To nie są róże.Przedmowa Kateryny Miszczenko
Słynna piosenka antywojenna "Where Have All the Flowers Gone?", napisana przez amerykańskiego pieśniarza Pete'a Seegera w 1955 roku, została przetłumaczona na wiele języków, w tym na rosyjski. W czasach pokoju oraz dla tych, których życie nie jest bezpośrednio zagrożone przez walki zbrojne, piosenka ta będzie pewnie pierwszą, jaka przyjdzie na myśl w kontekście kwiatów i wojny. U Seegera delikatne kwiaty stają się milczącym symbolem poległych i zaginionych. Ich krucha obecność stanowi swego rodzaju pomnik utraconego, nadziei, a nawet nakazu zakończenia przemocy.
Dziś zupełnie inne "kwiaty" dominują w wojennych raportach w mediach: wszystkie kwietne nazwy czołgów, pocisków i dronów - piwonia, tulipan, hiacynt, geranium. Na państwowych rosyjskich stronach internetowych opisuje się je jako "potężne kwiecie niszczycielskiej siły". Ale przemoc w metaforach rosyjskiego wojska posuwa się dalej. Dowiadujemy się o tym z jednej z podsłuchanych rozmów telefonicznych między żołnierzem a jego matką. Opisuje on metodę tortur zwaną różą: skórę i mięso wszystkich palców rozcina się wzdłuż kości. Oto ona - radykalna obecność rosyjskiej wojny w Ukrainie. Przemoc, która szerzy się nie tylko przez same tortury, lecz także w sadystycznym asygnowaniu języka. W ten sposób kwiaty dawno przestały być kwiatami, ludzie nie są już ludźmi. Okaleczono metafory.
Przemoc jest tak brutalna, że minuta ciszy w żałobie może zamienić się w milczenie na całe życie. Według panującej ekstremalnie prawicowej idei o "ruskim mirze", "rosyjskim świecie", Rosja nigdzie się nie kończy. Jej terytorium rozciąga się tam, gdzie dotrze rosyjska armia, tam znajduje się granica. Również zbrodnie państwa rosyjskiego zdają się nie mieć końca. Ofiary nie żyją, zaginęły, odcięto im kończyny, nie mogą nieść świadectwa, a dowody mogą być na zawsze utracone. Ale nieskończoność jest tylko mirażem. Nawet milczeniem można stawiać opór. Na przykład słuchając - albo podsłuchując.
Podsłuchiwanie lub przyswajanie rozmów między rosyjskimi żołnierzami a ich rodzinami i przyjaciółmi ma swoją ukraińską nazwę "perechopłennia". Te perechopłennie pojawiają się w sieci dzięki ukraińskim służbom bezpieczeństwa i wywiadu, stają się częścią wojny informacyjnej. Co ciekawe, to samo słowo jest używane w Ukrainie w związku z obroną powietrzną. "Przechwycone" rozmowy zamieniają się w części wraków spadających z nieba, fragmenty szkieletów, które teraz okupują ziemię ukraińską. Perechopucz stanowi także możliwość - o ile człowiek ośmieli się i wytrzyma - nauczenia się czegoś o wojnie Rosjan i o tym, jak ją postrzegają. Wyjątkowo szokujące części podsłuchanych rozmów są publikowane w mediach jako wiadomości. Zbrodniarze sami się demaskują. Jeden z nich dowiaduje się, że jego konwersacje przeciekły do sieci, zdenerwowany opowiada o tym w następnej podsłuchanej rozmowie. Takie publikacje stworzyły wręcz nowy gatunek, kolejny produkt kultury wojennej. Co równie ważne: rozmowy są częścią dowodów, które międzynarodowy trybunał weźmie pod uwagę w przyszłych procesach. Na YouTubie zbrodniarze wojenni już teraz demaskują siebie i swoje państwo.
Czasami słychać w rozmowach rozpacz bezbronnego człowieka, innym razem - zrozpaczoną żądzę władzy. To skrajności okrucieństwa, których doświadczają i na które są narażeni żołnierze - i których sami dokonują. Lecz owe przeciwne bieguny warunkują siebie nawzajem. Nakreślają warunki egzystencjalne, z których wywodzą się rosyjscy żołnierze, życie, jakie prowadzili przed przybyciem do Ukrainy. Teraz, na polu walki, stali się przedstawicielami "rosyjskiego świata". Ten świat tworzy się nie tylko w związku z ich czynami, ale także w dialogu z krewnymi w Rosji. Intymność w podsłuchanych rozmowach, nieprzeznaczonych dla zewnętrznych uszu, dobrze rymuje się z charakterystyczną obscenicznością, z jaką rosyjskie państwo ustanawia swoje ideologiczne przestrzenie. To znaczy gdy na przykład nie zezwala na jakąkolwiek alternatywę, czyli zamyka oczy na resztę świata.
Ważne jest, by zaakcentować siebie. Być widzianym. Odbywa się to w sposobie zwracania się do siebie i we wzajemnym wsparciu. Żołnierze słyszą pochwały i słowa uznania. Tak wyglądają małe wspólnoty zamieszkujące dzisiejszą Rosję, tak powstają.
Co dzieje się z podsłuchanymi rozmowami telefonicznymi w procesie redakcji i opracowania na potrzeby poezji dokumentalnej? Dokument się przekształca. W inny, wyobcowany dokument. Głosy zbrodniarzy i ich rozmówców ulegają wyciszeniu. Teraz można je wykorzystywać albo umiędzynarodawiać w nieskończoność. Opowiedziane przeżycie wchodzi w wyobraźnię czytelnika, usadawia się tam. Teraz to cierpienie i ból mają głos.
Rozmowa nagle rzuca cień. Jej głębia rośnie. Gdzieś w oddali, w ponurej głębi dostrzegamy konkury ofiar. Widać tylko fragmenty, domyślamy się, że tam są. Wyłaniają się jako krzyk albo błaganie, jako rany, rozbite rzepki kolan albo rozdarte ścięgna, starsi torturowani partyzanci lub przerażone dzieci w piwnicy. To oczywiście potworny ukraiński krajobraz widziany oczami okupanta. Ukraińcy to tylko części ciała, przelotne połączenia, niższe istoty bez ludzkiej godności. Krajobraz ten unaocznia ludzkość przedartą na pół, zniszczoną. Namacalny, fizyczny ślad czynów, które opisano w cyfrowych ścieżkach dźwiękowych podsłuchanych rozmów.
Co zatem pozostaje po odsłuchaniu, po przeczytaniu? Najoczywistsze reakcje to cicha bezsilność i rozpacz. Człowiek się broni. Ale jest jeszcze coś - coś, co może być stabilnym oparciem dla chaotycznych myśli. Dokumentowanie jest w tej wojnie formą oporu, sprzeciwem. Dokument to praca, dzieło i etyczna konieczność. Jego terytorium to nasza wyobraźnia, właśnie tam działa i czyni z nas, niezależnie od miejsca i przynależności, świadków potwornych zbrodni wojennych. A jako świadkowie jesteśmy odpowiedzialni za życie ludzkie i za to, by przemoc się zakończyła.