Co on tu robi? - spytał kobiecy głos, który zatrzepotał w myślach Aaslo niczym pieśń lasu.
- Chciałem zobaczyć to twoje stworzenie. Myślisz, że nie potrafię dostrzec dumy w twoich oczach, Arayallen? - Głos był niski i męski, a jednak równie melodyjny, jak pierwszy. Słychać w nim jednak było żałobny lament rozbrzmiewający obietnicą wolności i odpoczynku.
- Oczywiście, że jestem dumna, jak ze wszystkich moich udanych dzieł - odparła kobieta nazwana Arayallen. - Czujesz się zagrożony, Axusie?
Axusie? Aaslo pamiętał, że Myra wypowiadała to imię. Czy znalazł się w obecności bogów?
- Ha, ha! - zagrzmiał ten nazwany Axusem. - Ja? Zagrożony przez to coś? Duma przysłoniła ci rozum. On jest niczym. Mógłbym go w każdej chwili zmiażdżyć pod stopą.
Serce podeszło Aaslo do gardła, ale umysł spowijała mu mgła, która nie chciała się rozwiać. Jaskrawe, złociste światło przebijało się przez opar, ukazując wiszące nad nim postacie. Nie mógł się ruszyć. Nie mógł się odezwać. Ale słuchał, starając się odzyskać pełną świadomość. Dołączył trzeci głos, męski, przyzwyczajony do wydawania rozkazów i egzekwowania posłuszeństwa:
- Jeśli to zrobisz, będę musiał znaleźć następnego, i wtedy już nie powiem ci, kto to jest.
Axus westchnął.
- Twoje gierki są męczące, Trostili. Nie moglibyśmy z nimi skończyć?
Brzęknęło szkło, a potem Aaslo usłyszał chlupot płynu nalewanego do naczynia.
- Egzystencja jest męcząca, Axusie - stwierdził Trostili.
Kolejne słowa Axusa spłynęły mu z języka niczym chłód zimowej nocy:
- Mam uwierzyć, że cierpisz z nudy?
- Zdecydowanie nie. Mam przed sobą cel, powód istnienia, i zamierzam go wypełnić. Poza tym opracowałem nowe techniki, które chciałbym wypróbować. Tobie nie zrobi to różnicy. Proroctwo gwarantuje rezultat. Zostaw tego człowieka w spokoju i okaż trochę cierpliwości.
- Śmierć nie czeka na nikogo - syknął Axus.
- Nie bądź taki melodramatyczny - skomentowała Arayallen. - Odstaw go z powrotem. To nie jego miejsce.
- Przeniosłem go tylko częściowo...
- Wyłącznie dlatego, że nie jesteś dość silny, żeby wciągnąć go w pełni do naszego świata - odezwał się nowy głos. Był niski i silny, niósł w sobie wspomnienie ciepła i bezpieczeństwa. Postacie zastygły w bezruchu, a potem obróciły się ku przybyszowi. - Arayallen ma rację. Co sobie myślałeś, gdy sprowadzałeś tu człowieka?
- Disevy. Nie spodziewałem się ciebie - powiedział Axus.
- Najwyraźniej.
- To stworzenie w jakiś sposób zdobyło moją moc - rzekł z ożywieniem Axus, podchodząc bliżej Aaslo. - Chcę wiedzieć, w jaki sposób i w jakim stopniu.
- Czy ambrozja zamroczyła ci pamięć? - spytała Arayallen ze szczodrą dozą szyderstwa. - Kto teraz bawi się w gierki? Rozdajesz błogosławieństwa, a potem twierdzisz, że nic o nich nie wiesz?
- Zapewniam cię, że nie przyłożyłem do tego ręki - odparł Axus. - A co ty o tym wiesz, Arayallen?
- Co ja wiem? Że on się taki nie urodził. Żadne z moich dzieł nie posiada władzy nad zmarłymi. - Aaslo usłyszał ironię w jej głosie, gdy dodała: - Oprócz ciebie, rzecz jasna.
Axus słyszalnie zazgrzytał zębami.
- Musisz mi cały czas o tym przypominać?
- A co? - odrzekła słodko, a potem dorzuciła z udawanym nadąsaniem: - Jesteś niezadowolony ze swojej kompozycji?
- Absolutnie nie - odparł Axus. - W sumie to przeszłaś samą siebie. Czy twoje ego jest tak kruche, że potrzebujesz, żebym tak często się powtarzał?
- Dość - przerwał Disevy. - Odstaw człowieka z powrotem. I licz na to, że niczego nie zapamięta.
- Zapamięta? Nie jest nawet przytomny. Jego umysł znajduje się wciąż na Aldrei. Zaufaj mi trochę. Wiem, że ludzki umysł jest zbyt słaby, żeby znieść moc Celestrii.
- Siła jest względna - odparł Disevy.
- Co to miało znaczyć? - spytał Axus.
- Miało to znaczyć, że jeśli kolejny raz spróbujesz czegoś podobnego, spotka cię szybka i skuteczna kara.
- Grozisz mi, Disevy?
- Minęło wiele czasu, odkąd ostatni raz przywoływałem cię do porządku, Axusie. Zapominasz, że to ja władam tym panteonem. Być może twoja moc wzrosła, ale wciąż jestem od ciebie silniejszy.
- Takiś pewny? Podczas gdy ty marnujesz swoją moc na tak bezwartościowe stworzenia jak to coś, ja ją odzyskuję. Możesz podziękować Arayallen za jej liczne błędy projektowe i Trostilemu, że obraca je przeciwko sobie. W sumie to wy wszyscy i wasze błogosławieństwa jesteście odpowiedzialni za ich nieuchronny upadek i moje wyniesienie.
Łup!
- Błędy? - zawołała Arayallen. - Jak śmiesz?! Nie rozumiesz niczego o życiu, o rozwoju i ewolucji. Niepowodzenie jest konieczne do tego, by coś innego mogło się rozwinąć. Może nie zawsze doceniam jego metody, ale Trostili to rozumie.
- Słabością Trostilego jest smycz, jaką nałożyłaś mu na szyję, gdy go tworzyłaś.
- Niczego takiego nie zrobiłam.
- Zapędzasz się za daleko, Axusie - powiedział Trostili. - Powinieneś odejść, zanim postanowię sprawdzić tę twoją moc.
- Oczywiście, bracie. - Axus obrócił się i Aaslo wyczuł, że bóg pochyla się nad nim. Ogarnął go chłód i gdzieś w oddali wyczuł moc tak potężną, że mogłaby powalić go na kolana. - Ty, człowieku, zawiedziesz. Dusze twoja i wszystkich żałosnych stworzeń z twojego świata będą należały do mnie. Jesteś niczym. Aldrea jest mogiłą. - W miarę jak głos się oddalał, Aaslo słyszał w nim marudną nutę. - On nie jest wart mojego czasu. Pithor się nim zajmie.
Pozostali bogowie zaczęli rozmawiać, jakby Axusa już tam nie było.
- Wiedziałem, że Axus robi się coraz śmielszy, ale nie spodziewałem się po nim czegoś takiego - powiedział Trostili.
Aaslo zobaczył, że postać przesunęła się w jego stronę, i poczuł, jak grzmi w nim głos Disevy'ego:
- To jest ten, którego zwą Aaslo? Dostrzegam podobieństwo. To spory zbieg okoliczności, że akurat on był przyjacielem wybrańca.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytał Trostili.
- To jedynie spostrzeżenie. Co się stało z jego ręką? Ludzie zwykle tak nie wyglądają.
Arayallen zachichotała.
- Och, to tylko drobny wypadek ze smokiem. Uzdrowicielka wpadła na całkiem sprytne rozwiązanie, nie sądzicie? Ludzie potrafią być naprawdę kreatywni, gdy zostaną poddani presji.
- Smok na Aldrei? Postanowiłaś pomóc Axusowi? - spytał Disevy.
- Oczywiście, że nie. Zupełnie nie obchodzą mnie jego pomysły. Po prostu trochę zabawiałam się z pupilem Trostilego.
- Doprawdy?
Aaslo uznał, że Disevy nie brzmiał na przekonanego. Niemniej wiedział już, komu powinien dziękować za częściową utratę człowieczeństwa. Gdyby go tam zatrzymali, mógłby nawet stracić resztę. Zupełnie jakby czytając mu w myślach, Arayallen spytała:
- Kto odstawi go z powrotem?
- Axus wydał energię, żeby go tu sprowadzić - powiedział Trostili. - On powinien go przywrócić.
- Myślisz, że użył tyle mocy tylko po to, żeby zaspokoić swoją ciekawość? - odparł Disevy, znowu brzmiąc na nieprzekonanego.
- Nie - przyznał Trostili. - Ale to nie ma większego znaczenia. I tak wkrótce wszyscy będą martwi i będę mógł przejść do innych unicestwień.
- Wzruszające - mruknął Disevy. - Przywrócę go do jego świata. Wy dwoje powinniście chyba gdzieś się znaleźć, prawda?
- Och? - odrzekła Arayallen. - To już ta pora? Fantastycznie. Uwielbiam odsłanianie nowych światów. Ten będzie taki piękny. Podobny do Aldrei, ale inny.
Dwie z postaci odsuwały się, aż Aaslo wreszcie przestał wyczuwać ich moc. Ostatni z bogów długą chwilę stał obok niego. W końcu Disevy odezwał się:
- Nie powinieneś był tu trafić. Nigdy nie powinniśmy byli się spotkać. - Aaslo zastanawiał się, czy Disevy uważa, że go słyszy. - Nie zamierzałem wtrącać się w ten projekt Axusa, ale Los najwyraźniej zdecydował inaczej. Posłuchaj uważnie, leśniku z Aldrei. Nie lekceważ Pithora. Może jest tylko człowiekiem, ale został podwójnie pobłogosławiony przez bogów śmierci i wojny. Twój świat go nie przetrzyma, a w ślad za tobą będzie postępować śmierć. Może nie zdołasz uratować Aldrei, ale niewykluczone, że możesz pomóc Celestrii.
Aaslo rzucił się naprzód i niemal spadł z sofy. Kręciło mu się w głowie i nie miał pojęcia, skąd się wziął... tam, gdzie był. Ważniejsze było jednak pulsowanie w policzku. Zamrugał kilka razy, żeby oczyścić sobie pole widzenia, i ujrzał parę dużych, brązowych oczu.
- I widzisz? Mówiłam wam, że się uda - powiedziała Teza.
Aaslo pogładził się po twarzy.
- Co... Czy ty mnie spoliczkowałaś?
Teza uśmiechnęła się krzywo.
- Jestem uzdrowicielką. To było terapeutyczne.
- Ja też muszę być uzdrowicielem. Zawsze lepiej się czułem, gdy ciskałem tobą po dziedzińcu szkoleniowym - wtrącił się Mathias.
- Musisz tak się przechwalać?
- Ocknąłeś się, prawda? - warknęła.
Wstała, kiedy Aaslo usiadł i postawił stopy na podłodze. Skrzywił się, gdy wbił szpony w miękką tkaninę sofy.
- Co się stało? - spytał.
Przez ramię wskazała na Mory'ego.
- Zemdlałeś. Chłopak twierdzi, że Żniwiarka mówiła mu, że już cię tu nie ma, ale nie jesteś martwy.
Zupełnie jakby przywołała je wzmianka o śmierci, dwie postacie wkroczyły do pokoju. Powoli przeszły przez nadmiernie zagracone wnętrze, by zająć miejsce w rogu. Iskierki złotego i pomarańczowego blasku lśniły w mlecznobiałym oparze wypełniającym ich puste oczodoły. Aaslo próbował nie patrzeć na nie, ale i tak przyciągały jego spojrzenie niczym płomień ćmę. Nie tylko on odczuwał taki dyskomfort. Jego towarzysze wpatrywali się w te stworzenia, nie mrugając, z pobladłymi twarzami i wybałuszonymi oczami. Aaslo zastanawiał się, kto jako pierwszy ucieknie... albo poczuje mdłości. Lekki, słonawy wietrzyk niosący woń oceanu przez otwarty salon mógłby być przyjemny, gdyby nie przenikający go odór śmierci. Choć zaraza została zniszczona, leżące za skarpą bagna, niegdyś bujnie porośnięte, pozostawały w stanie rozkładu. Zapewne miną tygodnie, zanim powrócą tam jakiekolwiek znaczące ślady życia.
Życia.
Życiu towarzyszyła śmierć. Zazwyczaj.
Aaslo znowu zerknął na trupy - milczących strażników tkwiących w rogu pokoju.
- No i? - odezwała się Myra. - Musisz coś powiedzieć, Aaslo.
Obrócił się i zobaczył, że nagle znalazła się u jego boku. Niematerialna sylwetka Żniwiarki nie blokowała światła bijącego od kominka, który płonął za nią. Kątem oka ujrzał, że Mory również na nią popatrzył. Aaslo uznał, że skoro chłopiec też ją widzi, to on sam jeszcze zupełnie nie oszalał.
- Brak dowodów nie świadczy o niewinności.
Aaslo zacisnął zęby i wciągnął gwałtownie powietrze, po czym je wypuścił.
- Szaleństwo to nie zbrodnia - mruknął.
Wszyscy obrócili się do niego. Markiz wydął wargi, zupełnie jakby zamierzał się spierać w tej kwestii. Obok niego Peck złapał Mory'ego za ramiona i popatrzył na Aaslo wzrokiem wypełnionym nadzieją. Stojąca nad nim Teza przekrzywiła głowę, jakby rozważała wypowiedziane przez niego słowa, Ijen zaś zapisywał coś w swojej książce.
Myra westchnęła.
- Powiedz coś więcej, Aaslo. Wywołujesz w nich nerwowość.
- Ja wywołuję w nich nerwowość? - Aaslo machnął w stronę trupów Greylana i Rostusa tkwiących w rogu. - To oni stanowią problem, nie ja.
- Rozmawiasz ze Żniwiarką? - spytał Peck. - Co mówi?
- Nieistotne. - Dłoń Tezy wystrzeliła, żeby złapać Aaslo pod brodę. Nachyliła się tak, by jej twarz znalazła się tuż przy jego. - Gdzie byłeś?
- Tak, Aaslo, powiedz nam. Gdzie byłeś?
- Nie wiesz? - odparł leśnik, odrywając jej palce.
- Gdybym wiedziała, nie pytałabym! - wrzasnęła Teza.
- Nie, nie ty. Myślałem... Nieważne. - Aaslo podrapał się po szczecinie porastającej mu obolałe szczęki. - Musiałem śnić.
- Nie, Aaslo. Żniwiarka zabierająca zmarłych mówiła nam, że nie było cię tu. Że nie było tu twojej świadomości, części twojej duszy.
Aaslo wpatrywał się w przestrzeń niewidzącym wzrokiem, próbując sobie przypomnieć.
- Mówił, że nie zabrał mojej świadomości - wymamrotał.
- Kto? O kim mówisz? - spytała Teza.
Aaslo podskoczył, gdy ciemny cień zwrócił jego uwagę. Podniósł spojrzenie i skupił je na Ijenie, który nagle nad nim stanął. Profeta zatrzymał pióro nad książką i wpatrywał się wyczekująco w leśnika.
Aaslo zmrużył brwi.
- Czy wiesz, co się dzieje? - zapytał.
- Hmm, nie - odparł Ijen, obracając książkę, żeby Aaslo mógł zobaczyć treść... czy też jej brak. - Ta strona jest pusta. Czekałem, by móc ją wypełnić.
Leśnik nagle wstał i zachwiał się. Teza i Ijen odsunęli się, żeby zapewnić mu przestrzeń - a może woleli go nie dotykać. Być może ich zdaniem jego dziwne zachowanie było zaraźliwe. Zauważył, że markiz i Peck opierają się o ścianę jak najdalej od trupów i żaden z nich nie jest skłonny się przesunąć. Mory przysiadł na podłodze przy Pecku, otaczając rękoma kolana. Zamrugał, jakby widział ducha.
- Ja nie... nie wiem, gdzie byłem, ale myślę... że chyba byłem z bogami.
- Z bogami? - powtórzyła Teza, gdy Ijen zaczął zapisywać.
- Ty! Zostałeś pobłogosławiony możliwością znalezienia się w obecności bogów!
- Nie pobłogosławiony, tyko przeklęty - sprostował Aaslo. - Tamten obcy mag, Verus, mówił prawdę. Bogowie chcą zniszczyć Aldreę. Axus, bóg śmierci, zabrał mnie do ich świata wbrew woli pozostałych.
- Poznałeś Axusa? - odezwała się Myra z niepokojem. - Widziałeś bogów?
Aaslo podrapał się po brodzie.
- W sumie to nie do końca ich widziałem. Słyszałem ich rozmowę.
- Ilu ich było? - zapytał Ijen.
- Nie jestem pewien. Chyba przynajmniej czworo. Kłócili się. Jeden mówił, żebym nie lekceważył Pithora.
Markiz odsunął się od ściany i stanął przed Aaslo.
- Kim jest Pithor? Kolejnym bogiem?
- Nie - odparła Myra. - Jest nazywany Szafarzem Łaski, Jego Świetlistością. To człowiek, ale pobłogosławiony przez bogów, by mógł przewodzić armii śmierci.
Gdy Aaslo przekazał informacje od Żniwiarki, markiz odetchnął ciężko.
- Dobrze.
- Dobrze? - powtórzył Aaslo.
- Jest człowiekiem. To znaczy, że mamy szansę. Pokonamy tego Pithora i uratujemy Aldreę.
- Z jaką armią? - spytała Teza. - Tylko my? Adeptka uzdrawiania, profeta, dwóch złodziei, szlachcic i... czymkolwiek on jest? - Przy ostatnich słowach machnęła w stronę Aaslo. Skrzywił się w duchu i zastanowił, czy chodziło o jego zniekształconą powierzchowność, czy nowe odrażające moce.
Markiz znowu spojrzał na Aaslo.
- Czy żaden z tych bogów nie sympatyzował z naszą sprawą?
Aaslo podrapał się po łuskach na szyi.
- Nie wiem. To wszystko wciąż wydaje się nieco zamazane. Wydawali się całkiem przekonani, że czeka nas upadek. - Popatrzył na Myrę, która jedynie wpatrywała się w niego w zadumie.
- To raczej zniechęcające - uznał markiz.
- Nieźle ich zmotywowałeś, Aaslo.
- Wszyscy pozostali, cała armia zmarłych, zapadli się z powrotem w bagno - powiedział leśnik. Wskazał Greylana i Rostusa. - Z wyjątkiem tych dwóch. Co ich odróżnia?
- Znają cię!
- Dlaczego to miałoby być istotne?
- Co miałoby być istotne? - dopytywał markiz.
- Nieważne - mruknął Aaslo, przesuwając wzrokiem po listwach podsufitowych i gobelinach zdobiących dwie ściany pokoju. Do tej pory nie miał czasu rozejrzeć się po otoczeniu. Gdy tylko wchodził tu wcześniej, istotniejsze kwestie domagały się jego uwagi. Podobnie zresztą jak teraz, ale nie miał ochoty rozmyślać o bieżącym problemie.
- A zatem jesteś nekromantą - rzekł markiz.
Stało się. Ktoś to wreszcie powiedział na głos. Był nekromantą.
- Nie ma czegoś takiego jak nekromancja - warknął Aaslo.
Markiz i wszyscy pozostali spoglądali na niego wymownie. Aaslo słyszał, jak Mathias nuci coś w tle pod nosem. Zasłonił twarz dłońmi, z których jedna była pokryta łuskami i wyrastały z niej szpony, co stanowiło kolejne przypomnienie, w jakim stopniu jego życie uległo zmianie, odkąd opuścił las. Osunął się na sofę i podniósł wzrok na markiza.
- Musimy tak to nazywać?
Ijen mamrotał w roztargnieniu, przerzucając strony swojej książki.
- Nazywanie tego inaczej nie zmieni prawdy.
- Brzmi jak twój ojciec.
Aaslo warknął.
- Śmierć, mówiła. Magdelay powiedziała mi, że na mojej ścieżce profeci widzą jedynie śmierć.
Ijen kiwnął głową potwierdzająco.
Peck zerknął w kierunku trupów. A potem nachylił się do przodu i wyszeptał głośno:
- Nie mógłbyś sprawić, żeby, no wiesz, znowu umarli?
- Nie sądzisz, że zrobiłbym to, gdybym wiedział jak?
- Po prostu zrób to, co wcześniej, tylko na odwrót - poradził Peck.
- Nie wiem, co zrobiłem wcześniej. Nie zastanawiałem się wtedy. To się po prostu stało, zupełnie jakbym działał instynktownie. Reszta wróciła do stanu martwoty, oprócz tych dwóch. Dlaczego? - Aaslo rozejrzał się po pokoju, ale ujrzał jedynie twarze bez wyrazu. Zatrzymał wzrok na Ijenie, który patrzył na niego beznamiętnie. Profeta również nie wiedział albo nie chciał zdradzić, co wie.
- Ja nie zabrałam ich dusz - poinformowała Myra.
Aaslo obrócił się ku niej.
- Co?
- Ty to zrobiłeś - wyjaśniła. - Gdy umarli, chciałam je wziąć, ale ty je wziąłeś zamiast mnie.
- Ja wziąłem ich dusze?
- Zabiłeś ich? - spytał markiz głosem, w którym wyraźnie rozbrzmiewało oskarżenie.
Aaslo popatrzył na niego gniewnie.
- Nie. Już ci mówiłem, że to zaraza ich zabiła.
- Zatem co to za mówienie o zabieraniu dusz? - dopytywał markiz.
- Żniwiarka mówi, że gdy umarli, zabrałem ich dusze, zanim ona do nich dotarła.
- Słyszałeś to, Peck? - wypalił Mory. - On jest złodziejem, jak my, tyle że kradnie dusze.
- Nie jestem żadnym złodziejem - odparł Aaslo.
- A jednak jesteś. Złodziej dusz.
- To ma sens - powiedziała Teza, zerkając w zadumie na trupy. Spośród wszystkich obecnych wydawała się najmniej przejmować ich obecnością. - Istnieje forma magii wykorzystująca krew do stwarzania mocy i zyskiwania kontroli nad innymi stworzeniami, nawet nad ludźmi. Oczywiście w Uianie jest zakazana. Mogę sobie wyobrazić, że przejęcie czyjejś duszy dawałoby jeszcze większy potencjał.
- Nigdy nie słyszałem, by jakaś istota z tego świata dysponowała zdolnością kradzieży dusz, nawet pośród magicznego ludu - rzekł Ijen. - Taka potęga nie mogłaby pochodzić od napotkanego przez ciebie stworzenia.
- No to skąd pochodzi? - spytał Aaslo.
Profeta zamrugał w jego stronę.
- Skąd mam to wiedzieć?
- Jesteś profetą - prychnął leśnik. - Masz tę książkę!
Ijen stuknął palcami w rzeczony tom.
- Zapewniam cię, że nie ma tu niczego, co mogłoby pomóc. Znam tylko rezultat, a nie drogę dojścia do niego. Ale - postukał się piórem w wargi - sam mówiłeś, że Żniwiarka wpadła w strumień mocy podczas jej przekazywania. Może zdobyłeś część jej umiejętności.
Teza zaczęła coś mówić, a może był to markiz, ale Aaslo nie słuchał. Wzrokiem odnalazł mrok nocnego nieba widocznego za otwartą ścianą. Ziewnął głęboko i powieki zaczęły mu same opadać.
- Idź do łóżka, Aaslo. Będziesz spał jak zabity.
Otworzył oczy i zerknął na nieruchome trupy. Zaraz potem zorientował się, że znowu wszyscy na niego patrzą.
- Co? - rzucił.
- Źle się czujesz? - zapytał markiz.
- Po prostu jestem zmęczony - odparł leśnik. - Możemy wrócić do tej rozmowy rano?
Markiz poprawił sobie kołnierz.
- Tak, na pewno wszyscy jesteśmy wyczerpani. - Skinął w stronę Greylana i Rostusa. - Ale co z nimi?
- Powinieneś zamknąć ich w celi - rzekł Peck. - Wiem, że ją masz.
- I dowiedziałeś się o niej, gdy zakradałeś się do posiadłości?
Peck wyprostował się i przeciągnął dłonią po aksamitnej kurtce.
- Jesteśmy szanującymi się ludźmi - oznajmił tonem, który Aaslo uznał za jak najlepszą próbę naśladowania szlachcica. - Nie zakradamy się. My, hmm, sprawdzaliśmy zabezpieczenia w imieniu naszego pana.
Markiz pokręcił głową, popatrzył na Greylana i westchnął ciężko. Przeszedł przez pomieszczenie i stanął kilka kroków od trupa.
- Słyszysz mnie? Jesteś tam wciąż?
Greylan nie odzywał się, kierując mleczny wzrok na markiza.
- Jeśli naprawdę nie żyjesz, to będę opłakiwał twoją stratę. Może nie zawsze pozostawaliśmy zgodni, ale byłeś dobrym i lojalnym żołnierzem dla mnie, a wcześniej dla mojego ojca.