The Eating Woods (Tom 2). Eldritch - Keri Lake

Kup ebooka

84.99 zł
63.74 zł (84,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rasy Aethyrii

Corvikae - starożytne śmiertelne plemię, które wyginęło w wyniku ludobójstwa; czciło boginię śmierci; mówi się, że mieli w sobie krew corvugonów; wywodzili się z północy Nyxteros.

Cechy: ciemne włosy, jasnobrązowa skóra, śmiertelność.

Dryadivirowie - rasa Aethyrian żyjących w lasach, mogąca przybierać postać drzew; niezwykle inteligentni, często poszukiwani dla swojej wiedzy; uważa się ich za przodków mancerów; pochodzą ze wschodniej Vespyrii.

Cechy: szorstka, korowata skóra lub skóra przypominająca korzenie, poroże jak gałęzie, zdolność do manipulowania siłami natury.

Elvynirowie - ci, którzy praktykują magię poprzez nexumis; bardzo inteligentni, często pełniący funkcję królewskich doradców; pochodzą ze śnieżnej wyspy Calyxar.

Cechy: ciemna lub brązowa skóra, białe włosy (niektórzy mają rude włosy i bladą cerę), spiczaste uszy.

Eremicjanie - pochodzący z pustynnych ziem Eremicji, wyjątkowo biegli wojownicy umiejący manipulować piaskiem i ogniem.

Cechy: ciemne włosy, łuskowata skóra zmieniająca barwę na kolor piasku, burgundowe oczy.

Lunasierowie - mancerowie, których magia krwi czerpie moc z księżyca; pochodzą z Nyxteros, Draconysii i Vespyrii.

Cechy: ciemne lub srebrne włosy, blada/srebrzysta skóra, niebieskie lub złote oczy.

Mancerowie - nieśmiertelni ludzie urodzeni z magią krwi.

Orgoci - bestie podobne do ogrów znane z wyjątkowej brutalności; nie posiedli magii, lecz odznaczają się nadludzką siłą; pochodzą z północnej Solassii oraz Maleviarys w południowej Vespyrii.

Cechy: muskularne humanoidy z zieloną lub niebieską skórą, niektóre mają kły i spiczaste uszy.

Solassianie - mancerowie, których magia krwi czerpie moc ze słońca; pochodzą z Solassii; uznawani za pierwszych nieśmiertelnych mancerów.

Cechy: jasnobrązowa skóra, blond włosy, niebieskie oczy.

Syrenianie - morskie istoty o długich, czarnych, łuskowatych ogonach i płetwach. Opisywane jako hipnotyzująco piękne, ale śmiertelnie niebezpieczne - lubują się w smaku mancerskiego mięsa. Zamieszkują ciemne, zimne głębiny Morza Primmiańskiego; niektórzy żeglarze donosili o ich obecności także na wodach Morza Otchłani.

Cechy: czarne lub białe włosy, ciemna lub jasna skóra, srebrne lub złote oczy. Ci z głębin Rowu Crussuriańskiego mają czarne oczy i bladopopielatą skórę.

Zephromici - krzyżówka mancerów i orgotów; agresywni i lubiący rywalizację; odrzuceni przez orgotów.

Cechy: zwykle wyglądają bardziej jak mancerowie, ale są bardziej muskularni; niektórzy przypominają raczej orgotów, choć mają mniej mięśni.

Słowniczek

A'miszhla - w języku primyriańskim oznacza "moja miłość".

Ascendencja - faza podobna do dojrzewania, w której mancerowie zaczynają przejawiać magię krwi.

Aura - ślad magii pozostawiony przez mancera, wykorzystywany do jego identyfikacji.

Azurmadyna - pierwiastek wydobywany w jaskiniach Gór Zębatych; emituje niebieską poświatę.

Bellatryx - wojowniczki będące krzyżówkami Solassian i Zephromitów.

Caligorya - mroczna przestrzeń wewnątrz umysłu.

Caligosi - zwierzę, którego skóra służy do wyrobu wytrzymałych tekstyliów.

Cammyck - obcisły strój jednoczęściowy noszony jako bielizna.

Cantafel - zaklęcie pozwalające przejść przez Umbravale (znają je tylko nieliczni).

Carnifican - mancer, który spożył zbyt dużo vivicantemu i stał się agresywny.

Catallys - nocne stworzenia zamieszkujące lasy, będące skrzyżowaniem kota i jastrzębia.

Celaestrioz - agresywne świetliki z ludzkimi twarzami.

Ceremonia Przemiany - rytuał przejścia dziewcząt w kobiecość i dojrzałość seksualną.

Charnelyth - przypominająca smoka istota żyjąca pod ziemią, znana z pożerania zwłok na cmentarzach.

Chicklebane - pikantny ziołowy kwiat, działający jak środek rozluźniający mięśnie.

Cor Aethyrii - serce Aethyrii, znajdujące się tysiące kilometrów pod ziemią, gdzie czarny ogień płonie najintensywniej.

Corvugon - kuzyn draka; wężowy stwór z czterema łapami, piórami, dziobem i skrzydłami, ziejący srebrnym płomieniem.

Czarny ogień - sablefyre - boski pierwiastek wykuty w Cor Aethyrii.

Deimosi - strachy pozostawione przez zmarłych, przybierające formę cieni.

Demutomancja - zakazana forma magii polegająca na manipulacji krwią.

Drak - wężowaty stwór z czterema łapami, ale bez skrzydeł.

Drakon - wężowaty stwór bez skrzydeł i nóg.

Duoculos - schorzenie wpływające na kolor tęczówek po odniesionym urazie.

Emberforge - rytuał spożycia mocy czarnego ognia (sablefyre); skrajnie niebezpieczny - może prowadzić do deformacji u tych, którzy osiągnęli wiek ascendencji; udany tylko raz w historii.

Fervenszi - mocny alkohol.

Flammapul - trucizna wywołująca paraliż przy kontakcie z krwią lub raną.

Flammelianin - osoba praktykująca krwawienie ogniowe.

Forenzycaris - mag śledczy specjalizujący się w badaniu morderstw i aur.

Fragor - kamień, który po odpowiednim zaklęciu wywołuje potężny wybuch.

Gildona - nazwa nadana grupie niewolników generałki Loyce.

Glif - znak związany z konkretną magią krwi; objawia się jako blizna na dłoni.

Golvyn - półczłowiek, półszczur; żyje w ścianach zamków.

Hexmeni - działający na rozkaz króla łowcy nagród, tropiący mieszkańców wsi praktykujących demutomancję.

Initios - ceremonia królewska rozpoczynająca świętowanie; błogosławieństwo.

Keltzig - jednostka walutowa w postaci srebrnej monety.

Koryn - duży, łuskowaty wąż zamieszkujacy fosę lub rzekę.

Korzeń sickhaszu - korzeń rośliny czasem podawany dzieciom na sen.

Krwawienie ogniowe - polega na posypaniu języka flammapulem, nacięciu skóry i zlizywaniu trucizny - powoduje paraliż.

Kwinta - jednostka waluty o niższej wartości niż keltzig, ma postać czerwonej monety.

Letalisz - zabójca na usługach króla, jego tożsamość zwykle pozostaje tajemnicą.

Liro - waluta o większej wartości niż keltzig, czarna moneta.

Lunamiszka - "Moja mała księżycowa wiedźma" (czule o ukochanej).

Łyczoga - silny afrodyzjak.

Mageduell - technika walki łącząca znaki (glify) i zaklęcia krwi.

Magestroli - elitarne bractwo najpotężniejszych magów, doradców królewskich.

Malevol - demoniczny duch.

Malustone - złoty kamień, który przynosi tragedię temu, kto go otrzyma.

Mimikruki - ptaki hodowane przez magestrolian jako szpiedzy; powtarzają wszystko, co usłyszą.

Mortemian - zbieracz zmarłych w miastach.

Mortucrux - święta i mistyczna fiolka z krwią, o której mówi się, że zapewnia odporność w przypadku zarazy.

Morumberia - słodka jagoda rosnąca na pnączach, używana do produkcji wina; liście służą do wytwarzania olejku odpędzającego złe duchy, a kwiaty są silnie trujące.

Muripox - wysoce zakaźna choroba powodująca bolesne ropne zmiany skórne.

Nectardeium - nektar bogów, mocny alkohol.

Nethyria - kraina umarłych; królestwo zmarłych dusz; podziemie.

Nexumis - zdolność manipulowania glifami bez użycia magii krwi; praktyka stosowana przez Elvynirów.

Nilivirowie - mancerowie, którzy z czasem utracili magię krwi z powodu niedoboru vivicantemu.

Nilmirth - silne serum prawdy, wywołujące gwałtowne mdłości u tych, którzy kłamią.

Ombrevor - duch śmierci przyszłego wcielenia danej osoby; często przyzywany przez jasnowidza jako narzędzie zemsty.

Otchłanne związanie - moc uwięzienia kogoś w caligoryi (mrocznej przestrzeni umysłu).

Pahzatsz - korzeń przypominający ziemniak.

Pendulinks - ssak o długim ryjku, mniejszy od słonia.

Piromag - mancer władający ogniem.

Primyriański - starożytny język bogów, używany przez niektórych mieszkańców Vespyrii.

Prodozja - ochronna forma magii krwi, objawiająca się w postaci zwierzęcia lub owada.

Przestrzeń graniczna - granica oddzielająca czas i przestrzeń; bariera między nieśmiertelnymi a wizjami bogów.

Rapax - drapieżnik seksualny; pedofil.

Rapiuza'mejet rapellahmej - luźne tłumaczenie: "Weź mnie i posiądź mnie".

Raptacy - eliksir pierwotnie stosowany jako środek nasenny, który podnosi libido.

Rozłączenie - umiejętność przechodzenia przez ściany i gładkie powierzchnie.

Sanguidin - mistyczna bestia, o której mówi się, że pożera krew, by zachować młodość i piękno.

Septomir - potężne berło, za pomocą którego stworzono Umbravale; zasilane krwią siedmiu.

Serotoniki - trucizny krwi często wytwarzane w nielegalnych laboratoriach.

Shaszha - eremicjańskie określenie na uderzająco piękną kobietę.

Skrzynia żalu - przeklęty dar żalu i poczucia winy.

Smutoszata - długa czarna szata z rozszerzanym dołem, noszona przez mieszkańców Grimsvale podczas żałoby.

Spindling - dziecko urodzone przez nilivirów; nie ma magii krwi i jest bezpłodne.

Spirityny - małe, wróżkopodobne stworzenia żyjące w lasach, o ludzkich twarzach i ciałach przypominających gałązki; bardzo agresywne - atakują stadami.

Sprzedajki - osoby trudniące się seksem za pieniądze.

Stal venetoksowa - mocny metal, który rzekomo został wykuty w Nethyrii.

Światło prilunarne - światło księżyca, które wspomaga wzrost nocnych roślin i zasila magię Lunasierów.

Tkacze - woreczki z ziołami zawieszane w sypialniach, mające odpędzać złe sny i złe duchy.

Tonik z mandrawyldu - silny tonik halucynogenny z czarnej mandragory i korzeni dzikiego lasu.

Umbravale - magiczna granica stworzona przez septomir, oddzielająca Mortasię od Aethyrii.

Vasmora - naczynie bogini śmierci.

Veniszka - aethyriańskie określenie na śmiertelne wiedźmy rzucające zaklęcia.

Vivicantem - substancja odżywcza wydobywana z żył; niezbędna do działania magii krwi - bez niej magia słabnie.

Vyrmishe - stworzenia przypominające bezwłose małpy; wyjątkowo agresywne, żywią się mięsem. Nie mają oczu ani uszu - podążają za drganiami.

Wiken - mortasiańskie określenie na spirityny.

Wratavor - leśny demon o niepohamowanym apetycie na ludzkie mięso.

Wysokokrwiści - bogaci, wysoko urodzeni Aethyrianie.

Znak krwi - oficjalne, opatrzone pieczęcią dokumenty wymagane podczas podróży, określające zakres mocy magicznej danej osoby i podpisane przez członka rodziny królewskiej.

Żyła - głębokie kanały lawy, z których wypływa czarny ogień z serca Aethyrii (Cor Aethyrii).

Prolog

Dziewiętnaście lat temu...

Krzyki odbijały się echem w otchłani korytarza.

Wilgotne i lodowate powietrze kamiennego podziemia niemal pozbawiło młodą akolitkę tchu, gdy pędziła ku gardłowym wrzaskom. Serce waliło jej o żebra.

- Zwolnij, piekielne dziecko - burknął Sacton Crain, kuśtykając, by za nią nadążyć.

W każdej mijanej celi przebywało nie mniej niż pół tuzina kobiet i dzieci - większość z nich stanowili Lyverianie pochwyceni przez Świętych Mężów. Choć odrażający odór śmierci, odchodów i rozkładu z pewnością przyprawiał Sactona Craina o mdłości, dziewczyna zdążyła już do tego wszystkiego przywyknąć, gdyż większość swych dni spędziła w gnijących trzewiach świątyni.

Krzyki doprowadziły ją do celi, w której lyveriańska kobieta, niewiele starsza od niej, leżała na chropowatej podłodze, wijąc się, wierzgając i wrzeszcząc. Na jej kończynach i czole widniały wycięte prymitywnym nożem znaki krzyża, z których sączyła się świeża krew. Z rękami przytrzymywanymi po obu stronach ciała przez trzy inne Czerwone Woale leżała, tonąc pod kłębowiskiem czerwonych szat.

- Oddajcie mi ją! - wychrypiała z wyraźnym lyveriańskim akcentem, gdy świeża krew wypływała jej z nosa, w który musiała zostać uderzona. - Oddajcie mi moje dziecko!

Sacton Crain przecisnął się obok akolitki do środka.

- Co było tak pilne, że wyciągnęliście mnie z łóżka, jakby umarli zaczęli chodzić po ziemi?

- Poród, Wasza Miłość. - Matka Vona, jedyna spośród Czerwonych Woali, której pozwolono zachować język, górowała nad szamoczącą się kobietą, a jej surowe oczy były przyćmione apatią. - Proszę samemu zobaczyć.

Obok Matki Vony stała inna więźniarka - Vonkovyanka, jeśli sądzić po brudnozłocistym odcieniu włosów - w wytartych ubraniach, które ledwie trzymały się jej ciała. W drżących ramionach dzierżyła mały tobołek.

Sacton Crain podkuśtykał do niej, spojrzał na dziecko i natychmiast ściągnął brwi.

- To ty asystowałaś?

- Tak, Wasza Miłość - odpowiedziała vonkovyańska więźniarka. - Słyszałam, jak szeptała do kogoś w obcych językach. - Zerknęła na leżącą kobietę, a na twarzy Vonkovyanki odmalowało się poczucie zdrady. - Nie było tam nic prócz cieni.

- To kłamstwa! - wrzasnęła kobieta, szarpiąc się, by wyrwać się z rąk silnie przygwożdżających jej nadgarstki do ziemi. - Modliłam się do bogów. Do moich bogów!

Matka Vona przeniosła wzrok na lyveriańską matkę.

- Srebrne oczy są upiorne. Urodziłaś demona. Twoi bogowie cię opuścili. Rozumiesz, co do ciebie mówię?

Unieruchomiona kobieta zawyła, walcząc z członkiniami Czerwonego Woalu, które usiłowały utrzymać ją przy ziemi.

- Oddajcie mi moje dziecko! Oddajcie mi ją natychmiast!

Sacton Crain uklęknął przy kobiecie i przesunął dłonią po jej policzku.

- Już dobrze, dobrze. Zło sprowadzone na świat musi zostać zgładzone, albowiem jesteśmy bezlitosnymi pasterzami świętego dogmatu.

Starsza członkini Czerwonego Woalu spojrzała na akolitkę i skinęła w stronę więźniarki trzymającej dziecko.

- Zabierz ją do Żarłocznego Lasu. Złóż ją w ofierze, abyśmy zostali pobłogosławieni łagodną zimą.

To okrutny i brutalny los dla dziecka mającego najwyżej parę dni. Jeśli to, co żyło w tamtym lesie, nie obedrze mięsa z małego ciałka, z pewnością zrobią to zwierzęta, które nocą czaiły się na resztki pożywienia. Akolitka tylko skinęła głową i ruszyła ku kobiecie, by przejąć od niej noworodka.

Gdy tylko je wzięła, z przerażeniem zobaczyła, jak Sacton Crain przeciąga ostrzem po szyi lyveriańskiej matki.

Rwący oddech uwiązł kobiecie w gardle. Zaczęła się krztusić, bulgotać i próbować łapać powietrze, podczas gdy krew z jej ciała wylewała się na szorstką podłogę. Zdoławszy uwolnić jedną rękę, chwyciła dłoń Sactona Craina, jej krew spływała z ostrza wciąż zaciśniętego w jego dłoni.

Chrapliwe słowa, wypowiadane w jej ojczystym języku, były przerywane przez zbłąkane strugi krwi tryskające z ust. Oczy Sactona Craina rozszerzyły się, ciało znieruchomiało, jakby sparaliżowane pod wpływem jej dotyku. Wciąż wpatrywał się w kobietę, usta miał rozwarte, jakby chciał krzyknąć, lecz jego głos dławiło coś niewidzialnego.

- Pradawna moc... uwolniona... z niewoli. Dwa światy zduszone... plugawym... całunem. - Słowa lyveriańskiej matki rwały się, w miarę jak stopniowo oddawała ducha. - Z drzewa zgnilizny... robactwo... wypełznie. Rozkład i zaraza... których stal... nie zabije... zmuszą... najsilniejszych mężczyzn... do klęku.

Ostatnie słowa młodej matki zawisły niczym ciężki koc zagłady, a gdy w końcu bezwładnie się osunęła, puszczając Sactona Craina, ten odskoczył gwałtownie do tyłu, wyraźnie wstrząśnięty tym, co mu wyszeptała.

Drżała mu szczęka, gdy powiedział:

- Nikt nie może się o tym dowiedzieć. Nikt nigdy nie może się o tym dowiedzieć!

Vonkovyańska więźniarka krzyknęła, gdy ciasno otoczyły ją trzy członkinie Czerwonego Woalu. Odgłos ten szybko ucichł, kiedy wbiły małe ostrza w jej ciało.

Panika skręciła żołądek akolitki, jej oddech stał się nierówny, a serce waliło w piersi, kiedy chłonęła wzrokiem tę rzeź.

- Ciesz się, że nie masz języka, by powiedzieć o tym choć słowo, inaczej spotkałby cię ten sam los. - Matka Vona oderwała wzrok od krwawego widoku i zwróciła się do niej. - Pozbądź się dziecka, i to szybko.

Akolitka pochyliła głowę, ponownie skinęła i wymknęła się z celi ze zbyt cichym noworodkiem w ramionach. Przemknęła przez tunele podziemia - dobrze je znała, ponieważ jej matka również była więziona przez Czerwonych Mężów. Tylko dzięki łasce Sactona Craina wyniesiono ją do pozycji akolitki, zamiast pozwolić jej zgnić w tej samej celi, która ostatecznie stała się świadkiem śmierci jej matki...

...która zwiesiłaby głowę ze wstydu, widząc córkę niosącą nowo narodzone dziecko na śmierć. Lecz choć ta myśl ją dręczyła, akolitka nie chciała zaniedbać swych obowiązków, bo to oznaczałoby karę - być może sama zostałaby wysłana do tych piekielnych lasów.

W drodze do ciężkich drewnianych drzwi na końcu korytarza zgarnęła jeden z koszy używanych do zbierania ziół w ogrodzie i zatrzymała się, by ułożyć w nim dziecko. Podniosła też małą lampę olejną pozostawioną obok drewnianego krzesła i zwiększyła płomień.

Naciągnąwszy kaptur płaszcza, by ukryć twarz, akolitka naparła na drewniane drzwi, walcząc z podmuchami wiatru, i wyszła na zimowe powietrze. Marznące obłoki oddechu rozpływały się w bezksiężycowej nocy, lodowaty śnieg chrzęścił pod butami. Na płaczących bogów, dziecko nie musiało bać się kłów okrutnych zwierząt, bo bezlitosne ukąszenia zimna z pewnością zabiją je wcześniej niż cokolwiek innego.

Choć płomień lampy pozostawał zamknięty w szkle i mosiądzu, migotał, kołysząc się w jej wyciągniętej ręce. Zahaczyła kosz w zgięciu łokcia, przytrzymała płaszcz i szybkim krokiem ruszyła przez uśpioną wioskę, mijając małe sklepiki i kamienną fontannę. Kilka płonących palenisk dawało odrobinę światła, gdy szła dalej ku wąskiej ścieżce za wioską, gdzie pochłonęła ją ciemność. Wodziła wzrokiem po otoczeniu, wypatrując śladów wilków, które ponoć czasem atakowały samotnych przechodniów. Igiełki lodowatego powietrza wbiły jej się w twarz wraz z silnym podmuchem, a dobiegające z kosza ciche kwilenie sprawiło, że po jej kręgosłupie przebiegł dreszcz strachu.

Jęknęła, gdy kaptur zsunął jej się z głowy, wystawiając uszy na przenikliwe zimno. Niech to przeklęte dziecko wreszcie się zamknie! Im głośniej płakało, tym silniejsza stawała się w akolitce potrzeba, by uciszyć je raz na zawsze, aż w końcu, jakimś boskim zrządzeniem losu, dziecko zamilkło. Niepewna, czy bardziej wolała hałas, czy ciszę, przyspieszyła kroku, rozważając nawet pozostawienie niemowlęcia przy ścieżce. Ale co, jeśli Matka Vona odkryje, że nie oddała go Żarłocznemu Lasowi? Och, jaka wtedy spotkałaby ją kara!

Gdy dziewczyna wreszcie dotarła na skraj, ruszyła wzdłuż jego granicy, trzymając się z dala od drzew, które mogłyby zapragnąć wyciągnąć ku niej swoje konary i ją porwać. Wiatr ucichł i pozostawił po sobie upiorną ciszę, dziecko wreszcie się uspokoiło, aż jedynym dźwiękiem stały się spanikowane oddechy akolitki i chrzęst śniegu pod stopami.

Z sąsiedniego lasu dobiegło echo chichotu i młoda kobieta gwałtownie odwróciła wzrok w tamtą stronę. Przeczesała spojrzeniem gęstą mgłę i masywne pnie drzew widoczne w świetle latarni.

Stwierdziła tylko obecność odoru rozkładu i gnijącej roślinności.

Mimo to zwolniła kroku i wciąż wpatrywała się w drzewa, aż coś uderzyło w czubek jej buta. Skierowała latarnię ku ziemi i zmarszczyła czoło na widok małej, zakrwawionej masy leżącej w śniegu. Jeśli sądzić po wykrzywionym ciele i rozdwojonych kopytach, było to zwierzę, lecz brak skóry i jedynie strzępy mięsa przyczepione do kości uniemożliwiały dalsze rozpoznanie.

Strach pełzł po jej kręgosłupie. Przełknęła ślinę i ominęła biedne stworzenie, a jedno zerknięcie na srebrzyste oczy dziecka przypomniało jej, że je wkrótce czeka ten sam los.

Odwróciła wzrok i pokręciła głową.

Wola Czerwonego Boga.

Nawet jeśli czasami uważała Czerwonego Boga za bezlitosnego i okrutnego, to kim ona była, by kwestionować jego wolę?

Wreszcie akolitka dotarła do łuku prowadzącego do lasu, gdzie splątane gałęzie pnące się po zwietrzałych kościach tworzyły wejście między posępne drzewa. Szczękając zębami, młoda kobieta postawiła kosz na kamieniach, nie odważyła się włożyć do łuku choćby dłoni.

Ostry chrzęst pazurów na śniegu sprawił, że gwałtownie się obróciła, serce tłukło jej się w piersi. Za jej plecami zebrało się pół tuzina kruków - ich widok budził w niej niepokój. Mimo wszystko lepsze kruki niż to, co mieszkało pośród tych drzew.

- Eleanor.

Akolitka sapnęła i odskoczyła od łuku.

- Ma słodka Eleanor. - Głos, który dotarł do jej uszu, brzmiał zbyt podobnie do głosu matki. - Cóż tam dzierżysz, córo moja?

Na dźwięk archaicznego języka matki akolitka zmarszczyła czoło. Tak formalnych słów nie używano od czasów młodości jej prababki.

Widmowy cień przemknął pomiędzy drzewami, młoda kobieta dostrzegła błysk bieli przypominający prostą białą koszulę, którą matka miała na sobie tamtej nocy, gdy schwytano je i zabrano do podziemi świątyni. Eleanor była wtedy jeszcze przerażonym dzieckiem, gdy ją i jej matkę zmuszono do wejścia do wyściełanego powozu zbierającego kobiety oskarżone o obłęd. W kolejnych miesiącach patrzyła, jak matka znosi okrutne przesłuchania, nakłuwana przez tropicieli wiedźm i poddawana leczeniu złych humorów. Z czasem ta śnieżnobiała koszula pokryła się brudem, błotem i krwią - pstrokatym świadectwem cierpienia.

- Chodź, Eleanor. Ujdziemy razem do lasu. - Biel znowu błysnęła, a potem młoda kobieta zobaczyła czerwień długich włosów, tak jakby matka beztrosko przechadzała się między drzewami. Odległe echo jej niesłyszanego od lat śmiechu sprawiło, że w oczach akolitki stanęły łzy, a na ustach pojawił się nieznaczny uśmiech. - Radujmy się, aż noc ustąpi miejsca świtowi!

Zjawa obróciła się i zniknęła pomiędzy drzewami, a Eleanor zrobiła krok w jej stronę.

- Chodź, córo. Zrzuć swe kajdany i żyj, jak zechcesz.

Stary język nadal ją niepokoił - choć jej matce zdarzało się czasem mówić tak, jak wcześniej mówiła jej własna babka - lecz figlarność w głosie matki przyciągała Eleanor coraz bliżej. I bliżej.

Żałosny płacz dziecka z kosza nie zdołał odwrócić jej uwagi, gdy obserwowała przemykającą między pniami drzew postać, poruszającą gnijące poszycie.

Matko! Akolitka wyciągnęła rękę i sięgnęła opuszkami palców tuż za łuk. Zaczekaj na mnie, matko!

Dziecko wrzasnęło w koszu. Jego płacz był tak przepełniony strachem, że młoda kobieta wyrwała się z transu i zobaczyła maleńkie świecące oczy wpatrujące się w nią z twarzyczki czerwonej niczym burak. Kruki podleciały bliżej, kracząc jakby z naganą. Jeden rzucił się na młodą akolitkę, która zasłoniła się rękami i spróbowała go odgonić. Drugi dołączył do pierwszego, ich ostre szpony drapały odsłoniętą skórę.

Sio! Sio!

Odpędzała je gorączkowym machaniem rąk, nieświadomie cofając się, by uniknąć ataku.

Coś zimnego zacisnęło się na jej nadgarstku. Odwróciła się i ujrzała wysoką bestię o korze zamiast skóry i porożu wyrastającym z głowy.

Wratavor.

Krzyk wyrwał się z jej piersi dokładnie w chwili, w której brutalne szarpnięcie cisnęło nią przez łuk.

Do Żarłocznego Lasu.

* * *

Przenikliwe wrzaski agonii niosły się w oddali, a Stara Wiedźma wyprostowała się znad pokrytej szronem księżycowej jagody. Obróciła się w stronę Żarłocznego Lasu i zamarła, nasłuchując. Od czasu do czasu dało się usłyszeć krzyki jakiejś biednej, nieświadomej duszy, która podeszła odrobinę za blisko.

Głupcy.

Wróciła do pracy, lecz ponad pierwszy dźwięk wzbił się kolejny. Długi, nosowy płacz dziecka, wyższy i bardziej rozpaczliwy. Jak płacz noworodka.

Zmarszczyła czoło, uniosła latarenkę i pokuśtykała za róg chaty ku środkowi podwórza, skąd dostrzegła coś u stóp odległego łuku, otoczonego przez stado kruków.

Noworodek w koszu?

Omiotła spojrzeniem okolicę, lecz nikogo nie dostrzegła, a płacz trwał nadal, aż Stara Wiedźma nie mogła go dłużej ignorować. Trzymając się skraju drzew, podeszła bliżej. Jeszcze bliżej - aż dotarła do kosza, w którym leżało drżące niemowlę; drobne rączki wysunęły się z otulających je tkanin. Tuż obok dziecka siedział kruk, co najwyraźniej fascynowało maleństwo, bo przestało krzyczeć. Te oczy, srebrne oczy, wpatrywały się w ptaka.

Oczy ze srebra i śmiertelnie blada skóra.

Dziecko, które, jak przepowiedziała kapłanka, miało nadejść wraz z nowiem.

Stara Wiedźma spojrzała ku czarnemu niebu, po czym spuściła wzrok na trzepoczący skrawek czerwonej tkaniny zaczepiony o ostry kolec kostnego łuku. Ściągnęła materiał i zauważyła, że jest wilgotny, po czym puściła go. Obserwowała, jak znika pomiędzy drzewami. Opuszki jej palców pokryło coś, co uznała za krew.

Być może matka dziecka została pożarta przez las.

Z oddalonej linii drzew dobiegły męskie głosy, więc starucha przygasiła latarenkę i szybko skryła się w kępie krzewów. Patrzyła, jak zbliża się starszy mężczyzna - myśliwy, jeśli oceniać po łuku przewieszonym przez plecy, ziemistych kolorach ubrań i sidłach przytroczonych do pasa. Obok niego szedł chłopiec, nie starszy niż dwanaście lat, w podobnym stroju. Obaj zmierzali bezwiednie w stronę dziecka, a gdy wreszcie je dostrzegli, starszy myśliwy zmarszczył czoło.

- Na Boga, czy to dziecko? - Chłopiec przykucnął przy koszu, a mężczyzna odepchnął go gwałtownym ruchem barku.

- Trzymaj się z dala.

- Ale to tylko niemowlę, tato. Takie maleńkie jak Margaret.

Ojciec chłopca skinął głową w stronę dziecka.

- Spójrz na jego oczy. Aberracja. - Rozejrzał się i oparł dłoń na rękojeści sztyletu u pasa. - Kruki zlatują się do zła. Ten, kto je tu zostawił, zrobił to celowo. I my zrobimy to samo.

- Ale zwierzęta je dopadną, prawda, tato? I kruki wydziobią mu oczy?

- Myślę, że coś znacznie gorszego. Taka wola Czerwonego Boga, chłopcze. Zostaw dziecko.

- Ale ono zamarznie - sprzeciwił się chłopiec.

- Zostaw je! Ruszaj i dokończ zastawianie sideł. - Starszy myśliwy podał mu je, rzucając niespokojne spojrzenie złowrogim drzewom za swoimi plecami. - Ukryj je w krzakach.

Rozstawianie pułapek w pobliżu Żarłocznego Lasu było niezgodne z prawem i doktrynami gminy ponieważ zwierzęta żyjące w jego okolicy uznawano za skażone złem. Niestety, wraz z przeciągającą się zimą było coraz trudniej o pożywienie, co zmuszało myśliwych do wypraw poza ich zwykłe tereny łowieckie. Karą za przyłapanie na takim występku było wygnanie do Żarłocznego Lasu, ponieważ wierzono, że każdy, kto spożywa takie mięso, nosi w swoim wnętrzu zło.

- Rozstawię jeszcze kilka dalej i wrócimy na nocleg. Znajdź mnie, kiedy skończysz.

- Tak, tato - odpowiedział uroczyście chłopiec.

- Trzymaj się z dala od tego łuku i nie dotykaj tego dziecka. Rozumiesz?

Chłopiec zwiesił głowę i skinął nią.

Ojciec odszedł wzdłuż linii drzew, a syn zabrał się do rozstawiania sideł w krzakach, tak jak mu polecono. Gdy skończył, stanął nad niemowlęciem i przegonił ptaka, który zakrakał i zatrzepotał skrzydłami w jego stronę.

- Precz, nikczemna bestio! - Długim kijem odganiał stworzenie, po czym spojrzał na dziecko. - Ojciec kazał cię zostawić. Ale może to będzie bardziej miłosierne... - Wyciągnął zza pasa sztylet o połyskującym ostrzu. - Te oczy czynią z ciebie paskudnego potwora. Może powinienem ci je wydłubać.

Stara Wiedźma wyszła ze swojej kryjówki i bezszelestnie podeszła do chłopca, aż stanęła tuż za jego plecami. Znalazła się tak blisko niego, że czuła w nosie łaskotanie jego potarganych włosów. Chłopiec uniósł sztylet, jakby zamierzał ugodzić dziecko, i w tej samej chwili stara wiedźma złapała go od tyłu za nadgarstek.

Sapnął, odwrócił się gwałtownie, krótki okrzyk uwiązł mu w gardle.

Wciąż ściskając jego rękę, zakryła mu usta dłonią i surowo na niego spojrzała.

- Chciałeś wydłubać oczy niewinnemu niemowlęciu, tak?

Uniosła brwi i zabrała dłoń z jego twarzy.

- Ja... Przysięgam, nie taki miałem zamiar.

- Ale chcesz pozwolić, by Żarłoczny Las pożarł to dziecko?

- Tata... On mówi, że taka jest wola Czerwonego Boga.

Stara Wiedźma zacisnęła mocniej palce na jego nadgarstku, a jej długie, ostre paznokcie wbiły się w jego ciało.

- Wola twojego boga stanie się twoją zgubą. Pewnego dnia to ty zostaniesz Wygnanym. Maledicio tej'per nomed vetusza deosium. - Przeklinam cię w imię pradawnych bogów.

Syk skwierczącej skóry wywołał uśmiech na jej twarzy, gdy obserwowała, jak znak bogów wypala się na jego dłoni - pięć gwiazd i księżyc. Oczy chłopca zaszły mleczną bielą, kiedy rzucona klątwa wczepiła się w jego serce.

- Bogini śmierci - wychrypiała. - Zginiesz w imię bogini. Taki twój los.

- Bóg... jest... śmiercią.

Stara Wiedźma westchnęła.

- Wystarczająco blisko. - Gdy tylko puściła chłopca, jego oczy znów wyglądały normalnie.

Drżąc, wypuścił nierówny oddech i uniósł przeklętą dłoń, a z jego gardła wyrwał się skowyt.

- Co to znaczy?

- Z czasem się dowiesz. A teraz biegnij. Ojciec na ciebie czeka.

Chłopiec zaczął powoli się cofać, jego płytki oddech zamieniał się w obłoczki białej pary. Obrócił się na pięcie, potknął o własne nogi i pomknął w stronę mężczyzny.

Stara Wiedźma prychnęła, obserwując, jak znika w ciemności, po czym odwróciła się ku niemowlęciu, wokół którego kosza ponownie zaczęły gromadzić się kruki.

- Już sprawiasz kłopoty. - Sięgnęła do peleryny po małe drewniane pudełko, które przez niemal tysiąc lat nosiła blisko serca, i otworzyła je. Znajdował się w nim maleńki czarny owoc dzikiej róży. Kiedy do wiedźmy podleciał największy kruk, wyciągnęła rękę i pozwoliła mu na niej usiąść. Umieściła owoc w jego dziobie, a ptak wrócił na ziemię i położył go na piersi dziecka.

Miękka pomarańczowa poświata zdradzała ciepło rozchodzące się po skórze niemowlęcia, ogrzewające je aż do samych kości. Skórka owocu pękła, wyrosły z niego cierń oraz łodyga, które wydłużyły się w idealną czarną różę o srebrnych końcówkach, spoczywającą na piersi dziecka.

Nawet gdy maleńkie palce niemowlęcia zacisnęły się na płatkach, róża nie utraciła swojego kształtu.

- Teraz należysz do niej. Oby bogowie okazali miłosierdzie. - Spojrzenie starej spoczęło na kruku, który pozostał przy koszu, podczas gdy pozostałe strzegły go wokół. - Nie mogę się doczekać dnia powrotu twojego corvugona. Niech bogini ci błogosławi. - Gdy skinęła głową, kruk przekrzywił łeb, jakby chłonął jej słowa.

Odwróciła się, by wrócić do swojej rudery, lecz zatrzymała się, gdy jeden z kruków zakrakał za jej plecami. Zignorowała go i ruszyła dalej, mamrocząc pod nosem:

- Przeklęte ptaszysko.

I wtedy to cholerne stworzenie zaleciało jej drogę, trzepocząc skrzydłami.

- Precz! Spełniłam swoją obietnicę! Wszystko skończone! - Kiedy spróbowała go ominąć, podleciał do jej głowy i zaczął dziobać srebrzyste włosy. - Dosyć! Zostaw mnie w spokoju! - Machała rękami, ale ptak nie chciał odlecieć. - No dobrze! Dobrze! Znajdę mu schronienie!

Ptak ponownie usiadł na ziemi obok kosza.

Stara Wiedźma warknęła.

- Co za ohydny stwór. - Prychnąwszy ciężko, pokuśtykała z powrotem do dziecka. - Dopilnuję, żeby niemowlę miało gdzie zostać, ale nie ze mną. Nie chcę mieć nic wspólnego z porzuconym dzieckiem. - Jęknęła i chwyciła kosz w ramiona. - Oby bogowie obdarzyli mnie potem wiecznym snem, żebym nigdy więcej nie musiała oglądać twojego odrażającego dzioba.

Niosąc kosz, ruszyła ku domowi w oddali, należącemu do starego wiejskiego winiarza, Godfreya Bronwicka. Dobrego starca z wnuczką niewiele starszą od niemowlęcia. Taką, która mogłaby zostać jej towarzyszką zabaw.

Stare drewno skrzypiało, gdy wchodziła po schodach werandy chaty i postawiła kosz na progu. Ciche głużenie ściągnęło jej uwagę na dziecko, którego oczy świeciły jak u zwierzęcia - co na swój sposób wyglądało przerażająco.

Stara westchnęła i przeciągnęła ostrym paznokciem po kciuku. Rozcięła skórę i wycisnęła kroplę krwi.

- Argenti cui os tej ein ere, solefrac-tir per mortiz. - Oczy srebra w popiół, klątwa, którą złamać może jedynie śmierć.

Rozsmarowała krew na ustach dziecka, czując lekkie ssanie na opuszce. Niemowlę zamknęło oczy, a gdy ponownie je otworzyło, jaskrawe srebro ustąpiło zimowej szarości.

- O wiele lepiej. - Staruszka przekrzywiła głowę i przesunęła palcem po ciepłym policzku dziecka. - Obyś wypełniła swoje przeznaczenie, maleńka.

Po tych słowach zapukała do drzwi i odkuśtykała w noc.

Rozdział pierwszy

Maevyth

Nigdy nie odczuwałam potrzeby wskrzeszania kogoś z martwych tylko po to, by następnie udusić go własnymi rękami, ale gdyby ta Stara Wiedźma stała gdzieś obok, wyrzuty sumienia byłyby mi obce i z pewnością zabiłabym ją po raz drugi.

- Zevanderze, proszę! - Rzuciłam się w stronę dziury w podłodze, w której znajdowała się moja siostra, walcząc z grubym ramieniem oplatającym mój brzuch. - Puść mnie! - wrzasnęłam, drapiąc paznokciami po deskach podłogi, próbując dosięgnąć Aleysii. - Muszę sprawdzić, czy żyje!

Bez większego wysiłku odciągnął mnie do tyłu i przycisnął moje plecy do swojej piersi, a ja wiłam się w jego uścisku, próbując się wyrwać.

- Jeśli natychmiast mnie nie puścisz, odgryzę ci całą rękę!

Kiedy złapał mnie jeszcze mocniej, przeszył mnie kolejny dreszcz furii i wbiłam zęby w jego skórę. Poczułam napinające się mięśnie, gdy wydał z siebie stłumiony pomruk.

- Na krew bogów, kobieto, czy ty możesz zaczekać?! Ona może być zakażona.

Zakażona. Tak. Pod wpływem jego słów przebudziła się bardziej racjonalna część mojego umysłu i znieruchomiałam. Wypuściłam jego rękę spomiędzy zębów i odsunęłam głowę, między nami rozciąg­nęła się nitka mojej śliny. Po szamotaninie miałam płytki oddech, ale postanowiłam poddać się jego logice. Choć sama myśl o tym była druzgocąca, miał rację. Nie wiedziałam, w jakim stanie znajduje się Aleysia. Równie dobrze mogła już nie żyć.

Kilka głębokich oddechów uspokoiło nieustanne łomotanie mojego serca, uścisk Zevandera zelżał.

- Pozwól mi.

Niechętnie skinęłam głową, ale gdy stanął przede mną, złapałam go za rękę.

- Zevanderze... proszę... Jeśli jest zakażona... - Słowa uwięzły mi w gardle.

- Będę delikatny - obiecał, wyraźnie wyczuwając moje przerażenie.

Ponownie skinęłam głową, puściłam jego rękę i opadłam na kolana, podczas gdy on zszedł do małego pomieszczenia pod podłogą. Kilka półek i słoików z jedzeniem, które dostrzegłam poustawianych wokół, sugerowało, że miejsce to służyło za spiżarnię. Choć podłoga znajdowała się niewiele poniżej wysokości barków Zevandera, sufit był na tyle wysoko, bym sama mogła swobodnie się wyprostować.

Przenikliwy chłód usztywnił moje mięśnie i zadrżałam na myśl o tym, że Aleysia została tam uwięziona. W spiżarni panowało zbyt wielkie zimno, by ktokolwiek mógł długo przeżyć.

Jeśli naprawdę istniał jakiś bóg, to teraz modliłam się, by nie okazał się aż tak okrutny i nie doprowadził mnie do ciała mojej siostry.

Powoli i ostrożnie Zevander wziął ją w ramiona, a bezwładność, z jaką w nich spoczywała, tak drobna i krucha przy jego ogromnej sylwetce, sprawiła, że serce zaczęło mi walić jak oszalałe. Drżąc z oczekiwania, zaczęłam rozcierać sobie dłonie.

Proszę, żyj. Proszę, żyj.

Delikatnie ułożył ją na deskach podłogi, a ja, wstrzymując oddech, pospiesznie przysunęłam się bliżej. Zawahałam się, zanim dotknęłam jej roztrzęsionymi dłońmi. Całymi tygodniami żywiłam nadzieję, że jeszcze ją zobaczę, a jednak nagle przytłoczył mnie strach przed jej śmiercią. Do moich oczu napłynęły łzy, gdy chłonęłam wzrokiem jej wychudzone ciało.

Nie wyglądała na zakażoną. Żadnych dziwnych deformacji twarzy ani wystających z ciała pajęczych odnóży. Wyglądała jak śpiąca Aleysia, którą znałam od zawsze. Chudsza i bledsza, owszem, ale wciąż ludzka.

Przysunęłam się jeszcze bliżej i przyłożyłam ucho do jej piersi. Odgłos powolnego, miarowego bicia jej serca wywołał u mnie kolejne łzy, ale żeby mieć pewność, wyciągnęłam rękę, by przycisnąć palce do żyły na jej szyi. Zamarłam na widok swoich sczerniałych opuszków - tych samych palców, które odebrały życie Elowen.

- Ja... Czy mógłbyś... - Ledwo zdołałam wypowiedzieć swoją prośbę, bo głos łamał mi się od emocji, więc Zevander przyłożył palce do jej szyi.

- Ma puls.

Odetchnęłam z ulgą, wciąż roztrzęsiona, i pokręciłam głową.

- Nie wierzę, że jest zakażona. To niemożliwe. Żłobienia na drzwiach trzymały ich z dala. Na nią z pewnością działało to tak samo.

- Najwyraźniej. Chyba że znalazła inne wejście.

Chłód jej skóry przeniknął do wnętrza mojej dłoni, gdy obróciłam siostrę twarzą do siebie, uważając, by nie dotknąć jej opuszkami. Na widok jej bladości ścisnęło mi się serce.

- Aleysia. Aleysia, obudź się. Proszę, musisz się obudzić. - Delikatny pocałunek złożony na jej czole nie wywołał nawet najmniejszego drgnięcia. - Proszę, obudź się, siostro. - Chłodne podmuchy jej oddechu owiały moją twarz; przesunęłam dłonią po jej ramionach, wstrząśnięta nienaturalnym zimnem jej skóry. - Jest zbyt zimna. Musimy ją natychmiast ogrzać.

Zevander uklęknął obok mnie i uniósł dłoń, a znak na jego skórze rozjarzył się słabym blaskiem.

- Przeklęci bogowie. - Zacisnął pięść i ponownie ją otworzył, trzymając nad Aleysią. Mrucząc coś pod nosem, potarł dłonie o siebie.

- Co się dzieje? Co jest nie tak?

- Nie potrafię przywołać ciepła płomienia.

- W ogóle?

- Wolałbym nie sprawdzać, czy sam płomień nadal da się przywołać. - Znów zacisnął i rozluźnił pięść, po czym pokręcił głową.

Choć byłam ciekawa, dlaczego miał problem z przywołaniem swojej mocy, wciąż skupiałam się na Aleysii.

- Musimy ogrzać ją w inny sposób.

Ostrożnie wsunął ręce pod jej ciało, podniósł jej bezwładną postać i zaniósł na łóżko Starej Wiedźmy po drugiej stronie chaty. Gdy tylko ułożył ją na cienkim materacu, zebrałam wszystkie koce i ją nimi przykryłam, ale kiedy wsunęłam się obok niej na łóżko, Zevander chwycił mnie za ramię.

- To nierozsądne.

Zmarszczyłam czoło i wyrwałam się z jego uścisku.

- Rozsądne czy nie, śmiertelnicy umierają, gdy ich ciała stają się zbyt zimne.

Warknął cicho, jakby zdał sobie sprawę z tego, że przegrał tę kłótnię, zanim jeszcze na dobre się zaczęła.

- Wciąż może być niebezpieczna - powiedział. - Musisz wiedzieć, że jeśli choć spróbuje cię skrzywdzić, nie zawaham się...

- Jeśli spróbuje mnie skrzywdzić, sama sobie z nią poradzę - ucięłam ostrzej, niż zamierzałam. - Ja też odbierałam życie własnymi rękami.

Odpowiedział kolejnym pomrukiem dezaprobaty.

- Rozumiem twoje obawy, nie jestem głupia - powiedziałam już spokojniej. - Ale to moja siostra, Zevanderze. Po prostu... proszę, nie mów jeszcze o jej zabijaniu.

Nie musiałam zaglądać do jego umysłu, by wiedzieć, że w tej chwili pomyślał o Rykaii. Konflikt malujący się w jego oczach mówił sam za siebie. Mimo to trzymał dłoń zaciśniętą w pięść, żebym pamiętała, że jeśli Aleysia jednak mnie zaatakuje, niewiele będę mogła zrobić, by go powstrzymać.

Wtuliłam się w nią najmocniej, jak potrafiłam, i też zacisnęłam dłonie w pięści, żeby nie dotknąć jej moimi wysysającymi życie opuszkami palców. Następnie przerzuciłam rękę przez jej brzuch, czekając na najmniejszą oznakę życia.

Gdybym sama nie słyszała bicia jej serca, z pewnością uwierzyłabym, że nie żyje.

Sekundy zamieniały się w minuty, a stan mojej siostry się nie zmieniał. Ani jednej oznaki życia poza ledwie dostrzegalnym unoszeniem się i opadaniem klatki piersiowej. W mojej głowie szalała gonitwa myśli, umysł próbował jakoś to poskładać, ale nic nie miało sensu. Wróciłam pamięcią do wizji, którą miałam, gdy Dolion użył lustra do zaglądania w przeszłość, i zobaczyłam Aleysię leżącą bezpiecznie i w cieple.

Czy była w tym choć odrobina prawdy? Czy przez cały ten czas Stara Wiedźma ją więziła? Dlaczego? Nie potrafiłam pojąć, czego ta stara kobieta mogła od niej chcieć.

Zevander stał oparty o framugę. Obserwował. Czekał. Ani na chwilę nie odrywał od nas spojrzenia.

- Nie umiem tego zrozumieć. Jak ta stara wiedźma mogła być aż tak okrutna?

- Może miała swoje powody. - Mówił teraz głosem łagodniejszym niż wcześniej, ale i tak wyczułam w nim cienką nić napięcia. - Albo i nie. Znałem wielu ludzi okrutnych bez powodu.

Przypomniałam sobie blizny na jego ciele i choć chciałam pociąg­nąć ten temat, czułam się zbyt roztrzęsiona emocjonalnie na tak poważną rozmowę.

- Wcześniej, kiedy nie mogłeś przywołać swojej magii...

- W tej chwili masz chyba znacznie większe zmartwienia.

- Chcę się po prostu upewnić, że rzeczywiście są większe, zważywszy na to, że mężczyźni mają tendencję do bagatelizowania poważnych problemów.

Niechętnie się uśmiechnął.

- Daję słowo. Odkąd tu przybyłem, nie miałem zbyt wiele vivicantemu. To zaczyna odbijać się na moim ciele.

- Nie masz już przy sobie nic?

- Został mi bardzo mały zapas, zmieszany ze stymulantami ukradzionymi twojemu przyjacielowi podczas Ceremonii Przemiany.

Anatolisowi. Skrybie, którego rozpoznałam, a którego Zevander przesłuchiwał i ostatecznie zabił.

- W tych okolicznościach sięganie po stymulanty byłoby niemądre - dodał.

- A co się stanie, jeśli zostaniesz całkowicie pozbawiony vivicantemu?

Jego oczy spoważniały.

- Na razie się tym nie martwmy. Jak już wspomniałem, są ważniejsze sprawy.

- Tyle że z czasem to może stać się ważniejsze. Obiecaj mi, że jeśli zrobi się jeszcze gorzej, to mi powiesz.

- Oczywiście.

- I, na bogów, jeśli będziesz to ukrywał dla mojego dobra, to ja...

Delikatne stukanie o moje ramię, celowe w swoim rytmie, wywołało lodowatą falę gęsiej skórki. Natychmiast spojrzałam na Aleysię, która dalej spała, a stukanie już ustało, jakby nawet nie drgnął jej żaden mięsień.

- Co się stało?

- Poruszyła się. Poczułam to na ramieniu. Stuknęła mnie palcem.

- Jesteś pewna?

- Tak... Chyba... Jestem prawie pewna.

- To mógł być odruch.

- Może. Ale wydawał się celowy.

Coś łupnęło głucho w ścianę, strącając kurz na moją twarz, i Zevander, z dłonią na rękojeści sztyletu, wyszedł z pokoju. Chwilę później wrócił, na jego twarzy malował się niepokój.

- Sporo zarażonych zebrało się tu na zewnątrz. Będę obserwował z okna w drugim pokoju. - Rozdarte spojrzenie w jego oczach zdradzało jednak, że sama myśl o tym go dręczyła. - Jeśli się obudzi...

- Poradzę sobie.

Krótko skinął głową.

- Jeśli będziesz mnie potrzebować, jestem tuż obok.

Kiedy odwrócił się do wyjścia, światło padło na jego twarz w taki sposób, że cienkie żyły wystające spod blizny wydawały się ciemniejsze - o ile w ogóle było to możliwe. Sama blizna wyglądała też na dłuższą, chyba że się myliłam.

Może to tylko gra światła.

Odwróciłam się z powrotem do Aleysii i wtuliłam twarz w zagłębienie jej szyi.

- Proszę, obudź się. Jeśli to zrobisz, obiecuję, że zabiorę cię z tego miejsca.

* * *

Spowite szarawym zmierzchem drzewa stały nieruchomo, ich szkieletowe sylwetki były sękate i powykręcane, okryte snującą się białą mgłą. Zapach śmierci i rozkładu, niczym świeżo przekopane groby, zatykał mi gardło, gdy ostrożnie przedzierałam się przez zarośla w tej obcej mi okolicy. Małe, czarne, owadopodobne stworzenia przemykały po ziemi, a niepokojące stukanie ich drobnych odnóży przyprawiało mnie o dreszcze. Dręczyło mnie wrażenie, że ktoś mnie śledzi, choć nie wiedziałam kto ani co.

Brnęłam dalej przez zarośla, wchodziłam coraz głębiej między pnie, aż wreszcie w oddali zobaczyłam ogromne drzewo - tak przytłaczające, że wyobraziłam sobie, iż pełni w lesie jakąś złowrogą funkcję. Gdy się zbliżyłam, przyjrzałam się jego konarom i zmarszczyłam czoło, bo uświadomiłam sobie, że przypominają ludzkie nogi i ręce. Kiedy minęłam skupisko wywróconych korzeni, dostrzegłam wyrzeźbioną w korze twarz dziecka - małe rączki wyciągały się ku górze do czegoś, co nie mogło ocalić tej kruszyny. Szczegóły były tak wyraźne, że przypomniałam ją sobie z odległego snu. Tego o mężczyźnie w zbroi, który zrzucał ją z urwiska.

I taki musiał być jej los.

Rozejrzałam się i zobaczyłam więcej wyciągających się ku mnie rąk i twarzy, wszystkie pełne cierpienia i bólu, jakby coś połykało je od dołu.

Podeszłam bliżej do złowrogiego drzewa i ujrzałam wyrzeźbioną w korze twarz kobiety, która również wyraźnie cierpiała. Wyciągnęłam rękę, by jej dotknąć, a ona nagle otworzyła swe czarne jak otchłań oczy.

- Sole mortiz facje salvirun - wychrypiała. - Tylko śmierć może nas ocalić.

Poczułam na kręgosłupie dreszcz przerażenia, serce waliło mi w piersi tak mocno, że aż sprawiało mi to ból. Przyłożyłam tam dłoń i poczułam uderzenia pod własną skórą.

- Sole mortiz facje salvirun.

Kilka kroków dalej dostrzegłam przebijający przez pień czerwony blask. Pulsowanie na jego powierzchni dudniło w rytmie mojego serca.

- Sole mortiz facje salvirun.

Zahaczyłam stopą o gruby korzeń, który owinął się wokół kostki, i runęłam do tyłu, lądując ciężko na ziemi. Korzeń oplótł też drugą kostkę, potem zaczął wspinać się ku goleniom, a mnie zalała fala paniki. Drapanie po grubym, zaciskającym się pędzie nic nie dawało.

- Złaź ze mnie! Puszczaj!

Korzeń wspinał się wyżej, po obu udach i wokół brzucha, wił się dalej po moich plecach. Szarpałam go paznokciami, próbując oderwać, ale tylko rysowałam chropowatą powierzchnię.

- Nie! Puszczaj!

Cienkie odnogi korzenia owinęły się wokół mojej szyi, z paniki nie mogłam oddychać, gdy zacisnęły się na moim gardle.

Mocniej.

Jeszcze mocniej.

Otworzyłam usta, żeby krzyknąć, ale zdołałam wydobyć z siebie jedynie charkot.

Proszę!

Gwałtownie otworzyłam oczy i ujrzałam dwie czarne kule patrzące na mnie z góry. Bezduszne, czarne oczy otoczone długimi, brudnymi kosmykami blond włosów należących do mojej siostry.

Jej usta poruszały się szybko, gorączkowo wyrzucając z siebie słowa, których nie rozpoznawałam. Pod wpływem ucisku na gardle oczy mi się zaszkliły i cicho zakasłałam. Płuca tłukły się w piersi, walcząc choćby o jeden haust powietrza, a łzy napłynęły mi do oczu, gdy uniosłam ręce z poczerniałymi opuszkami, które na mój rozkaz mogły obrócić ją w pył.

Proszę, nie każ mi tego robić. Proszę, Aleysio. Nie zmuszaj mnie do tego!

- Zabij ją, Maevyth - ponaglił głos, który rozpoznałam jako należący do Morsany. - Teraz!

Świat skurczył się do jednego punktu.

A potem nadeszła ciemność.

Rozdział drugi

Zevander

Przeszłość...

Ojciec Zevandera szybko zatoczył się kilka kroków przed nim, przeciskając się przez tłum na zatłoczonym targu. Jak na starego zgreda z roztrzaskaną nogą, starszy Rydainn całkiem nieźle radził sobie o jednej kuli. Maska zasłaniająca dolną część twarzy młodego Zevandera drażniła skórę, ale ojciec nalegał, by nosił ją w miejscach publicznych, żeby uniknąć podejrzeń ze strony ludzi, którzy mogliby gapić się na chłopca.

Niewiele później dotarli do Gospody Czarnych Soli, cichej karczmy na obrzeżach Costelwick. Starszy lord Rydainn pchnął ciężkie drewniane drzwi, które zaskrzypiały, otwierając się na słabo oświet­loną salę, gdzie przy stołach siedziało nieco ponad tuzin mężczyzn. Ponieważ Zevander już wcześniej towarzyszył matce i siostrze podczas wizyt w Costelwick, rozglądanie się po otoczeniu weszło mu w krew.

W środku ojciec zatrzymał się tylko na chwilę, po czym utkwił wzrok w niepozornej postaci siedzącej z tyłu, skrytej w cieniu. Pokuśtykał w tamtą stronę, a Zevander ruszył za nim i zatrzymał się przy stole.

Nieznajoma, której twarz zakrywał postrzępiony, zbyt duży kaptur, nawet nie podniosła wzroku.

- Okłamałaś mnie - wychrypiał lord Rydainn z gardłem ściśniętym z gniewu. - Od dwóch tygodni jeżdżę i go szukam, i trafiam tylko na kolejne jego ofiary. W co ty mnie wplątałaś?

Nieznajoma nie odpowiedziała. Nie podniosła wzroku znad stojącego przed nią kufla ani w żaden sposób nie zareagowała na słowa mężczyzny.

Lord Rydainn walnął pięścią w stół, rozlewając część trunku, a mimo to tamta nawet nie drgnęła.

- Chcę odpowiedzi! Z każdym dniem stan mojego syna się pogarsza!

Gwałtownie szarpnął Zevandera za kołnierz i wciągnął go do boksu obok siebie, po czym usiadł naprzeciwko nieznajomej. Nawet zajmując miejsce dokładnie naprzeciwko, chłopak nie widział twarzy ukrytej pod kapturem.

- Pogrywasz sobie ze mną. Chcę zwrotu pieniędzy - ciągnął ojciec.

- Nie.

Ochrypły głos mógł należeć wyłącznie do kobiety znacznie starszej od ojca.

- W takim razie powiesz mi, gdzie znaleźć Cadavrosa. Muszę odnaleźć go przed ludźmi króla, bo oni skażą go na śmierć za zbrodnie. Powiesz mi wszystko albo zawlokę cię do domu i rzucę mojemu chłopcu oraz jego pająkom na pożarcie.

Nieznajoma zachichotała.

- Dałam ci wizję. To ty nie doprowadziłeś sprawy do końca.

- Czy ty wiesz, kim ja jestem? Kim jest moja żona? Jedno słowo szepnięte królowi i będziesz...

- Gdybyś miał aż taką władzę, to byśmy teraz nie rozmawiali. Prawda, lordzie Rydainn? Król cię porzucił. W przeciwnym razie siedziałbyś teraz w domu i świętował przesilenie z ukochaną żoną. - Kufel zniknął w głębi kaptura, gdy kobieta uniosła go i pociągnęła łyk. - Nie możesz pójść do króla. Nie po tym, jak go zdradziłeś.

- Błagam cię. Pomóż mi. Daj mi kolejną wizję.

- A jeśli go znajdziesz? Co wtedy? Co miałby zrobić?

- Spójrz na niego! - Lord Rydainn zerwał maskę z twarzy Zevandera. - Spójrz, jak bardzo to się rozprzestrzeniło!

Kaptur uniósł się odrobinę wyżej i Zevander dostrzegł jedno blade, zielone oko, niemal świecące w mroku skrywającym twarz kobiety.

- Jego klątwa się pogłębia - dodał ojciec przez zaciśnięte zęby.

- To nie czarny ogień odebrał twojemu synowi przystojną twarz.

- Więc co? Gadaj, jeśli wiesz!

Kątem oka Zevander dostrzegł dwóch mężczyzn zbliżających się do stołu. Cesarska Gwardia, jak sugerowały wypolerowane pancerze i uzbrojenie. Pociągnął ojca za tunikę, ale ten tylko strącił jego rękę.

- Wiesz, że próbował pożreć mojego syna, kiedy był niemowlęciem? Chciał połknąć go żywcem!

Słowa starszego Rydainna z pewnością wstrząsnęłyby Zevanderem, gdyby nie strażnicy, szybko zmniejszający dystans. Wielokrotnie słyszał historię o wrzuceniu go w płomienie, ale tej części nigdy nie poznał. Mięśnie chłopca napięły się, gdy ojciec jakby ignorował nowych przybyszy, dopóki nie stanęli obok nich. Wtedy Zevander ponownie szarpnął mężczyznę za tunikę.

- Lord Rydainn z Eidolonu - oznajmił jeden ze zbrojnych, a rozmowy w karczmie ucichły i wszystkie spojrzenia skierowały się na ich stolik.

Ojciec zmierzył żołnierza wzrokiem.

- Co to ma znaczyć?

Jedno mocne szarpnięcie za ramię wyrzuciło Zevandera z boksu prosto na podłogę, kolana z hukiem uderzyły o spróchniałe deski. Szorstkie dłonie poderwały go na nogi. Chłopiec szamotał się w uścisku trzymającego go mężczyzny.

- Dosyć! Co to ma znaczyć? Jestem byłym kapitanem hexmenów i żądam wyjaśnień! - Ojciec z trudem wydostał się z boksu, po czym gwałtownie zerwał się na nogi, ale drugi strażnik natychmiast go złapał.

- Z rozkazu króla jesteście aresztowani. - Strażnik przeniósł uwagę na dziwną kobietę w kapturze. - To ten chłopiec?

- Tak.

- On również jest aresztowany.

- Nie chłopiec. - Pomarszczone, okaleczone dłonie kobiety spoczęły płasko na stole. - On zostaje ze mną.

- Król wydał rozkaz aresztowania chłopca.

- Nie! - warknęła kobieta w płaszczu i zerwała się na równe nogi. Kaptur zsunął się z jej głowy, odsłaniając najbardziej groteskowe deformacje, jakie Zevander kiedykolwiek widział, jakby wyjęte z najstraszniejszych koszmarów. Głębokie blizny, znacznie gorsze od jego własnych, przecinały twarz i zniszczone usta. Drugie oko, którego wcześniej nie widział w cieniu kaptura, było czarne jak obsydianowa kula, jakby splamione atramentem. - On jest mój! Przysięgliście, że zostanie ze mną!

- Uzgodnisz to z królem.

Po tych słowach mężczyźni odciągnęli od niej zarówno Zevandera, jak i jego ojca.

Rozdział trzeci

Maevyth

Czasy obecne...

Przycisnęłam dłoń do gardła, gwałtownie się poderwałam, łapczywie wciągając powietrze, i odwróciłam głowę w stronę Aleysii, która nadal spała jak zabita.

Sen? Czy to tylko okropny sen?

Mój oddech stał się urywany, a umysł przeskakiwał przez kolejne przebłyski wspomnień.

- Zabij ją.

Słowa te owinęły się wokół mnie niczym węże, przybierając w moich myślach postać smukłej sylwetki. Morsany.

Pokręciłam głową i mocno zacisnęłam powieki.

- Zabij ją podczas snu. Wtedy będzie łatwiej.

Rozejrzałam się po pomieszczeniu, szukając jej wzrokiem. Przesunęłam spojrzeniem po tych samych glinianych ścianach, do moich nozdrzy wciąż docierał ten sam wilgotny, ziemisty odór. Nieświadoma niczego Aleysia nadal spała obok. Taka spokojna. Niewinna.

- Nie. Nie zrobię tego.

- Jej wnętrze toczy zgnilizna. Jedynym lekarstwem jest śmierć.

- Nie tkniesz jej. Słyszysz? - Nie potrafiłam stwierdzić, czy rozkazywałam jej, czy samej sobie.

Głos nie odpowiedział.

Czekałam, obserwując cienie i zastanawiając się, czy bogini śmierci jakimś sposobem przedostała się do tego świata, poza caligoryę. Głos milczał, a ja nadal ciężko oddychałam. Przesunęłam drżącą dłonią po czole, po czym odrzuciłam koce i popędziłam do drzwi. Musiałam fizycznie oddalić się od tego przeklętego koszmaru.

W drugim pomieszczeniu Zevander siedział na krześle przy oknie, z nogami na parapecie. Kiedy się odwrócił i mnie dostrzegł, ściągnął brwi.

- Wszystko w porządku?

- Miałam koszmar. - Zerknęłam w stronę pokoju Aleysii i z powrotem na niego. - Nie poruszyła się przez sen? Ani razu?

- Niczego takiego nie słyszałem. - Jego wzrok zatrzymał się na moich skrzyżowanych na piersi rękach, jakby wyczuwał drżenie, które mną wstrząsało. Pochylił się lekko do przodu i uważnie mi się przyjrzał. - Na pewno wszystko w porządku?

Skinęłam głową, choć serce waliło mi w piersi.

Jeszcze przez chwilę się we mnie wpatrywał, a potem znów odwrócił się do okna, za którym wysoko świecił księżyc.

- To musiał być straszny koszmar.

- Był okropny. - Nadal czułam w gardle pulsujący ból, kiedy podeszłam do małego stołu, na którym obok cynowego kubka stał dzbanek, i nalałam sobie wody. Żar bijący z paleniska ogrzewał nieustający chłód w moich kościach. - Czy ty... - Urwałam.

Chciałam zapytać człowieka wyszkolonego do zabijania, czy kiedykolwiek słyszał cichy głos nakłaniający go do odebrania komuś życia. Czy jego sumienie choć raz wyrwało się ze swojej roli i zażądało od niego czegoś potwornego. Wypowiedzenie tego pytania na głos wydawało się jednak zbyt podobne do wyznania winy.

- Dużo ich widziałeś? - zapytałam zamiast tego. - Tych stworzeń na zewnątrz.

- Przychodzą i odchodzą. Wydają się na tyle inteligentne, by wiedzieć, że tu jesteśmy, ale nie próbowały sforsować drzwi. Mam wrażenie, że polują nocą.

Jego słowa wywołały dreszcz wzdłuż mojego kręgosłupa. Wizja tych istot pożerających ludzkie mięso była obrazem rodem z moich najgorszych koszmarów.

- Modlę się, by obudziła się do rana, żebyśmy mogli opuścić to miejsce.

- Maevyth... - Odwrócił się na krześle, a jego twarz stężała i, jeśli się nie myliłam, przybrała ponury wyraz.

- Tak?

Gdy pokręcił głową, wiedziałam już, że wszystko, co zaraz powie, będzie kłamstwem.

- Nic takiego.

- Nie, absolutnie w to nie uwierzę, więc mów.

Wśród jego mruknięć wychwyciłam przekleństwo i słowo idiota.

- Mów.

- Aleysia nie przetrwa przejścia przez Umbravale. Śmiertelnicy nie mogą przedostać się do Aethyrii.

Ostry jak brzytwa ton jego głosu przeciął wszelkie nadzieje. W milczeniu przyswajałam jego słowa. Mimo tlącego się w jego oczach żalu każde wypowiedziane zdanie spływało jak lodowata trucizna, mrożąc krew w moich żyłach.

- Co? - zapytałam z niedowierzaniem, choć nie oczekiwałam odpowiedzi. Zevander nigdy nie owijał w bawełnę. - Wiedziałam, że sama nie może przejść, ale nawet ze mną? Albo z tobą?

- W ogóle nie może wejść do Aethyrii. Umbravale jej na to nie pozwoli. - Mimo wszystko jego głos pozostał płaski, dziwnie oderwany od wyraźnego poczucia winy, kiedy przeciągnął dłonią po twarzy.

- To niemożliwe. - Cofnęłam się chwiejnie i opadłam na krzesło za sobą. - Ale... ja jestem śmiertelniczką.

- Płynie w tobie aethyriańska krew.

Otworzyłam usta, żeby zaprotestować, ale nie znalazłam słów. Żaden argument nie zmieniłby tej strasznej rzeczywistości.

- Co my...? Jak...? Nie możemy tu zostać. Nasz dom, wioska, wszystko zniszczone. - Na wspomnienie pochłanianej przez płomienie chaty dziadka Bronwicka załamał mi się głos.

- Rozmyślałem nad tym przez większą część nocy. - Znów spojrzał w stronę okna.

- Nie ma żadnego innego wyjścia?

- Gdyby znajdowała się pod wpływem wiązania... Być może. W takim przypadku dochodzi do wymiany krwi. - Westchnął i posłał mi ponure spojrzenie. - Nie sądzę, żebyśmy spotkali po tej stronie wielu Aethyrian, ale ryzyko jest zbyt duże. Gdyby się nie udało, spad­łaby w wielką przepaść i z pewnością by zginęła. Tylko Aethyrianie prawdziwi z krwi i przeznaczenia mogą przekroczyć tę granicę.

Prawdziwi z krwi i przeznaczenia?

- Co to znaczy?

- Wymiana krwi nie uczyniłaby z niej prawdziwej Aethyrianki. A jeśli jej krew rzeczywiście uległa skażeniu, zostałaby odrzucona. Nic, co zostanie uznane za zagrożenie, nie może przejść na drugą stronę.

Westchnęłam sfrustrowana i zakryłam twarz dłońmi, bo tępy ból zaczął rozsadzać mi czaszkę.

- Nie mogę zostawić jej tutaj samej. - Zacisnęłam szczękę i zamrugałam, próbując powstrzymać pierwsze łzy. - Nie z tymi stworami. Ale jednocześnie przeraża mnie myśl, że mielibyśmy tu zostać. - Czułam ulgę po odnalezieniu Aleysii i nawet nie przyszło mi do głowy, że z nami nie wróci. Nie wyobrażałam sobie, że może być zmuszona do pozostania na ziemiach śmiertelników.

- Nie myśl teraz o tym. - Podniósł się, zgarnął koc przewieszony przez bujany fotel Elowen i przeszedł przez pokój. Owinął mi nim ramiona, po czym uklęknął przede mną i lekko przekrzywił głowę, tak jakby próbował uchwycić moje spojrzenie. - Narąbię drewna, jedzenia mamy dość jeszcze na kilka dni. W razie czego mogę też zapolować.

Odwróciłam twarz w stronę ognia z nadzieją, że nie dostrzeże niewypowiedzianych myśli ukrytych w moich oczach. Tej przytłaczającej ulgi, którą poczułam, gdy zaoferował, że zostanie, bym nie była sama z Aleysią i tymi okropnymi potworami.

- Nie mogę cię o to prosić, Zevanderze. Nie mogę, bo masz rodzinę i...

Silna dłoń zacisnęła się na moim podbródku, a kiedy uniosłam wzrok, zobaczyłam, że góruje nade mną z uniesioną brwią.

- O nic mnie nie prosisz. A teraz odpocznij. Nie pozwolę ci dziś nad tym rozmyślać. Właściwie to przeklinam się za to, że w ogóle ci o tym powiedziałem, ale bałem się, że gdybyś dowiedziała się później, byłoby jeszcze gorzej.

- Zakładając, że ona kiedykolwiek się obudzi.

Te posępne słowa uwięzły mi w gardle.

- Obudzi się. A teraz dość już tego zamartwiania się.

Zapytałabym, co zamierza zrobić, jeśli jednak moja siostra nie odzyska przytomności, ale bałam się brutalnie szczerych słów równie mocno, jak ich pragnęłam.

Kolejne spojrzenie w stronę sypialni przywołało obraz Aleysii siedzącej na mnie z tymi przerażającymi czarnymi oczami i przemawiającej w obcych językach.

- Jeśli nie masz nic przeciwko, prześpię się tutaj.

- Oczywiście.

Podszedł do paleniska i rozniecił ogień do płomiennego żaru, który nie zdołał ogrzać nowego chłodu pełznącego pod moją skórą.

Otuliwszy się szczelniej kocem, ułożyłam się na podłodze i nawet nie zauważyłam, że Zevander wyszedł z pokoju, dopóki nie wrócił z poduszką, którą następnie wsunął mi pod głowę.

- Dziękuję.

Z zaciśniętą szczęką lekko skinął głową i wstał, ale chwyciłam go za ramię.

- Poleżysz ze mną? Dopóki nie zasnę?

Uśmiechnął się lekko, a potem jego masywne ciało opadło za moimi plecami niczym cienista góra.

- Gdyby tylko to, o co mnie prosisz, nie było takim utrapieniem - powiedział, kładąc dłoń na moim brzuchu.

Odwróciłam się do niego twarzą, wtuliłam w twardą klatkę piersiową i wciągnęłam słabą woń alkoholu Elowen z wcześniejszego wieczoru. Nie potrafiłam mu powiedzieć, że jego obecność działała jak balsam na chaos w mojej głowie. Oczekiwanie, że zostanie ze mną, było nie w porządku, ale, do cholery, poczułam ulgę.

- A co z twoim vivicantemem?

- Nic mi nie będzie. Mogę zacząć trochę marudzić. Na pewno nie będę w stanie uwodzić cię sztuczkami, ale... przeżyję jeszcze kilka dni bez niego.

Uśmiech zniknął mi z twarzy.

- A jeśli to potrwa dłużej niż kilka dni?

Przesunął kciukiem po moim czole.

- Hej. Martwisz się czymś, co jeszcze się nie wydarzyło.

- Lubię wybiegać myślą naprzód.

- Bierzesz na siebie za dużo naraz. Śpij, inaczej będę zmuszony znowu rzucić na ciebie zaklęcie.

Znieruchomiałam.

- Rzucałeś wcześniej na mnie zaklęcie snu?

- Tej nocy, kiedy wyciągnąłem cię z Bonesguard, a ty nie przestawałaś zasypywać mnie pytaniami.

Przez głowę przemknęło mi mgliste wspomnienie przytłaczającego ciepła i wygody, gdy siedziałam okrakiem na jego koniu. Oczywiście nie potrafiłam przypomnieć sobie ani jednego wydarzenia po tym. Dopiero następny poranek.

- Czy to możliwe, że Elowen rzuciła takie na Aleysię?

- Nigdy nie spotkałem się z zaklęciem, które trwałoby całymi dniami, ale przypuszczam, że tak.

- I nie ma sposobu na złamanie go?

- Zaklęcia w końcu same się rozpadają. To słabsza forma magii, używana głównie przez spindlingów. Być może także przez śmiertelników.

Odgarnął pasmo włosów za moje ucho, a ten gest tylko częściowo odciągnął mnie od myśli, które Zevander rozbudził.

- Ale Elowen zmieniła kolor moich oczu. To trwało przez większość mojego życia, aż do jej śmierci - powiedziałam, zmuszając się do ignorowania tego, jak bawił się moimi włosami.

- To na pewno było wiązanie krwi. Wątpię, by posunęła się do tego w przypadku zaklęcia snu.

- Dlaczego?

- Związanie krwi z kimś niesie zbyt duże ryzyko. Poza tym wygląda na to, że jej śmierć by je przerwała. Chyba że...

- Chyba że?

Westchnął, przewrócił się na plecy i wsunął rękę pod głowę.

- To nie była jej krew.

Zmiana pozycji odsłoniła wyraźny widok na pokój Aleysii, a panująca w nim ciemność przyprawiła mnie o kolejny dreszcz.

- A jeśli tak, to Aleysia pozostanie pogrążona we śnie tak długo, aż odkryjemy, z kim albo z czym jest związana.

- W zasadzie tak.

- Czy aby to przerwać, trzeba będzie zabić tę drugą stronę?

Zevander wzruszył ramionami.

- Niekoniecznie. Wystarczyłoby wypowiedzieć zaklęcie, które przerwie jej sen. Ale na tym etapie to tylko hipotezy. Jeśli użyto wiązania krwi, pogoń za tym, z czym jest związana, przypominałaby szukanie jednego konkretnego liścia w lesie. To może być ktokolwiek albo cokolwiek. Nawet nie wiemy, czy twoja siostra rzeczywiście znajduje się pod wpływem zaklęcia. Mogła po prostu zapaść w śpiączkę przez ten mróz.

- Czyli jednak wiesz, co dzieje się ze śmiertelnikami, kiedy marz­ną. - Podparłam się na łokciu i westchnęłam na widok kpiącego uśmiechu na jego ustach. - Tak więc nie mamy wyboru i musimy czekać.

Jakby nie potrafił się powstrzymać, odwrócił się do mnie i przesunął dłonią po wgłębieniu nad moim biodrem, zaciskając palce w zaborczym uścisku, którym przyciągnął mnie bliżej.

Wtuliłam policzek w jego pierś, ale coś było inaczej niż poprzedniej nocy. Mimo rozpaczliwego krzyku mojego serca i nieznośnej tęsknoty za Zevanderem, która rozdzierała mi żebra, mój umysł już zaczynał się odsuwać. Zacisnęłam powieki i mocniej go objęłam, desperacko próbując zatrzymać tę chwilę. Nie dopuścić, by moje myśli odpłynęły ku beznadziejnej przyszłości.

Wszystko będzie dobrze. Ostatecznie wszystko się ułoży. Zawsze tak jest.

- Wszystko w porządku? - Pytanie Zevandera wyrwało mnie z zamyślenia. - Bo zaraz wbijesz mi paznokcie w żebra.

W jego głosie pobrzmiewało rozbawienie, więc poluzowałam uścisk.

- Powinnam się cieszyć, że ją znalazłam, ale teraz wszystko wydaje się takie trudne.

- Świat nie zawsze gra uczciwie. Może coś oddać, ale w zamian też coś odbierze.

- Mam wrażenie, że zabrał mi znacznie więcej, niż dał. - Zacis­nęłam szczękę i pokręciłam głową. - Nie pozwolę mu znowu czegoś mi odebrać. Chcę wrócić do treningów. Bez względu na to, jak długo tu zostaniemy. Muszę nauczyć się bronić siebie i siostrę przed tymi istotami.

- Tak, powinnaś trenować. Ale brzmisz tak, jakbyś planowała samotnie stawić czoła wszystkim potworom.

Przesunął kciukiem po moim policzku, w jego oczach zapłonęła stalowa determinacja.

- Nie zostawię cię.

Zacisnął palce na moim karku i pocałował mnie w skroń.

- Możemy zacząć trening rano, jeśli tylko będziesz miała na to siłę.

Skinęłam głową, wodząc palcami po wypukłościach jego klatki piersiowej, a kiedy zahaczyłam o coś opuszką, zmarszczyłam czoło i się pochyliłam, by lepiej się przyjrzeć. Na jego skórze był wypalony dziwny symbol, a po chwili dostrzegłam jeszcze mniejsze znaki przypominające nieskończony ciąg drobnych glifów.

Wcześniej tego nie zauważyłam. Pewnie dlatego, że nie rzucało się w oczy na pooranej bliznami skórze.

- Co to jest? - zapytałam, delikatnie przesuwając po nim palcem. Pod opuszką zapłonęło dziwne ciepło.

- Blizna, pamiątka po czarnym ogniu.

- Poparzył cię?

- Naznaczył. To, czego dotykasz, podobno jest źródłem mojej klątwy - powiedział, a kiedy cofnęłam dłoń, złapał ją i cicho się roześmiał. - Tyle razy próbowałem wyciąć to z własnego ciała.

Przesunęłam palcami po poszarpanych bliznach wokół znamienia, które musiały powstać wskutek rozcinania skóry nożem.

- To właśnie wiąże cię z płomieniem?

Przejechał dłonią po moich knykciach, potem uniósł rękę i ucałował opuszki, nim znów przycisnął ją płasko do piersi.

- Według mojego ojca Cadavros wrzucił mnie do żyły czarnego ognia, kiedy byłem jeszcze niemowlęciem. Uważał, że przeżyłem wyłącznie dzięki temu znamieniu. Większość nie potrafi zbliżyć się do płomienia nawet na kilka metrów, bo się rozpuszcza.

Groza jego słów spłynęła po mnie i wpełzła pod skórę.

- Wrzucił cię do żyły czarnego ognia, kiedy byłeś niemowlęciem? Dlaczego miałby zrobić coś takiego dziecku?

- Najwyraźniej był wściekły z powodu tego znamienia.

- Kto cię stamtąd wyciągnął?

- Cadavros.

- Powiedziałeś, że większość rozpływa się w płomieniach. Czy oprócz ciebie istnieją jeszcze inni, którzy potrafią je wytrzymać? - Przypomniał mi się mag z pierścieniem, ten, który chciał złożyć mnie w ofierze. Trzymał ogień w dłoni, nim wepchnął mi go do gardła.

- Tak. Kilku utalentowanych magów potrafi nim manipulować, ale nawet oni mają swoje granice. Z tego, co wiem, Cadavros poparzył się chwilę przed tym, jak wyciągnął mnie z płomieni. Matka wierzyła, że bogowie ukarali go za ten rytuał.

Po nutce rozbawienia w jego głosie poznałam, że Zevander w to nie wierzył.

- Ty uważasz inaczej.

- Bogowie mają nas gdzieś. Nasze cierpienie ich bawi. Nasz ból ich cieszy. - Przyłożył dłoń do mojej i zacisnął palce na knykciach, po czym znów je pocałował. - Prędzej patrzyliby, jak niemowlę płonie żywcem, niż spróbowali je ocalić.

- W takim razie dlaczego wyciągnął cię z tej żyły?

- Sądzę, że miał inne zamiary. W jakiś sposób chce, żebym do niego dołączył.

- To nie ma sensu. Dlaczego miałby próbować zabić cię w dzieciństwie, jeśli chciał, żebyś stanął po jego stronie?

Zevander wzruszył ramionami.

- Ojciec kiedyś mi powiedział, że Cadavros próbował mnie pożreć.

Przypomniało mi się stworzenie, które pochłonęło pana Morosa i przybrało jego postać.

- Czy gdyby to zrobił, zyskałby twoją moc? - Słowa uwięzły mi w gardle niczym tłusty śluz, którego nie chciałam przełknąć. Sama myśl o pożarciu niemowlęcia pozostawiała na moich myślach upiorną skazę.

- Tak mi się wydaje. Władam najstarszym i najniebezpieczniejszym żywiołem na świecie. - Musnął wierzchem palców moje ramiona i pocałował łuk kości. - Nic dziwnego, że chce przeciągnąć mnie na swoją stronę.

- A jaki właściwie jest jego cel?

- Wraz z rozprzestrzenianiem się przepowiedzianej Czarnej Zarazy rośnie jego moc. Nigdy nie spotkałem maga, poza Dolionem, który nie pragnąłby zostać najpotężniejszym i najbardziej czczonym spośród nich.

- I chce, żebyś pomógł mu zdobyć jeszcze większą władzę - powiedziałam, choć ta rozmowa wcale nie odciągała mojej uwagi od jego delikatnych pieszczot i spokojnego głosu, w których tak desperacko chciałam się zatracić. Przeciwnie, jego słowa znów cofnęły mnie do rzeczywistości i przypomniały o lęku, który próbowałam zepchnąć na dno świadomości. - Nie podajesz zbyt mocnych argumentów za pozostaniem w Mortasii.

Zaśmiał się cicho.

- Ustaliliśmy już, że cię tu samej nie zostawię.

- Ustaliliśmy. - A jednak mój nadaktywny umysł nadal się opierał. - Można go zabić?

- Łączy go więź krwi z księciem Dorjanem. Amulet spaja ich ze sobą. Gdyby zginął, Dorjan również by umarł, a w Aethyrii wybuch­łaby zaraza.

- Taka jak tutaj.

- Tak, tylko znacznie gorsza.

- To możliwe, żeby było jeszcze gorzej?

- Wyobraź sobie, że te stworzenia potrafiłyby walczyć za pomocą magii krwi.

Na samą myśl o tym moje mięśnie przeszył dreszcz. W Mortasii zachowywały się jak przerośnięte pająki i choć były szybkie oraz trudne do uchwycenia, można je było zabić.

- Nie mielibyśmy żadnych szans. - Nawet nie zauważyłam, że obgryzam palce, dopóki Zevander delikatnie nie odciągnął ich od moich ust. - A tak hipotetycznie... co by się stało, gdybyś jednak do niego dołączył?

Położył dłoń na czubku mojej głowy i ją odchylił.

- Prędzej poderżnąłbym sobie gardło - powiedział przy mojej szyi i zostawił na niej pocałunek.

Przymknęłam oczy i wypuściłam powietrze nosem. Ciało mi osłabło od pragnienia czegoś więcej, ale pozostałam nieruchoma. Zmuszałam się, by sprawiać wrażenie niewzruszonej. Nie dlatego, że chciałam go odtrącić. Wręcz przeciwnie. Teraz potrzebowałam jego czułości bardziej niż kiedykolwiek. Pragnęłam go w sposób nieodparty i jednocześnie pobłażliwy - jak wtedy, gdy Agatha, moja okropna przybrana babka, stawała się szczególnie okrutna, a Aleysia i ja wymykałyśmy się do piwnicy dziadka, by zatracać się w winie i śmiechu.

Tymczasowe ukojenie.

Choć dotyk Zevandera potrafił oderwać mnie od przemyśleń, nie zmieniał naszej sytuacji. Nadal nie wiedzieliśmy, co zrobić z Aleysią.

Poczułam, że się uśmiecha.

- Próbujesz mnie ignorować, ale czuję pod ustami twój przyśpieszający puls.

Odchrząknęłam i opuściłam podbródek.

- Wiem, że nigdy dobrowolnie nie dołączyłbyś do Cadavrosa - powiedziałam, zmieniając temat. - Po prostu zastanawiam się, jakie byłyby konsekwencje, gdyby jednak w jakiś sposób do tego doszło.

Najwyraźniej wyczuł mój opór, bo znowu przewrócił się na plecy.

- W najlepszym razie? Kompletne zniszczenie. Jak mówiłem, czarny płomień jest pradawną mocą. Został stworzony, by oczyszczać. Spalać wszystko i pozwalać zacząć od nowa. Przynajmniej tego uczą annały.

- A w najgorszym?

Zmarszczył czoło i spojrzał w stronę okna.

- Nie wiem. Nigdy nie zbadałem pełnego zakresu swojej magii. To drzwi, które zawsze trzymałem zamknięte.

- Boisz się jej mocy?

- Każdy rozsądny człowiek by się bał. To najbardziej niszczycielski żywioł ze wszystkich. I niestety nie wydaje mi się, żeby Cadavros obawiał się go tak bardzo, jak powinien.

- Co ostatecznie może zmusić cię do wyjazdu. Jeśli jest gotów zdobyć tę moc za wszelką cenę, pozostanie tutaj byłoby dla ciebie niebezpieczne. - Nowa fala paniki wgryzła mi się w pierś.

Odwrócił się do mnie, a jego spojrzenie stało się ostre i nieustępliwe.

- Jeśli za pierwszym albo drugim razem nie wyraziłem się dość jasno, pozwól, że powtórzę. Nie zostawię cię tutaj samej. Koniec dyskusji.

Gdyby tylko wiedział, jak wielką ulgę czułam za każdym razem, kiedy mnie o tym zapewniał. Jak bardzo chciałam wtulić się w jego ramiona i już ich nie opuszczać.

Ale jak mogłam go prosić, by został dla mnie, skoro narażało to na niebezpieczeństwo dwa światy?

Nie mogłam. Nie mogłabym mu tego zrobić.

Poza tym, czy w ogóle miałam możliwość powrotu do Aethyrii?

- Myślisz, że magowie, którzy próbowali mnie zabić... przestaną na mnie polować?

- Nie. Wierzą w przepowiednię, według której Umbravale upadnie, a ty jesteś ich jedyną szansą na wzmocnienie osłon. Nie odpuszczą, dopóki zagrożenie nie zniknie. - Przesunął opuszką kciuka po mojej dolnej wardze. - Jak już mówiłem, lepiej będzie, jeśli oboje na razie tu zostaniemy. Nie będę musiał walczyć z najpotężniejszymi magami, jacy istnieją. Tylko z kilkoma potwornymi, zainfekowanymi pająkami.

- Jesteś najbardziej upartym mężczyzną, jakiego znam.

- I mówi to najbardziej uparta kobieta, jaką znam, więc powiedziałbym, że świetnie do siebie pasujemy. - Pochylił się w stronę moich ust, a ja oparłam dłoń o jego pierś.

- Zevanderze, zaczekaj... - Ciało bolało mnie od wysiłku, którego wymagało odepchnięcie go. Tak bardzo pragnęłam zatracić się w jego pocałunku. - Jeśli zdecydujesz się zostać, co się stanie, kiedy całkowicie zabraknie ci vivicantemu?

Tak jak za pierwszym razem, gdy o to zapytałam, jego twarz spochmurniała, a w oczach pojawiło się zamyślenie.

- Jak już mówiłem, bierzesz na siebie zbyt wiele zmartwień naraz.

- A ty wciąż próbujesz mnie chronić. - Spuściłam wzrok na jego pierś i zaczęłam skubać luźną nitkę przy tunice. - Jeszcze nie wiemy, co się wydarzy, i myślę, że powinniśmy poczekać. Przynajmniej dopóki Aleysia się nie obudzi. O ile się obudzi.

Spieranie się z nim o to nie miało sensu, ale jedno z nas - albo oboje - bez wątpienia będzie musiało podjąć jakąś trudną decyzję. Bez względu na to, czy on nie będzie miał wyboru i będzie musiał wrócić - mimo upierania się, że zostanie - czy to ja będę musiała zdecydować, co zrobić, jeśli Aleysia się nie obudzi.

- Wyraźnie nie masz pojęcia, jak trudno ci się oprzeć, skoro wyobrażasz sobie, że mogę leżeć obok ciebie choćby jedną noc i nie prag­nąć cię dotknąć. - Przekręcił się na plecy i znowu wsunął zgiętą rękę pod głowę. - Jak mam cię przekonać, że jedyną rzeczą, która mogłaby mnie od ciebie odciągnąć, jest śmierć? Ale nawet wtedy znalazłbym sposób, by do ciebie wrócić.

- Nie musisz mnie o tym przekonywać. Świadczy o tym sam fakt, że tu jesteś. Ale nie mamy kontroli nad losem. A serce nie pozwoli mi patrzeć, jak umierasz, by mnie chronić, więc być może to ja będę zmuszona podjąć tę trudną decyzję. Na razie proszę tylko, żebyśmy się na chwilę zatrzymali. Żebyśmy odzyskali jasność myślenia.

Uśmiechnął się poważnie.

- Nie mogę się zdecydować, czy bardziej imponuje mi twoja uroda, czy logika. - Uśmiech zniknął, kiedy odwrócił się, by na mnie spojrzeć, i bogowie, gdyby tylko wiedział, że za tą "logiką", jak ją nazwał, za tym pogodzeniem się z losem kryła się dziewczyna, która pragnęła zatracić się w bezpieczeństwie jego objęć. Która pragnęła rozkoszować się słodyczą swoich pierwszych doświadczeń z nim, bez całego tego chaosu i zamętu. - To nie zostanie tutaj, by cię chronić, mnie zabije. Tylko trzymanie się z dala od ciebie.

Poczułam bolesny ścisk serca.

- To tylko tymczasowe, obiecuję. - Rzuciłam krótkie spojrzenie w stronę pokoju Aleysii, którego drzwi pozostawały otwarte. - Poza tym, czy nie przeszkadza ci obecność widowni?

Ściągnął brwi i gwałtownie oderwał wzrok od mojego. W jego oczach pojawił się cień niepokoju i właśnie w tej chwili żołądek skręciło mi okropne podejrzenie podszyte wyrzutami sumienia. Gdy przypomniałam sobie blizny - ślady przemocy, której doświadczył - nie potrafiłam znaleźć ani jednego powodu, dla którego mężczyzna tak obojętny i chłodny jak Zevander miałby zareagować inaczej. Jakaś część mnie chciała zdobyć się na tyle bezczelności i okrucieństwa, by móc zapytać go o to wprost. Zamiast tego przełknęłam pytanie zalegające mi na języku niczym kredowy pył.

- Przepraszam...

- Nie masz za co przepraszać. Masz rację. To złe, że zaproponowałem dotykanie się w taki sposób.

Złe?

W jednej chwili całkowicie się zmienił. Wstał, ale wyciągnęłam rękę i chwyciłam go za ramię.

- Nie było nic złego w tym, co sugerowałeś. Proszę, nie wstawaj. Połóż się przy mnie.

Ściągnął brwi, jakby czuł się rozdarty, ale wreszcie się ode mnie odwrócił i dorzucił do ognia.

Moje słowa go poruszyły. Być może przywołały wspomnienie z przeszłości. Zamiast naciskać i ryzykować, że powiem coś nierozsądnego, zmieniłam temat.

- Pójdę się trochę umyć. Jeszcze nie miałam okazji od tamtego czasu.

Skrzywił się i przyłożył nasadę dłoni do skroni, mocno zaciskając powieki. Kiedy ponownie otworzył oczy, płonęła w nich wrogość.

- Co przed chwilą powiedziałaś?

Zdezorientowana wróciłam myślami do swoich słów.

- Że nie miałam okazji się umyć.

- Potem. - Wsunął pogrzebacz z powrotem do stojaka przy palenisku.

- Nic. A co usłyszałeś? - Spojrzałam w dół i zobaczyłam, że jego dłoń drży przy boku, gdy zaciskał palce w pięść i znowu je rozluźniał. Wciąż od nowa zaciskał i otwierał.

- To już bez znaczenia.

Nie spuszczałam wzroku z jego pięści.

- Ale wyraźnie zdenerwowało cię coś, co, jak sądzisz, powiedziałam. Co to było?

Jakby wyczuł moje spojrzenie, bo przesunął dłonią po szczęce, a wściekłość w jego oczach ani trochę nie osłabła.

- Proszę, powiedz.

Jego szczęka drgnęła i odwrócił wzrok, a usta wykrzywiły się w grymasie obrzydzenia.

- Sordesz vet signe da'servio? - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Brud jest znakiem niewolnika.

Słysząc te słowa, zmarszczyłam czoło.

- I sądzisz, że to miałam na myśli? - Kiedy nie odpowiedział, ciąg­nęłam dalej: - I czy to nie ja powinnam poczuć się urażona tymi słowami, skoro to ja jestem brudna?

Jego gniewne spojrzenie opadło na mój brzuch i wróciło do twarzy.

Po raz drugi tego wieczoru zamarłam, gdy coś do mnie dotarło. Przyłożyłam dłoń do brzucha, gdzie pod koszulą zaschła na mojej skórze jego sperma po naszym ostatnim zbliżeniu.

- Myślisz, że nazywam cię brudnym? Przez to, co...

Podszedł do okna.

- Będę trzymał straż, kiedy będziesz się myć.

Nie potrafiłam znieść myśli, że wierzy, iż coś takiego do niego powiedziałam. Nie chciałam pozwolić, by to między nami zawisło. Podeszłam do niego, czując na policzkach ciepło rozgoryczenia.

- Naprawdę jesteś w stanie uwierzyć, że mogłabym powiedzieć coś tak okrutnego?

W jego oczach płonęło wahanie, brwi miał mocno ściągnięte.

- Ale ktoś kiedyś powiedział coś takiego tobie.

Nawet na mnie nie spojrzał.

- Skończyłem tę rozmowę. Kontynuuj ablucje.

- Nie. Nie zrobię tego. Nie, kiedy wątpisz w mój charakter.

Bez słowa się ode mnie odwrócił.

- Zevanderze!

- Dosyć! - Skrzywił się, wyraźnie żałując, że podniósł głos, ale napięcie w jego szyi i szczęce pozostało równie mocne jak wcześniej. - Wydawało mi się.

- A mimo to nadal nie potrafisz nawet na mnie spojrzeć, co oznacza, że wciąż zastanawiasz się, czy naprawdę to powiedziałam.

Cisza.

Podeszłam bliżej, nerwowo splatając dłonie.

- Zevanderze, to, co wydarzyło się między nami, było najbardziej niezwykłym doświadczeniem w moim życiu.

- W chwili, w której cię dotknąłem, splamiłem cię. - Wpatrywał się w swoje dłonie. - Brudne ręce niewolnika. - Wymamrotał to tak cicho, że niemal go nie usłyszałam.

Niewolnika?

Stałam oszołomiona jego słowami, tak różniącymi się od jego zwykłej pewności siebie, a nawet nieznacznej arogancji. Jakbym rozmawiała z kimś zupełnie innym.

- Nie splamiłeś mnie. A jeśli tak bardzo chcesz wierzyć w to, co sobie wymyśliłeś, to wiedz, że bardzo mi się to podobało. Gdyby ta sytuacja nie była tak niezręczna, z przyjemnością pozwoliłabym ci splamić się ponownie. - Zrobiłam krok bliżej. - Nie mam pojęcia, co teraz dzieje się w twojej głowie, ale proszę, nie wyobrażaj sobie, że żałuję tego, co wydarzyło się wcześniej. Mogę nie mieć doświadczenia, ale potrafię o sobie decydować. I nie podoba mi się sugestia, że jestem jakąś bezradną damą w opałach, która tak łatwo da się zwabić wilkowi.

Westchnął i spojrzał na mnie przez ramię.

- Nie chciałem cię obrazić.

- Ja ciebie też nie.

- W takim razie uznajmy tę rozmowę za zakończoną.

- Zgoda.

Na razie.

Rozdział czwarty

Zevander

Przeszłość...

Zevander nigdy wcześniej nie widział sali tronowej króla Sagaerina. Choć jako młodsze dziecko bywał w pałacu, sala tronowa zawsze pozostawała miejscem przeznaczonym dla spraw, które go nie dotyczyły. Aż do tej chwili.

Z rękami skutymi kajdanami ostrożnie stąpał po długim pasie czarnych płytek. Poprzecinane srebrnymi żyłami, były pokryte rzeźbieniami przedstawiającymi kosmiczną mapę, na której cykle księżyca i różne gwiazdy połyskiwały upiorną bielą. Poczerniałe filary z kamienia księżycowego wznosiły się ku kopulastemu sufitowi. Wyrzeźbiono na nich twarze, które nauczono go rozpoznawać - Lunadei - wyglądające tak, jakby wyłaniały się prosto z kamienia. Nad i pod niesamowitymi obliczami wyryto księżycowe glify reprezentujące poszczególne rody królewskie, których linie krwi miały ponoć wywodzić się od bogów. Wysokie, znajdujące się po obu stronach okna o ostrych łukach przedstawiały cykle księżyca, podczas gdy inne ukazywały każdego z Lunadei - o bladej, białej skórze i w bogatych błękitno-srebrnych szatach.

Ukończenie tego musiało zająć rzemieślnikom całe stulecia.

Lord Belthane, doradca króla Sagaerina, stał obok pustego tronu. Towarzyszyło mu pół tuzina strażników, a jego twarz wykrzywiał nieprzyjazny grymas, gdy Zevander i ojciec zatrzymali się obok lady Rydainn, która bez wątpienia przybyła błagać króla o litość.

Zaciśnięte usta i gniewne spojrzenie, które posłała ojcu Zevandera, jasno zapowiadały późniejszą kłótnię. Kiedy jednak spojrzała na syna, jej jak zawsze pełne dobroci oczy złagodniały. Natychmiast ku niemu ruszyła, lecz zatrzymała się, gdy strażnik chwycił ją za ramię.

Mięśnie Zevandera się napięły.

- Nie zbliżać się do więźniów - warknął strażnik ochrypłym głosem.

- Ten więzień to mój syn. - Odwróciła się do lorda Belthane'a, w jej oczach zapłonęło oburzenie. - Poprosiłam o audiencję u króla. Dla wieloletniej przyjaciółki rodziny królewskiej z pewnością można było zrobić wyjątek.

Lord Belthane poprawił rękaw długiej aksamitnej szaty i strzepnął z niej niewidoczny pyłek.

- Król jest wyczerpany i odpoczywa. Wysłał mnie, bym zajął się tą sprawą.

Lady Rydainn się wyprostowała.

- Dobrze. Proszę Jego Wysokość o ułaskawienie mojego męża i syna.

- Z tego, co mi wiadomo, wasza rodzina utrzymywała kontakty z Cadavrosem przed jego egzekucją. Na czym polegał ten układ?

- Oferował ochronę przed Solassianami w zamian za próbkę magii mojego syna, która, jak twierdził, miała zostać wykorzystana do celów akademickich.

- I wiedziała pani o mrocznej naturze jego badań?

- Ja...

Belthane uniósł dłoń, uciszając ją.

- Ostrzegam, lady Rydainn. Bez względu na naszą przyjaźń kłamstwa nie będą tolerowane, szczególnie te wypowiadane mi prosto w twarz.

Lekko pochyliła głowę.

- Słyszałam plotki.

- A mimo to zawarła pani z nim układ, wiedząc, że demutomancja została zakazana przez samego króla, przed którego tronem stoi pani teraz i błaga o litość?

- Byliśmy zdesperowani...

Twarz Belthane'a nagle wykrzywiła się z pogardy.

- Złamaliście prawo! Prawo króla! Ochronę, którą ustanowił, aby zapobiec temu, co teraz wyrasta na twarzy pani syna!

- Błagam o wybaczenie. - Lady uniosła skraje spódnic i uklękła przed nim na podłodze. - Oszczędź ich, panie, a przysięgam, że już nigdy więcej nie poproszę tego dworu o żadną przysługę ani ułaskawienie.

- Być może nie zna pani pełni niesławnych zbrodni swojego męża. - Oskarżycielski ton sprawił, że zarówno lady Rydainn, jak i Zevander spojrzeli na starszego lorda Rydainna, na którego twarzy odmalował się niepokój. - Żelazo smocze wydobywane w Draconysii, pierwiastek używany do wykuwania naszej broni obronnej, musi być transportowane przez kanał Australius, chyba że chcemy mierzyć się z wiecznie wrogimi smokami gnieżdżącymi się w tamtych stronach. Kanał należy do Solassian, którzy przysięgli odmówić nam przeprawy, jeśli pani mąż i syn nie zostaną im natychmiast wydani.

- Co? - Lady Rydainn wymieniła z synem zaniepokojone spojrzenie. - Oni... zrobiliby coś takiego przez zwykłą kradzież?

- Kradzież? - Wargi lorda Belthane'a wygięły się pogardliwie, a jego spojrzenie spoczęło na niej. - Nie. Pani ukochany mąż dopuścił się zdrady, kiedy...

- Proszę, mój lordzie... - Ojciec Zevandera pochylił głowę i cicho jęknął. - Nie dopuściłem się zdrady i dobrze o tym wiesz.

- Przerwij mi jeszcze raz, a z miejsca każę ci wyrwać język. - Ponownie spojrzał na matkę Zevandera. - Jak już mówiłem, zamordował niewinną Solassiankę. Żonę magnata transportowego lorda Vanhelma, który utrzymuje bardzo bliskie relacje z królem Solassian.

Matka pobladła, a poczucie zdrady widoczne w jej oczach odzwierciedlało dokładnie to, co czuł Zevander na dźwięk słów lorda Belthane'a.

- To prawda?

- Lynaro, nie rozumiesz...

Zacisnęła szczękę.

- Odebrałeś życie niewinnej kobiecie?

- Tak, zabiłem ją, ale nie...

- Nie odzywaj się do mnie więcej! - syknęła.

Choć widok kłócących się rodziców sprawiał Zevanderowi ból, nie potrafił winić matki za gniew.

- Gdyby nie nasze dzieci, patrzyłabym, jak cierpisz. Zawsze wydawało mi się dziwne, że nigdy nie mogłam czytać twoich myśli. Że skrywałeś się za nieprzeniknioną tarczą. Wyobrażałam sobie, że oszczędzasz mi bólu i poczucia winy związanego z naszymi synami w jakimś bezinteresownym akcie miłosierdzia. A tymczasem ty ukrywałeś zdradę. Jaka ja byłam głupia, skoro sądziłam, że stać cię na coś więcej.

- Błagam o wybaczenie. - Starszy Rydainn padł na kolana. - Lynaro, proszę.

Zignorowała jego błagania i się odwróciła.

- Lordzie Belthane, proszę o ułaskawienie mojego syna. On nie ma z tym nic wspólnego.

- Lord Vanhelm zażądał wydania również pani, lady Rydainn. Właściwie na to nalegał. Żona za żonę, jeśli dobrze rozumiem. Ponieważ nie potrafiłem znieść myśli o tym, co mogliby pani zrobić w odwecie, zaoferowałem im zamiast pani syna.

- Proszę. Nalegam, by dołączyć do męża w więzieniu. Zajmę miejsce syna i poniosę wszelkie konsekwencje, jakie wyznaczą mi bogowie.

- Decyzja już zapadła. Wyruszą do Solassii jutro o świcie. W zamian za to nasze statki będą mogły swobodnie żeglować, a konflikt zostanie zażegnany.

- Tak szybko... - Przycisnęła dłoń do piersi i gwałtownie wypuściła powietrze. - Nie mogę bezczynnie siedzieć i patrzeć, jak wywożą mojego syna na śmierć.

- Nie będzie egzekucji. W zamian za absurdalnie dużą ilość vivicantemu i nasze najlepsze wino król Jeret zgodził się wysłać ich do kopalni Cinderbone, zamiast skazać na śmierć.

Do oczu matki napłynęły łzy. Jej wargi zadrżały, gdy spojrzała na Zevandera, po czym szybko odwróciła wzrok, być może nie chcąc, by dostrzegł błysk strachu, który on jednak zdążył zauważyć.

- Dziękuję za pańską wspaniałomyślność, mój lordzie.

- Tylko dzięki uczuciu, jakim król panią darzy, pani mąż i syn zachowają życie. Ale proszę się nie łudzić. I tak będą cierpieć.

Rozdział piąty

Zevander

Czasy obecne...

Zevander siedział przy oknie i obserwował blade istoty przemykające wokół chaty na zewnątrz. Ciche stukanie chitynowych odnóży rozbrzmiewało na dachu i wzdłuż ścian, a groteskowe sylwetki rzucały potworne cienie na śnieg. Było to zaledwie drobne rozproszenie wobec chaosu myśli tłukących mu się po głowie. Bezmyślnie przesunął dłonią po czaszce, tak jakby ten gest mógł przynieść choć odrobinę jasności pośród zamętu.

Był pewien, że usłyszał te słowa z jej ust. Ich wyrazistość wręcz go uderzyła. Ale skąd miałaby znać ich znaczenie? Nie chodziło wyłącznie o sam język, lecz także o kryjącą się za nimi odrazę.

Nie mogła o tym wszystkim wiedzieć, a to oznaczało, że to sobie wyobraził.

Przesunął dłonią po twarzy i zacisnął powieki, gdy dotarła do niego frustrująca świadomość. Wiedział aż za dobrze, że brak vivicantemu prowadzi do delirium i przemocy, a po odpowiednio długim czasie - śmierci. Widział w księgach ilustracje ludzi cierpiących z powodu całkowitego malvicantemu. Ból. Głód. Niepokojące pragnienie spożycia mięsa. Bagatelizował swoje obawy przed Maevyth, lecz trudność z przywołaniem płomienia, kiedy próbował ogrzać Aleysię, była aż nadto wyraźnym sygnałem.

Jego upadek już się rozpoczął.

Niestety, jakakolwiek iskra nadziei na powrót do Aethyrii razem z Maevyth zgasła w chwili, w której otworzyli drzwi spiżarni i znaleźli Aleysię. Nie potrafił wymyślić ani jednego powodu, dla którego Maevyth miałaby opuścić ziemie śmiertelników ze świadomością, że jej siostra nie może przekroczyć granicy. Jakaś część niego zdołała to zrozumieć, ale zimny i samolubny drań w jego wnętrzu żałował, że w ogóle dokonali tego odkrycia.

Może to kwestia wyostrzonego przez stulecia instynktu, ale coś mu tu nie pasowało. Wśród natłoku myśli ciągle wracała do niego ta jedna i najbardziej uporczywa - że starucha umieściła ją tam z jakiegoś powodu. Skłamała Maevyth prosto w twarz. A mimo całego tego oszustwa Zevander nie potrafił pozbyć się podejrzenia, że uczyniła to dla dobra Maevyth.

Oczywiście na razie zachowa te podejrzenia dla siebie.

Ostatnim, czego pragnął, było pogłębianie podziału między nim a Maevyth. Już teraz wyczuwał narastającą przepaść - jej opór przed bliskością. To, jak go odpychała, gdy jej umysł coraz mocniej utwierdzał się w swej decyzji. Nie miało to jednak znaczenia. Powiedział jej prawdę - nie zamierzał wracać do Aethyrii, jeśli ona postanowi zostać w Mortasii.

Była jego partnerką, wybraną. Jego przeznaczeniem. Im więcej czasu z nią spędzał, tym silniej odczuwał to przyciąganie we krwi, niczym grawitację poruszającą pływami. Nierozerwalną nić przywiązaną do jego piersi.

A wraz z tym rosła jego potrzeba chronienia jej.

Pozostawienie jej samej sobie w tym świecie nie byłoby mniej bolesne niż rozłupanie własnych żeber i odrzucenie połowy serca.

Pragnął powiedzieć jej prawdę o ich więzi, lecz był zbyt samolubny, by ryzykować, że ona odrzuci ją przez gniew i urazę.

Zgarnął ze stołu obok lampę i wstał z krzesła, po czym ruszył w stronę klapy w podłodze. Długie skrzypnięcie starego drewna sprawiło, że zacisnął zęby. Obejrzał się przez ramię, by upewnić się, że hałas nie obudził leżącej przy palenisku Maevyth. Lekko się poruszyła, ale nadal spała, więc zszedł do wysokiej na około dwa metry ciasnej przestrzeni pod podłogą, nisko pochylony, by nie uderzyć głową o sufit.

Panował tu znacznie większy chłód, zdecydowanie za duży dla człowieka. Choć Aleysia nie wyglądała na zakażoną - przynajmniej nie w taki sam sposób jak stworzenia za oknem - po tak długim czasie spędzonym na dole ten chłód powinien był ją zabić.

Ustawił lampę nad czymś, co zauważył wcześniej po południu. Długie, głębokie bruzdy znaczyły drewno, jakby coś próbowało wydrapać sobie drogę na zewnątrz. Przyłożył do nich palce, próbując wyobrazić sobie, jak mocno musiałby wbić paznokcie w belki, by zostawić takie ślady.

Kiedy się obrócił, dostrzegł zniszczoną drewnianą skrzynię bez zamka. Kucnął i ją otworzył; rozległo się ciche skrzypnięcie. W środku znalazł jedynie ubrania i znoszone buty. Za skrzynią stał chwiejny regał sięgający sufitu ciasnej przestrzeni. Leżało na nim kilka porozrzucanych słoików z żywnością, część z nich roztrzaskała się o podłogę. Podszedł bliżej, lecz chrzęst szkła pod butami sprawił, że gwałtownie się zatrzymał. Uklęknął przy zaschniętej na drewnie dziwnej czarnej substancji. Kiedy przysunął światło bliżej, pozostawiona plama wsiąkła w podłogę.

Zniknęła na jego oczach.

Zmarszczył czoło i wpatrywał się w to miejsce, rozważając, czy to wszystko mu się nie przywidziało. Może to tylko cień?

- Wszystko w porządku? - zapytała zza jego pleców Maevyth, a Zevander odwrócił się i zobaczył, jak spogląda na niego z góry.

- Znalazłem skrzynię pełną ubrań i niewielki zapas jedzenia. Może wystarczy nam na najbliższe dni.

- Całe szczęście. - Usiadła na podłodze i spuściła nogi do wnętrza schowka. - Nie zniosłabym myśli o jedzeniu resztek jej gulaszu przez kolejne dni.

Na razie porzucił oględziny śladów na podłodze, bo jego uwagę przyciągnęło ciekawe znalezisko na drugiej półce. Sięgnął po dwie butelki wina. Jedną podał jej z lekkim uśmiechem, gdy uniosła brwi ze zdziwienia.

- Ta sprytna stara wiedźma... ukradła je z piwnicy dziadka.

Zevander zauważył ciemne cienie pod jej oczami i zmęczenie malujące się na twarzy.

- Dlaczego nie śpisz?

- Nie mogę zasnąć. Nadal jesteś na mnie zły? - Zamachała nogami i spuściła wzrok.

- Nigdy nie byłem na ciebie zły. - Wynurzył się ze schowka i usiadł obok niej. Nawet jeśli w tamtej chwili czuł złość, przy niej nie potrafił długo jej utrzymać. - Kiedy ona się obudzi, będziesz wykończona. A potem to ty będziesz spać przez kolejne dni.

- Czyli jednak uważasz, że się obudzi.

- Kiedyś wreszcie tak.

- A jeśli jest związana zaklęciem krwi?

- To ziemie śmiertelników. Jeśli jej życie związano z kimś innym, szanse, że ta osoba przeżyła, są niewielkie. Podejrzewam, że wkrótce się obudzi.

Maevyth westchnęła, a on nie potrafił oderwać wzroku od jej profilu. Nawet zmęczona brakiem snu i zmartwieniami była nieznośnie piękna.

- Nie życzę niczemu śmierci, ale bardzo chciałabym, żeby to wszystko wreszcie ruszyło naprzód.

Zevander parsknął cichym śmiechem.

- Widzę, że moja egoistyczna apatia wobec innych zaczyna ci się udzielać.

- Chcę tylko, żeby to szybciej zmierzało ku końcowi. Nigdy nie powiedziałam, że spaliłabym cały świat dla jednej osoby. - Posłała mu nieśmiałe spojrzenie, a na jej ustach zatańczył figlarny uśmiech. - Bo to oznaczałoby również twoją śmierć. - Przestała się uśmiechać i spuściła wzrok.

- O co chodzi?

- Myśl o czymś takim mnie przeraża.

Wyciągnął rękę i odgarnął kosmyk włosów za jej ucho.

- Nie musisz się tym martwić.

- Szczerze mówiąc, twoja rycerskość, choć mroczna, makabryczna i ociekająca szaleństwem, rozgrzała moje serce. Nigdy wcześniej nikt mi nie zaoferował, że zniszczy dla mnie świat.

- Jeśli już coś robię, to jestem diabelnie i bezdusznie rycerski.

Zaśmiała się, a serce Zevandera aż wgryzało się w żebra z pragnienia, by ją pocałować. By pozwolić jej drapać go, odpychać i próbować się opierać. Na bogów, niemal czuł smak jej ust.

Ściągnęła brwi i spojrzała na stertę koców przy palenisku.

- Jeśli wolisz łóżko, mogę spać na podłodze.

Słowa te wbiły mu się w serce ostrymi kłami. Sama myśl, że mieliby spać osobno, sprawiała, że ledwie powstrzymywał się przed porwaniem jej w ramiona. Jakaś jego część pragnęła powiedzieć, że tej nocy będzie spała z nim, niezależnie od własnej woli, ale wiedział, że Maevyth jest zbyt uparta, by tak po prostu podporządkować się jego rozkazom. Zmuszenie jej do bliskości tylko by ją odepchnęło.

- Nalegam, byś wzięła łóżko. Ja pewnie prześpię się tutaj, bo tu mam lepszy widok na wszystko.

- Wiecznie czuwający strażnik, zawsze na warcie. Kiedy ty właściwie odpoczywasz?

- Kiedy nikt mnie nie ściga, jakbym był jakimś niesfornym zającem w lesie.

Parsknęła śmiechem i jakby sam dźwięk ją zaskoczył, natychmiast zakryła usta dłonią.

- Przepraszam, chyba jestem już kompletnie wykończona, ale... zając to wyjątkowo nieodpowiednie określenie dla ciebie. - Znów się roześmiała, na co on również się uśmiechnął. Nadal szczerząc zęby, spojrzała na niego. - Co?

- Twój śmiech. Miło go słuchać.

- Nie ma powodu do bycia ponurą. Odnalazłam ją. Żyje i nie wygląda na to, by wratavor ją pożarł.

- Skąd ta pewność?

Dziewczyna spoważniała.

- Kiedy patrzyłam, jak pożera Morosa, on nie wyglądał już tak samo. Był... w pewien sposób groteskowy. Jakby złożony od nowa, ale źle.

- Rozumiem.

- W każdym razie nie wiem, co będzie z Aleysią, ale w tej chwili odczuwam ulgę. Czuję się kompletna.

- I tak właśnie powinno być.

Ziewnęła i ponownie zakryła usta dłonią.

- Przepraszam, jednak naprawdę jestem zmęczona. Pozwolę ci wrócić do twojej warty. - Zerknęła w stronę sypialni i ściągnęła brwi. - Chociaż... może lepiej byłoby, gdybyśmy przynajmniej spali w tym samym pokoju. Tylko dziś.

- Coś jeszcze cię dręczy?

Zacisnęła usta i pokręciła głową.

- Tylko zły sen.

Zevander skinął głową w stronę sterty koców.

- Przy palenisku będzie ciepło. Ja i tak niewiele dziś prześpię.

- Coś cię trapi?

Pokręcił głową. Nawet nie wspomniał o tej dręczącej go potrzebie porwania jej i wrócenia do Aethyrii bez Aleysii.

- Nie jestem zmęczony.

- Cóż, dziękuję. Za to, że tu jesteś. Za wszystko. - Pochyliła się ku niemu, zawahała, a potem przycisnęła usta do jego ust.

W jego mięśniach zapłonął ogień. Wszystko w nim nakazywało mu objąć ją i całować tak długo, aż zaczęłaby dyszeć i wbijać paznokcie w jego pierś. Kiedy się odsunęła, dłonie drgnęły mu z pragnienia, by uczynić zadość własnym żądzom, ale wbrew instynktom i potrzebom pozwolił jej się oddalić.

- Dobranoc - powiedziała.

- Dobranoc. - Lunamiszko.

Ból przeszył mu pierś, a między żebrami rozlała się lodowata pustka, gdy patrzył, jak Maevyth układa się na prowizorycznym posłaniu z koców na podłodze.

W jego klatce piersiowej narastało pełznące cierpienie. Nie przypominało ostrego ukłucia ostrza, lecz powolną, lepką truciznę sunącą po kościach żeber. Zevander przycisnął dłoń do serca i w milczeniu próbował odnaleźć źródło tego czegoś wijącego się w jego wnętrzu. Z tyłu gardła zalegał kwaśny posmak, a nozdrza wypełnił gryzący odór zgnilizny i rozkładu.

Co to jest, do siedmiu piekieł?

Przeszedł do drugiego pomieszczenia, żeby nie wzbudzać niepokoju Maevyth, a kiedy znalazł się w środku, zacisnął dłoń na oparciu krzesła stojącego przy oknie. Od siły nacisku aż pobielały mu kostki. Zacisnął szczękę i wypuścił z siebie stłumiony pomruk, dysząc ciężko, gdy ból się pogłębił, zakleszczając ten przeklęty, bijący organ, którego nikt nigdy miał nie tknąć. Serce waliło w nim wściekle jak pięść tłukąca o kraty klatki, ostrzegając, że lada chwila może przebić mu pierś.

Utkwił niepewny wzrok w leżącym na stole naszyjniku ze skorpionem - tym, który Maevyth miała na sobie podczas Ceremonii Przemiany. Zevander skupił całą uwagę na tym jednym przedmiocie i zaczął głęboko oddychać, podczas gdy wspomnienie dziewczyny z tamtej nocy odciągało jego myśli, a mięśnie napinały się w oczekiwaniu na kolejną falę cierpienia.

Poczuł jeszcze mocniejszy ucisk w piersi. Czerń na obrzeżach pola widzenia zaczęła się zacieśniać. Poczuł palenie, tak jakby w jego żyłach płynęła roztopiona stal, jego ciało pulsowało ostrymi falami cierpienia.

Na bogów, co to jest?

To uczucie było tak obce i niepokojące, że omal nie zawołał Maevyth.

Tak, Maevyth. Myśl o niej. Księżycowa wiedźma.

Drżącą dłonią sięgnął po naszyjnik i zacisnął go w pięści.

Kiedy przed oczami stanęła mu jej piękna twarz, ból zaczął powoli znikać. Obręcz wokół klatki piersiowej rozluźniła się na tyle, że Zevander mógł nabrać głęboko powietrza, a czerń wycofała się z obrzeży jego pola widzenia.

Oddychał ciężko przez nos, ściskając ten przeklęty naszyjnik, jakby był talizmanem. Otworzył oczy i spojrzał na niego, gdy ostatnie resztki tego, co go zaatakowało, zaczęły zanikać. Pochylił się do przodu i przesunął kciukiem po skorpionie, przypominając sobie, jak spoczywał na jej jedwabistej skórze.

A potem schował naszyjnik do kieszeni.

Rozdział szósty

Zevander

Przeszłość...

Nogami ciężkimi jak kłody Zevander brnął przez miękki piasek, a palące słońce Solassii prażyło kark, na którym jego znak niemal skwierczał od żaru. Łańcuch przy szyi ciągnął się do obroży na karku idącego przed nim ojca i do obroży współwięźnia z tyłu.

Szereg więźniów maszerował ku strzeżonemu wejściu ogromnej budowli wyglądającej tak, jakby wyciosano ją z poszarpanych gór, w których wnętrzu powstała. Kiedy przeszli przez żelazną bramę, Zevander dostrzegł misternie wyryty relief przedstawiający Soladei i ich podrzędnych bogów, Heliorchów - zwanych strażnikami słońca - którzy chłostali tak słabe i małe istoty, że to musieli być mancerowie.

Z niezliczonych lekcji historii wiedział, że wielu niewolników pojmanych przez Soladei stanowili Lunasierowie.

Nad nimi słońce migotało niczym głodny stos pogrzebowy na tle złowrogiego szarego nieba, jakby niecierpliwiło się, by go pożreć. Jakim cudem świat mógł tonąć w takim mroku przy tak potężnym źródle światła, pozostawało tajemnicą bogów.

- Widzisz to? - wychrypiał starszy mężczyzna za nim. - Na niebie? Smok przyszedł nas ocalić! To mój przyjaciel, wiesz? - Przez większą część marszu bredził bez ustanku, a jego umysł wyraźnie się rozpadał wraz z upływem dnia, który ciągnął się bez końca. Jeszcze kilka dni wcześniej, kiedy siedzieli skuci w więźniarce jadącej do Solassii, wydawał się całkiem przytomny i opowiadał o pozostawionej samej sobie chorej żonie. - Słyszysz mnie, chłopcze? Słyszysz?

Zevander nie odważył się odpowiedzieć, bo już raz dostał batem za wdawanie się w rozmowę i odpowiadanie na niekończące się pytania starca. Rany nadal były świeże i piekły.

- Mój smoczy przyjaciel spali ich wszystkich doszczętnie czarnym ogniem. Czarny ogień. Wiedziałeś, że tylko czarny ogień potrafi sprawić, że ze smoczego jaja coś się wykluje? Kiedyś smoki żyły w krainach śmiertelników. Ale żyły wyschły, więc smoki odeszły. Słyszałeś kiedyś o smoczych jeźdźcach?

Starzec musiał postradać zmysły, skoro mówił o smoczych jeźdźcach. Tylko skończony idiota odważyłby się dosiąść jednej z tych nieprzewidywalnych bestii. Zevander słyszał kiedyś o królewskim magu, który uznał, że jest dość potężny, by podporządkować sobie smoka. Został po nim jedynie kopczyk popiołu.

- Wiesz, czemu mancerowie nie potrafią ich kontrolować?

Zevander zacisnął powieki i jęknął, marząc tylko o tym, by ten stary piernik wreszcie się zamknął. Strażnicy w końcu usłyszą jego bredzenie, a wtedy on znowu oberwie batem.

- To bogowie. Smoki są bogami i tylko smoczy jeźdźcy mogą...

Silne szarpnięcie za gardło odrzuciło Zevandera do tyłu. Chłopak stłumił jęk i chwycił obrożę wrzynającą mu się w szyję. Za nim starszy więzień leżał w drgawkach, błękit jego oczu mętniał i zamieniał się w mleczną biel. Blada skóra, typowa dla Lunasierów, zaczęła różowieć i pokrywać się czerwonymi pęcherzami.

- Zatrucie słońcem - powiedział ojciec zza jego pleców. Kiedy Zevander spojrzał w tamtą stronę, zauważył, że skóra ojca również zaczyna różowieć. - Biedaczysko.

- Zatrucie? - Chłopak wiedział, że nadmiar słońca szkodzi Lunasierom, dlatego większość osłaniała się za dnia, ale nigdy nie słyszał o zatruciu. Jak w takim razie rolnicy w rodzinnych stronach unikali go podczas pracy na polach?

Ojciec jakby czytał mu w myślach, bo powiedział:

- Tutaj słońce jest inne. Na południu chronią nas księżyce. Równoważą humory. Tutaj księżyce znajdują się dalej. Nasza krew nie jest stworzona, by to wytrzymać.

Zevander wyciągnął ręce i zauważył, że jego skóra także lekko się zaróżowiła, ale nie aż tak wyraźnie jak u starca. Ani jak u ojca.

Trzask bata zwrócił jego uwagę na trzech nadchodzących strażników, a ojciec pchnął go lekko do tyłu.

- Wstawaj, leniwa cipo! - Kolejne smagnięcie rozcięło nogę starca i otworzyło jeden z licznych pęcherzy. - Rusz ten zasrany tyłek, zanim obedrę ci go do krwi!

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej