Sylwina
1
-?Będzie bokserem! -?Tadeusz1 śmieje się w głos. -?Albo
piłkarzem!
-?Na litość boską, nie denerwuj mnie! Tylko nie to!
Wybucham śmiechem, ale jego słowa mnie zaniepokoiły. Żadna matka z porządnej, szanującej się rodziny wyobraża sobie tak przyszłość syna. W dodatku pierworodnego! Lekarz, prawnik, to jest marzenie każdej familii,
a nie sportowiec! W rzeczywistości jednak zależy mi tylko na tym, by
moje dziecko urodziło się zdrowe i było szczęśliwe. Aby nie cierpiało
głodu, bólu i niedostatku. Było zadowolone z pracy, poznało miłość życia
i założyło rodzinę. Zwykłe banalne życzenia wypowiadane w tym
szczególnie trudnym dla ojczyzny czasie.
-?A w czym ci to przeszkadza? -?droczy się mąż. -?Poszlibyśmy na mecz,
na Legię, przy okazji posiedzielibyśmy przy basenie...
Sylwina i Tadeusz Pietrzykowscy około 1921 roku
-?Ty i twoje mecze! Co to za nowa moda? -?wołam oburzona.
-?Jak mawiali Rzymianie, panem et circenses2! No już, nie
susz mi głowy, że też pragnę rozrywki. Miło jest oderwać się od wojennej
rzeczywistości. Mamy tysiąc dziewięćset siedemnasty rok, a my stale
jesteśmy pod czyimś butem.
-?Co nie musi oznaczać zatracania się...
-?Przecież tylko sobie dowcipkuję.
Nie lubię takich żartów. Życie podszyte strachem nie jest tym, o czym
marzą ludzie. Zastanawiam się, w jakiej Polsce, jeśli odzyskamy wreszcie
naszą ukochaną ojczyznę, przyjdzie żyć naszym dzieciom.
Póki co Niemcy panoszą się na ulicach i żyje się coraz gorzej. Gdybym
miała wybrać słowo roku 1917, bez zastanowienia wskazałabym
pauperyzację. Mamy kartki dosłownie na wszystko: opał, węgiel, artykuły
spożywcze, ze szczególnym uwzględnieniem kartofli. Idąc do baru po
cienką kartoflankę, trzeba stać w kolejce z kuponem ziemniaczanym w dłoni3. Tylko patrzeć, kiedy powietrze będzie reglamentowane!
Głodujący ludzie pieką chleb na mące z mchu i zmielonych kasztanów. Jak
mawiają na mieście: czego Rusek nie ukradł, teraz Niemiec zabiera.
Ludzie zubożeli do tego stopnia, że co mądrzejsi albo bardziej
zdesperowani zwyczajnie uciekli na prowincję. Nie wiem, ile w tym
prawdy, ale słyszałam, że już sto tysięcy Warszawiaków wzięło nogi za
pas.
-?Szczerze mówiąc, w tej sytuacji już chyba wolałabym mieszkać w Wielkopolsce albo w Gdańsku -?snuję rozważania. -?Przynajmniej miałbyś
daleko do tej swojej Legii, a wiejskie powietrze...
-?Zwłaszcza w Gdańsku! -?Tadek ponownie wybucha śmiechem.
-?Jak zwykle łapiesz mnie za słówka -?naburmuszam się.
-?Grzeszysz, kochana, oj, grzeszysz.
-?Tak, zaraz mi powiesz, że inni mają gorzej. Przecież wiesz, że nie o to mi chodzi.
-?Wiem, Myszko ty moja, wiem. -?Tadek robi tę swoją minę i dociera do
mnie, że nie oprę się jego prośbie.
-?Cóż tam znowu wymyśliłeś?
-?Nie pogniewasz się, jeśli ze Stefanem pójdziemy na mecz piłki nożnej?
Oczywiście w innych okolicznościach zabralibyśmy i ciebie, ale to
zdecydowanie nie jest miejsce dla kobiet w ciąży. Tłum, gorąco, tylko
byś się zmęczyła.
Nadymam policzki i udaję obrażoną, ale w rzeczywistości jestem ostatnia
do tego, by przyglądać się, jak niby poważni mężczyźni zachowują się jak
dzieci. Wśród wrzasków i nerwów biegają za piłką i sprawiają wrażenie,
jakby przyszłość świata zależała od tego, kto komu strzeli gola.
Przekomarzam się z mężem, cieszę się jednak na wolne popołudnie. Usiądę
w fotelu z książką w ręku, odpocznę, może nawet dokończę robić na
drutach czapeczkę dla dziecka. Wczoraj sąsiadka pożyczyła mi Atmę
Rodziewiczówny, przekonując, że koniecznie powinnam ją przeczytać i wreszcie uwierzyć w reinkarnację. Biedactwo, straciła męża w wypadku i od kilku miesięcy o niczym innym nie mówi, jak tylko o tym, że spotka
się z ukochanym Jurkiem po śmierci. Sama nie wiem, co o tym sądzić, ale
w sumie każde wyznanie daje pewną nadzieję na to, że ci, których
kochamy, po śmierci gdzieś będą na nas czekać. Gorzej, jeśli wypatrują
nas również osoby, których nie darzyliśmy sympatią.
Dzięki mamusi i kuzynce Anieli skompletowałam całą wyprawkę. Aniela
użyczyła nam kołyski i wózka, którego kółka co prawda niemiłosiernie
skrzypią, ale Tadek obiecał zająć się nimi w wolnej chwili. Do tego mam
po jej dzieciach kaftaniki i powijaki, nawet emaliowaną, wyszczerbioną
wagę do sprawdzania, czy maluch dobrze przybiera. Aniela zaprasza mnie
po połogu do siebie na wieś do ..., ale chyba wolę zostać w Warszawie. Tu
przynajmniej mam blisko do sklepu, do szpitala, gdyby z dzieckiem coś
się działo. Bycie mamą to dla mnie nowość i nie wiem, czego powinnam się
spodziewać.
-?Tak?
-?Słucham? -?Zdumiona wpatruję się w męża, który najwyraźniej domaga się
odpowiedzi.
-?No to jak będzie?
-?Przepraszam, zamyśliłam się i zgubiłam wątek.
-?Nie masz nic przeciwko temu, że wybierzemy się na Legię?4 To
tylko dwa dni, ósmy i dziewiąty kwietnia, i -?dodaje pospiesznie -?na
kilka godzin5. Wojna...
