Ubrana w puchatą granatową kurtkę Julia Milewska wymknęła się cicho ze swojego królestwa na poddaszu. Rufus, przygarnięty kundelek, przemknął między jej kolanami i zbiegł po stromych drewnianych schodach powitać nowy dzień, ujadając przy tym hałaśliwie. Zanim Julia zamknęła drzwi, zerknęła jeszcze raz, czy jej krzątanina i szczekanie Rufusa nie obudziły siostry, ale Karolina, oprócz lekkiego posapywania przez sen, nie dawała znaku życia. Niech śpi. Ma za sobą ciężką podróż - pomyślała zatroskana. Przez śnieżycę dojazd z Olsztyna trwał prawie dziesięć godzin. Julia syknęła, bo drzwi skrzypnęły przeciągle, zastygła w bezruchu, nasłuchując, ale po chwili odetchnęła z ulgą. Poprawiła czerwoną czapkę z wielkim pomponem, naciągnęła rękawice i zanim chwyciła miotłę do odśnieżania, zmrużyła oczy i spojrzała prosto w słońce. Wciągnęła rześkie powietrze i odetchnęła pełną piersią.
- Dzień dobry - przywitała budzący się dzień. - Jest cudnie.
Potoczyła wzrokiem po pokrytych białym puchem polach i omiotła wzrokiem ośnieżone drzewa w pobliskim sadzie. Na śniegu nietkniętym ludzką stopą skrzyły się diamenciki lodu. Lekki podmuch poruszył gałęziami wiśni i biała śnieżna posypka zatańczyła na wietrze. Dwa kruki siedzące na brązowym drewnianym płocie zakrakały głośno i zerwały się do lotu. Rufus rozszczekał się, goniąc za nimi. Julka zabrała się energicznie do odśnieżania drewnianych schodów, by jak najprędzej zejść i wpuścić psa do rodziców. Choć na górze dziewczęta miały pokój, łazienkę i aneks kuchenny, ten ostatni służył im raczej do robienia kawy i herbaty, względnie do sporadycznego pichcenia jakichś frykasów dla znajomych, bowiem pani Krystyna Milewska nie wyobrażała sobie, by córki stołowały się osobno. O, co to, to nie. Wielki dębowy stół wystrugany przez głowę rodziny Zbigniewa Milewskiego był centralnym punktem kuchni. Gdy dziewczęta poszły do szkoły średniej, ojciec wprawdzie pozwolił im przenieść się na górę, gdzie miały z zewnątrz osobne wejście po drewnianych, dość stromych schodach, ale mimo to bliźniaczki, rodzice i mieszkająca z nimi babcia Aniela, spożywali posiłki wspólnie w wielkiej kuchni. I to była u Milewskich rzecz święta.
- Karolka śpi jak kamień, co? - Matka, zerkając na córkę, głaskała Rufusa za uchem. - Pewnie i ty się nie wyspałaś. W końcu też jeździłaś z tatą po Karolkę do Suwałk. Całe szczęście, że bezpiecznie dotarliście. Dawno nie widziałam takiej zawiei.
- Zasypało świat, ale cieszę się, że przynajmniej w tym roku święta będą białe. - Julka rozłożyła na grzejniku mokre rękawice. - Karola śpi jak suseł, choć Rufus się obudził i poszczekiwał. Wiesz, jaki on jest, jak tylko usłyszy szmer na dole, natychmiast chce do was lecieć.
- Kochany Rufusek. - Krystyna Milewska nałożyła do psiej miski pokrojone udko z wczorajszego rosołu. Wypłukała dłonie, wytarła w kuchenną ściereczkę i dopiero wtedy sięgnęła po bochen chleba. Zapach świeżego pieczywa rozniósł się po kuchni. - Tata, zanim wyszedł rano po chleb do Dywańskiej, odśnieżył obejście, pewnie szuranie łopatą zbudziło psa. A co tam u Karolci? Opowiadała coś ciekawego?
- Nie, właściwie całą drogę z dworca spała. Sama ci pewnie opowie. - Julka rozcierała czerwone od mrozu dłonie. - Prawdziwy ziąb, a u mnie w bibliotece piec akurat nawalił. Dziś ma przyjechać jakiś spec, mówią, że złota rączka. Tylko pytanie, czy dojedzie. Główne drogi może i są odśnieżone, ale o naszej pies z kulawą nogą nie pamięta.
