu stronach czoła zwisały jej pięknie zakręcone loki.
Cała była ubrana w szaty w odcieniach zieleni. Nie było wątpliwości, że
Selim straci głowę na widok jej zielonych oczu, w których na dodatek
będzie się odbijał zielony płomień kaftana. Oczywiście, jeśli ją
zobaczy. Nie powinna także zapomnieć o uśmiechu, pod wpływem którego
pojawiają się urocze dołeczki, a także o zalotnych spojrzeniach i delikatnych westchnieniach. Dobrze, ale kiedy to wszystko zrobi? Nic się
nie działo. Rozmawiali o tym, kiedy owdowiała żona Mehmeda urodzi, jakby
to miało jakiekolwiek znaczenie. Nic jej to nie obchodzi.
Żeby lepiej słyszeć toczące się rozmowy, Nurbanu usiadła tyłem do
palisady. Dlatego nie zauważyła, kiedy Selim wstał i starając się
zachować dyskrecję, dał znak stojącej naprzeciwko niego siostrze. Nie
zauważyła również, gdy Mihrimah delikatnie skinęła głową. Podczas gdy
Selim oddalił się od młodszego brata i powiedział: "Przejdę się trochę",
Nurbanu pochłonięta była swoimi obawami. Dziś był sądny dzień. Albo na
nowo zacznie żyć, albo nie pozostanie dla niej żadna nadzieja. Nie
zniosłaby porażki Selima. Gdy tylko usłyszała chrapliwy głos Bajazyda,
postanowiła, że nie będzie miał z nim szansy. Cokolwiek zrobi Hürrem,
tron nie był mu pisany.
- Nurbanu!
A ona nie chciała mieć nic wspólnego z tym, którego przeznaczeniem nie
był tron.
- Nurbanu!
Musi się dziś spodobać Selimowi. Niech zapłonie uczuciem do niej. Niech
postrada zmysły. Od dzisiaj to o niej miał śnić i każdej nocy szeptać
jej imię, błagając o jeden pocałunek.
- Nurbanu, mówię do ciebie!
- Co się stało? Słucham?
Dopiero wtedy, gdy Meneksze trąciła ją łokciem, dotarł do niej głos
Mihrimah.
- Wołam cię już jakiś czas.
- Przepraszam. Zamyśliłam się.
Na twarzy sułtanki Mihrimah zagościł dziwny uśmiech.
- Przyszłaś tu, żeby posiedzieć? Wstań i przejdź się trochę. Zobacz, z tamtego tarasu widać Nowy Pałac.
Najpierw Nurbanu nie zrozumiała i zamierzała odmówić. W ostatniej chwili
zauważyła wymowne spojrzenie dziewczyny.
- Ach, tak, oczywiście. - Wstała. - Z pewnością jest stamtąd piękny
widok. Oglądałyśmy ogród różany po tej stronie, ale nie widziałam go z nabrzeża.
- Idź, idź. Jest wspaniały. Nigdzie na świecie nie zobaczysz takiego
piękna.
Nurbanu podziękowała jej wzrokiem, po czym skierowała swoje kroki w stronę, którą wskazała jej Mihrimah. Meneksze także pospieszyła za swoją
panią.
- Meneksze! - zawołała Esma. - Dokąd idziesz? Zostań. Nie bój się, nie
porwą ci twojej pani. Chodź, ciebie też nauczę tego haftu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki