Wstęp
Pisanie wstępu do książki to ciężka robota. Właściwie można to zrobić
tylko z perspektywy czytelnika, który ma za sobą własne wrażenia, garść
przemyśleń i tego czegoś, co każda dobra książka zostawia nam w sercu.
Ale gdy poproszono mnie, bym napisał kilka słów wstępu do tej książki,
ucieszyłem się jak diabli. Od razu przypomniałem sobie Krzyczącego w Ciemności, którego pierwszy raz spotkałem w śp. Fenixie, przy czym nie
mam tu na myśli banalnego wspomnienia o jakiejś tam postaci, którą piąte
przez dziesiąte kojarzę z jakimś cyklem fantasy. Nie. Brune Keare zapadł
mi w pamięć tak jak Kane z cyklu Wagnera, Ged z Ziemiomorza, Karenira z Grombelardu czy ten cholerny Geralt Riv. Był charakterystyczny,
tajemniczy, mroczny i bezwzględny, ale też na swój sposób honorowy i uczciwy. I od samego początku, gdy spotkałem go w mrocznych podziemiach
zamieszkanych przez złodziei, bandytów, odmieńców, ludzi skażonych i odepchniętych przez "lepszą" część świata, od pierwszego spojrzenia
budził zaciekawienie i chęć poznania jego historii.
Pamiętam, jak przyszedł do mnie w gości, rozsiadł się i zaczął snuć
swoją opowieść.
A tylko z pozoru była to zwykła historia, jakich wiele. O bogach, którzy
walcząc w obronie świata, przelali zbyt wiele krwi i stracili serce dla
swoich dzieł, o Zmroczy, którą podarowali porzuconemu światu, by
chroniła go przed tymi, którzy chętnie wzięliby w posiadanie taki leżący
odłogiem skarb - duchami, demonami, żywiołakami i innymi bytami, oraz o magii, srebrnej i czarnej - dwóch szalach wagi, które muszą pozostawać w równowadze, jeśli świat ma ocaleć.
I była to też historia o ludziach, a może właśnie przede wszystkim o ludziach i o tym, jak potrafią każdą rzecz spieprzyć.
Polubiłem drania za to, że nie rozczulał się nad sobą, nie udawał kogoś,
kim nie jest, że był naturalny i niezmanierowany, co jest grzechem
większości postaci literackich, którym twórcy usiłują nadać rys
"prawdziwości", oraz za to, że kierował się swoim własnym, prywatnym
kodeksem. I nie przeszkadzała mi ani jego oszpecona gęba, ani tajemnicza
przeszłość, ani mrok, który go otaczał.
Bo Krzyczący w Ciemności przyszedł do mnie jako czysta karta, ktoś bez
przeszłości, z pamięcią wymazaną tak dokładnie, że można by na tej bieli
wyrysować dowolny obraz - bohatera, zdrajcy, łotra albo świętego - i zarazem przyszedł jako postać z krwi i kości, żywa, czująca, budząca
zaciekawienie - jako człowiek jednym słowem. A to wielka sztuka
narysować kilkoma zdaniami kogoś, kto jest człowiekiem, choć nie wiemy o nim nic poza tym, że jest, żyje i cierpi.
Brune tylko na pierwszy rzut oka wydaje się archetypem mrocznego
twardziela z zasadami, któremu można bez wahania pożyczyć pieniądze, tak
jak świat stworzony przez Agnieszkę Hałas tylko na pierwszy rzut oka
wydaje się prostym światem z podziałem na pozornie dobrą srebrną magię i zepchniętą do defensywy, poddaną czarnemu - nomen omen - piarowi czerń.
Ten świat ma zbyt wiele odcieni, zbyt wiele subtelnych, często
zaznaczonych ledwo kilkoma słowami barw, by dało się go łatwo
zaszufladkować. Tętni bogactwem niczym Baśnie z tysiąca i jednej nocy,
zadziwia patentami rodem ze steampunku, igra z demonologią z różnych
stron świata i z różnych czasów. I wszystko to znakomicie ze sobą
współgra. Magowie, demony, istoty z innych planów egzystencji, żywiołaki
i zwykli ludzie poruszają się w nim w skomplikowanym tańcu, do którego
przygrywa im orkiestra mająca zamiast nut plansze ze skomplikowanymi
wykresami nie tylko ludzkiej ambicji, chciwości, podłości i obłudy, ale
też - choć rzadziej - miłosierdzia, uczciwości i prawości. Nic tu nie
jest takie, jakie mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, a kto
spróbuje użyć do odnalezienia się w tym świecie prostych schematów,
takich jak dark fantasy, będzie regularnie czuł się zbity z tropu.
I o to właśnie chodzi. To wyróżnik opowieści przez duże "O", wymykającej
się schematom, zmuszającej do koncentracji, lecz jednocześnie
zapadającej w pamięć i pozostającej z nami długo po zamknięciu książki.
Podskórnie czujemy, że autorka zabrała nas do świata podobnego do
naszego, gdzie dylematy moralne nie sprowadzają się do banalnego wyboru
między jasną a ciemną stroną Mocy. Tutaj każdy zysk okupiony jest czyjąś
stratą, łatwo jest przegrać wszystko, trudno wspiąć się na szczyt, a szczeble społecznej drabiny są śliskie od krwi i łez. Głębia tego świata
nie ogranicza się tylko do metafizycznej Otchłani, w której demony knują
swoje intrygi, bardziej dotyka ludzkich dusz i umysłów, bo żadna z postaci nie daje się jednoznacznie sklasyfikować jako dobra czy zła.
I ten świat poznajemy właśnie dzięki Krzyczącemu w Ciemności, postaci na
tyle charakterystycznej, że trudno o niej zapomnieć. Spotykamy go jako
pozbawionego pamięci wyrzutka i wraz z nim odkrywamy krainy ukryte pod
Zmroczą. I dzięki niemu poznajemy innych bohaterów, drugo- i trzecioplanowych, z których niejeden zasługuje na osobną opowieść.
Widzimy blichtr, który po zdrapaniu odsłania ropiejące wrzody, piękne
maski, zza których wyglądają przeżarte trądem, beznose twarze i bezwzględność udającą prawość. Ten świat jest piękny jak niektóre
gatunki egzotycznych kwiatów, wabiących przepychem barw i kształtów,
lecz gdy się nad nimi nachylić, w nozdrza uderza nas odór zgniłego
mięsa. Ale świat ten zasługuje, by go poznać, zanurzyć się w nim,
posmakować. Nie jest wydmuszką albo kawałkiem, wybaczcie kulinarne
porównanie, ryżowego wafelka, jest mięsisty w najlepszym, literackim
znaczeniu tego słowa, oferuje sycącą ucztę, po której zostaje w nas
olbrzymia satysfakcja, że nie zmarnowaliśmy czasu.
I chęć ponownych odwiedzin.
Polska fantasy doczekała się kilku znakomitych uniwersów, a świat
stworzony przez Agnieszkę Hałas właśnie się do nich zalicza. Żyje,
oddycha i krwawi, a my wraz z nim. Nie zadowala się łatwymi
rozwiązaniami ani banalnymi odpowiedziami, zabiera nas w ciekawą i wyczerpującą podróż, z której wracamy oszołomieni lub zniesmaczeni,
przybici albo zachwyceni. Ale nie obojętni. A to kwintesencja dobrej
opowieści.
Polecam.
Robert M. Wegner
Prolog
Dawno temu światem rządziło dziewięciu bogów. Gdy w końcu trudy
istnienia i gorycz nieśmiertelności ich przytłoczyły, odeszli, w pożegnalnym darze zostawiając ludziom magię. Lecz ich moc była zbyt
wielka, aby mogli zniknąć z materialnego wymiaru ot tak, bez śladu.
Odchodząc, pozostawili po sobie echo - czarodziejską wibrację, która co
jakiś czas odzywa się w żarnach Czasu i Losu. Wśród śmiertelników wciąż
na nowo pojawiają się jednostki obdarzone błogosławieństwem któregoś z bóstw. [...]
W kronikach sztuki magicznej szczególne miejsce zajmują ci, których
naznaczył Eresh, Władca Much, Król Węży - pan chorób i trucizn. Oprócz
siły daru nieodmiennie wyróżniała ich fascynacja alchemią i sztuką
uzdrawiania. Trzeba tu przypomnieć, że chociaż teraz, po Skażeniu,
czarni magowie nie potrafią już uzdrawiać, w dawnych czasach wielu
posiadało tę umiejętność, a obdarzeni błogosławieństwem Eresha
wykazywali do niej nadzwyczajny talent. Łaskę boga mieli symbolicznie
wypisaną na twarzach - zawsze byli zeszpeceni jak ich okaleczony patron,
czasem przez blizny, czasem przez białe plamy na skórze. Bóstwo czasem
naznacza przy urodzeniu, czasem dopiero później, rękami losu. [...]
Wśród magów cieszących się łaską Eresha najszerzej zasłynęła
uzdrowicielka Arauke. Przyszła na świat w Alkarze, w Górach Pajęczych, w szlacheckiej rodzinie de Vere. Wypada wspomnieć, że ród ten od wieków
uważa Władcę Much za swego patrona i pieczętuje się jego herbem.
Dar przebudził się w Arauke, gdy miała zaledwie czternaście lat. Swój
talent rozwijała pod kierunkiem wielkich mistrzów w świątyni Eresha w Anarai oraz w Latającym Mieście w drugim dominium astralnym. Potrafiła
leczyć trędowatych i przywracać ślepym wzrok. Ocaliła królestwo Alkary,
gdy wyspę pustoszyła zgniła gorączka; wyleczyła samego króla, choć
znajdował się na progu śmierci. Po dziś dzień niektórzy Alkaryjczycy, ci
nadal wyznający starą wiarę, wymieniają imię Arauke w litaniach na równi
z herosami, którzy dokonywali wielkich czynów tysiąclecia temu, gdy
bogowie jeszcze chodzili po ziemi. [...]
Może najbardziej tragiczną postacią w kronikach magii jest Araine, córka
Arauke. Odziedziczyła po matce zarówno czarny dar, jak i błogosławieństwo Władcy Much. Nie umiała się jednak pogodzić z białymi
plamami na ciele, smuciło ją, że jej twarz budzi w ludziach przesądny
strach. Gdy dorosła, a wykwitów na jej skórze przybyło, zamieszkała w odosobnieniu, twierdząc, że woli księgi od zalęknionych spojrzeń.
Widząc samotność i smutek Araine, jej stryjeczny brat, Adrien de Vere,
który także był czarnym magiem, zaofiarował swej krewniaczce pomoc.
Niektórzy powiadają, że skrycie ją kochał; inni, że zazdrościł jej łaski
bóstwa.
Rok po śmierci Arauke udali się wspólnie do świątyni Eresha. Araine
uklękła przed ołtarzem, prosząc Władcę Much, żeby zabrał to, co jej
ofiarował. Była gotowa poświęcić dowolną rzecz, jakiej zażądałby w zamian, nawet swoją moc.
Potem przemówił także Adrien, który wiedział równie dobrze jak i ona, że
ani na tym, ani na tamtym świecie nie ma nic za darmo.
Bogowie odeszli. Posągi w świątyniach od wieków pozostają nieme. A jednak tamtego dnia Eresh wysłuchał modłów Araine. Ani ona, ani Adrien
nie chcieli później o tym opowiadać. Wiadomo jedynie, że wyszli z sanktuarium - śliczna, promieniejąca radością dziewczyna oraz
młodzieniec z białymi plamami na twarzy, z siwymi pasmami w ciemnych
włosach.
Araine oddała błogosławieństwo Władcy Much, lecz zachowała czarny dar.
Po tym wydarzeniu przybrała imię Nepenthe Ri Araine, co w mowie magów
znaczy - Nepenthe, niegdyś Araine. Wyrosła na potężną mistrzynię, a później arcymistrzynię czarnej szkoły. Adrien, który przejął
błogosławieństwo Eresha, w latach tuż przed Skażeniem zasłynął jako
alchemik i pogromca demonów, a także - o czym niewielu dziś pamięta -
wybitny muzyk i kompozytor.
Lecz nie należy pochopnie odrzucać tego, co ofiarowują bogowie, los
bowiem potrafi okrutnie ukarać niewdzięcznych.
Nepenthe Ri Araine już wkrótce miała się zapisać w pamięci potomnych
jako ta, która doprowadziła do katastrofy, jaką było skażenie czerni i upadek czarnej szkoły. Jako sprawczyni wydarzeń, które pośrednio
doprowadziły także do śmierci Adriena de Vere.
Zaihos ar Kyth i Argil d'Engle zwany Sokołem, Nowe kroniki magii, dzieło umieszczone przez Elitę na indeksie ksiąg zakazanych
Między bajki trzeba włożyć opowieści o czarnych magach, których można
rozpoznać po znamieniu na skórze lub po takich znakach
charakterystycznych, jak trzeci sutek, sierść na ciele, dodatkowe palce
u rąk bądź stóp. Nie należy mylić czystego daru magicznego z odmieniectwem. Nie ulega wątpliwości, że czarna moc zmienia naczynie, w którym się zagnieździła, lecz efekty jej działania są subtelniejsze,
mniej rzucające się w oczy, a zarazem dużo groźniejsze w skutkach niźli
cielesne deformacje odmieńców.
Dwie rzeczy odróżniają każdego ka-ira od zwykłych ludzi.
Po pierwsze - źrenice. Po przebudzeniu się talentu przybierają pionowy
kształt, gdy zaś padnie na nie światło lub gdy ka-ira przywołuje moc,
jarzą się. Istnieją eliksiry, które mogą zmienić kształt źrenicy,
upodabniając ją do normalnej, lecz blasku w jej głębi nie zamaskuje
żadne ziele ani żadna iluzja.
Po drugie - ponieważ czarny mag może chłonąć cudzą energię życiową, jego
ciało posiada zadziwiającą zdolność regeneracji. Rana lub oparzenie,
nawet poważne, rychło się wygoją, pozostawiając jedynie słabo widoczne
blizny, jeśli tylko ka-ira ma dostęp do źródła mocy. Czarni magowie
mogą się zarazić chorobą wyłącznie w stanie wyczerpania; będąc w pełni
sił, nie muszą się lękać najbardziej zaraźliwych plag, jak mór, żółta
febra czy gorączka więzienna. Liczne obserwacje wskazują też, że są
odporniejsi od zwykłych ludzi na głód, pragnienie i zimno, lecz znów
tylko pod warunkiem, że mogą podstępnie czerpać moc od bliźnich.
Ze wspomnianej zdolności do regeneracji wynika powszechnie znany fakt,
iż organizm czarnego maga jest nadzwyczaj odporny na działanie tych
trucizn, które niszczą tkanki. Wezykatorium z proszkiem kantarydowym nie
uszkadza ich skóry. Śmiertelna dla zwykłego człowieka dawka arszeniku,
sublimatu lub zielonego muchomora spowoduje jedynie torsje i bóle.
Trucizny roślinne wywołujące pobudzenie, oszołomienie lub wizje, jak
pokrzyk, szalej, czerwony muchomor czy opium, dadzą charakterystyczne
dla siebie objawy, lecz nawet dawka dziesięciokrotnie przekraczająca
śmiertelną nie doprowadzi żmija do śmierci.
Niektórzy ka-ira od momentu przemiany przestają się starzeć. Jest to
powiązane z siłą ich daru. Uczony mistrz Egbard ar Taeth pisze, iż efekt
ten występuje zawsze u magów na tyle silnych, by mogli się
dematerializować pięciokrotnie w ciągu półgodziny i zablokować kulę
białego ognia ciśniętą z dziesięciu kroków, nie doznając oparzenia.
Cechą charakterystyczną dla ka-ira, choć nie wyłącznie wśród nich
spotykaną, wydaje się konstytucja sucha, gorąca, z przewagą humorów
ognistych i powietrznych. Jeśli trafiają się wyjątki, są to nieodmiennie
magowie najsłabsi, w których dar pełga leniwie, zamiast przepalać duszę
i ciało. Silniejszych wyróżnia szczupłość sylwetki, nerwowość ruchów,
błyskotliwa inteligencja, a także gorejące i błędne spojrzenie. Często
odznaczają się przy tym niepospolitą urodą, zwłaszcza kobiety.
Nie sposób tu nie przytoczyć starego przysłowia, że jak robaki roją się
wewnątrz odnowionego grobu, tak najgładsza powierzchowność skrywa w głębi plugastwo.
Amaris ar Vanth, O naturze skazy
1. Zwłoki w rzece
Uliczki Eume spowijała mgła, gęsta jak śmietana, przesycona smrodem tego
wszystkiego, co fermentowało w rynsztokach. Wysiadając z dorożki,
kapitan straży miejskiej Lybius Zander zatrząsł się z zimna. Szczelniej
owinął się peleryną i z irytacją pomyślał o jajecznicy z cebulą,
przyrumienioną przez gospodynię dokładnie tak, jak trzeba, której nie
dane mu było dojeść w spokoju.
Z mgły doleciał plusk wioseł. Po chwili w szarości zamajaczyła barka,
sunąca ociężale w górę rzeki. Zander zapłacił dorożkarzowi i skierował
się w stronę przystani.
Z daleka usłyszał odgłosy chlapaniny oraz gniewne okrzyki. Dwaj odmieńcy
w łachmanach, pewnie robotnicy z pobliskich magazynów, zanurzeni po
pierś w burej wodzie, usiłowali wydobyć zwłoki spod pomostu. Trzeci,
stary i zgarbiony, z nochalem niczym wiszący kawał ciasta, stał na
nabrzeżu i wymyślał im od durniów. Obserwujący akcję sierżant Subbel
zamachał ręką, widząc zwierzchnika. Minę miał ponurą.
- Następna? - zagadnął kapitan.
- Na to wygląda. Nurt ją tu przyniósł. Utknęła między palami.
Z dołu dobiegł głośny chlupot i przekleństwa. Jeden z odmieńców
wgramolił się na pomost, przykląkł nad krawędzią i zaczął ciągnąć w górę
linę, którą obwiązali zwłoki, podtrzymywane teraz za nogi przez drugiego
robotnika. Po chwili ociekające wodą ciało wylądowało na deskach. Widok
był, oględnie mówiąc, przykry.
- Czwarta - mruknął sierżant.
Ciastonosy odmieniec splunął do rzeki.
- Czwarta - potwierdził Zander. - Przykryjcie ją czymś, zanim zlezą się
tu gapie.
* * *
Wypełniona siną, świecącą mazią lampa - do dziwactw Beinekego należało
to, że nie tolerował w prosektorium otwartego ognia, twierdząc, że ów
przywabia duchy zmarłych - rzucała zimny, nienaturalny blask na mury.
Lekarz bez pośpiechu skropił dwie lniane szmatki olejkiem kamforowym.
Wręczył po jednej Zanderowi i sierżantowi. Na nim trupi odór zdawał się
nie robić wrażenia.
- Mogła spędzić tydzień w wodzie, na moje oko - oznajmił. Uniósł dłoń
zmarłej, pokazał palce, z których skóra zwisała jak biaława, luźna
rękawiczka.
- Jasnowłosa - stwierdził ponuro Subbel, patrząc na szare, zlepione
strąki. Jeden warkocz rozwinął się i rozplótł, drugi niewiadomym
sposobem ocalał, wciąż jeszcze zwinięty w obwarzanek i podpięty
spinkami. - Reszta też wygląda znajomo.
Trup miał gardło poderżnięte tak, że widać było tchawicę, a w miejscu
twarzy widniała makabryczna maska odsłoniętych mięśni, z wyszczerzonymi
zębami i dziurą zamiast nosa.
- Tym razem wyłupił oczy - zauważył Zander.
- Rozpruł też brzuch, bardzo ostrym nożem lub skalpelem. - Lekarz
ściągnął prześcieradło, odkrywając ciało aż do kolan. Smród rozkładu
uderzył w nich ze zdwojoną siłą. Sierżant skrzywił się i przełknął
ślinę. Olejek kamforowy niewiele pomagał. - Wyciął wątrobę, trzustkę i część jelit. Po mojemu, panowie, bawił się jak dziecko grzebiące
patykiem w zdechłym szczurze.
- Urocze - mruknął kapitan. - Co jeszcze?
- Była prostytutką, jak wszystkie poprzednie. Ma tatuaż. - Beineke
wskazał kwiat o sześciu płatkach, wykłuty czerwoną farbą na sinym,
pokrytym plamami ramieniu. - A w kroczu krosty od brzydkiej choroby.
Zander obszedł stół, krytycznie przyglądając się zwłokom. Dziewczyna
była drobniutka, co rzucało się w oczy mimo obrzęku tkanek. Wąskie
biodra, biust ledwie zaznaczony.
- Jak szacujesz jej wiek? - spytał.
- Naście lat po mojemu. Ale głowy bym za to nie dał, może mieć i dwadzieścia pięć. Jest taka mała i chuda, że ciężko powiedzieć.
- Stare blizny, inne znaki szczególne?
- Miała przekłute uszy. - Beineke powiedział to cierpkim tonem. -
Polecam przyjrzenie im się bliżej, bo to pouczający widok. Rozdarte
małżowiny. Ktoś przywłaszczył sobie kolczyki. Może przed tym, jak ciało
wyłowiono z rzeki, a może już po.
Zander uznał, że widział wystarczająco dużo. Gestem nakazał lekarzowi
przykryć trupa, po czym wyjął tabliczkę oraz rysik, żeby zanotować
najważniejsze szczegóły.
- Młoda, chudziutka, długie jasne włosy, tatuaż prostytutki, chora na
brzydką chorobę. Wzrost... Zmierzyłeś ją, Beineke?
- Cztery stopy i dziesięć cali.
- Cztery stopy i dziesięć cali wzrostu... I kolczyki. - Przygryzł koniec
rysika. - Trzeba będzie się rozpytać na ulicach, Subbel. Wyślesz ludzi.
Bulwar, tawerny, burdele, zaułki za więzieniem.
Lekarz wyjął z zanadrza piersiówkę i napił się z posępną miną.
Zaproponował trunek strażnikom, ale podziękowali. Beineke zwykł pędzić
własną jałowcówkę o nader specyficznej kompozycji smakowo-zapachowej.
Postronni, nawet przyzwyczajeni do bardzo różnych napitków, raz
skosztowawszy, zwykle nie ważyli się jej spróbować po raz drugi.
- Czy Elita nie powinna się zainteresować tą sprawą? - zagadnął. -
Cztery trupy w ciągu miesiąca...
- Nie mają powodu, żeby się interesować, dopóki morderstwa nie zaburzają
Ekwilibrium - odrzekł ponuro Zander. - Tak mi raczyła rzec sama
Opiekunka Miasta.
- Ekwilibrium! - Beineke łyknął znowu, zakaszlał. - To by brzmiało jak
kiepski żart...
- Gdyby nie było prawdą. - Kapitan popatrzył na stopy wystające spod
prześcieradła. Na końcu języka miał jeszcze jeden komentarz, ale nie
odważył się go wyrzec na głos. W mieście rządzonym przez srebrnych magów
niejednemu już przyszło odpokutować za słowa wypowiedziane w zasięgu
niewłaściwych uszu.
* * *
Burmistrz Sibius Lorck wydawał się oszołomiony i przytłoczony sytuacją.
Zander poczuł cień współczucia dla tego opasłego mężczyzny o wodnistych,
zmęczonych oczach. Lorck świetnie znał się na niuansach administracji i finansów, ale w obliczu tajemniczych morderstw ewidentnie czuł się
zupełnie bezradny.
Jego sekretarz Gilmert miał minę, jakby bolał go ząb. Doradca
burmistrza, uczony doktor prawa Julius Ruge, kwaśno kontemplował
zawartość srebrnej patery pośrodku długiego stołu, jakby leżały na niej
nie imbirowe ciasteczka, tylko na przykład zdechła żaba.
- To skandal, że dostojna Akhania odmawia zaangażowania się w śledztwo -
powtórzył bodaj po raz dziesiąty. Debatowali od godziny i Zander
zaczynał mieć wrażenie, że kręcą się jak pies za własnym ogonem. - Skoro
zostało stwierdzone ponad wszelką wątpliwość, że wszystkie morderstwa
popełniono w dniach, kiedy Zmrocza była mało podatna na zakłócenia, nie
wygląda to na zbieg okoliczności. Czy zwykli śmiertelnicy znają się na
takich rzeczach, pytam? Raz czy drugi można mieć szczęście, ale cztery
razy? A morderca, który wyczuwa stan Ekwilibrium bądź też posiada globus
astralny, lunetę do obserwacji nieba, tabele astronomiczne i pergaminy
instruujące, jak dokonywać kalkulacji... na jedno wychodzi... - Ruge
napotkał zdziwione spojrzenie burmistrza i chrząknął, jakby zląkł się,
że zaraz zostanie zapytany, skąd tyle wie na niebezpieczny temat. -
Dziwię się, że Opiekunka Miasta bagatelizuje tę kwestię - zakończył
cokolwiek niezręcznie.
- No cóż, ona ma w tej kwestii głos decydujący - stwierdził chłodno
Zander. - Nie pozostaje nam nic innego, jak przyjąć to do wiadomości.
- Musicie rozwiązać tę sprawę, kapitanie - rzucił ochryple Lorck. - Rada
miasta daje wam wolną rękę. Otrzymacie środki...
- Uczynię wszystko, co w mojej mocy - zapewnił Zander, starając się
ukryć rezygnację. Straż miejska była od patrolowania ulic i tawern, od
pilnowania bram miejskich i porządku na targowiskach, łapania złodziei,
wlepiania grzywien nieuczciwym handlarzom i karczmarzom, przetrzymywania
w areszcie dłużników. Nie od ścigania cieni. - Rzecz w tym, że bez
wsparcia Elity nie będzie łatwo, niezależnie od środków oraz liczby
ludzi zaangażowanych w śledztwo. Nie mamy żadnego punktu zaczepienia.
Żadnego - podkreślił.
- Jakkolwiek wątek Ekwilibrium jest, przyznaję, dziwny i niepokojący,
Opiekunka Miasta zapewnia, że morderca jest człowiekiem - przypomniał
burmistrz. - Zwykłym człowiekiem. Nie czarnym magiem ani...
- Wierzę, że skoro jej dostojność tak mówi, należy ufać jej autorytetowi
i doświadczeniu. - Kapitan z opóźnieniem zdał sobie sprawę, że te słowa
mogły zabrzmieć ironicznie. Mimo woli spojrzał na Gilmerta notującego
przebieg narady. Trudno. Nie pierwszy raz Lybius Zander powiedział coś,
co mogłoby zostać przekazane dalej przez nieżyczliwe języki, lecz
Opiekunka Miasta, srebrna magini Akhania ar Vithanare, jeszcze nie
zdecydowała, że należy go odwołać ze stanowiska i zastąpić kimś, kto
okazywałby Elicie więcej poszanowania. - Lecz to nam w żaden sposób nie
ułatwia sprawy. Nie wiemy nawet, jak się nazywały ofiary, bo nie raczył
się zgłosić nikt, kto umiałby je zidentyfikować.
- Jedno wiadomo na pewno, wszystkie były prostytutkami,
zarejestrowanymi, z tatuażem - stwierdził trzeźwo Beineke. - Oto wasz
punkt zaczepienia, Lybiusie. Macie swoje oczy i uszy w tym światku,
prędzej czy później na coś traficie.
Lorck, Gilmert i Ruge pokiwali głowami jak trzy marionetki poruszone tym
samym gestem lalkarza. Zander stłumił przekleństwo.
Eume jest portowym miastem! Kurew tu jak szczurów. W imieniu straży dziękuję za słowa otuchy, doktorze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki