Tajemnice dworu sułtana: Nurbanu. Synowa odaliski. Księga VI - Demet Altinyeleklioglu

Kup ebooka

39.90 zł
23.94 zł (33,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

XXXIII. Stambuł. Nowy Pałac. Harem

XXXIII Stam­buł Nowy Pałac Harem

Trudno było pojąć, czy cier­pie­nie tak szybko ustało, czy życie zawsze takie było.

Ból po stra­cie Meh­meda - syna wiel­kiego suł­tana Sulej­mana - powoli zaczął odcho­dzić.

Nur­banu wes­tchnęła ze smut­kiem.

- Zapo­mina się o umar­łych.

Menek­sze poki­wała głową.

- Ogień wypala miej­sce, na które spad­nie, pani.

Ten ogień spa­lił także Nur­banu. Jej marze­nia i sny...

Dziew­czyna spoj­rzała tak żało­śnie, jakby zro­zu­miała jej myśli.

- Wy też wiele wycier­pia­ły­ście. Książę oddał ducha w waszych ramio­nach - to nie jest łatwe. Dzięki Bogu, ta prze­ra­ża­jąca cho­roba was nie... Tfu, tfu, tfu...

Odkąd wró­ciła do haremu, więk­szość miesz­kań­ców pałacu scho­dziła z drogi na jej widok, jakby została nazna­czona przez śmierć. Było także wielu takich jak Menek­sze, któ­rzy splu­wali i mówili na prawo i lewo: "Boże, ucho­waj".

- Sły­sza­ły­ście, pani? - Bez względu na to, czy Nur­banu sły­szała, czy nie, Menek­sze i tak by jej o tym opo­wie­działa. - Nasz pan każ­dego dnia udaje się do gro­bowca księ­cia Meh­meda i prze­sia­duje tam godzi­nami. Hodżo­wie całymi dniami recy­tują Koran. Nasz pady­szach powie­dział podobno do naczel­nego archi­tekta: "Liczę na cie­bie, Sina­ned­di­nie Ago. Wybu­duj tu taki meczet, a przy nim taki gro­bo­wiec, żeby uwiecz­niły imię mojego Meh­meda. Niech nie za sto, lecz za tysiąc lat, każdy, kto będzie modlił się pod stwo­rzoną przez cie­bie kopułą, odmówi Fatihę za duszę Meh­meda Chana".

I po co to wszystko? Mogli się modlić, ile chcieli. Z miej­sca, do któ­rego udał się Meh­med, nie było powrotu.

- A suł­tanka haseki?

- To suł­tanka Hürrem - powie­działa Menek­sze z dumą. - Nikt ni­gdy nie widział, żeby pła­kała. Jej damy dworu mówią, że na wieść o śmierci Meh­meda nie uro­niła ani jed­nej łzy.

Nur­banu także dzi­wiło zacho­wa­nie Hürrem. Jej obli­cze było bez wyrazu, a spoj­rze­nie lodo­wate. Jakby patrzyła, ale nie widziała. Nawet wtedy, gdy zdra­dziła jej prze­ra­ża­jącą tajem­nicę, którą syn Hürrem wyszep­tał do ucha na łożu śmierci, także ani drgnęła.

Tym­cza­sem głos Meh­meda wciąż brzmiał jej w uszach: "Za... Zabili mnie... Gül... ba... har... Mahi...".

- To serce matki, pani - cią­gnęła Menek­sze, wzdy­cha­jąc. - Czy jest w sta­nie znieść coś takiego? Kto wie, jak roz­pa­cza, gdy zostaje sama? Ile krwa­wych łez wylała?

Tak musiało być. Ale czy wystar­czy pła­kać? A zemsta? Co z nią będzie? Skoro Meh­med odszedł, któ­rego syna wyko­rzy­sta Hürrem, żeby roze­grać tę par­tię sza­chów? Przy­szedł czas na Żół­to­gło­wego.

Nur­banu poki­wała głową.

- A jego bra­cia? Co robią?

Przez twarz Menek­sze prze­mknął gorzki uśmiech.

- Co mają robić? - zapy­tała. W jej gło­sie sły­chać było wyrzut, a nawet skry­wany gniew. Przy­su­nęła się nieco do swo­jej pani. - Selim, jak wie­cie, nie opusz­cza swo­ich kom­nat. Mówią, że czę­sto zagląda do niego jakiś żydow­ski kupiec. Yasef czy jakoś tak. Podobno przy­wozi księ­ciu Seli­mowi rzad­kie gatunki win z obcych krain. Są też tacy, któ­rzy twier­dzą, że spro­wa­dza mu dziew­częta. Książę opusz­cza Yasefa Efen­diego tylko wtedy, gdy kła­dzie się spać.

Wyraz jej twa­rzy zdra­dzał, że nie pochwala takiego zacho­wa­nia.

- Umarł jego brat, a od niego jedne dziew­częta wycho­dzą, a następne do niego przy­cho­dzą. Trwają nie­ustanne liba­cje. Wymy­ślił nawet, że ból po stra­cie brata wypala mu serce, i pije, żeby zapo­mnieć o tym cier­pie­niu. Kto miałby w to uwie­rzyć? Jeśli tak, to dla­czego pił przed śmier­cią Meh­meda? Nasz pan i haseki bar­dzo się tym mar­twią, choć nie dają tego po sobie poznać.

Spoj­rzała na Nur­banu, jakby chciała zapy­tać: "Powie­dzia­łam zbyt wiele?".

- Jeśli cho­dzi o księ­cia Baja­zyda...

- Nie­ważne, Menek­sze...

Nie inte­re­so­wało jej, co robią Baja­zyd i Dżi­han­gir. Od pogrzebu Meh­meda nie prze­sta­wała myśleć o Żół­to­gło­wym. Nur­banu miała wra­że­nie, że wciąż ją obser­wuje. Nawet spo­tkali się wzro­kiem. Dziew­czyna kilka razy przy­ła­pała Selima na tym, jak jej się przy­gląda.

"Jedne dziew­częta wycho­dzą, następne przy­cho­dzą", tak? Ale czy któ­raś z nich jest wyjąt­kowa? Czy on też, jak Meh­med, ma swoją uko­chaną?

Nagle zdała sobie sprawę, o czym myśli. Zasta­na­wiała się, w jakim wieku jest Selim. Miał dzie­więt­na­ście lat. Nie mogła w to uwie­rzyć. Poli­czyła jesz­cze raz. Nie pomy­liła się. Selim miał już dzie­więt­na­ście lat. O, rety! Jak ten czas szybko minął. Nur­banu nie­długo miała skoń­czyć sie­dem­na­ście.

Menek­sze zebrała rze­czy i opu­ściła kom­natę. Wycho­dząc, coś powie­działa, ale Nur­banu nie usły­szała. Znów miała mętlik w gło­wie. Dobrze znała to uczu­cie. Coś się sta­nie. Nad­cho­dzące dni przy­niosą wiele zmian - była tego pewna.

Dopóki nie upły­nęło czter­dzie­ści dni od śmierci Meh­meda, ran­kiem grób syna odwie­dzała Hürrem, a popo­łu­dniami suł­tan

Sulej­man.1 Lud­ność także napły­wała falami, żeby pomo­dlić się za duszę nie­szczę­snego księ­cia Meh­meda. Wypo­wia­dano życze­nia i wią­zano kolo­rowe gał­ganki na oko­licz­nych drze­wach. Gro­bo­wiec Meh­meda zmie­nił się w drzewo życzeń.

Czter­dzie­stego dnia w pałacu wrzało po raz ostatni. Roz­no­szono sagany z chałwą. Do koszar wysłano tace pełne prze­róż­nych dań. Przez cały dzień mury wypeł­niały głosy modlitw i hym­nów. A wie­czo­rem, pomimo chłodu, odczy­ty­wano Mevlid2. W czte­rech rogach placu usta­wiono namioty odsło­nięte od przodu. Naj­więk­szy z nich nale­żał do pady­sza­cha. Namiot Hürrem i Mih­ri­mah znaj­do­wał się naprze­ciwko niego. Po raz pierw­szy widziała suł­tana Sulej­mana tej nocy, gdy w łożu Meh­meda zna­le­ziono skor­piona. Póź­niej patrzyła na niego z daleka pod­czas pogrzebu i teraz. Wcale nie był taki, jak sobie wyobra­żała - gruby, gar­baty, odra­ża­jący, o zdra­dziec­kim spoj­rze­niu i bry­zga­jący śliną z bez­zęb­nych ust. Był przy­gnę­biony jak jej ojciec. Jej ojciec nosił kozią bródkę, a policzki Sulej­mana były pokryte zaro­stem. Ojciec był wątły, kru­chy i wytworny, suł­tan nato­miast był postawny. W kafta­nie obszy­tym sobo­lo­wym futrem wyglą­dał potęż­nie jak góra.

Nur­banu stała nieco z boku, ale mimo to cie­szyła się, że jest w tym samym namio­cie co suł­tanka haseki i Mih­ri­mah. Pozo­stałe damy dworu, oczy­wi­ście oprócz Merzuki i Esmy, znaj­do­wały się gdzieś indziej.

Przed dwoma namio­tami zaj­mo­wa­nymi przez kobiety usta­wiono kratę. Hürrem i jej świta stały za zasłoną z czar­nego tiulu.

Męż­czyźni zaj­mu­jący wyso­kie sta­no­wi­ska w pałacu prze­by­wali w namio­cie razem z suł­ta­nem. Wszy­scy oprócz pady­sza­cha sie­dzieli na kola­nach. Podob­nie jak Rudo­brody i jego kor­sa­rze pod­czas uro­czy­sto­ści pogrze­bo­wych na okrę­cie. Nur­banu posta­no­wiła, że już nie będzie nazy­wała ich kor­sa­rzami. Przy­po­mniały jej się dni, gdy wykrzy­ki­wała: "Inno­wiercy!". Teraz wyzna­wała tę samą wiarę co oni. Razem z nimi roz­chy­lała dło­nie i recy­to­wała Fatihę. Oni tylko wyko­ny­wali roz­kazy, to wszystko. A także odważ­nie sta­wiali czoła śmierci. Przy­szło jej na myśl, że spała na koi jed­nego z tych, któ­rzy pole­gli. Jak on miał na imię? Il... Iljas.

Gdy była w Konyi, dwu­krot­nie słu­chała Mevlidu. Jed­nak tego wie­czoru po raz pierw­szy, wśród mrozu sma­ga­ją­cego jej twarz, poczuła, że modli­twa ją oczysz­cza i roz­grzewa jej wnę­trze. Po raz pierw­szy udało jej się wychwy­cić słowa: "Podano kie­lich pełen sor­betu...".

Od tam­tej pory spodo­bało jej się, że pod­czas modli­twy cza­sami wszy­scy wsta­wali i gła­skali się po ple­cach. To było coś wspa­nia­łego. W ten spo­sób można było się pozbyć poczu­cia samot­no­ści, bo wokół znaj­do­wali się ludzie chętni do wycią­gnię­cia ręki, gdyby zaist­niała taka potrzeba. Tej nocy też tak było. Za każ­dym razem, gdy kobieca ręka doty­kała jej ple­ców, czuła, że jest jedną z nich. Coraz bar­dziej była czę­ścią Impe­rium Osmań­skiego. Przy­po­mniała sobie, że w Konyi powie­działa księ­ciu Meh­me­dowi: "Jestem giau­rem". Póź­niej zapy­tała:

"Czy giaur zawsze pozo­sta­nie giau­rem? Nie ma wyj­ścia?". Poczuła wielki cię­żar, gdy na pyta­nie hodży: "Czy jesteś gotowa dostą­pić świa­tło­ści islamu?", odpo­wie­działa twier­dząco. Tej nocy pierw­szy raz poczuła, że uwol­niła się od obwi­nia­nia sie­bie i od stra­chu, że Bóg ją za to uka­rze.

Gdy przy­szła kolej na modli­twę, wylała z sie­bie wszyst­kie pra­gnie­nia. Naj­go­rę­cej pro­siła Boga, żeby zesłał jej króla. "Żegnaj, Meh­me­dzie Cha­nie - mruk­nęła w duchu. - Nie było mi pisane, żebyś został moim kró­lem. Bądź szczę­śliwy tam, dokąd odsze­dłeś".

Następ­nego dnia rano naj­pierw usły­szała odgłosy pospiesz­nych kro­ków. Zanim Menek­sze zdą­żyła się ode­zwać, do jej kom­naty weszła Hürrem.

- Pady­szach cię ocze­kuje, dziecko.

Zamarła.

- Nasz pan chce usły­szeć od cie­bie to, co mi mówi­łaś.

Dobry Boże! Miała sta­nąć przed suł­ta­nem? Gdy tu przy­była, odcho­dziła od zmy­słów ze stra­chu, że wepchną ją do jego łoża, brzy­dziła się nim, myślała nawet, że ją zabije, a teraz miała powie­dzieć temu męż­czyź­nie, że jego syn został zabity przez jego dawną fawo­rytę?

Gdy weszła do kom­naty, była spo­kojna. Strach się ulot­nił. Sądziła, że nogi będzie miała jak z waty, a język odmówi jej posłu­szeń­stwa, ale nic takiego się nie stało.

Przez chwilę wyda­wało jej się, że sie­dzi przed nią Meh­med. Jedno kolano miał pod­cią­gnięte pod brodę, a na nim opie­rał rękę.

- Opo­wiedz mi o tej nocy, dziecko - ode­zwał się suł­tan Sulej­man. - Niczego nie pomi­jaj, nic nie doda­waj. Rozu­miesz? Póź­niej będę miał do cie­bie jedno pyta­nie. Śmiało.

Opo­wie­działa.

- Czy nasz syn oznaj­mił: "Zabili mnie"? Dobrze sły­sza­łaś? Czy to moż­liwe, że źle to zro­zu­mia­łaś? W końcu od nie­dawna uczysz się naszego języka.

- Dobrze sły­sza­łam. Wyszep­tał: "Za-bi-li mnie".

- Podobno wymie­nił też jakieś imię. Czy to prawda?

- Tak. Zapy­ta­łam, kto go zabił. Odpo­wie­dział: "Gülbahar". Oczy­wi­ście nie tak wyraź­nie. Był bar­dzo słaby. Jego głos był ledwo sły­szalny. Nie mógł poru­szać ustami. Mówił syla­bami. Ale zro­zu­mia­łam... Póź­niej wyszep­tał: "Mahi...". Nie star­czyło mu odde­chu, żeby dokoń­czyć. Nie wiem, co to miało zna­czyć, panie.

Oczy­wi­ście, wie­działa, tylko uda­wała. Sulej­man także od razu pojął, o co cho­dzi albo raczej o kogo.

- Możesz odejść, dziecko.

Prze­cież miał o coś zapy­tać. Suł­tan Sulej­man natych­miast zauwa­żył jej waha­nie.

- Chcia­łaś coś jesz­cze dodać, dziecko?

- Powie­dzie­li­ście, panie, że chce­cie zapy­tać o coś waszą sługę...

Nie mogła uwie­rzyć wła­snym uszom. Powie­działa "sługę"! Taka wła­śnie była prawda. W ciągu ostat­nich pię­ciu lat zro­dził się w niej nowy duch, nowy cha­rak­ter. Ceci­lia Baffo nie tylko zmie­niła imię. Była teraz Nur­banu i stała się czę­ścią Impe­rium Osmań­skiego, sługą suł­tana Sulej­mana.

Na twa­rzy zamy­ślo­nego pady­sza­cha zary­so­wały się głę­bo­kie zmarszczki.

- Masz rację. A co ty o tym myślisz? Czy nasz zmarły książę miał rację? Czy to był spi­sek? Widzia­łaś coś albo sły­sza­łaś? Czy Meh­med Chan naprawdę został zabity?

- Tak - odpo­wie­działa bez waha­nia.

- Jak możesz być tego taka pewna? To nie była cho­roba?

- Tutaj też pró­bo­wali, ale im się nie udało. Za to w Seru­ha­nie - tak.

- Jed­nak nie możesz być tego pewna.

- Jestem - mruk­nęła Nur­banu z wyra­zem twa­rzy wska­zu­ją­cym, że prze­żywa to na nowo. - Prze­bie­gła ręka się­gnęła do naszego księ­cia. Zgła­dziła go. Nikt oprócz czte­rech osób znaj­du­ją­cych się w jego kom­na­cie nie zacho­ro­wał na ospę.

- Rozu­miem. Imię, które wypo­wie­dział nasz syn... To oczy­wi­ste, że nie był w sta­nie rzec nic wię­cej. Jed­nak ty... Jesteś pewna, do kogo należy ta prze­bie­gła ręka?

Nie mogła się posu­nąć tak daleko, żeby to potwier­dzić. Wzru­szyła ramio­nami.

- Nie chcę nikogo oczer­niać, ale skoro tak powie­dział nasz książę, to tak musi być.

Suł­tan Sulej­man ze smut­kiem poki­wał głową.

- Możesz już iść.

Z pozor­nym ocią­ga­niem skie­ro­wała się do drzwi, powoli się wyco­fu­jąc.

- Nur­banu!

- Panie?

- Choć wie­dzia­łaś, że cho­roba, która dotknęła księ­cia Meh­meda, jest zaraź­liwa, bez waha­nia weszłaś do jego kom­naty. Ocze­ki­wa­li­by­śmy tego od żony naszego syna. Ona jed­nak wolała pozo­stać na zewnątrz.

Nur­banu natych­miast wyczuła zawód w gło­sie pady­sza­cha. Ucie­szyła się w duchu, ale nie dała tego po sobie poznać.

- Fülane Hatun nosi dziecko naszego księ...

Pady­szach pod­niósł wzrok i spoj­rzał na nią.

- Teraz jej dziecko nie będzie miało ojca - wyszep­tał.

Było oczy­wi­ste, że nie wyba­czy żonie swo­jego syna, że tak postą­piła. Z pew­no­ścią uwa­żał, że razem z księ­ciem powinny umrzeć rów­nież jego żona i dziecko.

- Nie­ważne - cią­gnął. - Byłaś przy naszym synu, nie opu­ści­łaś go aż do samego końca, do ostat­niego tchnie­nia. Nie zapo­mnie­li­śmy, że taką samą odwagą wyka­za­łaś się tej nocy, gdy do łoża naszego syna pod­ło­żono skor­piona. Niech cię Bóg bło­go­sławi. Za twoją lojal­ność i serce naj­wyż­szy Bóg nagro­dził cię, daru­jąc ci życie. Powiedz teraz, czego życzysz sobie od nas?

Dobry Boże! Przez lata cze­kała na to pyta­nie. Przez lata wyobra­żała sobie tę chwilę. Wszystko miało być jak w baśni. Suł­tan miał powie­dzieć: "Speł­nię każde twoje życze­nie", ona zaś wyjawi, czego pra­gnie: "Wyślij mnie do mojego domu". Póź­niej mieli wsa­dzić ją na okręt o bia­łych żaglach i ode­słać. Miał być przy niej także czar­no­brody, przy­stojny kor­sarz, ten sam, który był na statku, ten, który ją upro­wa­dził. Kapi­tan, któ­rego ukra­dła jej Gabriella. Jak on miał na imię? Ha... Ajdyn. Trzy­ma­jąc się za ręce, podzi­wia­liby z pokładu ską­pane w słońcu obli­cze Wene­cji. Jakaś kobieta bie­głaby wzdłuż nabrzeża i woła­łaby: "Ceci­lio, dziecko!".

To marze­nie ode­szło wraz z jej wenec­kim imie­niem.

- To, czego sobie życzę, to wasze zdro­wie, szczę­ście i pomyśl­ność, panie. Czego wię­cej mogłaby pra­gnąć wasza sługa?

Nur­banu nie mogła uwie­rzyć, że to powie­działa. Czy to naprawdę była ona?

- Może chcesz wró­cić do domu?

- Jestem w domu.

Spoj­rzała w zacho­dzące mgłą oczy pady­sza­cha.

"Co mamy począć, Sulej­ma­nie? - jęk­nęła w duchu. - Ty stra­ci­łeś syna, a ja koronę".

- Pań­stwo naszego pana jest naszym pań­stwem, jego dom jest naszym domem.

Nagle suł­tan Sulej­man ujrzał ogień w oczach dziew­czyny. Hürrem i Haj­rad­din Pasza mieli rację. Ta dziew­czyna jest wyjąt­kowa.

- Podobno dostą­pi­łaś zaszczytu przy­ję­cia islamu. Zatem prze­by­wa­jąc w Konyi i odwie­dziw­szy zakon czci­god­nego Mevlany, raczej nie można nie usły­szeć boskiego wezwa­nia. Jed­nak jest coś, co mnie zasta­na­wia. Czy sama tego pra­gnę­łaś, czy ktoś cię do tego prze­ko­nał, dziecko?

"Ta chwila jest dla mnie rów­nie ważna jak ta, w któ­rej po raz pierw­szy spo­tka­łam się z Hürrem - prze­szło jej przez myśl. - Otwórz oczy, Nur­banu. Rusz głową".

Powoli unio­sła wzrok. Spoj­rzała na pady­sza­cha i odpo­wie­działa powoli, jakby nawle­kała paciorki tas­bihu.

- Czy można pozo­stać głu­chym na woła­nie Boga, który wzywa swo­jego sługę? Gdy zosta­ły­śmy wezwane na drogę Prawdy, poczu­ły­śmy to tutaj. - Nur­banu przy­ci­snęła dłoń do piersi. - Pospie­szy­ły­śmy co tchu. Bóg spro­wa­dził nas tutaj, żeby­śmy go zna­la­zły.

Przez chwilę uda­wała, że się waha. Pochy­liła głowę.

- Dla­tego niczyje słowa nie spra­wią, że zwąt­pimy. Jeste­śmy młode, ale nasz umysł jest doj­rzały.

Poczuła na sobie pełen podziwu wzrok suł­tana Sulej­mana, jakby mówił: "Tylko na nią spójrz­cie". Unio­sła głowę. Tym razem patrzyła na suł­tana stra­chli­wie jak mała dziew­czynka, która boi się, że jej słowa roz­gnie­wają pady­sza­cha. Zoba­czyła drogę pro­wa­dzącą od oczu do duszy. Wtedy zro­zu­miała. Matka Mih­ri­mah widziała w niej sie­bie, upodo­bała ją sobie i chciała dać jej rolę w roz­grywce o wła­dzę. Jed­nak uwiel­bie­nie w oczach pady­sza­cha było bez­in­te­re­sowne i szczere.

Zawsty­dziła się na myśl, że nie­gdyś wyobra­żała sobie Sulej­mana jako potwora.

- Niech cię Bóg bło­go­sławi. Ogrom­nie nas to cie­szy. Niech Bóg obda­rzy cię wszel­kim dobro­dziej­stwem.

Co to miało zna­czyć? Nie znała tego słowa. Dobro­dziej­stwo? Sły­szała to po raz pierw­szy, jed­nak nie ocze­ki­wała wyja­śnień.

Mil­cze­nie się prze­dłu­żało. Zro­zu­miała, że wizyta dobie­gła końca. Wyco­fała się, wypo­wia­da­jąc słowa, które tak czę­sto sły­szała od Hürrem.

- Niech Bóg obda­rzy naszego pana zdro­wiem i pomyśl­no­ścią. Niech jego pań­stwo i wła­dza będą wieczne.

- Podejdź! - ode­zwał się suł­tan Sulej­man do kogoś, gdy tylko dziew­czyna opu­ściła kom­natę.

Za para­wa­nem przy bocz­nej ścia­nie coś się poru­szyło. Zza niego wynu­rzył się bia­ło­brody wielki wezyr Hadym Sulej­man Pasza. Miał wysoki, biały tur­ban.

- Sły­sza­łeś, paszo?

Wielki wezyr opu­ścił głowę jesz­cze niżej i prze­chy­lił ją w lewo.

- Sły­sza­łem, panie.

- Co powiesz na te słowa Wene­cjanki? My też znamy się na ludziach, jed­nak ty jesteś w wieku naszego ojca i w ciągu swo­jego życia pozna­łeś wię­cej ludzi niż my. Co o tym sądzisz?

- Piękna.

Pady­szach uśmiech­nął się mimo woli. Gdyby nie to, że z twa­rzy pady­sza­cha nie powinna zni­kać powaga, która przy­stoi władcy, wybuch­nąłby śmie­chem.

- Paszo - mruk­nął z zakło­po­ta­niem - widzimy, że nadto pospie­szy­li­śmy się, mówiąc, że jesteś w wieku naszego ojca. Masz tak prze­ni­kliwe spoj­rze­nie. Nawet zza kratki dostrze­głeś jej urodę.

Nagle twarz wiel­kiego wezyra spło­nęła rumień­cem.

- Ależ, panie - pokło­nił się prze­sad­nie - jeśli w waszej obec­no­ści posu­nę­li­śmy się za daleko, wiedz, że nasza szyja jest cień­sza niż włos. Chcę tylko pod­kre­ślić, że to nie­bez­pieczne, gdy rozum idzie w parze z urodą.

- Sły­sza­łem, że powie­dzia­łeś, że jest piękna, ale mądra?

- Od tego powi­nie­nem był zacząć, pady­sza­chu. Rozum Wene­cjanki wyprze­dza jej urodę.

- W takim razie jest nie­bez­pieczna. W czym może zagra­żać taka dziew­czyna, mój podejrz­liwy wielki wezy­rze? Ibra­him nie zauwa­żył zdrady, nawet gdy ta była tuż przed jego oczami, ty zaś sta­jesz się podejrz­liwy przy każ­dym sil­niej­szym powie­wie wia­tru.

Sulej­man Pasza nie mógł pojąć, dla­czego pady­szach tak nie­spo­dzie­wa­nie porów­nał go do daw­nego wiel­kiego wezyra Ibra­hima Paszy. Co to miało zna­czyć? Ibra­him był naj­bar­dziej zaufa­nym czło­wie­kiem suł­tana Sulej­mana. Znali się jak łyse konie. Pady­szach oddał mu swoją sio­strę suł­tankę Hati­dże, mia­no­wał go wiel­kim wezy­rem, a jakby tego było mało, usta­no­wił go sera­ske­rem3. W Wiel­kim Impe­rium Osmań­skim zapa­mię­tano go jako Wybrańca Ibra­hima. Jed­nak pew­nej nocy ludzie Czar­nego Alego owi­nęli mu na szyi tłu­sty powróz. Następ­nego ranka jego głowę wywie­szono przed murami pałacu. Sulej­man wyrzu­cił na śmiet­nik histo­rii Ibra­hima wybrańca jako Ibra­hima ska­zańca. Dla­czego teraz dawał mu tego czło­wieka za przy­kład?

- Nic to, jeśli ten wiatr nas porwie. Jeśli mamy poświę­cić nasze życie na dro­dze naszego pana, zro­bimy to z uśmie­chem. Jed­nak obro­nimy naszego pana nie przed wia­trem, ale przed skrzy­dłem muchy. Wła­śnie dla­tego jeste­śmy tak prze­czu­leni. Sam suł­tan wie, że czuj­ność ma otwarte oczy i bystry umysł, panie.

- W takim razie co ty na to? Wyda­jąc ostat­nie tchnie­nie, nasz zmarły syn doniósł tej dziew­czy­nie o spi­sku, mówiąc: "Zabili mnie". Pró­bo­wał wypo­wie­dzieć imię. Ona jest jedy­nym świad­kiem tych słów. Nasz syn wyszep­tał je do ucha. Medyk, który pozo­stał przy życiu, nie sły­szał ich. Pozo­stali oddali ducha wkrótce po naszym synu. Co o tym sądzisz? Dziew­czyna mówi prawdę? A może jest ktoś, kto kazał jej tak powie­dzieć? Jak uwa­żasz?

Sulej­man Pasza stra­pił się.

- Zasta­na­wiam się, jakie korzy­ści mia­łaby oda­li­ska, mówiąc coś takiego, panie.

- Jak to jakie? Oczy­wi­ście przy­po­do­bać nam się, wkraść się w nasze łaski.

- Czy dziecko, żeby wkraść się w łaski, przy­sta­wi­łoby ucho do ust śmierci? To wła­śnie zro­biła ta Wene­cjanka. Pod przy­sięgą świad­czy o tym pozo­stały przy życiu medyk.

Suł­tan Sulej­man poki­wał głową. On rów­nież tak myślał. Jed­nak w żaden spo­sób nie mógł uwie­rzyć, że za zbrod­nię odpo­wie­dzialna jest matka jego naj­star­szego syna. Gülbahar prze­peł­niał szał, gniew, ale w końcu była kobietą, która dała mu dziecko, a kie­dyś go kochała. Chciał, żeby poja­wił się ktoś, kto powie: "To nie­moż­liwe. Mahi­de­vran nie zro­bi­łaby cze­goś takiego". Był gotów natych­miast się z tym zgo­dzić.

- W takim razie nie była to przy­pad­kowa cho­roba. Ty także suge­ru­jesz, że ktoś zatruł krew naszego syna.

- Nie mam dowo­dów, ale mnó­stwo wąt­pli­wo­ści, panie.

- A imię? Nasz Meh­med podał dziew­czy­nie imię. Co o tym sądzisz?

- Żyjemy w takich cza­sach, że nawet prawa ręka nie może ufać lewej.

- Sulej­man, który nie ufa nikomu, zaufa obcej dziew­czy­nie? To chcesz nam powie­dzieć? To prawda, że ta dziew­czyna roz­grzała nasze serce. Nasza sym­pa­tia do niej jest więk­sza niż uwiel­bie­nie, jakim darzą ją nasza żona i córka. Zupeł­nie, jakby uro­dziła się w tej rodzi­nie i tu dora­stała, jakby była jedną z nas. Pod­czas gdy kobieta, którą nasz syn pojął za żonę i wziął do swo­jego łoża, trzy­mała się z dala, ta dziew­czyna sta­wiła czoła śmierci. Tej nocy, gdy do łoża Meh­meda pod­ło­żono skor­piona, także bez waha­nia zary­zy­ko­wała życie.

Wielki wezyr Sulej­man Pasza mil­czał przez chwilę. Jeśli powie, że jej ufa, będzie źle, jeśli powie, że jej nie ufa, też będzie źle. Dziew­czyna była sprytna. Bóg jeden wie, co naprawdę jej przy­świe­cało. Jeśli z taką urodą i bystro­ścią usłu­cha pod­szep­tów sza­tana, może tylko spro­wa­dzić na wszyst­kich kło­poty. Jed­nak na razie nic na to nie wska­zy­wało. Jeśli powie suł­ta­nowi, żeby jej nie ufał, oczerni jesz­cze nie­doj­rzałą, nie­winną dziew­czynę. Co wię­cej, pady­szach pod wpły­wem zło­ści mógłby nawet kazać ją zgła­dzić za to, że ścią­gnęła podej­rze­nia na matkę następcy tronu Mustafy. Posta­no­wił, że nie będzie krył swo­ich prze­my­śleń.

- Cię­żar odpo­wie­dzi jest zbyt wielki dla tych sta­rych bar­ków, panie. Nie mam prawa radzić w tym mojemu suł­ta­nowi. Jeśli jed­nak ocze­ku­je­cie odpo­wie­dzi, powiem, że uczu­cia mogą zmy­lić czło­wieka. Skoro darzy­cie ją cie­płem, skoro uwa­ża­cie ją za członka tej rodziny, postąp­cie zgod­nie z tym. Jed­nak zacho­waj­cie ostroż­ność.

Sulej­man z zado­wo­le­niem poki­wał głową.

- Dobrze mówisz, paszo. My także myślimy w ten spo­sób. - Wstał i prze­szedł kilka kro­ków z rękami skrzy­żo­wa­nymi z tyłu. - W takim razie...

Nie dokoń­czył. Sulej­man Pasza dobrze znał takie zacho­wa­nie pady­sza­cha. Zasta­na­wiał się.

- W takim razie... - powie­dział po namy­śle suł­tan, głasz­cząc się po bro­dzie - podej­miemy dzia­ła­nia w związku z tym, co nam prze­ka­zała Wene­cjanka, a jej - nasz zmarły syn. Czy w pałacu w Ama­syi jest ktoś, kto jest bar­dziej lojalny wobec nas niż naszego syna, paszo?

Wielki wezyr zadrżał. Te słowa nie wró­żyły nic dobrego. Ski­nął głową.

- Każ­dego dnia będziesz dosta­wał wia­do­mo­ści z Ama­syi i prze­ka­zy­wał nam wszystko, o czym powin­ni­śmy wie­dzieć. Nie obcho­dzi mnie mie­siąc, dzień ani godzina. Jeśli będzie trzeba, pod­nie­siesz mnie z łóżka, znaj­dziesz mnie, gdzie­kol­wiek będę. Nie będziesz zatrud­niał żad­nych pośred­ni­ków ani posłań­ców. Będziesz wie­dział nie tylko, co powie­dział nasz syn, ale też to, co pomy­śli. Będziesz mówił mi nie tylko o tym, co zro­bił, ale też o tym, co zamie­rza.

Spoj­rzał w oczy wiel­kiego wezyra.

- To samo tyczy się matki naszego syna.

Wielki wezyr w potwier­dze­niu uca­ło­wał jego dłoń i pokło­nił się.

- I - syk­nął nagle pady­szach - zapa­mię­tasz, co ci powie­dzia­łem, ale nikomu o tym nie wspo­mnisz, paszo.

Dobrze to zro­zu­miał. Jeśli nie będzie trzy­mał ust na kłódkę, zanim straci głowę, obe­tną mu język.

- A teraz - ode­zwał się suł­tan Sulej­man - oto mój roz­kaz. Mia­nu­jemy naszego syna księ­cia Selima, san­dżak­beja Kara­manu, san­dżak­be­jem Manisy. Niech nie­zwłocz­nie zaj­mie miej­sce, które zwol­nił jego świę­tej pamięci star­szy brat. Oto mój roz­kaz: Od dziś Selim san­dżak­bej Manisy jest dru­gim księ­ciem. Niech wie­dzą o tym wszy­scy w moim pań­stwie. Niech służą mu i darzą go takim sza­cun­kiem jak nas samych.

Gdy Nur­banu opu­ściła kom­natę pady­sza­cha, pod­bie­gła do niej Mih­ri­mah, która cze­kała na nią nie­cier­pli­wie.

- Co zna­czy "dobro­dziej­stwo"?

- Pocze­kaj, złap oddech.

- Nie potrze­buję odde­chu, ale odpo­wie­dzi, córko pady­sza­cha. Co zna­czy "dobro­dziej­stwo"?

- Dla­czego o to pytasz?

- Pady­szach powie­dział do mnie: "Niech Bóg obda­rzy cię wszel­kim dobro­dziej­stwem".

Mih­ri­mah, która ocze­ki­wała jej z nie­po­ko­jem, bojąc się, że dziew­czyna jakimś nie­wła­ści­wym zacho­wa­niem roz­zło­ści jej ojca, uspo­ko­iła się.

- To dobrze. Ojciec cię pobło­go­sła­wił - wyja­śniła. - Dobro­dziej­stwo to łaska i szczę­ście. Powie­dział, żeby Bóg dał ci to, czego pra­gniesz.

Serce jej zało­mo­tało, a dusza się roz­świe­tliła. To wła­śnie było słowo klucz: dobro­dziej­stwo! Ona zapra­gnie, a Bóg jej to da.

Suł­tan wła­śnie wyzwo­lił ją z wię­zie­nia roz­pa­czy i bez­na­dziei, w któ­rym do tej pory tkwiła. Gdy wró­ciła do kom­naty, wycią­gnęła pamięt­nik, w któ­rym od dawna nic nie napi­sała. Le mie spe­ranze hanno fio­rito - zano­to­wała.

Teraz było jej już wszystko jedno, czy ktoś to prze­czyta i zro­zu­mie.

Moje nadzieje roz­kwi­tły. Duch pięk­nej Heleny znów mi pomógł. Dziś przy­jął mnie suł­tan. Nauczył mnie magicz­nego słowa - dobro­dziej­stwo. Ni­gdy go nie zapo­mnę. Scho­wam go w moim sercu niczym zacza­ro­wany klucz. Wiesz? Podobno "dobro­dziej­stwo" ozna­cza łaskę i szczę­ście, speł­nie­nie pra­gnień. Pady­szach pobło­go­sła­wił mnie sło­wami: "Niech Bóg obda­rzy cię wszel­kim dobro­dziej­stwem". Ja też uwa­żam, że powi­nien to zro­bić.

Posta­wiła kropkę. Pod­parła brodę i się zamy­śliła. Póź­niej znów wzięła pióro i napi­sała:

Wró­ci­łam. Jestem w domu.

Przez chwilę wahała się, czy powinna to otwar­cie napi­sać. W końcu zre­zy­gno­wała. "Cze­kam na k.", dodała. Pod­pi­sała się. "N". W gór­nym rogu nary­so­wała nie­wielką sto­krotkę.

Nie wie­działa, jak to zrobi i gdzie go znaj­dzie, ale cze­kała. Znaj­dzie księ­cia, z któ­rego zrobi króla. To było jej dobro­dziej­stwo. Bóg pomoże jej w tym, żeby speł­nić modli­twę pady­sza­cha. Była tego pewna.

Odcho­dziła od zmy­słów ze stra­chu, że źle postąpi. Bała się, że pod­czas gdy Ojciec Nie­bie­ski wyba­czył jej wielki grzech, któ­rego się dopu­ściła, znów ścią­gnie na sie­bie lawinę nie­szczęść z powodu popeł­nio­nego błędu. Nie­ła­two było zmie­nić reli­gię.

Przede wszyst­kim niczego nie wie­działa. Uczyła się nowego życia od początku, a do tego w innym języku. Gdy w końcu udało jej się lepiej opa­no­wać język, w któ­rym roz­ma­wiali, poja­wił się język reli­gii.4 Zda­rzało się, że gdy o coś pytała, Mih­ri­mah nie potra­fiła udzie­lić jej odpo­wie­dzi. Nawet córka pady­sza­cha nie znała dobrze tego języka. Podob­nie było w kościele. Gdy ksiądz mru­czał coś po łaci­nie, więk­szość zgro­ma­dzo­nych go nie rozu­miała. W Impe­rium Osmań­skim także modlono się w innym języku.

Naj­ła­twiej było prze­strze­gać postu. Nale­żało się powstrzy­mać od jedze­nia i picia. Poza tym Nur­banu lubiła nastrój panu­jący pod­czas rama­danu. Hürrem pole­ciła słu­żą­cym, żeby przy­no­szono jej do kom­naty posiłki na iftar i suhur, ale Nur­banu wolała być pośród ludzi. W nocy nakry­wano do stołu. Wie­czo­rem zaś nie­cier­pli­wie nasłu­chi­wano ezanu. Naj­pierw łyk wody, póź­niej hurma5 i zupa.

Jed­nak gdy przy­cho­dziło do modli­twy, było jej naprawdę trudno. Myliła jej się kolej­ność ruchów. Mie­szało jej się w gło­wie, gdy tygo­dniami, mie­sią­cami czy­tała modli­twy, pró­bu­jąc nauczyć się ich na pamięć. Zasta­na­wiała się, co powinna teraz zro­bić, i zapo­mi­nała słów. Dla­tego sta­rała się modlić w oto­cze­niu innych kobiet, żeby dys­kret­nie śle­dzić ich ruchy, we wła­ści­wym cza­sie odda­wać pokłon czy wsta­wać.

Tego dnia także odma­wiała wie­czorną modli­twę w lustrza­nym holu wraz z innymi dziew­czę­tami. Póź­niej, razem z Menek­sze, ruszyła w stronę swo­jej kom­naty. Nie­koń­czące się wąskie, kręte kory­ta­rze haremu w drżą­cym świe­tle świecy wyglą­dały bar­dzo tajem­ni­czo. Stop­niowo towa­rzy­szyło jej coraz mniej osób. Wszy­scy kie­ro­wali się do swo­ich pokoi, żeby poło­żyć się spać.

Gdy zna­la­zły się w kory­ta­rzu, w któ­rym mie­ściły się kom­naty Mih­ri­mah, a także jej, pozo­stały z Menek­sze same. Nur­banu szła przo­dem, a słu­żąca za nią, pocie­ra­jąc zmę­czone oczy.

Nagle zauwa­żyła kawa­łek sukni zni­ka­ją­cej za rogiem. Pur­pu­ro­wej sukni obszy­tej sobo­lo­wym futrem.

To była Hürrem. A może coś jej się przy­wi­działo? Zawa­hała się. Czy tka­nina naprawdę była pur­pu­rowa? Może zmy­liło ją świa­tło świec. Nie, widziała wyraź­nie, była pur­pu­rowa. Zatem to suł­tanka Hürrem weszła do ciem­nego kory­ta­rza. W pałacu nikt oprócz niej nie nosił pur­pu­ro­wych stro­jów. Jed­nak co robiła w tym kory­ta­rzu o tak póź­nej porze? I to bez towa­rzy­szą­cych jej dam dworu.

- Idź. Ja za chwilę przyjdę.

Menek­sze zdzi­wiła się.

- Ale...

- Zaraz zaśniesz na sto­jąco. Idź i się połóż. Mam jesz­cze coś do zro­bie­nia w łaźni.

Menek­sze nie upie­rała się, cho­ciaż nie rozu­miała tej nagłej potrzeby sko­rzy­sta­nia z łaźni. Powieki jej się zamy­kały. Nagro­dziła swoją panią uśmie­chem uwy­dat­nia­ją­cym dołeczki w jej czar­nych policz­kach.

Nur­banu cze­kała, aż Menek­sze się oddali. Po chwili zanu­rzyła się w kory­tarz, w któ­rym przed chwilą znik­nęła Hürrem. Jedyne świa­tło padało z lampy na rogu. Wokół pano­wały jesz­cze więk­szy mrok i cał­ko­wita cisza. Nur­banu rozej­rzała się. Za któ­rymi drzwiami znik­nęła matka Mih­ri­mah?

Poru­szała się na pal­cach. Przy­kła­dała ucho do drzwi. Docho­dziły zza nich kobiece szepty, głosy dzieci, ale nic nie wska­zy­wało na to, że gdzieś tam była suł­tanka haseki.

Dokąd poszła ta kobieta? Prze­cież nie roz­pły­nęła się w powie­trzu.

Od strony łaźni docho­dziło szcze­bio­ta­nie kobiet. Kobiet, które ze względu na późną porę sta­rały się nie hała­so­wać, ale jed­no­cze­śnie nie prze­sta­wały chi­cho­tać... Wielka suł­tanka Hürrem raczej nie weszła tam, gdzie myły się słu­żące.

Nur­banu szła dalej. Ciem­ność w kory­ta­rzu zaczęła gęst­nieć. Świa­tło świecy nie wystar­czało. Skrę­ciła w lewo, mimo że z tru­dem dostrze­gała, co ma przed sobą. Ni­gdy wcze­śniej tu nie była. Sły­szała, jak mocno bije jej serce. Jed­no­cze­śnie zasta­na­wiała się, co powie, jeśli ktoś ją tu zoba­czy. Miała wra­że­nie, że przed sobą dostrzega deli­katne świa­tło. Powoli skie­ro­wała się w tamtą stronę. Zoba­czyła przed sobą małe, żela­zne drzwi. Świa­tło sączyło się z nie­wiel­kiej szpary pod nimi.

Wycią­gnęła rękę, żeby je otwo­rzyć, i nagle zamarła... Usły­szała jakiś głos. Głos męż­czy­zny był szorstki, chra­pliwy, przy­pra­wia­jący o drże­nie.

Po chwili do jej uszu dobiegł jesz­cze jeden głos - kobiecy.

Bez­sze­lest­nie zbli­żyła się do drzwi.

Nagle udało jej się wyło­wić jakieś zda­nie:

- Ale co możemy zro­bić? Taki jest roz­kaz pady­sza­cha.

Były to słowa męż­czy­zny. Pomimo stra­chu pode­szła jesz­cze bli­żej.

- Paszo!

To był jej głos, głos Hürrem. Roz­ma­wiała z jakimś męż­czy­zną.

- Wybra­ły­śmy się tu tylko po to, żebyś narze­kał i bez­rad­nie pocie­rał dło­nie?

Męż­czy­zna mil­czał.

- Roz­kaz zmie­nia roz­kaz - ode­zwała się ponow­nie Hürrem. - Musimy zmie­nić dru­giego. To wszystko. On ni­gdy nie udźwi­gnie takiego cię­żaru. Nie możemy przejść do dzia­ła­nia, pole­ga­jąc na nim. Potrze­bu­jemy innego dru­giego. Dru­giego, któ­remu lud­ność przy­kla­śnie, kiedy sta­nie się to, co ma się stać.

"Dru­giego"? O czym oni roz­ma­wiali? Jakiego "dru­giego"? Nagle pojęła, że cho­dzi o dru­giego księ­cia.

Serce zaczęło jej bić szyb­ciej, tym razem bar­dziej z pod­nie­ce­nia niż ze stra­chu. Kto to mógł być? Kto został dru­gim księ­ciem? Nikt jej nic nie mówił! Kto­kol­wiek wie­dział, co działo się w tym pałacu, dowia­dy­wała się jako ostat­nia. I jak w tej sytu­acji miała zna­leźć księ­cia, który uczyni z niej kró­lową?

Nur­banu miała mętlik w gło­wie. Wyda­wało jej się, że kogo­kol­wiek pady­szach ogło­sił dru­gim księ­ciem, Hürrem to się nie spodo­bało. Mówiła, że trzeba to zmie­nić. Ale o co tu cho­dziło? Czy ten, który został obwo­łany dru­gim księ­ciem, nie był jej synem? Czy to moż­liwe, że pady­szach ogło­sił księ­ciem w miej­sce Meh­meda syna innej kobiety? Być może tak się wła­śnie stało. Hürrem prze­cież nie wystą­pi­łaby prze­ciwko swo­jemu synowi.

- Może wy o tym poroz­ma­wia­cie - pod­jął męż­czy­zna.

- Sądzisz, że nie roz­ma­wia­ły­śmy? Zawsze sły­szę: "Takie jest prawo i tra­dy­cja. Jeśli my się im sprze­ci­wimy, co zrobi nasz lud?". Powie­dzia­łam wprost, że on sobie nie pora­dzi. "Pora­dzi sobie, pora­dzi - roze­śmiał się. - Nauczy się. Poza tym będzie miał wokół sie­bie zdol­nych ludzi". Jeśli będę dalej nale­gać, nabie­rze podej­rzeń.

- Jest tam ktoś? - zapy­tał nie­spo­dzie­wa­nie męż­czy­zna.

W jego gło­sie sły­chać było nie­po­kój, ale naj­bar­dziej prze­stra­szyła się Nur­banu. Zadrżała z prze­ra­że­nia. Musieli się domy­ślić, że ktoś ich pod­słu­chuje. Zaraz drzwi się otwo­rzą, zosta­nie zła­pana i wszystko się skoń­czy.

- Ja niczego nie sły­sza­łam.

- Usły­sza­łem jakiś dźwięk.

- Czyżby nasz zięć zaczął nasłu­chi­wać już nawet chro­bo­ta­nia szczu­rów?

Zięć? A zatem męż­czy­zną, z któ­rym nama­wiała się Hürrem, był mąż Mih­ri­mah!

- W ostat­nim cza­sie sta­łem się nieco prze­wraż­li­wiony, moja suł­tanko. Wybacz­cie.

- Potrzeba nam serca nie­złom­nego jak stal i zim­nego jak lód. Za takiego cię uwa­ża­ły­śmy.

- Nie pomy­li­ły­ście się. Może moja żona też by spró­bo­wała?

- Jesz­cze na to za wcze­śnie. Domy­śli się, że to ja ją do tego skło­ni­łam. Twoja żona póź­niej wej­dzie na scenę. Teraz bar­dziej niż języka potrze­bu­jemy jej rozumu. Ty powoli przejdź do dzia­ła­nia. Roz­puść plotkę. Niech ludzie zaczną gadać. Niech natych­miast dotrze do tych ple­ciug na baza­rze.

- Jaką plotkę?

Przez chwilę Hürrem mil­czała.

- Niech na przy­kład pytają, czy teraz do zwy­cięstw będzie pro­wa­dził nas pijak.

Pijak! Żół­to­głowy!

Roz­wią­zała zagadkę. To Selim został dru­gim księ­ciem. Nur­banu krzyk­nęła w duchu ze szczę­ścia. Jed­nak nagle jej radość zga­sła. Jego matka tego nie chciała. Nie chciała swo­jego syna na księ­cia.

- Póź­niej... - cią­gnęła Hürrem. - "Armia będzie dosta­wać roz­kazy zza bie­siad­nego stołu?". Takie plotki. Są nie­groźne, ale pozo­stają w pamięci. Gdy nadej­dzie wła­ściwy czas, suł­tan wyda roz­kaz i mia­nuje innego.

- Jest jesz­cze ten Żyd. Nie odstę­puje go na krok.

- Jego też wyko­rzy­staj. Niech ludzie go obwi­niają. Ten męż­czy­zna to szu­bra­wiec.

- Trzeba pomy­śleć, dokąd wysłać dru­giego.

- Niech będzie bli­sko sto­licy. Nawet bli­żej niż Manisa. Zro­zu­mia­łeś?

Nur­banu zasta­na­wiała się, co ozna­czały te słowa. Matka Selima przy­go­to­wy­wała zamach na niego?!

- Czy ist­nieje san­dżak, który jest bli­żej sto­licy niż Manisa?

Dziew­czyna usły­szała cichy śmiech Hürrem.

- A nie ma? - zadrwiła kobieta.

Zatem był, a ona roz­gnie­wała się, że jej zięć o tym nie pomy­ślał.

- Ger­miyan?

- Tak, Ger­miyan. Pałac w Kütahyi cie­szy się dobrą sławą.6

- Czy mogę o coś zapy­tać?

- Pytaj.

- Czy ona wie?

- Kto?

- Moja żona. Mih­ri­mah.

Nur­banu ledwo sły­szała głos męż­czy­zny.

- Jesz­cze nie, ale się dowie.

- A jeśli będzie prze­ciwna?

- Nie będzie. Idź i roz­puść plotki na baza­rze. Co z drugą sprawą?

- Szu­kam ręki, która napi­sze list.

- Znajdź ją.

Głosy uci­chły.

Dla­czego zamil­kli? Czyżby zro­zu­mieli, że są pod­słu­chi­wani? Nagle Nur­banu wpa­dła w popłoch. Nie, nie zdali sobie sprawy z jej obec­no­ści. Po pro­stu roz­mowa się skoń­czyła.

O nie! Za chwilę drzwi się otwo­rzą, a ona sta­nie twa­rzą w twarz z Hürrem. Kobieta zro­zu­mie, że Nur­banu dowie­działa się o zama­chu, jaki pla­nuje na swo­jego syna.

Sta­ra­jąc się nie wydać żad­nego dźwięku, odda­liła się od drzwi i prze­su­nęła się w ciem­niej­szą część kory­ta­rza. Jej ręce błą­dziły po ścia­nie. Gdyby to było moż­liwe, zro­bi­łaby w niej dziurę i scho­wa­łaby się tam. Jej ręka na chwilę zawi­sła w pustej prze­strzeni. Wąska wnęka. Dzięki Bogu! Natych­miast się tam scho­wała. Z ser­cem biją­cym jak osza­lałe cze­kała, aż drzwi się otwo­rzą.

Skrzyp­nęły zawiasy. Podmuch wia­tru, który wytwo­rzyła suk­nia szybko odda­la­ją­cej się kory­ta­rzem kobiety, dosię­gnął Nur­banu. Bez ruchu, z zapar­tym tchem cze­kała dalej. Po chwili drzwi znów zatrzesz­czały. W świe­tle, które wydo­było się z wnę­trza, na kory­tarz padł długi, prze­ra­ża­jący cień męż­czy­zny. Gdy cień poru­szył się, żeby zamknąć drzwi, Nur­banu zauwa­żyła, że jedna noga męż­czy­zny jest krót­sza. Dobrze przy­pusz­czała. To był Rüstem! Zawszony mąż Mih­ri­mah. Męż­czy­zna zdmuch­nął świecę tlącą się w środku. Mdłe świa­tło zadrżało, póź­niej zga­sło i cień znik­nął. Pozo­stał tylko odgłos kro­ków odda­la­ją­cych się kory­ta­rzem.

Nur­banu jesz­cze przez chwilę cze­kała, aż jej serce się uspo­koi. Co takiego sły­szała? Żół­to­głowy! Żół­to­głowy został dru­gim księ­ciem. Jeśli coś się sta­nie synowi Gülbahar - a była pewna, że Hürrem się o to postara - Selim odzie­dzi­czy tron ojca i zosta­nie pady­sza­chem.

Czy to on był księ­ciem, któ­rego szu­kała? Czemu nie? Czy nie był przy­stojny? Nawet jeśli nie, książę, który miał zostać kró­lem, nie musiał być uro­dziwy.

Jed­nak Hürrem nie chciała Selima.

Nagle Nur­banu wyszep­tała coś, co ją samą zdzi­wiło:

- Matka może i nie chce, ale ja tego chcę.

Gdy odgłos kro­ków Rüstema ustał, wyszła z ukry­cia. Szyb­kim kro­kiem skie­ro­wała się do swo­jej kom­naty, a na jej twa­rzy poja­wił się tajem­ni­czy uśmiech.

Znów była na nie­bez­piecz­nych wodach.

XXXIV. Stambuł. Dom Rüstema Paszy

XXXIV Stam­buł Dom Rüstema Paszy

To cud!". To były pierw­sze słowa, które prze­szły przez myśl Nur­banu, gdy usły­szała od Mih­ri­mah:

- Jutro dzieci suł­tana Sulej­mana Chana i suł­tanki Hürrem spo­ty­kają się w naszym domu. Przy­go­tuj się. Ty też przyj­dziesz.

Tego wie­czoru zapi­sała w swoim pamięt­niku: "To cud!".

- Dla­czego? - zapy­tała córki pady­sza­cha, pró­bu­jąc uda­wać, że jej na tym nie zależy. - Dla­czego rodzeń­stwo się spo­tyka?

- Selim przy­je­chał z Manisy. Od tygo­dnia mieszka w Sta­rym Pałacu, a Baja­zyd za tydzień wyjeż­dża.

- Wyjeż­dża? Dokąd?

- Nie wiesz? Gdy Selim został ogło­szony dru­gim księ­ciem, przy­je­chał z Seru­hanu do sto­licy, żeby uca­ło­wać dłoń suł­tana. A Baja­zyd, który od dawna psuł wszyst­kim krew swoim narze­ka­niem: "Selim został san­dżak­be­jem, a my tkwimy tutaj. Zupeł­nie jak­by­śmy byli nie rodzo­nym, lecz przy­bra­nym synem", objął w końcu san­dżak Ger­miyan.

Ger­miyan!

Przy­po­mniało jej się pyta­nie, które zadał Hürrem mąż Mih­ri­mah tam­tej nocy, gdy pod­słu­chi­wała pod żela­znymi drzwiami: "Czy ist­nieje san­dżak, który jest bli­żej sto­licy niż Manisa?". To wtedy Nur­banu usły­szała o Ger­miyan.

Przez chwilę nie docho­dziły do niej słowa Mih­ri­mah. "Ger­miyan, tak? A zatem Hürrem szy­ko­wała Baja­zyda, żeby po jej mężu to on zasiadł na tro­nie impe­rium. Zamie­rzała ode­brać Seli­mowi to, co mu się nale­żało, i dać to Baja­zy­dowi".

- Nie, ona tego nie zrobi.

- Słu­cham?

Niech to szlag! Znów się zapo­mniała.

- Powie­dzia­łam, że on tego nie zrobi - pró­bo­wała wybrnąć z tej nie­zręcz­nej sytu­acji.

- Kto?

- Baja­zyd. Nie przyj­dzie.

- Dla­czego? Przyj­dzie. Nie uwie­rzy­ła­byś. Uspo­koił się i zmą­drzał. Baja­zyd jest teraz ulu­bień­cem matki.

Poja­wiła się spo­sob­ność do zmiany tematu.

- A książę Dżi­han­gir? Nasza matka Hürrem nie kocha swo­jego naj­młod­szego syna?

- On zaj­muje inne miej­sce.

Na chwilę zapa­dła nie­zno­śna cisza. Mih­ri­mah nie mogła pojąć zacho­wa­nia dziew­czyny. Domy­śliła się, że pró­buje zmie­nić bieg roz­mowy. Sły­szała, jak powie­działa "ona", a póź­niej się popra­wiła. Poza tym, co jej do tego? Jeśli Baja­zyd zechce, to przyj­dzie.

- Zezło­ścisz się, jeśli coś powiem, suł­tanko Mih­ri­mah?

- Jeśli nie zapy­tasz, jak mi się żyje w mał­żeń­stwie, to nie.

- Może lepiej będzie, jeśli zostanę. Może innym razem przyjdę tylko ja? Co mam robić pośród dzieci pady­sza­cha?

- Nie mów głupstw - prze­rwała jej Mih­ri­mah. - Poza tym nawet jeśli ja na to przy­stanę, Żół­to­głowy się nie zgo­dzi.

- Żół­to­głowy?

- Oczy­wi­ście. Wła­ści­wie nie powin­ny­śmy już tak o nim mówić, ale mniej­sza o to. Drugi książę suk­ce­sor w ciągu czte­rech dni wysłał do mnie sied­miu posłań­ców z prośbą, żebym koniecz­nie cię zapro­siła.

I to wła­śnie był cud.

"Mój Boże! Piękna Heleno! Rudo­brody! Dżinny, wróżki i anioły! Wy, któ­rzy nada­je­cie bieg mojemu życiu. Sły­sze­li­ście? Książę mnie wzywa!".

Nur­banu udała się do domu suł­tanki Mih­ri­mah i jej męża powo­zem, który jechał za księ­ciem Dżi­han­gi­rem. Chło­piec powoli sta­wał się mło­dzień­cem. Wraz z wie­kiem rósł jed­nak także garb na jego ple­cach. Ich spoj­rze­nia się spo­tkały, gdy Nur­banu wsia­dała do karocy. Jego blada, smutna twarz natych­miast się roz­ja­śniła. Zdjęła nogę ze stop­nia i pozdro­wiła księ­cia, dyga­jąc, tak jak to zro­biła, gdy zoba­czyła go po raz pierw­szy. On także lekko ski­nął głową. Jakby jego zgnę­bie­nie i żałość nie wystar­czały, był jesz­cze ten napeł­nia­jący obawą cię­żar. Gdyby jakie­muś mala­rzowi kazano nama­lo­wać obraz nie­szczę­ścia, z pew­no­ścią obrałby sobie za model Dżi­han­gira. Jed­nak jego zbo­lała twarz roz­pro­mie­niła się na widok Nur­banu, zupeł­nie jakby słońce wyszło zza chmur.

Po tej bez­gło­śnej, a jed­nak wypeł­nia­ją­cej wnę­trze cie­płem chwili Nur­banu zamie­rzała wła­śnie wsiąść do powozu, gdy usły­szała:

- Cze-czi-lo!

Ten głos spra­wił, że zamarła. Dżi­han­gir wołał tak do niej, gdy był mały, sta­wia­jąc na nogi całe oto­cze­nie. Odwró­ciła głowę. Książę wyglą­dał tak, jakby chciał pod­biec i rzu­cić się jej na szyję. Z pew­no­ścią zro­biłby to, gdyby było mu wolno, gdyby nie powstrzy­my­wały go reli­gia, tra­dy­cja, zasady i pała­cowa ety­kieta.

Nur­banu myślała podob­nie. Było to coś innego niż współ­czu­cie. Tak jak kie­dyś stwier­dziła Mih­ri­mah, Dżi­han­gir cał­kiem róż­nił się od pozo­sta­łych braci. Odpo­wie­działa na to dzie­cięce zawo­ła­nie macha­niem.

- Cze-czi-lo!

Tym razem posłała chłopcu uśmiech.

- Kró­le­wi­czu. - Pokło­niła się głę­boko jak pod­czas pierw­szego spo­tka­nia.

A on odpo­wie­dział jej tak samo jak wtedy:

- Nie "kró­le­wi­czu", ale "książę". Jeste­śmy synem suł­tana Sulej­mana i suł­tanki Hürrem...

Nie dokoń­czył. Jego twarz znów się zachmu­rzyła, a w oczach poja­wiło się to roz­dzie­ra­jące spoj­rze­nie palące serce. On także deli­kat­nie jej poma­chał i pospiesz­nie wsiadł do powozu. Roz­legł się odgłos bata. Cztery konie, cią­gnące pojazd mło­dego księ­cia, ruszyły kłu­sem. Żoł­nie­rze, któ­rzy mieli mu towa­rzy­szyć pod­czas podróży, także popę­dzili swoje rumaki.

Nur­banu przez chwilę stała nie­ru­chomo. Miała wra­że­nie, jakby coś utkwiło jej w gar­dle.

- Pani...

Menek­sze patrzyła na nią, jakby chciała powie­dzieć: "No, dalej! Wsia­daj­cie! Jedźmy już!".

Prze­wie­ziono je barką na drugi brzeg. Póź­niej zna­la­zły się na wąskiej, krę­tej dro­dze wiją­cej się przez zagaj­nik. W końcu ich oczom uka­zała się wspa­niała rezy­den­cja wybu­do­wana dla Mih­ri­mah i jej męża. W porów­na­niu z Nowym Pała­cem, w któ­rym miesz­kali jej rodzice, z bli­ska dom Mih­ri­mah wydał się Nur­banu bar­dzo pospo­lity.

Suł­tanka objęła ją na przy­wi­ta­nie, ujęła pod rękę i popro­wa­dziła aleją wyło­żoną kamie­niami. Roze­śmiały się, sły­sząc dźwięki, jakie ich buty wyda­wały na kamie­ni­stej ścieżce.

- Cie­szę się, że widzę cię taką rado­sną - ode­zwała się Nur­banu.

Uśmiech nie znik­nął z twa­rzy Mih­ri­mah, ale w jed­nej chwili oży­wie­nie w jej oczach zga­sło.

- Chyba nie myślisz, że jestem szczę­śliwa?

Nie, nie myślała tak. Dziew­czyna przy­wi­tała ją, odgry­wa­jąc swoją rolę, a ona odpo­wie­działa jej tym samym.

- Jesteś księż­niczką. Nie­po­trzebne ci szczę­ście.

- Nie­prawda. Czy księż­niczka nie ma takiego samego prawa do szczę­ścia jak bie­dacy i nędza­rze? Spójrz na mnie. Mam wszystko. Jedno, czego nie mam, to uko­chany męż­czy­zna, któ­rego nie­cier­pli­wie wycze­ki­wa­ła­bym co wie­czór i wie­dzia­ła­bym, że kocha tylko mnie.

Tym­cza­sem Nur­banu wcale nie uwa­żała tego za konieczne. Dobrze by było, gdyby był, ale jeśli nie, to też nie koniec świata. Oczy­wi­ście, gdyby tylko wła­dza, potęga i miłość mogły iść ze sobą w parze... Ale skoro nie mogły, nic nie można było z tym zro­bić. Odrzu­ce­nie męż­czy­zny, który miał zro­bić z niej kró­lową, tylko dla­tego, że go nie kochała, było sza­leń­stwem. On też nie musi jej kochać. Znała sie­bie. Wystar­czy, że podzieli z nią tron i koronę.

Ostat­nia myśl spra­wiła, że zaśmiała się w duchu.

- Chyba tak nie uwa­żasz?

- Nie, nie uwa­żam. Jeśli zostanę kró­lową, i tak wszy­scy męż­czyźni będą mnie kochać. Wtedy wybiorę tego, któ­rego będę chciała. Prze­cież nie każ­dej nocy muszę być przy królu.

- Nur­banu!

Mih­ri­mah nie mogła uwie­rzyć w to, co sły­szy.

- O co ci cho­dzi? Tak wła­śnie myślę. Skoro król może mieć harem, to czemu nie kró­lowa? Jeśli zostanę kró­lową, mogę zało­żyć swój harem.

Suł­tankę ogar­nęło jesz­cze więk­sze nie­do­wie­rza­nie. Zakryła uszy.

- Jesteś sza­lona - powie­działa. - Mój Boże, naprawdę postra­da­łaś zmy­sły.

- W porządku, jestem sza­lona. I co z tego? - Wybu­chła grom­kim śmie­chem. - Nie bój się. - Powoli odjęła dło­nie Mih­ri­mah od uszu. - Oda­li­ska nie może prze­cież zostać kró­lową, więc i tak nie stwo­rzę męskiego haremu. Nie oba­wiaj się.

Przez jakiś czas szły, chi­cho­cząc.

- Poza tym - ode­zwała się nagle Nur­banu - być może miłość jest bar­dzo bli­sko cie­bie, tylko ty jej nie dostrze­gasz. Nie chcesz jej widzieć.

Mih­ri­mah rzu­ciła jej pyta­jące spoj­rze­nie.

- Gdzie on jest? Znik­nął po tym, jak wyszłaś za mąż?

- Kto?

- On. Mistrz. Ma takie dłu­gie imię, że wciąż nie udało mi się go zapa­mię­tać. Sina...

- Nur­banu!

Tym razem twarz dziew­czyny oblała się rumień­cem. Nur­banu zauwa­żyła, że Mih­ri­mah nie sprze­ci­wiła się, mówiąc, że męż­czy­zna jest star­szy od jej ojca.

- Znów ten temat? Dla­czego o tym mówisz, na litość boską?

- Może i jestem od cie­bie młod­sza, ale wiem, jak patrzą męż­czyźni. On cię kocha. Zapew­niam cię.

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź Mih­ri­mah, wyswo­bo­dziła rękę i rado­śnie prze­bie­gła kilka kro­ków. Póź­niej odwró­ciła się i roz­ło­żyła ramiona.

- A chłopcy? Znów będziemy oglą­dać ich z daleka?

Mih­ri­mah ucie­szyła zmiana tematu.

- Chodź. - Wycią­gnęła do niej rękę. - Musimy coś zro­bić.

Gdy skrę­ciły, żeby wejść w boczną alejkę, Nur­banu zauwa­żyła, że brzuch suł­tanki się zaokrą­glił.

- Dobry Boże! - wykrzyk­nęła tak, że jej towa­rzyszka aż pod­sko­czyła. - Ty... ty jesteś...

Nie była w sta­nie dokoń­czyć. Wska­zała na brzuch dziew­czyny.

Mih­ri­mah spoj­rzała na nią zawsty­dzona, kiwa­jąc głową.

- Dobry Boże! Córka pady­sza­cha zosta­nie matką.

- Ciii... Jesz­cze nikt o tym nie wie.

- Suł­tanka Hürrem też nie?

- Wie, że przez jeden mie­siąc nie zakrwa­wi­łam. Pora­dziła mi nikomu nie mówić, dopóki nie będę miała pew­no­ści. Teraz już jestem prze­ko­nana, ale nikt inny jesz­cze nie wie, że jestem brze­mienna.

- A twój mąż? On oczy­wi­ście wie. Mih­ri­mah pokrę­ciła głową.

- Nie. - Ponow­nie ujęła Nur­banu i popro­wa­dziła w stronę domu. - Nikomu nie zdra­dzisz mojej tajem­nicy, prawda?

- Nie zdra­dzę.

- Przy­się­gnij.

- Przy­się­gam.

Nagle dał się sły­szeć szorstki, męski głos:

- Nie ocze­kuj, że w to uwie­rzę. Znów zro­bi­łeś coś za moimi ple­cami.

- Nic nie zro­bi­łem - sprze­ci­wił się drugi męż­czy­zna sła­bym gło­sem.

- Myślisz, że to mnie obcho­dzi? Suł­tan uczy­nił to, co naka­zuje tra­dy­cja.

- Jaka tra­dy­cja? Czy słowo, które wyj­dzie z jego ust, nie jest pra­wem? Jeśli powie, że od tej pory nie będzie tak, tylko tak, to tak się sta­nie. To on jest tra­dy­cją.

- Pozna­łaś, prawda? - zapy­tała cicho Mih­ri­mah. - Baja­zyd i Selim. Baja­zyd odcho­dzi od zmy­słów, bo ojciec ogło­sił Żół­to­gło­wego dru­gim księ­ciem.

- Dla­czego? Czy to nie prawo Selima?

Zapy­tała o to tak szorst­kim i tak peł­nym gniewu tonem, że Mih­ri­mah się zdzi­wiła.

- Tak, ale...

- Ale co, Mih­ri­mah? Chyba każdy powi­nien dostać to, co mu się należy.

- Nasza matka i Baja­zyd tak nie uwa­żają. Nie­ważne. Daj teraz temu spo­kój. Chodź ze mną.

Nur­banu nawet nie lubiła głosu księ­cia Baja­zyda. Rzu­ca­jąc w duchu prze­kleń­stwa na niego, podą­żyła za córką pady­sza­cha.

Mih­ri­mah, minąw­szy wysoką pali­sadę, zza któ­rej docho­dziły głosy ksią­żąt, natych­miast skie­ro­wała się do usta­wio­nych na tra­wie sie­dzisk i sto­łów. Od męż­czyzn dzie­liły ich tylko posa­dzone rzę­dem tuje.

- Prawo jest po stro­nie sil­niej­szego. Nikomu nie pozwolę ode­brać tego, co mi się należy! - wykrzyk­nął Baja­zyd dokład­nie w chwili, gdy Nur­banu prze­cho­dziła za nim.

Menek­sze i Esma natych­miast zerwały się na ich widok. Pozo­stałe damy dworu także się pod­nio­sły. Dwie słu­żące zaczęły napeł­niać krysz­ta­łowe kie­li­chy schło­dzo­nym sor­be­tem dla swo­ich pań. Esma uwi­jała się z nie­po­ko­jem.

- Ona wie?

Suł­tanka Mih­ri­mah przy­ło­żyła palec do ust.

- Ciii...

Przy­mknęła oczy, żeby potwier­dzić. Oczy­wi­ście, że wie­działa. Niczego nie dało się ukryć przed pia­stunką. Kiedy ona zaj­dzie w ciążę z kró­lem, z pew­no­ścią Menek­sze dowie się jako pierw­sza.

Esma pomo­gła Mih­ri­mah usiąść wygod­nie. Po bokach i za ple­cami uło­żyła poduszki. Przez chwilę jej spoj­rze­nie skrzy­żo­wało się ze wzro­kiem Nur­banu. Pia­stunka także natych­miast pojęła, że i ona wie o ciąży jej pani. Uśmiech­nęły się do sie­bie jakby w pozdro­wie­niu, ale tak naprawdę obie wyra­ziły swoją radość.

Głosy ksią­żąt uci­chły na widok dziew­cząt.

- To jesz­cze nie koniec - wydy­szał Baja­zyd.

- Suł­tan wie, co robi - oznaj­mił Selim.

Wszyst­kie myśli ule­ciały Nur­banu z głowy. Ją i dru­giego księ­cia suk­ce­sora Selima dzie­liła ta głu­pia pali­sada. Jej książę był tuż przed nią, a ona roz­ma­wiała tu z innymi dziew­czę­tami o jakichś bła­host­kach.

Prze­cież Selim chciał z nią poroz­ma­wiać. Jak to ma się stać? Czy widział ją mię­dzy gałę­ziami, kiedy prze­cho­dziła? Spę­dziła całe trzy godziny, żeby sta­nąć przed nim w naj­pięk­niej­szym stroju. Menek­sze bła­gała ją, żeby upięła włosy, ale Nur­banu sta­now­czo odmó­wiła. Od dziecka marzyła o jasno­wło­sym księ­ciu. Być może Żół­to­głowy także wyobra­żał sobie kró­lową o śnia­dej cerze i kru­czo­czar­nych wło­sach. Taką jak ona. Czy mogło tak być? Wodo­spad buj­nych czar­nych wło­sów spły­wał po jej ramio­nach i się­gał pra­wie do talii. Chu­stę o wyszy­wa­nych kra­wę­dziach przy­pięła dwiema szpil­kami. Po obu stro­nach czoła zwi­sały jej pięk­nie zakrę­cone loki. Cała była ubrana w szaty w odcie­niach zie­leni. Nie było wąt­pli­wo­ści, że Selim straci głowę na widok jej zie­lo­nych oczu, w któ­rych na doda­tek będzie się odbi­jał zie­lony pło­mień kaftana. Oczy­wi­ście, jeśli ją zoba­czy. Nie powinna także zapo­mnieć o uśmie­chu, pod wpły­wem któ­rego poja­wiają się uro­cze dołeczki, a także o zalot­nych spoj­rze­niach i deli­kat­nych wes­tchnie­niach. Dobrze, ale kiedy to wszystko zrobi? Nic się nie działo. Roz­ma­wiali o tym, kiedy owdo­wiała żona Meh­meda uro­dzi, jakby to miało jakie­kol­wiek zna­cze­nie. Nic jej to nie obcho­dzi.

Żeby lepiej sły­szeć toczące się roz­mowy, Nur­banu usia­dła tyłem do pali­sady. Dla­tego nie zauwa­żyła, kiedy Selim wstał i sta­ra­jąc się zacho­wać dys­kre­cję, dał znak sto­ją­cej naprze­ciwko niego sio­strze. Nie zauwa­żyła rów­nież, gdy Mih­ri­mah deli­kat­nie ski­nęła głową. Pod­czas gdy Selim odda­lił się od młod­szego brata i powie­dział: "Przejdę się tro­chę", Nur­banu pochło­nięta była swo­imi oba­wami. Dziś był sądny dzień. Albo na nowo zacznie żyć, albo nie pozo­sta­nie dla niej żadna nadzieja. Nie znio­słaby porażki Selima. Gdy tylko usły­szała chra­pliwy głos Baja­zyda, posta­no­wiła, że nie będzie miał z nim szansy. Cokol­wiek zrobi Hürrem, tron nie był mu pisany.

- Nur­banu!

A ona nie chciała mieć nic wspól­nego z tym, któ­rego prze­zna­cze­niem nie był tron.

- Nur­banu!

Musi się dziś spodo­bać Seli­mowi. Niech zapło­nie uczu­ciem do niej. Niech postrada zmy­sły. Od dzi­siaj to o niej miał śnić i każ­dej nocy szep­tać jej imię, bła­ga­jąc o jeden poca­łu­nek.

- Nur­banu, mówię do cie­bie!

- Co się stało? Słu­cham?

Dopiero wtedy, gdy Menek­sze trą­ciła ją łok­ciem, dotarł do niej głos Mih­ri­mah.

- Wołam cię już jakiś czas.

- Prze­pra­szam. Zamy­śli­łam się.

Na twa­rzy suł­tanki Mih­ri­mah zago­ścił dziwny uśmiech.

- Przy­szłaś tu, żeby posie­dzieć? Wstań i przejdź się tro­chę. Zobacz, z tam­tego tarasu widać Nowy Pałac.

Naj­pierw Nur­banu nie zro­zu­miała i zamie­rzała odmó­wić. W ostat­niej chwili zauwa­żyła wymowne spoj­rze­nie dziew­czyny.

- Ach, tak, oczy­wi­ście. - Wstała. - Z pew­no­ścią jest stam­tąd piękny widok. Oglą­da­ły­śmy ogród różany po tej stro­nie, ale nie widzia­łam go z nabrzeża.

- Idź, idź. Jest wspa­niały. Ni­gdzie na świe­cie nie zoba­czysz takiego piękna.

Nur­banu podzię­ko­wała jej wzro­kiem, po czym skie­ro­wała swoje kroki w stronę, którą wska­zała jej Mih­ri­mah. Menek­sze także pospie­szyła za swoją panią.

- Menek­sze! - zawo­łała Esma. - Dokąd idziesz? Zostań. Nie bój się, nie porwą ci two­jej pani. Chodź, cie­bie też nauczę tego haftu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. W wielu reli­giach, także w chrze­ści­jań­stwie i isla­mie, ist­nieje prze­ko­na­nie, że czter­dzie­ści dni od śmierci dusza prze­bywa na Ziemi, dla­tego szcze­gól­nie ważne jest, żeby w tym cza­sie się za nią modlić. W chrze­ści­jań­stwie tyle dni prze­bywał na Ziemi Jezus przed wnie­bo­wstą­pie­niem. W isla­mie w tym okre­sie rodzina zmar­łego recy­tuje w mecze­cie Koran, a także roz­daje pokarm bied­nym i potrze­bu­ją­cym. (Wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki). [wróć]

2. Mevlid (z arab.) - tekst o naro­dzi­nach pro­roka Maho­meta odczy­ty­wany w szcze­gólne dni, np. pod­czas uro­czy­sto­ści obrze­za­nia, z oka­zji odby­cia piel­grzymki do Mekki czy czter­dzie­stego dnia po śmierci jakiejś osoby. [wróć]

3. Sera­sker - funk­cja naczel­nego dowo­dzą­cego jed­no­stek woj­sko­wych. [wróć]

4. Podob­nie jak języ­kiem chrze­ści­jań­stwa była nie­gdyś wyłącz­nie łacina, tak język arab­ski jest języ­kiem islamu. W tym języku zapi­sane są i odma­wiane wszyst­kie modli­twy, obrzędy reli­gijne, święte tek­sty itp. Koran w tłu­ma­cze­niu na inny niż arab­ski język nazywa się komen­ta­rzem do Koranu, a nie wła­ści­wym tek­stem świę­tej księgi - za taki uznaje się tylko tekst pier­wotny, spi­sany po arab­sku. [wróć]

5. Hurma - drzewo wystę­pu­jące w stre­fie mię­dzy­zw­rot­ni­ko­wej. Nie­które jego gatunki dają jadalne owoce, m.in. hurma wschod­nia, któ­rej owoce znane są pod nazwą kaki lub sha­ron, oraz hurma kau­ka­ska, tzw. dak­ty­lo­śliwa, rosnąca w połu­dniowo-zachod­niej Azji i połu­dniowo-wschod­niej Euro­pie, któ­rej owoce sta­ro­żytni Grecy nazy­wali "owo­cem bogów" (o tych owo­cach praw­do­po­dob­nie wspo­mina Homer w Ody­sei). [wróć]

6. San­dżak Ger­miyan - san­dżak w Impe­rium Osmań­skim ze sto­licą w Kütahyi (z cza­sem cała pro­win­cja przy­jęła taką nazwę), nazy­wany "ksią­żę­cym san­dżakiem". [wróć]