ROZDZIAŁ 1
czyli o czym myślimy, kiedy mówimy o kryzysie
"Nastąpił koniec pewnej epoki" - przeczytałam w serwisach informacyjnych i w mediach społecznościowych, gdy zmarła najdłużej panująca brytyjska królowa.
Rzeczywiście wygląda na to, że świat się kończy. Taki Johnny Lydon, jeszcze jako Rotten, czyli Zgniłek, wokalista punkowej grupy Sex Pistols, w 1976 roku przedrzeźniał hymn brytyjski, wykrzykując: "Boże, chroń królową i jej faszystowski reżim". A teraz swój wpis na Twitterze - "Spoczywaj w pokoju, królowo Elżbieto II" - uzupełnił o oryginalny wers z brytyjskiego hymnu: "Send her victorious" - ześlij ją zwycięską. Natomiast wielokrotnie oskarżany o satanizm Ozzy Osbourne z Black Sabbath przeszedł sam siebie, dzieląc się wyznaniem: "Opłakuję wraz z moim krajem odejście naszej największej Królowej. Z ciężkim sercem oznajmiam, że myśl o Anglii bez królowej Elżbiety II jest druzgocąca".
No, ale to w końcu tylko anegdoty. A chodzi przecież o sprawy znacznie poważniejsze, prawda?
Mam wrażenie, że co chwila jesteśmy świadkami końca jakiejś epoki. ONZ opublikowało niedawno raport pt. Niepewne czasy, niespokojne życie, który zaczyna się tak: "Żyjemy w świecie pełnym zmartwień...
...trudno zaprzeczyć.
...trwająca pandemia COVID-19, choć cofnęła w rozwoju społecznym już niemal każdy kraj świata, nadal w nieprzewidywalny sposób zasypuje nas kolejnymi wariantami. Wojna w Ukrainie i innych miejscach wywołuje coraz więcej cierpienia. Rekordowe temperatury, pożary, burze i powodzie to alarm dla naszej planety. Wspólnie wszystko to napędza kryzys, który odczuwany jest na całym świecie i buduje nam obraz niepewnych czasów i wyjątkowo niespokojnego życia". Dodajmy do tego ostatnie wydarzenia na Bliskim Wschodzie. To jest kontekst, w jakim mamy rozmawiać o kryzysie totalnym. Niektórzy nazywają go polikryzysem, czy też wielokryzysem.
Właściwie cały XX wiek i spora część XXI wieku tak się ułożyły, że ludzie z naszego kręgu kulturowego mogliby powiedzieć, że w pewnym sensie kryzys nigdy się nie kończył. Nawet dość długi okres dostatku i pokoju po II wojnie światowej w Europie i Ameryce trudno nazwać czasem arkadii. Ale pamiętam też słowa Czesława Miłosza, który powiedział kiedyś, że jak jest już tak udręczony sobą i marną kondycją świata, to przypomina mu się pewna notatka z Encyklopedii Britannica mówiąca o tym, że w jakiejś chińskiej prowincji między V a VII wiekiem naszej ery panowały zamieszki. I że jego to jakoś uspokaja.
W jakim sensie uspokaja?
Przypuszczalnie w takim, że kryzys wbrew temu, co nam się często wydaje, nie jest czymś wyjątkowym. Nie przydarza się tylko nam, a dodatkowo może trwać bardzo, bardzo długo - nawet dwieście lat, jak w tej chińskiej prowincji wieki temu. Nic nowego pod słońcem. To, że zwykle jest ciężko i raczej nam się nie udaje, niż udaje, jest intuicją, do której ludzie doszli dość szybko. W jednej z najbardziej wnikliwych ksiąg Starego Testamentu, Księdze Koheleta, lejtmotywem jest fraza mówiąca, że wszystko to marność nad marnościami, pogoń za wiatrem i udręczenie ducha. Wiele więc wskazuje na to, że kryzys jest raczej permanentnym stanem ludzkiej kondycji.
Mam przyjaciółkę, artystkę, fotografkę, malarkę, a od niedawna również pisarkę, która z racji swojej odbiegającej od statystycznej normy konstytucji psychicznej ma dość unikalny umysł. Patrzy na świat bardzo świeżo, wnikliwie, a że do tego jest diablo inteligentna, to zadaje pytania, które my chyba zadajemy rzadziej. I ona któregoś razu powiedziała tak: "Wiesz co, to jest strasznie dziwne i niesprawiedliwe, że człowiek jakiś czas po tym, jak był niemowlęciem, przebudza się i nagle uświadamia sobie, że znajduje się pomiędzy narodzinami a przed śmiercią. I że nikt z nami tego nie uzgadniał, że my się tu w ogóle pojawimy. Nie pytano nas o zdanie. Nie dano nam żadnego wyboru. A my jesteśmy w sytuacji, kiedy musimy sobie ten czas, który nam pozostał, nie wiadomo, jak długi, jakoś zagospodarować. I jedyne, co wiemy, czego jesteśmy pewni, to to, że umrzemy".
Jesteśmy bytem ku śmierci - Sein zum Tode - dopowiedziałby spoza grobu Martin Heidegger. Chociaż na co dzień raczej o tym nie myślimy. Oczywiście są systemy, takie jak choćby przepisy japońskiego kodeksu Bushido, które nakazują samurajowi codziennie o śmierci myśleć. Żyć niejako w jej cieniu, czy też może w jej oświetleniu. Generalnie jednak zapominamy, że krok po kroku, oddech za oddechem, dzień za dniem, zbliżamy się do nieuchronnego końca. Żyjąc - tracimy życie. Wybitny węgierski pisarz, laureat Nagrody Nobla Imre Kertész wyraził ten paradoks naszej egzystencji jeszcze ostrzej, mówiąc, że "kochamy rodziców, bo dali nam życie, nienawidzimy ich, bo skazali nas na śmierć".
I to jest, powiedziałbym, podstawowe i nieusuwalne źródło naszego kryzysu.
Zapominamy o tym, ale to i tak w nas jest i puka od spodu?
Właśnie. Jakby spytać różnych ludzi o ich stosunek do śmierci, to większość pewnie odpowiedziałaby: "a mnie to jest teraz obojętne", "po co mam się nad tym zastanawiać?", "będzie, co będzie". Ale to nie znika. Co więcej, sam tylko fakt, że nasza egzystencja dobiegnie końca, nie musi być źródłem największego niepokoju.
A co jeszcze może nim być?
Na budynku kurii krakowskiej pojawiło się swego czasu graffiti, którego wnikliwa treść bardzo do mnie przemówiła: "Nie boję się śmierci, tylko umierania". Objawia ona taką mianowicie prawdę, że pomijając śmierci "nagłe i niespodziewane", żyjemy z perspektywą stałego pogarszania się naszego funkcjonowania, bycia więźniem coraz mniej sprawnego ciała, a wreszcie pogrążania się w niedołężności, chorobach wieku podeszłego, bólu i cierpieniu. W tym kontekście nie zaskakuje znana myśl, że każdy nasz lęk jest tak naprawdę zakamuflowanym lękiem przed śmiercią. I przed umieraniem.
Podobnie myśli chociażby znany amerykański psychoterapeuta egzystencjalny Irvin D. Yalom. Pisze o tym w książce Patrząc w słońce. Jak sobie radzić z przerażeniem śmiercią.
Przy czym jest to dość fascynujący rodzaj lęku, bo przecież tak naprawdę nie wiemy, czego się boimy.
Gdy wiele lat temu naiwnie spytałem profesora Tomasza Polaka, a wówczas jeszcze księdza profesora Tomasza Węcławskiego: jak ksiądz sądzi, na czym ta śmierć może polegać? Jak będziemy ją przeżywali? - odpowiedział sarkastycznie: Ależ drogi panie, śmierć to jest coś, czego się właśnie nie przeżywa.
Czyli mamy pierwszą myśl - kryzys jest stałą i nieusuwalną częścią naszej kondycji, tylko to ukrywamy, sami przed sobą.
Bo życie z tą myślą na co dzień byłoby nie do zniesienia.
Zgadzam się.
Ale czasami kryzys przejawia się i tak, że czterdziesto- albo pięćdziesięcioparoletni mężczyzna zakłada porwane dżinsy, kupuje nowy, wypasiony samochód i wiąże się z dużo młodszą partnerką. Albo 40-, 50-letnia kobieta rzuca wysokie stanowisko i rusza z plecakiem na Wschód. O takich woltach w połowie życia mówi się pobłażliwie, że to "kryzys wieku średniego", "odbiło mu/jej, przejdzie". Trochę stereotyp, trochę żart...
...a pani, jak rozumiem, chciałaby, żebyśmy i ten kryzys potraktowali na poważnie?
Chciałabym.
To może zacząłbym od ważnej rzeczy, którą zauważył izraelski historyk Yuval Harari. Bo on trafnie pokazuje, że człowiek w przeciwieństwie do innych zwierząt ma do dyspozycji jakby dodatkowy "kosmos". Ma swój świat wewnętrzny, subiektywny, ma dostęp do świata zewnętrznego, fizycznego, tego wszystkiego, co go otacza, ale w pewnych sytuacjach najważniejszy jest dla niego trzeci świat - intersubiektywny. To świat, w którym znajdują się wszystkie te rzeczy, których nie można dotknąć, które nie istnieją w sposób obiektywny, a w które ludzie wierzą. I postępują tak, jakby były one prawdziwe.
Co jest w tym świecie na przykład?
Różne ideologie, mity, religie, ale też takie pojęcia jak kapitalizm, pieniądz. Przecież - jak się zastanowić - 100 złotych to jest tylko kawałek papieru.
Dlaczego o tym mówię? Dlatego że dla jednych kryzys wieku średniego rzeczywiście będzie żartem, wybrykiem, zresztą z zewnątrz to często przybiera formę zachowań groteskowych, czasem rozczulających, a czasem wkurzających, ale dla innych będzie niezwykle głębokim doznaniem, czymś ostatecznym. Niezależnie, czy przeżyją go, mając lat trzydzieści parę, czterdzieści parę czy pięćdziesiąt. Bo kryzys wieku średniego to określenie umowne, nie musi dotknąć człowieka dokładnie w połowie życia.
Jak by pan ten kryzys nazwał inaczej?
Wglądem? To jest taki moment, w którym człowiek zaczyna rozumieć pewne rzeczy, których wcześniej nie rozumiał.
Temat jest na tyle poważny, że podchodziłbym do niego jak Komancze pod wrogi obóz: bardzo cicho, na paluszkach, wielkimi kołami, z założeniem, że i tak nie dojdziemy do prawdy, bo rozmawiamy o czymś, co istnieje właściwie poza językiem, co jest bardzo intymne. To sytuacja graniczna, jak by powiedział niemiecki psychiatra i filozof Karl Jaspers.
Spróbujmy chociaż jak ci Komancze.
Najpierw człowiek budzi się jako pewne "ja": zaczyna poszukiwać tożsamości, swojego miejsca na ziemi. Patrzy na siebie i myśli, jaki chciałby być, czego pragnie, co mu się podoba, co nie. Jedni się budzą, mając lat 15, inni - 20, inni - pięć, jak Mozart, który już w tym wieku wiedział, po co jest na świecie. A jeszcze inni do końca życia tego nie wiedzą.
Przyjmijmy, że w większości przypadków to budzenie się ma miejsce, kiedy człowiek ma naście lat i powoli staje się młodym dorosłym.
No więc w naszej zachodniej, indywidualistycznej kulturze ten nastolatek, który planuje, że zostanie wielkim konstruktorem iPhone'ów najnowszej generacji, czy ta nastolatka, która myśli, że będzie wspaniałą offową poetką, a jej życie potoczy się zupełnie inaczej niż życie jej rodziców, mają taki rzadko zauważany podwójny "dopał". Po pierwsze, uważają, że są nieśmiertelni. To znaczy wiedzą, że ludzie generalnie umierają, ale dla nich to jest kompletna abstrakcja. Po drugie, wyobrażają sobie, że mogą się stać, kim zechcą. Oczywiście dla wielu może to być źródłem różnych lęków, obaw, może być krępujące, ale powiedzmy, że to tylko ubarwia cały ten proces. W każdym razie obydwie te rzeczy są iluzją, choć konieczną, bo gdyby człowiek od początku zdawał sobie sprawę, że to są iluzje, toby się od razu położył, owinął prześcieradłem i poczołgał w stronę cmentarza.
Młody człowiek wchodzi więc w dorosłe życie tak jakby z czystą, białą kartką, no a potem wszystko się dopiero zaczyna.
Wszystko, czyli co?
Proces, który totalnie dekonstruuje te iluzje.
Gdyby ktoś spytał, co jest dla mnie najlepszą metaforą życia, tobym powiedział, że przypomina mi ono poruszanie się po ogromnym lejku. Na początku tej umownej dorosłości znajdujesz się na samej górze, na zewnętrznej krawędzi tego lejka, gdzie masz potężny obszar do spenetrowania i bardzo szeroki horyzont, ale w miarę upływu czasu, z każdym kolejnym ruchem, schodzisz coraz niżej, kręgi, które zataczasz, robią się coraz węższe, coraz mniej widzisz i coraz bliżej jesteś wylotu, który prowadzi przez długą i wąską rurę gdzieś na zewnątrz, czyli do śmierci.
Gdyby miał pan umiejscowić na tym lejku kryzys wieku średniego, to gdzie by się on znalazł?
To jest moment, tuż zanim wpadniesz w ten tunel.
Kanadyjski psychoanalityk z lat 60. ubiegłego wieku Elliott Jacques, któremu przypisuje się autorstwo terminu "kryzys wieku średniego", choć wiadomo, że te doświadczenia opisywali przed nim inni, naszkicował to tak: do połowy życia człowiek wspina się na szczyt, ten szczyt go motywuje, a on wyobraża sobie, że jak tam dojdzie, to nie wiadomo, co się wydarzy. W końcu staje na górze i widzi, że droga dalej prowadzi już tylko w dół i nagle się kończy.
To jest genialny obraz. Przy czym paradoksalnie on się wcale nie różni od tego z lejkiem. Oba opowiadają o tym, że kryzys wieku średniego to jest moment, w którym ty, mając często sporo umiejętności, wiele rzeczy już zrealizowanych, dostrzegasz, że jesteś ograniczona. Te ograniczenia są różnego rodzaju i nie da się ich określić jednym słowem czy tweetem. Gdybyśmy jednak chcieli to zrobić dość brutalnie, to można powiedzieć tak: nagle zdajesz sobie sprawę, że umrzesz. I nie jest to już abstrakcja.
Zmieścił się pan w 280 znakach.
Z tym że tu chodzi o coś więcej niż o świadomość własnej śmiertelności. Mówiąc po platońsku, nagle uprzytamniasz sobie, że znajdujesz się w więzieniu. To więzienie stanowi twoje ciało, twój umysł, twoja przeszłość, twój charakter, temperament. Wszystko, co dla 17-latki było okazją, teraz staje się kratami. Ty już wiesz, co możesz, czego nie, i zaczynasz odczuwać bolesny, przyprawiający wręcz o panikę dysonans, rozziew pomiędzy swoimi pragnieniami i możliwościami a tym, co rzeczywiście zrobiłaś. I zdajesz sobie sprawę z tego, że pewnych rzeczy już nie zrobisz nigdy.
Pewne drzwi już się zamknęły, jak to się mówi.
Właśnie. Myśl, która budzi moją największą grozę, a która często się w tym momencie pojawia, brzmi tak: "To tylko tyle". Nie ma nic więcej.
Oczywiście to "to tylko tyle" może dotykać różnych rzeczy. Może dotknąć twojego rozumienia samej siebie: "Nie będę inna. I muszę się z tym pogodzić". Może dotknąć twoich osiągnięć: "Nie napiszę powieści, o jakiej marzyłem, żebym nie wiem, jak się wysilił, bo muszę spłacać kredyt i zasuwać na to w korpo", albo, co gorsza, "Brak mi do tego wystarczających zdolności", "Nie pojadę w podróż dookoła świata, bo mam chorą matkę, którą chcę się zająć".
Jesteś jak ten Guliwer przygwożdżony do ziemi przez Liliputów ogromną liczbą nitek. Każdą z osobna może stosunkowo łatwo dałoby się zerwać, ale są ich dziesiątki, setki.
Zaczynasz też rozumieć różne mechanizmy, którymi rządzi się świat, że na przykład to, co robisz, jest dobre, ale nie dostaniesz nagrody czy uznania, o jakim marzysz, bo dają tylko tym ze "środowiska" itp.
Poza myślą "to tylko tyle" pojawiają się też myśli "a co by było, gdyby...". Pisarka Hilary Mantel powiedziała, że w połowie życia często przelatują nam przez głowę różne niezrealizowane scenariusze: mężczyzna czy kobieta, z którymi mogliśmy się związać, inne studia, inna praca. Wracają duchy przeszłości.
To jest właśnie ten moment. Kiedy miałeś 18 czy 20 lat, wydawało ci się, że możesz być z tym, z tamtą, w tym mieście, w innym, wędrować po dżungli amazońskiej, odkrywać nowe gatunki motyli, tworzyć arcydzieła, budować imperia. Tymczasem jest, jak jest. Psychologowie ewolucyjni, z którymi się można nie zgadzać, ale których nie warto ignorować, widzą to bardzo prosto: biletem ewolucji nie jest twoje szczęście, tylko DNA. Ewolucji nie obchodzi, czy jest ci fajnie, czy się zrealizujesz, ją obchodzi jedynie to, czy wydasz potomstwo. I możesz sobie w pewnym momencie uświadomić, na przykład właśnie w wieku lat czterdziestu paru, mając męża i dzieci czy żonę i dzieci, że tak naprawdę jesteś singielką czy singlem z przekonania i że wolałabyś/wolałbyś żyć inaczej. Ale jesteś już uwikłana/uwikłany w relacje i niewiele możesz zrobić.
Niektórzy się porywają na różne życiowe rewolucje.
Oczywiście można to wszystko rzucić w cholerę, ale to już nie będzie to samo. Człowiek nie może się zresetować. Wymazać tych zobowiązań, zignorować uczuć, które w konsekwencji się pojawią, na przykład poczucia winy. To jest właśnie ten rodzaj zdefiniowania, który się boleśnie odsłania.
Rozumiem, że reakcje na ten kryzys mogą być różne. Jedni będą się powoli godzić z tym, jak jest, inni - walczyć.
One będą zależeć od tego, co ludzie uważają za wartość czy też w jakim intersubiektywnym świecie żyją, jak by powiedział Harari.
Jedni się załamią, popadną w depresję, inni podwoją wysiłki i zaczną wyznaczać sobie jeszcze więcej celów. "Nagrałem dziesięć płyt, to nagram jeszcze dwadzieścia", "Zarobiłem milion, to zarobię jeszcze dwa". Jeszcze inni ten moment przekroczą i zaczną robić coś zupełnie nowego. Na przykład taki Mark Hollis, główny animator grupy Talk Talk. Zaczynali jako zespół synthpopowy, nagrali sporo przebojów, które sprzedawały się w milionach egzemplarzy. Ale w pewnym momencie Hollis zamknął się z zespołem na całe miesiące w katedrze, gdzie stworzyli wybitne, antykomercyjne, medytacyjne dzieło, wyznaczając nowy gatunek w muzyce (post rock), a po nagraniu jeszcze dwóch płyt oświadczył, że odchodzi, bo zespół uniemożliwia mu bycie z rodziną, dziećmi.
Są tacy, którzy próbują wyszarpać tę młodość siłą, zaprzeczyć upływowi czasu, ci od szybkich samochodów, operacji plastycznych, szalonych romansów.
Próbują wejść z powrotem na górę tego lejka, ale komu oceniać, czy to jest dobre, czy złe? Czy to akt rozpaczy, czy raczej akt człowieczeństwa? Każdy radzi sobie z lękiem przed nicością, a czasem wręcz z paniką egzystencjalną, jak potrafi.
Niektórzy na stwierdzenie "to tylko tyle" odpowiedzą jak Madonna: "A ja się nie zgadzam, chcę więcej", "I need more". Wstrzykną sobie botoks tu i tam, będą farbować włosy i skórę jak niegdyś Berlusconi, jeździć na złamanie karku, wezmą sobie dwie kochanki i kochanka, żeby tylko zaprzeczyć tej świadomości, że są skończeni i samotni, bo to jest istota tego stanu.
Jeszcze inaczej będą reagować na ten kryzys osoby, które wierzą w to, że "jesteśmy na tej ziemi tylko na krótką chwilę" - jak pisał dawno temu pewien aztecki poeta - i że tak naprawdę to życie jest przygotowaniem do innego, pełniejszego, lepszego. Wierzący muzułmanin, żyd, buddysta czy "dziki" wiedzą, że to rozdanie, któremu podlegają, jest być może uciążliwe, trudne, ale jest rozdaniem sensownym i sprawiedliwym, bo jest zamierzone i kontrolowane przez rozumnego, miłującego Boga albo wynika z ich poprzednich czynów.
Chce pan powiedzieć, że ludziom wierzącym łatwiej jest przejść przez kryzys wieku średniego?
Może nawet przez każdy kryzys. Dlatego że oni mają aplikację, która się nazywa: "To jeszcze nie koniec. Masz kolejną szansę, kolejne życie". Istota rzeczywistości w tym religijnym czy też kreacjonistycznym światopoglądzie jest w gruncie rzeczy optymistyczna, bo zakłada, że kosmos jest niejako spiskiem na twoją korzyść. Natomiast druga wizja, nazwijmy ją darwinistyczną czy ewolucjonistyczną, czyli wizja świata bez Boga, czy też bez jakiejś siły wyższej, jest masakrująca: nie ma celu, nikt świata nie stworzył, nie ma żadnego kontrolera tego wszystkiego. Jak by powiedział Sartre: życie to absurd, piekło to inni. Radź sobie sam.
Natomiast, jak pisał Miłosz w Ziemi Ulro, żyjemy dziś w cywilizacji, w której istnieje silne napięcie między tymi dwiema wizjami człowieczeństwa. Można powiedzieć, że jesteśmy takimi rozkraczonymi na wpół kreacjonistami, na wpół ewolucjonistami. I wielu z nas, może poza Richardem Dawkinsem, teoretykiem ewolucji biologicznej i zdeklarowanym krytykiem kreacjonizmu i jemu podobnymi, tego rozdarcia doświadcza. Nawet osoby niewierzące potrzebują nadać swojemu życiu jakiś sens, osadzić je w kontekście, który będzie lepszy od tego, czego doświadczają na co dzień. Bo umówmy się, że większość ani nie zdobywa dwóch Nobli jak Maria Skłodowska-Curie, ani nie opływa w dostatki. 1 procent opływa w dostatki.
[...]