Tam, gdzie kończy się tor lotu - Gosia Hulisz

-
Proszę czekać

Wstęp

Wzlot po ciszy

Pogoda była nietypowa jak na kwietniowy dzień. Rześkie powietrze i mróz szczypiący w policzki sprawiały, że każdy wyglądał jak zarumienione niemowlę. Śnieg, który spadł obficie poprzedniej nocy, skrzypiał pod butami, jakby opowiadał własną historię - chcąc się pochwalić, że przykrył budzącą się do życia naturę grubą, białą kołdrą, tak by nikt nie dostrzegł ukrytego pod nią piękna.

Było niezwykle cicho - tak, jak potrafi być tylko w górach, gdy zima tłumi każdy dźwięk, a powietrze staje się niemal nieruchome. Zosia potrzebowała właśnie takiej chwili - momentu całkowitego wyłączenia się z codzienności, wyrwania z rutyny, która na co dzień definiowała ją jako człowieka. Szła powoli udeptaną ścieżką, szlakiem w stronę Doliny Olczyńskiej. Otulona długim szalem, z rękami schowanymi głęboko w kieszeniach kurtki, wsłuchiwała się w dźwięki przyrody. Przyjechała do Zakopanego na kilka dni. Spontanicznie. Nie planowała tego wyjazdu, a przecież rzadko podejmowała decyzje pod wpływem emocji. Ale tym razem czuła, że to nie był tylko kaprys - to była konieczność.

Wpatrywała się w kształty śnieżynek - każda inna, wyjątkowa, a jednak będąca częścią czegoś większego. Jak ona sama. Wszyscy jesteśmy trybikami w maszynie napędzającej świat. Myśli krążyły jej po głowie, ale skupiała się tylko na tych lekkich i oczyszczających. Nie spieszyła się. Nie musiała. Po raz pierwszy od dawna miała czas tylko dla siebie. Nie dla kogoś, nie "po coś". Po prostu - dla siebie. Takie chwile nazywała ładowaniem baterii życiowych, bo właśnie w czasie spędzonym ze sobą odnajdywała to, czego jej brakowało - to, co zgubiło się gdzieś po drodze, w codziennym pośpiechu.

Schodziła z drewnianego mostku, gdy kątem oka dostrzegła ruch. Zamarła. Było wcześnie, dotąd minęła na szlaku zaledwie kilka osób. Usłyszała szybkie, pewne kroki na śniegu. Zza zakrętu wyłoniła się sylwetka mężczyzny - biegł w jej stronę, nie celowo, raczej przypadkiem. Jogging w dolinach tatrzańskich stawał się coraz popularniejszy, ale w taką pogodę Zosia nie spodziewała się nikogo spotkać. Ten biegacz nie dał się odstraszyć zimie. Miał na sobie czapkę, a połowę twarzy zakrywał mu komin. Nałożone na uszy słuchawki nie tylko pozwalały mu słuchać muzyki, ale i zapewne dodatkowo go ogrzewały. Patrzył przed siebie, poruszał się zgodnie z rytmem własnego oddechu. Zosia przypomniała sobie obraz sprzed lat - młodego chłopaka, dynamicznego, zadziornego, biegnącego dokładnie w tym samym miejscu.

Ten mężczyzna wydawał się znajomy, choć dostrzegła w nim coś obcego. Może cień zmęczenia? Może większą świadomość siebie? Albo po prostu ślady codziennej walki? Zwolnił, gdy ją zauważył. Ale to ona zatrzymała się pierwsza. Zamarła - jakby ktoś wstrzymał czas. Miała wrażenie, że przeniosła się gdzieś indziej. Nie mogła uwierzyć w to, co widzi.

Podszedł powoli. Zdjął rękawiczki, zsunął komin i słuchawki. Cały czas patrzył jej w oczy - głęboko, tak jak kiedyś. Jakby sięgał aż do jej duszy.

- Zosieńko, to naprawdę ty? - zapytał cicho, prawie niesłyszalnie.

Jego głos był niższy niż dawniej. Pewniejszy. I łagodniejszy. Spojrzenie też inne - bez dawnej buty za to z czymś, co przypominało... ciszę. Uśmiechnęła się, zaskoczona. Próbowała to ukryć.

- Już nikt tak do mnie nie mówi - odpowiedziała niemal automatycznie. Głos jej zadrżał.

On nadal patrzył i uśmiechał się półgębkiem. Właśnie ten półuśmiech był swego czasu najbardziej irytujący spośród wszystkich jego przyzwyczajeń.

- Bo nikt cię nie zna tak, jak ja - powiedział, tym razem już z dawną zadziornością.

Lubiła to w Maksie. Ale tym razem jego oczy zdradzały więcej - coś, czego nie chciał pokazać. A jednak ona to widziała. Też go znała lepiej niż ktokolwiek inny.

- Mówiłam ci, że spokój kiedyś cię odnajdzie - szepnęła, sięgając do przeszłości.

Roześmiał się. Cicho. Z niedowierzaniem. Bo jak uwierzyć w coś, czego nie spodziewasz się zobaczyć?

- A ja myślałem, że to jego szukałem. A znalazłem coś innego.

- "Najpiękniejsze rzeczy przychodzą wtedy, gdy się ich nie spodziewasz" - zacytowała.

- Nadal potrafisz dobrać cytat odpowiedni do sytuacji - skomentował lekko ironicznie. Po chwili dodał już poważnie: - Czy to nie ty powiedziałaś mi kiedyś, że życie stawia nam na drodze kogoś wtedy, gdy myślimy, że już nikogo nie potrzebujemy?

- Rzeczywiście, te słowa brzmią jak moje. - Uśmiechnęła się, a w sercu poczuła ciepło.

Pamiętała dokładnie, kiedy i dlaczego powiedziała to zdanie. Wtedy tego potrzebował i wydało jej się, że i teraz te słowa są trafione jak strzał w sam środek tarczy - z tym że tym razem wpasowały się nie tylko w jego, ale i w jej potrzeby.

Śnieg padał coraz gęściej, ale żadne z nich nawet nie drgnęło. Patrzyli sobie w oczy. Świat zamarł. Przez krótką chwilę liczyło się tylko to, że czas potrafi zatoczyć krąg... Tam, gdzie kończy się tor lotu, zaczyna się nowy start. Jakby wzlot po czasie ciszy. Zupełnie nowy początek - niosący spokój po chaosie.

Powiał wiatr. Lekki, delikatny, jakby chciał wywiać z nich wszystko, co było do tej pory. Bo tak jak w skokach narciarskich, które przez lata były codziennością Maksa, wiatr potrafi zmienić wszystko. Tak jak teraz.

Rozdział 1

Linia rozbiegu

6 lat wcześniej...

Zima to czas, który sprzyja refleksji. Dni są krótkie, ale nikt nie chce marnować ani chwili. Szybko zachodzące słońce motywuje do wcześniejszych pobudek i spojrzenia na świat wtedy, gdy pierwsze promienie porannego słońca łagodnie otulają wszystko ciepłym blaskiem. Zosia od zawsze lubiła tę porę roku. Najbardziej doceniała ją wtedy, gdy biały śnieg przykrywał świat grubą warstwą puchu, który utożsamiała z ciszą i spokojem. Tak było właśnie dziś.

W Zakopanem - bo właśnie tu teraz była - śniegu nie brakowało. Wracała do stolicy Tatr tak często, jak to było możliwe. A zimowe wizyty stały się swego rodzaju tradycją. Uwielbiała dni takie jak ten - kiedy śnieg wciąż opadał z nieba miękko, jakby nie chciał przeszkadzać w podziwianiu własnej wyjątkowości. Dolina, którą szła, spowita była grubym białym kocem, a w powietrzu czuło się delikatny mróz. Aura była idealna na zaplanowane na popołudnie zawody Pucharu Świata w skokach narciarskich, na które przyjechała z rodziną.

Spacer miał być chwilą wytchnienia po poranku pełnym zgiełku. Dotarli do Zakopca wieczorem, a już przy śniadaniu panował, charakterystyczny dla takich wypadów, chaos i gwar. Rodzina Zosi należała do tych hałaśliwych, w których, żeby zostać usłyszanym, trzeba było mówić głośniej niż reszta. Dlatego tak bardzo pragnęła uciec. Potrzebowała ciszy.

Szła powoli szlakiem, rozglądając się dookoła i zachwycając drzewami pokrytymi białym puchem. Lubiła być blisko natury. Czerpała radość z tej śnieżnej ciszy, która tłumiła wszystkie dźwięki świata. Nie słychać było jej kroków, nie było nic, co potwierdzałoby jej obecność w parku narodowym. Słyszała jedynie własny oddech. Jakby życie na chwilę się zatrzymało i podarowało jej moment tylko dla siebie.

Zosię rozpierała pozytywna energia. Jej optymizmem można by było obdzielić całą gromadkę znajomych i jeszcze dołożyć garść dla tej zwariowanej rodziny, z którą dzieliła codzienność. Żyła chwilą, czerpała z każdego dnia pełnymi garściami. Wiedziała, że życie jest kruche - dlatego chciała wycisnąć je jak dojrzałą cytrynę, do ostatniej kropli. Korzystała z okazji, które przynosił los, zgrabnie łącząc obowiązki z przyjemnościami, których nigdy sobie nie odmawiała. Jednocześnie potrafiła uważnie słuchać potrzeb innych. Jeśli ktoś z jej bliskich potrzebował wsparcia, wiedział, że znajdzie je właśnie w niej. Zosia była jak tarcza - gotowa osłonić tych, których kochała, przed smutkami i cieniami świata. Kochała góry. Jako jedyna z rodziny czuła z nimi prawdziwą więź. Może dlatego teraz spacerowała sama. Tylko ona umiała dostrzec siłę, jaką roztaczały wokół siebie potężne szczyty - ich niewzruszoną wytrwałość, która od wieków trwała niezmiennie, bez względu na to, co działo się w świecie. To właśnie ta stałość zachwycała ją najbardziej - pasmo górskie wypiętrzone tysiące lat temu wciąż było takie samo. Niezmienne. Ciche. Jak wieczne tło dla historii wielu pokoleń. Niemy świadek wszystkich ich radości, tragedii, wyborów i marzeń. To właśnie tutaj odnajdywała spokój i harmonię, których brakowało w zgiełku codziennych obowiązków. Nic nie sprawiało jej większej radości niż połączenie kilku życiowych miłości w jedno: czasu spędzanego z rodziną, niezwykłości gór i emocji, jakie towarzyszyły skokom narciarskim.

Zosia pokochała ten sport od pierwszego zetknięcia z nim. Nie dlatego, że był modny. Nie dlatego, że oglądała go cała Polska, szczególnie wtedy, kiedy jeden z naszych zawodników zdobywał medale. Jej fascynacja zaczęła się w chwili, gdy miała dziewięć lat. Tata oglądał zawody w telewizji, a ona kątem oka dostrzegła ruch na ekranie - skoczka sunącego po torze zjazdowym. Było w tym coś, czego nie potrafiła wówczas nazwać. Jako mała dziewczynka widziała skupienie na twarzy sportowca, jego dynamiczne wybicie z progu... i potem ten lot - pełen wolności, jakby oderwany od rzeczywistości. Człowiek przestawał być człowiekiem. Nie obowiązywały go prawa fizyki. Choć nie rozumiała jeszcze naukowych zależności, chłonęła piękno tej chwili. To był lot - lekki, pewny, niczym lot ptaka unoszącego się pod wiatr.

Zachwyt, który wtedy poczuła, nie opuścił jej do dziś. Nie fascynowały jej rekordy ani miejsca na podium. Lubiła emocje komentatorów, z łatwością rozpoznawała moment lądowania i celnie wskazywała osiągane odległości, ale to te sekundy zawieszenia nad zeskokiem były dla niej niemal mistyczne. Skoczek zdawał się wolny, bezpieczny, oderwany od wszystkiego. Jakby na chwilę przenosił się do innego, równoległego świata, w którym latanie było tak naturalne, jak rozkładanie skrzydeł przez sokoła. Prawdziwe piękno ruchu... a raczej jego zatrzymania. Lot, który zawiesza czas. Dla niej był to symbol - urealnienie odwiecznego marzenia ludzkości o lataniu. Oderwanie się od problemów, od codzienności. Prostota, czystość, harmonia - i bycie sam na sam z własnymi myślami.

Dlatego śledziła każdy sezon, znała nazwiska i osiągnięcia skaczących zawodników, a styczniowe wypady do Zakopanego stały się rodzinnym przyzwyczajeniem wpisywanym w kalendarz każdego roku. To właśnie tu, oglądając konkurs na żywo, czuła te emocje najmocniej. Zawodnicy nazywali Zakopane swoim ulubionym miejscem startu - tu byli najlepsi kibice, tu panowała atmosfera, która niosła skoczków dalej niż gdziekolwiek indziej.

I właśnie dlatego dziś, zamiast szykować się z rodziną do wyjścia na trybuny albo - jak jej młodsza kuzynka - stać pod hotelem z nadzieją na autograf, Zosia wybrała samotny spacer po górskim szlaku. Chciała odnaleźć w sobie ten sam spokój, który widziała na twarzach skoczków w chwili lotu. Nigdy nie wydawało jej się możliwe osiągnięcie takiej harmonii, ale nie przestawała próbować. Właśnie o to chodzi w codzienności - by nieustannie dążyć do wyznaczonych celów: tych małych i tych większych, do których droga wiedzie przez wyboje i zakręty. Wtedy smak sukcesu staje się pełniejszy. Wtedy jesteśmy z siebie naprawdę dumni. Każdy mały krok jest początkiem dłuższej wędrówki do wymarzonej mety.

Nie ma człowieka bez marzeń i pragnień. Są tacy, którzy je ukrywają - nawet przed sobą. Ale marzenia są w nas, czy tego chcemy, czy nie. To one popychają świat do przodu. Od marzeń wszystko się zaczęło: wynalezienie koła, elektryczności, samochodów i wszystkiego, co dziś ułatwia życie.

Zosia często odpływała w takie rozmyślania. Jej przyjaciółka żartowała, że wtedy wokół niej wyrasta mur, którego nie sposób skruszyć - chyba że Zosia sama zdecyduje się uchylić w nim furtkę. Rzadko komu pozwalała zajrzeć do swojej głębi. W chwilach zamyślenia była tylko ze sobą. Tak jak teraz.

Udało jej się wyciszyć i odciąć od świata do tego stopnia, że nie zauważyła ani nie usłyszała tego, kto zbliżał się w jej stronę. Zapatrzona w śnieg, odwróciła się i wpadła prosto na kogoś, kto biegł szlakiem tuż za nią. Chłopak nie zdążył wyhamować. Był pochłonięty biegiem i muzyką sączącą się ze słuchawek nałożonych na czapkę, na której, podobnie jak na jego rzęsach, zatrzymały się drobne śnieżynki. Jedną z nich Zosia dostrzegła i zanim się opanowała, niemal wyciągnęła rękę, by strącić ją z jego powieki. W porę oprzytomniała. Przecież dotykanie obcego człowieka byłoby czymś dziwnym - naruszeniem czyjejś przestrzeni. Patrzyła na swoją zawieszoną w powietrzu dłoń, a jednocześnie chłonęła szczegóły - jego lekki ubiór: tylko bluza, brak kurtki, duże ciepłe rękawice.

Zadziwiające, ile dostrzegła w jednej chwili. Chłopak także wyglądał na zaskoczonego jej gestem i przyglądał się jej uniesionej dłoni.

- Zanim zdecydujesz się mnie uderzyć, radzę się nad tym głębiej zastanowić - powiedział ironicznie, nie od razu, ale jakby potrzebował chwili, by odzyskać mowę. - Mogłoby to się dla ciebie źle skończyć.

Zosia spojrzała mu w twarz i od razu go rozpoznała, ale nie dała po sobie nic poznać. Zirytował ją jego ton, więc postanowiła dać mu małą nauczkę.

- Gdybym zamierzała cię uderzyć, już dawno leżałbyś na śniegu z podbitym okiem. Kobieta, kiedy czuje się zagrożona, działa, a nie myśli.

- Kobiety w ogóle rzadko kiedy myślą - rzucił bez wahania, czym jeszcze bardziej ją wkurzył.

- Albo masz wyjątkowego pecha do kobiet, albo sam przyciągasz te, które niewiele mają do zaoferowania - odparowała lodowato. - Twój problem, chłopczyku.

Już w chwili, gdy wypowiadała ostatnie słowo, wiedziała, że przesadziła. Ale było za późno - jej największą wadą było to, że mówiła szybciej, niż myślała.

- Chłopczyka to możesz szukać w przedszkolu - warknął natychmiast. Miał zaciętą minę, co tylko sprawiło, że Zosia była z siebie zadowolona. Osiągnęła zamierzony efekt. - Czy ty wiesz, z kim masz do czynienia? - zapytał po chwili.

- Masz śnieżynkę na rzęsie. Nie czujesz? - odparła, jakby nie słyszała jego pytania.

Zdjął rękawiczkę i przetarł oczy. Miał długie, smukłe palce i starannie obcięte paznokcie. Zosia rejestrowała każdy detal - coś, czego zwykle nie robiła przy pierwszym spotkaniu. Dostrzegła drobny pieprzyk pod dolną powieką, spierzchniętą górną wargę i nieco pełniejszą dolną - to wszystko tworzyło zaskakująco wyrazisty obraz.

- Wpadłeś na mnie, więc wypadałoby przeprosić - odezwała się w końcu.

- Ja na ciebie czy ty na mnie?

- Skoro stoję, a ty biegłeś, to chyba oczywiste.

- Ale to ty nagle się odwróciłaś. I w ogóle, jak można nie słyszeć biegnącego w takim śniegu człowieka?

- Biegłeś i prawie mnie znokautowałeś.

- Podkreślam: to ty wyglądałaś, jakbyś planowała mnie uderzyć. Wierz mi, wiele osób by się z tego ucieszyło - dodał ciszej.

- Wyobrażam sobie - rzuciła. - Możesz być spokojny. Nie jestem członkiem żadnej konkurencyjnej ekipy.

Zaśmiała się, a on odwzajemnił uśmiech pełen dumy.

- Czyli jednak wiesz, kim jestem.

- I nie piszczę z podniecenia. To dla ciebie pewnie zaskakujące. - Roześmiała się, widząc jego rozbrajające zadufanie.

- Nie rozumiem dlaczego - rzucił z udawaną powagą.

- I właśnie na tym polega twój największy problem. - Nawet nie próbowała wyjaśniać. Nie widziała w tym najmniejszego sensu.

Chłopak stojący przed nią słynął z zapatrzenia w siebie i arogancji. Był dokładnie taki, jak sobie wyobrażała: pewny siebie, uradowany własnym odbiciem w oczach innych.

- Może jednak spróbujesz wyjaśnić? Wiem, jak działam na kobiety, szczególnie na te, które wiedzą, kim jestem.

- Świadomość własnej wartości a narcyzm to dwa zupełnie różne bieguny. I uwierz mi, ty nawet nie stoisz na właściwym kontynencie. Co więcej, kraina, w której się znajdujesz, nie należy do tych, które ocenia się pozytywnie. - Zobaczyła, jak jego uśmiech na moment przygasł. A może to tylko złudzenie?

- Szybko oceniasz. - Zmrużył oczy. - A może się mylisz? - zabrzmiał złowieszczo. - Nie znasz powiedzenia, że nie ocenia się książki po okładce?

- Czasem okładka krzyczy tak głośno, że nie ma sensu zaglądać do środka - odparła spokojnie, nie spuszczając z niego wzroku. - Poza tym twoja "okładka" sama się reklamuje, więc trudno myśleć inaczej. Wystarczy, że jesteś, i już absorbujesz wszystkich dookoła, zachwycając się sobą i reakcjami ludzi. - Zatrzymała wzrok na jego twarzy. - A jednocześnie, widząc cię teraz, mogę dodać, że jesteś przewrażliwiony na swoim punkcie. Więc określenie cię mianem narcyza wcale nie jest przesadzone. A może... da ci do myślenia. - Odważyła się na bezpośredniość, której zwykle unikała. Ale patrząc na niego, nie mogła powstrzymać się przed wypowiedzeniem tego, co miała na końcu języka.

Zaniemówił na chwilę. Nie spodziewał się takiego potoku słów. Zosia miała rację - nie przywykł do krytyki. Na co dzień zbierał zachwyty: nad osiągnięciami, poświęceniem, determinacją. Słowa przypadkowo spotkanej dziewczyny zabolały go bardziej, niż chciałby to przyznać. A może... sam miał wątpliwości, które teraz tylko wypłynęły na powierzchnię?

Patrzył na nią w milczeniu, analizując każde słowo. Śnieżynki wciąż osiadały na jego czapce, a kilka ponownie zatrzymało się na długich, ciemnych rzęsach, tak gęstych i podwiniętych, jakby wystylizowanych zalotką. Zosia uśmiechnęła się lekko, myśląc, jak niesprawiedliwa potrafi być natura - kobiety oddałyby wiele za takie rzęsy. Znów powstrzymała impuls, by strącić śnieżynki znad jego oczu.

- A nie pomyślałaś, że ta postawa to mój sposób na radzenie sobie z życiem? - zapytał cicho. - Łatwo oceniać obrazek z ekranu telewizora czy komputera. Niewielu jednak zastanawia się nad tym, co za nim stoi. Moje życie nie zawsze jest tak kolorowe jak czapki kibiców na trybunach. - Jego głos był spokojny, ale krył coś więcej: ciężar doświadczeń.

Zosia zamilkła, a on kontynuował:

- Myślałaś kiedyś, z jakimi wyrzeczeniami się mierzymy? Jak wygląda moja codzienność? - Patrzył na nią wyczekująco, ale nie odpowiedziała. - Tak myślałem. - skwitował. - Najłatwiej ocenić, nie znając całej historii.

- Nie to miałam na myśli... - zaczęła, jakby chcąc się bronić. Jej głos stracił pewność, którą jeszcze przed chwilą miała.

- Właśnie to chciałaś powiedzieć. Już tego nie cofniesz. I powiedziałaś dokładnie to, co myślałaś. - Teraz to on nie przebierał w słowach. - Kobiety rzadko kiedy myślą, zanim coś powiedzą. Rzucacie słowa bez zastanowienia, nie biorąc pod uwagę konsekwencji. Plotki i powierzchowne opinie to dla was codzienność.

- Wrzucasz wszystkich do jednego worka. To niesprawiedliwe - zareagowała natychmiast.

- A widzisz. - Uśmiechnął się krzywo. - Prawda w oczy kole.

- Nie chciałam cię urazić - powiedziała cicho, przesuwając się, by przepuścić parę, która właśnie ich mijała.

Ludzie patrzyli na niego z wyraźnym zainteresowaniem.

- Przepraszam, czy możemy prosić o zdjęcie? - padło pytanie.

- Jasne. - Uśmiechnął się i ustawił do fotografii, jakby to było dla niego czymś zupełnie naturalnym.

Zosia patrzyła na scenę z lekkim rozbawieniem. Dopiero teraz dotarło do niej, że zrobiła dokładnie to samo - oceniła go po pozorach.

- Muszę wracać - powiedział, gdy tamci odeszli. - Ale... nie chciałbym, żeby to była nasza ostatnia rozmowa.

- Ciekawe, ile razy dziennie to mówisz - rzuciła.

- Dzisiaj po raz pierwszy - odparł bez mrugnięcia okiem. - Planowałem tylko małą przebieżkę przed zawodami, a tu taka niespodzianka.

- Lubisz, kiedy życie cię zaskakuje?

- Czym byłoby życie, gdyby było wypełnione tylko tym, co przewidywalne? - zapytał nostalgicznie, zaskakując ją nagłą zmianą tonu. - Niechętnie to mówię, ale na mnie czas. Zaraz może być tu pełno ludzi - dodał po chwili. - Właśnie tak działa moja magia: jedno zdjęcie w sieci w jakimś charakterystycznym miejscu i za moment, jakby za sprawą czarodziejskiej różdżki, pojawiają się fanki, łowcy autografów i ludzie, którzy widzą we mnie tylko obiekt do oglądania. Jakbym niczego innego nie miał do zaoferowania - powiedział poważniej. A zaraz potem dodał z ironią: - No ale cóż mogę poradzić na to, że jestem taki zajebisty? - Mrugnął do niej.

- Tabun podnieconych dziewczyn to ostatnie, co chciałabym dziś spotkać na szlaku. Szukałam ciszy - odpowiedziała półżartem, po czym dodała szczerze: - Przepraszam za moje słowa. Naprawdę.

- To była ciekawa rozmowa. - Uśmiechnął się. - Dawno nikt nie mówił mi tak prosto z mostu, co myśli. Może w ramach przeprosin za brutalną szczerość... poświęcisz mi troszkę czasu? - rzucił lekko. - Po zawodach. - Wyciągnął do niej rękę. - Dla oficjalności tego momentu: cześć, jestem Maks.

- Cześć, Maks. Jestem Zosia. - Uścisnęła jego dłoń.

Była silna, ciepła, zupełnie niepasująca do wizerunku zimnego narcyza, a jego skóra aksamitna mimo mrozu i codziennego wystawiania dłoni na działanie zimna. Zosia zaśmiała się w duchu, wyobrażając sobie, ile kremów musiał zużyć, by osiągnąć taki efekt.

- Dlaczego mam wrażenie, że oddałbym wiele za poznanie twojej ostatniej myśli? - zapytał, puszczając oko.

- Moje myśli są tylko moje - odparła z uśmiechem.

- Wydawało mi się, że chciałaś mnie przeprosić. Darmowa myśl byłaby dobrym początkiem. - Zawadiacko poruszył brwiami.

- Nie pójdzie ci ze mną tak łatwo - zaśmiała się, kręcąc głową.

- Zobaczymy. - Nie ustępował. - Podasz mi swój telefon?

- Twój na pewno jest lepszy - zażartowała, ale podała mu swoją komórkę.

Wziął ją do ręki, obejrzał pokrowiec z nadrukiem gór, po czym szybko wklepał numer i zadzwonił na swój.

- Mam twój numer. A tu masz mój. - Oddał jej telefon. - Jeśli nie masz planów na wieczór, chętnie porozmawiałbym więcej o narcyzach i niemyślących kobietach.

- Jeśli to miał być żart, to mało śmieszny - odparła z lekkim dystansem.

- Nie żartuję z wolnego czasu - powiedział poważnie. - Mam go niewiele i chcę go dobrze wykorzystać. Nie mam ochoty na tłumy fanek. Wystarczy, że sam siebie wielbię, jak to ładnie ujęłaś.

- Lubisz pizzę? - zapytała niespodziewanie. - Zawsze zamawiamy ją z rodzinką po zawodach.

- Nie ufam ludziom, którzy nie jedzą pizzy. - Roześmiał się. - Jeśli w twojej rodzinie jest więcej takich zadziornych złośnic, zapowiada się ciekawy wieczór. Zadzwonię po zawodach. - Założył słuchawki i odwróciwszy się, ruszył biegiem w stronę, z której przyszedł.

Zosia została w miejscu. Czuła w sercu ciepło i... niepokój. Ten dzień nie miał się tak zacząć. Ani tak skończyć - chociaż jeszcze nie wiedziała, jaka będzie końcówka. Szukała ciszy, a znalazła prawdę, której się nie spodziewała. Ale czy nie na tym polega piękno codzienności? Zaskoczenia i pytania, które nie zawsze mają odpowiedzi. Zosia miała ochotę podzielić się tymi myślami nie tylko z przyjaciółką... ale i z Maksem. A przecież jeszcze przed chwilą był zupełnie obcy. Pokręciła głową, rozejrzała się w poszukiwaniu ewentualnych zwariowanych fanek skoczka i ruszyła ku wyjściu z doliny. Wiedziała, że nie zrobi już ani jednego kroku w głąb szlaku. Czuła ekscytację - i to sprawiło, że tu, u podnóża gór, na terenie parku narodowego, poczuła się nie na miejscu. Za dużo myśli, za dużo pragnień, za dużo wątpliwości.

***

Jak się spodziewała, zawody Pucharu Świata - choć może zaskakujące dla innych - dla niej były przewidywalne. Wygrał Maks Lenkowski. Cały w zachwycie nad sobą, pewny siebie aż do granic. Gdy wchodził na podium, a tłum skandował jego imię, miało się wrażenie, że poza nim nie istnieje nic. Tworzył wokół siebie aurę uwielbienia, której nie próbował nawet ukrywać. Czuł się w niej jak ryba w wodzie. Jakby właśnie po to się urodził - nie tylko po to, by unosić się chwilę nad ziemią, co Zosia najbardziej doceniała, ale by stać się centrum świata.

W tej chwili był jak słońce, wokół którego krążyli wszyscy zebrani pod skocznią. Rodzina Zosi wiwatowała razem z tłumem. Kuzynka, zapatrzona w zawodników na podium jak w dzieła sztuki, biła brawo z dziecięcym zachwytem. A Zosia patrzyła na Maksa, ale myślami była gdzieś daleko, poza stadionem Wielkiej Krokwi.

Śnieg skrzypiał pod jej butami, a wieczorne powietrze pieściło chłodem policzki. Każdy oddech zamieniał się w małą chmurkę, znikającą w ciemności. W głowie wciąż miała obraz jego oczu - długich rzęs, nieprzeniknionego spojrzenia... i zaskakującej szczerości. Nadal go obserwowała, gdy zbierał gratulacje i uśmiechy - chłonął je jak tlen. Ale Zosia czuła, że za tą pewnością siebie kryje się coś więcej.

Co on naprawdę teraz czuje? - zastanawiała się. Może to nie tylko narcyzm, jak myślałam.

Serce biło jej szybciej, choć próbowała to ukryć nawet przed sobą. W głowie kotłowały się sprzeczne myśli - chęć poznania go bliżej mieszała się z lękiem przed kolejnym rozczarowaniem. Byli przecież z zupełnie różnych światów. Ale nie mogła dłużej udawać, że go nie zauważa. Sięgnęła do kieszeni, wyjęła telefon i bez większego namysłu napisała wiadomość do przyjaciółki:

Spotkałam dziś

Uśmiechnęła się do siebie, patrząc na migający kursor. Wiedziała, że Agnieszka chciałaby wiedzieć wszystko już teraz, ale miały swoją zasadę - ważne sprawy omawia się twarzą w twarz. Wymiana wiadomości to tylko namiastka rozmowy, bez emocji, bez mimiki. A przecież to właśnie one są najważniejsze. Dziś zobaczyła w Maksie coś, czego nie znała - człowieka, nie legendę. I właśnie ta jego ludzka strona intrygowała ją najbardziej.

Czy bycie legendą w wieku dwudziestu kilku lat to nie za wcześnie? - pomyślała. Życie bywa wymagające. Zawsze ma swoje blaski, ale i cienie - te, których nie widać w reflektorach.

Zosia zerknęła w stronę już pustego podium. Rodzina powoli kierowała się do wyjścia. Sprawdziła telefon. Nie było tej jednej wiadomości, na którą czekała, tylko odpowiedź Agi:

Za

Aga zawsze wiedziała, jak trafić w punkt. Nie była fanką sportu, ale z Zosią oglądała zawody. Interesowała się wyłącznie urodą zawodników - oceniała ich uśmiechy, oczy, długość nosa. I Maks zawsze trafiał na szczyt jej rankingu. Mówiła o nim "piękny dzieciak". Nie dało się ukryć - był młodszy, nie tylko metrykalnie. Legendy, które krążyły w sieci na temat jego zachowania, zdawały się świadczyć o jego niedojrzałości. Zosia była więc przekonana, że Maks to po prostu zadufany chłopak. Ale dziś coś się zmieniło. Może tylko grał? A może naprawdę był inny?

Maski. Wszyscy je zakładamy. I coraz trudniej rozpoznać, co jest prawdziwe. Głowę miała pełną przemyśleń.

Ruszyła za rodziną. Wieczorna pizza była rytuałem - ta sama pizzeria, ta sama godzina. Ciepłe piżamy, wełniane skarpety robione przez babcię. I ta czułość, którą niosła za sobą zwyczajność. Tylko dziś... mogło być inaczej.

Nie wspominała nikomu o możliwej wizycie - nie chciała wyjść na wariatkę. Poprosiła tylko o jedną pizzę więcej - z salami, sosem i serem. Jak Maks nie przyjdzie - nic się nie zmarnuje. W tej rodzinie nie zostawał nawet kawałek.