- Leśniczy ma traktorek z pługiem, to może i przejedzie przez wieś. Złoty człowiek z pana Stanisława. Komu by się chciało własną pracę i paliwo marnować, a na niego zawsze można liczyć. Nastaw, Julciu, wodę na herbatę. Babcia też już pewnie wstała, to zrób i dla niej.
- Dla taty też zrobić? - Julka postawiła czajnik na gazie i sięgnęła do szafki po kubki.
- Nie, tata pojechał z rana do wujka Mietka, wędzą szynki na święta. Do Wigilii zostały tylko cztery dni. Mało czasu. - Kobieta smarowała masłem kromki chleba. - Nie powinnaś siedzieć w zimnym pomieszczeniu. Weź urlop na te parę dni. Teraz i tak ludzie nie czytają, bo mają głowy zaprzątnięte przygotowaniami do świąt. Każdy zrozumie, że biblioteka zamknięta.
- No coś ty, mamo. Właśnie teraz jest najwięcej wypożyczeń. No i mamy próby do jasełek. Dzieci jeszcze muszą kilka razy przećwiczyć, żeby wstydu nie było. - Julka wyciągnęła deskę do krojenia, urwała trzy długie szczypiorki z doniczki i posiekała je drobniutko.
- Za dużo bierzesz na swoje barki. Jak świat światem, nigdy u nas jasełek nie było. Cieszę się, że się angażujesz w pracę, ale widzę, jak przeżywasz to przedstawienie. Mam nadzieję, córeczko, że wszystko ci się uda. - Rodzicielka objęła córkę czułym spojrzeniem. Długo z mężem nie mogli mieć dzieci. Dawali na mszę, upraszali Boga choćby o jedno dziecko, chodzili na pielgrzymki i w końcu Pan Bóg wysłuchał ich błagalnych próśb i to w dwójnasób. Gdy Karolina i Julia przyszły na świat, ich rodzice nie byli już pierwszej młodości. Krystyna liczyła sobie trzydzieści cztery wiosny, a jej mąż trzydzieści osiem. Wieść o ciąży była najszczęśliwszym dniem w ich małżeństwie, oprócz oczywiście tego, w którym na świecie powitali córki.
- Kocham swoją pracę. Cieszę się, że ludzie zachodzą i wypożyczają książki. No i jako pierwsza znam wszystkie miejscowe ploteczki. A ostatnio podczas prób jest mnóstwo śmiechu. Oprócz jasełek przygotowałam też malutkie niespodzianki dla seniorów. Tylko nie zdradź mnie przed babcią.
- Słyszałam. - Do kuchni weszła babcia Aniela. Mimo swojego sędziwego wieku kobieta tryskała zdrowiem i humorem. Ciężka praca na roli, pięcioro dzieci i ogromne poczucie humoru zahartowały jej charakter. - To co tam masz za sekret, Julciu? Czego macie mi nie zdradzać?
- Dzień dobry, babciu. - Julka podeszła i cmoknęła pomarszczony babciny policzek. - Na razie to ścisła tajemnica. Nie zdradzę się, bo jeszcze nie wszystko gotowe. Dowiesz się w Wigilię.
- Dobra z ciebie dziewczyna. - Babcia dotknęła spracowaną dłonią policzka wnuczki. - Masz złote serce. Dziwię się, że jeszcze nie masz kawalera. Ja w twoim wieku to już byłam mężata i dzieciata. Dwadzieścia dwa lata to idealny wiek na rodzenie dzieci. Nie wiem, na co czekasz, Juleczko. Ani się obejrzysz, jak los ci sprzątnie młodość sprzed nosa - perorowała seniorka, mieszając w kubku z herbatą.
- Ma czas, mamo. - Krystyna stanęła w obronie córki. Wiedziała, że Julię drażnią te przygaduszki. Nie okazywała wprawdzie zniecierpliwienia, ale matka za dobrze znała własne dziecko, by nie widzieć leciutko zsuniętych brwi i uciekającego w bok spojrzenia.
I rzeczywiście niewiele rzeczy Julkę denerwowało. Jednak od pewnego czasu cała rodzina jakby się sprzysięgła w wypominaniu jej rzekomego staropanieństwa. I jej, i Karolinie. Być może między innymi i z tego powodu Karolina nie lubi rodzinnych spędów - pomyślała dziewczyna. Zjadła śniadanie, przygotowane przez matkę kanapki schowała do torebki, pogłaskała Rufusa i życząc kobietom miłego dnia, wyszła do pracy.
Wieś Mizajne rozciągała się wzdłuż wąskiej drogi gminnej między Suwałkami a Gołdapią. Tuż za miejscowością kończyło się województwo warmińsko-mazurskie, a zaczynało podlaskie. Osią miejscowości były: kościół, urząd gminy, biblioteka, ośrodek zdrowia, przystanek autobusowy, gdzie od wiosny do późnej jesieni urzędowała młodzież, i jedyny, ale bardzo dobrze zaopatrzony sklep spożywczo-przemysłowy, który od wieków prowadziła rodzina Dywańskich. Dom Milewskich był oddalony od centrum wsi nieco ponad kilometr. Za ich obejściem rósł sosnowy młodnik, a dalej rozciągały się pola uprawne. Natomiast po przeciwnej stronie wąskiej drogi rozciągał się las. Niektórzy upierali się, że ostatnim domem we wsi nie było gospodarstwo Milewskich, a leśniczówka, ale do niej trzeba było skręcić w prawo i dojechać szutrową drogą dobre dwa kilometry w głąb lasu.
Julka przewiesiła torebkę przez ramię i by się rozgrzać, przyspieszyła kroku. Śnieg przestał padać. Na polu należącym do świętej pamięci Urbaniaka sterczała spod śniegu nieścięta kukurydza. Staruszek zmarł, a dzieci, kłócąc się o spadek, zapomniały zebrać plony. Milewska w drodze do biblioteki często spotykała tutaj sarny skubiące kukurydziane kolby. Ale nie dziś. Skryły się zapewne gdzieś pod świerkami - pomyślała. Już przy pierwszych zabudowaniach usłyszała pozdrowienia. Ludzie się tu znali od zawsze, ale od kiedy objęła posadę w bibliotece, cieszyła się większym respektem. Mieszkańcy zaczęli jej się kłaniać pierwsi, rzucając przy okazji kilka miłych komplementów, pytając o zdrowie czy przesyłając pozdrowienia dla rodziców. Początkowo ją to krępowało, ale po kilku miesiącach pracy przywykła do okazywanych jej wylewnych serdeczności.
Po wejściu do biblioteki włączyła farelkę, bo natychmiast odczuła lodowaty wilgotny chłód. Mury starego przedwojennego budynku wyziębiły się doszczętnie. Urządzenie niewiele pomagało. Ciepło rozchodziło się tylko w jego pobliżu, nie nagrzewając sporego pomieszczenia. Bibliotekarka westchnęła i sięgnęła do torebki po telefon komórkowy. Muszę koniecznie pospieszyć tego piecowego speca, bo mi dzieciaki na próbie zamarzną - pomyślała strapiona. Przytrzymując komórkę ramieniem, włączyła radio akurat w momencie, gdy radośnie obwieszczono dziesiątą. Ledwo wybiła pełna godzina, do biblioteki wtoczył się starszy mężczyzna dość słusznej tuszy. Wiedziała o nim tyle, że mieszka z drugiej strony wsi, jeździ starym wysłużonym fiatem 125p i wypożycza książki dla niepełnosprawnej żony. Julka przywitała go uśmiechem. Z telefonem przy uchu wciąż czekała na połączenie. Mężczyzna odpowiedział skinieniem głowy i przepadł w regale z literaturą obyczajową.
Milewska odłożyła komórkę i postanowiła zadzwonić za kilka minut. Włączyła światełka na choince i w pomieszczeniu od razu zrobiło się radośniej. Przesunęła wazon z gałązkami świerkowymi i przetarła biurko. Spróbowała jeszcze raz się połączyć. Tym razem spec od pieca odebrał po pierwszym sygnale i obiecał przyjechać w ciągu dwóch godzin, jeśli oczywiście droga na to pozwoli, zaznaczył. Julka jednak była dobrej myśli. Wyjęła brulion, w którym zapisywała zadania do wykonania, i podśpiewując, wpisała kilka haseł. Między innymi magiczne pudełeczka dla seniorów i udekorowanie kościoła na jasełka.
Zakasłała, bo zimne powietrze podrażniło ją w gardle. Gdzieś między półkami również rozległo się kaszlnięcie. No nie, zaraz się przeziębię. Czytelnik też pewnie marznie. Tak dalej być nie może - pomyślała. Muszę chronić i siebie i jego. Nastawiła czajnik i przetarła kuchenną ściereczką dwie szklanki. Weszła między regały. Starszy mężczyzna trzymał pod pachą trzy książki i zgrabiałymi dłońmi wyszukiwał kolejne tytuły.
- Przepraszam bardzo, napije się pan herbaty? - spytała z uśmiechem.
- Ależ... ależ... szanowna pani - oburzył się. - Ja jestem żonaty! - Spojrzał na nią z naganą, odłożył książki i wyszedł, mrucząc coś pod nosem.
- Masz ci los! Czy on pomyślał, że ja... chciałam go uwieść? - Julka stała oszołomiona. W końcu parsknęła śmiechem i podeszła do czajnika, który właśnie dał znać, że woda się zagotowała. Zalała wrzątkiem saszetkę i wciąż się śmiejąc, zabrała się do zamiatania. Nie zrobiła tego wczoraj, bo próba nieco się przeciągnęła. Zniecierpliwieni rodzice, choć dumni ze swoich pociech, że biorą udział w tak ważnym przedsięwzięciu, sykali, pokazując na zegarek. Wszystko przez to, że przed próbą jasełek dekorowali pierniczki dla seniorów, które miały być wręczane po pasterce.
Właśnie odkładała miotłę do pakamery, gdy rozkołysał się dzwoneczek przy drzwiach. Umieściła go tam na wypadek, gdyby na przykład zajęta porządkowaniem magazynku, jak nazywała rzadziej wykorzystywane biblioteczne pomieszczenie, nie usłyszała wchodzących czytelników. Ucieszyła się, bo była pewna, że przyjechał specjalista od pieca. Już rozciągnęła usta w uśmiechu, ale w drzwiach zamiast hydraulika stał młody wikary. Wiedziała, że proboszcz spodziewa się nowego księdza, ale nie miała jeszcze przyjemności go poznać. Teraz stał przed nią młody, dość przystojny mężczyzna w sutannie i w czarnej, grubej, puchowej kurtce. Z całej jego postury wyzierała nieśmiałość, a w oczach pojawiło się zaskoczenie.
- Zapraszam księdza serdecznie. Bardzo mi miło. - Zawahała się, ale po chwili podeszła i wyciągnęła dłoń do duchownego, bądź co bądź nowego czytelnika. - Cieszę się, że ksiądz pierwsze swoje kroki skierował do biblioteki. - Pokazała w uśmiechu równiutkie białe zęby.
Wikary ujął wyciągniętą dłoń i zrobił ruch, jakby miał zamiar się schylić i ją pocałować. Nie zrobił jednak tego. Wyprostował się i wciąż bez słowa wpatrywał się w Julię. Milewska chrząknęła, ale zagłuszyła ją Edyta Górniak, wyśpiewując w radiu romantyczną świąteczną balladę Pada śnieg.
- Chcę... chcę... pragnę... - wyjąkał młodziutki ksiądz, a Julia mimo chłodu spłonęła rumieńcem. - Marzę... Mam marzenie... - plątał się. Nie dane mu było jednak dokończyć myśli, bo do biblioteki wtargnęły rozentuzjazmowane trzy dziewczynki, potem jeszcze dwie, a za nimi pozostali mali aktorzy. Ksiądz usiadł pod oknem i nie spuszczał wzroku z Julii.
- Kochani, nie zdejmujcie kurtek, bo piec nam zastrajkował. Zrobimy dziś jedną próbę. Boję się, by nikt się nie rozchorował - zarządziła bibliotekarka, wciąż skrępowana wpatrzoną w nią parą szarych oczu. Starała się nie patrzeć w tamtą stronę. - Postarajcie się skupić, bo do Wigilii zostały tylko cztery dni. To pierwsze jasełka w Mizajnem, warto pokazać się z dobrej strony. Dajcie z siebie wszystko - zachęcała dzieci.
Ku uciesze reżyserki próba wypadła idealnie. Nawet dwie dziewczynki, które notorycznie zapominały swojej kwestii, dziś odegrały role śpiewająco. Po próbie dzieci zapakowały pierniczki w ręcznie robione pudełeczka, które Julia przewiązywała czerwoną wstążką. Przy okazji maluchy opowiadały o przygotowaniach świątecznych w ich domach i o spodziewanych prezentach od mikołaja. Bibliotekarka wciąż jednak czuła się skrępowana. Zachwycone spojrzenie księdza peszyło ją. Siedział pod oknem, od czasu do czasu rozcierając zmarznięte ręce. A ona z lekkim strachem rozmyślała o tym, że za chwilkę dzieci wyjdą i ona znów zostanie z księdzem sama. I faktycznie, gdy wszystkie pierniczki zostały spakowane, a pudełeczka owiązane fantazyjnie wstążką, dzieci się pożegnały i opuściły bibliotekę.
Kiedy zostali sami, chciała zaproponować księdzu herbatę, ale przestraszyła się, że jej propozycja może znowu zostać opacznie zinterpretowana, więc milcząc, skupiła się na wkładaniu zwróconych przez czytelników książek w odpowiednie miejsca.
Wikary chrząknął. Najpierw cicho, a potem nieco głośniej. A ponieważ Julia nie reagowała, wstał i zrobił dwa kroki w jej stronę.
- Proszę pani...
- Tak?
- W głowie mam tyle słów... - Znów zaczął się plątać. - Kłębi się we mnie poezja słów. Chciałbym przelać ją na papier, ale boję się zacząć, bo myślę, że jednak nie mam właściwie nic mądrego do powiedzenia... - Mówił coraz szybciej, ale nagle zawiesił głos, by zaraz dodać nieco ciszej: - i nie jestem tak zdolny, żeby... - Umilkł, jakby speszony własnym zuchwalstwem.
- Żeby napisać wiersz? - spytała.
- Tak, właśnie tak! - Ucieszył się. - Nie wiem... od czego zacząć - wyznał. - Przyszedłem do biblioteki, ale nie spodziewałem się, że pani jest tak...
- Oczywiście, pomogę księdzu - przerwała raptownie i może troszkę niegrzecznie, ale obleciał ją strach przed niepotrzebnym wyznaniem.
- Wspaniale! - wykrzyknął uradowany. - Znajdzie mi pani odpowiednią literaturę?
- Ma się rozumieć. Proszę chwilkę poczekać. - Pochyliła się nad regałami z poezją i wyciągnęła tomik wierszy księdza Janusza Stanisława Pasierba. Dołożyła również poezję księdza Twardowskiego i Karola Wojtyły.
Wziął książki, podziękował, zasunął suwak w kurtce i skierował się ku drzwiom. Julka odetchnęła z ulgą. Jednak z ręką na klamce odwrócił się do bibliotekarki i rzekł, pokonując onieśmielenie.
- Nie spodziewałem się, że jest pani... - Zamilkł, a Julka znów spąsowiała. Nie, tylko niech to nie będzie miłosne wyznanie, szeptała w duchu. - Że będzie pani tak bardzo podobna do mojej mamy - wydusił w końcu i wyszedł na zewnątrz.
Gdy tylko zamknęły się drzwi za młodym duchownym, dziewczyna wybuchła śmiechem.
- No nie, niech to gęś kopnie! Bałam, że on mi tu zaraz miłość wyzna, a ten mi oświadcza, że kojarzę mu się z jego mamą starowinką. Oj, kobieto! Obudź się! - Pacnęła się otwartą dłonią w czoło. - Babcia Aniela ma rację, chyba najwyższy czas się zakochać. - Zaśmiała się serdecznie.
Wtem drzwi się otworzyły i razem z mroźnym powietrzem wtargnął do pomieszczenia dziarski korpulentny mężczyzna koło czterdziestki. Jego oczy i zarumieniona twarz pojaśniały na widok dziewczyny.
- O! Co ja widzę! Niepotrzebnie przyszedłem naprawiać piec, skoro taka gorąca kobitka tu urzęduje. - Cmoknął lubieżnie, postawił na podłodze wielką torbę z narzędziami i bezceremonialnie otaksował Julię wzrokiem.
- Zrobić panu herbatę czy jest pan żonaty? - spytała na poły niewinnie, ale nie wytrzymała i parsknęła niepohamowanym śmiechem.
- Nie wiem, o co pani chodzi, przyszedłem tylko naprawić piec. - Wzruszył ramionami. - Ale dobra, herbatą nie pogardzę - oświadczył i nie czekając na gorący napój, udał się do kotłowni, skąd jeszcze długo słyszał salwy śmiechu bibliotekarki. - Wariatka - podsumował, wzruszając ramionami i bez zbędnej zwłoki zabrał się do usuwania usterki.
* * *
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki