Teddy. Niepokorny bokser z Auschwitz - Nina Majewska-Brown

Kup ebooka

35.90 zł
29.80 zł (28,22 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Sylwina

1

-?Będzie bok­se­rem! -?Tade­usz1 śmieje się w głos. -?Albo pił­ka­rzem!

-?Na litość boską, nie dener­wuj mnie! Tylko nie to!

Wybu­cham śmie­chem, ale jego słowa mnie zanie­po­ko­iły. Żadna matka z porząd­nej, sza­nu­ją­cej się rodziny wyobraża sobie tak przy­szłość syna. W dodatku pier­wo­rod­nego! Lekarz, praw­nik, to jest marze­nie każ­dej fami­lii, a nie spor­to­wiec! W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak zależy mi tylko na tym, by moje dziecko uro­dziło się zdrowe i było szczę­śliwe. Aby nie cier­piało głodu, bólu i nie­do­statku. Było zado­wo­lone z pracy, poznało miłość życia i zało­żyło rodzinę. Zwy­kłe banalne życze­nia wypo­wia­dane w tym szcze­gól­nie trud­nym dla ojczy­zny cza­sie.

-?A w czym ci to prze­szka­dza? -?dro­czy się mąż. -?Poszli­by­śmy na mecz, na Legię, przy oka­zji posie­dzie­li­by­śmy przy base­nie...

Syl­wina i Tade­usz Pie­trzy­kow­scy około 1921 roku

-?Ty i twoje mecze! Co to za nowa moda? -?wołam obu­rzona.

-?Jak mawiali Rzy­mia­nie, panem et cir­cen­ses2! No już, nie susz mi głowy, że też pra­gnę roz­rywki. Miło jest ode­rwać się od wojen­nej rze­czy­wi­sto­ści. Mamy tysiąc dzie­więć­set sie­dem­na­sty rok, a my stale jeste­śmy pod czy­imś butem.

-?Co nie musi ozna­czać zatra­ca­nia się...

-?Prze­cież tylko sobie dow­cip­kuję.

Nie lubię takich żar­tów. Życie pod­szyte stra­chem nie jest tym, o czym marzą ludzie. Zasta­na­wiam się, w jakiej Pol­sce, jeśli odzy­skamy wresz­cie naszą uko­chaną ojczy­znę, przyj­dzie żyć naszym dzie­ciom.

Póki co Niemcy pano­szą się na uli­cach i żyje się coraz gorzej. Gdy­bym miała wybrać słowo roku 1917, bez zasta­no­wie­nia wska­za­ła­bym pau­pe­ry­za­cję. Mamy kartki dosłow­nie na wszystko: opał, węgiel, arty­kuły spo­żyw­cze, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem kar­to­fli. Idąc do baru po cienką kar­to­flankę, trzeba stać w kolejce z kupo­nem ziem­nia­cza­nym w dłoni3. Tylko patrzeć, kiedy powie­trze będzie regla­men­to­wane!

Gło­du­jący ludzie pieką chleb na mące z mchu i zmie­lo­nych kasz­ta­nów. Jak mawiają na mie­ście: czego Rusek nie ukradł, teraz Nie­miec zabiera. Ludzie zubo­żeli do tego stop­nia, że co mądrzejsi albo bar­dziej zde­spe­ro­wani zwy­czaj­nie ucie­kli na pro­win­cję. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale sły­sza­łam, że już sto tysięcy War­sza­wia­ków wzięło nogi za pas.

-?Szcze­rze mówiąc, w tej sytu­acji już chyba wola­ła­bym miesz­kać w Wiel­ko­pol­sce albo w Gdań­sku -?snuję roz­wa­ża­nia. -?Przy­naj­mniej miał­byś daleko do tej swo­jej Legii, a wiej­skie powie­trze...

-?Zwłasz­cza w Gdań­sku! -?Tadek ponow­nie wybu­cha śmie­chem.

-?Jak zwy­kle łapiesz mnie za słówka -?nabur­mu­szam się.

-?Grze­szysz, kochana, oj, grze­szysz.

-?Tak, zaraz mi powiesz, że inni mają gorzej. Prze­cież wiesz, że nie o to mi cho­dzi.

-?Wiem, Myszko ty moja, wiem. -?Tadek robi tę swoją minę i dociera do mnie, że nie oprę się jego proś­bie.

-?Cóż tam znowu wymy­śli­łeś?

-?Nie pognie­wasz się, jeśli ze Ste­fa­nem pój­dziemy na mecz piłki noż­nej? Oczy­wi­ście w innych oko­licz­no­ściach zabra­li­by­śmy i cie­bie, ale to zde­cy­do­wa­nie nie jest miej­sce dla kobiet w ciąży. Tłum, gorąco, tylko byś się zmę­czyła.

Nady­mam policzki i udaję obra­żoną, ale w rze­czy­wi­sto­ści jestem ostat­nia do tego, by przy­glą­dać się, jak niby poważni męż­czyźni zacho­wują się jak dzieci. Wśród wrza­sków i ner­wów bie­gają za piłką i spra­wiają wra­że­nie, jakby przy­szłość świata zale­żała od tego, kto komu strzeli gola.

Prze­ko­ma­rzam się z mężem, cie­szę się jed­nak na wolne popo­łu­dnie. Usiądę w fotelu z książką w ręku, odpocznę, może nawet dokoń­czę robić na dru­tach cza­peczkę dla dziecka. Wczo­raj sąsiadka poży­czyła mi Atmę Rodzie­wi­czówny, prze­ko­nu­jąc, że koniecz­nie powin­nam ją prze­czy­tać i wresz­cie uwie­rzyć w rein­kar­na­cję. Bie­dac­two, stra­ciła męża w wypadku i od kilku mie­sięcy o niczym innym nie mówi, jak tylko o tym, że spo­tka się z uko­cha­nym Jur­kiem po śmierci. Sama nie wiem, co o tym sądzić, ale w sumie każde wyzna­nie daje pewną nadzieję na to, że ci, któ­rych kochamy, po śmierci gdzieś będą na nas cze­kać. Gorzej, jeśli wypa­trują nas rów­nież osoby, któ­rych nie darzy­li­śmy sym­pa­tią.

Dzięki mamusi i kuzynce Anieli skom­ple­to­wa­łam całą wyprawkę. Aniela uży­czyła nam koły­ski i wózka, któ­rego kółka co prawda nie­mi­ło­sier­nie skrzy­pią, ale Tadek obie­cał zająć się nimi w wol­nej chwili. Do tego mam po jej dzie­ciach kafta­niki i powi­jaki, nawet ema­lio­waną, wyszczer­bioną wagę do spraw­dza­nia, czy maluch dobrze przy­biera. Aniela zapra­sza mnie po połogu do sie­bie na wieś do ..., ale chyba wolę zostać w War­sza­wie. Tu przy­naj­mniej mam bli­sko do sklepu, do szpi­tala, gdyby z dziec­kiem coś się działo. Bycie mamą to dla mnie nowość i nie wiem, czego powin­nam się spo­dzie­wać.

-?Tak?

-?Słu­cham? -?Zdu­miona wpa­truję się w męża, który naj­wy­raź­niej domaga się odpo­wie­dzi.

-?No to jak będzie?

-?Prze­pra­szam, zamy­śli­łam się i zgu­bi­łam wątek.

-?Nie masz nic prze­ciwko temu, że wybie­rzemy się na Legię?4 To tylko dwa dni, ósmy i dzie­wiąty kwiet­nia, i -?dodaje pospiesz­nie -?na kilka godzin5. Wojna...

-?Tylko mi tu z wojną nie wyska­kuj! Przy­po­mnę ci, że lekarz zabro­nił mi się dener­wo­wać. Mam na co dzień wojny po uszy. Bied­nie, w stra­chu, jak można tak żyć?! Oby to wszystko wresz­cie się skoń­czyło. Ludzie mówią, że to dobrze, że Stany Zjed­no­czone wypo­wie­działy Niem­com wojnę6, ale czy to coś zmieni? Ame­ry­ka­nie są daleko, Nie­miec za rogiem, a my pośrodku.

Szpi­tal przy ulicy Karo­wej około 1912 roku

-?Prze­ko­namy się.

Tadek, pochło­nięty myślami o meczu, naj­wy­raź­niej nie ma ochoty na kon­ty­nu­owa­nie wojen­nych dywa­ga­cji. Zamiast tego opiera się na fotelu, pochyla i kła­dzie dłoń na moim wypu­kłym brzu­chu. Jego dotyk spra­wia, że dziecko poru­sza się gwał­tow­nie i jesz­cze dotkli­wiej odczu­wam ból, jaki mi to spra­wia.

Tak bar­dzo lubię te czułe gesty i słod­kie słowa, tak mocno kocham mojego męża. I oczy­wi­ście nie mogę się docze­kać naro­dzin naszego pier­wo­rod­nego dziecka. Czuję się jak kwoka wysia­du­jąca jajko. Tadek uparł się, że poród powi­nien ode­brać jego przy­ja­ciel, lekarz ze szpi­tala przy ulicy Karo­wej7, ale ja chyba wola­ła­bym uro­dzić w domu, tak jak moja matka, babka i pra­babka. Myślę, że byłoby to mniej krę­pu­jące niż poród "w miej­scu publicz­nym", jak mawia nasza poczciwa Mary­sia, krzy­wiąc się z obrzy­dze­niem. Mimo wysił­ków i cią­głego tłu­ma­cze­nia, czym jest miej­sce publiczne, nasza gospo­sia ma swoją wizję i defi­ni­cję tego poję­cia, zapewne koja­rząc je z czymś nie­przy­zwo­itym.

-?O, znowu kopie! Mówię ci, rośnie nam spor­to­wiec! Już nie mogę się docze­kać, jak poko­piemy z syn­kiem piłkę. Tyle rze­czy mam mu do poka­za­nia, do naucze­nia.

-?A może będzie dziew­czynka?

-?Nie, nie! -?Mąż zacho­wuje się, jakby pozja­dał wszyst­kie rozumy albo mógł zaj­rzeć w szklaną kulę i prze­wi­dzieć przy­szłość.

-?A niby skąd ta pew­ność?

-?Czuję to w kościach.

-?Ty i twoje prze­czu­cia -?fukam obu­rzona. -?W Wielki Pią­tek miało nie padać, bo tak czu­łeś w kościach, i co? Wra­ca­jąc z kościoła, zmo­kli­śmy jak dwie kury! I to tyle w tema­cie two­ich prze­czuć.

-?Z ostat­niego kościoła.

-?A co za róż­nica? Tak czy owak zmo­kłam.

-?A kto się uparł, żeby zwie­dzać groby?

-?Mój drogi, odwie­dza­nie Grobu Pań­skiego to tra­dy­cja, z któ­rej nie potra­fię zre­zy­gno­wać. Co roku wyglą­dają ina­czej.

-?Tak, tak, tra­dy­cja waż­niej­sza od zdro­wia.

-?Nie prze­sa­dzaj!

-?Całe szczę­ście, że nie wpa­dłaś na pomysł, żeby kwe­sto­wać. Jesz­cze tego by bra­ko­wało!

-?A żebyś wie­dział, że o tym myśla­łam.

Kła­mię jak z nut. W końcu wrzu­ce­nie paru gro­szy do skar­bony to jedno, a cho­dze­nie z nią godzi­nami mię­dzy ludźmi i nama­wia­nie, by wsparli szczytny cel, to zupeł­nie co innego. Ni­gdy w życiu bym się nie zdo­była na coś takiego. Gdy­bym wtedy wie­działa, co zgo­tuje nam los i jak bar­dzo zakpi z moich posta­no­wień...

-?A może żal ci było, że nie spo­tkasz zna­jo­mych i nie będziesz mogła się zapre­zen­to­wać w nowej sukience? -?Tadek kle­pie się z zado­wo­le­niem po udach. -?No, kocha­nie, przy­znaj się!

-?Tak, zwłasz­cza w sukience, która wygląda jak wielka jurta, gdzie mogła­bym pomie­ścić rodzinę suł­tana. -?Wzru­szam ramio­nami.

-?Ślicz­nie wyglą­dasz! Powta­rzam ci to codzien­nie. -?Tade­usz, obda­rzyw­szy mnie kom­ple­men­tem, pospiesz­nie zmie­nia temat. -?To co, kocha­nie? Mam nadzieję, że nie będziesz miała nic prze­ciwko temu, że wysko­czę na mecz?

-?Bo ja wiem. -?Prze­cią­gam ostat­nie słowo i teatral­nie wydy­mam usta. - Skoro tak bar­dzo ci zależy, ale naj­pierw musiał­byś...

-?Syl­wu­niu8.

-?Tylko mi tu nie syl­wu­niuj -?udaję obu­rze­nie. -?Myśla­łam w pią­tek, że przez te twoje prze­ko­na­nia się prze­zię­bię! A wiesz, że w moim sta­nie to bar­dzo nie­bez­pieczne.

-?Kocha­nie ty moje, cze­piasz się dro­bia­zgów. Na szczę­ście jed­nak się nie roz­cho­ro­wa­łaś.

-?Ale mogłam! -?upie­ram się.

-?Ni­gdy bym na to nie pozwo­lił. Chcia­łem ci dać mój szal, ale odmó­wi­łaś.

-?No pro­szę, czyli to moja wina! A nie pomy­śla­łeś, jak bym wyglą­dała w zie­lo­nej sukni i bia­łym szalu? Już i tak led­wie się toczę.

-?Oczy­wi­ście, Myszko, co ludzie by powie­dzieli? Z pew­no­ścią wzię­liby cię na języki.

-?A żebyś wie­dział!

-?Kocha­nie, nie chcę się z tobą sprze­czać, ale ludzie mają swoje zmar­twie­nia i kło­poty i z pew­no­ścią do naj­waż­niej­szych z nich nie należy zesta­wie­nie kolo­rów i tek­stur odzieży pani Pie­trzy­kow­skiej. -?Mąż prze­ko­ma­rza się dalej i pochyla nad opar­ciem fotela. Całuje mnie w czu­bek głowy i czule głasz­cze po ple­cach.

Sio­stry Syl­winy, Teo­dora i Włada około 1919 roku

Wzru­szam ramio­nami.

-?Przy­po­mnę ci, że nie po to koń­czy­łam szkołę Zyber­kówny9 przy ulicy Pięk­nej w War­sza­wie -?ude­rzam w gór­no­lotne tony -?i stu­dio­wa­łam na Wydziale Medycz­nym Uni­wer­sy­tetu, żeby...

-?Tak, tak, moja żona jest damą i za to cię kocham, aniołku. Lepiej powiedz, czy nie napi­ła­byś się her­baty i nie zja­dła cia­steczka.

-?W Wielką Sobotę? -?pro­te­stuję nie­zbyt sta­now­czo, bo po praw­dzie mam ogromną ochotę na kaj­ma­kowy mazu­rek upie­czony przez naszą Mary­się.

-?W twoim sta­nie Bóg ci wszystko wyba­czy. -?Mąż trąca mnie łobu­zer­sko w ramię.

-?A przy oka­zji ty też sobie pofol­gu­jesz? -?chi­cho­czę i już wiem, że nie oprę się pro­po­zy­cji.

-?A żebyś wie­działa.

-?Tylko zróbmy tak, żeby Mary­sia nie widziała, że zaja­damy się słod­ko­ściami, bo znowu będzie gde­rać pod nosem.

Mary­sia, nasza pomoc domowa, jest bar­dzo miłą i usłużną dziew­czyną, która nie­stety ma jedną zasad­ni­czą wadę. Gło­śno komen­tuje wszystko, co jej się nie podoba albo wykra­cza poza jej sche­maty myśle­nia i dzia­ła­nia, oraz to, co w ramach tra­dy­cji i sys­temu war­to­ści wynio­sła z domu, a co nie zawsze kore­luje z naszym poglą­dem na życie.

Jej nara­sta­jące nie­za­do­wo­le­nie jest wprost pro­por­cjo­nalne do mojej zaawan­so­wa­nej ciąży i jesz­cze się nasi­liło w tym świą­tecz­nym cza­sie. Mimo że nie spo­dzie­wamy się gości, a na nie­dzielne wiel­ka­nocne śnia­da­nie jeste­śmy zapro­szeni do rodzi­ców, i nas dopadł przed­świą­teczny stres, podob­nie jak pół mia­sta.

War­sza­wiacy zacho­wują się, jakby nie jedli od tygo­dni, a ugi­na­jące się pod cię­ża­rem potraw stoły mogły być zba­wie­niem dla ciał i dusz. Myślę, że dla wielu to miła odskocz­nia od życia na kart­kach i wiecz­nych ogra­ni­czeń. Plac Alek­san­dra10, przy któ­rym mieszka moja ser­deczna przy­ja­ciółka Hela, a którą odwie­dzi­łam w miniony ponie­dzia­łek, zmie­nił się w istny ul. Ludzie bie­gają wte i wewte, kupują buksz­pan do ozda­bia­nia koszy­ków, wiel­kie droż­dżowe baby i mazurki we wszel­kich moż­li­wych posta­ciach i sma­kach. Ci zamoż­niejsi zaopa­trują się w sma­ko­łyki w ele­ganc­kich cukier­niach kuszą­cych słod­ko­ściami, pier­ni­kami, dom­kami szwaj­car­skimi z cze­ko­lady i ska­łami z lodo­wego cukru.

W tym roku posta­no­wi­łam nie ule­gać sza­leń­stwu, ale i tak udzie­liła mi się przed­świą­teczna ner­wo­wość. Posła­łam gospo­się po mięso i szynkę na tar­go­wi­sko przy Żela­znej Bra­mie, Tadka na Bródno po świeże jaja i kapłona oraz do cukierni na Sta­rym Mie­ście po cukro­wego baranka. Helę zobo­wią­za­łam do przy­ozdo­bie­nia kosza na świę­conkę, choć do dziś wielu War­sza­wia­ków nosi ją do kościoła na taler­zach.

W kuchni od kilku dni huczy ogień pod płytą, a aro­mat wani­lii nie­sie się po miesz­ka­niu. Przy­go­to­wu­jemy tyle, że zasta­na­wiam się, kto to wszystko zje.

Dziecko we mnie rośnie jak na droż­dżach i roz­py­cha się tak, że co rusz muszę bie­gać do ubi­ka­cji i nie­mal zupeł­nie ode­chciało mi się jeść. Mam wra­że­nie, że każdy naj­mniej­szy kęs staje mi w gar­dle.

Ale skoro taka tra­dy­cja, nie potra­fię wyobra­zić sobie świąt ina­czej.

Żałuję tylko, że nie mamy lodu, jak co nie­któ­rzy w piw­nicz­kach dwor­ków i pała­ców, by prze­cho­wać resztki potraw. Dla­tego zobo­wią­za­łam Mary­się, żeby wszystko, czego nie zdo­łamy zjeść, roz­dała ubo­gim z naszej kamie­nicy. Choć tyle możemy zro­bić dla tych nie­szczę­śni­ków. Nie jeste­śmy boga­czami, ale stać nas na to, by od czasu do czasu podzie­lić się z innymi tym, co mamy.

Miesz­kamy w cen­trum War­szawy w nowej, wybu­do­wa­nej zale­d­wie trzy lata temu kamie­nicy przy ulicy Mie­dzia­nej 4. To piękny, nowo­cze­sny budy­nek z bal­ko­nami i spo­rymi oknami, dzięki któ­rym pokoje są widne, a słońce wpada przez szy­deł­kowe zasłonki już około połu­dnia. Nasze miesz­ka­nie na dru­gim pię­trze jest bar­dzo ustawne, nie­wielki bal­kon wycho­dzący na ulicę bar­dzo mnie cie­szy. Lubię, zwłasz­cza teraz, w moim sta­nie, prze­sia­dy­wać na nim i przy­glą­dać się prze­chod­niom.

Mamy dwa wygodne, cał­kiem spore pokoje i małą służ­bówkę tuż za drzwiami wej­ścio­wymi. Kuch­nia nie jest zbyt duża, za to wypo­sa­żona w nowo­cze­sny poły­sku­jący piec żeliwny opa­lany drew­nem i węglem. Mie­ści też spory kre­dens i prak­tyczny stół do przy­go­to­wy­wa­nia jedze­nia, przy któ­rym jada Mary­sia. Zasta­na­wiam się tylko, jak będzie nam się żyło, gdy na świe­cie pojawi się dzie­ciątko.

Tade­usz jest tak pochło­nięty pracą, że naj­chęt­niej by z niej nie wycho­dził. Wszystko go inte­re­suje, szcze­gól­nie wszel­kie nowinki tech­niczne, tak że gdyby mógł być w dwóch miej­scach naraz, byłby naj­szczę­śliw­szym czło­wie­kiem na Ziemi. Mam nadzieję, że po naro­dzi­nach dziecka nie zatraci się w zawo­do­wych spra­wach pod pre­tek­stem, że musi zapew­nić nam godne życie.

Na dłuż­szą metę nie znio­sła­bym takiej samot­no­ści i jego nie­obec­no­ści. I tak dla maleń­stwa poświę­ci­łam wiele. Rzu­ce­nie stu­diów było trudną, ale i jedyną słuszną decy­zją. Nie po to pla­nu­jemy powięk­sze­nie rodziny, by nie spę­dzać czasu z dziećmi -?ufam bowiem, że będzie ich wię­cej. Nikt nie ukształ­tuje i nie wychowa potomka tak jak matka. I nie ma zna­cze­nia, jak dobra bona nam się trafi, do jak zna­ko­mi­tej szkoły dziecko będzie uczęsz­czać. Wycho­wa­nie zaczyna się od pierw­szych mie­sięcy w domu i nic nie zmieni mojej opi­nii na ten temat. Obec­ność rodzi­ców w życiu dziecka jest sprawą naj­waż­niej­szą. A że Tadek zara­bia zno­śnie, nie mam wąt­pli­wo­ści, że doko­na­łam wła­ści­wego wyboru.

2

Słońce roz­bły­sło na nie­bie tuż przed piątą, zapo­wia­da­jąc piękny dzień. Mam za sobą kolejną nie­prze­spaną noc. Prze­wra­ca­łam się w łóżku z boku na bok, wszystko mnie draż­niło i uwie­rało. W dodatku dło­nie i stopy spu­chły mi tak, że palce przy­po­mi­nają ser­delki, a wło­że­nie butów stało się nie­moż­liwe.

Męczy mnie zgaga. Chcę napić się mleka, więc zwle­kam się z łóżka. Brnę do kuchni boso, wsłu­chu­jąc się w skrzy­pie­nie par­kietu. Teo­re­tycz­nie wiem, która klepka jęk­nie pod moim cię­ża­rem, a jed­nak nie potra­fię po cichu dostać się na drugi koniec miesz­ka­nia. Mam nadzieję, że nie obu­dzę męża, który do późna ślę­czał nad gazetą. Naj­wy­raź­niej zmę­cze­nie i prze­pra­co­wa­nie wyna­gra­dza sobie dłu­gimi samot­nymi wie­czo­rami, któ­rych nie mam odwagi zabu­rzać. Nic dziw­nego, że musi ode­spać wie­czorne godziny, robię więc wszystko, by nie wyrwać go z objęć Mor­fe­usza. Tym bar­dziej że już nie­ba­wem nowo­ro­dek praw­do­po­dob­nie nie pozwoli nam prze­spać spo­koj­nie nocy.

Nim dom się obu­dzi, popra­wiam sto­jące na sto­liczku pod obraz­kiem Matki Boskiej Czę­sto­chow­skiej bute­leczkę z wodą świę­coną i minia­tu­rową cier­niową koronę, przy­nie­sione z kościoła w Wielką Sobotę. Potem zry­wam kartkę z kalen­da­rza wiszą­cego mię­dzy oknami w salo­nie i wpa­truję się w imiona dzi­siej­szych sole­ni­zan­tów, zacho­dząc przy tym w głowę, co powo­duje ludźmi, że nadają dzie­ciom takie imiona. Zastrze­żeń nie budzą Julia i Julian, Janu­ary, Dio­nizy i Emma, ale już Aman­cjusz, Asyn­kryt i Per­pet wywo­łują u mnie wąt­pli­wo­ści. Przez chwilę się zasta­na­wiam, czy Maka­ria to imię dla chłopca, czy dziew­czynki, po czym moje myśli bie­gną ku naszemu małemu Tade­usz­kowi, na pamiątkę po ojcu, albo Helence, po mojej uko­cha­nej stry­jence. Zacho­dzę w głowę, kogo nie­ba­wem powi­tamy na świe­cie.

Oso­bi­ście wola­ła­bym dziew­czynkę, którą mogła­bym stroić i ubie­rać, ale gdy widzę, jak bar­dzo Tadek marzy o synu, zro­bi­ła­bym wszystko, żeby mu go dać. Dla­tego kilka tygo­dni temu w skry­to­ści serca posta­no­wi­łam, że jeśli powiję dziew­czynkę, szybko zajdę w kolejną ciążę, aby speł­nić marze­nie męża.

Lekarz prze­wi­duje, że do porodu zostało mi led­wie kilka dni, i mówi, że ten czas powin­nam spę­dzić na relak­sie i odpo­czynku. Tym­cza­sem nosi mnie po miesz­ka­niu i już nie mogę się docze­kać spo­tka­nia z krew­nymi.

Mary­sia w nie­dzielę ma wolne, a my z dzia­dem i babą pod pachą, czyli droż­dżową babką i mazur­kiem, spę­dzimy ten dzień z teściami, zwień­czymy go zaś spa­ce­rem po wio­sen­nej War­sza­wie. Wypi­cie mleka nie przy­nosi mi ulgi, nie wiem już, co mam z sobą począć.

Się­gam po grubą chu­stę robioną na szy­dełku, owi­jam się nią i ostroż­nie otwie­ram bal­ko­nowe drzwi, zasta­na­wia­jąc się, czy jest na tyle cie­pło, żebym mogła się cie­szyć rześ­kim poran­kiem. O dziwo, aura mi sprzyja i po chwili wtu­lona w poduszki na wikli­no­wym fotelu oddaję się roz­my­śla­niom, obser­wu­jąc pierw­szych zaspa­nych prze­chod­niów.

War­szawa nie­śmiało się budzi. Zmę­czona nie­do­stat­kiem, wojną, wylud­niona i zubo­żała wraca do życia. Klon pod oknem wypusz­cza pierw­sze liście, w doniczce kieł­kują zasa­dzone jesie­nią żółte kro­kusy, wró­ble prze­krzy­kują się w krze­wach. Lubię tę porę roku, bo wraz z nią rodzi się nadzieja. Dni stają się dłuż­sze i siłą rze­czy czło­wiek ma wię­cej zapału do pracy.

Ogar­nia mnie dziwny nie­po­kój. Robi mi się na prze­mian to zimno, to gorąco, czuję się słaba, oble­wają mnie zimne poty, dresz­cze wstrzą­sają cia­łem. Usi­łuję nie pani­ko­wać, ale jestem nie­mal pewna, że dopada mnie prze­zię­bie­nie. Aku­rat tego mi trzeba!

Ści­ślej okry­wam się chu­stą i ocię­żale dźwi­gam się z fotela. Pro­stuję ścierp­nięty krę­go­słup, odchy­la­jąc się w tył, i w tym momen­cie czuję, jakby coś we mnie pękło i chlu­snęło cie­płą cie­czą pod nogi. Jed­nak pani­kuję i co sił w płu­cach wrzesz­czę:

-?Tade­usz! Tade­usz!

Mąż oczy­wi­ście śpi jak zabity w pokoju i nie sły­szy mojego woła­nia, a ja nie wiem, co robić. Naj­wy­raź­niej prak­tycz­ność bie­rze górę, bo przede wszyst­kim myślę sobie, że jeśli wejdę do miesz­ka­nia, to zabru­dzę nowy dywan i zachla­pię dębowy par­kiet. Ponadto oba­wiam się, że ruch może spra­wić, że dziecko nie­spo­dzie­wa­nie ze mnie wypad­nie. Nie wiem, ile dokład­nie mam czasu do wła­ści­wego porodu, ale wresz­cie się domy­ślam, że wła­śnie zaczęło się coś, co nasze matki trzy­mają w tajem­nicy i o czym mówią ści­szo­nymi gło­sami jak o naj­święt­szym sakra­men­cie. Gdy­byż miały odwagę przy­go­to­wać nas, młode kobiety, do tego, co nas czeka i przez co każda musi przejść, z pew­no­ścią byłoby nam łatwiej i nie były­by­śmy tak prze­stra­szone!

Na szczę­ście moje woła­nie sły­szy Mary­sia krzą­ta­jąca się w kuchni i przy­go­to­wu­jąca koszyk z pie­czy­stym, które mamy ze sobą zabrać do teściów, a raczej mie­li­śmy zabrać. Oba­wiam się, że wła­śnie skoń­czył się dla nas czas świę­to­wa­nia i oto wkra­czam w nową erę macie­rzyń­stwa.

-?Pani wołała?

-?A... -?Zwi­jam się z bólu. Nie­spo­dzie­wa­nie bie­rze mnie we wła­da­nie skurcz. Czuję, jakby ogromny wąż owi­nął mi się wokół talii i ści­skał tak, że do oczu napły­wają łzy. Chce mi się pła­kać. Nie tego się spo­dzie­wa­łam. Nie takiego bólu, prze­ra­że­nia, bez­rad­no­ści.

Tym­cza­sem Mary­sia krzy­czy wnie­bo­głosy, tak że sły­szą ją prze­chod­nie, któ­rzy z zacie­ka­wie­niem zadzie­rają głowy.

-?Pani rodzi! Ratunku! Pani rodzi!

-?Mary­siu, uspo­kój się -?wydu­szam z sie­bie mię­dzy kolej­nymi skur­czami.

-?Rodzi! Dziecko się rodzi! -?drze się Mary­sia, jakby oznaj­miała światu, że nad­cho­dzi nasz Zba­wi­ciel.

-?Bła­gam, prze­stań.

-?Ratunku! Co teraz? Co robić?

-?Cicho bądź! -?usi­łuję ją ofuk­nąć, ale z moich ust dobywa się led­wie sły­szalny jęk.

Opa­dam na fotel i pró­buję zebrać myśli. Wresz­cie poja­wia się zaspany Tade­usz, do któ­rego powoli dociera powaga sytu­acji. Bled­nie, oczy robią mu się coraz więk­sze i patrzy na mnie z nie­do­wie­rza­niem, zupeł­nie jakby nie poj­mo­wał, że każda ciąża koń­czy się poro­dem.

-?Ty rodzisz?

-?Nie chce być ina­czej -?jęczę z tru­dem, trzy­ma­jąc się za brzuch.

-?Teraz?

-?Tak, teraz! -?dener­wuję się.

-?Ale już?!

-?Tak, do cho­lery cięż­kiej! Teraz, już, Tadek, ja rodzę!

-?Ale dok­tor mówił, że jesz­cze czas! -?Ner­wowo prze­stę­puje z nogi na nogę i trze ręką czoło, na któ­rym wystą­piły pierw­sze kro­ple potu.

-?Naj­wy­raź­niej się pomy­lił!

-?O Boże! Nic ci nie jest? -?zadaje naj­głup­sze moż­liwe pyta­nie.

-?Zrób coś! A, jak boli!

-?Ale co mam zro­bić? Co robić?

-?Pani, posta­wię wodę na ogniu.

Nie do końca poj­muję, dla­czego gdy kobieta rodzi, naj­waż­niej­sze wydaje się zago­to­wa­nie litrów wody, ale nie pro­te­stuję w nadziei, że przy­naj­mniej pozbędę się roz­hi­ste­ry­zo­wa­nej gosposi.

-?Tak, tak, woda! -?Tade­usz plą­cze się, jąka i despe­racko chwyta cze­go­kol­wiek, byle odda­lić od sie­bie myśl, że oto za chwilę powiję nasze pier­wo­rodne dziecko.

-?Daj­cie spo­kój z wodą! Wezwij­cie leka­rza!

-?W święta? -?Mąż patrzy na mnie, jak­bym postra­dała rozum.

-?Tak! Prze­cież nie będę cze­kać kilku dni, skoro dziecko pcha się na świat.

-?Ale nie wypada. -?Mary­sia poja­wia się w drzwiach ze świa­tłym komen­ta­rzem i wyba­łu­sza na mnie oczy.

-?Leć po dok­tora -?zde­spe­ro­wana wydaję pole­ce­nie. -?Jeśli nie będzie mógł przyjść, niech ci powie, po kogo posłać.

-?Ale ja nie wiem, czy tra­fię!

{: ._idGenObjectAttribute-1} Tade­usz Pie­trzy­kow­ski, 1918 rok

-?Tra­fisz! Prze­cież byłaś ze mną u niego dwa razy. I uspo­kój się wresz­cie. Oczy­wi­ście masz iść do miesz­ka­nia, a nie do szpi­tala. Dok­tor zapew­niał, że o każ­dej porze dnia i nocy możemy liczyć na jego pomoc.

-?Ale w święta? -?Mary­sia cią­gle się waha.

-?Do jasnej cia­snej, ruszysz się wresz­cie czy mam pójść sama?

Tade­usz, pod­trzy­mu­jąc mnie i trak­tu­jąc z taką deli­kat­no­ścią, jak­bym była nad­tłu­czo­nym jaj­kiem, pomaga mi przejść z bal­konu do salonu i usi­łuje usa­do­wić na oto­ma­nie, na co gwał­tow­nie pro­te­stuję.

Tade­usz Pie­trzy­kow­ski, pierw­szy z lewej

-?Nie, nie, zapro­wadź mnie do sypialni. Jesz­cze tu wszystko zabru­dzę. Tak będzie lepiej i wygod­niej.

-?Moim zda­niem powin­naś jechać do szpi­tala.

-?W tym sta­nie nawet nie zejdę po scho­dach!

I tak od słowa do słowa trwa jałowa dys­ku­sja. On upiera się, że szpi­tal to naj­lep­sze roz­wią­za­nie, Mary­sia wzdraga się przed prze­ry­wa­niem świą­tecz­nego poranka rodzi­nie dok­tora, a ja... rodzę! Chcia­ła­bym, żeby mama była przy mnie, ale jak na złość wyje­chała do ciotki do Anto­nina.

Po nie­skoń­cze­nie dłu­gim cza­sie zamiast naszego zaufa­nego leka­rza w drzwiach poja­wia się oku­tana chu­stą sta­ro­wina, która bar­dziej przy­po­mina mi złą cza­row­nicę niż aku­szerkę. Jakież są moje zdzi­wie­nie i ulga, gdy po zsu­nię­ciu czar­nej poła­ta­nej szmaty uka­zuje się prze­miła kobie­cina w śred­nim wieku, która jest tak wyro­zu­miała, tro­skliwa i pomocna, że zdej­muje ze mnie pierw­szy strach.

Mimo jej słów otu­chy, umie­jęt­nego masażu ple­ców i stóp, obma­cy­wa­nia brzu­cha i nasłu­chi­wa­nia, zapew­nień, że wszystko prze­biega zgod­nie z pla­nem i nie powin­nam się mar­twić... poród cią­gnie się w nie­skoń­czo­ność.

Wresz­cie pod wie­czór poja­wia się wrzesz­czący wnie­bo­głosy, czer­wony, pokryty mazią nasz pier­wo­rodny. Tade­usz.

Prze­peł­niają mnie duma i szczę­ście.

Naresz­cie jeste­śmy rodziną z praw­dzi­wego zda­rze­nia. Zosta­łam mamą, dałam Tade­uszowi upra­gnio­nego syna, Tade­usza Juniora.

Jestem wykoń­czona, lecz speł­niona i pełna wiary, że przed nami cudowne, szczę­śliwe życie.

Tade­usz Pie­trzy­kow­ski, 1920 rok

3

Dzieci zmie­niają naszą codzien­ność.

Jest gwarno, rado­śnie, Tade­uszek roz­wija się, rośnie jak sza­lony, zdrowo się chowa. A 16 lutego 1922 roku obda­rzy­li­śmy go bra­tem Juliu­szem.

Nasze dotych­cza­sowe miesz­ka­nie pękało w szwach i trudno nam było się w nim pomie­ścić, Tade­usz zna­lazł więc dla nas więk­sze, pię­cio­po­ko­jowe lokum w kamie­nicy przy ulicy Koszy­ko­wej. W pełni możemy czer­pać radość z nowego miej­sca, tym głęb­szą, że naresz­cie oddy­chamy pełną pier­sią w wol­nym kraju!

Cie­szymy się pol­sko­ścią i wszyst­kim, co z nią zwią­zane.

Moi bra­cia, Mar­cjan i Irek, odwie­dzają nas regu­lar­nie. Zabro­ni­łam roz­mów o poli­tyce i trud­nych spra­wach w trak­cie obia­dów, ale zaraz po nich, zapa­da­jąc się w wygod­nych fote­lach, snują opo­wie­ści, co ich spo­tkało na fron­cie, przy­ta­czają co rusz nowe histo­rie o tym, jak to dziel­nie wal­czyli pod­czas wojny. Wtedy jesz­cze nie wiemy, że pod­czas pierw­szej wojny, a druga czai się tuż za pro­giem. W legendy obra­sta wszystko, co widzieli, tak że nawet mały Tade­uszek, zasłu­chany i zapa­trzony w wujów z otwar­tymi ustami, marzy o karie­rze w sze­re­gach armii. Podej­rze­wam, że połowa tego jest wyssana z palca albo znacz­nie wyol­brzy­miona, jed­nak Tadek słu­cha wujów z prze­ję­ciem i z tym więk­szym zachwy­tem, gdy puszą się dum­nie wbici w mun­dury i pozwa­lają mu bawić się orde­rami.

A ja mam nadzieję, że los nie zgo­tuje nam kolej­nej wojny i syno­wie nie będą nara­żeni na pobyt w oko­pach, na życie prze­peł­nione stra­chem, bólem i gło­dem.

Póki co Tadka zapi­sa­li­śmy do gim­na­zjum Zamoy­skiego11 przy ulicy Smol­nej. Wcze­śniej­sza szkoła na rogu Polnej i Jawo­rzyń­skiej12, do któ­rej posła­li­śmy go za namową sąsia­dów w wieku sze­ściu lat, oka­zała się fatal­nym wybo­rem. Nie dość, że była daleko, to w dodatku synek po dro­dze do niej musiał poko­nać kilka dużych skrzy­żo­wań, co wyda­wało się nam bar­dzo nie­bez­pieczne.

Teraz mąż, idąc do pracy, odpro­wa­dza Tadzia pod drzwi szkoły, a synek po zakoń­cze­niu lek­cji sam wraca do domu. Co też nie­rzadko przy­pra­wia mnie o ból głowy, bo nasz cie­kaw­ski chło­piec, zafa­scy­no­wany a to samo­cho­dami, a to końmi, zatrzy­muje się przy postoju doro­żek, zaga­duje woź­ni­ców, ogląda wystawy skle­pów albo zwy­czaj­nie bawi się z jakimś bez­pań­skim kotem czy psem. Zazwy­czaj poja­wia się w domu spóź­niony, pod­eks­cy­to­wany, z nowymi opo­wiast­kami. Po obie­dzie znika w swoim pokoju, by ryso­wać, malo­wać, szki­co­wać albo pochła­niać kolejne książki.

Wszystko go inte­re­suje, wszę­dzie wtyka nos i tylko prosi się o kło­poty. Dziś na przy­kład zosta­li­śmy wezwani na dywa­nik do szkoły i spo­dzie­wam się naj­gor­szego. Co tym razem zma­lo­wał Tade­uszek? Nie mam poję­cia. Zawsze układny, miły, ale też psotny nie pozwala nam się nudzić ani nawet zaznać spo­koju. Jest jed­nak bar­dzo pil­nym uczniem, któ­rego trudno ode­rwać od pod­ręcz­ni­ków i ksią­żek, zwłasz­cza tych trak­tu­ją­cych o histo­rii i przy­ro­dzie. Po cichu marzę sobie, że może zosta­nie leka­rzem, ale oczy­wi­ście nie wypo­wia­dam tego życze­nia na głos, bojąc się zape­szyć.

Teściowa twier­dzi, że mój mąż był taki sam i mam się nie przej­mo­wać, bo synek wyro­śnie z figli. Nie­stety nie jest w sta­nie udzie­lić odpo­wie­dzi na pyta­nie kiedy. Nim obaj chłopcy skoń­czą szkołę, będę siwa jak gołą­bek.

Z dru­giej strony lubię ich ener­gię i atmos­ferę panu­jącą w domu, a ich cie­ka­wość świata i roz­liczne pyta­nia spra­wiają, że sama staję się go bar­dziej cie­kawa.

Jak na złość aku­rat dzi­siaj byłam umó­wiona z Helą, by pobu­szo­wać w skle­pach w poszu­ki­wa­niu let­niej sukienki. Za dwa tygo­dnie wybie­ramy się na ślub mojej sio­stry i chcia­ła­bym zapre­zen­to­wać się jak naj­le­piej. Nie mam odwagi wystą­pić w jed­nej z tych mod­nych krót­kich sukie­nek obszy­tych frędz­lami i ceki­nami, ale marzy mi się mała czarna w stylu Coco Cha­nel13 w połą­cze­niu z dłu­gimi ręka­wicz­kami i sznu­rem pereł. Nasza rodzinna suk­nia ślubna prze­ka­zy­wana jest z poko­le­nia na poko­le­nie. Ślu­bo­wała w niej bab­cia, matka przy­się­gała w niej wier­ność ojcu, ja obie­cy­wa­łam Tade­uszowi dozgonną miłość, a teraz sio­stra, posze­rzyw­szy ją jedwab­nymi kli­nami, sta­nie w niej na ślub­nym kobiercu.

Lubię te nasze rodzinne tra­dy­cje. Koły­ski, śpioszki, drew­niane zabawki krą­żące po rodzi­nie. Mamy poczu­cie, że nic się nie mar­nuje, że dzie­limy się wszyst­kim i się wspie­ramy. Ponadto to ogromna oszczęd­ność środ­ków i sta­rań, dzieci prze­cież tak szybko ze wszyst­kiego wyra­stają.

W szkole pach­ną­cej pastą do pole­ro­wa­nia pod­łóg panuje zło­wroga cisza, w któ­rej skrzy­pie­nie butów na posadzce wydaje się jesz­cze dono­śniej­sze i bar­dziej dokucz­liwe. Tylko od czasu do czasu dociera do nas pod­nie­siony głos jed­nego z pro­fe­so­rów, który z werwą tłu­ma­czy dzia­twie mate­ma­tyczne zawi­ło­ści, co rusz zży­ma­jąc się, że ta nie potrafi nauczyć się tabliczki mno­że­nia.

Jakież jest nasze zdu­mie­nie, gdy zamiast do gabi­netu dyrek­tora tra­fiamy przed obli­cze nauczy­ciela pla­styki. Zacho­dzę w głowę, co mogło się wyda­rzyć na ulu­bio­nych lek­cjach Tade­usza. Mam nadzieję, że nie popeł­nił kary­ka­tury któ­re­goś z nauczy­cieli. Z pew­no­ścią zaś nie zakła­dam, że usły­szę coś takiego:

-?Jest mi nie­zmier­nie przy­kro, że pań­stwa faty­go­wa­łem, ale wyda­rzyło się coś bar­dzo nie­przy­jem­nego.

Pro­fe­sor, niski, kości­sty, z oku­la­rami led­wie się trzy­ma­ją­cymi na czubku nosa, z zegar­mi­strzow­ską pre­cy­zją ostroż­nie wyj­muje z teczki rysu­nek przed­sta­wia­jący galo­pu­ją­cego konia z jeźdź­cem.

-?Tak?

Z cie­ka­wo­ścią pochy­lamy się z mężem nad dzie­łem, ana­li­zu­jąc jego detale, i po chwili zasko­czeni wypa­lamy jed­no­cze­śnie:

-?Prze­pra­szam, ale nie rozu­miem, w czym rzecz. -?Tade­usz się pro­stuje.

-?O co cho­dzi? -?Chwy­tam kartkę i przy­glą­dam się rysun­kowi z bli­ska, by wresz­cie ponow­nie poło­żyć go na teczce.

-?Pro­szę spoj­rzeć.

Pro­fe­sor pod­tyka nam rysu­nek pod nos.

Przy­glą­dam się szki­cowi, nie poj­mu­jąc, co z nim jest nie tak i co tak wzbu­rzyło wykła­dowcę. Koń ma cztery nogi, roz­wianą grzywę i długi powie­wa­jący na wie­trze ogon, jeź­dziec w orien­tal­nym stroju spo­gląda przed sie­bie, wyma­chu­jąc szam­szi­rem. Rysu­nek jest piękny. Oddaje ruch, emo­cje, z przy­jem­no­ścią opra­wi­ła­bym go i powie­siła na ścia­nie.

-?Prze­pra­szam, ale nie wiem, w czym pro­blem -?mówię nie­pew­nie, wpa­tru­jąc się w nauczy­ciela.

-?Tade­usz twier­dzi, że sam go nary­so­wał -?pada oskar­że­nie.

Na­dal nie dociera do mnie powaga sytu­acji. Widzia­łam nie­je­den malu­nek syna i za każ­dym razem zacho­dzę w głowę, po kim odzie­dzi­czył talent.

-?Jeśli tak mówi, to z pew­no­ścią tak jest. -?Mąż wzru­sza ramio­nami, naj­wy­raź­niej uwa­ża­jąc roz­mowę za bez­przed­mio­tową.

-?Oba­wiam się, że się pań­stwo mylą. Ni­gdy nie widzia­łem, żeby dzie­wię­cio­la­tek, dzie­się­cio­la­tek, ba, pięt­na­sto­la­tek nary­so­wał coś podob­nego.

-?Syn pięk­nie rysuje, więc mnie to nie dziwi.

-?Ależ pro­szę pań­stwa, skąd niby taka kon­cep­cja? Koń i jeź­dziec jak z obra­zów Matejki.

-?Byli­śmy z Tade­uszem w kinie na Ben Hurze14, zapewne stąd czer­pał inspi­ra­cję. -?Tade­usz coraz bar­dziej się nie­cier­pliwi. -?Czy pan o coś podej­rzewa naszego syna? -?W jego gło­sie pobrzmiewa iry­ta­cja.

-?Szcze­rze mówiąc, popro­si­łem pań­stwa o przy­by­cie, bo chcia­łem się upew­nić, że mło­demu czło­wie­kowi nikt nie poma­gał.

-?Zapew­niam pana, że nie! -?mówi mąż dobit­nie. -?Ani ja, ani żona, mimo szcze­rych chęci, nie mamy takich umie­jęt­no­ści.

-?A może syn spo­tyka się z kimś, kto...

-?Co pan insy­nu­uje?

-?Nie śmiał­bym! -?Czło­wie­czek kur­czy się w sobie, oku­lary zsu­wają mu się jesz­cze niżej na nosie.

-?Po co więc to całe zamie­sza­nie?

-?Naj­moc­niej pań­stwa prze­pra­szam -?sumi­tuje się. -?Może nie­po­trzeb­nie ule­głem emo­cjom...

-?Naj­wy­raź­niej!

-?Ale jak żyję, Bóg mi świad­kiem, nie spo­tka­łem tak uta­len­to­wa­nego mło­dego czło­wieka. A nie­jedno już widzia­łem! Mają pań­stwo perłę! Dia­ment! To po pro­stu nie­by­wałe!

-?Miło nam to sły­szeć. -?Gwał­tow­nie scho­dzi ze mnie napię­cie, a zastę­pują je duma i zado­wo­le­nie.

-?To nowy Kos­sak! -?wykrzy­kuje pro­fe­sor z eks­cy­ta­cją. -?Pro­szę nie zmar­no­wać tego talentu. Muszą pań­stwo wie­dzieć, że ten dia­ment trzeba tylko szli­fo­wać! -?Zapo­wie­trza się i powta­rza: -?Tak, szli­fo­wać!

-?Bar­dzo dzię­ku­jemy za te słowa, to wiele dla nas zna­czy. Jed­nak na­dal nie rozu­miem, po co nas pan wzy­wał. -?Mąż sięga po kape­lusz, dając do zro­zu­mie­nia, że pora koń­czyć spo­tka­nie.

-?Kocha­nie, pan chciał być dla nas miły.

-?Tak, tak, chcia­łem jak naj­le­piej, choć pew­nie nie­po­trzeb­nie nara­zi­łem pań­stwa na nerwy. Naj­moc­niej prze­pra­szam. Nie mogę dać wiary, że wśród moich uczniów poja­wił się chło­piec z takimi umie­jęt­no­ściami.

-?Jesz­cze raz dzię­ku­jemy za uzna­nie.

Tade­usz wstaje, podaje nauczy­cie­lowi rękę i żegna się pospiesz­nie zapewne w oba­wie, że zaleje nas pro­fe­sor­ski sło­wo­tok prze­pla­tany achami i ochami, pod­szyty z jed­nej strony nie­do­wie­rza­niem, a z dru­giej zakli­na­niem.

-?Pro­szę obie­cać, że wezmą sobie pań­stwo do serca moje słowa i nie pozwolą, by syn zmar­no­wał talent.

-?To aku­rat możemy zro­bić. -?Uśmie­cham się pro­mien­nie.

-?Tak, tak -?zga­dza się mąż. -?Bar­dzo prze­pra­szam, ale zro­biło się późno i muszę wra­cać do pracy.

-?Miło usły­szeć od kogoś, kto na co dzień zaj­muje się sztuką i edu­ka­cją mło­dych ludzi, że nasz syn jest wyjąt­kowo uzdol­niony -?mówię polu­bow­nie, robiąc długi krok w stronę drzwi. -?Zapew­niam pana, że wspie­ramy i będziemy wspie­rać wszyst­kie jego pasje i zain­te­re­so­wa­nia. O to może być pan spo­kojny.

Wycho­dzimy ze szkoły roz­ga­dani i nieco roz­ba­wieni całą sytu­acją. W miesz­ka­niu czeka na nas Tade­usz, rów­nie zanie­po­ko­jony jak my przed wyj­ściem. Jestem pewna, że po wie­le­kroć zro­bił rachu­nek sumie­nia, zasta­na­wia­jąc się, co mają mu do zarzu­ce­nia nauczy­ciele.

-?Mówi­łam ci, że to nie­od­po­wiedni film! -?Śmieję się w głos. -?I masz za swoje. Zachciało mu się ryso­wać wojow­ni­ków.

-?Jasny gwint! -?Tadek nie jest jed­nak w tak pogod­nym nastroju jak ja. - Naprawdę się dener­wo­wa­łem. W końcu chłopcy mają prze­dziwne pomy­sły.

-?Tak, tak -?zga­dzam się potul­nie. -?Bije­cie się po kątach, łobu­zu­je­cie, robi­cie głu­pie dow­cipy i nadmu­chu­je­cie żaby.

-?O to aku­rat Tadka nie posą­dzam.

-?Nasz miło­śnik zwie­rząt by tego nie zro­bił, to prawda. A wiesz, że ostat­nio zwie­rzył mi się, że jak doro­śnie, założy ogród zoo­lo­giczny?

-?Jesz­cze tego bra­ko­wało! -?Mąż wybu­cha śmie­chem. -?Wyobra­żam sobie te wszyst­kie konie, węże, sło­nie i żyrafy... Podej­rze­wam, że musia­ła­byś wszystko koor­dy­no­wać, skoro jego samego trzeba stale zaga­niać do porząd­ków. Nie wydaje mi się, żeby nasi chłopcy byli wytrwali w takich pra­cach. Jakoś nie mogę sobie wyobra­zić Tadka pcha­ją­cego taczkę z gno­jem.

Śmie­jemy się i usta­lamy, że w naj­bliż­szą sobotę wybie­rzemy się na targ koń­ski pod mia­stem albo na targ rybny do Hali Mirow­skiej, choć z powodu zapa­chów wola­ła­bym je omi­jać sze­ro­kim łukiem.

Dla synów to jed­nak wielka frajda, a cze­góż czło­wiek nie robi dla dzieci, mimo że, szcze­rze mówiąc, wola­ła­bym posie­dzieć u teściów15 na Gró­jec­kiej. Syno­wie zaprzy­jaź­nili się z chłop­cami po sąsiedzku, całą bandą ganiają po sadzie i wspi­nają się na drzewa. Bawią się w Indian i pio­nie­rów, a z suchych gałęzi i kamieni zgro­ma­dzo­nych w kącie ogrodu zbu­do­wali twier­dzę zwień­czoną flagą z bab­ci­nej ścierki do naczyń.

Prawda jest taka, że w pełni korzy­stamy z uro­ków, jakie ofe­ruje sto­lica. W poszu­ki­wa­niu pary­skiego szyku cho­dzimy na dan­cingi do Oazy, naj­lep­szej restau­ra­cji przy Wierz­bo­wej 9, która już z daleka przy­ciąga wzrok poły­sku­ją­cymi neo­nami, na lody w Ale­jach Jero­zo­lim­skich i na oran­żadę na base­nach Legii. Do Ogrodu Saskiego i na plażę przy Moście Ponia­tow­skiego, do kin i teatrów. Zabie­ramy dzieci do muzeów, na wystawy do Zachęty, do zoo i na róg Ordy­nac­kiej i Okól­nik do cyrku Sta­niew­skich16. Ten czte­ro­pię­trowy kolos, mogący pomie­ścić trzy tysiące ludzi, jest jedną z naj­więk­szych atrak­cji mia­sta, którą uwiel­biają nie tylko dzie­ciaki. Klauni, akro­baci, pocieszne zwie­rzęta, które wbrew natu­rze robią to, czego ocze­kują od nich ludzie, nie wspo­mi­na­jąc o wod­nej are­nie.

Za sprawą zna­jo­mo­ści Tade­usza byli­śmy nawet w Obser­wa­to­rium Astro­no­micz­nym Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego, co zro­biło na mnie kolo­salne wra­że­nie, a patrze­nie w gwiazdy nabrało nowego wymiaru.

War­szawa jest zaska­ku­jąca i taka nie­oczy­wi­sta. To mie­szanka blich­tru, ele­gan­cji, bogac­twa i okrop­nej biedy, prze­pla­tana nowin­kami tech­nicz­nymi, tęt­niąca tań­cami. Po zakoń­cze­niu wojny mia­sto roz­kwita jak bukiet tuli­pa­nów wysta­wiony na słońce. Pul­suje życiem, wszę­dzie się buduje i remon­tuje. Do mia­sta ścią­gają nowi miesz­kańcy w nadziei na lep­sze i wygod­niej­sze życie.

Zajezd­nia Elek­trycz­nych Kolei Dojaz­do­wych. Pre­zen­ta­cja linii kole­jo­wej War­szawa-Gro­dzisk i obiek­tów zaple­cza dla spe­cjal­nych gości oraz dzien­ni­ka­rzy, wrze­sień 1927. APW 72/1630. Zbiór foto­gra­fii Zdzi­sława Mar­cin­kow­skiego, sygn. 1910 (Archi­wum Pań­stwowe w War­sza­wie)

Tade­usz wie­czo­rami pusz­cza nam na gra­mo­fo­nie ulu­bio­nego Geo­rge'a Ger­sh­wina, Ordo­nównę... Jaz­zowe nuty wkra­dają się do naszego życia i spra­wiają, że czu­jemy się nowo­cze­śni i wyjąt­kowi.

Mąż co rusz chwyta mnie i przy­ciąga ku sobie, całuje w czu­bek głowy, żeby­śmy po chwili, przy­tu­leni w powol­nym tańcu, mogli zatra­cić się w sobie, gubiąc krok i delek­tu­jąc się każdą wspólną chwilą. Śmie­jemy się, żar­tu­jemy, z rado­ścią patrzymy na dora­sta­jące dzieci, snu­jemy plany na przy­szłość, a wie­czo­rami popi­jamy słodki likier. Jest baj­kowo.

Rodzina Pie­trzy­kow­skich, Syl­wina w środku w czar­nej sukience

4

Jestem prze­ra­żona, zestre­so­wana, nie potra­fię zna­leźć sobie miej­sca. Pamię­tam tamte chwile, jakby dopiero co się wyda­rzyły. Jesz­cze kilka dni temu nic nie zapo­wia­dało nie­szczę­ścia, które teraz mrocz­nym cie­niem kła­dzie się na naszej rodzi­nie.

6 paź­dzier­nika 1927 roku zmarł mój uko­chany, cudowny, tro­skliwy, dobry, opie­kuń­czy mąż. Moja opoka i naj­lep­szy przy­ja­ciel. Czło­wiek, któ­remu ufa­łam naj­bar­dziej na świe­cie, dla któ­rego byłam skłonna poświę­cić wszystko. Męż­czy­zna, który wniósł do mojego życia radość, opty­mizm, poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, spra­wił, że otwo­rzy­łam się na ludzi, pro­wa­dził mnie przez kolejne dni, zapew­nia­jąc wszystko, czego mi było trzeba.

Odszedł uko­chany tata, wielki auto­ry­tet dla synów, któ­rzy pogrą­żeni w smutku nie potra­fią zro­zu­mieć, co wła­ści­wie się stało. Nic nie zapo­wia­dało nie­szczę­ścia.

Jesz­cze 25 wrze­śnia, wystro­jeni i szczę­śliwi, byli­śmy na otwar­ciu Domu Kole­ja­rza17. Co prawda pod­czas ban­kietu Tade­usz skar­żył się na ból głowy, ale sądzi­łam, że to z pew­no­ścią przez nagłą zmianę pogody i ciśnie­nia nie czuje się naj­le­piej. Wymknę­li­śmy się z uro­czy­sto­ści i wró­ci­li­śmy do domu wcze­śniej, niż pla­no­wa­li­śmy.

Mąż poło­żył się do łóżka bez kola­cji, zapew­nia­jąc, że nie jest głodny i bar­dziej niż jedze­nia potrze­buje odpo­czynku. Mój kochany upar­ciuch opo­no­wał i zapie­rał się, że migrena zaraz minie, więc nie będzie zaży­wał żad­nej tabletki. Nawet mnie ofuk­nął, że nie­po­trzeb­nie pani­kuję. Wzru­szy­łam ramio­nami, wycho­dząc z zało­że­nia, że moje naci­ski mogą tylko dopro­wa­dzić do kłótni, i bez słowa poszłam do kuchni zapa­rzyć her­batę. Gdy z fili­żanką paru­ją­cego naparu wró­ci­łam do sypialni, Tade­usz już smacz­nie spał. Odsta­wi­łam naczy­nie na sto­lik nocny, otu­li­łam szczel­nie pie­rzyną mężow­skie plecy i na pal­cach prze­szłam do salonu, by posłu­chać radia18.

Ten cud tech­niki poja­wił się w naszym domu przed kil­koma mie­sią­cami. Gro­ma­dził nas przy odbior­niku, wpra­wia­jąc w osłu­pie­nie, że oto nagle ktoś obcy mówi w naszym domu, że możemy słu­chać muzyki już nie tylko z gra­mo­fonu i że z gło­śnika sączą się wia­do­mo­ści o świe­cie.

Gdy­bym tylko wie­działa...

W nocy Tadek zaczął mam­ro­tać przez sen i rzu­cać się na łóżku. Gdy przy­ło­ży­łam mu dłoń do czoła, odkry­łam, że jest roz­pa­lony gorączką.

Zaraz pobie­głam do wiszą­cej za kuchen­nymi drzwiami szafki z apteczką i prze­glą­da­jąc w pośpie­chu bute­leczki, się­gnę­łam po ter­mo­metr i aspi­rynę, która przed laty oka­zała się tak sku­teczna pod­czas epi­de­mii hisz­panki i którą odtąd zawsze mam pod ręką.

Nie przej­mo­wa­łam się spe­cjal­nie prze­zię­bie­niem Tadka, bo nie­jedno już mie­li­śmy za sobą. Bar­dziej się nie­po­ko­iłam, gdy cho­ro­wali chłopcy, zwłasz­cza gdy byli cał­kiem mali. Prze­trwa­li­śmy hisz­pankę, która dzie­siąt­ko­wała ludzi, zamy­kała szkoły i przed­się­bior­stwa, przy­czy­nia­jąc się do zała­ma­nia gospo­darki, więc ta sytu­acja nie wyda­wała mi się groźna.

Poza tym wszy­scy regu­lar­nie pili­śmy paskudny tran, dobrze się odży­wia­li­śmy i upra­wia­li­śmy sport. Tade­usz każ­dego poranka ćwi­czył, a w wol­nych chwi­lach, zwłasz­cza w waka­cje, grał z przy­ja­ciółmi w piłkę nożną na pobli­skim placu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Tade­usz Pie­trzy­kow­ski (ur. 1891 r. w Lubli­nie, zm. 1927 r.), syn Józe­fata i Wale­rii z Nowa­czyń­skich. Pocho­dził z wie­lo­dziet­nej rodziny, miał czte­rech braci i dwie sio­stry. Rodzice byli wła­ści­cie­lami Zakładu Gra­ficz­nego przy ul. Kościuszki 4, który pro­wa­dzili wraz z trzema synami: Mie­czy­sła­wem, Sta­ni­sła­wem i Kazi­mie­rzem. Pozo­stali syno­wie, Witold i Tade­usz, ukoń­czyli Poli­tech­nikę War­szaw­ską i na stałe prze­nie­śli się do sto­licy. Córki, Jadwiga i Janina, po wyj­ściu za mąż osta­tecz­nie rów­nież zamiesz­kały w War­sza­wie. Tade­usz pod­jął pracę jako pro­jek­tant i inspek­tor nad­zoru roz­bu­dowy war­szaw­skiego węzła kole­jo­wego oraz bocz­nicy kole­jo­wej dla woj­ska w Pusz­czy Kamio­now­skiej. W 1920 r. pod­czas wojny pol­sko-bol­sze­wic­kiej pra­co­wał dla Woj­ska Pol­skiego, kie­ru­jąc ruchem pocią­gów. [wróć]

2. Chleba i igrzysk. [wróć]

3. "W wyda­wa­niu obia­dów w tanich kuch­niach od dziś zajdą zasad­ni­cze zmiany. Sto­łow­nicy kuchni, pra­gnący korzy­stać z zup kar­to­fla­nych, obo­wią­zani będą skła­dać swoje kupony ziem­nia­czane, z któ­rych odpo­wied­nia część będzie odci­nana. Na przy­szłość tanie kuch­nie muszą każdy nowy trans­port ziem­nia­ków, potrzebny dla sto­łow­ni­ków, pokry­wać odpo­wied­nią liczbą kar­tek. Sto­łow­nicy tanich kuchni, bez zło­że­nia kar­tek ziem­nia­cza­nych, nie będą mogli wobec tego na przy­szłość korzy­stać z zup kar­to­fla­nych". Podob­nie rzecz się miała w restau­ra­cjach: "Wydział zaopa­try­wa­nia mia­sta podaje do wia­do­mo­ści o ogra­ni­cze­niu spo­ży­cia ziem­nia­ków w restau­ra­cjach. Sto­sow­nie do roz­po­rzą­dze­nia cesar­sko-nie­miec­kiego pre­zy­djum poli­cji z d. 4 b.r., restau­ra­cje i jadło­daj­nie ziem­nia­ków dodat­kowo, poza ilo­ściami wyda­wa­nymi na kupony przy kar­tach chle­bo­wych, otrzy­my­wać nie będą". Źró­dło: "Kuryer War­szaw­ski", 10 stycz­nia 1917. [wróć]

4. Wraz z począt­kiem XX wieku w spo­łe­czeń­stwie pol­skim żyją­cym w trzech mocar­stwach zabor­czych sport roz­wi­jał się z różną inten­syw­no­ścią. Odmienna była bowiem poli­tyka poszcze­gól­nych zabor­ców okre­śla­jąca zasady jego upra­wia­nia. Rosja­nie i Niemcy oba­wiali się, że zezwa­la­jąc mło­dzieży na nie­ogra­ni­czoną aktyw­ność, stwo­rzą warunki do powsta­wa­nia orga­ni­za­cji o cha­rak­te­rze nie­pod­le­gło­ścio­wym. Kon­se­kwent­nie ogra­ni­czali zatem zakła­da­nie sto­wa­rzy­szeń spor­to­wych oraz zaka­zy­wali upra­wia­nia sportu dru­ży­no­wego pol­skiej mło­dzieży aka­de­mic­kiej. Patrz Aneks, s. 275. [wróć]

5. Wcze­sną wio­sną 1917 roku na boisku Agry­koli war­szaw­skie dru­żyny, w tym Legia, roz­po­częły roz­grywki. Do pierw­szych meczów z udzia­łem dru­żyn legio­no­wych w sto­licy doszło w Święta Wiel­ka­nocne 9 i 10 kwiet­nia. Patrz Aneks, s. 277. [wróć]

6. 6 kwiet­nia 1917 roku Stany Zjed­no­czone wypo­wie­działy wojnę Niem­com i tym samym przy­stą­piły do I wojny świa­to­wej. [wróć]

7. Szpi­tal położ­ni­czy przy ul. Karo­wej roz­po­czął dzia­łal­ność w 1912 roku. Wybu­do­wany dla uczcze­nia naro­dzin następcy tronu cesa­rze­wi­cza Alek­sego, był jed­nym z naj­no­wo­cze­śniej­szych w ówcze­snej Euro­pie. Patrz Aneks, s. 278. [wróć]

8. Syl­wina Alek­san­dra Pie­trzy­kow­ska de domo Bień­kow­ska (ur. 1887 r., zm. 1945 r.). Do jej ojca nale­żały zie­mie znaj­du­jące się na tere­nie obec­nej Ochoty, mię­dzy uli­cami Gró­jecką, Radom­ską, Czę­sto­chow­ską i Dwor­cem Zachod­nim. Naj­star­sza z rodzeń­stwa miała cztery sio­stry, Wła­dy­sławę, Teo­dorę, Zofię i Martę, oraz trzech braci, Mar­cjana i Ire­ne­usza, imię naj­star­szego przed­wcze­śnie zmar­łego brata jest nie­znane. [wróć]

9. W 1883 roku Cecy­lia Pla­ter-Zyberk zało­żyła szkołę ręko­dziel­ni­czą dla dziew­cząt. Powstałe przy niej w 1886 roku gim­na­zjum żeń­skie prze­kształ­ciło się w 1917 roku w szkołę śred­nią, reak­ty­wo­waną w 1993 roku jako Liceum Ogól­no­kształ­cące im. Cecy­lii Pla­ter-Zyber­kówny. W 1891 roku powstała szkoła gospo­dar­stwa wiej­skiego w Chy­licz­kach dzia­ła­jąca począt­kowo pod nazwą Zakładu Gospo­dar­czego, póź­niej prze­kształ­cona w Szkołę Żeń­ską Gospo­dar­stwa Wiej­skiego, a następ­nie w Liceum Gospo­dar­stwa Wiej­skiego (od 2019 roku Zespół Szkół nr 3 im. Cecy­lii Pla­ter-Zyber­kówny w Pia­secz­nie). [wróć]

10. W latach 1886-1894 roz­bu­do­wano kościół św. Alek­san­dra i przy oka­zji zapro­jek­to­wano skwer, któ­remu dla uczcze­nia cara Alek­san­dra I nadano nazwę plac Alek­san­dra. W 1919 r. zmie­niono ją na pl. Trzech Krzyży. [wróć]

11. W 1905 roku na sku­tek wystą­pień rewo­lu­cyj­nych i naro­do­wych w Rosji i Kró­le­stwie Pol­skim car Miko­łaj II pod­pi­sał reskrypt zezwa­la­jący na wpro­wa­dze­nie języka pol­skiego do szkół. Patrz Aneks, s. 278. [wróć]

12. Gim­na­zjum Ron­ta­lera. [wróć]

13. Mała czarna, czyli pro­sta sukienka z czar­nej tka­niny, zapro­jek­to­wana w 1926 roku przez Coco Cha­nel, zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wała dam­skie gar­de­roby. "Vogue" nazwał ją "nowym for­dem", ponie­waż tak jak samo­chody Henry'ego Forda była nie tylko w jed­nym kolo­rze, ale też powszech­nie dostępna. Powstała z myślą o tym, by każda kobieta, nie­za­leż­nie od syl­wetki, wyglą­dała w niej dobrze i by na mate­riale nie było widać plam. [wróć]

14. Ben-Hur, film niemy z 1925 roku, będący adap­ta­cją powie­ści Lewisa Wal­lace'a pod tym samym tytu­łem. [wróć]

15. Mowa o Alek­san­drze i Fran­ciszce Bień­kow­skich. [wróć]

16. Cyrk Braci Sta­niew­skich powstał w 1883 roku i stał się czte­ro­pię­trową halą wido­wi­skową, naj­więk­szą w sto­licy. Sta­no­wił jedną z głów­nych atrak­cji, przy­cią­gał tłumy robot­ni­ków, ale też śmie­tankę towa­rzy­ską War­szawy. Zbu­rzony w 1939 roku w wyniku dzia­łań wojen­nych. [wróć]

17. 25 wrze­śnia 1927 roku w War­sza­wie został otwarty Dom Związku Zawo­do­wego Kole­ja­rzy przy ul. Czer­wo­nego Krzyża 20. [wróć]

18. Pierw­sza audy­cja radiowa została nadana z roz­gło­śni Pol­skiego Towa­rzy­stwa Radio­tech­nicz­nego w War­sza­wie 1 lutego 1925 roku na falach śred­nich (385 m) ze stu­dia przy ul. Narbutta 25. Patrz Aneks, s. 278. [wróć]