Rozdział 1
Pół roku wcześniej
MAY
Gdyby nie głos profesora Jablonsky'ego oznajmiający koniec dzisiejszego wykładu, zasnęłabym z głową schowaną w ramionach. Nie to, żebym nie lubiła pogadanek na temat literatury antycznej, ale lekcja była naprawdę nudna, a ja dzisiaj wyjątkowo zmęczona. Znów nie spałam pół nocy i miałam ochotę walić głową w ścianę, żeby się rozbudzić.
Podniosłam się ociężale z krzesła, spakowałam swoje rzeczy, a potem czym prędzej wyszłam z dusznej sali. Przed ostatnim wykładem chciałam znaleźć Sophie i zamienić z nią parę słów, ale nim zdążyłam pomyśleć, w którą stronę powinnam iść, poczułam, jak telefon wibruje mi w tylnej kieszeni dżinsowych spodni. Wyjęłam go i stanęłam pod ścianą, żeby odczytać esemesa i nie zostać przy tym staranowaną.
Sophie: Pani Kingston odebrała telefon, że jej córka rodzi. Odwołała wszystkie zajęcia z algebry. Mam lukę! :D Chyba urwę się potem z ekonomii.
Matematyka to był mój ostatni moduł, więc dobrze się złożyło. Leo za czterdzieści minut kończył lekcje. Przed pracą miałam trochę czasu, więc postanowiłam, że sprawię bratu niespodziankę i odbiorę go ze szkoły, a później zrobimy zakupy, żebyśmy mieli co zjeść na kolację.
Oby tylko ojciec nie zapomniał przelać tych pieniędzy. Inaczej będziemy dzisiaj głodować, pomyślałam.
Zabrałam z szatni katanę oraz apaszkę w kwiaty i ubierałam się, śpiesząc na przystanek. Nienawidzę ścigać się z czasem, żeby tylko zdążyć na autobus. Kursują co godzinę, więc spóźnienie całkowicie pokrzyżowałoby mi plany, a dotarcie na najbliższy przystanek zajmowało zazwyczaj dziesięć minut.
Kiedy minęłam główne drzwi budynku Fleming Hall, jęknęłam w duchu. Natychmiast zdjęłam z siebie chustkę. Słońce grzało niemiłosiernie, a ta, przewiązana na mojej szyi, sprawiała, że było mi jeszcze bardziej gorąco. No co za upał! Zaczął się już wrzesień, temperatura mogłaby spaść o te kilka stopni. Wszyscy byliby wtedy o wiele szczęśliwsi.
Za pierwszym zakrętem uznałam, że w takim tempie nie dotrę na czas. Otarłam kropelki potu z czoła, w gardle czułam suchość. Butelka wody mineralnej skończyła mi się przed końcem lunchu, natomiast później nie pomyślałam, żeby podejść do automatu i kupić kolejną. Teraz musiałam się męczyć, dopóki nie dotrę do jakiegoś sklepu. Wzięłam kilka głębszych oddechów, a potem zaczęłam biec. Z torbą na ramieniu i balerinami na nogach nie było to wcale łatwe. Co paręnaście stóp zwalniałam do szybkiego marszu. Nie chciałam, żeby ktoś później zeskrobywał moje roztopione ciało z chodnika. To byłby dla niego zapewne duży kłopot.
Kiedy dotarłam do Marina Street, dostrzegłam przystanek. Autobus powinien przyjechać za dwie minuty, więc dalej szłam już bez pośpiechu. Wraz ze mną do pojazdu wsiadało kilku studentów, których względnie kojarzyłam z uczelni. Wiele osób jeździło tą linią, głównie dlatego, że przemierzała dość spory kawałek miasta. Na moje szczęście, a raczej wszystkich podróżujących ze mną ludzi, było tutaj udogodnienie w postaci klimatyzacji. Inaczej chyba nie przeżyłabym tych trzydziestu minut drogi.
Usiadłam na wolnym miejscu przy oknie, a potem wyciągnęłam z plecaka książkę, którą aktualnie czytałam. Uśmiechnęłam się na widok cudnej okładki nowszego wydania Emmy Jane Austen i otworzyłam na stronie zaznaczonej zakładką. Nim dałam się jednak pochłonąć lekturze, spojrzałam w okno, bo akurat przejeżdżaliśmy obok rzeki. Kanawha znajdowała się w centrum Charleston. Dzieliła miasto na pół. Za charakterystyczny element uznawano główny most znajdujący się kawałek dalej. Uważałam go za trochę przestarzały, choć nadawał nieco klimatu. Czasami obserwowałam zakochane pary, które przyczepiały kłódki skrywające najróżniejsze sekrety i potem wrzucały klucz do rzeki. To w pewnym sensie romantyczne. Sama marzyłam, żeby kiedyś stanąć tam z miłością swojego życia i zrobić coś takiego. Był tylko jeden problem - w nikim się nie zakocham ani nikt nie zakocha się we mnie. Nigdy.
Natychmiast otrząsnęłam się z tych myśli i wróciłam do książki. Nim spostrzegłam, minęło pół godziny. Usłyszałam nazwę przystanku: Littlepage Terrace, więc gdy tylko drzwi się rozsunęły, wysiadłam na prażące słońce. Rozejrzałam się, bo chwilowo straciłam orientację. Niełatwo było się skupić, czując tak potworny skwar. Powachlowałam twarz i już chciałam przechodzić przez ulicę, gdy ze skrzyżowania wyjechał z piskiem opon brązowy lśniący SUV i pognał wprost na czarne porsche jadące z naprzeciwka, jakby obrał je za metę wyścigu. Cofnęłam się przerażona na chodnik i krzyknęłam, a po chwili usłyszałam potężny huk. Odłamki szkła i metalu posypały się na wszystkie strony, a zmasakrowane auto zaczęło dachować. Sprawca, jak gdyby nigdy nic się nie stało, wjechał na prawidłowy pas, zwolnił do odpowiedniej prędkości i po prostu się oddalił. Śledziłam go wzrokiem, całkowicie oszołomiona, dopóki nie zniknął za kolejnym zakrętem. W uszach mi świszczało, a w płucach brakowało powietrza. Patrzyłam na to wszystko z szeroko otwartymi ustami, nie mogąc uwierzyć, że byłam świadkiem wypadku. Takie rzeczy zdarzały się codziennie, ale nigdy na moich oczach.
Rozejrzałam się nerwowo, czy nic nie jedzie, i na drżących nogach wyszłam na drogę. Podeszłam do rozbitego samochodu. W liceum ćwiczyliśmy zachowanie w takich sytuacjach, na szkoleniu BHP w pracy także, więc zasady pierwszej pomocy miałam w małym palcu, ale teraz...? Teraz wszystko uleciało mi z głowy. Wiedziałam jedynie, że sama nie dam rady. Potrzebowałam pomocy.
- Ej, wy! - krzyknęłam do nastolatków stojących niedaleko. - Musicie mi pomóc. Trzeba ratować rannych!
Mieli to gdzieś. Pobiegli w popłochu w drugą stronę. Gdybym znajdowała się w lepszym stanie, zaczęłabym się zastanawiać nad ich zachowaniem. Tym razem musiałam jednak przełknąć gorzką wiązankę przekleństw, jaka cisnęła mi się na usta, i skupić się na obecnej sytuacji.
Nie było ognia ani przeszkód, które uniemożliwiałyby dostanie się do auta.
Zanim zajrzałam do środka, pierwsze, co zrobiłam, to wybranie numeru na pogotowie.
- Pogotowie ratunkowe w Charleston, w czym mogę pomóc? - zapytała kobieta ciepłym, łagodnym głosem.
- D-dzień dobry, potrzebna j-jest karetka, natychmiast! Na skrzyżowaniu... - zerknęłam szybko na tablicę - ...Washington Street z Lowa Street zderzyły się dwa samochody, jeden uciekł z miejsca zdarzenia, a kierowca drugiego pojazdu jest prawdopodobnie ciężko ranny. Proszę przysłać karetkę!
- Dobrze, ale najpierw proszę się uspokoić.
- Jak mam być spokojna, kiedy właśnie umiera człowiek! - warknęłam.
- Panika nic tutaj nie da, jedynie wszystko utrudni. Niech pani wciągnie powietrze nosem, a potem wypuści ustami.
Zrobiłam tak, jak kazała.
- Jak się pani nazywa i ile ma pani lat?
- May Shannon, dwadzieścia jeden - odpowiedziałam szybko.
Usłyszałam dźwięk uderzania palców o klawiaturę.
- Czy jesteś bezpieczna? Nic ci nie grozi? Nie jesteś ranna?
- Nie. - Pociągnęłam nosem. - Jestem cała. To stało się tak nagle.
- Czy przejeżdżają obok samochody? Jeśli tak, proszę pomachać ręką i dać znak, żeby ktoś się zatrzymał. Sama możesz nie dać rady pomóc rannym. Możesz określić, ilu ich jest?
