Taniec z aniołem. Komisarz Erik Winter. Tom I - Ake Edwardson

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

TO BYŁ RUCH, któ­rego chło­piec już nie był w sta­nie wyko­nać. Nie mógł sobie przy­po­mnieć, kiedy nastą­piło pogor­sze­nie. Teraz ten ruch był jak cień.

Zro­zu­miał. Pró­bo­wał podejść do połu­dnio­wej ściany, ale ruch był raczej kie­run­kiem w jego gło­wie. A kiedy uniósł pod­bró­dek, żeby spoj­rzeć w stronę, z któ­rej dźwięk...

Znów poczuł zimno wzdłuż ple­ców, mię­dzy łopat­kami i poni­żej zro­biło się bar­dzo zimno, potem cie­pło. Pośli­znął się na pod­ło­dze i upadł, ude­rza­jąc się w bio­dro. Śli­zgał się po pod­ło­dze. Jego ciało nie miało się na czym zatrzy­mać.

Sły­szał głos.

Jest we mnie głos, który mnie woła. To ja nim jestem, pomy­ślał. Rozu­miem. Teraz odsunę się od ściany, a jeśli zro­bię to ostroż­nie i po cichu, nic mi się nie sta­nie.

Mamo. Mamo!

Brzę­czący dźwięk, jak pod­czas pauzy, kiedy przed oczami nic się nie dzieje. Nie mógł się od tego dźwięku uwol­nić. Nie wie­dział, co to jest.

Odejdź.

Odejdź stąd.

Rozu­miem. Znów czuję chłód i patrzę w dół na swoją nogę, ale nie wiem, która to jest. Widzę ją. W pokoju jest jasno. Przed­tem tak nie było, ale kiedy zro­biło się zimno, zapa­liło się świa­tło, i to tak jasne, że za oknem zro­biła się noc.

Sły­szę samo­chód, ale on odjeż­dża. Nic się tu nie zatrzy­muje.

Odejdź ode mnie. Odejdź!

Jesz­cze był w sta­nie się sobą zająć, a gdyby został sam, mógłby cho­dzić po pokoju i dojść do drzwi. Tam­tędy wszedł, a męż­czy­zna wyszedł jesz­cze raz, żeby przy­nieść rze­czy, wró­cił i zamknął drzwi, a potem zapa­dła noc.

Cią­gle sły­szał muzykę, ale nie mogła wycho­dzić z niego, ze środka. Pusz­czali Mor­ris­seya. Wie­dział, że tytuł płyty pocho­dzi od nazwy dziel­nicy mia­sta po tej stro­nie rzeki.

To nie było daleko stąd. Wie­dział dużo takich rze­czy. To był jeden z powo­dów.

Znów usły­szał muzykę, nieco gło­śniej. Nie było już sły­chać brzę­cze­nia.

Świa­tło się nie zmie­niło. Powinno go boleć w środku, w ciele.

Nie czuję, żeby mnie to bolało, pomy­ślał. Nie jestem zmę­czony. Mogę odejść, jeśli tylko uda mi się sta­nąć na nogi. Spró­buję coś powie­dzieć. Minęła chwila. To tak jak przy zasy­pia­niu nagle coś wyrywa czło­wieka ze snu, jakby wydo­by­wał się z głę­bo­kiej otchłani. Tylko to jest ważne. Potem się boi, nie może znowu zasnąć. I kiedy tak leży, pra­wie nie może się ruszyć, wła­śnie wtedy. Chce się ruszyć, ale to nie­moż­liwe.

Potem już nie myślał za dużo. Jakby wszystko, co prze­wo­dzi impulsy myślowe, kable i prze­wody, zostało prze­cięte, a myśli wycie­kły przez nacię­cia i roz­bie­gły się bez­ład­nie po gło­wie, a krótką chwilę póź­niej wypły­nęły wraz z krwią.

Wiem, że to krew, i to moja. Rozu­miem. Już nie jest mi tak zimno, może to się skoń­czyło. Myślę o tym, co będzie dalej.

Wiem, że się pod­nio­słem, z jed­nym kola­nem w górze, dru­gim opar­tym o pod­łogę. Patrzę pro­sto w świa­tło i tak odsu­wam swoje ciało pod ścianę, w cień.

A rów­no­cze­śnie czuję, że coś się zbliża z boku, a ja się od tego odsu­wam. Może mi się uda.

Spró­bo­wał dostać się do schro­nie­nia, które gdzieś tam na niego cze­kało. Tym­cza­sem muzyka roz­brzmie­wała gło­śniej. Wokół niego wszystko się ruszało, w różne strony, upa­dał, był dźwi­gany, czuł, że coś unosi go w górę i na boki. Widział, jak sufit i ściany suną ku niemu. Nie umiał powie­dzieć, gdzie koń­czy się jedno, a zaczyna dru­gie. Potem nie było już muzyki.

Ostat­nia nić trzy­ma­jąca myśli razem pękła. Zastą­piły ją marze­nia i resztki wspo­mnień, które zabrał ze sobą, kiedy wszystko się skoń­czyło i zapa­dła cisza. Potem roz­le­gły się kroki. Odda­lały się od miej­sca, gdzie sie­dział, opie­ra­jąc się szczu­płym cia­łem o krze­sło.

Rozdział 1

1

TO BYŁ ROK, który nie chciał odpu­ścić. Krę­cił się wkoło, kąsał wła­sny ogon jak jakiś pie­kielny wście­kły pies. Tygo­dnie i mie­siące były dwa razy dłuż­sze.

Z tego miej­sca, gdzie Erik Win­ter stał, wyglą­dało to tak, jakby trumna uno­siła się w powie­trzu. Słońce wdzie­rało się przez okno po lewej stro­nie i świa­tło prze­no­siło trumnę z kata­falku na kamie­nie posadzki. Wszystko było tylko pro­sto­ką­tem świa­tła, tylko tyle widział.

Sły­szał psalmy o śmierci, ale nie poru­szał war­gami. Ota­czał go krąg ciszy. To nie była obcość. Nie była to też jakaś szcze­gólna żałoba, przy­naj­mniej nie od razu. To było inne uczu­cie. Wią­zało się z samot­no­ścią i tą prze­strze­nią, która powstaje, kiedy dłoń roz­luźni chwyt.

Nie ma już cie­pła, które pocho­dzi od krwi, pomy­ślał. Jakby droga powrotna zaro­sła.

Erik Win­ter wstał wraz z innymi, wyszedł z kościoła i odpro­wa­dził trumnę na cmen­tarz. Kiedy na drew­niane wieko spa­dła zie­mia i wszystko się skoń­czyło, stał przez chwilę nie­ru­chomo, aż poczuł na twa­rzy zimowe słońce. Było jak dłoń zanu­rzona w let­niej wodzie.

Szedł powoli uli­cami bie­gną­cymi na zachód, do przy­stani pro­mo­wej. Teraz, kiedy w ciele czło­wieka skoń­czyła się wojna, spo­czywa wresz­cie w spo­koju. Wszystko jest histo­rią, a ja zaczy­nam czuć wielki smu­tek. Naj­chęt­niej przez jakiś czas robił­bym wiel­kie nic. A potem chciał­bym wyple­wić chwa­sty ze ście­żek przy­szło­ści, pomy­ślał i posłał coś w rodzaju uśmie­chu w stronę nisko wiszą­cego nieba.

Wszedł na prom. Wspiął się po scho­dach i sta­nął na pokła­dzie samo­cho­do­wym. Wjeż­dżały nań samo­chody pokryte czar­nym śnie­giem. Pano­wał tu pie­kielny hałas, musiał zasło­nić dło­nią lewe ucho. Kiedy trumnę skła­dano do grobu, zdjął skór­kowe ręka­wiczki, ale teraz znów je wło­żył. Było zim­niej niż kie­dy­kol­wiek przed­tem.

Stał samot­nie na pokła­dzie. Prom powoli odbi­jał od wyspy. Kiedy mijali nie­wielki falo­chron, Win­ter pomy­ślał prze­lot­nie o śmierci, o tym, że życie toczy się dalej, jesz­cze długo po tym, jak straci sens. Ruchy są te same, ale sensu bra­kuje.

Stał tak, aż domy za rufą stały się tak małe, że mógłby je zmie­ścić w dłoni.

W nie­wiel­kim barze sie­dzieli ludzie. Towa­rzy­stwo na prawo spra­wiało wra­że­nie, jakby chciało zaraz wybuch­nąć pie­śnią o wol­no­ści, ale tylko prze­nio­sło się pod wiel­kie okna.

Win­ter na razie nic nie pił. Sie­dział pochy­lony nad sto­łem i cze­kał, aż psalmy w jego gło­wie ucichną. Potem zamó­wił fili­żankę kawy. Jakiś męż­czy­zna dosiadł się do niego. Win­ter wypro­sto­wał się na całą dłu­gość.

- Czy mogę panu posta­wić kawę? - zapy­tał.

- Oczy­wi­ście - odparł męż­czy­zna.

Win­ter dał znak w stronę kon­tu­aru.

- Chyba trzeba samemu przy­nieść - powie­dział męż­czy­zna.

- Nie. Ona przy­cho­dzi.

Kobieta bez słowa przy­jęła zamó­wie­nie. W przy­tłu­mio­nym świe­tle słońca jej twarz wyda­wała się prze­zro­czy­sta. Win­ter nie widział, czy patrzy na niego, czy na wieżę kościelną we wsi, którą wła­śnie mijali. Zasta­na­wiał się, czy dźwięk dzwo­nów sły­chać po dru­giej stro­nie albo na pro­mie pły­ną­cym w stronę wyspy.

- Chyba się skądś znamy - powie­dział, odwra­ca­jąc krze­sło w stronę męż­czy­zny sie­dzą­cego przy sto­liku.

- Też mam takie wra­że­nie - przy­znał tam­ten.

Dziw­nie trzyma nogi, pomy­ślał. Chyba nie­wy­god­nie wyso­kiemu czło­wie­kowi przy takim sto­liku. Wygląda, jakby go coś bolało. To chyba nie jest wina świa­tła na twa­rzy.

- Nasze drogi krzy­żo­wały się już co naj­mniej raz - stwier­dził Win­ter.

- To prawda.

- To się ni­gdy nie koń­czy.

- Nie.

- Jest nasza kawa - powie­dział Win­ter, przy­glą­da­jąc się, jak kel­nerka sta­wia fili­żankę przed komi­sa­rzem poli­cji kry­mi­nal­nej Ber­ti­lem Ring­ma­rem. Znad kawy para uno­siła się do twa­rzy Ring­mara. Na wyso­ko­ści czoła roz­rze­dzała się i roz­pły­wała koli­ście wokół głowy. Wygląda jak anioł, pomy­ślał Win­ter.

- Co tu robisz? - zapy­tał.

- Płynę pro­mem i piję kawę.

- Dla­czego zawsze tak uwa­żamy na słowa, kiedy roz­ma­wiamy ze sobą? - rzu­cił Win­ter.

Ber­til Ring­mar upił łyk kawy.

- Myślę, że jeste­śmy bar­dzo wyczu­leni na zna­cze­nie słów - odparł i odsta­wił fili­żankę na blat sto­lika. Win­ter widział jego twarz odbitą w szkle do góry nogami. Tak wygląda korzyst­niej, pomy­ślał.

- Odwie­dzi­łeś Matsa? - zapy­tał Ring­mar.

- W pew­nym sen­sie.

Ring­mar się nie ode­zwał.

- On nie żyje - dodał Win­ter.

Ber­til Ring­mar chwy­cił fili­żankę. Czuł mie­szankę zimna i gorąca, ale nie wypu­ścił jej z dłoni.

- To była piękna uro­czy­stość - powie­dział Win­ter. - Nie wie­dzia­łem, że miał tylu przy­ja­ciół. Tylko jed­nego krew­nego, ale wielu przy­ja­ciół.

Ring­mar mil­czał.

- Myśla­łem, że w kościele będą sami męż­czyźni, ale było też dużo kobiet - mówił dalej Win­ter. - Wła­ści­wie głów­nie kobiety.

Ring­mar wyglą­dał przez okno. Patrzył na coś za ple­cami Win­tera. Win­ter zga­dy­wał, że na wieżę kościelną.

- To potworna cho­roba - powie­dział Ring­mar i prze­niósł wzrok na Win­tera. - Mogłeś zadzwo­nić, gdy­byś chciał.

- W środku urlopu na Kana­rach? Mats był moim przy­ja­cie­lem, ale sam sobie pora­dzi­łem z żałobą. Zresztą może dopiero teraz się zaczyna - stwier­dził Win­ter.

Sie­dzieli bez słowa, wsłu­chu­jąc się w odgłos sil­ni­ków.

- Były też inne cho­roby - ode­zwał się Win­ter po chwili. - W końcu zabiło go zapa­le­nie płuc.

- Wiesz, o co mi cho­dzi.

- Tak.

- Już od dawna miał to cho­ler­stwo.

- Wiem.

- Niech to szlag.

- Przez jakiś czas myśla­łem, że wie­rzy, że mu się uda.

- Powie­dział ci?

- Nie. Ale domy­śla­łem się, że przez pewien czas tak sądził. Wola może wystar­czy, kiedy wszystko inne już wysia­dło. Przez kilka minut ja też w to wie­rzy­łem.

- Aha.

- A potem wziął na sie­bie zbio­rową winę. A potem nastą­pił koniec.

- Czy nie mówi­łeś kie­dyś, że chciał zostać poli­cjan­tem? Kiedy był młody?

- Tak mówi­łem?

- Wydaje mi się, że tak.

Win­ter odgar­nął włosy z czoła. Zatrzy­mał dłoń na gęstych pasmach na karku.

- Może jak ja zaczy­na­łem szkołę poli­cyjną - powie­dział. - Albo kiedy wspo­mi­na­łem, że będę się sta­rał.

- Może.

- To dawno temu.

- Tak.

Kadłub statku drgnął, jakby zdrzem­nął się w zatoce, a teraz ktoś zakłó­cił mu odpo­czy­nek. Ludzie zaczęli zbie­rać wokół sie­bie manatki, moc­niej otu­lali się płasz­czami przed zej­ściem na ląd.

- Byłby prze­cież mile widziany - powie­dział Ring­mar, spo­glą­da­jąc na łokieć Win­tera. Ten puścił włosy i poło­żył dło­nie na sto­liku.

- Czy­ta­łem, że w Anglii szu­kają homo­sek­su­al­nych poli­cjan­tów - powie­dział Ring­mar.

- Cho­dzi im o nowe sta­no­wi­ska dla homo­sek­su­al­nych poli­cjan­tów czy chcą gejów szko­lić na poli­cjan­tów? - zapy­tał Win­ter.

- Czy to ma jakieś zna­cze­nie?

- Prze­pra­szam.

- Spo­łe­czeń­stwo wie­lo­kul­tu­rowe jest w Anglii bar­dziej roz­wi­nięte - powie­dział Ring­mar. - To kul­tura rasi­stow­ska i sek­si­stow­ska, ale rozu­mieją, że potrze­bują róż­nych ludzi, także wśród poli­cjan­tów.

- Tak.

- Może i my dosta­niemy jakie­goś geja?

- Myślisz, że jesz­cze nie mamy?

- Takiego, który miałby odwagę się przy­znać.

- Gdy­bym był gejem, to teraz bym się przy­znał, po dzi­siej­szym dniu - powie­dział Win­ter.

- Mhm.

- Albo nawet wcze­śniej. Tak, chyba tak.

- Tak.

- To nie­do­brze trzy­mać się od tego na dystans. Jakby się pono­siło jakąś cho­lerną zbio­rową winę. Ty też pono­sisz tę winę - powie­dział Win­ter, spo­glą­da­jąc na kolegę.

- Tak - zgo­dził się Ring­mar. - Jestem winny.

Ludzie sie­dzący przy oknie pano­ra­micz­nym znów spra­wiali wra­że­nie, jakby zaraz mieli wyko­nać pio­senkę o wol­no­ści, gdyby tylko nie byli tak obcią­żeni życiem. Prom minął latar­nię mor­ską. Win­ter wyj­rzał przez okno.

- Co byś powie­dział na to, żeby wyjść na pokład i powi­tać mia­sto?

- Tam jest zimno - odparł Ring­mar.

- Ja chyba tego potrze­buję.

- Rozu­miem.

- Naprawdę rozu­miesz?

- Nie wysta­wiaj na próbę mojej cier­pli­wo­ści, Eriku.

Szary dzień osią­gnął wiek średni. Pokład samo­cho­dowy lśnił matowo jak węgiel. Skały wokół kadłuba miały ten sam kolor co niebo. Wcale nie tak łatwo powie­dzieć, gdzie koń­czy się jedno, a zaczyna dru­gie, pomy­ślał Win­ter. Nagle jest się w nie­bie, wcale o tym nie wie­dząc. Skok ze skały i już tam jesteś.

Kiedy kulili się pod mostem, był już wie­czór. Wszę­dzie jarzyły się świa­tła mia­sta. Boże Naro­dze­nie minęło i śnieg tu i ówdzie znik­nął. Dotkliwe zimno utrzy­my­wało brzy­dotę w bez­ru­chu, jak na foto­gra­fii.

- Kiedy ktoś pyta, mówisz, że naj­ohyd­niej­szy czas w roku to koniec stycz­nia, ale kiedy koniec stycz­nia nad­cho­dzi, oka­zuje się, że nie jest wcale gor­szy niż reszta - powie­dział Ring­mar.

- To prawda.

- To zna­czy, że albo przez cały rok jest tak cho­ler­nie obrzy­dli­wie, albo cały czas czu­jesz się jak król.

- Wła­śnie.

- Chciał­bym być kró­lem.

- Chyba nie jest aż tak źle?

- Dawno temu wyda­wało mi się przez jakiś czas, że jestem następcą tronu, ale tak nie jest.

Win­ter się nie ode­zwał.

- To ty jesteś następcą tronu - dodał Ring­mar.

Win­ter mil­czał.

- Ile masz lat? Trzy­dzie­ści sie­dem? Trzy­dzie­sto­sied­mio­letni komi­sarz poli­cji kry­mi­nal­nej. A może mia­łeś trzy­dzie­ści pięć, kiedy dosta­łeś to sta­no­wi­sko? Prze­cież to się w pale nie mie­ści.

Odgłosy mia­sta stały się wyraź­niej­sze.

- Wszystko w porządku, Eriku - cią­gnął Ring­mar. - Wszystko w porządku. Ale gdy­bym sam miał jakieś nadzieje, to roz­wia­łyby się na tam­tym spo­tka­niu.

- Na jakim spo­tka­niu?

- Dla wszyst­kich, któ­rzy chcą zajść jesz­cze dalej.

- Ach tak, to - powie­dział Win­ter.

- Ty nie musia­łeś tam być.

- Tak.

Win­ter przy­glą­dał się samo­cho­dom na tra­sie dojaz­do­wej. Przy­po­mi­nały mu wiją­cego się, hała­śli­wego świe­tli­stego robaka.

- Wła­ści­wie nie jestem karie­ro­wi­czem - powie­dział Ring­mar.

- To dla­czego tak dużo o tym mówisz?

- Prze­pra­co­wuję swoje roz­cza­ro­wa­nie. To natu­ralne. Cza­sem ludzie tak robią, nawet ci, co są zado­wo­leni ze swo­jego skrom­nego losu.

- Prze­cież jesteś komi­sa­rzem poli­cji, do cho­lery.

Ring­mar nie odpo­wie­dział.

- Prze­cież zaj­mu­jesz ważne sta­no­wi­sko, jesteś ombud­sma­nem - powie­dział Win­ter. - Nie jesteś kró­lem, ale jesteś boha­te­rem - mówił dalej, wcią­ga­jąc noz­drzami wie­czorne powie­trze. Wiatr był jak gruba sól na jego twa­rzy. Prom ude­rzył o keję.

Rozdział 2

2

SZEDŁ ST JOHN'S HILL na wschód. Ota­czały go odgłosy z Cla­pham Junc­tion, ale pra­wie nic nie sły­szał. Pociągi są teraz więk­sze i szyb­sze, ale odgło­sów wydają mniej, pomy­ślał.

Zaszedł do kawiarni i zamó­wił dzba­nek her­baty. Potem usiadł przy oknie. Sły­szał głosy robot­ni­ków budow­la­nych sie­dzą­cych w kącie. Hała­śli­wie jedli śnia­da­nie, ale nie przy­słu­chi­wał się im. Za oknem prze­su­wali się ludzie, więk­szość w dro­dze na wschód, w stronę Laven­der Hill i domu towa­ro­wego. W Ardings i Hobbs zawsze jest festyn, pomy­ślał. Stwo­rzy­li­śmy tutaj Har­rodsa dla ubo­gich. Po połu­dnio­wej stro­nie rzeki miesz­kają zwy­kli biedni ludzie.

Wszy­scy na ulicy mieli zaru­mie­nione twa­rze. Tu, w środku, też czuć było zimę, w zapa­chu odzieży, w prze­ciągu od otwie­ra­nych i zamy­ka­nych drzwi. Wia­try z pół­nocy sma­gały połu­dniowy Lon­dyn, a ludzie jak zawsze byli nie­przy­go­to­wani.

Jeśli cho­dzi o umie­jęt­ność przy­go­to­wa­nia się, jeste­śmy naj­gorsi na świe­cie, pomy­ślał. Posia­da­li­śmy cały świat, ale ni­gdy nie nauczy­li­śmy się niczego o pogo­dzie i wie­trze. Na­dal uwa­żamy, że świa­towa pogoda powinna się dosto­so­wać do bry­tyj­skiego stroju. My ni­gdy się nie zmie­nimy. Choć­by­śmy sinieli z zimna.

Komi­sarz poli­cji kry­mi­nal­nej Steve Mac­do­nald spró­bo­wał się napić her­baty, ale oka­zała się za mocna. Pijemy naj­wię­cej her­baty na świe­cie, a nie umiemy jej przy­rzą­dzać. Zawsze z początku jest za słaba, za mocna na końcu, pomię­dzy jest za gorąca, żeby dało się pić, a dzi­siaj jestem w gów­nia­nym humo­rze. Wła­śnie w takich chwi­lach przy­cho­dzą te czarne myśli.

- ...a wtedy powie­dzia­łem, że to cię będzie kosz­to­wało piwo, ty bucu - to jeden z budow­lań­ców zakoń­czył swą opo­wieść.

Cała kawiar­nia cuch­nęła tłusz­czem, powie­trze skła­dało się z tłusz­czu. Kiedy ktoś prze­cho­dził z jed­nego rogu w drugi, zosta­wiał w powie­trzu odcisk. Tak jak na Sybe­rii. Może nie ma takich mro­zów, ale powie­trze sta­wia taki sam opór.

Wyszedł na ulicę i się­gnął do wewnętrz­nej kie­szeni mary­narki, po tele­fon. Wybrał numer i cze­kał ze wzro­kiem utkwio­nym w wyświe­tla­czu. Pod­niósł wzrok i zoba­czył podróż­nych wycho­dzą­cych z kamien­nego por­talu dworca kole­jo­wego.

- Halo - ode­zwał się głos.

- Jestem wła­śnie na miej­scu.

- Tak?

- Zostanę tu chyba cały dzień.

- Chcesz powie­dzieć całą zimę.

- Czy to obiet­nica?

Nie uzy­skał odpo­wie­dzi.

- Zacznę od oko­licy Mun­ca­ster Road.

- Czy obsze­dłeś staw?

- Tak.

- I co?

- To moż­liwe. Na razie tylko tyle mogę powie­dzieć.

- Dobrze.

- Myślę, że zaj­rzę do Dudleya.

- Jeśli zdą­żysz.

- Postoję tam jesz­cze chwilę.

- Póź­niej o tym poroz­ma­wiamy - ode­zwał się głos i połą­cze­nie się urwało.

Mac­do­nald scho­wał tele­fon do kie­szeni i skrę­cił na połu­dnie, na St John's Road. Zacze­kał na prze­rwę w stru­mie­niu samo­cho­dów na Bat­ter­sea Rise i ulicą Nor­th­cote Road szedł dalej na połu­dnie.

W dro­dze na wschód Chatto Road rzu­cił tęskne spoj­rze­nie na fasadę pubu The Eagle. Póź­niej. Może dużo póź­niej.

Prze­szedł trzy­sta metrów i skrę­cił w Mun­ca­ster Road. Sze­re­gówki lśniły matowo w stycz­nio­wym słońcu, cegły i tynk zle­wały się z płyt­kami chod­nika w zimo­wym braku koloru. Kon­trast stał się wyraź­nie widoczny, kiedy na ulicy poja­wił się listo­nosz z torbą na kół­kach. Jej czer­wień aż kłuła w oczy. Zadzwo­nił do drzwi. Listo­nosz zawsze dzwoni co naj­mniej dwa razy, a kiedy otwo­rzył furtkę, Mac­do­nald skrę­cił i wszedł w niską bramę. Się­gnął do kołatki i zadud­nił w drzwi. Co za bru­talny spo­sób oznaj­mia­nia o swoim przy­by­ciu, pomy­ślał.

Drzwi otwo­rzyły się na całą dłu­gość łań­cu­cha, w ciem­no­ści domy­ślał się twa­rzy.

- Tak?

- Czy tu mieszka John Ander­ton? - zapy­tał Mac­do­nald, się­ga­jąc do kie­szeni po legi­ty­ma­cję.

- A kto pyta?

- Poli­cja - wyja­śnił Mac­do­nald i poka­zał doku­ment. - Dzwo­ni­łem.

- John je śnia­da­nie - powie­działa kobieta, jakby to miało unie­moż­li­wiać wizytę.

Chce, żebym sobie poszedł, żeby mogła spo­koj­nie usma­żyć swoje śle­dzie. Przez szparę w drzwiach dola­ty­wała ostra woń przy­pa­lo­nej ryby.

- To nie potrwa długo - zapew­nił.

- Ale...

- To nie potrwa długo - powtó­rzył i scho­wał legi­ty­ma­cję. Usły­szał szczęk z dru­giej strony drzwi, kiedy zdej­mo­wała zabez­pie­cze­nia. Cze­kał. To musiało kosz­to­wać mają­tek, pomy­ślał. Nie zostało dużo na kon­ser­wa­cję samych drzwi. Wkrótce pękną pod cię­ża­rem całego tego żela­stwa.

Otwo­rzyła i oka­zało się, że jest młod­sza, niż się spo­dzie­wał. Nie była ładna, ale młoda, choć wkrótce straci mło­dość. Może już się tym zadrę­cza, pomy­ślał.

- Pro­szę - powie­działa i gestem zapro­siła go do środka. - John przyj­dzie za chwilkę.

- Wpro­wadź go tu, do kurwy nędzy - w przed­po­koju roz­legł się męski głos. Brzmiał nie­wy­raź­nie, nie­po­trzeb­nie pod­nie­siony.

Ma usta pełne jajek, pomy­ślał Mac­do­nald. Albo bekonu.

Kuch­nia przy­po­mi­nała wnę­trze K&M:s Café z St John's Hill, powie­trze było gęste od tłusz­czu z leżą­cego na patelni śle­dzia.

Męż­czy­zna był tęgi i czer­wony na twa­rzy.

Mam nadzieję, że nie umrze przy mnie, pomy­ślał Mac­do­nald.

- Czy wła­dza da się zapro­sić na śle­dziowy ogon? - powie­dział męż­czy­zna, wska­zu­jąc gestem żonę i kuch­nię, jak gdyby gość mógł mię­dzy nimi wybie­rać.

- Nie, dzię­kuję - odparł Mac­do­nald. - Już jadłem śnia­da­nie.

- Sma­żone, z curry - dodał John Ander­ton.

- Mimo wszystko nie.

- No to na co ma pan ochotę? - zapy­tał męż­czy­zna, jakby poli­cjant przy­szedł tu, żeby zaspo­koić głód. - Nie chciałby pan ham­bur­gera? - pytał dalej, uśmie­cha­jąc się zębami, które lśniły tru­jącą żół­cią. - Big maca?

- Chęt­nie napiję się her­baty - odparł Mac­do­nald.

- Mleko się skoń­czyło - ode­zwała się kobieta.

- To nic nie szko­dzi - powie­dział poli­cjant.

- Nie mamy cukru. - Spoj­rzała na męża.

O ile to jest jej mąż, pomy­ślał Mac­do­nald.

Męż­czy­zna się nie odzy­wał. Obser­wo­wał gościa. Czy oni ze mnie kpią?, pomy­ślał Mac­do­nald. Może ją popro­szę, żeby dodała tro­chę curry.

- Pro­szę bar­dzo - powie­działa kobieta, sta­wia­jąc przed nim fili­żankę. Upił łyk. Her­bata była dobra, nie za słaba, nie za gorąca.

- Jed­nak mamy jesz­cze tro­chę cukru - stwier­dziła kobieta.

- Wizyta poli­cji to dla nas zaszczyt - oświad­czył męż­czy­zna. - Nie sądzi­łem, że skła­da­cie wizyty domowe. Myśla­łem, że wzy­wa­cie ludzi do Yardu w środku nocy, nawet po to, żeby potwier­dzić zgło­sze­nie o zagi­nię­ciu cho­mika.

Mac­do­nald mil­czał. Nasz drogi John jest zde­ner­wo­wany, jak wszy­scy inni. Papla­nina jest matką ner­wo­wo­ści. Może zjada te gigan­tyczne por­cje, żeby zła­go­dzić swój nie­po­kój.

- Doce­niamy to, że pan się z nami skon­tak­to­wał, panie Ander­ton - powie­dział poli­cjant, wyj­mu­jąc notes i dłu­go­pis z pra­wej kie­szeni kurtki. Płaszcz powie­sił w przed­po­koju. Teraz spraw­dził, czy komórkę na pewno ma w kurtce, nie w płasz­czu.

- Jestem odpo­wie­dzial­nym oby­wa­te­lem, jak każdy inny - odparł męż­czy­zna i roz­ło­żył ręce, jakby pozo­wał do posągu na The Com­mon.

- Doce­niamy to - powtó­rzył Mac­do­nald.

- Choć nie mam za dużo do powie­dze­nia - przy­znał Ander­ton ze skrom­no­ścią, która nie paso­wała do jego gestów.

- Widział pan tego męż­czy­znę - zaczął Mac­do­nald.

- Pro­szę mi mówić John.

- Widział pan męż­czy­znę, który roz­ma­wiał z chłop­cem, John.

- To było o zmierz­chu, a ja byłem w The Wind­mill, a kiedy już wypi­li­śmy po kilka piw, ktoś powie­dział, że wie­czór...

- Naj­bar­dziej inte­re­suje mnie, co się zda­rzyło przy Mount Pond - wtrą­cił łagod­nie Mac­do­nald.

- Jak już mówi­łem - pod­jął męż­czy­zna po chwili - to było o zmierz­chu. Wra­ca­łem sam z pubu na Wind­mill Drive i skrę­ci­łem nad staw.

- Dla­czego?

- Nie rozu­miem pyta­nia.

- Czy bar­dziej natu­ral­nie nie byłoby pójść po pro­stu aleją?

- A czy to ma jakieś zna­cze­nie?

Mac­do­nald nie odpo­wie­dział.

- Jeśli to takie cho­ler­nie ważne, to chcia­łem się wyszczać - przy­znał męż­czy­zna i rzu­cił szyb­kie spoj­rze­nie na kobietę.

Prze­stała się krzą­tać przy kuchni i stała jesz­cze chwilę ze ścierką w dłoni. Odwró­ciła się do okna wycho­dzą­cego na ulicę.

- Mię­dzy sta­wem a Band­stand jest dobre miej­sce, jeśli aku­rat mię­dzy pubem a domem jest tłok na ulicy - wyja­śnił Ander­ton.

- Stał pan przy sta­wie - powie­dział Mac­do­nald.

- Sta­łem dość bli­sko wody, a kiedy się odla­łem, zoba­czy­łem tego typa, jak obej­mo­wał chłopca.

- Obej­mo­wał go?

- Ten typek ota­czał go ramie­niem, tak.

- Dla­czego pan mówi o nim typek?

- Bo wyglą­dał jak typek.

- Czyli jak?

- Jeśli naprawdę mam być szczery, to typek wygląda mniej wię­cej jak pan - odparł John Ander­ton z uśmie­chem.

- Jak ja - powtó­rzył Mac­do­nald.

- Włosy, które nale­ża­łoby przy­strzyc, skó­rzana mary­narka, wysoki i twardy, z taką ponurą har­do­ścią, która potrafi każ­demu napę­dzić stra­cha - odpo­wie­dział męż­czy­zna.

- Taki jak ja, innymi słowy - upew­nił się Mac­do­nald.

- Tak.

Ten facet to skarb, pomy­ślał Mac­do­nald. Wygląda, jakby cho­le­ste­rol miał go zaraz zabić, ale ma bystre oko.

- Stał pan nie­ru­chomo i się im przy­glą­dał? - zapy­tał poli­cjant.

- Tak.

- Pro­szę opo­wie­dzieć wła­snymi sło­wami, co pan widział.

- A jakich innych słów miał­bym uży­wać?

- Niech pan mówi.

Męż­czy­zna dotknął sto­ją­cej przed nim fili­żanki. Zaj­rzał do niej, wycią­gnął rękę po dzba­nek i nalał her­baty, która zdą­żyła przez ten czas pociem­nieć. Wypił i wykrzy­wił twarz. Pogła­dził się po łysi­nie. Skóra nacią­gnęła się i lekko zaczer­wie­niła. Zabar­wie­nie utrzy­my­wało się jesz­cze przez kilka sekund.

- Ja po pro­stu tam sobie sta­łem, nawet nie­spe­cjal­nie zacie­ka­wiony. Nie było na co patrzeć, tylko ich dwóch. Ale pomy­śla­łem, że ten facet jest dwa razy więk­szy i dwa razy star­szy od chło­paka i że nie mam przed sobą ojca z synem.

- Ale męż­czy­zna obej­mo­wał chło­paka.

- Tak. Ale to było na jego warun­kach, a nie chło­paka.

- Dla­czego?

- Dla­czego? Widać było, kto jest bar­dziej zain­te­re­so­wany.

Mac­do­nald zaj­rzał w notat­nik. Jesz­cze nic nie zapi­sał.

Im mniej napi­szę, tym mniej będę się musiał mar­twić potem, w trak­cie śledz­twa, pomy­ślał.

- Czy widać było, że to prze­moc?

- Co jest, a co nie jest prze­mocą? - odparł John Ander­ton, jakby wykła­dał filo­zo­fię na Lon­don Uni­ver­sity.

- Czy była w tym prze­moc w pań­skim rozu­mie­niu? - pono­wił pyta­nie Mac­do­nald.

- Nie szar­pał tego chło­paka.

- Sły­szał pan coś?

- Sły­sza­łem głosy, ale było za daleko, żebym mógł zro­zu­mieć jakieś słowa - wyja­śnił Ander­ton i wstał.

- Dokąd pan idzie? - zapy­tał Mac­do­nald.

- Zago­tuję wię­cej wody, jeśli mogę.

Mac­do­nald nie odpo­wie­dział.

- Czy mogę?

- Natu­ral­nie.

- Nie zasta­na­wiał się pan, w jakim języku roz­ma­wiali? - zapy­tał Mac­do­nald, kiedy męż­czy­zna wró­cił do stołu.

- Nie. Byłem pewien, że po angiel­sku. A nie mówili po angiel­sku?

- Nie wiemy.

- A dla­czego to nie miałby być angiel­ski?

- Czy spra­wiali wra­że­nie, że się rozu­mieją? Że mówią tym samym języ­kiem?

- Wyglą­dało, że to ten wielki facet mówił wię­cej. No tak, spra­wiali wra­że­nie, że się rozu­mieją. Ale nie stali tam długo.

- Ach tak.

Z kuchenki roz­legł się gwizd. Ander­ton pod­szedł i przez chwilę był zajęty her­batą. Stał odwró­cony ple­cami do Mac­do­nalda.

- Czy oni pana nie widzieli?

- Tego nie wiem. Chło­pak się odwró­cił i może mnie zoba­czył, ale to chyba nie ma zna­cze­nia, prawda?

Mac­do­nald nie odpo­wie­dział.

- Prze­cież on nie żyje, prawda?

- Jak długo patrzył pan za nimi?

- Nie cze­ka­łem, aż znikną za hory­zon­tem, chcia­łem wró­cić do domu i obej­rzeć EastEn­der­sów. Ale kiedy tam sta­łem, szybko zro­biło się ciemno.

- W którą stronę poszli?

- Na połu­dnie. Pro­sto na połu­dnie, przez Wind­mill Drive.

- Będziemy potrze­bo­wali pań­skiej pomocy przy spo­rzą­dza­niu dokład­nego ryso­pisu tego męż­czy­zny.

- Dokład­nego ryso­pisu? Nie mogę kła­mać, widzia­łem za mało.

Mac­do­nald wes­tchnął.

- No dobra, cza­sem tro­chę za dużo żar­tuję.

Zapi­sał coś w notat­niku.

- Jasne, że pomogę, ile tylko będę mógł. To nie tak, że nie rozu­miem, że to poważna sprawa. Szlag by to tra­fił, biedny chło­pak. I jego rodzice.

Mac­do­nald się nie odzy­wał.

- Prze­cież zadzwo­ni­łem, nie? - mówił dalej Ander­ton. - Zaraz jak tylko prze­czy­ta­łem o tym w "South Lon­don Press" chwy­ci­łem za tele­fon.

- Doce­niamy to.

- Mam nadzieję, że szybko zła­pie­cie tego dra­nia. Wszy­scy jeste­śmy z wami - powie­dział John Ander­ton, a Mac­do­nald odniósł wra­że­nie, że miał na myśli rów­nież miesz­kań­ców kolo­nii.

Dzień był piękny. Mac­do­nald wyszedł na Mun­ca­ster. Jest tak przej­rzy­ście, jak tylko może być w połu­dnio­wym Lon­dy­nie, pomy­ślał. Potrze­buję cze­goś po tej pie­przo­nej her­ba­cie. Czuję, jak­bym miał w gar­dle koc.

Poszedł z powro­tem na połu­dnie, do Chatto Road, i wszedł do The Eagle. Do lun­chu bra­ko­wało pół godziny. Bar­man wyglą­dał na spię­tego. Spoj­rzał na Mac­do­nalda, jakby patrzył na gościa, który nie ma dość poczu­cia przy­zwo­ito­ści, żeby zacze­kać na umó­wioną godzinę.

Mac­do­nald pod­szedł do baru i zamó­wił young spe­cial. Bar­man ode­tchnął, kiedy zro­zu­miał, że ten wielki drab nie zamie­rza jeść. Prze­cież nie będę cią­gle wyj­mo­wał i wkła­dał cyna­de­rek do pieca, pomy­ślał. Jak by to wyglą­dało?

Mac­do­nald zacze­kał, aż mętny osad opad­nie na dno szklanki i napój sta­nie się przej­rzy­sty. To tak, jakby w zimowy dzień jechać drogą po połu­dnio­wej stro­nie rzeki, pomy­ślał. Wszystko się prze­ja­śnia dla tego, kto ma cier­pli­wość zacze­kać.

Pił, jakby umie­rał z pra­gnie­nia.

Wszystko staje się jasne i przej­rzy­ste, aż w końcu widać na prze­strzał, pomy­ślał.

Zoba­czył, że z ulicy wcho­dzi kilku przed­wcze­snych gości. Bar­man zastygł w bez­ru­chu. Mac­do­nald musiał cze­kać na dru­giego pinta trzy sekundy dłu­żej.

*

Wresz­cie przedarł się przez ruch uliczny na drugą stronę alei i wszedł do Dudley Hotel na rogu Cau­tley Ave­nue. Dwa­dzie­ścia pięć fun­tów za noc. Zapła­cone z góry.

Zła­mał pie­czę­cie i sta­nął na środku pokoju. Wyraź­nie wyczu­walna woń krwi. Zapach krwi nie jest dla nas niczym nowym, ale to naj­obrzy­dliw­szy zapach, jaki kie­dy­kol­wiek czu­łem, pomy­ślał. Wyro­słem w wiej­skim gospo­dar­stwie i widzia­łem, jak zabi­jano tysiące świń, ale nie cuch­nęło tak jak tutaj. To ta sło­dycz ludz­kiej krwi wywo­łuje zawroty głowy.

Tutaj przy­szli. To mogło nastą­pić zaraz po tym, jak ich zoba­czył John Ander­ton, pomy­ślał. O ile to byli oni. To był pokój chło­paka. Miesz­kał w nim od dwóch dni. Dla­czego tu miesz­kał? Dla­czego młody czło­wiek odwie­dza­jący Lon­dyn mieszka w Cla­pham? Samo Cla­pham jest w porządku, ale młody czło­wiek powi­nien wyna­jąć coś w tanim hote­liku w Bay­swa­ter, na pół­nocy. Albo w oko­licy dworca Pad­ding­ton. Tam jest wię­cej mło­dych obco­kra­jow­ców. Mogli sta­no­wić ochronę.

Tapety miały nie­okre­ślony odcień żółci, kiedy chło­pak się tu wpro­wa­dził. Teraz już cał­kiem inny.

Steve Mac­do­nald zamknął oczy i usi­ło­wał wsłu­chać się w to, co wnik­nęło w ściany. Po kilku minu­tach usły­szał urwany krzyk, potem strasz­liwy odgłos cią­gnię­cia ludz­kiego ciała po pod­ło­dze.

Poczuł ukłu­cie bólu pod pra­wym okiem. Przy­po­mniało mu to, że żyje.

Dla­czego chło­pak zapro­sił męż­czy­znę do swo­jego pokoju? Czy cho­dziło tylko o seks? Czy była to obiet­nica seksu, czy coś zupeł­nie innego? A może nar­ko­tyki? Co to, do cho­lery, mogło być?, myślał. To będzie dłu­gie śledz­two - albo bar­dzo krót­kie.

Dla­czego aku­rat tutaj? Czy chło­pak znał kogoś w Cla­pham albo w Bat­ter­sea? A może nawet w Bri­xton?

Chło­pak został okra­dziony, ale tu nie cho­dziło o kra­dzież. To zda­rzyło się potem.

Nie ma żad­nych doku­men­tów, oprócz zębów, a one nie są bry­tyj­skie, myślał Mac­do­nald.

Chło­pak wpi­sał swoje nazwi­sko i mia­sto, z któ­rego pocho­dził, do księgi gości, kiedy mel­do­wał się w tym pod­upa­dłym hote­liku bed and bre­ak­fast w połu­dnio­wej czę­ści cen­trum świata. Na tym mogli się oprzeć. Nazy­wał się Per Malmström i podał, że przy­je­chał z Göteborga.

To zachod­nie wybrzeże Szwe­cji, pomy­ślał Mac­do­nald. Chło­pak był blon­dy­nem, jak wszy­scy Szwe­dzi. Dla­czego Bry­tyj­czycy nie mają takich jasnych wło­sów? Prze­cież to tak samo surowe niebo i takie same wia­try.

Wia­do­mość powinna już dotrzeć do Göteborga, pomy­ślał. Jeśli Inter­pol wywią­zuje się ze swo­ich obo­wiąz­ków.

Znów zamknął oczy, wsłu­chał się w wycie ścian, w krzyk pod­łogi.

Rozdział 3

3

SPO­TKALI SIĘ w cen­trum. Nie dało się okre­ślić gdzie dokład­nie, ale chło­pak i ten męż­czy­zna mogli być widziani w Brun­n­spar­ken. Nie było żad­nych świad­ków, któ­rzy przed­tem zauwa­ży­liby ich razem. Jesz­cze nie mieli takich zeznań.

Może trzy osoby widziały ich po Brun­n­spar­ken, i to już było dużo infor­ma­cji. Może nawet wię­cej niż trzy.

Tamci dwaj byli na pewno razem, ale nie wyglą­dali jak ojciec i syn.

Chło­pak miał ciemne włosy, obcięte w kan­cia­stą grzywkę - o tym powie­działy dwie osoby. A ponie­waż komi­sarz poli­cji kry­mi­nal­nej Erik Win­ter wie­dział, jak zezna­nia świad­ków mogą odbie­gać od prawdy, zano­to­wał, że to coś, czego można się trzy­mać.

Zawsze jest coś, czego można się trzy­mać, pomy­ślał, idąc wzdłuż sta­dionu Mos­sens. Wydaje się, że czło­wiek nie posuwa się do przodu ani o mili­metr, ale cza­sem wystar­czy po pro­stu pocze­kać.

Żwi­rowe boiska cze­kały poni­żej, prze­cho­wy­wały w sobie pamięć ruchów. Za trzy mie­siące wio­senni gra­cze znów będą się kopać po tył­kach, a zmar­z­nięty żwir, teraz migo­czący jak stal, będzie wtedy miękki, będzie pach­niał, paro­wał ługiem i ole­istym mazi­dłem.

Piłka nożna to nie jest sport, pomy­ślał Win­ter. To kon­tu­zja kolan. Tęsk­nię do tego poczu­cia, że odłamki kości prze­miesz­czają mi się w kola­nach. Mógł­bym do cze­goś dojść, ale nie dość czę­sto odno­si­łem kon­tu­zje.

Nikt nie pamię­tał, jak wyglą­dał tam­ten męż­czy­zna. Ale wszy­scy mieli bar­dzo wyraźny obraz jego postaci: był wysoki, śred­niego wzro­stu albo raczej niski.

- W porów­na­niu z chło­pa­kiem? - zapy­tał Win­ter.

- Nie, w porów­na­niu z tram­wa­jem - odparł jeden ze świad­ków, a Win­ter zamknął oczy, jakby wszyst­kie złe i bar­dzo ważne rze­czy mogły znik­nąć.

Włosy miał blond, czarne lub brą­zowe. Był ubrany w gar­ni­tur, kurtkę skó­rzaną i twe­edową mary­narkę. Był w oku­la­rach, bez oku­la­rów albo w prze­ciw­sło­necz­nych. Szedł pochy­lony, trzy­mał się pro­sto, miał krzywe albo dłu­gie pro­ste nogi.

Jak wyglą­dałby świat, gdyby wszy­scy myśleli tak samo, widzieli wszystko tak samo?, pomy­ślał Win­ter.

Chło­piec miał ciemne włosy, o tym Win­ter sam mógł się prze­ko­nać. Czy był ostrzy­żony w kan­cia­stą grzywkę, nie dało się już stwier­dzić. Na trze­cim pię­trze aka­de­mika Chal­mers, w czwar­tym pokoju po lewej stro­nie, patrząc od klatki scho­do­wej, został jesz­cze długo po tym, jak tech­nicy i leka­rze sądowi skoń­czyli wstępne oglę­dziny. Potem ciało zostało zabrane.

Czuł zapach śmierci bijący ze ścian. To nie jest zapach, pomy­ślał, to odór, który raczej sobie wyobra­żamy, niż naprawdę odbie­ramy. To kolor, przede wszyst­kim. Wybla­kły kolor życia roz­bry­zgany po żół­tych jak siki ścia­nach.

Słońce wdarło się od pra­wej strony, rzu­ca­jąc snop świa­tła na ścianę naprze­ciwko. Gdy mru­żył oczy, wszyst­kie kolory ginęły, a ściana sta­wała się czymś w rodzaju oświe­tlo­nego pro­sto­kąta. Opu­ścił powieki. Zamknął oczy i słu­chał, jak krew roz­pusz­cza się w chłod­nym cie­ple słońca, jak ściana zaczyna krzy­czeć o tym, co się tu stało nie­całe dwa­na­ście godzin temu.

Krzyk sta­wał się coraz gło­śniej­szy. Win­ter zasło­nił uszy dłońmi i prze­szedł na ukos przez pokój, żeby otwo­rzyć drzwi na kory­tarz. Kiedy zamknął je za sobą, usły­szał ze środka ryk. Zro­zu­miał, że cisza musiała być tak samo ogłu­sza­jąca, kiedy to się działo.

Naj­pierw prze­szedł obok, ale zawró­cił i wszedł do środka. Była sobota. Popo­łu­dnie było wyprane z kolo­rów i kon­tra­sto­wało z wypo­sa­że­niem baru i znaj­du­ją­cej się na tyłach restau­ra­cji. Barwy wnę­trza były blade i ostrożne, ale w porów­na­niu z zimą za oknem - jaskrawe. Latem zapew­niały gościom ochłodę. Teraz cie­pło. Johan zatrud­nił dobrego archi­tekta wnętrz, pomy­ślał Win­ter i usiadł przy jed­nym ze sto­li­ków przy oknie. U dziew­czyny, która do niego pode­szła, zamó­wił szklankę sło­do­wej whi­sky.

- Z lodem? - zapy­tała.

- Słu­cham?

- Czy w szklance ma być lód? - zapy­tała jesz­cze raz.

- Prze­cież zamó­wi­łem laga­vu­lin - odparł.

Dziew­czyna spoj­rzała na niego nic nie­ro­zu­mie­ją­cym wzro­kiem. Ona jest cał­kiem nowa i to nie jej wina, pomy­ślał Win­ter. Bol­ger nie zdą­żył jej jesz­cze wyszko­lić. Nie będę nic mówił.

- Bez lodu - powie­dział, a dziew­czyna poszła do baru. Po pię­ciu minu­tach była z powro­tem, z alko­ho­lem w niskiej, sze­ro­kiej szklance. Win­ter obser­wo­wał ruch na dep­taku: tro­chę jak w zwol­nio­nym tem­pie, nie zasty­gły nie­ru­chomo, ale też nie cał­kiem wolny, żeby iść bez uwięzi. Wybiegł myślą naprzód: wkrótce przyj­dzie lato i będę mógł cho­dzić bez skar­pet i bez butów.

- Kopę lat - powie­dział Bol­ger. Pod­szedł do sto­lika i usa­do­wił się naprze­ciwko Win­tera.

- Ow­szem.

Johan Bol­ger spoj­rzał na szklankę whi­sky.

- Zapy­tała, czy chcesz z lodem?

- Nie - odparł Win­ter.

- Naprawdę?

- O ile się zorien­to­wa­łem, zna się na swo­jej robo­cie - powie­dział Win­ter.

- Kła­miesz, ty miło­sierny łotrze, ale to nie­ważne. Wła­ści­wie to nie jej wina. Przy­cho­dzi masa gości, któ­rzy chcą mieć lód w sło­do­wej whi­sky. Nie wszy­scy są takimi sno­bami jak ty - wyja­śnił Bol­ger i posłał Win­te­rowi krzywy uśmie­szek.

- Spró­buj­cie z konia­ków­kami.

- Mam je w szafce, ale do wypra­co­wa­nia rutyny trzeba tro­chę czasu - odparł Bol­ger.

- Malt whi­sky można poda­wać w tych nowych konia­ków­kach - powie­dział Win­ter. - Nie­któ­rzy mogą myśleć, że to jakieś nowo­modne bzdury, ale jest taka moż­li­wość.

- Wiem, wiem.

- Wtedy za jed­nym zama­chem roz­wią­żesz pro­blem z lodem.

- To genialny pomysł.

Na ulicy jakaś star­sza kobieta pośli­znęła się na oblo­dzo­nych kamie­niach. Upa­dła z jedną nogą pod kątem w sto­sunku do ciała i krzyk­nęła, kiedy coś chrup­nęło w kości. Kape­lusz spadł jej z głowy, płaszcz się pod­wi­nął. Skó­rzana torebka, którą trzy­mała w dłoni, pod­sko­czyła na kilku kamie­niach i otwo­rzyła się, roz­sy­pu­jąc pół­ko­li­ście zawar­tość.

Usły­szeli przez okno jej krzyk. Dwoje prze­chod­niów przy­kuc­nęło przy niej. Win­ter widział, że męż­czy­zna roz­ma­wia przez komórkę. Nic nie mogę zro­bić, pomy­ślał. Gdy­bym był w mun­du­rze, mógł­bym wyjść i prze­pę­dzić cie­kaw­skich, ale teraz nie mam do tego upraw­nień.

Bol­ger i Win­ter sie­dzieli w mil­cze­niu. Po krót­kiej chwili od Västra Hamn­ga­tan wje­chała tyłem karetka. Kobietę uło­żono na noszach i samo­chód odje­chał. Bez syreny.

- Znów się robi ciemno - ode­zwał się Win­ter.

Bol­ger nie odpo­wie­dział.

- Ale jed­nak już się coś odwró­ciło. Aku­rat kiedy czło­wiek zaczął się przy­zwy­cza­jać do ciem­no­ści, znów dzień się wydłuża - dodał Win­ter.

- Czy to cię mar­twi?

- To mi daje nadzieję.

- To dobrze.

- Wydaje mi się, że sta­nie się coś strasz­nego, a ja znajdę się w samym środku - powie­dział Win­ter. - To się znów zda­rzy.

- To rze­czy­wi­ście nadzieja.

- To mnie mar­twi.

Bol­ger mil­czał.

- Potrze­bo­wa­łem tam­tego... wiary w dobro, ale teraz wygląda na to, że nie jest mi już potrzebna - powie­dział Win­ter.

- To była twoja tera­pia.

- Czy to nie brzmi dziw­nie?

- Brzmi.

- Więc czuję, że postą­pi­łem słusz­nie - odparł Win­ter z uśmie­chem.

- Zre­zy­gno­wa­łeś z funk­cji męża zaufa­nia?

- Tego nie powie­dzia­łem. Mówi­łem, że chyba prze­stanę się zaj­mo­wać spra­wami wiary.

- A czy to jakaś róż­nica?

- Poli­cjant powi­nien się zaj­mo­wać nie tylko kwe­stią winy, kiedy ludzie się oszu­kują i krzyw­dzą nawza­jem - odparł Win­ter.

- Kto w takim razie będzie odwa­lał tę brudną, ale nie­zbędną robotę? - zapy­tał Bol­ger i dał znak bar­mance.

Win­ter nie odpo­wie­dział. Dziew­czyna pode­szła do sto­lika, a Bol­ger popro­sił o knoc­kando bez lodu w jed­nym z nowych, wyso­kich kie­lisz­ków.

- Przy­jęła to zamó­wie­nie, jakby to była naj­zwy­klej­sza rzecz na świe­cie - zauwa­żył Win­ter.

- Jest jesz­cze nadzieja - stwier­dził Bol­ger. - Tylko nie dla tych, co będą się zaj­mo­wać tym brud­nym rze­mio­słem po tobie albo obok cie­bie.

- Nazy­wasz to rze­mio­słem?

- Wiesz, o co mi cho­dzi - odparł Bol­ger, wycią­ga­jąc rękę po kie­li­szek, który podała mu kel­nerka.

- Mam nowe zmar­twie­nie - powie­dział Win­ter i zaczął opo­wia­dać.

Bol­ger nad­sta­wił uszu.

- Zmar­twie­nia prze­mi­jają i stają się czymś innym - powie­dział, kiedy Win­ter umilkł. - Mogłeś mi powie­dzieć, żebym poje­chał z tobą na pogrzeb. Prze­cież tro­chę zna­łem Matsa.

- Tak.

- Czuję się jakby... pomi­nięty.

- To nie była moja sprawa, Johan. Może myśla­łem, że się tam zoba­czymy.

- To było cho­ler­nie...

- Co powie­dzia­łeś?

- Nic.

- Co tam mru­czysz?

Bol­ger nie odpo­wie­dział. Pochy­lił się nad sto­łem i zajął kie­lisz­kiem. Z głębi lokalu dobie­gały jakieś głosy.

Win­ter mil­czał. Czyżby miał już dość, przy­naj­mniej na razie? Co to zna­czyło? To zna­czyło, że nie chce już wię­cej być zamie­szany w sprawę, kiedy ludzie zni­kają, obo­jętne w jaki spo­sób. Ale to była prze­lotna myśl. Rzadko pił alko­hol, pra­wie ni­gdy. To przez whi­sky. To ona wywo­ły­wała natłok myśli, tutaj, w barze u Bol­gera. A prze­cież jesz­cze się nie napił. I nie chciał tego robić, odsta­wił szklankę i wstał, żeby ruszyć do wyj­ścia.

- No to cześć, Johan.

- Dokąd idziesz?

- Do biura.

- W sobotę wie­czo­rem?

- Nie wiem, czy nie mam powy­żej uszu przy­pad­ków zagi­nio­nych ludzi - powie­dział Win­ter. - Może jesz­cze ktoś mnie potrze­buje.

*

Komu­ni­kat z Inter­polu cze­kał już na niego. To angiel­ski, który rozu­miem, pomy­ślał, czy­ta­jąc. Niech to dia­bli, czy to się ni­gdy nie skoń­czy? Wie­dział, że to naiwne pyta­nie jak na wkrótce czter­dzie­sto­let­niego komi­sa­rza poli­cji kry­mi­nal­nej. Był młody, ale nie aż tak młody.

Czy­tał. Nie było tam zbyt wielu szcze­gó­łów, ale też się ich nie spo­dzie­wał. To mu wystar­czyło.

Per Malmström.

Czego ty tam, do cho­lery, szu­ka­łeś?

Sły­szał, jak gło­śno wydy­cha powie­trze, potem się­gnął po tele­fon. Ktoś będzie musiał poin­for­mo­wać bli­skich, któ­rych ewen­tu­al­nie mógł mieć w mie­ście. Wie­dział, że to on, Erik Win­ter, weź­mie na sie­bie to zada­nie. To nie było takie oczy­wi­ste, że szef śledz­twa prze­ka­zuje tę naj­gor­szą wia­do­mość rodzi­nie. Ważne było, żeby to był poli­cjant z doświad­cze­niem. Win­ter wziął to na sie­bie, jak ktoś, kto wkłada ciężki płaszcz, kiedy na zewnątrz leje jak z cebra. Po pro­stu było to konieczne.

Pra­wie nic w pracy poli­cjanta nie jest miłe i deli­katne, ale to naj­gor­sze z tego całego gówna, pomy­ślał.

Przy­no­szę wia­do­mość.

Głos w tele­fo­nie prze­ka­zał mu adres. Znał go już przed­tem, nie musiał spraw­dzać, ale to było jak odruch, chciał to odwlec w cza­sie.

Potem będzie musiał poroz­ma­wiać z Hanne. Czuł, że tego potrze­buje.

Trzy miesz­ka­nia zała­twione. Ale to nie sam czyn spra­wiał, że adre­na­lina w jego ciele buzo­wała sza­leń­czo. Czuł w środku burzę, kiedy sły­szał cichy trzask w zamku, ale to nie było to.

To cho­lerne cze­ka­nie. Stać się nie­wi­dzial­nym, a rów­no­cze­śnie być cały czas obec­nym, tuż obok, z oczami na wszyst­kie strony.

Wresz­cie wyszedł.

Wresz­cie wyszła.

Potem dłu­gie cze­ka­nie. Nawyki. Kiedy ludzie wra­cają? Kto poszedł do pracy, a kto tylko na spa­cer wokół bloku? Kto pomy­ślał, że zosta­wił włą­czoną kuchenkę? Kto był prze­ko­nany, że świa­tło w miesz­ka­niu się pali i że musi wró­cić i spraw­dzić, i tak codzien­nie?

Kiedy się jest pro­fe­sjo­na­li­stą, zwraca się uwagę na takie rze­czy. Nie­zu­peł­nie był pro­fe­sjo­na­li­stą, ale był na naj­lep­szej dro­dze. Pra­co­wał sam, i tak było dobrze. Faceci od samo­cho­dów pra­co­wali zawsze we dwóch, ale on nie chciał na nikim pole­gać.

Prze­szedł pię­tro wyżej, w trzy sekundy otwo­rzył drzwi i wszedł do miesz­ka­nia. Nauczył się nie zosta­wiać śla­dów na futry­nie.

Czuł gorące pul­so­wa­nie w całym ciele. Chwilę stał w przed­po­koju i cze­kał, aż puls zwolni.

Wie­dział, że cisza jest jego sprzy­mie­rzeń­cem, choć jed­no­cze­śnie wro­giem. Ni­gdy nie robił hałasu. Pię­tro wyżej ktoś mógł leżeć chory na grypę - nie chciałby mu prze­szka­dzać.

Zaczął od salonu, bo tak zro­bił za pierw­szym razem, a potem weszło mu to w nawyk. Po tych czte­rech mie­sią­cach orien­to­wał się już w cudzych salo­nach. To dobrze, że nikt nie cho­dzi kraść ksią­żek, pomy­ślał. Ludzie nie mają w domach zbyt wielu ksią­żek. Jestem wła­my­wa­czem, ale mam w domu książki. Jestem wła­my­wa­czem, ale też mężem i ojcem.

Raz czy dwa miał inną pracę, ale ni­gdy o tym nie myślał. Nie­któ­rzy sobie z tym radzą, nie­któ­rzy sobie nie radzą, a on doko­nał wyboru.

Czło­wiek, który tu miesz­kał, posia­dał książki. Domy­ślił się, że wła­ści­ciel miesz­ka­nia czyta, ale nie jakąś lite­ra­turę. Nie wyróż­niał się wyglą­dem, ale się go nie zapo­mi­nało, pomy­ślał.

Gdy­bym miał wię­cej czasu, przyj­rzał­bym się tytu­łom. Wyszedł i długo nie wróci, ale to ja pono­szę ryzyko.

Szu­kał w szu­fla­dach i wzdłuż ścian, ale nie zna­lazł nic przy­dat­nego. Wró­cił do przed­po­koju i wszedł do pokoju naprze­ciwko, do sypialni.

Łóżko było nie­po­ście­lone, a obok niego, dwa metry od drzwi, leżał czarny pla­sti­kowy worek. Nie był pusty. Dotknął go, zawar­tość była miękka. Chwy­cił go od dołu i powoli wysy­pał wszystko na pod­łogę. Zoba­czył koszulę i spodnie. Ubra­nia były czę­ściowo zabru­dzone czymś, co po wyschnię­ciu wyglą­dało jak ceglany pro­szek.

Był zamy­ślony. Musiał coś roz­wa­żyć. Wyszedł, nie prze­szu­kaw­szy dal­szych pokoi.

Za oknami padał śnieg, czuł chłodny powiew od szpary w oknie. Ze swo­jego miej­sca widział dzieci zgar­nia­jące z ziemi śnieg, zanim zdą­żył osiąść na dobre. Widział swo­jego syna z mar­chewką w dłoni. Nos szuka bał­wana, pomy­ślał. To mi się koja­rzy z Micha­elem Jack­so­nem.

- O czym myślisz? - spy­tała żona.

- Co?

- Widzę, że jesteś czymś pochło­nięty.

- Myśla­łem o Micha­elu Jack­so­nie.

- Tym pio­sen­ka­rzu?

Dalej wyglą­dał przez okno. Bał­wan zaczy­nał nabie­rać kształ­tów. Miał już tułów. Dzieci ufor­mo­wały brzuch, ale figura nie miała nóg. Żaden bał­wan na świe­cie nie ma nóg, pomy­ślał.

- Myśla­łeś o pio­sen­ka­rzu Micha­elu Jack­so­nie? - zapy­tała.

- Co?

- No, weź prze­stań.

Prze­niósł wzrok i popa­trzył na nią.

- Tak, o Micha­elu Jack­so­nie. Widzia­łem Kal­lego na dwo­rze z mar­chewką w ręce. Czeka, aż bał­wan, któ­rego lepią, dosta­nie głowę, żeby mu przy­cze­pić nos - powie­dział i jego spoj­rze­nie znów powę­dro­wało za okno. - Michael Jack­son miał pro­blemy z nosem jakiś rok temu - mówił dalej.

- Nie wie­dzia­łam.

- Tak było. Jest jesz­cze kawa?

Wstała, żeby przy­nieść kawę z blatu koło kuchenki.

- A co się wła­ści­wie dzi­siaj stało? - zapy­tała, a on nalał mleka do fili­żanki. Potem wlał kawę i wypił.

- Słu­cham?

- Byłeś jakiś dziwny, kiedy wró­ci­łeś do domu.

- Ach tak.

- Inny niż zwy­kle.

Nie odpo­wie­dział. Za oknem głowa zna­la­zła się na swoim miej­scu i Kalle wetknął mar­chewkę mniej wię­cej tam, gdzie miała być twarz, kiedy kamie­nie utwo­rzą oczy, a żwir usta.

- Czy było gorzej niż zwy­kle?

- Nie.

- Ostat­nio spra­wia­łeś wra­że­nie tro­chę... wesel­szego.

- Czło­wiek w końcu się przy­zwy­czaja do bez­ro­bo­cia i wtedy jest wesel­szy.

- Cie­szę się, że potra­fisz z tego żar­to­wać.

- Nie żar­tuję.

- Mimo wszystko się cie­szę - odparła z uśmie­chem.

- W pośred­niaku zawsze sta­rają się na mnie nie patrzeć - ode­zwał się po dwóch minu­tach ciszy.

- Nie patrzeć?

- Sie­dzę z urzęd­niczką, o czymś roz­ma­wiamy, ale ona zawsze patrzy na coś za moimi ple­cami. Tak jakby ta pie­przona praca miała znie­nacka nadejść wiel­kimi kro­kami, skądś z tyłu. Albo może chce stam­tąd uciec, ulot­nić się przez okno.

- Wkrótce praca się znaj­dzie - powie­działa żona. - Mam takie prze­czu­cie.

Dobrze mnie zna, pomy­ślał. Ale jesz­cze niczego się nie domy­śla. Kiedy poja­wią się więk­sze pie­nią­dze, może zacznie coś podej­rze­wać, ale to jesz­cze potrwa.

A może wcze­śniej dostanę legalną pracę. Cuda się zda­rzają. Ale kiedy praca się wresz­cie znaj­dzie, może nie będę jej chciał.

Miał przed oczami krew. Kiedy tam stał, nad leżą­cymi na pod­ło­dze ubra­niami, miał wra­że­nie, że się poru­szają, że krzy­czą coś do niego.

Tak było, kurwa. Myślał teraz o tym i tak wła­śnie było.

Nie pamię­tał, jak wpa­ko­wał je z powro­tem do worka, ale jakoś mu się to udało, i kiedy wycho­dził z sypialni, mógł tylko mieć nadzieję, że wszystko wygląda tak samo jak przed­tem. Dla­czego ten skur­wiel ich nie spa­lił? Nic nie widzia­łem. W ogóle nie widzia­łem tych rze­czy.

Rozdział 4

4

NIE­DZIELNY RANEK, Erik Win­ter spo­glą­dał w lustro. Pochy­lił się, żeby przyj­rzeć się zmarszcz­kom wokół oczu.

Jestem próż­nym męż­czy­zną. A może roz­my­ślam o swoim wieku dla­tego, że zawsze byłem taki młody? Pil­nuję się, bo chcę być piękny dla kobiet, tak długo, jak się da.

Z Vasa­plat­sen nie docho­dził żaden dźwięk. Plac znaj­do­wał się pięć kon­dy­gna­cji niżej. Odwró­cił twarz od lustra i wyszedł z łazienki. Miesz­ka­nie miało sto trzy­dzie­ści sześć metrów, skła­dało się z trzech pokoi i dużej kuchni. Pła­cił za to wysoki czynsz. Miesz­kał sam i miał pie­nią­dze. Teraz w miesz­ka­niu pano­wała jasność zimo­wego dnia. Słońce wisiało za oknem. Mógł otwo­rzyć bal­ko­nowe drzwi, wyjść i go dotknąć.

Dopiero co wró­cił do domu. To był długi, pra­co­wity pora­nek.

Pod­szedł do okna i spoj­rzał na zachód. Nie­mal widział morze. Zjadł szybki lunch przy muzyce Johna Col­trane'a i pod­jął decy­zję.

Wyszła z sypialni, a on chciał być sam. Pode­szła do zlewu i wypiła szklankę wody. Potem wró­ciła do pokoju i ubrała się, żeby wró­cić do domu.

- Dość długo cze­ka­łam w nocy - powie­działa, zanim wyszła.

Jechał wzdłuż rzeki. Zmierzch roz­po­ście­rał się powoli i kolory znów zaczęły wpeł­zać w zie­mię.

Jakby się jechało przez sadzę, która nie osiada.

Nagle od zachodu roz­ja­rzyło się słońce, aż musiał zało­żyć ciemne oku­lary. Kąci­kiem pra­wego oka widział dźwigi po dru­giej stro­nie wody, stały się czarne. Domy nabrały odcie­nia roz­to­pio­nej cyny.

Jechał wzdłuż brzegu morza, bli­sko, tak długo, jak się dało, a potem wyszedł na skały. Morze poru­szało się powoli. Śle­dził ostatni spa­dek fali ku otwar­temu morzu, widział, jak lód wbija się w żywą wodę.

Lód pokrył zatoczki. W oddali widział ruch. Ludzie cho­dzili po zamar­z­nię­tej wodzie. Dwie grupki, odda­lone od sie­bie o kilo­metr, pró­bo­wały do sie­bie coś krzy­czeć, ale słowa zde­rzały się gdzieś w poło­wie drogi i spa­dały na lód z kru­chym odgło­sem.

W kie­szonce na pier­siach zadzwo­nił tele­fon. Dźwięk przy­tłu­miało ubra­nie i biały wiatr.

- To ja - powie­dział do mikro­fonu.

- Mówi Lotta.

- Słu­cham?

- Gdzie jesteś, Eriku?

- A czy to ma jakieś zna­cze­nie? - zapy­tał i od razu tego poża­ło­wał.

- Pytam, bo chcia­ła­bym się z tobą spo­tkać - wyja­śniła.

- Teraz?

- Jak naj­szyb­ciej - odparła tonem, który z trud­no­ścią roz­po­zna­wał. Jego sio­stra. Ta więź mogłaby być bar­dziej ser­deczna. Teraz się zanie­po­koił.

- Czy coś się stało?

- Nie.

- Więc o co cho­dzi?

- Gdzie jesteś, Eriku? - zapy­tała jesz­cze raz.

- Stoję na krańcu Amundön i patrzę na morze.

- Czy mógł­byś przyj...

Głos zanikł. Wiatr przy­brał na sile, porwał jej głos i poniósł daleko na lodowe poła­cie.

- Nie sły­szę, co mówisz - powie­dział. Posta­wił koł­nierz kurtki i sku­lił się, zasła­nia­jąc ucho.

- Czy mógł­byś przy­je­chać?

- Przy­je­chać? Dokąd?

- Do domu - odparła. - Tutaj, do domu.

Wiatr znów porwał jej głos.

- Co?

- ...chce, żebyś przy­je­chał. - Usły­szał tylko.

- Okej. Będę za pół godziny.

Naci­snął czer­wony guzik i zapa­dła cisza. Słońce przedarło się przez sto warstw nieba i nowe świa­tło spły­nęło na miej­sce, gdzie stał i patrzył, aż po hory­zont.

Widział, jak jakiś sta­tek skręca za ostat­nią linię i oddala się w nie­znane.

W świe­tle z chmur ląd i morze nabrały tego samego koloru, a kiedy zawró­cił i szedł z powro­tem wzdłuż zamar­z­nię­tego brzegu, poczuł kłu­cie w oczach i zało­żył oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Świa­tło obni­żyło się o pół oktawy.

Sie­dzieli w pokoju wycho­dzą­cym na ogród. Drzwi na werandę były uchy­lone na trzy cen­ty­me­try i Win­ter czuł słaby zapach zimna dola­tu­jący z zewnątrz.

W środku nie zmie­niło się wiele. Zupeł­nie jakby mnie nie było pół dnia, pomy­ślał. Jedyne róż­nice to wymiana czę­ści ksią­żek i smuga bia­łego chłodu w powie­trzu, któ­rej nie było, kiedy ostat­nio tu zaglą­da­łem. Zbyt rzadko tu bywam.

Lotta upięła włosy w obwa­rza­nek. Była ładna, ale oczy miała zmę­czone, a szok nadał twa­rzy twar­dość. Białka jej oczu bły­skały. Miała na sobie czarne dżinsy i miękki dzier­gany swe­ter nało­żony na kra­cia­stą koszulę. Wkrótce miała skoń­czyć czter­dzie­ści lat. Nie mar­twiła się tym. Zresztą takie rze­czy miały teraz naj­mniej­sze zna­cze­nie, pomy­ślał.

- Co on tam robił? - powie­dział, raczej do sie­bie niż do niej.

- Nazy­wał to krót­kim wyjaz­dem edu­ka­cyj­nym, dopiero co wpadł na ten pomysł - wyja­śniła i zało­żyła nogę na nogę.

Win­ter widział, jak mate­riał napina się na jej udach. Nie mówił nic. Już się domy­ślał.

- Oni są w kom­plet­nej roz­sypce - powie­działa Lotta.

- Tak.

- Ja się czuję podob­nie.

- Wiem.

Spoj­rzała na niego.

- Tam­ten mały chłop­czyk... - zaczął i za późno się zre­flek­to­wał.

Lotta zaczęła pła­kać, cicho i spo­koj­nie, jak wczo­raj śnieg. Drzwi na werandę uchy­liły się i ostry wiatr wpadł do pokoju. Win­ter prze­szedł przez pokój i zamknął je.

Zaczęła opo­wia­dać, a on słu­chał, jak ktoś, kto nie chce sły­szeć, ale nie ma wyboru. Chło­piec z sąsied­niego domu skoń­czył dzie­więt­na­ście lat, poje­chał do Lon­dynu i został zamor­do­wany. Był sąsia­dem, ale i kimś wię­cej.

Kiedy Win­ter opu­ścił tę ulicę i ten świat, Per Malmström miał kilka lat. Teraz był już po matu­rze. Widy­wał go od czasu do czasu. Chło­piec pozbył się dzie­cię­cej pulch­no­ści, a jego twarz nabrała odpo­wied­nio suro­wego wyrazu.

To jest rze­czy­wi­stość, pomy­ślał Win­ter.

- Domy­ślam się, że roz­ma­wia­łaś z Las­sem i Karin - powie­dział.

- Od razu do nich poszłam.

- To dobrze.

Nie sądził, żeby ktoś inny miał odwagę to zro­bić. Wie­dział, że ona miała.

- Byłeś tam? - zapy­tała.

- Tak.

To było jedyne, co mógł powie­dzieć, odpowie­dzieć. Był tam i nic to nie zmie­niło, ale może na chwilę zatrzy­mało osza­lałe uczu­cia, sta­wiło im czoła w drzwiach.

- Nie roz­ma­wia­li­śmy o żad­nych... szcze­gó­łach - powie­działa. - To zna­czy Lasse, Karin i ja.

Win­ter poczuł ból we wnę­trzu dłoni. Wypro­sto­wał palce i spoj­rzał w dół. Zoba­czył, że jego krótko opi­ło­wane paznok­cie wbiły się w ciało, patrzył na pło­nące czer­wie­nią ślady.

Nie wie­dział, co powie­dzieć.

- Poroz­ma­wiam jesz­cze z kimś - powie­dział po chwili.

- Karin mówi, że ni­gdy sobie tego nie wyba­czy.

- Że pozwo­liła mu jechać?

- Tak.

- Miał dzie­więt­na­ście lat, był doro­sły.

Lotta spoj­rzała na niego.

- Pójdę tam jesz­cze raz - powie­dział.

- Zacze­kaj - popro­siła. - Kiedy tam byłam... potem pomy­śla­łam sobie, że co innego się czuje, kiedy to się dzieje w... w taki spo­sób albo kiedy to jest wypa­dek... albo cho­roba.

- Szok jest bar­dziej dotkliwy, ale strata taka sama - odparł. - Cza­sami bywa odwrot­nie... kiedy ktoś pada ofiarą prze­mocy, nie­wy­tłu­ma­czal­ność tego czynu spra­wia, że bli­scy ofiary nie rozu­mieją, co się stało. To tak, jakby to się jesz­cze... nie stało, jakby to było tylko jakieś ostrze­że­nie.

- Las­sego i Karin w każ­dym razie to omi­nęło.

- Tak.

- Pójdę tam - powtó­rzył.

Rozdział 5

5

Przy­tłu­mione odgłosy zimy weszły wraz z poli­cjan­tami do budynku, sie­działy w ubra­niach jadą­cych windą na czwarte pię­tro wydziału śled­czego.

Kory­ta­rze były wyło­żone cegłą. W innych porach roku dźwięki, które dostały się do środka, twardo odbi­jały się od ścian. Zimą tylko prze­my­kały się wzdłuż, jak mięk­kie kule śnie­gowe. Zimą wszystko i wszyst­kich ota­cza krąg ciszy, pomy­ślał Win­ter, wysia­da­jąc z windy. Może sty­czeń to jed­nak mój mie­siąc.

Zapach utrzy­my­wał się jesz­cze w ubra­niach, kiedy grupa śled­czych zebrała się w sali kon­fe­ren­cyj­nej. Koń­czyła się zma­so­wana akcja pierw­szych dni. Została mniej­sza grupa. Teraz więk­szość sie­działa w sali. Było cia­sno. Pach­niało wil­got­nym chło­dem i spa­li­nami samo­cho­do­wymi.

Ber­til Ring­mar był zastępcą głów­nego śled­czego, sam nie spał i pil­no­wał, żeby nikt inny tego nie robił. Nie ucze­sał się przed spo­tka­niem, co świad­czyło o powa­dze sytu­acji. Gdyby wybu­chła wojna, a ja był­bym dowódcą plu­tonu, zażą­dał­bym, żeby Ber­til był moim zastępcą. W prze­ciw­nym razie nie wycho­dził­bym z kan­tyny, pomy­ślał Win­ter i wycią­gnął rękę po teczkę, którą podał mu reje­stra­tor.

Gdyby to była inna wojna, pomy­ślał.

Reje­stra­tor był dość nowy w poli­cji kry­mi­nal­nej i sto­sun­kowo młody. Pod­czas kilku wcze­śniej­szych śledztw bar­dzo dobrze się spi­sał, więc główny śled­czy Erik Win­ter zde­cy­do­wał, że chce go zatrzy­mać.

Janne Möllerström pil­no­wał wszyst­kiego. Zda­wał się o niczym nie zapo­mi­nać. Zaj­mo­wał się bazą danych z docho­dze­nia wstęp­nego jak swoją wła­sno­ścią. Umiał czy­tać i dobrze pisał.

Cza­sami mieli dwóch reje­stra­to­rów, ale Janne świet­nie sobie ze wszyst­kim radził sam. Win­ter prze­łknął ślinę i poczuł lekki ból w gar­dle. Miał to już od rana.

- Oddaję wam głos - powie­dział.

Wszy­scy spoj­rzeli po sobie. Win­ter był ostry, więc jeśli pozwa­lał się swo­bod­nie wypo­wia­dać, ozna­czało to, że tym razem kre­atyw­ność będzie w cenie. W przy­padku tego mor­der­stwa. Lub mor­derstw.

Nikt się nie ode­zwał.

- Lars?

Inspek­tor kry­mi­nalny poru­szył się. Wygląda, jakby jego twarz nabrała cha­rak­teru, odkąd został inspek­to­rem, pomy­ślał Win­ter. Cza­sami nawet bez­sen­sowne reformy przy­no­szą jakieś korzy­ści.

- Prze­czy­ta­łem raport z Lon­dynu - zaczął Lars Ber­gen­hem.

Jego twarz nabrała cha­rak­teru. Czuł się teraz praw­dziw­szym śled­czym, po tym jak asy­stenci zostali nie­dawno auto­ma­tycz­nie mia­no­wani inspek­to­rami w nowej jed­no­stce okrę­go­wej poli­cji kry­mi­nal­nej. Był inspek­to­rem. Inspec­tor. I am an inspec­tor. What are you? Are you tal­king to me? Shut up and listen when I'm tal­king.

- Tak? - powie­dział Win­ter.

- Cho­dzi o tę ręka­wiczkę.

- Słu­chamy - zachę­cił go Win­ter.

- Kole­dzy z Lon­dynu zna­leźli odcisk ręka­wiczki w tym pen­sjo­na­cie bed and bre­ak­fast. Z tego, co wiem, Fröberg zna­lazł coś podob­nego w tym pokoju w aka­de­miku u nas - powie­dział Ber­gen­hem.

- Zga­dza się - przy­znał Win­ter.

- W obu poko­jach odcisk znaj­duje się w tym samym miej­scu.

- Tak.

- Tylko tyle chcia­łem powie­dzieć - dodał Ber­gen­hem i wszy­scy odnie­śli wra­że­nie, że się roz­luź­nił.

Tylko tyle, pomy­ślał Win­ter. Tylko tyle, że młody Szwed został zamor­do­wany w Lon­dy­nie, a nie­mal rów­no­cze­śnie w Göteborgu, zwa­nym Małym Lon­dy­nem, zamor­do­wano mło­dego Anglika, który przy­je­chał tu, żeby się uczyć szwedz­kiego i stu­dio­wać inży­nie­rię wodną. I odbyło się to w podobny spo­sób. Może wkrótce doj­dziemy do tego, że to się stało w ten sam spo­sób, a wtedy pójdę na chwilę do kan­tyny i będę ryso­wał kręgi z kawy roz­la­nej na sto­liku. Póki się nie uspo­koję.

To będzie wyjąt­kowe śledz­two.

- Jest jesz­cze coś - ode­zwał się Ring­mar ze swo­jego ulu­bio­nego kąta. Stał tam zawsze, z pal­cami wiecz­nie maj­stru­ją­cymi przy wąsach. Wyglą­dało to na swego rodzaju mani­kiur, ale może to jego myśli poru­szały się wraz z pal­cami. - Odci­ski - wyja­śnił.

Nikt się nie ode­zwał. Win­ter spoj­rzał na Ring­mara, prze­łknął ślinę i znów poczuł, że coś mu prze­szka­dza w gar­dle po lewej stro­nie.

- Czy w naj­now­szym rapor­cie Inter­polu i z Anglii jest mowa o odci­skach? - zapy­tał Ring­mar.

- Nie - odparł Möllerström. - Ale mówili, że nie zro­bili jesz­cze nawet połowy pokoju.

- To zna­czy, że jeste­śmy szybsi - powie­dział jeden ze śled­czych, który wkrótce miał wraz z kil­koma innymi opu­ścić grupę.

- To zna­czy tyle co nic - odparł Ring­mar. - Dopóki nie okre­ślimy dokład­nie czasu tu, u nas.

- Wolał­bym, żeby to się nie prze­ro­dziło w wyścig mię­dzy Lon­dy­nem i Göteborgiem - wtrą­cił Win­ter.

- Wła­śnie - zgo­dził się Ring­mar. - O czym to ja mówi­łem?

- Odci­ski - pod­su­nął Möllerström.

- Wła­śnie - powie­dział Ring­mar. - Tech­nicy zna­leźli te nie­wiel­kie ślady nie­mal na środku pokoju, a teraz stwier­dzili, że wie­dzą, co to jest.

- Są pra­wie pewni - dodał Win­ter.

- Są pewni swo­jej dia­gnozy, jak należy. Wła­śnie robią porów­na­nia - wyja­śnił Ring­mar. - Przed chwilą z nimi roz­ma­wia­łem.

- Czas na kon­takt bez­po­średni - stwier­dził Win­ter.

- Czy mamy przyjść jutro, żeby dowie­dzieć się reszty? - zapy­tał kobiecy głos. Był w nim lodo­waty chłód, choć na Ring­mara iro­nia nie dzia­łała. Ale coś może z niej być, pomy­ślał.

Aneta Dja­nali była jedną z nie­wielu kobiet w wydziale śled­czym. Miała pozo­stać przy Ring­ma­rze, kiedy trop zacznie sty­gnąć. Była nowa i wcale się tym nie przej­mo­wała. Win­ter roz­ma­wiał o niej z Ring­ma­rem. Została. Poza tym jest ładna, stwier­dził Ring­mar.

- To sta­tyw - powie­dział Ring­mar.

W sali zapa­no­wała przy­tła­cza­jąca i wyraź­nie sły­szalna cisza.

- To sta­tyw od kamery fil­mo­wej lub apa­ratu foto­gra­ficz­nego, osta­tecz­nie lor­netki, ale to sta­tyw.

- Jak możemy coś takiego stwier­dzić, do cho­lery? - ode­zwał się ktoś ze środka sali.

- Słu­cham?

- Skąd pew­ność, że to aku­rat sta­tyw?

- Nie jeste­śmy tak cał­kiem pewni, jak przed chwilą powie­dzie­li­śmy, ale labo­ra­to­rium wyklu­cza wszel­kie inne moż­li­wo­ści.

- Ten bydlak to fil­mo­wał - powie­dział jeden ze śled­czych spod drzwi i rozej­rzał się dookoła.

- Nic o tym nie wiemy - stwier­dził Win­ter.

- Wiemy tylko tyle, że w krwi jest ślad po sta­ty­wie - dodał Ring­mar.

- Czy wiemy, kiedy się tam zna­lazł? - zapy­tał Ber­gen­hem.

- Co? - zdzi­wiła się Aneta Dja­nali.

- Czy posta­wił tam sta­tyw przed­tem, czy po wszyst­kim? - uści­ślił Ber­gen­hem.

- To dobre pyta­nie - stwier­dził Ring­mar. - Nie­dawno dosta­łem infor­ma­cję na ten temat.

- Tak?

- Przyj­mijmy, że ktoś usta­wił na pod­ło­dze sta­tyw, zanim... zanim to się wyda­rzyło - wyja­śnił Ring­mar.

- A więc krew poja­wiła się tam potem - powie­dział Ring­mar.

Nikt się nie ode­zwał.

- To zna­czy, że ktoś krę­cił film - stwier­dziła Aneta Dja­nali. Wstała i wyszła na kory­tarz, poszła do toa­lety. Stała tam dłuż­szą chwilę, z głową ciężko pochy­loną nad umy­walką. Gdzie są faceci?, pomy­ślała. Dla­czego stoję tu sama?

Win­ter sie­dział z dłońmi pogrą­żo­nymi w żało­bie. Dużo mógł powie­dzieć, ale na początku tylko mil­czał. W pokoju były pra­wie same cie­nie. Nic już nie żyło swoim wła­snym życiem, żałoba prze­jęła pano­wa­nie i u Las­sego i Karin Malmströmów cie­nie wyszły z mroku.

Tak pomy­ślał Win­ter.

- Co za cho­lerny kosz­mar. To straszne prze­żyć swoje dziecko - powie­dział Lasse Malmström.

Win­ter wstał i poszedł do kuchni. Nie był tu od wielu lat, ale kie­dyś bywał bar­dzo czę­sto. Dni pędzą jak dzi­kie konie po wzgó­rzach, pomy­ślał. Zaj­rzał do trzech sza­fek, wresz­cie zna­lazł słoik kawy roz­pusz­czal­nej. Nalał wody do czaj­nika i wci­snął wtyczkę do gniazdka w listwie nad zle­wem. Nasy­pał kawy do trzech fili­ża­nek, wlał tro­chę mleka, a potem dopeł­nił wrzącą wodą. W szcze­li­nie, w któ­rej nor­mal­nie powinna się znaj­do­wać stol­nica, zna­lazł tacę i usta­wił na niej fili­żanki.

To mnie tro­chę nad­we­ręży emo­cjo­nal­nie, ale może też stanę się wraż­liw­szy, a to może być dobre, pomy­ślał. Jeśli będę umiał roz­dzie­lić te sprawy, może potem będę lep­szym śled­czym... jeśli to jakaś róż­nica.

Słońce przedarło się przez okno nad kuchen­nym bla­tem i na środku kuchni blask zde­rzył się ze sła­bym świa­tłem lampy z przed­po­koju. Świa­tło połą­czyło się w puste coś, unie­moż­li­wia­jąc orien­ta­cję komuś, kto chciałby iść dalej. Nic tu nie idzie dalej, pomy­ślał. Nie jestem pewien, czy ci ludzie będą w sta­nie zadbać o sie­bie w naj­bliż­szym cza­sie.

Prze­szedł z kawą przez dom i usiadł w jed­nym z foteli w salo­nie. Karin Malmström udało się pod­cią­gnąć jedną z żalu­zji. Słońce nama­lo­wało pio­nowy pro­sto­kąt na pół­noc­nej ścia­nie. Całe świa­tło zebrało się w tym jed­nym miej­scu.

- A więc nie było go dwa dni - pod­jął Win­ter.

Lasse Malmström ski­nął głową.

- Wie­dział, gdzie będzie miesz­kał?

Rodzice spoj­rzeli po sobie. Żadne się nie ode­zwało.

- Czy zała­twił sobie wcze­śniej jakiś pokój? - zapy­tał Win­ter.

- Nie chciał tego robić - odpo­wie­działa Karin Malmström.

- Dla­czego?

- Nie pierw­szy raz podró­żo­wał... sam - wyja­śniła. - Pierw­szy raz poje­chał sam do Lon­dynu, ale ma już pewne doświad­cze­nie.

Dla niej na­dal był obecny. Win­ter sty­kał się z tym wiele razy w sytu­acjach takich jak ta.

- Nie chciał robić zbyt wiel­kich przy­go­to­wań - mówiła dalej.

Win­ter przy­glą­dał się pro­sto­ką­towi świa­tła na ścia­nie. Prze­mie­ścił się, co ozna­czało, że świa­tło dosię­gło sie­dzą­cej przed nim kobiety. Sie­działa z pochy­loną głową, co pogrą­żało jej twarz w cie­niu. Zoba­czył mignię­cie, jak refleks w pra­wym oku, ale nic poza tym. Miała na sobie sprane dżinsy i gruby dzier­gany swe­ter: rze­czy, które są zawsze pod ręką, kiedy się wstaje z łóżka po bez­sen­nej nocy.

- Mło­dzi nie lubią za dużo pla­no­wać - stwier­dziła.

- Czy powie­dział, w jakiej dziel­nicy zamie­rza się zatrzy­mać? - zapy­tał Win­ter.

- Wydaje mi się, że mówił coś o Ken­sing­ton - powie­dział Lasse Malmström.

Win­ter mil­czał, cze­kał.

- Jeź­dził z nami kilka razy. Wtedy miesz­ka­li­śmy w Ken­sing­ton, nawet przy tej samej ulicy, ale nie chciał, żebym tam dzwo­nił i rezer­wo­wał mu pokój w tym hote­liku. W końcu i tak to zro­bi­łem, a on się wtedy wku­rzył... no ale i tak nie anu­lo­wa­li­śmy tej rezer­wa­cji, więc myśla­łem, że mimo wszystko się tam zatrzyma - dokoń­czył Lasse.

Miał na sobie gar­ni­tur, białą koszulę i kra­wat, przez co mocno kon­tra­sto­wał z żoną. Róż­nie reagu­jemy w żało­bie, pomy­ślał Win­ter. Na przy­kład Lasse będzie cho­dził do biura jesz­cze dzień lub dwa, a pod wie­czór ostat­niego dnia, a może rano... pad­nie twa­rzą na biurko albo na klienta sie­dzą­cego naprze­ciwko, a potem długo nie włoży gar­ni­turu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki