Tam, gdzie wyją wilki - Anna Ziobro

Kup ebooka

39.90 zł

-
Proszę czekać

Prolog. Zima 1999 roku

Piorun ciągnął za smycz. Żywiołowo parł do przodu, przez co Emilia z trudem za nim nadążała. Miała już swoje lata i chociaż dbała o kondycję, na szczyt wzgórza dotarła zasapana w przeciwieństwie do psa, który był gotowy pokonać znacznie dłuższy dystans. Przez chwilę stała w miejscu, próbując wyrównać oddech. Następnie rozejrzała się po okolicy. Chciała sprawdzić, czy w zaroślach nie czai się wilk.

Zawsze wyczuwała obecność wilków. Nie musiała nawet wytężać wzroku, by wypatrzyć ich ślepia o intensywnym, hipnotyzującym spojrzeniu. One też instynktownie ją wyczuwały, ale chociaż przychodziła tu z psem, nigdy żaden nie zrobił niczego, co miałoby ją wystraszyć. Była pewna, że bieszczadzkie wilki jej nie zaatakują. Należała do tego miejsca tak samo jak one.

Narosło wokół wilków wiele mitów. Nierzadko popadano przy tym ze skrajności w skrajność. Niektórzy je demonizowali. Krążyły opowieści o tym, że wilk rozszarpał dziecko i pogryzł miejscowego księdza, a przyjezdni często mówili, że wprost ich ostrzegano przed pożarciem, zwłaszcza gdyby na ich drodze stanęła wadera z młodymi. Na przeciwległym biegunie znajdowali się ci, którzy uważali wilka za zwierzę z natury niewiele różniące się od psa. Z wyglądu mógł przypominać owczarka alzackiego, ale nie był skory do spoufalania się z człowiekiem. W naturze wilków nie leżało ani napadanie na ludzi, ani podporządkowanie się im. Chodziły własnymi drogami. Bywały nieprzewidywalne, ale zdrowe osobniki nie wbijały znienacka kłów w ludzkie serce, czyniąc to z premedytacją, wyłącznie, by je rozszarpać... To ostatnie potrafił robić tylko sam człowiek.

Pies chciał iść w przeciwnym kierunku, ale Emilia pociągnęła zdecydowanym ruchem za smycz i ruszyła w stronę skromnej, betonowej kapliczki pomalowanej olejną farbą na biało i zwieńczonej przysadzistym krzyżem. Przeżegnała się i zmówiła krótką modlitwę, wpatrując się w gipsową figurę Matki Boskiej umieszczoną dla ochrony za cienką szybą. Pod nią widniała data zbudowania kapliczki i nazwisko jej fundatorów - Marcjanny i Zygfryda Kapiców, a niżej dopisek: "Pamięci Stanisława Bąka".

Od lat mało kto tu zachodził. Miejscowi wiedzieli, że nieopodal kapliczki znajduje się zdradliwa skarpa. Wystarczyło nieostrożnie stanąć, by runąć w dół. Dekadę temu przekonała się o tym grupka dzieciaków, które zapuściły się tu na spacer. Jeden z nich upadł tak niefortunnie, że nie przeżył. Kilkoro mocno się poturbowało. Od tego czasu ludzie omijali wzgórze jeszcze szerszym łukiem. Ktoś nawet nazwał je przeklętym. Dla Emilii natomiast było ono tak samo wyjątkowe jak dla tutejszych wilków.

Trzymając Pioruna na krótkiej smyczy, ułożyła przed kapliczką świerkową gałązkę ozdobioną pasmem anielskich włosów i trzema małymi bombkami i powiedziała prawie bezgłośnie:

- Wesołych świąt, tato!

Stała przez chwilę w ciszy. Obejmowała wzrokiem szeroką panoramę rozpościerającą się ze wzgórza, w której dominował Zalew Soliński zwany przez miejscowych "bieszczadzkim morzem". Całkowita długość linii brzegowej wynosiła blisko sto pięćdziesiąt kilometrów. Dłuższa, wschodnia odnoga zalewu miała około dwudziestu siedmiu kilometrów, a krótsza, zachodnia, nieco ponad połowę z tego. Dwa tysiące dwieście hektarów powierzchni dla jednych oznaczało tylko liczbę. Dla innych każdy zalany centymetr kwadratowy ziemi był kawałkiem utraconego świata, który kiedyś na wieczne nieoddanie zabrała woda.

Życie Emilii i jej matki Marcjanny nieodłącznie splotło się z tym miejscem. Tu było całe dobro i całe zło losu. Tu zostało wiele wypowiedzianych słów i jeszcze więcej tajemnic skrywanych na dnie serca, a także w odmętach zalewu. Wszystko to spowijała panująca na wzgórzu cisza, która była jak gęsta mgła. Tylko od czasu do czasu przedzierało się przez nią wycie wilków.

1.

Powietrze pachniało latem. Dominowała woń kwitnącego rumianku, którego żółte kwiatostany połyskiwały w popołudniowym słońcu. Siedzący na trawie Staszek zaciągnął się tym zapachem. Uśmiechnął się, kiedy połaskotała go kolorowa falbanka przy rękawie sukienki dziewczyny, którą obejmował ramieniem.

- Zanim na dobre urządzimy się w Warszawie, zabiorę cię na kilka dni do Juraty - oznajmił i mocniej przyciągnął dziewczynę do siebie.

- Do Juraty? - Marcjanna od razu się ożywiła. - Masz na myśli tę nad morzem?

- A słyszałaś o innej? - droczył się. - Wreszcie będziesz mogła zobaczyć Bałtyk.

To mówiąc, zaczął się bawić końcem jej długiego warkocza, w który każdego dnia ciasno splatała żyjące własnym życiem jasne loki. Kilka pasemek wymknęło się z upięcia, wijąc się na jej skroniach.

- Pamiętasz, jak w czasach szkolnych w upalne popołudnia kąpaliśmy się w Solince razem z dzieciakami od Radoniów i Kruczków? - zagadnął. - Wszyscy byliśmy zachwyceni. To znaczy wszyscy, tylko nie ty...

- Nie ja? - Marcjanna zmarszczyła czoło. - Chyba niczego takiego nie pamiętam.

- Twierdziłaś, że jeśli kąpiel pod chmurką, to tylko w morzu. Wszystko inne to namiastka. - Staszek się zaśmiał. - A Jurata to teraz jeden z najmodniejszych nadbałtyckich kurortów. Nigdzie nie będzie bardziej nadmorsko niż tam.

- Naprawdę chcesz mnie zabrać nad morze? - spytała.

Rozmarzyła się na myśl o pierwszych prawdziwych wakacjach, które dotąd zarezerwowane były tylko dla nielicznych i z pewnością wśród wybrańców niewielu było skromnych mieszkańców bieszczadzkich wsi.

- Opowiedz mi coś więcej o tej Juracie - poprosiła.

- Pod koniec lipca na tamtejszych wydmach, a w zasadzie na całym Półwyspie Helskim rozkwitają mikołajki nadmorskie. Ich szarozielone kwiaty z niebieskawym odcieniem przypominają trochę tutejsze osty, ale sama zobaczysz, że... - Staszek urwał, widząc rozbawioną minę Marcjanny, i sam też szeroko się uśmiechnął. - Tak, wiem, nie o to pytałaś, ale tak już mam.

Był botanikiem i zawsze najpierw mówił o roślinach. Marcjanna mogłaby go słuchać godzinami, ale teraz rzeczywiście wolała, żeby zamiast o nich opowiadał jej o Bałtyku. Oparła głowę o jego ramię, kiedy zaczął mówić o bezkresnym morzu wcinającym się w ląd szerokimi, miękkimi językami wody, o rybackich domkach i pensjonatach dla turystów. Zastygła w bezruchu i z delikatnym uśmiechem na ustach spojrzała przed siebie na rysującą się w oddali rzekę Solinkę. To była jedyna wielka woda, jaką dotąd znała. Morze Bałtyckie wydawało się tak odległe, jakby znajdowało się na końcu świata. Z każdego miejsca było tam bliżej niż z położonej u progu Bieszczad Wołkowyi. Miejscowi powtarzali, że stąd wszędzie jest daleko, za to tutaj tylko oni mają blisko. Była to typowa wieś pogranicza, w której żywioły polski i ukraiński mieszały się ze sobą, tworząc trudny do rozwikłania splot. Zarówno teraz, jak i w piętnastym wieku, na kiedy datowano powstanie Wołkowyi, jej nazwę tłumaczono jako miejsce położone z dala od ludzkich osad. Tam, gdzie wyją wilki.

Ze wzgórza, na którym siedzieli, rzeka Solinka była dobrze widoczna i dość szeroka. Jej źródła znajdowały się na południowych stokach Rosochy w Bieszczadach Zachodnich. Kiedy patrzyło się na nią z pagórka, przypominała burą wstążkę wijącą się zgrabnie pośród zielonego aksamitu traw. Gdyby wejść nieco wyżej, na horyzoncie dałoby się też dostrzec inną rzekę: San spływał gwałtownie, serpentyną oplatając jeden z pagórków. Zwłaszcza po intensywniejszych opadach pędził jak szalony, odbijając się od kamienistego podłoża.

Marcjanna tu się urodziła i wychowała. Spędziła w Wołkowyi całe swoje dotychczasowe życie. Znała każde drzewo i każdą ścieżkę wydeptywaną wciąż od nowa po wiosennych roztopach. Potrafiła po ciemku przejść z jednego końca wioski na drugi. Kłaniała się prawie każdemu. Nieobce były jej miejscowe przesądy i pradawne duchy chroniące granice lasów, pastwisk, łąk i rzek. Doskonale poznała też biedę i ciężką pracę, których wszyscy mieli tu pod dostatkiem. Czuła się tu dobrze, nawet jeśli większość przyjezdnych nie miała wątpliwości, że to kraniec świata. Dziki, zielony i zapomniany. Dla niej wszystko było tu bezpiecznie znajome i swojskie. Mimo to cieszyła ją perspektywa zbliżającej się wielkimi krokami przeprowadzki do Warszawy, bo tam był on - jej ukochany Staszek.

Byli małżeństwem od dwóch tygodni. Wzięli ślub w małym murowanym kościółku w Wołkowyi, którego wieżę również było widać ze wzgórza. Był skromny, wzniesiony blisko sto lat wcześniej, ale dla miejscowych stanowił prawdziwy skarb. Znajdowały się w nim stare organy, których mogły dotykać tylko dwie osoby - pan Lucjan, stary organista, który znał je całe życie, i Bohdan, młodszy o rok brat Staszka, który brał u niego lekcje gry na organach, a ostatecznie miał go zastąpić na posadzie lokalnego organisty. To właśnie Bohdan zagrał na ich ślubie najpiękniejsze Ave Maria, jakie Marcjanna mogła sobie wyobrazić. Włożył w to całe serce i zagrał tylko dla nich, tak jakby cały świat na chwilę przestał istnieć. Do dziś na samo wspomnienie nostalgicznych dźwięków, które rezonowały, odbijając się od starych murów kościoła, na przedramionach dziewczyny pojawiała się gęsia skórka.

Wszyscy troje, Marcjanna, Staszek i Bohdan, znali się niemal od zawsze. Marcjanna mieszkała na skraju Wołkowyi, a dwaj bracia w położonym niecałe dziesięć kilometrów na północ Myczkowie. Dom ich dziadków znajdował się w sąsiedztwie domu Marcjanny, dlatego bracia często tu bywali. Latem w zasadzie mieszkali w Wołkowyi. Od dziecięcej relacji, opartej w dużej mierze na niewinnym dokuczaniu sobie, przekomarzaniu się, ciągnięciu Marcjanny za warkocz, za co odwdzięczała się podobnymi psikusami, przeszli do bardziej dojrzałej przyjaźni.

Mając trzynaście lat, Staszek w tajemnicy przed Bohdanem ukręcił z łodyżek stokrotek niekształtny, ale nadspodziewanie solidny pierścionek. Biorąc na świadków jedynie życzliwe ludziom majki z bieszczadzkich podań - urodziwe dziewczęta o czarnych, długich włosach, mieszkające w lesie - wsunął go na palec dziesięcioletniej wówczas Marcjanny, kiedy byli sami. Oznajmił przy tym butnie: "Od teraz jesteś moją żoną. Każdą hecę, jaką wymyślisz, musisz najpierw konsultować ze mną, nie z Bohdanem lub kimkolwiek innym". Mieli oboje dokładnie zapamiętać te słowa i swoje pierwsze, potajemne zaślubiny.

Później wielokrotnie zaśmiewali się na wspomnienie tamtej chwili, zwłaszcza że Marcjanna nie była potulną dziewczynką, którą ktokolwiek mógł sobie łatwo podporządkować. Do zasady wymyślonej przez Staszka stosowała się tylko wtedy, kiedy jej to pasowało. Bohdanowi nie podobał się ten układ. Pobił się o to ze Staszkiem, który w efekcie tej bójki skończył z siniakiem pod okiem mieniącym się przez wiele kolejnych dni kolorami tęczy. Bohdan z kolei, wepchnięty przez Staszka w pokrzywy, wrzeszczał wniebogłosy, cały poparzony. Na dokładkę obaj zebrali burę od ojca. Mimo to Staszek nie ustąpił. Po latach wszyscy troje zgodnie twierdzili, że już wtedy zaczął walczyć o Marcjannę jak lew, zaś młodszemu z braci pozostawało tylko wyśpiewanie im szczęścia podczas mszy ślubnej.

Latem Staszek regularnie pomagał Marcjannie przy zbiorach malin, których plantacja stanowiła istotną część gospodarstwa jej rodziców. Po pracy w ciepłe wieczory siadali przy ognisku i przy pieczonych ziemniakach chłopak opowiadał jej o życiu innym niż to bieszczadzkie... Takim, które czekało daleko stąd.

W którymś momencie pojawiło się pomiędzy nimi zauroczenie. Prześlizgnęło się do ich serc pomiędzy jednym zwykłym dniem a kolejnym. Wreszcie rozwinęła się miłość. Przyszła do nich naturalnie, a mimo to zalała ich serca tak gwałtownie, że kiedy Staszek tulił do siebie dziewczynę i obiecywał, że już zawsze będą razem, Marcjannie brakowało słów, by wyrazić, jak bardzo go kocha.

- Zapewniam cię, że będziesz trochę tęsknić za tym wszystkim - powiedział teraz, podążając za spojrzeniem dziewczyny w kierunku rzeki, która w lipcowym słońcu skrzyła się w oddali tysiącem drobnych blasków.

- Mam już dość tęsknienia - stwierdziła. - A najbardziej mam dość tęsknienia za tobą.

- Nie znam żadnej innej dziewczyny, która zniosłaby tyle rozstań i tak długo czekałaby na swojego mężczyznę - zauważył Staszek.

- Mam nadzieję, że nie znasz.

Marcjanna zachichotała, po czym przywarła ustami do jego miękkich warg, nie zważając na to, czy ktoś nie nadejdzie. W końcu teraz byli już małżeństwem. Mogli się całować do utraty tchu.