- Nikt t-tędy nie jedzie. Kawałek dalej jest zamknięta d-droga przez budowy. Nie ma tutaj dużego ruchu.
Z komórką przy uchu podeszłam bliżej rozbitego auta, omijając jego zniszczone elementy. W powietrzu unosił się odór palonej gumy. Myślałam, że za moment zwrócę śniadanie. Drzwi od strony kierowcy stały otworem. W środku siedział tylko jeden mężczyzna z rozciętym łukiem brwiowym.
- W samochodzie jest tylko jeden człowiek. Ranny kierowca - powiedziałam, starając się oddychać i nie wpadać w panikę.
- Pogotowie powinno dotrzeć za dziesięć minut. Proszę pozostać na miejscu zdarzenia. Sprawdź, czy poszkodowany oddycha i czy jest przytomny. Jeśli będzie trzeba, proszę spróbować wyciągnąć kierowcę z pojazdu, a następnie wykonać resuscytację. Gdyby ktoś przejeżdżał obok, z bezpiecznej odległości spróbuj go zatrzymać. Zachowaj ostrożność.
- Dobrze, dziękuję. - Głos zaczynał mi się łamać, a w oczach poczułam łzy.
- Proszę się nie martwić i nie rozłączać. W razie czego wytłumaczę, co zrobić.
Pokiwałam głową, mimo że ta kobieta wcale tego nie widziała. Drżącymi dłońmi chwyciłam delikatnie nadgarstek mężczyzny, aby zmierzyć puls dwoma palcami. Na szczęście go wyczułam. Na wszelki wypadek przysunęłam ucho do lekko rozchylonych warg rannego. Oddychał.
- On żyje, a-ale jest nieprzytomny - wymamrotałam do telefonu.
- Dobrze. Teraz określ mniej więcej jego obrażenia i jak bardzo być one poważne. Kontroluj cały czas, czy klatka piersiowa poszkodowanego się porusza.
Zmierzyłam wzrokiem jego ciało, próbując znaleźć głębsze rany. Była. Jedno ogromne rozcięcie na nodze. Skrzywiłam się, choć bardziej z braku możliwości jakiejkolwiek pomocy niż z powodu metalicznego zapachu krwi. Odwróciwszy głowę, trafiłam wzrokiem na pasy, które najprawdopodobniej uratowały mu życie. Teraz natomiast uwierały go, utrudniając oddychanie. Chciałam je odpiąć, ale się zacięły.
- Halo? May? Co się tam dzieje? - zapytała dyspozytorka.
- Pasy uciskają. Przez nie ciężej mu oddychać. Co mam robić? - wychlipałam, kompletnie przerażona.
- Rozejrzyj się za czymś ostrym, czym będziesz mogła je przeciąć. Bądź przy tym ostrożna.
Miałam zamiar zacząć przeszukiwać dostępne schowki w samochodzie, ale wolałam nie marnować czasu. Chwyciłam z ziemi ostry kawałek zbitego lusterka. Nagle syknęłam, czując ostre ukłucie. Krew powoli spłynęła mi po dłoni i skapnęła na asfalt.
- Wszystko w porządku?
- Tak. Przecięłam się tylko szkłem. To nic takiego.
Kiedy cięłam taśmę, powieki chłopaka zaczęły drgać, a z jego ust wydobyły się jęki bólu.
- Jak się pan nazywa? - zawołałam, potrząsając lekko jego ramieniem. Nie powiem, nie było łatwo się z nim porozumieć. Mruczał coś pod nosem, może na moment uchylił powieki, jednak za chwilę znów je zamknął. - Obudził się, ale tylko na moment. Nie łapie kontaktu.
- Dobrze, próbuj co chwilę do niego mówić. Jestem pewna, że teraz będzie w porządku. Karetka powinna być za moment.
Zerknęłam na mężczyznę, zagryzając wargę prawie do krwi. Uklęknąwszy na ziemi, wsunęłam głowę do samochodu i w miarę możliwości przyjrzałam się dość poważnej ranie na prawej nodze poszkodowanego. Wolną ręką wyjęłam z torebki chustkę w kwiaty, po czym przewiązałam nią jego udo, żeby choć trochę zatamować krwawienie. Walczyłam z atakiem paniki, który próbował opanować moje ciało. Tym bardziej, kiedy on... on przestał oddychać. Zaczęłam przeraźliwie płakać, niemal szlochać, zapominając o kobiecie po drugiej stronie słuchawki.
- May, uspokój się. Jestem tu z tobą. Co się dzieje?