-?Tylko mi tu z wojną nie wyskakuj! Przypomnę ci, że lekarz zabronił mi
się denerwować. Mam na co dzień wojny po uszy. Biednie, w strachu, jak
można tak żyć?! Oby to wszystko wreszcie się skończyło. Ludzie mówią, że
to dobrze, że Stany Zjednoczone wypowiedziały Niemcom wojnę6, ale
czy to coś zmieni? Amerykanie są daleko, Niemiec za rogiem, a my
pośrodku.
Szpital przy ulicy Karowej około 1912 roku
-?Przekonamy się.
Tadek, pochłonięty myślami o meczu, najwyraźniej nie ma ochoty na
kontynuowanie wojennych dywagacji. Zamiast tego opiera się na fotelu,
pochyla i kładzie dłoń na moim wypukłym brzuchu. Jego dotyk sprawia, że
dziecko porusza się gwałtownie i jeszcze dotkliwiej odczuwam ból, jaki
mi to sprawia.
Tak bardzo lubię te czułe gesty i słodkie słowa, tak mocno kocham mojego
męża. I oczywiście nie mogę się doczekać narodzin naszego pierworodnego
dziecka. Czuję się jak kwoka wysiadująca jajko. Tadek uparł się, że
poród powinien odebrać jego przyjaciel, lekarz ze szpitala przy ulicy
Karowej7, ale ja chyba wolałabym urodzić w domu, tak jak moja
matka, babka i prababka. Myślę, że byłoby to mniej krępujące niż poród
"w miejscu publicznym", jak mawia nasza poczciwa Marysia, krzywiąc się z obrzydzeniem. Mimo wysiłków i ciągłego tłumaczenia, czym jest miejsce
publiczne, nasza gosposia ma swoją wizję i definicję tego pojęcia,
zapewne kojarząc je z czymś nieprzyzwoitym.
-?O, znowu kopie! Mówię ci, rośnie nam sportowiec! Już nie mogę się
doczekać, jak pokopiemy z synkiem piłkę. Tyle rzeczy mam mu do
pokazania, do nauczenia.
-?A może będzie dziewczynka?
-?Nie, nie! -?Mąż zachowuje się, jakby pozjadał wszystkie rozumy albo
mógł zajrzeć w szklaną kulę i przewidzieć przyszłość.
-?A niby skąd ta pewność?
-?Czuję to w kościach.
-?Ty i twoje przeczucia -?fukam oburzona. -?W Wielki Piątek miało nie
padać, bo tak czułeś w kościach, i co? Wracając z kościoła, zmokliśmy
jak dwie kury! I to tyle w temacie twoich przeczuć.
-?Z ostatniego kościoła.
-?A co za różnica? Tak czy owak zmokłam.
-?A kto się uparł, żeby zwiedzać groby?
-?Mój drogi, odwiedzanie Grobu Pańskiego to tradycja, z której nie
potrafię zrezygnować. Co roku wyglądają inaczej.
-?Tak, tak, tradycja ważniejsza od zdrowia.
-?Nie przesadzaj!
-?Całe szczęście, że nie wpadłaś na pomysł, żeby kwestować. Jeszcze tego
by brakowało!
-?A żebyś wiedział, że o tym myślałam.
Kłamię jak z nut. W końcu wrzucenie paru groszy do skarbony to jedno, a chodzenie z nią godzinami między ludźmi i namawianie, by wsparli
szczytny cel, to zupełnie co innego. Nigdy w życiu bym się nie zdobyła
na coś takiego. Gdybym wtedy wiedziała, co zgotuje nam los i jak bardzo
zakpi z moich postanowień...
-?A może żal ci było, że nie spotkasz znajomych i nie będziesz mogła się
zaprezentować w nowej sukience? -?Tadek klepie się z zadowoleniem po
udach. -?No, kochanie, przyznaj się!
-?Tak, zwłaszcza w sukience, która wygląda jak wielka jurta, gdzie
mogłabym pomieścić rodzinę sułtana. -?Wzruszam ramionami.
-?Ślicznie wyglądasz! Powtarzam ci to codziennie. -?Tadeusz, obdarzywszy
mnie komplementem, pospiesznie zmienia temat. -?To co, kochanie? Mam
nadzieję, że nie będziesz miała nic przeciwko temu, że wyskoczę na mecz?
-?Bo ja wiem. -?Przeciągam ostatnie słowo i teatralnie wydymam usta. -
Skoro tak bardzo ci zależy, ale najpierw musiałbyś...
-?Sylwuniu8.
-?Tylko mi tu nie sylwuniuj -?udaję oburzenie. -?Myślałam w piątek, że
przez te twoje przekonania się przeziębię! A wiesz, że w moim stanie to
bardzo niebezpieczne.
-?Kochanie ty moje, czepiasz się drobiazgów. Na szczęście jednak się nie
rozchorowałaś.
-?Ale mogłam! -?upieram się.
-?Nigdy bym na to nie pozwolił. Chciałem ci dać mój szal, ale odmówiłaś.
-?No proszę, czyli to moja wina! A nie pomyślałeś, jak bym wyglądała w zielonej sukni i białym szalu? Już i tak ledwie się toczę.
-?Oczywiście, Myszko, co ludzie by powiedzieli? Z pewnością wzięliby cię
na języki.
-?A żebyś wiedział!
-?Kochanie, nie chcę się z tobą sprzeczać, ale ludzie mają swoje
zmartwienia i kłopoty i z pewnością do najważniejszych z nich nie należy
zestawienie kolorów i tekstur odzieży pani Pietrzykowskiej. -?Mąż
przekomarza się dalej i pochyla nad oparciem fotela. Całuje mnie w czubek głowy i czule głaszcze po plecach.
Siostry Sylwiny, Teodora i Włada około 1919 roku
Wzruszam ramionami.
-?Przypomnę ci, że nie po to kończyłam szkołę Zyberkówny9
przy ulicy Pięknej w Warszawie -?uderzam w górnolotne tony -?i studiowałam na Wydziale Medycznym Uniwersytetu, żeby...
-?Tak, tak, moja żona jest damą i za to cię kocham, aniołku. Lepiej
powiedz, czy nie napiłabyś się herbaty i nie zjadła ciasteczka.
-?W Wielką Sobotę? -?protestuję niezbyt stanowczo, bo po prawdzie mam
ogromną ochotę na kajmakowy mazurek upieczony przez naszą Marysię.
-?W twoim stanie Bóg ci wszystko wybaczy. -?Mąż trąca mnie łobuzersko w ramię.
-?A przy okazji ty też sobie pofolgujesz? -?chichoczę i już wiem, że nie
oprę się propozycji.
-?A żebyś wiedziała.
-?Tylko zróbmy tak, żeby Marysia nie widziała, że zajadamy się
słodkościami, bo znowu będzie gderać pod nosem.
Marysia, nasza pomoc domowa, jest bardzo miłą i usłużną dziewczyną,
która niestety ma jedną zasadniczą wadę. Głośno komentuje wszystko, co
jej się nie podoba albo wykracza poza jej schematy myślenia i działania,
oraz to, co w ramach tradycji i systemu wartości wyniosła z domu, a co
nie zawsze koreluje z naszym poglądem na życie.
Jej narastające niezadowolenie jest wprost proporcjonalne do mojej
zaawansowanej ciąży i jeszcze się nasiliło w tym świątecznym czasie.
Mimo że nie spodziewamy się gości, a na niedzielne wielkanocne śniadanie
jesteśmy zaproszeni do rodziców, i nas dopadł przedświąteczny stres,
podobnie jak pół miasta.
Warszawiacy zachowują się, jakby nie jedli od tygodni, a uginające się
pod ciężarem potraw stoły mogły być zbawieniem dla ciał i dusz. Myślę,
że dla wielu to miła odskocznia od życia na kartkach i wiecznych
ograniczeń. Plac Aleksandra10, przy którym mieszka moja
serdeczna przyjaciółka Hela, a którą odwiedziłam w miniony poniedziałek,
zmienił się w istny ul. Ludzie biegają wte i wewte, kupują bukszpan do
ozdabiania koszyków, wielkie drożdżowe baby i mazurki we wszelkich
możliwych postaciach i smakach. Ci zamożniejsi zaopatrują się w smakołyki w eleganckich cukierniach kuszących słodkościami, piernikami,
domkami szwajcarskimi z czekolady i skałami z lodowego cukru.
W tym roku postanowiłam nie ulegać szaleństwu, ale i tak udzieliła mi
się przedświąteczna nerwowość. Posłałam gosposię po mięso i szynkę na
targowisko przy Żelaznej Bramie, Tadka na Bródno po świeże jaja i kapłona oraz do cukierni na Starym Mieście po cukrowego baranka. Helę
zobowiązałam do przyozdobienia kosza na święconkę, choć do dziś wielu
Warszawiaków nosi ją do kościoła na talerzach.
W kuchni od kilku dni huczy ogień pod płytą, a aromat wanilii niesie się
po mieszkaniu. Przygotowujemy tyle, że zastanawiam się, kto to wszystko
zje.
Dziecko we mnie rośnie jak na drożdżach i rozpycha się tak, że co rusz
muszę biegać do ubikacji i niemal zupełnie odechciało mi się jeść. Mam
wrażenie, że każdy najmniejszy kęs staje mi w gardle.
Ale skoro taka tradycja, nie potrafię wyobrazić sobie świąt inaczej.
Żałuję tylko, że nie mamy lodu, jak co niektórzy w piwniczkach dworków i pałaców, by przechować resztki potraw. Dlatego zobowiązałam Marysię,
żeby wszystko, czego nie zdołamy zjeść, rozdała ubogim z naszej
kamienicy. Choć tyle możemy zrobić dla tych nieszczęśników. Nie jesteśmy
bogaczami, ale stać nas na to, by od czasu do czasu podzielić się z innymi tym, co mamy.
Mieszkamy w centrum Warszawy w nowej, wybudowanej zaledwie trzy lata
temu kamienicy przy ulicy Miedzianej 4. To piękny, nowoczesny budynek z balkonami i sporymi oknami, dzięki którym pokoje są widne, a słońce
wpada przez szydełkowe zasłonki już około południa. Nasze mieszkanie na
drugim piętrze jest bardzo ustawne, niewielki balkon wychodzący na ulicę
bardzo mnie cieszy. Lubię, zwłaszcza teraz, w moim stanie, przesiadywać
na nim i przyglądać się przechodniom.
Mamy dwa wygodne, całkiem spore pokoje i małą służbówkę tuż za drzwiami
wejściowymi. Kuchnia nie jest zbyt duża, za to wyposażona w nowoczesny
połyskujący piec żeliwny opalany drewnem i węglem. Mieści też spory
kredens i praktyczny stół do przygotowywania jedzenia, przy którym jada
Marysia. Zastanawiam się tylko, jak będzie nam się żyło, gdy na świecie
pojawi się dzieciątko.
Tadeusz jest tak pochłonięty pracą, że najchętniej by z niej nie
wychodził. Wszystko go interesuje, szczególnie wszelkie nowinki
techniczne, tak że gdyby mógł być w dwóch miejscach naraz, byłby
najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. Mam nadzieję, że po narodzinach
dziecka nie zatraci się w zawodowych sprawach pod pretekstem, że musi
zapewnić nam godne życie.
Na dłuższą metę nie zniosłabym takiej samotności i jego nieobecności. I tak dla maleństwa poświęciłam wiele. Rzucenie studiów było trudną, ale i jedyną słuszną decyzją. Nie po to planujemy powiększenie rodziny, by nie
spędzać czasu z dziećmi -?ufam bowiem, że będzie ich więcej. Nikt nie
ukształtuje i nie wychowa potomka tak jak matka. I nie ma znaczenia, jak
dobra bona nam się trafi, do jak znakomitej szkoły dziecko będzie
uczęszczać. Wychowanie zaczyna się od pierwszych miesięcy w domu i nic
nie zmieni mojej opinii na ten temat. Obecność rodziców w życiu dziecka
jest sprawą najważniejszą. A że Tadek zarabia znośnie, nie mam
wątpliwości, że dokonałam właściwego wyboru.
2
Słońce rozbłysło na niebie tuż przed piątą, zapowiadając piękny dzień.
Mam za sobą kolejną nieprzespaną noc. Przewracałam się w łóżku z boku na
bok, wszystko mnie drażniło i uwierało. W dodatku dłonie i stopy spuchły
mi tak, że palce przypominają serdelki, a włożenie butów stało się
niemożliwe.
Męczy mnie zgaga. Chcę napić się mleka, więc zwlekam się z łóżka. Brnę
do kuchni boso, wsłuchując się w skrzypienie parkietu. Teoretycznie
wiem, która klepka jęknie pod moim ciężarem, a jednak nie potrafię po
cichu dostać się na drugi koniec mieszkania. Mam nadzieję, że nie obudzę
męża, który do późna ślęczał nad gazetą. Najwyraźniej zmęczenie i przepracowanie wynagradza sobie długimi samotnymi wieczorami, których
nie mam odwagi zaburzać. Nic dziwnego, że musi odespać wieczorne
godziny, robię więc wszystko, by nie wyrwać go z objęć Morfeusza. Tym
bardziej że już niebawem noworodek prawdopodobnie nie pozwoli nam
przespać spokojnie nocy.
Nim dom się obudzi, poprawiam stojące na stoliczku pod obrazkiem Matki
Boskiej Częstochowskiej buteleczkę z wodą święconą i miniaturową
cierniową koronę, przyniesione z kościoła w Wielką Sobotę. Potem zrywam
kartkę z kalendarza wiszącego między oknami w salonie i wpatruję się w imiona dzisiejszych solenizantów, zachodząc przy tym w głowę, co
powoduje ludźmi, że nadają dzieciom takie imiona. Zastrzeżeń nie budzą
Julia i Julian, January, Dionizy i Emma, ale już Amancjusz, Asynkryt i Perpet wywołują u mnie wątpliwości. Przez chwilę się zastanawiam, czy
Makaria to imię dla chłopca, czy dziewczynki, po czym moje myśli biegną
ku naszemu małemu Tadeuszkowi, na pamiątkę po ojcu, albo Helence, po
mojej ukochanej stryjence. Zachodzę w głowę, kogo niebawem powitamy na
świecie.
Osobiście wolałabym dziewczynkę, którą mogłabym stroić i ubierać, ale
gdy widzę, jak bardzo Tadek marzy o synu, zrobiłabym wszystko, żeby mu
go dać. Dlatego kilka tygodni temu w skrytości serca postanowiłam, że
jeśli powiję dziewczynkę, szybko zajdę w kolejną ciążę, aby spełnić
marzenie męża.
Lekarz przewiduje, że do porodu zostało mi ledwie kilka dni, i mówi, że
ten czas powinnam spędzić na relaksie i odpoczynku. Tymczasem nosi mnie
po mieszkaniu i już nie mogę się doczekać spotkania z krewnymi.
Marysia w niedzielę ma wolne, a my z dziadem i babą pod pachą, czyli
drożdżową babką i mazurkiem, spędzimy ten dzień z teściami, zwieńczymy
go zaś spacerem po wiosennej Warszawie. Wypicie mleka nie przynosi mi
ulgi, nie wiem już, co mam z sobą począć.
Sięgam po grubą chustę robioną na szydełku, owijam się nią i ostrożnie
otwieram balkonowe drzwi, zastanawiając się, czy jest na tyle ciepło,
żebym mogła się cieszyć rześkim porankiem. O dziwo, aura mi sprzyja i po
chwili wtulona w poduszki na wiklinowym fotelu oddaję się rozmyślaniom,
obserwując pierwszych zaspanych przechodniów.
Warszawa nieśmiało się budzi. Zmęczona niedostatkiem, wojną, wyludniona
i zubożała wraca do życia. Klon pod oknem wypuszcza pierwsze liście, w doniczce kiełkują zasadzone jesienią żółte krokusy, wróble przekrzykują
się w krzewach. Lubię tę porę roku, bo wraz z nią rodzi się nadzieja.
Dni stają się dłuższe i siłą rzeczy człowiek ma więcej zapału do pracy.
Ogarnia mnie dziwny niepokój. Robi mi się na przemian to zimno, to
gorąco, czuję się słaba, oblewają mnie zimne poty, dreszcze wstrząsają
ciałem. Usiłuję nie panikować, ale jestem niemal pewna, że dopada mnie
przeziębienie. Akurat tego mi trzeba!
Ściślej okrywam się chustą i ociężale dźwigam się z fotela. Prostuję
ścierpnięty kręgosłup, odchylając się w tył, i w tym momencie czuję,
jakby coś we mnie pękło i chlusnęło ciepłą cieczą pod nogi. Jednak
panikuję i co sił w płucach wrzeszczę:
-?Tadeusz! Tadeusz!
Mąż oczywiście śpi jak zabity w pokoju i nie słyszy mojego wołania, a ja
nie wiem, co robić. Najwyraźniej praktyczność bierze górę, bo przede
wszystkim myślę sobie, że jeśli wejdę do mieszkania, to zabrudzę nowy
dywan i zachlapię dębowy parkiet. Ponadto obawiam się, że ruch może
sprawić, że dziecko niespodziewanie ze mnie wypadnie. Nie wiem, ile
dokładnie mam czasu do właściwego porodu, ale wreszcie się domyślam, że
właśnie zaczęło się coś, co nasze matki trzymają w tajemnicy i o czym
mówią ściszonymi głosami jak o najświętszym sakramencie. Gdybyż miały
odwagę przygotować nas, młode kobiety, do tego, co nas czeka i przez co
każda musi przejść, z pewnością byłoby nam łatwiej i nie byłybyśmy tak
przestraszone!
Na szczęście moje wołanie słyszy Marysia krzątająca się w kuchni i przygotowująca koszyk z pieczystym, które mamy ze sobą zabrać do
teściów, a raczej mieliśmy zabrać. Obawiam się, że właśnie skończył się
dla nas czas świętowania i oto wkraczam w nową erę macierzyństwa.
-?Pani wołała?
-?A... -?Zwijam się z bólu. Niespodziewanie bierze mnie we władanie
skurcz. Czuję, jakby ogromny wąż owinął mi się wokół talii i ściskał
tak, że do oczu napływają łzy. Chce mi się płakać. Nie tego się
spodziewałam. Nie takiego bólu, przerażenia, bezradności.
Tymczasem Marysia krzyczy wniebogłosy, tak że słyszą ją przechodnie,
którzy z zaciekawieniem zadzierają głowy.
-?Pani rodzi! Ratunku! Pani rodzi!
-?Marysiu, uspokój się -?wyduszam z siebie między kolejnymi skurczami.
-?Rodzi! Dziecko się rodzi! -?drze się Marysia, jakby oznajmiała światu,
że nadchodzi nasz Zbawiciel.
-?Błagam, przestań.
-?Ratunku! Co teraz? Co robić?
-?Cicho bądź! -?usiłuję ją ofuknąć, ale z moich ust dobywa się ledwie
słyszalny jęk.
Opadam na fotel i próbuję zebrać myśli. Wreszcie pojawia się zaspany
Tadeusz, do którego powoli dociera powaga sytuacji. Blednie, oczy robią
mu się coraz większe i patrzy na mnie z niedowierzaniem, zupełnie jakby
nie pojmował, że każda ciąża kończy się porodem.
-?Ty rodzisz?
-?Nie chce być inaczej -?jęczę z trudem, trzymając się za brzuch.
-?Teraz?
-?Tak, teraz! -?denerwuję się.
-?Ale już?!
-?Tak, do cholery ciężkiej! Teraz, już, Tadek, ja rodzę!
-?Ale doktor mówił, że jeszcze czas! -?Nerwowo przestępuje z nogi na
nogę i trze ręką czoło, na którym wystąpiły pierwsze krople potu.
-?Najwyraźniej się pomylił!
-?O Boże! Nic ci nie jest? -?zadaje najgłupsze możliwe pytanie.
-?Zrób coś! A, jak boli!
-?Ale co mam zrobić? Co robić?
-?Pani, postawię wodę na ogniu.
Nie do końca pojmuję, dlaczego gdy kobieta rodzi, najważniejsze wydaje
się zagotowanie litrów wody, ale nie protestuję w nadziei, że
przynajmniej pozbędę się rozhisteryzowanej gosposi.
-?Tak, tak, woda! -?Tadeusz plącze się, jąka i desperacko chwyta
czegokolwiek, byle oddalić od siebie myśl, że oto za chwilę powiję nasze
pierworodne dziecko.
-?Dajcie spokój z wodą! Wezwijcie lekarza!
-?W święta? -?Mąż patrzy na mnie, jakbym postradała rozum.
-?Tak! Przecież nie będę czekać kilku dni, skoro dziecko pcha się na
świat.
-?Ale nie wypada. -?Marysia pojawia się w drzwiach ze światłym
komentarzem i wybałusza na mnie oczy.
-?Leć po doktora -?zdesperowana wydaję polecenie. -?Jeśli nie będzie
mógł przyjść, niech ci powie, po kogo posłać.
-?Ale ja nie wiem, czy trafię!
{: ._idGenObjectAttribute-1} Tadeusz Pietrzykowski, 1918 rok
-?Trafisz! Przecież byłaś ze mną u niego dwa razy. I uspokój się
wreszcie. Oczywiście masz iść do mieszkania, a nie do szpitala. Doktor
zapewniał, że o każdej porze dnia i nocy możemy liczyć na jego pomoc.
-?Ale w święta? -?Marysia ciągle się waha.
-?Do jasnej ciasnej, ruszysz się wreszcie czy mam pójść sama?
Tadeusz, podtrzymując mnie i traktując z taką delikatnością, jakbym była
nadtłuczonym jajkiem, pomaga mi przejść z balkonu do salonu i usiłuje
usadowić na otomanie, na co gwałtownie protestuję.
Tadeusz Pietrzykowski, pierwszy z lewej
-?Nie, nie, zaprowadź mnie do sypialni. Jeszcze tu wszystko zabrudzę.
Tak będzie lepiej i wygodniej.
-?Moim zdaniem powinnaś jechać do szpitala.
-?W tym stanie nawet nie zejdę po schodach!
I tak od słowa do słowa trwa jałowa dyskusja. On upiera się, że szpital
to najlepsze rozwiązanie, Marysia wzdraga się przed przerywaniem
świątecznego poranka rodzinie doktora, a ja... rodzę! Chciałabym, żeby
mama była przy mnie, ale jak na złość wyjechała do ciotki do Antonina.
Po nieskończenie długim czasie zamiast naszego zaufanego lekarza w drzwiach pojawia się okutana chustą starowina, która bardziej przypomina
mi złą czarownicę niż akuszerkę. Jakież są moje zdziwienie i ulga, gdy
po zsunięciu czarnej połatanej szmaty ukazuje się przemiła kobiecina w średnim wieku, która jest tak wyrozumiała, troskliwa i pomocna, że
zdejmuje ze mnie pierwszy strach.
Mimo jej słów otuchy, umiejętnego masażu pleców i stóp, obmacywania
brzucha i nasłuchiwania, zapewnień, że wszystko przebiega zgodnie z planem i nie powinnam się martwić... poród ciągnie się w nieskończoność.
Wreszcie pod wieczór pojawia się wrzeszczący wniebogłosy, czerwony,
pokryty mazią nasz pierworodny. Tadeusz.
Przepełniają mnie duma i szczęście.
Nareszcie jesteśmy rodziną z prawdziwego zdarzenia. Zostałam mamą, dałam
Tadeuszowi upragnionego syna, Tadeusza Juniora.
Jestem wykończona, lecz spełniona i pełna wiary, że przed nami cudowne,
szczęśliwe życie.
Tadeusz Pietrzykowski, 1920 rok
3
Dzieci zmieniają naszą codzienność.
Jest gwarno, radośnie, Tadeuszek rozwija się, rośnie jak szalony, zdrowo
się chowa. A 16 lutego 1922 roku obdarzyliśmy go bratem Juliuszem.
Nasze dotychczasowe mieszkanie pękało w szwach i trudno nam było się w nim pomieścić, Tadeusz znalazł więc dla nas większe, pięciopokojowe
lokum w kamienicy przy ulicy Koszykowej. W pełni możemy czerpać radość z nowego miejsca, tym głębszą, że nareszcie oddychamy pełną piersią w wolnym kraju!
Cieszymy się polskością i wszystkim, co z nią związane.
Moi bracia, Marcjan i Irek, odwiedzają nas regularnie. Zabroniłam rozmów
o polityce i trudnych sprawach w trakcie obiadów, ale zaraz po nich,
zapadając się w wygodnych fotelach, snują opowieści, co ich spotkało na
froncie, przytaczają co rusz nowe historie o tym, jak to dzielnie
walczyli podczas wojny. Wtedy jeszcze nie wiemy, że podczas pierwszej
wojny, a druga czai się tuż za progiem. W legendy obrasta wszystko, co
widzieli, tak że nawet mały Tadeuszek, zasłuchany i zapatrzony w wujów z otwartymi ustami, marzy o karierze w szeregach armii. Podejrzewam, że
połowa tego jest wyssana z palca albo znacznie wyolbrzymiona, jednak
Tadek słucha wujów z przejęciem i z tym większym zachwytem, gdy puszą
się dumnie wbici w mundury i pozwalają mu bawić się orderami.
A ja mam nadzieję, że los nie zgotuje nam kolejnej wojny i synowie nie
będą narażeni na pobyt w okopach, na życie przepełnione strachem, bólem
i głodem.
Póki co Tadka zapisaliśmy do gimnazjum Zamoyskiego11 przy
ulicy Smolnej. Wcześniejsza szkoła na rogu Polnej i Jaworzyńskiej12, do której posłaliśmy go za namową
sąsiadów w wieku sześciu lat, okazała się fatalnym wyborem. Nie dość, że
była daleko, to w dodatku synek po drodze do niej musiał pokonać kilka
dużych skrzyżowań, co wydawało się nam bardzo niebezpieczne.
Teraz mąż, idąc do pracy, odprowadza Tadzia pod drzwi szkoły, a synek po
zakończeniu lekcji sam wraca do domu. Co też nierzadko przyprawia mnie o ból głowy, bo nasz ciekawski chłopiec, zafascynowany a to samochodami, a to końmi, zatrzymuje się przy postoju dorożek, zagaduje woźniców, ogląda
wystawy sklepów albo zwyczajnie bawi się z jakimś bezpańskim kotem czy
psem. Zazwyczaj pojawia się w domu spóźniony, podekscytowany, z nowymi
opowiastkami. Po obiedzie znika w swoim pokoju, by rysować, malować,
szkicować albo pochłaniać kolejne książki.
Wszystko go interesuje, wszędzie wtyka nos i tylko prosi się o kłopoty.
Dziś na przykład zostaliśmy wezwani na dywanik do szkoły i spodziewam
się najgorszego. Co tym razem zmalował Tadeuszek? Nie mam pojęcia.
Zawsze układny, miły, ale też psotny nie pozwala nam się nudzić ani
nawet zaznać spokoju. Jest jednak bardzo pilnym uczniem, którego trudno
oderwać od podręczników i książek, zwłaszcza tych traktujących o historii i przyrodzie. Po cichu marzę sobie, że może zostanie lekarzem,
ale oczywiście nie wypowiadam tego życzenia na głos, bojąc się zapeszyć.
Teściowa twierdzi, że mój mąż był taki sam i mam się nie przejmować, bo
synek wyrośnie z figli. Niestety nie jest w stanie udzielić odpowiedzi
na pytanie kiedy. Nim obaj chłopcy skończą szkołę, będę siwa jak
gołąbek.
Z drugiej strony lubię ich energię i atmosferę panującą w domu, a ich
ciekawość świata i rozliczne pytania sprawiają, że sama staję się go
bardziej ciekawa.
Jak na złość akurat dzisiaj byłam umówiona z Helą, by pobuszować w sklepach w poszukiwaniu letniej sukienki. Za dwa tygodnie wybieramy się
na ślub mojej siostry i chciałabym zaprezentować się jak najlepiej. Nie
mam odwagi wystąpić w jednej z tych modnych krótkich sukienek obszytych
frędzlami i cekinami, ale marzy mi się mała czarna w stylu Coco
Chanel13 w połączeniu z długimi rękawiczkami i sznurem pereł.
Nasza rodzinna suknia ślubna przekazywana jest z pokolenia na pokolenie.
Ślubowała w niej babcia, matka przysięgała w niej wierność ojcu, ja
obiecywałam Tadeuszowi dozgonną miłość, a teraz siostra, poszerzywszy ją
jedwabnymi klinami, stanie w niej na ślubnym kobiercu.
Lubię te nasze rodzinne tradycje. Kołyski, śpioszki, drewniane zabawki
krążące po rodzinie. Mamy poczucie, że nic się nie marnuje, że dzielimy
się wszystkim i się wspieramy. Ponadto to ogromna oszczędność środków i starań, dzieci przecież tak szybko ze wszystkiego wyrastają.
W szkole pachnącej pastą do polerowania podłóg panuje złowroga cisza, w której skrzypienie butów na posadzce wydaje się jeszcze donośniejsze i bardziej dokuczliwe. Tylko od czasu do czasu dociera do nas podniesiony
głos jednego z profesorów, który z werwą tłumaczy dziatwie matematyczne
zawiłości, co rusz zżymając się, że ta nie potrafi nauczyć się tabliczki
mnożenia.
Jakież jest nasze zdumienie, gdy zamiast do gabinetu dyrektora trafiamy
przed oblicze nauczyciela plastyki. Zachodzę w głowę, co mogło się
wydarzyć na ulubionych lekcjach Tadeusza. Mam nadzieję, że nie popełnił
karykatury któregoś z nauczycieli. Z pewnością zaś nie zakładam, że
usłyszę coś takiego:
-?Jest mi niezmiernie przykro, że państwa fatygowałem, ale wydarzyło się
coś bardzo nieprzyjemnego.
Profesor, niski, kościsty, z okularami ledwie się trzymającymi na czubku
nosa, z zegarmistrzowską precyzją ostrożnie wyjmuje z teczki rysunek
przedstawiający galopującego konia z jeźdźcem.
-?Tak?
Z ciekawością pochylamy się z mężem nad dziełem, analizując jego detale,
i po chwili zaskoczeni wypalamy jednocześnie:
-?Przepraszam, ale nie rozumiem, w czym rzecz. -?Tadeusz się prostuje.
-?O co chodzi? -?Chwytam kartkę i przyglądam się rysunkowi z bliska, by
wreszcie ponownie położyć go na teczce.
-?Proszę spojrzeć.
Profesor podtyka nam rysunek pod nos.
Przyglądam się szkicowi, nie pojmując, co z nim jest nie tak i co tak
wzburzyło wykładowcę. Koń ma cztery nogi, rozwianą grzywę i długi
powiewający na wietrze ogon, jeździec w orientalnym stroju spogląda
przed siebie, wymachując szamszirem. Rysunek jest piękny. Oddaje ruch,
emocje, z przyjemnością oprawiłabym go i powiesiła na ścianie.
-?Przepraszam, ale nie wiem, w czym problem -?mówię niepewnie, wpatrując
się w nauczyciela.
-?Tadeusz twierdzi, że sam go narysował -?pada oskarżenie.
Nadal nie dociera do mnie powaga sytuacji. Widziałam niejeden malunek
syna i za każdym razem zachodzę w głowę, po kim odziedziczył talent.
-?Jeśli tak mówi, to z pewnością tak jest. -?Mąż wzrusza ramionami,
najwyraźniej uważając rozmowę za bezprzedmiotową.
-?Obawiam się, że się państwo mylą. Nigdy nie widziałem, żeby
dziewięciolatek, dziesięciolatek, ba, piętnastolatek narysował coś
podobnego.
-?Syn pięknie rysuje, więc mnie to nie dziwi.
-?Ależ proszę państwa, skąd niby taka koncepcja? Koń i jeździec jak z obrazów Matejki.
-?Byliśmy z Tadeuszem w kinie na Ben Hurze14, zapewne stąd
czerpał inspirację. -?Tadeusz coraz bardziej się niecierpliwi. -?Czy pan
o coś podejrzewa naszego syna? -?W jego głosie pobrzmiewa irytacja.
-?Szczerze mówiąc, poprosiłem państwa o przybycie, bo chciałem się
upewnić, że młodemu człowiekowi nikt nie pomagał.
-?Zapewniam pana, że nie! -?mówi mąż dobitnie. -?Ani ja, ani żona, mimo
szczerych chęci, nie mamy takich umiejętności.
-?A może syn spotyka się z kimś, kto...
-?Co pan insynuuje?
-?Nie śmiałbym! -?Człowieczek kurczy się w sobie, okulary zsuwają mu się
jeszcze niżej na nosie.
-?Po co więc to całe zamieszanie?
-?Najmocniej państwa przepraszam -?sumituje się. -?Może niepotrzebnie
uległem emocjom...
-?Najwyraźniej!
-?Ale jak żyję, Bóg mi świadkiem, nie spotkałem tak utalentowanego
młodego człowieka. A niejedno już widziałem! Mają państwo perłę!
Diament! To po prostu niebywałe!
-?Miło nam to słyszeć. -?Gwałtownie schodzi ze mnie napięcie, a zastępują je duma i zadowolenie.
-?To nowy Kossak! -?wykrzykuje profesor z ekscytacją. -?Proszę nie
zmarnować tego talentu. Muszą państwo wiedzieć, że ten diament trzeba
tylko szlifować! -?Zapowietrza się i powtarza: -?Tak, szlifować!
-?Bardzo dziękujemy za te słowa, to wiele dla nas znaczy. Jednak nadal
nie rozumiem, po co nas pan wzywał. -?Mąż sięga po kapelusz, dając do
zrozumienia, że pora kończyć spotkanie.
-?Kochanie, pan chciał być dla nas miły.
-?Tak, tak, chciałem jak najlepiej, choć pewnie niepotrzebnie naraziłem
państwa na nerwy. Najmocniej przepraszam. Nie mogę dać wiary, że wśród
moich uczniów pojawił się chłopiec z takimi umiejętnościami.
-?Jeszcze raz dziękujemy za uznanie.
Tadeusz wstaje, podaje nauczycielowi rękę i żegna się pospiesznie
zapewne w obawie, że zaleje nas profesorski słowotok przeplatany achami
i ochami, podszyty z jednej strony niedowierzaniem, a z drugiej
zaklinaniem.
-?Proszę obiecać, że wezmą sobie państwo do serca moje słowa i nie
pozwolą, by syn zmarnował talent.
-?To akurat możemy zrobić. -?Uśmiecham się promiennie.
-?Tak, tak -?zgadza się mąż. -?Bardzo przepraszam, ale zrobiło się późno
i muszę wracać do pracy.
-?Miło usłyszeć od kogoś, kto na co dzień zajmuje się sztuką i edukacją
młodych ludzi, że nasz syn jest wyjątkowo uzdolniony -?mówię polubownie,
robiąc długi krok w stronę drzwi. -?Zapewniam pana, że wspieramy i będziemy wspierać wszystkie jego pasje i zainteresowania. O to może być
pan spokojny.
Wychodzimy ze szkoły rozgadani i nieco rozbawieni całą sytuacją. W mieszkaniu czeka na nas Tadeusz, równie zaniepokojony jak my przed
wyjściem. Jestem pewna, że po wielekroć zrobił rachunek sumienia,
zastanawiając się, co mają mu do zarzucenia nauczyciele.
-?Mówiłam ci, że to nieodpowiedni film! -?Śmieję się w głos. -?I masz za
swoje. Zachciało mu się rysować wojowników.
-?Jasny gwint! -?Tadek nie jest jednak w tak pogodnym nastroju jak ja. -
Naprawdę się denerwowałem. W końcu chłopcy mają przedziwne pomysły.
-?Tak, tak -?zgadzam się potulnie. -?Bijecie się po kątach, łobuzujecie,
robicie głupie dowcipy i nadmuchujecie żaby.
-?O to akurat Tadka nie posądzam.
-?Nasz miłośnik zwierząt by tego nie zrobił, to prawda. A wiesz, że
ostatnio zwierzył mi się, że jak dorośnie, założy ogród zoologiczny?
-?Jeszcze tego brakowało! -?Mąż wybucha śmiechem. -?Wyobrażam sobie te
wszystkie konie, węże, słonie i żyrafy... Podejrzewam, że musiałabyś
wszystko koordynować, skoro jego samego trzeba stale zaganiać do
porządków. Nie wydaje mi się, żeby nasi chłopcy byli wytrwali w takich
pracach. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić Tadka pchającego taczkę z gnojem.
Śmiejemy się i ustalamy, że w najbliższą sobotę wybierzemy się na targ
koński pod miastem albo na targ rybny do Hali Mirowskiej, choć z powodu
zapachów wolałabym je omijać szerokim łukiem.
Dla synów to jednak wielka frajda, a czegóż człowiek nie robi dla
dzieci, mimo że, szczerze mówiąc, wolałabym posiedzieć u teściów15 na Grójeckiej. Synowie zaprzyjaźnili się z chłopcami
po sąsiedzku, całą bandą ganiają po sadzie i wspinają się na drzewa.
Bawią się w Indian i pionierów, a z suchych gałęzi i kamieni
zgromadzonych w kącie ogrodu zbudowali twierdzę zwieńczoną flagą z babcinej ścierki do naczyń.
Prawda jest taka, że w pełni korzystamy z uroków, jakie oferuje stolica.
W poszukiwaniu paryskiego szyku chodzimy na dancingi do Oazy, najlepszej
restauracji przy Wierzbowej 9, która już z daleka przyciąga wzrok
połyskującymi neonami, na lody w Alejach Jerozolimskich i na oranżadę na
basenach Legii. Do Ogrodu Saskiego i na plażę przy Moście
Poniatowskiego, do kin i teatrów. Zabieramy dzieci do muzeów, na wystawy
do Zachęty, do zoo i na róg Ordynackiej i Okólnik do cyrku
Staniewskich16. Ten czteropiętrowy kolos, mogący pomieścić
trzy tysiące ludzi, jest jedną z największych atrakcji miasta, którą
uwielbiają nie tylko dzieciaki. Klauni, akrobaci, pocieszne zwierzęta,
które wbrew naturze robią to, czego oczekują od nich ludzie, nie
wspominając o wodnej arenie.
Za sprawą znajomości Tadeusza byliśmy nawet w Obserwatorium
Astronomicznym Uniwersytetu Warszawskiego, co zrobiło na mnie kolosalne
wrażenie, a patrzenie w gwiazdy nabrało nowego wymiaru.
Warszawa jest zaskakująca i taka nieoczywista. To mieszanka blichtru,
elegancji, bogactwa i okropnej biedy, przeplatana nowinkami
technicznymi, tętniąca tańcami. Po zakończeniu wojny miasto rozkwita jak
bukiet tulipanów wystawiony na słońce. Pulsuje życiem, wszędzie się
buduje i remontuje. Do miasta ściągają nowi mieszkańcy w nadziei na
lepsze i wygodniejsze życie.
Zajezdnia Elektrycznych Kolei Dojazdowych.
Prezentacja linii kolejowej Warszawa-Grodzisk i obiektów zaplecza dla
specjalnych gości oraz dziennikarzy, wrzesień 1927. APW 72/1630. Zbiór
fotografii Zdzisława Marcinkowskiego, sygn. 1910 (Archiwum Państwowe w Warszawie)
Tadeusz wieczorami puszcza nam na gramofonie ulubionego George'a Gershwina, Ordonównę... Jazzowe nuty wkradają się do naszego życia i sprawiają, że czujemy się nowocześni i wyjątkowi.
Mąż co rusz chwyta mnie i przyciąga ku sobie, całuje w czubek głowy,
żebyśmy po chwili, przytuleni w powolnym tańcu, mogli zatracić się w sobie, gubiąc krok i delektując się każdą wspólną chwilą. Śmiejemy się,
żartujemy, z radością patrzymy na dorastające dzieci, snujemy plany na
przyszłość, a wieczorami popijamy słodki likier. Jest bajkowo.
Rodzina Pietrzykowskich, Sylwina w środku w czarnej sukience
4
Jestem przerażona, zestresowana, nie potrafię znaleźć sobie miejsca.
Pamiętam tamte chwile, jakby dopiero co się wydarzyły. Jeszcze kilka dni
temu nic nie zapowiadało nieszczęścia, które teraz mrocznym cieniem
kładzie się na naszej rodzinie.
6 października 1927 roku zmarł mój ukochany, cudowny, troskliwy, dobry,
opiekuńczy mąż. Moja opoka i najlepszy przyjaciel. Człowiek, któremu
ufałam najbardziej na świecie, dla którego byłam skłonna poświęcić
wszystko. Mężczyzna, który wniósł do mojego życia radość, optymizm,
poczucie bezpieczeństwa, sprawił, że otworzyłam się na ludzi, prowadził
mnie przez kolejne dni, zapewniając wszystko, czego mi było trzeba.
Odszedł ukochany tata, wielki autorytet dla synów, którzy pogrążeni w smutku nie potrafią zrozumieć, co właściwie się stało. Nic nie
zapowiadało nieszczęścia.
Jeszcze 25 września, wystrojeni i szczęśliwi, byliśmy na otwarciu Domu
Kolejarza17. Co prawda podczas bankietu Tadeusz skarżył się na
ból głowy, ale sądziłam, że to z pewnością przez nagłą zmianę pogody i ciśnienia nie czuje się najlepiej. Wymknęliśmy się z uroczystości i wróciliśmy do domu wcześniej, niż planowaliśmy.
Mąż położył się do łóżka bez kolacji, zapewniając, że nie jest głodny i bardziej niż jedzenia potrzebuje odpoczynku. Mój kochany uparciuch
oponował i zapierał się, że migrena zaraz minie, więc nie będzie zażywał
żadnej tabletki. Nawet mnie ofuknął, że niepotrzebnie panikuję.
Wzruszyłam ramionami, wychodząc z założenia, że moje naciski mogą tylko
doprowadzić do kłótni, i bez słowa poszłam do kuchni zaparzyć herbatę.
Gdy z filiżanką parującego naparu wróciłam do sypialni, Tadeusz już
smacznie spał. Odstawiłam naczynie na stolik nocny, otuliłam szczelnie
pierzyną mężowskie plecy i na palcach przeszłam do salonu, by posłuchać
radia18.
Ten cud techniki pojawił się w naszym domu przed kilkoma miesiącami.
Gromadził nas przy odbiorniku, wprawiając w osłupienie, że oto nagle
ktoś obcy mówi w naszym domu, że możemy słuchać muzyki już nie tylko z gramofonu i że z głośnika sączą się wiadomości o świecie.
Gdybym tylko wiedziała...
W nocy Tadek zaczął mamrotać przez sen i rzucać się na łóżku. Gdy
przyłożyłam mu dłoń do czoła, odkryłam, że jest rozpalony gorączką.
Zaraz pobiegłam do wiszącej za kuchennymi drzwiami szafki z apteczką i przeglądając w pośpiechu buteleczki, sięgnęłam po termometr i aspirynę,
która przed laty okazała się tak skuteczna podczas epidemii hiszpanki i którą odtąd zawsze mam pod ręką.
Nie przejmowałam się specjalnie przeziębieniem Tadka, bo niejedno już
mieliśmy za sobą. Bardziej się niepokoiłam, gdy chorowali chłopcy,
zwłaszcza gdy byli całkiem mali. Przetrwaliśmy hiszpankę, która
dziesiątkowała ludzi, zamykała szkoły i przedsiębiorstwa, przyczyniając
się do załamania gospodarki, więc ta sytuacja nie wydawała mi się
groźna.
Poza tym wszyscy regularnie piliśmy paskudny tran, dobrze się
odżywialiśmy i uprawialiśmy sport. Tadeusz każdego poranka ćwiczył, a w wolnych chwilach, zwłaszcza w wakacje, grał z przyjaciółmi w piłkę nożną
na pobliskim placu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki