ROZDZIAŁ CZWARTY
Phoebe
- Czego boisz się najbardziej? - pyta Josie.
Przy drugiej butelce wina tego wieczoru wpadamy w filozoficzny nastrój.
Długo zastanawiam się nad odpowiedzią, obserwując obsługę restauracji i nie mogąc się doczekać naszych dań.
- No mów - pogania mnie Josie. Jestem zbyt przymulona, żeby uciekać od prawdy.
- Tego, że nie jestem tą jedyną.
- Co to znaczy?
- Nie wiem, czy jestem dla Angusa tą jedyną.
- Pewnie, że jesteś! Pasujecie do siebie idealnie! - zapewnia mnie Josie. - Porąbało cię? - Patrzy na mnie z osłupieniem, które ma być komiczne, ale ja uśmiecham się bez przekonania.
Szczerze mówiąc, czasem myślę, że Angus i ja jesteśmy parą z jednego powodu: po prostu dlatego, że to ja zobaczyłam go pierwsza.
Któregoś popołudnia po szkole, kiedy wracałam rowerem do domu z treningu siatkówki, zauważyłam przystojniaka, który wyjmował pudło z bagażnika ciężarówki Roger's Removals, stojącej na podjeździe Templetonów.
Czasem bywa tak, że człowiek pakuje się w niebezpieczeństwo, zamiast trzymać się z daleka. Fakty dowodzą, jak wielu kierowców wjeżdża w samochody zaparkowane na utwardzonym poboczu autostrady, ponieważ mimowolnie podążają za linią wzroku.
Nie twierdzę, że Angus był niebezpieczny, ale jego uroda oczywiście wzbudziła moje zainteresowanie.
- Uważaj! - wykrzyknął, odskakując na bok, gdy gwałtownie skręciłam w jego stronę.
- O cholera, przepraszam! - Zahamowałam z piskiem opon.
Trochę oszołomiony, omiótł wzrokiem mój strój do siatkówki, uroczo się uśmiechając. Mój wzrok zarejestrował u niego brak koszulki z napisem Roger's Removals.
- Jesteś wnukiem pana Templetona? - zapytałam radośnie, dostrzegając zarazem długie nogi, silne ramiona i miodową opaleniznę.
Pan Templeton, nasz leciwy sąsiad, stracił żonę kilka miesięcy wcześniej. Mama wspomniała, że jego córka i wnuk zamierzają z nim zamieszkać.
- Hm... tak - wystękał, starając się lepiej chwycić niewątpliwie ciężkie pudło. Dość długie włosy zasłaniały mu oczy. Kiedy oparł pudło o murek, zauważyłam, że ma na sobie wypłowiałą i trochę zakurzoną koszulkę z zespołem Radiohead, jednym z ulubionych Elizy. Chłopak był w jej typie. Miałam wielką ochotę jak najszybciej przedstawić go siostrze.
Ale wtedy odgarnął włosy z twarzy i zobaczyłam jego oczy, takie piękne, że aż mi zaparło dech.
- Angus - przedstawił się. Kąciki jego ust lekko się uniosły.
- Phoebe.
Nie wiedzieć czemu byłam cała rozedrgana. Ni stąd, ni zowąd odechciało mi się przedstawiać Angusa Elizie. Miał niezwykłe, wielobarwne oczy - w jednym dominował kolor zielony, w drugim brązowy.
- Przyjeżdżałeś kiedyś do dziadka? - zapytałam, nie pojmując, jak mogłam go nie zauważyć.
- Kilka razy.
Pan Templeton należał do ludzi, którzy trzymają się na uboczu. Czasem widziałam z okna swojego pokoju, jak siedział w ogrodzie. Moje kontakty z nim ograniczały się do sytuacji, kiedy piłka do siatkówki przelatywała przez płot za naszym domem i wpadała na jego posesję, a wtedy ją przynosił, wygłaszając mowę na temat zniszczonej rabaty. Nigdy nie rozmawiałam z nim o jego powalająco seksownym wnuku. A szkoda.
Pogawędkę z Angusem przerwała atrakcyjna czterdziestoparoletnia kobieta. Zawołała: "Cześć!" i pomachała ręką, to znikając, to pojawiając się za pracownikami firmy transportowej, którzy niczym mrówki wnosili do domu najrozmaitsze dobra.
- Cześć! - odkrzyknęłam, zakładając, że ta kobieta jest mamą chłopaka, i zamierzając przeprowadzić szeroko zakrojoną ofensywę czaru i uroku.
- Już się zaprzyjaźniasz! - ucieszyła się, podchodząc do nas.
- Hm - mruknął Angus i dokonał prezentacji: - Mamo, poznaj Phoebe. To jest moja mama, Judy.
- Phoebe! Jedna z trojaczek! - Kobieta radośnie klasnęła w dłonie.
Najwyraźniej wiedziała o mnie więcej niż ja o niej.
- Mieszkasz obok? - zapytał Angus. Jego niezwykłe oczy lekko się rozszerzyły. Czyli oboje wiedzieli o naszym istnieniu, tylko Angus załapał z opóźnieniem.
- No - przytaknęłam.
- A twoje siostry mają na imię Rose i Elizabeth, prawda? - upewniła się Judy.
- Tak. - Posłałam jej uśmiech. - Ale proszę nie mówić do Elizy "Elizabeth", bo nie odpowie. Zmieniła imię, kiedy miała dwanaście lat, bo chciała, żeby brzmiało bardziej cool. - Powiedziałam to żartobliwym tonem, wznosząc oczy do nieba, i natychmiast opadły mnie wyrzuty sumienia, że naśmiewam się z siostry.
- Jeszcze nigdy nie spotkałam identycznych trojaczek - powiedziała w zamyśleniu Judy. - Znałam bliźniaczki, śliczne dziewczynki, Fifi i Bo, ale nie były identyczne.
Ciągle ktoś opowiadał nam historie o bliźniakach, więc z dużą wprawą przywołałam uśmiech na twarz i zrobiłam minę pełną zainteresowania. Nawet słyszałam o paru przypadkach trojaczek, ale nigdy nie o identycznych. W tej konkurencji byłyśmy górą.
- Będziecie mogli zabawić się z nami w grę "znajdź różnice" - zażartowałam.
Zdarzało się, że obcy ludzie zatrzymywali nas na ulicy i szukali różnic, a raz, jeszcze w czasach szkolnych, nawet wzięłyśmy udział w quizie Kto jest kim z tej trójki? - nasi rodzice dostarczyli zdjęcia. Biedna Rose nie posiadała się ze wstydu. Nigdy nie lubiła być w centrum uwagi.
Angus nie przejawiał ochoty, by dołączyć do pracowników firmy transportowej. Wkrótce dowiedziałam się, że powodem wyjazdu jego i matki z Brighton był niedawny, dość poważny upadek pana Templetona. Po śmierci żony - matki Judy - starszy pan coraz gorzej radził sobie w pojedynkę. Wyczułam jednak, że nie był to jedyny powód przeprowadzki. Miałam wrażenie, że Brighton raczej nie wprawiało Angusa w ekscytację.
- Wiem, że może ci być trudno, kochanie - powiedziała Judy, ugodowym gestem gładząc go po plecach.
Jej syn wzruszył ramionami, trochę skrępowany, ale nie odtrącił jej dłoni, jak zrobiliby chłopcy, których znałam.
- Angus wkrótce zdaje maturę, więc to nie jest idealny moment na zmianę szkoły - wyjaśniła.
Delikatnie mówiąc, pomyślałam.
- Nie będzie łatwo - powiedziałam ze współczuciem. - Mnie też czekają egzaminy.
Okazało się, że będziemy chodzić do tej samej szkoły, więc zaproponowałam, że pokażę mu, jak tam jest. Chętnie się zgodził, ale natychmiast pomyślałam o Elizie i uprzytomniłam sobie, że przed poniedziałkiem jest jeszcze cały weekend. Jeżeli chcę się zaprzyjaźnić z Angusem, zanim poznają go moje siostry, muszę się pospieszyć.
- A właściwie - odezwałam się bez zastanowienia - jeżeli nie będziesz się rozpakowywał, jutro moglibyśmy pójść na lunch w mieście. Co ty na to?
Był trochę zaskoczony, ale od razu się zgodził.
- Pewnie. - Kiwnął głową. - Świetny pomysł.
- Super. - Przez chwilę patrzyliśmy na siebie z uśmiechem. Oderwałam od niego wzrok, dopiero gdy kątem oka zauważyłam rozpromienioną twarz Judy. - Nie będę cię zatrzymywać - odezwałam się, zanim moja twarz zdradziłaby, co czuję. Umawianie się na randkę w obecności jego mamy było trochę krępujące. - Do jutra. Koło jedenastej?
- Pasuje - rzucił.
Hamulce puściły, gdy wpadłam do domu i pomknęłam na górę.
- Przed chwilą poznałam wnuka pana Templetona! - Pchnęłam drzwi najpierw do pokoju Elizy, a potem Rose. - Boże, ale ciacho! - wrzasnęłam, stojąc na podeście między sypialniami. - Tylko nie właźcie mi w paradę, bo on jutro idzie ze mną na lunch i to ja zobaczyłam go pierwsza!
Eliza drzemała na łóżku i ledwie otworzyła oczy. Rose mruknęła coś pod nosem i dalej odrabiała lekcje.
Dopiero z czasem, gdy go poznały, dotarło do nich, co straciły - ale było za późno. Już go sobie zaklepałam.
W tamtą sobotę spędziliśmy razem cały dzień. Po lunchu spacerowaliśmy po Manchesterze, a potem siedzieliśmy w pubie do późna. Najpierw pociągał mnie jego wygląd i byłam całkiem pewna, że podobam mu się tak samo, jak on mnie, ale miał w sobie coś jeszcze. Polubiliśmy się od pierwszej chwili i potrafiliśmy się nawzajem rozśmieszyć. Z upływem dnia mniej się przekomarzaliśmy, a częściej prowadziliśmy szczere rozmowy. Opowiadał mi o swojej rodzinie: nie znał ojca, matka wychowywała go sama - a on ją uwielbiał. Niedawno straciła pracę i nie było jej stać na wynajmowanie mieszkania w Brighton, wobec tego podjęli sensowną decyzję, żeby się przeprowadzić do niesprawnego dziadka. Angus był jednak przybity przenosinami i rozstaniem z przyjaciółmi. Nie miał dziewczyny. Zapytałam. Dawniej miał, ale zerwali przed kilkoma miesiącami.
Pod koniec wieczoru posyłaliśmy sobie przeciągłe spojrzenia i odczuwaliśmy coraz większą bliskość. Słodki pocałunek na chodniku przed naszymi domami dopełnił tę randkę i od tamtej chwili byliśmy parą. Ani Eliza, ani Rose nie miały szans.
*
- Nie wydaje ci się, że Angus i Eliza pasują do siebie bardziej niż on i ja? - pytam Josie.
- Słucham?! Ależ skąd! Co ci przyszło do głowy?
- Wiele ich łączy. Oboje chętnie przesiadują w domu. Angus jest zachwycony powrotem do Manchesteru, za to mnie trzeba ciągnąć tam wołami. Dałabym wszystko, żeby znowu tu pomieszkać. - Tęsknie wzdycham, patrząc na góry majaczące w ciemności za oknem.
Lubię pracować jako tłumaczka tekstów, a tłumaczenia kabinowe przynoszą świetny dochód. Ta robota mnie kręci, choć jest mocno stresująca, gdy człowiek słyszy w słuchawkach mowę w jednym języku i równocześnie powtarza ją do mikrofonu w innym. Tak się składa, że mam do tego zdolności: znam biegle francuski, niemiecki i hiszpański.
Po przeprowadzce do Manchesteru zamierzam jednak wziąć się do pisania książki. Od lat chodzi mi po głowie historia o dziewczynie, która zakochuje się we współczesnym czarodzieju. W zasadzie przez całe życie robiłam notatki i nadal od czasu do czasu zapisuję pomysły z nadzieją, że kiedyś przydadzą się w tworzeniu bohaterów i miejsca akcji.
Ale teraz, gdy tu siedzę, dociera do mnie, że nawet pisanie - choć uwielbiam to robić - blednie w porównaniu z emocjami, jakie przeżywałam, mieszkając wiele miesięcy w tych górach.
Tato zawsze mówił, żebyśmy odkryły swoje pasje, a potem starały się znaleźć sposób, żeby je realizować. Od dawna się nie wspinałam. Czyżbym straciła z oczu to, co kocham?
Dalej rozmawiamy z Josie o Angusie i Elizie.
- No i oboje mają tę swoją muzykę. Natomiast wspinaczka nigdy go nie interesowała. Kurczę, nawet na nartach nie chciał jeździć.
- Daj spokój - ucina Josie. - To bez znaczenia. On kocha ciebie, ty kochasz jego. Byłoby nudno, gdybyście byli tacy sami.
- Możliwe. - W tym momencie rozlega się okrzyk Josie: "Nareszcie!" i podchodzi kelnerka z jedzeniem.
Przesuwam kieliszek, żeby zrobić miejsce na talerz, i wracam myślami do naszego pierwszego pobytu w tej restauracji, prawie dziesięć lat temu.
*
Zaraz po przyjeździe ruszyłyśmy do działania. Zostawiałyśmy nasze CV we wszystkich możliwych miejscach i szybko dostałyśmy pracę w niewielkim hotelu. Miałyśmy maleńkie mieszkanie z dwiema sypialniami w sześciopiętrowym domu pokrytym drewnem opalanym, położonym w dzielnicy Cham Sud, powszechnie zwanej gettem. Nasz dzień zaczynał się wcześnie: przedzierałyśmy się przez śnieg, torując sobie drogę czekanami, żeby zdążyć do pracy na szóstą trzydzieści. Otwierałyśmy kuchnię w hotelu i nakrywałyśmy do śniadania, potem słanie łóżek, sprzątanie łazienek i walka z pokusą, żeby wskoczyć pod kołdrę i trochę pospać. O jedenastej trzydzieści już ruszałyśmy w góry razem z dość zróżnicowaną grupą snowboardzistów ze Szwecji, z którymi złapałyśmy dobry kontakt. Drzemka wczesnym wieczorem była przykrą koniecznością, ponieważ o wpół do dziesiątej wyskakiwałyśmy do barów, gdzie częstowano nas drinkami i kończyło się to najczęściej tańczeniem na stołach. Koło północy można było spotkać nas w następnym nocnym klubie, a o czwartej nad ranem wędrowałyśmy do domu, żeby się kimnąć przed pójściem do pracy. I tak na okrągło.
Było ekstra.
Nie chciałam stamtąd wyjeżdżać na Boże Narodzenie, nawet na krótko, ale właściciele naszego mieszkania wynajęli je na ten tydzień, no i moi rodzice byliby niepocieszeni, więc właściwie nie miałam wyjścia. W domu sytuacja stała się trudna.
Przede wszystkim poczułam, że tracę kontakt z siostrami. Przez całe życie byłam niezwykle blisko z każdą z nich, kochałam je i ufałam im jak nikomu innemu. Ale z jakiegoś powodu, gdy znowu znalazłyśmy się pod jednym dachem, zaczęło zgrzytać. Zastanawiałam się wtedy, czy aż tak polubiłyśmy świeżo odkrytą niezależność, że dłuższe przebywanie razem stało się uciążliwe.
Rose najwyraźniej nie mogła się doczekać powrotu na uniwersytet w Portsmouth, gdzie robiła dyplom z pielęgniarstwa. Kilka razy wkurzyła mnie, puszczając mimo uszu opowieści o tańczeniu na stole i darmowych drinkach. Dawała mi do zrozumienia, że jestem głupiutka, a ona już dorosła i dojrzała. Zwyczajnie zadzierała nosa.
Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej