Część pierwsza
1.
Gdy Zaratustra miał trzydzieści lat, opuścił ojczyznę i jezioro swojej
ojczyzny i poszedł w góry. Tu napawał się duchem swym i samotnością i nie znużyło go to przez lat dziesięć. Lecz w końcu odmieniło się jego
serce i oto pewnego poranka wstał o zorzy porannej, zwrócił się do
słońca i tak doń rzekł: - Ty wielka gwiazdo! W cóż obróciłoby się twoje
szczęście, gdybyś nie miała tych, dla których świecisz!
Dziesięć lat wschodziłaś tu do mej jaskini: przesyciłabyś się i światłem
swym i tą drogą, gdyby nie było mnie, mego orła i węża.
Ale myśmy czekali cię co rano i czerpaliśmy z twego nadmiaru i błogosławiliśmy cię za to.
Patrz! Zbyt wiele mam już mądrości swej, tak jak pszczoła, która za dużo
zebrała miodu; trzeba mi rąk do mnie wyciągniętych.
Chciałbym rozdawać i rozdzielać, aż znów nareszcie mądrzy wśród ludzi
ucieszą się swoją głupotą, a biedni swoim bogactwem.
Dlatego zejść muszę w otchłań, jak to ty czynisz wieczorem, gdy
zachodzisz za morze, by światło zanieść jeszcze i podziemiom, o przebogata gwiazdo!
Ja również muszę zajść, jak to mówią ludzie, do których zejść pragnę.
Więc pobłogosław mnie, ty, spokojne oko, które i na zbyt wielkie
szczęście spoglądać możesz bez zawiści.
Pobłogosław puchar, który chce się przechylić, aby zeń woda wypływała
złociście i zanosiła wszędy odblask twojej słodyczy!
Spójrz! Oto puchar ten znowu pragnie się opróżnić, znów Zaratustra chce
stać się człowiekiem.
Tak się rozpoczął zachód Zaratustry.
2.
Z gór Zaratustra zeszedł sam i nie spotkał nikogo. Lecz gdy wszedł w lasy, stanął nagle przed nim starzec, który opuścił swoją świętą chatę,
by w lesie szukać korzonków. I starzec ów tak przemówił do Zaratustry: -
Nie jest mi obcym ten podróżny: przechodził on tędy przed wielu laty.
Nazywał się Zaratustra; lecz jakże się odmienił.
Niosłeś wtedy swój popiół w góry: chcesz dziś ogień swój zanieść w doliny? Czy nie boisz się kar, jakie grożą podpalaczom?
Tak jest, poznaję Zaratustrę. Oko jego czyste, a wkoło jego ust nie ma
ohydy. Czy nie dlatego idzie on krokiem tancerza?
Odmienił się Zaratustra, Zaratustra stał się dzieckiem, przebudził się
Zaratustra: czego więc chcesz od śpiących?
Żyłeś w samotności, jak w morzu i morze cię nosiło. Biada, a teraz
chcesz wejść na ląd? Biada, chcesz znowu dźwigać swoje ciało?
Zaratustra odpowiedział: - Ja kocham ludzi.
- Dlaczego - rzekł święty - uciekłem w lasy i pustkowia? Czy nie
dlatego, że zanadto kochałem ludzi?
Teraz kocham Boga: ludzi nie kocham. Człowiek jest dla mnie rzeczą zbyt
niedoskonałą. Zabiłaby mnie miłość do człowieka.
Zaratustra odpowiedział: - Mniejsza, co mówiłem o miłości! Przynoszę
ludziom dar. - Nie dawaj im nic - odrzekł święty. - Odbierz im raczej
coś i noś to wraz z nimi - będzie to dla nich największym
dobrodziejstwem: oby tylko było nim i dla ciebie!
A jeśli chcesz im dawać, nie dawaj więcej niż jałmużnę, a i oto każ im
żebrać!
- Nie, odpowiedział Zaratustra - jałmużny nie daję. Na to nie jestem
dość ubogi.
Święty zaśmiał się i rzekł: - Zważ, żeby skarby twoje przyjęto! Ludzie
nie ufają pustelnikom i nie wierzą, że przychodzimy, aby rozdawać.
Kroki nasze zbyt samotnie dźwięczą im pośród ulic. A jeśli nocą z łóżek
swych słyszą kogoś idącego wcześnie przed wschodem słońca, pytają: dokąd
podąża złodziej?
Nie idź do ludzi i zostań w lesie! Idź lepiej do zwierząt! Dlaczego nie
chcesz być jak niedźwiedziem wśród niedźwiedzi, ptakiem pośród ptaków?
- A co robi święty w lesie? - zapytał Zaratustra.
Starzec odpowiedział: - Tworzę pieśni i śpiewam je, a kiedy tworzę
pieśni, śmieję się, płaczę i mruczę: tak chwalę Boga.
Śpiewem, płaczem, śmiechem i mruczeniem chwalę tego, który jest moim
Bogiem. Jednak jakiż to dar nam przynosisz?
Gdy Zaratustra usłyszał te słowa, pokłonił się świętemu i rzekł:
- Cóż bym wam miał dać! Ale puśćcie mnie prędko, żebym wam czego nie
zabrał!
I tak rozstali się, starzec i mąż, śmiejąc się, jak się śmieją dwaj
chłopcy.
A gdy Zaratustra został sam, rzekł w sobie:
- Czy to być może! Ten stary święty w lesie swym nie słyszał nic jeszcze
o tym, że Bóg umarł?
3.
Gdy Zaratustra wszedł do najbliższego miasta, które leżało na skraju
lasów, zastał tam mnóstwo ludzi zgromadzonych na rynku: zapowiedziano
bowiem, że linoskoczek da widowisko.
I tak rzekł Zaratustra do ludu:
- Nauczę was nadczłowieka. Człowiek jest czymś, co należy przezwyciężyć.
Cóż uczyniliście, aby go przezwyciężyć?
Wszystkie dotychczasowe stworzenia wydały coś wyższego ponad siebie:
czyż chcecie być odpływem tego wielkiego przypływu, czy chcecie wrócić
raczej do zwierzęcia, niż przezwyciężyć człowieka?
Czym jest małpa dla człowieka? Pośmiewiskiem, lub wstydem bolesnym. Tym
samym powinien być i człowiek dla nadczłowieka: pośmiewiskiem lub
wstydem bolesnym.
Macie za sobą drogę od robaka aż do człowieka, i wiele jeszcze jest w was z robaka. Byliście kiedyś małpami, ale człowiek i teraz jeszcze jest
bardziej małpą, niż jakakolwiek małpa.
A i najmędrszy spośród was jest tylko rozterką i mieszańcem rośliny i widma. Ale czy każę wam stać się widmami lub roślinami?
Patrzcie, ja uczę was nadczłowieka!
Nadczłowiek jest treścią ziemi. Niech wola wasza mówi: nadczłowiek
niechaj będzie treścią ziemi.
Zaklinam was, bracia moi, zostańcie wierni ziemi i nie wierzcie tym,
którzy mówią wam o nadziemskich nadziejach! To są truciciele - świadomie
lub nie.
Są to wzgardziciele życia, obumierający i sami zatruci, którym ziemia
się znużyła: niech więc giną!
Niegdyś zbrodnia przeciwko Bogu była największą zbrodnią; ale Bóg umarł,
a razem z nim umarli i ci zbrodniarze. Najstraszniejszą rzeczą jest
teraz dopuszczać się zbrodni przeciwko ziemi i nad treść ziemi cenić
trzewia Niezbadanego!
Niegdyś dusza patrzyła na ciało z pogardą: i wówczas pogarda ta była
rzeczą najwyższą: dusza chciała mieć ciało chude, brzydkie i zgłodniałe.
Sądziła, że w ten sposób wymknie się jemu i ziemi.
Ta dusza sama była jeszcze chuda, brzydka i zgłodniała: i okrucieństwo
było rozkoszą tej duszy.
Ale i wy nawet, bracia moi; powiedzcie mi: co ciało wasze mówi o waszej
duszy? Nie jest wasza dusza ubóstwem i brudem i zadowoleniem godnym
litości?
Zaprawdę, człowiek jest potokiem nieczystości.
Trzeba być morzem, żeby móc wchłonąć brudny potok i zostać mimo to
czystym.
Patrzcie, oto uczę was nadczłowieka: on jest tym morzem, w nim zatonąć
może wasza wielka pogarda.
Cóż największego jest, czego doznać możecie? Jest to godzina wielkiej
pogardy. Godzina, w której i szczęście wasze staje się wam ohydą, i rozum wasz i wasza cnota.
Godzina, w której powiecie:
- Mniejsza o moje szczęście! Jest ono ubóstwem i brudem i zadowoleniem
godnym litości. A szczęście moje powinno było usprawiedliwić nawet byt!
Godzina, w której powiecie:
- Mniejsza o mój rozum! Czy łaknie on wiedzy, jak lew pożywienia?
Jest on ubóstwem i brudem godnym litości!
Godzina, w której powiecie:
- Mniejsza o moją cnotę! Nie doprowadziła mnie ona jeszcze do
szaleństwa. Jakże znużony jestem moim dobrem i moim złem! Wszystko to
jest ubóstwem i brudem i zadowoleniem godnym litości!
Godzina, w której powiecie:
- Mniejsza o moją sprawiedliwość! Nie widzę, żebym był żarem i węglem. A sprawiedliwy jest wszak żarem i węglem!
Godzina, w której powiecie: ,,Mniejsza o moją litość! Czy to nie litość
jest krzyżem, na którym przybija się Tego, co ukochał ludzi? A litość
moja nie jest ukrzyżowaniem".
Czyście już tak mówili? Czyście już tak krzyczeli? O, gdybym już
usłyszał to z waszych ust wołanie!
Nie wasz grzech - ale umiarkowanie wasze - woła do nieba, samo skąpstwo
waszego grzechu woła do nieba!
Gdzież jednak jest piorun, który by liznął nas swym językiem? Gdzie
obłęd, który należałoby wam zaszczepić?
Patrzcie, oto uczę was nadczłowieka: on jest tym piorunem, on jest tym
obłędem!
Gdy Zaratustra powiedział to, ktoś z tłumu zawołał:
- Słyszeliśmy już dosyć o linoskoczku; teraz pozwólcie nam go zobaczyć!
I cały lud śmiał się z Zaratustry. A linoskoczek, sądząc, że to o nim
była mowa, zabrał się do swego dzieła.
4.
Zaratustra patrzył na tłum i dziwił się. A potem rzekł:
- Człowiek jest liną wyciągniętą między zwierzęciem a nadczłowiekiem -
liną nad przepaścią.
Niebezpiecznym skokiem, niebezpiecznym przejściem, niebezpiecznym
spojrzeniem wstecz, niebezpiecznym dreszczem i postojem.
To jest wielkie w człowieku, że jest on mostem, a nie celem; to jedynie
można kochać w człowieku, że jest on przejściem i upadkiem.
Kocham tych, którzy nie umieją żyć inaczej, jak tylko ginąc, albowiem ci
przechodzą.
Kocham tych wielkich wzgardzicieli, albowiem oni są wielkimi czcicielami
i strzałami tęsknoty do tamtego brzegu.
Kocham nie tych, którzy dopiero za gwiazdami szukają przyczyny, by
zginąć i stać się ofiarą, ale tych, którzy się poświęcają ziemi, by
ziemia należała kiedyś do nadczłowieka.
Kocham tego, kto żyje, aby poznawać i kto chce poznawać, ażeby kiedyś
żył nadczłowiek.
Albowiem pragnie on swego upadku.
Kocham tego, kto pracuje i robi wynalazki, aby zbudować dom dla
nadczłowieka i przygotować dla niego ziemię, zwierzęta i rośliny:
albowiem pragnie on swego upadku.
Kocham tego, kto cnotę swoją ukochał: albowiem cnota jest chęcią upadku
i strzałą tęsknoty.
Kocham tego, kto nie zatrzymuje dla siebie ani jednej kropli ducha, lecz
chce być cały duchem swojej cnoty, a dlatego kroczy on jako duch przez
most. Kocham tego, kto z cnoty czyni sobie namiętność i los złowrogi:
pragnie on dlatego żyć jeszcze gwoli swej cnoty i więcej żyć nie chce.
Kocham tego, kto nie pragnie zbyt wielu cnót. Jedna cnota jest więcej
cnotą, niż dwie, gdyż więcej jest węzłem, na którym złowrogi zawisa los.
Kocham tego, czyja dusza rozrzutna, kto nie żąda wdzięczności i nie
oddaje: albowiem rozdaje on zawsze i nie chce się oszczędzać.
Kocham tego, kto się wstydzi, gdy rzucone kostki szczęścia na jego
padają stronę i kto się wówczas pyta: czy jestem szulerem? - albowiem
pragnie zginąć. Kocham tego, kto złote słowa rozrzuca przed czynami i dotrzymuje zawsze więcej, niż obiecuje: albowiem ten pragnie swej zguby.
Kocham tego, kto usprawiedliwia ludzi przyszłości i zbawia ludzi
przeszłości: albowiem pragnie on zginąć przez teraźniejszych.
Kocham tego, kto chłoszcze swego boga, ponieważ kocha go: albowiem
zginąć musi z gniewu swego boga.
Kocham tego, czyja dusza głęboka nawet w zranieniu i kto z małego może
zginąć wypadku: tak więc przechodzi on chętnie przez most.
Kocham tego, czyja dusza jest przepełniona, że sam o sobie zapomina i wszystko skupia się w nim - dlatego wszystko staje się jego upadkiem.
Kocham tego, kto wolny duchem i sercem: naówczas głowa jest tylko
trzewiami jego serca, a serce pcha go do upadku.
Kocham tych wszystkich, co są jak ciężkie krople padające pojedynczo z ciemnej chmury, która zwisa nad człowiekiem: one zwiastują przyjście
piorunu i giną: jako zwiastuny.
Patrzcie; ja jestem zwiastunem piorunu i ciężką kroplą z chmury. A piorun ten nazywa się nadczłowiek.
Gdy Zaratustra wyrzekł te słowa, patrzył znowu na lud i milczał.
- Oto stoją tu - mówił sam do siebie - i śmieją się: oni nie rozumieją
mnie; nie jestem ustami dla tych uszu.
Czy trzeba im uszy rozdzierać, żeby się nauczyli słuchać oczami? Trzeba
brzęczeć na podobieństwo cymbałów i kaznodziejów pokuty? Albo czy wierzą
oni tylko bełkotaniu?
Mają oni coś, z czego są dumni. Jakże nazywają to, co ich tak w dumę
wbija? Nazywają to wykształceniem; to ich odróżnia od pastuchów kóz.
Dlatego też niechętnie słyszą o sobie wyraz "pogarda". Więc do ich dumy
przemówię.
Więc będę mówił o tym, co zasługuje na najwyższą, pogardę, a tym jest
człowiek ostatni.
I tak rzekł Zaratustra do ludu:
- Czas już, by człowiek wytknął sobie cel. Czas już, by człowiek posiał
ziarna najwyższej swej nadziei.
Gleba jego jest jeszcze do tego wystarczająco bogata.
Lecz gleba ta stanie się kiedyś biedna i ujarzmiona, i żadne wysokie
drzewo nie będzie mogło z niej wyrosnąć.
Biada! Nadchodzi czas, gdy człowiek nie będzie już ciskał strzały
tęsknoty swej ponad człowieka i gdy cięciwa jego łuku przestanie
świszczeć.
Powiadam wam: trzeba mieć w sobie chaos, by móc urodzić wirującą
gwiazdę. Powiadam wam: wy macie jeszcze w sobie chaos. Biada! Nadchodzi
czas, gdy człowiek żadnej nie zrodzi już gwiazdy. Biada! Nadchodzi czas
człowieka najbardziej godnego pogardy, który sam sobą już nie będzie
mógł pogardzać.
Patrzcie!
Ukażę wam człowieka ostatniego!
- Cóż to jest miłość? Stworzenie? Tęsknota? Gwiazda? - tak pyta człowiek
ostatni i mruży oczy.
I ziemia staje się mała, a po niej skacze człowiek ostatni, który
wszystko czyni małym. Jego ród niezniszczalny, niczym pchła ziemna;
ostatni człowiek żyje najdłużej.
- Wynaleźliśmy szczęście - mówią ostatni ludzie i mrużą oczy.
Opuścili strony, gdzie życie było twarde: albowiem trzeba ciepła. Kocha
się jeszcze sąsiada, ociera się o niego: albowiem trzeba ciepła.
Zachorować i nie mieć zaufania uważa się za grzech: chodzi się
ostrożnie. Głupiec tylko potyka się o kamienie i ludzi!
Nieco trucizny tu i tam: to daje miłe sny.
A na koniec dużo trucizny dla przyjemnej śmierci.
Pracuje się jeszcze, bo praca jest rozrywką.
Lecz dba się o to, żeby rozrywka nie nużyła.
Nie jest się ani bogatym, ani biednym: jedno i drugie jest zbyt
uciążliwe.
Któż jeszcze zechce panować? Kto słuchać?
Jedno i drugie jest zbyt uciążliwe.
Żadnego pasterza i jedno stado! Każdy chce równości, wszyscy są równi:
kto czuje inaczej, idzie dobrowolnie do domu obłąkanych.
- Niegdyś cały świat był obłąkany - powiadają najwytworniejsi i mrużą
oczy.
Jest się rozumnym i wie się wszystko, co było: nie zna się granic w szyderstwie. Prowadzi się jeszcze spory, ale szybko dąży się do zgody,
inaczej psuje to żołądek.
Ma się przyjemnostki dnia i przyjemnostki nocy, ale poważa się zdrowie.
- Wynaleźliśmy szczęście - powiadają ostatni ludzie i mrużą oczy.
Na tym skończyła się pierwsza mowa Zaratustry, którą nazywają także
"przedmową", gdyż w tym miejscu przerwał mu krzyk rozradowanego tłumu:
- Daj nam tego człowieka ostatniego, o Zaratustro - wołał tłum. - Zrób
nas tym ostatnim człowiekiem! A tobie darujemy nadczłowieka! - I wszyscy
cieszyli się i mlaskali językami. A Zaratustra posmutniał i rzekł sam w sobie:
- Nie rozumieją mnie - nie jestem ustami dla tych uszu.
Za długo żyłem w górach, za długo się wsłuchiwałem w szmery potoków i drzew. Teraz mówię do nich jak do pastuchów kóz.
Dusza moja spokojna jest i jasna, jak góry przed południem. A oni sądzą,
że jestem zimnym szydercą, który okrutnie z nich żartuje.
I oto patrzą na mnie i śmieją się; i w śmiechu nienawidzą mnie jeszcze
bardziej. Ich śmiech jest z lodu".
5.
Wtedy zdarzyło się coś, na co oniemiały wszystkie usta i wszystkie oczy
zbielały. Linoskoczek właśnie rozpoczął już swoje sztuki: wszedł przez
małe drzwi i stąpał po linie, rozciągniętej między dwiema wieżami nad
rynkiem i tłumem. Gdy był pośrodku drogi, otworzyły się małe drzwi po
raz drugi i błazen w pstrym ubraniu wyskoczył z nich i podążył szybko za
linoskoczkiem.
- Dalejże, łamago - wołał wielkim głosem. - Dalejże leniwcze, kuglarzu o bladej twarzy! Obym cię nie połechtał piętą! Co tu robisz pomiędzy
wieżami? Twoje miejsce w tej wieży, zamknąć cię trzeba, lepszemu od
siebie zagradzasz drogę!
I za każdym słowem podchodził bliżej i bliżej, a gdy go już tylko jeden
krok dzielił, stało się coś okropnego: błazen krzyknął jak czart i skoczył przez linoskoczka, który mu zawadzał. A ten, widząc zwycięstwo
rywala, stracił głowę i ześlizgnął się z liny, rzucił żerdź i spadł w przepaść. Rynek i ludzie podobni byli do morza podczas burzy: wszyscy
rozpychali się i tłoczyli, tam zwłaszcza, gdzie ciało musiało upaść.
Zaratustra stał w miejscu, a właśnie koło niego upadło ciało, zmiażdżone
i połamane, ale jeszcze nie martwe. Po chwili wróciła linoskoczkowi
przytomność i zobaczył Zaratustrę klęczącego obok siebie.
- Co tu robisz? - rzekł wreszcie. - Wiedziałem dawno, że mi diabeł
podstawi nogę. Teraz zawlecze mnie do piekła - czy chcesz mu zabronić?
- Na honor, przyjacielu - odpowiedział Zaratustra - nie ma tego
wszystkiego, o czym mówisz: nie ma diabła ani piekła. Dusza twoja
prędzej jeszcze umrze niż ciało. Nie bój się więc niczego!
Człowiek spojrzał z niedowierzaniem.
- Jeżeli mówisz prawdę - rzekł w końcu - nie stracę nic wraz z utratą
życia. Niewiele więcej jestem niż zwierzę, które nauczono tańczyć z pomocą uderzeń i skąpej strawy.
- Nie - odpowiedział Zaratustra. - Uczyniłeś sobie zawód z niebezpieczeństwa, tym nie można pogardzać. Teraz giniesz z powodu swej
profesji - za to pogrzebię cię własnymi rękami.
Umierający nie odrzekł mu już nic, ale poruszył ręką, jakby dziękując,
szukał ręki Zaratustry.
6.
Tymczasem nadszedł wieczór i rynek pokrył się ciemnością: tłum rozszedł
się, gdyż nawet ciekawość i strach mogą się znudzić. Zaratustra siedział
na ziemi przy umarłym i pogłębiony był w myślach: i tak zapomniał o czasie. Wreszcie zapadła noc i zimny wiatr powiał nad samotnym. Więc
Zaratustra wstał i rzekł sam w sobie:
- Zaprawdę, Zaratustra miał dziś piękny połów! Nie złowił żadnego
człowieka, ale za to ma trupa.
Pełne zgrozy jest istnienie ludzkie i zawsze jeszcze bez treści: błazen
może się stać dlań losem złowrogim.
Chcę uczyć ludzi treści ich istnienia, a treścią tą jest nadczłowiek,
piorun z ciemnej chmury - człowieka.
Lecz jestem jeszcze od nich daleki i treść moja nie przemawia do ich
zmysłów. Jestem dla ludzi pośrodku między błaznem a trupem.
Noc jest ciemna, ciemne są drogi Zaratustry.
Chodź, zimny i zdrętwiały towarzyszu! Zaniosę cię tam, gdzie cię
własnymi pogrzebię rękami.
7.
Rzekłszy to, Zaratustra włożył trupa na plecy i ruszył w drogę.
Nie uszedł jeszcze stu kroków, gdy zbliżył się doń ukradkiem jakiś
człowiek i szepnął mu do ucha (był to ów błazen z wieży).
- Opuść to miasto, o Zaratustro - powiedział - zbyt wielu cię tu
nienawidzi. Nienawidzą cię dobrzy i sprawiedliwi i nazywają ciebie
wrogiem swym i wzgardzicielem; nienawidzą cię wyznawcy wiary prawdziwej
i nazywają ciebie niebezpieczeństwem tłumu. Twoje szczęście, że cię
wyśmiano, bo zaprawdę mówiłeś jak błazen. Twoje szczęście, żeś się
stowarzyszył z tym psem nieżywym; poniżając się tak, uratowałeś się
dziś. Ale idź z tego miasta albo jutro przeskoczę przez ciebie, żywy
przez umarłego.
I rzekłszy to, znikł; a Zaratustra poszedł dalej ciemnymi ulicami.
Przy bramie miasta spotkali go grabarze: oświecili mu twarz pochodnią,
poznali Zaratustrę i drwili z niego:
- Zaratustra wynosi psa nieżywego! Doskonale, a więc Zaratustra stał się
grabarzem! Nasze ręce zbyt czyste na tę pieczeń.
- Zaratustra diabłu chce ukraść kęs? Pięknie! Smacznego! Oby tylko
diabeł nie był lepszym od Zaratustry złodziejem!
- Ukradnie i zje ich obydwu!
I śmiali się i kiwali głowami.
Zaratustra nie odrzekł ani słowa i szedł swoją drogą. W ciągu dwóch
godzin idąc przez lasy i moczary, nasłuchał się zbyt wiele wycia
głodnych wilków i sam nareszcie poczuł głód.
Stanął więc przed samotnym domem, w którym paliło się światło.
- Głód mnie napada - rzekł Zaratustra - jak zbój. Wśród lasów i moczarów
napada na mnie głód, i wśród głębokiej nocy. Dziwnie zmienny jest mój
głód. Często nawiedza mnie dopiero po jedzeniu, a dziś nie czułem go
cały dzień: gdzież więc się podziewał?
I z tymi słowy zapukał Zaratustra do bramy domu. Wnet ukazał się
starzec, trzymając świecę w ręku i zapytał:
- Kto tu przychodzi do mnie i do mojego złego snu?
- Żywy i umarły - rzekł Zaratustra. - Daj mi jeść i pić, zapomniałem w dzień o tym. Kto karmi łaknącego, pokrzepia własną duszę: tak mówi
mądrość.
Starzec poszedł, wrócił natychmiast i ofiarował Zaratustrze chleba i wina.
- Zła tu okolica dla głodnych - powiedział - dlatego też tu mieszkam.
Zwierzę i człowiek przychodzą do mnie, do pustelnika. Ale każ i towarzyszowi swemu jeść i pić, on więcej niż ty zmęczony.
Zaratustra odpowiedział: - Nieżywy jest mój towarzysz, trudno go na to
namówić.
- Nic mi do tego - odrzekł starzec zgryźliwie - kto puka do mego domu,
musi przyjąć to, co mu ofiaruję. Jedzcie i bywajcie zdrowi!
Zaratustra szedł jeszcze przez dwie godziny, powierzywszy się drodze i światłu gwiazd: gdyż nie obce mu były nocne wędrówki i lubił spoglądać w twarz wszystkiemu, co śpi.
O świcie znalazł się Zaratustra w głębi lasu i nie widział już dalej
żadnej drogi. Tu włożył umarłego w drzewo spróchniałe ponad sobą - gdyż
chciał uchronić go przed wilkami - a sam położył się na ziemi, na mchu.
I wkrótce zasnął, ze zmęczonym ciałem, ale z niewzruszoną duszą.
8.
Długo spał Zaratustra i nie tylko zorza poranna, ale i przedpołudnie
przeszły nad jego obliczem.
W końcu otworzył oczy: zdziwiony patrzył Zaratustra w las i ciszę,
zdziwiony patrzył sam w siebie. Potem zerwał się szybko, jak żeglarz,
który nagle zobaczył ląd i uradował się: gdyż ujrzał nową prawdę. A potem tak rzekł w sobie:
- Weszło we mnie światło: potrzeba mi towarzyszy i to żywych, nie
martwych towarzyszy, ani trupów, które noszę ze sobą dokąd chcę.
Trzeba mi żywych towarzyszy, którzy pójdą za mną dlatego, że chcą iść za
sobą i tam, dokąd ja chcę.
Światło we mnie weszło: nie do tłumu będzie przemawiał Zaratustra, lecz
do towarzyszy! Zaratustra nie będzie pasterzem ani psem stada.
Wywabić wielu ze stada - oto po co przyszedłem. Będą mi urągały tłum i stado: zbójem chce się nazywać Zaratustra u pasterzy.
Mówię - pasterze, lecz oni nazywają, się dobrymi i sprawiedliwymi. Mówię
- pasterze: lecz oni nazywają się wyznawcami wiary prawdziwej.
Spójrz na tych dobrych i sprawiedliwych! Kogo nienawidzą oni najwięcej?
Tego, kto łamie ich tablice wartości, burzyciela, przestępcy - lecz ten
jest twórcą.
Spójrz na wyznawców wszystkich wiar! Kogo nienawidzą oni najwięcej?
Tego, kto łamie ich tablice wartości, burzyciela, przestępcy - lecz ten
jest twórcą.
Twórca szuka towarzyszy, a nie trupów, ani stad i wyznawców.
Współtwórców szuka twórca, tych, co nowe wartości na nowych piszą
tablicach.
Towarzyszy szuka twórca i współżniwiarzy: albowiem wszystko u niego
dojrzało do żniw. Lecz brak mu owych stu sierpów: więc wyrywa kłosy i gniewem się unosi.
Towarzyszy szuka twórca, którzy umieją ostrzyć swoje sierpy. Będą ich
nazywali burzycielami i wzgardzicielami dobra i zła. Lecz to są
żniwiarze i świętujący.
Współtwórców szuka Zaratustra; współżniwiarzy i współświętujących szuka
Zaratustra: cóż on ma wspólnego ze stadami i pasterzami i trupami!
I ty, pierwszy mój towarzyszu, żegnaj mi! Dobrze cię pogrzebałem w pustym twym drzewie, dobrze cię uchroniłem przed wilkami.
Odchodzę od ciebie, minął czas. Pomiędzy świtem a świtem przyszła do
mnie nowa prawda.
Nie będę pasterzem ani grabarzem. Nie będę z już nigdy przemawiał do
tłumu, po raz ostatni mówiłem do umarłego.
Stowarzyszę się z twórcami, żniwiarzami i świętującymi: ukażę im tęczę i wszystkie stopnie nadczłowieka.
Pustelnikom będę śpiewał moją pieśń i tym co w parach żyją; a szczęściem
swym zasmucę tego, kto jeszcze ma uszy dla rzeczy niesłychanych.
Dążę do swego celu, idę swoją drogą; przez wahających się i opieszałych
przeskoczę. Tak oto pochód mój niech będzie ich zachodem!
Gdy Zaratustra mówił to, słońce stało w zenicie, a wtem spojrzał w górę
pytająco, gdyż usłyszał nad sobą ostry krzyk ptaka. I oto w powietrzu
szerokimi kołami leciał orzeł, a na nim wisiał wąż, który zdawał się być
przyjacielem raczej, niż zdobyczą, gdyż był owinięty dokoła jego szyi.
- To moje zwierzęta! - rzekł Zaratustra i ucieszył się z całego serca.
Najdumniejsze zwierzę pod słońcem i najrozumniejsze zwierzę na ziemi
wyszły na zwiady.
Chcą się dowiedzieć, czy Zaratustra jeszcze żyje. Zaprawdę, czy ja żyję
jeszcze?
Przekonałem się, że mniej bezpiecznie jest między ludźmi, niż pośród
zwierząt; niebezpiecznymi drogami chodzi Zaratustra. Niechaj mnie moje
zwierzęta prowadzą!
Rzekłszy to, wspomniał Zaratustra słowa świętego starca w lesie,
westchnął i tak powiedział sam w sobie: Obym był rozumniejszy! Obym był
z gruntu rozumny tak, jak mój wąż!
Ale proszę o rzecz niemożliwą: proszę więc dumę swoją, żeby zawsze była
w zgodzie z moją mądrością.
A gdy mnie kiedy mądrość opuści - ach, ona tak lubi ulatywać - niech
duma leci wówczas z moją głupotą!
Tak zaczął zachodzić Zaratustra.
Mowy Zaratustry
O trzech przemianach
Wymieniam wam trzy przemiany ducha: jak duch staje się wielbłądem,
wielbłąd lwem, a w końcu lew dzieckiem.
Wiele rzeczy ciężkich istnieje dla ducha, dla silnego, wytrzymałego
ducha, w którym zamieszkuje cześć.
Ciężkich i najcięższych rzeczy pożąda jego niepowstrzymana siła.
- Co jest ciężkie? - pyta duch wytrzymały i klęka jak wielbłąd i chce
być solidnie objuczony.
- Co jest najcięższe, o bohaterzy? - pyta duch wytrzymały. - Wziąć to na
siebie i radować się ze swojej siły?
- Czy nie jest to: poniżyć się, by zranić swoją pychę? Pozwolić świecić
swej głupocie, ażeby szydzić ze swej mądrości?
- Czy jest to: opuścić sprawę swoją w chwili, gdy ona święci zwycięstwo?
Wznieść się na góry wysokie, ażeby kusić kusiciela?
- Czy jest to: żywić się żołędziami i trawą poznania i dla prawdy
cierpieć głód duszy?
- Czy jest to: w chorobie odprawiać pocieszycieli i zawierać przyjaźń z głuchymi, którzy nigdy nie słyszą czego się pragnie?
- Czy jest to: wejść do brudnej wody, jeżeli to jest woda prawdy i nie
odtrącać od siebie żab zimnych i gorących ropuch?
- Czy jest to: kochać tych, którzy gardzą nami i podawać rękę upiorowi,
gdy ten nas chce straszyć?
Wszystko to najcięższe bierze duch wytrzymały na siebie: i jak wielbłąd,
który objuczony spieszy do swojej pustyni.
A pośród najsamotniejszej pustyni dokonuje się druga przemiana: tu duch
staje się lwem, chce sobie zdobyć wolność i być jedynym panem na własnej
pustyni.
Tu szuka on sobie ostatniego pana: chce stać się wrogiem jego i ostatniego swego boga, chce o zwycięstwo walczyć z wielkim smokiem.
Cóż jest tym wielkim smokiem, którego duch nie chce już nazywać panem i bogiem?
"Powinieneś" nazywa się ten wielki smok.
Ale duch lwa powiada: "Ja chcę".
"Powinieneś" leży mu na drodze, lśniący złotem łuskowiec, a na każdej
łusce błyszczy słowo "Powinieneś".
Tysiącletnie wartości błyszczą na tych łuskach, i tak mówi
najpotężniejszy ze smoków: "Wszechwartość rzeczy błyszczy na mnie".
Wszystkie wartości zostały już stworzone, a wszystkie stworzone wartości
to ja. Zaprawdę, nie będzie już więcej żadnego
"Ja chcę!" - tak mówi smok.
Bracia moi, na co potrzeba lwa w duchu? Do czego nie wystarcza zwierzę
juczne, które sobie odmawia i jest pełne czci?
Stwarzać nowe wartości - tego jeszcze nie zdoła i lew, ale stworzyć
wolność do nowej twórczości - temu potęga lwa podoła.
Aby stworzyć sobie wolność i święte "Nie" wobec obowiązku - na to,
bracia moi, potrzeba lwa.
Zdobycie sobie prawa do nowych wartości to najstraszniejsza zdobycz dla
ducha wytrzymałego - i pełnego czci. Zaprawdę, wydaje mu się to grabieżą
i dziełem drapieżnego zwierzęcia.
Jako rzecz najświętszą kochał on niegdyś owo "Powinieneś": teraz musi
jeszcze i w najświętszym znaleźć szał i samowolę, aby wolność wydrzeć
swej miłości: potrzeba lwa do tej grabieży.
Powiedzcie, bracia moi, czemu podołać może dziecko, czego i lew nie
zdoła? Czemu drapieżny lew musi stać się dzieckiem?
Niewinnością jest dziecko i zapomnieniem, rozpoczęciem, grą, z siebie
toczącego się kołem, pierwszym ruchem, świętem.
Tak jest, do gry twórczości, bracia moi, potrzeba świętego.
"Tak" - swej własnej woli chce teraz duch, swój własny świat zdobywa
sobie ten, co świat utracił.
Wymieniłem wam trzy przemiany ducha: jak duch stał się wielbłądem,
wielbłąd lwem, a w końcu lew dzieckiem. Tak mówił Zaratustra. A przebywał on wówczas w mieście, które nazywają: Pstra Krowa.
O katedrach cnoty
Sławiono Zaratustrze mędrca, który umiał dobrze mówić o śnie i cnocie:
podobno bardzo go za to poważano i nagradzano, a cała młodzież siadywała
przed jego katedrą. Do niego poszedł Zaratustra i razem z młodzieńcami
siadł przed mównicą. A mędrzec rzekł tak:
- Cześć i wstyd wobec snu! To przede wszystkim! Schodzić z drogi tym,
którzy źle śpią i w nocy czuwają!
Pełen wstydu wobec snu jest jeszcze złodziej: skrada się on zawsze po
cichu poprzez noc.
Ale bezwstydny jest stróż nocny, bezwstydnie nosi on swój róg. Niemałą
sztuką jest spanie: na to trzeba już cały dzień czuwać.
Dziesięciokrotnie masz w ciągu dnia sam siebie przezwyciężyć: to
wywołuje dobre znużenie i jest makiem sennym dla duszy.
Dziesięciokrotnie masz pogodzić się ze sobą; gdyż przezwyciężenie jest
goryczą, a źle śpi niepogodzony.
Dziesięć prawd masz wynaleźć w ciągu dnia: inaczej szukać będziesz
prawdy jeszcze i w nocy, a dusza twoja będzie głodna.
Dziesięciokrotnie masz w ciągu dnia śmiać się i być wesołym: inaczej
przeszkadzać ci będzie w nocy żołądek, ów ojciec niedoli.
Niewielu wie o tym, że trzeba posiadać wszystkie cnoty, żeby spać
dobrze. Czy będę świadczył fałszywie? Czy będę cudzołożył?
Czy będę pożądał służebnicy bliźniego mego. Wszystko to źle by się
zgadzało z dobrym snem.
A nawet gdy się posiada wszystkie cnoty, trzeba się jeszcze znać na
jednym: na usypianiu samych cnót o właściwej porze.
Ażeby się nie pokłóciły, te grzeczne kobietki!
I to o ciebie, ty nieszczęśliwcze!
Pokój z bogiem i sąsiadem: tego chce dobry sen. A także pokój i z diabłem sąsiada! Inaczej nawiedzi cię nocą.
Zwierzchności cześć i posłuszeństwo, nawet krętej zwierzchności! Tego
chce dobry sen. I cóż ja na to poradzę, że władza chętnie kroczy na
krzywych nogach?
Ten będzie mi się zawsze nazywał najlepszym pasterzem, kto owce swe
prowadzi na najzieleńsze łąki - to zgadza się z dobrym snem.
Nie pragnę wielu zaszczytów ani wielkich skarbów: prowadzi to do
zapalenia śledziony. Ale źle się śpi bez dobrego imienia i małego
skarbu.
Małe towarzystwo jest mi bardziej pożądane niż złe: lecz ma ono w porę
rozchodzić się i przychodzić.
Tak to zgadza się z dobrym snem.
Bardzo też podobają mi się ubodzy w duchu: sprzyjają oni snowi.
Błogosławieni są oni, zwłaszcza, gdy im się stale słuszność przyznaje.
Tak schodzi dzień cnotliwemu. A po nadejściu nocy bacznie wystrzegam się
przywoływania snu! Sen, który jest panem cnót, nie chce, by go
przywoływano.
Ale rozmyślam, co w ciągu dnia zrobiłem i przemyślałem. Pytam się,
przeżuwając cierpliwie, jak krowa: gdzież były twoje dziesięcioro
przezwyciężeń?
I gdzież były owe dziesięcioro pogodzeń i dziesięcioro prawd i dziesięcioro śmiechów, którymi serce moje się cieszyło?
Tak kołysany czterdziestoma myślami, gdy je rozważam, napada na mnie od
razu sen, niewołany, pan cnót.
Sen puka mi do oka: i oko staje się ciężkie.
Sen dotyka mi ust: i usta zostają otwarte.
Zaprawdę, na miękkich podeszwach przychodzi najmilszy ze złodziei i kradnie mi moje myśli: i stoję oto głupi, jak ta katedra.
Ale niedługo już wtedy stoję: ja oto już leżę.
Gdy Zaratustra wysłuchał mędrca, uśmiechnął się do siebie: gdyż weszło
weń przy tym światło.
I tak rzekł sam w sobie:
- Głupcem jest dla mnie ten mędrzec ze swoimi czterdziestoma myślami:
lecz uważam, że dobrze zna się na spaniu.
Szczęśliwy już, kto mieszka w bliskości tego mędrca! Taki sen zaraża,
przebije się nawet przez grubą ścianę.
Czar zamieszkuje nawet w jego katedrze. Nie na próżno też siedzieli
młodzieńcy przed kaznodzieją cnoty.
Jego mądrość każe czuwać, ażeby dobrze spać.
I zaprawdę, gdyby życie nie miało sensu i gdybym musiał wybrać bezsens,
byłoby to bezsensem najbardziej godnym wyboru.
Teraz jasno rozumiem, czego przede wszystkim szukano, gdy szukano
nauczycieli cnoty. Szukano sobie dobrego snu wraz z makowymi cnotami!
Dla wszystkich owych chwalonych katedralnych mędrców mądrość była snem
bez marzeń: nie znali lepszej treści życia.
A i dziś jeszcze istnieją tacy, jak ten kaznodzieja cnoty, a nie zawsze
tak uczciwi, ale czas ich minął. I nie długo już będą stali: oto już
leżą.
Błogosławieni ci senni: albowiem wkrótce zasną.
Tak mówił Zaratustra.
O mieszkańcach zaświatów
Niegdyś i Zaratustra rzucał swój szał poza człowieka, podobnie do
wszystkich zaświatowych.
Dziełem cierpiącego, umęczonego boga wydawał mi się wtedy świat.
Snem wydawał mi się świat i poematem boga; barwnym dymem przed oczami
bosko niezadowolonego.
Dobro i zło i radość i cierpienie i Ja i Ty - wszystko to zdawało mi się
dymem barwnym - przed twórczymi oczami. Twórca chciał wyjrzeć z siebie -
i oto stworzył świat.
Upojeniem radości jest dla cierpiącego wyjrzeć poza swoje cierpienia i zatracić się. Upojeniem radości i zatraceniem siebie wydawał mi się z ongi świat.
Ten świat, wiecznie niedoskonały, odbicie wiecznej sprzeczności i niedoskonałe odbicie - upojeniem radości dla jego niedoskonałego twórcy
-takim wydawał mi się wtedy świat.
Więc i ja rzuciłem swój szał poza człowieka, podobnie jak zaświatowi.
Czy istotnie poza człowieka?
O, bracia moi, ten bóg, którego ja stworzyłem, był dziełem i obłędem
ludzkim, jak i wszyscy bogowie!
Był on człowiekiem i tylko biedną, cząstką - człowieka i mnie: widmo to
powstało mi z własnego mego popiołu i żaru, i zaprawdę - nie przyszło do
mnie z zaświata!
I cóż się stało, bracia moi? Przezwyciężyłem siebie cierpiącego,
zaniosłem własny popiół w góry, wynalazłem sobie jaśniejszy płomień. I oto widmo opuściło mnie!
Byłoby teraz cierpieniem i męką, dla mnie - uzdrowionego wierzyć w takie
widma - cierpieniem byłoby to dla mnie teraz i poniżeniem. Tak więc
mówię do mieszkańców zaświatów.
Cierpienie i niemoc stworzyły zaświaty; i ten krótki obłęd szczęścia,
którego doznaje tylko najbardziej cierpiący.
Znużenie, które chce jednym skokiem dosięgnąć ostateczności - jednym,
śmiertelnym skokiem, biedne, nieświadome znużenie, które nie chce nawet
już chcieć - ono to stworzyło bogów i zaświaty.
Wierzcie mi, bracia moi! To ciało rozpaczało nad ciałem - ono to na
ostatnich ścianach wyczuwało palcami oszołomionego ducha.
Wierzcie mi, bracia moi! To ciało rozpaczało nad ziemią - ono to
słuchało, jak przemawiał do siebie brzuch bytu.
I chciało głową - i nie tylko głową - przebić ostatnie ściany i dorwać
się "tamtego świata".
Lecz "tamten świat" dobrze jest ukryty przed człowiekiem, ten
odczłowieczony, nieludzki świat, który jest niebiańskim Nic; a brzuch
bytu nie przemawia wcale do człowieka, chyba jako człowiek.
Zaprawdę, trudno jest dowieść wszechbytu i trudno skłonić go do
mówienia. Powiedzcie mi, o bracia, czy najdziwniejsza z wszechrzeczy nie
jest jeszcze najlepiej dowiedziona?
Tak, to Ja i sprzeczność i nieład owego Ja przemawia jeszcze
najuczciwiej o swym istnieniu; to twórcze, chcące, nadające wartość Ja,
które zaiste jest miarą wszechrzeczy.
I ten byt najuczciwszy, to Ja mówi o ciele, chce jeszcze ciała, nawet
gdy poetyzuje i marzy i buja na skrzydłach połamanych.
Coraz uczciwiej uczy się mówić owo Ja, a im więcej się uczy, tym więcej
znajduje w sobie słów i czci dla ciała i ziemi.
Nowej dumy nauczyło mnie moje Ja, jej teraz uczę ludzi: nie kłaść więcej
głowy w piasek rzeczy niebieskich, ale nosić ją swobodnie, tę głowę
ziemską, która stwarza treść ziemi.
Nowej woli uczę ludzi: chcieć tej drogi, którą człowiek szedł na oślep,
nazywać ją dobrą i nie usuwać się na bok, jak chorzy i obumierający.
Chorzy to i obumierający wzgardzili ciałem i ziemią i wynaleźli niebo i zbawcze krople krwi, ale nawet owe słodkie i ponure jady wzięli z ciała
i ziemi!
Chcieli uciec od nędzy swej, a gwiazdy były dla nich za daleko.
Westchnęli więc:
- O gdyby istniały drogi niebieskie, żeby się zakraść w inny byt i szczęście! - i wynaleźli sobie swoje manowce i krwawe napoje!
Mieli się za usuniętych od ciała swego i tej ziemi, ci niewdzięczni.
Lecz komu zawdzięczali konwulsje i słodycz swego odsunięcia? - Swemu
ciału i tej ziemi!
Zaratustra łagodny jest dla chorych. Zaprawdę, nie gniewa się on za ich
sposoby pociechy i niewdzięczności. Oby wyzdrowieli i stali się
nadzwycięzcami i oby stworzyli sobie wyższe ciało.
Zaratustra nie gniewa się również na zdrowieńca, gdy ten spogląda czule
na swój szał i zakrada się o północy na grób swego boga, ale i łzy jego
są mi jeszcze chorobą i chorym ciałem.
Było zawsze dużo chorobliwego tłumu wśród tych, którzy poetyzują i pożądają boga: wściekle nienawidzą oni poznającego i najmłodszej z cnót,
która się zwie "uczciwość".
Za siebie spoglądają zawsze w ciemne czasy: wówczas istotnie szał i wiara były czym innym; szaleństwo rozumu było podobieństwem boga, a wątpienie grzechem.
Zbyt dobrze znam ja tych podobnych do boga: chcą, żeby w nich wierzono i żeby wątpienie było grzechem. Zbyt dobrze wiem też w co oni najbardziej
wierzą.
Zaprawdę, nie w zaświaty i zbawcze krople krwi: lecz i oni w ciało
wierzą najbardziej, a własne ich ciało jest dla nich rzeczą samą w sobie.
Lecz jest ono dla nich rzeczą chorobliwą i chętnie wyskoczyliby ze
skóry. Dlatego też nasłuchują kaznodziejów śmierci i sami głoszą
zaświaty.
Słuchajcie lepiej, bracia moi, głosu uzdrowionego ciała - to jest
uczciwszy i czystszy głos.
Uczciwiej i czyściej mówi zdrowe ciało, doskonałe i prostokątne, a mówi
ono o treści ziemi.
Tak mówił Zaratustra.
O wzgardzicielach ciała
Chcę słowo swe powiedzieć wzgardzicielom ciała. Niechaj mi ani sami się,
ani innych nie przeuczają, ale niech tylko pożegnają się z własnym
ciałem - i niech wtedy oniemieją.
- Jestem ciałem i duszą - tak mówi dziecko.
I dlaczego nie należałoby mówić jak dzieci?
Ale przebudzony, świadomy mówi: - Jestem ciałem całkowicie i niczym poza
tym; a dusza jest tylko wyrazem dla czegoś w ciele.
Ciało jest wielkim rozumem, mnogością o jednej treści, wojną i pokojem,
stadem i pasterzem.
Narzędziem twego ciała, bracie mój, jest też twój mały rozum, który
nazywasz "duchem" - małym narzędziem i zabawką twego wielkiego rozumu.
- Ja - powiadasz i jesteś dumny z tego słowa.
Ale większe jest - w co nie chcesz wierzyć - ciało twoje i jego wielki
rozum: on nie mówi Ja, ale Ja czyni.
Co zmysł odczuwa, co duch poznaje, to nie ma nigdy swego końca w sobie.
Lecz zmysł i duch chciałyby się przekonać, że są kresem wszechrzeczy:
tak dalece są próżne.
Narzędziem i zabawką są zmysł i duch: poza nimi leży jeszcze Samo. Samo
szuka także oczami zmysłów, nasłuchuje takie uszami ducha.
Zawsze nasłuchuje Samo i szuka: porównuje, poskramia, zdobywa, burzy.
Panuje i jest władcą naszego Ja.
Poza myślami twoimi i uczuciami, bracie mój - stoi mocarz potężny,
mędrzec nieznany, a nazywa się on: Samo. W twoim ciele mieszka on,
jest on Twoim ciałem.
Więcej jest rozumu w ciele twoim, aniżeli w najlepszej twej mądrości. I któż wie do czego mianowicie ciało twoje potrzebuje twej najlepszej
mądrości?
Twoje Samo śmieje się z twego Ja i jego dumnych skoków.
- Czym są dla mnie te skoki i wzloty myśli? - mówi do siebie. - Manowcem
do mego celu. Jestem smyczą owego Ja i natchnieniem jego pojęć.
Samo powiada do Ja:
- Tu czuj ból!
I ono cierpi i rozmyśla, jakby cierpienie usunąć - i w tym właśnie celu
powinno ono myśleć.
Samo powiada do Ja:
- Tu czuj rozkosz!
I ono raduje się i rozmyśla, jakby częściej radować się i w tym właśnie
celu powinno ono myśleć.
Chcę powiedzieć słowo wzgardzicielom ciała. Pogarda ich daje im
poważanie. Co stworzyło poważanie i pogardę i wartość i wolę?
Twórcze Samo stworzyło sobie poważanie i pogardę, stworzyło sobie
rozkosz i boleść. Twórcze ciało stworzyło sobie ducha, jako rękę swej
woli.
Nawet w głupocie waszej i pogardzie, o wzgardziciele ciała, służycie
waszemu Samo. Powiadam wam: wasze Samo chce umrzeć i odwraca się z od
życia.
Nie podoła już temu, czego najbardziej chce: tworzeniu ponad siebie.
Tego pożąda ono najbardziej, to jest całą jego żarliwością.
Lecz na to już teraz za późno: więc wasze Samo chce zginąć, o wzgardziciele ciała.
Zginąć chce wasze Samo, bo nie jesteście w stanie tworzyć ponad siebie.
I dlatego gniewacie się teraz na życie i na ziemię. Nieświadoma zawiść
tkwi we wzroku waszej pogardy.
Nie pójdę waszą drogą, o wzgardziciele ciała!
Nie jesteście dla mnie mostem do nadczłowieka!
Tak mówił Zaratustra.
O radościach i namiętnościach
Bracie mój, jeżeli posiadasz cnotę i jeżeli to jest twoja cnota, to
posiadania jej nie dzielisz z nikim.
Istotnie, chcesz ją nazwać po imieniu i popieścić; chcesz ją potargać za
ucho i zażartować z niej.
I spójrz! Oto już imię jej stało się własnością tłumu i stałeś się
tłumem z twoją cnotą!
Uczyniłbyś lepiej, mówiąc: "Niewymawialne jest to, co stanowi mękę i słodycz mojej duszy i głód moich trzewi".
Cnota twoja niech będzie zbyt wielka dla poufałości nazw, a jeżeli
musisz o niej mówić, to nie wstydź się o niej zabełkotać.
Mów więc i bełkocz: "To jest moje dobro, to kocham, tak mi się to
zupełnie podoba, tak jedynie chcę dobra.
Nie chcę tego jako przykazania boskiego, nie chcę tego jako ludzkiej
ustawy i konieczności. Niech mi to nie będzie drogowskazem do nadziemi
i rajów.
Ziemska jest cnota, którą kocham: mało jest w niej mądrości, a najmniej
rozumu wszystkich.
Ale ptak ten zbudował sobie u mnie gniazdo, dlatego kocham go i pieszczę, a teraz siedzi u mnie na złotych swych jajach".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki