Tam gdzie kończy się karnawał, zaczyna się życie - Autor Znany Redakcji

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (30,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Chciałbym móc napisać, że świat jest zły, okrutny i niesprawiedliwy wobec tych, którzy cierpią w imię swojego dobrego serca. Lecz nie mogę tego zrobić.

Chciałbym bardzo, by iluzja była prawdą, a ludzki cień światłem.

Pragnąłbym nieść ideę, że wszystko, co robiłem do tej pory dla innych, było czyste, szczere i nieskazitelne, lecz tego również nie mogę uczynić.

Nie mogę, ponieważ dziś wiem, że żyłem w zakłamaniu własnego "ja", ja, które było zniekształcone, niewyuczone, obciążone brakiem właściwych wzorców.

Każde moje poświęcenie w imię miłości nie pochodziło z czystości tego daru ani też nie było kwintesencją dobroci.

Było ucieczką od odpowiedzialności za samego siebie.

Nie było w tym prawdziwości uczuć, których wtedy nie posiadałem.

Było błaganiem o uwagę, cichym wołaniem o to, czego w środku mi brakowało.

Rozdawałem to, czego nie miałem.

Uczyłem tego, czego sam nie potrafiłem zrobić.

Manifestowałem, oddając wszystko, stojąc po niewłaściwej stronie barykady.

Krzyczałem głośno, nie wypowiadając ani słowa, bo nie znałem tych, którymi mógłbym wyrazić siebie.

Udawałem, że rozdaję to, czego sam nie dostałem.

Jak jednak miałem dawać coś, czego nie miałem.

Ja nawet nie wiedziałem, jak to jest mieć.

Więc skąd mogłem wiedzieć, jak to dać.

Owszem, szukałem.

Szukałem wszędzie, gdzie tylko się dało.

Szukałem miłości, myśląc, że sam ją daję.

Lecz jak mogłem szukać czegoś, czego nie zaznałem.

Jak mogłem odnaleźć coś, czego nie poczułem, nie dotknąłem, nie doświadczyłem.

Jak mogłem szukać, skoro nawet nie wiedziałem, czego naprawdę szukam.

Więc jedyne, co mogłem zrobić, to próbować ją zrozumieć. Poszukać drogi, po której pójdę cicho, by dostrzec drogowskazy prowadzące do niej.

Szedłem, choć ta droga nie była prosta ani łatwa.

Była kręta i zawiła.

Potykałem się na niej o kamienne serca, które obdzierały moje stopy do krwi.

A tacy jak ja, lub jeszcze gorsi, uczyli mnie, czym miłość nie jest.

Pokazywali mi to, co sam nosiłem w sobie, gdy ja udawałem, że tego nie posiadam.

Dawali mi wszystko, czego brać nie chciałem, myśląc wciąż, że sam daję coś znacznie lepszego. Nie miałem jednak co dać.

Nie potrafiąc odejść, pozwoliłem, by deptano we mnie resztki nadziei.

Gdy obdzierali mnie do samego końca, moje ostatnie krople łez osuszał wiatr ich spojrzeń.

Nie rozumiałem tego wszystkiego.

Nie potrafiłem pojąć, skąd w ludziach tyle zła, gdy we mnie było tyle dobra.

Lecz tego dobra nie miałem dla siebie.

Żyłem pustką w czterech ścianach niechcianych słów.

Słów, których znaczenie dopiero dziś ma sens.

Dopiero dziś ma znaczenie.

Lecz wtedy jeszcze nie było nic.

Były tylko rozczarowania, kolejne odrzucenia, kolejne rany zadane w puste miejsca po emocjach, które wypłukane całkowicie odeszły wraz z rosą po policzku.

Nawet gdy nie pozostało już nic i przyszło mi zbierać swoje wymęczone ciało z podłogi, nie dorobiłem żadnej lekcji.

Potykałem się dalej.

Przewracałem się o kolejne zdarzenia, o kolejne obietnice.

O słowa puste jak wiatr i ciężkie jak kula.

Przyjmowałem to, co mi dawano, gdy nie dawano mi nic.

Za to wszystko znów mi odbierano.

Godziłem się na to, głodny i spragniony, szukając nadal tego, co nigdy nie było moje.

Zdesperowany rozdawałem to, co zbudowałem.

To, co stworzyłem, nie tworzyłem dla siebie, naiwnie szukając kogoś, kto mi odda, kto zapłaci.

Lecz ani oddać, ani zapłacić nie chciał nikt.

Po co, skoro można mieć wszystko za nic.

I za nic miano mnie.

Czy obarczam winą.

Czy dziś chciałbym kogoś ukarać.

Czy chciałbym wykrzyczeć wszystko twarzą w twarz.

Nie.

Nie dlatego, że uważam, iż nikt nic złego nie zrobił.

Nie dlatego, że nikt nikogo nie skrzywdził.

Nie dlatego, że każdy miał prawo, choć w istocie nie miał go wcale.

Dlatego, że ja sam, bez niczyjej zgody, rozdawałem siebie.

Moje błędy pozostaną moimi.

Moje doświadczenia pozostaną moją drogą.

Karma tych, co odeszli, niech pozostanie tylko dla nich, bez mojego udziału.

Ja odpowiadam tylko za siebie.

Ja pozwalałem na to.

Ja się godziłem.

Ja uczestniczyłem w unicestwianiu samego siebie.

Ja ponoszę odpowiedzialność i to ja odpowiadam przed sobą.

Czy jestem na siebie zły.

Nie. Dziś już nie.

Dziś wiem, że ta droga była dla mnie darem.

Była cudem, którego doświadczyłem, bo pozwoliła mi coś w końcu zrozumieć.

Stała się objawieniem tego, od czego uciekałem, bojąc się odpowiedzialności za siebie.

Szukałem w innych tego, co przez cały czas miałem w sobie, nie wiedząc jednak o tym.

Trudno było to odnaleźć, nikt nie podarował mi instrukcji obsługi.

Być może nigdy jej nie było.

A może nikt wcześniej sam jej nie zaznał.

Nie odpowiem dziś sobie na to pytanie.

Nie będę też szukał odpowiedzi, bo dziś nie ma to już znaczenia.

Wszystko, co było, jest tylko wspomnieniem, które pozbawione emocji spoczywa na dnie kalendarza.

Dziś wszystko to przestało być istotne.

Nie liczy się. Nie ma już wpływu.

Wszystko jest tak, jak ma być.

Tak, jak powinno.

Tak, jak było przesądzone.

Nie mam żalu.

Nie mam pretensji.

Nie trzymam niczego, co mogłoby mnie znów ciągnąć w dół.

Z przebaczeniem na ramieniu kieruję się ku zrozumieniu.

Bez roztrząsania tego, co już nie jest moje.

Oddałem to wszystko.

Porzuciłem w szary kąt jak pamiątki, których nie pamiętam, skąd się wzięły.

Jak zabawki, które nie wiadomo, dlaczego wciąż zalegają półki, tworząc jedynie pole bitwy dla osiadającego kurzu.

Nie ma już we mnie złości.

Nie ma rozpaczy.

Nie podążam za tym.

Nic z tego nie prowadzi mnie już w tamte strony.

Zbyt wiele mnie to wszystko nauczyło, bym tracił tę naukę w imię cudzych słów.

Nie ma już takiej siły, bym przestał to rozumieć, choć mimo wiedzy wciąż nie mogę być pewien.

Schylam głowę, by więcej zobaczyć.

By więcej zrozumieć.

By więcej się nauczyć.

By dostrzec, skąd i kiedy nadejdzie ktoś, kto będzie chciał to zburzyć.

Choć trudno już teraz mnie przekonać.

Niełatwo też obiecać coś komuś.

Nie rozstaję się jednak z nadzieją.

Nie odrzucam drugiego człowieka.

Otwieram czystą kartę, pozwalając, by ktoś kreślił po niej swoje czyny.

Jednak ta kartka to już nie cały zeszyt. To tylko kartka, która ma swoje brzegi.

Nie da się już na niej wyjść poza linie, poza moje granice.

Postawiłem je nie dlatego, że się boję.

Nie dlatego, że uciekam.

Lecz po to, by wśród nich wzrastać.

Bo nigdy nie jestem sam.

Nigdy nie chodzę w samotności.

Zawsze przy sobie mam siebie i siebie mam też dla innych.

Teraz jednak tylko na tym poziomie, na którym mój wzrok pozostaje skierowany do przodu.

Nie w dół.

Nie w górę.

Lecz przed siebie.

Tam są właśnie ci, którzy nie każą mi się dzielić, oddawać, wyczerpywać.

Tam ci, którzy ramię w ramię, bez cienia i złudzeń, przychodzą i odchodzą, choć wciąż pozostają, bo to już nie ma znaczenia.

Każdy wybiera codziennie na nowo w czystej świadomości.

Wszystko jest samo w sobie wartością.

To, co kiedyś było jej wyznacznikiem, dziś jest przeszłością bez wzruszeń.

Dziś wartość sama w sobie, dla siebie, jest we mnie, bo tylko ode mnie ona zależy.

Od tego, jak patrzę na siebie w lustrze.

Od tego, jak układam swój dzień po dniu.

Od tego, jak wypełniam każdą wolną chwilę i od tego, jakie na siebie zakładam okulary.

Dziś już nie ma znaczenia, jaki to dzień, jaka godzina.

Każda minuta jest życiem takim, jakim ma być, i przynosi to, co ma przynieść.

Jeśli coś ma jakiekolwiek znaczenie, to ja. Ja sam i to, w jaki sposób dziś na to patrzę.

A patrzę z wdzięcznością, jedyną w swoim rodzaju.

Bez zbędnych haseł, które do niczego nie prowadzą.

Patrzę nagi, taki, jaki jestem.

Bez masek, bez przebrania, bez iluzji.

Bo zrozumiałem tę jedną ważną rzecz, której wcześniej nie mogłem pojąć, że to, co było, było tylko we mnie i ode mnie pochodziło.

Że to nie świat był zły, ale moje spojrzenie na niego.

Że to nie ludzie byli źli dla mnie, ale moje wybory nieodpowiednich ludzi były pomyłką.

Że za wcześnie rzucałem się pod wiatr, walcząc o coś, do czego kompletnie nie dorosłem.

Że nie byłem gotowy na książkę bez scenariusza.

Dziś jestem wdzięczny za wszystkie odrzucenia, za porażki i za bycie samemu.

Bo gdyby nie to, gdyby nie fakt, że nie został mi już nikt do kochania, nadal nie znalazłbym największego bohatera tej bajki.

Nie odnalazłbym tej jednej, jedynej osoby na tym świecie, wartej tej miłości, człowieka, od którego powinienem zacząć i nigdy go nie pominąć.

Kogoś, kto dla mnie jest całym światem.

Nie znalazłbym siebie.

A co będzie jutro. Nie wiem.

Nie znam przyszłości, bo ta nawet sama siebie nie zna.

Znam tylko swoje podejście do niej.

Do tego, w jaki sposób ją przyjmę.

A przyjmę ją tak, jak będę na nią gotowy.

I to jest najpiękniejsze w tym wszystkim, że to, co kiedyś się liczyło, dziś nie liczy się wcale i nie ma znaczenia.

Jedyne, co ma znaczenie, to życie, które trwa.

Życie, które się przeżywa, nieważne gdzie.

A z kim. Nie wiem.

Nie znam na to odpowiedzi.

Nie chcę jej znać, gdyż w żaden sposób nie chcę się programować, nastawiać i oczekiwać.

Niech będzie tak, jak ma być, w zgodzie z samym sobą.

Bo życie to chwila.

To ułamek sekundy wspomnień, lata nauki i całe galaktyki przeżywania.

To doświadczenie, które trwa z pokorą w głowie, z wdzięcznością na duszy i z miłością w sercu.

Zbuntowane neony

Życie od nowa nigdy nie zaczyna się bez bagażu. Nawet gdy człowiek ląduje w nowych realiach z pustymi rękoma. To nie jest szczęśliwy fragment układanki, lecz próba ułożenia obrazu z kilku różnych pudełek puzzli. Niestety tego, co rozsypane, nie da się zamieść pod dywan, udając, że już jest czysto. Nie da się też wmówić sobie, że można z czystą kartą wejść w nowe życie. Zawsze, ale to zawsze, ciężar tego bałaganu zostaje w głowie, dopóki nie poukłada się go do końca. Można uciekać, można się buntować, ale to wciąż to samo, tylko pod innym tytułem. Nawet jeśli ktoś odbierze ci wszystko.

Jest jednak coś takiego, czego człowiekowi nie da się zabrać. Można go okraść, złamać psychicznie, upodlić na tysiąc sposobów, ale nie da się go okraść z jego marzeń. One są stałe w uczuciach. Trwają nawet wtedy, gdy wszystko inne znika. Moich też nie udało się nikomu odebrać. Były poza zasięgiem jakiejkolwiek władzy. Były tylko moje.

Tak pięknie jest mieć cel w życiu. Kierunek, który mimo pustej kieszeni wciąż wskazuje drogę do szczęścia. Tego szczęścia, które w końcu naprawdę się należy. Tyle że nie należy się nam nic.

Zapomniałem, że budowanie czegokolwiek na ruinach jest tak cudowne, że aż razi w oczy. Tym bardziej wtedy, gdy gruz nie jest jeszcze uprzątnięty, teren nieposprzątany, a już coś nowego powstaje. Zaślepiony ideą, nieogarnięty i nieprzygotowany na światło, poszedłem w ciemno w to wszystko. Co ma być, niech będzie, ważne, że odmienne od rzeczywistości. Tej, o której nie chce się pamiętać, ale chętnie, na jej podstawie, żebrze się o współczucie.

Bo po co wyciągać wnioski, po co analizować swoje błędy, a tym bardziej naprawiać siebie, skoro można przez chwilę nieść swoje życie na noszach, wymachując rękami w geście zwycięstwa? Osłabiony, zniszczony, wypalony do cna, ale szczęśliwy i poklepywany po plecach. Obraz zwycięzcy na tle zrujnowanego miasta.

Mówią, że wszystko da się odbudować. Cegła po cegle, nawet bez sprzątania gruzu. Więc na co komu początek, skoro bez niego jest prościej, łatwiej, w rytm chwalebnych pieśni współczucia. Po co komu zastanawiać się nad tym, skąd wzięła się ta wojna, skoro się ją przeżyło? Tylko kto z tego wszystkiego wychodzi bez skazy?

Nie ma czasu na przerwę, nie ma czasu na zastanawianie się. Życie jest zbyt szybkie, zbyt krótkie, by je analizować. Po co szukać przyczyny w sobie, jeśli winien jest zawsze ten po drugiej stronie? Po co brać odpowiedzialność za własne postępowanie, za własne wybory? Po co to roztrząsać, po co wracać do samego początku i zastanawiać się, dlaczego do tego doszło?

Przecież gdy zna się wynik, nikt nie myśli o tym, jakie było nastawienie przed meczem. Jest się albo przegranym, albo wygranym, gdzie przegrany staje w roli wygranego. Wszystko jest proste, choć nielogiczne, za to poprawne towarzysko. Świat nam wszystko wynagrodzi, postawi pomniki, uzna za bohatera, bez pytania, dlaczego popełniłeś błąd.

Więc po co to roztrząsać? Można brnąć dalej w świetle chwały, rujnując sobie życie po raz kolejny. Strefa komfortu ma się jak najlepiej i lepiej jej nie burzyć, skoro czujesz się w niej jak u starego znajomego. Wszystko gra, gdy nie gra nic.

Nowi ludzie, stare schematy. Nowe wyzwania, stare daty. Nowe neony, a światełka poprawy własnego życia brak.

Przypadło mi więc stawiać pierwsze kroki w nowych realiach. Bym nie czuł się nieznajomo, życie zafundowało mi coś bardzo bliskiego zranionemu sercu. A cóż bardziej adekwatnego można spotkać na początku relacji, jak nie to, co dostaje się na końcu?

Więc, bym nie był nad wyraz szczęśliwy i zapatrzony w nowy horyzont, oprócz problemów finansowych, depresyjnych i zmęczenia psychicznego, zafundowało mi do kompletu jej zdradę. I czego się nauczyłem? Niczego. Dlaczego? Dlatego, że nikt mi nie powiedział, że wynik, który się dostaje, zależy od skreślenia liczb, a nie od samego wysłania Totolotka.

Nieporadny życiowo, niestabilny, niemający dokąd pójść, nieradzący sobie sam ze sobą, popełniłem jeden z najgorszych błędów, jakie tylko można popełnić. Wybaczyłem. Nie sobie, ale drugiej stronie. I nie dla siebie, ale dla niej.

Sam sobie, na ten moment, jeszcze nie potrafiłem, więc żyłem, zagryzając zęby i udając, że nic się nie stało. Wybaczenie nie jest błędem samym w sobie, ale motywacja, jaka mi w tym towarzyszyła, już tak. Nie wybaczyłem ani z dobroci serca, ani z wielkiej miłości. Wybaczyłem, ponieważ nie miałem dokąd pójść.

Nie chciałem wracać do samego siebie, by cokolwiek ze sobą zrobić. Nie sięgnąłem w głąb siebie, by naprawić to, co nie działało. Wolałem iść dalej, z kolejnym przebraniem. Uciekać od siebie, ponieważ w tym stawałem się coraz lepszy.

Ale w tym fragmencie życia nie było już miejsca na iluzje. Nie było odpuszczenia ani spokoju, bo powiedzieć, a dokonać, to dwie zupełnie różne historie. Do tego trzeba dorosnąć, zrozumieć. A mały chłopiec w wielkim ciele niczego nie rozumie.

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego to, co nielogiczne i niepoprawne, nagle staje się jedynym wyjściem? Masochizm? Uwielbianie karania siebie za nie swoje winy?

Nic z tego. Jak pisał Sir Arthur Conan Doyle: "Kiedy wyeliminujesz to, co niemożliwe, to, co pozostaje, choćby nieprawdopodobne, musi być prawdą."

To, co było powodem ucieczki, wróciło w nowym wydaniu. To, co było przyczyną bólu, stało się jego powodem. To, co było zagadką w tym całym cyrku, w końcu dopada i wymusza ujawnienie prawdy. To po prostu jest najzwyklejszy wstyd przed innymi.

Lęk przed upokorzeniem, przed utratą wiarygodności w oczach innych. To, co pchało w tę całą machinę, teraz mieliło równo na kawałki. Pozostało tylko stać obok i wykrzywić usta w grymas udawanego uśmiechu.

To, co kiedyś dawało poklepywanie po plecach, dziś stało się tabu. Nie dlatego, że przestało ci się to podobać, ale dlatego, że znów rozpoznałeś ten sam, powtarzalny schemat. To, co cię wciągnęło, nigdy cię nie opuści, dopóki sam z tego nie wyjdziesz.

Zawsze będzie wracać, zawsze będzie krążyć, bez względu na to, ile pięknych haseł przeczytasz i ile z nich sam napiszesz. Człowiek zaciska zęby i brnie dalej, ślepo, bo nie chce widzieć samego siebie. Nie chce oglądać swoich wad, bo życie nauczyło go, że to słabość.

Więc kolejna odsłona zasłony, kolejna maska na kolejne dni. Nie da się znaleźć dobrego rozwiązania, jeśli nie szuka się w sobie prawdy. Lepiej udawać. W końcu nic się nie stało, jeśli nic nie wyszło na jaw.

Jakże ciężko to zrozumieć, a jak lekko w tym trwać. Wszystko to skupia się tylko wokół jednego, udawać, udawać i jeszcze raz udawać, aż w końcu samemu zacznie się w to wierzyć.

Tyle tylko, że człowiek budzi się i zasypia z myślami, które niszczą jego życie, i z emocjami, które rozrywają go od środka. Ból jednak mija, staje się coraz bardziej znośny, aż w końcu zanika. Zostaje tylko wspomnienie, które powraca przy każdej sposobności.

Jednak z każdym dniem usprawiedliwienie nabiera mocy, a każde tłumaczenie sobie tego zyskuje coraz to większy sens. Powoli całe to udawanie zaczyna się opłacać. Mniejsze koszty aniżeli spojrzenie prawdzie w oczy.

Bo to jeszcze nie teraz, jeszcze nie ten czas, teraz ważne jest to, co jest, a to, co jest, nikt przecież nie widzi. Przecież ważny jest wizerunek, ważny jest status, ważne jest wszystko to, co człowiek osiągnął, gdy sam człowiek nie jest ważny w ogóle. System, pieniądze, prestiż, wszystko wygrywa z poczuciem własnej wartości.

Tej prawdziwej, tej w środku, bo ta na zewnątrz ma się jak najlepiej. Dni mijają, poczucie godności też.

Zapominając o wszystkim, zapomniałem o starym schemacie. Więc powtórka z rozrywki, gdy rozrywki coraz mniej. Powolne wykorzystywanie do cna. Oddawanie wszystkiego za nic, byle tylko z dala od pretensji, awantur, chaosu.

A przecież było mi to tak dobrze znane, tak bardzo bliskie. Jak jednak reagować, gdy pułapka była mi znana i sam się w nią wpakowałem? Byłem świadomy tego, że nikt nie uwierzy. Byłem doświadczony w tym, czego nie chciałem już pamiętać.

Wszystko ma swoją cenę, za wszystko przychodzi kiedyś zapłacić. Każda kurtyna kiedyś opada. Tu nie ma biegu wstecz, nie da się cofnąć czasu. Jest tylko górka, z której nabiera się rozpędu, bez hamulców.

Choć człowiek zna już kierunek i żyje ze świadomością przegranej, to chęć wymuszonej w sobie walki pcha go dalej. Nie ma dobrych rozwiązań, bo nie ma przyszłości dla tego, co nie jest zbudowane w prawdzie. Każde kłamstwo prędzej czy później daje o sobie znać. A najgorsze w życiu są te, którymi okłamujemy samych siebie.

To za nie ponosimy największe koszty. Możemy szukać dla siebie usprawiedliwienia i zapewne jakieś zawsze znajdziemy. Będzie to jednak tylko złudzenie i ucieczka od odpowiedzialności za siebie.

Nie będzie w tym nic, co zbliży nas do tego, by choć część siebie uzdrowić i zrozumieć. Zawsze i wszędzie znajdzie się milion argumentów na własne zachowanie i milion oskarżeń wobec innych. Nie szukając przy tym niczego w sobie, by odkryć, przed czym i od czego tak naprawdę uciekamy. I dlaczego godzimy się na to wszystko, skoro wiemy, że nie jest to dla nas dobre.

Sam świat nie jest zły, ale zachowanie ludzi czasem bywa. Jednak to, gdzie jestem, co robię, dokąd idę oraz na co się godzę, jest we mnie. Dopasowywanie się do innych nie jest koniecznością, lecz tchórzostwem.

Bo to we mnie jest to wszystko i tylko ja sam ukrywam się przed samym sobą, nie przed innymi. Wstyd jednak się do tego przyznać. Lęk przed bólem po zrzuceniu iluzji odciąga od rozpoczęcia jakiejkolwiek retrospekcji.

Wybierana jest prostsza droga, taka, która pozwala wierzyć w to, o czym z góry wiadomo, że jest kłamstwem. Neony błyszczą, wciągają, podniecają i dają ulgę. Hasła "co mi się należy", "jaki podły ten świat", "jak źli są ludzie" i "jaka niewdzięczność panuje wśród tłumu" mają się w najlepsze.

Człowiek nawet nie zauważa, że powoli chowa się za kolejną zasłoną. Tańczy w kolejny rytm nie swojego świata, by znów uciec, by znów na chwilę się schować.

Więc stoi później człowiek na rozdrożu, przed drogowskazem, który nie prowadzi w żadną dobrą stronę. Jedyny kierunek, w cztery strony, to ten, który już się tak dobrze zna. Stoi tam nie dlatego, że zabłądził, lecz z powodu własnego zaślepienia.

Zbyt wiele uwagi poświęcił tłumaczeniu samego siebie przed sobą, nie próbując nawet odnaleźć w sobie źródła wszystkich swoich porażek. Łatwiej przychodzi odnaleźć błędy w cudzym życiu aniżeli spojrzeć na swoje z uczciwością w oku.

Bo po co? Bo na co? Na co komu wracać do prawdy, przed którą się ucieka? Każda maska niesie za sobą koszty, z każdą podpisuje się nowy cyrograf. Nie ma tu jednak możliwości zrezygnowania ze subskrypcji, dopóki nie runie wszystko, a właśnie tego człowiek boi się najbardziej.

Co więc pozostaje? Kolejna ucieczka? Kolejny odwleczony upadek? Czy już uderzenie o samo dno?

A kiedyś musi do niego dojść, czy tego się chce, czy nie. Wszystko ma swój początek i koniec, a nowy początek można rozpocząć tylko wtedy, gdy wszystko, co stare, zostawi się całkowicie za drzwiami. Zamknie się je z hukiem, tak głośnym, by brzmiał w uszach, zanim spróbuje się je otworzyć na nowo.

Nie znam innego wyjścia, nie znam innych możliwości. Problem jednak polega na tym, że wciąż w człowieku rodzi się strach przed samotnością. Przed opuszczeniem nawet tego, co złe, by nie rozmawiać z samym sobą.

Lepiej ratować innych, bo nawet jeśli upadną, to nie będzie to nasza porażka. Nie będzie to nasza wina. Znajdzie się przecież tysiące powodów, by udowodnić światu, że to nie nasz błąd.

To w końcu nie nasze decyzje i to nie my odejdziemy, tylko zostaniemy porzuceni. Daje to nam możliwość do kolejnego użalania się i wywierania współczucia. Właśnie na tym polega uciekanie, na ograniczeniu do minimum odpowiedzialności za własne wybory.

Chciałem dobrze, poświęciłem się, żyłem dla kogoś, oddawałem się w całości. Tyle że w rzeczywistości tylko zrzucałem na kogoś odpowiedzialność. A ja? Ja wciąż pozostaję tym, który został skrzywdzony.

Kto jednak mnie tak naprawdę skrzywdził, skoro sam podejmowałem te decyzje? Skoro sam na wszystko się godziłem? Przecież nikt nie zmuszał mnie ani do zakładania masek, ani do życia nie na moich zasadach.

To, że byłem szkolony od dziecka do oceniania, krytykowania, konkurowania i bycia "naj", wcale mnie w tej grze nie usprawiedliwia. Dojrzałem, stałem się dorosłym człowiekiem i to ja sam podejmowałem te decyzje. Trwanie w nich zależało tylko ode mnie.

Sam wybrałem upadek, by znaleźć kolejną wyciągniętą rękę, kąsającą jadem. Chciałem iść z historią męki na ramieniu, by odwracać uwagę od własnej nieudolności w podejmowaniu decyzji. Wybierałem kolejne upadki, wiedząc, jak z nich wstać. Nie wiedząc, jak iść prosto.

A to równia pochyła. Nie idzie się nią wolniej, by móc cokolwiek przemyśleć. Tu czasu do namysłu jest coraz mniej, bo prędkość wzrasta z każdym dniem, z każdą chwilą.

I do czego, lub dokąd, to prowadzi? Do nieuniknionego.

Mnie zaprowadziła tam, gdzie złudnie było mi dobrze, gdzie mogłem już całkowicie swobodnie oddawać się żalom i pretensjom do świata, nie czując nic. Korzystając z całej tej toksyczności na swoją korzyść, choć korzyści w tym nie miałem żadnej.

Tolerancja na ból wzrastała. Każdy element, który mnie krzywdził, dawał mi usprawiedliwienie dla mojego zachowania. Zasymilowałem się całkowicie z tym, czego najmniej pragnąłem w życiu.

To, co do tej pory działało na mnie destrukcyjnie, pozwalało mi tę destrukcję tworzyć w sobie. Każda wina stawała się usprawiedliwieniem, a każde usprawiedliwienie początkiem winy.

Odnalazłem ukojenie w bólu.

Mogłem swobodnie tworzyć własne piekło, w którym czułem się jak w raju. Odnalazłem siebie, gubiąc się przy tym całkowicie.

Krupier w butelce

Żadna zmiana miejsca ani otoczenia niczego nie odmieni, jeśli człowiek nie przeobrazi samego siebie. Dokądkolwiek się uda, wszędzie niesie ze sobą cały wewnętrzny ciężar. Dopóki nie uporządkuje tego, co nosi w środku, każda przeżyta historia będzie się odtwarzać, zapętlona, coraz ciaśniejsza, aż zacznie go dławić własnym istnieniem.

Działa to jak wirus, uśpiony, cierpliwy, wyczekujący gorszego dnia, by ponownie uderzyć z pełną siłą w ciało już poranione doświadczeniem. Nie istnieje możliwość uzdrowienia poprzez leczenie samych objawów. Trzeba zejść głębiej, w głąb siebie, tam, gdzie powstały przyczyny, gdzie znajduje się źródło, które zamiast podtrzymywać życie, zatruwa cały organizm.

Najtrudniejsze jest jednak sięgnięcie tam, gdzie pamięć odmawia powrotu. Tam, gdzie najchętniej wymazałoby się wszystko i obudziło z koszmarnego snu. A jednak bez tego nic nie zacznie działać, ponieważ właśnie tam ukryte są wszystkie odpowiedzi.

Można próbować zmieniać tożsamość, lecz nie sposób zmienić własnej historii, nawet wtedy, gdy zaczyna się ją od nowa. Każda ucieczka kończy się jedynie powielaniem tych samych błędów, ponieważ punkt wyjścia pozostaje ten sam, ukryty w programie, który został w nas zapisany. To on sprawia, że stare schematy powracają w nowym czasie, choć w innych okolicznościach, pod innymi postaciami.

Izolacja, samotność, gniew, wściekłość, rozpacz, one nie znikają. Czekają za drzwiami. Krążą niecierpliwie, gdy człowiek wciąż porusza się po tym samym budynku. Można zmieniać piętra, lecz kierunek pozostaje niezmienny. Droga nie prowadzi ku górze, ale paradoksalnie, powoli osuwa się w dół.

Dom, w którym domu nigdy nie było, nieustannie daje o sobie znać. Ujawnia się w każdej relacji rozpoczynanej z tego samego miejsca. Gdy nadal krąży się wokół jednego tematu. Gdy te same motywy odnajduje się w każdym napotkanym człowieku. Wybieranym nieprzypadkowo, lecz zawsze zgodnie z tym samym wewnętrznym wektorem.

Jeden, drugi, trzeci i każdy następny żal do świata nie przynosi żadnej ulgi. Nie da się jej odnaleźć tam, gdzie czai się następny fałsz czy kolejna ironia losu. Bo nawet jeśli obróci się monetę na drugą stronę, nie zmieni to jej wartości.

To nie był jednak czas na polemizowanie z samym sobą. Na zrozumienie, że coś istnieje niepoukładanego we mnie. Na przyswojenie sobie, że nawet gdy zasymiluję się ze swoim wrogiem, wcale go nie pokonam. Że nie stanę się ani na moment bardziej bezpieczny czy chroniony od własnych błędów.

Zmiana nastawienia z życiowego frajera na życiowego łajdaka nie wyeliminowała z mojego życia cierpienia. Przysporzyła tylko nowe, w innym przebraniu. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że przejście na drugą stronę zachowań nie zmieni wyniku. Że wejście w rolę kata nie uwolni mnie od wyroku, który sam na siebie nałożyłem. Że to wszystko to tylko kolejna rola we własnym komediodramacie.

Zdradzany, poniżany, uczyłem się, by teraz odegrać to w nowej formie, w nowej odsłonie. Stary scenariusz, nowy film. Przestałem być miły, życzliwy, uległy. Jak Mr. Hyde stałem się zimny, niedostępny, chamski, wredny i bezczelny. Co spowodowało, że wylądowałem na pierwszym miejscu w rankingu tych, których trzeba zdobyć, by udowodnić sobie, że on dla mnie się zmieni. Lub całkowicie odwrotnie, żeby go po prostu zaliczyć.

Dostawałem, co chciałem, jak chciałem i kiedy chciałem. W rytm szklanej butelki, z każdym łykiem coraz śmielej wchodząc w to. A jeśli tylko kogoś nie chciałem, to tym bardziej ona chciała mnie. Im bardziej bezczelny, tym bardziej pociągający. Bo im bardziej niedostępny, tym bardziej wartościowy. Szedłem w ciemno we wszystkie zakamarki ciemnej ulicy, gdzie chciwość, pycha i próżność miały swoje widowisko. Tańczyłem w rytm szkła, a szkło tańczyło we mnie. Stawałem się królem życia, będąc zwykłym błaznem. Prawdziwego życia i prawdziwego mojego "ja" nie było już wcale. W zamian wyciszone zostały wszystkie emocje, do powrotu wschodu słońca. Ono jednak wcale nie topiło lodu w moim sercu.

Kiedyś ktoś odbierał mi godność, teraz odbierałem ją sobie sam.

W tym wszystkim, w tej całej desperacji własnego odbicia, przestałem się już dziwić czemukolwiek. Kobiety, których nie potrafiłem zrozumieć, które marnowały swoje życie z nędznikami, takimi jakim sam się stałem, dziś pukały do moich drzwi. Ludzie, którym zazdrościłem, dziś mieszkali we mnie, a ja sam mieszkałem w ich skórze.

Nie czułem już nawet gniewu w sobie. Nie targał mną już żal. Dawne ja przestało istnieć. To nie była jedna relacja, to była wielokrotna ekspozycja związku bez związku z czymkolwiek moralnym. Od czasu do czasu odzywał się tylko cichy głos przeszłości, jakby chciał jeszcze raz zawalczyć, przypomnieć, że ten ogień nie wygasł do końca i gdzieś tam, głęboko schowany, jeszcze się tli.

Nie był to jednak czas na mitologiczne zagrywki. Mój upadek nie był dostatecznie głośny, by układać z tego chwalebne pieśni. Żadne skrzydła nie były jeszcze w stanie mnie wznieść. To był dopiero początek drogi, ten moment, w którym pragnienie samozniszczenia jest tak silne, że nic nie jest w stanie odwieść od misternie ułożonego planu.

Było mi zdecydowanie zbyt dobrze w tym układzie bez zobowiązań wobec własnych emocji, w kłamstwie, które z dnia na dzień stawało się coraz bardziej przekonujące. A gdy tylko przestawało wystarczać, jeden głębszy łyk pozwalał znów poczuć ulgę. Byłem głuchy i ślepy, nie mówiąc nic, i taki chciałem pozostać. Była to najlepsza forma samoobrony przed ratowaniem siebie.

Oddawać serce na prawo i lewo, by przestać je posiadać i nie odpowiadać za samego siebie. Pozbawić się człowieczeństwa, by nie traktować siebie po ludzku. Poddawać się emocjonalnym torturom, wyciszając uczucia z każdym połkniętym procentem. Łyk za łykiem, grzech za grzechem, relacja za relacją. A każda przegrana napędzała maszynę na nowo. Nie pamiętam już nawet, co bardziej mnie w tym wszystkim pociągało, przegrywanie czy wygrywanie. Jedno i drugie dawało ten sam efekt. Te same usprawiedliwienia, te same motywacje do braku motywacji. Każda przegrana była powodem, każda wygrana nagrodą. Każdy element tej układanki komponował się w obraz, na który nie chce się patrzeć, nie chce się go czuć, a z każdym dniem coraz trudniej się z nim rozstać.

Było wszystko, był bal i zabawa poza balem. Były jednorazowe wycieczki i stałe oferty podróży. Były krótsze i dłuższe chwile. Bez ruszania się z miejsca wypełniałem swoje życie pamiątkami. Bez bólu w trakcie, z powodem do picia po.

To, co było kiedyś moim marzeniem, stało się obrzydzeniem. Było plugawą częścią mojej ciemnej strony i żadne usprawiedliwienia nie przynosiły ulgi. To, co miało stać się bezpieczną przystanią dla moich emocji, okazało się zatoką pełną skał. Przy każdej próbie zacumowania rozbijałem się na kolejne drzazgi, które wbijały się, raniąc to, co jeszcze we mnie pozostało.

To nie był mój świat, choć sam sobie go stworzyłem. To nie była moja droga, a jednak nią szedłem. Nie było w niej nic logicznego i nic się w niej nie liczyło. Czy miałem pieniądze, czy nie, nie było to istotne. I tak miałem wszystko, czego nie chciałem mieć. Choć powoli docierało do mnie, że każdy podpisany cyrograf ma swoje konsekwencje i za każdy przychodzi kiedyś zapłacić. Nie czas jednak był jeszcze na to, jeszcze nie ta chwila, w której sięga się bruku. Choć zmęczenie towarzystwem narastało z każdym dniem. Chaos, który powstawał w głowie, odbierał myśli. Nie myśląc więc zbyt wiele, szukałem swojego miejsca na płacz. Na chwilę słonej kropli, by nikt jej nie widział i nikt nie mógł jej zetrzeć z mego policzka.

Nie potrzebowałem czułości, nie potrzebowałem opieki. Dobrze wiedziałem, jak potrafi być zgubna. Jak wysoką cenę przychodzi za nią zapłacić, gdy jest tylko grą. Pomiędzy ustami a butelką nie było słów. Nie było emocji, były tylko reakcje, których nie kontrolowałem. Nie miałem już nawet wpływu na to, co czuję, zagłuszając to wszystko upojeniem.

Nie wiem, gdzie wtedy był ten mały chłopiec, który mieszkał we mnie. Gdzie podziały się wszystkie ideały. Nie wiem, gdzie w tym całym spektaklu podziali się bohaterowie, za to znałem na wylot swoją widownię. Mogłem robić, co chciałem i kiedy chciałem, dostarczając sobie powodów. Czasem wystarczył tylko jeden telefon, by pościel znów nie była pusta, a powód do kieliszka pojawiał się następnego dnia.

Grałem w to, bawiłem się tym, choć wiedziałem, że to nie ja tu rozdaję karty. Bo krupier nie stał za stołem, ale czaił się w butelce.

Bez bólu za upodlenia, upadlając innych. Smutny był ten świat. Pełen tego, czego nie chciałem znać, udowadniający mi, że szukałem w życiu czegoś, czego nie ma, a przynajmniej nie było po tej stronie estrady. Dni pełne rozczarowań, bez świata, o którym kiedyś śniłem. Brutalna prawda zamiast bajki.

Lecz wtedy nie wiedziałem, że sam to do siebie przyciągam, że sam tworzę swoją rzeczywistość. Że wyszukuję w tym całym bębnie ludzkości te kule, które pasują najbardziej do wyniku, który chcę osiągnąć. Reszta jest poza moim zasięgiem, poza moją jurysdykcją.

I nic nie skłaniało mnie do myślenia. Do zrozumienia tego, co się dzieje. Nie wyczuwałem nawet tych momentów, w których ktoś tam z góry stawiał mi na drodze ludzi, którzy byli moim pierwowzorem. Ludzi, którzy, będąc już na finiszu mojej gry, żebrali na przystanku o dwa złote. Dziś ich już nie ma. Ja pozostałem.

Choć droga do tego jeszcze wtedy nawet się nie rozpoczęła. Był to zaledwie zalążek, delikatne muśnięcie, niezrozumiane przekazy. Przecież ja byłem lepszy, zawsze lepszy. Byłem tym, który udowadniał światu, że się da, nawet jak się nie da. Tylko sobie nie potrafiłem tego pokazać.