2.
Odsunęłam się od okna i omiotłam spojrzeniem pokój, który przez tyle lat był moją oazą spokoju i bezpieczeństwa. Nic się w nim nie zmieniło, chociaż już od dawna w moim rodzinnym domu gospodarował się Jacek. Przebywając za granicą i nie zamierzając sprzedawać posiadłości w Skarbieszu, wpadłam na pomysł, aby to młody Bogusz tymczasowo w niej zamieszkał. Mój przyjaciel od razu przystał na tę propozycję. Było mu to nawet na rękę, gdyż miał szczerze dość przebywania pod jednym dachem z ojcem, do którego czuł urazę. W ten sposób przez lata Jacek dbał o mój polski dom, gdyż nie planowałam powrotu z Argentyny. Za moją zgodą zabrał się za jego przebudowę i przemeblowanie. Byłam mu wdzięczna, iż planując zmiany, pokoje należące do mnie i do dziadka pozostawił nietknięte - takie, jakimi je zapamiętałam.
Wyszłam na korytarz, gdzie od razu dopadł do mnie biszkoptowy labrador - trzyletnia suczka Zocha, przygarnięta przez Jacka po śmierci Łaziora. Pamiętałam, jak Bogusz rozpaczał, gdy wierny towarzysz młodzieńczych zabaw zachorował i mimo długiego i dość kosztownego leczenia trzeba było go uśpić. Jacek zadzwonił do mnie wtedy i z płaczem opowiadał o spojrzeniu ukochanego psa, który zasypiając swym ostatnim snem, starał się na niego patrzeć, z trudem otwierając ciągle opadające powieki. Mojemu przyjacielowi głos łamał się ze wzruszenia, gdy mówił, że do samego końca głaskał go po pysku, zapewniając, iż ten był dobrym, serdecznym przyjacielem, którego nigdy nie zapomni.
Mnie także było żal Łaziora. Jak by nie patrzeć, to przecież ja znalazłam go przed laty i przyprowadziłam do domu. Dzięki mnie jego życie nie skończyło się wtedy w lesie, gdzie jakiś bezduszny typ przywiązał go do drzewa, skazując na powolną śmierć z wycieńczenia.
Łazior miał piękne, długie życie. Był u Jacka szczęśliwy, a jego odejście zasmuciło wszystkich domowników. Zwlekali kilka miesięcy, zanim zdecydowali się wziąć pod swój dach kolejnego psa. Ich wybór padł na Zochę - słodkiego kilkutygodniowego szczeniaczka, który dość szybko podbił serce pani Boguszowej i jej syna, stając się częścią rodziny, jednak nie usuwając w cień pamięci Łaziora, który już na zawsze miał pozostać, jako wspomnienie najwierniejszego przyjaciela.
Zocha podsunęła mi łeb do głaskania, patrząc na mnie tymi swoimi mądrymi wielkimi ślepiami. Miałam nieodparte wrażenie, że rozumie wszystko, co się do niej mówi, a nawet sama potrafi komunikować swoje potrzeby. Teraz też, odebrawszy porcję pieszczot, trąciła mnie wilgotnym nosem i zwróciła łeb w stronę schodów, jakby zachęcając do zejścia.
- No gdzie chcesz mnie zaprowadzić? - zapytałam, pochylając się nad nią.
Ponownie zwróciła łeb ku schodom i pierwsza pomknęła na dół. Zeszłam za nią, po drodze zaciągając się aromatycznym zapachem świeżo pieczonego chleba. Dom wydawał się pogrążony we śnie, jednak po odgłosach dobiegających z kuchni domyśliłam się, że Boguszowa jest już w swoim żywiole.
Zocha zatrzymała się przed drzwiami wyjściowymi i ponownie spojrzała na mnie. Już wiedziałam, o co jej chodzi. Kiedy wypuściłam ją z domu, z radością pomknęła na podwórko. Chwilę postałam, wystawiając twarz na działanie pierwszych, nieśmiałych promieni słonecznych, drżąc w rześkim chłodzie poranka, po czym zamknęłam drzwi i przeszłam do kuchni.
Nie myliłam się, pani Agata krzątała się przy stole, wycinając z rozwałkowanego ciasta fantazyjne kształty ciasteczek. Właściwie odkąd ją pamiętałam, zawsze nieodmiennie kojarzyła się mi z kuchnią, gotowaniem i pieczeniem. Lepszej kucharki nie było w całym Skarbieszu.
Stojąc w progu, przyglądałam się jej w milczeniu, gdy z pietyzmem układała ciasteczka na wysmarowanej blasze. Od naszego ostatniego spotkania nie zmieniła się prawie w ogóle, chociaż przybyło jej kilka zmarszczek i siwych włosów.
- Nika, już wstałaś? Po tak długiej podróży nie jesteś zmęczona? - Odwróciła się w moją stronę i uśmiechnęła, a widząc, że pokręciłam przecząco głową, uczyniła zachęcający gest ręką, abym weszła dalej. - No co tak stoisz w progu, jakbyś na wesele prosiła? - zażartowała. - Patrzysz pewnie, jaka to ze mnie stara baba.
- Co też pani mówi! - oburzyłam się. - Zocha chciała wyjść na podwórko, więc ją wypuściłam, a ponieważ usłyszałam, że pani już w kuchni, to weszłam zobaczyć, co tak ładnie pachnie - zaczęłam się usprawiedliwiać, przy ostatnim zdaniu znacząco pociągając nosem.
- Aj, zupełnie zapomniałam o psie! - przyznała Boguszowa. - Ale niespodziankę chciałam uszykować. - Umęczoną dłonią przetarła czoło, znacząc je białą smugą. - Zawsze lubiłaś moje wypieki, to pomyślałam, że dobrze będzie przygotować świeży wiejski chlebek. Tak dobrego nigdzie nie kupisz. A do tego kruche ciasteczka i babeczki czekoladowe. Małemu będą smakować.
- Oj, na pewno. Ja też je uwielbiam. - Podeszłam do blachy i popatrzyłam na gotowe do upieczenia motylki, serduszka, kaczuszki, żółwiki. - Tęsknię za tamtymi czasami - westchnęłam.
- Jak ty wydoroślałaś, Nikuniu. - Również westchnęła. - Pamiętam cię jako małą dziewczynkę, a widzę przed sobą piękną, dojrzałą kobietę.
- Czas leci, pani Agato. Wszystkim nam lat przybywa.
- Ty mi nawet nie mów o przybywaniu lat. - Machnęła nerwowo ręką. - Starość się Bogu nie udała.
- Pani Agato! Pani już o starości?
- Złociutka, swoje lata mam. Każdemu z nas pisane jest dorosnąć, zestarzeć się i wreszcie umrzeć. Czasu nikt nie zatrzyma. Szkoda, że ten mój stary nie dożył chwili, gdy wrócisz do Skarbiesza. Cały czas czuł się winny, że cię wtedy o zbrodnię oskarżył. Żałował, że nie przeprosił cię, gdy jeszcze byłaś w Polsce. Nosił się z takim zamiarem, ale duma mu nie pozwalała przyznać się do błędu. A później już okazji nie było.
- Naprawdę nie mam do niego o to żalu - zapewniłam szybko, widząc łzy w oczach kobiety. - Rozumiem, dlaczego tak się zachował.
- Każdy z nas popełnia błędy, tylko niektórych naprawić się już nie zdoła. - Wytarła łzy wierzchem dłoni. - A może kawusi ci zrobić? Tak sobie gadamy, a ty pewnie głodna. O chlebku wspominałaś, że pięknie ci pachnie.
- Chlebka bym spróbowała - przyznałam. - Jego zapach ściągnął mnie tutaj.
- No to siadaj, a ja raz dwa uszykuję! - Podsunęła mi krzesło, bym usiadła, co też uczyniłam.
Boguszowa podniosła białą lnianą ściereczkę, ukazując moim oczom wypieczony, rumiany bochen chleba z popękaną skórką. Długim nożem odkroiła przylepkę, a następnie kilka grubych pajd. Z lodówki wyjęła maselnicę i postawiwszy przede mną talerz oraz nóż, zachęciła, abym się częstowała. Nie musiała powtarzać dwa razy. Już po chwili z apetytem pałaszowałam jeszcze ciepłą kromkę posmarowaną świeżym wiejskim masłem.
- Ten twój synek to już całkiem spory chłopaczek. - Usiadła koło mnie i sięgnęła po wypieczoną przylepkę. - Jak mu tam na imię?
- Nicolas - odpowiedziałam, przełknąwszy uprzednio kęs, który miałam w ustach. - To po naszemu Mikołaj.
- Mikołaj brzmi lepiej - uznała. - Bardzo ładny z niego dzieciak. Wyjątkowy. I ma takie śliczne czarne oczy...
Nicolas faktycznie wyróżniał się niezwykle pięknymi oczami o bardzo ciemnych tęczówkach i dodatkowo podkreślonymi przez długie rzęsy. Ponieważ po mnie odziedziczył kręcone włosy, których niesforna czarna burza opadała mu na ramiona, czasami przez nieznajomych brany był za wyjątkowo urodziwą dziewczynkę.
- Dobrze chociaż, że skórę ma jasną jak my - westchnęła. - Prawie nie widać po nim, że nietutejszy.
- Jak nietutejszy? - zdziwiłam się. - Jest takim samym Polakiem jak ja czy pani.
- Wiem, wiem, Nikusiu. Nie gniewaj się, moja droga. - Uśmiechnęła się przepraszająco. - W ogóle to jestem pełna podziwu, że choć wychowujesz go tak daleko od Polski, zadbałaś o to, by uczył się ojczystego języka.
- W domu rozmawiam z nim tylko po polsku - wyjaśniłam. - Chcę, by wiedział, skąd pochodzi i kim jest.
- Racja - przyznała. - Mądrze mówisz. Człowiek bez korzeni jest nikim. Niby żyje, ale jakoś tak pusto. Trzeba wiedzieć, skąd pochodzą przodkowie i jaką spuściznę nam po sobie zostawili.
Poczułam ukłucie niepokoju. Słowa pani Agaty przypomniały mi o tym, że Nicolas nigdy nie pozna swego ojca. Będzie dorastał, nie wiedząc, że w jego żyłach płynie syryjska krew. Swoją decyzją sprzed lat odebrałam mu część dziedzictwa.
- Oj, coś się tak zasępiła? - Uwagi Boguszowej nie umknęła moja chwilowa zaduma. - No, bierz śmiało, chlebuś smaczny - zachęciła. - Jakoś tak mizernie wyglądasz. Jak nic po tej podróży. Tyle godzin w puszce ponad chmurami. Jacek chciał, żebym cię z nim odwiedziła w tej Ameryce, ale gdzie mi tam latanie! - Potrząsnęła stanowczo głową. - Człowiek stworzony, by po ziemi stąpać, a nie latać. Bóg mu skrzydeł nie dał.
- Jackowi się podobało - zauważyłam.
- Młody to i się podobało.
- Proszę mi wierzyć, że widziałam w samolocie i osiemdziesięciolatków - zapewniłam. - Wiek nie ma tu nic do rzeczy.
- Nigdy nie latałam, to i latać nie będę - ucięła kategorycznym tonem. - Na ziemi mi dobrze. A jak inni chcą, to niech sobie latają. Mnie nic do tego.
- Pewnie dumna jest pani z Jacka, że tak dobrze sobie radzi. - Postanowiłam zmienić temat. - Przetwórnia pod jego rządami wręcz rozkwita. Jacek okazał się doskonałym dyrektorem.
- Ano fakt - przyznała. - Ludzie go bardzo chwalą, że taki zaradny, obrotny i serce ma dla wszystkich.
- Widzi pani, a gdy wtedy wysunęłam mój pomysł, to była pani nastawiona sceptycznie.
- Bo się bałam. W takim stanie był wtedy Jacuś, że aż mi serce ściskało się z żalu. Ech, Weroniczko... - westchnęła. - Gdyby nie ty, nie wiem, co z moim synem by się stało. Jacuś totalnie załamał się po tej całej historii z tamtą dziewuchą! Aż bałam się o niego. Tak sobie myślę, że gdyby nie twoja propozycja objęcia firmy... Przyznaję, przeciwna jej byłam, ale teraz widzę, że gdybyś wtedy nie podsunęła mu tego pomysłu... Och, nawet trudno mi o tym mówić. - Otrząsnęła się ze strachem. - Chwała Bogu, zajął się pracą i jakiś sens w życiu znalazł. Całe serce w tę przetwórnię włożył. Nawet studia pokończył, aby lepiej wiedzieć, co robić.
- Najważniejsze, że praca sprawia mu przyjemność. Widać, że nie robi tego z musu.
- Oj tak. To ważne, aby lubić to, co się w życiu robi. Chociaż z tym dobrze. Teraz tylko jeszcze modlę się, żeby Jacusiowi wreszcie rozumu przybyło i się ustatkował.
- Przecież już się ustatkował. Studia skończył, dobrze sobie radzi jako dyrektor przetwórni. Poza tym jest taki elegancki, światowy... Bardzo się zmienił.
- Wiem, wiem. Zmienił się - przyznała ze smutkiem. - I to najbardziej mnie martwi.
- Martwi? Nie rozumiem. Przecież dopiero co sama pani mówiła, że to dobrze.
- Bo on się jeszcze bardziej zmienił. Po tej dziewczynie tak go naszło. Wymyślił sobie, że jest gorszy i dlatego go nie chciała. Uparł się, iż udowodni wszystkim, na co go stać. Boję się, że to całe powodzenie i pieniądze go zgubią.
- Ależ na pewno nie! Jacek taki nie jest. Nie on!
- Co ty, dziecino, możesz wiedzieć. Nie jesteś tu, na miejscu, a on przez te lata odwiedził cię tylko kilka razy, więc nie znasz prawdy. Ja obserwuję go na co dzień. Kiedyś Jacek był prostym, szczerym chłopakiem, a teraz... Wielki pan z niego, w świecie bywały! Pieniędzmi szasta, oszczędności nie ma. A najgorsze, że niby spotyka się z jakimiś dziewczynami, ale żadnej nie traktuje serio. Bardziej, aby się zabawić, pokazać, jakie to ma powodzenie. Nawet przestałam już liczyć, ile ich w sumie było. Ot ostatnio przez rok spotykał się niby z taką jedną Sonią. Bardzo ładna dziewczyna, nie mogę powiedzieć złego słowa. Kulturalna i w ogóle pracowita. Jak tam do nas czasem z nim przychodziła, to zawsze do mnie grzecznie: "Pani Agatko, w czym pomóc?". A to ciasto upiekła, a to czekoladki kupiła. Lubiłam ją. Ale Jacek, mimo że z nią chodził, to i na randki z innymi się wybierał. Aż mnie serce bolało. Tu z Sonią u mnie siedzą, a jak ona wychodzi, to on jedzie do Radomia, by tam z innymi po klubach się włóczyć. Kto to widział, aby tak traktować dziewczynę?
- Nic mi o żadnej Soni nie mówił - zauważyłam.
- Mężczyźni nie lubią opowiadać jednej kobiecie o drugiej - wyjaśniła. - Zresztą i mnie nic o Soni i tych innych nie gadał. Sama widziałam. Myślałam, że może Jacuś wyszaleć się musi, a jak już mu szaleństwo z głowy wywietrzeje, to z tą Sonią się pobiorą. Ale gdzie tam! Gdy go zapytałam, to mi powiedział, że nie ma czasu na stały związek, a dziewczyny, z którymi się spotyka, to nic poważnego, tylko zabawa. Zabawa! - wykrzyknęła z grozą.
- Jeszcze kiedyś spotka jakąś, którą pokocha. Na pewno. Nie ma się co tym przejmować - spróbowałam zbagatelizować problem, chociaż słowa pani Agaty mnie zaniepokoiły.
Nie wiedziałam, że Jacek zaczął się tak zachowywać. Gdy odwiedzał mnie w Rosario, nie zauważyłam, aby oglądał się za jakimiś dziewczynami. Większość czasu spędzał ze mną i Nicolasem, poświęcając dużo uwagi mojemu synowi, który wręcz za nim przepadał. Owszem, nie umknęło mi, że Jacek dość szybko przywykł do wysokiego poziomu życia i nie żałował pieniędzy na przyjemności. No, ale cóż, w końcu było go na to stać.
- A ty? Ty spotkałaś?
- Ja... Ja nie szukałam.
- No właśnie. Bo ciągle myślisz o tamtym, prawda? Nie potrafisz zapomnieć o ojcu Nicolasa.
- Nie potrafię - przyznałam szczerze.
- Tak samo Jacek. Nie potrafi zapomnieć o tamtej. Chociaż stara się niby normalnie żyć, ciągle ma w sercu zadrę. A ona? Wiesz coś w ogóle o niej? - zainteresowała się nagle.
- Wszystko dobrze.
Nie chciałam opowiadać matce Jacka o burzliwym życiu uczuciowym mojej przyjaciółki, która zaledwie po roku rozwiodła się z Konradem, by natychmiast związać się z jakimś bogatym Chińczykiem. Drugie małżeństwo, poprzedzone bardzo hucznym i wystawnym weselem, okazało się trwalsze i zaowocowało pojawieniem się na świecie córki. Od tej pory Anka wiodła szalone, luksusowe życie, krążąc pomiędzy ogromnym apartamentem w Szanghaju a bajeczną rezydencją na Florydzie.
- No tak, ona światowa dziewczyna była. Gdzie Jackowi do niej. Od razu wiedziałam, że nic z tego nie będzie, ale nie sądziłam, że Jacek tak to przeżyje.
- Pani Agato, nie ma co wracać do przeszłości. Trzeba żyć chwilą. Tą wiosną, tym czasem. Nauczyłam się, że każdą, nawet najdrobniejszą radość trzeba przeżywać na bieżąco, doceniając jej wartość i unikalność. Liczy się tu i teraz, nie to, co było lub będzie.
- To czemu ty ciągle myślisz o tamtym?
Czemu o nim myślę? Może dlatego, że patrząc na Nicolasa, widzę twarz Jusufa? W nieporadnym dziecięcym uśmiechu - uśmiech Jusufa, w czarnych oczach syna widzę zaś spojrzenie jego ojca? Jak mam więc zapomnieć i zostawić tamten etap za sobą? Jusuf już zawsze będzie przy mnie, czy tego chcę czy nie. Do końca moich dni.
***
Dla Nicolasa wszystko było nowe. Biegał po piętrach, z ciekawością zaglądając do każdego pokoju, a gdy już poznał wnętrze, wypadł na podwórko, gdzie od razu dopadła do niego Zocha. W wesołych podskokach uganiała się dookoła niego, skora do zabawy. Mały był zachwycony takim towarzystwem.
- Poczekaj! - Pobiegłam za nim, martwiąc się, że zrobi sobie jakąś krzywdę. Cóż, byłam jedną z tych zbyt troskliwych, przewrażliwionych matek.
- Mamuś, ale śliczne! - Przystanął przy klombie z kwiatami zasadzonymi przez panią Boguszową i chłonął wzrokiem paletę barw.
- Podoba ci się? - Przykucnęłam obok niego i objęłam ramieniem.
- Śliczne! - powtórzył z przekonaniem. - Takie jak u babci. Mamuś... - Spojrzał na mnie. - ...a kiedy babcia Estela i dziadzio przyjadą?
- Kochanie, przecież już ci tłumaczyłam, że babcia i dziadek zostają w domu, a my robimy sobie wakacje. Tylko ty i ja - wyjaśniałam cierpliwie.
Nicolas uważał Estelę i Alejandro za swoich dziadków, a ja nie wyprowadzałam go z błędu. Wraz z państwem Gallardo doszliśmy do wniosku, że tak będzie lepiej.
- Ale ja za nimi tęsknię. - Zrobił smutną minkę. - Może już wracajmy?
- Dopiero przyjechaliśmy. Mówiłeś, że ci się tu podoba.
- Podoba, ale w domu też jest fajnie. A tu nie ma babci ani dziadzia.
- Ale jest ciocia Agata i wujek Jacek. Widziałeś, jakie pyszne ciasteczka upiekła ciocia? Specjalnie dla ciebie. Wiesz, jak byłam mała, to i dla mnie je piekła.
- Też je lubiłaś? - zaciekawił się.
- Jasne. A najbardziej te z czekoladą. Chodź, pokażę ci sad.
Podniosłam się i podałam mu rękę. Uścisnął moją dłoń.
- Sad?
- Rosną w nim drzewka, z których później zbiera się wiśnie. Teraz akurat kwitną, więc zobaczysz niesamowity widok, tak jakby chmury przybliżyły się do ziemi i osiadły w konarach.
- A Zocha też może iść? - zapytał, spoglądając na psa, który widząc, iż rozmawiam z synkiem, grzecznie usiadł w pobliżu i czekał na pozwolenie na dalszą zabawę.
- Jasne. - Skinęłam głową.
- Zocha, chodź! - zawołał radośnie mały, a pies natychmiast zerwał się z miejsca.
Pomaszerowaliśmy razem za dom, a gdy wyszliśmy zza rogu, z ust Nicolasa wyrwał się okrzyk zachwytu.
Zagłębiliśmy się pomiędzy drzewami okrytymi bladoróżowym kwieciem, których konary tworzyły nad naszymi głowami bajeczne sklepienie. Od czasu do czasu sypały się na nas delikatne płatki, wirując na wietrze niczym płatki śniegu.
W pewnym momencie Nicolas puścił moją dłoń i zaczął w podskokach okrążać kolejne drzewka, a Zocha biegała za nim. Wyglądał niczym mały elf wirujący w tańcu. Klaszcząc ze szczęścia, chwytał opadające płatki, by następnie ponownie je zdmuchnąć. Zatrzymałam się, dając mu chwilę swobody. Miło było tak stać i patrzeć na radość własnego dziecka. Wiatr rozwiewał jego zbyt długie kręcone włosy, przesłaniając uśmiechniętą buźkę. Wydawał się taki beztroski, przepełniony szczęściem. Dałabym wszystko, aby taki mógł pozostać na zawsze.
- O, tu jesteście! - Od strony domu zbliżał się do nas Jacek. - Widziałem przez okno, jak szliście do sadu.
Zocha natychmiast podbiegła do niego i podsunęła łeb do głaskania.
- A ty jeszcze nie w przetwórni? - Spojrzałam na niego, gdy pochylony nad Zochą smyrał ją za uchem.
- Pani Olga wszystkim się zajmie. W związku z waszym przyjazdem wziąłem sobie kilka dni wolnego - wyjaśnił.
- Nie musiałeś...
- Ale chciałem - przerwał mi. - Po raz pierwszy od prawie sześciu lat zjawiasz się w Skarbieszu, a ja mam iść do pracy? Spokojnie, jeszcze zdążę się nachodzić.
- Wujek! Patrz, jak ja skaczę! - krzyknął Nicolas, który właśnie w tej chwili spostrzegł Jacka. - Łapię chmury!
- Łapiesz chmury? - zdziwił się.
- Powiedziałam mu, że na drzewkach wiśni osiadają chmury - wyjaśniłam. - On uwielbia takie bajkowe historie.
- Chmury! Nubes*! - radośnie wykrzykiwał mały.
- A chcesz ich dosięgnąć? - Jacek raźnie ruszył ku niemu, a Zocha postępowała krok w krok za nim.
Nicolas zatrzymał się i z zaciekawieniem popatrzył na wujka.
- Dosięgnę?
- Tak! - Jacek schwycił go pod pachy i posadził sobie na ramionach.
- Uważaj! - krzyknęłam przerażona, bojąc się, że Nicolas mógłby spaść i zrobić sobie krzywdę.
- Soy grande**! - Pisnął, zachwycony faktem, że znalazł się tak wysoko. - Patrz, mama, ja jestem w chmurach!
Wyciągnął rączkę i dotknął gałęzi, strącając mnóstwo drobnych płatków, które osiadły mu we włosach i na ubranku.
- To co, pofruwamy wśród chmur? - zapytał Jacek, a gdy uzyskał zgodę Nicolasa, zaczął przechadzać się pomiędzy drzewkami, pozwalając, aby ten mógł chwytać gałązki i strząsać kwiaty.
- Śnieg! Pada śnieg! - wykrzykiwał Bogusz. - Jak nic zaraz będzie Gwiazdka!
- Święta! Tak! - rozentuzjazmował się Nicolas. - Prezenty!
Jacek coś mu odpowiedział, ale nie usłyszałam. Nie zwracałam już uwagi na słowa. Zastąpiły je obrazy. Przez moment wydało się mi, że to Jusuf, nie Bogusz spaceruje z Nicolasem na ramionach. Uśmiechnęłam się do swoich myśli, w których Jusuf właśnie pokazywał Nicolasowi na mnie. Obaj tacy podobni do siebie, machali do mnie radośnie, nawołując, abym podeszła do nich. Nie chciałam się ruszać z miejsca, bojąc się, że każdy, nawet najmniejszy ruch sprawi, iż ten cudny obraz się rozmyje. Nie chciałam tego. Pragnęłam, aby trwał i trwał. Aby stał się rzeczywistością.
Ponieważ nie reagowałam na nawoływania, "Jusuf" zdjął Nicolasa z ramion i nachyliwszy się do niego, coś mu powiedział. Mały pomachał do mnie jeszcze raz, po czym rzucił się w moją stronę.
- Mama! Mama! - Dopadł do mnie i przytulił się do moich kolan. - Nie chcesz bawić się z nami? Wujek Jacek mówi, że...
Zamrugałam, z rozpaczą uzmysławiając sobie, że wyobrażenie Jusufa rozpływa się w niebycie. To nie Jusuf zbliżał się w moją stronę.
- Hej, Nika, co z tobą?! - Głos Jacka otrzeźwił mnie zupełnie.
Pospiesznie pochyliłam się ku Nicolasowi, ukradkiem ocierając łzę. Już dawno nie zdarzyło się, aby wspomnienie Jusufa wywołało u mnie takie emocje. Dlaczego więc właśnie teraz? Może wpływ na to miał fakt, że znalazłam się tu, gdzie po raz pierwszy się spotkaliśmy. Tu każde miejsce mi go przypominało, a te wspomnienia budziły skrywaną w głębi serca żałość. Powinnam zapomnieć, spróbować normalnie żyć, ale...
Gdy byłam w Argentynie, wszystko wydawało się łatwiejsze. Nowe życie i natłok spraw powodowały, że ból chociaż nie minął, został uśpiony. Owszem, zawsze patrząc na Nicolasa, mimowolnie przypominałam sobie jego ojca, jednak te wspomnienia nie powodowały cierpień. W pewien sposób byłam nawet wdzięczna losowi, że miałam przynajmniej coś, co mi po nim zostało. Coś, czego nikt nie mógł mi odebrać. Teraz jednak, widząc Nicolasa bawiącego się beztrosko z Jackiem, zrozumiałam, że to ja zabrałam Jusufowi coś najcenniejszego. Pozbawiłam go możliwości obserwowania, jak jego syn dorasta.
- Hej, Nika! - powtórzył Jacek. - Upiora zobaczyłaś czy coś?
- Jestem zmęczona po podróży. - Opanowałam emocje i wyprostowałam się.
- To wracaj do domu, a ja przejdę się z małym - zaproponował.
- Nie chcę cię kłopotać.
- Żaden kłopot! - zaprotestował. - Idź, odpocznij, a my się pobawimy. Hej, szkrabie, chcesz pobawić się z wujkiem i Zochą?
- Chcę! - zapewnił Nicolas. - Chcę!
Znowu zaczął podskakiwać z radości.
- No nie wiem... - wahałam się.
- Mama, ja chcę iść z wujkiem!
- Nie jesteś zmęczony? - upewniłam się. - Może głodny?
- Nie!
- A nie za zimno ci?
- Nadopiekuńcza mamuśka z ciebie. - Jacek pokręcił z niedowierzaniem głową. - Wiesz, Nika, nie poznaję cię.
- Dobra, idźcie - westchnęłam z rezygnacją. - Tylko nie chodźcie za długo. Dziś nie jest zbyt ciepły dzień.
Patrzyłam za nimi, jak odchodzili i znowu, tak jak przed chwilą, miałam wrażenie, że oto widzę Jusufa prowadzącego za rękę Nicolasa. Potrząsnęłam głową, próbując pozbyć się tego obrazu. Zaczynałam wariować. Chyba przyjazd do Polski nie był dobrym pomysłem.