TO BYŁ RUCH, którego chłopiec już nie był w stanie wykonać. Nie mógł
sobie przypomnieć, kiedy nastąpiło pogorszenie. Teraz ten ruch był jak
cień.
Zrozumiał. Próbował podejść do południowej ściany, ale ruch był raczej
kierunkiem w jego głowie. A kiedy uniósł podbródek, żeby spojrzeć w stronę, z której dźwięk...
Znów poczuł zimno wzdłuż pleców, między łopatkami i poniżej zrobiło się
bardzo zimno, potem ciepło. Pośliznął się na podłodze i upadł, uderzając
się w biodro. Ślizgał się po podłodze. Jego ciało nie miało się na czym
zatrzymać.
Słyszał głos.
Jest we mnie głos, który mnie woła. To ja nim jestem, pomyślał.
Rozumiem. Teraz odsunę się od ściany, a jeśli zrobię to ostrożnie i po
cichu, nic mi się nie stanie.
Mamo. Mamo!
Brzęczący dźwięk, jak podczas pauzy, kiedy przed oczami nic się nie
dzieje. Nie mógł się od tego dźwięku uwolnić. Nie wiedział, co to jest.
Odejdź.
Odejdź stąd.
Rozumiem. Znów czuję chłód i patrzę w dół na swoją nogę, ale nie wiem,
która to jest. Widzę ją. W pokoju jest jasno. Przedtem tak nie było, ale
kiedy zrobiło się zimno, zapaliło się światło, i to tak jasne, że za
oknem zrobiła się noc.
Słyszę samochód, ale on odjeżdża. Nic się tu nie zatrzymuje.
Odejdź ode mnie. Odejdź!
Jeszcze był w stanie się sobą zająć, a gdyby został sam, mógłby chodzić
po pokoju i dojść do drzwi. Tamtędy wszedł, a mężczyzna wyszedł jeszcze
raz, żeby przynieść rzeczy, wrócił i zamknął drzwi, a potem zapadła noc.
Ciągle słyszał muzykę, ale nie mogła wychodzić z niego, ze środka.
Puszczali Morrisseya. Wiedział, że tytuł płyty pochodzi od nazwy
dzielnicy miasta po tej stronie rzeki.
To nie było daleko stąd. Wiedział dużo takich rzeczy. To był jeden z powodów.
Znów usłyszał muzykę, nieco głośniej. Nie było już słychać brzęczenia.
Światło się nie zmieniło. Powinno go boleć w środku, w ciele.
Nie czuję, żeby mnie to bolało, pomyślał. Nie jestem zmęczony. Mogę
odejść, jeśli tylko uda mi się stanąć na nogi. Spróbuję coś powiedzieć.
Minęła chwila. To tak jak przy zasypianiu nagle coś wyrywa człowieka ze
snu, jakby wydobywał się z głębokiej otchłani. Tylko to jest ważne.
Potem się boi, nie może znowu zasnąć. I kiedy tak leży, prawie nie może
się ruszyć, właśnie wtedy. Chce się ruszyć, ale to niemożliwe.
Potem już nie myślał za dużo. Jakby wszystko, co przewodzi impulsy
myślowe, kable i przewody, zostało przecięte, a myśli wyciekły przez
nacięcia i rozbiegły się bezładnie po głowie, a krótką chwilę później
wypłynęły wraz z krwią.
Wiem, że to krew, i to moja. Rozumiem. Już nie jest mi tak zimno, może
to się skończyło. Myślę o tym, co będzie dalej.
Wiem, że się podniosłem, z jednym kolanem w górze, drugim opartym o podłogę. Patrzę prosto w światło i tak odsuwam swoje ciało pod ścianę, w cień.
A równocześnie czuję, że coś się zbliża z boku, a ja się od tego
odsuwam. Może mi się uda.
Spróbował dostać się do schronienia, które gdzieś tam na niego czekało.
Tymczasem muzyka rozbrzmiewała głośniej. Wokół niego wszystko się
ruszało, w różne strony, upadał, był dźwigany, czuł, że coś unosi go w górę i na boki. Widział, jak sufit i ściany suną ku niemu. Nie umiał
powiedzieć, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. Potem nie było już
muzyki.
Ostatnia nić trzymająca myśli razem pękła. Zastąpiły ją marzenia i resztki wspomnień, które zabrał ze sobą, kiedy wszystko się skończyło i zapadła cisza. Potem rozległy się kroki. Oddalały się od miejsca, gdzie
siedział, opierając się szczupłym ciałem o krzesło.
Rozdział 1
1
TO BYŁ ROK, który nie chciał odpuścić. Kręcił się wkoło, kąsał własny
ogon jak jakiś piekielny wściekły pies. Tygodnie i miesiące były dwa
razy dłuższe.
Z tego miejsca, gdzie Erik Winter stał, wyglądało to tak, jakby trumna
unosiła się w powietrzu. Słońce wdzierało się przez okno po lewej
stronie i światło przenosiło trumnę z katafalku na kamienie posadzki.
Wszystko było tylko prostokątem światła, tylko tyle widział.
Słyszał psalmy o śmierci, ale nie poruszał wargami. Otaczał go krąg
ciszy. To nie była obcość. Nie była to też jakaś szczególna żałoba,
przynajmniej nie od razu. To było inne uczucie. Wiązało się z samotnością i tą przestrzenią, która powstaje, kiedy dłoń rozluźni
chwyt.
Nie ma już ciepła, które pochodzi od krwi, pomyślał. Jakby droga
powrotna zarosła.
Erik Winter wstał wraz z innymi, wyszedł z kościoła i odprowadził trumnę
na cmentarz. Kiedy na drewniane wieko spadła ziemia i wszystko się
skończyło, stał przez chwilę nieruchomo, aż poczuł na twarzy zimowe
słońce. Było jak dłoń zanurzona w letniej wodzie.
Szedł powoli ulicami biegnącymi na zachód, do przystani promowej. Teraz,
kiedy w ciele człowieka skończyła się wojna, spoczywa wreszcie w spokoju. Wszystko jest historią, a ja zaczynam czuć wielki smutek.
Najchętniej przez jakiś czas robiłbym wielkie nic. A potem chciałbym
wyplewić chwasty ze ścieżek przyszłości, pomyślał i posłał coś w rodzaju
uśmiechu w stronę nisko wiszącego nieba.
Wszedł na prom. Wspiął się po schodach i stanął na pokładzie
samochodowym. Wjeżdżały nań samochody pokryte czarnym śniegiem. Panował
tu piekielny hałas, musiał zasłonić dłonią lewe ucho. Kiedy trumnę
składano do grobu, zdjął skórkowe rękawiczki, ale teraz znów je włożył.
Było zimniej niż kiedykolwiek przedtem.
Stał samotnie na pokładzie. Prom powoli odbijał od wyspy. Kiedy mijali
niewielki falochron, Winter pomyślał przelotnie o śmierci, o tym, że
życie toczy się dalej, jeszcze długo po tym, jak straci sens. Ruchy są
te same, ale sensu brakuje.
Stał tak, aż domy za rufą stały się tak małe, że mógłby je zmieścić w dłoni.
W niewielkim barze siedzieli ludzie. Towarzystwo na prawo sprawiało
wrażenie, jakby chciało zaraz wybuchnąć pieśnią o wolności, ale tylko
przeniosło się pod wielkie okna.
Winter na razie nic nie pił. Siedział pochylony nad stołem i czekał, aż
psalmy w jego głowie ucichną. Potem zamówił filiżankę kawy. Jakiś
mężczyzna dosiadł się do niego. Winter wyprostował się na całą długość.
- Czy mogę panu postawić kawę? - zapytał.
- Oczywiście - odparł mężczyzna.
Winter dał znak w stronę kontuaru.
- Chyba trzeba samemu przynieść - powiedział mężczyzna.
- Nie. Ona przychodzi.
Kobieta bez słowa przyjęła zamówienie. W przytłumionym świetle słońca
jej twarz wydawała się przezroczysta. Winter nie widział, czy patrzy na
niego, czy na wieżę kościelną we wsi, którą właśnie mijali. Zastanawiał
się, czy dźwięk dzwonów słychać po drugiej stronie albo na promie
płynącym w stronę wyspy.
- Chyba się skądś znamy - powiedział, odwracając krzesło w stronę
mężczyzny siedzącego przy stoliku.
- Też mam takie wrażenie - przyznał tamten.
Dziwnie trzyma nogi, pomyślał. Chyba niewygodnie wysokiemu człowiekowi
przy takim stoliku. Wygląda, jakby go coś bolało. To chyba nie jest wina
światła na twarzy.
- Nasze drogi krzyżowały się już co najmniej raz - stwierdził Winter.
- To prawda.
- To się nigdy nie kończy.
- Nie.
- Jest nasza kawa - powiedział Winter, przyglądając się, jak kelnerka
stawia filiżankę przed komisarzem policji kryminalnej Bertilem
Ringmarem. Znad kawy para unosiła się do twarzy Ringmara. Na wysokości
czoła rozrzedzała się i rozpływała koliście wokół głowy. Wygląda jak
anioł, pomyślał Winter.
- Co tu robisz? - zapytał.
- Płynę promem i piję kawę.
- Dlaczego zawsze tak uważamy na słowa, kiedy rozmawiamy ze sobą? -
rzucił Winter.
Bertil Ringmar upił łyk kawy.
- Myślę, że jesteśmy bardzo wyczuleni na znaczenie słów - odparł i odstawił filiżankę na blat stolika. Winter widział jego twarz odbitą w szkle do góry nogami. Tak wygląda korzystniej, pomyślał.
- Odwiedziłeś Matsa? - zapytał Ringmar.
- W pewnym sensie.
Ringmar się nie odezwał.
- On nie żyje - dodał Winter.
Bertil Ringmar chwycił filiżankę. Czuł mieszankę zimna i gorąca, ale nie
wypuścił jej z dłoni.
- To była piękna uroczystość - powiedział Winter. - Nie wiedziałem, że
miał tylu przyjaciół. Tylko jednego krewnego, ale wielu przyjaciół.
Ringmar milczał.
- Myślałem, że w kościele będą sami mężczyźni, ale było też dużo kobiet
- mówił dalej Winter. - Właściwie głównie kobiety.
Ringmar wyglądał przez okno. Patrzył na coś za plecami Wintera. Winter
zgadywał, że na wieżę kościelną.
- To potworna choroba - powiedział Ringmar i przeniósł wzrok na Wintera.
- Mogłeś zadzwonić, gdybyś chciał.
- W środku urlopu na Kanarach? Mats był moim przyjacielem, ale sam sobie
poradziłem z żałobą. Zresztą może dopiero teraz się zaczyna - stwierdził
Winter.
Siedzieli bez słowa, wsłuchując się w odgłos silników.
- Były też inne choroby - odezwał się Winter po chwili. - W końcu zabiło
go zapalenie płuc.
- Wiesz, o co mi chodzi.
- Tak.
- Już od dawna miał to cholerstwo.
- Wiem.
- Niech to szlag.
- Przez jakiś czas myślałem, że wierzy, że mu się uda.
- Powiedział ci?
- Nie. Ale domyślałem się, że przez pewien czas tak sądził. Wola może
wystarczy, kiedy wszystko inne już wysiadło. Przez kilka minut ja też w to wierzyłem.
- Aha.
- A potem wziął na siebie zbiorową winę. A potem nastąpił koniec.
- Czy nie mówiłeś kiedyś, że chciał zostać policjantem? Kiedy był młody?
- Tak mówiłem?
- Wydaje mi się, że tak.
Winter odgarnął włosy z czoła. Zatrzymał dłoń na gęstych pasmach na
karku.
- Może jak ja zaczynałem szkołę policyjną - powiedział. - Albo kiedy
wspominałem, że będę się starał.
- Może.
- To dawno temu.
- Tak.
Kadłub statku drgnął, jakby zdrzemnął się w zatoce, a teraz ktoś
zakłócił mu odpoczynek. Ludzie zaczęli zbierać wokół siebie manatki,
mocniej otulali się płaszczami przed zejściem na ląd.
- Byłby przecież mile widziany - powiedział Ringmar, spoglądając na
łokieć Wintera. Ten puścił włosy i położył dłonie na stoliku.
- Czytałem, że w Anglii szukają homoseksualnych policjantów - powiedział
Ringmar.
- Chodzi im o nowe stanowiska dla homoseksualnych policjantów czy chcą
gejów szkolić na policjantów? - zapytał Winter.
- Czy to ma jakieś znaczenie?
- Przepraszam.
- Społeczeństwo wielokulturowe jest w Anglii bardziej rozwinięte -
powiedział Ringmar. - To kultura rasistowska i seksistowska, ale
rozumieją, że potrzebują różnych ludzi, także wśród policjantów.
- Tak.
- Może i my dostaniemy jakiegoś geja?
- Myślisz, że jeszcze nie mamy?
- Takiego, który miałby odwagę się przyznać.
- Gdybym był gejem, to teraz bym się przyznał, po dzisiejszym dniu -
powiedział Winter.
- Mhm.
- Albo nawet wcześniej. Tak, chyba tak.
- Tak.
- To niedobrze trzymać się od tego na dystans. Jakby się ponosiło jakąś
cholerną zbiorową winę. Ty też ponosisz tę winę - powiedział Winter,
spoglądając na kolegę.
- Tak - zgodził się Ringmar. - Jestem winny.
Ludzie siedzący przy oknie panoramicznym znów sprawiali wrażenie, jakby
zaraz mieli wykonać piosenkę o wolności, gdyby tylko nie byli tak
obciążeni życiem. Prom minął latarnię morską. Winter wyjrzał przez okno.
- Co byś powiedział na to, żeby wyjść na pokład i powitać miasto?
- Tam jest zimno - odparł Ringmar.
- Ja chyba tego potrzebuję.
- Rozumiem.
- Naprawdę rozumiesz?
- Nie wystawiaj na próbę mojej cierpliwości, Eriku.
Szary dzień osiągnął wiek średni. Pokład samochodowy lśnił matowo jak
węgiel. Skały wokół kadłuba miały ten sam kolor co niebo. Wcale nie tak
łatwo powiedzieć, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie, pomyślał
Winter. Nagle jest się w niebie, wcale o tym nie wiedząc. Skok ze skały
i już tam jesteś.
Kiedy kulili się pod mostem, był już wieczór. Wszędzie jarzyły się
światła miasta. Boże Narodzenie minęło i śnieg tu i ówdzie zniknął.
Dotkliwe zimno utrzymywało brzydotę w bezruchu, jak na fotografii.
- Kiedy ktoś pyta, mówisz, że najohydniejszy czas w roku to koniec
stycznia, ale kiedy koniec stycznia nadchodzi, okazuje się, że nie jest
wcale gorszy niż reszta - powiedział Ringmar.
- To prawda.
- To znaczy, że albo przez cały rok jest tak cholernie obrzydliwie, albo
cały czas czujesz się jak król.
- Właśnie.
- Chciałbym być królem.
- Chyba nie jest aż tak źle?
- Dawno temu wydawało mi się przez jakiś czas, że jestem następcą tronu,
ale tak nie jest.
Winter się nie odezwał.
- To ty jesteś następcą tronu - dodał Ringmar.
Winter milczał.
- Ile masz lat? Trzydzieści siedem? Trzydziestosiedmioletni komisarz
policji kryminalnej. A może miałeś trzydzieści pięć, kiedy dostałeś to
stanowisko? Przecież to się w pale nie mieści.
Odgłosy miasta stały się wyraźniejsze.
- Wszystko w porządku, Eriku - ciągnął Ringmar. - Wszystko w porządku.
Ale gdybym sam miał jakieś nadzieje, to rozwiałyby się na tamtym
spotkaniu.
- Na jakim spotkaniu?
- Dla wszystkich, którzy chcą zajść jeszcze dalej.
- Ach tak, to - powiedział Winter.
- Ty nie musiałeś tam być.
- Tak.
Winter przyglądał się samochodom na trasie dojazdowej. Przypominały mu
wijącego się, hałaśliwego świetlistego robaka.
- Właściwie nie jestem karierowiczem - powiedział Ringmar.
- To dlaczego tak dużo o tym mówisz?
- Przepracowuję swoje rozczarowanie. To naturalne. Czasem ludzie tak
robią, nawet ci, co są zadowoleni ze swojego skromnego losu.
- Przecież jesteś komisarzem policji, do cholery.
Ringmar nie odpowiedział.
- Przecież zajmujesz ważne stanowisko, jesteś ombudsmanem - powiedział
Winter. - Nie jesteś królem, ale jesteś bohaterem - mówił dalej,
wciągając nozdrzami wieczorne powietrze. Wiatr był jak gruba sól na jego
twarzy. Prom uderzył o keję.
Rozdział 2
2
SZEDŁ ST JOHN'S HILL na wschód. Otaczały go odgłosy z Clapham Junction,
ale prawie nic nie słyszał. Pociągi są teraz większe i szybsze, ale
odgłosów wydają mniej, pomyślał.
Zaszedł do kawiarni i zamówił dzbanek herbaty. Potem usiadł przy oknie.
Słyszał głosy robotników budowlanych siedzących w kącie. Hałaśliwie
jedli śniadanie, ale nie przysłuchiwał się im. Za oknem przesuwali się
ludzie, większość w drodze na wschód, w stronę Lavender Hill i domu
towarowego. W Ardings i Hobbs zawsze jest festyn, pomyślał. Stworzyliśmy
tutaj Harrodsa dla ubogich. Po południowej stronie rzeki mieszkają
zwykli biedni ludzie.
Wszyscy na ulicy mieli zarumienione twarze. Tu, w środku, też czuć było
zimę, w zapachu odzieży, w przeciągu od otwieranych i zamykanych drzwi.
Wiatry z północy smagały południowy Londyn, a ludzie jak zawsze byli
nieprzygotowani.
Jeśli chodzi o umiejętność przygotowania się, jesteśmy najgorsi na
świecie, pomyślał. Posiadaliśmy cały świat, ale nigdy nie nauczyliśmy
się niczego o pogodzie i wietrze. Nadal uważamy, że światowa pogoda
powinna się dostosować do brytyjskiego stroju. My nigdy się nie
zmienimy. Choćbyśmy sinieli z zimna.
Komisarz policji kryminalnej Steve Macdonald spróbował się napić
herbaty, ale okazała się za mocna. Pijemy najwięcej herbaty na świecie,
a nie umiemy jej przyrządzać. Zawsze z początku jest za słaba, za mocna
na końcu, pomiędzy jest za gorąca, żeby dało się pić, a dzisiaj jestem w gównianym humorze. Właśnie w takich chwilach przychodzą te czarne myśli.
- ...a wtedy powiedziałem, że to cię będzie kosztowało piwo, ty bucu - to
jeden z budowlańców zakończył swą opowieść.
Cała kawiarnia cuchnęła tłuszczem, powietrze składało się z tłuszczu.
Kiedy ktoś przechodził z jednego rogu w drugi, zostawiał w powietrzu
odcisk. Tak jak na Syberii. Może nie ma takich mrozów, ale powietrze
stawia taki sam opór.
Wyszedł na ulicę i sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, po
telefon. Wybrał numer i czekał ze wzrokiem utkwionym w wyświetlaczu.
Podniósł wzrok i zobaczył podróżnych wychodzących z kamiennego portalu
dworca kolejowego.
- Halo - odezwał się głos.
- Jestem właśnie na miejscu.
- Tak?
- Zostanę tu chyba cały dzień.
- Chcesz powiedzieć całą zimę.
- Czy to obietnica?
Nie uzyskał odpowiedzi.
- Zacznę od okolicy Muncaster Road.
- Czy obszedłeś staw?
- Tak.
- I co?
- To możliwe. Na razie tylko tyle mogę powiedzieć.
- Dobrze.
- Myślę, że zajrzę do Dudleya.
- Jeśli zdążysz.
- Postoję tam jeszcze chwilę.
- Później o tym porozmawiamy - odezwał się głos i połączenie się urwało.
Macdonald schował telefon do kieszeni i skręcił na południe, na St
John's Road. Zaczekał na przerwę w strumieniu samochodów na Battersea
Rise i ulicą Northcote Road szedł dalej na południe.
W drodze na wschód Chatto Road rzucił tęskne spojrzenie na fasadę pubu
The Eagle. Później. Może dużo później.
Przeszedł trzysta metrów i skręcił w Muncaster Road. Szeregówki lśniły
matowo w styczniowym słońcu, cegły i tynk zlewały się z płytkami
chodnika w zimowym braku koloru. Kontrast stał się wyraźnie widoczny,
kiedy na ulicy pojawił się listonosz z torbą na kółkach. Jej czerwień aż
kłuła w oczy. Zadzwonił do drzwi. Listonosz zawsze dzwoni co najmniej
dwa razy, a kiedy otworzył furtkę, Macdonald skręcił i wszedł w niską
bramę. Sięgnął do kołatki i zadudnił w drzwi. Co za brutalny sposób
oznajmiania o swoim przybyciu, pomyślał.
Drzwi otworzyły się na całą długość łańcucha, w ciemności domyślał się
twarzy.
- Tak?
- Czy tu mieszka John Anderton? - zapytał Macdonald, sięgając do
kieszeni po legitymację.
- A kto pyta?
- Policja - wyjaśnił Macdonald i pokazał dokument. - Dzwoniłem.
- John je śniadanie - powiedziała kobieta, jakby to miało uniemożliwiać
wizytę.
Chce, żebym sobie poszedł, żeby mogła spokojnie usmażyć swoje śledzie.
Przez szparę w drzwiach dolatywała ostra woń przypalonej ryby.
- To nie potrwa długo - zapewnił.
- Ale...
- To nie potrwa długo - powtórzył i schował legitymację. Usłyszał szczęk
z drugiej strony drzwi, kiedy zdejmowała zabezpieczenia. Czekał. To
musiało kosztować majątek, pomyślał. Nie zostało dużo na konserwację
samych drzwi. Wkrótce pękną pod ciężarem całego tego żelastwa.
Otworzyła i okazało się, że jest młodsza, niż się spodziewał. Nie była
ładna, ale młoda, choć wkrótce straci młodość. Może już się tym
zadręcza, pomyślał.
- Proszę - powiedziała i gestem zaprosiła go do środka. - John przyjdzie
za chwilkę.
- Wprowadź go tu, do kurwy nędzy - w przedpokoju rozległ się męski głos.
Brzmiał niewyraźnie, niepotrzebnie podniesiony.
Ma usta pełne jajek, pomyślał Macdonald. Albo bekonu.
Kuchnia przypominała wnętrze K&M:s Café z St John's Hill, powietrze
było gęste od tłuszczu z leżącego na patelni śledzia.
Mężczyzna był tęgi i czerwony na twarzy.
Mam nadzieję, że nie umrze przy mnie, pomyślał Macdonald.
- Czy władza da się zaprosić na śledziowy ogon? - powiedział mężczyzna,
wskazując gestem żonę i kuchnię, jak gdyby gość mógł między nimi
wybierać.
- Nie, dziękuję - odparł Macdonald. - Już jadłem śniadanie.
- Smażone, z curry - dodał John Anderton.
- Mimo wszystko nie.
- No to na co ma pan ochotę? - zapytał mężczyzna, jakby policjant
przyszedł tu, żeby zaspokoić głód. - Nie chciałby pan hamburgera? -
pytał dalej, uśmiechając się zębami, które lśniły trującą żółcią. - Big
maca?
- Chętnie napiję się herbaty - odparł Macdonald.
- Mleko się skończyło - odezwała się kobieta.
- To nic nie szkodzi - powiedział policjant.
- Nie mamy cukru. - Spojrzała na męża.
O ile to jest jej mąż, pomyślał Macdonald.
Mężczyzna się nie odzywał. Obserwował gościa. Czy oni ze mnie kpią?,
pomyślał Macdonald. Może ją poproszę, żeby dodała trochę curry.
- Proszę bardzo - powiedziała kobieta, stawiając przed nim filiżankę.
Upił łyk. Herbata była dobra, nie za słaba, nie za gorąca.
- Jednak mamy jeszcze trochę cukru - stwierdziła kobieta.
- Wizyta policji to dla nas zaszczyt - oświadczył mężczyzna. - Nie
sądziłem, że składacie wizyty domowe. Myślałem, że wzywacie ludzi do
Yardu w środku nocy, nawet po to, żeby potwierdzić zgłoszenie o zaginięciu chomika.
Macdonald milczał. Nasz drogi John jest zdenerwowany, jak wszyscy inni.
Paplanina jest matką nerwowości. Może zjada te gigantyczne porcje, żeby
złagodzić swój niepokój.
- Doceniamy to, że pan się z nami skontaktował, panie Anderton -
powiedział policjant, wyjmując notes i długopis z prawej kieszeni
kurtki. Płaszcz powiesił w przedpokoju. Teraz sprawdził, czy komórkę na
pewno ma w kurtce, nie w płaszczu.
- Jestem odpowiedzialnym obywatelem, jak każdy inny - odparł mężczyzna i rozłożył ręce, jakby pozował do posągu na The Common.
- Doceniamy to - powtórzył Macdonald.
- Choć nie mam za dużo do powiedzenia - przyznał Anderton ze
skromnością, która nie pasowała do jego gestów.
- Widział pan tego mężczyznę - zaczął Macdonald.
- Proszę mi mówić John.
- Widział pan mężczyznę, który rozmawiał z chłopcem, John.
- To było o zmierzchu, a ja byłem w The Windmill, a kiedy już wypiliśmy
po kilka piw, ktoś powiedział, że wieczór...
- Najbardziej interesuje mnie, co się zdarzyło przy Mount Pond - wtrącił
łagodnie Macdonald.
- Jak już mówiłem - podjął mężczyzna po chwili - to było o zmierzchu.
Wracałem sam z pubu na Windmill Drive i skręciłem nad staw.
- Dlaczego?
- Nie rozumiem pytania.
- Czy bardziej naturalnie nie byłoby pójść po prostu aleją?
- A czy to ma jakieś znaczenie?
Macdonald nie odpowiedział.
- Jeśli to takie cholernie ważne, to chciałem się wyszczać - przyznał
mężczyzna i rzucił szybkie spojrzenie na kobietę.
Przestała się krzątać przy kuchni i stała jeszcze chwilę ze ścierką w dłoni. Odwróciła się do okna wychodzącego na ulicę.
- Między stawem a Bandstand jest dobre miejsce, jeśli akurat między
pubem a domem jest tłok na ulicy - wyjaśnił Anderton.
- Stał pan przy stawie - powiedział Macdonald.
- Stałem dość blisko wody, a kiedy się odlałem, zobaczyłem tego typa,
jak obejmował chłopca.
- Obejmował go?
- Ten typek otaczał go ramieniem, tak.
- Dlaczego pan mówi o nim typek?
- Bo wyglądał jak typek.
- Czyli jak?
- Jeśli naprawdę mam być szczery, to typek wygląda mniej więcej jak pan
- odparł John Anderton z uśmiechem.
- Jak ja - powtórzył Macdonald.
- Włosy, które należałoby przystrzyc, skórzana marynarka, wysoki i twardy, z taką ponurą hardością, która potrafi każdemu napędzić stracha
- odpowiedział mężczyzna.
- Taki jak ja, innymi słowy - upewnił się Macdonald.
- Tak.
Ten facet to skarb, pomyślał Macdonald. Wygląda, jakby cholesterol miał
go zaraz zabić, ale ma bystre oko.
- Stał pan nieruchomo i się im przyglądał? - zapytał policjant.
- Tak.
- Proszę opowiedzieć własnymi słowami, co pan widział.
- A jakich innych słów miałbym używać?
- Niech pan mówi.
Mężczyzna dotknął stojącej przed nim filiżanki. Zajrzał do niej,
wyciągnął rękę po dzbanek i nalał herbaty, która zdążyła przez ten czas
pociemnieć. Wypił i wykrzywił twarz. Pogładził się po łysinie. Skóra
naciągnęła się i lekko zaczerwieniła. Zabarwienie utrzymywało się
jeszcze przez kilka sekund.
- Ja po prostu tam sobie stałem, nawet niespecjalnie zaciekawiony. Nie
było na co patrzeć, tylko ich dwóch. Ale pomyślałem, że ten facet jest
dwa razy większy i dwa razy starszy od chłopaka i że nie mam przed sobą
ojca z synem.
- Ale mężczyzna obejmował chłopaka.
- Tak. Ale to było na jego warunkach, a nie chłopaka.
- Dlaczego?
- Dlaczego? Widać było, kto jest bardziej zainteresowany.
Macdonald zajrzał w notatnik. Jeszcze nic nie zapisał.
Im mniej napiszę, tym mniej będę się musiał martwić potem, w trakcie
śledztwa, pomyślał.
- Czy widać było, że to przemoc?
- Co jest, a co nie jest przemocą? - odparł John Anderton, jakby
wykładał filozofię na London University.
- Czy była w tym przemoc w pańskim rozumieniu? - ponowił pytanie
Macdonald.
- Nie szarpał tego chłopaka.
- Słyszał pan coś?
- Słyszałem głosy, ale było za daleko, żebym mógł zrozumieć jakieś słowa
- wyjaśnił Anderton i wstał.
- Dokąd pan idzie? - zapytał Macdonald.
- Zagotuję więcej wody, jeśli mogę.
Macdonald nie odpowiedział.
- Czy mogę?
- Naturalnie.
- Nie zastanawiał się pan, w jakim języku rozmawiali? - zapytał
Macdonald, kiedy mężczyzna wrócił do stołu.
- Nie. Byłem pewien, że po angielsku. A nie mówili po angielsku?
- Nie wiemy.
- A dlaczego to nie miałby być angielski?
- Czy sprawiali wrażenie, że się rozumieją? Że mówią tym samym językiem?
- Wyglądało, że to ten wielki facet mówił więcej. No tak, sprawiali
wrażenie, że się rozumieją. Ale nie stali tam długo.
- Ach tak.
Z kuchenki rozległ się gwizd. Anderton podszedł i przez chwilę był
zajęty herbatą. Stał odwrócony plecami do Macdonalda.
- Czy oni pana nie widzieli?
- Tego nie wiem. Chłopak się odwrócił i może mnie zobaczył, ale to chyba
nie ma znaczenia, prawda?
Macdonald nie odpowiedział.
- Przecież on nie żyje, prawda?
- Jak długo patrzył pan za nimi?
- Nie czekałem, aż znikną za horyzontem, chciałem wrócić do domu i obejrzeć EastEndersów. Ale kiedy tam stałem, szybko zrobiło się ciemno.
- W którą stronę poszli?
- Na południe. Prosto na południe, przez Windmill Drive.
- Będziemy potrzebowali pańskiej pomocy przy sporządzaniu dokładnego
rysopisu tego mężczyzny.
- Dokładnego rysopisu? Nie mogę kłamać, widziałem za mało.
Macdonald westchnął.
- No dobra, czasem trochę za dużo żartuję.
Zapisał coś w notatniku.
- Jasne, że pomogę, ile tylko będę mógł. To nie tak, że nie rozumiem, że
to poważna sprawa. Szlag by to trafił, biedny chłopak. I jego rodzice.
Macdonald się nie odzywał.
- Przecież zadzwoniłem, nie? - mówił dalej Anderton. - Zaraz jak tylko
przeczytałem o tym w "South London Press" chwyciłem za telefon.
- Doceniamy to.
- Mam nadzieję, że szybko złapiecie tego drania. Wszyscy jesteśmy z wami
- powiedział John Anderton, a Macdonald odniósł wrażenie, że miał na
myśli również mieszkańców kolonii.
Dzień był piękny. Macdonald wyszedł na Muncaster. Jest tak przejrzyście,
jak tylko może być w południowym Londynie, pomyślał. Potrzebuję czegoś
po tej pieprzonej herbacie. Czuję, jakbym miał w gardle koc.
Poszedł z powrotem na południe, do Chatto Road, i wszedł do The Eagle.
Do lunchu brakowało pół godziny. Barman wyglądał na spiętego. Spojrzał
na Macdonalda, jakby patrzył na gościa, który nie ma dość poczucia
przyzwoitości, żeby zaczekać na umówioną godzinę.
Macdonald podszedł do baru i zamówił young special. Barman odetchnął,
kiedy zrozumiał, że ten wielki drab nie zamierza jeść. Przecież nie będę
ciągle wyjmował i wkładał cynaderek do pieca, pomyślał. Jak by to
wyglądało?
Macdonald zaczekał, aż mętny osad opadnie na dno szklanki i napój stanie
się przejrzysty. To tak, jakby w zimowy dzień jechać drogą po
południowej stronie rzeki, pomyślał. Wszystko się przejaśnia dla tego,
kto ma cierpliwość zaczekać.
Pił, jakby umierał z pragnienia.
Wszystko staje się jasne i przejrzyste, aż w końcu widać na przestrzał,
pomyślał.
Zobaczył, że z ulicy wchodzi kilku przedwczesnych gości. Barman zastygł
w bezruchu. Macdonald musiał czekać na drugiego pinta trzy sekundy
dłużej.
*
Wreszcie przedarł się przez ruch uliczny na drugą stronę alei i wszedł
do Dudley Hotel na rogu Cautley Avenue. Dwadzieścia pięć funtów za noc.
Zapłacone z góry.
Złamał pieczęcie i stanął na środku pokoju. Wyraźnie wyczuwalna woń
krwi. Zapach krwi nie jest dla nas niczym nowym, ale to najobrzydliwszy
zapach, jaki kiedykolwiek czułem, pomyślał. Wyrosłem w wiejskim
gospodarstwie i widziałem, jak zabijano tysiące świń, ale nie cuchnęło
tak jak tutaj. To ta słodycz ludzkiej krwi wywołuje zawroty głowy.
Tutaj przyszli. To mogło nastąpić zaraz po tym, jak ich zobaczył John
Anderton, pomyślał. O ile to byli oni. To był pokój chłopaka. Mieszkał w nim od dwóch dni. Dlaczego tu mieszkał? Dlaczego młody człowiek
odwiedzający Londyn mieszka w Clapham? Samo Clapham jest w porządku, ale
młody człowiek powinien wynająć coś w tanim hoteliku w Bayswater, na
północy. Albo w okolicy dworca Paddington. Tam jest więcej młodych
obcokrajowców. Mogli stanowić ochronę.
Tapety miały nieokreślony odcień żółci, kiedy chłopak się tu wprowadził.
Teraz już całkiem inny.
Steve Macdonald zamknął oczy i usiłował wsłuchać się w to, co wniknęło w ściany. Po kilku minutach usłyszał urwany krzyk, potem straszliwy odgłos
ciągnięcia ludzkiego ciała po podłodze.
Poczuł ukłucie bólu pod prawym okiem. Przypomniało mu to, że żyje.
Dlaczego chłopak zaprosił mężczyznę do swojego pokoju? Czy chodziło
tylko o seks? Czy była to obietnica seksu, czy coś zupełnie innego? A może narkotyki? Co to, do cholery, mogło być?, myślał. To będzie długie
śledztwo - albo bardzo krótkie.
Dlaczego akurat tutaj? Czy chłopak znał kogoś w Clapham albo w Battersea? A może nawet w Brixton?
Chłopak został okradziony, ale tu nie chodziło o kradzież. To zdarzyło
się potem.
Nie ma żadnych dokumentów, oprócz zębów, a one nie są brytyjskie, myślał
Macdonald.
Chłopak wpisał swoje nazwisko i miasto, z którego pochodził, do księgi
gości, kiedy meldował się w tym podupadłym hoteliku bed and breakfast
w południowej części centrum świata. Na tym mogli się oprzeć. Nazywał
się Per Malmström i podał, że przyjechał z Göteborga.
To zachodnie wybrzeże Szwecji, pomyślał Macdonald. Chłopak był
blondynem, jak wszyscy Szwedzi. Dlaczego Brytyjczycy nie mają takich
jasnych włosów? Przecież to tak samo surowe niebo i takie same wiatry.
Wiadomość powinna już dotrzeć do Göteborga, pomyślał. Jeśli Interpol
wywiązuje się ze swoich obowiązków.
Znów zamknął oczy, wsłuchał się w wycie ścian, w krzyk podłogi.
Rozdział 3
3
SPOTKALI SIĘ w centrum. Nie dało się określić gdzie dokładnie, ale
chłopak i ten mężczyzna mogli być widziani w Brunnsparken. Nie było
żadnych świadków, którzy przedtem zauważyliby ich razem. Jeszcze nie
mieli takich zeznań.
Może trzy osoby widziały ich po Brunnsparken, i to już było dużo
informacji. Może nawet więcej niż trzy.
Tamci dwaj byli na pewno razem, ale nie wyglądali jak ojciec i syn.
Chłopak miał ciemne włosy, obcięte w kanciastą grzywkę - o tym
powiedziały dwie osoby. A ponieważ komisarz policji kryminalnej Erik
Winter wiedział, jak zeznania świadków mogą odbiegać od prawdy,
zanotował, że to coś, czego można się trzymać.
Zawsze jest coś, czego można się trzymać, pomyślał, idąc wzdłuż stadionu
Mossens. Wydaje się, że człowiek nie posuwa się do przodu ani o milimetr, ale czasem wystarczy po prostu poczekać.
Żwirowe boiska czekały poniżej, przechowywały w sobie pamięć ruchów. Za
trzy miesiące wiosenni gracze znów będą się kopać po tyłkach, a zmarznięty żwir, teraz migoczący jak stal, będzie wtedy miękki, będzie
pachniał, parował ługiem i oleistym mazidłem.
Piłka nożna to nie jest sport, pomyślał Winter. To kontuzja kolan.
Tęsknię do tego poczucia, że odłamki kości przemieszczają mi się w kolanach. Mógłbym do czegoś dojść, ale nie dość często odnosiłem
kontuzje.
Nikt nie pamiętał, jak wyglądał tamten mężczyzna. Ale wszyscy mieli
bardzo wyraźny obraz jego postaci: był wysoki, średniego wzrostu albo
raczej niski.
- W porównaniu z chłopakiem? - zapytał Winter.
- Nie, w porównaniu z tramwajem - odparł jeden ze świadków, a Winter
zamknął oczy, jakby wszystkie złe i bardzo ważne rzeczy mogły zniknąć.
Włosy miał blond, czarne lub brązowe. Był ubrany w garnitur, kurtkę
skórzaną i tweedową marynarkę. Był w okularach, bez okularów albo w przeciwsłonecznych. Szedł pochylony, trzymał się prosto, miał krzywe
albo długie proste nogi.
Jak wyglądałby świat, gdyby wszyscy myśleli tak samo, widzieli wszystko
tak samo?, pomyślał Winter.
Chłopiec miał ciemne włosy, o tym Winter sam mógł się przekonać. Czy był
ostrzyżony w kanciastą grzywkę, nie dało się już stwierdzić. Na trzecim
piętrze akademika Chalmers, w czwartym pokoju po lewej stronie, patrząc
od klatki schodowej, został jeszcze długo po tym, jak technicy i lekarze
sądowi skończyli wstępne oględziny. Potem ciało zostało zabrane.
Czuł zapach śmierci bijący ze ścian. To nie jest zapach, pomyślał, to
odór, który raczej sobie wyobrażamy, niż naprawdę odbieramy. To kolor,
przede wszystkim. Wyblakły kolor życia rozbryzgany po żółtych jak siki
ścianach.
Słońce wdarło się od prawej strony, rzucając snop światła na ścianę
naprzeciwko. Gdy mrużył oczy, wszystkie kolory ginęły, a ściana stawała
się czymś w rodzaju oświetlonego prostokąta. Opuścił powieki. Zamknął
oczy i słuchał, jak krew rozpuszcza się w chłodnym cieple słońca, jak
ściana zaczyna krzyczeć o tym, co się tu stało niecałe dwanaście godzin
temu.
Krzyk stawał się coraz głośniejszy. Winter zasłonił uszy dłońmi i przeszedł na ukos przez pokój, żeby otworzyć drzwi na korytarz. Kiedy
zamknął je za sobą, usłyszał ze środka ryk. Zrozumiał, że cisza musiała
być tak samo ogłuszająca, kiedy to się działo.
Najpierw przeszedł obok, ale zawrócił i wszedł do środka. Była sobota.
Popołudnie było wyprane z kolorów i kontrastowało z wyposażeniem baru i znajdującej się na tyłach restauracji. Barwy wnętrza były blade i ostrożne, ale w porównaniu z zimą za oknem - jaskrawe. Latem zapewniały
gościom ochłodę. Teraz ciepło. Johan zatrudnił dobrego architekta
wnętrz, pomyślał Winter i usiadł przy jednym ze stolików przy oknie. U dziewczyny, która do niego podeszła, zamówił szklankę słodowej whisky.
- Z lodem? - zapytała.
- Słucham?
- Czy w szklance ma być lód? - zapytała jeszcze raz.
- Przecież zamówiłem lagavulin - odparł.
Dziewczyna spojrzała na niego nic nierozumiejącym wzrokiem. Ona jest
całkiem nowa i to nie jej wina, pomyślał Winter. Bolger nie zdążył jej
jeszcze wyszkolić. Nie będę nic mówił.
- Bez lodu - powiedział, a dziewczyna poszła do baru. Po pięciu minutach
była z powrotem, z alkoholem w niskiej, szerokiej szklance. Winter
obserwował ruch na deptaku: trochę jak w zwolnionym tempie, nie zastygły
nieruchomo, ale też nie całkiem wolny, żeby iść bez uwięzi. Wybiegł
myślą naprzód: wkrótce przyjdzie lato i będę mógł chodzić bez skarpet i bez butów.
- Kopę lat - powiedział Bolger. Podszedł do stolika i usadowił się
naprzeciwko Wintera.
- Owszem.
Johan Bolger spojrzał na szklankę whisky.
- Zapytała, czy chcesz z lodem?
- Nie - odparł Winter.
- Naprawdę?
- O ile się zorientowałem, zna się na swojej robocie - powiedział
Winter.
- Kłamiesz, ty miłosierny łotrze, ale to nieważne. Właściwie to nie jej
wina. Przychodzi masa gości, którzy chcą mieć lód w słodowej whisky. Nie
wszyscy są takimi snobami jak ty - wyjaśnił Bolger i posłał Winterowi
krzywy uśmieszek.
- Spróbujcie z koniakówkami.
- Mam je w szafce, ale do wypracowania rutyny trzeba trochę czasu -
odparł Bolger.
- Malt whisky można podawać w tych nowych koniakówkach - powiedział
Winter. - Niektórzy mogą myśleć, że to jakieś nowomodne bzdury, ale jest
taka możliwość.
- Wiem, wiem.
- Wtedy za jednym zamachem rozwiążesz problem z lodem.
- To genialny pomysł.
Na ulicy jakaś starsza kobieta pośliznęła się na oblodzonych kamieniach.
Upadła z jedną nogą pod kątem w stosunku do ciała i krzyknęła, kiedy coś
chrupnęło w kości. Kapelusz spadł jej z głowy, płaszcz się podwinął.
Skórzana torebka, którą trzymała w dłoni, podskoczyła na kilku
kamieniach i otworzyła się, rozsypując półkoliście zawartość.
Usłyszeli przez okno jej krzyk. Dwoje przechodniów przykucnęło przy
niej. Winter widział, że mężczyzna rozmawia przez komórkę. Nic nie mogę
zrobić, pomyślał. Gdybym był w mundurze, mógłbym wyjść i przepędzić
ciekawskich, ale teraz nie mam do tego uprawnień.
Bolger i Winter siedzieli w milczeniu. Po krótkiej chwili od Västra
Hamngatan wjechała tyłem karetka. Kobietę ułożono na noszach i samochód
odjechał. Bez syreny.
- Znów się robi ciemno - odezwał się Winter.
Bolger nie odpowiedział.
- Ale jednak już się coś odwróciło. Akurat kiedy człowiek zaczął się
przyzwyczajać do ciemności, znów dzień się wydłuża - dodał Winter.
- Czy to cię martwi?
- To mi daje nadzieję.
- To dobrze.
- Wydaje mi się, że stanie się coś strasznego, a ja znajdę się w samym
środku - powiedział Winter. - To się znów zdarzy.
- To rzeczywiście nadzieja.
- To mnie martwi.
Bolger milczał.
- Potrzebowałem tamtego... wiary w dobro, ale teraz wygląda na to, że nie
jest mi już potrzebna - powiedział Winter.
- To była twoja terapia.
- Czy to nie brzmi dziwnie?
- Brzmi.
- Więc czuję, że postąpiłem słusznie - odparł Winter z uśmiechem.
- Zrezygnowałeś z funkcji męża zaufania?
- Tego nie powiedziałem. Mówiłem, że chyba przestanę się zajmować
sprawami wiary.
- A czy to jakaś różnica?
- Policjant powinien się zajmować nie tylko kwestią winy, kiedy ludzie
się oszukują i krzywdzą nawzajem - odparł Winter.
- Kto w takim razie będzie odwalał tę brudną, ale niezbędną robotę? -
zapytał Bolger i dał znak barmance.
Winter nie odpowiedział. Dziewczyna podeszła do stolika, a Bolger
poprosił o knockando bez lodu w jednym z nowych, wysokich kieliszków.
- Przyjęła to zamówienie, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie -
zauważył Winter.
- Jest jeszcze nadzieja - stwierdził Bolger. - Tylko nie dla tych, co
będą się zajmować tym brudnym rzemiosłem po tobie albo obok ciebie.
- Nazywasz to rzemiosłem?
- Wiesz, o co mi chodzi - odparł Bolger, wyciągając rękę po kieliszek,
który podała mu kelnerka.
- Mam nowe zmartwienie - powiedział Winter i zaczął opowiadać.
Bolger nadstawił uszu.
- Zmartwienia przemijają i stają się czymś innym - powiedział, kiedy
Winter umilkł. - Mogłeś mi powiedzieć, żebym pojechał z tobą na pogrzeb.
Przecież trochę znałem Matsa.
- Tak.
- Czuję się jakby... pominięty.
- To nie była moja sprawa, Johan. Może myślałem, że się tam zobaczymy.
- To było cholernie...
- Co powiedziałeś?
- Nic.
- Co tam mruczysz?
Bolger nie odpowiedział. Pochylił się nad stołem i zajął kieliszkiem. Z głębi lokalu dobiegały jakieś głosy.
Winter milczał. Czyżby miał już dość, przynajmniej na razie? Co to
znaczyło? To znaczyło, że nie chce już więcej być zamieszany w sprawę,
kiedy ludzie znikają, obojętne w jaki sposób. Ale to była przelotna
myśl. Rzadko pił alkohol, prawie nigdy. To przez whisky. To ona
wywoływała natłok myśli, tutaj, w barze u Bolgera. A przecież jeszcze
się nie napił. I nie chciał tego robić, odstawił szklankę i wstał, żeby
ruszyć do wyjścia.
- No to cześć, Johan.
- Dokąd idziesz?
- Do biura.
- W sobotę wieczorem?
- Nie wiem, czy nie mam powyżej uszu przypadków zaginionych ludzi -
powiedział Winter. - Może jeszcze ktoś mnie potrzebuje.
*
Komunikat z Interpolu czekał już na niego. To angielski, który rozumiem,
pomyślał, czytając. Niech to diabli, czy to się nigdy nie skończy?
Wiedział, że to naiwne pytanie jak na wkrótce czterdziestoletniego
komisarza policji kryminalnej. Był młody, ale nie aż tak młody.
Czytał. Nie było tam zbyt wielu szczegółów, ale też się ich nie
spodziewał. To mu wystarczyło.
Per Malmström.
Czego ty tam, do cholery, szukałeś?
Słyszał, jak głośno wydycha powietrze, potem sięgnął po telefon. Ktoś
będzie musiał poinformować bliskich, których ewentualnie mógł mieć w mieście. Wiedział, że to on, Erik Winter, weźmie na siebie to zadanie.
To nie było takie oczywiste, że szef śledztwa przekazuje tę najgorszą
wiadomość rodzinie. Ważne było, żeby to był policjant z doświadczeniem.
Winter wziął to na siebie, jak ktoś, kto wkłada ciężki płaszcz, kiedy na
zewnątrz leje jak z cebra. Po prostu było to konieczne.
Prawie nic w pracy policjanta nie jest miłe i delikatne, ale to
najgorsze z tego całego gówna, pomyślał.
Przynoszę wiadomość.
Głos w telefonie przekazał mu adres. Znał go już przedtem, nie musiał
sprawdzać, ale to było jak odruch, chciał to odwlec w czasie.
Potem będzie musiał porozmawiać z Hanne. Czuł, że tego potrzebuje.
Trzy mieszkania załatwione. Ale to nie sam czyn sprawiał, że adrenalina
w jego ciele buzowała szaleńczo. Czuł w środku burzę, kiedy słyszał
cichy trzask w zamku, ale to nie było to.
To cholerne czekanie. Stać się niewidzialnym, a równocześnie być cały
czas obecnym, tuż obok, z oczami na wszystkie strony.
Wreszcie wyszedł.
Wreszcie wyszła.
Potem długie czekanie. Nawyki. Kiedy ludzie wracają? Kto poszedł do
pracy, a kto tylko na spacer wokół bloku? Kto pomyślał, że zostawił
włączoną kuchenkę? Kto był przekonany, że światło w mieszkaniu się pali
i że musi wrócić i sprawdzić, i tak codziennie?
Kiedy się jest profesjonalistą, zwraca się uwagę na takie rzeczy.
Niezupełnie był profesjonalistą, ale był na najlepszej drodze. Pracował
sam, i tak było dobrze. Faceci od samochodów pracowali zawsze we dwóch,
ale on nie chciał na nikim polegać.
Przeszedł piętro wyżej, w trzy sekundy otworzył drzwi i wszedł do
mieszkania. Nauczył się nie zostawiać śladów na futrynie.
Czuł gorące pulsowanie w całym ciele. Chwilę stał w przedpokoju i czekał, aż puls zwolni.
Wiedział, że cisza jest jego sprzymierzeńcem, choć jednocześnie wrogiem.
Nigdy nie robił hałasu. Piętro wyżej ktoś mógł leżeć chory na grypę -
nie chciałby mu przeszkadzać.
Zaczął od salonu, bo tak zrobił za pierwszym razem, a potem weszło mu to
w nawyk. Po tych czterech miesiącach orientował się już w cudzych
salonach. To dobrze, że nikt nie chodzi kraść książek, pomyślał. Ludzie
nie mają w domach zbyt wielu książek. Jestem włamywaczem, ale mam w domu
książki. Jestem włamywaczem, ale też mężem i ojcem.
Raz czy dwa miał inną pracę, ale nigdy o tym nie myślał. Niektórzy sobie
z tym radzą, niektórzy sobie nie radzą, a on dokonał wyboru.
Człowiek, który tu mieszkał, posiadał książki. Domyślił się, że
właściciel mieszkania czyta, ale nie jakąś literaturę. Nie wyróżniał się
wyglądem, ale się go nie zapominało, pomyślał.
Gdybym miał więcej czasu, przyjrzałbym się tytułom. Wyszedł i długo nie
wróci, ale to ja ponoszę ryzyko.
Szukał w szufladach i wzdłuż ścian, ale nie znalazł nic przydatnego.
Wrócił do przedpokoju i wszedł do pokoju naprzeciwko, do sypialni.
Łóżko było niepościelone, a obok niego, dwa metry od drzwi, leżał czarny
plastikowy worek. Nie był pusty. Dotknął go, zawartość była miękka.
Chwycił go od dołu i powoli wysypał wszystko na podłogę. Zobaczył
koszulę i spodnie. Ubrania były częściowo zabrudzone czymś, co po
wyschnięciu wyglądało jak ceglany proszek.
Był zamyślony. Musiał coś rozważyć. Wyszedł, nie przeszukawszy dalszych
pokoi.
Za oknami padał śnieg, czuł chłodny powiew od szpary w oknie. Ze swojego
miejsca widział dzieci zgarniające z ziemi śnieg, zanim zdążył osiąść na
dobre. Widział swojego syna z marchewką w dłoni. Nos szuka bałwana,
pomyślał. To mi się kojarzy z Michaelem Jacksonem.
- O czym myślisz? - spytała żona.
- Co?
- Widzę, że jesteś czymś pochłonięty.
- Myślałem o Michaelu Jacksonie.
- Tym piosenkarzu?
Dalej wyglądał przez okno. Bałwan zaczynał nabierać kształtów. Miał już
tułów. Dzieci uformowały brzuch, ale figura nie miała nóg. Żaden bałwan
na świecie nie ma nóg, pomyślał.
- Myślałeś o piosenkarzu Michaelu Jacksonie? - zapytała.
- Co?
- No, weź przestań.
Przeniósł wzrok i popatrzył na nią.
- Tak, o Michaelu Jacksonie. Widziałem Kallego na dworze z marchewką w ręce. Czeka, aż bałwan, którego lepią, dostanie głowę, żeby mu
przyczepić nos - powiedział i jego spojrzenie znów powędrowało za okno.
- Michael Jackson miał problemy z nosem jakiś rok temu - mówił dalej.
- Nie wiedziałam.
- Tak było. Jest jeszcze kawa?
Wstała, żeby przynieść kawę z blatu koło kuchenki.
- A co się właściwie dzisiaj stało? - zapytała, a on nalał mleka do
filiżanki. Potem wlał kawę i wypił.
- Słucham?
- Byłeś jakiś dziwny, kiedy wróciłeś do domu.
- Ach tak.
- Inny niż zwykle.
Nie odpowiedział. Za oknem głowa znalazła się na swoim miejscu i Kalle
wetknął marchewkę mniej więcej tam, gdzie miała być twarz, kiedy
kamienie utworzą oczy, a żwir usta.
- Czy było gorzej niż zwykle?
- Nie.
- Ostatnio sprawiałeś wrażenie trochę... weselszego.
- Człowiek w końcu się przyzwyczaja do bezrobocia i wtedy jest weselszy.
- Cieszę się, że potrafisz z tego żartować.
- Nie żartuję.
- Mimo wszystko się cieszę - odparła z uśmiechem.
- W pośredniaku zawsze starają się na mnie nie patrzeć - odezwał się po
dwóch minutach ciszy.
- Nie patrzeć?
- Siedzę z urzędniczką, o czymś rozmawiamy, ale ona zawsze patrzy na coś
za moimi plecami. Tak jakby ta pieprzona praca miała znienacka nadejść
wielkimi krokami, skądś z tyłu. Albo może chce stamtąd uciec, ulotnić
się przez okno.
- Wkrótce praca się znajdzie - powiedziała żona. - Mam takie przeczucie.
Dobrze mnie zna, pomyślał. Ale jeszcze niczego się nie domyśla. Kiedy
pojawią się większe pieniądze, może zacznie coś podejrzewać, ale to
jeszcze potrwa.
A może wcześniej dostanę legalną pracę. Cuda się zdarzają. Ale kiedy
praca się wreszcie znajdzie, może nie będę jej chciał.
Miał przed oczami krew. Kiedy tam stał, nad leżącymi na podłodze
ubraniami, miał wrażenie, że się poruszają, że krzyczą coś do niego.
Tak było, kurwa. Myślał teraz o tym i tak właśnie było.
Nie pamiętał, jak wpakował je z powrotem do worka, ale jakoś mu się to
udało, i kiedy wychodził z sypialni, mógł tylko mieć nadzieję, że
wszystko wygląda tak samo jak przedtem. Dlaczego ten skurwiel ich nie
spalił? Nic nie widziałem. W ogóle nie widziałem tych rzeczy.
Rozdział 4
4
NIEDZIELNY RANEK, Erik Winter spoglądał w lustro. Pochylił się, żeby
przyjrzeć się zmarszczkom wokół oczu.
Jestem próżnym mężczyzną. A może rozmyślam o swoim wieku dlatego, że
zawsze byłem taki młody? Pilnuję się, bo chcę być piękny dla kobiet, tak
długo, jak się da.
Z Vasaplatsen nie dochodził żaden dźwięk. Plac znajdował się pięć
kondygnacji niżej. Odwrócił twarz od lustra i wyszedł z łazienki.
Mieszkanie miało sto trzydzieści sześć metrów, składało się z trzech
pokoi i dużej kuchni. Płacił za to wysoki czynsz. Mieszkał sam i miał
pieniądze. Teraz w mieszkaniu panowała jasność zimowego dnia. Słońce
wisiało za oknem. Mógł otworzyć balkonowe drzwi, wyjść i go dotknąć.
Dopiero co wrócił do domu. To był długi, pracowity poranek.
Podszedł do okna i spojrzał na zachód. Niemal widział morze. Zjadł
szybki lunch przy muzyce Johna Coltrane'a i podjął decyzję.
Wyszła z sypialni, a on chciał być sam. Podeszła do zlewu i wypiła
szklankę wody. Potem wróciła do pokoju i ubrała się, żeby wrócić do
domu.
- Dość długo czekałam w nocy - powiedziała, zanim wyszła.
Jechał wzdłuż rzeki. Zmierzch rozpościerał się powoli i kolory znów
zaczęły wpełzać w ziemię.
Jakby się jechało przez sadzę, która nie osiada.
Nagle od zachodu rozjarzyło się słońce, aż musiał założyć ciemne
okulary. Kącikiem prawego oka widział dźwigi po drugiej stronie wody,
stały się czarne. Domy nabrały odcienia roztopionej cyny.
Jechał wzdłuż brzegu morza, blisko, tak długo, jak się dało, a potem
wyszedł na skały. Morze poruszało się powoli. Śledził ostatni spadek
fali ku otwartemu morzu, widział, jak lód wbija się w żywą wodę.
Lód pokrył zatoczki. W oddali widział ruch. Ludzie chodzili po
zamarzniętej wodzie. Dwie grupki, oddalone od siebie o kilometr,
próbowały do siebie coś krzyczeć, ale słowa zderzały się gdzieś w połowie drogi i spadały na lód z kruchym odgłosem.
W kieszonce na piersiach zadzwonił telefon. Dźwięk przytłumiało ubranie
i biały wiatr.
- To ja - powiedział do mikrofonu.
- Mówi Lotta.
- Słucham?
- Gdzie jesteś, Eriku?
- A czy to ma jakieś znaczenie? - zapytał i od razu tego pożałował.
- Pytam, bo chciałabym się z tobą spotkać - wyjaśniła.
- Teraz?
- Jak najszybciej - odparła tonem, który z trudnością rozpoznawał. Jego
siostra. Ta więź mogłaby być bardziej serdeczna. Teraz się zaniepokoił.
- Czy coś się stało?
- Nie.
- Więc o co chodzi?
- Gdzie jesteś, Eriku? - zapytała jeszcze raz.
- Stoję na krańcu Amundön i patrzę na morze.
- Czy mógłbyś przyj...
Głos zanikł. Wiatr przybrał na sile, porwał jej głos i poniósł daleko na
lodowe połacie.
- Nie słyszę, co mówisz - powiedział. Postawił kołnierz kurtki i skulił
się, zasłaniając ucho.
- Czy mógłbyś przyjechać?
- Przyjechać? Dokąd?
- Do domu - odparła. - Tutaj, do domu.
Wiatr znów porwał jej głos.
- Co?
- ...chce, żebyś przyjechał. - Usłyszał tylko.
- Okej. Będę za pół godziny.
Nacisnął czerwony guzik i zapadła cisza. Słońce przedarło się przez sto
warstw nieba i nowe światło spłynęło na miejsce, gdzie stał i patrzył,
aż po horyzont.
Widział, jak jakiś statek skręca za ostatnią linię i oddala się w nieznane.
W świetle z chmur ląd i morze nabrały tego samego koloru, a kiedy
zawrócił i szedł z powrotem wzdłuż zamarzniętego brzegu, poczuł kłucie w oczach i założył okulary przeciwsłoneczne. Światło obniżyło się o pół
oktawy.
Siedzieli w pokoju wychodzącym na ogród. Drzwi na werandę były uchylone
na trzy centymetry i Winter czuł słaby zapach zimna dolatujący z zewnątrz.
W środku nie zmieniło się wiele. Zupełnie jakby mnie nie było pół dnia,
pomyślał. Jedyne różnice to wymiana części książek i smuga białego
chłodu w powietrzu, której nie było, kiedy ostatnio tu zaglądałem. Zbyt
rzadko tu bywam.
Lotta upięła włosy w obwarzanek. Była ładna, ale oczy miała zmęczone, a szok nadał twarzy twardość. Białka jej oczu błyskały. Miała na sobie
czarne dżinsy i miękki dziergany sweter nałożony na kraciastą koszulę.
Wkrótce miała skończyć czterdzieści lat. Nie martwiła się tym. Zresztą
takie rzeczy miały teraz najmniejsze znaczenie, pomyślał.
- Co on tam robił? - powiedział, raczej do siebie niż do niej.
- Nazywał to krótkim wyjazdem edukacyjnym, dopiero co wpadł na ten
pomysł - wyjaśniła i założyła nogę na nogę.
Winter widział, jak materiał napina się na jej udach. Nie mówił nic. Już
się domyślał.
- Oni są w kompletnej rozsypce - powiedziała Lotta.
- Tak.
- Ja się czuję podobnie.
- Wiem.
Spojrzała na niego.
- Tamten mały chłopczyk... - zaczął i za późno się zreflektował.
Lotta zaczęła płakać, cicho i spokojnie, jak wczoraj śnieg. Drzwi na
werandę uchyliły się i ostry wiatr wpadł do pokoju. Winter przeszedł
przez pokój i zamknął je.
Zaczęła opowiadać, a on słuchał, jak ktoś, kto nie chce słyszeć, ale nie
ma wyboru. Chłopiec z sąsiedniego domu skończył dziewiętnaście lat,
pojechał do Londynu i został zamordowany. Był sąsiadem, ale i kimś
więcej.
Kiedy Winter opuścił tę ulicę i ten świat, Per Malmström miał kilka lat.
Teraz był już po maturze. Widywał go od czasu do czasu. Chłopiec pozbył
się dziecięcej pulchności, a jego twarz nabrała odpowiednio surowego
wyrazu.
To jest rzeczywistość, pomyślał Winter.
- Domyślam się, że rozmawiałaś z Lassem i Karin - powiedział.
- Od razu do nich poszłam.
- To dobrze.
Nie sądził, żeby ktoś inny miał odwagę to zrobić. Wiedział, że ona
miała.
- Byłeś tam? - zapytała.
- Tak.
To było jedyne, co mógł powiedzieć, odpowiedzieć. Był tam i nic to nie
zmieniło, ale może na chwilę zatrzymało oszalałe uczucia, stawiło im
czoła w drzwiach.
- Nie rozmawialiśmy o żadnych... szczegółach - powiedziała. - To znaczy
Lasse, Karin i ja.
Winter poczuł ból we wnętrzu dłoni. Wyprostował palce i spojrzał w dół.
Zobaczył, że jego krótko opiłowane paznokcie wbiły się w ciało, patrzył
na płonące czerwienią ślady.
Nie wiedział, co powiedzieć.
- Porozmawiam jeszcze z kimś - powiedział po chwili.
- Karin mówi, że nigdy sobie tego nie wybaczy.
- Że pozwoliła mu jechać?
- Tak.
- Miał dziewiętnaście lat, był dorosły.
Lotta spojrzała na niego.
- Pójdę tam jeszcze raz - powiedział.
- Zaczekaj - poprosiła. - Kiedy tam byłam... potem pomyślałam sobie, że co
innego się czuje, kiedy to się dzieje w... w taki sposób albo kiedy to
jest wypadek... albo choroba.
- Szok jest bardziej dotkliwy, ale strata taka sama - odparł. - Czasami
bywa odwrotnie... kiedy ktoś pada ofiarą przemocy, niewytłumaczalność tego
czynu sprawia, że bliscy ofiary nie rozumieją, co się stało. To tak,
jakby to się jeszcze... nie stało, jakby to było tylko jakieś ostrzeżenie.
- Lassego i Karin w każdym razie to ominęło.
- Tak.
- Pójdę tam - powtórzył.
Rozdział 5
5
Przytłumione odgłosy zimy weszły wraz z policjantami do budynku,
siedziały w ubraniach jadących windą na czwarte piętro wydziału
śledczego.
Korytarze były wyłożone cegłą. W innych porach roku dźwięki, które
dostały się do środka, twardo odbijały się od ścian. Zimą tylko
przemykały się wzdłuż, jak miękkie kule śniegowe. Zimą wszystko i wszystkich otacza krąg ciszy, pomyślał Winter, wysiadając z windy. Może
styczeń to jednak mój miesiąc.
Zapach utrzymywał się jeszcze w ubraniach, kiedy grupa śledczych zebrała
się w sali konferencyjnej. Kończyła się zmasowana akcja pierwszych dni.
Została mniejsza grupa. Teraz większość siedziała w sali. Było ciasno.
Pachniało wilgotnym chłodem i spalinami samochodowymi.
Bertil Ringmar był zastępcą głównego śledczego, sam nie spał i pilnował,
żeby nikt inny tego nie robił. Nie uczesał się przed spotkaniem, co
świadczyło o powadze sytuacji. Gdyby wybuchła wojna, a ja byłbym dowódcą
plutonu, zażądałbym, żeby Bertil był moim zastępcą. W przeciwnym razie
nie wychodziłbym z kantyny, pomyślał Winter i wyciągnął rękę po teczkę,
którą podał mu rejestrator.
Gdyby to była inna wojna, pomyślał.
Rejestrator był dość nowy w policji kryminalnej i stosunkowo młody.
Podczas kilku wcześniejszych śledztw bardzo dobrze się spisał, więc
główny śledczy Erik Winter zdecydował, że chce go zatrzymać.
Janne Möllerström pilnował wszystkiego. Zdawał się o niczym nie
zapominać. Zajmował się bazą danych z dochodzenia wstępnego jak swoją
własnością. Umiał czytać i dobrze pisał.
Czasami mieli dwóch rejestratorów, ale Janne świetnie sobie ze wszystkim
radził sam. Winter przełknął ślinę i poczuł lekki ból w gardle. Miał to
już od rana.
- Oddaję wam głos - powiedział.
Wszyscy spojrzeli po sobie. Winter był ostry, więc jeśli pozwalał się
swobodnie wypowiadać, oznaczało to, że tym razem kreatywność będzie w cenie. W przypadku tego morderstwa. Lub morderstw.
Nikt się nie odezwał.
- Lars?
Inspektor kryminalny poruszył się. Wygląda, jakby jego twarz nabrała
charakteru, odkąd został inspektorem, pomyślał Winter. Czasami nawet
bezsensowne reformy przynoszą jakieś korzyści.
- Przeczytałem raport z Londynu - zaczął Lars Bergenhem.
Jego twarz nabrała charakteru. Czuł się teraz prawdziwszym śledczym, po
tym jak asystenci zostali niedawno automatycznie mianowani inspektorami
w nowej jednostce okręgowej policji kryminalnej. Był inspektorem.
Inspector. I am an inspector. What are you? Are you talking to me? Shut
up and listen when I'm talking.
- Tak? - powiedział Winter.
- Chodzi o tę rękawiczkę.
- Słuchamy - zachęcił go Winter.
- Koledzy z Londynu znaleźli odcisk rękawiczki w tym pensjonacie bed
and breakfast. Z tego, co wiem, Fröberg znalazł coś podobnego w tym
pokoju w akademiku u nas - powiedział Bergenhem.
- Zgadza się - przyznał Winter.
- W obu pokojach odcisk znajduje się w tym samym miejscu.
- Tak.
- Tylko tyle chciałem powiedzieć - dodał Bergenhem i wszyscy odnieśli
wrażenie, że się rozluźnił.
Tylko tyle, pomyślał Winter. Tylko tyle, że młody Szwed został
zamordowany w Londynie, a niemal równocześnie w Göteborgu, zwanym Małym
Londynem, zamordowano młodego Anglika, który przyjechał tu, żeby się
uczyć szwedzkiego i studiować inżynierię wodną. I odbyło się to w podobny sposób. Może wkrótce dojdziemy do tego, że to się stało w ten
sam sposób, a wtedy pójdę na chwilę do kantyny i będę rysował kręgi z kawy rozlanej na stoliku. Póki się nie uspokoję.
To będzie wyjątkowe śledztwo.
- Jest jeszcze coś - odezwał się Ringmar ze swojego ulubionego kąta.
Stał tam zawsze, z palcami wiecznie majstrującymi przy wąsach. Wyglądało
to na swego rodzaju manikiur, ale może to jego myśli poruszały się wraz
z palcami. - Odciski - wyjaśnił.
Nikt się nie odezwał. Winter spojrzał na Ringmara, przełknął ślinę i znów poczuł, że coś mu przeszkadza w gardle po lewej stronie.
- Czy w najnowszym raporcie Interpolu i z Anglii jest mowa o odciskach?
- zapytał Ringmar.
- Nie - odparł Möllerström. - Ale mówili, że nie zrobili jeszcze nawet
połowy pokoju.
- To znaczy, że jesteśmy szybsi - powiedział jeden ze śledczych, który
wkrótce miał wraz z kilkoma innymi opuścić grupę.
- To znaczy tyle co nic - odparł Ringmar. - Dopóki nie określimy
dokładnie czasu tu, u nas.
- Wolałbym, żeby to się nie przerodziło w wyścig między Londynem i Göteborgiem - wtrącił Winter.
- Właśnie - zgodził się Ringmar. - O czym to ja mówiłem?
- Odciski - podsunął Möllerström.
- Właśnie - powiedział Ringmar. - Technicy znaleźli te niewielkie ślady
niemal na środku pokoju, a teraz stwierdzili, że wiedzą, co to jest.
- Są prawie pewni - dodał Winter.
- Są pewni swojej diagnozy, jak należy. Właśnie robią porównania -
wyjaśnił Ringmar. - Przed chwilą z nimi rozmawiałem.
- Czas na kontakt bezpośredni - stwierdził Winter.
- Czy mamy przyjść jutro, żeby dowiedzieć się reszty? - zapytał kobiecy
głos. Był w nim lodowaty chłód, choć na Ringmara ironia nie działała.
Ale coś może z niej być, pomyślał.
Aneta Djanali była jedną z niewielu kobiet w wydziale śledczym. Miała
pozostać przy Ringmarze, kiedy trop zacznie stygnąć. Była nowa i wcale
się tym nie przejmowała. Winter rozmawiał o niej z Ringmarem. Została.
Poza tym jest ładna, stwierdził Ringmar.
- To statyw - powiedział Ringmar.
W sali zapanowała przytłaczająca i wyraźnie słyszalna cisza.
- To statyw od kamery filmowej lub aparatu fotograficznego, ostatecznie
lornetki, ale to statyw.
- Jak możemy coś takiego stwierdzić, do cholery? - odezwał się ktoś ze
środka sali.
- Słucham?
- Skąd pewność, że to akurat statyw?
- Nie jesteśmy tak całkiem pewni, jak przed chwilą powiedzieliśmy, ale
laboratorium wyklucza wszelkie inne możliwości.
- Ten bydlak to filmował - powiedział jeden ze śledczych spod drzwi i rozejrzał się dookoła.
- Nic o tym nie wiemy - stwierdził Winter.
- Wiemy tylko tyle, że w krwi jest ślad po statywie - dodał Ringmar.
- Czy wiemy, kiedy się tam znalazł? - zapytał Bergenhem.
- Co? - zdziwiła się Aneta Djanali.
- Czy postawił tam statyw przedtem, czy po wszystkim? - uściślił
Bergenhem.
- To dobre pytanie - stwierdził Ringmar. - Niedawno dostałem informację
na ten temat.
- Tak?
- Przyjmijmy, że ktoś ustawił na podłodze statyw, zanim... zanim to się
wydarzyło - wyjaśnił Ringmar.
- A więc krew pojawiła się tam potem - powiedział Ringmar.
Nikt się nie odezwał.
- To znaczy, że ktoś kręcił film - stwierdziła Aneta Djanali. Wstała i wyszła na korytarz, poszła do toalety. Stała tam dłuższą chwilę, z głową
ciężko pochyloną nad umywalką. Gdzie są faceci?, pomyślała. Dlaczego
stoję tu sama?
Winter siedział z dłońmi pogrążonymi w żałobie. Dużo mógł powiedzieć,
ale na początku tylko milczał. W pokoju były prawie same cienie. Nic już
nie żyło swoim własnym życiem, żałoba przejęła panowanie i u Lassego i Karin Malmströmów cienie wyszły z mroku.
Tak pomyślał Winter.
- Co za cholerny koszmar. To straszne przeżyć swoje dziecko - powiedział
Lasse Malmström.
Winter wstał i poszedł do kuchni. Nie był tu od wielu lat, ale kiedyś
bywał bardzo często. Dni pędzą jak dzikie konie po wzgórzach, pomyślał.
Zajrzał do trzech szafek, wreszcie znalazł słoik kawy rozpuszczalnej.
Nalał wody do czajnika i wcisnął wtyczkę do gniazdka w listwie nad
zlewem. Nasypał kawy do trzech filiżanek, wlał trochę mleka, a potem
dopełnił wrzącą wodą. W szczelinie, w której normalnie powinna się
znajdować stolnica, znalazł tacę i ustawił na niej filiżanki.
To mnie trochę nadweręży emocjonalnie, ale może też stanę się
wrażliwszy, a to może być dobre, pomyślał. Jeśli będę umiał rozdzielić
te sprawy, może potem będę lepszym śledczym... jeśli to jakaś różnica.
Słońce przedarło się przez okno nad kuchennym blatem i na środku kuchni
blask zderzył się ze słabym światłem lampy z przedpokoju. Światło
połączyło się w puste coś, uniemożliwiając orientację komuś, kto
chciałby iść dalej. Nic tu nie idzie dalej, pomyślał. Nie jestem pewien,
czy ci ludzie będą w stanie zadbać o siebie w najbliższym czasie.
Przeszedł z kawą przez dom i usiadł w jednym z foteli w salonie. Karin
Malmström udało się podciągnąć jedną z żaluzji. Słońce namalowało
pionowy prostokąt na północnej ścianie. Całe światło zebrało się w tym
jednym miejscu.
- A więc nie było go dwa dni - podjął Winter.
Lasse Malmström skinął głową.
- Wiedział, gdzie będzie mieszkał?
Rodzice spojrzeli po sobie. Żadne się nie odezwało.
- Czy załatwił sobie wcześniej jakiś pokój? - zapytał Winter.
- Nie chciał tego robić - odpowiedziała Karin Malmström.
- Dlaczego?
- Nie pierwszy raz podróżował... sam - wyjaśniła. - Pierwszy raz pojechał
sam do Londynu, ale ma już pewne doświadczenie.
Dla niej nadal był obecny. Winter stykał się z tym wiele razy w sytuacjach takich jak ta.
- Nie chciał robić zbyt wielkich przygotowań - mówiła dalej.
Winter przyglądał się prostokątowi światła na ścianie. Przemieścił się,
co oznaczało, że światło dosięgło siedzącej przed nim kobiety. Siedziała
z pochyloną głową, co pogrążało jej twarz w cieniu. Zobaczył mignięcie,
jak refleks w prawym oku, ale nic poza tym. Miała na sobie sprane dżinsy
i gruby dziergany sweter: rzeczy, które są zawsze pod ręką, kiedy się
wstaje z łóżka po bezsennej nocy.
- Młodzi nie lubią za dużo planować - stwierdziła.
- Czy powiedział, w jakiej dzielnicy zamierza się zatrzymać? - zapytał
Winter.
- Wydaje mi się, że mówił coś o Kensington - powiedział Lasse Malmström.
Winter milczał, czekał.
- Jeździł z nami kilka razy. Wtedy mieszkaliśmy w Kensington, nawet przy
tej samej ulicy, ale nie chciał, żebym tam dzwonił i rezerwował mu pokój
w tym hoteliku. W końcu i tak to zrobiłem, a on się wtedy wkurzył... no
ale i tak nie anulowaliśmy tej rezerwacji, więc myślałem, że mimo
wszystko się tam zatrzyma - dokończył Lasse.
Miał na sobie garnitur, białą koszulę i krawat, przez co mocno
kontrastował z żoną. Różnie reagujemy w żałobie, pomyślał Winter. Na
przykład Lasse będzie chodził do biura jeszcze dzień lub dwa, a pod
wieczór ostatniego dnia, a może rano... padnie twarzą na biurko albo na
klienta siedzącego naprzeciwko, a potem długo nie włoży garnituru.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki