1.
Słońce już dawno zaszło za horyzont, w ostatnich chwilach swego panowania złocąc i czerwieniąc bezkresne połacie nieba, które obecnie zaczęło nabierać barwy ciemnego granatu. Gdzieniegdzie widać było jeszcze jaśniejsze smugi, powoli pochłaniane przez coraz szybciej postępującą ciemność. Mrok ogarniał ziemię, lecz moje serce już dawno się w nim zatopiło.
Z chwilą śmierci dziadka świat, który znałam, przestał istnieć. Nagle okazało się, że osoba, co do której miałam pełne zaufanie, na której ramieniu się wypłakiwałam, tak naprawdę przez cały czas myślała tylko o tym, jak przejąć mój majątek. Prawdopodobnie to właśnie Milena, wraz ze swoim tajemniczym wspólnikiem, doprowadziła do śmierci mojego dziadka. Gdybym wtedy nie zwymiotowała tych cholernych tabletek, pewnie też byłabym dziś martwa albo w najlepszym wypadku zamknięta w jakimś pilnie strzeżonym szpitalu psychiatrycznym.
Szczęście uśmiechnęło się do mnie i dzięki temu mogłam wyrwać się z łap pazernej, przebiegłej Mileny. Dodatkowo na mojej drodze pojawił się zabójczo przystojny syryjski uchodźca, którego jakiś czas temu dziadek zatrudnił w przetwórni.
Nauczona doświadczeniem z Mileną, powinnam być ostrożniejsza. Niestety, mój umysł walczący ze skutkami podawanych mi podstępnie psychotropów, nadal nie działał w pełni sprawnie i dał się zwieść. Oszołomiona, a przede wszystkim spragniona bliskości drugiego człowieka, kolejny raz zaufałam komuś, kto na to nie zasługiwał. Ba, ja zrobiłam coś jeszcze głupszego! Poślubiłam Jusufa w obrządku muzułmańskim, a chociaż nasz związek miał być tylko fikcją, wkrótce naprawdę zakochałam się w moim mężu na niby. Co więcej, byłam pewna, że on odwzajemniał to uczucie. Był taki czuły, delikatny, wyjątkowy. Opiekował się mną, jak nikt inny. Przy nim zrozumiałam, co znaczy miłość. Dla niego byłam gotowa na wszystko. Aby go chronić, zdecydowałam się nawet oddać w ręce policji.
Podejrzana o morderstwo Mileny, która niezbyt długo cieszyła się zagrabionymi mi pieniędzmi, trafiłam do aresztu. Choć byłam tam krótko, przeszłam prawdziwe piekło. Pierwsze starcie z Becią o mało nie zakończyło się dla mnie tragicznie i gdyby nie wsparcie mojego byłego chłopaka, znanego łódzkiego adwokata Krzysztofa Złotnickiego, pewnie nie zdołałabym zbyt długo przetrwać za kratkami.
Odzyskawszy wolność, mogłam wreszcie odetchnąć, znajdując schronienie w bezpiecznym mieszkaniu koleżanki ze studiów. Przy okazji przypadkowo stałam się swatką, zapoznając ze sobą Ankę i Jacka - mojego wieloletniego przyjaciela. Patrząc na rozkwitającą pomiędzy nimi miłość, z utęsknieniem wyczekiwałam kontaktu ze strony Jusufa i odliczałam dni do naszego kolejnego spotkania.
Artur Adamczewski - komisarz policji, który zajmował się moją sprawą - okazał się tym samym chłopcem, którego w dzieciństwie, towarzysząc dziadkowi podczas wyprawy do Radomia, spotkałam w korytarzu kancelarii notarialnej. Co więcej, wyszło na jaw, że mój dziadek niedługo przed śmiercią odwiedził dziadka Artura i przekazał mu pewną informację. Niestety, nadal nie poznałam tego sekretu, bo stan zdrowia starego notariusza uniemożliwiał mu kontakty z kimkolwiek.
Tajemniczy list od dziadka, w którym wspominał o bliżej niesprecyzowanym grzechu z przeszłości, również nie wyjaśniał niczego, tylko jeszcze bardziej gmatwał sprawę. Dziadek prosił mnie w nim, abym dla własnego bezpieczeństwa jak najszybciej sprzedała przetwórnię i uciekła ze Skarbiesza. Czyż to nie czysty paradoks? Do tej pory to ja robiłam wszystko, aby trzymać się jak najdalej od rodzinnych stron i tej przeklętej przetwórni, a kiedy wreszcie naprawdę mogłam się stąd wyrwać, nagle uświadomiłam sobie przywiązanie do tego miejsca, które pchało mnie w sam środek bardzo niebezpiecznych wydarzeń. W końcu morderca dziadka i Mileny nadal pozostawał na wolności. Dodatkowo, jeśli wierzyć w domysły Adamczewskiego, przetwórnia stała się centrum dystrybucyjnym narkotyków docierających do Polski z Turcji i Maroka.
Pociechą mógł być fakt, iż w tym całym zamieszaniu mogłam liczyć na wsparcie Artura. Komisarz bardzo zaangażował się w moją sprawę i choć jego zwierzchnicy zabronili mu kontynuowania śledztwa, wziął tydzień urlopu, aby towarzyszyć mi podczas pobytu w Skarbieszu.
A Jusuf? Największe rozczarowanie mego życia! Dopiero co zapewniał o bezgranicznej miłości do mnie, by za chwilę niczym zbędnego śmiecia wyrzucić za drzwi. Gdy ja snułam wizję naszej wspólnej przyszłości, on bezdusznie, z prawdziwą perfidią wypowiedział formułkę rozwodową, tym samym wedle prawa muzułmańskiego przestając być moim mężem.
Gdyby tylko to! Jeszcze w Łodzi, gdzie po operacji Tahiry spędziliśmy pierwszą wspólną noc, dostrzegłam na jego szyi niewielkie zadrapanie. Na moje pytanie, co mu się stało, uraczył mnie opowieścią o bezdomnym kocie. Uwierzyłam mu, bo nie miałam powodów, by wątpić. Następnego dnia jednak dowiedziałam się o śmierci Mileny, a trochę później komisarz Adamczewski przekazał mi wiadomość, iż pod paznokciami mojej koleżanki znaleziono naskórek mordercy. Milena broniła się i podrapała sprawcę!
Nie od razu powiązałam Jusufa z tym faktem. Za bardzo go kochałam, żeby zdobyć się na takie podejrzenia. Byłam zaślepiona i ciągle chciałam wierzyć, iż mimo wszystko odwzajemniał moje uczucie. Nawet gdy potraktował mnie tak okrutnie, nadal próbowałam znaleźć dla niego jakieś wytłumaczenie. Ale nic nie było w stanie go usprawiedliwić. Wtedy powoli zaczęła docierać do mnie bolesna prawda. A dziś w przetwórni, przed gabinetem mojego dziadka... Gdy zobaczyłam ślad pomadki na kołnierzyku jego koszuli... Tej samej pomadki, którą używała Agnes. Ziemia usunęła mi się spod nóg, a poszczególne puzzle ułożyły w sensowny obraz.
Jusuf od początku miał wszystko zaplanowane! Nasze spotkanie nie było wcale przypadkowe! Ten podły drań śledził mnie, obserwował, więc wiedział, kiedy uciekłam z domu Mileny! Wykorzystując fakt, że byłam skołowana, przekonał mnie, iż tylko on jeden jest w stanie mi pomóc, i dość łatwo namówił na fikcyjny ślub. Prawdopodobnie nie współpracował z Mileną, tylko był członkiem grupy konkurencyjnej. Milena i jej wspólnik planowali przejąć majątek mojego dziadka - być może związane to było z tym grzechem, o którym wspominał dziadek. Jusuf zaś musiał należeć do szajki zajmującej się handlem narkotykami. Podejrzewałam, że zabili Milenę dlatego, iż posiadając wszelkie pełnomocnictwa do dysponowania pieniędzmi, zarówno z kont prywatnych, jak i tych firmowych, stawała się dla nich niewygodna. Co więcej, swoim postępowaniem niepotrzebnie zwracała uwagę policji na przetwórnię, mogąc w ten sposób pokrzyżować ich plany.
Według moich przypuszczeń Jusuf zabił Milenę i na drodze do pełnej kontroli nad przetwórnią pozostałam mu tylko ja. Byłam wprawdzie jego żoną, ale według prawa polskiego nasze muzułmańskie małżeństwo nie miało żadnego znaczenia. Bardziej wykorzystał je jako przynętę, aby mnie rozkochać w sobie i uzależnić od siebie. Kiedy to mu się udało, zaczął spiskować z Anką, aby ta trzymała mnie daleko od Skarbiesza. Tymczasem uwiódł też Agnes, czyli osobę numer dwa w przetwórni. Może nawet od dawna byli kochankami i wspólnikami w nielegalnym przestępczym interesie, a ja pełniłam tylko rolę pionka przestawianego po polach szachownicy.
Świadomość, że może właśnie odkryłam prawdę, nie okazała się dla mnie zbyt pocieszająca. Nawet jeśli miałam rację, to co powinnam z tym zrobić? Przekazać wszystko policji? To było najprostsze wyjście, jednak Adamczewski już wcześniej mówił, że jego przełożeni wyraźnie zakazali jakichkolwiek akcji skierowanych przeciwko uchodźcom zatrudnionym w przetwórni. Dlatego właśnie zabronili mu kontynuowania śledztwa. Artur podejrzewał nawet, że materiały dowodowe związane ze śmiercią Mileny zostały spreparowane przez kogoś wysoko postawionego w policji. A jeśli ten ktoś był zamieszany w przestępczy proceder na terenie przetwórni? Czy mówiąc o moich domysłach, nie wydałabym na siebie wyroku?
Wprawdzie mogłam zwierzyć się Adamczewskiemu, jednak nie odważyłam się na ten krok. Bałam się, że gdyby tylko Artur dowiedział się, jak wygląda sytuacja, niechybnie od razu wysłałby mnie do Łodzi. Jestem pewna, iż błyskawicznie coś by wymyślił, aby tylko się mnie stąd pozbyć. Jego zainteresowanie i troska o moją osobę były aż nadto widoczne. Ja jednak nie zamierzałam uciekać. Obiecałam sobie, że dopilnuję, aby winni śmierci dziadka odpowiedzieli za swój czyn. Nie miałam zamiaru pozwolić się wyrzucić z własnego domu! Co to, to nie!
Och, gdybym tylko mogła zapanować nad moimi uczuciami. Gdybym mogła rozkazać sercu, by przestało kochać...
Ten dzień był dla mnie bardzo trudny. Stawienie czoła Jusufowi okazało się dla mnie bardziej wyczerpujące, niż myślałam. Jego widok w przetwórni, gdy opuszczał gabinet dziadka... I to spojrzenie Agnes... Boże, nie myślałam, że aż tak mnie to zaboli. Przecież Jusuf był przestępcą! Miał na rękach krew Mileny i nie wiadomo kogo jeszcze. Jeśli zabił raz, z pewnością był w stanie zrobić to ponownie.
Patrzył na mnie z taką nienawiścią. Gdyby mógł, zapewne rozerwałby mnie na strzępy. Chyba tylko obecność Artura, Agnes i pani Olgi powstrzymywała go przed wyrządzeniem mi krzywdy. Chociaż jego spojrzenie było bardzo wymowne, potrafił zachować pozory, ukrywając przed innymi targające nim emocje. Niczym zawodowy aktor odegrał scenkę, w której dokonano naszej pierwszej prezentacji. Bezbłędnie udawał, iż jestem dla niego zupełnie obcą osobą. Mnie było zdecydowanie trudniej, jednak także postanowiłam wziąć udział w tym przedstawieniu. Chwilowo nie wiedziałam, co zrobić ze swoim odkryciem, uznałam więc, że będę odgrywać rolę pierwszej naiwnej. Starałam się ignorować obecność Jusufa, koncentrując uwagę na Arturze, którego ramienia się uczepiłam. Ostentacyjnie unikałam kontaktu wzrokowego z moim byłym małżonkiem, udając bezwarunkowo zapatrzoną w komisarza.
Agnes, chcąc pokazać, że doskonale radzi sobie z zarządzaniem przetwórnią, zaproponowała, że pokaże nam halę produkcyjną, abyśmy mogli zobaczyć, jak sprawnie przebiega cały proces wytwórczy. Zgodziłam się, licząc, że w tym spacerze nie będzie towarzyszył nam Jusuf, jednak ku mojemu niezadowoleniu Syryjczyk niczym cień podążył w ślad za nami. Chociaż nie mógł zrozumieć, o czym mówimy, gdyż rozmowa toczyła się po polsku, nie zamierzał wracać do swoich obowiązków.
Przez całą wycieczkę po poszczególnych działach produkcji jakoś trzymałam nerwy na wodzy, jednak kiedy znaleźliśmy się w pakowalni i Rodriguez zaczęła pokazywać nowe rodzaje opakowań z charakterystycznym logo przetwórni - koszem owoców umieszczonym na tle trzech drzewek opasanych wstęgą z napisem "Skarby wsi" - posyłając przy tym Jusufowi wielce znaczące uśmieszki, wreszcie nie wytrzymałam. Odwróciłam się w jego stronę i dość sarkastycznym tonem zapytałam, czy ma w ogóle coś do roboty, bo jak na razie to tylko widzę, że snuje się bez celu po przetwórni.
Myślałam, że sprowokuję go do jakiejś reakcji, jednak natknęłam się tylko na mur milczenia. Za to Agnes natychmiast stanęła w obronie Jusufa, tłumacząc, iż oceniam go bardzo niesprawiedliwie, gdyż jest on odpowiedzialny za cały segment kontraktów zagranicznych, które w ostatnim czasie bardzo znacząco się powiększyły, co zaowocowało wzrostem eksportu naszych wyrobów poza granice Polski, a nawet Unii Europejskiej.
Artur wykorzystał sytuację i od razu zaczął wypytywać o kontrole celne i inne rzeczy związane z bezpieczeństwem transportu międzynarodowego. Agnes jego ciekawość chyba się nie spodobała, bo chociaż nadal starała się uśmiechać, to jednak ton jej głosu stał się wyraźnie bardziej oschły.
- Proszę pana, jeśli tak bardzo interesują pana te kwestie, to mogę zaprowadzić pana do osoby, która zajmuje się nadzorem nad przygotowywaną wysyłką i jest za nią odpowiedzialna.
- Oczywiście. Z chęcią - przytaknął Adamczewski.
- No cóż... - Agnes odwróciła się do mnie, wykrzywiając usta w sztucznym uśmiechu. - Sprawy celne nie będą dla pani zbyt zajmującym tematem, proponuję więc, aby dokończyła pani zwiedzanie przetwórni pod opieką naszego menedżera. Spotkamy się później w biurze.
Nie spodobał mi się jej pomysł. Wolałabym iść razem z Arturem, jednak ten nachylił się do mnie i szepnął mi na ucho:
- Zostań z nim, a ja postaram się podebrać trochę tę laskę.
Dość niechętnie puściłam ramię Adamczewskiego, pocieszając się myślą, że chyba przy tylu świadkach nic nie może mi grozić ze strony byłego męża.
- Jusufie, proszę, zajmij się panią Skarbierską! - poleciła Agnes, przechodząc na angielski i zwracając się do mężczyzny stojącego dwa kroki dalej.
Odprowadziłam wzrokiem Rodriguez i Artura.
- Dlaczego nie wyjechałaś? - zapytał Jusuf, gdy tylko tamta dwójka zniknęła w innym pomieszczeniu.
Błyskawicznie znalazł się przy mnie. Już nie udawał, że jestem dla niego zupełnie obcą osobą. Staliśmy pośrodku hali pełnej maszyn i ludzi, uwijających się przy taśmie, na której transportowane były zamknięte słoiczki z dżemem, gotowe do spakowania w kartony. Dookoła panował gwar i ruch, jednak dla mnie czas jakby się zatrzymał. Nie słyszałam nic innego, tylko głos Jusufa. Nie widziałam niczego oprócz jego zagniewanej twarzy. Mój wzrok zatrzymał się na odciśniętym śladzie czerwonych ust, widocznym na kołnierzyku rozpiętej pod szyją koszuli.
- Czyż nie powiedziałeś, że teraz mogę żyć, tak jak chcę? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Miałaś wyjechać!
- Zmieniłam zdanie. - Trudno mi było zachować spokój. Bałam się Jusufa, ale nie chciałam tego okazać.
- Przecież ci mówiłem!
- Za kogo się uważasz, że chcesz mi narzucać swoją wolę? Może przypomnę ci, że to ja jestem właścicielką przetwórni, nie ty! Mogę cię nawet zwolnić, jeśli uznam to za stosowne! Właściwie może powinnam zrobić to już teraz?
- Dlaczego mnie nie słuchasz? - Gwałtownym ruchem schwycił mnie za ramię, z całej siły zaciskając na nim swoje palce. - Po prostu wyjedź stąd! Zrób tak, jak mówię, głupia kobieto!
- Puść mnie! - Szarpnęłam się. - To boli! - jęknęłam.
Zreflektował się i wypuścił moją rękę. Nerwowo rozejrzał się dookoła, jednak pracownicy, zajęci swoimi obowiązkami, nie zwracali na nas uwagi.
- Proszę, wyjedź stąd - powtórzył spokojniej. - Naprawdę nie możesz tu zostać. Nie teraz.
- Dlaczego?
- Wyjedź! Weź sobie tego swojego komisarza i spieprzaj stąd!
- Zazdrosny? Przecież już nie jesteśmy małżeństwem! - zaczęłam się z nim droczyć. - W końcu sam mnie wyrzuciłeś. No, popatrz, a on od razu był chętny. Może żałujesz, że postąpiłeś tak pochopnie?
- Niczego nie żałuję - burknął gniewnie. - Jeśli musisz zostać w Skarbieszu, to chociaż trzymaj się z daleka od przetwórni. Nie znasz się na tym i...
- Poszłam na zarządzanie właśnie po to, aby w przyszłości przejąć rodzinną firmę - przypomniałam. - Mam zamiar jak najszybciej wdrożyć się w obowiązki, które obecnie spoczywają na Rodriguez. A ty, jeśli nadal zależy ci na tej pracy, powinieneś przywyknąć do mojego widoku, bo często będziemy się teraz spotykali.
- Jesteś pewna, że właśnie tego chcesz?
- Bez dwóch zdań - przyznałam. - A, i jeszcze jedno! Tak na marginesie miałabym dla ciebie małą radę. - Uniosłam dłoń i wskazałam palcem na kołnierzyk Jusufa. - Twoja nowa kobieta używa zbyt intensywnej pomadki. Bardzo rzuca się w oczy, może więc niech lepiej uważa, gdzie cię całuje.
Wyraźnie się zmieszał i uciekł wzrokiem w bok, a ja poczułam, że w tym starciu jestem górą.
- No co? Nie zaprzeczysz? Nie będziesz mi wciskał kitu?
- Nie ma takiej potrzeby. - Wzruszył ramionami, nadal na mnie nie patrząc.
- Czyli ty i Agnes... Przyznajesz, że wy jesteście... - Urwałam w pół zdania, nie potrafiąc wymówić tego słowa na głos.
- Jesteśmy kochankami. - Gniewnie odwrócił się i spojrzał mi prosto w oczy. - To chciałaś usłyszeć? Przecież już i tak o tym wiesz. Zobaczyłaś ślad szminki na koszuli, ale zapewniam cię, że tych śladów było więcej, dużo więcej. Są na mojej skórze w różnych miejscach - dodał, ściszając głos i mrużąc oczy. - Możesz to sobie wyobrazić... I co? Boli cię to? Czujesz się zraniona? Zazdrosna?
- Ty draniu! Nienawidzę cię! Jesteś mi całkiem obojętny!
- Zdecyduj się, kobieto. Skoro mnie nienawidzisz, to jednak nie jestem ci obojętny, bo żywisz do mnie jakieś uczucie! - zadrwił, patrząc na mnie z widoczną kpiną. Teraz to on wygrywał. - Uprzedzam lojalnie, lepiej przestań o mnie śnić, bo takich jak ty mogę mieć na pęczki. Dla własnego dobra zniknij stąd i nigdy, przenigdy nie wracaj!
***
- Masz zamiar nocować na tarasie?
Z zamyślenia wyrwał mnie głos Adamczewskiego. Na tle oświetlonego wejścia wyraźnie odcinała się jego sylwetka. Pochłonięta wspomnieniami dzisiejszej wizyty w przetwórni, nawet nie zauważyłam, że zrobiło się już tak późno. Dookoła mnie panował mrok rozpraszany jedynie smugami światła z wnętrza domu.
- Odkąd zjedliśmy kolację, cały czas siedzisz na tej huśtawce.
- Jest bardzo wygodna - zapewniłam. - Lubię na niej siedzieć. Kołysanie wiatru mnie uspokaja. - Klepnęłam kilkakrotnie dłonią w siedzisko. - Chodź sam sprawdzić. Siadaj koło mnie, co tak będziesz stał w drzwiach.
Podszedł niespiesznym krokiem i zajął miejsce obok.
- Zdenerwowałaś się dzisiejszą wizytą w przetwórni?
- Nie, skąd! - zaprzeczyłam szybko.
- Nie kłam. Było to po tobie widać. Chyba nie za bardzo lubisz Arabów. - Roześmiał się. - Wyraźnie denerwowała cię obecność tego Syryjczyka. Wyglądałaś tak, jakbyś chciała go udusić.
- Przesadzasz.
- Wybacz, że o to pytam, ale czy wtedy, gdy zostałaś z nim sama w pakowalni, doszło pomiędzy wami do jakiejś scysji?
- Dlaczego tak myślisz? - Dziękowałam w duchu, że jest ciemno i Artur nie może zobaczyć, że się zaczerwieniłam ze zdenerwowania.
- Gdy spotkaliśmy się ponownie w biurze, wyczułem między wami jakieś dziwne napięcie.
- Po prostu nie zyskał mojej sympatii. Dziwny człowiek i tyle. Taki pewny siebie, milczący typ, który uważa się za ósmy cud świata.
- Fajnie to ujęłaś. - Ponownie się roześmiał. - A jak twoje wrażenia związane z szanowną panią Rodriguez?
- Mieszane - przyznałam. - Ta cała Agnes również nie przypadła mi do gustu. Oczywiście posiada ogromne doświadczenie i doskonale radzi sobie z zarządzaniem przetwórnią, ale... No ma w sobie coś odpychającego, takiego nieprzyjemnego.
- Czyli doskonale pasuje do tego Syryjczyka - podsumował. - W ogóle zauważyłaś to samo, co ja?
- Co takiego?
- Ta cała Agnes i ten facet... Jak mu tam było? Jusuf?
- Chyba Jusuf - odpowiedziałam po chwili namysłu, udając że staram się przypomnieć sobie imię Syryjczyka. - Co z nimi?
- Oni kręcą ze sobą. Widziałaś jego kołnierzyk? Musieliśmy im przeszkodzić w małej naradzie! - Parsknął śmiechem. - Małej naradzie! Dobre! Naradzali się na całego! Zresztą wszyscy w przetwórni od dawna już o tym plotkują. Gdy prowadziłem śledztwo w sprawie śmierci twego dziadka, wiele osób wspominało o ich związku.
- Naprawdę? - Miałam wrażenie, że serce za chwilę wyskoczy mi z piersi.
- Tak. Ponoć często robią sobie takie małe i większe narady. O różnych porach dnia. Raz nawet przyłapano ich w magazynie. Wyobrażasz sobie? Tych dwoje na stercie rozłożonych kartonów...
- Och, skończmy już z tym tematem! - Demonstracyjnie zatkałam uszy dłońmi. - Nie chcę tego słuchać! Ludzie lubią plotkować, ale często mija się to z prawdą.
- Być może - zgodził się ze mną. - Ale akurat w tym przypadku...
- Dowiedziałeś się czegoś o transportach zagranicznych? - Postanowiłam zmienić temat. Na dziś dość miałam wszystkiego, co dotyczyło Jusufa. - Trafiłeś na jakiś trop?
- Niestety, niczego się nie dowiedziałem. - Westchnął, zawiedziony. - Tu byłaby potrzebna porządna kontrola, ale góra nie wyrazi zgody.
- Ciekawe dlaczego?
- Kogoś kryją.
- Kogo? Myślisz, że ktoś z dowództwa jest w to zamieszany? - zaryzykowałam pytanie, które nurtowało mnie od jakiegoś czasu.
- No wiesz, różnie to bywa, chociaż... - Zamyślił się, po czym zdecydowanie potrząsnął głową. - Nie sądzę, aby ktoś z góry robił lewe interesy. Bardziej wygląda mi to na coś innego.
- Na co?
- Żebym to wiedział. Jestem za nisko, aby zostać wtajemniczonym. Podejrzewam jednak, że to jakaś grubsza operacja. Top secret.
- Grubsza operacja? Co przez to rozumiesz?
- Tajny agent pod przykrywką...
- James Bond? - Zaśmiałam się.
- Bond. James Bond - poprawił mnie, naśladując ton głosu najpopularniejszego agenta wszech czasów. - Nie, ale podejrzewam, że służby specjalne rozpracowują grupę przestępczą. Mają tu kogoś i dlatego nie chcą, żeby ktokolwiek węszył koło przetwórni, aby nie spalić akcji.
- A podejrzewasz, kto jest tym agentem? - zainteresowałam się.
- Niestety nie. Chociaż... - Ponownie się zamyślił.
- Chociaż?
- Cóż, ty się nawet dobrze wpasowujesz w tę rolę. Wiesz, taki agent musi być poza wszelkimi podejrzeniami. A ty jesteś nieporadną kobietą, która dała się wmanewrować w intrygę swojej koleżanki. Niby uciekłaś i ukrywałaś się w sadzie, ale nikt cię nie widział. Po śmierci Mileny nie miałaś alibi i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiły się materiały dowodowe, które stawiają cię poza wszelkimi podejrzeniami. Dodam, że przy pierwszych oględzinach miejsca zbrodni ich nie było. Ciekawe, prawda? Tak jakby tym z góry zależało, abyś została oczyszczona z zarzutów.
- Super scenariusz! Mógłbyś zająć się kręceniem filmów. - Zaklaskałam. - Nikt by tego lepiej nie wymyślił.
- Prawda? No więc ty jako agent...
- Dlatego się mną zainteresowałeś? - przerwałam mu.
- Poniekąd. Jednak przy bliższym poznaniu zmieniłem zdanie. Nie nadajesz się na agenta.
- Powinnam się cieszyć? Czy może raczej smucić? Przestałam być dla ciebie interesująca. - Zrobiłam zasmuconą minę.
- Nie interesujesz mnie jako agentka, ale jako kobieta.
Ujął moją dłoń, ale wyszarpnęłam ją gwałtownie.
- Co robisz?! - krzyknęłam.
- Przepraszam - szepnął. - Chyba źle odebrałem twoje sygnały.
Poczułam się niezręcznie.
- Faktycznie źle to odebrałeś - przyznałam. - Jestem ci wdzięczna za pomoc i w ogóle cieszę się, że mogę na ciebie liczyć, ale... - próbowałam nieporadnie się tłumaczyć.
- A tam, w przetwórni? Miałem wrażenie, że ty i ja...
- To była tylko gra. Chciałam, aby to wszystko dobrze wyglądało. Żeby nie wzbudzać podejrzeń tej całej Agnes i... no tak jakoś... Wybacz, Arturze, nie chciałam cię zwodzić. Bardzo cię lubię i szanuję. No, rozumiesz... Po prostu traktuję cię jak przyjaciela - wypaliłam.
- Tak, jasne... - W jego głosie wyczułam zawód.
Przez dłuższą chwilę trwaliśmy w pełnym napięcia milczeniu, które przesycone było niedomówieniami i pewnego rodzaju pretensjami.
- Lepiej wejdźmy już do środka - zaproponowałam, podnosząc się z huśtawki. Nagle obecność Adamczewskiego stała się dla mnie trudna do wytrzymania - Komary zaczynają ciąć.
- Idź. Teraz ja tu trochę posiedzę. - On także wydawał się zakłopotany. W końcu swoim zachowaniem dałam mu powody, by sądzić, że jestem nim zainteresowana. Miałam dar pakowania się w kłopoty!
Pomyślałam, że właściwie wszystko byłoby prostsze, gdybym zakochała się w Arturze. Szkoda, że tak się nie stało. Znałam siebie i wiedziałam, iż mimo zdrady Jusufa będzie musiało upłynąć sporo czasu, zanim ponownie zdecyduję się komuś oddać swe serce.