- On przestał oddychać! On umiera! - krzyknęłam do niej.
- Nie pozwól, żeby panika tobą zawładnęła. Dasz radę mu pomóc. Postaraj się wyciągnąć...
- Co tu się stało? Może pomogę - odezwał się głos za mną. Był to jakiś mężczyzna, który zatrzymał się autem nieopodal.
- Powiedz temu, kto podszedł, żeby pomógł ci wyciągnąć go z wnętrza pojazdu.
- Trzeba... on nie oddycha. Dyspozytorka mówi, byśmy ułożyli go na chodniku. Sama sobie nie poradzę.
- Znam chwyt Rauteka1. Jestem przeszkolony - oznajmił mi i jednocześnie dyspozytorce.
- Ja też znam - chlipnęłam. - Wiem, co robić.
Odłożyłam komórkę na ziemię, po czym chwyciłam nieprzytomnego pod pachy i ustabilizowałam jego głowę oraz szyję, zaś mężczyzna ostrożnie wysunął jego nogi i razem ułożyliśmy go na chodniku przy murze. Szybko udrożniłam poszkodowanemu drogi oddechowe, sprawdziłam jeszcze raz, czy na pewno się nie pomyliłam, czy faktycznie on nie oddycha. Kiedy byłam pewna, że nie, zaczęłam resuscytację. Trzydzieści uciśnięć, dwa wdechy. Cykl powtarzałam kilka razy, krzycząc do mężczyzny jak w jakimś transie:
- Żyj, żyj, nie możesz umrzeć, walcz! - Próbowałam przelać w niego jakimś cudem energię. Życie.
Ten facet, który przyszedł z pomocą, stał obok i rozmawiał z kobietą z pogotowia.
Byłam cholernie zmęczona, wystraszona, ale i zdeterminowana - dlatego nie przestawałam. Gdy usłyszałam sygnał karetki, ponownie sprawdziłam, czy chłopak oddycha. Niestety. Dopiero w połowie następnej rundy uciśnięć nabrał głęboko powietrza, a ja opadłam tyłkiem na asfalt, nie zważając na odłamki metalu, i zaczęłam płakać z ulgi.
- Słyszy mnie pan? Pomoc za chwilę będzie. Proszę się nie ruszać! - powiedział mężczyzna do ledwie żyjącego chłopaka. - Świetna robota. - Te słowa chyba skierował do mnie, bo poklepał jeszcze moje ramię i ruszył w kierunku zatrzymującego się pogotowia.
Podbiegło do nas kilku ratowników, ale ja już nie byłam w stanie rejestrować tego, co działo się dookoła. Słyszałam tylko, jak zadawali mi pytania, próbowali coś ze mnie wyciągnąć, jednak szok opanował moje ciało do tego stopnia, że przez chwilę nie miałam zielonego pojęcia, gdzie się znajduję i co się wydarzyło. Jakaś kobieta pomogła mi wstać z miejsca.
- Zawiezie ją pan do szpitala imienia Pamięci Thomasa? Trzeba opatrzyć tę rękę - usłyszałam jej głos.
- Tak, oczywiście. Czy policja zajmie się tą sprawą? Jestem prawnikiem.
- Najprawdopodobniej. Tym bardziej że, jak podała nam dziewczyna, sprawca uciekł z miejsca zdarzenia.
- Dziękuję.
Nie pamiętam, jak wsiadałam do samochodu. Chyba zasnęłam i obudziłam się w szpitalu, mając na twarzy maseczkę z tlenem, a na ręku bandaż. Ktoś nagle zdjął mi maskę. Była to uśmiechnięta pielęgniarka, która teraz sprawdzała moje parametry życiowe. Gdy odeszła na bok, tym razem zobaczyłam przed sobą lekarza.
- Dzień dobry, panno Shannon. Jestem doktor Greg Hudson. Jak się pani czuje?
Popatrzyłam na mężczyznę, który nie wyglądałby na lekarza, gdyby nie miał na sobie białego kitla,. Może przekroczył już trzydziestkę, ale był naprawdę przystojny.
- Dobrze. Jak... jak ja się tu znalazłam?
- Została pani świadkiem wypadku samochodowego. Uratowała życie kierowcy. Doznała pani jednak ogromnego szoku i ratownicy medyczni nie mogli się z panią porozumieć. Pani ręka zresztą wcale nie wyglądała dobrze. Musieliśmy zszyć ranę. Zostanie pani jeszcze tutaj kilka godzin. Niech pani odpocznie, nabierze sił. Potem znów przyjdę sprawdzić, co z dłonią. - Posłał mi pocieszający, choć sztuczny, lekarski uśmiech.
Nim zdążył wyjść z sali, zapytałam:
- A co z tym rannym człowiekiem? Żyje?
- Nie mogę zdradzać szczegółów. Jednak jest tutaj ktoś, kto chciałby z panią porozmawiać.
Nacisnął klamkę i otworzył drzwi. Przez próg przeszła elegancko ubrana kobieta, której nigdy wcześniej nie widziałam. Poczułam się przy niej jak bezdomna. Byłam cała brudna, w niektórych miejscach poplamiona krwią, a na bluzce dostrzegłam dwie dość widoczne dziury.
- Dzień dobry. Nazywam się Lydia Calloway i jestem matką poszkodowanego. - Uśmiechnęła się do mnie ciepło, natomiast ja wytrzeszczyłam oczy, bo takiego obrotu spraw się nie spodziewałam.
I pomyśleć, że jeszcze kilka godzin temu jechałam autobusem z uczelni do pracy, czytając książkę. Ha!
- O cholera. - Odruchowo zakryłam zabandażowaną ręką usta.
- Coś się stało? Wezwać z powrotem lekarza? - zmartwiła się i zaczęła już wstawać z krzesła.
Pokręciłam głową.
- Ja... ja muszę wracać do domu. - Ściągnęłam z siebie nakrycie szpitalne i zaczęłam niezdarnie wstawać z łóżka. - Mój brat jest sam. Powinnam być teraz w pracy. Nie będą wiedzieć, gdzie jestem.
Kiedy chciałam stanąć na nogi, na ramieniu poczułam ciepłą dłoń tej kobiety. Spojrzałam na nią wystraszonym wzrokiem.
- Szpital już poinformował twojego pracodawcę o twoim pobycie tutaj. Za chwilę ktoś powinien przyjechać.
- A mój brat?
- Z tego, co udało mi się podsłuchać, jakaś jego opiekunka ma się nim zająć do twojego powrotu. - Uśmiechnęła się niewymuszenie.
Odchrząknęłam.
- To nie opiekunka, tylko sąsiadka i moja szefowa. Czasami zajmuje się Leo.
Lydia przytaknęła, nie zagłębiając się bardziej w tę sprawę. Dziękowałam jej za to w duchu.
Obydwie chwilę milczałyśmy. Było mi trochę niezręcznie. Nie znałam tej kobiety. To matka chłopaka, którego uratowałam z wypadku, a ona tu siedziała jak gdyby nigdy nic i ze mną rozmawiała. Czy takie rzeczy nie dzieją się tylko w filmach? Czy ona nie powinna być teraz przy tym mężczyźnie zamiast przy mnie?
- Czy mogę spytać, co z synem?
- Jase ma się już lepiej, jest teraz w prywatnej klinice i czeka na operację. - Westchnęła ze smutkiem. - Chciałabym ci podziękować. To mój ukochany syn, a gdyby nie ty, mogłabym go stracić. Cudowne jest to, że tacy ludzie jak ty jeszcze istnieją. - Położyła dłoń na mojej zdrowej ręce, a potem spojrzała mi prosto w oczy. Biła z nich całkowita szczerość. - Jestem ci wdzięczna.
* * *
Mama tego Jase'a dotrzymała mi towarzystwa, dopóki nie zjawiła się policja, żeby mnie przesłuchać. Do szpitala przyszła również Sophie. Potem Lydia, wychodząc z sali, pożegnała się, jeszcze raz dziękując.
- Dziewczyno... coś ty znowu nawyprawiała? - zapytała przyjaciółka, gdy za panią Calloway zamknęły się drzwi, i dokładnie zmierzyła wzrokiem całe moje ciało, czy na pewno tylko ręka ucierpiała.
Westchnęłam ciężko.
- Przepraszam, Soph, ale nie mam najmniejszej ochoty teraz tego wyjaśniać. Sama muszę to przetrawić, bo do tej pory jeszcze wszystko do mnie nie dotarło. Chcę już wracać do domu.
- Jasne, rozumiem. Poczekaj tu, a ja pójdę po wypis od lekarza i chyba możemy już jechać.
Na szczęście nie trwało to długo. Lekarz przyszedł wraz z Sophie, żeby zrobić ostatnią kontrolę mojej ręki i ogólnie stanu psychicznego. Pożegnał nas uprzejmie, a potem mogłyśmy opuścić szpital. I wszystko znów wróciło do normy. Chyba...