Tęcza w kałużach - Regina Golińska-Barancewicz

Reflow text when sidebars are open.
Mam: osiem lat i dwa miesiące, dwie siostry i jednego brata.Miałam: trzysta dziewiętnaście dni spędzonych w szpitalu, jedną białaczkę, jeden przeszczep szpiku i jedno marzenie - żeby wyzdrowieć i wrócić do domu.
Podobno wyzdrowiałam. Wróciłam. Teraz patrzę, jak moja prawie pięcioletnia siostra próbuje rysować stojący obok wazonik z kwiatkami i myślę sobie, że to jak z tym moim marzeniem - na kartce niby te same krokusy, ale zupełnie nie takie, jak prawdziwe.
- Ładne? - Lidka pokazuje mi obrazek.
- Super - udzielam jedynej prawidłowej odpowiedzi.
Mała patrzy wyczekująco. Najwyraźniej pochwała powinna być bardziej entuzjastyczna. Przypominam sobie, jak mama to robi, i mówię:
- Ale fajnie narysowane! Krokusów jest tyle samo, co w tym wazonie, i mają takie same kolory, ekstra. I wazon ma taki sam wzorek. Brawo!
- Aha! - Cieszy się siostra. - Umiem liczyć do dwudziestu pięciu, Marcin mnie nauczył. Na żelkach, wiesz? Jak źle policzyłam, to on zjadał. Ale tych kwiatków jest tylko osiem. A kolory trzy: żółty, niebieski i fioletowy.
- O osiem za dużo! - krzyczy moja starsza siostra Natalia. - One nie są przypadkiem pod ochroną? Po co zrywałaś?
Dyskusja o roślinach chronionych przenosi się do kuchni, więc zostaję sama na mojej kanapie. Właściwie to nie opuszczam jej, odkąd wróciłam ze szpitala. Ponad miesiąc.
Przyglądam się krokusom. Tym na stoliku i tym na porzuconym rysunku Lidki. Niby podobne. Niby. Dokładnie tak wygląda moje spełnione marzenie - niby wyzdrowiałam i wróciłam do domu, ale tak naprawdę to tylko zamieniłam szpitalne łóżko na kanapę. Czuję się nadal chora, słaba i zniechęcona. Nie tak to sobie wyobrażałam.
Marcin, mój dorosły brat, siada obok mnie i podaje mi jakąś buteleczkę. O nie! Tylko nie kolejny Nutridrink! Odwracam głowę ze wstrętem. Ciągle jest mi niedobrze, pewnie po tych tonach tabletek, które muszę brać.
- Hej, chociaż łyczek - prosi. - Założyłem się z mamą, że dam radę cię namówić.
- To idź powiedzieć, że przegrałeś - mruczę. - Nie ma opcji, żebym to wypiła.
Uświadamiam sobie z przerażeniem, że już za godzinę dostanę kolejną garść leków do połknięcia. Sama nie wiem, czy najgorsze są te obrzydliwie gorzkie, czy te wielkie jak cegła. A żadnej nie mogę wypluć ani schować, bo wszystkie są super potrzebne. Parę dni temu mama krzyczała o tym tak, że było ją słychać na ulicy. A krzyczała, bo przyłapała mnie, jak chowam tę cegłę w poszewce poduszki. To znaczy wtedy jeszcze była w miarę spokojna, gorzej, jak rozebrała poduszkę i znalazła w niej trzy inne tabletki.
Czego ja się wtedy nie dowiedziałam... Że jestem nieodpowiedzialna, złośliwa, że za nic mam swoje zdrowie...
- Nie rozumiesz, że musisz wziąć każdą?! Każdą!!! Że to chodzi o twoje życie?! Tyle się namęczyłyśmy, a teraz chcesz wszystko zmarnować, bo tabletka niedobra?!
Potem się rozpłakała i zamknęła w łazience, a do mnie przybiegł tata i tłumaczył to samo, tylko ciszej. Ale jego już mniej słuchałam, bo myślałam o czymś innym.
Przypominam sobie to coś innego i przerywam Marcinowi jego wykład o zdrowotności odżywek białkowych.
- Dlaczego mama powiedziała, że się namęczyłyśmy? - pytam. - My? To ja miałam punkcje, biopsje, zastrzyki, kroplówki, toczenia, naświetlania i sepsy. A nie ona. To ja się namęczyłam. Mama tylko ze mną była.
- Kiedy tak powiedziała?
- Jak się wkurzała o te tabletki w poduszce.
Brat odstawia zachwalany produkt odżywczy i patrzy na mnie uważnie.
- Tak to widzisz? Że mama tylko z tobą była? - Akcentuje słowo "tylko" i marszczy brwi.
- No... tak - mówię niepewnie. - Męczyłam się ja. No może też trochę wy - poprawiam się, widząc jego minę.
- Trochę? - Marcin patrzy gdzieś za moimi plecami.
Odwracam się i już wiem na co. Na jego model żaglowca, obok którego stoi disneyowska księżniczka Lidki. Chyba Vaiana. Trudno poznać, bo ciągle zamienia im sukienki. Rozumiem, o co mu chodzi, i robi mi się głupio. Mój brat nie zaczął wymarzonych studiów na Uniwersytecie Morskim, bo musiał zajmować się Lidką, jak mama była ze mną w szpitalu. Więc okej, może to było więcej niż trochę. Ale...
- Ale ja i tak miałam gorzej! - upieram się. - I dalej mam! Ta głupia choroba może wrócić. Nie mogę chodzić do szkoły. Nie mam siły wstać z tej głupiej kanapy ani nawet sama się ubrać! Ciągle wymiotuję! Ciągle boli mnie brzuch! Cały dzień muszę łykać te świństwa! Wyglądam jak zombie! Gdzie te włosy, co miały mi odrastać?! Gdzie?! I nawet kota nie mogę dotknąć! - Ostatnie słowa mówię już przez łzy, a potem zaczynam płakać na całego.
- Co jej zrobiłeś?! Nie denerwuj jej! - woła mama z kuchni. - Wypiła trochę?
Marcin pochłania mojego Nutridrinka w dwóch łykach. Otrząsa się lekko.
- Wszystko! - odkrzykuje, a potem wyciera mi nos jak małemu dziecku. - Nie jest łatwo, co? - Wzdycha. - Melduj, siostra, co ci leży na sercu.
- Myślałam, że jak wrócę do domu, to będę zdrowa. - Szlocham. - I będę mogła wszystko robić... a czuję się bardziej chora, niż zanim poszłam pierwszy raz do szpitala... I nic mi nie wolno... tylko te tabletki i jeżdżenie na kontrole, nienawidzę tego! To już lepiej, żebym została na oddziale i dostawała te leki do browiaka, bo i tak tylko leżę...
- Daj sobie czas, Aga - mówi poważnie brat. - Jesteś w domu dopiero cztery tygodnie, a w szpitalu byłaś rok. Musi trochę minąć, zanim twój organizm się naprawi po takim długim leczeniu. I te tabletki to przecież nie na zawsze. Mama coś mówiła o pół roku. Połowę już na pewno masz za sobą. Zobaczysz, że codziennie będziesz trochę silniejsza.
- Szkoła... - Chlipię. - Ja myślałam, że od razu...
- O Jezu, daj już spokój z tą szkołą! - prycha Marcin. - Przereklamowana instytucja. Jeszcze się do niej nachodzisz, aż ci uszami wyjdzie. Jeszcze będziesz kombinować, jak by tu zostać w domu, wspomnisz moje słowa!
Jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić, ale jednak uśmiecham się przez łzy.
- Jesteś moim ulubionym bratem - deklaruję.
- Ale mi komplement. Innego, na razie, nie masz.
- I nie będzie mieć! - dodaje mama, wchodząc z impetem do pokoju. - Ja ci dam "na razie". Ja z wami sobie nie radzę. Zwariować idzie! Natalia znowu dostała jedynkę z polskiego, taki prosty przedmiot. Boże! Lidka wzięła plastelinę do wanny, to już nigdy się nie domyje! Marcin, natychmiast przynieś wszystkie brudne kubki od siebie, nie mam ani jednego w szafkach! I talerze!
Brat posyła mi ostatnie wspierające spojrzenie i wymyka się chyłkiem z salonu.
- Widelce też! - krzyczy za nim mama. - Ale już! - Potem siada ciężko obok mnie. - Poczytamy? - Podnosi Opowieści z Narnii.
Kręcę głową przecząco. Normalnie uwielbiam wyobrażać sobie, że jestem Łucją, ale jestem w takim paskudnym nastroju, że nawet na to nie mam ochoty.
Mama odkłada książkę jakby z ulgą. Wygląda jakby wolałaby się przespać niż czytać.
Pokazuję jej rysunek Lidki.
- Mamo, zobacz. Co tu widzisz?
Mama przygląda się obrazkowi. Szczegół, że najpierw wzięła go do góry nogami, taka artystka z mojej siostry.
- No... kwiatki chyba - mówi wreszcie. - W doniczce, tak?
W wazonie, ale mniejsza z tym.
- Przypominają ci krokusy?
- W bardzo ogólnym zarysie może nieco - ścisza głos, też wie, jaka wrażliwa na krytykę jest Lidka. - Ale do prawdziwych krokusów to im daleko, wiadomo. - Uśmiecha się.
- Tak jak mnie do prawdziwego zdrowia! - odpowiadam ze złością i przykrywam się kocem aż po samą głowę, jakbym chciała się odciąć od mojego nowego życia, które tylko w bardzo ogólnym zarysie przypomina to sprzed choroby.
* * *
Kochana,
dobrze, że się odezwałaś, bo już się martwiłam, czy wszystko u Was w porządku.
Wiem, wiem, jak to jest. Jak się pogarsza, to nie ma się ochoty z nikim gadać.
Powiem Ci, że i u nas różnie. Bywa trudno. Przez rok myślałam, że przecież to wszystko się skończy, wrócimy do domu i będzie jak dawniej. Ale to nie tak. Tamtego życia sprzed już nie ma. Dzieci są inne, my jesteśmy inni. Natalia i Lidka tak bardzo wydoroślały, jakbym je poznawała na nowo. Wiadomo, najważniejsze, że Aga żyje, że wyniki na razie okej, że możemy być w domu. Tylko że jakoś nie mogę ogarnąć tego domu. I siebie też. Jestem prawdziwą jędzą. Poważnie. Wszystko mnie denerwuje, na wszystkich krzyczę, płaczę, trzaskam drzwiami. Już nawet kot mnie omija z daleka.
Paweł wpadł na genialny pomysł, żebym poszła na terapię. Niby kiedy? Agnieszka potrzebuje całodobowej opieki. Jest taka słaba, że nawet sama się nie ubierze. Pilnowanie pór przyjmowania leków i tego, żeby w ogóle je brała, pranie, przecież ona codziennie musi mieć zmienioną pościel i ręczniki, osobne gotowanie dla niej i dla reszty.
Lidka nie odstępuje mnie na krok, w nocy budzi się bez przerwy i pilnuje, czy jestem. Natalia potrzebuje pomocy w lekcjach, ze wszystkiego słabo jej idzie.
O powrocie do pracy mogę zapomnieć, a wiesz, jak bardzo chciałam. Na razie nie ma na to szans. Z pieniędzmi kiepsko, Paweł pracuje w dwóch miejscach, żeby to wszystko jakoś utrzymać, ale to i tak mało, żeby załatać potrzeby. Natalia, jak na złość, wymyśla ciągle jakieś markowe buty, bluzy czy kosmicznie drogie zajęcia. Jazda konna. Jasne, i co jeszcze?
Każdy mi mówi: "Czemu ty ciągle narzekasz?", "Ciesz się, że żyje". Cieszę się przecież, ale czy to znaczy, że inne sprawy przestały istnieć? No sama powiedz. Dlaczego rodzice zdrowych dzieci mogą narzekać? Na wszystko. Ceny masła, pogodę, rząd, PKP, korki, nauczycieli, system edukacji, bałagan i na cokolwiek chcą - i to jest w porządku. A nam nie wolno?
Daj znać, co u Was. Protokół M to nie przelewki. Trzymaj się, Kochana, ucałuj Kubusia ode mnie i od Agnieszki.
Emilia
Poprzednią Wielkanoc spędzałam w szpitalu i chyba nawet nie zauważyłam, że były jakieś święta. Pamiętam tylko, że nie chciałam robić z wolontariuszkami kurczaczków, bo wtedy byłam na wszystkich zła i obrażona za to, że jestem chora. Teraz dochodzę do wniosku, że w sumie nic się nie zmieniło - tylko wyniki badań mówią, że wyzdrowiałam, cała reszta jest taka, jak była.
Z kuchni dochodzą odgłosy dyskusji nad stylizacją koszyczka wielkanocnego. Mamie chyba nie pasuje duża, pluszowa, mocno używana Peppa jako komplet do święconych jajek. Uznaję, że muszę to zobaczyć, i zwlekam się z mojej kanapy.
Chwilę stoję i próbuję opanować mdłości i zawroty głowy, potem przemieszczam się w kierunku kuchni i po drodze dochodzę do wniosku, że nie jest tak źle. Jakby ciut lepiej się czuję. Nabieram więc ochoty na dalszą wyprawę.
- Ja też idę ze święconką - oznajmiam, stając w progu.
Wszyscy spoglądają na mnie z jednakowym zdumieniem.
- Jak to? - pyta tata. - Do kościoła chcesz pójść?
- Tak, chcę zobaczyć minę księdza, jak zobaczy Peppę w koszyku.
- A ja minę Peppy, jak zobaczy księdza... - Marcin rechocze.
- Mowy nie ma! - Mama przestaje mi się przyglądać i aż podskakuje z oburzenia.
- Przecież już się zgodziłaś - jęczy Lidka. - Ja już Peppie obiecałam...
- Zgodziłam się na tego brudnego pluszaka, ale nie na Agnieszkę!
- Ja jestem czysta - zauważam. - I podobno zdrowa, ciągle mi to mówicie. Chcę iść.
- Ale ludzie w kościele nie wszyscy są - wzdycha Marcin. - Mamie chyba o to chodzi. O zarazki.
- No już niech może idzie, jak tak bardzo chce - wstawia się za mną tata. - Na chwilę.
- Absolutnie nie! - Mama zamyka drzwi kuchni i opiera się o nie stanowczo. - Czy wyście powariowali? W ten tłum kaszlących, kichających ludzi? W czasie immunosupresji?
- Co to jest ten czas na "i"? - docieka Lidka. - Czy to czas wychodzenia Jezusa z grobu? Czy każdy kiedyś wyjdzie z grobu? Czy tylko ten, co chodził do kościoła? A ten, co nie chodził, to zostanie w grobie? Na zawsze? Mamo?
- Według soboru trydenckiego... - zaczyna uczenie tata, ale mama ucisza go machnięciem ręki.
- Widzisz, Lidka, właśnie rzecz w tym, żeby się do tego grobu przedwcześnie nie położyć - wyjaśnia Marcin. - Bo Agnieszka bierze takie leki, że... - Milknie pod wzrokiem mamy. - Dobra, już nic nie mówię.
- Aga nie ma w ogóle odporności na zarazki - syczy mama. - Przecież wam to tłumaczyłam.
- Po prostu musi się przyzwyczaić do mojego szpiku. - Natalia porzuca TikToka i włącza się do wyjaśniania prawie pięciolatce, co to immunosupresja. - Dla Agniechy organizmu mój szpik to coś obcego, co trzeba wyrzucić. A tego jakby nie chcemy. Bo znowu byłaby chora. Więc te tabletki, co bierze...
- Albo chowa... - uściśla Lidka.
- Albo chowa, robią tak, że organizm Agi nie ma siły i chęci walczyć z moim szpikiem i go nie odrzuca.
- Ale jednocześnie nie ma siły i chęci walczyć z covidem jakiejś typiary, która na nią nakaszle na tym jedzeniowym evencie, rozumiesz? - Marcin rozkłada ręce. - Przepraszam, mamo, chciałem powiedzieć: z covidem jednej z parafianek zgromadzonych w czasie święcenia pokarmów w kościele - poprawia się.
- Dlatego nie chodzę do przedszkola?
- Dokładnie. - Brat kiwa głową. - Bo z ospą Brajanka z Zajączków organizm Agnieszki też na razie nie wie, jak sobie poradzić.
- To Kewinek, tato, i on jest w Jeżykach - prostuje Lidka. - Z nami jest tylko po podwieczorku, jak się łączą grupy.
- Tym bardziej dlatego chwilowo nie chodzisz - podsumowuje tata. - Bo nie tylko mutujecie własne zajączkowe wirusy, ale dobieracie jeszcze jeżykowe.
- A rodzice przyprowadzają chore dzieci! - Mama aż zaciska pięści. - I dlatego Agnieszka jeszcze długo nie pójdzie do szkoły!
- Jak to: nie pójdę? - Sprawa kościoła nagle przestaje być ważna wobec tej groźby. - Miałam iść we wrześniu, obiecałaś.
- Niczego nie obiecywałam - broni się mama. - Pani profesor mówiła, że to zależy od wyników. Że może będziesz mogła, a może nie.
- To gdzie ja mogę teraz iść? - Zaczynam być zła. - Do kościoła nie, do szkoły nie, to gdzie?
- Agusia, na razie to ledwo doszłaś do kuchni - zauważa tata takim łagodnym tonem, jakby mówił do wariata. - Świat na ciebie zaczeka, naprawdę. Mama ma rację, to nie czas na wyprawy między ludzi.
- Wezmę maseczkę, tak jak na badania. Na badaniach też jestem między ludźmi - mówię z uporem.
- Ale do szpitala musisz jeździć, a do kościoła nie, co się z tobą dzieje?! - woła mama. - Co cię nagle opętało z tą święconką?
- Chcę, żeby było jak zawsze! - Też zaczynam krzyczeć. - Już się nie zgodziliście na wyjazd w góry! A zawsze na Wielkanoc byliśmy w Limanowej!
- Ta tradycja jest nieaktualna już od poprzedniego roku - wtrąca złośliwie Natalia. - Hmm... pomyślmy dlaczego? Z tego samego powodu co teraz? Twojego?
Nie zwracam na nią uwagi i walczę dalej:
- To chociaż na to mi pozwólcie! To ja zawsze ozdabiałam i nosiłam ten koszyczek, i teraz też chcę! Bo jestem taka sama jak kiedyś! Bo chcę móc!
- Będziesz mogła, skarbie... - Tata przytula mnie, prawie nie dotykając. - Już tyle przeszłaś, wytrzymaj jeszcze trochę.
- To nie wejdę do środka, ale pójdę z wami - upieram się.
- Ale wtedy nie zobaczysz miny księdza na Peppę - gasi mnie Lidka. - A chciałaś.
Mama bez słowa wskazuje na okno. Wiatr rzuca o szyby wczesnokwietniowym deszczem ze śniegiem. No tak. Kataru też nie wolno mi mieć.
Wracam na swoją kanapę i kładę się twarzą do oparcia. W sumie niepotrzebnie, bo nikt jakoś nie biegnie dotrzymać mi towarzystwa. Słyszę tylko ustalenia składu ekipy święconkowej, napomnienia mamy, że Peppa ma być dokładnie, "w każdym, powtarzam, calu!" przykryta gałązkami forsycji... i w końcu drzwi trzaskają, a w domu zapada cisza przerywana tylko pobrzękiwaniem naczyń w kuchni.
Kiedy mama do mnie zagląda, udaję, że śpię. Jak nic nie mogę, to nie będę z nikim gadać. Nie, to nie.
Ale demonstracja, na którą nikt nie zwraca uwagi, szybko zamienia się w nudę. Postanawiam pogadać z Michałem, niedługo też powinien dostać ostateczny wypis ze szpitala. Miałam zobaczyć, jak dzwoni Dzwonem Zwycięstwa, mama mi obiecała, że pojedziemy, ale nie robię sobie większych nadziei. Ostatnio wycofuje się z większości obietnic. Dla mojego dobra, bla, bla, bla...
Michał nie odbiera, więc przeglądam zdjęcia w telefonie, a potem film zamieszczony na profilu Chojraków z mojego wyjścia ze szpitala. Odtwarzam go kilka razy. Balony, kwiaty, tort, laurki, prezenty, piosenka, gratulacje, uściski, łzy radości... tyle na Instagramie. Dziesięć minut euforii wśród myśli, że najgorsze się skończyło, i człowiek wraca do dawnego życia. Akurat! Szkoda, że nie nagrywają filmików z tego, co się dzieje, jak hel zejdzie z balonów, kwiatki zwiędną, a tort zostanie zjedzony. Zostają tony tabletek, jeżdżenie do szpitala na kolejne badania, tragiczne samopoczucie, zakaz na wszystko i ten okropny strach, że będzie wznowa albo odrzucenie przeszczepu.
Dzwonię jeszcze raz do Michała i tym razem się udaje.
- Co tam w świecie wolnych ludzi? - pyta.
Wolnych... Ale trafił!
- Jak będę wiedzieć, to ci powiem - prycham. - Na razie to na nic mi nie pozwalają.
- Opowiadaj - prosi mój onkoprzyjaciel. - Leżę podpięty pod rosołek, mam czas. Narzekaj, ile potrzebujesz.
- Padły ci płytki...
To w sumie stwierdzenie, nie pytanie. Każdy od nas wie, że zawartość worka z płytkami ma lekko obrzydliwy żółty kolor mętnego rosołu.
- Wszystko mi znowu zdechło, więc mi toczą, i tak sobie leżę od rana.
Robi mi się trochę głupio, bo ja przynajmniej mogę wstać z mojego legowiska, kiedy chcę. Mieliśmy przeszczep w tym samym czasie, tylko Michałowi ciągle przyplątują się jakieś komplikacje. Boże Narodzenie spędził na OIOM-ie, na Wielkanoc jest nadal w szpitalu. Wiem, że nie powinnam, ale i tak będę narzekać.
- Nie puścili mnie do kościoła z koszyczkiem - skarżę się. - I już widzę, że mama coś będzie kombinować ze szkołą. Jakby mogła, to by mnie zamknęła w akwarium.
- Akwarium jest otwarte od góry - prostuje Michał. - Co ty, rybek nigdy nie miałaś?
- U nas w przedszkolu miało taką pokrywę.
- W przedszkolu to musiało - stwierdza. - Dla ochrony mieszkańców przed dzieciakami. Ale zazwyczaj nie ma, uwierz.
- Nawet nie wiem, czy mama mi pozwoli przyjechać na twoje wyjście - żalę się dalej. - Jest totalnie spanikowana, ma jakąś obsesję na moim punkcie. Twój tata jest bardziej wyluzowany.
- Nie no, czekaj, nie można tego porównywać, mój tata ma tu armię ludzi do pilnowania, żeby nic mi się nie stało, a twoja mama sama już musi.
Zamyślam się na chwilę. Może i racja.
- Myślisz, że dlatego jest taka ciągle o wszystko wkurzona? Ale ja chcę tylko robić to, co kiedyś, przed chorobą. To nic złego! A mama jest naprawdę okropna, wiesz, jak na mnie nawrzeszczała za głupią tabletkę? A na Marcina za mokre ręczniki na podłodze?
Michał milczy, a mnie robi się głupio. To raczej ja jestem okropna. Michał nie ma mamy ani rodzeństwa, mieszka tylko z tatą i wiem, że dużo by dał za to, żeby jego mama żyła i mogła na niego nawrzeszczeć. A nawet jej nie pamięta, umarła, jak był bardzo mały.
- Pogramy wieczorem? - pytam. - Tego mi jeszcze nie zabronili.
To zamiast "przepraszam". Nie lubię przepraszać i nie za bardzo umiem.
- Jasne - zgadza się Michał, ale po głosie słyszę, że jednak jest mu przykro przez to moje gadanie o mamie.
Postanawiam, że następnym razem będę narzekać na kogoś innego. Tyle mam tu osób, które mnie denerwują, jest w kim wybierać.
Hałas w korytarzu to znak, że właśnie większość z nich wróciła. Kończę rozmawiać z Michałem i zaczynam wysłuchiwać szczegółowej relacji Lidki: było bardzo zimno, trochę nudno, wszyscy mieli cukrowe baranki, tylko nasz był z masła, a Peppa podobno wyjrzała na chwilę z koszyka, wbrew wcześniejszemu scenariuszowi.
- I Marcin ma dla ciebie niespodziankę! - kończy siostra. - Jest śmieszna.
Wątpię, żeby cokolwiek było w stanie mnie rozbawić, myślę niechętnie.
Ale za chwilę zerkam na telefon brata i jednak wybucham śmiechem.
Na zdjęciu jest ksiądz z kropidłem wpatrujący się dziwnym wzrokiem w coś poniżej. To kolorowe coś to Świnka Peppa wystawiająca spomiędzy żółtych pączków forsycji różowy, otulony niebieską maseczką ryjek.
- No co? - mówi Marcin. - Zrobiłem to bardzo dyskretnie, jak profesjonalny paparazzi, nikt nie zauważył. Chciałaś przecież zobaczyć minę księdza, nie?
- Ale ty przez tę maseczkę nie zobaczyłeś miny Peppy.
- Musiała ją mieć - tłumaczy Lidka, wzdychając. - No niestety. Do ludzi muszę jej zakładać, bo ma szpik od innej świnki i zarazki są dla niej złe. Ale już niedługo, i będzie znowu zdrową i wesołą świnką. Jak ty.
Nie czuję się może jak zdrowa świnka, ale rozśmieszona to na pewno. Wpatruję się w reporterskie dzieło mojego brata i myślę, że ta maskotka przykryta gałązkami forsycji jest jak ja - schowana pod grubą warstwą strachu, złości, zmęczenia i wszystkich "nie możesz", "nie wychodź", "uważaj", "ostrożnie", "to nie dla ciebie".
- A jednak wyszłaś, co? - mówię głośno. - Odgrzebałaś się? To może mnie też się uda.
Dalsza część w wersji pełnej