Ten pies odmieni ci życie - Elias Weiss Friedman, Ben Greenman

-
Proszę czekać

Wstęp

Zawdzię­czam życie psu. Pew­nego dnia, kiedy mia­łem dwa lata, byłem pod opieką babci, która zarzą­dziła, że pój­dziemy na spa­cer: ja, ona i jej sze­ścio­letni czarny labra­dor Oreo. Po wyj­ściu na zewnątrz bab­cia zorien­to­wała się, że zapo­mniała kurtki, i wró­ciła po nią do domu. Kiedy znów wyszła za próg, mnie już nie było. Ani Oreo. Bab­cia wołała po imie­niu naj­pierw mnie, a potem czwo­ro­noga, i zaczęła nas szu­kać. Znik­nę­li­śmy bez śladu.

Pobie­gła z powro­tem do domu, żeby zadzwo­nić do moich rodzi­ców, a ci od razu powia­do­mili poli­cję. Wszy­scy tra­cili głowy, które nagle wypeł­niły się prze­ra­ża­ją­cymi wizjami: wpa­dłem do studni, porwano mnie albo stało się coś jesz­cze gor­szego. Poli­cja wsz­częła poszu­ki­wa­nia, lecz one też speł­zły na niczym.

Jakieś dwa­dzie­ścia minut póź­niej ogrod­nik z sąsiedz­twa zoba­czył idą­cego ulicą czar­nego labra­dora. Obok psa, od strony kra­węż­nika, kro­czyło małe dziecko: ja we wła­snej oso­bie. Ile­kroć pró­bo­wa­łem zejść z chod­nika na ulicę, Oreo zaga­niał mnie z powro­tem; był niczym czwo­ro­nożna kudłata barierka.

Incy­dent ten nie został nagrany, a moja bab­cia -?co zro­zu­miałe - milk­nie, gdy tylko się o nim wspo­mina, jedy­nym dowo­dem na to, co się stało, są więc słowa moich rodzi­ców, któ­rzy czę­sto tę histo­rię opo­wia­dają. Słowa i sztucz­nie wykre­owane wspo­mnie­nie, które utrwala się w mojej gło­wie za każ­dym razem, gdy ktoś rela­cjo­nuje to zda­rze­nie. Mam też jed­nak mnó­stwo dowo­dów na to, że takie rze­czy zda­rzają się bez prze­rwy. Poszu­kaj­cie w inter­ne­cie histo­rii o psach ratu­ją­cych dzieci. Jest wśród nich opo­wieść o owczarku nie­miec­kim, który ura­to­wał dziecko przed ata­kiem innego psa; o boston terie­rze z Con­nec­ti­cut, który zaalar­mo­wał opie­ku­nów, gdy ich małe dziecko zaczęło sinieć, i o bor­der col­lie z Tek­sasu, który swoim psim spo­so­bem wyczuł, że nasto­la­tek ma udar. Jedna z moich ulu­bio­nych sytu­acji tego rodzaju jest zara­zem jedną z naj­prost­szych: ber­neń­ski pies paster­ski sie­dzi na pod­ło­dze obok racz­ku­ją­cego nie­mow­lę­cia, a po dru­giej stro­nie psa znaj­dują się schody. Ber­neń­czyk wie, że schody są nie­bez­pieczne, a dziecko jest za małe, by zda­wać sobie z tego sprawę. Gdy malec zbliża się do scho­dów, pies prze­suwa się tak, by go do nich nie prze­pu­ścić. Cały fil­mik trwa naj­wy­żej minutę, lecz trudno obej­rzeć go bez wzru­sze­nia.

Tego rodzaju sytu­acje powinny budzić zachwyt. Powinny przy­po­mi­nać, że tech­no­lo­gia może łączyć, a nie tylko dzie­lić. Powinny też jed­nak robić coś wię­cej: zachę­cać do głęb­szego zasta­no­wie­nia nad psami oraz rolą, jaką odgry­wają one w naszym życiu. Powinny dawać odpo­wie­dzi na pyta­nia o inte­li­gen­cję zwie­rząt i o więzi mię­dzy czwo­ro­no­gami a ludźmi. Powinny poma­gać zro­zu­mieć, dla­czego skąd­inąd zupeł­nie zdrowa na umy­śle osoba porzuca świat typo­wej pracy zawo­do­wej i poświęca się foto­gra­fo­wa­niu psów spa­ce­ru­ją­cych po uli­cach. Ba, nie tylko foto­gra­fo­wa­niu, ale też pyta­niu wła­ści­cieli o to, jak psiaki wpły­wają na ich życie, by potem napi­sać książkę o tym nie­zwy­kłym wpły­wie. Ta sama osoba -?pod­kre­ślam, że zdrowa na umy­śle -?wyru­sza następ­nie w świat i nie ogra­ni­cza się do ulic wła­snego mia­sta, tylko udaje się do Por­to­ryko, do Chin, do wię­zie­nia na pół­nocy stanu Nowy Jork oraz w podróż przez kraj z bra­tem, który nie­dawno stra­cił pracę. Wszystko po to, by zro­zu­mieć, w jaki spo­sób psy wzbo­ga­cają życie swo­ich wła­ści­cieli.

Tą skąd­inąd zdrową na umy­śle osobą jestem ja.

* * *

The Dogist -?mój blog na Insta­gra­mie i innych plat­for­mach spo­łecz­no­ścio­wych, na któ­rym publi­kuję zdję­cia psów spo­ty­ka­nych na uli­cach -?powstał w 2013 roku, gdy zamie­ści­łem w inter­ne­cie zdję­cie bok­sera napo­tka­nego w Wied­niu, w Austrii. W pew­nym sen­sie zawsze byłem Dogi­stą, czyli Psia­rzem.

W dzie­ciń­stwie kocha­łem wszyst­kie zwie­rzęta. Jako bar­dzo małe dziecko opie­ko­wa­łem się głów­nie gry­zo­niami: mia­łem świnki mor­skie, myszy, szczury i cho­miki. Ale zwie­rzy­niec całej naszej rodziny był bar­dziej uroz­ma­icony. Mie­li­śmy papugi. Moja ciotka trzy­mała świnkę wiet­nam­ską. Mama zawsze żar­to­wała, że chcia­łaby mieć szym­pansa, a mnie chyba nawet nie­szcze­gól­nie to dzi­wiło... Dora­sta­łem w domu, gdzie kró­lo­wała nauka - oboje moi rodzice są leka­rzami, podob­nie jak dziad­ko­wie ze strony ojca. Ciotka -?ta od świnki -?była wete­ry­na­rzem, a dzia­dek ze strony matki, Leon Weiss -?pio­nie­rem badań nad zwie­rzętami i zało­ży­cie­lem Cen­ter for the Inte­rac­tion of Ani­mals and Society na Uni­ver­sity of Pen­n­sy­lva­nia.

W naszym zwie­rzyńcu nie wszyst­kie gatunki były sobie równe. A może ina­czej: żaden gatu­nek nie dorów­ny­wał psom. Nie było pupila nad psa; czwo­ro­nogi były rów­nie waż­nymi domow­ni­kami jak ludzie. Wycho­wy­wa­łem się głów­nie wśród labra­do­rów, takich jak Oreo, choć mie­li­śmy też pudle, doodle, gol­den retrie­very, mopsa, a nawet gry­fo­nika bruk­sel­skiego (to dość rzadka rasa minia­tu­rowa, nale­żąca do więk­szej rodziny bel­gij­skich psów towa­rzy­szą­cych rasy smo­usje, któ­rej nazwa wygląda jak imię postaci z Gwiezd­nych wojen albo stek lite­ró­wek). W tym kon­glo­me­ra­cie ras naj­więk­szym powa­ża­niem cie­szyły się labra­dory. Ich imiona to Ruby i Snowy, Matilda i T-Paw, Rigby i Mr. Big­gle­sworth (miano nadane na cześć bez­wło­sego kota z fil­mów o Austi­nie Power­sie -?na co dzień nazy­wa­li­śmy go Big­gie), Babka, Bialy, Willy, Tuggy, Layla, Bailey i Mag­gie. Ruby, czarna labra­dorka, była "moim" psem -?suczka nale­żała oczy­wi­ście do całej rodziny, lecz mia­łem z nią szcze­gólną więź.

Psy były obecne w domu stale, lecz latem było ich jesz­cze wię­cej. Waka­cje spę­dza­li­śmy na Cape Cod, w mia­steczku Woods Hole, gdzie mie­li­śmy rodzinny letni dom, w któ­rym było miej­sce nie tylko dla moich rodzi­ców i rodzeń­stwa, lecz także dla cio­tek, wuj­ków i kuzy­nów oraz ich zwie­rząt. Przez cały czas miesz­kało z nami śred­nio pięć psów. W kuchni stała nie­do­rzecz­nie wielka wspólna miska z wodą, a na podwórku trzeba było patrzeć pod nogi -?oczy­wi­ście jeśli czło­wiek odwa­żył się tam zapu­ścić. Kiedy psy ucie­kały, zawsze wie­dzie­li­śmy, gdzie je zna­leźć: na naj­bliż­szej plaży. Był to czyjś pry­watny teren, lecz nasza rodzina nazy­wała go "psią plażą".

Byłem też miło­śni­kiem foto­gra­fo­wa­nia, po czę­ści dla­tego, że zara­zi­łem się tą pasją od ojca. Więk­szość moich przy­ja­ciół jeź­dziła w waka­cje na obozy. Ja cho­dzi­łem do cze­goś, co ochrzci­li­śmy mia­nem szkoły nauko­wej (for­mal­nie Chil­dren's School of Science). Był to trwa­jący cztery tygo­dnie pro­gram naucza­nia, w ramach któ­rego zbie­ra­li­śmy okazy oce­aniczne i ento­mo­lo­giczne. Zda­rze­nie, które zapewne było pierw­szym zwia­stu­nem bycia Dogi­stą, miało miej­sce pod­czas zajęć z foto­gra­fii dla zaawan­so­wa­nych w szkole nauko­wej. Jedno z zadań pole­gało na wysła­niu naszych naj­lep­szych zdjęć na kon­kurs foto­gra­ficzny orga­ni­zo­wany w ramach lokal­nego festynu. Moja pierw­sza rolka ze zdję­ciami zawie­rała głów­nie nudne fotki kwia­tów, budyn­ków i samo­cho­dów. Ale kilka ostat­nich kadrów przed­sta­wiało psa, któ­rego pozna­łem. Posta­no­wi­łem wtedy zało­żyć z moim kuzy­nem Aaro­nem firmę S&R Stu­dios, nazwaną tak od imion Snowy i Ruby. Mie­li­śmy wtedy led­wie dzie­sięć czy jede­na­ście lat, ale zro­bi­li­śmy sobie wizy­tówki i krę­ci­li­śmy filmy. To ostat­nie jest zapewne sporo na wyrost, były to bowiem krót­kie roz­dy­go­tane wide­oklipy z udzia­łem naszych psów. W opus magnum poka­za­li­śmy nasze otyłe labra­dory, Ruby i Matildę, masze­ru­jące po podwórku w akom­pa­nia­men­cie pio­senki prze­wod­niej z serialu Cops, zaty­tu­ło­wa­nej Bad Boys i wyko­ny­wa­nej przez zespół Inner Circle. Wyda­wało nam się to zabawne.

Pierw­sze eks­pe­ry­menty fil­mowe nie uczy­niły ze mnie legen­dar­nego psiego reży­sera, kogoś w rodzaju Quen­tina Szcze­kan­tino albo Stan­leya Kun­dlicka (daruję sobie dal­sze suchary). Pozo­sta­łem jed­nak dość wierny foto­gra­fii. Skoro nie mogłem zostać muzy­kiem roc­ko­wym (pró­bo­wa­łem) ani zawo­do­wym teni­si­stą (też pró­bo­wa­łem), to posta­no­wi­łem spró­bo­wać cho­ciaż tego. Podzi­wia­łem dys­cy­plinę i etos pracy Ansela Adamsa oraz oko Hen­riego Car­tiera-Bres­sona. Przede wszyst­kim fascy­no­wała mnie kon­cep­cja decy­du­ją­cego momentu; idea, zgod­nie z którą można uchwy­cić wyci­nek prze­strzeni w takiej chwili, w któ­rej uwiecz­niona na zdję­ciu scena ma szcze­gólną wymowę.

Pozo­sta­łem entu­zja­stą foto­gra­fii, lecz po stu­diach zna­la­złem bar­dziej pro­za­iczną pracę. I ją stra­ci­łem. Kiedy to się stało, zaczą­łem się głę­boko zasta­na­wiać. Począ­tek dru­giej dekady naszego tysiąc­le­cia był zło­tym wie­kiem dla blo­gów z nowo­jor­ską foto­gra­fią uliczną. Humans of New York (stwo­rzony przez Bran­dona Stan­tona) oraz The Sar­to­ria­list (dzieło Scotta Schu­mana) stały się sen­sa­cjami, które zyskały świa­tową popu­lar­ność dzięki ser­wi­som spo­łecz­no­ścio­wym takim jak Insta­gram, Face­book czy Tum­blr. Pomy­śla­łem, że zabaw­nie byłoby stwo­rzyć paro­dię - czy też spin-off -?bloga The Sar­to­ria­list, tylko z udzia­łem psów pozu­ją­cych jak modni Nowo­jor­czycy. Chcia­łem zacho­wać ten sam czy­sty, lapi­darny styl: miej­sce, imię, krótki opis. Jeśli ludzie zasłu­gi­wali na zdję­cia w popu­lar­nym blogu, to ich psy zasłu­gi­wały na to tak samo. Wie­dzia­łem też, że nie jestem jedy­nym miło­śni­kiem psów, bo kiedy publi­ko­wa­łem zdję­cia czwo­ro­no­gów na Insta­gra­mie, fotki dosta­wały wię­cej polu­bień i komen­ta­rzy niż wła­ści­wie dowolne inne wpisy. Zamó­wi­łem wizy­tówkę na potrzeby mojego nowego przed­się­wzię­cia, tak samo jak daw­niej dla S&R Stu­dios. Pamię­tam, jak jesie­nią 2013 roku spa­ce­ro­wa­łem po Wil­liams­burgu i natkną­łem się na prę­go­wa­nego bul­doga fran­cu­skiego. Zapy­ta­łem wła­ści­ciela, czy mogę zro­bić psu zdję­cie.

-?A gdzie chcesz je wyko­rzy­stać? -?odparł pyta­niem.

-?Na blogu The Dogist -?powie­dzia­łem. Nazwa wybrzmiała ide­al­nie. Naza­jutrz opu­bli­ko­wa­łem pierw­szy wpis. Otwo­rzył się przede mną bez­miar moż­li­wo­ści. A ja w niego wkro­czy­łem. Za sprawą tego przed­się­wzię­cia nie tylko latami spa­ce­ro­wa­łem po uli­cach, pozna­jąc ludzi oraz ich czwo­ro­nogi, ale też tra­fi­łem na kam­pusy uni­wer­sy­tec­kie i sale kon­fe­ren­cyjne w kor­po­ra­cjach i zaczą­łem jeź­dzić po całym świe­cie. Zna­la­złem się na sta­dio­nach spor­to­wych pro­fe­sjo­nal­nych dru­żyn. Odwie­dzi­łem nawet Biały Dom. Pali­wem, które gnało mnie z miej­sca na miej­sce, była fun­da­men­talna prawda o psach: ludzie je uwiel­biają. Ta fun­da­men­talna prawda tak naprawdę składa się z kilku innych, połą­czo­nych w spójną całość. Ludzie je kochają, bo ich potrze­bują, a potrze­bują ich, gdyż psy są ści­śle zwią­zane z ludz­kimi wyobra­że­niami na wła­sny temat. Dzięki psom ludzie stają się lepsi i sil­niejsi, odpo­wie­dzial­niejsi i jed­no­cze­śnie bar­dziej roz­bry­kani -?nawią­zują kon­takt z lep­szą stroną swo­jej natury. Kochamy spę­dzać czas z psami i czu­jemy, że może on mieć tera­peu­tyczne dzia­ła­nie, choć nie zawsze dokład­nie wiemy, dla­czego tak się dzieje.

W tej książce zgłę­biam i wyja­śniam wiele odpo­wie­dzi na powyż­sze "dla­czego?". Po pierw­sze przy­glą­dam się w niej temu, jak psy poma­gają nam zro­zu­mieć naszą wła­sną toż­sa­mość: sta­no­wią fascy­nu­jące odzwier­cie­dle­nie wła­ści­ciela, a sam pro­ces wyboru psa zmu­sza do uświa­do­mie­nia sobie pew­nych aspek­tów nas samych. Po dru­gie badam w niej spo­sób, w jaki psy uczą nas funk­cjo­no­wa­nia w rela­cjach, przy czym nie cho­dzi tylko o rela­cje z nimi, lecz także o te z innymi ludźmi. Po trze­cie wresz­cie, poka­zuję, że psy są isto­tami mają­cymi okre­ślony cel, a to, jak ów cel ucie­le­śniają, może pomóc nam odna­leźć wła­sne powo­ła­nie. Wyszłoby nam na dobre, gdy­by­śmy w każ­dym aspek­cie życia mieli na uwa­dze psy. W tej książce pro­po­nuję grun­towne prze­my­śle­nie naszych inte­rak­cji ze świa­tem, wzbo­ga­ce­nie ich i udo­sko­na­le­nie, wspo­ma­gane i pie­lę­gno­wane wła­śnie przez psy. Możemy być tylko takimi ludźmi, jakimi jeste­śmy, lecz możemy też być lep­szymi wer­sjami tych ludzi, jeśli pozwo­limy psom zago­ścić w naszym życiu.

Psy z jed­nej strony mogą wpły­wać na to, jak funk­cjo­nu­jemy w świe­cie, z dru­giej zaś mogą wpły­wać na świat, w któ­rym funk­cjo­nu­jemy. Uważ­nie przy­glą­da­jąc się naszym czwo­ro­no­gom, możemy uczyć się wpro­wa­dzać korzystne zmiany w ludz­kim punk­cie widze­nia. Jako gatu­nek nie zawsze postę­po­wa­li­śmy wła­ści­wie, a w ostat­nich latach popeł­ni­li­śmy wręcz spek­ta­ku­larne błędy. Żyjemy w cza­sach, gdy główną walutą stały się opi­nie, fakty podaje się w wąt­pli­wość, a choć każdy czło­wiek teo­re­tycz­nie ma plat­formę pozwa­la­jącą mu gło­sić swoje poglądy, musi prze­krzy­czeć szum i wal­czyć z napo­rem trolli. Wszyst­kie te czyn­niki nad­wą­tlają nasz opty­mizm i chęć wycho­dze­nia na świat. Jeste­śmy bar­dziej świa­domi sie­bie niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej, a zara­zem moc­niej odizo­lo­wani. Sty­kam się z tymi zja­wi­skami bez prze­rwy, ponie­waż moja praca polega na prze­mie­rza­niu ulic i nawią­zy­wa­niu kon­tak­tów z ludźmi - choćby na kilka minut. Kiedy pod­cho­dzę do nie­zna­jo­mego prze­chod­nia, wyczu­wam począt­kowy opór. Gdy­by­śmy byli tylko dwiema oso­bami na impre­zie, na zaję­ciach w szkole czy na lot­ni­sku, ten opór praw­do­po­dob­nie by zwy­cię­żył. Ponie­waż jed­nak moja próba nawią­za­nia kon­taktu z tym czło­wiekiem wie­dzie przez jego psa, zwy­kle przy­staje i sku­pia się na chwili obec­nej. Wtedy zaś wyczu­wam coś innego niż opór: ulgę. Ludzie pra­gną się spo­ty­kać. Mają taką potrzebę, nawet jeśli nie zdają sobie sprawy z jej ist­nie­nia. Jest to pierw­sza iskra z całej serii więk­szych olśnień. Uświa­domiwszy sobie, że psy roz­bu­dzają w nas miłość i empa­tię, instynkty spo­łeczne i mimo­wolną radość ist­nie­nia, chęt­niej podą­żamy tą drogą.

Wspo­mnia­łem, jak Oreo oca­lił mi życie, kiedy byłem małym dziec­kiem. Od tam­tej pory przez lata pozna­łem wiele psów, które poma­gały rato­wać ludzi przed uto­nię­ciem, odnaj­dy­wały zagu­bio­nych w lasach lub przy­sy­pa­nych przez lawinę; psy, które bro­niły ludzi przed niedź­wie­dziami albo pumami. Ale czwo­ro­nogi ratują nas także w mniej dra­ma­tyczny, a zara­zem donio­ślej­szy spo­sób. Po pro­stu będąc sobą, mogą uczyć nas, aby­śmy nie byli ego­cen­tryczni i próżni, mogą wska­zy­wać moż­li­wo­ści zmiany indy­wi­du­al­nych prio­ry­te­tów i chro­nić przed pew­nymi rodza­jami błę­dów i zagu­bie­nia.

Przez dzie­sięć lat bycia Dogi­stą prze­ko­na­łem się, że nie ma dwóch iden­tycz­nych psów. Jeden lubi gonić wie­wiórki. Inny znisz­czył trzy koł­dry. Jesz­cze inny potrafi gnać z pręd­ko­ścią sześć­dzie­się­ciu kilo­me­trów na godzinę, ale woli wlec się łapa za łapą. A jed­no­cze­śnie wszyst­kie psy są w pew­nym sen­sie takie same: zwięk­szają i wzbo­ga­cają nasz poten­cjał do bycia ludźmi kocha­ją­cymi, szczę­śli­wymi i auten­tycz­nymi. Chcia­łem, aby ta książka odzwier­cie­dlała ton, jaki nada­łem blo­gowi The Dogist; ton, w któ­rym prze­waża cie­ka­wość świata, przy­ja­ciel­skość, skłon­ność do robie­nia głu­pot; ton poucza­jący, ale nie napu­szony. Cho­dziło mi o to, by tra­fić do każ­dego, ponie­waż prze­sła­nie tej książki rów­nież jest adre­so­wane do każ­dego. Możemy żyć lepiej i aby tak się stało, wcale nie potrze­bu­jemy tajem­nego sys­temu ducho­wego, naucza­nego gdzieś na odlu­dziu, na zbo­czu góry w zapo­mnia­nym regio­nie Ore­gonu albo w namio­cie na festi­walu muzycz­nym. Potrze­bu­jemy jedy­nie tych uro­czych kudła­tych stwo­rzeń. Z tą myślą zakoń­czy­łem każdy roz­dział sło­wami jed­nego z wła­ści­cieli psów, jakich pozna­łem pod­czas moich ulicz­nych spo­tkań jako Dogi­sta. Nie­trudno je zna­leźć: ozna­czy­łem je ramką. Cytaty te stwa­rzają oka­zję do chwili odde­chu i pozwa­lają oddać głos... czte­rem łapom.

* * *

Moż­li­wość lep­szego życia dzięki psu to nie tylko teo­re­tyczna kon­cep­cja. Dowo­dzą jej wyda­rze­nia wzięte z życia, a tak naprawdę miliony zda­rzeń dzien­nie na całym świe­cie. Mam przy­ja­ciela o imie­niu Angus. Jest inte­li­gent­nym i przy­stoj­nym face­tem, który ma cie­kawą pracę: sprze­daje majęt­nym kolek­cjo­ne­rom rzad­kie, zabyt­kowe samo­chody spor­towe. Cierpi on jed­nak na wynisz­cza­jące stany lękowe i depre­syjne -?nie­wi­doczne z zewnątrz, a dla niego oczy­wi­ste jak słońce. Na prze­strzeni lat eks­pe­ry­men­to­wał z róż­nymi tera­piami i lekami. Kar­mił się -?poje­dyn­czo lub w róż­nych kom­bi­na­cjach -?roz­ma­itymi środ­kami, takimi jak Klo­no­pin, Lexa­pro, Zoloft, Celexa, Paxil i inne. Każdy z nich coś dawał, ale też coś odbie­rał, i każdy przy­no­sił mu przej­ściową ulgę, lecz po kilku mie­sią­cach Angus ponow­nie czuł, że zna­lazł się na równi pochy­łej.

Nie­dawno miał jeden z owych trud­nych okre­sów: roz­pad dotych­cza­so­wego związku go zde­sta­bi­li­zo­wał, a poczu­cie izo­la­cji pogłę­biło dół. Sta­ra­łem się utrzy­my­wać z nim kon­takt, tak by nie odniósł wra­że­nia, że jest bacz­nie obser­wo­wany, aż któ­re­goś dnia napi­sał mi ese­mesa z pro­po­zy­cją spo­tka­nia, prze­ką­sze­nia cze­goś i może wychy­le­nia kufelka piwa. Któ­ryś z nas użył słowa "bra­chu" -?nawet nie­szcze­gól­nie żar­to­bli­wie -?a drugi nie zaopo­no­wał. Spo­tka­li­śmy się w jed­nym z moich ulu­bio­nych tutej­szych barów, Tom & Jerry przy Eli­za­beth Street. Nazwa baru pocho­dzi od świą­tecz­nego kok­tajlu -?ajer­ko­niaku z brandy lub z rumem -?a nie od duetu kota i myszy, lecz lokal ten ma zwie­rzęcy pier­wia­stek, a mia­no­wi­cie jest on nie­ofi­cjal­nie przy­ja­zny psom i głów­nie z tego powodu należy do moich fawo­ry­tów. Idąc na spo­tka­nie z Angu­sem, zabra­łem ze sobą moją suczkę Elsę, zwłasz­cza że i tak musiała wyjść z domu na siu­siu.

Spo­tka­li­śmy się zatem we trójkę i zaczę­li­śmy roz­ma­wiać o wszyst­kim i o niczym. Pona­rze­ka­łem na jakąś drob­nostkę zwią­zaną z moją pracą, żeby odwró­cić jego uwagę od tego, co aku­rat go drę­czyło. To on prze­ży­wał zała­ma­nie emo­cjo­nalne, ale im dłu­żej roz­ma­wia­li­śmy, tym róż­nica mię­dzy nami bar­dziej się zacie­rała. Nie cho­dziło o to, że dostrze­głem u sie­bie pro­blemy takie same czy choćby podobne do tych, z jakimi się zma­gał, ani o to, że jego życiowe pery­pe­tie nagle znik­nęły. Po pro­stu obaj odkry­li­śmy, że tkwimy w epi­cen­trum zagma­twa­nej, a cza­sami wyczer­pu­ją­cej egzy­sten­cji trzy­dzie­sto­lat­ków. Tego rodzaju spo­tka­nia i roz­mowy były w moim życiu częst­sze, gdy mia­łem dwa­dzie­ścia kilka lat, choć wtedy nie mie­li­śmy jesz­cze tak poważ­nych pro­ble­mów. Z wie­kiem, gdy takie kło­poty zaczęły się poja­wiać, zna­le­zie­nie czasu na spo­tka­nie z bra­chem sta­wało się coraz trud­niej­sze. Życie zaczyna dawać w kość. Masz coraz wię­cej obo­wiąz­ków. Przy­bywa ci lat. Wcho­dzisz w poważną rela­cję z dziew­czyną, masz narze­czoną albo żonę. Docho­wu­jesz się dzieci. Rów­no­waga się zabu­rza. To spo­tka­nie miało dla nas tera­peu­tyczny wymiar: idąc z Elsą do domu, czu­łem się lżej­szy i widzia­łem, że Angus jest w lep­szym humo­rze. Naza­jutrz rano przy­ja­ciel napi­sał do mnie ese­mesa z potwier­dze­niem, że fak­tycz­nie ma lep­szy nastrój.

Pierw­sze spo­tka­nie było tak udane, że umó­wi­li­śmy się na dru­gie i trze­cie. Roz­mowy na­dal dzia­łały na nas obu jak kojący bal­sam, ale zaczą­łem też dostrze­gać, że Angus może nie mieć takich oka­zji do swo­bod­nego, ale intym­nego kon­taktu z kimś, komu ufa i kto bez­wa­run­kowo go wspiera, przez resztę swo­jego życia. Pew­nego dnia umó­wi­li­śmy się nie w barze, tylko na spa­ce­rze z Elsą po oko­licy. Zanim ruszy­li­śmy, musia­łem prze­sta­wić auto na drugą stronę ulicy.

-?Trzy­maj -?powie­dzia­łem do Angusa i poda­łem mu smycz Elsy. Gdy wysia­dłem z samo­chodu i zoba­czy­łem go z psem, zro­zu­mia­łem, że on także "widzi sie­bie z psem". Patrzył na Elsę z uśmie­chem, zupeł­nie jakby więź mię­dzy nimi powstała tylko dzięki trzy­ma­niu smy­czy.

Nie zamie­rza­łem jed­nak odda­wać Elsy Angu­sowi. Wpa­dłem na inny pomysł. Pod­czas następ­nego spo­tka­nia podzie­li­łem się z nim swo­imi prze­my­śle­niami.

-?Stary, powi­nie­neś spra­wić sobie psa -?oznaj­mi­łem. Roz­pro­mie­nił się, dopóki nie uszcze­gó­ło­wi­łem: -?Kon­kret­nie psa asy­stu­ją­cego.

Sły­sząc to, Angus prze­krzy­wił głowę, tak jak­bym wypo­wie­dział zda­nie w obcym języku.

-?Psa asy­stu­ją­cego? -?powtó­rzył. Domy­śla­łem się powo­dów zdzi­wie­nia. Świat psów asy­stu­ją­cych jest bar­dzo nie­ja­sny, dopóki nie przyj­rzysz mu się z bli­ska. Takich czwo­ro­no­gów jest mnó­stwo -?znaj­dziesz je na uli­cach miast i w pod­miej­skich cen­trach han­dlo­wych. Wiele ma na sobie puszorki z napi­sami "pies opie­kun"; "pies wspar­cia emo­cjo­nal­nego" albo akro­nim "ESA"1. Zde­cy­do­wana więk­szość takich puszor­ków nie jest jed­nak wyda­wana przez akre­dy­to­wane orga­ni­za­cje. Ludzie naj­czę­ściej po pro­stu kupują je w inter­ne­cie -?znaj­dziesz je choćby na Ama­zo­nie za mniej wię­cej dwa­dzie­ścia dolców. Nie suge­ruję ich kupo­wa­nia ani nie chcę cię zawsty­dzić, jeśli już to zro­bi­łeś. Tłu­ma­czę jedy­nie, że popu­lar­ność tych kupo­wa­nych w skle­pach akce­so­riów mąci wodę. Psy, które je noszą, nie­wąt­pli­wie popra­wiają samo­po­czu­cie swo­ich wła­ści­cieli, lecz nie­ko­niecz­nie robią to tak, jak spe­cjal­nie prze­szko­lone w tym celu czwo­ro­nogi. Nie zacho­wują abso­lut­nej ciszy i spo­koju w samo­lo­cie czy w restau­ra­cji. Nie nauczyły się siu­siać i wypróż­niać na komendę. Nie zawa­hają się szarp­nąć za smycz na widok kawałka leżą­cego na ziemi pep­pe­roni albo wie­wiórki w parku. Psy w skle­po­wych puszor­kach z pew­no­ścią służą pomocą, lecz nie są psami asy­stu­ją­cymi z praw­dzi­wego zda­rze­nia.

Wyja­śni­łem mu nie­które z tych kwe­stii. Przy­swoił je. Miał jed­nak coś jesz­cze do powie­dze­nia.

-?Ale ja? -?zapy­tał lako­nicz­nie. Rozu­mia­łem także i te wąt­pli­wo­ści. Akre­dy­to­wane orga­ni­za­cje, które szkolą psy asy­stu­jące i przy­dzie­lają je opie­ku­nom, zwy­kle kon­cen­trują się na kilku rodza­jach klien­tów: oso­bach nie­wi­do­mych lub nie­do­wi­dzą­cych, oso­bach nie­peł­no­spraw­nych fizycz­nie, obcią­żo­nych ryzy­kiem natych­mia­sto­wej inter­wen­cji medycz­nej oraz na wete­ra­nach i eme­ry­to­wa­nych pra­cow­ni­kach służb mun­du­ro­wych, któ­rzy czę­sto cier­pią na wynisz­cza­jący zespół stresu poura­zo­wego (PTSD). Angus zaś był po pro­stu zwy­kłym face­tem, prze­śla­do­wa­nym przez poważną, lecz nie­wi­doczną z zewnątrz cho­robę.

Kiedy skoń­czy­łem swój wykład, Angus nie patrzył już na mnie z prze­krzy­wioną na bok głową. Ski­nął, choć nie­śmiało.

-?Może przy­garnę i ura­tuję jakie­goś psa, który zosta­nie moim psem asy­stu­ją­cym.

Zetkną­łem się już wcze­śniej z tym pomy­słem. Choć szla­chetny i z pew­no­ścią moż­liwy do zre­ali­zo­wa­nia dzięki zatrud­nie­niu doświad­czo­nych tre­ne­rów, wpro­wa­dza on spory czyn­nik nie­pew­no­ści do i tak skom­pli­ko­wa­nego już rów­na­nia.

-?Albo wezmę szcze­niaka i go wyszkolę.

-?To moż­liwe -?potwier­dzi­łem -?ale czy czu­jesz, że podo­łasz tru­dom takiego szko­le­nia? Masz nie­zbędną wie­dzę, czas, siłę i cier­pli­wość? Moim zda­niem nie dasz rady. I wiesz, ja też nie dał­bym rady. Tak samo jak więk­szość ludzi. Już w przy­padku zwy­kłego psa niu­anse wycho­wy­wa­nia są trudne, a z psem asy­stu­ją­cym jest tysiąc razy gorzej.

Zasu­ge­ro­wa­łem, żeby zaczął szu­kać hodow­ców, któ­rzy mogą pochwa­lić się suk­ce­sami pod wzglę­dem wycho­wy­wa­nia psów asy­stu­ją­cych. Jeśli cie­szą się uzna­niem w swo­jej branży, może zain­te­re­so­wać się nimi bli­żej.

W ciągu kolej­nych tygo­dni po spo­tka­niu, na któ­rym zapro­po­no­wa­łem Angu­sowi, by zna­lazł psa asy­stu­ją­cego, mój przy­ja­ciel sporo podró­żo­wał służ­bowo i nie kon­tak­to­wa­li­śmy się tak czę­sto jak wcze­śniej. Kiedy już uda­wało się nam poga­dać, krą­ży­łem wokół psiego pomy­słu. Nie wie­dzia­łem, co z tego wyj­dzie. Tak jak wielu zna­jo­mych, któ­rzy na prze­strzeni lat kon­sul­to­wali się ze mną w tej spra­wie, spo­dzie­wa­łem się, że waga decy­zji przy­tło­czy go na tyle, że będzie ją odkła­dał w nie­skoń­czo­ność. Trudno jest wziąć na sie­bie obo­wią­zek w postaci psa; trudno zro­bić ten krok. Zazwy­czaj potrzeba jakie­goś kata­li­za­tora, który popchnie cię do dzia­ła­nia.

Aż któ­re­goś dnia ode­bra­łem tele­fon.

-?Jestem na lot­ni­sku. Lecę do Iowa. -?Zna­lazł hodowcę mają­cego dobrą renomę w obsza­rze szko­le­nia psów asy­stu­ją­cych. Obec­nie w hodowli było kilka psów w wieku od sze­ściu mie­sięcy do pół­tora roku, które prze­szły już sto­sowne szko­le­nie. -?Dora­dzisz coś?

Mia­łem tylko jedną radę. Choć ludzie czę­sto roz­pro­mie­niają się na widok szcze­niaka, który sam do nich pod­cho­dzi, warto mieć oko na tego z tyłu, tego nieco bar­dziej powścią­gli­wego. Czę­sto jest to naj­spo­koj­niej­szy z oglą­da­nych psów. (O ile pamię­tam, dowie­dzia­łem się tego od mojej ciotki, wete­ry­narki). Wpraw­dzie Angus nie miał wybie­rać spo­śród szcze­niąt dopiero co odsta­wio­nych od matki, lecz ta sama zasada doty­czyła psów pół­rocz­nych i nieco star­szych, które na niego cze­kały.

-?Dobra -?odparł. Powie­dział mi, że widział sie­bie z labra­do­rem, kon­kret­nie czar­nym. Fakt ist­nie­nia pre­fe­ren­cji kolo­ry­stycz­nych zupeł­nie mnie nie zasko­czył. Praca Angusa wyma­gała szcze­gól­nie uważ­nego podej­ścia do kwe­stii este­tycz­nych. Fer­rari musiało być nie tylko czer­wone; o nie - ono miało mieć wła­ściwy odcień czer­wieni -?rosso corsa.

Powtó­rzy­łem swoją wcze­śniej­szą radę: "Nie zwra­caj uwagi na umasz­cze­nie. Skup się na ener­gii".

W Iowa pano­wał okrutny ziąb, Angus zaś nie wypo­ży­czył fer­rari, tylko prze­ciętną oso­bówkę, która nie radziła sobie na zlo­do­wa­cia­łej nawierzchni. Naj­pierw dosta­łem więc ese­mesy o pośli­zgach, a dopiero potem fil­mik z cze­ko­la­do­wym labra­do­rem.

-?Co o nim myślisz? -?zapy­tał. Chcia­łem poprzeć jego pomysł, lecz z mojej per­spek­tywy pies nie paso­wał do niego cha­rak­te­rem.

-?To chyba jed­nak nie ten -?zasu­ge­ro­wa­łem.

"Tak" -?odpi­sał. Zgo­dził się ze mną, ale zara­zem tro­chę znie­chę­cił. Nie spodo­bał mu się widok psów trzy­ma­nych w klat­kach, mimo że pra­wie wszyst­kie psy asy­stu­jące są szko­lone pod tym kątem -?muszą umieć zosta­wać same na pewien czas i nie spra­wiać pro­ble­mów pod­czas podró­żo­wa­nia. Pierw­szy dzień oka­zał się nie­wy­pa­łem, pomy­śla­łem jed­nak, że przy­naj­mniej zyska jakieś doświad­cze­nie i znaj­dzie się o krok bli­żej zna­le­zie­nia "swo­jego" psa.

Mijał kolejny pora­nek, a ja -?choć byłem cie­kaw roz­woju sytu­acji -?nie żywi­łem wiel­kich nadziei. Ale potem, mniej wię­cej o czter­na­stej, Angus napi­sał do mnie: "Chyba zna­la­złem". Potem na ekra­nie poja­wiło się zdję­cie i fil­mik z uro­czym mio­do­wym labra­do­rem, suczką o imie­niu Opal. Obej­rza­łem nagra­nie i dostrze­głem w psiaku to samo swo­bodne uspo­so­bie­nie, które widy­wa­łem przez lata u wielu psów asy­stu­ją­cych. "TAK!" -?odpo­wie­dzia­łem. A potem wyłą­czy­łem caps lock. "O taki tem­pe­ra­ment cho­dzi. Świet­nie się pre­zen­tuje. Mer­da­jący ogon, z pozoru tro­chę głup­tas, cie­kaw­ski, uro­czy. Tra­fiony, zato­piony". Zadzwo­nił do mnie i po tonie głosu pozna­łem, że pies już zdzia­łał cuda. Cie­szy­łem się, że nastrój mojego przy­ja­ciela popra­wił się wła­ści­wie w mgnie­niu oka (a oso­bi­ście także z obec­no­ści kolej­nego wspa­nia­łego psa w gro­nie zna­jo­mych). Roz­ma­wia­li­śmy przez tele­fon jesz­cze chwilę, gdy spa­ce­ro­wa­łem z Elsą w Washing­ton Squ­are Park i moja suczka cią­gnęła mnie w stronę drzewa z wie­wiór­kami.

Angus opu­ścił Iowa. Hodowca poin­for­mo­wał go, że pies wymaga doszko­le­nia, co ozna­czało, że Opal przej­dzie dodat­kowy tre­ning przy­go­to­wu­jący ją do życia w mie­ście i dopiero wtedy jeden z ich tre­ne­rów prze­trans­por­tuje czwo­ro­noga do Nowego Jorku. Przy­ja­ciel zadzwo­nił do mnie od razu po powro­cie do domu. W jego gło­sie wyczu­łem lek­kie pode­ner­wo­wa­nie.

-?Wielki krok -?rzekł.

-?Angus -?odpar­łem -?ten pies odmieni ci życie.

Nie jestem pewien, dla­czego to powie­dzia­łem. To nie jest jedna z moich utar­tych fraz. Wie­dzia­łem jed­nak, że mówię poważ­nie, zarówno w odnie­sie­niu do kwe­stii, o któ­rych już roz­ma­wia­li­śmy -?pies zapewni mu towa­rzy­stwo na co dzień i zła­go­dzi epi­zody depre­sji -?jak i na milion innych spo­so­bów. Pies wycią­gnie go z miesz­ka­nia na spa­cery. Będzie sta­no­wił dosko­nały temat nie­zo­bo­wią­zu­ją­cych roz­mów z nowo pozna­wa­nymi ludźmi. Pomoże mu unik­nąć nie­bez­pie­czeństw współ­cze­snego świata, takich jak uza­leż­nie­nie od smart­fona czy para­li­żu­jące podziały w mediach spo­łecz­no­ścio­wych (choć jak dotąd Angus jest moim jedy­nym przy­ja­cie­lem, który rze­czy­wi­ście usu­nął konto na Insta­gra­mie). Zachęci go do stwo­rze­nia ram i rytu­ałów zwią­za­nych z posił­kami, relak­sem i porą snu. Pomoże otrzą­snąć się z drę­czą­cych myśli. Z bie­giem czasu pies mógłby nawet pozwo­lić mu odsta­wić leki, zna­leźć part­nerkę czy pomóc zro­zu­mieć, jak to jest mieć dziecko. Było to jedyne zda­nie, które w owej chwili zawie­rało w sobie cały ten sens. Kiedy usły­sza­łem sam sie­bie, jak wypo­wia­dam te słowa, uświa­do­mi­łem sobie, że sta­no­wią one nie tylko ide­alny komu­ni­kat dla Angusa, ale też dosko­nały tytuł dla tej książki.

Nastą­piła długa cisza. Musiał to wszystko prze­tra­wić.

-?Myślę, że możesz mieć rację -?odparł w końcu.

Angus cier­pli­wie cze­kał, aż Opal skoń­czy szko­le­nie i wyru­szy w podróż z Iowa. Aż pew­nego dnia przy­je­chała i całe jego życie szybko zaczęło się zmie­niać. Opo­wie­dział mi o zupeł­nie nie­tra­fio­nej randce. Zamiast zare­ago­wać jak zwy­kle -?roz­trzą­sać w myślach wpadkę i zasta­na­wiać się, czy wziął odpo­wied­nio dużą dawkę leków -?na koniec wie­czoru poże­gnał się bez urazy i wró­cił do domu zoba­czyć się z Opal. A ona nie zapy­tała go, co się stało albo dla­czego nie zna­lazł z dziew­czyną wspól­nego języka. Pod­bie­gła do drzwi, rado­śnie mer­da­jąc ogo­nem, i odsło­niła brzu­szek do gła­ska­nia, gdy tylko prze­kro­czył próg. Jego wewnętrzne napię­cia i poczu­cie wła­snej nie­udol­no­ści stop­niowo ustę­po­wały.

Angus zmaga się ze spe­cy­ficz­nym zbio­rem pro­ble­mów emo­cjo­nal­nych i psy­cho­lo­gicz­nych. To, czego doświad­czył w pierw­szych dniach prze­by­wa­nia z Opal, jest jed­nak bar­dzo uni­wer­salne; sta­nowi przy­kład typo­wej prze­miany, jaką widzia­łem u bar­dzo róż­nych ludzi -?nowo­jor­skich sin­gli, wete­ra­nek zma­ga­ją­cych się z PTSD, więź­niów odsia­du­ją­cych dłu­gie wyroki za bru­talne prze­stęp­stwa i dzieci cier­pią­cych na poważne cho­roby. W trak­cie całej mojej pracy jako Dogi­sty -?czemu daję wyraz w tej książce -?spo­tka­łem wielu ludzi o bar­dzo róż­nej prze­szło­ści, któ­rzy idą przed sie­bie w asy­ście psów, a także nie­zli­czone rodzaje psów, które są w ich życiach z wielu waż­nych powo­dów. Mam grupę przy­ja­ciół, z któ­rymi utrzy­muję bli­skie kon­takty, a ich histo­rie o psach są dla mnie szcze­gól­nie ważne. Ale wszystko to sta­nowi jedy­nie wierz­cho­łek góry lodo­wej. Psy są nie­zrów­na­nym łącz­ni­kiem mię­dzy ludźmi; to one poma­gają nam odnaj­dy­wać i pie­lę­gno­wać szczę­ście, budo­wać poczu­cie sensu i wspól­noty.

Znasz słyn­nego fran­cu­skiego antro­po­loga, Claude'a Lévi-Straussa? Ja znam, przy­naj­mniej w pew­nym stop­niu -?pamię­tam, że po raz pierw­szy usły­sza­łem o nim na stu­diach i uświa­do­mi­łem sobie, że to nie ten facet, któ­remu zawdzię­czam dżinsy. Wiele lat póź­niej natkną­łem się na frag­ment jego roz­prawy, w któ­rym oma­wia on zwie­rzęta, a kon­kret­nie spo­soby, w jakie nie­które zwie­rzęta zyskują w róż­nych kul­tu­rach sym­bo­liczny sta­tus. Wcze­śniejsi antro­po­lo­go­wie twier­dzili, że zwie­rzęta osią­gnęły sta­tus sym­bolu w cza­sach, gdy stały się jed­nym z warun­ków prze­trwa­nia ludz­ko­ści, co spro­wa­dzało się głów­nie do uświa­do­mie­nia sobie przez ludzi, że można je zjeść. Lévi-Strauss nie zgo­dził się z tą teo­rią. Argu­men­to­wał za drugą przy­czyną rze­czo­nej sym­bo­liki, czyli innym momen­tem, w któ­rym zwie­rzęta stały się dla nas ważne. Ujął to bar­dziej sty­lowo: że nie­które zwie­rzęta stały się sym­bo­lami "nie dla­tego, że są "dobre do jedze­nia", tylko dla­tego, że są "dobre do myśle­nia"". Psy są świetne do myśle­nia. A im wię­cej o nich myślisz, tym bar­dziej chcesz o nich myśleć.

* * *

I jesz­cze jedna uwaga na koniec: wyjąt­ko­wość psów oraz świa­tło, jakie wno­szą one do naszego życia, miały na prze­strzeni lat wielu kro­ni­ka­rzy. Ludzie pisali o nich, malo­wali je i wygła­szali wykłady na ich temat. Nie­które z naj­bar­dziej poru­sza­ją­cych prac w tym obsza­rze to zdję­cia. Są foto­gra­fo­wie, któ­rzy poświę­cili się zgłę­bia­niu istoty psów, co ozna­cza zara­zem, że zgłę­biają oni ważną rela­cję mię­dzy psami a ich ludźmi. Sam zali­czam się do tej grupy, lecz jed­nym z naj­wcze­śniej­szych i naj­lep­szych był Elliott Erwitt, żydow­ski foto­graf pocho­dze­nia fran­cu­skiego, który wycho­wał się w Ame­ryce. Pod­czas pobytu w Euro­pie w latach pięć­dzie­sią­tych ubie­głego wieku Erwitt poznał gigan­tów takich jak Robert Capa i Edward Ste­ichen, a potem zaczął roz­wi­jać wła­sną, wyjąt­kową karierę. Erwitt foto­grafował ważne wyda­rze­nia na are­nie mię­dzynarodowej, takie jak wizyta Richarda Nixona w Związku Radziec­kim w 1959 roku, jego kon­fron­ta­cja z Chrusz­czo­wem pod­czas tak zwa­nej debaty kuchen­nej czy pogrzeb Johna F. Ken­nedy'ego w 1963 roku. Był też jed­nak nie­zwy­kle uzdol­nio­nym doku­men­ta­to­rem życia codzien­nego. Jed­nym z ulu­bio­nych tema­tów Erwitta były psy, do któ­rych wra­cał wie­lo­krot­nie w obszer­nych zbio­rach tema­tycz­nych, takich jak Son of Bitch, Dog Dogs i Woof. Wśród jego prac mam tak wiele ulu­bio­nych foto­gra­fii, będą­cych bez­po­śred­nimi inspi­ra­cjami do moich zdjęć, że wybra­nie tej jed­nej, naj­lep­szej, jest pra­wie nie­moż­liwe. Ale gdy­bym musiał wybie­rać, wska­zał­bym pracę New York City (1946), która przed­sta­wia ubra­nego w swe­te­rek psa rasy chi­hu­ahua, uwiecz­nio­nego z żabiej per­spek­tywy obok obu­tych stóp jakiejś kobiety. Bar­dziej niż jaki­kol­wiek inny znany mi foto­graf rozu­miał rela­cję mię­dzy psami a ludźmi i wie­dział, jak uchwy­cić i zobra­zo­wać tę rela­cję za pomocą pięk­nych, pro­stych kom­po­zy­cji. Sta­ram się robić zdję­cia tak, by miały w sobie choć odro­binę tej samej ener­gii, mądro­ści i duszy, i cza­sami jestem cał­kiem bli­sko -?jak w kam­pa­nii z 2017 roku, którą robi­łem dla sieci Neiman Mar­cus (była to seria zdjęć przed­sta­wiających małe pie­ski sto­jące obok mode­lek w mar­ko­wych butach). Erwitt, ory­gi­nalny Dogi­sta, zmarł w wieku 95 lat, gdy pra­co­wa­łem nad tą książką. Dedy­kuję ją -?przy­naj­mniej w czę­ści -?wła­śnie jemu.

Roz­dział 1

Czym jest pies?

Czuję się tro­chę skrę­po­wany z powodu przy­to­cze­nia pod koniec wstępu słów Lévi-Straussa. No dobrze; może nie jest to wiel­kie skrę­po­wa­nie, ale wolę dmu­chać na zimne. Nie jestem naukow­cem -?ba, daleko mi do tego! -?i nie chcę, aby ta książka zyskała aka­de­micki cha­rak­ter. Ma ona być pochwałą dla rado­ści, jaką psy wno­szą do naszego życia, a ści­ślej rzecz bio­rąc, dla spo­sobu, w jaki mogą one sprzy­jać lep­szemu spoj­rze­niu na naszą toż­sa­mość, rela­cje i życiowe powo­ła­nie. Zamie­rza­łem od samego początku nadać jej swego rodzaju emo­cjo­nalną lek­kość i ją utrzy­mać, nie chcia­łem więc, aby była zbyt poważna. W tym duchu chciał­bym niniej­szym zło­żyć obiet­nicę Dogi­sty. Otóż za każ­dym razem, gdy zacy­tuję wybit­nego myśli­ciela lub pisa­rza, posta­ram się po naj­wy­żej kilku aka­pi­tach przy­to­czyć słowa jakie­goś komika. W tym przy­padku będzie to Gro­ucho Marx, któ­remu przy­pi­suje się nastę­pu­jącą myśl: "Obok psa książka jest naj­lep­szym przy­ja­cie­lem czło­wieka. W psie jest za ciemno, żeby czy­tać". Kiedy usły­sza­łem ten żart po raz pierw­szy, uzna­łem go za bar­dzo zabawny. Na­dal mnie bawi, ale jed­no­cze­śnie uwa­żam, że jest nad wyraz nie­pre­cy­zyjny. Tak, książki naprawdę są świetne. Bez dwóch zdań. Wła­śnie jedną czy­tasz i mam nadzieję, że wciąż ci się podoba. Ale jak się oka­zuje, w psie można czy­tać. Robię to od lat, pró­bu­jąc patrzeć na psy przez pry­zmat ich mimiki i ruchów, chcąc dotrzeć do ich istoty i zro­zu­mieć, jak zmie­nia ona naszą istotę. Prze­ko­na­łem się, że wcale nie jest tam zbyt ciemno. Pies to pra­wie wyłącz­nie świa­tło; szcze­gólny blask, który roz­ja­śnia świat.

* * *

Czym jest pies? Moim zda­niem warto pochy­lić się nad tym pyta­niem, zanim zacznę roz­wa­ża­nia na temat tego, jak i dla­czego psy wzbo­ga­cają życie ich ludzi. Zapy­taj zoo­loga -?albo, jeśli uda ci się kogoś takiego zna­leźć, kyno­loga, czyli spe­cja­li­stę w dzie­dzi­nie opieki nad psami oraz ich szko­le­nia -?a otrzy­masz odpo­wiedź, która zaczyna się mniej wię­cej tak: "O, to zna­ko­mite pyta­nie". (Kyno­lo­go­wie są bar­dzo uprzejmi). "Jest to pospo­lite zwie­rzę domowe z gatunku Canis fami­lia­ris, nazy­wa­nego nie­kiedy Canis lupus fami­lia­ris". Następ­nie praw­do­po­dob­nie grzecz­nie odkaszl­nie, dając w ten spo­sób do zro­zu­mie­nia, że jeśli chcesz się dowie­dzieć wię­cej o psach, zapewne powi­nie­neś zapo­znać się z recen­zo­waną publi­ka­cją naukową jego autor­stwa, zaty­tu­ło­waną Czym jest pies? lub podob­nie.

Ale nawet ta krótka odpo­wiedź daje sporo do myśle­nia. Dla­czego cza­sami Canis fami­lia­ris, a cza­sami Canis lupus fami­lia­ris? Aby odpo­wie­dzieć na to z kolei pyta­nie, musimy odbyć podróż w prze­szłość. Gotowy? Zatem w porządku; nie jeste­śmy już w teraź­niej­szo­ści. Działo się to bar­dzo dawno, może nawet dwa­dzie­ścia tysięcy lat temu, tuż przed szczy­tem ostat­niego okresu zlo­do­wa­ce­nia, a może na jego początku; cho­dzi o epokę lodow­cową, w trak­cie któ­rej lód pokry­wał więk­szość Ame­ryki Pół­noc­nej oraz pół­noc Europy i Azji. Te lodowe pokrywy zawie­rały znaczną część dostęp­nej na naszej pla­ne­cie wody, zatrzy­mu­jąc ją w sobie i ogra­ni­cza­jąc jej ilość w innych miej­scach, co poskut­ko­wało obni­że­niem poziomu mórz, zwięk­sze­niem zasięgu pustyń oraz powsta­niem suro­wych, nie­przy­stęp­nych krain. W takim świe­cie musieli żyć pierwsi ludzie, dzie­ląc go z innymi zwie­rzę­tami, wśród któ­rych był wilk. Ówcze­sne wilki nieco róż­niły się od współ­cze­snych, lecz były bli­skimi kuzy­nami wilka sza­rego, któ­rego nazwa­li­śmy Canis lupus. Nie wiem, jak okre­ślano je wtedy, jako że łacina rzecz jasna nie ist­niała. Przy­pusz­czam, że nasi przod­ko­wie mieli spe­cy­ficzne chrząk­nię­cie, któ­rego uży­wali, aby ostrzec innych o obec­no­ści tego czwo­ro­noż­nego, kudła­tego, obda­rzo­nego ostrymi zębami stwo­rze­nia, ważą­cego pięć­dzie­siąt kilo­gra­mów z okła­dem.

Pamię­taj, że nie żyło się wtedy łatwo i przy­jem­nie. Różne gatunki rywa­li­zo­wały o te same zasoby. W pew­nym momen­cie wilki zaczęły wcho­dzić w inte­rak­cje z pra­ludźmi. Nie wszyst­kie, tylko okre­ślone osob­niki -?te, które ośmie­liły się pod­cho­dzić do naszych pra­przod­ków i ich obo­zo­wisk coraz bli­żej. Nie cho­dziło tylko o śmia­łość, lecz także o moty­wa­cję. Ludzie mieli poży­wie­nie, a wilki -?jak wszyst­kie zwie­rzęta -?lubią jeść. Oprócz moty­wa­cji w grę wcho­dziło coś jesz­cze: te osob­niki były ule­głe. Wiele wil­ków pró­bo­wało zakra­dać się do obo­zo­wisk i pod­kra­dać resztki jedze­nia, lecz te, które zacho­wy­wały się w typowo wil­czy spo­sób, były naj­czę­ściej prze­pę­dzane albo zabi­jane. Budziły w pra­lu­dziach strach. Uwa­żano je za zagro­że­nie. Te zaś, które zbli­żały się do ludz­kich sie­dzib albo nawet do nich wcho­dziły i dosta­wały jedze­nie, zacho­wy­wały się przy­jaź­niej; można powie­dzieć, że nawet dobro­tli­wie. Zaprzy­jaź­nie­nie się z ludźmi ozna­czało nie tylko dostęp do jedze­nia, ale też mniej surowe i nie­bez­pieczne warunki życia. Rela­cja ta przy­no­siła korzy­ści także ludziom, sta­no­wiła więc swego rodzaju sym­biozę. Ludzie zyskali w wil­kach formę ochrony, w dodatku sto­sun­kowo wyra­fi­no­waną. Zwie­rzęta te były niczym czwo­ro­nożne sys­temy alar­mowe, które umiały wyczuć zagro­że­nie z odle­gło­ści się­ga­ją­cej dwóch kilo­me­trów, miały lep­szy słuch i sku­tecz­niej wykry­wały ruch w ciem­no­ści. (Psy oraz ich pro­to­pla­ści, czyli wilki, są wypo­sa­żone w tak zwaną tape­tum luci­dum, czyli rodzaj błony odbla­sko­wej w oczach, która uspraw­nia ich wzrok w nocy. Dla­tego u więk­szo­ści psów na zdję­ciach nie wystę­puje efekt czer­wo­nych źre­nic. Ich oczy są jasne i błysz­czące, gdyż tape­tum luci­dum odbija świa­tło z powro­tem na siat­kówkę, podob­nie jak dzieje się to u saren w świe­tle reflek­to­rów).

Zróbmy prze­skok w cza­sie w przód. Opi­sy­wane pro­topsy, które zaczęły zada­wać się z ludźmi, nie pozo­stały takie same jak wcze­śniej. Zaczęły odróż­niać się od wil­ków nie tylko pod wzglę­dem beha­wio­ral­nym, ale też ana­to­micz­nym. Kiedy ludzie napo­ty­kali osob­niki o okre­ślo­nych cechach, które wyda­wały się im atrak­cyjne, przy­gar­niali je, lepiej kar­mili i zapew­niali bez­pieczne i sta­bilne oto­cze­nie, sprzy­ja­jące roz­mna­ża­niu się. Zęby tych czwo­ro­no­gów stały się krót­sze, uszy bar­dziej obwi­słe, a pyski okrą­glej­sze -?wszystko to są zewnętrzne oznaki ich przy­ja­ciel­sko­ści, a przy­naj­mniej inno­ści, które ludzie zaczęli postrze­gać jako przy­ja­zne. Oprócz potul­no­ści, główną cechą odróż­nia­jącą je od wil­ków było wyjąt­kowe wyczu­le­nie na ludz­kie nastroje i umie­jęt­ność reago­wa­nia na nie. Te nowe zwie­rzęta były (ta-dam!) psami.

A raczej pew­nym rodza­jem psów. Dziś mamy tych rodza­jów bar­dzo wiele. Dla­czego nie wszyst­kie okazy Canis fami­lia­ris przy­po­mi­nają dawne wilki, które prze­mie­niły się w psy? Z tych samych powo­dów, dla któ­rych każdy gatu­nek cechuje się pew­nym zróż­ni­co­wa­niem: cho­dzi o indy­wi­du­alne muta­cje i krzy­żo­wa­nie. Pra­dawne psy z bie­giem czasu róż­ni­co­wały się coraz bar­dziej. Bada­nia w tej dzie­dzi­nie nie dają jed­no­znacz­nych odpo­wie­dzi, nie wiemy więc z całą pew­no­ścią, czy ras prap­sów było sie­dem, dzie­więć, dzie­sięć, dwa­na­ście czy szes­na­ście. Wszy­scy zga­dzają się jed­nak co do tego, że już po tym, jak wilki prze­dzierz­gnęły się w psy, na ziemi zaczęły poja­wiać się różne odmiany.

Pro­ces ich powsta­wa­nia był zło­żony i nie­oczy­wi­sty, napę­dzany przez natu­ralne przy­padki krzy­żo­wa­nia się oraz inge­ren­cję czło­wieka. Powtó­rzę, że nie jestem uczo­nym spe­cja­li­zu­ją­cym się w psach. Nie mam stop­nia nauko­wego w tej dzie­dzi­nie. Pod­kre­ślam to po czę­ści dla­tego, że w mojej rodzi­nie są osoby z dyplo­mami szkół wyż­szych -?bio­lo­dzy, leka­rze i wete­ry­na­rze -?a po czę­ści po to, że chcę stwo­rzyć wła­sną niszę jako miło­śnik psów, psi orę­dow­nik i doku­men­ta­li­sta (dogu­men­ta­li­sta?). Ozna­cza to, że czy­tam o psach wszystko, co wpad­nie mi w ręce, i opie­ram się na tych infor­ma­cjach, które naj­le­piej sobie utrwa­li­łem. Zapa­dła mi w pamięć mię­dzy innymi kon­cep­cja, zgod­nie z którą pień psiego drzewa gene­tycz­nego składa się z szes­na­stu ras. Można powie­dzieć, że są to pra­dawne nurty psio­ści, któ­rych fale odbi­jają się echem we wszyst­kich współ­cze­snych psach.

Co to za rasy? Według jed­nego z badań tych szes­na­ście pod­sta­wo­wych ras to: akita, ala­skan mala­mute, ame­ry­kań­ski pies eski­mo­ski, basenji, chart afgań­ski, chow chow, dingo, eura­sier, husky sybe­ry­ski, pies kana­nej­ski, saluki (chart per­ski), samo­jed, shar pei, shiba inu, szpic fiń­ski i śpie­wa­jący pies z Nowej Gwi­nei. Zdu­mie­wa­jące, lecz rasy te wciąż ist­nieją, a ja jako Dogi­sta spo­ty­ka­łem ich przed­sta­wi­cieli. (Gwoli ści­sło­ści, nie pozna­łem oso­bi­ście żad­nego śpie­wa­ją­cego psa z Nowej Gwi­nei, wiem jed­nak, że ich nazwa -?nomen omen -?nie zawo­dzi). Pamię­tam szpica fiń­skiego, który wabił się Fritz, a o któ­rym wła­ści­ciel wypo­wie­dział się tak: "To istny wrzód na tyłku". Fritz miał wtedy tylko dwa lata, mógł więc zła­god­nieć z bie­giem czasu.

Snu­jąc roz­wa­ża­nia o rasach pier­wot­nych, warto pamię­tać, że psy, od momentu ich poja­wie­nia się, były w pew­nym stop­niu ludz­kim wyna­laz­kiem. Ewo­lu­owały wspól­nie z nami i dzięki nam, więc nie będzie więk­szej prze­sady w stwier­dze­niu, że są czę­ścią nas. Możemy z całą pew­no­ścią powie­dzieć, że bez ludzi nie byłoby psów. Ale bez psów mogłoby też nie być ludz­ko­ści. Pro­ces pole­ga­jący na przej­ściu od pierw­szych, postwil­czych ras do zróż­ni­co­wa­nego, fascy­nu­ją­cego i wspa­nia­łego świata psów pra­cow­ni­ków, pomoc­ni­ków i towa­rzy­szy życia był też sza­le­nie ważny dla naszego roz­woju.

Stella, terier szkocki (9 lat), róg Ble­ec­ker St. i 8th Ave­nue, Nowy Jork. "Chce spa­ce­ro­wać tylko tam, gdzie chce spa­ce­ro­wać. Tylko w tę kon­kretną stronę i w tym kie­runku".

Roz­dział 2

Hodowla to podstawa

Pamię­tasz wszyst­kie szes­na­ście ras pier­wot­nych? Nie? Wróć o kilka stron i zapo­znaj się z nimi jesz­cze raz, od A do Z (a wła­ści­wie od A do Ś, co powinno nieco uła­twić sprawę).

I jak? Na­dal nie możesz ich spa­mię­tać? Weź pod uwagę fakt, że różne roz­wi­dla­jące się ścieżki hodow­lane dopro­wa­dziły do zróż­ni­co­wa­nia tych szes­na­stu ras w dwie­ście ras współ­cze­snych -?a to jedy­nie te, które zostały ofi­cjal­nie uznane przez Ame­ri­can Ken­nel Club2. Możesz mi nie wie­rzyć, ale w świe­cie miło­śni­ków psów są ludzie, któ­rzy potra­fią wyre­cy­to­wać nazwy wszyst­kich ras z pamięci. Kie­dyś, na pew­nym wyda­rze­niu, roz­ma­wia­łem z męż­czy­zną, który twier­dził, że poznał kobietę umie­jącą wymie­nić je wszyst­kie w for­mie pio­senki, tak jak ame­ry­kań­skie dzieci wyśpie­wują nazwy pięć­dzie­się­ciu sta­nów. "Możesz mi poka­zać, która to osoba?" -?popro­si­łem. Mój roz­mówca nie­pre­cy­zyj­nym gestem wska­zał tłu­mek ludzi, co wcale nie uła­twiło mi sprawy. Potem zaczą­łem się zasta­na­wiać, czy po pro­stu sobie tej sawantki nie wymy­ślił. (Jeśli to ty jesteś tą kobietą, wybacz! I napisz do mnie).

Wiele zagad­nień doty­czą­cych ras trudno zro­zu­mieć. Nie­które mają dzi­waczne nazwy (dasz radę wymó­wić "xolo­itz­cu­in­tli", bo tak też nazywa się nagi pies mek­sy­kań­ski?). Ist­nie­nie innych było podyk­to­wane nie­ty­po­wymi wzglę­dami (na przy­kład lagotto roma­gnolo spe­cja­li­zuje się w poszu­ki­wa­niu tru­fli). Naj­pro­ściej jest zro­zu­mieć fakt, że żadna z ras nie powsta­łaby i nie prze­trwała bez inge­ren­cji czło­wieka. Nie ma cze­goś takiego jak dziki mops. Ludzie udo­mo­wili pierw­sze, pocho­dzące od wil­ków psy, a z bie­giem czasu two­rzyli coraz wię­cej ras. Obec­nie dzieli się psy na sie­dem głów­nych grup, a podział ten opiera się bar­dziej na funk­cji niż na bio­lo­gii. Wyróż­nia się psy myśliw­skie, pra­cu­jące, paster­skie, teriery, psy goń­cze oraz ozdobne i do towa­rzy­stwa, a także grupę "non-spor­ting", obej­mu­jącą rasy trudne do jed­no­znacz­nego zakla­sy­fi­ko­wa­nia. Sys­tem ten poka­zuje, że wszyst­kie psy rasowe zostały pier­wot­nie wyho­do­wane w okre­ślo­nym celu -?na przy­kład do udziału w polo­wa­niu, cią­gnię­cia zaprzęgu czy sie­dze­nia na uper­fu­mo­wa­nych kola­nach szlach­cianki. Ludzka pomy­sło­wość nie znała w tym przy­padku gra­nic, cza­sami ze szkodą dla nie­lu­dzi, do czego jesz­cze wrócę. Nie­mniej jed­nak jest to nie­zwy­kła histo­ria o tym, jak z jed­nego można stwo­rzyć wiele.

Przede wszyst­kim należy zapa­mię­tać, że psy od samego początku ewo­lu­owały wraz z ludźmi. Znaj­do­wały w nich odzwier­cie­dle­nie zmiany w spe­cy­fice ludz­kich sie­dlisk, ludz­kiej pracy i ludz­kiego życia. Gdy ludzie zaczęli polo­wać konno, uznali, że przy­dałby się im pies odpo­wiedni do tej aktyw­no­ści -?wystar­cza­jąco szybki i skon­cen­tro­wany, by dotrzy­mać kroku jeźdź­com. Tak naro­dził się foxho­und. A co z ludźmi, któ­rzy osie­dlali się w gęstych lasach, gdzie konie były nie­prak­tyczne, a polo­wało się pie­szo? Szybki pies myśliw­ski, który potra­fił roz­wi­jać wła­ściwe koniom pręd­ko­ści, bez trudu prze­ści­gnąłby łow­czego bez konia. Roz­wią­za­nie? Skró­ce­nie łap, by pies goń­czy stał się wol­niej­szy -?i mamy beagle'a. Gdy­byś był jed­nym z tych ludzi, któ­rzy osie­dlili się w zim­nym kli­ma­cie nad­mor­skim, mógł­byś potrze­bo­wać psa stwo­rzo­nego do bie­ga­nia po plaży i bro­dze­nia w płyt­kiej wodzie. A jeśli tak, może zain­te­re­so­wałby cię pies z natu­ral­nie tłu­stą sier­ścią, chro­niącą przed wil­go­cią i niską tem­pe­ra­turą, płe­twia­stymi łapami uła­twia­ją­cymi pły­wa­nie i gru­bym ogo­nem, który może peł­nić funk­cję steru w wodzie? Voila! Mamy labra­dora retrie­vera. (Kiedy byłem dziec­kiem, labra­dory były naj­częst­szymi towa­rzy­szami w naszej rodzi­nie; zwłasz­cza labra­dor angiel­ski, który ma kan­cia­stą głowę oraz sto­sun­kowo krótki i gruby "wydrzy" ogon). Woda jest za zimna nawet dla labra­dora? Twoim nie­zrów­na­nym mro­zo­od­por­nym pupi­lem będzie che­sa­pe­ake bay retrie­ver.

W rezul­ta­cie roz­wój ras poszedł we wszyst­kich kie­run­kach naraz: psy duże i małe; pyski zaokrą­glone i spi­cza­ste; futro grub­sze i cień­sze; oczy, uszy i ogony o naj­róż­niej­szych kształ­tach. Możesz to porów­nać do czyn­ni­ków wpły­wa­ją­cych na decy­zję o zaku­pie samo­chodu, takich jak pręd­kość, wiel­kość, wygoda obsługi czy wygląd. Dywer­sy­fi­ka­cja psów postę­po­wała na podob­nych zasa­dach -?każdy nowy aspekt wyglądu rasy był zara­zem aspek­tem funk­cjo­nal­nym, a na prze­strzeni wie­ków wcze­sne gatunki, które były pokło­siem epoki pod­cho­dzą­cych do obo­zo­wisk wil­ków, zyskały naj­róż­niej­sze formy -?od malut­kich chi­hu­ahua po wiel­kie dogi nie­miec­kie. Nawet te dwie rasy można krzy­żo­wać, choć taki mie­sza­niec (doghu­ahua, chi­dog­dog?) musi być potom­kiem psa chi­hu­ahua i suki doga nie­miec­kiego, gdyż suka chi­hu­ahua nie jest w sta­nie dono­sić "pół­doga". (I taka krzy­żówka jest moż­liwa tylko za pomocą dra­biny...)

Kto tę dra­binę usta­wia? Ponow­nie -?ludzie. To ludzie sta­no­wią odpo­wiedź na każde pyta­nie doty­czące hodowli psów. Zacznijmy od tego, że to ludzie stwo­rzyli psa, zróż­ni­co­wali ten gatu­nek, a potem opra­co­wali i narzu­cili stan­dardy ras. Z ludz­kiej potrzeby porządku i kate­go­ry­zo­wa­nia zaczęli defi­nio­wać i okre­ślać, co czyni tę rasę psa wła­śnie tą rasą, a co tamtą rasę -?tamtą. Kon­cep­cje te zostały sfor­ma­li­zo­wane i ucie­le­śnione na wysta­wach psów. Pierw­sza ofi­cjalna wystawa psów raso­wych odbyła się latem 1859 roku w New­ca­stle upon Tyne, a imprezy tego rodzaju w nie­dłu­gim cza­sie zyskały rangę waż­nych wyda­rzeń o zasięgu glo­bal­nym. Naj­więk­szą na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej jest wystawa Cru­fts w Wiel­kiej Bry­ta­nii, a trzy naj­waż­niej­sze w USA to Natio­nal Dog Show, AKC Natio­nal Cham­pion­ship i West­min­ster Ken­nel Club (WKC) Dog Show. W minio­nych latach na zna­cze­niu zyskała zwłasz­cza ta ostat­nia. Natio­nal Dog Show ma sie­dzibę w Fila­del­fii, AKC jest orga­ni­zo­wana w Orlando i Long Beach, a WKC przez długi czas odby­wała się w Madi­son Squ­are Gar­den w Nowym Jorku (w cza­sie pan­de­mii COVID-19 została prze­nie­siona do nowo­jor­skiego Tar­ry­town i Natio­nal Ten­nis Cen­ter w Queens, ale w 2025 roku wró­ciła do Madi­son Squ­are Gar­den). To szcze­gólne miej­sce zapew­nia WKC regu­larną obec­ność w tele­wi­zji i sta­no­wiło sce­ne­rię dla praw­do­po­dob­nie naj­waż­niej­szego filmu o wysta­wach psów, jaki kie­dy­kol­wiek nakrę­cono (Medal dla miss w reży­se­rii Chri­sto­phera Guesta).

Przez ostat­nie dzie­sięć lat foto­gra­fo­wa­łem na wysta­wie West­min­ster jako Dogi­sta i za każ­dym razem było to dla mnie w dużej mie­rze pozy­tywne prze­ży­cie -?móc zoba­czyć psy w ich naj­lep­szym wyda­niu, przy­naj­mniej jeśli cho­dzi o czy­stość rasy. Uwiel­bia­łem foto­gra­fo­wać Donalda, psa rasy bichon frise, któ­rego wła­ści­cielka tyleż ze śmie­chem, co ze śmier­telną powagą oznaj­miła mi, że "jego rodo­wo­dowe imię to "Grand Cham­pion Ego­ista"". Uwiel­bia­łem patrzeć, jak wła­ści­ciele dbają o swo­ich pupili z wielką miło­ścią i rów­nie wielką zawo­dową sta­ran­no­ścią. Wystawa jest nie­mal dosko­nałą ilu­stra­cją tego, jak nasze podej­ście do hodowli posze­rzyło poję­cie "psa", a jed­no­cze­śnie zawę­ziło poję­cie poszcze­gól­nych ras. Każdy czwo­ro­nóg wysta­wiany w West­min­ster musi speł­niać zbiór bar­dzo szcze­gó­ło­wych kry­te­riów okre­ślo­nych przez Ame­ri­can Ken­nel Club, a każdy psi zwy­cięzca -?speł­niać je na naj­wyż­szym pozio­mie. Tak było w przy­padku Buddy'ego Holly'ego, psa rasy petit bas­set grif­fon vendéen, który zdo­był tytuł Best in Show w 2023 roku. Było tak też w przy­padku Trum­peta, blo­odho­unda, który wygrał rok wcze­śniej. I w przy­padku pekiń­czyka Wasa­biego, zwy­cięzcy z 2021 roku.

Men­tal­ność wysta­wien­ni­cza wykra­cza poza pokazy. Zeszłego lata przy­pad­kiem wpa­dła mi w ucho roz­mowa rodzi­ców z dwiema małymi dziew­czyn­kami, któ­rzy zatrzy­mali się, by podzi­wiać psa pew­nej kobiety.

-?Jaki słodki -?powie­działa jedna z dziew­czy­nek. -?Cześć, maluszku!

Kobieta ode­zwała się dopiero po dłuż­szej chwili.

-?To czem­pion -?odparła.

-?Tak ma na imię? -?zapy­tała dziew­czynka. -?Czem­pion?

-?To nie imię, tylko tytuł, na który zapra­co­wał. Jest psem wysta­wo­wym.

Nie przy­ta­czam tej aneg­dotki, by zakpić ze wspo­mnia­nej kobiety. Aby wziąć udział w wysta­wie, a co dopiero ją wygrać, jej beagle musiał speł­niać stan­dardy wyzna­czone przez AKC, co ozna­czało mię­dzy innymi, że musiał mieć głowę "sto­sun­kowo długą i lekko wyskle­pioną w oko­li­cach poty­licy, z czaszką pełną i sze­roką", nie wspo­mi­na­jąc o "kufie śred­niej dłu­go­ści". Jest też sek­cja o uszach:

Uszy osa­dzone umiar­ko­wa­nie nisko, dłu­gie, w peł­nym roz­cią­gnię­ciu się­ga­jące pra­wie -?jeśli nie cał­kiem -?do czubka nosa; o deli­kat­nej fak­tu­rze, dość sze­ro­kie, z nie­mal cał­ko­wi­tym bra­kiem zdol­no­ści erek­cyj­nej, zwi­sa­jące bli­sko głowy, z przed­nią kra­wę­dzią lekko zwró­coną w stronę policzka i zaokrą­glone na koń­cach.

Nawet jeśli "zdol­ność erek­cyjna" nie ozna­cza tutaj tego, z czym się w pierw­szej kolej­no­ści koja­rzy, ten krótki aka­pit budzi u wła­ści­ciela psa naj­róż­niej­sze obawy i tremę przed wystę­pem (psy, na szczę­ście, nie umieją czy­tać). Psa, który ści­śle speł­nia te stan­dardy, można stwo­rzyć tylko dzięki pre­cy­zyj­nej hodowli. Z jed­nej strony sta­nowi to ilu­stra­cję ludz­kich moż­li­wo­ści, gdyż hodowla tego rodzaju wymaga dba­ło­ści i uwagi, podob­nie jak sztuka ogrod­ni­cza, szkut­ni­cza czy zaawan­so­wane bada­nia naukowe. Z dru­giej jed­nak może rodzić pro­blemy dla psów, z powo­dów, które omó­wię nieco póź­niej.

Kiedy spa­ce­ruję uli­cami i pra­cuję jako Dogi­sta, uwiel­biam spo­ty­kać psy rasowe. To piękne zwie­rzęta. Zawsze mia­łem wzglę­dem nich takie odczu­cia. Jedną z moich ulu­bio­nych ksią­żek z dzie­ciń­stwa była ency­klo­pe­dia psów, w któ­rej wymie­nione zostały wszyst­kie ówcze­sne rasy oraz ich cechy cha­rak­te­ry­styczne. O ile pamię­tam, ist­niało wtedy pra­wie dwie­ście ras. Obec­nie jest ich dokład­nie tyle. (A wła­ści­wie było tak do wczo­raj, dziś bowiem ame­ry­kań­skie auto­ry­tety kyno­lo­giczne ofi­cjal­nie zatwier­dziły kolejną, czyli dwie­ście pierw­szą. Cho­dzi o lan­ca­shire heelera, krew­nego cor­giego, który przez bry­tyj­skich hodow­ców był uzna­wany od mniej wię­cej 2006 roku i tra­fił do kate­go­rii ras zagro­żo­nych. O ile wiem, nie spo­tka­łem jesz­cze żad­nego lan­ca­shire heelera. Opi­suje się je jako odważne, czułe i obda­rzone umie­jęt­no­ścią spe­cy­ficz­nego uśmie­cha­nia się, kiedy są zado­wo­lone).

Lek­tura psiej ency­klo­pe­dii pochła­niała mnie bez reszty. Widzia­łem w tej książce połą­cze­nie Biblii (mia­łem sza­cu­nek do tego tematu) oraz kata­logu skle­po­wego ("Jakiego psa chcę? A może raczej jakie psy? Jed­nego takiego, dwa takie, no i rzecz jasna mopsa na dokładkę!"). Podo­bało mi się piękno każ­dej rasy i dzie­lące je róż­nice, które doty­czyły nie tylko wyglądu, lecz także cha­rak­teru. Teriery bywają ner­wowe. Labra­dory i gol­den retrie­very -?wylu­zo­wane i spo­kojne. Owczarki nie­miec­kie zali­czają się do kate­go­rii "jeste­śmy piękne, ale ugryźć też umiemy".

Z wie­kiem nabra­łem zdro­wego scep­ty­cy­zmu. Skąd auto­rzy książki mogli wie­dzieć, jak zachowa się kon­kretny dober­man? Ale z nie­ubła­ga­nym bie­giem lat w pew­nym stop­niu wró­ci­łem do pier­wot­nych prze­ko­nań: czę­sto powta­rzane ste­reo­typy rze­czy­wi­ście znaj­dują odzwier­cie­dle­nie w uspo­so­bie­niach poszcze­gól­nych ras. Weźmy na przy­kład chow chow. Były to jedne z naj­waż­niej­szych psów w sta­ro­żyt­nych Chi­nach. Śred­niej wiel­ko­ści (18-35 kg), silne, z grubą dwu­war­stwową sier­ścią i cha­rak­te­ry­stycz­nym fio­le­to­wym jęzo­rem, zostały wyho­do­wane albo wła­śnie tam dwa tysiące lat temu, albo na Sybe­rii we wcze­śniej­szych wie­kach i potem przy­wę­dro­wały do Chin przez Mon­go­lię. W Chi­nach chow chow był wyko­rzy­sty­wany jako pies robo­czy, cią­gnący sanie przez mokra­dła, a także jako czwo­ro­nóg do towa­rzy­stwa na dwo­rze cesar­skim (rze­komo sta­no­wił wzór dla posą­gów lwów przed bud­dyj­skimi świą­ty­niami, choć mnie zawsze bar­dziej koja­rzył się z małym niedź­wie­dziem o nie­bie­ska­wym języku). Do ich tem­pe­ra­mentu szcze­gól­nie dobrze paso­wało dru­gie z wymie­nio­nych zadań. Sły­sza­łem już naj­róż­niej­sze eufe­mi­styczne opisy cha­rak­teru chow chow. Ludzie mówią, że psy tej rasy "mają wyczu­cie, jeśli cho­dzi o obcych" albo że "są tery­to­rialne", lecz prawda jest taka, że mocno przy­wią­zują się do wła­ści­cieli i na ogół są bar­dzo nie­przy­ja­zne wobec kogo­kol­wiek innego. Obec­nie nie jest to rasa zbyt popu­larna, gdyż mimo uro­czego pucha­tego wyglądu chow chow potra­fią być kąśliwe.

Nie­któ­rzy ludzie nie chcą brać na sie­bie cię­żaru posia­da­nia chow chow albo owczarka nie­miec­kiego i wolą powięk­szyć rodzinę o kla­sycz­nego, przy­ja­znego retrie­vera o obwi­słych uszach. Chow chow rzecz jasna też mogą być zna­ko­mi­tym wybo­rem, ponie­waż są bar­dzo opie­kuń­cze wobec naj­bliż­szej rodziny, w tym dzieci. Trud­no­ści rodzi jed­nak umiesz­cza­nie ich w śro­do­wi­sku, w któ­rym regu­lar­nie sty­kają się z obcymi. Dla­tego jestem tro­chę zasko­czony za każ­dym razem, gdy widzę takiego psa w Nowym Jorku. A widy­wa­łem je już w par­kach latem, co samo w sobie jest pro­ble­ma­tyczne -?podwójna okrywa wło­sowa izo­luje tak sku­tecz­nie, że upał w naj­lep­szym razie źle wpływa na nastrój zwie­rzę­cia, a w naj­gor­szym na zdro­wie. Pamię­tam, jak spo­tka­łem chow chow w Tri­beca. Nie napi­szę tu, jak się wabił, aby chro­nić jego pry­wat­ność, nosił on jed­nak ludz­kie imię. Nazwę go Andy. Przed­sta­wia­jąc mi Andy'ego, wła­ści­ciel zastrzegł z góry: "To jest chow chow. One nie lubią nie­zna­jo­mych". Pod­sze­dłem do tego psa z nad­mierną pew­no­ścią sie­bie, jak gracz NBA, który ma wła­śnie kon­cer­tową passę rzu­tów. W duchu powta­rza­łem sobie, że takie ostrze­że­nia są dobre dla zwy­kłych śmier­tel­ni­ków, a ja powi­nie­nem być wyjąt­kiem. W końcu jestem Dogi­stą... umiem mówić po psiemu... Zoba­czy, że jestem wyjąt­kowy i godny zaufa­nia... Okej, może nie jestem zakli­na­czem psów, ale robi­łem to już dzie­siątki tysięcy razy... jestem eks­per­tem i NI­GDY nie zosta­łem ugry­ziony. Ani razu!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki