Tajemniczy ogród. Lektura z opracowaniem. Masz zdane! - Frances Hodgson Burnett

Kup ebooka

19.99 zł
16.59 zł (19,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział INie został nikt

W chwili gdy Mary Lennox została wysłana do Misselthwaite Manor, aby zamieszkać tam w domu swojego wuja, twierdzono powszechnie, że było to najmniej sympatyczne dziecko, jakie kiedykolwiek widziano. I była to szczera prawda. Twarz Mary była mała i chuda, sylwetka niska i szczupła, włosy miała jasne, rzadkie, a wyraz twarzy skwaszony. Jej włosy były żółte, podobnie jak twarzyczka, ponieważ Mary urodziła się w Indiach i nieustannie chorowała - to na to, to na owo. Ojciec zajmował stanowisko rządowe, był wiecznie zapracowany i sam chory; z kolei matka, słynąca z urody, dbająca jedynie o siebie, lubiła zebrania, zabawy i otaczała się młodym, wesołym towarzystwem. Nie chciała ona zupełnie dziecka; dlatego gdy Mary przyszła na świat, oddała ją pod opiekę niańki Hinduski, zwanej w narzeczu miejscowym Ayah, której dano do zrozumienia, że jeśli chodzi o względy pani, to o ile to możliwe, powinna dziecko trzymać jak najdalej od jej oczu. Kiedy zatem Mary była chorowitym, nieznośnym, brzydkim niemowlęciem, usuwano ją matce z drogi; a gdy stała się chorowitym, nieznośnym, zaczynającym chodzić dzieckiem, usuwano ją również sprzed oczu matki. Mary nie pamiętała, by z bliska widziała kogokolwiek innego prócz swojej Ayah i reszty hinduskiej służby, a ponieważ słuchali jej we wszystkim ze względu na to, że swoimi wrzaskami mogła w razie oporu rozgniewać panią, Mary w szóstym roku życia była najbardziej despotycznym i samolubnym dzieckiem, jakie kiedykolwiek żyło na kuli ziemskiej. Młoda nauczycielka, Angielka, która miała nauczyć ją czytać i pisać, tak trudne otrzymała zadanie, że po trzech miesiącach porzuciła posadę, a kolejne nauczycielki uciekały po jeszcze krótszym czasie. Tak więc gdyby Mary nie chciała sama czytać książek, chyba nigdy nie zapoznałaby się z alfabetem.

Pewnego rozpaczliwie upalnego ranka, gdy miała lat około dziewięciu, zbudziła się w bardzo złym humorze, a pogorszył się on jej jeszcze bardziej, kiedy spostrzegła, że służąca stojąca przy jej łóżku to nie jej Ayah.

- Po co przyszłaś? - rzekła do obcej kobiety. - Nie pozwalam ci tutaj zostać. Przyślij mi moją Ayah.

Kobieta patrzyła na Mary wystraszonym wzrokiem i wyjąkała, że Ayah przyjść nie może, a kiedy Mary wpadła w złość i biła ją, i szczypała, Hinduska patrzyła na nią coraz bardziej wystraszona i powtarzała, że Ayah w żaden sposób do panienki przyjść nie może.

Tego ranka było coś tajemniczego w powietrzu. Nic nie zostało wykonane w zwykłym porządku, a kilku hinduskich sług brakowało, z kolei ci, których Mary widziała, skradali się lub uciekali z przerażonymi twarzami. Lecz nikt jej nic nie chciał powiedzieć, a jej Ayah nie przychodziła. Mary w dalszym ciągu przebywała sama, w końcu wyszła do ogrodu i zaczęła bawić się pod drzewami w pobliżu werandy. Udawała, że urządza klomby z kwiatów, i zatykała wielkie szkarłatne pęki kwiatów w małe kupki ziemi; jej złość przy tym rosła i dziewczynka mruczała do siebie pod nosem wszystko, co powie niani, gdy ta do niej wróci.

- Świnia! Świnia! Córka świni! - mówiła, bo nazwać Hindusa świnią to najstraszniejsza obelga.

Zgrzytała zębami ze złości i wciąż powtarzała to samo, gdy nagle usłyszała, że jej matka jest z kimś na werandzie. Była tam z młodym blondynem i stali tak oboje, rozmawiając przyciszonymi, dziwnymi głosami. Mary znała mężczyznę, wyglądającego na chłopca. Słyszała, że był to bardzo młody oficer, który właśnie przyjechał z Anglii. Dziecko patrzyło na niego i na matkę. Mary przyglądała się matce za każdym razem, kiedy udało jej się ją widzieć, ponieważ "pani" - tak najczęściej Mary nazywała matkę - była wysoką, smukłą, śliczną osóbką i nosiła piękne suknie. Włosy jej przypominały falowaną jedwabną przędzę, miała mały, uroczy nosek i wielkie, śmiejące się oczy. Wszystkie jej suknie były cienkie i powłóczyste, a Mary mówiła, że "pełno na nich było koronek". Lecz dzisiaj wydawało się, że więcej na niej koronek niż zazwyczaj, lecz oczy jej nie śmiały się wcale. Były szeroko otwarte i błagalnie wzniesione ku twarzy młodego oficera.

Mary usłyszała jej słowa:

- Czy tak bardzo jest źle? Tak bardzo?

- Bardzo - odrzekł młody człowiek drżącym głosem. - Bardzo, proszę pani. Powinna pani wyjechać w góry dwa tygodnie temu.

Wtedy pani Lennox załamała ręce.

- Och! Wiem, że powinnam wyjechać - płakała. - Zostałam jedynie przez ten piknik. Chyba byłam szalona!

W tej chwili z baraków dla służby dobiegł ich lament tak rozpaczliwy, że pani Lennox gorączkowo chwyciła za ramię młodego oficera. Mary zaczęła drżeć na całym ciele. Lament i jęki stawały się coraz głośniejsze.

- Co to? Co to? - szeptała przerażona pani Lennox.

- Ktoś znów umarł - odpowiedział młody oficer. - Nie mówiła pani, że zaraza dotknęła pani służbę.

- Nic o tym nie wiedziałam! - zawołała. - Niech pan idzie ze mną! - I odwróciwszy się, wbiegła do domu.

Nastąpiły potem rzeczy okropne, a tajemniczość tego poranka wytłumaczona została małej Mary. Oto cholera wybuchła w najgroźniejszej formie i ludzie padali jak muchy. Jej Ayah zabrano w nocy chorą, a lament ów w zabudowaniach służby podniesiono właśnie z powodu jej śmierci. Do następnego dnia zmarły jeszcze trzy osoby ze służby, reszta uciekła w trwodze i popłochu. Paniczny strach opanował wszystkich, a ludzie umierali jeden po drugim.

W zamęcie i przerażeniu następnego dnia, zapomniana przez wszystkich, Mary ukryła się w dziecięcym pokoju. Nikt o niej nie pomyślał, nikt jej nie pragnął, a tymczasem wydarzyły się dziwne i straszne rzeczy, o których nic nie wiedziała. Mary na przemian płakała lub spała. Wiedziała tylko, że ludzie chorowali i że było słychać tajemnicze, przerażające głosy. W pewnej chwili wśliznęła się do jadalni, którą znalazła pustą, jakkolwiek dopiero częściowo opróżnione półmiski stały na stole, a talerze i krzesła wyglądały tak, jak gdyby je poodsuwano w pośpiechu. Dziewczynka zjadła trochę owoców i biszkoptów oraz wypiła szklankę stojącego nieopodal wina. Wino było słodkie, lecz Mary nie znała jego mocy. Po krótkiej chwili poczuła się odurzona, wróciła do swojego pokoju i znów się zamknęła, przestraszona krzykami i odgłosami uciekających ludzi. Ogarnęła ją nieprzezwyciężona senność, położyła się na łóżku i na bardzo długo straciła świadomość tego, co się wokół niej dzieje.

Tymczasem wydarzyło się bardzo wiele, gdy Mary spała snem tak twardym, że nie obudziły jej ani jęki, ani odgłosy wnoszonych i wynoszonych przedmiotów.

Po przebudzeniu Mary leżała jeszcze i patrzyła w sufit. W domu panowała zupełna cisza. Nigdy wcześniej takiej ciszy nie doświadczyła. Nie słyszała ani głosów, ani kroków niczyich i była ciekawa, czy już wszyscy wyzdrowieli i czy trwoga minęła. Chciała też wiedzieć, kto będzie się nią opiekował po śmierci jej Ayah. Będzie zapewne nowa Ayah, która być może będzie znać nowe bajki. Mary była już bowiem znudzona znanymi jej opowieściami. Nie płakała zupełnie z powodu śmierci swojej niani. Nie było to dziecko tkliwe i nie dbało nigdy o nikogo. Hałasy, bieganina, jęki i lament z powodu cholery straszyły ją jedynie, a teraz była zła, bo wydawało się, że nikt nie pamięta o jej istnieniu. Wszyscy byli zbyt przerażeni, by myśleć o dziecku, którego nikt nie lubił. Kiedy wybuchła cholera, każdy zdawał się myśleć tylko o sobie. Ale teraz, gdy już wszystko minęło, przyjdzie ktoś zapewne, by zobaczyć, co się dzieje z Mary.

Lecz nikt się nie pojawiał. Kiedy dziewczynka leżała, wyczekując, cały dom zdawał się zapadać w coraz to głębszą ciszę. Usłyszała, że coś się czołga po matach na podłodze i spojrzawszy w dół, ujrzała małego żółwia, idącego wzdłuż muru i patrzącego na nią oczkami jak brylanty. Nie zlękła się wcale, bo wiedziała, że to stworzonko niewinne, które nie zrobi jej krzywdy, a tymczasem żółwik zdawał się śpieszyć, by się jak najprędzej z pokoju wydostać. Wyśliznął się wreszcie przez szparę pod drzwiami.

- Jest tak cicho i spokojnie! - powiedziała do siebie. - Zdawać by się mogło, że oprócz mnie i żółwia w całym domu nikogo nie ma.

W tym samym momencie usłyszała kroki w ogrodzie, następnie na werandzie. Były to kroki męskie i kilku mężczyzn weszło do domu, rozmawiając przyciszonymi głosami. Nikt nie wyszedł na powitanie, nikt do nich nie przemówił, a oni zdawali się otwierać jedne drzwi po drugich i zaglądać do pokoi.

- Co za spustoszenie! - usłyszała Mary. - Ta śliczna, urocza kobieta! Sądzę, że i dziecko; bo słyszałem, że miała córeczkę, choć nigdy nikt jej nie widział.

Mary stała pośrodku swojego pokoju, gdy kilka minut później drzwi się otworzyły. Wyglądała na brzydką, niesforną dziewczynkę, a drżała przy tym z głodu i oburzenia, że o niej zapomniano. Pierwszym, który wszedł, był starszy oficer, którego Mary widziała niegdyś, jak rozmawiał z jej ojcem. Wyglądał na zmęczonego i wzruszonego, ale gdy spostrzegł Mary, tak się przeraził, że aż odskoczył.

- Barneyu! - wykrzyknął. - Tutaj jest dziecko! Zupełnie samo! W takim miejscu! Na miłość boską, kto to?

- Jestem Mary Lennox - rzekła dziewczynka, prostując się. Pomyślała sobie, że ten pan jest bardzo niegrzeczny, ponieważ dom jej ojca nazywa "takim miejscem". - Zasnęłam, gdy wszyscy chorowali na cholerę, i właśnie teraz się obudziłam. Dlaczego nikt do mnie nie przychodzi?

- To jest to dziecko, którego nikt nigdy nie widział! - zawołał oficer, zwracając się do swoich towarzyszy. - Zapomnieli o niej wszyscy!

- Dlaczego o mnie zapomnieli? - zapytała Mary, tupiąc nogami. - Dlaczego nikt nie przychodzi?

Młody człowiek, którego nazwano Barneyem, spojrzał na nią z ogromnym smutkiem. Mary zdawało się nawet, że mu powieki zadrgały, jakby od łez.

- Biedne maleństwo! - rzekł. - Nie został nikt. Nikt nie może przyjść.

I w ten oto dziwny i nieoczekiwany sposób Mary dowiedziała się, że nie ma już ani ojca, ani matki; że umarli oboje i że ich w nocy pochowano, a nieliczni słudzy, którzy uniknęli śmierci, opuszczali dom najszybciej, jak to możliwe, zapominając o istnieniu dziewczynki. Oto przyczyna tej głuchej ciszy otaczającej Mary. W całym domu zostali tylko ona i mały żółw.

Rozdział IIPanna Mary złośnica

Mary lubiła z daleka patrzeć na swoją matkę i uważała ją za uroczą, ale prawie wcale jej nie znała, nic więc dziwnego, że nie mogła jej kochać ani tęsknić za nią, kiedy ta umarła. I wcale nie tęskniła, a ponieważ była zawsze dzieckiem bardzo egoistycznym, wszystkie swoje myśli skierowała ku sobie, jak zresztą zawsze robiła. Gdyby była starsza, może przeraziłaby ją myśl, że została na świecie całkiem sama, ale przecież była jeszcze mała i inni o niej myśleli, sądziła więc, że tak zawsze być musi. Chciała tylko wiedzieć, czy znajdzie się teraz między ludźmi miłymi, którzy będą dla niej grzeczni i pozwolą jej na wszystkie wybryki, jak to czynili jej Ayah oraz reszta służby.

Wiedziała o tym, że nie pozostanie w domu pastora, w którym ją na razie umieszczono. Nie życzyła sobie tam pozostać. Pastor był biedny, miał pięcioro dzieci, wszystkie prawie w takim samym wieku. Sukienki ich były brudne, a dzieciaki kłóciły się ciągle i wydzierały sobie zabawki. Mary nienawidziła brudnego domu pastora i była dla wszystkich tak nieznośna, że po dwóch dniach żadne z dzieci nie chciało się z nią bawić. Drugiego dnia dali jej przezwisko, które wprawiało ją w złość.

Pierwszy pomyślał o tym Bazyli. Był to mały chłopczyk o bladoniebieskich oczach i zadartym nosie; Mary nie mogła go znieść. Bawiła się sama pod drzewami, tak samo jak tego fatalnego dnia. Robiła klombiki z ziemi, ścieżki, a Bazyli stał w pobliżu i się przyglądał. Spodobała mu się ta zabawa i zaproponował własne rozwiązanie.

- Czemu nie ustawisz kupki kamieni, niby że to są skały? - powiedział do niej. - O, tutaj, w środku. - Pochylił się, by wskazać miejsce.

- Idź precz! Nie cierpię chłopców, idź precz! - wołała Mary.

Przez chwilkę Bazyli był zły, potem zaczął się droczyć. Droczył się zawsze z siostrami. Tańczył teraz wokół niej i podskakiwał, śmiał się i śpiewał:

Panno Mary, ty złośnico.

Odwróć zagniewane lico!

Czy w ogródku rosną kwiatki,

Róże, dzwonki i bławatki?

Śpiewał, dopóki reszta dzieci nie usłyszała i nie zaczęła śmiać się razem z nim. A im bardziej Mary się złościła, tym dłużej śpiewali: "Panno Mary, ty złośnico", nazywając ją tak później między sobą, a nawet wtedy, gdy się do niej zwracali.

- W tym tygodniu w końcu pojedziesz do domu - rzekł do niej Bazyli. - A my się strasznie z tego cieszymy.

- Ja też się strasznie cieszę - odparła Mary. - Ale gdzie jest "dom"?

- Ona nie wie, co znaczy "dom"! - rzekł Bazyli z oburzeniem. - To znaczy oczywiście Anglia. Nasza babcia tam mieszka, a siostra nasza, Mosel, pojechała do niej w zeszłym roku. Ale ty nie masz babci, ty pojedziesz do wuja, który się nazywa pan Archibald Craven.

- Nic o nim nie wiem - sapała Mary.

- Wiem, że nic nie wiesz - odparł Bazyli. - Dziewczęta w ogóle nic nie wiedzą. Słyszałem, jak rodzice o nim mówili. Twój wuj mieszka w ogromnym, rozległym, opuszczonym domu na wsi i nikt u niego nie bywa. Taki jest niemiły, że nikogo by nie przyjął, a gdyby chciał przyjąć, toby znów nikt do niego nie pojechał. Jest w dodatku garbaty i okropny.

- Nie wierzę ci - powiedziała Mary. Odwróciła się tyłem i zatkała uszy palcami, bo nie chciała tego słuchać.

Długo jednak myślała później o wszystkim, co usłyszała. A gdy pani Crawford powiedziała jej tego wieczora, że za dni kilka pojedzie do Anglii, do wuja, pana Archibalda Cravena, mieszkającego w Misselthwaite Manor, Mary wydawała się tak kamiennie i uparcie obojętna, że nie wiedziano, co o niej myśleć. Starano się traktować ją serdecznie, lecz ona odwracała twarz, ilekroć pani Crawford usiłowała ją pocałować, i sztywna stała jak kij, gdy pan Crawford poklepał ją po ramieniu.

- Jakie dziwne dziecko - rzekła później pani Crawford z politowaniem. - Jej matka była taką uroczą istotą i taką miłą, a Mary to najmniej sympatyczne dziecko, jakie w życiu widziałam. Dzieci nazywają ją "panną Mary złośnicą" i choć to niemiłe z ich strony, wcale im się nie dziwię.

- Być może gdyby jej matka częściej zaglądała do dziecięcego pokoju, to i Mary byłaby miła. Smutne jest to, gdy ta urocza istota nie żyje, że większość otaczającego ją towarzystwa nie wiedziała nawet, iż ma dziecko.

- Sądzę, że nawet nie spojrzała na córkę - odparła z westchnieniem pani Crawford. - Przecież gdy umarła jej Ayah, to wszyscy zapomnieli o tym biedactwie. Pomyśl tylko, że wszystko się rozbiegło, zostawiając to maleństwo samiuteńkie w całym tym opustoszałym domu. Kapitan MacGrew mówił mi, że po prostu osłupiał, gdy otworzył drzwi i znalazł ją samą na środku pokoju.

Długą podróż do Anglii Mary odbyła pod opieką żony pewnego oficera, która odwoziła swoje dzieci do szkół. Była ona bardzo zajęta własnymi dziećmi, dlatego ucieszyła się, gdy w Londynie mogła przekazać Mary kobiecie, którą Archibald Craven przysłał po siostrzenicę. Kobieta ta była jego gospodynią w Misselthwaite Manor i nazywała się pani Medlock. Była to kobieta tęga, o bardzo czerwonych policzkach i przenikliwych, czarnych oczach. Miała na sobie jaskrawą, czerwoną suknię, mantylę czarną, jedwabną, z dżetową frędzlą i czarny kapelusz z czerwonymi welwetowymi kwiatami, które podczas każdego poruszenia głową chwiały się i trzęsły na wszystkie strony. Mary nie poczuła sympatii do niej, ale ponieważ nigdy do nikogo sympatii nie czuła, nie było w tym nic dziwnego. Przy tym widoczne było aż za bardzo, że pani Medlock nie troszczyła się o nią zbytnio.

- Słyszeliśmy, że matka jej była piękna. Nie dała urody córce w spuściźnie, prawda, proszę pani?

- Może wyładnieje, gdy będzie starsza - odparła dobrotliwie żona oficera. - Gdyby nie była taka niegrzeczna i miała milszy wyraz, to rysy jej są raczej ładne. Dzieci się tak zmieniają!

- No, będzie się musiała bardzo zmienić - odparła pani Medlock. - A nie można powiedzieć, by w Misselthwaite były dobre lub jakiekolwiek wpływy na dzieci!

Sądziły obie, że Mary nie słucha, gdyż dziewczynka stała trochę z dala, przy oknie hotelu, w którym się zatrzymali. Przyglądała się ruchowi ulicznemu, lecz słyszała każde słowo i strasznie ciekawa była, jaki jest wuj i jaki jest dom, w którym mieszka. Co to znaczy "garbaty"? Nie widziała nigdy garbatego. Może w Indiach nie ma garbatych?

Odkąd Mary żyła między obcymi ludźmi i nie miała przy sobie swej niani, zaczęła czuć się samotna i myśleć o dziwnych rzeczach, całkiem nowych dla niej. Dziwiła się teraz, dlaczego ona nigdy nie była czyjaś, nawet wtedy, gdy żyli jej ojciec i matka. Inne dzieci zawsze były swego tatusia i swej mamusi, a ona nigdy nie była czyjąś córeczką. Miała służbę i jedzenie, i sukienki. Ale nikt na nią nie zwracał uwagi. Nie wiedziała również o tym, że było to wszystko z tego powodu, iż była bardzo niemiłym dzieckiem. Wręcz myślała o innych, że są nieprzyjemni, lecz nie myślała tak nigdy o sobie.

Pani Medlock wydawała jej się najbardziej nieprzyjemna ze wszystkich ludzi - raziła ją swoimi czerwonymi policzkami i ordynarnym, pretensjonalnym kapeluszem. Gdy następnego dnia wyjeżdżały w dalszą drogę do Yorkshire, Mary przez stację szła do pociągu z odwróconą głową i jak najdalej od pani Medlock, bo nie chciała, żeby myślano, iż się znają. Była zła na samą myśl, że mogliby ją wziąć za córeczkę pani Medlock.

Ale pani Medlock nie przejmowała się ani Mary, ani tym, co Mary sobie myślała. Była to kobieta, która "nie zawracała sobie głowy wybrykami młodych". W każdym razie, gdyby ją zapytano, tak by odpowiedziała. Nie chciała pojechać do Londynu nawet wtedy, gdy jej siostra, Maria, wydawała córkę za mąż. Lecz pani Medlock miała wygodne, dobrze płatne miejsce ochmistrzyni w Misselthwaite Manor, a zatrzymać je mogła nadal pod warunkiem, że natychmiast wykona rozkaz pana Archibalda Cravena. Nie miałaby nawet odwagi cokolwiek zakwestionować.

- Kapitan Lennox i jego żona zmarli na cholerę - rzekł pan Craven, jak zwykle krótko i zimno. - Kapitan Lennox był bratem mojej żony, jestem więc opiekunem jego córki. Dziecko zostanie przywiezione tutaj. Pojedzie pani do Londynu i przywiezie je do mnie.

Pani Medlock spakowała manatki i ruszyła w podróż.

Mary wtuliła się w kąt wagonu z miną kwaśną i złą. Nie miała co czytać, nie miała na co patrzeć, złożyła na kolanach swoje cienkie rączki w czarnych rękawiczkach i siedziała cicho. Czarna sukienka podkreślała i uwydatniała żółtość jej cery, a jej sztywne, jasne włosy wymykały się kosmykami spod krepowego kapelusza.

"W życiu swoim nie widziałam takiego niemiłego, zepsutego dziecka jak to!" - myślała pani Medlock. Nie widziała ona nigdy, żeby dziecko mogło tak długo siedzieć na jednym miejscu w zupełnej bezczynności; toteż znużyło ją przyglądanie się dziewczynie i zaczęła mówić ostrym, twardym głosem:

- Opowiem ci cokolwiek o miejscu, do którego jedziesz - powiedziała. - Czy wiesz coś o swoim wuju?

- Nie - odparła Mary.

- Nie słyszałaś nigdy, by rodzice o nim mówili?

- Nie - odrzekła Mary i zadrżała. Zadrżała, bo przypomniała sobie, że ojciec i matka nigdy o niczym z nią nie rozmawiali. Nigdy o niczym jej nie opowiadali.

- Hm! - mruczała pani Medlock, patrząc na jej zamkniętą w sobie, złą twarzyczkę. Zamilkła na czas jakiś, po czym znów zaczęła mówić:

- Sądzę, że jednak trzeba cię przygotować. Jedziesz do miejsca bardzo dziwnego.

Mary nic na to nie odpowiedziała, a pani Medlock, rozczarowana jej obojętnością, dopiero po chwili zaczerpnęła powietrza i ciągnęła dalej:

- W każdym razie jest to dom ogromny, lecz ponury, a pan Craven jest z niego dumny na swój sposób, i to jest dziwne. Dom ten ma już sześćset lat i stoi na końcu rozległego wrzosowiska. Ma on blisko sto pokoi, chociaż większość z nich jest zamknięta na klucz. I od lat całych są tam obrazy i stare, piękne meble, i różne rzeczy; wokoło są ogromny park, ogrody i drzewa ze starymi, do ziemi opadającymi gałęziami. - Odpoczęła, zaczerpnęła oddechu. - I to już wszystko - zakończyła nagle. Mary mimo woli zaczęła się przysłuchiwać. Wszystko, co słyszała, zdawało się tak odmienne od tego, co było w Indiach, a każda nowość miała dla niej urok. Lecz nie chciała dać po sobie poznać, że ją cokolwiek zajmuje. Był to jeden z jej nieprzyjemnych, nieszczęsnych nawyków. Siedziała zatem cicho.

- No i cóż? - rzekła pani Medlock. - Co panienka o tym myśli?

- Nic - odparła. - Nie znam się na takich domach.

Odpowiedź ta wywołała niespodziewany, krótki, urywany śmiech pani Medlock.

- Ech! Panienka jest zupełnie jak stara baba - powiedziała. - Czy to wszystko panienkę nic nie obchodzi?

- Wszystko jedno, czy mnie obchodzi, czy nie - odparła Mary.

- Co do tego, to ma panienka rację - powiedziała znów pani Medlock. - Dlaczego panienkę zatrzymują w Misselthwaite Manor, to nie mam pojęcia. A może to najłatwiejszy sposób opiekuństwa. Że on się nie będzie o panienkę troszczył, to więcej niż pewne. On się nigdy o nikogo nie troszczy.

Zatrzymała się, jak gdyby sobie coś w porę przypomniała.

- On ma krzywe plecy - rzekła - dlatego jest taki zły. Jako młody człowiek był zgryźliwy i mimo swej fortuny nic dobrego nie zaznał, dopóki się nie ożenił.

Mary zwróciła oczy na mówiącą, mimo usiłowań udawania obojętnej. Nie myślała nigdy o tym, że garbus mógł się ożenić, i była nieco zdziwiona. Spostrzegła to pani Medlock, a jako kobieta bardzo gadatliwa ciągnęła dalej, z większym zapałem. Był to jedyny sposób skrócenia nudnej podróży.

- Ona było to słodkie, śliczne stworzenie, a on byłby dla niej na kraniec świata poszedł po źdźbło trawy, gdyby tego zapragnęła. Nikt nie przypuszczał, że go poślubi, a jednak poślubiła. Ludzie mówili, że to zrobiła dla pieniędzy, ale to nieprawda. Nieprawda! - dodała z przeświadczeniem. - Gdy umarła...

Mary mimo woli się poruszyła.

- Ach! Więc umarła! - wykrzyknęła, niewiele myśląc. Przypomniała sobie bajkę francuską, którą niegdyś czytała, Knyps z czubkiem1. Bajka mówiła o biednym garbusku i cudnej księżniczce, i zrobiło jej się żal pana Archibalda Cravena.

- Tak, umarła - powiedziała pani Medlock. - I odtąd zdziwaczał jeszcze więcej. Nie dba już o nikogo. Ludzi widzieć wcale nie chce. Najczęściej wyjeżdża, a gdy jest w Misselthwaite Manor, to zamyka się w skrzydle zachodnim domu i tylko Pitchera dopuszcza do siebie. Pitcher to już stary dziad, ale opiekował się nim niegdyś, gdy był dzieckiem jeszcze, i zna dobrze jego usposobienie.

Było to wszystko dziwne, jak w bajce, i Mary wesoło nie nastroiło. Dom o stu pokojach, wszystkich prawie zamkniętych i zaryglowanych - dom na krańcu wrzosowiska, wszystko to było dziwnie niewesołe. I ten człowiek, garbaty, który także zamykał się na dziesięć spustów! Mary patrzyła przez okno z zaciśniętymi wargami i zdało jej się całkiem naturalne, że w tej chwili począł deszcz siec ukośnymi strugami i bić o szyby wagonu. Gdyby żyła ta śliczna kobieta, rozweselałaby swoje otoczenie, tak jak jej mamusia, szczebiotem, ruchliwością, chodzeniem z jednej zabawy na drugą w cudnej, ozdobionej koronkami sukni. Ale i ta już nie żyła.

- Niech się panienka nie spodziewa ujrzeć pana. Daję głowę, że go panienka nie zobaczy - rzekła pani Medlock. - I nie trzeba się spodziewać, że tam ktokolwiek będzie z panienką rozmawiał. Będzie panienka sama się bawić i myśleć o sobie. Powiedzą panience, do których pokoi wolno jej wchodzić, a od których należy trzymać się z daleka. Ogrodów tam pod dostatkiem. Ale nie wolno kręcić się po domu i nosa wszędzie wtykać. Pan Craven nie życzy sobie tego.

- Wcale nie chcę wtykać wszędzie nosa - odparła nasza mała Mary. I jak nagle zrobiło jej się żal pana Archibalda, tak teraz przestała go żałować, pomyślała natomiast, że był taki niedobry, iż zasłużył na to wszystko, co go spotkało.

I zwróciła twarzyczkę ku oknu, patrząc na strugi ściekającego po szybach deszczu, który padał nieprzerwanie, jakby nigdy nie miał ustać. Patrzyła tak długo i uparcie, dopóki wszystko nie zaczęło jej przed oczyma szarzeć, szarzeć, aż wreszcie, znużona, zasnęła.

Rozdział IIIPrzez wrzosowisko

Mary długo spała. Kiedy się przebudziła, pani Medlock kupiła na jednej ze stacji koszyk ze śniadaniem, w którym były kurczęta i wołowina na zimno, chleb z masłem i gorąca herbata. Deszcz padał bardziej zacięcie niż wcześniej, a na stacjach wszyscy poubierani byli w płaszcze gumowe, lśniące i ociekające od deszczu. Konduktor zapalił lampy w wagonie, a pani Medlock rozkoszowała się swoją herbatą, kurczętami i wołowiną. Zjadła dużo, po czym sama zasnęła, a Mary siedziała, przyglądając się kobiecie i jej kapeluszowi, który się smętnie zsunął na prawe ucho, aż wreszcie i ona znów zasnęła, wtulona w kąt wagonu i ukołysana jednostajnym biciem deszczu o szyby. Było już zupełnie ciemno, gdy się zbudziła. Pociąg zatrzymał się na stacji, a pani Medlock zaczęła potrząsać Mary.

- No, ale też panienka spała! - wykrzyknęła. - Wszakże czas otworzyć oczy! Jesteśmy już w Thwaite, a jeszcze długa jazda przed nami.

Mary wstała i usiłowała otworzyć oczy, podczas gdy pani Medlock zbierała pakunki. Dziewczynce na myśl nie przyszło pomóc jej w tej czynności, gdyż w Indiach tubylcza służba zawsze wszystko za nią robiła i zdawało jej się zupełnie naturalne, że ją obsługiwano.

Była to jakaś mała stacja i nie wysiadł tu nikt inny prócz nich. Naczelnik stacji zaczął rozmawiać z panią Medlock w szorstki, ale poczciwy sposób, wymawiając wyrazy dziwnie rozwlekle, tak jak, co Mary później spostrzegła, mówią w Yorkshire.

- Co to, już pani z powrotem? I przywiozła pani tę małą?

- Aha, to ona - odparła pani Medlock, mówiąc też w tutejszym narzeczu i wskazując ruchem głowy Mary. - Jak się miewa żona?

- Nieźle, dziękuję. Powóz czeka tam, po drugiej stronie.

Powóz stał przed zajazdem stacji. Mary spostrzegła, że powóz jest wykwintny i że równie wykwintny służący pomógł jej wsiąść do tego powozu. Jego długi płaszcz i przykrycie głowy lśniły i ociekały od deszczu, jak wszystko bez wyjątku, nie wyłączając grubego naczelnika.

Gdy służący zatrzasnął drzwiczki i usiadł obok stangreta na koźle, dziewczynka usadowiła się w wygodnym, miękkim kąciku, lecz senność całkiem minęła. Siedziała, wyglądając za okno i chcąc zobaczyć cokolwiek na tej drodze prowadzącej do owego dziwnego domu, o którym mówiła pani Medlock. Nie było to dziecko lękliwe i nie można powiedzieć, by była wystraszona, lecz czuła, że jeden Bóg wie, co się może zdarzyć w domu, w którym jest sto zamkniętych pokoi, w domu stojącym na krańcu wrzosowiska.

- Co to jest wrzosowisko? - spytała nagle panią Medlock.

- Patrz wciąż za okno, a za jakieś dziesięć minut sama zobaczysz - odparła kobieta. - Musimy pięć mil jechać wrzosowiskiem, zanim dojedziemy do domu. Wiele panienka nie zobaczy, bo noc ciemna, ale cośkolwiek dostrzec można.

Mary nie zadawała już więcej pytań, lecz czekała w swym kąciku, wpatrzona uparcie w okno. Latarnie rzucały smugi światła i Mary dostrzegła zarysy mijanych przedmiotów. Po opuszczeniu stacji przejeżdżali przez małą wioskę, dostrzegła białe domki i światła w domu ludowym. Później minęli kościół, probostwo i domek z oknem wystawowym z zabawkami, słodyczami i rozmaitymi przedmiotami na sprzedaż. Później wyjechali na trakt i Mary dostrzegła żywopłoty i drzewa. Potem długo nie było nic godnego uwagi; w każdym razie Mary wydawało się to długo.

W końcu konie zwolniły biegu, jak gdyby wjeżdżały na wzgórek, i zdawało się, że już nie ma ani żywopłotów, ani drzew. W rzeczywistości Mary nie mogła nic dostrzec oprócz nieprzeniknionej ciemności po obu stronach. Pochyliła się naprzód i przytuliła twarz do szyby, kiedy nagle powóz podskoczył.

- No, teraz to już na pewno jesteśmy na wrzosowisku - powiedziała pani Medlock.

Latarnie rzucały trochę światła na nierówną, złą drogę, która była jakby poprzecinana krzakami i czymś nisko rosnącym dokoła, czymś, co się kończyło gdzieś na krańcu horyzontu. Zerwał się wiatr, który wydawał dziwne, dzikie, szumiące odgłosy.

- Czy to... czy to morze, czy nie? - spytała Mary swą towarzyszkę.

- Nie, to nie morze - odparła pani Medlock. - Ale też nie pola ani góry, tylko mile całe, mile i mile dokoła dzikiego pastwiska, gdzie nic nie rośnie prócz wrzosów i gdzie nic nie żyje prócz dzikich koników, zwanych ponney, i owiec.

- A jednak czuję, że to mogłoby być morze, gdyby była woda - powiedziała Mary. - Takie to odgłosy wydaje, zupełnie jak morze.

- To wiatr, który jęczy w zaroślach. Dla mnie to dosyć dzikie i samotne miejsce, choć mnóstwo ludzi je lubi, zwłaszcza gdy wrzosy kwitną.

Jechali tak coraz dalej w ciemności, a choć deszcz ustał, ruszył się silny wiatr, który świszczał i wydawał nieprzyjemne dźwięki. Droga prowadziła w górę, to znów w dół, a kilka razy powóz przejeżdżał mostki, pod którymi z łoskotem szumiały spienione wody strumyków. Mary miała uczucie, że jazda ta nigdy się nie skończy i że wielka zimna wydma to ciemny ocean, a ona jedzie przez niego wąskim pasem lądu.

"Nie lubię tej wydmy" - powiedziała sobie w duchu i silniej zacisnęła cienkie wargi.

Konie pięły się w górę drogi, gdy Mary dostrzegła światełko. Pani Medlock spostrzegła je równocześnie i odetchnęła z uczuciem wielkiej ulgi.

- Zadowolona jestem z tego światełka - zawołała. - To światło w domku portiera. No, za chwilkę napijemy się gorącej herbaty.

Było to "za chwilkę", jak rzekła, dość niezwykłe, bo powóz po przejechaniu bramy parku musiał przebyć dwie mile angielskie alei, a drzewa, które niemal zupełnie stykały się czubami, tworzyły nad nimi jakby długie, ciemne sklepienie.

Wyjechali wreszcie na jaśniejsze miejsce i zatrzymali się przed ogromnie długim, nisko, a nieregularnie zbudowanym domem. Na razie zdawało się Mary, że cały dom jest ciemny, dopiero gdy wysiadła, dostrzegła słabe światło w jednym z okien na piętrze.

Wejściowe drzwi, olbrzymie, ciężkie, były zbite z masywnych, dziwnie rżniętych desek dębowych, nabijane wielkimi żelaznymi gwoźdźmi i powiązane żelaznymi sztabami. Przez nie wchodziło się do olbrzymiego hallu, który był tak słabo oświetlony, że Mary wcale nie miała ochoty przyglądać się starym portretom pań i panów w całkowitym uzbrojeniu. Gdy tak stała na kamiennej posadzce olbrzymiego hallu, wydawała się bardzo drobną i bardzo niezwykłą czarną figurką i czuła się tak nikła i osamotniona, i dziwna, jak w rzeczywistości było.

Ubrany bez zarzutu, chudy, stary człowiek stał w pobliżu lokaja, który mu otwierał drzwi.

- Ma ją pani wziąć zaraz do jej pokoju - rzekł zachrypniętym głosem. - Pan nie życzy sobie jej widzieć. Rano wyjeżdża do Londynu.

- Doskonale, panie Pitcher - odparła pani Medlock. - O ile wiem, czego chcą ode mnie, z pewnością to wykonam.

- Czego od pani chcą, proszę pani? - rzekł Pitcher. - Jedynie tego, aby on miał spokój zupełny i aby nie widział tego, czego widzieć nie chce.

Potem zaprowadzono Mary Lennox przez szeroką klatkę schodową i długi korytarz, i znów w górę po kilku stopniach, i znów przez inny korytarz, i jeszcze przez jeden, póki nie natrafiono na drzwi prowadzące do jej pokoju, w którym znalazła ogień na kominku i kolację na stole.

Pani Medlock odezwała się bez ceremonii:

- No, otóż jesteśmy! Ten oto pokój i ten obok, przeznaczone dla panienki, muszą panience wystarczyć. Proszę o tym nie zapomnieć.

W taki to sposób panna Mary znalazła się w Misselthwaite Manor i chyba nigdy w życiu nie czuła się taką prawdziwą "złośnicą" jak w tej chwili.

Rozdział IVMarta

Nazajutrz z rana Mary otworzyła oczy, gdy młoda dziewczyna weszła do jej pokoju rozniecić ogień, a teraz klęczała przed kominkiem, hałaśliwie wygarniając niedopalone węgle. Mary przyglądała jej się chwilkę, leżąc, po czym zaczęła się rozglądać po pokoju. Nigdy jeszcze nie widziała nic podobnego, pokój wydał się jej i dziwny, i ponury, ściany pokryte były tkaniną, na której wyhaftowano sceny leśne. Byli tam fantazyjnie ubrani ludzie wśród drzew, a w dali widniały wierzchołki wieżyc zamkowych. Byli tam myśliwi, konie i psy, i piękne panie. Mary miała uczucie, że się znajduje wraz z nimi w lesie. Przez okno dostrzegła wielką przestrzeń falistego gruntu, który był całkiem ogołocony z drzew i wyglądał jak bezbrzeżne, krwawo purpurowe morze.

- Co to takiego? - spytała, wskazując przez okno.

Młoda służąca, Marta, która właśnie powstała z klęczek, wskazała również w tym kierunku i rzekła:

- To?

- Tak.

- To wrzosowisko - odpowiedziała z poczciwym uśmiechem. - Czy panienka lubi wrzosowiska?

- Nie cierpię - odparła Mary.

- Bo panienka jeszcze nie przywykła - odrzekła Marta, wracając do kominka. - Panience się ono teraz wydaje takie wielkie i takie gołe. Ale ja wiem, że panienka strasznie je polubi.

- A ty je lubisz? - zagadnęła Mary.

- Ojoj! I to jeszcze jak - odparła Marta, czyszcząc zawzięcie kratę kominka. - Ja moje wrzosowisko po prostu kocham. A nie jest ono nagie, oj nie! Całe ono roślinek cudnych pełne, a pachną one, oj, pachną! Toż ono śliczniuchne takie na wiosnę i latem, jak ono zakwitnie, wrzosy różowe. Pachnie, jakby miód rozlał! A tyle tam powietrza, że się upić można; a niebo to tak het, het wysoko nad nim, a pszczoły i pasikoniki taki miły gwar robią, tak brzęczą i dzwonią! Za nic bym nie chciała żyć z dala od mego wrzosowiska!

Mary słuchała jej słów z powagą i ze zdumieniem. Tubylcza służba w Indiach nic a nic nie była podobna do tutejszej. Tamci byli uniżeni, służalczy i nie ośmieliliby się nigdy do państwa odzywać jak do równych sobie. Bili im pokłony, nazywając ich "opiekunami biednych" i inne jeszcze nadając im nazwy. Indyjskiej służbie rozkazywano, nie proszono jej. Nie było zwyczaju mówić "proszę" i "dziękuję", a Mary biła swą Ayah po twarzy, gdy się rozzłościła. I pomyślała sobie, co by też ta oto dziewczyna zrobiła, gdyby jej dano policzek? Było to rumiane, pulchne, miłe stworzenie, ale miała dziwnie ostre obejście i panna Mary zastanawiała się, czy by ona po prostu nie "oddała", gdyby ją uderzono w twarz i gdyby uderzającą była mała dziewczynka.

- Dziwna jakaś z ciebie służąca - rzekła wyniośle.

Marta usiadła na piętach ze szczotką do czyszczenia w ręce i śmiała się, niezagniewana zupełnie.

- Dobrze to wiem - odparła, śmiejąc się. - Żeby sama jaśnie pani była w Misselthwaite, tobym przecież i pomocnicą pokojowej być nie mogła. Może by mi pozwolili być przy kuchni, ale nie do posługi w pokoju. Zanadto jestem prosta i mówić pięknie nie potrafię. Ale to dziwny jakiś dom, choć taki wielki. Mógłby ktoś powiedzieć, że tu ani dziedzica, ani pani nie ma, tylko pan Pitcher i pani Medlock. Jak jaśnie pan jest w domu, to nie chce o niczym wiedzieć, a wreszcie on ciągle w podróży. To pani Medlock z dobroci swojej dała mi to miejsce. Ale mi powiedziała, że gdyby Misselthwaite było takie jak inne dwory, to nigdy nie byłaby mogła przypuścić mnie do dworskiej służby.

- Czy ty będziesz moją służącą? - spytała Mary, tym samym wyniosłym, w Indiach nabytym tonem.

Marta poczęła znów czyścić kominek.

- Ja, proszę panienki, jestem służącą pani Medlock - odparła z godnością. - A ona służy jaśnie panu, ale ja niby mam robić robotę pokojowej i panience to i owo usłużyć. Aleć panienka nie potrzebuje znów tak dużo obsługi.

- Któż mnie będzie ubierał? - zagadnęła Mary.

Marta znów przysiadła na piętach, przyglądała się Mary, nie rozumiejąc, wreszcie ze zdumieniem spytała:

- To panienka sama nie potrafi?

- Cóż to ma znaczyć? Nie rozumiem cię.

- Chciałam powiedzieć, że panienka chyba umie sama się ubrać.

- Nie - rzuciła Mary z zupełną pogardą. - Nigdy w życiu nie ubierałam się sama. Ayah zawsze mnie całą ubierała.

- W takim razie wielki czas, żeby się panienka nauczyła sama to robić - rzekła Marta, nie zdając sobie sprawy ze swego zuchwalstwa. - Trzeba było wcześniej zacząć. To panience dobrze zrobi, gdy sama koło swoich rzeczy pochodzi. Moja matka to zawsze się dziwuje, że dzieci bogatych państwa nie są do cna głupie, kiedy od maleńkości niańki je myją i ubierają, i na spacer prowadzą jak te lalki!

- W Indiach są zupełnie inne zwyczaje - rzekła Mary pogardliwie. Już jej to gderanie kością w gardle poczęło stawać.

Lecz Marta niełatwo się złościła.

- Hm, ja zaraz spostrzegłam, że to tam całkiem musi być inaczej - odrzekła serdecznie. - A ja myślę, że to wszystko przez to, że tam tyle tych czarnych zamiast poczciwych białych ludzi. Kiedy usłyszałam, że panienka z Indii przyjeżdża, to myślałam, że panienka też jest czarna.

Mary, wściekła, usiadła na łóżku.

- Co?! - zawołała. - Co?! Myślałaś, że jestem Hinduską?! Ty... ty córko świni!

Marta spojrzała przelękła i spąsowiała.

- O kim panienka tak mówi? - zapytała. - Nie wolno panience tak się złościć i nie powinna panienka tak brzydko mówić. A ja przeciw tym czarnym to nawet nic nie mam. Księża nam mówią i piszą, że oni są nawet bardzo pobożni. A mówią też to, że choć to czarny, to zawsze też człowiek i bliźni. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam czarnego człowieka i okrutnie się cieszyłam, że nareszcie zobaczę choć jednego z bliska. Kiedy tu rano weszłam, by zapalić w kominku, to się do panienki łóżka zakradłam cichutko i kołderki cichutko uchyliłam, żeby na panienkę spojrzeć. A tu panienka biała! - rzekła z rozczarowaniem. - Nie czarniejsza niż ja, choć panienka ode mnie znów żółciejsza.

Mary już nie usiłowała nawet zapanować nad swą wściekłością i swym upokorzeniem.

- I ty myślałaś, że jestem Hinduską! I ty śmiałaś! Nie masz żadnego pojęcia o Hindusach! To nie są ludzie, to są słudzy, którzy muszą się kłaniać. Nic nie wiesz o Indiach, w ogóle o niczym pojęcia nie masz.

Wpadła w taki gniew i czuła się taka bezbronna przed szczerym spojrzeniem Marty, przy tym poczuła się nagle tak strasznie osamotniona i tak oddalona od wszystkiego, co rozumiała i przez co była rozumiana, że rzuciła się twarzą na poduszki i wybuchnęła szlochem. Płakała tak rozpaczliwie, że poczciwej Marcie zrobiło się jej strasznie żal. Podeszła do łóżka i prosiła, pochylając się nad dziewczynką:

- Panienko! Nie trzeba tak płakać; doprawdy nie trzeba. Nie wiedziałam, że taką przykrość paniusi sprawię. W ogóle głupia jestem i nic nie wiem, jak panienka słusznie powiedziała. Bardzo panienkę przepraszam i proszę przestać płakać.

Było coś dodającego otuchy, coś rzeczywiście przyjacielskiego w jej prostej i szczerej mowie, coś, co na Mary wywarło dodatni wpływ. Przestała płakać i powoli uspokoiła się zupełnie. Marta była uradowana.

- No, a teraz, panienko, czas wstawać. Trzeba... Pani Medlock kazała mi podać śniadanie, herbatę i obiad tu, do przyległego pokoju. Tam jest urządzony dziecięcy pokój dla panienki. Pomogę się panience ubrać, jeśli panienka z łóżeczka wyjdzie. A jeśli sukienki zapinane na plecach, to naturalnie sama panienka zapiąć nie może.

Kiedy się Mary zdecydowała nareszcie wyjść z łóżka, Marta podała jej z szafy suknię inną niż ta, w której Mary przyjechała.

- To nie moja sukienka. Moja jest czarna - rzuciła Mary.

Przyjrzała się ładnej sukience z grubej, miękkiej, białej wełny z chłodnym uznaniem.

- Ale ta sukienka jest ładniejsza od mojej - dodała.

- A panienka musi się w nią ubrać - odrzekła Marta. - Pan Craven kazał ją kupić w Londynie. Powiedział: "Nie chcę, by mi po domu chodziło na czarno ubrane dziecko jak dusza potępiona", tak powiedział. "To by ten dom czyniło jeszcze smutniejszym, niż jest. Ubierajcie ją w jasne kolory!". Moja matka mówi, że wie, co on sobie myślał. Matka zawsze wie, co sobie kto myśli. Ona też nie lubi czarnego koloru.

- Nie cierpię czarnych ubrań - zawołała Mary.

W czasie ubierania się obie nauczyły się rzeczy nowych. Marta wprawdzie pomagała swojemu rodzeństwu nieraz, ale nie widziała jeszcze dziecka, które by stało jak pień, pozwoliło robić za siebie wszystko, jakby nie miało własnych rąk i nóg.

- Czemu panienka sama nie założy butów? - spytała, gdy Mary spokojnie wystawiła nogę.

- Ayah mi zawsze nakładała buciki - odparła Mary ze zdziwieniem. - Taki był zwyczaj.

Mary często powtarzała: "taki był zwyczaj". Służba hinduska zwykła tak mówić. Gdy im kazano zrobić coś, czego ich przodkowie przed tysiącem lat nie robili, spoglądali ze słodkim uśmiechem, mówiąc: "tego nie było w zwyczaju", i wiadomo już było, że sprawa skończona. Nie było też w zwyczaju, by Mary robiła cokolwiek. Umiała stać tylko i pozwalała łaskawie, by ją ubierano jak lalkę. Zanim była gotowa do śniadania, zaczęła domyślać się, że ją życie w Misselthwaite Manor nauczy wielu rzeczy - całkiem dla niej nowych - jako to: wkładania na nogi bucików, pończoch, zbierania porozrzucanych rzeczy i innych. Gdyby Marta była dobrze wytresowaną panną służącą jakiejś wielkiej pani, byłaby bardziej posłuszna i wiedziałaby, że do niej należało wyszczotkować włosy i buciki zapiąć, i pozbierać, i poskładać rzeczy. Była ona tylko prostą wiejską dziewczyną, wychowaną w chacie wraz z gromadką rodzeństwa, i myślała jedynie o tym, jak im usłużyć, jak się zająć maleństwami, które zaczynały stawiać pierwsze kroki.

Gdyby Mary miała w sobie więcej radości, z pewnością uśmiałaby się z gadulstwa Marty. Ale Mary przysłuchiwała się tylko wyniośle i dziwiła się jej śmiałości. Nie zwracała uwagi na dziewczynę, ale gdy ta gadała i gadała bez końca, zaczęła z wolna uważać na jej opowiadanie.

- Oj, żeby panienka wiedziała! - rzekła. - Jest nas dwanaścioro, a ojciec zarabia tylko szesnaście szylingów na tydzień. Mówię panience, że matka to nie wie czasem, skąd wziąć na chleb dla nich. Cały dzień biegają po wrzosowisku, a matka mówi, że powietrze tutejsze ich tak tuczy i że pewna jest, iż wszystkie bębny trawę jedzą jak te dzikie konie. A nasz Dick to ma już dwanaście lat i oswoił sobie małego pony, i mówi, że to jego.

- Gdzie sobie oswoił? - spytała Mary.

- Na stepie spotkał, jak pony był jeszcze źrebakiem przy matce, i jak mu zaczął dawać kawałki chleba, a trawkę zieloną, świeżuchną zrywać, tak też się zaprzyjaźnili. Tak się źrebiątko do niego przyzwyczaiło, że za nim chodzi i pozwala Dickowi na grzbiet sobie siadać. Dick to dobry bardzo chłopak i zwierzęta strasznie go lubią.

Mary nie miała nigdy na własność ulubionego zwierzątka, choć zawsze chciała. Zaczęła więc interesować się po trosze Dickiem, a ponieważ dotychczas zajmowała ją jedynie jej osoba, była to zatem jakby jutrzenka nowego, poczciwego uczucia. Gdy weszła do przeznaczonego dla siebie drugiego pokoju, zauważyła, że był on zupełnie podobny do tego, w którym spała. A był to raczej pokój dorosłej osoby, nie dziecka, z ponurymi, starymi portretami i ciężkimi, dębowymi sprzętami. Stół na środku zastawiony był pożywnym śniadaniem. Lecz Mary nigdy nie grzeszyła zbytnim apetytem, a teraz patrzyła więcej niż obojętnie na stawiane przed sobą potrawy.

- Nie lubię tego - rzekła.

- Co, panienka kaszy nie lubi? - wykrzyknęła Marta niedowierzająco.

- Nie lubię.

- Panienka nie wie, jakie to dobre. Trzeba posypać trochę cukrem.

- Nie lubię tego - powtórzyła Mary.

- Okropnie nie lubię, jak się takie dobre jedzenie marnuje - rzekła Marta. - Żeby tu nasze dzieci siedziały, toby w mig salaterka była pusta.

- Dlaczego? - spytała Mary chłodno.

- Dlaczego? - powtórzyła Marta jak echo. - Ano bo one nigdy nie mają żołądków jak się patrzy pełnych. Głodne to, a spragnione jedzenia jak młode jastrzębie albo lisy.

- Ja nie wiem, co to znaczy być głodną - rzekła Mary z obojętnością prawdziwej nieświadomości.

Marta była oburzona.

- Dobrze by panience zrobiło trochę się przegłodzić, już ja wiem - powiedziała szczerze. - Cierpliwości mi braknie, jak tak kto siedzi i tylko się gapi na chleb i mięso, a nie je. Mój Boże! Żeby tak naszym dzieciakom dać to wszystko, co tu jest na stole, byłaby radość, oj, była!

- Czemu im tego zatem nie dasz? - poddała Mary.

- Bo to nie moje - odparła Marta z godnością. - A przy tym to nie moje wychodne. Wychodne mam raz na miesiąc, jak reszta służby. Wtedy idę do domu, porządki porobię, a matczysko odpocznie sobie dzień jeden.

Mary wypiła herbatę, zjadła sucharek z odrobiną marmolady.

- A teraz niech się panienka ciepło otuli i idzie pobiegać i pobawić się na dworze - rzekła Marta. - Dobrze panience zrobi trochę spaceru i apetyt będzie lepszy na obiad.

Mary podeszła do okna. Widać było ogrody, ścieżki, drzewa, ale wszystko wyglądało jakoś smutno i zimowo.

- Wyjść? Na co? Tak szkaradnie na dworze.

- Jak panienka nie wyjdzie, to będzie musiała siedzieć tu w pokoju, a co by tu panienka robiła?

Mary spojrzała dokoła siebie. Prawda, że nie miała tu co robić. Pani Medlock nie pomyślała o rozrywkach dziecięcych, przygotowując pokój dla dziewczynki. A może rzeczywiście lepiej będzie pójść obejrzeć ogrody?

- A kto mnie zaprowadzi? - spytała.

Marta spojrzała zdziwiona.

- Sama panienka pójdzie - odparła. - Musi się panienka nauczyć sama się bawić, jak inne dzieci, które nie mają braciszków i siostrzyczek. Nasz Dick, jak wybiegnie na pole, to całymi godzinami tam się bawi. Dlatego tylko tak się zaprzyjaźnił z kucykiem. Ma na wrzosowisku i owieczki znajome, i ptaszki, które mu do rąk po jedzenie przychodzą. Choć tam brakuje jedzenia, on zawsze okruszyny chleba schowa, aby przywabić swoich ulubieńców.

Wzmianka o Dicku skłoniła Mary do wyjścia, choć dziewczynka nie zdawała sobie z tego sprawy. Na dworze będą ptaszki, choć nie będzie koników ani baranków. Będą zapewne inne niż ptaszki w Indiach, a ją to bardzo będzie zajmować.

Marta podała jej płaszczyk i kapturek, a także parę mocnych, ciepłych bucików i pokazała, którędy się schodzi do wyjścia.

- Jak panienka tą drogą pójdzie, to dojdzie panienka do ogrodów - rzekła, wskazując na furtkę w żywopłocie. - Latem jest tam kwiatów co niemiara, ale teraz pusto.

Zawahała się chwilkę, po czym dodała:

- Jeden ogród jest całkiem zamknięty na klucz. Od dziesięciu lat nikt w nim nie był.

- Dlaczego? - spytała Mary mimo woli. Oto jeszcze jedne drzwi zamknięte w dodatku do stu innych w tym dziwacznym domu.

- Pan Craven zamknął go, kiedy jego żona tak nagle umarła. Nie chce, żeby tam ktokolwiek chodził. To był ogród pani. A on drzwi zamknął, wykopał dziurę i klucz pochował. Tak! Ojoj! Pani Medlock dzwoni, muszę się śpieszyć!

Gdy Marta odeszła, Mary zwróciła się do furtki w żywopłocie. Wciąż myślała o ogrodzie, w którym nikt nie był od dziesięciu lat. Ciekawa była, jak też wygląda i czy są tam jeszcze kwiaty kwitnące.

Po przejściu furtki znalazła się w rozległych ogrodach o wielkich strzyżonych trawnikach i wijących się, dobrze utrzymanych ścieżkach. Były tam drzewa i klomby, i w dziwne kształty strzyżone bukszpany, i staw z fontanną z szarego kamienia pośrodku. Ale klomby puste były, zimowe, a fontanna nie tryskała żywą wodą.