Niedawno zmarła moja mama, ale bardziej opłakuję syna, chociaż on nie umarł - jak najbardziej żyje. Mieszkamy w tym samym mieście, bardzo blisko siebie, bo Gröndal dzieli od Midsommarkransen niewielka odległość, którą można pokonać spacerem - pod warunkiem że ktoś tak jak ja lubi chodzić piechotą. Na pokonanie tego dystansu potrzebuję trzydziestu minut, ale od pewnego czasu zazwyczaj jeżdżę tam samochodem, ponieważ nie mam już tyle sił co kiedyś. Zależy mi, żeby się nie spóźnić. Jeżeli dopisuje mi szczęście, widzę, jak Andreas prowadzi Sama do żłobka. Obserwuję ich przez krótką chwilę, gdy przechodzą przez bramę. Za czasów moich dziadków na żłobek mówiło się "ochronka". Czasem zdarzało mi się użyć tej nazwy, ale syn od razu mnie upominał, żebym mówiła poprawnie. Robił to, zanim przestał się do mnie odzywać i zanim wszystko między nami się skończyło.
Potem zwykle jadę na Vattenledningsvägen i parkuję w okolicy kwiaciarni, w tej samej dzielnicy, dosłownie za rogiem. Po przybyciu na miejsce czekam, aż otworzą. Dzisiaj jadę tam prosto z domu.
Kiedy siedzę w samochodzie i oddycham, z ust wydobywają mi się kłęby pary. Poruszam palcami u stóp, żeby pobudzić je do życia. Wolę nie ryzykować; nie chcę, żeby Andreas mnie zauważył. Gdyby się tak stało, mogłoby to jeszcze pogorszyć nasze relacje. Kiedyś zajrzałam po drodze do ich kwiaciarni i syn zezłościł się na mnie, chociaż chciałam się tylko przywitać.
- Chyba coś uzgodniliśmy - powiedział, dając mi do zrozumienia, że mam go zostawić w spokoju. Prawdziwe "uzgadnianie" polega jednak na tym, że to obie strony decydują o czymś wspólnie. Tymczasem sam postanowił, że nie wolno mi się widywać ani z nim, ani z Samem. Ciągle nie mogę się z tym pogodzić.
Siedzę więc w samochodzie i cierpliwie czekam na zwyczajową porcję tego co zawsze. Zaparkowałam w pewnej odległości od kwiaciarni, żeby nie rzucać się w oczy. Czuję się jak głodny człowiek, który zjada marne resztki. Na pewno się nimi nie nasyci, ale dzięki nim przeżyje. Na miejscu pasażera mam mały termos z kawą. Zabrałam go, żeby rozgrzać się w czasie czekania. Niestety, kawa jest już letnia, uznaję więc, że muszę kupić inny termos, który będzie lepiej trzymał ciepło.
Nagle widzę syna. Stoi na chodniku i podciąga żaluzję w oknie. Jest lekko opalony. Może byli na urlopie? Nie widziałam ich przez całą Wielkanoc. Światła w mieszkaniu były zgaszone, w kwiaciarni ktoś go zastępował. Nie wiem, dokąd pojechali, ale wcale mnie to nie dziwi, skoro dawno temu zablokowali mnie na Instagramie. Kiedy żyła moja mama, podglądałam ich przez jej konto. Ściągałam od niej ich zdjęcia. Po jej śmierci nie mam już tej możliwości.
Andreas bierze miotłę i zamiata chodnik, a potem wynosi przed kwiaciarnię drewnianą skrzynię z bluszczem i czerwonym mchem. Później dostawia kilka innych skrzynek, a ja przez cały czas obserwuję jego ruchy. Są miękkie, jakby tańczył. Pracuje szybko, poszczególne czynności wykonuje wprawnymi ruchami. Gdy po jakimś czasie zjawia się Josefin z Samem na rękach, zastanawiam się, dlaczego chłopiec nie jest w żłobku. Może zachorował? Ma zaróżowione policzki i marudzi. Czemu któreś z nich nie zostanie w domu, żeby się nim zaopiekować? Mały powinien leżeć w łóżku, a oni przywlekli go do kwiaciarni. Może mają tyle pracy, że inaczej się nie dało?
Chciałabym wysiąść z samochodu, podejść do nich i zaproponować, że się nim zaopiekuję. Mam przecież mnóstwo wolnego czasu, więc nie stanowiłoby to dla mnie żadnego problemu. Zostawcie go u mnie na noc, apeluję do nich w myślach. Sprawicie mi tym przyjemność i nie będziecie musieli się o niego martwić. Poza tym zyskacie trochę wolnego czasu dla siebie i będziecie mogli zająć się swoimi sprawami.
Właśnie to chciałabym im powiedzieć. Złożyć im propozycję, jaką składa dorosłym dzieciom wielu rodziców. Ale nie mogę, nie wolno mi; siedzę więc za kierownicą z niewidzialnym kneblem w ustach i w milczeniu ich obserwuję. Josefin wchodzi z Samem do środka, podczas gdy Andreas zostaje na ulicy i taksuje wzrokiem wystawione na chodnik rośliny. Jeszcze raz sprawdza, czy o czymś nie zapomniał, a ponieważ jest dokładny, poprawia dwie skrzynki z kwiatami i dopiero wtedy wchodzi do kwiaciarni. Dzisiejsze przedstawienie dobiegło końca. Mogę wracać do domu.
Nagle czuję, że moje policzki są mokre. No tak, znowu się popłakałam, chociaż nie wiem dlaczego. Z powodu mamy? Andreasa? Małego Sama?
Obok mnie zatrzymuje się samochód i w tym samym czasie inny pojazd zjeżdża z chodnika. Siedząca za kierownicą kobieta mierzy mnie wzrokiem, po czym jedzie dalej. Czyżby zauważyła, jak bardzo się wstydzę, że jestem złą kobietą? To przecież takie jak ja dzwonią do radiowego psychologa, proszą go o radę i błagają o pocieszenie: "Proszę mi pomóc, mój syn zerwał ze mną wszelkie kontakty i zabronił mi się spotykać z wnukiem!".
Mam ochotę wcisnąć gaz, dogonić tę kobietę i szczegółowo jej o wszystkim opowiedzieć, wyjaśnić, jak doszło do takiej sytuacji. Przecież to był nie tylko mój błąd! A jeśli wina leży tylko po mojej stronie? Rozbolał mnie żołądek. Czuję, że dzisiaj też nie będę w stanie pracować.
Dziwnie to zabrzmi, ale nie mogłam się już doczekać pogrzebu mamy. Gdyby Andreas i Josefin się o tym dowiedzieli, uznaliby to za kolejny dowód na to, że jestem złą kobietą. A przecież wcale nie chciałam, żeby mama umarła. Przed pogrzebem czułam się lekko podniesiona na duchu, bo miałam nadzieję, że spotkam syna i wnuka. Choć tak naprawdę przepełniały mnie zupełnie inne uczucia: smutek i żal. Liczyłam, że śmierć mamy znowu połączy mnie i syna. Mama do ostatnich chwil swojego życia dodawała mi otuchy i mówiła o nadziei, chociaż nie miała pojęcia, w jak trudnej znalazłam się sytuacji. Mimo to bardzo bym chciała, żeby jej słowa się potwierdziły. "Wszystko jakoś się ułoży, a jeśli coś pójdzie nie tak, nie musi to jeszcze oznaczać końca", mawiała. Jej życie dobiegło końca i nic się nie ułożyło.
Kościół jest wypełniony odurzającym zapachem kwiatów. Mama chciała, żeby ceremonia wyprowadzenia zwłok odbyła się w kościele w dzielnicy Seglora w Bor?s, ale wszystkie terminy były już zarezerwowane i musiałam przenieść uroczystość do kościoła w Djurg?rden. Ten też lubiła, chociaż twierdziła, że to nie to samo. Zgodnie z jej życzeniem trumna była okryta tkaniną w stylu Josefa Franka i leżała na katafalku otoczona wieńcami od przyjaciół i rodziny. Na szarfach można było przeczytać typowe na tę okazję słowa:
Spoczywaj w spokoju
Ostatnie pożegnanie
Drogiej Maggie
Kochanej Babci
Śpij w pokoju
Do końca nie mogłam uwierzyć, że w trumnie leży moja mama, a teksty na szarfach odnoszą się do niej. Wydawało mi się to tak samo niemożliwe jak próba zawarcia w kilku słowach tego, co do niej czułam jako do kobiety, która nie tylko mnie urodziła, ale także od dzieciństwa prowadziła mnie przez życie, chociaż między nami nie zawsze układało się najlepiej. Od kiedy sięgam pamięcią, zachowywała wobec mnie pewien dystans i niechętnie okazywała mi uczucia. "Tak będzie lepiej", mawiała. Przez całe życie gadałyśmy o niczym i bliżej mi było do taty, podczas gdy ona była bardziej związana z wnukiem: Andreasem. Wyglądało to tak, jakby miłość matki do dziecka przeskoczyła jedno pokolenie. Ale i tak ją kochałam.
Kiedy weszłam do kościoła, Andreas stał koło ołtarza i przyczepiał bukieciki białych róż do stojących w rzędach sosnowych krzeseł. Słysząc moje kroki, uniósł głowę, spojrzał na mnie twardym wzrokiem, po czym wrócił do swojego zajęcia i nadal z upartą miną i zaciśniętymi zębami przyczepiał bukieciki. Tymczasem ja walczyłam ze strachem. W końcu przemogłam się i podeszłam bliżej, chociaż wiedziałam, że sprawi mi to ból.
- Miło, że przyszedłeś - powiedziałam, żeby jakoś zacząć rozmowę.
- To był pomysł Josefin - odparł, przycinając kwiatki małym nożem.
- Świetnie. Babci na pewno by się to spodobało.
Andreas skinął głową i dalej przycinał kwiatki.
- Posłuchaj... ja... - zaczęłam, ale nie dał mi dokończyć; uniósł głowę i przeszył mnie twardym spojrzeniem. Chciałam go przeprosić, nie zdążyłam jednak, bo usłyszałam dziecięcy głos dobiegający od drzwi kościoła:
- Tato!
Odwróciłam się i zobaczyłam Sama, który biegł w naszą stronę. Przykucnęłam, żeby się z nim przywitać, lecz przebiegł obok mnie i wskoczył ojcu na ręce. Na mnie nawet nie spojrzał ani się nie odezwał.
- Dzień dobry, synku. - Głos Andreasa zmienił się nie do poznania. Nagle stał się ciepły i pełen miłości. - Chodźmy do mamy.
Wziął Sama za rękę i razem podeszli do Josefin, która przed chwilą weszła do kościoła. Popatrzyłam na nią i zmusiłam się do uśmiechu. Pomyślałam, że zaraz zacznie się msza i będę mogła sobie spokojnie popłakać.
Stina i Björn też przyszli. Objęli mnie na powitanie i Stina zapewniła mnie, że myślą o mnie i że jeśli potrzebuję pomocy, mogę się do nich zwrócić.
Na zewnątrz wyglądało to tak, jakby chcieli mnie pocieszyć, ale wiedziałam, że to tylko pozory, bo w jej głosie usłyszałam nowe tony, a Björn milczał; stał z zaciśniętymi zębami. Wiedziałam, że jest im niezręcznie ze mną rozmawiać. Nie przyjechali tu z mojego powodu, bo nic, co od pewnego czasu działo się w naszym życiu, nie odbywało się ze względu na mnie. Byłabym naiwna, gdybym myślała inaczej.
*
Z wieży białego kościoła popłynęły dźwięki dzwonu, zwiastując ostatni akt ziemskiego żywota mojej mamy, Maggie Berg. Prosiła, żeby ceremonię prowadziła "kobieta z dobrą reputacją", bo wszystkie jej przyjaciółki, które zmarły w ostatnich latach, wybrały tę pastorkę. Ku mojemu zdumieniu okazała się niezwykle taktowna i opanowana. Myślałam, że mama i jej koleżanki miały na myśli kogoś, kto chodzi z wysoko zadartym nosem, ale pastorka okazała dużo ciepła i spokoju, co w tej sytuacji było dla mnie sporym pocieszeniem. W pewnym momencie oddała głos Andreasowi. Mój syn miał wygłosić mowę, bo ja nie byłabym w stanie tego zrobić.
Josefin uścisnęła jego dłoń, żeby dodać mu otuchy. Wstał z ławki i podszedł do trumny. Widać było, że z trudem powstrzymuje się od płaczu. Drgała mu powieka i kilka razy przełknął ślinę. W kościele zapadła cisza. Andreas odchrząknął, rozłożył kartkę i zaczął czytać przygotowany wcześniej tekst. Mówił jednostajnym, mechanicznym głosem, jak robot. Musiał zapanować nad emocjami, żeby sobie poradzić z takim wyzwaniem.
- Nauczyłaś mnie, że wszystko, co rośnie, potrzebuje pokarmu, zarówno kwiaty, jak i ludzie, istoty duże i małe, starzy i młodzi. Przez całe moje życie to ty dawałaś mi ten pokarm. W twoim domu zawsze czułem się bezpiecznie. Dziękuje ci, babciu. Kocham cię i obiecuję, że zadbam o twoje kwiaty i dam im niezbędny pokarm.
W tym momencie głos mu się załamał, w kościele rozległ się ogólny szloch i zaszeleściły chusteczki do nosa. Próbowałam spojrzeć synowi w oczy, ale stał ze spuszczoną głową i wpatrywał się w zielony dywan przed ołtarzem. Kiedy wrócił na swoje miejsce, zagrały organy. Ich dźwięk przypomniał mi dzień pogrzebu mojego taty. Popłynęły słowa psalmu Chwalebna jest Ziemia, opowiadającego o tym, że mijają kolejne epoki, a w miejsce jednej rodziny pojawia się następna.
Andreas miał wtedy piętnaście lat. Siedzieliśmy obok siebie w kościele Gustawa Adolfa i trzymaliśmy się za ręce. Zapomniałam zabrać chusteczek higienicznych i swój żal wypłakiwaliśmy na zmianę w moją apaszkę. W końcu unieśliśmy głowy i zaśpiewaliśmy razem ze wszystkimi.
Ostatnie pożegnanie. Do trumny podeszłam sama. Po drugiej stronie stał Andreas, Josefin trzymała na rękach mojego wnuka. To ona pocieszała mojego syna, nie ja. Dziwnie się czułam, kiedy na nich patrzyłam, chociaż zachowywali się całkiem naturalnie. Nastąpił nieunikniony proces przejęcia władzy, co sprawiło mi okrutny ból. Proces ten zaczął się przed kilku laty, kiedy powoli, choć systematycznie, byłam odsuwana na boczny tor.
Mama jest pochowana na cmentarzu Galärkyrkog?rden, chociaż załatwienie kwatery na tej nekropolii graniczy z cudem. Ludzie latami czekają w kolejce bez gwarancji, że im się uda. Mamie udało się to załatwić; znalazła jakieś dojście. Zawsze potrafiła rozmawiać z ludźmi i każdego umiała oczarować. Zaproponowałam jej Gaj Pamięci, w którym po kremacji rozsypywane są prochy zmarłych, ale się nie zgodziła. Stwierdziła, że nie chce się tłoczyć z innymi, bo "człowiek powinien mieć swój własny kąt". Powiedziała tak, chociaż w życiu codziennym była osobą niezwykle towarzyską. Wiedziałam, że chodziło jej o status, bo teraz leży w miejscu, które sama sobie upatrzyła, wśród kapitanów okrętów wojennych i wybitnych postaci z dzielnic Östermalm i Djurg?rden. Na jej grobie leży polny kamień, który sama wybrałam. Mama pozostawiła mi ten wybór, co trochę mnie zdziwiło. Być może w trumnie, przy dźwiękach muzyki pogrzebowej, kończyła się jej potrzeba kontrolowania wszystkiego.
Przeszłam przez bramę z czerwonej cegły. Po drugiej stronie muru stał dom z żółtej cegły, w którym w latach sześćdziesiątych mieściło się moje przedszkole. Później budynek został przebudowany i teraz mieści się w nim coś innego. Nigdy nie czułam się dobrze w licznej grupie przedszkolaków i ciągle tęskniłam do mamy. Pewnie dlatego, że byłam jedynaczką i brakowało mi wcześniej kontaktów z dziećmi. Przypuszczam, że pewnie dlatego czułam się bezpiecznie, kiedy urodziłam Andreasa i wkrótce potem Janne, były mąż, ode mnie odszedł i zostałam z synem sama. Od tamtej pory zawsze byliśmy razem. Później pojawiła się Heidi, dziewczyna Andreasa, a kiedy się rozstali, w nasze życie wkroczyła Josefin. Urodziła Sama i wszystko się zmieniło.
Grób mamy znajduje się blisko wejścia na cmentarz. Na płycie kazałam wygrawerować napis o treści:
Pamięci Margarety "Maggie" Berg
Kocham i tęsknię
Andreas wygrawerował pod tym napisem różę. Czasem odnoszę wrażenie, że syn mógłby być równie dobrym ilustratorem lub architektem, jak florystą. Z takim talentem byłby w stanie zaoferować światu znacznie więcej niż to, co robi w swojej kwiaciarni. Ale tak myślą o swoich dzieciach wszyscy rodzice. Są przekonani, że ich pociechy są geniuszami i gdyby tylko chciały, mogłyby osiągnąć znacznie więcej.
Przyniosłam mały krzak róży w doniczce. Miałam nadzieję, że przetrwa dłużej niż kupiona ostatnio lawenda, która szybko uschła. Z początku zamierzałam kupić róże u Andreasa, ale kiedy mi się przypomniało, że zabronił mi tam przychodzić, poszłam do kwiaciarni Bruun Blommor przy Karlavägen. Sporo zapłaciłam, ale wiedziałam, że mama doceniłaby ten gest. Kiedy na jej grób przychodzą znajomi, na pewno dostrzegają to, że są na nim drogie kwiaty. Coś takiego liczyło się w jej świecie, zarówno żywych, jak i umarłych.
Weszłam na cmentarz i poczułam się niemal wyzwolona. To miejsce, w którym można płakać bez żadnych skrupułów. Mama zmarła "w odpowiednim czasie", jeśli mogę to tak określić, bo dzięki temu mogę teraz wypłakiwać swoje inne żale. Krótko przed jej śmiercią Andreas i Josefin zerwali ze mną wszelkie stosunki. Nie chcę jednak powiedzieć, że śmierć mamy była czymś "odpowiednim", bo w tamtym okresie potrzebowałam jej wsparcia bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Ale nie musiałam wyjaśniać moim zleceniodawcom, dlaczego jestem w tak beznadziejnym stanie. Moje zachowanie było dla nich całkiem naturalne i zrozumiałe. Nikt nie protestował, kiedy brałam zwolnienie lekarskie albo odwoływałam odczyty. Otrzymywałam z różnych stron wyrazy troski i czułości. Co pomyśleliby ci ludzie, gdyby znali prawdziwy powód mojego złego samopoczucia? Zaczęliby mnie oceniać? Uznaliby za złego człowieka? A może nie opłakiwałam mamy w należyty sposób?
W tamtym okresie zamartwiałam się z różnych dziwnych powodów. Na przykład tym, że mama nie chciała zostać pochowana obok taty na Skogskyrkog?rden. Cmentarz Galärkyrkog?rden okazał się dla niej ważniejszy niż wieczność u boku męża. Ciekawe, czy Andreas chciałby zostać pochowany obok mnie. Chyba nie. Świadomość tego wydała mi się przerażająca i to nie dlatego, żebym wierzyła w życie pozagrobowe.
Po co myślę o takich sprawach? Mój umysł błądził w poszukiwaniu rozwiązań rzeczywistych problemów i potykał się o wiele innych. Gdyby mama żyła, być może potrafiłaby mi pomóc. Chociaż jej wyobrażenie, że wszystko da się naprawić i zawsze można znaleźć właściwe rozwiązanie, było naiwne. Podejrzewam, że winą za to, co wydarzyło się między mną a Andreasem i jego rodziną, obciążała mnie. Prawie zawsze stawała po jego stronie, a ja czułam się tak, jakby oboje zmawiali się przeciwko mnie. Z jednej strony sprawiało mi to przykrość, bo przecież byłam jej córką; z drugiej - byłam jej wdzięczna, że okazywała miłość mojemu dziecku. To chyba nie sztuka być lubianym przez kogoś, komu nie musisz wyznaczać żadnych granic.
Kiedyś próbowałam to wyjaśnić Andreasowi. Przekonywałam go, że gdyby moja mama była jego matką, ich relacje wyglądałyby zupełnie inaczej, bo przecież każda kobieta potrafi być sympatyczną, ciepłą babcią, jeśli za nic nie ponosi odpowiedzialności.
Kucnęłam przy grobie i kilka razy uderzyłam dłonią w płytę. Moja kochana mama. Człowiek stara się, jak może, ale nie zawsze mu to wychodzi. Ale bez względu na to, jak mnie traktowała albo jak bardzo byłam na nią zła, nigdy nie zerwałam z nią bliskich relacji ani nie kazałam jej usunąć się z naszego życia. Naszego, to znaczy mojego i Andreasa. Była w nim obecna, tak jak ja i on byliśmy obecni w jej życiu. Nasze stosunki nie były idealne, ale były.
Kilka metrów od grobu przysiadła wrona i grzebała w trawie w poszukiwaniu jedzenia. W pewnej chwili uniosła łebek i spojrzała na mnie wytrzeszczonym wzrokiem. Kulała na jedną nogę i zachowywała się tak, jakby przeczuwała, że wkrótce padnie łupem jakiegoś drapieżnika i stanie się jego posiłkiem.
Wrona - prawdziwy pechowiec, potwierdzenie tego, co się stało, i zwiastun tego, że może być jeszcze gorzej.
Kamienne schody wiją się ze szczytu wzgórza Utkiksbacken na sam dół i kończą przy nadbrzeżnych skałach. Naliczyłam sto sześćdziesiąt jeden stopni. Schodziłam tędy każdego ranka, żeby wziąć poranną kąpiel. Robiłam to nawet zimą. Wchodziłam na pomost, wycierałam się i szybko moczyłam stopy, stojąc na dolnych szczeblach schodków prowadzących do wody. Kiedy robiło się cieplej, płynęłam aż do czerwonych boi wyznaczających tor wodny dla statków kursujących do Mariefred i Vaxholmu. Leżałam na plecach jak kłoda i wsłuchiwałam się w chlupot wody w Mälaren. Z oddali dobiegał szum samochodów jadących Essingeleden. Brzmiało to tak, jakby w tym samym czasie grały dwa różne instrumenty z różnych epok i różnych krańców świata, które mimo to były ze sobą idealnie zgrane. Latem pływałam wzdłuż nadmorskiej promenady w kierunku Ekensbergu.
Wmawiałam sobie, że dzięki pływaniu utrzymam dobrą formę, chociaż myślę, że to raczej wynikało z moich genów. W wieku siedemdziesięciu lat moja mama wyglądała na sześćdziesiąt. Wspominała o tym przy każdej okazji, ale ją też w końcu dopadła starość i ani geny, ani uprawianie sportu w niczym jej nie pomogły. Mój proces starzenia zaczął się po pięćdziesiątce, razem z klimakterium. Po pewnym czasie zauważyłam, że spodnie leżą na mnie jakby ciaśniej, a zaokrąglenia pod brodą, których wcześniej nie było widać, zamieniły się w drugi podbródek. Nie dało się też dłużej ukrywać zwiotczałej skóry, chociaż wcześniej robiłam to bez problemu. Utrzymanie jej w jakim takim stanie stało się droższe i moje starania przynosiły coraz mniejsze efekty.
Mama uprzedzała mnie o tym już wtedy, kiedy byłam dziewczynką. Nie radziła sobie ze świadomością, że kiedyś się zestarzeje. Pewnego razu zapowiedziała, że przed pięćdziesiątymi urodzinami odbierze sobie życie. Tata zaprotestował, że nie wypada mówić o takich sprawach własnemu dziecku, ale odparła na to, że do tego dnia zostało jeszcze mnóstwo czasu. Śmiertelnie się wtedy przeraziłam, bo od razu wyobraziłam sobie, jak wracam do domu i znajduję ją martwą. Dopiero w starszym wieku zrozumiałam, że mówienie o samobójstwie to nie groźba, tylko zwykła gadanina i kokietowanie innych. Mijały lata, a mama przesuwała granicę, po której przekroczeniu nie warto żyć, w coraz bardziej odległą przyszłość. W końcu naprawdę się zestarzała i decyzję podjął za nią rak, złośliwy guz, który powoli w niej rósł. Nikt go wcześniej nie zauważył, a kiedy się ujawnił, na ratunek było już za późno. Przerzuty następowały w błyskawicznym tempie i wkrótce cały organizm był zaatakowany.
Świadomość, że człowiek może żyć z tykającą bombą, nic o niej nie wiedząc, okazała się dla mnie bardzo bolesna. Wyglądało to tak, jakby komórki trwały w uśpieniu, aż któregoś dnia dostały rozkaz, żeby zaatakować ciało nosiciela i wysadzić je w powietrze. Przy czym nie chodziło tylko o samego raka, ale także o ludzi, zdarzenia i decyzje, które kiedyś wydawały nam się mało ważne i nic nieznaczące, ale w przyszłości miały określone konsekwencje dla naszego życia i zdrowia.
Przykładem takich osób, które pojawiły się w moim życiu, byli Stina, Janne i Josefin, chociaż wtedy, gdy ich poznałam, nie zdawałam sobie sprawy, jakie będą tego skutki. Nawet po latach nie umiałam określić, gdzie był początek, a gdzie koniec, bo nie chodziło o jakieś pojedyncze zdarzenie, które odbezpieczyło ładunki i doprowadziło do eksplozji. Sytuacja przypominała raczej skrzypiący kołowrotek z nawiniętymi na niego tysiącami luźnych nici.
Na początku próbowałam rozmawiać z różnymi ludźmi o tym, co zaszło między mną a synem. Oczekiwałam z ich strony współczucia i pocieszenia, ale szybko zauważyłam, że plątam się w kłamstwach, bo nie mogłam im zdradzić całej prawdy. Bałam się, co pomyślą i jak mnie ocenią. Tak właśnie było rok po śmierci mamy, kiedy Ingela, która od tylu lat koordynowała moje zlecenia, że w końcu stała się dla mnie kimś w rodzaju przyjaciółki, spytała, czy na długi czerwcowy weekend wybieram się jak zwykle z rodziną do posiadłości Väster Skägga. Skłamałam, że nie, bo Andreas i Josefin planują wyjazd za granicę, a ja jeszcze nie postanowiłam, jak spędzę te wolne dni. Ingela zaprosiła mnie więc do swojego wiejskiego domku koło Norrtälje; przyjęłam zaproszenie, chociaż nie byłam pewna, czy zdołam przez kilka dni trzymać fason. Ingela lubi otwierać podwoje swojego domu dla wszystkich. Ma czwórkę dzieci i opiekuje się swoją cierpiącą na demencję matką, ale w wigilię Bożego Narodzenia przy jej stole siedzi zwykle jakaś samotna rozwiedziona dusza. Uważałam, że to tylko kwestia czasu, kiedy z powodu swojej dobroci doświadczy załamania nerwowego. Ale jeśli miałam komuś opowiedzieć o swoich rodzinnych problemach, na pewno powinnam wybrać ją.
Tamtego dnia poszłyśmy na spacer, żeby narwać polnych kwiatów. Padał ciepły letni deszcz, a ja w pożyczonych kaloszach szłam obok niej żwirową ścieżką. W pewnej chwili zgadałyśmy się, że wkrótce zostaniemy na tym świecie bez rodziców. Ingela była do pewnego stopnia w tej samej sytuacji co ja, chociaż jej matka z medycznego punktu widzenia nadal żyła. W czasie tego spaceru coś we mnie pękło. Chciałam jej opowiedzieć o swoim największym problemie, ale nagle wyobraziłam sobie, że kiedy dowie się prawdy, zacznie mnie wypytywać, jakim synem jest dla mnie Andreas, jaką synową jest Josefin i jakimi przyjaciółmi są dla mnie Stina i Björn, skoro zostawili mnie w tak trudnym okresie na lodzie. Prawda była taka, że Andreas i Josefin wcale nie wyjechali za granicę, tylko spędzali długi weekend czterdzieści kilometrów od Sztokholmu. Gdybym powiedziała prawdę, Ingela uznałaby ich pewnie za ludzi bez serca i zaczęłyby się kolejne pytania, na które byłoby mi znacznie trudniej odpowiedzieć. Zwłaszcza że sama nie rozumiałam, co się tak naprawdę stało. Ingela mogłaby więc zakwestionować moje postępowanie, a może nawet się ode mnie zdystansować, a nie znoszę takiej krytyki. Oczekiwałam wyłącznie zrozumienia i pocieszenia, dlatego opowiedziałam jej tylko o swoich matczynych troskach. Na końcu rozmowa i tak zeszła na wnuki.
- Przecież nie jesteś sama - powiedziała Ingela. - Masz syna i wnuka. Pomyśl, jakie to szczęście. Życie zafundowało ci deser na sam koniec!
Miała rację, bo narodziny Sama uznałam za największe szczęście w życiu od dnia, w którym na świat przyszedł Andreas. Szłyśmy poboczem drogi, zbierałyśmy niebieskie dzwonki i trybule, a ja malowałam przed nią obraz wspaniałego życia, które prowadzę jako babcia. Skłamałam, mówiąc, że mam wyznaczony jeden dzień w tygodniu, w którym odbieram Sama ze żłobka. W rozmowie nazywałam go Migdałkiem, bo tak samo nazywałam w dzieciństwie Andreasa. Skłamałam, że panie w żłobku świetnie mnie znają i są dla mnie bardzo miłe, a kiedy przychodzę po Sama, wnuk okazuje wielką radość. Podbiega do mnie i pokazuje, żeby go wziąć na ręce. Po przyjściu do domu szykuję mu gofry z dżemem, a potem siadamy przed telewizorem i oglądamy filmy o Albercie Albertsonie, bo powrót do starych produkcji dla dzieci, które kiedyś oglądałam z Andreasem, sprawia mi przyjemność. Na koniec zapewniłam Ingelę, że ją też to kiedyś czeka.
- To prawdziwe szczęście, że mają ciebie, a ty masz ich - odparła z uśmiechem. - Pomyśl, jaka byłabyś samotna, gdyby nie oni.
Skinęłam głową i przełknęłam ślinę. Faktycznie, wielka ze mnie szczęściara. Gdyby nie oni, byłabym strasznie samotna.
Ingela spojrzała w niebo i znowu się do mnie uśmiechnęła.
Zaczęło się przejaśniać. Zaraz się zacznie świętojański taniec.
Najśmieszniejsze - a właściwie tragikomiczne - było w tym wszystkim to, że znam Josefin od urodzenia, chociaż bliżej poznałam ją dopiero wtedy, kiedy zaczęła spotykać się z Andreasem. Kilka lat po wyprowadzce z rodzinnego domu Josefin zamieszkała w Londynie, gdzie pracowała jako opiekunka do dzieci. Jej mama, Stina, regularnie mi o niej opowiadała. Dzięki Stinie byłam na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się u jej córki, więc wydawało mi się, że znam Josefin całkiem dobrze. Jej matkę znałam znacznie lepiej, ponieważ od końca podstawówki byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami, które wspólnie doświadczały wzlotów i upadków. To ona poznała mnie z moim przyszłym mężem. Z tego związku narodził się Andreas. Dwa lata później, kiedy Janne nas zostawił i związał się z Helle, Stina bardzo mnie przepraszała, chociaż niczemu nie była winna. Czułam pewną gorycz, że to właśnie ona nas poznała, ale nie chciałam się do tego przyznać, bo bardziej byłam zła na siebie. To przecież ja postanowiłam za niego wyjść i mieć z nim dziecko, chociaż znaliśmy się dość krótko. Sprawy potoczyły się chyba w zbyt szybkim tempie.
Kiedy doszło do separacji, Stina - może z poczucia winy - zaczęła traktować mnie i Andreasa jak kogoś w rodzaju przyszywanej rodziny. Czasem zapraszała nas na weekendy i wakacje do swojej posiadłości w Väster Skägga.
W najgorszych snach nie pomyślałabym, że mój los tak bardzo się odmieni, a moje stosunki z nią się pogorszą. Było to dla mnie trudne do wyobrażenia, bo z czasem Stina stała się dla mnie kimś w rodzaju siostry, której nie miałam.
Po latach budziłam się w nocy i przez chwilę wydawało mi się, że wróciłam do swojego dawnego życia, w którym nadal jeździłam z nią i Björnem na wieś. Niestety, szybko sobie uświadamiałam, że to tylko sen. Z czasem rzeczywistość zamieniła się w koszmar, na który nie mogłam nic poradzić ani się z nim pogodzić. Do dziś nie rozumiem, dlaczego to wszystko przytrafiło się właśnie mnie, skoro zawsze chciałam dobrze. O nikogo innego nie troszczyłam się tak jak o Sama i Andreasa. Najgorsze było to, że do pewnego stopnia sama byłam sobie winna. Czułam się jak zamachowiec samobójca, który przywiązuje sobie do pasa bombę. I tylko jedna myśl nie dawała mi spokoju: co by się stało, gdybym w niektórych sytuacjach postąpiła inaczej.
*
Kiedy Andreas zdradził mi, że on i Josefin są parą, bardzo się ucieszyłam, bo po tym, jak rozstał się z poprzednią dziewczyną, Heidi, snuł się smutny i samotny. Pomyślałam więc, że nowa dziewczyna jest tym, czego potrzebuje, chociaż trochę mnie zdziwiło, że wybrał właśnie Josefin. Po pierwsze dlatego, że bardzo się różnili. Andreas od dzieciństwa był otwarty i ukierunkowany na innych, podczas gdy ona zawsze wydawała mi się skryta i milcząca. Poza tym w dzieciństwie nigdy się ze sobą nie bawili ani nie utrzymywali bliskiej znajomości, bo mój syn był od niej prawie o pięć lat starszy i traktował ją jak małą dziewczynkę. Miałam nadzieję, że znajdzie kogoś takiego jak Heidi, która zawsze tryskała humorem, była radosna, wesoła, ciepła i czuła. Po prostu taka jak ja i mój syn. Czasem traktowałam ją jak własną córkę albo młodszą koleżankę, ponieważ w okresie, kiedy była z Andreasem, spędzała w naszym domu sporo czasu, choć jego to denerwowało. Twierdził nawet, że zmówiłyśmy się przeciwko niemu. W sumie tworzyliśmy jednak zgraną, sympatyczną trzyosobową paczkę, a ponieważ Heidi lubiła u nas przebywać, Andreas też zostawał w domu częściej niż wcześniej i mniej imprezował. Kiedy ich miłość wygasła, było mi przykro, i to nie tylko dlatego, że mój syn się załamał, ale również dlatego, że przestałam się widywać z Heidi tak często jak przed ich rozstaniem. Przeczuwałam, że ich związek nie będzie trwał wiecznie, bo zaczęli się spotykać jeszcze w liceum, lecz miałam nadzieję, że wytrzymają ze sobą dłużej.
Kiedy Josefin po raz pierwszy przedstawiła mnie jako swoją teściową, byłam zaskoczona, bo zabrzmiało to trochę staroświecko, a nie widziałam się jeszcze w tej oficjalnej roli. Poza tym nie mieli jeszcze ślubu, więc tak naprawdę nie byłam dla niej teściową. Tym bardziej że w towarzystwie Heidi czułam się tak, jakbym była jej starszą koleżanką. Uznałam jednak, że słowo "teściowa" to żaden problem, ponieważ i tak od dłuższego czasu byłam obecna w życiu Josefin, zwłaszcza w pierwszych latach jej dzieciństwa. Wytłumaczyłam więc sobie, że teraz poznam ją lepiej i bardziej się do niej zbliżę.
Z góry muszę przyznać, że nasze stosunki od samego początku były dość skomplikowane. Właściwie nie powinno mnie to dziwić, ponieważ ta dziewczyna zawsze zachowywała wobec mnie pewien dystans. Często patrzyła na mnie trudnym do rozszyfrowania obojętnym wzrokiem. Podobno oczy to zwierciadło duszy, ale jej to nie dotyczyło, bo oczy Josefin były w pewnym sensie zamknięte. Zachowywała wobec mnie dystans, wydawało mi się więc, że to ja powinnam przejąć inicjatywę. Nie chciałam jej się jednak - jako "teściowa" - za bardzo narzucać. Można więc powiedzieć, że w pewnym sensie balansowałam na linie. Starałam się być otwarta i przyjazna, ale nie natrętna. Zapraszałam ich na posiłki, a od czasu do czasu dzwoniłam do nich albo wysyłałam im esemesy. Przychodzili do mnie na kolację albo wpadali na ciasto i kawę, ale prawie za każdym razem odnosiłam wrażenie, że rozmawiam tylko z Andreasem, ponieważ Josefin zachowywała się tak, jakby żyła we własnym świecie. Próbowałam ją włączać do naszych rozmów, okazywać zainteresowanie; chciałam wiedzieć, co się u nich dzieje. Josefin była przecież kimś ważnym dla Andreasa i dla mojej najlepszej przyjaciółki, co oznaczało, że ważna była także dla mnie.
Na początku tłumaczyłam sobie jej dystans nieśmiałością. Myślałam, że potrzebuje więcej czasu, żeby się "dotrzeć", a najważniejsze było dla mnie to, że mój syn jest szczęśliwy. I chociaż Josefin nie była zbyt rozmowna, sprawiała wrażenie dobrej, porządnej dziewczyny, ponieważ była córką Stiny i Björna. Długo myślałam, że po prostu jesteśmy inne i to wszystko.
Andreas był zakochany i coraz częściej wychodził z domu. Rzadziej się z nim widywałam, uznałam to jednak za coś naturalnego. Z czasem stali się z Josefin nierozłączni, aż w końcu syn wyprowadził się ode mnie i wynajęli mieszkanie na mieście. Woziłam ich do Ikei, pomagałam montować lampy i półki, robiłam zakupy w sieci Willys, a z okazji przeprowadzki kupiłam im prezent. Kiedy byli w potrzebie, wspierałam ich finansowo i udzielałam dobrych rad. Tak zachowują się rodzice, którzy kochają swoje dzieci. Andreas ukończył ogrodnictwo z florystyką i przez kilka lat pracował w firmie Rosendals Trädg?rd. Josefin od powrotu do Szwecji przenosiła się z miejsca na miejsce, uczęszczała na różne kursy specjalistyczne, ale żadnego nie ukończyła. W końcu postanowiła też zostać florystką. Oboje z Andreasem marzyli, żeby otworzyć własną kwiaciarnię, a ja ich dopingowałam. Miałam nadzieję, że to dobra metoda na zbudowanie wzajemnego systemu zaufania, dzięki czemu się do siebie zbliżymy.
Wydawało mi się, że Josefin jest mi wdzięczna za wsparcie, zwłaszcza że Stina i Björn dość sceptycznie się odnosili do jej planów zawodowych. W przeciwieństwie do nich zawsze wierzyłam w pasję i szczere chęci, bo stanowiło to część mojej filozofii zawodowej. Byłam przecież konsultantką do spraw komunikacji. Stina reprezentowała raczej typ stratega: uważała, że stawianie na zawód, który nie będzie przynosił wysokich dochodów, jest głupim pomysłem. Mnie wydawało się oczywiste to, że Andreas poświęcił się czemuś, co kochał i do czego się palił jeszcze w dzieciństwie. Myślę, że odziedziczył to po mojej mamie, która też miała "zielony zmysł". Czasem czułam się przez to lekko wyobcowana, ponieważ wszystko, co próbowałam pielęgnować, po pewnym czasie umierało. Poza tym miałam nadzieję, że syn coś po sobie pozostawi, i dlatego bardzo mi się spodobał jego pomysł z "dżunglą", którą razem z Josefin wyhodowali w wynajmowanej kawalerce. Mieszkali w Lilla Essingen, niedaleko ode mnie, dzięki czemu mogliśmy się często spotykać. Uczestniczyłam też w ich rozmowach o przyszłości, w czasie których snuli śmiałe plany. Josefin nadal była zamknięta w sobie, ale odnosiłam wrażenie, że jest trochę bardziej wyluzowana. Czasem udawało mi się nawet przebić skorupę, jaką wokół siebie wytworzyła. Dziewczyna miała dyskretny, zabójczy humor, który okazywała w najmniej spodziewanych chwilach. Z czasem nauczyłam się go doceniać.
To, co się wówczas działo, zrozumiałam znacznie później. Na razie przypominało puzzle, które ktoś próbuje ułożyć. Zastanawiałam się, które elementy trafiały na swoje miejsce i kiedy się to działo. Nurtowało mnie pytanie, kiedy w glebę spadło pierwsze ziarno, z którego w przyszłości wyrósł cały gąszcz wydarzeń, co doprowadziło do katastrofy.
Czasem zastanawiałam się, co by było, gdyby w sytuacji, kiedy Andreas i Josefin zostali nagle bez mieszkania, wypadki potoczyły się inaczej. Gdyby nie doszło do zmiany ekipy remontowej albo gdyby firma budowlana, która wykonywała zlecenie, nie zbankrutowała, przez co wszystko wydłużyło się w czasie. Albo gdyby Stina i Björn nie pojechali do znajomego w Brazylii, który akurat był w trakcie rozwodu. Niestety, stało się inaczej.
To ja zaproponowałam synowi i jego dziewczynie, żeby się do mnie przenieśli na sześć tygodni, to znaczy do momentu, aż mieszkanie, które chcieli wynająć, przestanie być miejscem budowy. Wydawało mi się, że jeśli się do mnie wprowadzą, będzie mi się mieszkało przyjemniej, a przy okazji lepiej poznam Josefin. Nie liczyłam na to, że stanie mi się tak bliska jak Heidi, która w liceum zostawała u nas czasem na noc. Ona i Andreas mieli wtedy po kilkanaście lat i Heidi była nieskomplikowaną, miłą dziewczyną. Fakt, że u nas nocowała, nie stanowił dla nas żadnego obciążenia. Taką samą nadzieję żywiłam wtedy, kiedy zaprosiłam do siebie Andreasa i Josefin. Liczyłam, że naszej trójce uda się stworzyć pewną wspólnotę, taką, jaką tworzyliśmy z Heidi. Wyobrażałam sobie, że będziemy razem jeść, popijać herbatę przy kaflowym piecu, grać w karty, oglądać telewizję, a od czasu do czasu otworzymy butelkę wina. Wyobrażałam sobie, że wieczorem, kiedy po długiej podróży pociągiem wrócę do domu, już z ulicy ujrzę palące się w kuchni światło i nie będę musiała wchodzić do pustego domu.
Andreas i Josefin wprowadzili się do dawnego pokoju mojego syna w różowym drewnianym domu na szczycie wzgórza Utkiksbacken, w którym mieszkałam od czasu, gdy Andreas skończył dziewięć lat. Po skomplikowanej zamianie przeprowadziliśmy się z liczącego sześćdziesiąt jeden metrów kwadratowych mieszkania w Atlasmuren przy Sankt Eriksplan do większego o dwadzieścia kilka metrów piętrowego domu w Gröndal.
Z czterema pokojami był wystarczająco duży. Stał w ogrodzie i oprócz tarasu oferował kilka innych miejsc, na wypadek gdyby komuś zrobiło się zbyt ciasno w czterech ścianach. Muszę przyznać, że kiedy się wprowadzili, trochę się denerwowałam, bo z powodu Josefin zaczęłam się czuć niepewnie. Głupio mi się do tego przyznać, ale tak właśnie było. O ile bowiem wcześniej trochę złagodniała, o tyle teraz zaczął się proces odwrotny. Doszło do tego, że prawie nie byłam w stanie się z nią kontaktować. Zwykła codzienna paplanina o wszystkim i o niczym, która wielu osobom pomaga lepiej poznać drugiego człowieka, jest nam potrzebna o wiele bardziej, niż się to komuś wydaje. Ci, którzy twierdzą, że gadanie o pogodzie albo o innych drobnych sprawach jest sztuczne i powierzchowne, nie rozumieją, że to właśnie bez takich rozmów o niczym sytuacja robi się sztuczna i powierzchowna.
Nie umiem określić, czy Josefin przyjęła taką postawę świadomie, czy nieświadomie, ale jedno wiem na pewno: nie miała ochoty zadawać się ze mną na płaszczyźnie towarzyskiej. Kiedy zaczynałam z nią rozmawiać i pytałam, jak się czuje albo co robiła w ciągu dnia, odpowiadała krótkimi zdaniami i o nic mnie nie pytała. Przypominało to grę w tenisa, w której przeciwnik czeka, aż piłeczka spadnie na kort i się od niego odbije. Z doświadczenia wiedziałam, że komunikowanie się z ludźmi nie zawsze jest łatwe, więc z czasem zaczęłam traktować tę sytuację jako wyzwanie. Z pewnymi osobami trudniej jest się dogadać niż z innymi, ale kiedy uda się przekroczyć pewien próg, nagroda bywa większa od spodziewanej. Dlatego na początku postanowiłam się nie poddawać.
*
Andreas i Josefin wprowadzili się do mnie w sobotni wieczór, a następnego dnia rano przygotowałam dla nas obfite śniadanie. Nawiązałam w ten sposób do dawnej tradycji, w której wychowałam Andreasa. W niedziele zawsze pozwalaliśmy sobie na więcej. Siedzieliśmy trochę dłużej przy elegancko nakrytym stole i cieszyliśmy się swoim towarzystwem. Josefin była weganką, więc tego pierwszego dnia się postarałam: usmażyłam naleśniki bez jajek, przygotowałam smoothie na bazie jogurtu sojowego, wycisnęłam sok pomarańczowy, usmażyłam ulubioną jajecznicę Andreasa i podałam świeżo upieczone scones - oczywiście w wydaniu wegańskim.
Kiedy zaparzyłam kawę, Andreas zszedł na dół, wciągając do nosa zapachy. Złamał scone'a i umoczył go w miękkim maśle.
- Rany, mamo... co za wypieki! Jeszcze gorsze niż zwykle - zażartował i spytał, czy może zabrać śniadanie do pokoju na piętrze. Wyjaśnił, że są zmęczeni po przeprowadzce i nie zdążyli się wyspać, więc chcieliby poleżeć w łóżku trochę dłużej. Jeśli jednak miałoby mi to sprawić przykrość, zejdą na dół i zjedzą śniadanie ze mną.
Pokręciłam głową i odparłam, że mogą robić, co chcą, bo to teraz ich dom i nie obowiązują w nim żadne sztywne zasady. Powiedziałam tak, chociaż byłam lekko rozczarowana ich postawą. Miałam cichą nadzieję, że przynajmniej to pierwsze śniadanie zjemy razem, ale później pomyślałam, że okazji na wspólne posiłki na pewno nam nie zabraknie. Andreas objął mnie.
- Super, mamo, że pozwoliłaś nam tu zamieszkać.
Szybko się okazało, że zjedzenie śniadania w pokoju na górze nie było zdarzeniem jednorazowym, tylko z czasem stało się czymś powszednim. Później nawet kolacje zaczęli jadać u siebie. Coraz częściej mnie unikali, a wolny czas spędzali we własnym towarzystwie. W głębi duszy rozumiałam ich potrzebę bycia razem, ale z czasem zaczęło mi to doskwierać. Izolowanie się od ludzi nie leżało w naturze mojego syna. Kiedy mieszkaliśmy razem, uwielbiał nasze rodzinne śniadania; często zapraszał do nas kolegów i ci godzinami przesiadywali w naszej kuchni. Im więcej ich było, tym lepiej, dlatego ta nowa - introwertyczna - wersja mojego syna, który izolował się ode mnie, była dla mnie czymś niezwykłym: nigdy wcześniej nie zauważyłam u niego tej cechy. Przez pewien czas myślałam, że przyczyną takiej postawy może być ich wzajemne uczucie. Andreas i Josefin byli w sobie zakochani i widzieli tylko siebie, co byłam w stanie zrozumieć. Tyle tylko, że kiedy mój syn był zakochany w Heidi, nadal pozostawał sobą: Andreasem, który prowadził aktywne życie towarzyskie i nie zamykał się w uczuciowej bańce.
Starałam się nie przywiązywać do takich zachowań zbyt dużej wagi ani nie myśleć negatywnie, ponieważ oboje byli dorośli i wprowadzili się do mnie tylko na pewien czas. Czym innym jest jednak starać się, a czym innym sprawić, że się to uda. Prawie za każdym razem, kiedy spotykaliśmy się przy posiłkach, odnosiłam wrażenie, że rozmawiam tylko z Andreasem, bo Josefin przeważnie milczała. Czy naprawdę nie mogła się choć trochę postarać? Zachowywała się tak, jakby chciała utrzymać bliskie relacje tylko z Andreasem i z nikim innym. Źle się czułam z tym, że tylko ja podejmuję próby.
Pewnego razu powiedziałam o tym Andreasowi, ale wziął ją w obronę. Stwierdził, że niełatwo jest zamieszkać z matką partnera, a poza tym Josefin ma silną potrzebę zachowania prywatności i bycia samą. Nie powinnam więc wymagać, że wszyscy będą się zachowywać tak jak ja: na przykład chodzić po mieszkaniu w piżamie, jeść śniadanie w towarzystwie i rozmawiać o nieistotnych sprawach. Miał rację, ale mnie nie chodziło o to, żeby ją zmuszać do utrzymywania bliskich relacji, tylko żeby się z nią od czasu do czasu spotkać i pogadać, żeby atmosfera w domu nie była taka sztywna. Byłam jej teściową i członkiem rodziny, i to nie tylko poprzez Andreasa, ale także Stinę i Björna. W końcu uznałam, że upłynęło wystarczająco dużo czasu i należy o tym porozmawiać. Czułam się sztucznie i dziwnie, bo chociaż mieszkałyśmy pod wspólnym dachem, Josefin stale mnie unikała.
Z Andreasem żyliśmy ogólnie w zgodzie, chociaż od czasu do czasu wchodziliśmy sobie w paradę, spieraliśmy się i gadaliśmy głupoty. Nie kłóciliśmy się jednak zbyt często ani zbyt intensywnie, a to, że czasem dochodziło między nami do spięć, było czymś naturalnym. Kiedy Heidi zostawała u nas na noc, wyglądało to znacznie prościej. Jeśli coś było nie tak, mówiłam jej o tym wprost, a ona nie brała mi tego za złe. Wymyśliłyśmy sobie coś w rodzaju żargonu, którym w takich sytuacjach się posługiwałyśmy. Żartowałyśmy z drobnych nieporozumień, śmiałyśmy się z popełnianych błędów i naszych drobnych przywar. Tymczasem z Josefin układało mi się z jakichś powodów znacznie trudniej. Nie umiem tego lepiej wyrazić, postrzegałam ją jednak w swoim domu jako lokatorkę, która marzy tylko o tym, żeby ją zostawić w spokoju. Kiedy mijałyśmy się w drzwiach, robiła zakłopotaną minę i rzucała tylko "Cześć". Wydawało mi się dziwne, że córka Stiny i Björna tak bardzo się od nich różni. Do Stiny zbliżyły mnie jej szczerość i ciepły sposób bycia; dzięki temu zostałyśmy najlepszymi przyjaciółkami.
Często się zastanawiałam, jaka ja byłam wobec mojej teściowej Elsie. Dopóki mieszkał z nami Janne, utrzymywałam z nią bliskie relacje, ale kiedy nas zostawił, w ogóle przestałyśmy się kontaktować. Dziwiło mnie, że można okazywać wnukowi kompletny brak zainteresowania. Ze mną było inaczej, bo od kiedy Sam przyszedł na świat i pierwszy raz go ujrzałam, obdarzyłam go wielką bezwarunkową miłością. Myślę, że powód był prosty: dla Elsie ważniejsze były psy niż syn i wnuk. Miała fioła na punkcie psich wystaw i jej terierów szkockich, których imiona zaczynały się na "M": Moses, Mary i Malte. Traktowałyśmy się grzecznie i poprawnie, ale ja próbowałam ją lepiej poznać. Z matką mojego pierwszego chłopaka, która miała na imię Brita, stosunki układały się mniej więcej tak jak moje relacje z Heidi. Garnęłam się do niej, bo czułam, że mnie lubi. Stała się dla mnie wzorem zarówno jako człowiek, jak i teściowa.
Chciałam, żeby Josefin też mnie polubiła, ale czy ja lubiłam ją? Po dogłębnym rozważeniu tej kwestii doszłam do wniosku, że nie. Mijały kolejne tygodnie i wcale lepiej się nie poznawałyśmy, a nawiązanie bliższych relacji wydawało się coraz trudniejsze. Mimo to nie zamierzałam się poddawać. Jeszcze nie. Odpuściłam dopiero później, chociaż udawałam, że lubię ją bardziej, niż na to zasługiwała. Nie wiem, czy mnie przejrzała i czy było to dla niej ważne, ale dzisiaj nie ma to już żadnego znaczenia.
Pewnego razu na wystawie sklepu odzieżowego przy Götgatan zobaczyłam niebieską moherową kamizelkę. Od razu wiedziałam, że jest jakby uszyta na Josefin. Kolor pasował do jej jasnorudych włosów, a niedawno wspomniała Andreasowi, że marznie, bo w domu jest zimno. Poza tym miała pewne problemy na kursie z florystyki i bała się, że go nie ukończy. Starałam się ją podtrzymać na duchu i kupiłam jej tę kamizelkę. Uważałam, że jest naprawdę ładna i przydatna.
Kiedy wieczorem Josefin wróciła z kwiaciarni do domu, zaczęła się skarżyć, że zmarzła i że bolą ją dłonie. Przez cały dzień przygotowywali z Andreasem wieńce w szklarni. Podałam jej opakowaną w ozdobny papier kamizelkę i powiedziałam:
- To mały prezent dla ciebie.
Kamizelka nie była ani mała, ani tania.
Josefin przyjęła ją bez zbytniego entuzjazmu i obiecała, że weźmie prysznic i ją przymierzy. Starałam się nie przykładać zbytniej wagi do jej słów. Po całym dniu pracy na pewno była zmęczona, a to, że nie tryskała przesadną radością, nie musiało oznaczać, że nie ucieszyła się z prezentu.
Następnego dnia spytałam, czy kamizelka na nią pasuje.
- Tak - odparła i na tym rozmowa dobiegła końca.
Później zajrzałam do ich pokoju i stwierdziłam, że prezent nadal leży na krześle opakowany w papier. Domyśliłam się, że Josefin nawet go nie rozpakowała. Kamizelkę mogła oczywiście zwrócić albo wymienić na inną, o czym ją poinformowałam w chwili wręczania prezentu. Paragon włożyłam do koperty i dałam go jej razem z kamizelką. Było mi przykro, że nawet nie sprawdziła, co kupiłam.
Zauważyłam prezent kilka dni później. Wisiał na wieszaku w przedpokoju, co oznaczało, że Josefin w końcu go rozpakowała. Nie zdobyła się jednak na żaden komentarz, a ja wciąż nie wiedziałam, czy kamizelka jej się podoba, czy na nią pasuje i czy kolor jej odpowiada. Szczerze mówiąc, oczekiwałam, że coś powie i mi podziękuje. Niestety, nie doczekałam się.
*
Dwa tygodnie później próbowałam sformułować to, co w związku z tą sytuacją czułam, w czasie rozmowy z Karin, zaprzyjaźnioną psycholożką. Wybrałyśmy się razem na lunch do Kungshallen.
- Dla mnie wygląda to tak, jakbyś próbowała ją przekupić - stwierdziła Karin po wysłuchaniu mojej opowieści. - Czasem warto komuś dać taką łapówkę, ale trzeba to robić świadomie.
- To nie była łapówka - zaprotestowałam. - Zawsze lubiłam dawać ludziom prezenty i dobrze o tym wiesz.
- Wiem, ale rzadko robimy takie rzeczy z myślą o innych. Często się na to decydujemy dla własnych korzyści.
Doszłam do wniosku, że Karin ma do pewnego stopnia rację. Tyle że moja korzyść miała polegać jedynie na tym, że nawiążę lepszy kontakt z partnerką syna, co wszystkim wyszłoby na dobre. Także Stinie i naszej przyjaźni. Dziwnie się wtedy czułam, bo nie wiedziałam, jak poruszyć ten temat w rozmowie z najlepszą przyjaciółką. Jak zakomunikować, że jej córka zachowuje się wobec mnie w taki sposób? Wahałam się, chociaż zawsze umiałyśmy rozmawiać na trudne tematy.
Uznałam, że najprościej będzie porozmawiać o tym z Karin. Poznałyśmy się przed laty przy okazji moich wykładów i od tamtej pory radziłam się jej w trudnych sprawach związanych z komunikacją międzyludzką. Z czasem zostałyśmy przyjaciółkami i na spotkaniach omawiałyśmy nie tylko sprawy zawodowe, ale także prywatne.
Kamizelka była dobrym przykładem pokazującym zachowanie Josefin i tak to zaprezentowałam w rozmowie z Karin. Nie oczekiwałam, że prezent spodoba się dziewczynie mojego syna, bo każdy ma swój gust. Chodziło mi o gest. U podłoża mojej decyzji o kupnie kamizelki leżała troska o nasze wzajemne relacje. Dostałam w życiu wiele podarków, które mi się nie podobały, ale zawsze za nie dziękowałam i okazywałam wdzięczność. Tak mnie wychowała mama i tę samą zasadę wpoiłam Andreasowi. Wytłumaczyłam mu, jak ważne jest okazywanie troski i wdzięczności wobec ludzi. W taki sam sposób funkcjonowała Heidi: nie tylko zawsze cieszyła się z moich prezentów, ale także starała się tę radość okazać. Jeśli coś jej się nie podobało, dostawała paragon, szła do sklepu wymienić prezent na inny i nie było w tym nic dziwnego. Bóg jeden wie, ile takich nietrafionych prezentów dostałam od Elsie. Moja teściowa była skąpa i wiele z nich przynosiła z domowego strychu. Najczęściej były to rupiecie, których chciała się pozbyć. Traktowała mnie tak, jakbym była zakładem wtórnego przerobu odpadów. Mimo to robiłam dobrą minę do złej gry, bo Elsie po prostu taka była, a dla mnie liczyło się to, że o mnie pamiętała. Uważam, że za każdy prezent należy się symboliczne "Dziękuję", dlatego nie mogłam się pogodzić, że go nie usłyszałam od Josefin. Trochę mnie to zirytowało.
Karin zgodziła się z moją opinią, że Josefin jest osobą specyficzną, ale dodała, że tak naprawdę źródłem mojego rozczarowania jest wyłącznie to, że oczekiwałam z jej strony innego zachowania. Lepiej więc będzie, jeśli to ja się zmienię i zaakceptuję Josefin taką, jaka jest. Najważniejsze powinno być dla mnie szczęście Andreasa, a wygląda na to, że mój syn jest szczęśliwy ze swoją dziewczyną. Natychmiast potwierdziłam, że owszem: jest z nią szczęśliwy, i to bardzo.
Było jednak coś, co nie dawało mi spokoju: uważałam, że Josefin ma na niego niezdrowy wpływ, bo Andreas nagle przestał być sobą. Jeśli była w złym humorze, jej zły nastrój udzielał się jemu. Jeśli była smutna, on też chodził z zasępioną miną. Krótko mówiąc, przestał się zachowywać jak człowiek towarzyski, pełen radości, jakiego znałam. Wszystko odbywało się na jej warunkach, chociaż najlepiej by było, gdyby raz robili coś według jego planów, a innym razem realizowali jej pomysły. Niestety, Josefin zawsze stawiała na swoim, co nie było zbyt miłe. Moje dobre chęci zaczęły w końcu przypominać rozgrzaną płytę elektryczną, która po wyłączeniu powoli stygła. Zaczęłam coraz bardziej obojętnieć, bo jak długo mogłam zabiegać o względy tej dziewczyny, skoro za każdym razem byłam odrzucana?
*
Po wspólnym lunchu z Karin popłynęłam statkiem z Klaramälarstrand do Ekensbergu. Kiedy mijaliśmy wyspę L?ngholmen, zauważyłam zakochaną parę, która trzymała się za ręce. Kawałek dalej rodzice z kilkorgiem nastolatków zorganizowali nad wodą u podnóża wzgórza tradycyjny piknik. Dzieci były prawie dorosłe i siedziały na trawie w towarzystwie swoich partnerek i partnerów. A może przyjaciół? Domyśliłam się, że ich rodzice to ludzie otwarci, towarzyscy i sympatyczni, którzy lubią rozmawiać i przebywać w gronie innych osób. Synowie próbowali zaciągnąć ojca na brzeg, a kiedy im się to udało i mężczyzna wpadł do wody, rozległy się brawa i okrzyki. Cała rodzina wyglądała na szczęśliwą.
Po rozmowie z Karin doszłam do wniosku, że miała rację: muszę przestać się czepiać drobiazgów, bo niczemu dobremu to nie służy. Postanowiłam nie złościć się z powodu złego humoru Josefin, kiedy rano wstaje z łóżka i w odpowiedzi na moje "Dzień dobry" mruczy coś pod nosem, ani nie zwracać uwagi na to, że prawie nigdy nie pomaga mi w kuchni, nie przygotowuje posiłków, nie wkłada brudnych naczyń do zmywarki ani ich z niej nie wyjmuje. Czas się pogodzić z tym, że większość obowiązków będę dzielić z Andreasem.
Rodzina. Miłość.
Tylko to się liczy.
Istniała jeszcze jedna strona Josefin, której nie umiałam rozgryźć. Którejś zimy pojechaliśmy ze Stiną i Björnem do Sälen, gdzie wspólnie wynajęliśmy dom. Andreas miał wtedy jakieś jedenaście, dwanaście lat. Kiedy późnym popołudniem dotarliśmy na miejsce, okazało się, że Björn zapomniał spakować do walizki ulubionego pluszaka córki - czerwonego pieska, z którym Josefin zasypiała prawie od urodzenia. Nazywała go Nosse. Kiedy zorientowała się, że piesek został w domu, wpadła w złość i zaczęła pouczać ojca w sposób, którego nigdy przedtem nie widziałam. Zachowywała się jak dorosła i traktowała Björna tak, jakby to on był niegrzecznym dzieckiem. Najdziwniejsze wydało mi się jednak to, że Stina stanęła po stronie córki. Jej zdaniem winę za to, że spakowali buty i sprzęt narciarski, a zapomnieli o zabawce, ponosili ona i mąż. Josefin miała wtedy sześć lat, ale moim zdaniem była na tyle duża, że sama powinna była zadbać o zabranie do samochodu ulubionej zabawki. Björn próbował wszystkiego: obiecywał jej nowego pluszaka, kusił ją innymi rzeczami i prosił o wybaczenie, ale dziewczynka nie chciała z nim rozmawiać i przekonała także matkę do ochłodzenia rodzinnych relacji. Po kilku godzinach spędzonych w lodowatej atmosferze Björn wsiadł w końcu do samochodu, pojechał do Sztokholmu, zabrał pluszaka i w środku nocy wrócił do Sälen. Zabawkę dał Josefin w czasie śniadania. Ale nawet mu nie podziękowała, tylko wzięła zabawkę, nie spojrzawszy na ojca. Ta sprawa stała się z czasem jedną z rodzinnych anegdot, którą regularnie opowiadali sobie także ich znajomi. Powstała z tego historia o upartej dziewczynce, która zmusiła ojca do przejechania ponad ośmiuset kilometrów po pluszowego pieska. Dla mnie było to przykre wspomnienie. Nadal pamiętam lodowatą atmosferę, która położyła się cieniem na naszym dalszym pobycie w Sälen. Nie mieściło mi się w głowie, że małe dziecko ma nad swoimi rodzicami aż taką władzę, ale nigdy nie zdobyłam się na odwagę, żeby porozmawiać o tym ze Stiną. Ponieważ jednak zauważyłam u Josefin nawrót podobnych zachowań - wymierzonych w mojego syna - uznałam, że czas porozmawiać o tym z najlepszą przyjaciółką.
*
Po wysłuchaniu mnie Stina przyjrzała mi się sceptycznie.
- W którym to było roku? - spytała.
- W dwa tysiące pierwszym albo drugim - odparłam. - Pojechaliśmy tam tylko raz, ponieważ uznaliśmy, że lepsze warunki do jazdy na nartach znajdziemy w Idre.
Stina pamiętała nasz wspólny pobyt w Sälen, a także to, że Björn zapomniał walizki i musiał po nią wrócić do domu.
- Czemu mi o tym przypominasz? - spytała.
Szłyśmy promenadą wzdłuż zatoki Mörtviken; próbowałam dobierać słowa w taki sposób, żeby nie brzmiały jak krytyka. Nie miałam prawa mieszać się w sprawy Andreasa i Josefin i teraz, kiedy wybrałyśmy się ze Stiną na spacer, nie bardzo wiedziałam, co jej powiedzieć i jaki miał być cel naszej rozmowy. Może chciałam dać jej do zrozumienia, że nigdy nie rozumiałam Josefin? A może miałam nadzieję, że da mi klucz, którym otworzę drzwi prowadzące do lepszych relacji z partnerką mojego syna?
Próbowałam jej wyjaśnić, że Josefin już jako dziecko stanowiła dla mnie zagadkę, że postrzegałam ją jako osobę wycofaną w trudny do zrozumienia sposób, i na końcu spytałam, czy córka opowiadała jej, jak im się u mnie mieszka.
W przyjaźni, która trwa kilkadziesiąt lat, kryje się coś szczególnego. Tak właśnie było z przyjaźnią moją i Stiny. Miałyśmy za sobą okresy wzlotów i upadków, bywałyśmy dla siebie irytujące i dwa razy o mało nie zerwałyśmy stosunków. Bywały też okresy, kiedy rzadko się kontaktowałyśmy. Mimo to za każdym razem dochodziło do zgody, bo łączyła nas fundamentalna sympatia. Wyglądało to tak, jakby bardziej zbliżał nas upływ czasu niż to, co nas faktycznie łączyło. Wiadomo też, że niektóre tematy są bardziej drażliwe od innych. Na przykład te, które dotyczą dzieci.
- Josefin nie zwierzała mi się, ale wyobrażam sobie, że ty też mogłaś stwarzać kłopoty - odparła Stina, jakby czytała między wierszami i od razu przeszła do kontrofensywy. - Na przykład ta twoja wieczna potrzeba akceptacji... Zawsze trzeba po pięć razy powtarzać, że dobrze gotujesz, bo inaczej obrażasz się i zaczynasz podejrzewać, że ktoś cię nie lubi albo nie smakuje mu twoje jedzenie.
Zrobiła pauzę, a ponieważ nie zakwestionowałam jej pierwszego zarzutu, kontynuowała:
- Twierdzisz, że pozwalasz ludziom wykazać się inicjatywą, ale prawda jest taka, że zawsze stoisz za kulisami, dyrygujesz nimi i na koniec stawiasz na swoim.
Skręciłyśmy w las i ruszyłyśmy pokrytą igliwiem ścieżką w kierunku cypla Rävudden. Udawałam, że ostatnie słowa przyjaciółki nie zrobiły na mnie wrażenia, ale w głębi duszy czułam się urażona. Uważałam, że ten opis w ogóle do mnie nie pasuje, bo jestem całkiem inna. Przecież ja tylko przyjęłam Josefin w swoim domu. Nic więcej.
- Nie bierz sobie tego tak bardzo do serca - dodała Stina. - Powinnaś się bardziej wczuć w to, co myśli twoje otoczenie. A propos, co z ich wyprowadzką? Słyszałam, że wymiana instalacji kanalizacyjnej dobiega końca.
Myliła się, bo prace nadal trwały. Minęło dziewięć tygodni od dnia, w którym wykonawca miał wymienić rury, a ponieważ zbankrutował, jego firma weszła w spór prawny ze wspólnotą mieszkaniową. Wszystko wskazywało więc na to, że umowa najmu mieszkania, którą Andreas i Josefin zawarli, wygaśnie przed zażegnaniem sporu i wymianą instalacji.
Stina mówiła i mówiła, nie mogąc przestać, i na pocieszenie objęła mnie jednym ramieniem. Było to nasze typowe zachowanie, które przez lata pomagało nam utrzymać pewną równowagę w relacjach. Za każdym razem, kiedy zaczynałam jakąś rozmowę na jej temat, najczęściej kończyło się na tym, że to ona mnie pouczała, a ja czułam się wymanewrowana i traciłam pewność siebie. W końcu zaczęłam się zastanawiać, czy to nie ja stanowię problem. Może jestem zbyt wymagająca? Może zbyt nachalnie domagam się akceptacji? Czy Josefin przyjęła taką wycofaną postawę z powodu moich wymagań? Jakie wysyłałam jej sygnały? Miałam nadzieję, że Stina mi pomoże, ale po tej rozmowie zaczęłam się zastanawiać, czy to nie ja przyjęłam postawę skrywanej dominacji, jak to oględnie ujęła. Czy to z tego powodu atmosfera w domu stała się tak napięta? Najlepszym przykładem była ta kamizelka: Josefin w końcu mi za nią podziękowała, ale mnie to nie zadowoliło; chciałam czegoś więcej. Może stawiałam jej zbyt wysokie wymagania?
Stina oszczędziła mi dalszych dylematów i zmieniła temat rozmowy. Powiedziała, że ona i mąż zastanawiają się nad kupnem psa. Wahają się miedzy jackiem russelem a jamnikiem, z którym Björn mógłby chodzić na polowania w Väster Skägga. Na koniec spytała, czy zgodziłabym się czasem popilnować ich psa. Skinęłam głową na znak, że się zgadzam. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to był jeden z naszych ostatnich wspólnych spacerów, że ta ostrożna rozmowa stanie się początkiem końca, a to, co się wydarzy później, doprowadzi do nieodwracalnych zmian w naszych relacjach.
Gdyby można było cofnąć czas, zrobiłabym wszystko, żeby moje życie potoczyło się inaczej. Niestety, nie byłam wtedy świadoma, że to, co zrobiłam tamtego wieczoru, w przyszłości doprowadzi do prawdziwego koszmaru. A przecież tylko chciałam być uczynna.
Andreas i Josefin poszli do kina, a ja zostałam w domu i wzięłam się do prania. Przeszłam się po mieszkaniu, żeby pozbierać rzeczy, bo wszędzie panował bałagan. Mój syn i jego dziewczyna byli ostatnio bardzo zapracowani i na niektóre sprawy brakowało im czasu. Josefin zachowała się dość nietypowo, bo nawet przeprosiła mnie za bałagan w ich pokoju. Odpowiedziałam, że dla mnie to żaden problem i chętnie im pomogę. Wystarczy, że powie. Odparła, że to nie jest konieczne, że wystarczającą pomocą jest dla nich to, że mogą u mnie mieszkać. Wydawało mi się, że tym razem nie była taka zamknięta w sobie jak zwykle. Podbudowana tym sukcesem, postanowiłam zrobić coś dobrego.
Okazało się to jednak niemądre i niepotrzebne. Głupi przypadek, który nie powinien się wydarzyć. Zanim włączyłam pralkę, weszłam do ich pokoju, żeby sprawdzić, czy nie znajdę ubrań do prania. Chciałam im po prostu pomóc, bo oboje byli przemęczeni. Obeszłam pokój i pozbierałam ciuchy, które leżały na podłodze. Uznałam, że skoro tam są, muszą być brudne. Przy okazji zauważyłam szlafrok, który wisiał na stojącym przy oknie krześle. Wiedziałam, że należy do Josefin. Wyglądał na poplamiony, więc postanowiłam go uprać. Zaczęłam opróżniać kieszenie, żeby nic w nich nie zostało, i natknęłam się na jakiś twardy plastikowy przedmiot. Najpierw pomyślałam, że to termometr, ale szybko domyśliłam się, że trzymam w ręce test ciążowy z dwiema wyraźnie zaznaczonymi kreskami, które oznaczały wynik pozytywny. Natychmiast zostawiłam szlafrok i wyszłam z pokoju, bo nie byłam na coś takiego przygotowana.
Wyjęłam paczkę papierosów, które trzymałam na szczególne okazje, i wyszłam na taras. Zapaliłam papierosa i zaczęłam się zastanawiać nad tym, czego się przed chwilą dowiedziałam.
Josefin była w ciąży. Andreas zostanie ojcem, a ja babcią. Wydało mi się to nierzeczywiste, a zarazem wspaniałe. Czułam się jeszcze bardziej zaskoczona niż przed laty, kiedy okazało się, że jestem w ciąży i wkrótce zostanę mamą.
Urodziłam tylko jedno dziecko, bo więcej los mi nie dał. I chociaż nigdy się do tego przed sobą nie przyznałam, zawsze tkwiło we mnie pewne pragnienie, żeby znów zostać mamą. Poczułam, że taka możliwość znowu się przede mną otwiera, ale tylko za pośrednictwem Andreasa. Czasem myślałam o wnukach, lecz widziałam je w odległej przyszłości. Mój syn nie miał jeszcze trzydziestu lat, a w dzisiejszych czasach ludzie decydują się na dzieci w coraz późniejszym wieku. Poza tym Andreas i Josefin marzyli o własnej kwiaciarni, co oznaczało, że przez kilka najbliższych lat będą musieli poświęcić dużo czasu i wytężonej pracy, żeby zrealizować ten cel. Po tym, jak Josefin zaszła w ciążę, otwarcie kwiaciarni stawało się właściwie niemożliwe.
Głęboko się zaciągnęłam, starając się zachować spokój. Wynik testu jeszcze nic nie znaczy. Nie miałam pojęcia, co mój syn i jego dziewczyna postanowią: donosić ciążę czy ją usunąć. Pomyślałam też, że nieprzystępność Josefin mogła mieć coś wspólnego z ciążą, i poczułam lekką ulgę. Doszłam do wniosku, że jej potrzeba ciągłego przebywania z Andreasem w jednym pokoju nie musiała wynikać z niechęci do mnie! Josefin zaszła w ciążę i była pod działaniem hormonów, stąd tak częste zmiany humoru. Jak w sinusoidzie albo w kolejce górskiej. Przeszłam długie klimakterium i sama najlepiej wiedziałam, że zmiany w organizmie kobiety mogą wpływać na nastrój.
Nie wiedziałam, co zrobić z tą fantastyczną tajemnicą. Miałam tysiące pytań, ale postanowiłam nikomu o niczym nie mówić. Zwłaszcza synowi i jego partnerce. Sami powinni mi o tym powiedzieć, na swój sposób i we właściwym czasie. Oczywiście pod warunkiem, że nie zdecydują się na aborcję. Postanowiłam siedzieć cicho i udawać, że o niczym nie wiem. Nie chciałam, żeby uznali mnie za wścibską teściową, która miesza się w ich intymne sprawy. Teraz, kiedy wydawało mi się, że rozumiem Josefin lepiej, stało się to jeszcze ważniejsze niż dotychczas. Potrzebowała przestrzeni, jej głowę z pewnością wypełniały wątpliwości i niespokojne myśli. Nic dziwnego, że tak łatwo się irytowała i tak obojętnie zareagowała na kamizelkę. Nagle naszły mnie wyrzuty sumienia z powodu moich wcześniejszych negatywnych opinii na jej temat. Krytykowałam ją za brak wdzięczności, gdy tymczasem oboje stali przed koniecznością dokonania jednego z najważniejszych wyborów w życiu. Ciekawe, czy Stina wie. Kiedy z nią ostatnio rozmawiałam, nic na to nie wskazywało. Postanowiłam nic jej nie zdradzać. Będę siedzieć cicho i czekać, chociaż tak wspaniałą nowinę trudno zachować tylko dla siebie. Wiedziałam też, że nie powinnam się cieszyć na zapas, ale to było trudne.
I to bardzo.
Na szczęście następnego dnia miałam wygłosić odczyt w Örebro, co oznaczało, że nie będę musiała przed nimi udawać. Mimo to myśli przez cały czas kłębiły mi się w głowie.
*
Do domu wróciłam późnym wieczorem. Wślizgnęłam się po cichu do środka, żeby ich nie budzić. Światła w mieszkaniu były zgaszone, kuchnia lśniła czystością. Zdziwiło mnie to, bo spodziewałam się takiego samego bałaganu jak zawsze.
Położyłam się do łóżka i w momencie, gdy zgasiłam lampkę, usłyszałam pukanie do drzwi. W progu stał Andreas. Miał poważną minę.
Usiadłam w łóżku i zapaliłam z powrotem światło.
- Obudziłam was? - spytałam. - Jeśli tak, to przepraszam.
Andreas pokręcił głową i zrobił zatroskaną minę. Czyżby chciał mi wyznać, że Josefin jest w ciąży? Wiedziałam, że stoją przed trudną decyzją, i byłam wdzięczna losowi, że syn mi zaufał i postanowił się zwierzyć.
- Mamo, dlaczego to zrobiłaś? - odezwał się oskarżycielskim tonem.
Zmieszałam się, bo nie takich słów się spodziewałam.
- O czym ty mówisz? - spytałam.
- Przekroczyłaś kolejną granicę.
- Przepraszam, ale dalej nie rozumiem... - Nie zdążyłam dokończyć zdania, bo mi przerwał.
- Naruszyłaś naszą sferę prywatną.
- To znaczy?
- Josefin znalazła na biurku swój test ciążowy i kilka innych drobiazgów, które wyjęłaś z kieszeni szlafroka - wyjaśnił ochrypłym głosem Andreas.
Przeszył mnie zimny dreszcz i poczułam gwałtowny skurcz żołądka. Byłam na sto procent pewna, że włożyłam test z powrotem do kieszeni szlafroka. Nie mogłam uwierzyć, że zachowałam się tak głupio.
- Przepraszam... naprawdę nie zamierzałam...
- Czego nie zamierzałaś? - przerwał mi twardym tonem syn. - Węszyć w naszym pokoju?
- Głupio wyszło, ale chciałam tylko wyprać wasze ubrania...
Andreas popatrzył na mnie lodowatym wzrokiem, którego nigdy wcześniej u niego nie widziałam.
- Josefin jest bardzo przykro - powiedział.
- Mogę jej to wyjaśnić - odparłam, ale tylko pokręcił głową.
- To nie najlepszy pomysł... w każdym razie nie w tym momencie.
- Jeszcze raz przepraszam. Macie tyle pracy, więc pomyślałam, że...
- Jeśli nadal mamy tu mieszkać, musisz szanować naszą prywatność, okej?
- Oczywiście. Jeszcze raz przepraszam. Nie chciałam, żeby tak wyszło.
Andreas skinął głową.
- Czy mogę coś powiedzieć? - spytałam.
- Słucham.
- Bez względu na to, jaką podejmiecie decyzję, będę was wspierać.
Westchnął i bez słowa wyszedł z pokoju, a ja zostałam sama. Byłam tak skołowana, że nie wiedziałam, co myśleć. Przecież nie poszłam do ich pokoju, żeby szperać w ich rzeczach, a tymczasem tak to właśnie zinterpretowali. Było mi naprawdę przykro. Dopiero teraz dotarło do mnie, że zachowałam się niewłaściwie. Nawet jeśli chciałam zrobić dobrze i być użyteczna, nie powinnam była wchodzić do ich pokoju. Nie przyszło mi do głowy, że mogę w nim znaleźć rzeczy, których nie powinnam zobaczyć, ale tak się, niestety, stało. Wiedziałam, że to zdarzenie nie poprawi moich relacji z Josefin, i doskwierało mi to bardziej niż wszystko inne. Nasze stosunki i tak już były napięte, a teraz, kiedy nadwerężyłam jej zaufanie, nawiązanie bliższych relacji stało się prawie niemożliwe.
Istniało tylko jedno wyjście z tej sytuacji, a mianowicie rozmowa.
W pracy nauczyłam się jednej rzeczy: że bez względu na powagę sytuacji najgorszą rzeczą, jaką można zrobić, jest brak komunikacji między ludźmi. Jeśli przestaniemy ze sobą rozmawiać, nie rozwiążemy żadnego problemu, chociaż może nam się wydawać, że wygodniej jest się ukryć w swojej jamie, niż wziąć się z problemem za bary. A ponieważ Josefin nie miała ochoty ze mną rozmawiać, uznałam, że komunikacja jednostronna jest lepsza niż jej brak.
Poszłam więc do niej z przeprosinami, wyznałam prawdę, przyznałam, że się ośmieszyłam i że jest mi z tego powodu bardzo przykro. Dodałam, że mają prawo być na mnie źli, ale zrozumiałam swój błąd i mam nadzieję, że mi wybaczą.
Mimo to nie doszło do żadnych bliższych rozmów z Josefin.
Starałam się szanować jej potrzeby i zostawiłam ją w spokoju. Nie pytałam o ciążę i nie podpytywałam, co zamierzają w tej sprawie zrobić. Udawałam obojętną, ale aż płonęłam z ciekawości. Chciałam wiedzieć, jak Josefin się czuje, co sądzi o swojej ciąży, czy ona i Andreas są szczęśliwi, który to tydzień i czy ciąża była planowana. Najbardziej jednak interesowało mnie to, czy zamierza urodzić. Niestety, żadnego z tych pytań jej nie zadałam. Okazywałam jej troskę w sprawach praktycznych, ale w niczym jej się nie narzucałam. Pilnowałam na przykład, żeby w domu zawsze było jedzenie, które im smakuje. Josefin lubiła prażoną granolę, świeżo wyciskany sok z buraka i chleb z orzechami. Przypomniałam sobie, że Andreas lubił kiedyś herbatniki pełnoziarniste i dżem morelowy. Lecz nie zagłębiałam się za bardzo w sprawy kulinarne. Zmieniłam jednak swój dzienny grafik. Zapisywałam się na wieczorki dla kobiet, wieczorki firmowe i wieczorki treningowe. W weekendy nalewałam paliwa do baku i wypływałam łodzią na długie godziny. Dobijałam do którejś z wysepek na wysokości Kungshatt i leżałam tam do samego wieczora, coś czytając. Potem wracałam przez Mälaren do domu. Robiłam to wszystko z myślą o nich. Chciałam, żeby mieli dla siebie jak najwięcej czasu.
*
To był piątkowy wieczór. Na weekend wyjechałam do Stiny i Björna w Väster Skägga, żeby Josefin i Andreas zostali sami i poczuli się swobodnie. Jak zwykle zamieszkałam w domku gościnnym, który od czasu, kiedy Andreas był małym chłopcem, traktowaliśmy prawie jak naszą własność.
Väster Skägga leży czterdzieści kilometrów na wschód od Sztokholmu. Na terenie posiadłości stoi duża willa z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku i kilka małych domków, które od połowy dziewiętnastego wieku służyły jako miejsce letniego odpoczynku. Z czasem cały teren trafił w ręce dziadków Stiny i to ona po ich śmierci odziedziczyła posiadłość.
Od spaceru wzdłuż zatoki Mörtviken między mną a Stiną zapanowało dziwne milczenie. Któregoś dnia dostałam od niej esemesa. Pytała, czy nie mam ochoty spędzić z nimi weekendu. Pomyślałam, że chce w ten sposób odbudować nasze relacje, żeby wszystko było po staremu i nic nas nie dzieliło.
Kiedy weszłam do domku, poczułam zapach szarego mydła, którym umyto podłogę. Stina wysprzątała to miejsce na mój przyjazd i zaopatrzyła lodówkę w jedzenie. Na kuchennej ławie czekała na mnie butelka czerwonego wina i sympatyczna karteczka z zaproszeniem:
Przyjdź do nas, jeśli nie jesteś zmęczona. Stina
Zalała mnie fala ciepła. Teraz byłam już pewna, że odbudujemy przyjazne relacje. Ostatnimi czasy źle się czułam w chłodnej atmosferze, jaka zapanowała w moim domu, dlatego taki dowód serdeczności wiele dla mnie znaczył. Przyjaciółka chyba zrozumiała, że trzeba mnie podtrzymać na duchu, chociaż nie wiedziała o niedawnym dramacie, jaki rozegrał się w Utkiksbacken. Zrobiło mi się ciepło na sercu, kiedy zobaczyłam, że bez względu na sytuację mogę na niej polegać.
Włożyłam jej stary frotowy szlafrok kąpielowy, stare drewniaki i poszłam do hangaru. Byłam zmęczona po ciężkim tygodniu - musiałam pojechać do Sundsvall, żeby wystąpić w roli mediatorki między dyrektorem firmy a pracownikiem, który nadużywał alkoholu. Chciałam odpocząć od ciągłego chodzenia po domu na palcach, żeby w ten sposób naprawić popełniony błąd. W moim domu panowała niezbyt miła atmosfera, bo Josefin prawie w ogóle się do mnie nie odzywała. Andreas też traktował mnie chłodno. Postanowiłam nie huśtać łodzią, w której siedzieliśmy we trójkę, żeby nie wywoływać kolejnych negatywnych emocji. Miałam nadzieję, że sytuacja się poprawi i że jest to tylko kwestią czasu.
Po przyjściu do hangaru zdjęłam szlafrok, powiesiłam go na drewnianym haku i pod osłoną trzcin weszłam nago na pomost. Powiewy wieczornego wiatru pobudziły moją krew do szybszego krążenia. Zeszłam po drabince do wody i wypłynęłam w morze. Termometr wskazywał dwanaście stopni powyżej zera. Kiedy byłam młoda, dobrze się czułam w takim szczypiącym chłodzie. Nauczyłam się go doceniać w czasie wspólnych kąpieli z ojcem w ośrodku wypoczynkowym Hellasg?rden. Teraz płynęłam w całkowitej ciszy, oblewana falami. W normalnych warunkach wszystkie swoje problemy zostawiałam na pomoście i pozwalałam umysłowi cieszyć się całkowitą swobodą, ale tym razem nie było to takie łatwe. Czułam ćmiący ból, jakbym przeczuwała, że wkrótce zdarzy się coś złego. Mimo to ciągle sobie wmawiałam, że wszystko się ułoży, tylko potrzeba na to czasu. Wyglądało to tak, jakby mój organizm wiedział o czymś, co jeszcze nie zdążyło dotrzeć do mózgu.
Dopłynęłam do brzegu, otuliłam się szlafrokiem i usiadłam skulona, przyciskając do piersi kolana. Siedziałam tak, jakbym sama chciała się pocieszyć z braku innych ludzi w pobliżu. W domu na górce czekali na mnie Stina i Björn. Ich małżeństwo było bezpieczne, jeśli mogę to tak ująć. Sama nigdy tego nie doświadczyłam, bo całą swoją uwagę skupiałam na sobie i na synu. Kiedy Andreas mieszkał ze mną, nigdy nie czułam się samotna. Moi przyjaciele uważali, że dla jego dobra poświęciłam miłość, ale ja tego tak nie odbierałam. Kiedy był małym chłopcem, było nam ze sobą wspaniale. Snuliśmy wspólne plany, wymyślaliśmy miejsca, do których pojedziemy na wakacje, rozmawialiśmy o tym, co tam zobaczymy. Pozwoliłam mu nawet współuczestniczyć w podejmowaniu niektórych trudnych decyzji, chociaż był jeszcze chłopcem. Na przykład wybraliśmy razem nowy samochód i wspólnie zadecydowaliśmy o przeprowadzce z centrum miasta do Gröndal. Wprawdzie nie tak należy wychowywać dzieci, ale u nas się to sprawdzało. Gdy syn się wyprowadził, w moim życiu zapanowała pustka, choć poczułam też pewną ulgę, że nie będę już musiała brać na siebie odpowiedzialności, jaka zwykle spoczywa na samotnej matce. Wprawdzie Andreas przestał u mnie mieszkać, ale ciągle się widywaliśmy i nadal zapraszał do naszego domu kolegów. Od kiedy jednak związał się z Josefin, moja samotność nabrała innego kształtu. Musiałam się przyzwyczaić, że przestałam być osobą, do której syn dzwonił po radę albo żeby się zwierzyć. To dlatego tak się ucieszyłam, kiedy na czas wymiany instalacji kanalizacyjnej znowu się do mnie wprowadził. Niestety, moje nadzieje okazały się płonne.
Wróciłam z pomostu do domku, przebrałam się, wzięłam butelkę wina i poszłam do willi. Na werandzie świeciło się światło; Stina i Björn siedzieli przy tacy serów i pili wino. Od razu zauważyłam, że są lekko wstawieni i w radosnym nastroju. Na mój widok wstali i serdecznie się ze mną przywitali. Stina szybko zaraziła mnie swoim dobrym humorem i poczułam się mniej samotna. Świadomie nie poruszaliśmy drażliwych tematów ani nie wspominaliśmy o Josefin. Rozmawialiśmy o polowaniach Björna, o psie, którego kupili, o "sporze o miedzę" z sąsiadem i o pracy Stiny, zatrudnionej w firmie zajmującej się rekrutacją personelu dla firm.
To, co się stało później, było niezaplanowane i nieprzemyślane, a zdanie, które wypowiedziałam, po prostu mi się wymsknęło. Z pewnością nie doszłoby do tego, gdybym nie była przemęczona, nie miała za sobą ciężkiego tygodnia w pracy i nie piła wina na pusty żołądek. Niczego bym nie wypaplała, gdyby Stina nie zaczęła snuć planów związanych z Väster Skägga. Ona i Björn rozważali, czy nie wyremontować starych domków, żeby móc w nich przyjmować więcej gości. Stina chciała podciągnąć wodę, urządzić w nich łazienki i toalety, ale Björn uważał, że to zbyt duży wydatek. Włączyłam się w tę dyskusję, biorąc stronę przyjaciółki. I nagle usłyszałam swoje słowa:
- Jeśli Andreas i Josefin postanowią mieć to dziecko, będziecie tu mieć pełen dom.
Szybko uświadomiłam sobie, że to, co przed chwilą powiedziałam, nie od razu do nich dotarło. Domyśliłam się, że o niczym nie wiedzą, ale było już za późno. Andreas wspomniał, że dopóki nie podejmą ostatecznej decyzji, nikomu nie zamierzają mówić, że Josefin jest w ciąży, nawet jej rodzicom, a ja obiecałam, że nikomu o tym nie wspomnę. Niestety, znowu nawaliłam, i to bardzo.
Dobry nastrój minął. Na werandzie zapanowała napięta atmosfera; obserwowałam, jak Stina ze sobą walczy. Próbowała przede mną ukryć, jak bardzo jest rozczarowana, że dowiedziała się o ciąży ode mnie, a nie od córki. Zaczęłam się usprawiedliwiać, że ja też wiem o tym przez przypadek, a Josefin i Andreas jeszcze nie podjęli ostatecznej decyzji, ale było już za późno.
Chwilę później Stina powiedziała, że boli ją brzuch - a może głowa? - i musi się położyć. Zapewniła mnie z wymuszonym uśmiechem i lekko ochrypłym głosem, że jeśli mam ochotę, mogę zostać na werandzie tak długo, jak tylko będę chciała. Mogę też dalej popijać wino. Björn od razu oznajmił, że też się położy, bo jest zmęczony, po czym oboje wstali od stołu i zostawili mnie z moim strachem i wstydem. Wiedziałam, że się skompromitowałam, i szybko do mnie dotarło, że będzie to miało określone konsekwencje.
Nalałam sobie resztę wina i popatrzyłam na morze. Niebo było rozgwieżdżone; bez problemu znalazłam Wielki Wóz. Niewykluczone, że kilkadziesiąt kilometrów stąd Josefin i Andreas też spoglądali w to samo niebo, ale czułam się tak, jakby byli ode mnie strasznie daleko. Wolałam nie myśleć, jak zareagują, kiedy się dowiedzą o moim niemądrym zachowaniu.
Fatalna sprawa, bo ostatnio nasze relacje trochę się poprawiły. Zauważyłam, że ostatnimi czasy zaczęli mnie traktować bardziej przyjaźnie, a syn trochę się rozkręcał w moim towarzystwie. Josefin zachowywała się mniej więcej tak samo jak wcześniej, ale pozytywne było to, że nasze relacje nie uległy pogorszeniu. Teraz już wiedziałam, że będzie tylko gorzej, wysłałam więc do Stiny esemesa o treści:
Nic im nie mów, proszę.
W odpowiedzi otrzymałam emotikon z uniesionym kciukiem, ale czułam, że czegoś takiego nie można z góry obiecać.
- Czy przeżyła pani ostatnio jakiś stres?
Protetyczka opuściła maseczkę, popatrzyła na mnie ze współczuciem i oznajmiła, że zaciskanie zębów i ból szczęki to w moim wieku nic zaskakującego; często się tak dzieje wskutek stresu lub niepokoju. Spytała, czy ma mi wypisać skierowanie do dobrego fizjoterapeuty, i zasugerowała, że pewnym rozwiązaniem może być medytacja oraz szyna relaksacyjna za trzy tysiące koron. Lecz najlepszym rozwiązaniem byłoby zwolnienie tempa i pozbycie się kłopotów, które są przyczyną mojego niepokoju. Jej zalecenia były równie skuteczne jak te, kiedy radzimy jakiemuś nerwusowi, żeby przestał się denerwować.
- Proszę otworzyć usta i odprężyć się - poleciła mi.
Te dwie czynności trudno mi było ze sobą połączyć. Mimo to jak najszerzej otworzyłam usta i protetyczka wsunęła mi do ust metalową formę, żeby pobrać odcisk zębów. Na jego podstawie dobierze mi specjalną szynę relaksacyjną. Odprężyłam się więc, żeby nie myśleć o tym, o czym ciągle myślałam, a mianowicie o synu.
Andreas oskarżył mnie, że złamałam obietnicę, którą im złożyłam, i stracił do mnie zaufanie. Sposób, w jaki powiedziałam Stinie i Björnowi o ciąży, uznał za "chory i nienormalny", bo nie tylko wtargnęłam do ich pokoju i wyjęłam z kieszeni szlafroka test ciążowy, ale także opowiadam innym osobom o najbardziej intymnej sprawie, którą do tej pory utrzymywali - a właściwie próbowali utrzymać - w tajemnicy.
Kilka razy ich przeprosiłam i wyjaśniałam swoje niemądre zachowanie. Nie zrobiłam tego celowo, te słowa po prostu mi się wymsknęły. Czułam się coraz gorzej, miałam wyrzuty sumienia i rozbolał mnie żołądek. Najgorsze okazało się jednak to, że Andreas był na mnie zły jak nigdy dotąd. Przez całą dobę miałam mdłości i nawet zmiana diety nie pomogła. Sama zresztą słyszałam, jak słabo brzmiały moje wyjaśnienia. Nie pomogła nawet obietnica, że już nikomu o tym nie powiem. Wkrótce o ciąży dowiedziała się moja mama - od Stiny, w czasie ich przypadkowego spotkania przy stoisku z mięsem w hali targowej na placu Hötorget. Najśmieszniejsze było to, że Josefin była bardziej zła na mnie niż na swoją matkę. Podobnie zareagował mój syn. Okazało się więc, że to tylko ja jestem czarną owcą. Atmosfera w naszym domu stała się nie do zniesienia. Czekałam, aż się wyprowadzą, ale nie zrobili tego, chociaż Andreas kilka razy o tym wspominał.
*
Po pewnym czasie ciąża stała się widoczna, ale nawet wtedy bałam się o cokolwiek spytać. W końcu Stina powiedziała mi, że nasze dzieci zdecydowały, że Josefin urodzi i że obie zostaniemy babciami.
- Zaczęłam kupować ubranka - oznajmiła, chociaż dla mnie była to zbyt odległa przyszłość.
Uznałam za właściwe, że to Stina jako pierwsza usłyszała tę ważną nowinę. Kiedy odparłam, że o niczym nie wiem, zauważyłam, że sprawiło jej to dużą przyjemność.
W końcu zdobyłam się na odwagę i spytałam Andreasa, czy to, co usłyszałam od Stiny, jest prawdą. Odparł, że tak. Wprawdzie nie planowali, że zostaną rodzicami, ale zdążyli się już z tą myślą oswoić i czują się z nią dobrze. Objęłam go i zapewniłam, że bardzo się cieszę. Skinął głową i po raz pierwszy od dawna się do mnie uśmiechnął.
- A może się cieszysz głównie ze względu na siebie? - spytał.
Nie zrozumiałam, o co mu chodzi. Nie byłam pewna, czy to był żart, czy forma krytyki. Oczywiście, że się cieszyłam. Nie tylko z egoistycznych powodów, że urodzi mi się wnuk i zostanę babcią, ale przede wszystkim ze względu na nich. Czy to, że byłam szczęśliwa, miało jakieś znaczenie? Czy nie mogę się cieszyć tą nowiną przez wzgląd na siebie? Oczywiście, że mogę, odparł Andreas, ale nie wolno mi zapominać, że to nie ja oczekuję dziecka, tylko Josefin. Gdybym nie była taka uszczęśliwiona, mogłabym się za te słowa obrazić, lecz puściłam je mimo uszu i odparłam, że po prostu nie mogę się doczekać narodzin wnuka. Wyraziłam też nadzieję, że mam prawo okazywać radość i że teraz wolno mi będzie o tym opowiadać, chwalić się, że zostanę babcią, bez poczucia wstydu czy winy.
*
Po tym, jak Josefin i Andreas oficjalnie mnie poinformowali, że zostanę babcią, liczyłam na to, że sytuacja w domu trochę się uspokoi i nie będą na mnie tacy źli. Tymczasem szybko się okazało, że irytuję ich bardziej niż przedtem, a mieszkanie zrobiło się nagle małe i klaustrofobiczne. Powodów do irytacji stale przybywało. Wiedziałam, że oboje wprost marzą, żeby pójść na swoje, i że niełatwo im jest mieszkać pod jednym dachem z matką i teściową, ale to przecież nie z mojej winy termin wymiany instalacji kanalizacyjnej został przedłużony, a umowa na wynajem mieszkania wygasła. Znaleźli się w trudnej sytuacji, ale dlaczego to ja miałam chodzić we własnym mieszkaniu na palcach i udawać niewidzialną? Uznałam, że takie zachowanie byłoby dziwne.
Tymczasem Josefin przygotowywała się do końcowych egzaminów na uczelni. Chciała je zdać przed urodzeniem dziecka, co okazało się trudne, ponieważ miała mdłości i bolał ją kręgosłup. Andreas opiekował się nią i chociaż był zapracowany, robił wszystko, żeby im zapewnić własne lokum. Było mi ich żal, wolałam jednak nie mieszać się w ich sprawy, nie oferować pomocy, która później mogłaby zostać uznana za niestosowną.
Josefin nadal stanowiła dla mnie tajemnicę. Chciałam znaleźć jakiś wspólny temat, więc zaczęłam się jej zwierzać, opowiadać o tym, jak byłam w ciąży z Andreasem. Ale odnosiłam wrażenie, że niektóre tematy są dla niej zbyt intymne. Zauważyłam na przykład, że czuła się niezręcznie, kiedy ją ostrzegałam, że może przytyć do trzydziestu kilogramów, albo kiedy mówiłam o szczegółach porodu.
*
Pewnego wieczoru, kiedy była na zajęciach, wróciłam do domu wcześniej niż zwykle. Myślałam, że Andreas jest w pracy, ale w przedpokoju zobaczyłam jego buty i kurtkę. Ulżyło mi, że jesteśmy w domu sami i że będę mogła z nim swobodnie porozmawiać. Czasem odnosiłam wrażenie, że kiedy w pobliżu nie ma jego dziewczyny, nie jest taki nerwowy. Nagle usłyszałam jakiś dźwięk dobiegający z łazienki. Ostrożnie podeszłam do drzwi i zaczęłam nasłuchiwać. Andreas szlochał! Czyżby coś się stało? Postanowiłam to sprawdzić i zapukałam do drzwi.
- Wszystko w porządku? - spytałam.
Odchrząknął i wyszedł z łazienki. Oczy miał zaczerwienione, ale zapewnił, że czuje się dobrze. Miał ciężki dzień w pracy i musiał spuścić ciśnienie.
Nie chciałam być wścibska, ale wspomniałam, że posiadanie dziecka wiąże się z trudnościami i wyrzeczeniami. Dodałam też, że wiele się może zdarzyć, i wyraziłam nadzieję, że w razie czego zwierzy mi się ze swoich kłopotów.
Andreas zadał mi wtedy pytanie, na które nie byłam przygotowana:
- Jak układały się twoje stosunki z tatą, kiedy byłaś w ciąży?
Starałam się zachować spokój i nie okazywać emocji, chociaż rozmowa o byłym mężu, a zwłaszcza o tym, co nas łączyło, a co dzieliło, wywoływała we mnie niesmak.
- Nie pamiętam - odparłam. - To było dawno temu.
Powiedziałam tak, chociaż zależało mi, żeby syn się otworzył, poczuł, że może być wobec mnie szczery.
- Kiedy byłam w ciąży, Janne też miewał gorsze dni - dodałam po chwili. - Byliśmy bardzo młodzi i przed zajściem w ciążę dość krótko się znaliśmy. Byłoby lepiej, gdyby od razu mi o tym powiedział. Tymczasem on wyrzucił to z siebie po fakcie.
- Nie zawsze można mówić o takich sprawach z kimś, kogo się kocha.
Nie wiedziałam, kogo Andreas ma na myśli: mnie czy Josefin.
- Czasem lepiej jest porozmawiać z kimś postronnym - odparłam. - Moim zdaniem najważniejsze jest to, żeby w ogóle cokolwiek powiedzieć.
Skinął głową.
Spytałam, czy mógłby mi pomóc przygotować kolację. Zgodził się i poszliśmy do kuchni. Po raz pierwszy od dawna spędzaliśmy czas w ten sposób. Od razu poczułam, jak bardzo mi brakowało tych chwil, gdy byliśmy sami i ani Josefin, ani nikt inny nie przecedzał nas przez swój filtr, a wokół nas nie wznosiły się sztuczne mury obronne. Andreas był bardziej wyluzowany i napięcie powoli zaczęło znikać z jego twarzy.
- A jak ty się czujesz, mamo? - spytał i tym samym poruszył temat, który wolałam pominąć milczeniem.
- Miałam wiele pracy i brakowało mi czasu, żeby o tym myśleć - odparłam.
Była to prawda, ale tylko częściowa, bo nie mogłam mówić o tym, co się wydarzyło. Za bardzo się tego wstydziłam, więc skierowałam rozmowę na inny temat.
- Rozmawiałeś o twoim samopoczuciu z Josefin?
- Mamy teraz za dużo spraw na głowie - rzucił. - Jakoś sobie poradzę.
- Samo się to nie rozwiąże.
- Z kim ja rozmawiam? Z mamą czy specjalistką od komunikacji?
Zrozumiałam, że to był żart, i uśmiechnęłam się. Czułam ulgę, widząc dawnego Andreasa, a przynajmniej błysk mojego syna z dawnych lat. Co przypomniało mi o tym, jaki był przez ostatnie miesiące. Powoli zaczęłam się przyzwyczajać do nowej - bardziej stanowczej - wersji syna, który trzymał mnie na dystans i nie chciał ze mną utrzymywać bliskich kontaktów. Prawie zapomniałam, że nadal tkwi w nim Andreas, jakiego znałam dawniej. Miałabym kłopot, żeby to wyrazić słowami, zresztą gdybym zaczęła o tym mówić, mógłby pomyśleć, że krytykuję Josefin. Cieszyłam się więc chwilą z nadzieją, że syn znowu stanie się dawnym Andreasem.
Najgorsze było to, że właśnie ja skierowałam syna na terapię do Karin Öqvist. Kiedyś rozmawiałam z nią o moich toksycznych relacjach z Josefin i pomyślałam, że Karin może pomóc Andreasowi załagodzić napięcia i porozmawiać z nim o sprawach, o których z różnych powodów nie mógł mówić z Josefin ani ze mną. Była mądrą kobietą, specjalistką w swoim fachu. Uznałam więc, że jeśli Andreas zacznie do niej chodzić na terapię, może to wpłynąć nawet na moje relacje z jego dziewczyną.
Na początku był sceptycznie nastawiony do tej propozycji. Stwierdził, że przesadzam, i kazał mi się przestać niepokoić. Kiedy jednak Josefin poparła mój pomysł, a nawet go do niego zachęciła, Andreas zaczął się poważnie zastanawiać. Josefin patrzyła na tę sprawę z perspektywy rodziców, którymi mieli się stać w przyszłości. Doszła do wniosku, że jeśli jej partner ma być kiedyś dobrym, troskliwym ojcem, powinien podzielić się z kimś problemami, które mogły wynikać na przykład z braku ojca.
To był ten jeden jedyny raz, kiedy byłyśmy zgodne. Utworzyłyśmy wspólny front, żeby namówić Andreasa do udziału w terapii. To zabawne, że na ten krótki czas połączyła nas troska o jego dobre samopoczucie, zwłaszcza że obie miałyśmy odmienne cele i różne punkty widzenia. Podzielałam jej opinię, że wychowywanie się bez ojca mogło mieć jakiś wpływ na psychikę i zachowanie Andreasa, ale mój największy niepokój wzbudzało nie to, że syn będzie w przyszłości złym ojcem, tylko obawa, że jego podświadomy strach przed ewentualnym porzuceniem nie pozwoli mu zająć należnego miejsca w świecie dorosłych. Miałam nadzieję, że terapia wzmocni go w relacjach z Josefin i pomoże mu się odnaleźć.
Przed jego pierwszym spotkaniem z Karin chciałam jej pokrótce zreferować, na czym polega nasz wspólny problem, ale nawet nie dała mi dojść do słowa. Oświadczyła, że o niczym nie chce słyszeć, bo takie informacje mogłyby zaszkodzić przyszłej terapii. Powiedziała, że od tego momentu Andreas jest jej klientem, co oznacza, że ze względu na tajemnicę lekarską musi strzec jego prywatności. Zdziwiło mnie to, bo chciałam tylko nakreślić ogólne tło i przekazać jej trochę informacji, ponieważ nie byłam pewna, czy Andreas sam rozumie, jak bardzo cała ta sytuacja jest skomplikowana. Lecz Karin stanowczo zastrzegła, że nie stosuje takich metod. Zależy jej na zdobyciu jego zaufania i żeby tak się stało, nie wolno mi się mieszać. Jej zdaniem już sam fakt, że byłyśmy zaprzyjaźnione, mógł wpłynąć negatywnie na terapię, ponieważ dowiedziała się ode mnie pewnych faktów z życia mojego syna. Jeśli więc na dodatek zacznie ze mną rozmawiać o szczegółach terapii, okaże się ona nieskuteczna i nieetyczna.
- Andreas na pewno będzie mi opowiadał o tobie i o waszych wzajemnych relacjach. Mam nadzieję, że jesteś na to przygotowana?
Domyślałam się, że o mnie też będzie mówił, bo przecież spędził ze mną całe dzieciństwo i kilka późniejszych lat, mimo to przeszedł mnie dreszcz. Nie odpowiedziałam jednak na pytanie Karin, tylko uśmiechnęłam się do niej i odparłam, że to dla mnie oczywiste, bo przecież jestem jego matką. To naturalne, że rodzice powinni zostać poddani krytyce zarówno przez małe, jak i dorosłe dzieci. Zwłaszcza rodzice, którzy opiekowali się dzieckiem i je wspierali. Znacznie trudniej jest być złym na kogoś, kogo przy nas nie ma. Zdążyłam się do tego przyzwyczaić, bo Andreas wiele razy okazywał mi w dzieciństwie złość. W zdrowy sposób kwestionował moje metody wychowawcze, ale nie przeszkadzało mi, że tak je odbiera - właśnie taką mamą chciałam dla niego być.
Kiedy zaczął uczęszczać na terapię, pojawiły się u mnie problemy ze spaniem. Trawił mnie niepokój, ale ciągle wmawiałam sobie, że to z powodu szyny na zębach, do której musiałam się przyzwyczaić. Szybko zauważyłam zmianę, zarówno w szczękach, jak i u Andreasa. Na początku myślałam, że może to wynikać stąd, że Josefin była w siódmym miesiącu ciąży i poczuła się lepiej. Oboje przestali być tak drażliwi, stali się bardziej zrównoważeni. Miałam nadzieję, że pomogła im w tym świadomość przyszłego rodzicielstwa, a także pozytywne efekty terapii, które zauważyłam u Andreasa. Oboje zaczęli się skupiać na bardziej praktycznych sprawach, a naszym największym zmartwieniem stała się kwestia osobnego mieszkania. Josefin zaczęła nawet żartować, że jeśli wkrótce nie znajdą jakiegoś lokum, będą musieli zostać u mnie, a ich synek, którego nazywałam Migdałkiem, będzie się wychowywał u babci. Odparłam z uśmiechem, że nic by mi nie sprawiło większej radości, i w pewnym sensie była to prawda. Na szczęście kwestia mieszkania w końcu się rozwiązała. Dziesiątki pism, które Andreas wysłał w tej sprawie, dały pozytywny efekt. Po miesiącach użerania się z biurokracją zaoferowano mu niewielkie trzypokojowe mieszkanie w dzielnicy Midsommarkransen.
Największą ulgę sprawiło to mnie.
Josefin i Andreas dwa miesiące przed terminem porodu przenieśli się do mieszkania przy Ringdansvägen. Ja, Stina i Björn pomagaliśmy im w przeprowadzce. Moja mama też chciała pomóc i tego samego dnia zjawiła się u nich z garnkiem wegetariańskiego jedzenia, którego wciąż nie potrafiła odróżnić od wegańskiego. Tamtego wieczoru Andreas i jego dziewczyna nie musieli nic gotować. Byłam trochę zdziwiona, że Josefin też z nami jadła, bo kiedy mieszkała u mnie, ściśle przestrzegała diety wegańskiej, tak że musiałam dostosować do jej potrzeb większość zakupów i posiłków. Za każdym razem, kiedy znalazła w jedzeniu kawałek sera albo inny produkt mleczny, odstawiała talerz i nie jadła. Najwidoczniej kwaśna śmietana mojej mamy wcale jej nie przeszkadzała.
Kiedy po ich wyprowadzce zostałam sama, wszystko wróciło do normy. Nie musiałam dostosowywać się do potrzeb partnerki syna ani wykonywać za nią niektórych obowiązków domowych, takich jak sprzątanie ze stołu i zmywanie naczyń. Nie musiałam się zastanawiać, dlaczego rano unika mnie w kuchni albo czemu się tak często zamyka w łazience. Nie musiałam się też domyślać po jej głosie, w jakim akurat jest humorze. Na myśl o tym, że oboje z Andreasem się wyprowadzą, poczułam ulgę, ale ogarnął mnie też pewien sentymentalny nastrój. Mieli u mnie pomieszkać kilka tygodni, a tymczasem zostali na pół roku, a ja się do nich przyzwyczaiłam. Najbardziej brakowało mi syna. Czułam żal, że czas, który razem spędziliśmy, wyglądał inaczej, niż to sobie wyobrażałam na początku. Wprawdzie lepiej poznałam Josefin i po kilku miesiącach wiedziałam na przykład, że rano pije tylko zieloną herbatę, że jest zmarzluchem i nie lubi, kiedy ktoś wietrzy mieszkanie, a gdy jest w złym humorze, lepiej zejść jej z drogi i nie wdawać się z nią w dyskusje, tylko poczekać, aż sama nabierze ochoty na rozmowę, ale pod kilkoma innymi względami nadal była dla mnie taką samą zagadką jak wcześniej, może nawet większą. Szczerze mówiąc, wciąż nie wiedziałam, jaka tak naprawdę jest.
Nie podobało mi się i to, że przez cały czas musiałam jej się pokazywać z mojej najlepszej strony, w związku z czym doszło do nieporozumień, które w dłuższej perspektywie położyły się cieniem na naszych stosunkach. Pozostawiły we mnie gorzki posmak i nabrałam przekonania, że nasze relacje się pogorszyły. Miałam jednak nadzieję, że teraz, kiedy się wyprowadzili i nie będziemy toczyć ze sobą cichej wojny, damy sobie jeszcze jedną szansę.
*
Wnieśliśmy do mieszkania ostatnie kartony, a ponieważ Andreas i Josefin uparli się, że rozpakują je sami i że nie potrzebują mojej pomocy przy skręcaniu mebli, nie pozostało mi nic innego, jak tylko się pożegnać i wyjść.
- Może chcielibyście zostawić u mnie zapasowy klucz? - spytałam, ale tylko popatrzyli na siebie z uśmiechem.
Pewnie uznali moje pytanie za dziwne, bo to przecież nie ja miałam tam mieszkać, chodziło mi jednak o względy czysto praktyczne. Na przykład o sytuację, kiedy zgubią klucz i nie będą mogli wejść do środka albo będą potrzebować mojej pomocy przy innej okazji. Mogłabym na przykład podlewać kwiaty, gdy wyjadą na wakacje, posiedzieć z dzieckiem czy odbierać je ze żłobka. Moja mama mieszkała w Gärdet, lecz zawsze miała zapasowy klucz do mojego mieszkania i nie było w tym nic dziwnego. Tymczasem oni zareagowali tak, jakbym chciała mieć stały dostęp do ich mieszkania.
- Wrócimy do tego tematu, kiedy trzeba będzie pomyśleć o podlewaniu kwiatów - odparł Andreas i mocno mnie objął.
Zauważyłam, że od pewnego czasu ciągle się usprawiedliwiam albo za coś przepraszam, chociaż nie zawsze wiedziałam dlaczego. Zapoczątkowało to całą serię przeprosin, które nigdy nie miały się skończyć.
Od kilku tygodni zachowywałam wzmożoną czujność, na wypadek gdyby Josefin zaczęła rodzić i poprosiła mnie o pomoc. Niedawno przejechałam na próbę odcinek między dzielnicą Midsommarkransen a szpitalem na Södermalmie. Nie chodziło o to, że nie wiedziałam, jak tam dotrzeć, tylko chciałam sprawdzić, gdzie jest wejście na oddział położniczy i jak wjechać na parking w sytuacji, gdybym musiała zamienić się w ich kierowcę. Wprawdzie ani syn, ani jego dziewczyna o nic takiego mnie nie prosili, lecz zadeklarowałam, że jeśli będą potrzebować pomocy, jestem do ich dyspozycji. Andreas zaśmiał się w taki sam sposób, jak to zrobił poprzednim razem, gdy wspomniałam o zapasowym kluczu, i oznajmił, że kiedy zacznie się poród, zamówią taksówkę. Nasze stosunki i tak były wystarczająco napięte, więc na wszelki wypadek nie wspomniałam mu, że przeprowadziłam własny rekonesans.
Kiedy zaczął się poród, wbrew zapewnieniom i tak do mnie zadzwonił, bo Migdałek postanowił przyjść na świat w dzień wypłaty, kiedy wszystkie taksówki są zajęte. Zerwałam się z łóżka, narzuciłam na piżamę płaszcz, a na gołe stopy włożyłam zimowe buty. Zbiegłam do swojego saaba, który stał zaparkowany na ulicy, i ruszyłam, wciskając gaz do dechy, jakbym była walczącym o życie złodziejem samochodów ściganym przez policję.
Była pierwsza trzydzieści dwie w nocy. Wjechałam w dzielnicę Midsommarkransen i objechałam park Julikullen. Josefin stała ze swoim wielkim brzuchem przed wejściem do budynku i kurczowo trzymała się zielonej kurtki Andreasa. Poznałam po jej minie, że cierpi z bólu. Oboje byli zdenerwowani, ale wyrazili wdzięczność, że po nich przyjechałam w środku nocy.
Kiedy wsiedli do samochodu, dodałam gazu i wjechałam na autostradę. Kierowałam się na most w Liljeholmen. Po drodze obserwowałam pijanych ludzi, którzy wychodzili z knajp w Hornstull i wracali do domów. Skrzyżowanie Hornsgatan i Ringvägen przejechałam z tak dużą prędkością, że wozem prawie zarzuciło. Andreas i Josefin musieli się zmagać z bólem, więc chyba nawet nie zauważyli, że tak pędzę. W końcu zwolniłam, bo nagle uświadomiłam sobie, że skoro mamy dojechać na miejsce cali i zdrowi, nie mogę tak gnać.
Podjechałam pod wejście na porodówkę, zatrzymałam się w zatoczce dla karetek i pomogłam im wysiąść. Josefin z trudem utrzymywała równowagę i bolało ją tak bardzo, że w pewnej chwili musiała się zatrzymać. Położna, która wpuszczała nas na oddział, spojrzała na mnie ze zdziwieniem, więc spytałam, czy mają poczekalnię dla przyszłych babć. Pokręciła głową, jakbym zadała jej dziwne pytanie, po czym odwróciła się i weszła do jakiegoś pokoju. Zamknęła za sobą drzwi, a ja zostałam sama. Po dłuższym namyśle wróciłam do samochodu. Pomyślałam, że na wszelki wypadek tu poczekam, bo przed powrotną jazdą do domu i tak musiałam odpocząć. Dopiero teraz, kiedy poziom adrenaliny zaczął opadać, dopadło mnie prawdziwe zmęczenie. W samochodzie panował lodowaty chłód, ale mnie było ciepło, bo już wkrótce na świat miał przyjść nasz długo wyczekiwany maluszek.
*
Musiałam chyba zasnąć, bo kiedy zadzwonił telefon, nadal siedziałam w samochodzie zaparkowanym przed wejściem na oddział. Dzwonił Andreas, żeby spytać, czy szczęśliwie dotarłam do domu. Poinformował mnie, że bóle ustąpiły i lekarz odesłał ich do domu. Josefin wsiadała do mojego samochodu z rozczarowaną miną. Starałam się ją pocieszyć i podtrzymać na duchu. Przekonywałam ją, że to całkiem typowa sytuacja.
- Kiedy miał się urodzić Andreas, odsyłano mnie do domu trzy razy, zanim lekarz pozwolił mi zostać na oddziale - wyjaśniłam. - Trochę to może potrwać, zwłaszcza przy pierwszym porodzie.
Andreas obrzucił mnie poirytowanym spojrzeniem, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że powiedziałam coś głupiego. A przecież zależało mi tylko na tym, żeby jego dziewczyna nie czuła się taka samotna. Powinna wiedzieć, że nie ona pierwsza i nie ostatnia przez to przechodzi. Miałam nadzieję, że świadomość tego podniesie ją na duchu, ale postanowiłam milczeć i przez całą drogę do domu nie odezwałam się ani słowem, zwłaszcza że Josefin miała taką minę, jakby moje argumenty w ogóle do niej nie dotarły. Siedziała z bezsilną, zrezygnowaną miną i patrzyła przez okno, jakby z góry się poddała.
Po przyjeździe do ich mieszkania zaproponowałam, że zostanę i przygotuję im herbatę z kanapkami. Myślałam, że się nie zgodzą, ale ku mojemu zdziwieniu przystali na to. Pewnie byli zbyt zmęczeni, żeby oponować, albo uznali, że jeśli ktoś się nimi zajmie, dobrze im to zrobi.
*
Josefin poszła do swojej jasnoniebieskiej sypialni i opadła na podwójne łóżko. Andreas położył się obok niej, objął ją i chyba przysnął, a ja stałam w progu pokoju i na nich patrzyłam. Ogarnęła mnie dziwna melancholia, prawie smutek. Kiedyś ja też tak leżałam z Jannem i czekałam, aż urodzę Andreasa. Być może już wtedy mój były mąż spotykał się z Helle. Kiedy dwa i pół roku później mnie zostawił i związał się z nią na stałe, nie chciał się przyznać, od kiedy trwał ich związek. Andreas nie był planowanym dzieckiem, ale miałam nadzieję, że Janne go chce tak samo mocno jak ja. Z czasem zrozumiałam, że go nie kocha, chociaż zawsze twierdził coś przeciwnego. Nie uwierzyłam mu, bo jeśli ktoś naprawdę kocha swoje dziecko, nie zostawia go i nie wyprowadza się do Kopenhagi, żeby zamieszkać z inną kobietą. Normalny mężczyzna nie płodzi dzieci, żeby je później porzucić.
Być może miłość Andreasa i Josefin przetrwa, a ich dzieci będą wychowywane przez oboje rodziców, ale byłam pewna, że bez względu na to, co się stanie, mój syn nigdy nie porzuci swoich dzieci, tak jak to zrobił Janne.
Poszłam do salonu i położyłam się na kanapie, żeby odpocząć. Godzinę później obudziły mnie wrzaski Josefin. Wróciły bóle przedporodowe i sytuacja stała się krytyczna. Kiedy weszłam do kuchni, Andreas rozmawiał przez telefon. Był wzburzony, ale starał się panować nad głosem, żeby dziewczyna go nie słyszała. Bał się, że jego słowa mogą ją zaniepokoić.
- Rozumiem, ale co będzie, jeśli urodzi w samochodzie? Przecież kazaliście nam wrócić do domu... Tak pan uważa? W takim razie powiem krótko: wal się, facet!
Andreas wysyczał swoją złość i rozłączył się.
*
Okazało się, że na oddziale położniczym szpitala na Södermalmie zabrakło wolnych miejsc. Podobna sytuacja panowała też w innych szpitalach, dlatego lekarz, z którym rozmawiał mój syn, skierował go do Södertälje. Andreas nie wiedział, co ma w tej sytuacji zrobić. Pojechać na Södermalm i wejść na oddział siłą? Jak poinformować o tym Josefin, skoro sytuacja i tak już była wystarczająco trudna? Dziewczyna krzyczała, a on miał coraz bardziej przerażony wzrok, bo przerwy między bólami stawały się coraz krótsze. Wprawdzie nie byłam położną, ale wiedziałam, że skoro Josefin rodzi po raz pierwszy, potrwa to dłużej, wystąpiłam więc z własną propozycją. Do Södertälje było niedaleko, a wdzieranie się na siłę na oddział w tym czy w innym szpitalu było kiepskim pomysłem. Co się stanie, jeśli Josefin będzie musiała urodzić na korytarzu?
- Jeśli wyjedziemy teraz, zdążymy - powiedziałam.
Syn spojrzał na mnie spanikowanym wzrokiem.
- Jesteś pewna? - spytał.
- Absolutnie - odparłam pewnym siebie głosem.
Nie mogłam im niczego obiecać, ale Andreas i tak był już wystarczająco zestresowany, więc nie chciałam, żeby udzielił mu się jeszcze mój niepokój.
Josefin stała pochylona nad łóżkiem i kołysała się do przodu i do tyłu. Znałam te ruchy z własnego doświadczenia. Tak reaguje ciało, które chce się obronić przed bólem. Andreas stał obok niej i głaskał ją po plecach.
- Kochanie... musimy już jechać - powiedział.
- Rozmawiałeś ze szpitalem? - spytała. Ból stał się już tak silny, że prawie nie mogła mówić, a jej głos przypominał kwilenie.
- Tak, ale nie mają wolnych łóżek i musimy pojechać do Södertälje. Obiecuję, że szybko cię dowieziemy.
Josefin popatrzyła na niego przerażonym wzrokiem.
- To niemożliwe! Dłużej nie wytrzymam!
- Wytrzymasz, kochanie. Przejdziemy przez to razem, dobrze?
Nie zdążyła odpowiedzieć, bo nagle poczuła ból tak silny, że nie mogła mówić. Andreas spojrzał na mnie takim wzrokiem, jakby chciał spytać, czy decyzja, którą przed chwilą podjął, na pewno była słuszna. Uważałam, że jeśli zdołamy doprowadzić Josefin do samochodu, dowiozę ją na miejsce w ciągu pół godziny. Byłam tego pewna, bo rok wcześniej miałam w Södertälje wykład. Kiedy ustalaliśmy termin, doszło do nieporozumienia w sprawie godziny rozpoczęcia. W dniu wykładu stałam w kuchni i smażyłam kurki, gdy zadzwonił telefon i ktoś spytał, czy już jadę, bo czeka na mnie grupa przedsiębiorców. Ani przedtem, ani potem nie pędziłam z taką prędkością, ale na miejsce dotarłam w dwadzieścia minut. Wiedziałam więc, że to możliwe, chociaż tamtego dnia złamałam wiele przepisów ruchu drogowego. Tak czy inaczej, byłam pewna, że w ciągu najbliższych dwudziestu minut dziecko się nie urodzi.
Josefin krzyczała i machała rękami. Nie chciała rodzić w jakimś zapyziałym Södertälje i uparła się, że Andreas ma jej załatwić miejsce w szpitalu na Södermalmie! Nazwała go pieprzonym idiotą i wysłała na drzewo. Wiedziałam, że dziewczyna niezbyt sobie ceni moje zdanie, ale postanowiłam się wtrącić. Wyjaśniłam jej, że im dłużej czekamy z zejściem do samochodu, tym większe jest ryzyko, że nie zdążymy dojechać do szpitala. Nie wiem dlaczego, ale nagle przypomniała mi się rola, jaką swego czasu odegrałam w związku ze sporem kilku psychologów, których zatrudniała Karin Öqvist. Konflikt przeciągał się, więc zaproponowała, żebym wystąpiła w roli mediatorki. Na początku skonfliktowani psychologowie nie chcieli się na to zgodzić, uważali bowiem, że nie mam odpowiednich kwalifikacji. Pytali, czy ktoś taki jak ja może im powiedzieć coś, czego sami nie wiedzą. Odparłam, że owszem, wiedzą wszystko, ale nie potrafią ze sobą rozmawiać i dlatego znaleźli się w takiej, a nie innej sytuacji. Doszło między nimi do konfliktu, który mógłby rozwiązać zwykły przedszkolak. Może wiedzą, jak pomóc innym, ale nie potrafią pomóc sobie. Sprawa wydawała się prosta, a moja reakcja była zdecydowana. Wylałam na nich kubeł zimnej wody i skłoniłam do wysłuchania moich racji. Teraz uznałam, że tę samą metodę warto zastosować wobec Josefin.
- Albo urodzisz tutaj, bez pomocy lekarza i środków przeciwbólowych, co oznacza, że w skrajnym wypadku może dojść do zgonu, albo natychmiast zejdziemy do samochodu i pojedziemy do szpitala w Södertälje, gdzie otrzymasz fachową pomoc. To twoje dziecko i to ty musisz zdecydować, na jakie ryzyko chcesz je narazić.
Josefin spojrzała na mnie wściekłym wzrokiem.
- Zgoda - rzuciła w końcu. - W takim razie jedźmy do tego pieprzonego Södertälje.
Na dworze nadal było ciemno. Wjechałam na autostradę A4 i ruszyłam w kierunku Södertälje. Josefin przez całą drogę wyła z bólu, a ja wiedziałam jedno: musimy dotrzeć na miejsce, zanim się zaczną bóle parte, bez względu na to, jaką cenę za to zapłacę. Nawet jeśli zatrzyma mnie policja i stracę prawo jazdy. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, położna zażartowała, że brakuje im kierowców karetek, i spytała, czy nie byłabym zainteresowana etatem. Do pewnego momentu nie czułam strachu, ale pojawił się później, kiedy dotarło do mnie, co by się stało, gdyby samochód wpadł w poślizg albo drogę zajechał nam jakiś pojazd. Byłam jednak skoncentrowana na dowiezieniu wnuka i jego matki do szpitala i w ogóle o tym nie myślałam. Kierowałam się głosem nawigacji, który prowadził mnie do celu, chociaż Josefin zagłuszała GPS wrzaskami.
Wyglądało na to, że przyjście na świat mojego wnuka zapisze się w annałach szpitalnych jako jeden z najbardziej chaotycznych porodów w historii miasta. Okazało się bowiem, że na oddziale położniczym w Södertälje też brakuje personelu i wolnych łóżek. Położna, która nas przyjęła, była zajęta porodem w sąsiedniej sali i wysłała do Josefin Mirjam, studentkę położnictwa, która miała ją wspierać.
- Zawołajcie mnie, jak przyjdzie pora - powiedziała i wyszła.
Popatrzyliśmy z Andreasem za wychodzącą kobietą. Co to znaczy "jak przyjdzie pora"? Przecież poród już się zaczął!
Kiedy Josefin zaczęła domagać się środków przeciwbólowych, biednej Mirjam przypadł w udziale obowiązek poinformowania jej, że na to jest już za późno. Doprowadziło to Josefin do wściekłości, co paradoksalnie odwróciło jej uwagę od bólu i dodało sił do urodzenia dziecka. Po kolejnej godzinie piekielnych mąk pojawiły się bóle parte, a ponieważ Mirjam zajęła się matką mojego wnuka, wybiegłam na korytarz i zaczęłam wołać położną. Niestety, wyglądało na to, że gdzieś przepadła. Kiedy wróciłam do sali, Josefin parła, zapierając się nogami, wzywała wszystkich świętych i kurczowo trzymała Andreasa za rękę. Mnie też chwyciła drugą dłonią, jakby chciała uzyskać moje wsparcie, i patrzyła na mnie zrozpaczonym wzrokiem. Próbowałam podtrzymywać ją na duchu najlepiej, jak mogłam.
*
Wnuka zobaczyłam dwunastego stycznia o dziewiątej rano. Obserwowałam, jak Andreas bierze go na ręce. Chłopiec był zalany krwią i oblepiony śluzem. Migdałek nabrał powietrza, napełnił nim płuca i wydał z siebie pierwszy na tym świecie krzyk. Poczułam zapach nowego życia. Andreas i Josefin płakali, a ja razem z nimi. Nawet Mirjam się popłakała. Wszyscy byliśmy wyczerpani. Położna zjawiła się dopiero wtedy, kiedy było już po wszystkim. Uśmiechnęła się do nas i zrobiła zadowoloną minę.
- Pojawił się z prędkością światła - zażartowałam. Podobnie żartowałam później, kiedy opowiadałam znajomym o dramatycznym przebiegu akcji porodowej, o szaleńczej jeździe autostradą z prędkością stu czterdziestu kilometrów na godzinę, o pobycie w szpitalu i o tym, jak pomagałam przy porodzie, chociaż nie byłam położną. W mojej wersji brzmiało to dość zabawnie, ale niektóre szczegóły zachowałam tylko dla siebie. Mam tu na myśli mniej zabawne zdarzenia, które miały wpływ na zakończenie tej historii.
Położyłam się na ławce, okryłam płaszczem i zasnęłam. Na gołych stopach miałam zimowe buty, a pod płaszczem tę samą piżamę, w której wyjechałam z domu. Obudziłam się dopiero wtedy, kiedy Mirjam postawiła przy mnie tacę z sokiem truskawkowym i kanapką z serem, jakbym to ja urodziła dziecko, a nie Josefin. Brakowało tylko flagi. Bolało mnie całe ciało, ale nawet nie pamiętałam, kiedy byłam tak szczęśliwa. Zostałam prawdziwą babcią.
*
Stina i Björn zjawili się w szpitalu w momencie, kiedy Josefin jechała na wózku na oddział położniczy. Dopiero teraz ujrzeli swojego pierwszego wnuka. Byłam pod tak silnym działaniem adrenaliny, że kiedy się z nimi witałam, nie mogłam powstrzymać łez. Stina zachowywała się trochę sztywno i nie wyglądała na szczęśliwą, co na początku trochę mnie zdziwiło. Może miała mi za złe, że do niej nie zadzwoniłam? Pewnie sama wolałaby wystąpić w mojej roli. Josefin była jej córką i wydawało się to bardziej naturalne. Wytłumaczyłam jej, że sprawy potoczyły się w tak szybkim tempie, że całą swoją uwagę skupiłam tylko na tym, by pomóc Josefin, bo szpital na Södermalmie odesłał ją do domu, a wczesnym świtem pognaliśmy do Södertälje, gdzie brakowało personelu, na oddziale panował chaos i potrzebna była dodatkowa pomoc. Na szczęście zdążyliśmy na czas i wszystko skończyło się szczęśliwie. Najważniejsze było to, że obie zostałyśmy babciami cudownego chłopca.
Dopiero później dowiedziałam się, co znaczyło to dziwne spojrzenie Stiny. Wtedy tego nie rozumiałam, bo nadal przepełniała mnie radość z powodu narodzin wnuka. Poza tym miałam na świeżo w pamięci poród, przy którym musiałam pomagać.
Dziesięć dni później pojechałam do miejscowości Rimbo, żeby w miejscowej szkole wygłosić wykład na temat komunikacji międzyludzkiej. Zamówiły go władze gminy, które wysłały na niego nauczycieli i część swoich pracowników. Nadal byłam oszołomiona szczęściem z powodu narodzin wnuka i zaczęłam wykład od pochwalenia się, że niedawno zostałam babcią. Opowiedziałam o chaotycznej nocy, w czasie której mój wnuk, Sam, zwany przeze mnie Migdałkiem, przyszedł na świat z prędkością światła. Pokrótce opisałam też swoje relacje z synową. Zażartowałam, że ponieważ byłam przy niej w czasie porodu, stałyśmy się sobie bliższe. W odpowiedzi rozległy się brawa i wiwaty na moją cześć.
W dalszej części wykładu opowiadałam o barierach międzyludzkich, które na pierwszy rzut oka trudno jest usunąć. Byłam z siebie dumna, bo kiedy sytuacja stała się krytyczna, Josefin zbliżyła się do mnie i obie doświadczyłyśmy czegoś niezwykłego.
Po wykładzie podeszła do mnie urzędniczka, która zaprosiła mnie na ten wykład, i pogratulowała mi wnuka. Spytała, jak się czuję jako babcia, skoro jestem jeszcze młodą kobietą. Przyznała mi się, że bardzo się boi, że kiedy przyjdzie kolej na nią, by zostać babcią, będzie w zaawansowanym wieku. Odparłam, że nie ma się czego bać, ponieważ czuję się fantastycznie. Dzięki temu, że jestem jeszcze stosunkowo młoda, będę mogła cieszyć się wnukiem dłużej niż większość babć i na pewno wystarczy mi sił, żeby się z nim bawić i cieszyć jego obecnością przez wiele lat.
*
Po wykładzie wsiadłam do samochodu, żeby wrócić do domu, ale najpierw zadzwoniłam do Andreasa. Przełączyłam telefon na tryb głośnomówiący i powoli wyjechałam z parkingu. Kiedy Josefin wróciła ze szpitala do domu, rzadko się ze mną kontaktowali, a ja świadomie im się nie narzucałam. Było to dla mnie bardzo trudne, uznałam jednak, że powinni pobyć ze sobą sami, bo tylko w ten sposób będą mogli zrozumieć i zgłębić, czym jest rodzicielstwo. Kiedy więc przed wyjazdem z Rimbo zadzwoniłam do syna, zależało mi tylko na tym, żeby ich pozdrowić i spytać, jak sobie radzą.
Andreas miał zmęczony głos. Poprosił mnie, żebym zadzwoniła innego dnia. W tle słyszałam płaczącego Sama. Ogarnął mnie niepokój i rozbolał żołądek, bo nie byłam pewna, czy syn dobrze się czuje. Poza tym jego słowa zabrzmiały zdawkowo. Pocieszałam się, że to nic złego, bo jako świeżo upieczony ojciec na pewno ma mnóstwo zajęć. Opieka nad niemowlakiem to naprawdę skomplikowana sprawa.
Gdy wjechałam na drogę krajową siedemdziesiąt siedem, zaczął sypać śnieg. Dopadło mnie zmęczenie i skutki niedawnych emocji, ale coś nie dawało mi spokoju. Jeszcze raz wróciłam myślami do swojego wykładu. Czy bycie babcią to naprawdę tak wspaniała, fantastyczna sprawa, jak przedstawiłam ją urzędniczce gminnej? Może wbrew pozorom czuję się stara i wyobcowana? Kiedy Andreas i Josefin wprowadzili się do mnie, nie było mi łatwo, ale w mieszkaniu nie było tak pusto jak teraz. Kiedy się wyprowadzili, moja samotność stała się ostateczna. Od tej pory Andreas nie tworzył rodziny ze mną, tylko z Samem i z Josefin, podczas gdy moje więzi rodzinne z synem zostały ograniczone. Andreas był przede wszystkim ojcem Sama i partnerem życiowym Josefin. Tworzyli rodzinę, a ja znalazłam się na drugim miejscu. Takie są nieubłagane koleje losu i nieodwracalne zmiany, bo tak to wygląda w każdej epoce.
Padał coraz gęstszy śnieg, w ciemnościach z trudem widziałam szosę, a wycieraczki nie nadążały z usuwaniem z szyby białych płatków. Zwolniłam, żeby nie narażać się na niebezpieczeństwo. Od niedawna miałam do stracenia więcej niż kiedykolwiek wcześniej.
Starałam się im pomóc, jak tylko mogłam. Najczęściej robiłam to wtedy, kiedy nie miałam wykładów. Robiłam zakupy albo kupowałam coś Samowi. W tamtym okresie nadal byłam ze Stiną w bliskich relacjach. Czasem żartowałyśmy, że informacje, które nam przekazują świeżo upieczeni rodzice, są dobrym sposobem na to, żebyśmy mogły się spotykać z Samem bez narażania się na zarzuty o stosowanie stalkingu. W tym żarcie było jednak ziarnko prawdy, bo bardzo za nim tęskniłam i często musiałam się pilnować, żeby ich nie nachodzić. Gdybym miała to wyrazić własnymi słowami, powiedziałabym, że w moim życiu pojawiło się kolejne dziecko, do którego nie miałam jednak takiego samego dostępu jak kiedyś do własnego.
Pewnego dnia Stina przyznała się, że czuje to samo, chociaż jako matka i babcia nie miała takich oporów ze składaniem wizyt jak ja. Ale wiązały ją z Josefin silniejsze więzi, podczas gdy ja nie utrzymywałam z partnerką syna aż tak bliskich relacji. Byłam przekonana, że gdyby to Heidi urodziła Andreasowi dziecko, sytuacja wyglądałaby inaczej. Heidi nigdy by się tak ode mnie nie odizolowała. Otworzyłaby się na mnie jeszcze bardziej, bo na pewno chciałaby, żeby jej dziecko było towarzyskie, żeby od samego początku znało całą rodzinę. Nie tak jak teraz, kiedy Josefin i Andreas nie tylko się przede mną zamknęli na cztery spusty, ale także zasunęli symboliczne firanki, żebym nie widziała, co się u nich dzieje. Ciągle miałam nadzieję, że po porodzie wszystko będzie prostsze i łatwiejsze, że po tym, przez co razem przeszłyśmy, Josefin bardziej się na mnie otworzy, bo kiedy kobieta zostaje matką, wiele rzeczy się zmienia. Niestety, znowu się ode mnie odseparowała i stała się równie niedostępna jak na początku. Na dodatek trudniej mi było do niej dotrzeć, bo już nie mieszkałyśmy razem. Jeśli potrzebowali mojej pomocy, komunikowali się ze mną za pośrednictwem Andreasa, który do mnie dzwonił albo wysyłał esemesy.
Z wdzięcznością zaakceptowałam nawet tę małą cząstkę, jaką mi oferowali, chociaż ograniczało się to do robienia zakupów, potrzymania Sama na rękach albo krótkiego spotkania z Andreasem. Kiedy Josefin brakowało pokarmu, przypomniałam sobie, że gdy karmiłam Andreasa, używałam futrzanego kołnierza, który dostałam od swojej mamy. Pocierałam nim piersi i łagodziłam zatory.
Poszłam na strych, przeszukałam stare kartony i w jednym z nich, w którym były dziecięce ubranka Andreasa, znalazłam ten kołnierz. Zawartość kartonu wydała mi się znajoma, chociaż wszystkie te rzeczy pochodziły z innego świata i z innej epoki. Na przykład kraciaste śpioszki fińskiej firmy Marimekko - pierwsze ubranko, które kupiłam synowi - albo kurtka dziecięca, którą Andreas dostał od moich rodziców. Przywieźli ją z Paryża tuż przed narodzinami wnuka. Znalazłam też czapeczkę zimową z owczej wełny, którą nosiłam w dzieciństwie. Syn ją po mnie odziedziczył.
Wtuliłam nos w śpioszki i poczułam zapach, który przywrócił moje zranione serce do życia. Poczułam się tak, jakby ktoś teleportował mnie do czasów, kiedy razem z Jannem mieszkaliśmy w Atlasmuren i byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Dla mnie był to bolesny okres, który zapamiętałam jako dławiącą mgłę. Czułam, że coś jest nie tak, i było mi z tym źle, lecz nie chciałam o tym myśleć, bo należało to do przeszłości. Teraz wyjęłam z kartonu wszystkie rzeczy, spakowałam do papierowych toreb i postanowiłam je zanieść synowi.
Andreas otworzył mi drzwi. Miał zmęczoną twarz. Podałam mu torbę, w której był też świeży chleb z orzechami.
- Przyniosłam twoje ubranka dziecięce - powiedziałam. - Pomyślałam, że ich widok sprawi ci przyjemność.
Po tych słowach chciałam wejść do mieszkania, ale syn zagrodził mi drogę.
- Dziękuję, mamo. To miłe z twojej strony, ale Josefin źle się dzisiaj czuje. Przykro mi, to nie jest najlepsza pora na wizytę.
Domyśliłam się, co miał na myśli. Niełatwo jest być mamą, a ostatnią rzeczą, jakiej pragnie kobieta, jest to, żeby ktoś jej się kręcił po mieszkaniu. Zwłaszcza teściowa. Wyciągnęłam szyję i popatrzyłam na Sama, który leżał na kocyku na podłodze. Krótko to trwało, bo Andreas zamknął drzwi.
Nigdy już nie widziałam tych ubranek ani futrzanego kołnierza. Myślę, że wszystko wyrzucili, chociaż fajnie byłoby zobaczyć Sama w starych ciuszkach jego taty. Choć właściwie nic złego się nie stało, że się ich pozbyli. Przecież ich widok sprawiał mi ból.
*
To chyba wtedy byłam u nich ostatni raz, bo wkrótce potem doszło do kolejnego "incydentu". W każdym razie nie kojarzę, żebym odwiedziła ich później, zwłaszcza że nie jestem dobra w określaniu czasu. Podobno to, czego człowiek doznaje w stanie szoku, nasza świadomość wypiera na zawsze. I tak się w pewnym sensie stało ze mną. Tego, co się wydarzyło, nie mogłam spakować do torby ani wyrzucić na śmietnik. Tkwiłam w centrum wydarzeń i wiedziałam, że moje myśli w każdej chwili mogą mnie zaatakować jak ostre noże. Zdarzyło mi się to na przykład w czasie wykładu w wypełnionej słuchaczami sali albo na firmowej imprezie, na której wszyscy oczekiwali, że będę aktywna i towarzyska. Wspomnienie tego, jak zostałam potraktowana, pojawiało się nagle, w połowie zdania. W końcu dotarło do mnie, że ci, których kochałam, odeszli z mojego życia. Świadomość tego była dla mnie przytłaczająca. Jakbym stała nad urwiskiem, wiedząc, że zaraz spadnę. Ludzie pytali mnie po wykładach, jak się czuję, jakby widzieli, że coś jest ze mną nie w porządku.
"Może pani usiądzie?"... "Czegoś pani potrzebuje?"... "Napije się pani wody?"...
Najczęściej usprawiedliwiałam się niskim poziomem cukru we krwi, a jeśli ktoś podsuwał mi szklankę wody, prosiłam o coś mocniejszego. Dostawałam kieliszek szampana albo ktoś mnie pytał, czy nie trzeba zadzwonić po karetkę.
Odpowiadałam, że to nie jest konieczne, wystarczy, że odetchnę świeżym powietrzem i od razu poczuję się lepiej. Żartowałam, że to kara za to, że zostałam babcią, bo babciom kręci się w głowie i bywają zmęczone. Wygląda na to, że jako starsza pani nie radzę sobie ze świętowaniem, chociaż kiedyś nie miałam z tym kłopotu.
Wszyscy się śmiali, bo nikt nie widział, że po takich rozmowach idę do toalety, żeby się wypłakać.
Któregoś dnia, kiedy Andreas był w pracy, zadzwoniła do mnie Josefin. Powiedziała, że ma gorączkę, a Sam jest lekko zakatarzony, i spytała, czy mogłabym się nim przez parę godzin zaopiekować. Dodała, że w ciągu ostatnich tygodni oboje z Andreasem niewiele spali i są wykończeni. Miałam wtedy sporo pracy, bo przygotowywałam się do warsztatów w Eskilstunie, ale wszystko rzuciłam i pojechałam na Ringdansvägen. Mój syn i jego dziewczyna od dawna nie dawali znaku życia, więc to, że to Josefin do mnie zadzwoniła, uznałam za ważne. Zwłaszcza że normalnie, kiedy potrzebowała pomocy, zwracała się do Stiny. Tym razem jej rodziców nie było w Sztokholmie, a Andreas pojechał do kwiaciarni, żeby przygotowywać kwiaty na duże wesele. Wiedziałam, że na liście Josefin zajmuję ostatnie miejsce, więc to, że sama do mnie zadzwoniła, dużo dla mnie znaczyło. Za każdym razem, gdy choć trochę się do mnie zbliżała, traktowałam to jako krok we właściwym kierunku. Teraz też uznałam, że to dla mnie świetna okazja: Josefin odpocznie, a ja przez kilka godzin pobędę z Samem. Nigdy nie opiekowałam się nim dłużej, uznałam więc to za coś w rodzaju wyróżnienia.
*
Josefin otworzyła mi drzwi z Samem na rękach. Wyglądała na osłabioną i przemęczoną; miała podkrążone oczy. Położyłam ją do łóżka i przyniosłam jej dużą szklankę soku. Wnuka przez cały czas trzymałam w nosidełku. Josefin popatrzyła na mnie z wdzięcznością.
- Mam nadzieję, że się ode mnie nie zarazisz - powiedziała.
- To najmniejszy problem - odparłam. - Spróbuj się przespać.
- Obudź mnie, jeśli Sam zacznie marudzić.
Obiecałam, że to zrobię, i zgasiłam lampkę nocną na szafce. Momentalnie zasnęła, a mnie naprawdę było obojętne, czy się od niej zarażę. Najważniejsze było to, że mogę im pomóc. Patrząc na nią, nagle przypomniałam sobie, że kiedyś też tak leżałam w łóżku. Andreas nie miał jeszcze dwóch lat, a krótko przedtem Janne nas zostawił. Nie mogłam wstać z łóżka, więc zadzwoniłam po mamę. Miała zapasowy klucz i sama weszła do mieszkania. Ugotowała mi rosół, usiadła na brzegu łóżka i karmiła mnie łyżką. Przy okazji zmieniła pościel, wywietrzyła pokój i wyszła z Andreasem na spacer. Nigdy nie kochałam jej bardziej niż wtedy.
Teraz wyszłam z sypialni, usiadłam na kanapie i wzięłam wnuka na ręce. Byliśmy sami.
Być może uległam złudzeniu albo było to tylko moje pobożne życzenie, ale w pewnym momencie odniosłam wrażenie, że Sam się do mnie uśmiechnął, chociaż nie miał jeszcze trzech miesięcy. Poczułam się tak, jakby w tym momencie połączyła nas szczególna więź. Wcale mnie to nie zdziwiło, bo przecież byłam obecna przy jego narodzinach. Być może nie miało to żadnego znaczenia, ale czułam, że do siebie należymy.
Sam był lekko zakatarzony, lecz poza tym wyglądał na zdrowego. Zabrałam go do kuchni, w której panował spory bałagan, jak po jakimś bombardowaniu. Wszędzie walały się brudne naczynia, okruchy chleba, pudełka po mleku modyfikowanym i rozsypana kawa. Położyłam wnuka w leżaczku, dałam mu grzechotkę i wzięłam się do sprzątania. Zrobiłam wszystko, na co matka mająca pod opieką małe dziecko nie ma czasu. Każda z nich na pewno by doceniła, gdyby ktoś ją wyręczył. Mam na myśli zwykłą codzienną pomoc, dzięki której zapracowana mama może przeznaczyć więcej czasu na inne czynności.
Zajrzałam do Josefin, nadal jednak spała twardym snem. Sam ciągle marudził, więc postanowiłam wyjść z nim na spacer, bo doszłam do wniosku, że potrzebuje snu. Na dworze było zimno, ale na bezchmurnym niebie świeciło słońce. Wiedziałam, że jeśli go ciepło ubiorę, na pewno nie zmarznie, a w czasie spaceru pooddycha świeżym powietrzem.
Kiedy spuszczałam wózek po schodach, poczułam, że wyszłam z wprawy. Wiedziałam, jak się to robi, jakby poszczególne ruchy pozostały w mojej pamięci, chociaż nie wykonywałam ich od wielu lat, lecz czułam się niezdarnie. Mimo to z dumą wyjechałam z wózkiem na ulicę jak świeżo upieczona mama. Sam leżał opatulony w miękki śpiwór i patrzył na mnie niebieskimi oczkami. Wyglądał na zadowolonego, chociaż nadal męczył go katar. Przez cały czas do niego mówiłam, tak jak do Andreasa, jeszcze zanim nauczył się mówić. Wmawiałam sobie, że wnuk mnie rozumie, a mój głos go uspokaja.
- Pójdziemy na spacerek po parku i zwiedzimy okolicę - powiedziałam. - Co ty na to?
Midsommarkransen to mała, ale przytulna i spokojna dzielnica, w której czas zatrzymał się w miejscu. Ostatnio zyskała na popularności. Ulice, domy i stare szyldy zachowały się w niezmienionym stanie i wyglądają jak przed wieloma laty. Brakuje tylko mężczyzn w cylindrach i z laskami w rękach, a obok nich kobiet w sukniach z lat czterdziestych, z włosami świeżo ułożonymi u fryzjera. Przeszłam przez park, usiadłam na ławce i zaczęłam jeździć wózkiem tam i z powrotem, tak jak to robiłam przed laty, kiedy woziłam Andreasa. Po kilku minutach Migdałek zasnął. W pewnym momencie zjawił się starszy mężczyzna z torebką pełną okruchów chleba. Zatrzymał się przy nas i zaczął je rzucać wróblom. Natychmiast zebrało się wokół niego stadko ptaków.
- Młody chłopak - powiedział, patrząc na Sama, a ja oznajmiłam, że ma już prawie trzy miesiące. Mężczyzna skinął głową, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że tak właśnie przypuszczał. - Świeże powietrze dobrze mu zrobi. Nie wszystkie mamy to rozumieją. Wolą wysiadywać w kawiarniach i popijać latte.
Uśmiechnęłam się w myślach, bo nieznajomy wziął mnie za mamę Sama. Wysypał wróblom resztę okruchów i poszedł dalej, a ja postanowiłam wrócić do domu, zanim Josefin się obudzi. Wyjęłam telefon, włączyłam aparat, odwróciłam go w swoją stronę, zrobiłam sobie selfie z Samem i wysłałam je do Andreasa, Josefin i Stiny. Podpisałam je:
Zgadnijcie, kogo przed chwilą uznano za mamę Sama.
Kilka tygodni później zadzwonił do mnie Andreas i powiedział, że chciałby się ze mną spotkać. Poczułam się podbudowana i szczęśliwa, że się z nim zobaczę. Rzadko się to zdarzało, bo stale był zajęty pracą albo pochłonięty obowiązkami rodzinnymi.
Umówiliśmy się przy ogrodzie nad zatoką Vinterviken i poszliśmy na spacer promenadą biegnącą wzdłuż zatoki w kierunku Örnsbergu. Często pokonywałam tę trasę i dochodziłam aż do Mälarhöjden, ale ponieważ Sam trochę grymasił, Andreas nie chciał odchodzić zbyt daleko, na wypadek gdyby nagle musiał z nim wrócić do domu. Zauważyłam, że jest dziwnie spięty, a kiedy go spytałam, czy mały dobrze sypia, odparł, że problemem nie jest sen. Wyznał mi, że po narodzinach Sama znowu zaczął chodzić na terapię do Karin. Uznał, że jest mu to potrzebne, bo nie potrafi sobie poradzić z pewnymi sprawami, które nawarstwiły się w jego życiu. Jedną z nich był nasz wspólny wyjazd do szpitala z rodzącą Josefin. Akurat ta sprawa wyzwoliła w nim wiele emocji.
Trochę się zdziwiłam, bo to najczęściej kobiety mają z tym problem. Uznałam jednak, że dla mężczyzn też może to być traumatycznym przeżyciem. Fakt, że ktoś widzi, jak najbliższa osoba cierpi, a on nijak nie może jej pomóc, może pozostawić w psychice trwałe ślady. Przejazd do szpitala w Södertälje odbywał się w dramatycznych okolicznościach, ale reszta poszła dość szybko. Kiedy słuchałam syna, przeżyłam rozczarowanie. Nie chodziło jednak o to, że nie lubiłam Karin albo że nie uważałam jej za dobrą specjalistkę, bo to ja poleciłam ją Andreasowi. Byłam zdziwiona, że syn nie przyznał się do kryzysu i nie zwrócił się ze swoimi problemami do mnie, tylko poszedł do niej.
- Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? - spytałam. - Przecież wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć.
- Chodzi o to, co się wydarzyło w szpitalu - odparł Andreas.
Starałam się ukryć, jak bardzo zabolały mnie te słowa, zwłaszcza że nie byłam przygotowana na taki zarzut.
Stwierdził, że im się wtedy narzucałam i przekroczyłam wszelkie dopuszczalne granice. Według niego moje zachowanie tamtej nocy można było uznać za coś w rodzaju agresji wobec Josefin. Słysząc te oskarżenia, starałam się zachować spokój i tylko słuchałam, chociaż nie było to łatwe. Czułam się tak, jakbyśmy rozmawiali o dwóch różnych porodach. Ten, w którym ja uczestniczyłam, miał dramatyczny przebieg, ponieważ w szpitalu brakowało personelu, a my nie byliśmy pewni, czy zdążymy dojechać na czas, a kiedy już dotarliśmy na miejsce, uznałam, że sytuacja jest trudna i powinnam im udzielić wszelkiej możliwej pomocy. Tymczasem oni uważali, że po przyjeździe do szpitala Josefin trafiła w dobre ręce, a ja nie reagowałam na ich sygnały.
- Odniosłam wrażenie, że byłam potrzebna i że zależało wam na mojej pomocy - odparłam na swoją obronę.
- Wiedziałem, że tak będzie. - Andreas pokręcił głową. - Uprzedzałem Karin, że nie ma sensu z tobą rozmawiać, bo i tak nie zrozumiesz, co narobiłaś.
Czułam się coraz bardziej sfrustrowana. Domyśliłam się, że jeszcze przed naszą rozmową utwierdził się w swojej opinii na temat mojego zachowania.
- Miałem nadzieję, że jednak zrozumiesz, że znowu posunęłaś się za daleko, i sama wyjdziesz z inicjatywą tej rozmowy - kontynuował ochrypłym głosem.
- Bardzo mi przykro, jeśli tak to odebraliście.
- Jeśli? Czy ty wciąż nic nie rozumiesz?
- Chciałam wrócić do domu, ale Josefin mnie zatrzymała. - Próbowałam zachować spokój.
- Prosiła cię o to?
- Może nie dosłownie, ale trzymała mnie kurczowo za rękę.
- Przechodziła piekło, a ból był zbyt straszny, żeby mogła wyrazić to, czego naprawdę chciała. Byłaś wobec niej natarczywa. Wobec mnie też.
- Na oddziale była tylko Mirjam, bo położna biegała od pokoju do pokoju. Chciałam wam pomóc. Przykro mi, jeśli waszym zdaniem zachowałam się niewłaściwie, ale uważałam, że... czułam się tak, jakbym...
Nie dokończyłam, bo nie wiedziałam, jak wyrazić to, co czułam. Nie umiałam sformułować zdań, a to, co mówiłam, było nieprzemyślane. Zresztą Andreas nie chciał nawet słuchać moich wyjaśnień. Uważał, że zachowałam się nieodpowiedzialnie, i podał kolejny przykład mający świadczyć o tym, że przekroczyłam granicę: dwa tygodnie temu, kiedy Josefin miała gorączkę, wyszłam z chorym Samem na spacer, nie spytawszy jej o pozwolenie. Gdy obudziła się i zobaczyła, że nas nie ma, śmiertelnie się przeraziła. Mogłam przynajmniej zostawić kartkę z wiadomością, że wyszłam z dzieckiem na spacer. Próbowałam oponować, że Sam wcale nie był taki chory, a świeże powietrze mu nie zaszkodziło, ale Andreas odparł, że moje tłumaczenia tylko potwierdzają opinię Josefin, że ich lekceważę i nie szanuję ich woli. Miałam nawet czelność wysłać im zdjęcie z komentarzem, że ktoś uznał mnie za mamę Sama. Co chciałam przez to udowodnić?
Czułam się tak, jakbym przebywała w Matrixie albo w jakiejś innej równoległej rzeczywistości. Wyjaśniłam, że zdjęcie, które im wysłałam, było żartem, bo to, że ktoś wziął mnie za mamę Sama, wydało mi się zabawne. Przeprosiłam, że tak się zachowałam, ale miałam dobre intencje, a na spacer z Migdałkiem poszłam głównie dlatego, że marudził i nie mógł zasnąć. Zapewniłam, że gdyby istniało choćby najmniejsze ryzyko, że się przez to rozchoruje, na pewno zostałabym w domu.
No właśnie... Migdałek. Andreas spytał, czy mogłabym przestać tak nazywać ich syna, bo ma na imię Sam. To, że tak samo nazywałam w dzieciństwie jego, nie ma znaczenia, bo teraz brzmi to nienaturalnie.
Powiedziałam "Przepraszam", ale wypowiadając to słowo, poczułam strach. Ten najgorszy.
Kiedy urodziłam Andreasa i leżał całkiem bezbronny w beciku, a zwłaszcza później, gdy zaczął mówić, wydawał mi się ode mnie silniejszy. Bez względu na to, jak się czułam, dawał mi poczucie bezpieczeństwa, był dla mnie oparciem i deską ratunkową. Mimo że od jego pierwszego dnia żyłam w strachu, że kiedyś nagle zniknie albo ktoś mi go odbierze. Podejrzewam, że właśnie tego boi się większość rodziców.
Miałam koszmary, w których gdzieś zostawiałam syna. Kiedy miał cztery lata, zgubił mi się w sklepie sieci ?hléns. Znalazłam go dziesięć minut później, ale dla mnie trwało to wieczność. Te parę chwil, zanim go zauważyłam za regałem w dziale ze sprzętem domowym, należało prawdopodobnie do najdłuższych i najgorszych w moim życiu. Zauważyłam jednak, że Andreas nigdy się nie bał, że może mnie stracić. Pewnego razu, gdy był małym chłopcem, bardzo się na mnie zezłościł, bo kazałam mu iść wcześnie spać. Zagroził mi, że w przyszłości wyśle mnie do domu starców i nie pozwoli mi się widywać z jego dziećmi. Pomysł wydał mi się tak niedorzeczny, zwłaszcza w ustach malca, że nie mogłam się powstrzymać i wybuchłam śmiechem, co jeszcze bardziej go rozzłościło. Później opowiedziałam o tym zdarzeniu Stinie - w ramach zabawnej anegdoty - ale teraz trzęsłam się ze strachu. Andreas znowu się na mnie zezłościł, lecz tym razem nie było to zabawne.
Kiedy przechodziliśmy koło przystani w Hägersten, spuścił wzrok i powiedział:
- Muszę sobie zrobić od ciebie przerwę.
Moje ciało zrobiło się nagle tak ciężkie, że nie mogłam się poruszyć. Czułam się jak we śnie, kiedy człowiek chce iść, ale nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Ktoś - chyba ja - próbował nie dopuścić do tego, co się miało zdarzyć. Ten ktoś miał zdesperowany, przestraszony głos.
- Może będzie lepiej, jeśli o tym porozmawiamy i wszystko wyjaśnimy?
- Droga mamo...
- Powiedz mi, co mam zrobić. Zrobię wszystko, co chcesz, żeby to rozwiązać.
- Jest mi potrzebna przerwa - odparł Andreas. - Karin jest tego samego zdania.
Zbliżył się do mnie i ostatni raz mnie objął.
Wczepiłam się w niego jak w koło ratunkowe. Myślałam, że jeśli go przytrzymam trochę dłużej, nie zniknie z mojego życia. Uwolnił się delikatnie z moich objęć i rzucił na odchodnym:
- Nie bierz sobie tego tak bardzo do serca. Wiesz, że cię kochamy.
Odwrócił się i szybko odszedł. Odniosłam wrażenie, że się tak spieszy, bo jak najszybciej chce się oddalić. Miałam jednak nadzieję, że nagle się odwróci i pomacha mi ręką. Taki gest byłby formą obietnicy, że wszystko się między nami ułoży. Niestety, nie doczekałam się jej. Obserwowałam, jak idzie chodnikiem i pcha wózek, aż zniknął mi z oczu.
Temperatura spadła do kilku stopni powyżej zera, a szare chmury zamieniły się stopniowo w jednolitą czarną zasłonę.
Nad zatoką Vinterviken spadł deszcz.
Następnego dnia po przebudzeniu czułam się tak, jakbym miała kaca. Towarzyszył temu charakterystyczny lęk, którego człowiek doświadcza, kiedy się porządnie upije. Dziwne, bo wieczorem po rozmowie z Andreasem wypiłam tylko dwa kieliszki wina i od razu poszłam spać. Nie mogłam jednak zasnąć i pół nocy przeleżałam w łóżku. W końcu wzięłam tabletkę nasenną i o świcie zapadłam w coś w rodzaju drzemki.
Zastanawiałam się, co tak naprawdę się stało. Obrazy wyłaniały się z pamięci jak z gęstej mgły i stopniowo stawały się boleśnie wyraźne. Andreas ze swoimi oskarżeniami i zarzutami... Najgorsze w tym wszystkim było to, że - jak powiedział - na pewien czas musi sobie zrobić ode mnie przerwę.
Nagle zadzwonił telefon. Sięgnęłam po niego z nadzieją, że Andreas zmienił zdanie albo że to odpowiedź na esemesy, które wysłałam mu wczoraj wieczorem. Niestety, był to tylko dżingiel z reklamą Hemtexu. Dowiedziałam się z niej, że należę do grona szczęśliwców, którzy w najbliższy weekend będą mogli kupić pościel po obniżonej o piętnaście procent cenie.
Po namyśle doszłam do wniosku, że niepotrzebnie wysłałam synowi te esemesy. Głupio się zachowałam, bo jeśli nie chce kontaktować się z własną matką, powinnam zrobić krok do tyłu, zamiast bombardować go wiadomościami. Bardzo się przed tym broniłam, ale nie mogłam się powstrzymać.
W drodze do domu zadzwoniłam do Karin, która przez lata była moją przyjaciółką i koleżanką po fachu. Doszłam do wniosku, że zadała mi cios w plecy. Odebrała i zaczęła się tłumaczyć.
- Cześć, ?sa... wiem, że to głupio wygląda, ale nie mogę z tobą...
- Owszem, nie możesz - przerwałam jej w pół zdania. - Mój syn właśnie mnie olał za twoją namową.
- Zrozum, ja naprawdę nie mogę... - broniła się.
Całą frustrację, którą w sobie tłumiłam w obecności Andreasa, wylałam na nią.
- Co mu o mnie nagadałaś? - spytałam.
- Jestem jego terapeutką i byłoby nieetyczne, gdybym...
- Gdybyś go zachęcała do zerwania kontaktów z własną matką? To rzeczywiście cholernie nieetyczne.
- Rozumiem, że tak to odbierasz, ale...
Nie pozwoliłam jej dokończyć, tylko kazałam jej spadać i rozłączyłam się. Tym samym spaliłam za sobą kolejny most. Zaufałam jej, bo byłam pewna, że jest moją przyjaciółką. Myślałam, że zdoła naprostować pewne sprawy i nauczy Andreasa większej asertywności wobec Josefin, a może nawet zbuduje most, który nas połączy. Tymczasem zrobiła coś zupełnie przeciwnego.
Do domu wróciłam mokra i przemarznięta. Czułam, że coraz trudniej jest mi panować nad emocjami. Po namyśle wysłałam do Andreasa wiadomość o następującej treści:
Czy moglibyśmy się jutro spotkać i chwilę porozmawiać? Chciałabym ci wszystko wyjaśnić. Obiecuję, że potem zostawię was w spokoju. Zależy mi, żeby uporządkować nasze relacje. Jest mi naprawdę przykro. Przepraszam. Kocham cię. Chcę to rozwiązać. Możemy to zrobić razem!
Ale mój syn nie odpisał. Uparcie milczał. Zawsze tak robił.
Pojechałam na Fridhemsplan, żeby się spotkać ze Stiną. Otworzyła mi drzwi i na mój widok zrobiła zdziwioną minę. Mimo to jak zwykle mnie objęła i wpuściła do środka. Była sama, bo Björn pojechał na golfa i miał wrócić późnym wieczorem.
Poszłyśmy do kuchni, w której spędziłam tyle czasu, usiadłam przy stole i obserwowałam, jak moja przyjaciółka szykuje coś do jedzenia. Mówiłam, a ona słuchała. Potem ona mówiła, a ja słuchałam. Nagle uświadomiłam sobie, że nasza przyjaźń trwa od czterdziestu lat. Widywałyśmy się częściej albo rzadziej, ale to ona znała większość moich słabych i silnych stron. Nic dziwnego: znała mnie wtedy, kiedy miałam piętnaście lat, i znała mnie teraz, kiedy byłam kobietą po pięćdziesiątce.
Zaparzyła herbatę i postawiła na stole talerzyk z ciasteczkami. Być może się mylę, ale odniosłam wrażenie, że była lekko zestresowana. Od kiedy Sam przyszedł na świat, to głównie ja inicjowałam nasze kontakty. Wyglądało to tak, jakby powoli wycofywała się z naszej przyjaźni. Nie wiem, czym to było spowodowane, i na początku wmawiałam sobie, że jest pochłonięta opieką nad Samem, ale po mojej ostatniej rozmowie z Andreasem ogarnął mnie prawdziwy niepokój.
Może chodziło o to, że w szpitalu przekroczyłam pewną granicę i niewłaściwie się zachowałam, o czym Andreas i Josefin nie omieszkali jej powiedzieć? A może miałam opinię osoby, której nie wolno się sprzeciwiać? Chyba mam prawo się wytłumaczyć?
- Wczoraj rozmawiałam z Andreasem - zaczęłam.
Stina skinęła głową. Myślę, że już wiedziała. Obiecałam sobie, że zachowam spokój, a mimo to czułam dławienie w gardle i głos mi się łamał.
- Powiedział, że chce sobie zrobić ode mnie przerwę.
- No to może zastosuj się do tego?
- Jasne, że to zrobię, ale wolałabym wyjaśnić nieporozumienie, do którego między nami doszło. Na porodówce nie zostałam dla własnego widzimisię, tylko dlatego, że brakowało personelu. Poza tym odniosłam wrażenie, że Josefin chciała, żebym przy niej była, bo przez długi czas trzymała mnie za rękę.
Wypowiadając te słowa, szukałam jakiegoś potwierdzenia w oczach Stiny, ale milczała i tylko na mnie patrzyła. Podjęłam więc kolejną próbę.
- W szpitalu w Södertälje panował kompletny chaos. Na miejscu zastałyśmy jedną położną, która przyjmowała kilka porodów jednocześnie. Pomagała jej studentka, która biegała od pokoju do pokoju. Doszłam więc do wniosku, że powinnam zostać.
- A pytałaś, czy tego chcą?
Odparłam, że nie, bo Josefin tak bardzo cierpiała z bólu, że z trudem mówiła, a potem biegałam po oddziale w poszukiwaniu personelu.
- Nikt nie jest bardziej zrozpaczony tym, co się stało, niż ja - powiedziałam.
- Być może, ale oni oboje czują się przez ciebie zdominowani.
Sama nie wiem, czego się spodziewałam po tej rozmowie. Gdyby sytuacja była odwrotna, stanęłabym po stronie Andreasa, ale ze strony Stiny liczyłam na pocieszenie i więcej zrozumienia. Tymczasem potraktowała mnie surowo, to znaczy zachowała się w typowy dla siebie sposób. Zawsze bez ogródek mówiła, co myśli, ale w gruncie rzeczy mnie wspierała. Josefin była jednak jej córką, a ja wzięłam udział w czymś, w czym jej nie dane było brać udziału, a mianowicie w narodzinach Sama. Czyżby teraz chciała mnie za to ukarać? Naszły mnie wyrzuty sumienia, że to ja tam byłam, a nie ona, i żałowałam, że nie można tego cofnąć. Nie chciałam zrobić nic złego, ale to, że błędnie odczytałam tamtą sytuację, było dla nich czymś niewybaczalnym. Zrobiło mi się wstyd.
Zadzwonił telefon. Stina spojrzała na wyświetlacz i powiedziała z zakłopotaną miną:
- Lepiej będzie, jeśli już pójdziesz. Oni zaraz tu przyjdą i może dojść do niezręcznej sytuacji. Przykro mi... przez wzgląd na nas wszystkich.
Nas wszystkich... Z wyjątkiem mnie. Twarz mnie paliła, bo nagle poczułam się tak, jakby ktoś mnie spoliczkował. Domyśliłam się, że Stina czeka na Andreasa, Josefin i Sama. Dla kogo ta sytuacja mogła się stać niezręczna? Dla mojego syna i wnuka? Wstałam z krzesła i bez słowa wyszłam do przedpokoju. Stina coś mówiła, ale w ogóle to do mnie nie docierało. W drzwiach spotkałam Björna, który niósł torbę ze sprzętem do golfa. Sama nie wiem, kto był bardziej zażenowany tą sytuacją. Wsiadłam do samochodu i wysłałam do Josefin wiadomość.
Bardzo mi przykro z powodu tego, co się stało. Wiem, że zachowałam się niewłaściwie, ale nigdy nie zamierzałam się wam narzucać. Mam nadzieję, że mi wybaczycie!
Nie spodziewałam się odpowiedzi i jej nie dostałam.
Pewnego dnia wpadłam z wizytą do mamy. Mój widok bardzo ją ucieszył. Od dawna się nie widziałyśmy, bo prowadziłyśmy równoległe życie bez wtrącania się w swoje sprawy. Od czasu do czasu rozmawiałyśmy przez telefon, ale najczęściej chodziło o sprawy praktyczne, które łatwo było w ten sposób omówić i rozwiązać. Na przykład odebranie ubrania z pralni chemicznej albo dorobienie zapasowych kluczy. Poza tym spędzałyśmy ze sobą urodziny i Boże Narodzenie. Łączył nas Andreas, bo to dzięki niemu mogłyśmy się spotykać. To, że od dawna więcej go łączyło z babcią niż ze mną, nigdy nie było tajemnicą, ale teraz, kiedy się ode mnie całkiem odizolował, uświadomiłam sobie, że oddaliłam się od mamy bardziej, niż mi się wydawało.
W kuchni wisiała zasłona w kratkę, której nigdy przedtem tam nie widziałam, w pokoju stała nowa kanapa, a na komodzie fotografia, która przedstawiała Andreasa z Samem. Jej też tam przedtem nie było. Na ścianie wisiał stary rysunek mojego syna i jego szkolne zdjęcie z podstawówki. Andreas był obecny w tym mieszkaniu bardziej niż ja, chociaż to ja się tu wychowywałam. Było w tym miejscu coś, co bardziej je łączyło z Andreasem niż ze mną. Zastanawiałam się, po co tam poszłam. Po matczyne pocieszenie?
Nie mogłam się jednak przemóc, żeby jej wyznać prawdę o tym, co się stało. Jakbym się bała, że kiedy powiem to na głos, wszystkie wydarzenia staną się rzeczywiste i dopiero wtedy tak naprawdę poczuję ból i wstyd.
- Widzę, że kupiłaś nową kanapę.
- Nie jest taka nowa, już ją widziałaś. Wyczaiłam ją ostatniej jesieni na aukcji u Bukowskiego i sprzedałam tę starą, która należała do babci. Powiedziałaś, że jej nie chcesz. Zmieniłaś zdanie? - Mama wypowiedziała te słowa z uśmiechem, ale popatrzyła na mnie takim wzrokiem, jakby mnie o coś oskarżała.
- Ależ skąd! - odparłam. - Tylko pytałam.
*
Mama jak zwykle się rozgadała, ale głównie mówiła o sprawach powierzchownych, bez znaczenia. O właścicielu mieszkania, który nie sprząta klatki schodowej, o centrum handlowym Sabis Fältöversten, które tak bardzo się rozrosło, że łatwo się w nim zgubić, i o przyjaciółkach, z którymi się spotyka, chociaż nimi pogardza. Najbardziej ceni w nich to, że może na nie ponarzekać. Z satysfakcją opowiadała o brzydkim wyposażeniu ich mieszkań i głupich decyzjach życiowych. Obgadywanie nie wynikało jednak ze złych intencji; mamie zależało raczej na pokazaniu, że to ona postępuje słusznie i mądrze.
- Przedwczoraj był u mnie Andreas z rodziną - oznajmiła nagle bez związku z poprzednim tematem.
Spojrzałam na nią pytającym wzrokiem, ale nie zwróciła na to uwagi.
- Przyszli na kolację - dodała. - Ależ ten mały jest słodki! Miałam ochotę go schrupać!
Po jakże dla mnie bolesnym spacerze i po wyrzuceniu mnie poza nawias swojego życia Andreas spotkał się z moją mamą. Podczas gdy ja umierałam ze strachu.
- Rozmawialiście o mnie? - spytałam.
- O tobie? Nie. - Zaśmiała się. - Czemu ktoś miałby o tobie ciągle rozmawiać?
Cechą charakterystyczną mamy było to, że złośliwości zawsze wypowiadała grzecznym tonem. Taka amunicja wygląda niegroźnie, ale za każdym razem bezbłędnie trafia w cel. Jej słowa brzmiały łagodnie i uprzejmie, ale w rzeczywistości wcale takie nie były. Wiele razy wyjaśniałam to Andreasowi, nie rozumiał jednak, o co mi chodzi. Twierdził, że błędnie sobie tłumaczę zachowanie babci. W tym, co ja uważałam za krytykę, on widział troskę.
Bardzo się pilnowałam, żeby się nie zdenerwować i nie powiedzieć czegoś złośliwego. Byłam w psychicznym dołku i nie miałam sił, żeby się z nią kłócić.
- Josefin twierdzi, że Sam jest podobny do mnie - powiedziała. - To dziwne, że takie podobieństwo może przeskoczyć o jedno pokolenie. Tak samo było z Andreasem, kiedy był małym chłopcem. Ludzie myśleli, że to ja jestem jego mamą.
Uśmiechnęła się, a ja odwzajemniłam uśmiech, chociaż sporo mnie to kosztowało. Gdyby w tej rozmowie uczestniczył Andreas, na pewno uznałby, że to nie była złośliwość, tylko stwierdzenie faktu.
- Zostaniesz na kolacji? - spytała mama. Pewnie do niej dotarło, że palnęła coś niemądrego, i postanowiła to naprawić.
- Dziękuję za zaproszenie, ale nie chcę ci sprawiać kłopotu.
- To żaden kłopot. Możemy też pójść do restauracji Cassi.
- To dość daleko jak na twoje schorowane kolana.
- Mimo to chętnie się przejdę. Dobrze to zrobi moim stawom.
I tak się ze sobą przekomarzałyśmy. Moje słowa "Nie chcę ci sprawiać kłopotu" oznaczały "Nie mam ochoty skorzystać z twojego zaproszenia", podczas gdy jej odpowiedź "To żaden kłopot" oznaczała, że moja odmowa nic dla niej nie znaczy. Stanęło na tym, że poszłyśmy do restauracji, która mieściła się przy Narvavägen. W pewnym sensie byłam z tego zadowolona, bo chociaż towarzystwo mamy mogło być męczące, dzięki jej zaproszeniu nie musiałam wracać do domu, żeby się zmagać ze swoimi myślami.
*
Po wejściu do lokalu poczułam, że ucisk w piersi lekko zelżał. Woń potraw i widok wnętrza sprawiły, że zapachniało dzieciństwem i poczuciem bezpieczeństwa. Na kraciastym pomarańczowym obrusie z lat siedemdziesiątych stały dwa kieliszki czerwonego wina, do którego jak zawsze zamówiłyśmy sznycel wiedeński. Przez chwilę czułam się tak, jakby to był zwykły wieczór. Po wypiciu wina zalała mnie fala przyjemnego ciepła, a w głowie zagościły przyjemniejsze myśli. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie przesadziłam. Zachowałam się głupio, więc nic dziwnego, że Andreas i Josefin byli na mnie źli. Miałam jednak nadzieję, że z czasem im przejdzie. Jako specjalistka od komunikacji międzyludzkiej wiedziałam, że uczucia nie są groźne. Może ta krótka przerwa we wzajemnych kontaktach wyjdzie nam na dobre? Mój syn znowu chodził na sesje terapeutyczne, żeby się ogarnąć i uporządkować myśli. A ja? Stałam się zbyt przewrażliwiona i z czegoś normalnego zrobiłam wielką aferę. Zresztą Andreas sam powiedział coś w stylu: No big deal. Było to uczciwe postawienie sprawy. To, że pojechał do mojej mamy, żeby z nią spędzić trochę czasu, nie było głupie. Uznałam, że podjął słuszną decyzję.
- Myślałaś już o urodzinach Andreasa? - spytała mama. Włożyła do ust kawałek sznycla i spojrzała na mnie wyzywającym wzrokiem, jakby oczekiwała, że w związku z tym wydarzeniem obmyśliłam jakiś plan.
Niestety, nie miałam czasu o tym myśleć. Działo się wiele różnych rzeczy, które przede wszystkim dotyczyły Sama, więc urodziny syna zeszły na drugi plan. Ale po pytaniu mamy temat stał się aktualny. Postanowiłam zyskać na czasie.
- Zobaczymy, czy w ogóle będzie świętował. Ostatnio był bardzo zajęty Samem.
Mama spojrzała na mnie takim wzrokiem, jakby rozmawiała z wariatką.
- Przecież od przedwczoraj nic się chyba nie zmieniło? Imprezę urządzają w sobotę. Z tego, co pamiętam, o trzeciej po południu.
Skinęłam głową, jakbym też o tym wiedziała.
- Pomówmy o prezencie dla Andreasa - kontynuowała mama. - Nie możemy mu kupić tego samego. Masz jakiś pomysł? Może jakiś sprzęt gospodarstwa domowego?
Odłożyłam sztućce na stół i wytarłam usta. Straciłam apetyt.
Andreas poprosił mnie o przerwę w naszych wzajemnych kontaktach, ale z babcią zjadł kolację i zaprosił ją na swoje urodziny. Przed chwilą wydawało mi się, że to nie problem, ale teraz już tak nie myślałam. Czyżbym była u nich niemile widzianym gościem? To niemożliwe. Nie mogłam się z tym pogodzić.
- Nie smakowało ci? - spytała mama. - Masz taką bladą twarz.
Pokręciłam głową.
- Jestem zmęczona. Ostatnio dużo pracuję.
Pochyliła się i szepnęła mi do ucha:
- Ten sznycel był żylasty. Jakość dań w tym lokalu znacznie się pogorszyła. Nie zmienili obrusów, ale poprzedniego kucharza wymienili na nowego. Za czasów twojego taty było tu całkiem inaczej.
Skinęłam głową. "Wymiana" to chyba właściwe słowo. Zostałam wymieniona, ale nie chciałam i nie mogłam się z tym pogodzić. Wmawiałam sobie, że Andreas zapomniał mi przypomnieć o swoich urodzinach. Przecież przerwa od wzajemnych kontaktów nie mogła oznaczać braku zaproszenia na taką uroczystość! Taka przerwa może trwać dwa dni, najwyżej tydzień, ale kiedy syn ma urodziny, trzeba do niego przyjść bez względu na jego wiek. Zwłaszcza że zaprosił moją mamę. Byłam pewna, że w czasie naszego spaceru głowę miał zaprzątniętą innymi sprawami i nie myślał z tak dużym wyprzedzeniem. Wypiłam trochę wina i doszłam do wniosku, że na pewno tak było.
- Kupmy mu robot kuchenny - zaproponowałam. - Myślę, że taki prezent sprawi mu przyjemność.
Uszanowałam życzenie Andreasa i trzymałam się od nich z daleka. Nie dzwoniłam, nie wysyłałam maili i nie odwiedzałam ich pod byle pretekstem, chociaż ta wstrzemięźliwość sporo mnie kosztowała. Skupiłam się na pracy; co jakiś czas jeździłam z wykładami do różnych miast. Każdy wyjazd wprowadzał pewien porządek w moim życiu. Kiedy przebywałam poza Sztokholmem i nie kontaktowałam się z synem, udawałam, że to zwykły tydzień pracy.
Przestałam pływać w morzu i chodziłam na basen hotelowy w Bor?s. Wczesnym rankiem uprawiałam jogging na przedmieściach Göteborga i zamiast myśleć o tym, co się działo w mojej głowie, skupiałam się na potrzebach ciała. Niestety, prawda jest taka, że im bardziej unikamy myślenia o jakiejś sprawie, tym bardziej nie możemy wyrzucić jej z głowy. O Andreasie nie przestawałam myśleć nawet przy maksymalnym wysiłku, gdy poziom kwasu mlekowego w mięśniach przekraczał wszelkie granice. Nie wiedziałam, ile zapowiedziana przez niego przerwa potrwa i kiedy mi wybaczą. Coraz częściej wracałam myślami do imprezy urodzinowej. Bardzo chciałam na niej być, ale nie byłam pewna, czy wolno mi się tam zjawić.
Urodziny Andreasa zawsze wywoływały pewne emocje. Przynajmniej dawniej, kiedy był młodszy. To właśnie w takie dni fakt, że Janne nas zostawił, dawał się szczególnie we znaki. Żeby jakoś zrekompensować synowi brak ojca, kupowałam mu prezenty. Było to niezwykle trudne zadanie, ale co roku wkładałam w nie wiele energii i z oślim uporem zapełniałam pokój Andreasa nowymi prezentami. Zawsze dostawał to, co znajdowało się na samej górze jego listy życzeń. Któregoś roku wypisał tam dużymi literami słowo TATA. Kupiłam mu wtedy królika.
Kiedy w jego życiu pojawiła się Josefin, zaczęła obowiązywać nowa procedura. Szybko zrozumiałam, że jeśli nie chcę popełnić gafy, zakupy prezentów urodzinowych i świątecznych powinnam uzgadniać z Josefin. To ona zajęła pierwsze miejsce na liście życzeń mojego syna i to ona wiedziała, co mu sprawi największą radość. W ostatnie święta, które spędzaliśmy razem, bardzo starałam się dopasować do ich oczekiwań, zwłaszcza że mieliśmy za sobą pełną napięć jesień. To było przed narodzinami Sama. Wpadłam na pomysł, żeby kupić synowi ekspres do kawy, i zadzwoniłam do Josefin, żeby to z nią skonsultować. Spytałam ją, czy Andreas nie wolałby dostać innego prezentu, który mu się bardziej przyda. Jak zwykle nie odpowiedziała na moje pytania, co wcale mnie nie zdziwiło, bo już wtedy wiedziałam, że nie lubi rozmawiać przez telefon. Ale na esemesy też nie odpowiadała. W końcu dałam sobie z nią spokój, pojechałam do ?hlénsa i kupiłam ekspres Moccamaster w pastelowym niebieskim kolorze. Wiedziałam, że nie mają w domu takiego sprzętu, i liczyłam na to, że im się przyda. Dwa dni przed Wigilią Josefin wysłała mi wiadomość, że kupiła ekspres do kawy. Pojechałam więc do sklepu, zwróciłam Moccamaster i podarowałam Andreasowi kupon w tej samej sieci. Byłam rozczarowana zachowaniem jego dziewczyny i wprost kipiałam ze złości.
Obecna sytuacja była inna, bo nie miałam z nią co uzgadniać. Zresztą nawet nie próbowałam, bo i tak wiedziałam, że spotkam się z odmową.
Andreas umiał gotować i tak jak ja lubił wypieki. Kiedy byłam młoda i wyprowadziłam się z domu, dostałam od rodziców robot kuchenny. Nadal go mam i codziennie go używam. Sporo za niego zapłacili, ale działał latami i stał się w naszej rodzinie naprawdę kultowym sprzętem. Moi rodzice dostali od swoich podobny robot w prezencie ślubnym. Postanowiłam więc, że podaruję taki sam Andreasowi. Miał być solidnym i trwałym symbolem. Jak rodzina.
Zapłaciłam za niego prawie sześć tysięcy koron, czyli znacznie więcej, niż normalnie wydawałam na prezenty urodzinowe. Zrobiłam to, bo w naszych relacjach trwał stan wyjątkowy. Kupiłam robot ze zniżką, ale i tak sporo kosztował. Uznałam jednak, że stać mnie na taki wydatek. Wpadłam też na pomysł, że to będzie mój wspólny prezent z mamą: że niby razem pojechałyśmy po niego do sklepu i razem wręczymy go Andreasowi. Prawda była taka, że nigdy wcześniej takich rzeczy nie robiłam, lecz teraz sytuacja wyglądała inaczej i mama miała się stać moją przepustką do Andreasa. Właśnie na tym polegał mój sprytny plan. Pomyślałam, że jeśli to będzie nasz wspólny prezent, ja też będę mogła przyjść na urodziny. I chociaż bałam się mówić o tym głośno, zasiałam w sobie ziarno nadziei, że pójdę do Andreasa z mamą i razem wręczymy mu nasz "wspólny" prezent.
Myślę, że to chyba instynkt mi podpowiedział, żeby wcześniej nie dzwonić i nie pytać, czy wolno mi się u nich zjawić. Wiem, że tak byłoby lepiej, i Andreas to później potwierdził, ale ich odmowa byłaby dla mnie trudna do zniesienia. Chciałam wierzyć, że akurat tego dnia będę mile widziana, i wszystko inne wydawało mi się nieistotne. Uznałam bowiem, że moja wizyta ma się nijak do tego, co między nami zaszło. Faktem jest, że zapowiedziana przez Andreasa "przerwa" nadal obowiązywała, ale czy nie można sobie zrobić "przerwy od przerwy"?
Kiedy jednak stanęłam przed drzwiami ich mieszkania z prezentem pod pachą i wcisnęłam dzwonek, poczułam strach i naszły mnie wątpliwości. Co będzie, jeśli moje rozumowanie było błędne? Co się stanie, jeżeli ta wizyta jeszcze bardziej pogorszy nasze relacje? Lecz było już za późno, żeby się wycofać, bo usłyszałam kroki w przedpokoju. Drzwi otworzyły się i chociaż to były urodziny Andreasa, w progu stanęła Josefin. Z głębi mieszkania dobiegał płacz Sama.
- ?sa... jaka niespodzianka... witaj - powiedziała, patrząc na mnie rozbieganym wzrokiem. - Andreas zmienia Samowi pieluszkę.
- Chcę mu tylko złożyć życzenia urodzinowe - zaznaczyłam.
Uśmiechnęła się niepewnie i zrobiła zakłopotaną minę, ale kiedy wpuściła mnie do środka, moja nerwowość od razu mnie opuściła. Pomyślałam, że mogło być znacznie gorzej, bo Josefin mogła mnie po prostu wyprosić. Była lekko spięta, ale nie potraktowała mnie wrogo ani niegrzecznie. Doszłam więc do wniosku, że robiłam z igły widły. Może więc to nie był taki zły pomysł, żeby tu dzisiaj przyjść? Postawiłam w przedpokoju pudło z prezentem i podałam jej reklamówkę.
- Przyniosłam też drobiazg dla Sama - oznajmiłam. - Pomyślałam, że skoro jego tata ma urodziny, jemu też warto coś kupić.
Kiedy byłam z wykładem w Göteborgu, w sklepie z zabawkami zauważyłam kostium Spider-Mana. Taki sam nosił Andreas, kiedy był u szczytu swojej fascynacji filmowymi superbohaterami.
- Nie mogłam się oprzeć pokusie i go kupiłam - wyjaśniłam, kiedy Josefin zajrzała do reklamówki. - Andreas miał fioła na punkcie Spider-Mana. Pomyślałam, że to świetna okazja, bo to rozmiar Sama.
- Dziękuję. - Powiedziała to słowo obojętnym, powściągliwym tonem, a ja pomyślałam, że w ogóle nie docenia mojego gestu.
Przecież kostium dla Sama łączył go w pewien sposób z wielkim idolem Andreasa z lat jego dzieciństwa. Postanowiłam jednak nie brać jej zachowania do siebie, bo Josefin właśnie taka była. Nigdy nie okazywała uczuć, a już na pewno nie wobec mnie.
W tym momencie do przedpokoju wszedł Andreas z Samem na rękach. Na mój widok zatrzymał się, a Josefin spojrzała na niego z niepokojem w oczach. Starałam się zapanować nad mocnym biciem serca i wskazałam głową stojące na podłodze pudło z robotem, które owinięte było w czarno-biały papier w kropki i przewiązane czerwoną jedwabną wstążką.
- Przyniosłam ci prezent urodzinowy. To nasz wspólny prezent, ode mnie i od babci.
Było to proste usprawiedliwienie mojej wizyty. Chciałam wyjaśnić, dlaczego przyszłam niezaproszona. Jakby chodziło mi wyłącznie o samo wręczenie prezentu, a nie o złamanie zakazu kontaktowania się z nimi.
- Mamo, przecież uzgodniliśmy... - zaczął Andreas, ale przerwał mu dzwonek do drzwi, co mnie uratowało, bo zjawiła się mama.
Miała nową fryzurę i była elegancko ubrana.
- Wszystkie moje ulubione osoby w jednym miejscu! - zawołała radosnym głosem. - Wspaniale! - Podeszła do Andreasa, uścisnęła go i przywitała się z Samem. Zrobiła coś, czego mnie zabroniono.
Wyciągnęłam palec w stronę Sama i chłopiec od razu go chwycił. Wydawało mi się, że się przy tym lekko uśmiechnął. Miałam ochotę wziąć go na ręce i przytulić, ale nie mogłam się na to odważyć.
- Nie rozpakowałeś prezentu? - spytała mama, patrząc na Andreasa. - ?sa, co ty wyprawiasz?
Tym razem byłam jej wdzięczna za jej bezceremonialny sposób bycia.
- Pomyślałam, że będziesz chciała go wręczyć razem ze mną - odparłam.
- Nieważne, czego ja chcę - rzuciła. - Dzisiaj jest święto Andreasa, więc wezmę nasz mały skarb na ręce, żeby jego tata mógł otworzyć prezent.
Wzięła Sama na ręce i wnuk puścił mój palec.
- Czekasz na specjalne zaproszenie? - spytała, patrząc na mnie ze zdziwieniem, bo nadal stałam ubrana w przedpokoju. - Wejdź do środka.
Posłusznie poszliśmy za nią w milczeniu.
W salonie zastaliśmy Stinę, Björna i kilka osób, których nie znałam. Pewnie byli to znajomi Josefin. Zastanawiałam się, dlaczego Andreas nie zaprosił swoich dawnych kolegów. Ville i Hampus na pewno by przyszli, bo to przecież nie były urodziny Josefin. Nie spytałam o to, bo uznałam, że to nie moja sprawa, kogo zapraszają.
Björn nie patrzył mi w oczy, a Stina uśmiechnęła się do mnie z zakłopotaną miną. Nie wiedziałam, czy są tacy zażenowani ze względu na siebie, czy na mnie. Pewnie jedno i drugie. Podnieśli się i sztywno się ze mną przywitali. Musieliśmy udawać, że świetnie się bawimy, żeby nie popsuć nastroju. Starałam się rozmawiać o zwykłych sprawach w sposób naturalny i swobodny, ale przez cały czas jedna myśl nie dawała mi spokoju: chociaż byłam matką obchodzącego urodziny Andreasa, jako jedyna osoba w tym towarzystwie nie zostałam zaproszona. Po prostu się wprosiłam, tak jak przy porodzie.
Mój syn rozpakował prezent i na widok robota ze stali nierdzewnej zrobił taką minę, jakby był szczerze zadowolony. Mama chciała to jakoś skomentować, ale ją uprzedziłam.
- Jeśli chcesz, możesz go wymienić w sklepie, paragon jest w kartonie. Kupiłam go w ?hlénsie, ale jeśli nie masz czasu, żeby tam pójść, mogę to zrobić w twoim imieniu.
Chciałam w ten sposób dać mu do zrozumienia, że to ja kupiłam prezent i że to był mój pomysł, ale zabrzmiało to naiwnie. Zwłaszcza że w tej sytuacji nie miało to żadnego znaczenia. Byłam pewna, że strona materialna w ogóle się tu nie liczyła.
- Nie ma takiej potrzeby - odparł Andreas. - Robot jest bardzo ładny, ale moim zdaniem zbyt dużo kosztował. Mimo to dziękuję.
- Pomyślałam, że ci się przyda, bo pamiętam, że dawniej lubiłeś piec chleb i byłeś w tym dobry.
Skinął głową, podszedł do nas, objął mnie i mamę, a potem wrócił do innych gości, żeby się nimi zająć.
Oprócz tortu i kawy na stole pojawiły się wędliny i wino. Pierwszy kieliszek opróżniłam na dwa razy. Po trzecim przestały mi się trząść ręce i odważyłam się nawet spytać, czy mogłabym wziąć Sama na ręce.
Obeszłam mieszkanie, w którym ostatni raz byłam kilka miesięcy temu, kiedy urodził się mój wnuk. Poczułam się tak, jakbym wkroczyła w inne życie. Pogłaskałam Sama po jego delikatnej skórze i wciągnęłam zapach jego ciałka.
- Babcia cię kocha - powiedziałam.
Do pokoju wszedł Andreas.
- No proszę, jest i tata - szepnęłam do Sama.
- Co robicie? - spytał Andreas.
- Sam oprowadza mnie po mieszkaniu.
- Lepiej idź z nim tam, gdzie będziemy was mieć na oku.
Znieruchomiałam.
- Co?
- Po prostu nie chcę, żebyś z nim chodziła po mieszkaniu - oznajmił chłodnym tonem Andreas.
Gdyby nie wino, na pewno bym zareagowała w spokojniejszy sposób. Niestety, postanowiłam dać upust emocjom, ubierając je w słowa.
- Sugerujesz, że nie potrafię się nim zająć? - spytałam.
- Tego nie powiedziałem, ale wolałbym was widzieć. Chcemy wiedzieć, co się dzieje z Samem.
- Opiekowałam się tobą przez całe lata, więc chyba się na tym znam?
- Hm...
- Co znaczy "Hm..."?
- Nic, mamo. Czy mogłabyś po prostu wrócić do reszty gości?
Zrobiło mi się przykro. Oddałam Sama Andreasowi i rzuciłam:
- Muszę już wracać. Czas na mnie.
- Zepsułem ci humor?
- Ależ skąd. Dobrze, że mi zwróciłeś uwagę, ale dziwnie to zabrzmiało. Stina też się opiekuje Samem, ale chyba nie przebywa z wami przez cały czas w tym samym pokoju?
- To prawda, ale ona nie wypiła tyle wina.
- No proszę! Na dodatek jestem alkoholiczką. Wypiłam tylko trzy kieliszki.
Andreas zmierzył mnie poważnym spojrzeniem.
- Właśnie przez takie zachowania zrobiłem sobie od ciebie przerwę. Dłużej nie będę tego tolerował. Byłoby dobrze, gdybyś zechciała to uszanować.
- Przepraszam, że postanowiłam z tobą świętować i popsułam ci urodziny.
- Po co robisz z siebie męczennicę? Nie zawsze musisz być najważniejsza.
Poczułam szczypanie w oczach i szybko wyszłam do przedpokoju. Kiedy przechodziłam koło salonu, kątem oka zauważyłam, że wszyscy na mnie patrzą. Narzuciłam kurtkę, oczy zaszły mi łzami, ale z całych sił starałam się nie rozpłakać. Andreas wyszedł za mną do przedpokoju z małym na rękach.
- Mamo... daj spokój...
Sam zaczął marudzić, jakby poczuł, że coś jest nie w porządku. Nie tylko zrobiło mi się przykro, ale też wstydziłam się, byłam zła i czułam się poniżona. Zbiegając po schodach, słyszałam, jak Andreas zamyka drzwi. Wstrzymałam oddech, a kiedy wyszłam na dwór, wciągnęłam chłodne powietrze i dopiero w tym momencie wszystko we mnie pękło.
Moja łódź, którą nazwałam Kopciuszek, przez całą zimę cumowała na przystani. Któregoś dnia zapomniałam o swoim nocnym dyżurze w klubie żeglarskim w Sätra, ale na szczęście dostałam esemesa, który mi o nim przypomniał. Od kiedy zostałam sama, bardzo się bałam tych bezsennych nocy. Odcumowałam linę i wypłynęłam z hangaru. Drogę rozświetlały mi dwie latarnie - dziobowa i rufowa - ale bardziej niż ciemność przerażała mnie samotność. Kiedyś w czasie takich dyżurów często towarzyszył mi Andreas, tak jak ja towarzyszyłam kiedyś mojemu tacie. Pakowaliśmy do chlebaka kanapki, gorącą czekoladę i kawę, słodycze i karty do grania i traktowaliśmy to jako wycieczkę. Siedzieliśmy w budce i jedynym źródłem światła była lampa naftowa. Graliśmy w karty, a co godzinę robiliśmy obchód, podświetlając sobie drogę latarkami. Kiedy Andreas był młodszy, przystań świetnie nadawała się do opowiadania historii o duchach. Gdy chodziliśmy wśród starych łodzi, wiatr szarpał brezentem, rozwiewając go na różne strony. Słychać było skrzypienie starych desek. Gdy mój syn podrósł, oglądaliśmy modele statków, ustawialiśmy rusztowania, które przewracały się na wietrze, i dużo rozmawialiśmy. Teraz próbowałam sobie przypomnieć o czym i doszłam do wniosku, że była to kontynuacja jednej długiej rozmowy, trwającej od dnia, w którym mój syn przyszedł na świat. Nigdy nie zastanawiałam się nad jej treścią, a po latach nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć.
Ostatni raz towarzyszył mi na takim dyżurze rok po tym, jak zaczął spotykać się z Josefin. Nie był już spragniony nocnych wrażeń i zachowywał się tak, jakby mu się spieszyło do domu. Gdy spytałam go, czy nie chciałby zaprosić Josefin, usłyszałam, że siedzenie przez całą noc w stróżówce to dla niej nic fajnego. Na pewno by marzła, bo jesień była zimna i nawet gdyby włożyła kilka warstw ubrań, w niczym by jej to nie pomogło. O ile dobrze pamiętam, spędziliśmy tamtą noc w miłej atmosferze, chociaż wiedziałam, że Andreas wolałby wtedy być gdzie indziej.
*
Minęła dwudziesta druga, kiedy wracałam łódką na przystań w Sätra. Drążek sterowniczy podrygiwał mi w dłoni; wyraźnie czułam go w ręce, chociaż ból, który się w niej co pewien czas odzywał, ograniczał moje ruchy. Lekarz dał mi do zrozumienia, że takie objawy mogą świadczyć o postępującej artrozie lub o początkach procesu starzenia. Poradził mi, żebym ograniczyła wycieczki łódką, na co nie chciałam się zgodzić, bo uważałam je za jedyny wentyl w swoim życiu. Posłuchałam jednak jego rady i przerzuciłam się na poranną gimnastykę z wykorzystaniem żółtej gumowej taśmy, którą zaczepiałam o klamkę w drzwiach sypialni. Na szafce nocnej leżała szyna relaksacyjna, dzięki której także moje szczęki dostawały codzienną dawkę treningową. Wyglądało na to, że mój organizm postanowił w końcu spasować. Przebiegało to w takim samym tempie jak proces starzenia.
Moja łódź rozwijała prędkość dziesięciu węzłów na godzinę, czyli niewielką. O tej porze roku ruch na torze wodnym był minimalny, zwłaszcza wieczorami i nocą. Od czasu do czasu pośród wysp pojawiał się jakiś frachtowiec albo prom kursujący między Tappström a Klara Mälarstrand.
Minęłam Mälarhöjden i F?gelön i po drugiej stronie Kungshatt zauważyłam zarysy przystani. Morze było spokojne i gdy do pokonania został mi ostatni odcinek, wyłączyłam silnik. Łódź dopłynęła do celu niesiona spokojnym nurtem. Do przystani przycumowana była tylko jedna stara łódka. Wolnej przestrzeni było tak dużo, że mogłam dosłownie przebierać między stanowiskami do cumowania.
Ubranie, które włożyłam na tę okazję, było ciepłe, ale niewygodne. Zeskoczyłam na ląd, ale tak niezręcznie, że na śliskim nabrzeżu straciłam równowagę i uderzyłam biodrem o betonowe podłoże. Upadek sprawił mi tak silny ból, że aż krzyknęłam. Mój krzyk rozszedł się echem po ciemnym hangarze. Dopiero w tym momencie dotarło do mnie, że gdybym sobie zrobiła poważną krzywdę, upłynęłoby dużo czasu, zanim ktoś by mnie znalazł. Mama pewnie zastanawiałaby się, gdzie się podziewam i czemu do niej nie dzwonię, ale nie rozmawiałyśmy codziennie, doszłaby więc do wniosku, że jestem zapracowana - przynajmniej przez pierwsze tygodnie. Moi klienci zaczęliby mi wysyłać maile i pytać, czemu nie przyjechałam na wykład, a ponieważ jestem swoim własnym szefem, nie mieliby się na mnie u kogo poskarżyć. Po pewnym czasie daliby za wygraną i życie potoczyłoby się dalej. Zastanawiałam się, po jakim czasie zareagowałby Andreas. Po miesiącu? Dwóch? Jeszcze później? Pewnie poczułby ulgę, że dałam mu spokój. Ciekawe, kiedy by mnie znaleziono. Może w czasie wodowania pierwszych łodzi na początku maja?
Ruszyłam do stróżówki. Miałam ze sobą kanapkę z serem i płócienny chlebak z termosem pełnym kawy. Zabrałam to, chociaż nie byłam głodna. Po urodzinach Andreasa straciłam apetyt.
Klęłam w myślach i nie wiem który raz z rzędu zadawałam sobie te same pytania: Czemu go nie posłuchałam? Po co wtargnęłam do ich domu, chociaż nie byłam zaproszona? Po co piłam wino, skoro po alkoholu nie panuję nad swoim zachowaniem? Przecież wiem, jak na mnie działa. Żałowałam, że wyszłam od nich taka wzburzona. Po wejściu do autobusu wysłałam Andreasowi esemesa z przeprosinami, co było głupie, bo po tym, co zrobiłam, powinnam była siedzieć cicho. Szczerze mówiąc, zaczynałam mieć po dziurki w nosie swojego zachowania i myślałam tylko o jednym: jak bardzo musiał mieć mnie dosyć własny syn.
Odpowiedzią na moje esemesy było milczenie. Sprawdzałam telefon dosłownie co minutę i brak odpowiedzi doprowadzał mnie do szaleństwa. W końcu dałam za wygraną, wyłączyłam go i włożyłam do kieszeni. Wytrzymałam godzinę, ale potem nie mogłam się powstrzymać i znowu go włączyłam, żeby ku swojemu rozczarowaniu stwierdzić, że odpowiedzi od Andreasa wciąż nie ma. A jej brak był dla mnie jednoznacznym komunikatem: że mam zostawić syna w spokoju. Bez względu na to, jak bardzo chciałam rozwiązać ten problem, Andreas stał na tym samym stanowisku co na początku, a ja nie miałam na to żadnego wpływu.
W końcu postanowiłam sobie odpuścić i zgodnie z jego życzeniem zostawić go w spokoju. Dać mu tyle czasu, ile potrzebował, bez względu na to, jakie zmiany się w nim dokonywały i jak trudno mi było pogodzić się z tym, że nie mogę z tym nic zrobić. A przecież rozwiązywanie problemów było moją specjalnością i silną stroną, zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. Tam gdzie inni widzieli same trudności, jak umiałam dostrzec szansę.
W tym przypadku jednak nic mi nie pomagało: ani pozytywne myślenie, ani dopingowanie siebie. Nie miałam gdzie nabyć usługi, która by naprawiła i jego, i mnie. Co gorsza, sama sobie tego piwa nawarzyłam, bo to był mój pomysł, żeby wysłać Andreasa na terapię do Karin. Po kapitulacji w pewnym sensie odzyskałam spokój. Poddałam się, bo na tę chwilę nic innego nie byłam w stanie zrobić. Gorzej nie mogło już być. Tak mi się przynajmniej wydawało.
*
Stróżówka wyglądała jak dawniej. Zapaliłam lampę naftową i jakoś się urządziłam. Zdjęłam wierzchnie ubranie i nalałam kawy do kubka. Spojrzałam przez okno, które wychodziło na szlaban, i nagle na parkingu obok hangaru dostrzegłam dwa jasne światła, które przez pewien czas poruszały się, a po chwili znieruchomiały. Domyśliłam się, że to samochód. Na stole leżał segregator z instrukcją postępowania, na wypadek gdyby na terenie przystani pojawili się nieproszeni goście. Najważniejsze punkty brzmiały następująco: Zadzwoń na policję. Nie wychodź ze stróżówki. Nie wdawaj się w kłótnie, zwłaszcza jeśli jesteś sam(a). Dyżur powinny pełnić dwie osoby, ale nie wyobrażałam sobie, że mogłabym tam przyjść z kimś innym niż syn. Samochód zawrócił i odjechał, a ja uznałam, że ktoś prawdopodobnie zabłądził.
O północy wzięłam dziennik i zapisałam w nim, że wszędzie panuje spokój. Przynajmniej na przystani. Musiałam też wypełnić rubrykę o nazwie Dyżur pełnią. Przez chwilę się wahałam, po czym wpisałam siebie i Andreasa.
Mój profil na portalu randkowym nadal istniał, ale zawierał te same dane i tę samą prezentację co przed laty:
?sa, lat 40, mama szesnastoletniego syna. Pracuję w branży komunikacji międzyludzkiej. Lubię ludzi, morze, łodzie i pływanie. Uwielbiam gotować dla rodziny i przyjaciół.
Tekst powstał w okresie, w którym Andreas zaczął wychodzić wieczorami z kolegami na miasto i wyjeżdżać z nimi na weekendy. Wtedy jeszcze nie znał Heidi. Nasze wspólne piątkowe wieczory przed telewizorem, kiedy razem oglądaliśmy szwedzką wersję reality show Fort Boyard, nagle się skończyły i zostałam sama. Rutynowe zajęcia i czynności, które przez tyle lat były dla mnie czymś naturalnym i oczywistym, uległy zmianie. Stało się to tak szybko, że nawet nie zauważyłam, jak dzieciństwo syna uciekło mi sprzed nosa. Kiedy Janne mnie opuścił, oficjalnie żyłam jako singielka, bo Andreas nie wiedział o moich spotkaniach z mężczyznami. Mój najdłuższy związek w okresie jego dzieciństwa trwał ponad dwa lata i wiedziała o nim tylko Stina. Jens mieszkał w Malmö, miał żonę i małe dzieci. Spotykałam się z nim, chociaż kiedyś obiecałam sobie, że nigdy nawet się nie zbliżę do kogoś, kto jest w związku z inną kobietą. Dla niego postanowiłam jednak złamać tę zasadę. Najczęściej spotykaliśmy się w czasie moich wyjazdów służbowych do Malmö. Nasz związek zakończył się w dniu, w którym moje zlecenie od firmy, w której Jens pracował jako manager średniego szczebla zarządzania, dobiegło końca. Czasem na Facebooku widziałam jego fotki z wakacji spędzanych z rodziną, ale rzadko o nim myślałam. Stinie wyjaśniłam, że nie chodziło o miłość, tylko o zwykłe zauroczenie. Uczucia, które kiedyś wzbudzał we mnie Janne, były całkiem inne.
Zaczęłam wystukiwać na klawiaturze nowe dane na swój temat. Wiek na profilu poprawiłam na pięćdziesiąt pięć lat. Najpierw napisałam Nie mam dzieci, ale szybko to zmieniłam na Syn na swoim. Nie wiedziałam, czy wspomnieć o wnuku.
Lubię gotować i spędzać czas z wnukiem.
Zabrzmiało to tak, jakbym miała ze sto lat. Poza tym była to nieprawda, bo wprawdzie chętnie spędzałabym czas z Samem, ale przynajmniej na razie było to niemożliwe, ponieważ zabronił mi tego syn.
Mam słabe więzi z synem i wnukiem.
To też brzmiało nie najlepiej, więc usunęłam wszystko, co dotyczyło rodziny. Zostawiłam jedynie fragment o łodziach, pływaniu i gotowaniu, bo to akurat było prawdą.
Zastanawiałam się, czy w okresie uśpienia mojego profilu świat portali randkowych w jakiś sposób się zmienił. Być może zabrzmi to dziwnie, ale prawie wszystko wyglądało tak samo jak przed laty. Z dwoma wyjątkami: mężczyźni zestarzeli się i wyłysieli, a dzieci poszły na swoje. Nadal używali ksywek w rodzaju Hang Loose i ogłaszali na przykład: Mieszkam w Järfälli i poszukuję przyjaznej duszy, ale opisy były tak samo nudne i nic niemówiące jak mój. Wahałam się, czy powinnam ponownie uruchomić profil, bo nie byłam pewna, czy ze względu na stres temu podołam, ale samotność była trudniejsza do zniesienia, więc to zrobiłam.
*
Na zdjęciu wyglądał całkiem sympatycznie, chociaż kiedy na nie patrzyłam, niewiele z niego wyczytałam. Na początku tylko czatowaliśmy. Miał na imię Adam i był młodym facetem. Spodobało mi się, że nie ma dzieci, bo wolałam unikać rozmów na ten temat. Mieszkał w Blackebergu i lubił pływać. Kiedyś napisał, że znudziło mu się samotne życie. Z czasem zauważyłam, że z przyjemnością wracam do domu, bo wiedziałam, że znowu będę mogła przeczytać to, co mi napisał.
Cześć, jak się masz? Co robisz wieczorem? Myślę o tobie.
To było naprawdę wspaniałe uczucie: ktoś czekał, aż się do niego odezwę. Sympatyczny głos, który słyszałam późnym wieczorem lub nocą, napawał mnie uczuciem, którego bardzo wtedy potrzebowałam. Flirt w sieci. Wolność od poleceń i zobowiązań.
Spotkaliśmy się w parku R?lambshov i wybraliśmy się na spacer, po którym mieliśmy iść na kawę z ciastkiem. Na początek tylko tyle. Żadnych oczekiwań, chociaż przez kilka tygodni czatowania nabrałam pewnej nadziei.
Na żywo był szczuplejszy i miał brodę, której nie było na zdjęciu profilowym. Ale ja też nie byłam za bardzo do siebie podobna, bo moja fotografia pochodziła sprzed dziesięciu lat. Byłam na niej młodsza i szczęśliwsza, chociaż wtedy tego nie wiedziałam.
Szliśmy brzegiem Riddarfjärden w poszukiwaniu tego, co nas łączy. Adam wychowywał się w Vällingby, ja w Gärdet. On od ukończenia studiów pracował w urzędzie gminy, ja prowadziłam własną działalność gospodarczą. On odliczał dni do emerytury, ja musiałam pracować, dopóki mi wystarczy sił. Ja opowiadałam o zimowych kąpielach przy skałach, o równowadze zmysłów i medytacji, on o tym, że przez sześć dni w tygodniu chodzi na pływalnię w Beckomberdze i pływa żabką, ponieważ złożył noworoczne postanowienie, że przepłynie w tym roku pięćset kilometrów. Dużo jednak nie przepłynął, bo szybko się męczył. Życie na łodzi oznaczało dla mnie wolność na morzu, podczas gdy Adam wypływał na kanał Göta, cumował w jakiejś zatoce i pił piwo z niską zawartością alkoholu. Łączyły nas samotność i strach, że na wszystko może być już za późno.
Ostatecznie nie poszliśmy na kawę z ciastkiem, bo rozstaliśmy się przed ratuszem. Ja chciałam popłynąć łodzią z Klara Mälarstrand do Ekensbergu, żeby się wykąpać przy pomoście, podczas gdy Adam wolał iść do klubu Stampen na starym mieście, żeby posłuchać znajomego, który miał tam grać covery Boba Dylana. Żadne nie spytało, czy jeszcze się spotkamy.
Andreas zadzwonił do mnie dwa miesiące później i spytał, czy moglibyśmy się spotkać. Pomyślałam, że wreszcie zdecydował się na rozmowę, na którą od dawna czekałam. Zgodził się nawet przyjść do mnie na kolację, co oznaczało, że przez dwie godziny będziemy sami. To, co kiedyś było dla mnie oczywiste, zamieniło się w luksus, do którego straciłam dostęp. Brakowało mi go bardziej niż utraconej kończyny.
Josefin była weganką i Andreas też z czasem przestawił się na tę dietę. Ponieważ jednak mieliśmy być sami, postanowiłam skorzystać z okazji i przygotowałam mu jedno z jego ulubionych dań: befsztyk a la Rydberg. Dawniej często mu go przyrządzałam na specjalną prośbę na urodziny. Kiedy był młodszy, nie zawsze mogłam sobie pozwolić na polędwicę, więc przyrządzałam mu tę potrawę z innej wołowiny. Na ten wieczór kupiłam w hali targowej ładną polędwicę, pokroiłam ziemniaki w kostkę, usmażyłam je i polałam sosem musztardowym. Na deser zamówiłam w osiedlowej cukierni malinowy sorbet.
Kiedy wszystko było gotowe, usiadłam w wiklinowym fotelu na tarasie i zapaliłam papierosa. Wieczory były coraz jaśniejsze, więc delektowałam się wiosennym ciepłem. Zaciągałam się głęboko i patrzyłam na zbocze, które opadało do samych nadbrzeżnych skał. Było porośnięte zielenią, która pachniała nadzieją i nowym życiem. Można by powiedzieć, że dostała drugą szansę, bo przetrwała zimę. Zastanawiałam się, czy ja też dostanę drugą szansę od syna, czy ze złych doświadczeń, które mieliśmy za sobą, wyniknie coś dobrego i czy będę mogła spojrzeć na nie z perspektywy czasu jak na zło konieczne, bez którego nasze relacje nie mogłyby się poprawić. Może któregoś dnia powiem, że to dzięki Andreasowi łączą nas ze sobą tak otwarte relacje? Że to z jego inicjatywy i dzięki jego uporowi przeszliśmy na bardziej szczery i normalny poziom? Niewykluczone, ale na tę chwilę przyszłość była niepewna, zwłaszcza że nie wiedziałam, jak przebiegnie nasz wspólny wieczór.
Andreas zgolił brodę, którą zapuścił po narodzinach Sama. Jego nowy wygląd mnie ucieszył, bo widziałam więcej twarzy, którą tak kochałam. Otworzyłam drzwi i od razu zauważyłam, że jest nienaturalnie spięty. Mimo to mocno mnie objął i zachowywał się tak, jakby cieszył się z tej wizyty. Spojrzał w kierunku kuchni, pociągnął nosem i rzucił z uśmiechem:
- Ładnie pachnie.
- Wołowina, jaką lubisz.
- Nie musiałaś robić sobie takiego kłopotu.
- Pomyślałam, że nieczęsto jadasz mięso.
- Prawdę mówiąc, wcale za nim nie tęsknię - odparł i od razu zrobił taką minę, jakby pożałował tych słów. - Co nie oznacza, że nie skosztuję twojego przysmaku.
Niezależnie od tego, jak bardzo usprawiedliwiał wegańskie skłonności Josefin, które narzucili też Samowi, po jego minie poznałam, że czekał na coś takiego jak befsztyk a la Rydberg. Niektórych rzeczy nie da się zmienić.
Poszliśmy do kuchni i nakryłam do stołu. Andreas usiadł na swoim dawnym miejscu, to znaczy naprzeciwko mnie. Na stole leżały serwetki, na których były wyhaftowane nasze imiona. Moja mama podarowała je nam kiedyś na Boże Narodzenie. Na cynowych świecznikach, które miałam od dzieciństwa, płonęły świece. Kiedyś zostawię je Andreasowi. Przez chwilę odnosiłam wrażenie, że wszystko znowu jest jak dawniej. Zapadł wieczór, a my siedzimy przy starym stole pod lampą z beżowym abażurem w kształcie parasola.
Na początku rozmowy Andreas powiedział, że Sam zaczął dostawać niewielkie porcje bardziej treściwego jedzenia, a jego ulubioną potrawą jest mus brzoskwiniowy. Przycięli mu grzywkę i wyrzyna mu się pierwszy ząbek, chociaż jest na to trochę za wcześnie. Słuchałam syna z zapartym tchem i dosłownie pochłaniałam każde jego słowo. Oczami wyobraźni widziałam syna w wieku Sama i na samo wspomnienie ogarnęła mnie melancholia. Dowiedziałam się, że Andreas zrezygnował z pracy na stanowisku ogrodnika w Rosendal i złożył ofertę kupna starej kwiaciarni Tellus Blommor w Midsommarkransen, która została wystawiona na sprzedaż. To dosłownie za rogiem - z ich mieszkania przy Ringdansvägen do pracy będzie miał niecałe pięć minut. Podkreślił, że lokal ma potencjał rozwojowy, a on i Josefin zrobią wszystko, żeby rozwinąć interes i zdobyć dobrą reputację. Zamierzali sprzedawać nie tylko kwiaty, ale także świece i mydło ekologiczne, a docelowo wazony, porcelanę i wysokiej jakości doniczki na kwiaty.
Gryzłam się w język, bo na usta cisnęło mi się mnóstwo pytań. Na przykład: po co kupować lokal, skoro na początek mogliby coś wynająć? I skąd wezmą na to wszystko pieniądze? Andreas chyba czytał w moich myślach, bo dodał:
- Stina i Björn będą współwłaścicielami kwiaciarni do czasu, aż rozkręcimy interes.
Zrobiłam dobrą minę do złej gry, ale byłam rozczarowana, że syn nie skonsultował się ze mną wcześniej. Stina też mi o niczym nie wspomniała. W ciągu ostatnich ośmiu tygodni, kiedy nie utrzymywałam z nimi żadnych kontaktów, wciągnęła Andreasa i Josefin w tak trudną branżę jak sprzedaż wyrobów ceramicznych. Poza tym musiał istnieć jakiś powód, dla którego właściciel kwiaciarni wystawił ją na sprzedaż. Ile kosztuje zwykły kwiat? Od wielu lat prowadzę własną działalność gospodarczą i chociaż działam w branży, w której honoraria są wysokie, świetnie się orientuję, że to trudny kawałek chleba.
Marzenie mojego syna o posiadaniu własnej kwiaciarni nie było dla mnie niczym nowym. Oboje z Josefin mówili o tym od dawna, a ja poparłam ich wcześniejsze decyzje dotyczące wyboru zawodu. Nie sądziłam jednak, że sprawy potoczą się w tak szybkim tempie. Miałam nadzieję, że decyzję o prowadzeniu własnej kwiaciarni podejmą później, kiedy ich sytuacja ustabilizuje się i odłożą trochę pieniędzy. Uznałam więc, że ich decyzja jest nieprzemyślana, zwłaszcza że niedawno zostali rodzicami, a Josefin dopiero co zdała końcowe egzaminy.
Czułam zazdrość. Próbowałam ją stłumić, lecz nie mogłam. Stina i Björn nie byli już tylko babcią i dziadkiem, ale także prowadzili wspólne interesy z Andreasem i Josefin. Stali się współwłaścicielami ich nowego życia, jakby w czasie tych kilku miesięcy, kiedy moje drogi z Andreasem stopniowo się rozchodziły, nawiązali bliższe relacje z nim i z Josefin.
- Pamiętajcie, żeby na wszystko mieć papiery - powiedziałam, starając się zachować obojętny ton.
- Uważasz, że to zły pomysł? - spytał Andreas.
- Tego nie twierdzę, ale kiedy ktoś prowadzi interesy razem z rodziną, warto wcześniej ustalić jasne zasady, i to w formie pisemnej. Na wszelki wypadek, gdyby coś poszło nie tak.
Uśmiechnął się i pokręcił głową.
- Wiedziałem, że to skrytykujesz - rzucił.
- To nie była krytyka, tylko dobra rada.
- Czujesz się obrażona i zlekceważona, bo informuję cię o tej sprawie dopiero teraz?
- Powiedziałam tylko tyle, że na wszystko powinieneś mieć podkładki.
Andreas westchnął i wypił trochę wina.
- Z tobą zawsze tak jest. Cokolwiek powiem, na końcu i tak okazuje się, że liczy się tylko twoje zdanie.
Nie chciałam tej dyskusji, postanowiłam więc pilnować się, żeby nasza rozmowa mogła się toczyć w normalnej atmosferze.
- Nie chcę, żebyś odebrał moje słowa negatywnie. Uważam, że otwarcie kwiaciarni to naprawdę świetny pomysł. Gratuluję.
Ale tylko się zaśmiał.
- Nie przesadzaj, mamo. Ja już naprawdę nie potrzebuję twojej akceptacji, żeby się poczuć lepiej.
Uznałam, że trochę się ze mną droczy, więc odpuściłam i zmieniłam temat.
- Rozmawiałeś ostatnio z babcią?
- Była u nas wczoraj na kolacji.
- Super.
- Tak, ale widać po niej, że się starzeje.
Moja mama była u nich wczoraj na miłej rodzinnej kolacji. Stina i Björn kuli plany biznesowe i wolno im się spotykać z Andreasem i Josefin, kiedy tylko chcą, podczas gdy ja mam szlaban. Zostałam wykluczona. Siedzę w ciemnym hangarze i umawiam się w internecie na głupie randki, bo chcę, żeby ktoś mnie szanował. Przynajmniej przez chwilę. To niesprawiedliwe, ale nie zamierzałam się skarżyć. Postanowiłam pilnować się, żeby tego nie spaprać. Żeby nie zrobiło się jeszcze gorzej.
- Chcesz dokładkę? - spytałam. - A może dolać ci wina?
- Dziękuję, ale już nie mogę.
Zapadła cisza, Andreas miał jednak taką minę, jakby chciał kontynuować rozmowę. Jakbyśmy oboje od dawna czekali na tę chwilę, w której wszystko miało się rozstrzygnąć.
- Ta przerwa, kiedy się nie spotykaliśmy, była dla mnie bardzo ważna. Dziękuję, że uszanowałaś moją prośbę.
- Człowiek ma prawo pobyć sam ze sobą. Dobrze to rozumiem.
- A ja rozumiem, że to nie było dla ciebie łatwe. Wiesz, że cię kocham, ale...
- A ja kocham ciebie - przerwałam mu w pół zdania, bo nie chciałam usłyszeć tego "ale". Między nami nie powinno istnieć żadne "ale". - Bardzo się cieszę, że zaproponowałeś mi to spotkanie. - Słowa same płynęły mi z ust. - To ważne, że nadal możemy rozmawiać i wszystko sobie wyjaśnić. Bardzo mi przykro z powodu tego, co się stało w szpitalu i w twoje urodziny. Chciałabym, żebyś to wiedział. Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy.
Andreas skinął głową i zaczął jeszcze raz:
- Nie wiem, jak to powiedzieć...
Nabrałam powietrza i czekałam na ciąg dalszy. Kiedy pływam, mierzę się czasem z wysoką falą. Nabieram wtedy powietrza, bo nie wiem, jak długo pozostanę pod wodą i jak długo będę musiała wstrzymywać oddech.
- Od pewnego czasu intensywnie myślę o różnych sprawach... Zacząłem to robić, jeszcze zanim urodził się Sam... Kiedy byłem małym chłopcem, myślałem o tacie i o innych sprawach...
Skinęłam głową i dalej wstrzymywałam oddech.
- Wiesz, że chodzę na terapię do Karin...
Karin. Moja była przyjaciółka, która zniszczyła mi życie. Jak mogłabym o niej zapomnieć, a tym bardziej jej wybaczyć?
- To dobrze, że rozmawiacie o tacie - stwierdziłam, żeby zachęcić go do mówienia.
- Nie rozmawiamy o nim, tylko o tobie. Głównie o tobie.
Zaczęło mi brakować powietrza, potrzebowałam tlenu. Wiedziałam, że nie wolno mi spanikować, że tak jak nurek powinnam zachować spokój i oszczędnie gospodarować zapasem powietrza, bo inaczej nie zdołam wynurzyć się na powierzchnię. Jeśli ocenię swoją sytuację błędnie, utonę i będzie po mnie. Próbowałam sobie wmówić, że nic się jeszcze nie stało, że jestem tylko lekko wytrącona z równowagi i reaguję na tę rozmowę zbyt emocjonalnie. Czułam się jak na procesie o popełnienie przestępstwa, chociaż nie zajmowałam miejsca na ławie oskarżonych. A jeśli jednak tak? To przecież naturalne, że dzieci krytykują rodziców. Andreas nigdy się nie znalazł w sytuacji, w której nie mógłby ze mną rozmawiać. W naszych wzajemnych relacjach nie istniały tematy tabu, bez względu na to, co chciał mi zakomunikować. Po prostu tak między nami było. Wypiłam trochę wody i odsunęłam kieliszek z winem. Wiedziałam, że muszę się kontrolować.
- To pewnie normalne - powiedziałam. - W końcu to ja cię wychowywałam, a ponieważ tata nas zostawił, cała wina spada na mnie. Bardzo się cieszę, że otwarcie mówisz o swoich uczuciach. Przyjmuję to do wiadomości i zapewniam, że nie masz powodów do niepokoju.
Andreas popatrzył na mnie smutnym wzrokiem, ale nie wiedziałam, co się w nim kryje: złość, żal czy rozczarowanie. Zauważyłam, że bardzo się stara dobierać słowa.
- Uświadomiłem sobie, że nie zawsze byłaś dla mnie dobrą matką. Wiem, że chciałaś jak najlepiej, ale nie zawsze ci to wychodziło.
Uważnie wsłuchiwałam się w jego słowa i czułam, jak zasycha mi w gardle. Wiedziałam, że dalszy ciąg będzie dla mnie trudny.
- To oczywiste. Popełniłam wiele błędów, tak jak inni rodzice, ale zawsze starałam się być dla ciebie dobrą matką...
- Byłaś wspaniała, ale masz wielką potrzebę własnej akceptacji. Dla mnie jako dziecka było to czasem zbyt trudne do udźwignięcia.
- Bardzo mi przykro, jeśli traktowałam cię niewłaściwie.
- Czy mogę mówić otwarcie?
Z trudem przełknęłam ślinę i czekałam na dalszy ciąg.
- Dla mnie to niełatwa sytuacja, bo zawsze stałaś u mojego boku, więc trudno mi cię za coś krytykować. Twierdzisz, że robisz coś dla mnie, ale w rzeczywistości chodzi ci tylko o ciebie. Najlepszym przykładem jest kwiaciarnia.
- Chciałam waszego dobra.
- No właśnie. Twierdzisz, że robisz coś dla naszego dobra, ale tak naprawdę myślisz o sobie.
- Jest mi naprawdę przykro z powodu tego, co się stało w szpitalu.
- Nie chodzi mi tylko o tamtą sytuację, ale też o szereg drobnych zdarzeń, które miały miejsce w całym moim życiu. Na przykład wtedy, kiedy u ciebie mieszkaliśmy. Byłaś niezadowolona, że nie dotrzymujemy ci towarzystwa.
To ostatnie zdanie wprawiło mnie w prawdziwe zdumienie. Jak mogłam być zadowolona, że nie przebywali w moim towarzystwie, tylko zamykali się w swoim pokoju i prawie w ogóle ich nie widywałam?
- Chciałam lepiej poznać Josefin, ale nie umiałam nawiązać z nią kontaktu.
- Tak samo było z Heidi.
Pokręciłam głową, bo akurat ją traktowałam jak własną córkę. Porównywanie jej z Josefin wydało mi się bezsensowne.
- Za każdym razem, kiedy do nas przychodziła, natychmiast się zjawiałaś. Myślisz, że było nam z tym dobrze? Że w piątek wieczorem woleliśmy oglądać z tobą seriale telewizyjne, niż wyjść ze znajomymi? Robiliśmy to, bo gdybyśmy wyszli, byłoby ci przykro. Byłaś samotna, więc czuliśmy się w obowiązku zostać z tobą!
Słuchając tego, co mówił Andreas, starałam się przywołać własne wspomnienia z tamtych czasów. Lata, kiedy syn był nastolatkiem i spotykał się z Heidi, należały do najlepszych w jego życiu. To dzięki niej zaczął częściej przebywać w domu. Czyżby naprawdę robili to tylko ze względu na mnie? Bo mieli wyrzuty sumienia i było im przykro? To nie mogło być prawdą. Zawsze żyłam w przekonaniu, że było nam ze sobą naprawdę dobrze.
Tymczasem Andreas nadal mówił o sprawach, o których nie miałam pojęcia. Robił to w pośpiechu, bez ładu i składu. Zaczął od tego, że uznałam befsztyk a la Rydberg za jego ulubioną potrawę. Wspomniał o moim negatywnym nastawieniu do wegańskiego szaleństwa Josefin i krytycznym nastawieniu do tego, że nie chcą karmić Sama mięsem, że nie stwarzają mu wolnej przestrzeni, żeby mógł być sobą, i że wysłałam im swoje selfie z Samem z informacją, że ktoś wziął mnie za jego matkę. W sumie wyszła z tego jakaś papka złożona z oskarżeń i zarzutów dotyczących moich niewłaściwych zachowań. Na koniec Andreas wspomniał o Jannem. Stwierdził, że w jego sercu powstała wielka rana spowodowana brakiem ojca. Jego zdaniem to też była moja wina.
- Rozumiem, że nie robiłaś tego wszystkiego, żeby się nam narzucać, a po tym, jak tata nas zostawił, byłaś załamana, ale prawda jest taka, że to ja musiałem się tobą zajmować. Miałem myśleć o nim to co ty, czyli że jest dupkiem, i czuć do niego to samo co ty.
Starałam się przetrawić to, o czym mówił mój syn. Czy on naprawdę tak to postrzegał? Czułam się tak, jakby opowiadał mi o kimś innym. Podejrzewałam, że to sprawka Karin. A może to Josefin tak go przeciwko mnie nastawiła? Chciałam nim potrząsnąć, zaprotestować, powiedzieć, że wcale tak nie było, ale nie zrobiłam tego. Siedziałam w milczeniu jak zamurowana. Mogłam zrobić tylko jedno: dalej go słuchać.
- To ty mnie ukształtowałaś, ale zrobiłaś to w taki sposób, że przez cały czas musiałem sprawdzać, jak się czujesz, niezależnie od tego, jak ja się czułem. Obowiązywała twoja wersja świata, liczyły się twoje uczucia i twoje emocje. Minęły lata, urodził mi się syn, a ja jestem kompletnie rozbity...
Głos mu się załamał. Położyłam dłoń na jego ramieniu, ale ją strząsnął i mówił dalej:
- Przez wzgląd na Sama postanowiłem przerwać ten krąg i dlatego niedawno spotkałem się z tatą.
Teraz już kompletnie się pogubiłam; nie wiedziałam, dokąd ta rozmowa zmierza. Czułam się tak, jakbym siedziała w superszybkim samochodzie i na zakrętach próbowała utrzymać bezpieczną pozycję.
- Naprawdę to zrobiłeś? - spytałam.
- Tak - odparł Andreas takim głosem, jakby chciał mnie dobić. - Długo rozmawialiśmy. Dobrze było usłyszeć, że nie tylko moim zdaniem to, co zrobiłaś, było dla nas złe.
Dopiero teraz, kiedy usłyszałam, że w sprawę zamieszany jest Janne, uznałam, że pora zacząć się bronić. Nie mogłam tak dłużej siedzieć i wysłuchiwać tych teorii, które mój syn kupił z całym bogactwem inwentarza.
- Prawda jest taka, że to ja się starałam podtrzymać z nim kontakt, a ty tylko dostawałeś od niego listy i kartki, które wysyłał ci na urodziny, święta i przy paru innych okazjach - oświadczyłam.
- Owszem. Ale pamiętasz, w jaki sposób mi je dawałaś? Z szyderczym komentarzem, że ojciec to świnia, bo nas porzucił i założył nową rodzinę.
- Robiłam to tylko dla ciebie, bo nie chciałam, żebyś pomyślał, że mu na nas nie zależało z twojego powodu.
- Przecież on chciał się ze mną spotykać! Domagał się wspólnej opieki nade mną, ale nie wyraziłaś zgody, bo bałaś się zostać sama. Robiłaś to moim kosztem. Mogliście dostać rozwód bez orzekania o winie i wystarczyłoby tylko uzgodnić, kiedy i u kogo będę mieszkał, ale stało się inaczej i pozostała mi po tym straszna trauma. Dziękuję ci za to, mamo.
Samochód, który sobie przed chwilą wyobraziłam, nagle zahamował i wyleciałam z trzaskiem przez przednią szybę.
Czułam się kompletnie zagubiona. Może Andreas miał rację z tą traumą? Janne zaczął nowe życie i w ogóle się nami nie interesował. Potem niespodziewanie zachciało mu się stać częścią naszej rodziny i nawet wystąpił o wspólną opiekę nad dzieckiem. Na początku walczył, ale szybko mu przeszło i zrezygnował. Coś mu w życiu nie wypaliło i nagle okazało się, że Andreas przestał być jego priorytetem. Właśnie tak to było. Tylko czy na pewno? A jeśli było inaczej? Czy naprawdę przeciwstawiałam się ich bliższym relacjom ze względu na siebie? Pamiętam, że przez długi czas fatalnie się czułam; nie byłam w stanie normalnie myśleć ani funkcjonować. To były mroczne czasy i nie chcę do nich wracać. A jednak wróciły. Mój wielki strach... Czy Andreas w ogóle to pamięta? Nie wolno mi o tym teraz myśleć, zresztą nie jestem w stanie. Jedyne, co powinnam zrobić, to prosić o wybaczenie. Położyć się na plecach i obnażyć gardło. Lecz nie chciałam brać całej winy na siebie, bo winny był przede wszystkim mój były mąż.
- Przepraszam, ale to nigdy nie było moim zamiarem. Popełniłam wiele błędów, twój ojciec jednak do nas nie wrócił, a ja obserwowałam z bliska, jak źle się z tym czułeś. Wyraźnie było to po tobie widać.
- Tu już nie chodzi o to.
- Chciałabym ci to dokładnie wyjaśnić.
- Nie trzeba. Jeszcze raz przeczytałem jego listy, ale bez twojego filtra, chociaż na pewno chciałabyś, żebym zaakceptował twoją wersję zdarzeń. Tak nie powinno być.
Wciąż nie rozumiałam, a raczej nie chciałam zrozumieć, o czym Andreas mówił. Pewnie dlatego musiał mi to powiedzieć wprost.
- W czasie ostatniej przerwy, kiedy się z tobą nie spotykałem, czułem się lepiej niż przez ostatnie lata i nadal chcę się tak dobrze czuć.
- Mnie też zależy, żebyś był szczęśliwy i zadowolony.
Nie mogłam się pogodzić z tym, że Andreas czuł się dobrze tylko z tego prostego powodu, że przestaliśmy się spotykać. Zachowywał się tak, jakby przeszedł pranie mózgu albo stał się kimś innym. Siedział ze spuszczoną głową, a ja widziałam, że jest mu ciężko. Wiedziałam też, że mnie kocha, a ja kocham jego. Wszystko sobie ubzdurał, ale nie miałam pojęcia, kto nakładł mu do głowy tych bzdur. Karin? Janne? Josefin? Stina z Björnem?
- Jestem teraz lepszym ojcem - dodał Andreas. - Kiedy czuję się dobrze, cała nasza rodzina też ma się lepiej.
- Ja też należę do twojej rodziny - zauważyłam.
- Oczywiście, ale teraz najważniejsi są dla mnie Sam i Josefin. Muszę też myśleć o sobie.
- Moglibyśmy pójść na wspólną terapię... Wystarczy, że się zgodzisz. Porozmawiamy o tym wszystkim, wyrzucimy to z siebie.
Miał taką minę, jakby cierpiał prawdziwe męki. Jakkolwiek na to patrzeć, zrywał kontakty z własną matką! Mimo to poczułam się trochę raźniej, bo jego zachowanie wskazywało, że nadal mu na mnie zależy.
- Może w przyszłości... zobaczymy. W każdym razie postanowiłem, że na razie zostanie tak, jak jest. Karin też uważa, że tak będzie lepiej.
- Karin? Do diabła z nią! Co ona o nas wie? Nie ma pojęcia, co się wtedy z nami działo! - W głowie miałam mętlik i te słowa wprost z siebie wyplułam. Zrobiłam to automatycznie, jak w ostatniej przedśmiertnej drgawce, dopóki jest to możliwe.
Znowu straciłam nad sobą panowanie, jak na urodzinach Andreasa. Straciłam też jego szacunek. Zauważyłam, że w tym momencie dokonała się w nim nagła zmiana. Oczy mu pociemniały, wyparowała z nich cała empatia, a jej miejsce zajęła smutna pogarda. Próbowałam ratować sytuację, jakby cokolwiek można było jeszcze uratować. W głowie huczało mi tak mocno, że nie mogłam myśleć.
- Przepraszam, nie to chciałam powiedzieć. Karin nie wie, jak nam się żyło, kiedy byłeś małym chłopcem, bo nie zna wszystkich okoliczności. Pamiętaj też o tym, że Karin i Josefin oceniają niektóre sprawy ze swojego punktu widzenia, więc mogą się mylić...
- A co to ma wspólnego z Josefin? - przerwał mi syn. - Próbujesz zrzucić winę na nią?
- Oczywiście, że nie. Czasem ktoś działa w dobrej intencji, żeby pomóc, a później okazuje się, że jego pomoc nie zawsze jest skuteczna. Prawdę mówiąc, nie poznaję cię...
- Od samego początku byłaś przeciwko niej.
- Nieprawda. Bardzo ją lubię.
Ale Andreas pokręcił głową.
- Jak myślisz, jak ja się czuję, widząc, że jesteś do niej wrogo nastawiona? Przecież ona jest matką twojego wnuka.
- Nigdy nie powiedziałam o niej złego słowa.
Andreas wstał z krzesła i ruszył do przedpokoju.
- Powinnaś popracować nad pokerową twarzą. Przyda ci się w przyszłości.
- Synku, porozmawiajmy!
Poszłam za nim, chwyciłam go za ramię i wpiłam się w nie palcami.
Zaczął się wyrywać, żeby się ode mnie uwolnić. Dopiero kiedy zobaczyłam, że płacze, dałam za wygraną i go puściłam.
Wyszedł z mieszkania i zamknął za sobą drzwi.
Potem zapadła głęboka cisza, a ja już wiedziałam, jak to jest, kiedy ktoś tonie.
Następnego dnia pojechałam do Malmö, żeby wygłosić referat o znaczeniu takich pojęć jak "feedback" i "krytyka konstruktywna". Moimi słuchaczami byli pracownicy działu IT dużej firmy. Właściwie powinnam odwołać to spotkanie i wziąć wolne, bo funkcjonowałam na autopilocie i tabletce nasennej, którą wzięłam wieczorem po rozmowie z Andreasem. Miałam nadzieję, że to mi wystarczy. Samego wykładu nie pamiętam, ale kiedy dobiegł końca i wszyscy wyszli, odwołałam resztę wystąpień do końca tygodnia, wróciłam do hotelu przy Mäster Johansgatan i położyłam się do łóżka, bo nie byłam w stanie utrzymać się na nogach.
Pierwszy raz od urodzenia dziecka zaczęłam żałować, że je mam. Pierwszy raz zazdrościłam rodzinom i osobom bezdzietnym, którym kiedyś współczułam. Po rozmowie z Andreasem doszłam do wniosku, że to oni wyciągnęli szczęśliwy los na loterii. Żyli sobie spokojnie, nie wiedząc, co ich ominęło i co to znaczy być odrzuconym przez własne dziecko. Ludzie mówią, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to przeżyć własne dziecko. Nie jestem pewna, czy tak właśnie jest, bo gorsza może być tylko taka jego strata, jaka spotkała mnie: dziecko nadal żyje, ale zerwało kontakty z rodzicem.
Gdyby nie to, że musiałam opuścić pokój, pewnie nadal bym tam została. Po całej dobie leżenia musiałam jednak w końcu wstać, ubrać się i wymeldować. Jasny czerwcowy poranek stanowił bolesny kontrast do wewnętrznego bólu i mroku, jaki mnie wypełniał, chociaż zawsze umiałam znaleźć rozwiązania dla innych. Jakkolwiek na to patrzeć, pracowałam w branży "komunikacji międzyludzkiej" i zawsze twierdziłam, że szklanka jest do połowy pełna, a nie pusta. Mimo to nie wiedziałam, co w tej sytuacji robić.
Pojechałam na dworzec kolejowy i zaczęłam studiować rozkład jazdy. Bilet do Sztokholmu stracił ważność, bo pociąg odjechał dwanaście godzin temu. Na tablicy wyskakiwały nazwy innych miast: Lund, Alvesta, Nässjö, Helsingborg, Linköping, Hässleholm, Kopenhaga. Mój wzrok zatrzymał się na stolicy Danii, chociaż przez wiele lat udawałam, że takie miasto nie istnieje. Pomyślałam, że może już wystarczy tego udawania.
Podróż pociągiem przez most nad Sundem trwała trzydzieści pięć minut. Czułam się dziwnie spokojna, chociaż przez ostatnią dobę znajdowałam się w stanie postępującego upadku. Powodem złego samopoczucia mogło być to, że chociaż nie miałam jeszcze konkretnego planu, coś próbowałam robić, zmierzałam do określonego punktu. Pociąg jechał nad cieśniną, a ja patrzyłam przez okno przepełniona pełną rezygnacji melancholią. Użalałam się nad sobą, że jestem taka, jaka jestem. Czekałam na tę chwilę podświadomie, bo wiedziałam, że wcześniej czy później nadejdzie. Czułam, że któregoś dnia będę musiała stanąć twarzą w twarz z bólem i cierpieniem, które przed laty pogrzebałam najgłębiej, jak mogłam. Nie można jednocześnie pracować na cały etat, być samotną matką dziecka i sprawować nad nim właściwej opieki. Musiałam zamknąć za sobą drzwi i ruszyć przed siebie. Pakować wałówkę do chlebaków, płacić rachunki, czytać bajki, nakładać opatrunki na otarty naskórek, a przede wszystkim pocieszać dziecko, które powinno czuć, że jest kochane, chociaż jego ojciec odszedł w siną dal.
Gdzie się podział ten ból? Miałam nadzieję, że zamieni się w kompost, zgnije i połączy się z glebą. Mój ból bardziej przypominał jednak odpad jądrowy, który sto lat po tym, jak pojemnik, gdzie go przechowywano, został po wieczne czasy opieczętowany, nadal był radioaktywny. Powinnam pójść na terapię, żeby to wszystko przepracować, ale zawsze coś stało na przeszkodzie: a to nie miałam czasu, a to pieniędzy, a to sił. Nie wiedziałam, czy mam je teraz, ale czas zapędził mnie do narożnika i nie miałam wyboru.
Zawsze kiedy jadę na wykłady pociągiem, rezerwuję miejsce w "strefie ciszy". Tym razem o tym zapomniałam i siedziałam w przedziale ze starszą kobietą, która podróżowała z mniej więcej dziesięcioletnim dzieckiem. Na swój wiek wyglądała okropnie: ubrana w dżinsy, skórzaną kurtkę i buty na wysokich obcasach, usta miała pomalowane jaskrawą czerwoną szminką. Swojego podopiecznego nazywała "chłopakiem", a on mówił do niej "kochana babciu".
Żartowali i gadali, a ja nie rozumiałam z tego nawet połowy. Podobno ojciec chłopca miał lęk wysokości. Dzieciak aż mrużył oczy ze śmiechu, kiedy "kochana babcia" opowiadała mu, jak kiedyś poszła do wesołego miasteczka Tivoli z jego ojcem i ten bał się wsiąść na diabelski młyn.
Czy ja też będę mogła kiedyś pobyć tak z Samem? Wracać z nim pociągiem do domu po ciekawym weekendzie w Malmö? Żartować i opowiadać śmieszne historie? Na przykład o tym, jak trzyletni Andreas wrócił kiedyś ze żłobka śmiertelnie przerażony. Przestraszył się mrówek, ponieważ któreś dziecko wmówiło mu, że to lwy.
*
Gdy dojechaliśmy do Kopenhagi, na moich współpasażerów czekała na peronie młoda kobieta. Być może matka chłopca, synowa starszej pani. Objęły się na powitanie i w nieskrępowany sposób rozmawiały o cudownym weekendzie, jakby były dobrymi przyjaciółkami. Stałam z walizką w ręce, patrzyłam na nie i myślałam o mojej teściowej, Elsie. Zanim Janne od nas odszedł, spotykała się z nami prawie wyłącznie w święta. Utrzymywałyśmy uprzejme, ale pozbawione uczuć relacje. Funkcjonowała w moim życiu jako drugorzędna osoba, która zajmowała w nim niewiele miejsca. Nie miała zbyt wielu wymagań - ani wobec mnie, ani wobec syna - ale też nie była szczególnie zaangażowana jako matka i babcia. Kiedy Janne nas zostawił, ona też zniknęła z naszego życia i dopiero wtedy zrozumiałam, jaka jest. Nie rozumiałam, że nie chce się już spotykać z Andreasem, tylko ogranicza się do jednej kartki urodzinowej na rok. Tymczasem dla mnie wnuk był taką samą częścią mojego życia jak syn. Najwidoczniej Elsie miała do tego inne podejście. Na jej obronę mogę powiedzieć, że mieszkała sto kilometrów od Sztokholmu, a ponieważ Janne przeniósł się do Kopenhagi, mogła uznać, że za dużo tego jeżdżenia do oddalonych od siebie miast. Kilka lat temu znalazłam w gazecie nekrolog z informacją o jej śmierci. Zastanawiałam się, czy powiedzieć o tym Andreasowi, ale nie zrobiłam tego, ponieważ uznałam, że powinien to zrobić Janne. To on miał obowiązek poinformować syna, że jego babcia nie żyje
Pojechałam taksówką do Valby - willowej dzielnicy w sąsiedztwie Fredriksbergu. Mój były mąż, Helle i ich dzieci mieszkali w ceglanym domu. Janne wprowadził się tam dwadzieścia lat temu, po tym, jak nas zostawił. Niezwykła perspektywa czasowa. Prawie tyle samo czasu on i Helle byli małżeństwem. Tworzyli normalną rodzinę, chociaż Janne wcześniej miał już jedną: mnie i Andreasa. Pewnego dnia doszedł jednak do wniosku, że spłodził dziecko z niewłaściwą kobietą, i nas zostawił.
Janne i Helle kupili ten dom i od razu się do niego wprowadzili. Ona była już wtedy w ciąży. Andreasowi urodził się młodszy od niego o dwa lata przyrodni brat. Dwa lata później przyszła na świat jego przyrodnia siostra. Byłam prawie pewna, że żadne z nich nie mieszka już z rodzicami. Dopiero kiedy taksówka zatrzymała się przed domem, uświadomiłam sobie, że nawet nie wiem, czy Janne nadal tam mieszka. Przecież mogli kupić inny dom i wyprowadzić się.
Na drzwiach wisiała tabliczka z napisem: FORS JENSEN.
Helle była Dunką; zajmowała się rękodziełem artystycznym. Wystawiała swoje barwne tkaniny w całej Skandynawii. Znalazłam w internecie zdjęcie; jej oczy o magnetycznej sile wywarły na mnie wrażenie. Przestudiowałam cały jej życiorys, rok po roku. Dowiedziałam się, jak Janne zamienił jej hobby, które polegało na odnawianiu starych lamp, w pełną sukcesów karierę, dzięki czemu po pewnym czasie zaczęła sprzedawać swoje wyroby po wysokich cenach. Tymczasem moje szaleństwo nasilało się albo słabło. Najmocniej dawało mi się we znaki w pierwszych latach, potem stopniowo zanikało. Co pewien czas coś mnie elektryzowało, na przykład wtedy, kiedy na strychu znajdowałam stare listy od Jannego albo jego ubrania. To niezwykłe, że zostało mi po nim tyle rzeczy, chociaż spędziliśmy razem zaledwie trzy lata. Nie zdążył stać się ważną częścią mojego życia, ale sporo po sobie pozostawił.
Zapłaciłam taksówkarzowi, wysiadłam z samochodu i pchnęłam furtkę. Do niebieskich drzwi wejściowych prowadziła biegnąca przez ogródek kamienna alejka. Nie wiedziałam, na czym polega mój plan, bo go nie miałam. Zależało mi głównie na tym, żeby po raz pierwszy od wielu lat rozmówić się z ojcem mojego syna. Taką poczułam potrzebę.
Po tym, jak Janne nas opuścił, utrzymywaliśmy dość luźne relacje, ale to nie było tak, jak twierdził Andreas, że w ogóle przestałam się kontaktować z jego ojcem. Prawda była jednak taka, że Janne był zainteresowany tylko sobą. To, że przez lata bez większego entuzjazmu przekazywałam Andreasowi jego listy i kartki urodzinowe, wynikało z tego, że chciałam być wobec niego lojalna. Mimo że Janne przez pewien czas prowadził podwójne życie i zdradzał mnie, a tym samym zdradzał naszego syna. Najwidoczniej nie udało mi się w pełni ukryć tego, co w związku z tym czułam, nad czym ubolewałam.
Andreas, już jako dorosły, często wspominał o listach, które dostawał od ojca, gdy był dzieckiem. Twierdził, że - jak się wyraził - przeczytał je "bez mojego filtra". Jako mężczyzna mógł na nie spojrzeć inaczej niż z perspektywy rozczarowanego dziecka, ponieważ więcej już wtedy rozumiał. Twierdził nawet, że jako ojciec znajduje między wierszami więcej, niż kiedy był mały. Brzmiało to tak, jakby przemawiał przez niego Janne. To niby ja nim manipulowałam, a jego ojciec zasługiwał na współczucie, bo zawsze się go domagał. Teraz Andreas wziął jego stronę. Janne mógł triumfować, jego marzenie się spełniło.
A ja stałam przed jego domem i w pewnym sensie znowu byłam uzależniona od człowieka, z którym po tym, jak mój syn skończył osiemnaście lat, nie chciałam mieć nic wspólnego.
Janne Fors zostawił mnie z dzieckiem, gdy nie miałam jeszcze dwudziestu pięciu lat. Po prostu sobie poszedł. Zamknął drzwi i nigdy nie wrócił. Dosłownie. Nie mogłam się z tym pogodzić, bo wydawało mi się, że o takich historiach czyta się tylko w gazetach. Ojciec rodziny wychodzi do kiosku po papierosy i nie wraca. Tamtego dnia pokłóciliśmy się, bo dużo pracował i często był nieobecny w domu, zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Po kłótni włożył kurtkę i pod wpływem emocji wyszedł. Mijała noc, a ja czekałam na jego powrót. Myślałam, że poszedł do knajpy, upił się i gdzieś zasnął, ale kiedy następnego dnia po południu wciąż nie było go w domu, zaczęłam się niepokoić. Obdzwoniłam jego kolegów i szpitale, bo myślałam, że zdarzył mu się wypadek albo ktoś go napadł.
Zadzwonił po trzech dobach i oznajmił, że już do nas nie wróci.
Z czasem wszystko zaczęło mi się układać w logiczną całość: jego wyjazdy służbowe do Skanii i Danii, a także to, że często nie mogłam się do niego dodzwonić. Prawdy dowiedziałam się później, kiedy jego syn skończył pół roku, ale Janne nawet wtedy nie miał odwagi się przyznać, od kiedy mnie zdradzał. Sama musiałam zbierać pojedyncze puzzle, żeby je ułożyć w całość.
Czy może dziwić, że kiedy po długim czasie nagle sobie przypomniał, że ma syna, z którym od czasu do czasu powinien porozmawiać, nie poparłam jego starań? Chciał być dla Andreasa namiastką ojca! To, co wtedy zrobiłam, uczyniłam dla dobra Andreasa. Janne już raz nas zranił i nie zamierzałam godzić się na to, żeby znowu skrzywdził mojego syna.
Od czasu do czasu przyjeżdżał do Sztokholmu. Dzwonił z dnia na dzień i informował, że chce się spotkać z Andreasem. Zachowywał się tak, jakby chciał się nagle zjawić, pobyć trochę z synem i znowu zniknąć. Być może powinnam częściej godzić się na ich spotkania, ale nie robiłam tego, bo wiedziałam, jaki Janne jest naprawdę. Najchętniej wyszedłby z domu, żeby zniknąć na resztę życia.
Przez pewien czas wyglądało to trochę lepiej. On i Andreas spotykali się bardziej regularnie, a ja zgodziłam się nawet na to, żeby syn spędzał jeden weekend na miesiąc w Kopenhadze. Dla Andreasa były to ważne wizyty. Poznał przyrodnie rodzeństwo i mógł dłużej przebywać z ojcem. I nagle coś się zmieniło: Janne znowu był zapracowany i przez dwa miesiące nie miał dla niego czasu. Pod różnymi pretekstami przekładał wizyty syna na później. A to jego dzieci miały ospę, a to Helle dostała zapalenia płuc... Stale pojawiały się jakieś przeszkody. Za każdym razem to ja musiałam wyjaśniać Andreasowi, dlaczego jego ojciec woli swoją nową rodzinę.
W końcu mnie to znużyło, bo nie mogłam ciągle dopasowywać naszego życia do nieregularnych planów i pomysłów byłego męża. Kiedy on miał wolne, a ja byłam zajęta, odmawiałam. Potem twierdził, że celowo uniemożliwiałam mu spotkania z Andreasem, i po części miał rację: czasem specjalnie odwoływałam jakieś spotkanie albo przenosiłam je na inny termin. Chciałam, żeby Janne sam posmakował, jak to jest, kiedy on tak robi. Czułam się świetnie, gdy nie dochodziło do umówionego spotkania. Możliwe, że moje postępowanie było małostkowe, ale miałam nadzieję, że da pozytywny efekt, że Janne wreszcie się ogarnie i lepiej zacznie planować spotkania z Andreasem.
Drżącą ręką nacisnęłam dzwonek i chwilę później usłyszałam za drzwiami szybkie kroki.
Helle trochę się postarzała, ale i tak zawsze i wszędzie bym ją poznała. Spojrzenie nadal miała tak samo intensywne jak to, które zapamiętałam. Widziałyśmy się parę razy, ale nigdy nie rozmawiałyśmy. Do naszego pierwszego spotkania doszło kilka lat po ogłoszeniu separacji. Janne przyjechał po Andreasa do domu przy Atlasmuren, a ona czekała na nich w samochodzie po drugiej stronie ulicy. Obserwowałam, jak z niego wysiada i wita się z moim synem. Sprawiło mi to taki sam ból jak wtedy, kiedy Janne do mnie zadzwonił i oznajmił, że między nami wszystko skończone.
Teraz Helle przyglądała mi się tak intensywnie, jakby próbowała sobie przypomnieć, kim jestem. W końcu zauważyłam po jej minie, że już mnie rozpoznała. Starała się ukryć zdziwienie, ale bez powodzenia. Po latach spędzonych z moim byłym mężem posługiwała się duńsko-szwedzką mieszanką, dzięki czemu łatwiej ją rozumiałam.
- Cześć, ?sa. Wejdź. Jannego nie ma w domu, ale niedługo wróci.
Przez chwilę wahałam się, ale weszłam do ich duńskiego bliźniaka. Nigdy przedtem w nim nie byłam. To tu Andreas przyjeżdżał jako chłopiec, chociaż nie zamieszkał z nimi na stałe. Trochę się orientowałam, jak ten dom wygląda, ponieważ oglądałam podobny wystawiony na sprzedaż w duńskim internecie. Co ciekawe, stał przy tej samej ulicy co ten. Andreas odwiedzał ich wtedy trochę częściej, a ja fatalnie się czułam, obserwując na odległość tę duńsko-szwedzką idyllę. Mimo to nie mogłam się powstrzymać. Czułam się tak, jakbym wbrew wszelkim zaleceniom rozdrapywała starą ranę, ale musiałam wiedzieć, w jakich warunkach mój syn przebywa w czasie swoich wizyt w Danii. Dom, który znalazłam na stronie internetowej duńskiej agencji nieruchomości, "wyposażałam w meble", które - jak sobie wyobrażałam - Janne i jego nowa żona mogli kupić. Teraz, po wejściu do środka, od razu zorientowałam się, że wnętrze wygląda zupełnie inaczej. Garaż też nie był idealną kopią garażu sąsiadów, bo został przebudowany i odnowiony.
Szłam za Helle i przyglądałam się jej: miała szerokie biodra i jak na swój wiek zadziwiająco czarne włosy. Może je farbowała?
Weszłyśmy do kuchni przylegającej do salonu. Przy wychodzących na ogród dużych oknach zauważyłam pełno roślin, które się wiły po sam sufit jak zielona tkanina. Przypomniały mi o Andreasie, więc pomyślałam, że na pewno mu się to spodobało. Helle zauważyła moje spojrzenie i wyjaśniła:
- Gdyby to ode mnie zależało, nie mielibyśmy tu tej dżungli, ale Janne się uparł i tak zostało.
A mnie zawsze wydawało się, że Andreas miał słabość do roślin po mojej mamie. Teraz nie byłam już taka pewna. Może odziedziczył ją po ojcu?
- Janne nie mówił, że nas odwiedzisz...
- Nie wiedział o tym.
Helle skinęła głową.
- Przygotować ci coś do jedzenia? Ciasto? Kanapkę?
- Dzięki, ale nie jestem głodna.
- To może napijesz się kawy?
Kawy też nie chciałam, więc pokręciłam głową. Mimo to, nie czekając na moją odpowiedź, włączyła ekspres.
- Dwa tygodnie temu był u nas Andreas z Samem i Jossan. Spędzili z nami kilka dni. Masz słodkiego wnuka. Trochę to niezwykłe, że Janne jest jego dziadkiem.
Helle wypowiedziała to ostatnie zdanie żartobliwym tonem, a ja tylko skinęłam głową, choć jej słowa dały mi wiele do myślenia. Andreas był u nich dwa tygodnie temu... W czasie naszej ostatniej rozmowy wspominał, że się spotkał z ojcem. Myślałam jednak, że to Janne przyleciał do Sztokholmu w sprawach służbowych albo w jakiejś innej sprawie i przy okazji widział się z synem. Nigdy bym nie pomyślała, że Andreas, Jossan i Sam pojechali do Kopenhagi. No właśnie... Jossan... Denerwowało mnie to zdrobnienie w ustach Helle, bo używali go tylko Andreas i ich znajomi. Zrobiło mi się słabo i musiałam usiąść. Helle popatrzyła na mnie niespokojnie.
- Na pewno nic nie zjesz? - spytała.
- Może coś małego - odparłam.
Zajrzała do szafek i położyła na stole tacę z orzechami i owocami. Obok niej postawiła butelkę wody mineralnej. Tymczasem mnie zaczęła drgać powieka. Starałam się robić obojętną minę, ale obleciał mnie strach, że Janne się domyśli, w jak złym jestem stanie. W czasie przygotowania posiłku Helle zatrzymała się nagle w pół ruchu i popatrzyła na mnie wyrozumiale, ale także z pewną dozą krytyki w oczach.
- Rozumiem, że ci trudno, ale Janne bardzo się starał. Zależało mu, żeby się mocniej zaangażować. Nie jest taki okropny, jak ci się wydaje.
Powiedziała to tak, jakby istniała jakaś fizyczna przeszkoda, która nie pozwalała mu być dobrym ojcem. Przypuszczałam, że według niej to ja nią byłam. Janne na pewno przedstawił jej swoją wersję, podobnie jak zrobił to wobec Andreasa. Nie wiedziałam, co powiedzieć, bo siedziałyśmy w eleganckiej kuchni wiele lat po tym, jak Helle odebrała mi męża, zaszła z nim w ciążę i rozbiła mi rodzinę, podczas gdy ja przez cały ten czas niczego się nawet nie domyślałam. A teraz mamy udawać, że nic się nie stało? Być może zauważyła, że mnie rozzłościła, bo nagle zaczęła mnie chwalić.
- Chcę tylko powiedzieć, że wykonałaś świetną robotę. Nie było ci łatwo, ale Andreas wyrósł na fantastycznego człowieka.
Zdobyłam się na uśmiech, bo skąd mogła wiedzieć, jak sobie radziłam?
- Starałam się, jak mogłam.
- Bycie matką nie jest takie proste. - Nagle zaśmiała się, jakby powiedziała coś zabawnego. - Myślę, że nasze dzieci... to znaczy moje i jego... też kiedyś trafią na kanapę u terapeuty... - Przerwała, bo chyba do niej dotarło, jak to zabrzmiało. - Nie twierdzę, że to coś nienormalnego... Nie to miałam na myśli...
- Nic się nie stało - rzuciłam.
W tym samym momencie trzasnęły drzwi wejściowe i usłyszałam odchrząknięcie. Helle odetchnęła z ulgą, że nie będzie musiała dłużej ze mną rozmawiać.
Mimo upływu lat Janne nadal miał długie włosy, chociaż były siwe i zebrane w żałosny, typowy dla mężczyzny w średnim wieku kitek. Wyglądał jak stary hippis, któremu przybyło lat, ale nadal ubierał się jak dawniej, żeby zachować wizerunek fajnego faceta.
- ?sa? Ty tutaj? Witaj...
Janne miał równie zdumioną minę jak jego żona, kiedy otworzyła mi drzwi.
- Właśnie zaparzyłam świeżą kawę, kochanie. Może się napijesz? - spytała Helle i niespokojnie zerknęła w moją stronę. Minę miała taką, jakby przed nią stała dawna ?sa: młoda, zagniewana i zrozpaczona. Nie wiedziałam, co Janne jej o mnie naopowiadał i jak układały się ich stosunki.
Co do jednego mogłabym ją zapewnić: nic nie czułam do byłego męża. Ale byłam na niego zła z powodu Andreasa.
- Chciałabym z tobą porozmawiać - odezwałam się.
Moje słowa zagłuszyło rzężenie ekspresu. Helle nalała mi kawy, a Janne wziął od niej dzbanek.
- Wyjdę się przejść, a wy sobie w tym czasie porozmawiajcie - powiedziała. - Miło było cię poznać, ?so.
Próbowałam się uśmiechnąć, ale im dłużej przebywałam w ich domu, z tym większym trudem mi to przychodziło.
- Jeśli wrócę i nadal tu będziesz, zapraszam na kolację - dodała. - Możesz też u nas przenocować.
- Długo nie zabawię - odparłam oschłym głosem.
Nie byłam już w stanie zdobyć się na cieplejszy. Chociaż od mojego rozstania z Jannem minęło wiele lat, a Helle po bliższym poznaniu okazała się całkiem miła, i tak nie chciałam mieć z nią do czynienia. To, co się wydarzyło przed laty, a także niedawne wydarzenia sprawiały mi zbyt wielki ból, żebym mogła bawić się w uprzejmości.
- Rozumiem... w takim razie życzę wam miłej rozmowy. Pozdrów ode mnie Andreasa, Sama i Jossan.
Przełknęłam głośno ślinę, bo z trudem powstrzymywałam się, żeby się nie rozpłakać.
Ja i Janne siedzieliśmy w milczeniu i czekaliśmy, aż Helle ubierze się i wyjdzie z domu. Kiedy zostaliśmy sami, wzięłam ze stołu butelkę wody mineralnej i upiłam łyk. Policzyłam w myślach do dziesięciu i zaczęłam.
- Słyszałam, że był u was Andreas.
- Tak, to była całkiem przyjemna wizyta. Poznałem Sama i Jossan.
- Ona ma na imię Josefin. Tylko Andreas nazywa ją Jossan.
Janne zignorował moje słowa.
- Znalazł sobie wspaniałą żonę, a ich synek jest wprost fantastyczny.
Znowu poczułam dławienie w gardle.
- O ile się orientuję, Sam jest twoim pierwszym wnukiem...
- Tak... Naszym dzieciom jeszcze daleko do tego, żeby... - Nie dokończył zdania, tylko nalał sobie kawy z dzbanka. - A ty jesteś jego babcią - dodał. - Dziwne.
- Co w tym dziwnego? - spytałam i obrzuciłam go chłodnym spojrzeniem. To, że zostałam babcią, nie było niczym niezwykłym. Dziwne było to, że nie wolno mi się spotykać z moim wnukiem ani z synem. Janne jak zwykle mnie zdenerwował. Wszystko, co się wydarzyło, było jego winą. - To twoja zemsta?
- Jaka zemsta? - Poznałam po jego minie, że jest szczerze zdziwiony moim pytaniem.
- Marzyłeś, żeby się na mnie zemścić?
- To raczej ty o tym marzyłaś, nie ja.
- Ja nie, ale ty na pewno.
Zerwałam się z krzesła i zrobiłam to tak gwałtownie, że przewróciłam butelkę. Spadła na podłogę i rozbiła się na tysiąc kawałków.
- Uspokój się, do cholery! Co ty wyprawiasz?
- Nastawiłeś Andreasa przeciwko mnie.
- Nic takiego nie zrobiłem.
- Jasne... Ty nigdy nic nie zrobiłeś. To ja musiałam dać z siebie wszystko i to ja się nim zajmowałam, a teraz zrzucasz na mnie winę za to, że go zostawiłeś. Czy to twoim zdaniem uczciwe postawienie sprawy?
- Myślę, że potrzebujesz pomocy.
Zabrzmiało to tak jak dawniej, kiedy byłam w sytuacji podbramkowej i bardzo potrzebowałam pomocy. A gdzie on wtedy był? Gnojek! Poczułam, że mózg mi eksplodował. Kim on jest, żeby mnie pouczać?
- To raczej ty potrzebujesz pomocy - odparłam. - Zostawiłeś mnie z małym dzieckiem, a teraz próbujesz zwalić winę na mnie, chociaż to ja się nim przez tyle lat opiekowałam.
- Andreas zadzwonił i spytał, czy mogą do nas przyjechać. Miałem mu odmówić?
- Mów prawdę!
Cała aż się trzęsłam ze złości, ale Janne odpowiadał mi irytująco spokojnym tonem, jakby chciał pokazać, że to on jest dorosły, nie ja.
- O tym, co się wtedy stało, w tym także o swoich błędach, mogłem mu tylko opowiedzieć, ale nie miałem wpływu na to, jakie z tego wyciągnie wnioski.
- O twoich błędach? To nie były błędy, tylko zdrada. Powiedziałeś mu to?
- Tak.
- Co konkretnie?
- Że byłem młodym, niedojrzałym człowiekiem, egoistyczną świnią, która na niego nie zasługiwała.
- No to dlaczego jest zły na mnie, a nie na ciebie?
- Myślę, że jest rozczarowany, bo nie okazywałaś mu większego wsparcia.
Zaczęłam się ochryple śmiać.
- Że co?! - rzuciłam. - Że nie okazywałam mu wsparcia? Żartujesz?
- Z jego perspektywy mogło to tak wyglądać. Z mojej zresztą też. Nie wiem, ile razy chciałem się z nim spotkać, ale mi odmawiałaś.
- Miałam na każde twoje gwizdnięcie wszystko rzucać?
- Wcale tak nie było.
- A jak było? Czy przyjeżdżałeś do niego za każdym razem, kiedy mu obiecałeś? Nigdy go nie zawiodłeś? Nie odwołałeś żadnej wizyty? Tylko ja byłam na nie?
Na myśl o tym, jak Janne zapamiętał tamte czasy, krew mnie zalała.
- Owszem, przez pewien czas sytuacja była lekko niestabilna, ale nie tylko z mojego powodu, i dobrze o tym wiesz.
Nie zamierzałam wysłuchiwać dalszej części jego mowy obronnej. Postanowiłam zignorować jego insynuacje i wrócić do ważniejszych wątków.
- Dziecko potrzebuje poczucia bezpieczeństwa. Ma też nadzieję, że rodzice dotrzymają obietnic.
- Przykro mi, że przez te pierwsze lata nie było mnie tam, gdzie powinienem być. Przyznaję, że to wyłącznie moja wina. Zwłaszcza kiedy pomyślę o...
Nie mogłam pozwolić, żeby szedł tą drogą, więc mu przerwałam.
- Przykro ci? Słabo to zabrzmiało.
- Próbuję mu to wyjaśnić. Najbardziej zależało mu na tym, żeby zrozumieć i usłyszeć, jak go proszę o wybaczenie.
- To znaczy, że tobie wybaczył, a mnie nie?
- Tego nie powiedziałem. W każdym razie to już coś na początek. Myślę, że ty też powinnaś z nim porozmawiać... no wiesz... - Janne zrobił zmieszaną minę, jakby się wstydził.
Poczułam, jak uchodzi ze mnie powietrze. Andreas kupił jego wersję, uwierzył mu i wybaczył. Janne wziął na siebie winę za sytuacje, w których odmawiałam mu spotkań z synem albo kiedy nagle zmieniał swoje plany. Brzmiało to tak, jakby sam się za to krytykował, chociaż wiedział, że w ten sposób stawia mnie w oczach Andreasa w złym świetle. Janne w ogóle się nie zmienił; zachowywał się po staremu i nic nie mogło tego zmienić. Ale nie przyjechałam tu po to, żeby się z nim rozprawić. Na to było już za późno.
- Musisz z nim porozmawiać - oświadczyłam. - Andreas nie chce się ze mną spotykać, bo uważa, że to wszystko moja wina.
- Wolę nie ryzykować, bo nasze relacje są jeszcze zbyt kruche.
Zauważyłam w jego oczach coś w rodzaju współczucia i przestraszyło mnie to bardziej niż jego słowa.
- Zrób to, proszę! - zawołałam. - Przecież znasz prawdę.
Słyszałam swój głos, który dochodził jakby z zewnątrz. Słyszałam, jak błagam o pomoc i litość człowieka, który zranił mnie najbardziej. Poniżałam się przed nim tak bardzo, jakbym upadła na samo dno.
A on tylko na mnie patrzył i milczał.
Janne podrzucił mnie na dworzec. Wydało mi się to swojskie i dziwnie znajome, chociaż przez lata prawie nie rozmawialiśmy i nie spotykaliśmy się. Barierą między nami był nasz nieudany związek i wspólne poczucie winy. Janne otworzył bagażnik i wyjął z niego moją walizkę.
- Daj mu trochę czasu, wszystko się jakoś ułoży - powiedział.
W jego głosie wyczułam nutkę, która mogła świadczyć o wyrzutach sumienia. Bardzo mnie irytowało, że wypowiadał się o naszym synu w taki sposób. Zabrzmiało to tak, jakby go dobrze znał, chociaż o niczym nie miał pojęcia. Ja też popełniałam błędy, ale to jego ominęły wszystkie najważniejsze chwile i zdarzenia. Noce, kiedy Andreas budził się z koszmaru i płakał niepocieszony; jego głośne protesty, kiedy w późniejszych latach nie chciał chodzić zbyt wcześnie spać i tupał ze złości nogami. W takich sytuacjach dopiero po paru godzinach udawało mi się położyć go do łóżka. Byłego męża nie było u mojego boku, kiedy zachorowałam na grypę i dostałam wysokiej gorączki. Moi rodzice byli wtedy za granicą, więc zostałam sama z pięciolatkiem, który próbował mnie pocieszyć delikatnymi dziecięcymi rączkami i przynosił mi wodę do picia. Odbierałam go ze szkoły i go do niej zawoziłam, ślęczałam z nim przy książkach, chodziłam do dentysty i na zakończenie roku szkolnego. Kiedy spadł z drzewa i doznał wstrząśnienia mózgu, Janne mieszkał w Danii. Nie czuwał w szpitalu, gdy jego synowi wycinano wyrostek. Nie widział, jak w ostatnim dniu pobytu w żłobku czteroletni Andreas z dumą niósł flagę. Nie siedział w szkolnej auli i nie płakał z dumy, gdy w szóstej klasie Andreas odbierał wyróżnienie za rysunki. Nie było go, kiedy dyrektor szkoły wezwał naszego syna na rozmowę po tym, jak ten rozbił łuk brwiowy starszemu o dwa lata chłopakowi, który próbował wymusić od niego pieniądze. Nie było go przy synu, kiedy Andreas po raz pierwszy w życiu zakochał się nieszczęśliwie, bo Linn Jakobsson z trzeciej klasy wybrała chłopca z sąsiedztwa zamiast niego. Janne nie zaznał tego wszystkiego, czego doświadczyłam: drobnych ani wielkich spraw. Nie wiedział o swoim synu nic. Dosłownie.
Mimo to powstrzymałam się i nie powiedziałam tego, co tak naprawdę czuję i myślę, ponieważ doszłam do wniosku, że jeśli jeszcze bardziej skłócę się z byłym mężem, w niczym mi to nie pomoże. Miałam cichą nadzieję, że kiedy będzie ku temu okazja, powie coś Andreasowi na moją korzyść, a gdy dojdzie do sytuacji podbramkowej, weźmie mnie w obronę, zamiast rozcieńczać prawdę i opowiadać synowi nieprawdziwe historie o jego dzieciństwie.
Kiedy jechaliśmy z Valby na Dworzec Główny w Kopenhadze, powiedział, że w czasie swojej ostatniej wizyty Andreas i Jossan rozmawiali z nim do późnej nocy. Andreas wyjawił mu, że jego listy musiał czytać po kryjomu, a kiedy opowiadałam o nim paskudne rzeczy, źle się z tym czuł, chociaż starałam się ograniczać takie opinie do minimum. Wiele mogłabym opowiedzieć synowi o jego stale nieobecnym ojcu, ale nie robiłam tego. To, co Andreas nazwał "paskudnymi rzeczami", dla mnie było próbą wyjaśnienia pewnych kwestii i odpowiedzi na pytania. Na przykład: dlaczego ojciec nie przyjechał, chociaż mu to obiecał, albo czemu nie mogliśmy się z nim spotykać, kiedy pod wpływem nagłego impulsu chciał się z nami zobaczyć, co akurat kolidowało z naszymi planami?
Wyglądało na to, że Janne umocnił Andreasa w jego zafałszowanej wizji tamtego okresu. Była to oczywiście jego wersja prawdy.
Być może w pamięci zrozpaczonego małego chłopca mogło to tak wyglądać. Andreas próbował chronić swoje zdruzgotane serce przed takim draniem jak Janne. Niezależnie od tego, co mówiłam i co robiłam, moje słowa były celowo przekręcane i wyjmowane z kontekstu, przez co z góry zostałam skazana na porażkę.
A Janne mi nie pomagał. Dziękował losowi, że w końcu stał się "porządnym facetem" i zniknął z czarnej listy Andreasa. Był przeszczęśliwy, że może się spotkać z Samem, porozmawiać z Andreasem i Jossan. Twierdził, że także według Jossan wszystko to było dziwne, a nasz rozwód nie wyglądał na zwykły ani typowy. Dodał, że wykazała się wobec mnie dużą empatią i wyczuciem. Uważał, że zachowała się wspaniale, próbując pomóc Andreasowi w zaleczeniu dawnych ran. Josefin... Starałam się ją poznać i bardzo o to walczyłam, chociaż przez cały czas trzymała mnie na dystans i nie okazywała żadnego zainteresowania moimi staraniami. A teraz nagle zaczęła oceniać nie tylko to, jak zachowywałam się wobec niej i dorosłego Andreasa, ale także to, co się wydarzyło, kiedy był małym chłopcem. Komentowała moje relacje z Jannem po jego odejściu, chociaż nie miała o nich pojęcia.
Byłam wściekła, ale stopniowo miejsce złości zajęła rezygnacja. Moja mama mówiła w takich sytuacjach, że życie zatoczyło koło i ugryzło mnie w ogon. Czyżby to była odwrócona karma? Jak wtedy, kiedy komuś, kto całe życie poświęcił na bycie dobrą matką, rzucono tę dobroć w twarz? Czułam się tak, jakby ktoś na mnie napluł.
*
Zanim się pożegnaliśmy, Janne uścisnął mnie na pocieszenie.
- Nic nie powiedziałem... no wiesz... Więc o to nie musisz się niepokoić.
Stałam sztywno, a kiedy Janne mnie puścił, wsiadłam do pociągu i nawet się nie odwróciłam, żeby na niego spojrzeć.
Po urodzinach Andreasa kontakty ze Stiną nagle się urwały, ale w mojej świadomości nasza przyjaźń nadal trwała. Stina była dla mnie najdawniejszą przyjaciółką i wcześniej zdarzało się, że przez jakiś czas nie odzywałyśmy się do siebie. Tym razem jednak wyglądało to inaczej niż zwykle. Po powrocie z Kopenhagi zadzwoniłam do niej i spytałam, czy nie chciałaby do mnie wpaść. Oprócz mojej mamy to właśnie ona była najbliższym ogniwem łączącym mnie z Andreasem, a mnie i Jannego znała tak dobrze jak nikt inny. W końcu to ona mi go przed laty przedstawiła i to dzięki niej - albo raczej przez nią - zostaliśmy parą i wzięliśmy ślub. Znali się z dzieciństwa, bo mieszkali po sąsiedzku w tej samej wsi. Nie obciążałam jej winą za to, co się między mną a nim wydarzyło, bo chociaż czasem zarzucała mi, że jestem dla byłego męża zbyt surowa, przez cały ten czas była dla mnie oparciem. W niektórych sytuacjach próbowała nawet między nami pośredniczyć.
Lecz przede wszystkim była ogniwem, które łączyło mnie z Josefin. A jeśli ktoś miał mi pomóc w dotarciu do Andreasa, to tylko Josefin. Założyłam, że chce mu pomóc, ale powinna zrozumieć, że to błędna droga, bo wpływała na niego w sposób, który miał katastrofalne skutki dla całej naszej trójki. Przypuszczałam, że miała spory udział w tym, co się stało. Nie twierdzę, że wszystko, co złe, stało się przez nią, ale byłam przekonana, że kryzys w życiu mojego syna wyglądałby inaczej, gdyby nie ona i Karin. Zwłaszcza po tym, co Janne mi opowiedział o ich wizycie w Kopenhadze. Potwierdził jedynie moje podejrzenia, że Josefin utwierdzała Andreasa w przekonaniu, że to ja jestem wszystkiemu winna. Wiem, że zasługiwałam na krytykę, ale mogliśmy ten problem omówić i rozwiązać wspólnie z Andreasem, tak jak to robiliśmy dawniej, kiedy działo się coś złego. Gdyby nie ona, na pewno by tak było. Zamierzałam porozmawiać ze Stiną, bo chciałam odzyskać syna. Najbardziej jednak niepokoiło mnie jego samopoczucie. Miałam też wątpliwości, czy Josefin jest najlepszą partnerką, jaka mogła mu się trafić. Andreas twierdził, że jest beze mnie szczęśliwy i zadowolony, ale trudno mi było w to uwierzyć. Zależało mi, żeby się w końcu wybudził z tego snu i znowu stał się sobą.
Gdybym mogła cofnąć czas, w wielu sprawach postąpiłabym inaczej. Przecież żaden rodzic - a przynajmniej ich zdecydowana większość - nie chce świadomie zaszkodzić swojemu dziecku. Przeciwnie: stara się, jak może. Tak jak Andreas i Josefin starają się robić wszystko dla Sama. Niestety, czasem popełniamy błędy i mimo dobrych chęci dochodzi do katastrofy.
*
Gdy Stina weszła do pokoju i usiadła na kanapie, od razu zauważyłam, że jest lekko spięta. Siedziałyśmy tak wiele razy wcześniej, piłyśmy herbatę albo wino i nasze rozmowy toczyły się w ożywionym tempie. Gadałyśmy o sprawach ważnych i nieważnych, a ponieważ dobrze się znałyśmy, nie brakowało nam odwagi, żeby wyrażać różne opinie bez obawy, że się wzajemnie zranimy. To była przyjazna bezwarunkowa przyjaźń.
Ale od pewnego czasu układ sił się zmienił i szala przechyliła się na jej stronę. Tym razem leżało na niej coś więcej niż tylko przyjaźń. Wzajemna lojalność rozbijała się o nasze dzieci i wnuka. Stina przez długi czas nie mogła mi spojrzeć w oczy. Podobnie było z Björnem, kiedy ostatnio z nim rozmawiałam. Czyżby miała wyrzuty sumienia? Nie rozmawiałyśmy o wydarzeniach ostatnich miesięcy, po tym, jak trafiłam do zamrażarki. Na przykład o tym, że Stina i Björn zaangażowali się w rozwój kwiaciarni i zawsze mieli swobodny dostęp do Sama, podczas gdy mnie musiały wystarczyć zdjęcia, która moja mama robiła telefonem i później mi je wysyłała. Stina prowadziła życie jak marzenie, podczas gdy ja musiałam się zmagać z koszmarem. Starałam się nie okazywać smutku ani zgorzknienia, ale akurat od niej oczekiwałam zrozumienia i współczucia.
Opowiedziałam jej o wszystkim: o kolacji z Andreasem i o wyjeździe do Kopenhagi, o rozmowie z Helle i o wizycie, którą Andreas i Josefin złożyli jej i Jannemu. O tym, że winę za to, jak się układały jego relacje z ojcem, Andreas zwalił na mnie, o tym, że syn nie chce utrzymywać ze mną kontaktów, a także o tym, że ojciec i Josefin utwierdzają go w tym postanowieniu i że moim zdaniem to ona dolewa oliwy do ognia. Mówiłam o tym wszystkim tak, by Stina nie pomyślała, że moim zdaniem za wszystko, co złe, obwiniam jej córkę.
- Czy mogę coś powiedzieć? - spytała, pochylając się w moją stronę.
Zabrzmiało to tak, jakby zamierzała wyrazić krytykę, ale udałam, że tak tego nie odebrałam, i skinęłam głową.
- Właśnie o tym z tobą rozmawiałam, kiedy Andreas był małym chłopcem. Próbowałam ci wytłumaczyć, że nie powinnaś go nadmiernie chronić, bo kiedyś to wróci i uderzy w ciebie rykoszetem. Rozumiem, że było ci ciężko, a Janne w wielu sprawach cię zawiódł, ale to Andreas był największym przegranym. Może powinnaś posłuchać, co ma ci teraz do powiedzenia?
Nie byłam w stanie tego przełknąć. Przecież tak właśnie postępowałam: słuchałam syna i innych osób, a na końcu wzięłam winę na siebie. Co jeszcze mogłam zrobić? Gdybym wiedziała, że wina zostanie mi wybaczona, jeśli wytarzam się w smole, na pewno byłabym na to gotowa. Nie potrafiłam kłócić się ze Stiną ani nie miałam na to ochoty, więc po prostu zgodziłam się z nią i przyznałam jej rację. Tak, powinnam była uważniej słuchać, tak, powinnam była postępować inaczej... powinnam... powinnam i jeszcze raz powinnam.
Mimo to czułam się zawiedziona. Przecież Stina na własne oczy widziała, jak Janne się zachowywał, i wiedziała, że próbowałam chronić Andreasa przed skutkami postępowania jego ojca. Teraz, kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, sama widzę, że czasem posuwałam się za daleko, ale niektóre sprawy są zbyt wyolbrzymiane, co uważam za niewłaściwe.
Chciałam skupić się na tym, jak naprawić to, co się stało. Zaczęłam od Josefin. Ostrożnie i starannie dobierałam słowa i zapewniałam przyjaciółkę, że bardzo lubię jej córkę i że jest dla mnie ważna. Spytałam Stinę, czy zauważyła, że Josefin i Andreas nie są już dla siebie tacy jak kiedyś, że Josefin kontroluje go w niezdrowy sposób, co miałam okazję obserwować z bliska, bo przez pewien czas u mnie mieszkali. Andreas tańczył, jak mu zagrała. Wyglądało to dokładnie tak samo jak przed laty, kiedy Stina i Björn też jej się podporządkowywali. A teraz ubzdurała sobie, że Andreas poczuje się lepiej, jeśli przestanie się ze mną spotykać. Mogę zrozumieć, że po tylu błędach, które popełniłam, Josefin niekoniecznie mnie lubi, ale nie powinna zniechęcać do mnie mojego syna, wmawiając mu, że jego życie beze mnie stanie się lepsze. Bywa, że stosunki synowej z teściową nie układają się najlepiej, że coś je od siebie odstręcza, ale jeśli Josefin uważa, że jestem trudną osobą, mogę spotykać się tylko z Andreasem i Samem. Zaapelowałam do Stiny, żeby spróbowała przekonać córkę, że moje relacje z Jannem nie były czarno-białe i nie powinna łączyć z tą sprawą tego, co czuje do mnie. Nie mogłam się też powstrzymać i wspomniałam o incydencie z pluszakiem w Sälen, który pokazał, jak Josefin steruje rodziną. To przede wszystkim ona powinna się poddać terapii, nie Andreas. Jeśli tego nie zrobi, w przyszłości może się to odbić na Samie, co właściwie pewnie już się dzieje.
Potem trochę żałowałam, że to powiedziałam; zauważyłam, że moje słowa poruszyły Stinę. Uznałam jednak, że w końcu powinna to od kogoś usłyszeć, bo kiedy ona mnie za coś krytykowała, nie wahała się mówić mi tego wprost. Björn się do tego nie nadawał, ponieważ był od niej uzależniony.
- Przepraszam za szczerość - dodałam. - Ale sama wiesz, że nigdy nie umiałam cię okłamywać. Chyba nie weźmiesz mi tego za złe?
Zauważyłam, że w jej oczach dokonała się jakaś zmiana. Poczucie winy zgasło i w jego miejsce pojawiło się coś innego. Dlaczego nic nie mówi? Czemu milczy?
W końcu uniosła kieliszek z winem, który przed nią postawiłam dla rozluźnienia atmosfery, i wychyliła spory łyk. Policzki miała lekko zaczerwienione.
- Jeśli mamy być wobec siebie szczere, bądźmy takie do końca. Chciałam z tym poczekać, bo masz kruchą naturę, ale po tym, co właśnie powiedziałaś, doszłam do wniosku, że nadszedł czas.
Teraz już wiedziałam, że nie powinnam była mówić o tej historii z pluszakiem. Jak mogłam być tak głupia, żeby do tego wracać? Znowu straciłam nad sobą panowanie. Spodziewałam się, że Stina wygłosi mowę w obronie córki w typowym dla siebie, pouczającym, tonie, ale to, co usłyszałam, naprawdę mnie zaskoczyło.
- Kontaktowałam się z Jannem.
Z początku sens jej słów nie do końca do mnie dotarł. Kontaktowała się z moim byłym mężem? Jak to?
- Czy ty też byłaś u nich w Kopenhadze?
- Tak, ale dawno temu, kiedy Andreas był małym chłopcem. Janne nie mógł się z tobą dogadać i zwrócił się do mnie.
Próbowałam jakoś przełknąć słowa świadczące o tym, że moja najlepsza przyjaciółka dopuściła się wobec mnie zdrady. Milczałam, bo nie mogłam wykrztusić słowa. Stina mówiła do mnie zimnym, mechanicznym tonem. Opowiedziała mi, jak Janne mnie zostawił i wyprowadził się do Kopenhagi, żeby zamieszkać z Helle, jak potajemnie spotykała się z nim przez pierwsze pół roku, bo ja nie chciałam mieć z nim do czynienia. Informowała go wtedy o tym, co się działo w życiu jego syna. Dawała mu rysunki i zdjęcia i donosiła o sprawach, z których jej się w zaufaniu zwierzałam.
- Robiłam to dla Andreasa - zaznaczyła. - Gdybym ci o tym wtedy powiedziała, na pewno zerwałabyś ze mną wszystkie kontakty. Tak jak to zrobiłaś z byłym mężem i innymi osobami, które próbowały ci się przeciwstawić.
Zastanawiałam się, dlaczego Stina mi to robi. Bo ośmieliłam się skrytykować jej córkę? A może to wszystko zmyśliła, żeby mi dopiec?
- Być może nieładnie się zachowałam, działając za twoimi plecami, ale innego sposobu nie miałam, bo nie chciałaś mnie słuchać. Najważniejsze dla ciebie było zawsze to, czego ty chciałaś. Mówię o tym przez wzgląd na ciebie, żebyś nie popełniła tego samego błędu drugi raz.
Wróciłam myślami do czasów, kiedy Andreas był małym chłopcem, a moje relacje z Jannem były zainfekowane tym, co mi zrobił. Któregoś dnia Janne złożył oficjalny wniosek o wspólną opiekę nad synem. Przypomniałam sobie jak przez mgłę, że Stina próbowała o tym ze mną porozmawiać. Powiedziała, że takie rozwiązanie byłoby najlepsze dla całej naszej trójki. Ale mnie ten pomysł wydał się absurdalny. Miałam się dzielić opieką nad synem z mężczyzną, który mieszkał w innym kraju i nie mógł poświęcić mu nawet połowy swojego czasu? Przecież gdybym na przykład potrzebowała jego podpisu na jakimś dokumencie, musiałabym się za każdym razem z nim najpierw skontaktować i wysłać mu papiery listem poleconym do Danii. Z czysto praktycznych względów byłoby to skomplikowane. Stina uważała jednak, że miałoby to dla Andreasa i jego ojca symboliczne znaczenie. Słuchałam jej wtedy i czułam, że nie ma zielonego pojęcia, o czym mówi. Była moją najlepszą przyjaciółką, miała normalną rodzinę i nie wiedziała, co to znaczy być samotną matką. Odrzuciłam jej sugestie. Przyznaję jednak, że często pomagała mi w opiece nad Andreasem; odciążała mnie, kiedy pracowałam wieczorami albo wyjeżdżałam z wykładami, i była na każde moje zawołanie, gdy nie mogłam odebrać Andreasa z przedszkola lub ze szkoły albo w inny sposób nie radziłam sobie w codziennym życiu. Czy to przy takich okazjach Janne spotykał się z Andreasem, o czym dopiero teraz się dowiedziałam?
- Czekałam na dzień, kiedy Andreas ogarnie to wszystko swoim rozumem i ułoży sobie w spójną całość - kontynuowała Stina. - Teraz nie mogę już milczeć. Zwłaszcza po tym, jak zaatakowałaś Josefin.
Tymi słowami potwierdziła moje obawy, że nie będzie tolerować moich krytycznych wypowiedzi wobec swojej córki.
- Janne to zwykły gnojek - rzuciłam.
- Ma też swoje dobre strony i kocha Andreasa.
- On go w ogóle nie zna.
- Nie ułatwiasz sprawy. Andreas stara się go poznać. Jeśli mu na to pozwolisz, być może wróci do ciebie mimo tego, co się stało.
- Lepiej będzie, jeśli już sobie pójdziesz - stwierdziłam sztywnym tonem.
Chciałam jeszcze coś dodać, ale nie byłam w stanie. Zdrada, której się dopuściła, za bardzo mi ciążyła.
Stina wstała z kanapy i spojrzała na mnie.
- Z tobą nie da się normalnie rozmawiać - powiedziała. - Właściwie nigdy się nie dało, chociaż wiele razy próbowałam. Ale wiedz jedno: nie pozwolę ci zniszczyć życia naszych dzieci i Sama. Istnieje pewna granica i ktoś musi ci powiedzieć "stop". Wspieram Andreasa i Josefin na sto procent. To tyle tytułem informacji.
I zanim zdążyłam się odezwać, wyszła z pokoju.
Po wyjściu Stiny zapadła przenikliwa cisza i tylko przez podwójne okna do mieszkania przebijał się słaby szum samochodów jadących Essingeleden. Zdawałam sobie sprawę, że moja sytuacja jeszcze się pogorszyła. Wcześniej wydawało mi się, że spadłam na samo dno, a tymczasem przed chwilą okazało się, że mogę spaść jeszcze niżej. Zrozumiałam, że nie powinnam była rozmawiać ze Stiną o Josefin, bo to jej czuły punkt. Przypomniała mi się kobieta jadąca z wnuczkiem w pociągu do Malmö. Na dworcu czekała na nią synowa. Właśnie tak wyobrażałam sobie swoją przyszłość. Gdyby Andreas związał się na stałe z Heidi, być może tak by to wyglądało. Bardzo się wysilałam, ale jakoś nie umiałam sobie wyobrazić podobnego obrazka z Josefin. Wyszłam na taras i drżącymi palcami zapaliłam papierosa. Byłam zła i zrobiło mi się przykro.
Czyżby to, co usłyszałam od Stiny, było prawdą? Na przykład to, że nikogo nie słucham, a kiedy Andreas był małym chłopcem i nastolatkiem, myślałam tylko o sobie? Czy zawiódł mój instynkt, który podpowiadał mi, żebym za każdym razem, kiedy zjawiał się Janne, chroniła przed nim Andreasa? Przecież Janne nie był porywczy, nie stosował przemocy, nie nadużywał alkoholu ani nie brał prochów. Jego przestępstwo - przynajmniej w moich oczach - polegało na tym, że wyrzucił mnie i syna ze swojego życia. Uciekł, żeby związać się z inną kobietą i wychowywać jej dzieci. Mnie i Andreasa wykasował z pamięci. Potem wyhodował w sobie pewien rodzaj empatii, a kiedy któregoś dnia naszła go ochota, postanowił odzyskać prawa rodzicielskie wobec Andreasa. Zaproponował nam formę ojcostwa, w której to on miał dyktować warunki. Niezależnie od tego, co przed chwilą powiedziała Stina, wiedziałam jedno: starałam się i próbowałam.
Największy ból sprawiało mi to, że jej we wszystkim zaufałam. Dobrze wiedziała, jaki był Janne, a mimo to kontaktowała się z nim za moimi plecami. Moja decyzja o chronieniu przed nim syna nie wzięła się znikąd. Cena była wysoka i nikt bardziej ode mnie nie chciał, żeby Andreas miał ojca, który by się o niego troszczył. Być może Janne przeszedł ostatnio jakąś wewnętrzną metamorfozę, chciał bliżej poznać syna i zaangażować się na poważnie, ale kiedy Andreas był mały, wcale tak to nie wyglądało. To, co po latach mówił Janne, było przefiltrowane przez jego pryzmat. To nie Stina musiała się zajmować roztrzęsionym Andreasem, kiedy płakał przed snem i pytał, dlaczego nie może pojechać do Kopenhagi, skoro tata mu to obiecał, albo gdy pytał, dlaczego tata bardziej lubi swoje duńskie dzieci niż jego. To ja musiałam leczyć jego bolesne rany po odwołanych spotkaniach. Po każdej złamanej obietnicy coraz trudniej mi było je leczyć.
Stina chyba nie zrozumiała, że to ona utrudniała Andreasowi życie. Interwencjami, których dokonywała za moimi plecami, narażała go na jeszcze większy ból. Poza tym związała go tajemnicą i zabroniła mu o tym mówić. Nic dziwnego, że teraz wstrząsają nim sprzeczne uczucia.
Papieros dopalił się do końca, ale tego nie zauważyłam i poparzyłam sobie opuszki palców. To, że poczułam fizyczny ból, prawie sprawiło mi przyjemność.
Im bardziej starałam się usprawiedliwić przed sobą swoje dawne decyzje, tym bardziej dźwięczały mi w uszach słowa Stiny. "Ale wiedz jedno: nie pozwolę ci zniszczyć życia naszych dzieci i Sama. Istnieje pewna granica i ktoś musi ci powiedzieć "stop"".
Zamknęłam oczy i odchyliłam się na oparcie fotela. Wróciłam pamięcią do lata, które spędziłam z Andreasem w Väster Skägga. Janne był w mieście i Stina chciała go zaprosić, ale zagroziłam, że jeśli to zrobi, wrócimy z Andreasem do domu. Wpadła w złość i powiedziała, że jestem stuknięta, skoro nie chcę się zgodzić, żeby spotkał się po południu z Andreasem. Nie byłam jednak na to gotowa emocjonalnie i nie chciałam sobie psuć wakacji widokiem byłego męża. Väster Skägga należało tylko do mnie i Andreasa i Janne nie miał tam wstępu. Stina uważała, że dla dobra Andreasa powinnam odłożyć swoje uczucia na bok, ale odebrałam jej słowa jako atak na mnie. Nie miała o niczym pojęcia, a ja po prostu nie byłam w stanie spotkać się z Jannem. Poza tym urodziło mu się drugie dziecko, co tylko rozdrapało moje rany, bo były mąż nadal na mnie działał. To nie ja wystąpiłam o rozwód, tylko on. Żałowałam, że odszedł, i nadal za nim tęskniłam.
Andreas miał wtedy pięć lat. Po naszej rozmowie wszedł do pokoju i spytał, czy to prawda, że odwiedzi nas tata. Próbowałam mu wytłumaczyć, że tym razem do nas nie przyjedzie, ale wyraziłam nadzieję, że zrobi to następnym razem. Spuścił głowę i wyszedł z pokoju, a ja byłam zła na Stinę, że poruszyła ten temat w jego obecności. Teraz, kiedy o tym myślę, moje zachowanie wydaje mi się dziecinne i egoistyczne. Dlaczego nie pozwoliłam, żeby Janne zabrał go na kilka godzin na miasto? Czemu dla dobra syna nie zacisnęłam zębów?
Teraz chciałam zadzwonić do Andreasa, przyznać się do winy i prosić go o wybaczenie, lecz nie byłam pewna, czy nie zachowuję się znowu jak egoistka, która chce tylko usłyszeć jego głos. Tak czy owak, postanowiłam to zrobić. Czekałam, aż odbierze, ale po wielu sygnałach włączyła się automatyczna sekretarka i usłyszałam zimny, beznamiętny głos: "Mówi Andreas Berg. Zostaw wiadomość".
Próbowałam się nagrać, ale nie byłam w stanie. W końcu rozłączyłam się i zadzwoniłam jeszcze raz, żeby usłyszeć jego obojętny, lekko zdystansowany głos. Był to typowy bezosobowy komunikat, który właściciel telefonu nagrywa z myślą o każdym. Zaczęłam więc pisać wiadomość, ale ją skasowałam, bo brzmiała nieskładnie i bezsensownie. W pewnej chwili uświadomiłam sobie, że zachowuję się tak, jakbym napisała do Andreasa list, włożyła go do butelki i wrzuciła ją do morza z nadzieją, że któregoś dnia dotrze do odbiorcy.
To, że moja mama zachorowała, było w pewnym sensie szczęściem w nieszczęściu. Oczywiście nie chciałam, żeby zapadła na zdrowiu, a tym bardziej nie życzyłam jej śmierci. Jej problemy ze zdrowiem pozwoliły mi jednak się skupić na czymś innym, bez względu na to, jak te słowa mogą zabrzmieć. Przynajmniej z zewnątrz wyglądało to gorzej niż moje problemy z synem. Czułam się strasznie, ale od czasu do czasu nachodziła mnie nadzieja, że choroba mamy zbliży mnie na powrót z Andreasem, że pogodzimy się we wspólnej miłości do niej. Coś takiego byłoby czymś w rodzaju powrotu na skróty do syna. Wyobrażałam sobie, że zareaguje z empatią, że będzie próbował znaleźć u mnie pocieszenie albo poczuje się zmuszony do nawiązania ze mną bliższego kontaktu. Wyglądało to jednak tak, jakbym z egoizmu próbowała nim manipulować, czyli robić to, o co mnie oskarżał.
Wypadki potoczyły się inaczej, niż to sobie wyobrażałam; w pewnym stopniu było gorzej niż przedtem, bo Andreas jeszcze wyraźniej i okrutniej się ode mnie zdystansował. Jego brak troski i świadome unikanie kontaktów ze mną były bardzo wymowne. Pocieszenie, którego potrzebował, znalazł gdzie indziej.
*
Mama zadzwoniła do mnie na początku jesieni, kiedy liście pokryły ziemię czerwono-żółtym dywanem. Sam skończył osiem miesięcy, a ja miałam za sobą pierwsze lato, które spędziłam bez niego i bez Andreasa. Nie było mi przez to łatwiej, ale jakoś się przyzwyczaiłam do nowej sytuacji, która od początku przyprawiała mnie o ból serca.
Mama rozmawiała ze mną pewnym siebie, stanowczym głosem. W jej wieku nie miała już czasu na czczą gadaninę.
- Stwierdzono u mnie raka trzustki. Ludzie pomyślą, że jestem alkoholiczką.
W pewnym sensie taka postawa była dla niej typowa. Jej największym zmartwieniem nie była choroba, nieuleczalny rak, tylko to, że - jak sama to określiła - miała "raka alkoholików", chociaż piła nie więcej niż kieliszek wina do posiłku, i to rzadko. Bała się, że po jej śmierci ludzie pomyślą, że za życia zmagała się z problemem alkoholowym. Strach przed czymś takim spędzał jej sen z powiek i dlatego zmusiła mnie do złożenia obietnicy, że nikomu nie powiem o jej chorobie. Złożyłam ją, pod warunkiem że o wszystkim poinformuje Andreasa i Josefin, ponieważ nie chciałam ich okłamywać. Nasze stosunki i tak już były wystarczająco skomplikowane.
*
Jakiś czas później miałam odebrać mamę ze szpitala w Danderyd. Kiedy tam przyjechałam, już na mnie czekała. Siedziała na ławce przy wejściu i wpatrywała się przed siebie pustym wzrokiem. Wyglądała na drobną i skurczoną, a ja od razu poczułam się tak samo. Skórę miała białą i prawie przezroczystą; żyły przebijały przez nią tak mocno, że wyglądała na więcej niż siedemdziesiąt trzy lata. Jakby nagle postarzała się o dwadzieścia lat, chociaż od naszego ostatniego spotkania, kiedy przyniosłam jej płaszcz z pralni, upłynęły zaledwie dwa tygodnie. Wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy, że jest aż tak chora. Rak eksplodował w jej organizmie w tym samym momencie, w którym lekarze stwierdzili jego obecność. Była oszołomiona i przerażona, chociaż starała się tego po sobie nie pokazywać.
- Mogłam wrócić taksówką - powiedziała na mój widok. - Nie rozumiem, dlaczego po mnie przyjechałaś.
- Po prostu tego chciałam, mamo.
- Andreas miał jednak rację. Czasem bywasz naprawdę upierdliwa.
Jej słowa sprawiły mi ból.
Zauważyła, że jest mi przykro.
- Żartowałam - rzuciła. Zmusiłam się do uśmiechu, a ona wzięła mnie za rękę. - Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Na razie siedź spokojnie w łodzi, nie huśtaj nią i czekaj, aż sprawy się ułożą.
Nie bardzo wiedziałam, co miała na myśli: moje relacje z Andreasem, swoją chorobę czy jedno i drugie. Niezależnie od tego, co się akurat działo - rozwód, kłopoty w pracy, czyjaś śmierć - zawsze radziła, żeby "spokojnie siedzieć w łodzi i nią nie huśtać", tylko czekać. Czasem uważałam, że nie ma racji, ale to, co powiedziała z myślą o moich relacjach z Andreasem, zabrzmiało bezpiecznie i sympatycznie. Jeśli będę siedziała cicho i nie wykonywała gwałtownych ruchów, sytuacja w końcu się uspokoi i nic więcej nie będę musiała robić. Zresztą zauważyłam, że moje próby naprawienia sytuacji tylko ją pogarszały.
- Andreas jest taki sam jak ty - dodała. - Daje się ponieść uczuciom i emocjom, ale z czasem sytuacja się unormuje. A Josefin? Zawsze była dziwna.
Ucieszyłam się, że ktoś mi przyznał rację, chociaż uważałam, że Josefin była bardziej niż "dziwna". Miałam nadzieję, że mama się nie myli i moje relacje z synem się poprawią.
Szłyśmy powoli do samochodu zaparkowanego przed wejściem do szpitala. Trzymałam mamę pod rękę i czułam, że nie tylko porusza się wolniej niż wcześniej, ale także wolniej mówi.
- Pamiętasz, jak to było ze wszystkim, kiedy Andreas był mały? - spytałam.
- To znaczy z czym? - zdziwiła się.
- Z Jannem i w ogóle... Te jego przyjazdy i powroty były dla Andreasa kłopotliwe. Może to ja zawiniłam?
- To były trudne lata, zwłaszcza na początku.
Zatrzymałyśmy się, żeby mama mogła trochę odpocząć.
- Czy popełniałam błędy? - spytałam. Miałam na myśli stosunki między Andreasem a jego ojcem, ale brakowało mi odwagi, żeby powiedzieć to na głos.
- Kto wie, co wtedy było słuszne, a co nie. A to, że Andreas tak to teraz odbiera? Cóż... widocznie tak to postrzega.
Nie takiej odpowiedzi oczekiwałam, ale wiedziałam, że innej nie dostanę. Mama jęczała z bólu, a mnie ogarnęły wyrzuty sumienia. Przecież to ona potrzebowała pocieszenia, nie ja. Zamiast skupić się na jej chorobie, opowiadałam o swoich kłopotach. Zachowywałam się jak małe dziecko, co było kolejnym dowodem na to, że Andreas, Josefin i Stina mieli rację. Zawsze uważałam, że pomagam ludziom, słucham ich i wspieram. Nie jestem egoistką, która domaga się, żeby uwaga innych była skupiona na mnie, i nie steruję ludźmi z punktu widzenia własnych życzeń i potrzeb. Nie umiałam nawet wyrazić smutku, kiedy u mamy wykryto złośliwy nowotwór i prawdopodobnie umrze znacznie wcześniej, niż mogłam się spodziewać.
Chciałam jej pomóc przy wsiadaniu do samochodu i przy okazji uderzyłam ją w bolący bok. Zaklęła na głos i przez chwilę znowu była dawną mamą, która emanowała siłą i dobrym humorem. Niestety, w następnej sekundzie wybuchła płaczem, bo nie mogła zapiąć pasa bezpieczeństwa. Musiałam ją więc pocieszyć, jakby była małym dzieckiem, które z niczym sobie nie radzi. W jej dorosłym ciele funkcjonowała równolegle mała dziewczynka o imieniu Maggie. Kiedy zapinałam jej pas, patrzyła na mnie ze strachem i wdzięcznością. Podziękowała mi, że po nią przyjechałam, bo powrót taksówką byłby zbyt uciążliwy. Dopadła nas rzeczywistość i mama chyba dopiero teraz zrozumiała, jak bardzo jest chora.
Gdy wyjeżdżałyśmy z parkingu, nie wypowiedziałyśmy ani słowa. Po prostu siedziałyśmy w milczeniu. Nie musiałyśmy o niczym rozmawiać, żeby zagłuszyć atmosferę śmierci. Wiedziałyśmy, że i tak pokaże nam swoją brzydką twarz, bez względu na to, czy będziemy tego chciały, czy nie. Po prostu już tak było. W moim starym samochodzie, który powinien trafić na złom, siedziały ofiary dwóch nieszczęść, ale tylko ja nie byłam w stanie stawić czoła kolejnemu rozstaniu.
Paradoksalnie jej choroba bardziej nas do siebie zbliżyła. Upudrowana fasada powoli się sypała i mama zaczęła mi okazywać więcej uczuć niż zwykle. Zaczęła mnie też nagle bardziej potrzebować. Ale jej choroba oddaliła mnie jeszcze bardziej od Andreasa. Oprócz krótkich esemesów, w których prosił mnie o możliwość spotkania z babcią beze mnie, przez pięć miesięcy nie utrzymywaliśmy żadnych innych kontaktów. Był to niezwykle długi okres, bo nigdy przedtem nie byłam bez syna aż tak długo.
Być może zabrzmi to strasznie, ale w wewnętrznym chaosie, jaki we mnie zapanował, kurczowo trzymałam się choroby mamy, jakby to była boja ratunkowa. Nie dlatego, że czekałam na jej śmierć, tylko z zupełnie innego powodu: bałam się, co poczuję, kiedy mamy już nie będzie. Jej choroba dawała mi jakieś zajęcie. I nie mówię tylko o praktycznej pomocy, kiedy zawoziłam ją do szpitala, kupowałam lekarstwa, załatwiałam kogoś do sprzątania, gotowałam posiłki, zajmowałam się mieszkaniem albo dotrzymywałam jej towarzystwa. Tak bardzo byłam zatroskana i zasmucona jej chorobą, że cały swój ból przeniosłam na nią. Dzięki temu nie myślałam o Andreasie, tylko skupiłam się na tym, co mnie z nią łączyło albo nie łączyło, a zwłaszcza na tym, co wkrótce miało się skończyć. Dzięki temu na pewien czas odsunęłam na dalszy plan wszystko, co dotyczyło syna, i zapomniałam, że mam ukochanego wnuka, który wkrótce miał iść do żłobka i mnie nie znał.
Wyglądało to jak sytuacje, na które czekamy, ponieważ wiemy, że się zdarzą. W każdej z nich chodzi tylko o czekanie, bo potem nie ma już nic. Naszym celem jest poród, ślub, śmierć i ewentualnie pogrzeb, ale ogólnie rzecz biorąc, nie istnieją plany na to, co ma przyjść potem. Po śmierci mamy wszystko wydawało mi się zbyt przerażające, żebym mogła o tym myśleć. Dotyczyło to zarówno mnie, jak i Andreasa.
Nikt nie wiedział, ile czasu jej zostało. Lekarze odpowiadali, że to złośliwy nowotwór w zaawansowanym stadium i szybko się rozwijający. Dawali mi do zrozumienia, że to kwestia tygodni, najwyżej miesięcy. Zważywszy na jej wiek, wytrzymała zadziwiająco długo, bo jej organizm przestał normalnie funkcjonować dopiero kilka miesięcy po postawieniu diagnozy.
Pewnego razu, kiedy prowadziłam ją do łazienki, przewróciła się. Wezwałam karetkę i pojechałam z nią do szpitala. Mama była chuda i miała silne bóle, więc odwołałam wszystkie odczyty i wyjazdy. Moi zleceniodawcy w pełni to rozumieli, ale zaczęłam się trochę niepokoić o swoją przyszłość, bo ostatnimi czasy odwołałam aż dziesięć spotkań - z powodu choroby mamy albo mojego złego samopoczucia wywołanego relacjami z Andreasem. Uznałam to za niepokojący trend, zwłaszcza że prowadziłam działalność gospodarczą. Biorąc jednak pod uwagę chaos, jaki zapanował w moim życiu, fakt, że to wszystko przetrzymałam i w jakiś sposób potrafiłam funkcjonować, mogłam uznać za prawdziwy cud. Na razie.
Wkrótce potem mamę przewieziono do hospicjum w Ersta. Lekarze nie byli w stanie jej pomóc, więc pozostało tylko jedno: podawać środki przeciwbólowe i zrobić wszystko, żeby jej ostatnie dni na tym świecie przebiegały w miarę znośnie. Personel placówki był miły i uczynny, a widoki rozciągające się z okien budynku przy Fjällgatan - piękne. Mama nie chciała przyjąć do wiadomości, że miejsce, do którego trafiła, jest ostatnim przystankiem w jej życiu.
*
Przyjeżdżałam do niej wczesnym rankiem i odjeżdżałam późnym wieczorem. Czasem tam nocowałam. Miłe pielęgniarki wstawiły do pokoju mamy dodatkowe łóżko, a ja odnosiłam wrażenie, że traktują mnie trochę inaczej niż innych gości. Pewnie uznały, że jestem w równie złej kondycji jak matka. Zwłaszcza psychicznej.
Z powodu środków przeciwbólowych cierpiała na zawroty głowy, a czasem miała halucynacje. Ni stąd, ni zowąd mówiła mi, że musi wyjść na spacer ze swoim pudlem, którego miała w dzieciństwie, i była na mnie zła, że go nie przyprowadziłam. Pytała, jak spędzimy następne lato, i zapowiadała, że musimy pojechać na wycieczkę do Prowansji, o której często rozmawiałyśmy. Obiecała, że jeśli znajdę domek, w którym pomieścimy się wszyscy, sama pokryje koszty. Zabierzemy ze sobą Andreasa, Josefin i Sama. Innym razem płakała z wdzięczności, że przy niej jestem i się nią opiekuję. Kiedyś obudziła się poirytowana, popatrzyła na mnie rozkojarzona i niezadowolona i spytała:
- Znowu tu jesteś? Człowiek nie może zaznać od ciebie spokoju. Załatwiłaś mi miejsce na cmentarzu w Galärvarvet? Przecież wiesz, że nie chcę leżeć obok autostrady.
Próbowałam żartować i czasem udawało mi się wywołać uśmiech na jej twarzy.
- Jak nie będziesz grzeczna, pochowam cię na jakimś przedmieściu.
- Jeśli to zrobisz, wszystko zapiszę Andreasowi - odparła ze śmiechem i dodała, że byłoby strasznie, gdyby musiała zakończyć życie w tej "walącej się ruderze", jak nazywała hospicjum w Ersta.
Łatwiej nam było rozmawiać o śmierci niż o tym, co wydarzyło się między mną a Andreasem. Za każdym razem, kiedy rozmowa schodziła na ten temat, mama udawała, że nic się nie zmieniło. Może miała mętlik w głowie i naprawdę myślała, że nam się dobrze układa? Nie mogłam jej rozgryźć.
- Czy Andreas wpadnie dziś do mnie?
- Później, kiedy stąd wyjdę.
- Dobrze. Oby tylko przyjechał, najlepiej z Samem. Bardzo lubię małego.
Z jednej strony cieszyło mnie, że mama się z nim spotyka, choć z drugiej sprawiało mi to ból i wzbudzało we mnie zazdrość. Następnego dnia po ich odwiedzinach ślady ich bytności były aż nadto widoczne: kolejny piękny bukiet, który Andreas specjalnie ułożył dla babci i ustawił na parapecie okiennym obok łóżka. Kwiaty miały świadczyć o jego miłości do niej. Przynosił też rysunki Sama, chociaż były to raczej kolorowe kreski. Tak czy inaczej, były prezentami od prawnuczka dla prababci. W rogu kartek znajdowały się napisy wykonane ręką Andreasa: Od Sama dla babci Maggie.
Babcia Maggie. Czułam się tak, jakby mama zajęła moje miejsce, chociaż nie było to wymierzone we mnie, bo za każdym razem, kiedy Andreas rozmawiał z synem, właśnie tak ją nazywał. Uważał, że "prababcia" brzmiałoby strasznie, i uznał, że najlepiej będzie używać wobec mnie formy "babcia", a wobec mojej mamy "babcia Maggie".
*
Pewnego dnia, kiedy przyszłam do szpitala, zobaczyłam w pokoju bukiet piwonii. Stały w pięknym wazonie z ręcznie dmuchanego szkła. Myślałam, że to hospicjum zwiększyło budżet na takie wydatki, ale mama wyprowadziła mnie z błędu.
- Wczoraj była u mnie Stina z Björnem. Od nich go dostałam - wyjaśniła.
- To miłe z ich strony - odparłam z niewzruszoną miną.
- Z firmy Svenskt Tenn... całkiem niepotrzebnie. Powiedziałam Andreasowi i Josefin, żeby go później zabrali.
Później. To znaczy wtedy, kiedy już jej nie będzie. Przyszli tu i z nią rozmawiali. Stina, Björn, Josefin, Andreas i Sam. W pokoju stały dwa dodatkowe krzesła, których pielęgniarki nie zdążyły wynieść. Na szafce nocnej leżała otworzona bombonierka. Kiedy wróciłam ze szpitala do mieszkania w Gröndal, wyszłam na taras i zapaliłam papierosa, ale wcale mi nie smakował. Tak, siedzieli tam razem i zajadali pralinki, a mnie nawet nie zaprosili. Miałam ochotę wyć i płakać.
Podeszłam do okna i udawałam, że poprawiam kwiaty. Nie chciałam, żeby mama widziała, jak bardzo jest mi przykro.
- Osia... - usłyszałam nagle jej głos. - To ty?
Osia... tego zdrobnienia używał mój tata, kiedy byłam dziewczynką. Mama też mnie tak czasem nazywała, ale to było dawno temu. Oczy zaszły mi łzami, czułam, że za chwilę trysną na policzki, chociaż bardzo się przed tym broniłam. Szybko przypomniałam sobie, że to nad nią powinnam się użalać, a nie nad sobą.
- Będzie lepiej... zobaczysz - powiedziała.
Ona naprawdę chciała dobrze, ale jej słowa miały taką samą moc sprawczą jak moje obietnice, że kiedy wyzdrowieje, pojedziemy do Prowansji.
- Co za głupoty... Jak oni tak mogą?
Podeszłam do łóżka. Mama miała zamknięte oczy, jakby spała. Zauważyłam, że coraz częściej zapada w senne odrętwienie. Usiadłam na krześle i wzięłam ją za rękę. Zastanawiałam się, czy przede mną nie siedzieli tu Andreas, Stina, Sam albo Josefin. Akurat o niej wolałam nie myśleć, więc skupiłam się na mamie.
Twarz miała jeszcze bardziej zapadniętą niż wcześniej. Niewiele ważyła, zostały z niej skóra i kości. Jej pokryte plamami starczymi dłonie leżały splecione na kołdrze. Oddychała cicho, prawie bezdźwięcznie. Wsłuchiwałam się w jej oddech, żeby się upewnić, czy żyje. To samo robiłam, kiedy Andreas był niemowlakiem.
Gdzie będzie, kiedy się znowu obudzi? W jakim świecie? Teraźniejszym czy przeszłym? Kim będzie: dzieckiem czy osobą dorosłą? Wyraźnie widziałam, jak czas się w niej odkładał, kiedy przechodziła z jednego okresu w swoim życiu do innego. Jak pierścienie w pniu drzewa, które odkładały się latami, ale nadal w nim żyły. Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Jestem teraz tutaj... mam pięćdziesiąt pięć lat i każde moje JA też tu ze mną jest: ?sa jako dziecko, ?sa jako osoba dorosła, ?sa jako mama małego Andreasa. Każda z nich nadal we mnie jest. Ciekawe, czy gdybym mogła cofnąć się w czasie i przeżyć wszystko inaczej, skorzystałabym z tej szansy.
Ciekawe, czy gdybym mogła zmienić swoje dawne czyny i decyzje, Andreas też wykorzystałby je przeciwko mnie. Pewnie tak. Stwierdziłby, że popełniłam cały szereg błędów wychowawczych, a Josefin na pewno by mu wmówiła, że zmuszanie go do spotkań z niepozbieranym ojcem też było błędem, bo nie powinnam była się na to zgadzać. Podobnie byłoby z Karin w czasie jej sesji terapeutycznych: na pewno grzebałaby w naszym życiu i doszłaby do wniosku, że rozczarowanie Andreasa zachowaniem ojca bardzo mu szkodzi. Ciekawe, czy mój syn wolałby, żeby tak było.
- Andreas - odezwała się nagle mama, jakby czytała mi w myślach. A może za nim po prostu tęskniła?
Zakasłała, a ja usłyszałam rzężenie w jej płucach. Potarłam jej zimną dłoń, żeby ją rozgrzać. Chyba czuła ból, bo jęczała przez sen. Zauważyłam, że trzeba uzupełnić pojemniczek z morfiną, którą jej podawano w postaci kroplówki. Wezwałam pielęgniarza i wymienił torebkę na nową.
- Ona ciągle śpi - powiedziałam.
- To normalne - odparł. - Jest coraz bliżej.
"Jest coraz bliżej". Zrozumiałam, co miał na myśli. Kolejny krok i kolejny oddech prowadzący do śmierci. Pielęgniarz obszedł łóżko i poprawił mamie poduszkę. Z wyglądu był w wieku Andreasa, dobiegał trzydziestki.
- Ile to potrwa? - spytałam.
- Trudno określić.
- Proszę mi powiedzieć prawdę.
- Naprawdę nie wiem, ale kiedy ktoś trafia do hospicjum, trwa to raczej kilka dni niż tygodni.
Podziękowałam mu za pomoc i poczułam, że muszę się wziąć w garść. Wyszłam z pokoju i zadzwoniłam do Andreasa. Jak zwykle włączyła się automatyczna sekretarka.
- Cześć, mówi mama. Wybacz, że dzwonię... wiem, że sobie tego nie życzysz, ale myślę, że to już wkrótce... Pomyślałam, że gdybyś chciał... gdybyś chciał... jestem przy mamie i czuwam, więc jeśli tylko chcesz... Ale przy jej obecnym stanie nie wrócę do domu... zostanę dzisiaj u niej, więc sam zdecyduj, co zrobisz. Babcia prawie cały czas śpi, słyszałam, że wczoraj u niej byłeś, więc nie musisz traktować mojego telefonu jako formy nacisku. Nikt nie wie, jak długo to jeszcze potrwa. Może odejść dzisiaj, jutro albo później, trudno to dokładnie określić. Chcę tylko, żebyś wiedział, że jeśli tak się zdarzy, że... Okej... kończę już... buziaki.
Wiadomość była dość długa i brzmiała nieskładnie, ale w tym momencie nie miało to dla mnie żadnego znaczenia.
Było tak, jak przewidywał pielęgniarz: mama spała coraz dłużej, a ja przez ostatnią dobę nie odchodziłam od jej łóżka. Andreas przysyłał mi esemesy, w których pytał, jak długo u niej zostanę, bo chciałby ją odwiedzić, chociaż uważałam, że bardzo wyraźnie wypowiedziałam się w tej kwestii w wiadomości, którą nagrałam na jego sekretarce. Pytał mnie w podtekście: w jakich godzinach cię tam nie będzie, żebym i ja mógł przy niej pobyć? Odpowiedziałam mu kolejny raz, że nie zamierzam od niej odstępować i jeśli chce ją zobaczyć, może to zrobić w mojej obecności. Jego milczenie odebrałam jako wyraz frustracji, bo od pewnego czasu było to jedyne uczucie, jakie wobec mnie żywił. Być może moje zachowanie było egoistyczne, ale bardzo chciałam spędzić z mamą jej ostatnie godziny albo dni życia, bez względu na to, jak długo to jeszcze potrwa. Wolałam nie ryzykować, że wyjdę z pokoju, a ona w tym czasie umrze. Ale Andreas też się zachowywał egoistycznie. Żądał ode mnie, żebym zostawiła matkę, bo on chce z nią pobyć beze mnie. Ale to była moja mama, uznałam więc, że racja jest po mojej stronie. Nasz spór wyglądał tak, jakby rodzeństwo kłóciło się o to, które z nich ma spędzić z rodzicami więcej czasu.
*
Zasnęłam obok mamy w pozycji na pół leżącej i obudziło mnie pukanie do drzwi. W progu stał Andreas z Josefin. Po tak długiej przerwie wydali mi się prawie nierealni. Josefin nic się nie zmieniła, a Andreas zapuścił włosy. Wyglądał na wychudzonego.
- Miło, że przyszliście.
- Mówiłaś, że lepiej z tym nie czekać. - Wypowiedział te słowa twardym, zdystansowanym tonem. Wstałam z krzesła i do nich podeszłam, ale nie wykonali żadnego gestu, żeby się ze mną przywitać, więc staliśmy naprzeciwko siebie z opuszczonymi rękami.
- Kiedy z tobą rozmawiałam, spała - oznajmiłam. - Przytomność odzyskuje na krótko.
Andreas zmarszczył czoło. Trudno było określić, co to mogło znaczyć: złość czy niepokój.
- Sam też z wami jest?
- Został w domu z moją mamą - odparła Josefin.
No tak. Chciałam powiedzieć, że gdyby go przywieźli, mogłabym go popilnować, żeby spędzili trochę czasu z babcią. A ona chętnie posłuchałaby głosu prawnuka. Na szczęście ugryzłam się w język. Josefin podeszła do niej i zrobiła to tak, jakby mnie nie widziała.
- Mogę wyjść, jeśli chcecie pobyć z nią sami.
- Dziękuję, to miłe z twojej strony. - Po raz pierwszy w czasie tej rozmowy Andreas powiedział coś łagodniejszym tonem.
Kiedy wychodziłam z pokoju, usłyszałam, jak mówi do babci. Miał łagodny, ciepły głos, taki sam jak kiedyś w rozmowach ze mną.
- Babciu... kochana babciu... jesteśmy z tobą... Andreas i Jossan.
Wyszłam na korytarz i usiadłam na ławce. Na stoliku leżał stary egzemplarz czasopisma "Femina". Przerzucałam kartki, ale nie zagłębiałam się w treść. Swędziała mnie głowa i całe ciało. Wolałabym zostać w pokoju z Andreasem i Josefin zamiast tu siedzieć. Pocieszyć ich, być z nimi, wspólnie przeżywać te trudne chwile. Wstałam z ławki i podeszłam do okna na końcu korytarza.
Na dole było wejście dla pacjentów i ich rodzin. Wszyscy mieli smutne, zrozpaczone miny, ale ja nie byłam już w stanie przetrawić więcej bólu. Wróciłam więc na ławkę i usiadłam, żeby dać Andreasowi i Josefin więcej czasu. Nagle przez drzwi usłyszałam jej głos.
- Czy ona nie może sobie gdzieś pójść? Choćby na godzinę? Dać nam więcej czasu, zostawić nas w spokoju? Na dole jest stołówka.
- Wiem.
- Nie powinniśmy się użalać nad nią, tylko nad Maggie.
- Zapomniałaś, że dla niej najważniejszy jest jej smutek i jej żałoba?
Zabrzmiało to tak sarkastycznie, że Josefin się żachnęła.
- To nie było miłe - rzuciła.
- W takich sytuacjach trzeba czasem umieć zażartować.
- Co robimy? Twoja matka niedługo wróci.
- Nie będę tu w stanie z nią wysiedzieć. - Andreas westchnął. - Nawet gdybym bardzo chciał zostać.
- To chore, że musisz wybierać.
- Ona o tym wie.
Wstrzymywałam oddech, starając się zapanować nad emocjami. Nie mogłam tam wejść, nie mogłam nic zrobić ani powiedzieć. Na pewno nie wtedy, kiedy w pokoju była Josefin. Chciałam porozmawiać z Andreasem, ale uznałam, że to nie ma sensu. Cokolwiek zrobię, i tak okaże się, że postąpiłam źle.
Poszłam do toalety i zamknęłam drzwi na zasuwkę. W środku śmierdziało szpitalem, moczem, chorobami i antyseptycznym mydłem. Usiadłam na sedesie, podciągnęłam kolana pod brodę i rozpłakałam się.
Kiedy wyszłam, już ich nie było. Na pewno im ulżyło, że nie musieli się ze mną żegnać. Skorzystali z okazji i po prostu poszli. Zdjęłam buty i położyłam się na łóżku. Objęłam mamę i wsłuchiwałam się w jej słaby oddech. W pewnej chwili otworzyła oczy.
- Jesteś tu, kochanie?
- Tak. Andreas też tu był.
- Miałam sen.
- Co ci się śniło?
- Że pływałam w Morzu Sargassowym. Było krystalicznie czyste.
- Wspaniale.
- Mogę?
- Co?
- Popływać w tym morzu?
- Oczywiście, że tak.
Mama uśmiechnęła się słabo i zamknęła oczy.
- Będziesz pływać do woli - powiedziałam. - Kocham cię - szepnęłam i od razu zasnęłam.
Kiedy się obudziłam, nie żyła.
Zbliżały się drugie urodziny Sama, ale nie wiedziałam, jak Andreas i Josefin zamierzają je zorganizować. Prawdopodobnie zaproszą rodzinę i znajomych, będą baloniki, tort i mnóstwo prezentów. Zamknęłam oczy i zaczęłam sobie wyobrażać ich mieszkanie przy Ringdansvägen, Stinę, Björna, znajomych i przyjaciół, być może kilku kolegów Sama, pod warunkiem że ich ma, bo przecież jest jeszcze małym chłopcem. Kiedy Andreas był w jego wieku i chodził do żłobka, miał kilku kolegów. Byłam jednak pewna, że niezależnie od wszystkiego dla Sama będzie to wspaniały dzień, bo ma najlepszego tatę pod słońcem.
Był styczeń, ale za oknem mojej sypialni świergotały ptaki. Zastanawiałam się, jak to możliwe. To skutek zmian klimatycznych czy zawsze tak było, tylko tego nie zauważałam? Na dworze nadal było ciemno. Włożyłam szlafrok, grube rękawiczki i klapki, wzięłam latarkę i zeszłam schodami do skał nad brzegiem morza. Weszłam na drabinkę i zanurzyłam się w przeręblu. Wytrzymałam w tej pozycji dwie minuty, po czym wspięłam się po drabince z powrotem na brzeg i zmarznięta na kość, tymi samymi schodami ruszyłam na górę. W domu od razu weszłam do łazienki i wzięłam gorący prysznic, a kiedy odzyskałam czucie w palcach dłoni i stóp, odezwał się znajomy ból. Czasem wydawało mi się, że zimowe kąpiele, których zażywałam w średnim wieku, można porównać z sytuacją, w której nastolatkowie robią sobie cięcia na rękach i nogach, żeby nauczyć się kontrolować strach. To, co robiłam, też było czymś w rodzaju samookaleczania.
Owinęłam się w stary, jasnoróżowy frotowy szlafrok i otworzyłam laptopa, żeby sprawdzić służbową pocztę. Szlafrok był jedną z tych rzeczy, które po śmierci mamy zabrałam z jej mieszkania przy Rindögatan. Na tacy stały kubek parującej herbaty i figurka konika, którą w tym tygodniu dostałam w prezencie po wykładzie od władz miasta Falun. Uważam, że był to całkiem miły gest po pozytywnej reakcji uczestników i dyrekcji na moje wystąpienie. Dzisiaj mam wolne, a jutro jadę z kolejnym wykładem do Sandviken. Na jedenastą jestem umówiona z terapeutką, Leną, w jej gabinecie przy R?dmansgatan. To świetna specjalistka. Lepsza od Karin, chociaż nigdy nie byłam pacjentką tej drugiej. Ale takie rzeczy się wie.
Stopniowo wracałam do rutynowych zajęć. Odstawiłam tabletki nasenne i prawie całkowicie zrezygnowałam z alkoholu. Od czasu do czasu pozwalałam sobie na kieliszek wina w piątkowy wieczór, ale przestałam w końcu żyć w otumanieniu, jak mi się to zdarzało przez długie tygodnie. Czasem przez ten "filtr zdrowotny" przemycałam jednego papierosa, ale rzadko. Zaczęłam się też ponownie spotykać ze znajomymi. Oczywiście nie ze Stiną i Björnem, tylko ze starą paczką z lat dzieciństwa Andreasa. Po odprowadzeniu dzieci do szkoły chodziłyśmy wtedy razem na długie spacery wzdłuż Karlbergskanalen. Kiedy Andreas miał iść do siódmej klasy i przeniosłam go do innej szkoły, straciłam z nimi kontakt, ale tej zimy parę znajomych z tej grupy skontaktowało się ze mną na Facebooku i wkrótce potem poszłam na spotkanie. Jedne się zmieniły, inne nie. Niektóre nadal były w związkach, inne po rozwodzie. Zamiast iść na długi spacer wzdłuż kanału, poszłyśmy na film do kina Capitol, a wieczór zakończyłyśmy kieliszkiem wina w barze. Wiele czasu zeszło nam na rozmowach o dzieciach, więc kiedy padły pytania o Andreasa, musiałam udzielać wymijających odpowiedzi, bo nie byłam jeszcze gotowa zwierzać się ze swoich kłopotów. To tak jak z nowotworem: rzeczywisty staje się dopiero wtedy, kiedy zaczyna się o nim mówić.
"Dziękuję... wszystko u niego w porządku", odpowiadałam na pytania o syna, bo miałam nadzieję, że wszystko rzeczywiście jest w porządku. W każdym razie z Andreasem i Samem.
*
Gabinet Leny znajdował się na ostatnim piętrze naprzeciwko kancelarii adwokackiej. Za każdym razem, kiedy się tam zjawiałam, zastanawiałam się, ilu klientów przechodziło po sesji terapeutycznej na drugą stronę korytarza, żeby założyć sprawę o rozwód albo odwrotnie: po wizycie u adwokata udawało się na sesję do terapeutki. Już sama jazda windą była okropnym przeżyciem. Jeśli ktoś nie cierpiał na klaustrofobię, mógł się jej nabawić.
Wcisnęłam dzwonek i drzwi się otworzyły. Chwilę później usłyszałam kroki Leny. Tak jak większość specjalistów w tym fachu miała zdecydowany krok i mocny uścisk dłoni. Jak zawsze uśmiechnęła się, ale niezbyt wylewnie. Chciała zachować neutralną postawę, żebym z jej miny ani z zachowania nie mogła się domyślić, co myśli i czuje. Była jedynie neutralnym odbiorcą moich emocji. Myślę, że właśnie tego uczą ich na studiach.
Wyposażenie gabinetu składało się z biurka i dwóch klasycznych leżanek nakrytych owczą skórą. Było skromne, ale bez przesady. Lena założyła nogę na nogę i spytała, o czym chcę porozmawiać. Czas, który u niej spędzałam, poświęcałam głównie na rozmowy o Andreasie albo o mamie. Czasem rozmawiałyśmy o Samie i Josefin, o mojej roli babci albo o tym, że nie pozwalano mi nią być. Zastanawiałam się, jaki temat wybrać tym razem. Chciałam sobie jakoś ulżyć, bo to był szczególny dzień, nie wiedziałam jednak, czy poradzę sobie z tak trudnymi emocjami.
Z Leną mogłam porozmawiać o wszystkim, a wybór tematu zależał tylko ode mnie. Uzgodniłyśmy tylko jedną rzecz: że nie będziemy mówić o Karin. I nie chodziło o to, że nie mogłam wspominać o dawnej przyjaciółce, która była terapeutką Andreasa, tylko o to, że Lena nie chciała krytykować ani analizować jej metod pracy. Wolała skupić się na mnie i na tym, jak powinno wyglądać moje dalsze życie. Karin mogła być złą czy nieodpowiednią osobą, ale nadal była terapeutką Andreasa i na pewno nie zmieni swoich metod tylko dlatego, że moim zdaniem popełniała błędy. Szkoda więc było tracić na nią czas.
Uznałam, że rozumowanie Leny jest słuszne, chociaż uważałam, że nic złego by się nie stało, gdybym od czasu do czasu wylała złość i żółć na kogoś, kto wyrządził mi taką krzywdę.
Tego dnia, zamiast rozmawiać o urodzinach Sama, co naprawdę by mi ulżyło, zrobiłam unik i podjęłam temat związany z moją pracą zawodową. Chodziło o to, że pewnego razu poczułam się poniżona przez jednego z klientów, który nie tylko nie szanował moich metod pracy, ale także mieszał się do wszystkiego w sposób, który zachwiał moim poczuciem wartości.
Lena zadawała mi pytania, a ja nie tylko jej odpowiadałam, ale także wsłuchiwałam się w swoje odpowiedzi. Dziwnie to wyglądało, bo płaciłam jej dużą kasę, żeby nie rozmawiać z nią o tym, co naprawdę mnie bolało. Ale to, że mogłam u niej poleżeć i poużalać się nad sobą, działało na mnie uspokajająco. Lena chciała dobrze i stała po mojej stronie. Nie oceniała mnie, a jeśli zdarzało jej się to raz czy drugi, nie mówiła tego na głos, ponieważ płaciłam jej za to, żebym dzięki niej czuła się lepiej. I tak właśnie było. Nie codziennie, lecz częściej niż dawniej.
Po śmierci mamy czułam się tak, jakbym straciła grunt pod nogami. Zachowałam jednak na tyle silny instynkt samozachowawczy, żeby poszukać u kogoś pomocy. Zaczęłam od izby przyjęć oddziału psychiatrycznego szpitala Świętego Jerzego, co było dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Siedziałam w poczekalni w towarzystwie ludzi, którzy naprawdę wyglądali na chorych. Podziałało to na mnie jak alarm, bo zrozumiałam, że jestem w lepszym stanie niż te nieszczęsne istoty, które drapały się po całym ciele i wykazywały tendencje samobójcze. Długo tam nie zostałam. Wypisano mnie po kwadransie, zaordynowano środek nasenny i poradzono, żebym zwróciła się do lekarza pierwszego kontaktu. Nie miałam na to czasu ani chęci, a kiedy znalazłam w internecie Lenę, zapisałam się do niej na prywatne sesje terapeutyczne.
Od prawie roku chodzę do niej regularnie w każdy wtorek. Nie mogę powiedzieć, żebym dzięki temu mniej cierpiała, ale jakoś przyzwyczaiłam się do mojego żałosnego stanu. Są dni, kiedy ból doskwiera mi bardziej niż zwykle. Na przykład w urodziny Sama. Nie miałam odwagi o nim myśleć, bo bałam się, że całe moje życie się zawali. Uznałam więc, że jeśli potraktuję ten dzień jak każdy inny i znajdę sobie jakieś zajęcie, przeżyję ten czas, nie tracąc rozumu. Pocieszałam się, że przyjdą kolejne dni, a po nich następne. Przeleciało jak z bicza trzasnął i znowu nadszedł wtorek, kiedy Lena dodawała mi sił.
- Do zobaczenia za tydzień - powiedziała na koniec.
Po każdej sesji żegnała mnie tymi samymi słowami. Nigdy nie mówiła "Wszystkiego najlepszego" albo "Miłego dnia", co mi się podobało. Jej pożegnalne słowa miały w sobie coś wyzwalającego, bo nie formułowała wobec mnie żadnych oczekiwań ani nie mówiła, jak mam się czuć.
Tego dnia do domu wracałam piechotą. To, że dużo się ruszałam, też miało pozytywny wpływ na moje samopoczucie. Spacery podbudowywały mnie zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. Kiedy mama leżała w hospicjum, czułam się tak, jakbym usychała i chudła razem z nią. Jeszcze gorzej wyglądało to po jej śmierci. Przez pewien czas nawet chodzenie wywoływało u mnie zadyszkę.
Idąc Hantverkargatan, przechodziłam koło sklepu z zabawkami. W pewnej chwili moją uwagę przykuł tyranozaur rex. Takiego samego miał w dzieciństwie Andreas. Był ulubioną zabawką mojego syna w okresie, kiedy całe jego życie wypełniały dinozaury. Coś mnie podkusiło i weszłam do środka, chociaż instynkt podpowiadał mi, żeby tego nie robić. Chciałam tylko popatrzeć i pomarzyć. Poczuć się jak prawdziwa babcia.
Na sklepowych regałach było prawie wszystko, co sobie można wymarzyć: pluszaki, kolorowa kreda, gumowe kulki, stroje do przebierania, figurki superbohaterów i klocki Lego. Pomyślałam, że poszukam prezentu dla Sama. Przeszedł mnie dreszcz, ale po raz pierwszy od dawna jego przyczyną nie był strach. Nie czułam się też winna ani zawstydzona. Cieszyłam się, że znajdę coś, co sprawi przyjemność mojemu wnukowi. Na jednej z półek zauważyłam GOSPODARSTWO ROLNE z drewnianymi figurkami zwierząt domowych, ale nie byłam pewna, czy Sam nie jest na coś takiego za mały. A może już wyrósł z takich zabawek? Oczami wyobraźni ujrzałam, jak Andreas siedzi z nim i bawi się świnkami i krówkami, tak jak ja to robiłam przed wielu laty z synem. Moje rozważania przerwała młoda ekspedientka, która spytała, czy może mi w czymś pomóc.
Po namyśle wybrałam dinozaura. Wprawdzie Sam był na niego za mały, ale przeważyła nostalgia za przeszłością. Nie mogłam się oprzeć i postanowiłam podarować wnukowi coś, co w dzieciństwie uwielbiał Andreas.
- Czy to ma być prezent? - spytała ekspedientka, a kiedy odparłam, że tak, spytała, czy ma go owinąć w ozdobny papier.
Skinęłam głową.
- To bardzo miłe z pani strony - powiedziałam. - Dziękuję.
- Nie ma za co.
Nie mogłam się opanować i pospieszyłam z wyjaśnieniem:
- To dla mojego wnuka. Kończy dzisiaj dwa latka.
- Gratuluję. Wnuki to coś wspaniałego.
- Zgadzam się.
- To pani pierwszy wnuk?
- Na razie tak.
- Mam nadzieję, że kiedy mnie urodzi się pierwszy, będę wyglądać równie młodo jak pani.
Uśmiechnęłam się, ale byłam lekko zażenowana. Komplement ekspedientki sprawił mi przyjemność, a poza tym cieszyłam się z niespodzianki, jaką zamierzałam zrobić Samowi. Kobieta podała mi prezent i powiedziała:
- Najlepsze życzenia dla wnuka. Mam nadzieję, że prezent mu się spodoba.
- Na pewno. Dziękuję.
To, co zrobiłam, było nieprzemyślane, bo gdybym wtedy zastanowiła się głębiej, na pewno bym tego nie zrobiła. Ba, nie weszłabym nawet do sklepu. Niestety, instynkt drapieżnika wziął we mnie górę. Wyszłam na ulicę i zdecydowanym krokiem ruszyłam przed siebie.
Od dawna nie byłam w okolicach żłobka, do którego chodził Sam. Kiedy przyjeżdżałam tam dawniej, siedziałam w samochodzie w pewnej odległości od budynku i czekałam, aż mój wnuk zjawi się w towarzystwie Andreasa lub Josefin, którzy odprowadzali go lub odbierali. Nigdy im się nie pokazywałam, bo nie miałoby to sensu. Nie mogłam odwrócić tego, co się stało, ani tego, w jaki sposób syn i jego partnerka - a zwłaszcza ona - mnie postrzegali. Kiedy tęsknota stawała się nie do wytrzymania, wsiadałam do samochodu i tam jechałam. Jeździłam też w okolice kwiaciarni, którą Andreas i Josefin prowadzili wspólnie ze Stiną i Björnem. Znajdowała się w tej samej dzielnicy, w której mieszkali. I chociaż to, że nie wolno mi się było do nich zbliżać, sprawiało mi ból, cieszyłam się, że im tak dobrze idzie. Wyglądali na szczęśliwych, a ja byłam dumna z tego, co Andreas osiągnął. Kwiaciarnia, do której kiedyś podchodziłam ze sceptycyzmem, dosłownie kwitła, a on miał rodzinę, o której zawsze marzył. Czy to znaczyło, że chociaż przebywałam na przymusowym wygnaniu, coś mi się jednak jako matce udało? Jeśli tak, to chyba nie byłam przesiąknięta aż takim złem? Chociaż są przecież osoby wychowane przez psychopatów, morderców czy gwałcicieli, a mimo to w dorosłym życiu funkcjonujące jak normalni ludzie.
Wytężałam wzrok, żeby zobaczyć Sama. Dawno go nie widziałam. Lena nie powiedziała mi tego wprost, ale uważała, że dłuższa przerwa w kontaktach z Andreasem i jego rodziną dobrze mi zrobi, więc nadal powinnam zachować dystans i przestać ich nachodzić. To trochę tak, jakby poradzić narkomanowi, żeby spróbował przestać brać heroinę, pomyślałam.
- Bądź dla siebie dobra. Pozwól, żeby twoje rany się zagoiły - tłumaczyła mi.
Co to w ogóle znaczy: "Bądź dla siebie dobra"? Większość ludzi jest zbyt dobra dla siebie i zbyt niedobra dla innych. Andreas, Josefin i Stina twierdzili, że zawsze myślałam tylko o sobie, więc może nadszedł czas, żebym zaczęła myśleć o innych? Powiedziałam to Lenie, a ona skinęła głową.
- Owszem, chociaż siedząc w samochodzie w odległości stu metrów od nich, niewiele możesz dla nich zrobić - odparła. - Na pewno docenią to, że zamiast obstawać przy starych przyzwyczajeniach, mocno nad sobą pracowałaś. Trzymałaś się ich tak kurczowo, jakbyś była opętana, co nie było dla ciebie konstruktywne.
Lena miała rację, ale uważałam, że człowiek ma prawo być opętany, skoro ktoś mu amputował jedną z kończyn i teraz dręczą go bóle fantomowe.
Tak więc stałam ukryta za drzewem w pewnej odległości od żłobka. W ręce trzymałam torbę z prezentem urodzinowym dla Sama. Było wpół do trzeciej, a ponieważ Sam miał tego dnia urodziny, pomyślałam, że rodzice już go odebrali. Przyjechałam tam bez żadnego planu - moim doradcą było serce.
Po półgodzinnym wyczekiwaniu postanowiłam podejść bliżej, żeby lepiej widzieć. Byłam lekko podenerwowana. Ruszyłam w stronę ogródka, w którym zazwyczaj bawiły się dzieci. Kiedyś tam byłam i widziałam, że na działce należącej do żłobka stoi budynek z wejściem wychodzącym na ogródek. Mogłabym tam stanąć za gęstymi krzakami i nikt by mnie nie zauważył, a ja miałabym dobry widok na ogródek.
Nagle usłyszałam gwar dziecięcych głosów. Puls mi skoczył, weszłam do środka i stanęłam za krzakami. Na myśl o tym, w jak absurdalnej sytuacji się znalazłam, ogarnął mnie śmiech. Oto pięćdziesięciosiedmioletnia kobieta, która nigdy wcześniej nie złamała prawa, ukrywa się za krzakami z torbą w ręce, bo się boi pokazać dwuletniemu dziecku. Było to równie zabawne, co tragiczne.
Szukałam wzrokiem Sama i zastanawiałam się, czy był tego dnia w żłobku. Może z powodu urodzin rodzice zostawili go w domu? Ja też tak robiłam, kiedy Andreas był dzieckiem, a gdy poszedł do szkoły, parę razy pozwoliłam mu opuścić lekcje. Zostawałam z nim w domu i wymyślałam różne zabawy, żebyśmy mogli spędzić ten czas razem. Dzisiaj pewnie potępia to moje straszne, nieodpowiedzialne zachowanie.
Rozglądałam się za Samem i w końcu go zauważyłam. Stał za kierownicą dużej ciężarówki zabawki ustawionej w ogrodzie. Był zajęty czymś, co pełniło funkcję skrzyni biegów. Wysunęłam się nieco zza krzaków, żeby go lepiej widzieć.
Tak, to był Sam. Mój kochany wnuczek. Od ostatniego razu trochę urósł, ale i tak go poznałam. Zniknęły typowe włosy niemowlaka, za to pojawiła się przycięta krzywo, pewnie w domu, grzywka. W czasie zabawy układał wargi na różne sposoby i wydawał dźwięki naśladujące pracę silnika ciężarówki. Miał na sobie niebieską kurteczkę i czerwone spodnie z naszywkami, a na głowie lekko przekrzywioną żółtą czapkę. Przypomniałam sobie, że w podobnej chodził kiedyś Andreas. Może dał ją synowi? Czapka była na Sama trochę za duża i zsuwała mu się z głowy. Chciałam do niego podbiec, żeby mu ją poprawić, a przy okazji mocno go przytulić i spytać, czy chciałby dostać prezent. Pokusa była naprawdę silna. Ciekawe, co by się stało, gdybym to zrobiła. Przecież nie musiałabym mu mówić, kim jestem. Pomyślałby, że przyszła jakaś miła pani i dała mu ładną zabawkę. Wiedziałam jednak, że kiedy Andreas i Josefin zaczną mu zadawać pytania, szybko z niego wyciągną, że tą miłą panią byłam ja, i jeśli zastanawiali się, czy mi nie wybaczyć, po czymś takim na pewno już nie będzie na to szans.
Całe moje ciało tęskniło jednak za małym chłopcem w ciężarówce. Przecież mogę się z nim przywitać i nie dać mu prezentu. Figurkę tyranozaura mogłabym wysłać pocztą. Nikt by się nie dowiedział, że tu byłam, a Josefin i Andreas zrobiliby z prezentem to, co uznaliby za właściwe. Cała ta sytuacja wyglądała jednak absurdalnie: oto stoję w ogródku i boję się przywitać z własnym wnukiem. Przecież jego rodzice nie mają prawa mnie od niego izolować. Postanowiłam więc wyjść z ukrycia i przynajmniej popatrzeć na Sama.
Puls mi skoczył, ale przemogłam się i do niego podeszłam. W pewnej odległości od nas stały dwie kobiety w czerwonych kurtkach z napisem Przedszkole Niedźwiadek. Po całym terenie biegały dzieci, grały w berka, zjeżdżały ze zjeżdżalni albo bawiły się w piaskownicy wiaderkami i szpadelkami. Ostrożnie ruszyłam w kierunku ciężarówki na drugim końcu ogródka. Sam nadal był skupiony na "jeździe" samochodem i na skrzyni biegów i mnie nie zauważył. W końcu znalazłam się tak blisko niego, że mogłam zajrzeć do kabiny kierowcy, w której siedział. Tak blisko niego nie byłam od pogrzebu mamy.
Stałam nieruchomo i patrzyłam na jego buzię: nosek, bródkę, usta. Był, a zarazem nie był podobny do Andreasa. Miał też pewne rysy Josefin, które na razie aż tak bardzo się nie uwidoczniły. Był sobą. Czułam, jak moje serce przepełnia się dumą i miłością. W niemal nabożnym skupieniu chłonęłam każdy jego ruch i dźwięk, jaki wydawał.
Nagle Sam mnie zauważył, ale moja obecność ani go nie zdziwiła, ani nie przestraszyła. Po prostu stwierdził, że tam stoję, jakby to było coś normalnego. Wiedziałam, że mnie nie poznał.
- Cześć - powiedział.
Uświadomiłam sobie, że od kiedy nauczył się mówić, usłyszałam jego głos po raz pierwszy. To doświadczenie było wręcz nierzeczywiste.
- Masz na imię Sam, prawda?
Chłopiec zdziwił się, że ktoś, kogo nie znał, wypowiedział jego imię.
- Samochód... prowadzę samochód - odparł i znowu zaczął mruczeć, imitując dźwięk silnika.
- To piękny samochód.
Więcej nie zdążyłam powiedzieć, bo nagle usłyszałam znajomy głos:
- Sam!
Oboje popatrzyliśmy w kierunku, z którego dobiegł. W naszą stronę szła Stina. Z początku mnie nie zauważyła, bo całą uwagę skupiła na Samie. Wyglądało to tak jak przed chwilą, kiedy ja go ukradkiem obserwowałam. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Wyciągnął do niej ręce i zawołał:
- Babcia!
Słysząc słowo "babcia", poczułam się tak, jakby ktoś uderzył mnie pięścią w żołądek.
Sam wyszedł z kabiny kierowcy i podbiegł do Stiny, żeby ją objąć, a ona przyjęła go z otwartymi ramionami. Poczułam dziwną mieszankę złości, smutku i zazdrości.
- Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin, kochanie - powiedziała Stina i dopiero teraz na mnie spojrzała. Jej twarz błyskawicznie się zmieniła. Ze szczęśliwej na przestraszoną i zaskoczoną. Objęła Sama mocniej, jakby chciała go przede mną obronić, podczas gdy ja kurczowo trzymałam torbę z prezentem i ani drgnęłam. Przez kilka sekund stałyśmy naprzeciwko siebie jak dwóch rewolwerowców. Po chwili miejsce strachu zajął w jej oczach wstyd. Patrzyła na mnie rozbieganym wzrokiem, jakby nie wiedziała, jak się zachować.
- Cześć - wydukałam.
- Cześć - odparła Stina i poznałam po jej minie, że nie wie, co powiedzieć.
Sam uwolnił się z jej objęć i wrócił do ciężarówki.
Stina, podchodząc do mnie, szukała odpowiednich słów. Co można powiedzieć po latach przyjaźni, która tak nagle się skończyła? Żadna z nas tego nie wiedziała.
- Co u ciebie? - spytała po chwili.
- W porządku - odparłam.
- Powinnam była zadzwonić po pogrzebie Maggie, ale...
Uniosłam ręce w obronnym geście, jakbym chciała jej pokazać, że wcale nie musiała tego robić. Ona już nic nie musiała.
- Nic się nie stało - zapewniłam.
Odwróciła się do Sama i spytała:
- Czy wiesz, kto to jest, kochanie?
Chłopiec pokręcił głową i spojrzał na mnie poważnym wzrokiem.
- To twoja babcia, mama tatusia - wyjaśniła Stina.
Sam roześmiał się, jakby usłyszał dobry żart.
- Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin - powiedziałam, ale miał taką minę, jakby nie wiedział, że tego dnia kończy dwa latka. Wrócił do zabawy i dalej mruczał "Brum...brum...", a my stałyśmy obok siebie i z uśmiechem obserwowałyśmy, jak nasz wnuk "jedzie ciężarówką". Nie wiedziałyśmy, o czym rozmawiać, a ponieważ gadanie o niczym byłoby dla nas czymś obraźliwym, stałyśmy z uśmiechami na twarzy i patrzyłyśmy na Sama. Trzymałyśmy fason, chociaż przy dwulatku nie musiałyśmy udawać. W końcu Stina się odezwała:
- Musimy już iść. Czekają na nas w domu.
- Jasne. - Skinęłam głową.
- Chciałabym cię zaprosić na jego urodziny, ale sama wiesz...
- Wiem i rozumiem.
Zrobiła jeszcze bardziej zawstydzoną minę, podczas gdy mnie ta sytuacja do pewnego stopnia bawiła. Wcale nie współczułam Stinie.
- Musimy wracać do domu - zwróciła się do chłopca.
Ale Sam nie chciał jeszcze wracać. Nadal "trąbił" i "kierował", aż w końcu Stina musiała do niego podejść i wyciągnąć go z szoferki.
- Pojedziemy do domku na twoje urodziny. Mama i tata już... - Nie dokończyła zdania, jakby sobie uświadomiła, że rozdrapuje moje rany, bo przecież mnie tam nie będzie.
Postawiła wnuka na ziemi i oboje do mnie podeszli, żeby się pożegnać. Sam trzymał ją za rękę i wpatrywał się we mnie świdrującym wzrokiem. Nie miał nic przeciwko mnie; chodziło o to, że Stina przerwała mu zabawę. Kucnęłam i powiedziałam do niego:
- Fajnie, że cię spotkałam. Jesteś świetnym kierowcą.
Sam skinął głową i zrobił zadowoloną minę.
- Mam dla ciebie prezent urodzinowy. Chcesz?
Na widok kolorowego papieru, w który była owinięta zabawka, twarz mu się rozjaśniła.
- Mam nadzieję, że ci się spodoba - dokończyłam.
- Rozpakujemy go w domu - zdecydowała Stina, kiedy Sam zaczął rozrywać papier. - Trochę nam się spieszy.
- Tak, zróbcie to w domu - odparłam.
- Co się mówi? - zwróciła się do chłopca Stina.
- Dziękuję, babciu - odparł Sam, a ja poczułam, jak ogarnia mnie fala ciepła. Jego słowa były pożywką dla mojej duszy.
- To ja ci dziękuję, wnuczusiu. Pozwolisz, żebym mówiła do ciebie Migdałek? Tak nazywałam twojego tatę, kiedy był małym chłopcem, bo był słodki jak ciasteczko z migdałami. Ty też taki jesteś.
- Migdałek - powtórzył Sam, a mnie znowu oblała fala ciepła i przestałam marznąć.
- Czy mogę cię uściskać na pożegnanie? - spytałam.
Sam spojrzał na mnie nieśmiało, ale zrobił krok w moją stronę. Oparł się o mnie i zarzucił mi rączki na szyję. Objęłam go i poczułam typowy zapach dziecka, piaskowych włosów i słodkiej skóry.
- Babcia cię kocha, Migdałku - szepnęłam.
Stina spojrzała na mnie ze współczuciem i zrobiła jeszcze bardziej nieszczęśliwą minę.
- Jest mi naprawdę przykro - powiedziała.
Tylko skinęłam głową, bo nie byłam w stanie wykrztusić słowa.
W końcu wzięła Sama za rękę, odwrócili się ode mnie i ruszyli przez ogród. Zanim zniknęli za bramą, mój wnuk odwrócił się i jeszcze raz na mnie spojrzał. Zacisnęłam wargi, pomachałam mu ręką i znowu się do niego uśmiechnęłam, a on mi odmachał.
Do domu wracałam okrężną drogą wokół zatoki ?rstaviken. Zrobiłam to, żeby uporządkować myśli. Spotkanie z wnukiem podziałało na mnie jak supernarkotyk. Kiedy Stina i Sam poszli do domu, nabrałam ochoty na więcej. Po spotkaniu z Migdałkiem, który stał się małą, ale bardzo konkretną osobą, byłam tak otumaniona emocjonalnie, że wszystko musiałam sobie na nowo poukładać w głowie. Podobnie czułam się po rozmowie ze Stiną, która tym razem potraktowała mnie zupełnie inaczej niż na pogrzebie mojej mamy. Wtedy zdobyła się jedynie na obowiązkowy uścisk, po czym się odwróciła i odeszła. Przypomniało mi się nasze spotkanie u mnie w Gröndal, kiedy przyznała się, że latami mnie okłamywała, bo w najgorszym dla mnie okresie odgrywała rolę łączniczki między Andreasem a Jannem. Byłyśmy na siebie złe i rozżalone, a teraz pojawiła się jako triumfatorka, która wyciągnęła zwycięski los na loterii i przeszła na drugą stronę, podczas gdy ja wszystko straciłam i dogorywałam. Wraz z poczuciem triumfu pojawił się jednak również wstyd, bo to nie była zwykła gra. Właśnie tak to postrzegałam. Widziałam po jej minie i mowie ciała, że płaci za to wysoką cenę. Dla Andreasa i Josefin poświęciła najlepszą przyjaciółkę i nie wykonała żadnego ruchu, żeby wystąpić w roli mediatorki między mną i Andreasem. Wiele mogła zrobić, ale zamiast poważnie porozmawiać z córką i spróbować ją do mnie przekonać, ukryła się jak tchórz za plecami Josefin i całkowicie ją poparła. Krótko mówiąc: poświęciła mnie dla niej, tak jak to zrobili Janne i Björn. Nie wzięli mnie w obronę, bo nie chcieli ryzykować utraty dobrych relacji z dzieckiem i wnukiem. Lepiej było poświęcić tę, która i tak już przegrała, znikła za horyzontem i trafiła do zamrażarki. Wynikało to ze strachu, że jeśli zachowają się inaczej, ich też może spotkać podobny los. Potem żyli z tą swoją zdradą, ale widok zawstydzonej Stiny stanowił dla mnie niewielkie pocieszenie.
Przepełniała mnie radość, ale było mi też smutno. Mój wnuk... Sam... cudowny Migdałek. Czułam się tak, jakbym znowu widziała małego Andreasa. Mała istotka, której pomagałam przyjść na świat, podrosła, potrafiła mówić i nazwała mnie "babcią". Miała dwa latka, co oznaczało, że tyle czasu straciłam. Najgorsze było to, że już nie zdążę tego nadrobić. Ile lat stracę jeszcze? I to z powodów, o których ledwo pamiętałam. Popełniałam gafy, niemądrze odzywałam się do Andreasa i Josefin, ale przede wszystkim powinnam była inaczej postępować, kiedy mój syn był małym chłopcem. Miałam na koncie mnóstwo błędów, ale się do nich przyznałam. Potem się ukorzyłam, poprosiłam o wybaczenie i obiecałam poprawę, ale szybko okazało się, że nie mogę liczyć na wybaczenie. Czy naprawdę nie istnieje jakaś rozsądna granica, poza którą kara nie powinna już obowiązywać? A może nie zasłużyłam, żeby po dwóch latach izolacji wrócić do syna, wnuka i normalnego życia?
*
Po spacerze wokół zatoki weszłam na Liljeholmsbron i spojrzałam na dawne kąpielisko w Hornstull. Kiedyś stałam już w tym miejscu. Czasem nachodziła mnie pokusa, żeby ze sobą skończyć i skoczyć z mostu do wody. Dyskutowałam ze sobą, co jest lepsze: kontynuować dotychczasowe życie czy zamknąć je na klucz. Być może zrobiłabym to drugie, gdyby nie barierka, którą tam kiedyś zamontowano, żeby zapobiec kolejnym próbom samobójczym osób, które przychodziły tu w tym celu.
Teraz zastanawiałam się nad czymś innym. Minęła piąta, na dworze było już ciemno. Z miejsca, w którym stałam, mogłam przejść przez most i skręcić do Gröndal albo iść przed siebie i wrócić tam, skąd przyszłam, to znaczy do dzielnicy Midsommarkransen.
Myślałam o tej drugiej opcji, ale nie mogłam się zdecydować, co zrobię, kiedy się tam znajdę. Mogłabym po prostu przyjść i poczekać z nadzieją, że choć na sekundę zobaczę Migdałka. Popatrzę na niego z daleka, żeby się upewnić, czy pozwolono mu rozpakować prezent i czy mu się spodobał.
Dotarłam do Midsommarkransen i weszłam do kawiarni w starym kinie Tellus. Kino znajdowało się między kwiaciarnią a domem, w którym mieszkali Andreas i Josefin. Usiadłam przy stoliku i zamówiłam kawę z ciastkiem. Uznałam, że skoro nie wolno mi posmakować tortu, będę świętować urodziny Sama na swój sposób, koło ich domu. Poza tym po tak długim spacerze byłam zmęczona i miałam niski poziom cukru we krwi.
Mogłabym do nich zadzwonić, żeby się wprosić na uroczystość, ale i tak im się wystarczająco dużo narzucałam, więc nie zrobiłam tego. Doszłam do wniosku, że to by tylko pogorszyło moją sytuację, jeśli w ogóle było to możliwe. Poprzestałam więc na kawie z ciastkiem niedaleko ich domu. Miałam nadzieję, że choć na chwilę zobaczę Sama.
Josefin i Andreas mieszkali przy Ringdansvägen na parterze jaskrawoczerwonego budynku z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Znałam każdy centymetr w ich mieszkaniu o powierzchni sześćdziesięciu dwóch metrów kwadratowych. Oczywiście przy założeniu, że go nie przemeblowali. Weszłam do parku Julikullen, znajdującego się po drugiej stronie ulicy, i od razu przypomniała mi się tamta noc, kiedy Josefin zaczęła rodzić, a ja odwiozłam ją do szpitala w Södertälje. Gdybym na tym poprzestała i nie weszła z nimi do środka, moje życie mogłoby wyglądać inaczej.
Teraz stałam obok pomnika Pucka i wpatrywałam się w okno ich mieszkania. Z tego miejsca mogłam coś zobaczyć, pod warunkiem że firanki w oknach nie będą zasunięte. Dwa okna wychodziły na ulicę. Jedno w pokoju Sama, drugie w salonie. Było tam pełno baloników, girland i gości, którzy przyszli na urodziny Sama.
Usiadłam na zimnej drewnianej ławce, żeby rozgrzać dłonie, i czekałam. W pewnej chwili pod dom podjechała taksówka. Zatrzymała się naprzeciwko wejścia i po kilku sekundach wysiadły z niej trzy osoby: Janne, Helle i mężczyzna mniej więcej w wieku Andreasa. Czyżby to był Mikael, jego przyrodni brat? A więc już do tego doszło! Janne i Helle przyjechali na urodziny Sama ze swoim synem. Może później dołączy ich córka? Przylecieli z Kopenhagi, żeby świętować urodziny mojego wnuka. Byli tam wszyscy oprócz mnie, ale jakoś mnie to nie zdziwiło. Ciekawe, kto wpadł na pomysł, żeby zaprosić Jannego z rodziną. Pewnie Josefin. Chciała dobrze, więc podjęła próbę nawiązania bliższych relacji z ojcem Andreasa.
"Masz pełne prawo zaprosić na uroczystość swojego tatę i przyrodnie rodzeństwo - powiedziała mu pewnie. - To ty decydujesz, z kim Sam będzie świętował urodziny".
Oblałam się zimnym potem, ale i tak byłam zmarznięta. Siedziałam w ciemnościach i chłodzie jak bezdomny stalker - ja, kobieta sukcesu, wiele razy nagradzana specjalistka w swoim fachu, którą nadal zapraszano do wygłaszania wykładów. Gdybym chciała, bez problemu mogłabym upolować kogoś na portalu randkowym. Moi szkolni koledzy i koleżanki opowiadali mi o wspaniałych latach, których właśnie teraz doświadczają. Dzieci poszły na swoje, a oni mogą w końcu podróżować i zająć się sobą. Niech żyje życie! Tymczasem ja czułam pustkę, a moje mroczne wnętrze wypełniała jakaś czarna maź.
Na dworze było prawie tak samo chłodno jak o świcie tamtego zimowego dnia przed dwoma laty, kiedy na świat przyszedł Sam. Podjechałam pod wejście, żeby zabrać Andreasa i Josefin, która stała przy latarni i wiła się z bólu. Najpierw zawiozłam ich na izbę przyjęć, a potem do szpitala w Södertälje. Jak na ironię Janne wysiadł przed chwilą z taksówki przed tym samym wejściem, żeby wziąć udział w urodzinowym przyjęciu chłopca, który przyszedł na świat dzięki mojej pomocy.
Siedziałam w cieniu i obserwowałam przez okna swoją rodzinę. Ich mieszkanie przypominało domek dla lalek, którymi byli mój eks, Helle, przyrodni brat Andreasa, Stina, Björn, przyjaciele, dzieci i Sam.
Ciekawe, czy rozmawiali o mnie.
"Świat nie kręci się tylko wokół ciebie, mamo".
Najwyraźniej nie. Na pewno rozmawiali o mojej mamie i o tym, jak bardzo za nią tęsknią.
Nagle zobaczyłam w oknie Sama, ale tylko na chwilę. Wdrapał się na parapet, ukląkł na nim i zaczął uderzać jedną rączką o szybę, bo w drugiej coś trzymał. Przeszłam przez park, zbliżyłam się do okna i wytężyłam wzrok, żeby lepiej widzieć. Czyżby to był dinozaur? Od razu poczułam się raźniej. Wyglądało to prawie tak, jakby wnuk do mnie machał, chociaż wiedziałam, że w takich ciemnościach nie mógł mnie widzieć. Po prostu uderzał rączką w swoje odbicie w szybie.
Nagle zjawił się Andreas. Chwycił synka za rękę, żeby ten nie rozbił szyby i się nie skaleczył. Sam odwrócił się do niego, pokazał mu zabawkę i zaczął coś mówić. Andreas wysłuchał go i z zawziętą miną spojrzał w ciemność, a ja poczułam się nagle tak, jakby patrzył prosto na mnie. Potem zdjął Sama z okna i zasłonił firanki. Przedstawienie dobiegło końca.
Puls mi opadł i znowu trzęsłam się z zimna. Wrócił też ból, zarówno fizyczny, jak i psychiczny. Wiedziałam, że powinnam iść do domu. Mojej terapeutce na pewno nie spodoba się to, co dzisiaj zrobiłam. Stwierdzi, że takie zachowanie w niczym mi nie pomoże, ale uważałam, że jest wprost przeciwnie.
Ruszyłam do domu, gdy nagle zadzwonił mój telefon. Czyżby Andreas mnie zauważył i znowu chciał mnie skrytykować? Pewnie usłyszę nowe połajanki, dowiem się, że przekroczyłam kolejną granicę i nie szanuję ich rodziny.
Ale to nie był on, tylko Stina.
Dawna przyjaciółka chciała się ze mną spotkać.
Spotkałyśmy się następnego dnia. Stina wyznała, że po naszej rozmowie w żłobku nie mogła przestać o mnie myśleć. Stwierdziła, że to niesprawiedliwe, że nie mogę poznać bliżej wnuka, zwłaszcza że jestem jej najstarszą przyjaciółką. I chociaż na razie nie potrafi zmienić podejścia Andreasa i Josefin do mnie, może się postarać, żebym widywała się z Samem, kiedy nie będzie ich w domu. Po jej słowach zaczęłam się zastanawiać, czy właśnie tak to wyglądało, kiedy Andreas był małym chłopcem, a ona organizowała mu widzenia z Jannem.
"?sy nie ma teraz w domu. Możesz się z nim spotkać za godzinę".
Kombinowała i kłamała, ale teraz było to dla mnie nieważne. Liczyło się tylko to, że będę mogła widywać Sama. Po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam się szczęśliwa.
*
Od tej pory Stina przychodziła do mnie z Samem, żebym mogła z nim spędzić trochę czasu. Czasem spotykałam się z nimi w parku niedaleko żłobka, ale nigdy nie rozmawiałyśmy o przeszłości. Tkwiłyśmy w naszej bańce, w której obowiązywały niepisane reguły. Najczęściej zostawiała u mnie Sama i wychodziła, żeby go odebrać o określonej godzinie. Mimo to nie udało nam się przywrócić naszych dawnych przyjacielskich relacji. Wyglądało to raczej tak, jakby Stina zamierzała odpokutować za swoje winy, to znaczy za to, co mi kiedyś zrobiła. Byłam gotowa jej wybaczyć, ale wiedziałam, że już nigdy nie wrócimy do naszej przyjaźni.
Zdawałam sobie sprawę, że wiele dla mnie ryzykuje. Co by się stało, gdyby prawda o tych spotkaniach wyszła na jaw? Co będzie, kiedy Sam zacznie więcej mówić i o wszystkim opowie? Jak Stina się z tego wytłumaczy? Przypomni im, że robi to samo, co kiedyś robiła dla Andreasa i jego ojca? Powie mu, że odcinając ode mnie siebie i Sama, powtarza moje dawne błędy? Dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane. A może zdoła przekonać Josefin, żeby zmieniła stosunek do mnie, bo bez względu na to, co o mnie myśli, powinna mi pozwolić na spotkania z wnukiem? Chyba że skłamie i stwierdzi, że Sam zmyśla historyjki o nieistniejącej babci?
Obie wiedziałyśmy, że to się kiedyś skończy. O tym, że spotykam się z wnukiem, nie wspomniałam nikomu. Nawet Lenie. Nadal chodziłam do niej w każdy wtorek, ale utrzymywałam przed nią w tajemnicy to, że widuję Sama. Byłam pewna, że uznałaby to za kiepski pomysł i zaczęłaby mnie przekonywać, że okłamywanie syna i jego partnerki kiedyś się na mnie zemści. A nie potrzebowałam jej krytyki. Wiedziałam tylko tyle, że chcę spotykać się z Samem, i nie myślałam o konsekwencjach. Lena zauważyła, że się zmieniłam, ale nie umiała określić przyczyny tej zmiany. Kiedy mnie o to pytała, udzielałam jej wymijających odpowiedzi. Być może przyczyną mojego lepszego samopoczucia mogło być też to, że szła wiosna i dni stawały się coraz dłuższe, co przełożyło się na większą chęć do życia. Nie byłam już nawet pewna, czy nadal powinnam chodzić do niej na sesje. Lena bacznie mnie obserwowała. Podejrzewała, że coś przed nią ukrywam, ale nie wiedziała co.
Dawny pokój Andreasa urządziłam na nowo, żeby mógł służyć Samowi. Przyniosłam zabawki, które przechowywałam w komórce, i coraz częściej kupowałam nowe. Z czasem stałam się stałą klientką w sklepie z zabawkami. Kupiłam mu klocki, garaż dla ciężarówek, małą stację benzynową, plastelinę, kilka pluszaków i zestaw kuchenny do przyrządzania posiłków. W dawnym łóżeczku Andreasa była świeża pościel, na wypadek gdyby Sam musiał u mnie przenocować, chociaż nie śmiałam o tym marzyć. Mieszkanie wyglądało tak, jakby odżyło. Ja czułam się tak samo.
*
Za każdym razem, gdy Stina przyprowadzała albo odbierała Sama, rozmawiałyśmy uprzejmie, krótko i rzeczowo. Przypominało to rozmowy byłych małżonków po cywilizowanym rozwodzie. Traktowałyśmy się z szacunkiem, ale nic ponad to. Któregoś razu wpadłam na pomysł, żeby ją do siebie zaprosić. Być może chciałam się z nią pogodzić albo podświadomość sygnalizowała mi, że to nie może trwać wiecznie, i próbowała pomóc znaleźć jakieś rozwiązanie. Na początku Sam był dla mnie czymś w rodzaju premii. Każda sekunda, minuta i godzina były dla mnie łaską losu, na którą nie liczyłam, chociaż wiedziałam, że im więcej czasu z nim spędzam i im częściej się spotykamy, tym trudniej będzie mi bez niego żyć. Migdałek stał się dla mnie zbyt ważny, żebym mogła się z tym pogodzić.
Stina dość długo się wahała, czy przyjąć moje zaproszenie, ponieważ czuła się nieswojo. Na pewno wolała, żeby nasze krótkie spotkania związane z przekazywaniem sobie Sama trwały jak najkrócej; dzięki temu mniej obciążały ją wyrzuty sumienia. Zaczęłam ją ostrożnie namawiać.
- Przy okazji obejrzysz rysunki Sama. Prawda, Migdałku?
- Tak... zobacz.
To był nieuczciwy chwyt i wcale nie zamierzam temu zaprzeczać. Dziecko wyraziło życzenie, żeby babcia Stina została, a ona uznała, że nie może mu odmówić. Moja sztuczka zadziałała.
- Dobrze, ale nie za długo. Musimy wrócić do mamusi i tatusia.
Sam wziął ją za rękę i zaprowadził do dawnego pokoju Andreasa. Stina rozejrzała się i pochwaliła mnie za sposób, w jaki go urządziłam.
- Ładnie tu! - powiedziała. - Sam mógłby tu nawet zamieszkać.
Wiedziałam, że wcale tak nie myśli, tylko po prostu to palnęła. Sam wbiegł do pokoju i przyniósł swoje rysunki, a ja zdobyłam się na odwagę i spytałam:
- Nie uważasz, że należałoby pójść o krok dalej?
Stina unikała mojego wzroku.
- To nie zależy ode mnie - odparła.
- Każdy popełnia błędy. Przecież nie jestem kryminalistką.
- Nie, ale nie ułatwiałaś im zadania.
- Próbowałaś porozmawiać o tym z Josefin?
- Jeśli ci się wydaje, że chodzi tylko o nią, to jesteś w błędzie. Do tej sytuacji doprowadził głównie Andreas.
- Jeśli ją przekonasz i spojrzy na to z mojej perspektywy, to może on też zmieni zdanie? Odnoszę wrażenie, że Josefin uważa mnie za kogoś okropnego.
Stina wzięła jeden z rysunków i uśmiechnęła się do Sama. Chłopiec nas zostawił i poszedł się bawić.
- Ty zawsze miałaś o niej bardzo szczególną opinię - powiedziała Stina. - Już kiedy była małą dziewczynką, mówiłaś o niej różne rzeczy.
Zauważyłam po jej spojrzeniu, że czuje się urażona. Nigdy wcześniej mi o tym nie mówiła.
- Zawsze ją lubiłam, tylko kompletnie jej nie rozumiem - wyznałam.
- Nie musisz udawać, bo wiem, co masz na myśli. - Stina westchnęła.
Miała rację; kiedyś o tym rozmawiałyśmy. Uważałam, że Josefin już jako dziecko była dziwna i od samego początku urabiała rodziców na własną modłę. Stinie sprawiało to ból, a ja żałowałam, że nie zdobyłam się wtedy na szczerą opinię. Być może powinnam ją za to przeprosić, ale jakoś nie mogłam się na to zdobyć. Przez chwilę siedziałyśmy w milczeniu, podczas gdy Sam się bawił.
- Musimy wracać - powiedziała w końcu Stina. - Mamusia i tatuś na nas czekają.
Gdy ubrała Sama, zarzucił mi rączki na szyję. Nie wiem dlaczego, ale tym razem trudno mi się było z nim rozstać.
Spotykałam się z Samem od kilku miesięcy, gdy nagle Stina przestała reagować na telefony ode mnie. Dzwoniłam do niej, wysyłałam esemesy, ale moje starania pozostawały bez odzewu. Na początku myślałam, że jest zajęta i że kiedy znajdzie trochę wolnego czasu, umówimy się na spotkanie, ale kiedy minęło pięć dni, a ona nie dawała znaku życia, zaczęłam się niepokoić.
Pewnego dnia pojechałam z wykładem do Ulricehamn. Po powrocie wysiadłam na Dworcu Centralnym, ale zamiast wsiąść do metra do Liljeholmen, pojechałam zieloną linią w przeciwnym kierunku i wysiadłam na Odenplan. Czułam, że powinnam to mieć za sobą.
Biuro Stiny przy Upplandsgatan wyglądało ładniej niż przed laty. Ostatnim razem odwiedziłam ją w pracy dawno temu, kiedy umówiłyśmy się na lunch w restauracji Tennstopet. Oprowadzała mnie wtedy z dumą po nowych pomieszczeniach biurowych. Byłam pod wrażeniem tego, jak wspólnie z Björnem stworzyli od podstaw firmę pośrednictwa pracy, uznawaną od pewnego czasu za jedną z najlepszych w Szwecji.
W recepcji siedziała młoda kobieta z ciemnymi kreskami na powiekach. Spytała, czy chciałabym się napić espresso, i wskazała ekspres. Podeszłam do niego, ale nalałam sobie tylko wody, po czym usiadłam w jednym z ogromnych foteli i czekałam. Po pięciu minutach zjawiła się Stina. Od razu zauważyłam, że jest zestresowana.
- Zaraz mam spotkanie - rzuciła. - Po co przyszłaś?
- Od tygodnia próbuję się z tobą skontaktować. Co się dzieje?
Przez kilka sekund milczała z taką miną, jakby zaraz miała się rozpłakać. Kąciki ust jej drgały.
- Josefin przeczytała twojego esemesa i jest na mnie wściekła.
Czekałam na wyrok, który miał za chwilę zapaść.
- Musiałam jej coś obiecać - dodała Stina.
- Co? - spytałam, chociaż od razu domyśliłam się, jak brzmiała ta obietnica. Chciałam jednak, żeby Stina to powiedziała i zrozumiała swój błąd.
- Nie możemy się już spotykać - oznajmiła przepraszającym tonem. - Muszę szanować ich decyzję.
- A jak ty się z tym czujesz?
- Co mam zrobić? Nie mogę się jej sprzeciwić.
- Kiedyś pomagałaś mojemu byłemu mężowi, teraz możesz pomóc mnie - odparłam błagalnym tonem.
Stina zagryzła wargi.
- Przykro mi, ale muszę już wracać. Dbaj o siebie.
Po tych słowach moje ostatnie koło ratunkowe ruszyło korytarzem i chwilę później weszło do sali konferencyjnej.
W komórce na strychu stały kartony, w których przechowywałam stare rzeczy. Na przykład pamiętniki z dawnych lat i listy, które pisał do mnie Janne. Pamiętniki prowadziłam od zawsze, to znaczy od czasu, kiedy się nauczyłam pisać. Robiłam to także wtedy, gdy byłam nastolatką. Trwało to do momentu, w którym Andreas wyprowadził się z domu, bo właśnie wtedy straciłam ochotę do pisania. Czułam, że nie mam nic więcej do przekazania, chociaż powinno być odwrotnie, bo od tej pory miałam więcej czasu. Nieraz chciałam to wszystko wyrzucić albo spalić razem z bólem, który wiązał się z tymi rzeczami, ale nie potrafiłam się do tego zmusić. I to z różnych powodów. Być może już wtedy podświadomie czułam, że Andreas ma prawo poznać swoją historię, a przy okazji dowiedzieć się o czymś, co dla mnie nadal było powodem do wielkiego wstydu.
Na strychu było zimno, panował tam przeciąg. Rozglądałam się i patrzyłam na szpargały, które ze sobą zabierałam przy każdej przeprowadzce. Pomyślałam, że któregoś dnia powinnam w końcu zrobić z nimi porządek i przeprowadzić ostrą selekcję. Na przykład z kartonem, w którym leżały rzeczy byłego męża. Jakoś nigdy nie mogłam się zdobyć, żeby tam zajrzeć, chociaż były jak ból zęba, który tak się z czasem nasilił, że dłużej nie dało się go lekceważyć.
W kartonie panował kompletny bałagan. Klęczałam wśród wspomnień, które leżały porozrzucane wokół mnie na podłodze. Widokówki, listy, stare fotografie i zapisane do ostatniej strony notatniki w zielonych okładkach z materiału. Kiedy otworzyłam jeden z nich, wypadła z niego nasza wspólna fotografia zrobiona w ulicznym automacie. Wyglądaliśmy na niej na świeżo zakochanych. Następna przypomniała mi o Bożym Narodzeniu, które spędziliśmy u rodziców w Gärdet. Janne siedzi w dużym pokoju z Andreasem na kolanach, w tle widać świątecznie zastawiony stół. Zdjęcie zrobiono tuż przed tym, jak Janne nas zostawił. Helle była już wtedy w ciąży. Przeglądam kolejne strony pamiętnika. Pierwsze samotne dni z Andreasem. Złamane serce. Wymioty w żłobku. Prośba, żeby Janne się ze mną skontaktował. Złość. Rozpacz. Każda kolejna strona była jak otwarta rana. I pomyśleć, że tak bardzo go kochałam, że zmarnowałam dla niego tyle życia.
Znalazłam kartkę do Andreasa, którą chyba zapomniałam przekazać synowi.
Wesołych świąt Bożego Narodzenia życzy tata.
Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin!
Między listami następowały długie przerwy, po pół roku, a nawet rok.
Cześć, synku!
W Kopenhadze jest przepięknie. Kiedy nas odwiedzisz, pójdziemy do parku rozrywki Tivoli. Ja i Helle tęsknimy za Tobą. Mikael i Lise też chcą Cię poznać.
Treść listów, które Janne pisał do mnie, była bardziej ponura. Brzmiały tak, jakby odbijał się od ściany do ściany. A to prosił mnie o wybaczenie, a to zarzucał mi, że zachowuję się jak dziecko. W jednej sprawie miał rację: chciał być szczęśliwy, a ja nie powinnam wałkować jego romansu z Helle w nieskończoność. Popełnił błąd, ale nie mam prawa odbierać mu dziecka tylko dlatego, że wyprowadził się ze Szwecji i przez pewien czas nie utrzymywał z Andreasem kontaktów. To ja zachowuję się jak wariatka, bo nie można ze mną nic załatwić. Powinnam więc zacząć z nim współpracować. Potem pojawiły się groźby: jeśli nie spełnię jego żądań, wystąpi do sądu o odebranie mi opieki nad Andreasem i zabierze go do Danii. Wie o różnych faktach, które nie są dla mnie korzystne, i jeśli go zmuszę, na pewno je ujawni.
Zadrżałam i zrobiło mi się wstyd. Janne znał moją wielką tajemnicę, o której wolałam nie myśleć, więc zakopałam ją głęboko na dnie pamięci. To było dawno temu, ale na jej wspomnienie nadal przechodził mnie dreszcz. Janne rzeczywiście wiedział o mnie różne rzeczy, ale chociaż po tylu latach nie mógł już tej wiedzy wykorzystać, nadal odczuwałam głęboki niesmak. To był mój drażliwy punkt. Andreas nie powinien się o tym dowiedzieć, bo mógłby pomyśleć, że byłam nienormalna albo że go nie kochałam. Groźby, które w tamtym okresie kierował wobec mnie Janne, były jak lufa pistoletu przytknięta do skroni. Być może teraz jest podobnie.
Zastanawiałam się, co będzie, jeśli znowu kogoś skrzywdzę, i doszłam do wniosku, że bardziej już nie mogłabym skrzywdzić. Uznałam, że bez względu na mój strach Andreas ma prawo poznać całą swoją historię i nie powinnam jej upiększać. Niech będzie taka, jaka była: prawdziwa.
*
Pojechałam do nich tego samego wieczoru. Zaparkowałam przy Ringdansvägen i weszłam do budynku. Postanowiłam to zrobić, zanim się rozmyślę. Andreas otworzył drzwi, ale zanim zdążył się odezwać, podałam mu karton i szybko wyjaśniłam, w jakiej sprawie przyszłam.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale chcę ci to przekazać. W tym kartonie są moje stare pamiętniki i trochę innych rzeczy. Nie musisz ich czytać, jeśli zechcesz, możesz je wyrzucić. I pozdrów ode mnie Sama.
Nie przyszłam, żeby się usprawiedliwić z powodu moich potajemnych spotkań z Samem bez zgody jego rodziców. Nie czekałam na odpowiedź Andreasa i nie zamierzałam z nim negocjować. Nie zależało mi też na tym, żeby cokolwiek odzyskać. Chciałam tylko dać mu to, co do niego należało.
Wychodząc z budynku, usłyszałam, jak Andreas zamyka drzwi.
Zatrzymałam się na chodniku i spojrzałam w okno pokoju Sama. Pewnie już spał, bo światło było zgaszone. Bez względu na to, co się teraz zdarzy, spędziłam z wnukiem trochę czasu. Wsiadłam do samochodu i ruszyłam. Czułam dziwną ulgę, chociaż przed chwilą wszystkie swoje życiowe brudy przekazałam osobie, którą kochałam najbardziej na świecie.
Moja tajemnica wyjdzie w końcu na jaw.
Rozmawiałem z Jannem, kiedy usłyszałem w sypialni jakiś dźwięk, który przypominał uderzenie ptaka o szybę. Wszedłem do pokoju i zobaczyłem, że Sam stoi przy oknie na krześle. W ręce trzymał dinozaura z twardego plastiku, którego dostał w prezencie od Stiny i Björna. Zabawka wyglądała prawie dokładnie tak samo jak ta, którą w dzieciństwie dała mi mama.
- Babcia - powiedział Sam.
- Tak, dostałeś go od babci Stiny - potwierdziłem.
- Babcia - powtórzył.
Atlasmuren, 1996 rok. Miałem pięć lat i całymi dniami paradowałem w piżamie ze Spider-Manem. Do sufitu mojego pokoju przytwierdzone były gwiazdki, które świeciły odblaskowym światłem, a nocą wyglądały jak prawdziwe gwiazdy. Torami na Karlbergsleden jeździły pociągi dalekobieżne, ale stukot ich kół jakoś mnie nie budził. Przeciwnie: ich monotonne dudnienie mnie uspokajało. Tego dnia byłem skoncentrowany na Wigilii, więc podpełzłem do zawieszonej w nogach łóżka skarpety, w której czekał na mnie prezent i kilka mikołajków. Rozerwałem papier, jeszcze zanim wyjąłem prezent ze skarpety, i zobaczyłem dużego dinozaura. Zauważyłem go kiedyś na wystawie sklepu z zabawkami i mówiłem o nim przez całą jesień. Wziąłem go do ręki, pobiegłem do mamy i ją obudziłem. Powiedziałem jej, że to prezent od taty, a nie, tak jak twierdziła, od Świętego Mikołaja, na co ona zrobiła dziwną minę. Wyjaśniłem jej, że wspomniałem o tej zabawce tacie, kiedy do mnie zadzwonił i spytał, co chciałbym dostać pod choinkę. Gdy powiedziałem mu o dinozaurze, obiecał, że go dostanę. Zresztą mój kolega z przedszkola, który miał na imię Joel, twierdził, że Święty Mikołaj nie istnieje. Mama skinęła z uśmiechem głową, ale wzrok miała smutny.
- Uważaj, bo rozbijesz szybę - zwróciłem się teraz do Sama, bo zbyt mocno uderzał zabawką w okno.
Powinienem porozmawiać o tym z Karin. Od kiedy urodził nam się Sam, mam takich wspomnień coraz więcej. Pojawiają się w każdej chwili i w każdym miejscu, we śnie i na jawie, w czasie zmywania naczyń, zmieniania pieluch albo zabawy z Samem.
Poszedłem do Karin, żeby razem z nią uporządkować te wspomnienia, przeprowadzić wśród nich pewną selekcję i ustalić, które z nich należą do mnie, a które znam z opowieści mamy. Wytarte fotografie i niewyraźne chwile osadzone w mojej pamięci. Które z nich były prawdą, a które moją rekonstrukcją? Od kogo dostałem dinozaura: od mamy czy od taty? Teraz już nie jestem taki pewien, czy Janne powiedział mi całą prawdę o tamtych czasach ani czy cokolwiek z nich zapamiętał. Oboje rodzice próbowali przekonywać mnie, że tylko jedno z nich mówi prawdę i że nie powinienem wierzyć w to, co mówi drugie. Musiałem więc dotrzeć do jądra prawdy - do siebie i do własnych wspomnień.
- Babcia... - powiedział Sam głosem małego robota.
- Kochanie, nie opieraj się o szybę, bo ją rozbijesz.
Dlaczego powtarza "babcia", a nie jak zwykle "babcia Stina"? Przecież z moją mamą od dawna nie rozmawialiśmy ani się z nią nie widzieliśmy. Zresztą Sam w ogóle jej nie zna. Pewnie chodzi mu o babcię Maggie, chociaż wątpię, żeby zachował o niej jakieś wspomnienia, mimo że często o niej rozmawialiśmy. Może jednak dostał dinozaura od mojej mamy? Nie, Stina twierdzi, że Sam ma go od niej i Björna. A może Sam nie mówi "babcia", tylko wypowiada jakieś inne, podobnie brzmiące słowo? Mogłem się przesłyszeć. Nasz syn uczy się nowych słów, ale kiedy je wypowiada, większość z nich nadal trudno zrozumieć.
- Dostałeś go niedawno od babci Stiny i dziadka Björna, prawda, synku?
A może Stina nas okłamała? Nie chciało mi się w to wierzyć. Sytuacja rzeczywiście była dla niej trudna, ale dla mnie jeszcze trudniejsza.
- Babcia!
- Sam, wystarczy. Przestań!
Wyrwałem mu zabawkę z ręki i natychmiast tego pożałowałem.
- Przepraszam, synku!
Zawstydziłem się i mocno go przytuliłem. W takich chwilach zawsze nachodzą mnie wyrzuty sumienia. To rodzaj spuścizny po mamie, która była rekordzistką świata w zarażaniu innych poczuciem winy. Ogarnął mnie strach. Co będzie, jeśli ta jej cecha przejdzie na mnie i stanę się taki jak ona? Co się stanie, jeśli będę próbował chronić Sama przed złem i trudnościami życia? Zwłaszcza tymi, których zazna od otoczenia?
Sam wskazał palcem okno, jakby chciał się znaleźć na dworze.
- Zobacz! - zawołał. To było jedno ze słów, które znał.
Na dworze było już tak ciemno, że z trudem dostrzegłem drzewa rosnące w parku Julikullen po drugiej stronie ulicy. W pewnej chwili za latarnią mignął jakiś cień, ale od razu zniknął w parku.
- Migdałku... chodźmy już - powiedziałem i w tej samej chwili uświadomiłem sobie, że tak nazywała go moja mama. Starałem się nie używać tego słowa, ale samo mi się wymsknęło, jakby było we mnie zaprogramowane do szpiku kości.
- Migdałek - powtórzył z uśmiechem Sam.
Ta cholerna spuścizna! Bez względu na koszty, jakie będę musiał ponieść, nie zamierzałem jej podtrzymywać ani kontynuować. Muszę przerwać ten zły krąg.
- Andreas! Wracajcie do nas! Chcemy zaśpiewać Samowi Sto lat!
Josefin też dźwigała swój bagaż pokoleniowy, ale wspólnie mogliśmy sobie pomóc. Bez jej wsparcia nigdy bym się nie odważył na kontynuację sesji terapeutycznych.
Na początku byłem negatywnie nastawiony do tego, żeby ktoś obcy grzebał w moim życiu, chociaż rozum podpowiadał mi, że tego potrzebuję. Uważałem jednak, że sprawa jest zamknięta, odeszła do przeszłości i więcej nie wróci. Myślałem, że pogodziłem się ze zdradą ojca i ze wszystkim, co z niej wynikło. Kiedy jednak urodził się Sam, przeszłość szybko mnie dopadła. Na przykład mama i ta jej potrzeba ciągłej akceptacji ze strony innych. Najważniejsze zawsze było dla niej to, żeby ją pocieszać, litować się nad nią, współczuć jej, nie sprawiać jej przykrości i utrzymywać ją w dobrym humorze. Poza tym zawsze liczyła się tylko jej prawda i obowiązywała jej wersja zdarzeń, zwłaszcza w okresie mojego dzieciństwa.
Kiedy jednak Stina powiedziała mi całą prawdę o moim tacie, wszystkie elementy układanki trafiły na swoje miejsca. Uświadomiłem sobie, że połowę dzieciństwa wyparłem z pamięci. Stopniowo wracały obrazy i wspomnienia, przypominałem sobie różne sytuacje i zdarzenia. Drobne okruchy. Na przykład coś takiego: jesteśmy na Dworcu Centralnym w Sztokholmie, pijemy gorącą czekoladę i czekamy na tatę. Napój powinien mi smakować, ale jego smak nadal przyprawia mnie o mdłości. Mama wygląda na zdenerwowaną, zwraca się do mnie dziwnym głosem, a potem bierze mnie za rękę i mówi, że musimy iść. Tymczasem ja chcę czekać dalej, więc coraz mocniej ciągnie mnie za rękę, a ponieważ się opieram, w końcu mnie stamtąd wynosi. Kolejne wspomnienie: jesteśmy w chińskiej restauracji z jej koleżanką, która ma na imię Stina. Widzę kota siedzącego w oknie i kiwającego głową... w lewo, w prawo. Jem patyczkami. Obok mnie siedzi ktoś z ziarnkami ryżu w brodzie. Może to Janne? Następne wspomnienie: Kopenhaga. Bawię się z Mikaelem i Lise. Gramy w piłkę na tyłach budynku z czerwonej cegły, a wieczorami w bierki. Jest nam razem dobrze. Płaczę, bo nie chcę wracać do domu. Stewardesa trzyma mnie za rękę. Dania znika pod kołami samolotu i zamienia się w odległą małą wyspę. Czuję się jak Mio w filmie Mio, mój Mio i mój ojciec to król panujący w odległym królestwie. Fantazje zlewają się z rzeczywistością. Coś sprawia mi ból, ale nie potrafię tego określić. Tęsknię za mamą, tęsknię za tatą. Zawsze za kimś albo za czymś tęsknię.
*
Wyjazd do Kopenhagi był dla mnie trudny, ale ważny. Musiałem oczyścić atmosferę, uporządkować wspomnienia, spróbować je zrozumieć, usłyszeć inną wersję wydarzeń. Najgorsza była świadomość, że na wszystko jest już za późno, bo chociaż nawiązaliśmy kontakt, Janne nie był już dla mnie tym samym ojcem co kiedyś. Wiedziałem też, że nigdy nim nie będzie. To okienko już się dla nas zamknęło. Dla mnie był już tylko człowiekiem o imieniu Janne. Żaden z nas nie miał pojęcia, jak się ta sytuacja rozwinie. Wiedzieliśmy tylko tyle, że wznosi się przed nami ogromna góra żalu, na którą musimy się razem wspiąć, bo bez tego nie uda nam się nawiązać normalnych relacji.
Pozytywne było to, że Janne się na to zgodził. Zauważyłem, że próbuje być wobec mnie szczery i nie unika moich pytań, nawet tych trudnych. Czasem wytykał coś mamie, co wcale mnie nie dziwiło, ale większość winy brał na siebie. Przyznał, że jest mu przykro, bo mógł się bardziej postarać. Nie powinien był w tamtej sytuacji ze mnie rezygnować, tylko powiedzieć mamie, że on też ma do mnie prawo. I właśnie to, że nie walczył o mnie wtedy z większą determinacją, sprawiało mi przykrość i wywoływało we mnie gniew. To, że Helle zaszła z nim w ciążę, kiedy nadal był mężem mojej mamy, którą później porzucił, nie było w porządku, ale przecież człowiek nie jest niewolnikiem. Znacznie trudniejsze do wybaczenia było to, że mnie wtedy zostawił. Mikael i Lise wychowywali się przy ojcu, którego ja nie miałem. Trudno mi było pogodzić się również z tym, że mam przyrodnie rodzeństwo, którego nie znałem. Wprawdzie co pewien czas się spotykaliśmy, ale później kontakt się urwał i zostały mi jakieś wyblakłe wspomnienia. Dorastaliśmy, mijały lata i staliśmy się sobie obcy. Janne twierdził, że bardzo się starał. Myślę, że nie kłamał, bo przecież każdy chce dla swojego dziecka jak najlepiej. Ostatecznie postanowiłem dać mu ostatnią szansę.
- Idziecie czy nie?! - zawołała zniecierpliwionym głosem Jossan.
- Sam, mamusia czeka - powiedziałem.
Syn wstał z podłogi, odwrócił się do okna i powtórzył:
- Babcia!
Sesje terapeutyczne miały dla mnie podwójną zaletę. Przede wszystkim mogłem dać upust emocjom, co działało na mnie wyzwalająco. Ma to jednak swoją cenę, więc z każdej sesji wychodziłem wydrenowany jak dziurawy ponton. Po niektórych nie byłem w stanie pracować, a nawet zajmować się Samem, w związku z czym wszystkie obowiązki spadały na Jossan. Grzebanie we własnym wnętrzu wiele mnie kosztowało, także finansowo. Mimo to Jossan twierdziła, że pieniądze są bez znaczenia i powinienem kontynuować terapię nie tylko dla własnego dobra, ale także dla Sama i całej naszej rodziny. Bo jeśli ja czuję się źle, podobnie się czują pozostałe osoby w moim otoczeniu. Innymi słowy, mieliśmy podobne podejście do tej sprawy. Byliśmy jak zgrana drużyna. Mimo to czasem nie mogłem zrozumieć, jakim cudem jeszcze ze sobą jesteśmy po tym wszystkim, przez co razem przeszliśmy. Efekt był taki, że zbliżyło nas to do siebie jeszcze bardziej. Z całą świadomością skupialiśmy się na tym, żeby przezwyciężać przeszkody, które przed nami wyrastały. Podobnie rzecz się miała z kwiaciarnią. Kiedy ją kupowaliśmy, była w złym stanie, ale podjęliśmy ryzyko i udało nam się stworzyć coś nowego. Sam wychowywał się u boku rodziców Jossan, którzy lubili razem pracować i być ze sobą. Stanowiliśmy prawdziwą rodzinę, jakiej nigdy nie udało mi się stworzyć z mamą.
Rodzina to coś niezwykłego. Obowiązują w niej pewne zasady, które dla jej członków z czasem stają się normą. Rodzina jest jak zamknięty mały wszechświat, w którym dzieci nie kwestionują obowiązujących zasad. Nie wiedziałem, czy postępujemy słusznie, i być może za dwadzieścia pięć lat Sam też trafi na leżankę u terapeuty, ale miałem nadzieję, że coś mi się udało zmienić, bo zburzyłem pewien schemat. Myślę, że na zewnątrz sprawiam wrażenie twardego i zimnego. Babcia powiedziała mi przed śmiercią, że nie rozumie, dlaczego sobie tego wszystkiego nie odpuszczę i nie wybaczę mamie, żeby móc normalnie żyć. Ale ona nigdy nie chodziła na terapię, której potrzebuje wiele osób z mojego pokolenia, chociaż nie wszyscy mają odwagę ją zacząć. Jeśli ktoś na mnie patrzył oczami mojej mamy, mógł dojść do wniosku, że jestem niewdzięcznikiem. Mama została sama z dwuletnim synem, bo mąż ją porzucił i odszedł do innej kobiety, która była z nim w ciąży. Opiekowała się mną i ciężko harowała, czuwała przy mnie po nocach i dopytywała się o mnie w żłobku, podczas gdy ojciec mieszkał daleko od nas. Wszystkim zajmowała się sama i kochała mnie miłością bezwarunkową. Bardziej niż cokolwiek innego na świecie. Co wieczór powtarzała mi, że gdyby to było konieczne, oddałaby za mnie życie. A ja tak jej teraz dziękuję... Prawdziwy niewdzięcznik! Być może to prawda, ale już nie chciałem istnieć tylko dla niej ani robić czegoś z myślą o niej, bo w końcu zacząłem się dusić. A jej miłość do mnie - podobno większa niż cokolwiek na świecie - coraz częściej wyglądała tak, jakby to ona jej najbardziej potrzebowała. Jak daleko sięgam pamięcią, wszyscy współczuli mamie, a najbardziej ja.
Mama nie chciała się zmienić nawet wtedy, kiedy Janne w końcu się obudził i mną zainteresował. Nadal zamierzała odgrywać rolę porzuconej ofiary i mieć mnie tylko dla siebie. Nie chciała się mną z nim dzielić, ponieważ jej najgorszym koszmarem byłaby utrata ukochanego jedynego syna, nawet gdyby miała go tracić tylko dwa razy w miesiącu. Dlatego nie poczuwałem się do winy za to, że znaleźliśmy się w takiej, a nie innej sytuacji. Uznałem, że to wszystko jej wina i nikogo innego nie powinienem nią obarczać. Mimo to było mi przykro, bo przecież nie jestem pozbawionym uczuć i emocji robotem. Tęskniłem za nią, ale mój instynkt samozachowawczy podpowiadał, że bez niej będzie mi lepiej. Nie byłbym już w stanie wytrzymać takiego życia jak dawniej. Życie bez mamy okazało się dużo prostsze.
Karin patrzyła na mnie oczami doświadczonej psycholożki, która nigdy nie daje za wygraną. Kiedyś powiedziałem jej, żeby przestała mnie tak wypytywać, ale nie posłuchała. Była jak terier, który wbija w coś zęby i nie odpuszcza. Robiła to jednak w pozytywny sposób i tak długo prowokowała mnie do wyznań, aż w końcu do czegoś dochodziliśmy. Grzebała mi w głowie swoim szpadelkiem do momentu, w którym udawało jej się wydobyć z mojej pamięci fakty, o których nie myślałem od dzieciństwa albo o których nie myślałem nigdy. Za każdym razem, kiedy wychodziłem z jej białego gabinetu przy Odenplan, miałem świadomość, że znowu udało nam się wydobyć z tej mojej "kopalni" jakiś nowy kamień. Wprawdzie nie byłem pewien, czy zdołam się go pozbyć, ale liczyło się to, że przestawał mi ciążyć i we mnie zalegać. Czasem zamieniał się w sypki piasek, który w drodze do domu wytrzepywałem z kieszeni.
Pół roku po drugich urodzinach Sama wyszło na jaw, że matka Jossan wiele razy organizowała jego spotkania z moją, ale utrzymywały to w tajemnicy. Jossan dowiedziała się o tym w czasie jednej z wizyt u matki, która właśnie dostała esemesa od mojej mamy. Ta pytała Stinę, kiedy znowu będzie się mogła spotkać z Samem. Stina od razu przyznała się córce, że w niektóre dni, kiedy to na nią przypadała kolej odebrania Sama ze żłobka, zostawiała go u mojej mamy. Jossan wpadła w szał, ja też byłem oburzony. Stina zachowała się wobec nas okropnie, ale na pewno by do tego nie doszło, gdyby nie moja mama. Jest prawdziwą ekspertką od załatwiania spraw na swoją korzyść, a to, co czują inni, ma w nosie.
Wspięła się w tym na nowy poziom. Zdążyłem się przyzwyczaić, że posuwa się za daleko, ale fakt, że mimo naszych ostrzeżeń złamała wspólne ustalenia, uznałem za zachowanie skrajne nawet jak na nią. W pierwszym impulsie chciałem do niej zadzwonić i zagrozić, że jeśli nie przestanie się tak zachowywać, zgłoszę sprawę na policję albo przeprowadzimy się w jakieś nieznane jej miejsce, ale ostatecznie tego nie zrobiłem, bo uznałem, że istnieje pewna nieprzekraczalna granica. Mimo jej zachowania kochałem ją, więc sytuacja była dla mnie bolesna i niezręczna. Dlaczego nie chciała uszanować mojej prośby i zostawić nas w spokoju?
To, czego się dowiedzieliśmy, pomogło mi zrozumieć kilka spraw. Na przykład dlaczego Sam mówił o "babci" i lubił się bawić dinozaurem. Teraz byłem już pewien, że dostał go od mojej mamy. Stina twierdziła, że mama chciała tylko jednego: "nawiązać i podtrzymywać kontakt" z wnuczkiem.
Ulubiony temat mojej mamy. Zawsze próbuje znajdować rozwiązania i nie chce przyjąć do wiadomości, że mnie to nie interesuje. Za każdym razem twierdziła, że szanuje moją decyzję, że się od nas odsunęła i chce się zmienić, ale wszystko, co robiła, świadczyło o tym, że jest odwrotnie. Pojechała nawet do Kopenhagi, żeby się spotkać z Jannem, i namawiała go, żeby się ze mną skontaktował, bo potrzebuję pomocy.
Jossan była tym oburzona i zażądała ode mnie, żebym odbył z mamą rozmowę. Zasugerowała nawet, że powinniśmy wystąpić o zakaz sądowy zbliżania się do nas, ale przypuszczam, że nie mówiła tego poważnie.
Uważałem, że z pewnych względów lepiej będzie, jeśli to ja się wkurzę na mamę, bo kiedy w złość wpadała Jossan i w niepohamowany sposób wylewała na nią cały swój gniew i niechęć, sytuacja stawała się dla mnie trudna, bo przecież mówiła o mojej matce. Żądała, żebym się od niej odizolował w taki sam sposób jak ona. Układała treść maili i esemesów i kazała mi je do niej wysyłać. Zachowywała się jak stojący w tle reżyser, co bardzo mi się nie podobało, bo nie chciałem, żeby ktoś mną sterował: ani ona, ani mama, ani nikt inny. Miałem już tego wszystkiego dość, ale kiedy mówiłem o tym Jossan, robiło jej się przykro i zarzucała mi, że biorę stronę matki. Przy okazji wypływały na wierzch stare sprawy i zaczynaliśmy się kłócić. Jossan nie wierzyła, że już dokonałem wyboru dla dobra naszej rodziny; nadal była przekonana, że chcę załatwić tę sprawę na swój sposób. Uważała, że ma prawo się w to mieszać, bo chodziło o Sama.
- A co twoim zdaniem powinienem zrobić? - spytałem. - Iść na policję i złożyć na nią doniesienie? Przecież to moja matka, do jasnej cholery!
Ostatnie zdanie wykrzyczałem, bo straciłem nad sobą panowanie. Od pewnego czasu kłócimy się o byle drobiazgi, ale nigdy dotąd aż tak się nie uniosłem. Najczęściej to Jossan wpadała w gniew, wydzierała się na mnie i całe mieszkanie wypełniało się złymi emocjami. Trwało to przez pewien czas, po czym sytuacja się uspokajała, a później znowu się zaostrzała.
Wtedy, kiedy krzyknąłem, Jossan rozpłakała się i zamknęła w łazience. Sam spał, a ponieważ nie miałem ochoty się z nią kłócić, wziąłem rower i wyszedłem z domu, żeby się przejechać i oczyścić umysł. Najpierw pojechałem do Hornstull, a stamtąd do centrum. Wjechałem na Västerbron i przejechałem nad kanałem Riddarfjärden. Pół godziny po tym, jak wyszedłem z domu, zadzwonił telefon i od razu się domyśliłem, że to Jossan. Wszystko znowu odbyło się według stałego schematu: najpierw wybuch złości, potem płacz, a na końcu przeprosiny i jakieś słowa o potrzebie akceptacji. W sumie wolałem, kiedy wpadała w złość, niż kiedy milczała, bo w takich sytuacjach zamykała się w sobie jak w skorupie, nie chciała wyjaśnić, o co jej chodzi, albo w ogóle się nie odzywała. Dwa razy rozmawiałem o tym z Karin. Powiedziałem jej, że sobie z tym nie radzę, że takie sytuacje są dla mnie trudne, zwłaszcza kiedy się do siebie nie odzywamy. Nie było mi łatwo z tym żyć. Jossan zostawiła mi pewną wolną przestrzeń, pozwoliła, żebym zaangażował się w konflikt z mamą, ale zawsze mnie wspierała, więc ja też chciałem okazać jej wsparcie.
Zjechałem na bok i odpisałem, że ją kocham i wracam do domu. W tej samej chwili spadł deszcz. Pierwsze krople zmoczyły wyświetlacz telefonu, więc włożyłem go do kieszeni, bo nie mogłem dalej pisać. Postanowiłem zachowywać się wobec mamy tak jak do tej pory, bo tylko ta metoda okazała się skuteczna: milczenie zamiast oskarżeń. Zero gróźb, żadnych telefonów ani esemesów, zero kontaktu z mojej strony. Mimo to byłem pewien, że domyśli się, jak oceniam jej zachowanie. Milczenie nie tylko będzie dla niej wyraźnym sygnałem, ale także zniechęci ją do prób otwierania nowych dróg komunikowania się ze mną. Przekażę jej też za pośrednictwem Stiny, że kolejnych tajnych spotkań z Samem nie będzie. Po raz drugi Stina wystąpiła w roli mediatorki, tylko że tym razem nie między moim ojcem a mną, lecz między moją mamą a Samem.
Kilka dni później mama naprawdę mnie zaskoczyła. Chyba jednak nie znałem jej aż tak dobrze, jak mi się wydawało. Ktoś zadzwonił do drzwi, a kiedy je otworzyłem, ujrzałem ją z wielkim kartonem w rękach. Powiedziała, że sam mam zdecydować, co z tym zrobię, a potem odwróciła się i bez słowa odeszła. Nie przeprosiła, nie powiedziała, że czuje się winna, ani nie próbowała nawiązać ze mną bliższego kontaktu. Po prostu wręczyła mi karton, który od tego momentu stał się moją własnością.
Za każdym razem, kiedy ?sa na mnie patrzyła, dostrzegałam w jej oczach wyraźną niechęć i niezadowolenie. Czułam to już wtedy, kiedy byłam małą dziewczynką. Widziałam, jak mnie ocenia i taksuje wzrokiem. Pewnie uważała, że jestem rozpieszczona, bo zawsze chcę stawiać na swoim, i do pewnego stopnia miała rację. Jako dziesięciolatka przekonałam rodziców, żeby wysłali mnie na obóz konny, chociaż uważali, że jestem na to za mała, a na dodatek nie było nas na to stać. Po dwóch dniach zatęskniłam za domem i mama musiała po mnie przyjechać. ?sa była wtedy z Andreasem u nas na wsi. Wieczorem usłyszałam, jak rozmawia z moją mamą. Byłam wtedy w swoim pokoju na piętrze. Leżałam z zamkniętymi oczami i udawałam, że śpię.
- Czy tym razem też jej nie dacie posmakować gorzkiej pigułki? - spytała ?sa.
Zastanawiałam się, o jakiej "gorzkiej pigułce" mówi, ale znaczenie tego zwrotu zrozumiałam dopiero po latach. Pojawiło się w jakimś innym kontekście, już nie pamiętam jakim, kiedy coś zrobiłam albo powiedziałam.
?sa była najlepszą przyjaciółką mamy, ale rzadko ją widywałam. Zwłaszcza po tym, jak wyprowadziłam się z domu i wyjechałam do Londynu, gdzie pracowałam jako opiekunka do dzieci. ?sa nie była dla mnie nikim ważnym. Witałam się z nią w czasie rzadkich wizyt u rodziców i na tym się kończyło. Szczerze mówiąc, rzadko o niej myślałam. Była zwykłą dorosłą kobietą, z którą nic mnie nie łączyło. Ot, gdzieś tam istniała. Kiedy zaczęłam spotykać się z Andreasem, na początku też zbyt często o niej nie myślałam. Była jego matką, którą znałam od zawsze. Myślałam, że będziemy się spotykać tylko od czasu do czasu, tak jak to było dawniej.
Później zauważyłam, że od samego początku chodziło jej o coś więcej. Odnosiłam wrażenie, że po tym, jak ja i Andreas zostaliśmy parą, zaczęła od nas oczekiwać czegoś więcej. Nie chciałam mu tego mówić, ale dla mnie była nikim... czy raczej nikim ważnym. Nie chcę przez to powiedzieć, że jej nie lubiłam, ale zbytnią sympatią też jej nie darzyłam. Nie rozumiałam, po co miałabym się z nią nagle spotykać. Byłam w związku z Andreasem, nie z nią, a jej przyjaciółką była moja mama. Nie ja.
Kiedy musieliśmy się z Andreasem wyprowadzić z mieszkania, które wynajmowaliśmy, uznaliśmy, że najlepiej będzie, jeśli na pewien czas zamieszkamy u ?sy. W sumie nie było to najgorsze rozwiązanie. W centrum miasta nie da się wynająć mieszkania za mniej niż dziesięć tysięcy koron miesięcznie, a nam ciągle brakowało pieniędzy, ponieważ nadal studiowałam. Myśleliśmy, że ten wymuszony pobyt potrwa najwyżej kilka tygodni i że jakoś to przeczekamy. ?sa była wobec nas miła. Powtarzała mi, że mam się u niej czuć jak u siebie w domu i że wolno mi robić, co chcę. Mimo to szybko zauważyłam, że ma wobec nas pewne niejasne wymagania. Pod byle pretekstem wchodziła do naszego pokoju, mówiła, że pewnych rzeczy mamy nie robić, a o inne powinniśmy pytać, i stale czegoś od nas chciała. Na przykład pytała, czy wolimy się napić z nią herbaty, czy pójść na spacer, albo czy w mieszkaniu nie jest nam za zimno, bo jeśli tak, chętnie podkręci kaloryfery, bo to dla niej żaden problem. Wybieramy się do kina? Proszę bardzo, możemy zabrać koc z naszego pokoju. I tak dalej, i tak dalej. Stale coś. Ciągle szukała z nami kontaktu, chciała przebywać w naszym towarzystwie i wspólnie jadać kolacje. Irytowało ją - takie przynajmniej odnosiłam wrażenie - że nie chcę z nią przesiadywać wieczorami na tarasie, popijać herbaty i rozmawiać o niczym, tak jak to robiła z moją mamą. Przeszkadzało jej, że zagarnęłam Andreasa dla siebie. Nie powiedziała tego wprost, ale wyczytałam to z jej uwag i komentarzy, które wypowiadała przy byle okazji. Zawsze robiła to z uśmiechem, ale dla mnie nie było to miłe.
"Nie widziałam was od tak dawna, że w końcu pomyślałam: pewnie się ode mnie wyprowadzili".
"Czy mogłabym pożyczyć Andreasa choć na jeden wieczór? Chyba że chcesz go mieć dla siebie przez cały tydzień?"
"Czasem odnoszę wrażenie, że widujemy się rzadziej niż wtedy, kiedy mieszkaliśmy w Lilla Essingen".
Była też sprawa Heidi, dziewczyny, z którą Andreas był przez kilka lat. Heidi, cicha ulubienica ?sy, pojawiała się w naszych rozmowach w różnych kontekstach. Andreas twierdził, że jego matka nie ma na myśli nic złego, tylko czasem nie zastanawia się, co mówi. Ale dla mnie było to przykre, kiedy musiałam wysłuchiwać jej opowieści o tym, jak razem z Heidi gdzieś wychodziły albo wyjeżdżały, albo jak świetnie Heidi gotowała. Kiedyś powiedziała, że była kompletnie zaskoczona, gdy Andreas i Heidi ze sobą zerwali, bo miała nadzieję, że zostaną ze sobą na zawsze. Słuchałam tego i nie wiedziałam, jak zareagować, bo nie mogłam się w żaden sposób odnieść do ich wspólnych wyjazdów ani ocenić fantastycznego ossobuco, którego nigdy w życiu nie jadłam. Poza tym nie znałam Heidi. Widziałam tylko jej zdjęcia, które ?sa przechowywała w albumie na półce. Nie byłam o nią zazdrosna, ale takie komentarze mnie denerwowały. Myślę, że według ?sy Heidi byłaby dla Andreasa lepszą żoną niż ja. Już samo to, że byłam weganką, ją irytowało. Na początku starała się i szykowała dla mnie "specjalne dania", jak je nazywała. Twierdziła, że sprawia jej to przyjemność, bo dzięki temu może się nauczyć czegoś nowego. Potem zaczęła napomykać, że wegańskie jedzenie wymaga wiele dodatkowej pracy, a składniki są drogie. Odpowiadałam, że na kolację mogę zjeść jogurt sojowy z płatkami, ale jakoś to do niej nie docierało.
Właściwie było mi obojętne, co o mnie myśli, ale im dłużej trwał mój związek z Andreasem, tym starała się zająć w naszym życiu coraz więcej miejsca. Nawet po tym, jak przeprowadziliśmy się do mieszkania w Midsommarkransen. Często do nas przychodziła i czuła się urażona, jeśli nie przyjmowaliśmy jej z otwartymi ramionami. Zawsze miała do załatwienia jakąś sprawę, która dawała jej pretekst do kolejnych odwiedzin. Kiedyś zwróciłam Andreasowi uwagę, że to dość osobliwa sytuacja, bo chociaż jesteśmy dorośli, utrzymujemy z nią tak bliskie relacje. Nie było dnia, żeby do siebie nie dzwonili. To, że ?sa mieszała się w prywatne życie Andreasa, uważałam za nienormalne. Zauważyłam, że on też czuje się z tym niezręcznie, chociaż nie umiał tego wyrazić słowami. Wcale mnie nie dziwiło, że nie znał innych relacji z matką, skoro tak było między nimi, od kiedy był mały. Dzieci pozostają wierne rodzicom aż do śmierci, nawet wtedy, kiedy są dorosłe, chociaż niektórzy rodzice nie szanują ich prywatności. Próbowałam dać Andreasowi do zrozumienia, że w jego stosunkach z matką są pewne sprawy, które oboje powinni przepracować, bo wyglądało to co najmniej dziwnie. Myślę, że zrozumiał to dopiero wtedy, kiedy ?sa weszła do naszej sypialni i bez żadnego skrępowania zaczęła szperać w moich rzeczach. Przy okazji znalazła test ciążowy. Pewnego dnia miarka się przebrała i dopiero wtedy, po tak długim czasie, Andreas zdołał się uwolnić od matki.
To było wtedy, kiedy urodziłam Sama. Poród był koszmarny, i to z różnych powodów. Nie tylko dlatego, że kiedy przyszedł czas, odesłano nas ze szpitala na Södermalmie do Södertälje, gdzie - jak się później okazało - też występowały braki kadrowe. Miałam silne bóle, byłam śmiertelnie przerażona i czułam się tak, jakby ktoś wepchnął mnie w sam środek chaosu. A ?sa uznała, że można jeszcze pogorszyć sytuację. Wmówiła sobie, że jest naszym aniołem stróżem, i została z nami do końca porodu. Właśnie wtedy coś we mnie pękło; nagle poczułam się tak, jakby użyła wobec mnie przemocy. Próbowałam jej wybaczyć, żeby to mieć za sobą. Nie chciałam się na nią gniewać, ale nie mogłam. Przeżyłam traumę, której nie mogłam się pozbyć ani zaleczyć. Najgorsze jednak było to, że ?sa tego nie rozumiała. Wiedziałam, że nie zrobiła tego na złość, tylko chciała nam pomóc, ale odebrała nam najważniejszą chwilę w życiu.
Oboje z Andreasem zrozumieliśmy, że musimy zdecydować, czy po tym, co się stało, podtrzymywanie relacji z jego matką nadal jest możliwe. Jej natrętne zachowanie w czasie porodu nie było normalne. Wszystkie inne matki, które przebywały w tym czasie na porodówce, zgodnie oświadczyły, że uważają zachowanie ?sy za niewłaściwe. Kiedy było po wszystkim, położna przyznała, że była wstrząśnięta, bo nigdy wcześniej nie spotkała się z czymś takim. Kiedy powiedziałam ?sie, że oceniam negatywnie jej zachowanie, przeprosiła nas, ale odparła moje zarzuty. Powiedziała, że gdybym jej tam nie chciała, powinnam to była powiedzieć wprost. Pewnie uważała, że tylko próbowałam przeżyć i urodzić dziecko.
Po zdarzeniu w szpitalu w jej zachowaniu wobec nas nic się nie zmieniło, chociaż przez cały czas powtarzała, że nie chce nam się narzucać ani w niczym nam przeszkadzać. Niestety, było wręcz odwrotnie: właśnie to robiła. Narzucała nam się i mieszała w nasze sprawy. Nie rozumiała aluzji, które jej wysyłaliśmy, albo udawała, że ich nie rozumie. Ciągle powtarzała: "Mogę wam pomóc", "Mogę to załatwić", "Mogę poprowadzić", "Mogę zrobić zakupy", "Mogę urodzić twoje dziecko", "Mogę być przy tobie, kiedy przychodzą twoje najbardziej intymne chwile i jesteś bezbronna". Andreas nie był tak twardy jak ja i nie widział, że sytuacja stała się nienormalna. Zachowywał się tak, jakby ?sa dawno temu wyprała mu mózg.
Na początku moja mama też jej broniła i nie reagowała, bo po latach znajomości zdążyła się przyzwyczaić do natrętnego sposobu bycia przyjaciółki. Już sam fakt, że ?sa przez lata traktowała naszą wiejską posiadłość jak swoją i nie znalazła sobie innego miejsca wypoczynku, był dla mnie nienormalny. Moi rodzice zdążyli się do tej sytuacji przyzwyczaić, więc nic nie dało się zrobić. W końcu jednak nawet moja mama zmuszona była przyznać, że ?sa wywiera negatywny wpływ na nasze życie.
Przed kimś, kto jest aż tak natrętny, nie można się obronić. ?sa twierdziła, że chciała dobrze, ale ja uważam, że myślała przede wszystkim o sobie i za wszelką cenę dążyła do tego, żeby za każdym razem postawić na swoim. Próbowałam wyjaśnić Andreasowi, co czułam, kiedy urodziłam Sama i położna położyła mi go na piersi. Chciałam powiedzieć o tym tylko jemu, nikomu innemu, ale ?sa też tam stała, głaskała mnie po głowie i płakała. Ta chwila powinna należeć tylko do mnie i Andreasa, a ona nam ją zabrała.
Podjęłam z nim ten temat dwa tygodnie później, ale sprawiło mi to taki ból, że po prostu się rozpłakałam. Andreas dopiero wtedy zrozumiał powagę sytuacji. Przyznał, że on też się tak czuł, ale nie potrafił wyrazić tego słowami, chociaż w tym kontekście nasuwało się jedno słowo: "przemoc". ?sa nadal właziła z buciorami w nasze życie i najbardziej intymne sprawy. Byłam więc zmuszona wznieść między nami wysoki mur, żeby coś do niej w końcu dotarło. Andreas i Sam byli teraz moją rodziną. Nie jej.
Miałam nadzieję, że kiedy urodzę dziecko, ?sa zacznie respektować to, że Andreas jest już dorosłym człowiekiem i ma własną rodzinę. Myślałam, że to w końcu zrozumie i zostawi nas w spokoju. Niestety, stało się odwrotnie: zaczęła się zachowywać tak, jakby Sam był jej synem. Zależało mi, żeby miał z nią wspaniałe relacje, ale w pewnych granicach. Nawet moja mama nie spędzała z nim tyle czasu co ?sa, dlatego stale powtarzałam Andreasowi, że ma to z matką jakoś załatwić. Bardzo się starał, ale ona coraz mocniej oplatała nas swoimi mackami. Nie chciała nas słuchać i uderzyła w czuły punkt mojej mamy: w jej sumienie i poczucie lojalności. Po namowach ?sy moja mama zaczęła przyprowadzać do niej Sama i robiła to w tajemnicy przed nami. Tego było już za dużo.
Andreas obiecał, że załatwi to po swojemu, ale sobie nie poradził. Oficjalnie się od niej odciął, ale niewiele to pomogło. Wciąż nie rozumiał, że trzeba się jej twardo postawić, a w najgorszym wypadku zmienić adres zamieszkania. Niestety, nie chciał mnie słuchać i zaczęliśmy się kłócić. Ostatnio zdarza nam się to coraz częściej. Kiedyś powiedział, że od pewnego czasu przesadzam, że zamiast sobie odpuścić i żyć dalej, opowiadam o jego matce same okropne rzeczy. Ciekawe, jak by zareagował, gdyby sytuacja była odwrotna i gdyby to moja mama traktowała nas w taki sposób. Też by powiedział, że przesadzam? Nie zamierzałam się z nim kłócić, ale musiałam się jakoś pozbyć tych wszystkich złych rzeczy. Jego matka zatruwała naszą miłość, co przyprawiało mnie o gniew bardziej niż cokolwiek innego. Manipulowała nami i naszym życiem. Rozumiem, że było jej ciężko, bo nie mogła się spotykać z synem i wnukiem, ale to nie nasz problem, jeśli mogę to tak ująć.
- Gdzie jest karton? - spytał Andreas.
- Jaki karton? - odparła Josefin, patrząc na niego pytającym wzrokiem.
- Ten, który przyniosła moja mama. Stał w przedpokoju.
- Wyrzuciłam go - odparła lekko podenerwowanym tonem Josefin.
Andreas popatrzył na nią tak, jakby jej słowa nie do końca do niego dotarły.
Zauważyła to i natychmiast go przeprosiła.
- Wybacz, głupio postąpiłam.
- Co ci strzeliło do głowy?! - zawołał. Starał się powstrzymać złość, która w nim kipiała.
- Karton stał i stał, więc pomyślałam, że to dla ciebie kłopot. Nie chciałam, żebyś...
- Rozumiem, ale nie zamierzałem go wyrzucać! Było w nim mnóstwo listów, fotografii i pamiętniki mamy.
- Same starocie.
- A co ty możesz o tym wiedzieć?
- Owszem, coś wiem. A poza tym uważam, że dobrze się stało, że nie musiałeś tego wszystkiego oglądać.
Josefin patrzyła na Andreasa przekornym wzrokiem. Dopiero po chwili zorientowała się, co tak naprawdę powiedziała, i zrobiło jej się wstyd.
- Czytałaś to?
- Trochę... niewiele... nie wszystko - odparła z zakłopotaną miną.
Andreas nie wiedział, co powiedzieć.
- Przejrzałam tylko niektóre rzeczy - zapewniła go Josefin. - Przepraszam, ale wyrzuciłam karton dla twojego dobra. Myślałam, że...
- Gdzie on jest?
- W zsypie, ale śmieciarki przyjeżdżają we wtorki, więc myślę, że już go nie ma.
Andreas gwałtownie otworzył drzwi, wybiegł na podwórze i zszedł do piwnicy. Bardzo mu się spieszyło. Karton stał przez pewien czas w przedpokoju i kłuł go w oczy, a on nie miał odwagi, żeby do niego zajrzeć albo się go pozbyć. Josefin chyba próbowała mu pomóc, ale zrobiła to w niewłaściwy sposób. Teraz, kiedy po sesjach terapeutycznych u Karin uznał, że jest gotów zmierzyć się z przeszłością, Josefin odebrała mu możliwość dowiedzenia się czegoś więcej o tamtych czasach. I chociaż tak jak ona podejrzewał, że będzie to wersja zbliżona do tego, co już wiedział i słyszał, był przekonany, że zapoznanie się z zawartością kartonu jest dla niego naprawdę ważne. Był już zmęczony grzebaniem w przeszłości, ale musiał to zrobić, żeby móc dalej funkcjonować.
Oprócz listów, które kiedyś dostawał i czytał, rozmów ze Stiną, Jannem i mamą zawartość kartonu stanowiła ostatni element układanki. Ostatnie fragmenty puzzli, które w pewien sposób należały do niego i do Sama.
W zsypie śmierdziało zgniłym jedzeniem i starymi rupieciami. Smród był nie do zniesienia. Mieszkańcy starali się sortować śmieci, ale zawsze znalazł się jakiś idiota, który wrzucał zwykłe śmieci między duże gabaryty, co przyciągało szczury i robactwo. Andreas od dzieciństwa bał się szczurów; miał do nich uraz od czasów, kiedy jako mały chłopiec mieszkał w Atlasmuren. Któregoś dnia zobaczył kilkanaście tłustych gryzoni, żerujących na resztkach kebabu leżącego na podwórku, na którym bawił się w dzieciństwie.
Rozejrzał się po zsypie z obrzydzeniem i podszedł do kontenera. Kiedy zobaczył, że nadal jest pełny, rozbłysła w nim iskierka nadziei. Wyglądało na to, że śmieciarki jeszcze nie przyjechały.
Wsunął głowę do kontenera, w którym znajdowały się połamane taborety, stare książki i brzydkie abażury do lamp. Najpierw dokładnie obejrzał całą zawartość, potem wyciągnął ze środka nogę od stołu, a następnie wspiął się na górę śmieci, żeby mieć lepszy widok. To, co przed dwoma dniami uważał za mało ważne, teraz uznał za niezwykle cenne. Na myśl o tym, że to stracił, skoczył mu puls i rozbolał go żołądek.
Bezowocnie przerzucał popsute opiekacze do chleba, popękane płyty winylowe i inne rzeczy. W pewnej chwili prawie się poddał, ale nagle w drugim kącie zsypu zauważył brązowy karton wciśnięty między stare szafki z Ikei. Zeskoczył na ziemię, zabrał go i wyszedł, zostawiając za sobą odurzający smród. Usiadł na schodach, otworzył karton i wyjął z niego pamiętnik w zielonych okładkach. Na pierwszej stronie znajdowały się słowa: Sztokholm, 1991.
Komunikacja to coś, co czyni nas ludźmi. Od urodzin aż do śmierci próbujemy się z kimś komunikować. Rozmawiamy ze sobą, mówimy o tym, co myślimy. Nie należy oczekiwać, że osoba, z którą próbujemy się komunikować, potrafi nam czytać w myślach. Proszę mi wierzyć: próbowałam to robić, ale bez powodzenia. Wszystko zaczyna się od komunikacji i na niej się kończy.
Ostatnie zdania były stałym elementem wykładów, ale ?sa i tak je zawsze zapisywała, bo kiedy pracowała nad treścią nowego odczytu, brzmiały jak mantra. I chociaż najczęściej mówiła bez notatek, za każdym razem pamiętała, żeby nie pominąć tych słów, bo gdyby straciła wątek, zawsze mogłaby się na nich oprzeć. Kliknęła DRUKUJ i podeszła do drukarki. W pokoju rozległ się znajomy dźwięk, który uruchomił urządzenie.
Popatrzyła na Mälaren, po którym płynął statek obsługujący regularne linie przewozowe. Dziwnie się czuła: na zewnątrz wszystko wyglądało jak zawsze, podczas gdy w jej życiu nic już nie było takie jak dawniej. Starała się o tym nie myśleć; postanowiła kroczyć dalej, nie rozpamiętywać uczuć, emocji ani tego, co się wydarzyło. Wiedziała, że nie wolno jej się cofnąć, bo zawsze lepiej jest wykonać kolejny krok do przodu. Przypuszczała, że to będzie kolejny krok ku śmierci, a zarazem krok oddalający ją od tego, co wywoływało ból, funkcjonowało nieprawidłowo albo sprawiało, że pewnych rzeczy żałowała i gdyby to było możliwe, chętnie by je odkręciła.
Drukarka powoli wypluwała z siebie kartki z treścią nowego wykładu. ?sa dotknęła srebrnej bransoletki na prawej ręce. Miała ją od niedawna i jeszcze nie zdążyła się do niej przyzwyczaić. Był to prezent urodzinowy, który zamówiła i sama za niego zapłaciła. Kazała na niej wygrawerować imiona Andreas i Sam, żeby zawsze być blisko tych, których kochała najbardziej, chociaż sprawy nie układały się po jej myśli. Z dumą opowiadała jubilerowi o synu i wnuku. Dobrze się czuła, mogąc porozmawiać z kimś, kto nie znał prawdy. Zachowywała się jak normalna mama i babcia.
Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Spojrzała na zegarek: wpół do czwartej. Do niedawna o tej godzinie przychodziła do niej Stina z Samem, ale tamte dobre czasy już się skończyły. Pomyślała, że to może dostawca z artykułami spożywczymi albo z czymś innym, co zamówiła i o tym zapomniała.
Otworzyła drzwi. W progu stał Andreas.
- Mogę wejść? - spytał.
?sa skinęła ze zdziwieniem głową i odsunęła się na bok, żeby go wpuścić. Cieszyła się z tej niezapowiedzianej wizyty, ale była zaskoczona i zaniepokojona. Ostatnie spotkania z synem nie wróżyły nic dobrego.
- Nie przeszkadzam? - spytał.
- Nie. Jak zwykle pracuję.
Zauważyła, że dostrzegł jej nową bransoletkę, ale nie skomentował tego. Miała nadzieję, że nie uzna jej za szurniętą starszą panią.
- Napijesz się czegoś? - spytała. - Kawy, herbaty?
Andreas pokręcił głową i od razu przeszedł do rzeczy.
- Przeczytałem to, co było w kartonie.
?sa była zaskoczona, bo nie przypuszczała, że syn się na to zdobędzie. W głębi duszy miała cichą nadzieję, że zaniesie karton na strych i o nim zapomni albo zapozna się z jego zawartością w dalekiej przyszłości, kiedy jej już nie będzie. Zastanawiała się, czy dobrze postąpiła, dając mu to wszystko. Może działała zbyt pochopnie? Albo zrobiła to za późno? Czy teraz ich relacje jeszcze bardziej się pogorszą?
Sama nie wiedziała, co o tym myśleć. Pamiętała tylko, że wśród rzeczy, które przekazała Andreasowi, kryje się jej tajemnica, która przyprawiała ją o wstyd: cała prawda o niej w najczystszej postaci. Zawierała jej własne przemyślenia o tym, co wydarzyło się wiosną 1991 roku. Wtedy nie sądziła, że ktoś to kiedyś przeczyta, i nawet nie próbowała przedstawić siebie w lepszym świetle. Była to jedyna rzecz, jaką jeszcze mogła zaoferować synowi.
- Przepraszam - powiedziała.
- Przestań mnie stale przepraszać - odparł.
Weszli do kuchni i Andreas oparł się o zlewozmywak.
- Jesteś na mnie zły? - spytała ?sa.
- Nie.
- Może wolałbyś o tym wszystkim nie wiedzieć?
- Co się stało, to się nie odstanie, ale jeśli się czegoś nie wie, trudno to zrozumieć.
Andreas nie odpowiedział wprost na zadane pytanie, ale jego odpowiedź zabrzmiała jednoznacznie: "Dobrze się stało, że wiem".
?sa starała się dobrać właściwe słowa, uporządkować myśli. Ogarnął ją strach, do którego doszło poczucie winy. Miała wątpliwości, czy podjęła słuszną decyzję.
- Zawsze cię kochałam i nigdy nie było inaczej.
Andreas wskazał głową bransoletkę i lekko się skrzywił.
- Trudno tego nie zauważyć.
Zrobiła nieszczęśliwą minę, bo doszła do wniosku, że syn ma rację. Nie mogła naprawić swoich czynów ani zmienić tego, co się kiedyś stało, bo było to niemożliwe. Oddała synowi swoje pamiętniki, żeby za pośrednictwem ich treści nawiązać z nim kontakt. Nagle znienawidziła to słowo, które od lat stanowiło centralny element jej życia, chociaż w bezpośrednich relacjach z ludźmi nie była zdolna do takich kontaktów.
- Czy moglibyśmy porozmawiać o czymś innym? - spytała, patrząc na niego błagalnym wzrokiem. - Może sam zaproponujesz jakiś temat?
- Na przykład jaki?
- Jakikolwiek... Możemy porozmawiać o pogodzie.
Andreas zaśmiał się, a ona zrewanżowała mu się uśmiechem i poczuła, jak robi jej się ciepło na sercu. Od dawna nie słyszała u syna tak szczerego, pozbawionego ironii śmiechu, który pochodził z wnętrza duszy. Wreszcie poczuła coś, co przypominało "chęć do życia".
- O pogodzie? - rzucił. - Niech będzie. W takim razie powiedz mi, mamo, co sądzisz o dzisiejszej pogodzie.
Do domu wrócił po dziesiątej. Poszedł do sypialni i zobaczył, że Josefin leży odwrócona plecami do drzwi. Domyślił się, że jeszcze nie śpi i że jest na niego obrażona, ale nie miał ochoty się z nią kłócić, bo dobrze wiedziała, dokąd pojechał. Nie zdradził jej, chociaż wcale by się nie zdziwił, gdyby potraktowała jego spotkanie z matką w kategorii zdrady. Nie przypuszczał jednak, że wróci tak późno. Szczerze mówiąc, nie bardzo wiedział, po co tam pojechał. Josefin była temu przeciwna, twierdziła, że to zły pomysł. W pewnej chwili powiedziała, że jeśli dadzą ?sie palec, ta z czasem weźmie całą rękę. Czyżby już zapomniał, jak często mieszała się w ich życie? Prawie ich sobie podporządkowała. Przypomniała mu, jak źle się zawsze czuł po ich spotkaniach i że nadal istnieją powody, dla których przestali się z nią spotykać. Miała na nich destrukcyjny wpływ, a to, że przez kilka sekund zachowywała się normalnie, nie oznaczało jeszcze, że jest normalna. Josefin nie była zdziwiona, że po tym, czego się dowiedział z listów i pamiętników, jego empatia wobec matki ożyła, ale wiedza, którą dzięki tej lekturze pozyskał, była tylko potwierdzeniem tego, co już wiedzieli. Jego matka jest chora, więc lepiej będzie trzymać się od niej z daleka, zanim znowu zacznie nimi manipulować, tym razem stosując jakąś inną metodę.
Odparł, że potrafi zrozumieć matkę, a poza tym to ona, Josefin, go zawiodła. Przeczytała to, co było w kartonie, po czym wyrzuciła tę ważną część jego życia i nawet nie zamierzała mu o tym powiedzieć. Na pewno zrobiła to z troski o niego, żeby mu oszczędzić tej wiedzy, ale postąpiła niewłaściwie, bo on ma pełne prawo poznać całą swoją historię. Sam zdecyduje, czy chce przeczytać te pamiętniki i listy, a potem postanowi, co z nimi zrobi. Nie wierzy, że ich lektura cokolwiek zmieni, ale nie zgodzi się na to, żeby to Josefin o tym decydowała.
Po zapoznaniu się z zawartością kartonu poczuł coś nowego, na co nie był przygotowany. Przede wszystkim nie był już taki zły na matkę jak wcześniej. Godzinami studiował pamiętniki, które przeniosły go do jej świata sprzed kilkudziesięciu lat. Do niedawna wydawało mu się, że wie prawie wszystko, ale teraz zyskał wgląd w sprawy, o których mama nigdy mu nie mówiła. Powoli składał w całość zapiski z pamiętników i listy, które wysyłał Janne. To, co zaczęło się w dniu, w którym przyszedł na świat, z tym, co osiągnęło punkt kulminacyjny w dniu, kiedy Janne ich zostawił.
*
Kilka tygodni po tym, jak ?sa urodziła syna, wpadła w depresję poporodową. Rozpaczliwie szukała sensu życia, próbując zrozumieć, dlaczego odechciało jej się żyć, i zadawała sobie pytanie, dlaczego ciągle płacze. W pewnym momencie doszła do wniosku, że nie zasłużyła na dziecko, bo jest bezwartościowa i do niczego niezdolna, a na dodatek nie wie, co jest, a co nie jest słuszne i właściwe. Przeszywający płacz syna wywoływał w niej strach i panikę.
Niektóre kartki w pamiętniku były wyrwane, przez co nastąpił nagły przeskok w czasie do momentu, gdy najwyraźniej poczuła się lepiej. Brała leki i stopniowo wychodziła z kryzysu. Pewnego razu pojawił się strach przed tym, co mogła zrobić, chociaż na szczęście nic takiego się nie stało. Zaczęła się wstydzić, że kiedy syn najbardziej jej potrzebował, wpadła w depresję i doznała załamania nerwowego. Bała się, że mogła mu wyrządzić nieodwracalną krzywdę. To były obrazy i wspomnienia z samego dna ludzkiej egzystencji. Po kilku tygodniach w sprawę włączyła się klinika dziecięca, a po kolejnych dwóch otrzymała tak potrzebną pomoc.
W tym samym czasie rozpada się jej małżeństwo. Janne oznajmia jej, że jest związany z inną kobietą, i w 1993 roku do niej odchodzi. Za to, co się stało, ?sa obwinia siebie, bo zostawiła syna i męża własnemu losowi, a sama pogrążyła się w mroku. Czasem czule apeluje, innym razem grozi. Kiedy dowiaduje się, że Janne i Helle będą mieć dziecko, podczas gdy ona źle się czuje, znowu się żali, że dłużej tego nie wytrzyma. Janne wysyła jej utrzymane w ostrym tonie listy. Grozi, że jeśli nie przestanie prześladować jego nowej rodziny, odbierze jej Andreasa. Uprzedza, że wydarł z pamiętników kilka kartek z jej najgorszymi wypowiedziami i przechowuje je jako materiał dowodowy. Byłoby fatalnie - pisze - gdyby pozbawiono cię opieki nad Samem. Każe jej się pogodzić z faktem, że założył rodzinę i zaczął nowe życie; ma prawo być szczęśliwy. Jeśli ?sa nie przyjmie tego do wiadomości, zgłosi sprawę do opieki społecznej i złoży wniosek o odebranie jej opieki nad synem.
?sa postanawia więc odpuścić, bo te groźby ją przerażają. Zastanawia się, czy Janne nie ma racji. Może rzeczywiście oszalała?
Kolejne wspomnienia z pamiętnika... ?sa nie potrafi pogodzić się z tym, co się stało, chociaż depresję poporodową ma już za sobą. Po rozwodzie nadal jest w złej kondycji. Nie czuje się radosną matką, chociaż powinna nią być. W klinice poznaje inne matki, które tuż po urodzeniu dziecka czują się normalnie. Przez cały czas musi wysłuchiwać ich wynurzeń o szczęściu, podczas gdy ona czuje się fatalnie i żałuje, że w ogóle urodziła. Jej wstyd i poczucie winy są już tak ogromne, że stają się nie do zniesienia. Nie radzi sobie z normalnym życiem, potrzebuje pomocy, żeby wyzdrowieć. Dlaczego taki los spotyka właśnie ją i Andreasa? Jak te wszystkie przeżycia i doznania odbiją się na jej dalszym życiu?
Żeby przeżyć, wykorzystuje Andreasa, który staje się dla niej kołem ratunkowym. Od tego momentu jej charakter pisma staje się tak samo nierówny jak jej myśli i uczucia, które wyraża w pamiętniku. Jest zła i śmiertelnie przerażona, zrozpaczona i samotna. Tkwi w mroku na samym dnie swojej bańki. Za ostatnią kartką pamiętnika tkwi stara recepta na antydepresanty, która pełni funkcję zakładki. Jakby to była pogrzebana tajemnica.
Andreas zastanawia się, czy to właśnie z tego powodu wszystkie lata przypadające na resztę jego dzieciństwa matka poświęciła na to, żeby go zadusić swoją miłością. Czy to dlatego stała się taka natrętna? Bała się, że go straci, bo prawie tak się stało? Przy okazji niemal zatraciła siebie. Odkryła przed nim swoje najczarniejsze strony, co go zdziwiło; docenił to, że nie zastosowała żadnej cenzury. Kiedyś przedstawiała się wyłącznie w pozytywnym świetle, podczas gdy Janne robił za czarny charakter, niszczyciela, który rozbił ich rodzinę. Teraz z jej pamiętników wyłaniał się całkiem inny obraz, ponieważ część winy wzięła na siebie. Między innymi za to, że Janne od nich odszedł. Nie chciała go stracić, bała się, że zostanie uznana za wariatkę. Dzisiaj jest inaczej: ludzie wiedzą, czym jest depresja poporodowa, i częściej o niej rozmawiają, ale wstyd zakotwiczył się w umyśle ?sy tak głęboko, że przez lata nie była w stanie opowiedzieć nikomu o pierwszych miesiącach i latach życia syna. Janne wspomniał kiedyś, że źle się czuła, bo miała depresję poporodową, a on niepokoił się jej ówczesnym stanem.
Andreas nie umiał tego objąć umysłem.
Głęboko westchnął i wszedł do sypialni. Położył się obok Josefin i ostrożnie ją objął. Chętnie by z nią o tym wszystkim porozmawiał, ale wiedział, że byłoby to trudne. Tam gdzie on widział młodą mamę, która wpadła w depresję poporodową - co może spotkać każdą kobietę - Josefin widziała chorą osobę, która go krzywdziła już wtedy, gdy był niemowlakiem. Według niego zachowanie matki nie wskazywało na to, że jest psychicznie chora, tylko było konsekwencją przebytej depresji. I właśnie takiego wyjaśnienia przez wszystkie lata szukał. Potrzebował odpowiedzi, ale nie takiej, że ktoś jest zły, a ktoś inny dobry. Życie odcisnęło piętno na całej ich rodzinie. Ucierpieli on, Janne i mama. Nagle zrozumiał, że kwestia winy przestała być ważna, a wszystko, co w zaufaniu opowiadał Josefin, ta wykorzystywała przeciwko jego matce. Na przykład sprawy, które pojawiały się w czasie terapii. Dla niej były kolejnym dowodem na to, że jego matka nie powinna się z nimi spotykać. Czasem wyglądało to tak, jakby szukał odpowiedzi, żeby zaleczyć dawne rany i z nadzieją ruszyć dalej przez życie, podczas gdy Josefin chciała z tym wszystkim raz na zawsze skończyć i zakopać to głęboko w ziemi, żeby nigdy więcej o tym nie myśleć ani do tego nie wracać.
Postanowił, że po tym pierwszym od dawna spotkaniu z mamą na pewno nie zacznie spotykać się z nią regularnie, bo nie wiedział, co przyniesie przyszłość. Będzie wykonywał krok po kroku. A co zrobić z Josefin? Do niedawna byli ze sobą zgodni i zjednoczeni, ale teraz zmieniło się to na tyle, że nie potrafili ustalić, jaką drogą powinni podążać.
- Śpisz? - spytał, ale milczała i jeszcze bardziej się usztywniła. Wiedział, co to znaczy. - Przepraszam, że wracam tak późno.
Josefin odsunęła się od niego, jakby chciała go ostrzec, żeby jej nie dotykał. Była naprawdę zła.
- Kochanie, przepraszam.
Odpowiedziała mu cisza.
Takie zachowanie zawsze było najskuteczniejszą bronią Josefin przeciwko niemu. Od pewnego czasu znowu ją stosowała. Jej milczenie sprawiało, że czuł się fatalnie. Udawała, że jest dla niej powietrzem, i tak go karała. Mroziła go swoją reakcją i wywoływała w nim poczucie winy. Trwało to do momentu, w którym prosił ją o wybaczenie, ale musiał to robić wiele razy. Dopiero wtedy pozwalała mu do siebie wrócić i ocieplała atmosferę.
Tym razem jednak nie miał ochoty na takie gierki. Spotkanie z mamą nastroiło go pozytywnie, uznał więc, że ma prawo o tym mówić. Nie mógł pozwolić, żeby Josefin go w jakikolwiek sposób cenzurowała.
- To była całkiem sympatyczna wizyta - powiedział.
Josefin wzdrygnęła się i jej twarz bez makijażu zapałała gniewem.
- Sympatyczna?
- Tak.
Popatrzyła na niego rozczarowanym wzrokiem.
- Jesteś zła, bo po raz pierwszy od kilku lat spędziłem z matką sympatyczny wieczór?
- Ty naprawdę nic nie rozumiesz.
- Owszem, nie rozumiem.
- Ona znowu robi to co zawsze. Kusi cię, żebyś do niej przyszedł, a kiedy złapiesz przynętę, będzie cię miała w garści.
- Być może, ale teraz odbieram to inaczej.
- Zależy jej tylko na tym, żebyś uwierzył w jej odmianę. Co będzie później?
- To znaczy?
- Co zrobisz, jeśli znowu będzie się chciała spotkać z tobą i z Samem?
- Zobaczymy, ale było naprawdę przyjemnie. Nie wiem, jak to będzie wyglądać w przyszłości.
- Wiedziałam, że to się tak skończy. Chciała tymi pamiętnikami wzbudzić twoją litość. To jej stara metoda.
- W takim razie bardzo ryzykowała, bo to nie była przyjemna lektura. Ale o tym już wiesz, bo je czytałaś, prawda?
Nie powinien był tego powiedzieć, ale nie mógł się powstrzymać, bo zabolało go nastawienie Josefin.
Wstała z łóżka, wyszła z sypialni i ze złością trzasnęła drzwiami. Zamknęła się w łazience i zaczęła grzebać w szafce.
W pewnym sensie miała rację, bo matka rzeczywiście tak się w przeszłości zachowywała. Próbowała go odzyskać, żeby znowu znaleźli się w punkcie wyjścia, to znaczy w nowej dysfunkcyjnej relacji. Mimo to chciał wierzyć, że tym razem się zmieniła. Kiedy czytał jej zapiski o depresji i wyobcowaniu, którego doświadczała jako świeżo upieczona mama, odczuwał ból, ponieważ już wiedział, jak trudno jest być rodzicem. Czasem czuł się kompletnie zagubiony i nie był pewien, czy postępuje słusznie. Bał się, że nadal robi złe rzeczy, ale miał u boku Josefin, która go wspierała. A jak czuła się dawniej jego mama? Jak zła matka, która sobie nie radzi z bezsennością i cierpi na depresję. Na domiar złego mąż ją zostawił i odszedł do innej kobiety. Sprawiło mu to ból, choć był wtedy małym chłopcem. Ciekawe, jak sam by się czuł w takiej sytuacji. Wprawdzie nic z tego okresu nie pamiętał, ale tamte przeżycia na pewno pozostawiły w nim jakiś ślad. Mama starała się, jak mogła, a on to widział i czuł. Nie mógł się jednak pogodzić z tym, że Janne ich zostawił, chociaż w świetle zachowania matki taka decyzja stawała się bardziej zrozumiała. Andreas zastanawiał się, dlaczego nie opowiedziała mu o tym wszystkim wcześniej. Przecież tak byłoby znacznie lepiej. Pewnie nie zrobiła tego, bo się wstydziła.
Odezwał się jego telefon. Pomyślał, że to wiadomość od niej. Pewnie dzwoni, żeby mu podziękować za miły wieczór i zaproponować kolejne spotkanie. Tak, jak przewidywała Josefin. Jeśli uchyli drzwi, matka to wykorzysta i znowu wtargnie do ich życia. Spojrzał na wyświetlacz, ale to nie była mama, tylko jakaś mało ważna wiadomość. Lekko się zdziwił, że matka nie podążyła utartym torem. Może naprawdę się zmieniła? Za wcześnie to oceniać.
Wstał z łóżka, wyszedł do przedpokoju, podszedł do łazienki i usłyszał szlochanie. Zapukał do drzwi i powiedział:
- Kochanie!
W łazience zapadła cisza.
- Kocham cię.
Zero odpowiedzi. Uniósł głowę i spojrzał na zegar ścienny. Za kwadrans jedenasta. Zastanawiał się, jak długo Josefin będzie się złościć tym razem? Godzinę? Cały dzień? Trzy dni, a może dłużej? Kiedy zechce go znowu przygarnąć i okaże mu trochę ciepła? Jaką cenę będzie musiał za to zapłacić? Znowu zaczęła tę swoją grę; jak zwykle chce w nim wywołać poczucie winy. Matka, która kiedyś odgrywała przed nim rolę męczennicy, była prawdziwą mistrzynią takich gierek.
Nagle poczuł, że ma ich serdecznie dość.
Naprawdę.
Stan zimnej wojny, jaki między nimi zapanował, trwał już tydzień. Kiedyś kończyło się na tym, że jedno z nich - to, które nie mogło wytrzymać złej atmosfery i chciało ją naprawić - kajało się jako pierwsze. Najczęściej on. Tym razem było inaczej. Żadne za nic nie zamierzało przepraszać, bo właściwie nie było za co. Problem polegał na tym, że dzieliły ich poglądy, z których nie zamierzali rezygnować. Mieli nadzieję, że kiedy minie trochę czasu, druga strona ustąpi albo sytuacja sama się unormuje. Josefin czekała, aż Andreas przestanie się spotykać z ?są, a on oczekiwał, że Josefin pogodzi się z tym, że on próbuje na nowo ułożyć relacje z matką i nie zamierza się z tego tłumaczyć, a tym bardziej nie będzie miał z tego powodu wyrzutów sumienia. Uznał, że tym razem powinna to być jego decyzja.
*
Josefin wyszła na zakupy i został w kwiaciarni sam. Zaczął przycinać końcówki łodyg białych róż, gdy nagle odezwał się telefon, który zostawiła na zielonej ladzie koło kasy. Rzucił okiem na wyświetlacz i zobaczył, że ktoś wysłał wiadomość na Messengera. W normalnych okolicznościach nie zwracałby na to uwagi, ale tym razem instynktownie zareagował. Zerknął kątem oka na telefon i wśród słów, które tworzyły wiadomość, zauważył swoje imię. Odłożył różę na ladę, wziął telefon do ręki i przeczytał początek:
Myślę, że lepiej będzie, jeśli porozmawiasz z Andreasem.
Dopiero teraz zauważył, że nadawcą wiadomości jest Janne, i od razu skoczył mu puls. Dlaczego Janne wysłał Josefin wiadomość, która dotyczy jego? Wklepał czterocyfrowy kod dostępu - data urodzin Sama, 0112 - i przeczytał resztę wiadomości:
On nie ufa mi w takim samym stopniu jak tobie. Jeśli powiem o jego matce coś negatywnego, potraktuje to tak, jakbym mówił o niej coś złego.
Andreas doczytał wiadomość do końca, a potem zaczął drżącą ręką przesuwać po ekranie, żeby prześledzić historię całej korespondencji między Jannem a Josefin. Do tej pory nie wiedział, że są znajomymi na Facebooku. Zdziwiło go to, bo sam nie miał ojca w gronie znajomych. Zresztą już dawno temu zlikwidował swój profil na FB. Korespondencja, którą czytał, zaczęła się jeszcze przed narodzinami Sama i koncentrowała się głównie na jego - Andreasa - samopoczuciu, relacjach z matką i wydarzeniach z lat dzieciństwa. Janne karmił Josefin swoją wersją historii ich rodziny, a ona informowała go na bieżąco o tym, co się działo między Andreasem a jego matką. Ostatnie wiadomości dotyczyły pamiętników. Josefin streściła mu główne wątki, na wypadek gdyby Andreas do niego zadzwonił i zaczął go wypytywać o tamte sprawy, skoro matka zaprezentowała swoją wersję wydarzeń.
Andreas czuł coraz większą złość, ale czytał dalej.
Nie chodziło mu tak bardzo o to, że czuł się zdradzony, i to zarówno przez Josefin, jak i przez ojca, tylko raczej o to, że nie przyznali się, że ta korespondencja trwa od lat. Janne znowu go zawiódł, tak jak Josefin. A przecież uważał ją za najbliższą osobę i najlepszą przyjaciółkę, która powinna stać po jego stronie.
Nagle rozległ się dzwonek u drzwi i weszła z zakupami. Po kwiaciarni rozniósł się zapach curry i mleka kokosowego. Josefin zauważyła, że Andreas trzyma w ręce jej telefon, ale udała, że jej to nie obchodzi.
- Kupiłam składniki na tajską zupę kokosową - wyjaśniła. - Taką, jaką lubisz.
- Zapomniałaś zabrać telefon - odparł, unosząc go. - Janne próbował się z tobą skontaktować. Widzę, że macie wiele tematów do omówienia.
- Zaglądałeś do mojej poczty? - odparła oskarżycielskim tonem.
- Przyszła wiadomość, rzuciłem okiem i się stało.
Josefin próbowała przerzucić winę na niego.
- Fatalnie! To bardzo źle.
- Okłamywałaś mnie.
Odstawiła z trzaskiem zakupy na podłogę. Zrobiła to z taką siłą, że pękł karton z mlekiem kokosowym i jego zawartość zaczęła się wylewać z reklamówki.
- Próbowaliśmy ci pomóc! Niepokoiliśmy się o ciebie.
- Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś?
- Bo za każdym razem, kiedy ktoś krytykuje twoją matkę, bierzesz ją w obronę.
- Zerwałem z nią kontakty, a jeśli ktoś ją krytykował, to przede wszystkim ja.
- Tak, ale kiedy zaczęliśmy się spotykać, nie pozwalałeś mi na żadną krytykę. Nie dostrzegałeś, że twoje relacje z nią są nienormalne. Skontaktowałam się z Jannem dla twojego dobra, bo cię kocham. Od kiedy zerwałeś kontakty z nią, czujesz się znacznie lepiej.
W tym momencie znowu zabrzęczał dzwonek u drzwi i do sklepu wszedł mniej więcej pięćdziesięcioletni mężczyzna. Popatrzył na rozlane mleko, spojrzał na Josefin i Andreasa i powiedział:
- Dzień dobry, dzisiaj jest Dzień Matki. Czy mogę poprosić o wiązankę za sto koron?
Andreas spojrzał na Josefin.
- Zajmij się panem - rzucił. - Muszę się trochę przewietrzyć.
Pociąg pospieszny z Helsingborga podskakiwał na torach tak gwałtownie, że nie dało się pracować. Za każdym razem, kiedy ?sa otwierała laptopa, robiło jej się niedobrze. W końcu dała sobie spokój. Patrzyła przez okno i słuchała muzyki. W tym tygodniu dostała od Andreasa nową playlistę z piosenkami Johnny'ego Casha i kilku innych zespołów, których nie znała. Słuchanie muzyki sprawiało jej przyjemność. I nie chodziło o same przeboje, tylko raczej o to, że wybrał je Andreas. Czuła się tak, jakby się z nią podzielił odrobiną swojego życia. Po raz pierwszy od dawna przepełniała ją radość i nadzieja na przyszłość.
Zaczęło się tamtego wieczoru, kiedy syn do niej przyszedł i powiedział, że przeczytał jej pamiętniki. Zamiast jednak rozgrzebywać przeszłość, zaczęli rozmawiać o czymś innym: o pogodzie, polityce, muzyce i na każdy inny temat, byle tylko nie rozmawiać o sobie. Całkiem sympatycznie im się gawędziło. Tamta rozmowa stała się dla nich czymś w rodzaju wyzwolenia, bo zrezygnowali z grzebania w zaszłościach. ?sa bardzo się pilnowała, żeby nie pytać go o Sama, Stinę i Josefin. Poruszała tylko tematy neutralne, żeby Andreas nie pomyślał, że czegoś od niego żąda albo że próbuje wywierać na niego emocjonalną presję. Wyglądało to tak, jakby się po cichu umówili, że całą przeszłość zostawiają za sobą. W sumie to cud, że nie podjęła takich wątków jak Janne, jej mama albo obecne relacje z Andreasem. Dawniej często rozmawiali o jej mamie, ale za każdym razem wspominał o niej Andreas, na przykład w związku z jakąś potrawą, kiedy szli na lunch do restauracji.
"Pamiętasz jej kluski ziemniaczane?", pytał.
"Oczywiście, że tak", odpowiadała i nagle zaczynali rozmawiać o kluskach albo o zapachu w jej mieszkaniu, który był mieszanką Chanel No. 5 i herbaty Sir Williams. Za każdym razem rozmowa toczyła się mniej więcej w ten sposób i było okej, a nawet lepiej niż okej. Było lepiej, niż mogła to sobie wymarzyć w najśmielszych snach.
Czuła, że nawiązała z Andreasem nową, ekscytującą relację. Ich burzliwe i bolesne rozstanie odeszło w niepamięć, teraz musieli wszystko zacząć od nowa, spojrzeć na siebie innym wzrokiem i przyznać, że nic nie jest dane za darmo, a tym bardziej po wieczne czasy. Czuła się trochę jak stare małżeństwo, które przeżywa poważny kryzys, ale postanawia dać sobie jeszcze jedną szansę. Lecz nie było to takie oczywiste, bo tym razem wszystko wyglądało inaczej. Mimo to oboje zachowywali się tak, jakby los podarował im nową szansę. Stwarzało jej to możliwość poznania syna od innej strony.
Pociąg zbliżał się do Dworca Centralnego. Spojrzała na zegarek: wpół do siódmej. Nie może się spóźnić, bo umówiła się z Andreasem na kolację w Bio Rio w Hornstull. Wprawdzie po wykładzie i długiej podróży pociągiem była zmęczona, ale nic jej nie skłoni do rezygnacji ze spotkania z synem. Nie mogła się wprost doczekać, kiedy go zobaczy, bo od dawna była boleśnie świadoma, że to może być jej ostatnia szansa. Wiedziała, że każde kolejne spotkanie może być ostatnim, po którym już nigdy nie będzie mogła go objąć ani przytulić. Sama ta myśl napawała ją przerażeniem. Ale myśl, że mogłaby z tej szansy nie skorzystać, była jeszcze gorsza.
Kiedy weszła do lokalu, Andreas już na nią czekał. Siedział przy stojącym koło okna stoliku. Przez chwilę stała w wejściu i mu się przyglądała. Andreas pisał coś w telefonie i wyglądał tak, jakby był zagłębiony w swoim własnym świecie. Nie chciała mu przeszkadzać i poczekała, aż skończy.
Kiedy ją zauważył, pomachał jej ręką i zaprosił do stolika. Podeszła, ciągnąc walizkę na kółkach, i mocno go objęła. W tym samym momencie Andreas dostał esemesa.
- Przepraszam, muszę oddzwonić - wyjaśnił. Wyglądał na zdenerwowanego.
?sa z trudem się powstrzymała, żeby go nie spytać, czy coś się stało.
- Zamówić ci coś w barze? - spytała.
- Poproszę piwo.
Skinęła głową, podeszła do baru i złożyła zamówienie, ale przez cały czas z zatroskaną miną obserwowała syna. Męczyło ją, że nie wie, co się dzieje, i z trudem panowała nad tym uczuciem. Tak jak większość rodziców była zaprogramowana na pomaganie swojemu dziecku, chociaż jej syn był już dorosłym mężczyzną. Dopiero niedawno dotarło do niej, że czasami najlepsza pomoc może polegać na tym, żeby się do niczego nie wtrącać. Postanowiła więc postępować zgodnie z tą zasadą i szanować jego prywatne życie. Kiedy skończył rozmowę, wróciła do stolika.
- Zamówiłam kilka mieszanych zestawów, będziemy sobie siedzieć i skubać - oznajmiła. - Zgadzasz się?
- Świetny pomysł - odparł syn, ale w tej samej chwili znowu odezwał się jego telefon. Tym razem przyszedł esemes. - Przepraszam, muszę zadzwonić - powiedział Andreas.
- Nie ma sprawy.
Andreas wstał od stolika i odszedł na pewną odległość. W czasie rozmowy energicznie gestykulował. ?sa dobrze znała ten jego wyraz twarzy i nagle poczuła skurcz żołądka. Miała przed sobą tego samego poirytowanego Andreasa, jakim często bywał po narodzinach Sama. Na szczęście tym razem jego złego humoru doświadczał ktoś inny. Przeszedł ją dreszcz i wypiła trochę piwa. To jeszcze nie teraz, nie ten dzień, bo jego złość obróciła się przeciwko komuś innemu zamiast niej. Może ma kłopoty w pracy albo się pokłócił z Josefin? Wolała o tym nie myśleć ani nie snuć takiej nadziei. Zresztą w ogóle nie powinna mieć takich okropnych myśli. Byłaby fatalną teściową, gdyby szczuła syna na jego kobietę. Mimo to w głębi duszy miała cichą nadzieję, że znowu będzie dla niej ciepły, a złość wyładuje na Josefin.
Andreas wrócił do stolika ze sfrustrowaną miną. Wypił trochę piwa i usiadł ze wzrokiem wpatrzonym w pustkę.
- Przepraszam, ale mam mętlik w głowie - wyjaśnił.
- Jeśli chcesz, możemy się spotkać kiedy indziej - zaproponowała.
Pokręcił głową, a ona postanowiła o nic nie pytać, bez względu na to, co się stało. Uznała, że najprościej będzie pogadać o repertuarze kinowym albo o liście przebojów, którą jej podesłał, o jedzeniu, które za chwilę trafi na ich stolik, o winie i piwie, o jej wykładzie w Malmö i o części słuchaczy, do których trudno jej czasem dotrzeć z tezami wykładów. Nie zamierzała dyskutować o samopoczuciu syna, bo wiedziała, że może to mieć skutek odwrotny do zamierzonego.
Andreas westchnął i wypił trochę piwa.
- Lepiej powiem, o co chodzi. Przeżywamy z Josefin trudny okres.
?sa zagryzła wargi. To naprawdę zła wiadomość, ale nie dla niej, tylko dla nich. Dla niej to światełko w tunelu. Czuła, jak wraca nadzieja.
- Przykro mi to słyszeć - odparła.
Syn spojrzał na nią takim wzrokiem, jakby chciał powiedzieć "Wcale tak nie myślisz", ale się nie odezwał.
Postanowiła kontynuować przyjętą taktykę: nie zadawać pytań, tylko czekać, aż Andreas sam wyrzuci z siebie to, co mu leży na wątrobie.
- To skomplikowane - oznajmił.
- Chętnie pomogę, jeśli to możliwe - zaproponowała ?sa.
- Dziękuję, ale sami sobie poradzimy.
Wystarczyło jedno krótkie zdanie, żeby wywołać taką reakcję. Akurat w tym momencie. ?sa natychmiast się wycofała.
- Oczywiście.
Do stolika podeszła kelnerka. Zostawiła na stoliku tacę z różnymi rodzajami tapas i odeszła.
?sa postanowiła zmienić temat rozmowy.
- Smacznie to wygląda - powiedziała.
- Hm... - mruknął i w tej samej chwili jego telefon znowu zadzwonił. Andreas zrobił roztargnioną minę, odrzucił rozmowę i odłożył aparat na stół. Telefon leżał między nimi jak gorący ziemniak.
?sa spojrzała na syna, który siedział skulony i smutny. Położyła dłoń na jego ręce.
- Nie pogniewam się, jeśli wstaniesz i wyjdziesz. Naprawdę - zapewniła syna.
Spojrzał na nią wdzięcznym wzrokiem.
- Dziękuję i przepraszam. Spotkamy się innym razem.
- Nie ma sprawy.
Wstał z krzesła, włożył kurtkę i wykonał taki gest, jakby chciał wyjąć portfel, ale matka go powstrzymała.
- Ja zapłacę.
- Na pewno?
- Jasne.
Podniosła się z krzesła i syn serdecznie ją objął. Od dawna bardzo tego pragnęła, więc odwzajemniła jego uścisk z taką samą siłą. Długo stali objęci, aż w końcu odsunęli się od siebie. Andreas otarł policzek z czegoś mokrego.
- Do usłyszenia, mamo - powiedział i szybko wyszedł.
Usiadła przy stoliku i spojrzała w ciemność. Czyżby to był ten moment? Chwila, na którą od dawna czekała?
Na jej twarzy pojawił się promienny uśmiech.
Działo się to stopniowo, jakby sklejał potrzaskane odłamki w całość. Kolejne elementy układanki trafiały powoli na swoje miejsce. Najpierw jeden, potem drugi i tak dalej. Czasem, kiedy opowiadał jej o Josefin, ?sa musiała się domyślać, o co mu chodzi, bo zazwyczaj krążył koło tematu i mówił w sposób ogólny, jakby niektóre szczegóły wolał zachować w tajemnicy. Chciał być wobec Josefin lojalny. Ponieważ jednak ?sa kontynuowała swoją taktykę i o nic nie pytała, coraz bardziej się przed nią otwierał. A gdy poszczególne fragmenty jego opowieści zaczęły do niej docierać, składała je w całość, żeby go zrozumieć. Słuchała, ale nie oceniała, a w każdym razie nie tak, jak mogło mu się wydawać. Czuła dziwną mieszankę ulgi i smutku, ponieważ widziała, jak jego związek z Josefin stopniowo się rozpada. Wprawdzie nigdy do siebie nie pasowali, a na dodatek ?sa uważała, że to Josefin najbardziej popsuła jej relacje z synem, ale było jej przykro ze względu na Andreasa, bo widziała, jak bardzo cierpi. Sprawiało jej jednak przyjemność to, że nie musi się spotykać z partnerką syna, w każdym razie nie teraz. Uważała, że Andreas znajdzie sobie w końcu inną kobietę, która lepiej będzie do niego pasować. Ale tego nie mogła mu oczywiście powiedzieć.
Wyraźnie widziała, że Josefin ma negatywny wpływ na jej relacje z synem. Im gorzej układało mu się z partnerką, tym częściej spotykał się z matką. Gdyby to zależało tylko od niego, pewnie chciałby ją widywać jeszcze częściej.
Czasem zabierał na spotkania Sama. Za każdym razem, kiedy ?sa widziała wnuka, ich wzajemna ufność rosła. Coraz bardziej się do siebie zbliżali i coraz bardziej oddalali się od szaleństwa, które zgotowała im Josefin. Mimo to ?sa czuła się tak, jakby przez cały czas stąpała po kruchym lodzie. Nie wiedziała, czy ją utrzyma, czy się pod nią nie załamie. Poruszała się ostrożnie, ale ciągle się bała, że jej dobre relacje z Andreasem pogorszą się i jej życie znowu zamieni się w koszmar.
Podczas gdy on przeżywał prawdopodobnie najtrudniejszy okres w życiu, czuła się najlepiej od dłuższego czasu. W końcu odzyskała syna, chociaż do niedawna myślała, że na zawsze go straciła. Spotykała się z Samem i coraz lepiej go poznawała. Ważne było to, że nie musiała tego robić potajemnie. Pozwolono jej być prawdziwą babcią.
Bardzo jej się podobało, kiedy Sam ją tak nazywał. Ona nazywała go Migdałkiem, co na szczęście przestało irytować Andreasa. Dawny pokój syna przerobiła w taki sposób, żeby mógł służyć Samowi. Czasem, kiedy w domu Andreasa i Josefin sytuacja stawała się szczególnie napięta, Sam u niej nocował. Huśtawka nastrojów Josefin wpływała na niego w taki sam sposób jak to, co Josefin robiła w dzieciństwie swoim rodzicom. Jej zazdrość i potrzeba kontrolowania wszystkiego stały się trudne do zniesienia. Niedawno ?sa dowiedziała się, że postępowanie partnerki syna odbiło się negatywnie nie tylko na niej, ale także na relacjach Andreasa z jego dawnymi kolegami. Josefin nie mogła też znieść tego, że Andreas i Heidi po zerwaniu nadal utrzymywali kontakty.
Od samego początku ?sa przypuszczała, że Josefin chce się zamknąć z Andreasem w bańce, w której nie będzie miejsca dla nikogo innego poza Samem. Z czasem się okazało, że jej podejrzenia były słuszne. To, co na początku było szaloną miłością, kiedy oboje widzieli tylko siebie, z czasem zamieniło się w zamknięty duszny związek. Andreas czuł się coraz bardziej izolowany i odcięty od świata, co dla jego towarzyskiej natury było wprost zabójcze. Nawet nie zauważył, kiedy zaczął popadać w przygnębienie. Czasem ?sa wracała myślami do tego, o co ją oskarżała Karin: do bredni o tym, że Andreas czuł się tak źle z powodu matki. W takich chwilach nie wiedziała, co ma robić: śmiać się czy płakać. To przecież Josefin ciągnęła go w dół w tym ich izolowanym, kontrolowanym związku. Podburzali ją też inni: Karin i Janne, a zwłaszcza Stina i Björn.
?sa postanowiła nie poddawać się zgorzknieniu, tylko dziękować losowi za to, że dostała nową szansę. Josefin i tak będzie obecna w ich życiu na stałe, ponieważ jest matką Sama, a jej związek z Andreasem jeszcze się nie rozpadł. ?sa miała jednak cichą nadzieję, że jej syn w końcu się od niej uwolni.
*
Do rozmowy doszło w piątek po południu. Była na zakupach w centrum miasta, gdy zadzwonił Andreas.
- Czy mogłabyś odebrać Sama ze żłobka? - spytał lekko drżącym głosem.
- Oczywiście. Czy coś się stało?
- Potem ci opowiem.
- Mam go zabrać do siebie?
- Tak. Przyjadę po niego później. Dziękuję, mamo.
- Nie ma za co.
Pospiesznie dokończyła zakupy i pojechała taksówką do żłobka.
Idąc ogrodem, spojrzała na krzaki, zza których kiedyś obserwowała po kryjomu wnuka. Nagle poczuła się tak, jakby zaczęła nowe życie, chociaż od tamtej pory minęło niewiele czasu. Andreas zaufał jej, dzięki czemu przestała się czuć jak chodząca śmierć, która próbuje przeżyć kolejny dzień. Po każdej prośbie i dawce zaufania, jaką jej okazywał, czuła się coraz bardziej ożywiona, a momentami prawie popadała w euforię. Im bardziej poprawiały się jej relacje z synem, tym jemu gorzej układało się z Josefin.
Na placu zabaw w żłobku przebywało kilkoro dzieci. W pewnej odległości stała ubrana w kamizelkę odblaskową wychowawczyni, która ich pilnowała. Na widok ?sy pomachała jej ręką i wskazała wnętrze budynku. Personel placówki znał już ?sę, witał ją i pozdrawiał. Należała do tych osób odbierających dzieci, które się cieszyły szczególnym zaufaniem. Przestała być "kimś tam", a stała się prawomocną babcią.
Kiedy weszła do sali zabaw, Sam stał przy kuchence i wkładał klocki do garnka. Na jej widok przerwał zabawę, rozpostarł ręce i do niej podbiegł. ?sa poczuła ciepło bijące od jego dziecięcego ciała, a gdy chłopiec ją objął i powiedział "Babcia ?sa", bardzo się wzruszyła. Starała się, żeby tego nie zauważył. Mógłby sobie pomyśleć, że jest jej smutno, a przecież była taka szczęśliwa!
Ze żłobka pojechali do jej domu w Gröndal, żeby ugotować kolację na prawdziwej kuchence. Sam stał obok niej na taborecie. Miał na sobie stary dziecięcy fartuch Andreasa i bawił się wodą w zlewozmywaku. Fartuch był na niego za duży, więc musiała go dwa razy owinąć w pasie wnuka, żeby pasował.
Andreas obiecał, że zjawi się jak najprędzej. Kiedy przyszedł po Sama, miał zmęczoną twarz i wyglądał na wykończonego. Na początek poprosił o kieliszek wina. Syn usiadł mu na kolanach, wtulił się w niego i powiedział:
- Cię do mamy... do mamy...
- Zobaczysz ją jutro, synku, dzisiaj nie mogła przyjść - odparł Andreas. Zdjął go z kolan i postawił na podłodze.
Chłopczyk wyciągnął szufladę z szafki i zaczął w niej przestawiać garnki. ?sa usiadła przy stole obok Andreasa.
- Jak się czujesz? - spytała.
Syn popatrzył na nią smutnym wzrokiem.
- Czy moglibyśmy pomieszkać u ciebie przez kilka dni? - spytał.
- Oczywiście, synku - odparła.
Znowu się pokłócił z Josefin i tym razem doszedł do wniosku, że dłużej się tak nie da. Oznajmił jej, że chce separacji, ale nie takiej jak ostatnio, kiedy rozstawali się na kilka dni, tylko na stałe. Jeszcze nie wiedział, jak sobie poradzi z praktycznymi sprawami, powinien z nią poważnie porozmawiać. Poza tym musi sobie poszukać mieszkania, co potrwa tydzień albo dwa. ?sa zapewniła go, że mogą u niej mieszkać tak długo, jak tylko będzie to konieczne.
Josefin siedziała przy oknie w pokoju Sama i spoglądała na znajdujący się po drugiej stronie ulicy park Julikullen. Na dworze zaczęło się ściemniać, ale nie zapalała światła. Jakaś kobieta zatrzymała się przy latarni, żeby zebrać kupę po swoim psie. Gdyby nie ludzie na chodniku, można by pomyśleć, że jest świt. Sytuacja, w jakiej znalazła się Josefin, i pustka, która zapanowała w mieszkaniu po tym, jak Andreas się wyprowadził, sprawiły, że straciła poczucie czasu. Zauważyła też, że jej organizm funkcjonuje inaczej niż zwykle. Stała się bardziej płaczliwa i łatwiej wpadała w gniew. Czuła się połamana - psychicznie i fizycznie.
Co pewien czas zamykała oczy i wyobrażała sobie, że Andreas i Sam są w kuchni, pieką chleb, smażą naleśniki albo robią powidła. Andreas świetnie sobie radził z domowymi obowiązkami. Lubił na przykład prać i gotować. Chciałaby powiedzieć, że w ich rodzinie doszło do odwrócenia tradycyjnych ról i to ona przybija półki do ścian albo jeździ wymieniać opony w samochodzie, ale to też nadal należało do Andreasa. Niestety, teraz wszystko wyglądało inaczej. W mieszkaniu panowała cisza, a ona snuła się z pokoju do pokoju jak cień. Na drewnianej podłodze leżała zabawka, którą nazywali Filutek. Był to jaskrawoczerwony mały pluszak z aksamitu, którego kupili Samowi zaraz po jego narodzinach. Ich synek spał z nim od pierwszej nocy. Nieważne, co to było za zwierzątko, bo od samego początku Sam i ono tworzyli jedną całość. Wyglądało to tak, jakby Sam w magiczny sposób sprawił, że Filutek poczuł się człowiekiem. A teraz? Zostały z niego porwane resztki, a ona nie umiała wyjaśnić, jak do tego doszło. Nie potrafiła też odpowiedzieć sobie na pytanie, jak w ogóle mogło dojść do sytuacji, w której się znalazła. Przecież wspierała Andreasa, robiła wszystko, żeby im się żyło jak najlepiej, a on był jej za to wdzięczny i twierdził, że jej potrzebuje. Wiele razy powtarzał, że to dzięki niej czuje się dobrze i że bez jej pomocy nigdy by tak daleko nie zaszedł. Rzeczywiście, trwała przy nim, kiedy był przemęczony albo z czymś sobie nie radził. Dopingowała go, żeby wytrwał i umiał się postawić matce. Andreas twierdził, że właśnie za to ją kochał.
A teraz to wszystko odwrócił przeciwko niej. Z dnia na dzień przestał jej ufać. Nagle to ona była zazdrosna, to ona go ograniczała, to ona go kontrolowała i ona nim manipulowała. Ona, a nie jego matka.
A jeśli się nie mylił? W głowie miała prawdziwy mętlik, myśli jej się kłębiły. Pełno w nich było niedopowiedzianych zdań, których nie potrafiła sformułować. Podniosła Filutka z podłogi, przyłożyła go do nosa i wciągnęła jego zapach. Zabawka pachniała Samem. Nasiąkła jego oddechem i na powierzchni materiału powstała warstwa znajomego zapachu. Tym razem sprawiło to jednak Josefin ból, zamiast dać poczucie bliskości. Sam będzie zasypiał, tęskniąc za swoim ulubionym pluszakiem. Ciekawe, czy za nią też. Tak jak ona tęskni za nim.
Od kiedy Andreas spakował swojej rzeczy i wyszedł, nie minęło nawet pół doby, a już czuła, że pustka, jaka po nim została, sprawia jej o wiele większy ból niż ten, który odczuwała przy porodzie. Fakt, że poszedł z Samem przenocować u ?sy, wywoływał w niej złość.
Matka Andreasa nigdy nie zaakceptowała jej taką, jaka była, a syna traktowała jak swoją własność. Twierdziła, że bez względu na to, jak się wobec nich zachowywała, ma do Sama takie samo prawo jak oni. Nie chciała uszanować tego, że Andreas ma już swoją rodzinę. Wreszcie stało się to, o czym ?sa od dawna marzyła: ma ich obu dla siebie - syna i wnuka.
Być może siedzą teraz w jej domu i opowiadają o Josefin jakieś brednie. Albo jeszcze gorzej: w ogóle o niej nie rozmawiają. Teraz to oni tworzą trzyosobową rodzinę: ?sa, Andreas i Sam. Jej w niej nie ma. Już sama myśl o tym była nie do zniesienia.
To właśnie Sam i Andreas po raz pierwszy nadali sens jej życiu i znaczenie słowu "rodzina". Stali się dla niej tak mocnym oparciem, że w ich rodzinnej bańce nigdy nie czuła się samotna ani przerażona. W najgorszych chwilach przychodziło jej na myśl, że to właśnie ze względu na poczucie bezpieczeństwa związała się z Andreasem. Zanim zaczęła z nim być, śmiertelnie się bała, że zostanie sama. Analizując własne życie, zdała sobie sprawę, że jako jedynaczka wiele czasu spędzała sama, ponieważ tkwiła poza dwuosobową wspólnotą, jaką tworzyli jej rodzice, którzy nigdy nie chcieli jej do niej wpuścić.
Podobną wspólnotę udało jej się stworzyć z Andreasem, a później dołączył do nich Sam. Często mówiła synowi, że go kocha, choć czasem dochodziła do wniosku, że nie robi tego tak, jak powinna. Zakładała jednak, że większość rodziców kocha swoje dzieci w taki sam sposób jak ona, to znaczy dla własnego dobra. Uważała, że ludzie płodzą dzieci ze względów egoistycznych. Chcą mieć kogoś, kogo będą kochać i kto będzie kochał ich; potrzebują kogoś, kim będą się opiekować, żeby kiedyś ten ktoś zaopiekował się nimi. Innymi słowy: chcą się czuć potrzebni. Czy miłość bywa niesamolubna, a jeśli tak, to jak często się to zdarza? Stworzyli z Andreasem prawdziwą rodzinę, której żadne z nich wcześniej nie miało. Oboje byli pokiereszowani przez życie, co było efektem różnych przeżyć w dzieciństwie.
Zawsze się bała, że kiedyś przeniesie swoje ułomności na Sama. Tego samego w odniesieniu do siebie obawiał się Andreas. Ponieważ jednak Josefin była świadoma swoich wad, uznała, że nie stanowią dla nich zagrożenia. Tak przynajmniej twierdziła Karin, terapeutka Andreasa, do której Josefin też zaczęła chodzić. Im bardziej człowiek jest świadomy swoich wad i braków, tym mniej jest skłonny przenosić je na swoje dzieci. A partner życiowy? Czy jemu też można oszczędzić swoich ran? A może to na niego się je przekłada zamiast na dzieci?
Josefin przez cały czas walczyła ze swoim wrogiem wewnętrznym. Karin powiedziała, że powinna traktować swoje "małe ja" tak, jak to robią dzieci. Jeśli kiedyś przybiegnie do siebie z płaczem, ma udawać, że to mała, a nie dorosła Josefin wskakuje jej na kolana. W takiej sytuacji ma ją objąć, przytulić i spokojnie z nią porozmawiać. Nie wolno na nią krzyczeć, nie wolno się na nią złościć ani do niczego jej zmuszać. Ma ją wziąć w ramiona i zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Nie wolno jej jednak przenosić tego na innych, a tym bardziej grać na czyichś uczuciach.
A ostatnio tak się właśnie działo. Małej Josefin przestało wystarczać, że ktoś ją obejmuje i przytula. Czuła się zagniewana i nierozumiana. Machała rękami, kopała i na wszystkich krzyczała, zwłaszcza na Andreasa. Im bardziej ją krytykował, tym częściej tupała nogami. Czuła, że wymyka jej się z rąk, więc walczyła o niego i o nich. Mimo to coraz bardziej się od niej oddalał.
Wzięła telefon i zadzwoniła do niego. Wsłuchiwała się w kolejne sygnały, ale nie odbierał. Wyraźnie ją ignorował. Otworzyła komunikator i zaczęła gorączkowo pisać. Nie zależy jej na rozmowie, tylko chce porozmawiać z Samem! Jest jego matką i ma do tego pełne prawo. Lecz podświadomie czuła, że nie chce rozmawiać z synem, tylko z Andreasem, była więc rozczarowana, kiedy wreszcie odebrał, ale zamiast jego głosu usłyszała paplanie Sama.
"Rozczarowana" to chyba niewłaściwe słowo, bo zależało jej na omówieniu różnych spraw z Andreasem. Chciała usłyszeć Sama, ale serce jej się kroiło. Mówiła ze ściśniętym gardłem, żeby Andreas nie usłyszał, jak bardzo jest zrozpaczona i jak bardzo za nim tęskni.
- Śpij smacznie, syneczku. Mama cię kocha. Daj telefon tacie... No, proszę, daj mu telefon...
- Babcia... rozmawiaj z babcią...
- Nie, kochanie, chcę porozmawiać z...
- Z babcią...
Babcia. To wszystko przez nią.
Josefin poczuła skurcz żołądka, kiedy zapadła cisza. Dostała mdłości, nagle wszystko stało się nierzeczywiste i surrealistyczne. Nie mogła się pogodzić z tym, co się stało. Wprawdzie winę za wszystko ponosiła ?sa, ale to Andreas zabrał Sama i wyprowadził się. Twierdził, że musi sobie to na spokojnie przemyśleć i do końca tygodnia będzie nocował u matki. Nie wiedziała, czy mu kiedykolwiek wybaczy.
- Sam, kochanie, czy mamusia może porozmawiać... - zaczęła, ale nie dokończyła, bo Andreas odebrał synowi telefon i rozłączył się, a ona została z aparatem w jednej i zabawką w drugiej ręce.
Zastanawiała się, czy nie zadzwonić do swojej mamy, żeby usłyszeć jej głos, zasięgnąć rady, poczuć jej wsparcie, ale nie zrobiła tego, bo była zawiedziona jej postępowaniem. Mama obiecała kiedyś, że zerwie z ?są wszystkie kontakty, ale złamała obietnicę, a ona nie była gotowa jej wybaczyć. Jeszcze nie.
Czuła się tak, jakby wszyscy ją zawiedli.
I to dosłownie.
Andreas obudził się w pokoju, który w dzieciństwie należał do niego, w domu, w którym przed narodzinami Sama mieszkał z Josefin. Niedawno to pomieszczenie zostało przerobione na pokoik dziecięcy i Andreas musiał zmieścić się z synem w pojedynczym łóżku, które wstawiła tam ?sa. Było im niewygodnie, więc się nie wysypiał, ale jednocześnie było mu dobrze, że leży tak blisko syna. Sam miał problemy z zaśnięciem bez swojej ulubionej zabawki i przez pół nocy leżał i ciągnął ojca za uszy. Gdy w końcu zasnął, Andreas wdychał łagodny, niewinny zapach jego włosów, którego zawsze było mu mało.
Sięgnął po leżący na szafce nocnej telefon. Od poprzedniego dnia nie dostał od Josefin ani jednej wiadomości, nie było też nieodebranych połączeń. Poczuł ulgę, choć zrobiło mu się też przykro. Przestali się do siebie odzywać, co oznaczało, że trafił do jej "strefy chłodu" i mógł tam pozostać po wieczne czasy. Nawiązanie dialogu z Josefin nie tylko wymagałoby od niego dużego wysiłku, ale też byłoby skomplikowane, a zależało mu tylko na tym, żeby papiery związane z separacją załatwili jak dorośli ludzie. Dobrze wiedział, jak ważne dla dziecka jest to, żeby miało oboje rodziców, którzy chcą i potrafią ze sobą rozmawiać. Wiedział też, że będzie to trudne ze względu na osobowość Josefin i sposób jej funkcjonowania. Wielokrotnie widział, do czego jest zdolna, jeśli uznała kogoś za wroga, i to bez względu na to, kim ten ktoś był: członkiem rodziny czy znajomym. Mimo to miał nadzieję, że przynajmniej za względu na Sama Josefin zachowa się tak, jak uzgodnili.
Wysłał jej krótkiego esemesa z przypomnieniem, że zbliża się termin wizyty u Karin, i położył głowę na poduszce. Wczoraj nie miał ochoty z nią rozmawiać i chyba głupio się zachował, ale z góry wiedział, jaki będzie finał tej rozmowy: niekończące się krzyki i płacz. Dlatego to, o czym chciał ją poinformować, wolał jej przekazać w bezpiecznym otoczeniu, w którym będzie musiała trzymać na wodzy emocje.
Wsłuchując się w szybki oddech Sama, zastanawiał się, jakie ich syn będzie miał dzieciństwo. Kiedyś obiecał sobie, że nie będzie ingerował w jego życie w taki sam sposób, jak to robili jego rodzice, ale coraz częściej ogarniały go wątpliwości, czy nie zaczyna się zachowywać tak samo jak oni, chociaż próbował zdystansować się od matki. Czyżby zaczął zmierzać w tym samym kierunku co ona? Może Josefin miała rację? Czy nie powinien się wsłuchiwać w to, co podpowiadał mu instynkt? Instynkt... Czy może mu nadal ufać? Jedna jego połowa marzyła o wolności, podczas gdy druga tęskniła za tym, co istniało wcześniej: za wspólnym życiem z Samem i Josefin. Nadal ją kochał, ale źle się przy niej czuł, co nie wróżyło dobrze. Dopiero teraz, kiedy opuścił ich wspólną bańkę, zauważył, jak źle mu w niej było. Po zerwaniu kontaktów z mamą był pewien, że uwolnił się od tego, co najgorsze. Chodził na sesje terapeutyczne, zaczął nowe życie i marzył tylko o jednym: żeby funkcjonować razem z Josefin w ich nowym zamkniętym wszechświecie. Z czasem jednak w ich życie coś się zakradło. Przez pewien czas nie wiedział, co to jest, bo nie umiał opisać tego słowami. I niekoniecznie chodziło o to, że Josefin kontaktowała się za jego plecami z Jannem, co uznał za zdradę. Wszystko, co było związane z jego matką, wydawało się trudne i odbijało się zarówno na nim, jak i na Josefin, dlatego oboje zgodnie uznali, że muszą sobie zrobić od niej przerwę. Nawet Karin uważała, że dobrze mu to zrobi. Mimo to wrócił do swojego dziecięcego pokoju i ze zdziwieniem stwierdził, że nadal czuje się dobrze, zarówno z tym, że tu był, jak i z tym, że utrzymywał dobre relacje z mamą. W ten sposób zakwestionował wszystko to, co zrobił i postanowił wcześniej. Być może jedyny sposób polegał na tym, żeby podejmować decyzje samemu. Spróbuje zbudować w swoim dawnym mieszkaniu nowe życie, a przy okazji nowego siebie.
W kuchni grała muzyka. Matka słuchała płynącego z radia spokojnego głosu Anny Hernek. Rozpoznał też znajome stukanie sztućców i talerzy. Domyślił się, że mama szykuje śniadanie. Pogładził Sama po włosach i chłopiec się obudził.
- Mama... mama... - powiedział sennym głosem.
- Mamusia przyjdzie później.
Rozmawiał z synem spokojnym tonem, choć targały nim sprzeczne uczucia, a strach mieszał się z nadzieją. Bał się przyszłości, spotkania z Josefin i tego, co nieznane. Czuł też nieokreśloną tremę, która zwiastowała nowy początek i zadowolenie z życia.
Wziął Sama na ręce i zszedł z nim do kuchni. ?sa zdążyła już nakryć do stołu. Przygotowała to, co lubił, a nawet więcej: jogurt, świeże owoce leśne, zieloną herbatę, grzanki z orzechami i pomarańczowe powidła domowej roboty.
- Dobrze spałeś? - spytała.
- Jak zabity - odparł Andreas. W ten sposób już na samym początku rozmowy dał jej do zrozumienia, że nie ma ochoty opowiadać o swoim samopoczuciu.
Matka od razu się wycofała; prawdopodobnie uznała, że długa rozmowa, którą odbyli poprzedniego dnia, w zupełności jej wystarczy. Siedzieli do późnego wieczoru, wspominali lata dzieciństwa, mówili o jej depresji, winie i wstydzie. Ale on też się otworzył. Opowiedział, jak przez ostatni rok wyglądało jego życie z Josefin. A kiedy wyznał, że nie jest z nią już tak szczęśliwy jak kiedyś, ostatnie elementy układanki trafiły na swoje miejsce.
- A co u ciebie, Migdałku? - spytała ?sa. - Obudziłam cię?
- Babcia... budzi... - odparł chłopiec i wdrapał się jej na ręce.
- Ty też spałeś jak zabity - powiedział Andreas i uśmiechnął się na ten widok. - Lubi cię.
- Sam, lubisz babcię? - spytała. - Jakie to szczęście, że ktoś ją lubi. Prawda, Migdałku?
Zerknęła w stronę syna, ale ten udał, że nie słyszał jej słów. Wstał od stołu, podszedł do blatu, na którym stał opiekacz, i włożył do niego kromkę chleba z orzechami.
- Jeśli chcesz, żebym odbierała Sama ze żłobka, wystarczy powiedzieć. W tym tygodniu nigdzie nie wyjeżdżam i nie mam wykładów. Chętnie po niego pójdę...
- Dziękuję - przerwał jej Andreas. - Zobaczymy, jak sytuacja się rozwinie.
?sa zamilkła. Przypomniało jej się, że postanowiła szanować wolność syna. Zauważyła, że bardzo się pilnował, żeby nie przekroczyć pewnej granicy. To, że na pewien czas się do niej wprowadził, nie oznaczało, że ta decyzja była dla niego oczywista.
- Jasne - odparła z uśmiechem. - Poczekamy i zobaczymy.
Josefin nie przyszła do kwiaciarni, a on starał się nie wyciągać z tego zbyt daleko idących wniosków. Uznał, że skoro i tak mają się spotkać u Karin, będą mieli na rozmowę wystarczająco dużo czasu. Odwożąc Sama do żłobka, jeszcze bardziej utwierdził się w tym przekonaniu. Czuł, że powoli i stopniowo odzyskuje spokój i znowu staje się dawnym sobą. To paradoksalne, bo tak samo czuł się po zerwaniu kontaktów z matką, kiedy się od niej uwolnił i odnalazł siebie po raz pierwszy. Bardzo tego potrzebował. Nie był to jednak czas zmarnowany, a ich relacje wyglądały teraz zupełnie inaczej. Były jakby zdrowsze i dojrzalsze. Oboje się rozwinęli i zmienili, dzięki czemu znowu mogli się spotykać. Będzie musiał powiedzieć Josefin, że jest jej za to wdzięczny, chociaż podejrzewał, że nie zechce go słuchać. Pewnie zamknie się w sobie i nie wpuści go do swojego wnętrza. Bał się jej reakcji, ale doszedł do wniosku, że jest już na tyle silny, żeby na tym etapie życia stawić czoło jej metodom manipulacji. Czuł się bezpieczny i pewny siebie w sposób, którego od dawna nie doświadczał.
Znacznie bardziej niż lodowatej reakcji Josefin bał się tego, że nie pozwoli mu odejść i nie wyrazi zgody na separację. Powie mu, że nie zgadza się dla dobra ich syna, bo wiedziała, że Sam to jego słaby punkt. Postanowił jednak wytrwać w swoim postanowieniu właśnie dla jego dobra. Separacja nie musi oznaczać dla ich syna czegoś złego. Mogą się dogadać na rozsądnych warunkach, żeby dać Samowi to, co z ich światów jest najlepsze. Wszystko zależało od tego, czy Josefin nie zatrzaśnie przed nim drzwi.
Tymczasem nie tylko nie przyszła do kwiaciarni, lecz także nie odpowiadała na jego esemesy. Mimo to nadal miał nadzieję, że spotkają się u Karin i rzeczowo o wszystkim porozmawiają. W ciągu ostatnich dni wiele elementów układanki trafiło na swoje miejsce i dlatego chciał to kontynuować.
Jeśli chodzi o matkę, to szybko zauważył, że dzięki przerwie w ich kontaktach i pod wpływem ostatnich wydarzeń bardzo się zmieniła. Czas pokaże, jak będą się układać jego relacje z Jannem. Był zawiedziony, że ojciec nie postępował uczciwie, tylko działał za jego plecami, co jednak nie oznaczało, że gotów był go sobie odpuścić.
Kwiaciarnię zamknął wcześniej niż zwykle i powiesił na drzwiach kartkę o treści Zamknięte z powodu choroby. Wiedział, że ani dzisiaj, ani jutro nie będą w stanie tam wspólnie pracować.
*
Poszedł na przystanek, wsiadł do autobusu i pojechał na umówione spotkanie u Karin. Tuż przed trzecią dotarł na Odenplan i postanowił poczekać na Josefin. Czuł, że to będzie stresująca sesja, i nie wiedział, jak się będą czuć potem. Zgodził się więc na propozycję mamy, żeby pojechała do żłobka i odebrała Sama. Wyjął telefon, wysłał jej esemesa i od razu dostał odpowiedź.
Zaraz tam pojadę. Całuski
Sam na pewno się ucieszy, że przyjedzie po niego babcia. Jeśli Josefin zażąda, żeby wieczorem przywiózł jej syna, zrobi to.
Nagle dostał mdłości. Bał się nie tylko tego, co miało się zdarzyć w ciągu najbliższej godziny, ale także skutków, jakie to będzie miało dla jego rodziny. Na razie wyprowadził się na pewien czas z domu, ale zamierzał doprowadzić tę sprawę do końca. Czuł się tak, jakby czekał na wyrok. Josefin uzna jego pomysł na stałą separację za wypowiedzenie wojny i dopiero po długim czasie przejdzie nad tym do porządku dziennego. Miał jednak nadzieję, że kiedyś zacznie to jakoś funkcjonować, dlatego dobrze się składa, że do spotkania dojdzie u Karin. Oczekiwał, że terapeutka pomoże im przejść przez ten trudny okres.
Rozejrzał się po ulicy, a ponieważ Josefin wciąż nie było, postanowił wsiąść do windy i pojechać na górę. Może już tam na niego czeka?
Karin otworzyła mu drzwi i ciepło się z nim przywitała. Przez ostatnie lata bardzo się do siebie zbliżyli. Uważał, że to w dużej mierze dzięki niej zdołał zajść tak daleko. Bez niej i bez sesji terapeutycznych nigdy by się nie odważył potraktować Josefin w taki sposób. Pytanie brzmiało, czy kiedykolwiek miał świadomość, że może to zrobić.
Spojrzał na zegarek i jeszcze raz postanowił do niej zadzwonić, ale po kilku sygnałach włączyła się automatyczna sekretarka.
*
- Możemy zacząć? - spytała Karin, spoglądając na mały budzik, który stał na półce w zasięgu jej wzroku. Dzięki temu miała pod kontrolą upływający czas i nie musiała stresować pacjentów sprawdzaniem godziny.
Andreas skinął głową. Nie ma na co czekać, bo nie wiadomo, czy Josefin w ogóle przyjdzie. Do spotkania miało dojść z jego inicjatywy.
Samo podsumowanie tego, co wydarzyło się w ciągu kilku ostatnich dni, zabrało im sporo czasu. Minęły trzy kwadranse, a Josefin wciąż nie było.
- Możecie do mnie przyjść, kiedy tylko chcecie - zapewniła Karin, gdy żegnali się przy drzwiach. - Wystarczy zadzwonić i ustalić termin.
Andreas podziękował jej i wyszedł z gabinetu. Wizytę uznał za kolejny krok, który mu ułatwi życie. Ucieszył się, kiedy Karin zapewniła go, że nie oszalał i nie popełnił błędu. Według niej po wielkiej przemianie, jaka się dokonała w ich życiu w ciągu ostatnich lat, nie było nic niezwykłego w tym, że zamierzają wystąpić o separację. Oddalili się od siebie, ich drogi zaczęły się rozchodzić. Dzieje się tak często po tym, jak na świat przychodzi dziecko, zwłaszcza kiedy rodzice są stosunkowo młodzi. Zapewniła go, że jego podejście do tej sytuacji jest normalne i że zrobił duży postęp. Jego życie nie będzie już polegać na zaspakajaniu potrzeb emocjonalnych drugiej osoby, tylko własnych.
Zrobił kolejny krok, który ułatwi mu życie, ale to, co było trudne, nadal miał przed sobą.
Zadzwonił do Josefin, ale znowu nie odebrała, uznał więc, że jeśli ona nie przyszła do niego, on pójdzie do niej. Teraz, kiedy podjął decyzję, chciałby mieć to za sobą, ale bez chodzenia na skróty. Muszą o tym porozmawiać.
Zderzyli się przy wejściu, kiedy Andreas wychodził od Karin, i od razu doszło do kłótni.
- Powiedziałeś, że spotkanie jest o czwartej - syknęła Josefin.
- Nieprawda. Kilka razy do ciebie dzwoniłem i wysyłałem esemesy z informacją, że początek jest o trzeciej.
- Powiedziałeś, że mamy się spotkać o czwartej.
- Mam ci je pokazać? - spytał zniecierpliwionym tonem Andreas, szukając telefonu w kieszeni.
- Nie trzeba. Szkoda, że nie odbierałeś, kiedy wczoraj dzwoniłam.
- A więc to moja wina, że pomyliłaś godziny?
- Teraz to nieistotne. Liczy się to, że tu jestem.
- Świetnie, ale przyszłaś za późno. Musimy uzgodnić nowy termin.
- Możemy porozmawiać o naszych sprawach teraz.
- Wolałbym to zrobić w obecności Karin.
- Bo jesteś tchórzem.
- Bo chcę uniknąć kłótni i załatwić tę sprawę w kulturalny sposób.
- No to może zaproś mamę, jeśli uważasz, że sam sobie nie poradzisz?
Andreas zacisnął zęby. Wiedział, że tak będzie. Im dłużej słuchał Josefin, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że podjął właściwą decyzję.
- Uważam, że ze względu na ciebie do spotkania powinno dojść w obecności Karin - oświadczył. - Jeśli jednak chcesz, możemy to załatwić tu i teraz.
Przez twarz Josefin przemknął cień strachu, ale szybko wróciła do postawy pełnej przekory i sprzeciwu.
- Cholernie się boisz, tylko nie masz odwagi powiedzieć tego wprost - powiedziała.
Najgorsze było to, że w jej słowach była odrobina prawdy. Rzeczywiście bał się jej reakcji. Bał się przyszłości, nie był pewien, czy podejmuje słuszną decyzję, ale nie miał innego wyjścia. Gabinet Karin znajdował się w budynku przylegającym do restauracji Tranan. Zaczął się weekend, ludzie tłumnie wylegli na ulice. Mijali ich, wchodzili do środka albo siadali przy stolikach w ogródku. Tymczasem oni zachowywali się tak, jakby ich w ogóle nie obchodziło, czy ktoś ich obserwuje i słyszy. Tkwili w swoim własnym świecie.
- Chcę złożyć wniosek o separację... taką pełną - zaczął Andreas.
Wydawało mu się, że powinna go zrozumieć. Ostatnio sporo czasu spędzał w mieszkaniu matki, a Josefin w pewnym sensie zachowywała się tak, jakby chciała te słowa z niego wydusić. Być może podświadomie czuła, że jej to zaproponuje, ale nie była na to przygotowana. To mniej więcej tak jak w sytuacji, kiedy człowiek domyśla się, że cierpi na poważną chorobę, ale kiedy lekarz potwierdza tę diagnozę, nie może się z tym pogodzić i przeżywa szok.
Josefin zbladła i przez chwilę stała jak sparaliżowana. Potem nagle rzuciła się na Andreasa i uderzyła go pięścią w pierś.
- Ty gnojku! - zawołała. - Ty wstrętny gnojku!
Próbował ją uspokoić. Chwycił ją za ramiona, ale zachowywała się tak, jakby zamierzała z siebie wszystko wykrzyczeć. Siedzący w ogródku goście umilkli i zaczęli się na nich gapić, a potem rozległy się szepty, bo nikt nie wiedział, co się dzieje. Niektórzy na pewno się zastanawiali, czy nie wezwać policji albo nie interweniować. Nie wiedzieli, czy to zwykła sprzeczka małżeńska, czy krzycząca kobieta nie padła ofiarą przemocy. A może to ona zachowywała się agresywnie?
Później, kiedy Andreas próbował tę sytuację analizować, miał kłopot z jej szczegółowym odtworzeniem. Poszczególne elementy zlewały się, a na dodatek wyrzucili z siebie wiele słów, które szybko odchodziły w niepamięć. Zapamiętał tylko ogólny obraz i głośny krzyk. W pewnej chwili Josefin wyrwała mu się z rąk i pobiegła przed siebie, nie rozglądając się na boki. Zapamiętał też gwałtownie hamujący samochód, jej krzyk, gdy została trafiona zderzakiem, i huk, kiedy upadła na asfalt. Potem rozległ się jeszcze jeden krzyk, ale nie wiedział, z czyich ust się wydobył. Całkiem możliwe, że to on krzyczał. A może ktoś inny, kto obserwował tę scenę? Nie był pewien, ale chwilę później przy niej klęczał i obejmował jej zakrwawione ciało.
Myślał tylko o jednym: żeby Josefin nie umarła. Kiedy jeep uderzył ją od tyłu, w jednej chwili wszystko stało się dla niego jasne. Zrozumiał, że ani on, ani Sam sobie bez niej nie poradzą. Był gotowy zrobić wszystko, byle tylko przeżyła. Korzyć się u jej stóp i błagać o wybaczenie, chociaż niczemu nie był winien. Ba, był gotowy przyznawać jej rację do końca życia, bez względu na to, czego to będzie dotyczyć. Marzył tylko o jednym: żeby wszystko było jak dawniej. Jeszcze kilka minut temu separacja i rozstanie z Josefin wydawały mu się czymś oczywistym. Teraz czuł, że to niemożliwe. Chciał tylko jednego: żeby nadal żyła i do nich wróciła. Do niego i do Sama.
*
Kiedy przyszedł do szpitala i zobaczył ją w łóżku, ujrzał w nim drobną i kruchą istotę, chudą i białą jak prześcieradło. Josefin leżała podłączona do aparatury, która pomagała jej oddychać, i do ciemnoczerwonych torebek, które miały jej uratować życie. Lekarze powiedzieli mu, że straciła sporo krwi, więcej, niż przewidują normy. To, że żyje, uznali za cud.
Od wypadku upłynęło wiele godzin, ale jemu nadal się trzęsły ręce. Pod paznokciami miał brązowoczerwoną zaschniętą krew. Stina i Björn na zmianę pełnili dyżur przy jej łóżku, a on poszedł do pomieszczenia z prysznicami, żeby się umyć. Krew, którą miał na skórze, należała do Josefin. Kiedy ją zmywał, czuł się tak, jakby na jego oczach ona też znikała razem z nią. Ułożył się pod prysznicem w pozycji embrionalnej i leżąc pod strumieniami wody, płakał jak dziecko. To z jego winy Josefin przebiegła przez ulicę, nie rozglądając się na boki. Przewidział, jak zareaguje na jego decyzję o separacji, i dlatego wolał się z nią umówić u Karin. Potem, zamiast posłuchać tego, co podpowiadał mu rozum, dał jej się sprowokować i górę wzięła naiwna dziecięca złość. Najgorsze było to, że mu się wyrwała, a on jej nie zatrzymał, chociaż widział, że jest wytrącona z równowagi. Powinien był jej pozwolić wykrzyczeć całą złość. Mógł to wziąć na klatę, ale nie zrobił tego. W pełni zasłużył na to, co go spotkało.
Na szczęście samochód, który potrącił Josefin, nie jechał ze zbyt dużą prędkością; dzięki temu jeszcze żyła. Z wypadku wyszła ze wstrząśnieniem mózgu, czterdziestoma szwami na głowie, złamaną ręką i zmiażdżoną rzepką kolanową. Operacja trwała prawie sześć godzin. Kiedy zabieg dobiegł końca i lekarze przyszli do poczekalni, by go poinformować, że wszystko się udało i Josefin będzie żyć, poczuł taką ulgę i radość, że przez długi czas stali objęci ze Stiną i Björnem i płakali. Przy okazji dowiedział się, że jego partnerka jest w ciąży.
Obrazy przesuwały się w jego głowie jak sekwencje filmu. Samochód. Krzyk. Krew. W chwili, kiedy Josefin upadła na asfalt, coś w nim umarło. Wszystko, co do tej chwili uważał za ważne, straciło znaczenie. Kiedy doszło do sytuacji kryzysowej, zrozumiał, że liczy się tylko rodzina.
Sam, Josefin i dziecko w jej łonie, o którym wcześniej nie wiedział. Całkiem możliwe, że ona też była tym zaskoczona. Lekarz powiedział, że to szósty tydzień. Mało brakowało, a dziecko też mogło umrzeć. Z jego winy.
Siedział na krześle jak na rozżarzonych węglach i trzymał Josefin za tę rękę, na której nie było siniaków. Kiedy wszedł do sali, z trudem ją rozpoznał. Twarz miała spuchniętą i owiniętą bandażami, jedno oko zasklepione jak po ulicznej bójce. Gdy narkoza przestała działać i Josefin się wybudziła, zaczęli rozmawiać. Pierwsze słowo, jakie wypowiedziała, brzmiało: "Przepraszam".
- To ja powinienem przeprosić za swoje zachowanie - odparł Andreas. - To się stało z mojej winy.
Próbowała pokręcić głową, ale ból był tak silny, że zatrzymała się w pół ruchu. Na widok jej cierpienia Andreasowi trysnęły łzy z oczu. Żałował, że to nie on leży na jej miejscu.
- Byłam głupia. To ty miałeś rację - szepnęła.
- Nic nie mów, kocham cię - odparł płaczliwym tonem i uścisnął jej dłoń. - Wybacz mi, nie mogę i nie chcę bez ciebie żyć.
Wydawało mu się, że na jej ustach pojawił się słaby uśmiech, i chwilę później zasnęła. Wyglądało na to, że chociaż prawie zniszczył ich rodzinę, Josefin nie czuła do niego niechęci ani nienawiści. Odetchnął z ogromną ulgą.
Josefin na zmianę się budziła i zasypiała, a on przez cały czas zastanawiał się nad ostatnimi zdarzeniami, zwłaszcza nad swoim w nich udziałem. To bez znaczenia, że Josefin i Janne próbowali mu pomóc i korespondowali ze sobą bez jego wiedzy. Nie chcieli mu zaszkodzić, tylko pomóc. Nie rozumiał tylko, dlaczego zareagował na to tak nadpobudliwie. Teraz, kiedy patrzył na to z perspektywy czasu, wydało mu się bez znaczenia. Zwłaszcza że ich rodzina miała się powiększyć. Mimo całego nieszczęścia czuł ogromną wdzięczność, bo odzyskał nie jedno, ale dwa życia.
*
Kiedy Josefin leżała w szpitalu, Andreas nie chciał zostawiać jej bez opieki, więc Sam przebywał u ?sy. Prawie codziennie przyprowadzał do Josefin syna, który przynosił jej swoje rysunki. Były to głównie długie kreski i kółka w różnych kolorach. Andreas zażartował raz, że twórczość Sama przypomina ich chaotyczne życie rodzinne, czym doprowadził Josefin do śmiechu. Śmiała się, chociaż bolały ją żebra. Sam chyba nie rozumiał, dlaczego jego mama leży w szpitalu, ale zainteresował się torbą lekarską, którą ?sa kupiła mu w sklepie z zabawkami. Dzięki temu mogli ze sobą porozmawiać o wypadku w zrozumiały dla niego sposób.
- Auto... bang... mama... doktor... plaster...
Andreas odwiedzał matkę i czasem zostawał na kolację. Potem kładł Sama spać i wracał do szpitala. W czasie wspólnych posiłków opowiadał, jak się czuje Josefin, informował o postępach w procesie leczenia i o tym, jak się goją rany. Nigdy jednak nie rozmawiał z ?są o przyszłości. Za każdym razem, kiedy zahaczali o ten temat, atmosfera lekko się usztywniała.
Niektórych wypowiedzianych słów nigdy nie da się cofnąć. Po pewnym czasie Andreas doszedł do wniosku, że niepotrzebnie opowiadał mamie o swoich relacjach z Josefin i malował je w czarnych kolorach. Uznał to za duży błąd.
Niepotrzebnie opowiadał też o separacji, o potrzebie kontroli, jaką chciała sprawować nad nim Josefin, i o tym, że ich związek stawał się dla niego coraz bardziej duszny. Przyznał się, że Josefin okłamywała go za jego plecami, że kombinowała coś z Jannem, że czuł się zawiedziony i zdradzony. Wtedy przynosiło mu to ulgę, bo w końcu mógł się przed kimś wyżalić. Czuł się tak, jakby latami dźwigał ciężki plecak i nagle spotkał kogoś, kto mu go pomógł nieść. Po wypadku zaczął żałować, że się tak otworzył. Wprawdzie Josefin robiła czasem głupie rzeczy, a ich relacje bywały burzliwe, ale on wcale nie był lepszy.
Mama na pewno wyrobiła sobie własny obraz tego, co się między nimi działo, i upewniła się w swoim przekonaniu, że Josefin nie jest dla niego odpowiednią partią. Przypominała w tym swoją matkę, a do pewnego stopnia także Josefin. Wszystko musiało być dla niej czarne albo białe. Kiedy coś sobie postanowiła, szansa na to, żeby ją odwieść od raz podjętej decyzji, była niewielka, a przekonanie jej do zmiany opinii było właściwie niemożliwe. Nie mówiła tego wprost, ale słychać to było wyraźnie w jej głosie. Na przykład wtedy, kiedy pytała o zdrowie i samopoczucie Josefin. Robiła to z poczucia obowiązku, a nie z troski. Josefin nadal znajdowała się na jej czarnej liście, chociaż starała się tego nie okazywać.
?sa przez cały czas musiała się pilnować, żeby zachować spokój. Wkrótce będzie świętować Boże Narodzenie w gronie osób, którym wiele chciałaby powiedzieć, chociaż większości tych spraw wolała nie poruszać. Musiała więc zacisnąć zęby, jeśli nie chciała stracić tego, co było dla niej najcenniejsze, co z takim trudem i wysiłkiem udało jej się odzyskać.
Od wypadku Josefin minęło pół roku i ?sa coraz bardziej uświadamiała sobie, że przegrywa tę bitwę. Choć jak twierdziła Karin, wojna rodzinna się skończyła. ?sa wciąż słyszy jej przemądrzały głos, jak w swoim stylowym gabinecie informuje ją, że swoje szanse pogrzebała wcześniej, i to z premedytacją. Karin określiła jej zachowanie jako "destrukcyjny wzorzec zachowawczy": człowiek sam wywołuje to, czemu boi się stawić czoło, ponieważ uważa, że nie zasługuje na nic lepszego. To brednie! Wprawdzie ?sa bała się, że jej rodzina się rozpadnie, ale nigdy nie myślała, że na nią nie zasługuje.
Któregoś dnia przyszła z Samem do szpitala odwiedzić Josefin. Andreas już tam był i nad nią czuwał. Od razu się domyśliła, że po tym wszystkim, co go spotkało, syn nie zdoła zrobić tego, co zamierzał. I to nie tylko z powodu wypadku i oczekiwanego drugiego dziecka, ale także ze względu na Josefin, która na początku zachowywała się tak, jakby naprawdę się zmieniła. Stała się bardziej otwarta, a jej rezerwa i krytyczny stosunek do teściowej jakby znikły. Nie była dłużej w stanie trzymać fasonu i musiała opuścić gardę. Pod tym względem wypadek samochodowy w pewnym sensie przypominał poród.
Jednak w miarę jak stan jej zdrowia się poprawiał, zaczęła rządzić po staremu. Najpierw z łóżka szpitalnego, potem z domu. Kiedyś robiła to bardziej subtelnie, ale i tak umiała postawić na swoim, chociaż rzadko mówiła jasno, czego chce. Po wypadku zaczęła formułować swoje oczekiwania i żądania wprost. Rządziła za pomocą uczuć i nastrojów, które w zależności od intensywności bólu ulegały znaczącym wahaniom.
Wyrzuty sumienia sprawiały, że Andreas skupiał się głównie na wspieraniu jej, i to na różne sposoby. Przestał przychodzić do matki, bo zawsze pojawiały się jakieś przeszkody. Najczęściej musiał w czymś pomóc Josefin, która stopniowo stawała się dla niego najważniejsza. Miał nadzieję, że matka to zrozumie. Josefin nadal chodziła na rehabilitację, a ponieważ była w ciąży, potrzebowała dodatkowej pomocy. ?sa to rozumiała, ale obawiała się, że jego partnerka wróciła do starych, sprawdzonych wzorców zachowań. Kiedyś przypomniała Andreasowi, jak Josefin zachowywała się przed wypadkiem, ale zbagatelizował jej słowa i spytał, czy mogliby spędzić święta zgodnie z planem.
?sa nie chciała być uznana za tę, która popsuła świąteczny nastrój, zwłaszcza teraz, kiedy wszyscy - Stina, Björn, Janne, Helle, Josefin i Andreas - zrobili się nagle tacy przyjaźni i kochani. Jakie miała prawo skarżyć się, że przez długi czas traktowali ją jak powietrze? Albo że Janne knuł przeciwko niej wspólnie z jej synową, która przez dwa lata nie pozwalała jej się spotykać z synem i wnukiem? Jakie miała prawo wałkować to stale jak uparta zrzęda? Przecież to Josefin zasługuje na współczucie, bo wpadła pod samochód i prawie zginęła. ?sa, jako jedna z najwybitniejszych w Szwecji specjalistek od tak zwanego leadership coachingu, a zarazem znana prelegentka w zakresie komunikacji międzyludzkiej, nie mogła odrzucić oferty dialogu tylko dlatego, że źle jej się kojarzył. Postanowiła pójść za własną radą i odłożyć na bok swoje myśli, żeby znaleźć wspólne rozwiązanie, które będzie sprzyjać wyższym celom. Uznała, że tak powinna do tego podejść. I właśnie to powtarzała sobie, jadąc samochodem na wspólne święta do Väster Skägga.
*
Tylne siedzenie jej samochodu załadowane było świątecznym jedzeniem i prezentami. Pamiętała o wszystkich zaproszonych osobach; prezenty dobierała pod ich kątem i każdy był ładnie zapakowany. Chciała się w ten sposób wykazać dobrą wolą. Kupiła prezent nawet dla Helle: drogą świecę zapachową, która miała pełnić funkcję fajki pokoju. Dla Stiny i Björna wybrała drogie wina. Był to mało osobisty, ale bezpieczny wybór. Janne miał od niej dostać butelkę taniego wina, co też było wymownym symbolem. Dla Josefin wiozła specjalny prezent, przez co musiała przekroczyć zaplanowany na ten cel budżet. Kupiła jej ciepłą aksamitną piżamę, mającą świadczyć o jej uczuciach dla synowej, których tak naprawdę nie żywiła. Najwięcej energii włożyła oczywiście w wybór prezentów dla Sama i Andreasa. Chciała w ten sposób wyrazić bezwarunkową miłość. Andreas miał dostać bezprzewodowe głośniki do wykorzystania w kwiaciarni, a Sam dużą drewnianą remizę strażacką, którą znalazła w sklepie z zabawkami.
Przez pół nocy przed wyjazdem gotowała jedzenie, rano spakowała je do kosza i położyła na tylnym siedzeniu. Były to domowej roboty smakołyki: pasztet z wątróbek, śledzie, a nawet wegańskie potrawy dla Josefin. Wszystko włożyła do eleganckich weków i obwiązała je czerwonymi wstążkami z przypiętymi do nich ręcznie wypisanymi bilecikami.
Stina i Björn ozdobili całe Väster Skägga świątecznymi dekoracjami. Była jemioła z czerwonymi wstążkami, woń pomarańczy i goździków, która wypełniała cały dom niczym kurtyna zapachowa. Wszystko to miało symbolizować ciepły świąteczny nastrój. Nawet pogoda dopasowała się do sytuacji, bo spadł śnieg i pokrył całą okolicę grubą białą płachtą.
Kiedy w wigilijny wieczór wjechała na podjazd przed domem, powitały ją płonące pochodnie i świerkowe gałęzie. Zauważyła, że Janne i Helle są już na miejscu. Przed należącym do Andreasa i Josefin kombi stał volkswagen na duńskich numerach. ?sa wyłączyła silnik i przez chwilę siedziała w samochodzie. Wiejska posiadłość, która w jej dorosłym życiu była dla niej oazą spokoju i prawdziwą odskocznią, zwłaszcza przed Jannem, zamieniła się w miejsce przypominające jej o bólu i zdradzie. Wiedziała jednak, że musi myśleć pozytywnie. Przecież będzie uczestniczyć we wspólnym spotkaniu rodzinnym. Nie została odstawiona na boczny tor ani izolowana od reszty rodziny, jak to do niedawna było. Miała nadzieję, że ta rana też się z czasem zagoi, tak jak to się stało po wypadku Josefin, która wróciła do pełni sił.
?sa zacisnęła zęby i wysiadła z samochodu.
Wszystko będzie dobrze.
Musi być dobrze.
*
Po wigilijnej kolacji przeszli do salonu - w którym w przeszłości była tyle razy - żeby poczekać na Świętego Mikołaja. Siedziała w jedynym fotelu koło kominka, podczas gdy Janne i Helle zajęli miejsca na kanapie koło Stiny i Björna. Josefin siedziała na podłodze z Samem na kolanach. Chłopiec trzymał rękę na jej coraz większym brzuchu. ?sa wypiła trochę grzańca. Miała nadzieję, że dzięki alkoholowi poczuje się w tym gronie mniej wyobcowana. Wprawdzie wszyscy zapewniali ją, że się cieszą z jej przyjazdu, ale i tak odnosiła wrażenie, że nie są wobec niej szczerzy. Tak naprawdę tylko Sam okazał prawdziwą radość na jej widok - zerwał się z podłogi, podbiegł do niej i mocno się przytulił.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi i do pokoju wszedł Święty Mikołaj. ?sa odetchnęła z ulgą. Przez pewien czas wszyscy skupią się na prezentach, zamiast siedzieć i gadać o niczym. Rolę Świętego Mikołaja odgrywał Andreas. Miał na sobie stary strój, który Björn zakładał, kiedy dzieci były małe. Sam podbiegł do Andreasa, spojrzał na niego poważnym wzrokiem i powiedział:
- Dzień dobry, Święty Mikołaju.
?sa poczuła, jak ogarnia ją fala nostalgii. Sam podał Andreasowi na znak pokoju cukierka i wszyscy się głośno zaśmiali. Może dziwnie to zabrzmi, ale chłopiec pełnił dzisiaj funkcję kitu i lodołamacza w jednym. Był wspólnym mianownikiem, który spajał wszystkich w miłości.
Andreas rozdał prezenty i wygłosił tradycyjny wierszyk. Janne i Helle dali ?sie w prezencie świecę zapachową. Na szczęście inną niż ta, którą kupiła dla Helle. Helle wygłosiła długi wykład o tym, że świeca jest ekologiczna i wyprodukowano ją w jednym z duńskich regionów, którego nazwa była trudna do wymówienia. ?sa uprzejmie jej podziękowała i w odpowiedzi usłyszała równie uprzejme słowa.
Najwięcej prezentów dostał Sam. Remiza strażacka nie sprawiła mu aż tak dużej radości, jak ?sa się spodziewała. Oszalał na widok plastikowej ciężarówki, którą dostał od Stiny i Björna. ?sa wiedziała, że nie ma sensu porównywać obu zabawek i że nie chodziło tu tak bardzo o prezenty, bo Wigilia to nie czas, w którym ludzie mają ze sobą konkurować. Mimo to zrobiło jej się przykro, ale kiedy zobaczyła, że Janne i Helle kupili Samowi bardzo mały zestaw klocków Lego, poczuła dziecinną satysfakcję. Andreas i Josefin od razu je zabrali i wyjaśnili, że syn jest jeszcze za mały; mógłby włożyć klocek do ust i się nim udławić. ?sa, obserwując reakcję byłego męża i jego żony, doszła do wniosku, że mieli naprawdę głupie miny.
Wielki worek na prezenty był już prawie pusty, gdy Mikołaj wyjął z niego małą kartkę. Jak się okazało, była przeznaczona dla Josefin. Andreas uśmiechnął się spod siwej, gęstej brody i powiedział z filuternym uśmiechem na twarzy:
- Zobaczmy, co to jest... Radosnych świąt życzy Andreas... Ale to nie wszystko, bo do życzeń dołączony jest krótki wierszyk...
Widać było, że jest wyraźnie zdenerwowany. Odchrząknął i przeczytał wierszyk na głos:
Nic lepszego od Ciebie
Nie spotka Grincha starego.
Nawet jeśli w to wątpisz,
Zaufaj słowu jego.
Robię to w tym pokoju
Nie dla świętego spokoju.
Wszyscy się zaśmiali, słysząc te rymy, ale to nie był jeszcze koniec, bo po chwili przerwy Andreas kontynuował:
Moja kochana Josefin,
Dla mnie istniejesz tylko Ty!
Wystarczy, że "Tak" mi powiesz,
Kiedy oświadczam się Tobie!
Josefin zakryła usta dłonią, a kiedy Andreas przed nią uklęknął i podał jej małe pudełeczko, przez salon przeszedł cichy szmer. Josefin powiedziała "Tak", jeszcze zanim je otworzyła, a Andreas zdjął brodę, wstał z podłogi i ucałował przyszłą żonę. Towarzyszył temu ogólny aplauz, a ?sa czuła, że serce wali jej jak młotem. To były prawdziwe oświadczyny.
Chwilę później na palcu Josefin pojawił się błyszczący złoty pierścionek z szafirowym oczkiem.
Szafirowy był jej ulubionym kolorem.
?sa dostała mdłości i rozbolała ją głowa. Może za dużo zjadła albo wypiła za dużo grzańca? Przeprosiła wszystkich i poszła do kuchni, żeby zażyć tabletkę przeciwbólową. Z dawnych czasów zapamiętała, że Stina i Björn przechowywali lekarstwa w szafce nad zlewozmywakiem. Stała w kuchni i wsłuchiwała się w dobiegające z salonu głosy i śmiechy. Sam zaczął marudzić, bo chciał, żeby ktoś poświęcił mu trochę uwagi, a Janne zażartował, że Andreas i Josefin mogliby wziąć ślub w Kopenhadze, w ogrodzie ich domu. Josefin uznała to za dobry pomysł.
?sa znalazła w końcu opakowanie środków przeciwbólowych, wrzuciła dwie tabletki do szklanki i nalała do niej wody. Spojrzała na ciemną szybę i ujrzała w niej swoje odbicie. Czyżby ten spłoszony wzrok należał do niej? Trudno jej w to było uwierzyć.
Opróżniła szklankę i usłyszała, jak Josefin prosi przyszłego męża, żeby przyniósł jej ulubiony napój z lodem i cytryną. Andreas wszedł do kuchni i z pewnym zdziwieniem spojrzał na matkę.
- Co tu robisz? - spytał.
- Rozbolała mnie głowa - odparła ?sa, wskazując opakowanie z tabletkami.
- Źle się czujesz?
- Ależ skąd. Gratuluję z okazji oświadczyn. To było naprawdę ładne.
- Dziękuję. Ja też tak uważam.
- Najważniejsze, że jesteś szczęśliwy.
- Dziękuję. Właśnie tak się czuję.
Andreas nie skomentował nutki niezadowolenia, która pojawiła się w głosie ?sy. Wyjął z zamrażarki kostki lodu. Oboje czuli, że wisi między nimi coś niewypowiedzianego. Wypadek i ciąża sprawiły, że Andreas przyjął wobec Josefin jeszcze bardziej służalczą postawę niż wcześniej. Josefin wróciła wprawdzie do zdrowia, ale potrzebowała dodatkowej pomocy. ?sa doszła do wniosku, że oświadczyny syna to głównie efekt jego wyrzutów sumienia. Popatrzyła na niego uważnie i powiedziała:
- Wyglądasz na lekko zestresowanego.
Andreas uśmiechnął się, jakby czytał jej w myślach, i odkroił kilka plasterków cytryny.
- Nie musisz się o mnie niepokoić, czuję się naprawdę dobrze - zapewnił matkę.
?sa wiedziała, że nie powinna się mieszać w ich sprawy, ale nie była w stanie się powstrzymać. Gdyby tylko mogła go przekonać, żeby jeszcze raz przemyślał swoją decyzję...
- Jesteś pewien, że tego chcesz?
- Co to za pytanie?
- Chyba nie podjąłeś tej decyzji tylko dlatego, że dręczą cię wyrzuty sumienia?
Nalał napoju do dużej szklanki i odparł:
- Wiedziałem, że nie powinienem był ci o tym mówić.
- Przepraszam, synku. Zdaję sobie sprawę, że nie powinnam się w to mieszać, ale muszę to powiedzieć. Pomyśl w końcu o sobie, o Samie i o nowym dziecku. Mężczyzna nie musi się żenić z kobietą tylko dlatego, że ta ma urodzić jego dziecko. Najważniejsze jest to, żebyś ty był szczęśliwy.
Odstawił szklankę na stół z taką siłą, że kostki lodu uderzyły o szkło. Spojrzał na matkę zaciętym wzrokiem i odparł:
- Mamo, wystarczy.
?sa ugryzła się w język. Nie chciała dłużej protestować, chociaż uważała, że syn zamierza popełnić życiowy błąd, ale była już tak sfrustrowana, że nie mogła się powstrzymać i powiedziała:
- Zrobisz, jak uważasz, ale jestem pewna, że gdyby nie ten cholerny wpadek, nigdy byś się jej nie oświadczył. Byłeś o krok od odzyskania wolności.
W tym samym momencie zaskrzypiała dębowa podłoga i w progu, kilka kroków za Andreasem, stanęła Josefin. Miała bladą twarz i pociemniały wzrok, dłonie trzymała na brzuchu, jakby próbowała w ten sposób chronić swoje dziecko. ?sa od razu domyśliła się, że Josefin słyszała jej ostatnie słowa, i wyobrażała sobie, jak je zinterpretowała. A przecież ?sie nie chodziło o to, że Josefin była o krok od śmierci i że dla Andreasa byłoby lepiej, gdyby... Miała na myśli to, że syn wytrwałby w swoim postanowieniu i na pewno by się z nią rozstał, gdyby nie doszło do wypadku. Na dłuższą metę byłoby to lepsze zarówno dla niego, jak i dla niej. Ale cóż, została błędnie zrozumiana i fatalnie to zabrzmiało. Sama to rozumiała, ale wiedziała, że im więcej będzie się tłumaczyć ze swoich słów, tym bardziej będzie się pogrążać.
W oczach Andreasa coś nagle zgasło. Odwrócił się do niej plecami, wziął Josefin za rękę i oboje wyszli z kuchni.
Sam wysiadł z autobusu na przystanku Liljeholmen w Sztokholmie. Nie był tam od dzieciństwa, a mimo to miejsce wydało mu się znajome. Instynkt podpowiedział mu, w którym kierunku powinien się udać. Na placu automatycznie skręcił w prawo, a potem przeszedł przez tory szybkiego tramwaju miejskiego.
Z rozkładu jazdy wynikało, że następny tramwaj w kierunku Gröndal odjedzie za dwie minuty. Oboje z Linneą usiedli na ławce, żeby poczekać. Jedną nogą stukał o ziemię, jak gdyby dostał tiku nerwowego. Nagle ogarnęły go strach i wstyd, jakby postąpił bardzo niewłaściwie. Próbował pozbyć się tego uczucia, bo przecież nic złego nie zrobił i nikogo nie chciał skrzywdzić.
- Denerwujesz się? - spytała Linnea.
- Trochę - odparł Sam.
- Wszystko będzie dobrze. Jestem przy tobie. - Linnea wzięła go za rękę i w tej samej chwili nadjechał tramwaj.
Sam włożył rękę do kieszeni i dotknął telefonu, ale bał się go wyjąć, bo nie chciał sprawdzać, czy dostał jakieś nowe wiadomości. W domu nie było go od dwóch dni, a rodzicom powiedział, że będzie nocował u Linnei. Nie była to jednak cała prawda; zataił przed nimi to, co zamierzał zrobić. Wprawdzie nie miał jeszcze ukończonych osiemnastu lat, ale miał prawo do podejmowania własnych decyzji.
Babcia była w ich rodzinie tematem tabu. Za każdym razem, kiedy próbował o niej mówić, rodzice ucinali dyskusję. Najbardziej złościło go to, że nie chcieli mu powiedzieć, dlaczego tak ją traktują. To, co wydarzyło się przed laty, wciąż było niejasne i zamazane.
Któregoś dnia zszedł do piwnicy po stare komiksy i na samym dnie kartonu z różnymi szpargałami znalazł brązową kopertę formatu A4. Były w niej zdjęcia ojca z lat dzieciństwa. Na jednym z nich siedział ze swoją mamą na ławce w parku Tessin. Na odwrocie było napisane, że zdjęcie zrobiła babcia taty. Znalazł też dwie fotografie z babcią, które ktoś im zrobił w dniu jego narodzin. Może pielęgniarka? W pudełku były też dwie zabawki - dinozaur i wóz strażacki - oraz rysunek z napisem Babcia.
Zabrał zdjęcia do mieszkania i pokazał je tacie. Ten zacisnął szczęki i na jego pytania odpowiadał wymijająco. Nie była to pierwsza taka reakcja. Sam wiele razy pytał rodziców o babcię, która mieszkała w Sztokholmie i z którą nigdy się nie spotykali. Nie dostawał jednak żadnych odpowiedzi. W głowie miał jakieś słabe wspomnienia z lat dzieciństwa. Kiedy przeprowadzili się do Göteborga, przez wiele lat o nią nie pytał. Zastanawiał się, dlaczego nigdy do niej nie jeździli i dlaczego ona nie przyjeżdżała do nich, czemu nie zapraszano jej na święta Bożego Narodzenia ani na długie weekendy czerwcowe do Väster Skägga, dokąd przyjeżdżał dziadek Janne, Helle i reszta rodziny.
Rodzice konsekwentnie unikali tego tematu. Powiedzieli mu tylko, że babcia zachowała się kiedyś tak okropnie, że tacie na samą myśl o niej robiło się niedobrze, a co dopiero mówić o rozmowie na jej temat. Koniec kropka. Linnea wiele razy pytała Sama o nią i to ona podsunęła mu pomysł wyjazdu.
- Co ona zrobiła? Coś strasznego? Zamordowała kogoś czy co?
Sam odparł, że nie zna odpowiedzi na te pytania; nie miał pojęcia o przyczynach niechęci rodziców do babci. Twierdzili, że to straszna historia i dlatego wszyscy unikają rozmów na ten temat. Nie istniały nawet jej zdjęcia. Babcia została dosłownie wykasowana z pamięci.
Pokazał ojcu fotografię zrobioną w parku Tessin i spytał, do czego między nimi doszło. Ale tata jak zwykle tylko pokręcił głową i odparł, że nie chce o tym rozmawiać, bo to trudna sprawa.
- Dlaczego nie chcesz mi tego po prostu wyjaśnić? - spytał Sam.
- To nie jest takie łatwe.
- Spróbuj. Mam prawo wiedzieć.
- Babcia zraniła kiedyś moje uczucia. Moje i twojej mamy.
- Domyśliłem się tego. Ale o co poszło?
- Niektórzy ludzie zatruwają otoczenie samą swoją obecnością. Jeśli ktoś ich dopuści do swojego życia, może zachorować. Lepiej nie potrafię ci tego wyjaśnić.
Ojciec wypowiedział te słowa lekko ochrypłym tonem, więc trudno było określić, czy jest zły, czy smutny. A minę miał taką, jakby drążenie tego tematu uważał za osobistą obrazę.
- Dla mnie babcia zawsze była dobra - rzucił Sam.
- Byłeś za młody, żeby to pamiętać.
- Możliwe, ale tak czy inaczej, chciałbym się z nią spotkać.
Andreas zrobił taką minę, jakby syn wymierzył mu policzek.
- Lepiej tego nie rób.
- Dlaczego?
- Bo nie, do cholery!
Sam cofnął się gwałtownie, a ojciec odszedł z zagniewaną miną.
Ten kwaśny zaczyn leżał w ich rodzinie i rósł, od kiedy Sam sięgał pamięcią. O babci nigdy się nie mówiło, ale jej obecność była dziwnie wyczuwalna. Obecność czy raczej cień. Czasem rozmawiał o niej z Linneą, jedyną osobą rozumiejącą, co to znaczy mieć rodzinę, w której pewne sprawy zamiata się pod dywan, i jak to jest mieszkać pod jednym dachem z matką, której życie składa się z ciągłych zmian nastroju. Kiedy mama była radosna, wszyscy tacy byli i w rodzinie panował spokój, ale kiedy czuła się źle, wszyscy chodzili na palcach i ze strachem czekali na kolejny wybuch złości. Nikt nie wiedział, kiedy nastąpi, kto padnie ofiarą jej złego humoru i kiedy trafi do jej zamrażarki.
Tata twierdził, że jej zachowanie to efekt wypadku samochodowego i nieustającego bólu, który był jego następstwem. W dni, kiedy traciła nad sobą panowanie, tata wpadał w złość, chociaż mama nigdy się na nim nie wyżywała. Nie była też agresywna wobec Elli, młodszej siostry Sama. Tym razem sprawy wyglądały inaczej i to on rozzłościł się na ojca.
Kiedy wyjechał z Göteborga, tata próbował się z nim skontaktować. Dzwonił do niego, wysyłał esemesy i prosił o wybaczenie. Mama też to robiła i kazała mu wracać do domu. Sam odpisał im, że wszystko u niego w porządku i przez kilka dni pomieszka u Linnei. Uznał, że taka odpowiedź powinna im wystarczyć. Za pół roku kończy osiemnaście lat i to jest jego życie. Rodzice nie mogą go wciąż traktować jak małe dziecko. Najbardziej jednak drażniło go to, że nie chcą mu powiedzieć prawdy. Ukrywali jakąś tajemnicę i uważali, że jest za młody, by ją poznać. Być może babcia rzeczywiście jest potworem, ale chciałby się wreszcie dowiedzieć, co takiego zrobiła, usłyszeć jej wersję i samemu ją ocenić.
Decyzję podjął rano, w dniu wyjazdu, a Linnea postanowiła pojechać razem z nim. Kupili bilety w jedną stronę i wsiedli do pociągu jadącego do Sztokholmu. Sam miał pieniądze, które zarobił w kawiarni. Oboje czuli się tak, jakby przed czymś uciekali. Postanowili potraktować to jak przygodę, ale ich nadzieje i oczekiwania mieszały się ze strachem. Po przyjeździe na miejsce wsiedli do szybkiego tramwaju jadącego do Gröndal. Sam przez całą noc nie spał, serce mocno mu biło pod koszulką z wizerunkiem zespołu Rammstein, którą pożyczył na wyjazd od starszego brata Linnei. Ogarnęło go dziwne uczucie: od jego ostatniego pobytu w tym miejscu upłynęło kilkanaście lat, a mimo to od razu je rozpoznał, bo to tu zaczęło się jego dzieciństwo. Domy, drzewa... wszystko wydało mu się znajome. A może to sobie tylko wmawiał? Rozpoznał te miejsca, bo tak chciał, czy faktycznie je rozpoznawał?
Kiedy wysiadł z tramwaju, poszedł tak, jak podpowiadał mu instynkt. Skręcił na Sjöbjörnsvägen, minął cukiernię Lundberga i ruszył w górę wzgórzem Utkiksbacken, które kojarzyło mu się z latami dzieciństwa. Teraz, kiedy był blisko celu, zrobił się nerwowy. Ciężko oddychał, i to nie tylko z powodu marszu pod górę. W końcu dotarli na koniec ulicy. Na szczycie wzgórza stał duży dom z przełomu stuleci. Za nim widać było wody Mälaren, a po lewej stronie biegła hucząca obwodnica, Essingeleden.
Linnea spojrzała na niego niespokojnym wzrokiem, jakby nie była pewna, czy Sam dobrze się czuje i czy znajdzie w sobie wystarczająco dużo odwagi.
Skinął jej głową i poprosił, żeby poczekała na niego na ulicy. Pierwszy krok postanowił wykonać bez niej.
Wszedł przez czarną żelazną bramę i ruszył żwirową alejką biegnącą wśród krzewów dzikiej róży. Ogród przypominał mu pod pewnymi względami ogród rodziców w Göteborgu, chociaż od dawna nikt go nie pielęgnował.
Podszedł do drzwi i znowu się zawahał. Co będzie, jeśli babcia już tu nie mieszka albo przebywa w domu starców? Przecież ma siedemdziesiąt lat. Kiedy jednak przed wyjazdem szukał jej adresu w internecie, ustalił, że jest tam oficjalnie zameldowana, co oznaczało, że nadal żyje. Nazywa się ?sa Berg. To samo imię i nazwisko widniało na tabliczce przymocowanej do drzwi domu przy Utkiksbacken 32. On nazywał się Sam Fors i nosił takie samo nazwisko jak rodzice i dziadek Janne. Rodzice zmienili je w tym samym roku, w którym przeprowadzili się do Göteborga. Wyglądało to tak, jakby chcieli usunąć z pamięci wszystko, co się wiązało z babcią. Jakby nigdy nie istniała. Tyle że babcia żyła i nadal mieszkała pod tym samym adresem.
W końcu Sam przełamał się i zadzwonił do drzwi. W mieszkaniu rozległy się kroki. Przełknął ślinę i nagle doszedł do wniosku, że to chyba był kiepski pomysł. A jeśli babcia jest wariatką? Widocznie zrobiła coś strasznego, skoro rodzina ją odtrąciła. Mamie też czasami odbija, więc Samowi tym bardziej trudno było uwierzyć, że ojciec odtrąciłby własną matkę, gdyby nie zrobiła czegoś strasznego.
Ktoś zatrzymał się po drugiej stronie drzwi i spojrzał przez wizjer. Sam wstrzymał oddech. Było już za późno, żeby się wycofać.
Drzwi powoli się otworzyły i w progu stanęła starsza kobieta ubrana w dżinsy i kwiecistą bluzkę. Stała i patrzyła na niego zdumionym wzrokiem. Miała siwe włosy i wyglądała na znacznie starszą niż na zdjęciu, które znalazł w piwnicy, ale i tak ją poznał, bo miała prawie takie same oczy jak jego ojciec. Na widok Sama zaszły jej łzami. Uśmiechnęła się i powiedziała drżącym głosem:
- Migdałku... to ty... czekałam na ciebie.
Po tych słowach rozłożyła ręce, a Sam poczuł w sercu kliknięcie, jakby coś nieokreślonego trafiło wreszcie na swoje miejsce.