Rozdział 1
- A to co ma znaczyć?
Jay i ja przerwaliśmy pocałunek. W drzwiach stała Hayley. Wyglądała
młodo i elegancko w czarno-złotym mundurze stewardesy, ale patrzyła na
nas z irytacją.
Ciemnobrązowe włosy związała w ciasny kok, który podkreślał jej wysokie
kości policzkowe i duże czarne oczy. Hayley była śliczna. Często mówiono
mi, że jestem do niej podobna, z wyjątkiem oczu. Oczy miałam takie jak
on. Wszyscy powtarzali, że są niesamowite, ale ja oddałabym wszystko,
żeby tylko były podobne do oczu Hayley.
Nie miałam wątpliwości, że to właśnie one były jednym z rozstrzygających
argumentów skłaniających Jaya Jamesa do nieustawania w wysiłkach, żeby
mnie przelecieć. Nie żebym była cyniczna albo co.
Jay był rok starszy ode mnie, dość inteligentny. Aurę złego chłopca miał
i tam? Naturalnie. Wszystkie laski w szkole za nim szalały, ale z tajemniczych powodów on wolał mnie. Od jakichś dziesięciu minut
całowaliśmy się, siedząc na mojej kanapie. Miał fajne usta i naprawdę
liczyłam na to, że kiedy mnie pocałuje, poczuję coś więcej niż dotyk
mokrych warg i języka na moich wargach i języku.
Romanse, które Hayley chomikowała w szafie, sugerowały, że powinnam
doświadczać przyjemnego mrowienia i gorąca.
Szczególnie pocałunki podobno miały być podniecające.
Miałam na ten temat zupełnie inne zdanie - całowanie się z kimś mogło
być co najwyżej przyjemne. Jak zawsze z nudów zaczęłam myśleć o czymś
innym: tym razem o Hayley i jej knuciu. Wiedziałam, że coś się szykuje.
Hayley pracowała jako stewardesa, więc często przebywała poza domem, ale
ostatnio jej nieobecności się przedłużały. A i jej zachowanie nie było
normalne: chowała przede mną telefon, kiedy wibrował od powiadomień, a potem rozmawiała z kimś szeptem w swojej sypialni. Coś się szykowało.
Miałam tylko nadzieję, że nie chodziło o żadnego mężczyznę.
No i o wilku mowa.
- To Jay - powiedziałam, splatając ręce na piersi w odpowiedzi na jej
surowy wyraz twarzy.
Nienawidziłam, kiedy zachowywała się, jakby jej zależało.
- Nie interesuje mnie, kim on jest. - Hayley próbowała zmrozić go
wzrokiem. - Może już iść.
Jay spojrzał na nią buntowniczo tak jak ja i nagle bardziej go
polubiłam. Odwrócił się w moją stronę i pocałował mnie powoli w kącik
ust.
- Do zobaczenia w szkole, mała - rzucił i zaśmiał się, widząc moją
kpiarską minę.
Zaczekałam, aż przejdzie obok Hayley bez słowa i zamknie za sobą drzwi.
- Super. Dzięki - odezwałam się.
- Nie mów do mnie tym tonem! - Oczy Hayley zwęziły się w czarne szparki.
- Jestem zmęczona, miałam długi dzień. Wracam do domu i co? Znajduję
moją córkę w objęciach jakiegoś napalonego byczka. A może powinnam być
zadowolona, że umawiasz się ze smarkaczem, który wygląda, jakby nieraz
odwiedzał lokalne więzienie?
- Nie chodzimy ze sobą, tylko się razem dobrze bawimy.
- No, to dopiero pocieszenie! - Machnęła rękami ze zdenerwowania.
- Hayley.
- Nie mów tak do mnie. Mam prawo być niezadowolona z twojego zachowania.
- Wzdrygnęła się, jak zawsze, kiedy mówiłam do niej po imieniu (co
znaczy, że wzdrygała się często).
- Ale nie masz po co być. Nie traktuję Jaya poważnie. I nie zamierzam
zachodzić w ciążę. Powiedz lepiej, czemu wróciłaś wcześniej do domu?
- Przenieśli mnie na krótszy lot. - Rzuciła torebkę na kanapę i odeszła
w głąb pokoju. - O Jayu porozmawiamy później, najpierw muszę ci coś
powiedzieć.
- Co takiego? - Znieruchomiałam.
Hayley obserwowała mnie badawczo przez kilka sekund, aż wreszcie usiadła
obok.
- Poznałam kogoś.
Natychmiast ogarnął mnie paraliżujący strach.
Hayley czekała na moją reakcję, ale kiedy nie zauważyła żadnej,
uśmiechnęła się uspokajająco.
- Jest wspaniały. Nazywa się Theo i ma córkę w twoim wieku. Mieszka w Bostonie. Spotkaliśmy się podczas jednego z moich lotów.
- Jak dłuto to już trwa? - Coś mnie ścisnęło w dołku.
- Kilka miesięcy.
- Wiedziałam, że coś jest nie tak - mruknęłam.
- Przepraszam, że nic ci wcześniej nie powiedziałam. Ale chciałam się
najpierw upewnić, że to poważny związek...
- A jest?
- Jak najbardziej. Kochamy się.
- Na odległość?
- Zostaję u niego za każdym razem, gdy jestem w Bostonie. Spędzamy ze
sobą tyle czasu, ile się tylko da.
- I sądzisz, że on cię nie zdradza, kiedy wracasz? - Prychnęłam.
- Przestań. - Przecięła ręką powietrze. - To ty masz problemy z zaufaniem ludziom, nie ja.
Zagotowało się we mnie ze złości. Hayley musi być wyjątkowo naiwna,
jeśli wierzy, że ten koleś nie jest kompletnym przegrywem. To nie była
jej pierwsza zła decyzja. Miałam prawo do strachu, który przyprawiał
mnie o mdłości.
- Chciałam cię tylko uprzedzić, że tym razem to coś poważnego.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Że jeśli wszystko ułoży się tak, jak się spodziewam, będzie nas obie
czekać wielka zmiana.
No nie.
Patrzyłam na nią przerażona.
Hayley westchnęła ciężko na widok wyrazu mojej twarzy. Nawet nie
próbowałam go ukrywać.
- Zrobię herbatę - powiedziała. - Jestem zmęczona, więc o Jayu
porozmawiamy innym razem. - Odwróciła się, ale po chwili stanęła bez
ruchu i spojrzała na mnie ze smutkiem. - Ale dzięki, że tak bardzo
cieszysz się moim szczęściem.
Nie zamierzałam zniżać się do jej poziomu i nic nie odpowiedziałam.
Do tej pory Hayley miała gdzieś moje szczęście. Teraz tylko odpłacałam
jej pięknym za nadobne.
- Zaraz, czyli co to znaczy? - Anna wpatrywała się we mnie szeroko
otwartymi oczami. - Serio, wyprowadzasz się do Bostonu?
Czwartek. Całe wieki po wyznaniu Hayley, które mogło oznaczać dla nas
"wielką zmianę". Główna mącicielka wyleciała we wtorek do Bostonu i praktycznie się nie odzywała. Jej milczenie sprawiło, że opowiedziałam
Annie, co zaszło.
Oparłam się plecami o szkolną szafkę, ze złością wpatrując w ścianę
naprzeciwko. Moja szafka stała, o zgrozo, tuż obok męskiej szatni, w związku z tym codziennie musiałam znosić rozkoszne zapachy wody
kolońskiej "Po wuefie".
- Nie wiem - odpowiedziałam.
- Ale o to właśnie chodziło Hayley, prawda?
- Pewnie tak.
- No to czemu się bardziej nie przejmujesz?! - Anna stanęła przede mną,
z rękami na biodrach i gniewnym spojrzeniem. - Spójrz na mnie! Ja się
przejmuję! - Zaczęła machać rękami. - Ty też powinnaś!
- Czym się przejmujesz? - zapytała Siobhan. Ona, Kiersten i Tess stanęły
obok mojej szafki. - Może tym, że Leanne Ingles wygląda dzisiaj jak
chodząca reklama second handu?! - zawołała dość głośno, żeby
przechodząca obok Leanne Ingles ją usłyszała. Widziałam, jak Leanne
mocno się zaczerwieniła, i ogarnęła mnie złość.
- Nie bądź taką jędzą - syknęłam do Siobhan.
- Ale ja tylko mówię, że brzydka sukienka, nieznośna męka!
- Byłaś dla niej obrzydliwa, i to nie pierwszy raz. - Gdyby to od niej
zależało, Siobhan zaprowadziłaby w całej szkole rządy terroru i podłości.
- Nieważne. - Westchnęła. - Powiedz lepiej, czym się przejmujesz, Anno?
I czemu akurat przed szafką Indii? Cały ten obszar powinien zostać
poddany kwarantannie. - Siobhan spojrzała w kierunku drzwi do męskiej
szatni i się skrzywiła.
- Idę na obiad - oznajmiłam i zamknęłam szafkę. Odeszłam, nie oglądając
się za siebie. Wiedziałam, że pójdą za mną.
Usłyszałam kroki dziewczyn i nagle Anna znalazła się po mojej prawej,
Siobhan po lewej stronie, a Kiersten i Tess za nami.
- No więc? - Siobhan trąciła mnie łokciem. - Dowiem się wreszcie, co tak
poruszyło Annę?
- India chyba przeprowadzi się do Bostonu przez swoją matkę!
Dziewczyny spojrzały na mnie w szoku po tym okrzyku Anny, ale
zignorowałam je tak samo, jak ignorowałam coraz bardziej dające się we
znaki nerwy.
- Boston? - wydusiła Siobhan. - Fuj, tylko nie to.
Siobhan była dziewczyną z Kalifornii. W jej świecie istniał tylko ten
jeden ciepły i słoneczny region, a reszta leżała gdzieś daleko, za kołem
podbiegunowym. Jej niesmak prawie wywołał na moich ustach uśmiech.
- Na sto procent stracisz opaleniznę - dodała ze współczuciem Tess.
- I to jest teraz mój największy problem? - Spojrzałam na nią przez
ramię.
- Nie, twój największy problem to Jay - uznała Kiersten. - Nie możesz go
zostawić. Jest w tobie totalnie zakochany.
Chciałam wywrócić oczami. Kiersten musiała splatać sobie tę bajkową
narrację przez ostatnie kilka tygodni.
- Nie, nie jest. - Potrząsnęłam głową i spojrzałam przed siebie. - I mój
główny problem leży zupełnie gdzie indziej.
- Tak. Przecież chodzi o to, że India zostawi mnie samą! - żachnęła się
Anna.
Żadna z nich nie miała racji. Najbardziej dręczyła mnie myśl o tym
tajemniczym kolesiu z Bostonu, do którego domu miałyśmy się wprowadzić.
Ale Anna też nie była dla mnie bez znaczenia. Była jedną z garstki osób
w moim życiu, o które naprawdę dbałam. Nie powiedziałam jej prawdy o mojej przeszłości, ukrywałam przed nią mnóstwo tajemnic i rzadko
zdradzałam jej, co naprawdę myślę, ale i tak otworzyłam się przed nią
bardziej niż przed kimkolwiek innym. Nie miała z tym problemu. Nasza
przyjaźń opierała się na jej zaufaniu, nie moim. Anna wiedziała, że może
wyznać mi wszystko i nie obawiać się, że zaraz rozpowiem to po całej
szkole. Byłam przy niej, kiedy jej rodzice rozstawali się w naprawdę
obrzydliwy sposób i kiedy przeżywała tego skutki: straciła dziewictwo w wieku czternastu lat, o wiele za wcześnie. Ledwo sobie radziła, a ja
trwałam przy niej. Nie osądzałam, tylko czuwałam.
To wiele dla niej znaczyło.
Mój wyjazd na pewno by ją zasmucił, a ja z kolei martwiłabym się, jak
sobie poradzi beze mnie.
- Nigdzie się nie wybieram - powiedziałam do Anny, chociaż wcale nie
czułam się tak pewnie.
- Hej, India! - Kilku trzecioklasistów rzuciło mi na powitanie, wchodząc
do stołówki.
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi i podążyłam za nimi.
- Pamiętajcie, że po obiedzie mamy pierwsze spotkanie komitetu tańca -
przypomniałam dziewczynom. - Musimy zacząć planować zimowy bal.
- W ogóle nie rozumiem, po co organizować głosowanie na Królową Zimy w tym roku. I tak wszyscy wiedzą, że to ty wygrasz - zauważyła Kiersten, a w jej głosie dało się wyczuć zazdrość.
Wzruszyłam ramionami, ale nie zaprotestowałam. Faktycznie, bardzo
możliwe, że zostałabym Królową Zimy.
Mogłam pochwalić się jedną umiejętnością, którą opanowałam lepiej od
wszystkich szkolnych przedmiotów: byciem lubianą. Nie miałam pieniędzy,
nie byłam zarozumiała, nie osądzałam ludzi i dobrze ukrywałam, że czułam
się inna niż wszyscy. Podejmowałam wysiłek, żeby przyjaźnić się z osobami ze wszystkich szkolnych klik. Tworzyłam zespół gazetki szkolnej.
Byłam członkinią zespołu debat i drużyny piłki nożnej dla dziewczyn, a wreszcie udzielałam się jako menedżerka kółka teatralnego.
Ale przede wszystkim byłam bardzo, bardzo zajęta.
Najzupełniej mi to odpowiadało, a nawet właśnie tego potrzebowałam.
Popularność nie oznaczała dla mnie skupiania na sobie uwagi. Liczyła się
kontrola. Nikt nie mógł mnie zranić i niełatwo było mnie pokonać w grze,
w której od początku miałam wszystkie mocne karty. Byłam
najpopularniejszą dziewczyną z trzecich klas. Gdyby tylko Hayley nie
zrujnowała wszystkiego swoim planem przeprowadzki na Wschodnie Wybrzeże,
w przyszłym roku mogłabym rządzić całą szkołą.
Po odstaniu w kolejce po jedzenie wyglądające jak kocie rzygi usiadłyśmy
przy naszym stole.
- Ktoś może mi wyjaśnić, o co chodzi z tym Bostonem? - zapytała z błyskiem w oku Siobhan.
Siobhan była piękna i bogata, a do tego grała rolę kapitanki żeńskiego
zespołu piłki nożnej. Uważała, że przywłaszczyłam sobie jej miejsce w hierarchii. Na pewno sprawiała jej niemałą przyjemność myśl, że miałam
się wyprowadzić.
- Hayley kogoś tam poznała. Obawiam się, że to może być coś poważnego.
- Ale lipa. Przykro mi - odezwała się Tess.
- Nie przejmuj się, to Hayley! Pewnie rozstanie się z tą swoją wielką
miłością w ciągu tygodnia.
- Jeśli przeprowadzisz się do Bostonu, jadę z tobą. Mówię poważnie -
przyrzekła Anna, ponuro obserwując swoją kanapkę.
- Jedz. - Trąciłam ją łokciem.
- Ty i to twoje jedzenie. - Anna westchnęła, ale podniosła kanapkę z talerza.
Zaczęłam żuć swoją. Rozejrzałam się po stołówce, uważnie badając
sytuację. Miałam nadzieję, że w przyszłym roku będę siedzieć tu, gdzie
teraz.
W fotelu kierowcy, a nie pasażera.
I zupełnie jakby Hayley słuchała moich westchnień, poczułam w kieszeni
wibrację telefonu. Na ekranie czekał na mnie esemes od niej:
"Bądź w domu po szkole. Musimy porozmawiać. Całuję".
Kanapka przestała mi smakować, ale jadłam dalej. Żułam nieco wolniej,
czując, jak coś ściska mnie w gardle.
- Wszystko w porządku, India?
- Chyba przeprowadzamy się do Bostonu. - Przełknęłam z trudem i podsunęłam Annie telefon.
Zbladła i spojrzała na wiadomość.
- O cholera.
Wyjrzałam na parking liceum Fair Oaks bardziej świadoma szybkiego bicia
serca niż podczas treningu drużyny futbolowej. Nasze ćwiczenia trochę
się przeciągnęły i Hayley już pewnie robiła się nerwowa.
Czułam mdłości, ale musiałam w końcu to załatwić, więc wyciągnęłam
komórkę i zadzwoniłam do niej.
- Gdzie jesteś? - zapytała, zamiast się przywitać.
- Trening trwał dłużej niż zwykle, a Siobhan musiała jechać do dentysty,
więc nie mogła mnie podwieźć.
- Cholera, zapomniałam o treningu. Już tam jadę.
Usiadłam na krawężniku i zaczęłam przeglądać telefon, sprawdzając media
społecznościowe i odpowiadając na notyfikacje. Anna wysłała mi wiadomość
na Snapchacie. Na obrazku był lód na patyku z logo Boston Red Sox
dodanym w Photoshopie. Na górze Anna zostawiła dopisek:
"Powiedz Hayley, żeby się nim wypchała! NIE JEDZIESZ DO ŻADNEGO BOSTONU!
Xoxo".
Uśmiechnęłam się z determinacją i czekałam.
Kiedy Hayley dotarła na miejsce, wsiadłam do samochodu bez słowa i całą
drogę do naszego mieszkania pokonałyśmy w ciszy.
- Myślałam, że może zamówimy dzisiaj coś na wynos - odezwała się
wreszcie Hayley.
Nie było nas stać, żeby często zamawiać jedzenie do domu. Ta przyjemność
była zarezerwowana na urodziny albo ostatni dzień wakacji. Czasem nawet
na Święto Dziękczynienia.
Coś wisiało w powietrzu.
- Nie powinnaś teraz gdzieś lecieć? - zapytałam.
Wzruszyła ramionami. Idąc do kuchni, unikała mojego spojrzenia.
Ruszyłam za nią. Patrzyłam, jak wyjmuje menu z szafki.
- Na co masz ochotę? Chińskie, indyjskie, tajskie, a może libańskie?
- Mam ochotę, żeby ta rozmowa już dobiegła końca.
Hayley spojrzała na mnie, zauważywszy wreszcie moje stalowe spojrzenie i nerwy.
- To naprawdę dobra wiadomość, India. Wierz mi - westchnęła.
- Po prostu powiedz wreszcie, o co ci chodzi.
- Theo mi się oświadczył. Przyjęłam go. Nie chcemy czekać. Zamierzamy
wziąć ślub w grudniu.
- Ale ja go nawet nie znam! - Rozdziawiłam usta ze zdziwienia.
Hayley potarła czubek nosa.
- Gdybyś była młodsza, to faktycznie byłby problem. Ale jesteś w trzeciej klasie liceum. Masz szesnaście lat. Zaraz będziesz szła do
college'u. - Podeszła bliżej i złapała mnie za rękę. Pozwoliłam jej ją
ścisnąć. - Kochanie, będziesz mogła teraz wybrać taką uczelnię, jaką
tylko chcesz.
- Jak to?
- Theo... Cóż, Theo jest bogaty. I dał mi do zrozumienia, że pragnie dla
mnie wszystkiego, co najlepsze. A to oznacza wszystko, co najlepsze dla
ciebie.
- Chcesz kupić moją zgodę na tę kompletną farsę? Wiesz, że to nie jest
normalne, prawda?
- Daruj sobie tę całą dramę. - Hayley puściła moją rękę. - Chcę tylko,
żebyś wiedziała, że owszem, będzie ci trudno zostawić szkołę i przyjaciół tutaj i wyprowadzić się do Massachusetts, ale nie będziemy
mieć już problemów finansowych. Nigdy. - Hayley puściła moją rękę.
- Rany, ile ten koleś ma kasy?
- Jest bardzo szanowanym prawnikiem z bogatej rodziny. Prawdziwa
bostońska elita - powiedziała Hayley z rozmarzonym uśmiechem, jak gdyby
odgadując moje pytanie.
- I ktoś taki chce wziąć z tobą ślub?
- Pięknie - warknęła. - Po prostu pięknie.
- Nie chciałam cię obrazić. - Wzruszyłam ramionami. - Po prostu miałam
wrażenie, że tacy ludzie trzymają się swojego środowiska.
- Zazwyczaj tak jest. Ale Theo nie dba o takie rzeczy. On chce poślubić
kobietę, którą kocha. - Hayley odrzuciła włosy do tyłu razem z moimi
wątpliwościami. - Wcześniej ożenił się z bogaczką i miał z nią córkę,
Eloise, ale ona parę lat temu umarła na raka. Dopóki mnie nie poznał,
dopóty nie był na poważnie zainteresowany żadną inną kobietą.
- O mój Boże. - Potrząsnęłam z obrzydzeniem głową. - Wydaje ci się, że
on jest jakimś księciem z bajki.
- Nie mów tak do mnie.
- Chcesz mnie zaciągnąć na drugi koniec kraju, żeby zamieszkać z kolesiem, którego w ogóle nie znam! - Słyszałam histerię we własnym
głosie, ale nie umiałam jej powstrzymać. - A ostatni facet, z którym
musiałam żyć pod jednym dachem?! Już o nim zapomniałaś?!
Na twarzy Hayley pojawił się wyraz zrozumienia. Byłam zszokowana, że w ogóle musiałam o tym mówić na głos. Dobra matka od razu wiedziałaby,
dlaczego tak bardzo nie podoba mi się cały pomysł.
- Och, kochanie. - Chciała do mnie podejść, ale kiedy się wzdrygnęłam,
stanęła bez ruchu. - Theo nie jest taki jak on. Ani trochę. A ja nie
jestem już głupią smarkulą. Nigdy więcej nie popełnię takiego błędu.
Wbiłam wzrok w podłogę, próbując opanować rozszalałe bicie serca. Ledwo
usłyszałam jej słowa przedzierające się przez szum krwi w uszach.
Wzdrygnęłam się na dotyk Hayley i podniosłam wzrok. Zignorowała moje
niechętne gesty i przeszła na drugą stronę pokoju, żeby złapać mnie za
ramiona. Pochyliła głowę i spojrzała mi w oczy.
- Nikt cię nie skrzywdzi - wyszeptała z determinacją. - Obiecuję.
Kłamczucha.
Kłamczucha!
KŁAMCZUCHA!
Ten okrzyk wybrzmiewał wewnątrz mnie, ale zdołałam zdusić go w ustach.
To się działo naprawdę.
Hayley znowu odbierała mi kontrolę nad moim życiem.
Pochyliłam się pod ciężarem jej dotyku i spuściłam wzrok, żeby nie
patrzeć na obietnice w jej oczach. Pocałowała mnie w czoło i ścisnęła
moje ramię.
- Dlaczego musimy się przeprowadzać? Skoro on ma tyle pieniędzy, mógłby
przyjechać tutaj - zauważyłam.
- Bo nie może tak po prostu zmienić pracy. Jest właścicielem
kancelarii. Poza tym Eloise uczęszcza do bardzo dobrej szkoły w Bostonie. Najwygodniej będzie, jeśli to my tam pojedziemy.
- Semestr zaczął się dwa tygodnie temu. Co z moimi lekcjami?
- W twojej nowej szkole zajęcia zaczynają się dopiero w przyszłym
tygodniu. Dotrzesz tam pod koniec września, więc będziesz miała do
nadrobienia tylko kilkanaście dni, a nie cały miesiąc. Kochanie, to
najlepsza rzecz, jaka nas kiedykolwiek spotkała. I nie zapominaj, że
Theo jest prawnikiem. Wiem przecież, że chcesz pracować w biurze
prokuratora okręgowego. Theo może być twoją przepustką do kariery.
Byłam w szoku, że Hayley w ogóle o tym pomyślała. Chciałam zamykać
przestępców za kratkami, czyli tam, gdzie ich miejsce, więc samo bycie
prawniczką niewiele by dla mnie znaczyło. Pragnęłam o wiele więcej.
Zamierzałam ciężko pracować, żeby dostać się do prokuratury okręgowej, a w głębi serca... Marzyłam o stanowisku prokuratora okręgowego. Nie
zdawałam sobie sprawy, że Hayley kiedykolwiek słuchała mnie, gdy
opowiadałam jej o moich planach na przyszłość.
Tak czy inaczej, chciałam sama zapracować na tę pozycję. Nie zamierzałam
zdawać się na innych, a już na pewno nie na nowego sponsora Hayley.
Frytki. Pop-Tarts. Płatki śniadaniowe. Batonik Hershey's. Burger z serem. Naprawdę lubię ser. I jeszcze musztarda, i keczup. Okrągły
makaron z sosem pomidorowym, z wkrojonymi małymi parówkami. Jak mama
robiła w domu.
Przestań myśleć o jedzeniu.
Nie mogę nawet płakać. Płacz za bardzo boli. Płacz kosztuje wiele
wysiłku.
Za zimno. Prysznic w naszej maleńkiej łazience w przyczepie niezbyt
nadawał się do spania. Miałam wodę. Ale od wody zaczynał boleć mnie
brzuch.
Ile to już trwało? Chciałam jeść.
Próbowałam się wydostać, ale on zrobił coś z drzwiami, żeby nie
otwierały się na zewnątrz - widziałam, jak zabijał deskami maleńkie
okienko nad umywalką.
Czułam coraz większą senność. Myślenie o jedzeniu tak bardzo mnie
męczyło. Wystarczy, że zasnę.
Usłyszałam odgłos ciężkich kroków po drugiej stronie drzwi. Trzask.
Nagle poczułam na twarzy coś ciepłego.
- Otwórz oczy, śmieciu.
Otworzyłam je.
Stanął w wejściu i spojrzał na mnie.
- Koniec twojej kary. Mam już dość ciągłego chodzenia do łazienki
Carli.
W ustach czułam kurz. Suchość. Żwir. Jak na drodze przy naszym domu w gorące letnie dni.
- Na co czekasz? - Złapał mnie za ramię i podniósł. Bolało bardziej niż
zwykle. - Wypierdalaj stąd.
Puścił mnie i osunęłam się po framudze na podłogę.
Coś jest nie tak z moimi nogami, pomyślałam, wpadając w panikę.
Nagle z boku przeszył mnie straszliwy ból. Odwróciłam się.
- Mówiłem, że masz wypierdalać. - Zdjął nogę z mojego biodra.
Jakimś cudem zdołałam wyczołgać się z łazienki.
Drzwi zatrzasnęły się za mną z hukiem. Leżałam na podłodze w kuchni,
wpatrując się w zawieszone wysoko szafki.
Wreszcie jęknęłam.
Tam było jedzenie. Ale nie miałam już siły, żeby po nie sięgnąć.
Podobno wszystkie moje lęki miały zniknąć, kiedy będę dorosła!
Piosenka Twenty One Pilots z mojego smartfona brutalnie wyrwała mnie ze
snu. Mój budzik. Wymacałam ręką telefon i wyłączyłam go.
Całe moje ciało pokrywał zimny pot.
Od dawna nie miałam takiego koszmaru, ale nie trzeba tu było
analitycznych mocy doktora Freuda, żeby domyślić się, co go sprowadziło.
Za kilka tygodni miałam przeprowadzić się na drugi koniec kraju do domu
mężczyzny, którego nigdy nie spotkałam.
Z jękiem zwlokłam się z łóżka. Cały czas zastanawiałam się, czemu
przypadła mi w udziale najbardziej samolubna i nieodpowiedzialna matka
na tej planecie.
- Nie mogę uwierzyć, że India naprawdę wyjeżdża.
Na dźwięk mojego imienia zatrzymałam się za rogiem korytarza. Szłam
właśnie na spotkanie komitetu tanecznego.
- Ja tam mogę. To jej pierwszy sensowny ruch, odkąd pojawiła się w tej
szkole - powiedziała Siobhan.
Zmrużyłam oczy. Ale suka.
- Co przez to rozumiesz? - zapytała Tess.
- Och, proszę, Tess. Obie doskonale wiemy, że India niewiele ma do
zaoferowania. Zobacz, gdzie ona mieszka. Jest nikim. To ja jestem kimś.
Mam duży dom, gdzie można robić imprezy, i basen. Do tego mieszkam przy
plaży. Ona z kolei żyje w jakimś maleńkim mieszkanku i tylko Anna
widziała, jak ono w środku wygląda. To kryminalnie głupie, że India
została aż tak popularna.
Ledwo zarejestrowałam cokolwiek po "jest nikim".
Na dźwięk tych słów znowu ogarnęła mnie panika.
Nie.
Nikt tutaj nie miał prawa tak do mnie mówić.
Gdy mieszkałam w Arroyo Grande, szkoła pozostawała moim królestwem.
Szybkim krokiem wyszłam zza rogu. Tess szła już korytarzem w stronę
sali, w której zwykle odbywały się spotkania komitetu tanecznego.
Siobhan patrzyła na jej oddalającą się postać, ale na mój widok się
wzdrygnęła.
Przechodząc, spojrzałam na nią uważnie.
- No? Idziesz czy nie? - zapytałam.
- Idę, ale po co ty tam? I tak nie będzie cię już na balu.
- To prawda. Ale na razie nadal tu jestem - przypomniałam jej.
A potem ucieszyłam się bardziej, niż powinnam, bo cały komitet powitał
mnie entuzjastycznie, ledwie zauważając Siobhan, a potem jeszcze
bardziej, bo wszystkie moje sugestie zostały przyjęte, chociaż było
wiadomo, że w wydarzeniu nie wezmę już udziału.
To ja kontrolowałam sytuację.
Siobhan i jej słowa nie mogły mnie skrzywdzić w tej sali.
- Źle wyglądasz. Jesteś zmęczona? - szepnęła Anna po spotkaniu.
Nie mogłam jej powiedzieć, że po raz piąty w tym tygodniu śnił mi się
ten sam, stary koszmar. Obudził mnie o trzeciej nad ranem i nie dałam
już rady ponownie zasnąć.
- To przez to ciągłe zamieszanie. Pakowanie i całą resztę -
odpowiedziałam.
- Wiem. Nie przypominaj mi. - Anna objęła mnie w pasie i przytuliła. -
Hayley opowiedziała ci coś więcej o tym kolesiu?
- Trochę. I wyguglałam go.
- I co znalazłaś? - Otworzyła szeroko oczy z ciekawości.
Nic, co by go pogrążyło. Ale to, co znalazłam, było wystarczająco
przerażające.
- Hayley powiedziała, że jest bogaty. I faktycznie tak jest. On serio
należy do miejscowej elity. I Hayley chce, żebym stała się jej częścią.
Rozumiesz? Ja. - Czułam narastającą panikę. Wiedziałam, że awans
towarzyski w takim środowisku jak Boston był niemożliwy. A pozycja na
dole hierarchii społecznej wyglądała okropnie. Ludzie przestawali cię
zauważać, a kiedy jesteś niewidzialna, nikt nie zwróci uwagi, kiedy
spotka cię coś złego.
Ale w świecie pana mecenasa Theodore'a Roberta Fairweathera wspinanie
się po drabinie społecznej wyglądało zupełnie inaczej.
- Jakim cudem mam się do nich dopasować?
- Nie wszyscy w twojej szkole będą zamożni.
- Większość z nich na pewno będzie. Posyłają mnie do prywatnego liceum.
- Niestety, Anna nie miała racji.
- Żartujesz?! - Spojrzała na mnie przerażona.
- Ani trochę.
- Znaczy z kraciastymi mundurkami i w ogóle?
- Sprawdzałam na ich stronie internetowej i wygląda na to, że nie mają
mundurków, ale poziom zajęć jest niesamowicie wysoki. - Co było
korzystne z punktu widzenia mojego podania o przyjęcie na studia, ale
oznaczało również, że będę musiała więcej się uczyć, a to z kolei
wiązało się z ograniczeniem czasu na pracę nad awansem społecznym. -
Czesne jak z kosmosu. Ponoć Theodore załatwił mi przyjęcie bez rozmowy
kwalifikacyjnej tylko dzięki swojemu nazwisku.
- Rany. Nie mogę uwierzyć, że będziesz mieszkać z panem Dzianobogatym i nawet go nie znasz! Twoja matka jest kompletnie rąbnięta. Wygląda to jak
z serialu. - Anna skrzywiła się.
- Całe moje życie jest kiepskim serialem - zaśmiałam się gorzko.
Rozdział 2
Dom w Weston w stanie Massachusetts był pałacem. Prawdziwym pałacem.
Stałam na zewnątrz na podjeździe i wyciągając szyję, obserwowałam
ogromny budynek z czerwonej cegły. Dach był pokryty szarymi dachówkami,
a okna miały białe drewniane ramy. Poza tym miałam wrażenie, że budowla
się nie kończy.
- Podoba ci się?
Przełknęłam ślinę i spojrzałam szybko na narzeczonego Hayley i mojego
przyszłego ojczyma w jednej osobie. Theodore Fairweather miał ponad
czterdzieści lat, był wysoki, atletycznie zbudowany i najwyraźniej
przystojny jak na starego człowieka. Co więcej, był właścicielem domu, w którym nasze kalifornijskie mieszkanie bez problemu zmieściłoby się
dwadzieścia, może nawet trzydzieści razy.
- Jest wielki - stwierdziłam.
Theo zaśmiał się, a w kącikach jego oczu pokazały się kurze łapki.
Często się tam pojawiały, uznałam, że to dlatego, że często się śmiał.
To oczywiście nie znaczyło, że był dobrym człowiekiem. Za tymi wesołymi,
niebieskimi oczami mogło się kryć okrucieństwo. Ludzkość w końcu do
perfekcji opanowała kłamstwo.
- Tak, jest duży - przyznał.
- Po prostu kocham to miejsce. - Hayley położyła głowę na jego ramieniu.
- Nie mogę uwierzyć, że nareszcie tu jesteśmy.
- Ja też nie. - Pocałował ją w czoło. - Mam wrażenie, że czekałem całą
wieczność, aż wreszcie do nas dotrzecie.
Theo odebrał nas z lotniska. Nie miałyśmy ze sobą dużo bagaży, bo Hayley
powiedziała, żebym nie pakowała ubrań. Uznała, że będziemy musiały kupić
ciuchy, które pozwolą lepiej nam się dopasować do naszej nowej pozycji.
Jasne.
Widać było, że Hayley jest podekscytowana myślą o wydawaniu pieniędzy
Theo. Ale ja nie chciałam nic mu zawdzięczać. Niestety, byłam mu już
winna tysiące dolarów czesnego za jakąś głupią, snobistyczną szkołę w Bostonie.
- Wejdźmy do środka. - Theo przeszedł przez dwuskrzydłowe drzwi
wejściowe. Stanęłyśmy w marmurowym holu zakończonym parą drzwi wiodących
do holu głównego. Szerokie schody opadały ku nam leniwym łukiem. Nie
mogłam przestać gapić się na drogie meble.
Jako dziecko robiłam, co mogłam, żeby nie czuć się jak śmieć.
Wiedziałam, że inni tak właśnie o nas myśleli. Ale starałam się
pamiętać, że bez względu na to, co mówią, byłam kimś.
Stojąc w tanich ubraniach w tym wielkim, luksusowym domu, poczułam teraz
nagły lęk, że nigdy nie zdołam nabrać pewności siebie. Nigdy nie
odzyskam kontroli. Czułam się niezgrabnie. Nieelegancko. Jak prostaczka.
Jak śmieć.
Wzbudziło to we mnie jeszcze większą - jeśli w ogóle to możliwe -
nienawiść do Hayley i Theo za to, że przez nich było mi teraz tak bardzo
źle.
- Oprowadzę cię po domu i pokażę twój pokój, India.
Pozostałą część rezydencji urządzono tak pięknie, że poczułam mdłości.
Nie mogłam zapamiętać, przez ile wspaniale udekorowanych i luksusowo
umeblowanych saloników Theo nas przeprowadził. Kuchnia była dwa razy
większa od naszego mieszkania w Kalifornii. W końcu dotarliśmy do mniej
formalnego pokoju telewizyjnego na tyłach domu. Trzy jego ściany zostały
w całości wykonane ze szkła, a podwójne przeszklone drzwi prowadziły na
ogromne patio. Widziałam tam grill, zestaw mebli ogrodowych, fotele i dalej ogromny basen oraz domek przy nim przypominający miniaturową
wersję rezydencji.
Naokoło basenu, śmiejąc się i rozmawiając, siedziała grupa młodzieży w moim wieku.
Theo zmarszczył brwi na ich widok, ale gdy zauważył moje badawcze
spojrzenie, uśmiechnął się. Ta nagła zmiana tylko umocniła mnie w przekonaniu, że muszę uważać na jego zachowanie.
- Eloise siedzi tam z grupą przyjaciół. Zaprowadzimy cię do nich, a później Eloise pokaże ci twój pokój. Co ty na to?
Nie umiałam wyobrazić sobie nic gorszego.
Uczucie niepokoju natychmiast przerodziło się w prawdziwą panikę. Gdy
Hayley i Theo zmusili mnie do wyjścia na zewnątrz, na ciepłe wrześniowe
słońce, miałam wrażenie, że moje stopy przyciąga do ziemi ogromny
ciężar.
- Eloise! - zawołał Theo i ładna rudowłosa dziewczyna wstała z fotela.
Miała na sobie piękną żółtą sukienkę z jedwabiu, która doskonale
podkreślała różowawą bladość jej cery. Musiała kosztować prawdziwą
fortunę.
Wyszła nam naprzeciw i uśmiechnęła się szeroko do ojca. Poczułam coś,
czego nie chciałam nazwać zazdrością, kiedy ojciec i córka przytulili
się - z objęciem, którego siła musiała być prawdziwa albo talenty
aktorskie tych dwojga znacznie przewyższały wszystko, co byłam w stanie
sobie wyobrazić - a potem uśmiechnęli do siebie.
Theo wymamrotał coś, czego nie dosłyszałam.
- Przepraszam, tato. - Eloise spojrzała na Hayley i powiedziała
skarcona. - Przepraszam, że nie wyszłam wam na spotkanie.
- Nie szkodzi, kochanie. - Hayley natychmiast przyjęła jej przeprosiny,
a ja próbowałam nie skrzywić się na obie. "Kochanie"? Serio?! Jak dobrze
Hayley znała swoją przyszłą pasierbicę?
- Eloise, to India. India, to Eloise - powiedział Theo.
Spojrzenie orzechowych oczu spotkało się z moim. Zesztywniałam. Nie było
w nich ani odrobiny ciepła.
- Witaj - powiedziała z nerwowym uśmiechem.
Krótko skinęłam głową, a jej uśmiech wydawał mi się jeszcze bardziej
sztuczny.
- Pomogę Hayley się rozpakować. Przedstawisz Indię twoim przyjaciołom i zaprowadzisz ją do jej pokoju, dobrze?
- Oczywiście, tatusiu - wyszczebiotała.
Hayley ścisnęła moją rękę i spojrzała na mnie zachęcająco, jakby wcale
nie zostawiała mnie wilkom na pożarcie. Odwróciłam się od niej i spojrzałam z niepokojem na Eloise.
Odwzajemniła moje spojrzenie, ale nie powiedziała ani słowa dopóty,
dopóki nie usłyszałyśmy trzasku zamykanych drzwi.
- A więc jesteś tutaj. - Eloise skrzyżowała ramiona.
- Na to wygląda - powiedziałam. Tak, zdecydowanie nie mogłam oczekiwać
od niej ciepłego powitania.
- Będziesz musiała iść na zakupy. - Spojrzała na moje ubrania i zmarszczyła brwi.
Postanowiłam nie odpowiadać ani jej, ani jej przyjaciółce, która
zachichotała z fotela na insynuację, że mój strój był zbyt tani jak na
standardy ludzi z jej świata.
Naciągnęłam zbroję i zrobiłam jedyne, co mogłam: udałam, że nie jestem
przestraszona.
- Kim są twoi znajomi? - zapytałam i podeszłam do nich.
Chichocząca dziewczyna była niska, miała gładką złotą cerę i ciemnobrązowe włosy. Siedziała na fotelu. Na brzegu basenu przycupnęli
mocno opalony blondyn i przepiękna blondynka z cerą i rysami twarzy jak
u porcelanowej lalki. Oboje mieli podwinięte nogawki spodni. Wyglądali
jak z reklamy Abercrombie & Fitch. W wodzie, na nadmuchiwanym
materacu leżał ciemnowłosy chłopak, na którego twarzy malował się
uśmieszek. Wreszcie moje oczy spoczęły na sylwetce chłopaka opartego o ścianę domku. Był wysoki i miał ciemną cerę, ciemne włosy i oczy -
krótko mówiąc, jeden z tych przystojniaków, którzy wydają się zbyt
piękni, żeby istnieć naprawdę. Patrzył na mnie obojętnie.
Rzuciłam mu spojrzenie, wkładając w nie całą nudę, jaką umiałam udać, i odwróciłam się do małej chichotki.
Ku mojemu zdziwieniu uśmiechnęła się do mnie.
- Jestem Charlotte - powiedziała.
- Co ważniejsze, ja nazywam się Gabe! - wykrzyknął chłopak z basenu.
Podpłynął w naszą stronę i z uśmiechem wyciągnął do mnie rękę. Jego
czarne włosy były ułożone w fale, a na brązowej skórze migotały krople
wody. Na policzkach i nosie miał niewyraźne piegi, co tylko dodawało
uroku jego przystojnej twarzy. Śmiejące się oczy przesunęły się po mojej
sylwetce.
Pochyliłam się i uścisnęłam jego mokrą rękę.
- India - przedstawiłam się.
- Superimię. - Położył się znowu na materacu, obserwując moją figurę.
Jego spojrzenie było zupełnie inne niż to Eloise, więc trochę
odetchnęłam z ulgą. Może jednak miałam tu jakieś szanse. Ostatecznie
magicznie nie przestałam być ładna w Massachusetts.
- Jestem Joshua. - Chłopak z nogami w basenie wyciągnął do mnie rękę.
Dziewczyna obok niego dźgnęła go łokciem w bok i spojrzała znacząco.
- Auć! - Skrzywił się. - Co znowu?
- Idiota! - Pokręciła zniesmaczona głową.
- Miło cię poznać. - Zignorowałam ją i uścisnęłam mu dłoń.
- Ciebie też.
Teraz to on potrącił dziewczynę. Westchnęła ciężko i spojrzała w górę,
na mnie, taksując mnie spojrzeniem jak wcześniej Eloise.
- Bryce - burknęła.
Spojrzałam przez ramię na chłopaka przy domku. W odpowiedzi na mój
badawczy wzrok wyprostował się i podszedł bliżej. Zatrzymał się przy
fotelu i usiadł na nim z nonszalancką elegancją, z jaką można się tylko
urodzić.
- Finn Rochester - powiedział krótko, głębokim i ostrym głosem.
Jako jedyny przedstawił się również z nazwiska i natychmiast zdałam
sobie sprawę, że powinnam wiedzieć, że jest ważne. Od razu uznałam, że
lubię go najmniej z tego towarzystwa: pięknego, pretensjonalnego
chłopca.
- Mój chłopak. - Eloise podeszła do niego i położyła mu rękę na
ramieniu.
Gest wyglądał na wymuszony i zaczęłam się zastanawiać, co pan Rochester
sądził o tak mało subtelnej deklaracji posiadania.
- I dla twojej wiadomości, Joshua jest moim facetem - ogłosiła Bryce.
- Dobrze wiedzieć - powiedziałam, rozbawiona ich desperacją, która
zmuszała je, aby wszem wobec ogłaszać, że chłopcy należeli do nich. -
Będę pamiętać, żeby moją osobowość pożeraczki mężczyzn odłożyć przy nich
na półkę.
- Przy mnie nie musisz! - zaśmiał się Gabe.
- Nie jesteście razem? - Machnęłam ręką między nim a Charlotte.
- O Boże, nie - odezwała się Charlotte.
- Ej! - Gabe opryskał ją wodą, a ona zapiszczała jak pięciolatka.
- Więc jesteś z Kalifornii? - zapytał Joshua.
- Tak. Z Arroyo Grande.
- Fuj, Zachodnie Wybrzeże - skrzywiła się Bryce.
Od razu przypomniałam sobie Siobhan i jej odrazę wobec wszystkiego, co
nie pochodziło z Zachodniego Wybrzeża. Czyżbym spotkała jej lustrzaną
siostrę bliźniaczkę w Massachusetts?
- Może i fuj, ale serio, wiele bym dała za ładną pogodę i ciepło przez
cały rok. - Westchnęła rozmarzona Charlotte.
- Znudziłyby ci się - stwierdziła Bryce. - Cztery pory roku są lepsze
niż dwie.
Nie chciało mi się wyjaśniać, że w Kalifornii były cztery pory roku, ale
nie różniły się między sobą tak bardzo jak tutaj. Miałam wrażenie, że ta
informacja ani na jotę nie zmieniłaby jej opinii o Zachodnim Wybrzeżu.
- No, to co sądzisz o tym wszystkim? - zapytał Joshua. - Theo i twoja
matka zeszli się ze sobą... Raczej dość szybko, nie?
Poczułam wzrok Eloise i zrozumiałam, że wbrew sobie też była
zainteresowana, więc skierowałam odpowiedź do niej.
- Uważam, że nasi rodzice zachowali się chujowo.
Chłopcy wybuchnęli śmiechem. Przynajmniej Joshua i Gabe. Finn spojrzał
na mnie jak na szokujący rezultat nieudanego eksperymentu naukowego.
- Mój ojciec nie zachowuje się w ten sposób i nie życzę sobie słyszeć
tutaj takiego języka. - Eloise zmrużyła oczy.
Skrzyżowałam ręce na piersi.
- Twój ojciec jest bogatszy od Jaya-Z, a jednak nie pomyślał, że mógłby
przylecieć do Kalifornii, żebym mogła poznać człowieka, który ma zostać
moim ojczymem. Zamiast tego musiałam porzucić całe moje życie i wprowadzić się do domu obcych ludzi. Naprawdę nie sądzisz, że to chujowe
ze strony naszych rodziców?
- Mój ojciec chciał polecieć na zachód, żeby cię poznać - powiedziała
spokojnie Eloise. - To twoja matka się nie zgodziła.
Wzdrygnęłam się i poczułam ukłucie w piersi. Oczywiście, że Theo chciał
mnie poznać, i oczywiście, że moja matka przekonała go, żeby tego nie
robił. Pewnie myślała, że zniszczę cały jej plan, mówiąc mu prawdę albo
po prostu... Cóż, będę sobą.
Wzruszyłam ramionami, udając, że wcale mnie to nie obeszło.
- Więc wy wszyscy chodzicie do tej samej szkoły? - zmieniłam temat.
- My - Eloise zatoczyła palcem koło, pokazując całą swoją grupę -
jesteśmy liceum Tobiasa Rochestera. Pradziadek Finna był założycielem
szkoły.
Powoli wszystko stawało się jasne.
Spojrzałam na Finna, ale on nieporuszenie wpatrywał się w ziemię. To
byli "fajni" ludzie. Moja przepustka do wysokiej pozycji. Jak miałam ich
do siebie przekonać, kiedy Eloise traktowała mnie tak ozięble?
Przeniosłam wzrok z Eloise na Finna, który znowu patrzył na mnie. Czy
raczej na wylot przeze mnie.
Wytrącona z równowagi, spojrzałam znowu na Eloise. Ta machnęła ręką w stronę domu.
- Mogłabym ci pokazać twój pokój, ale pewnie potrzebujesz chwili
samotności, żeby ze wszystkim się oswoić.
Straciłam nadzieję. Zrozumiałam, że jej grzeczna wypowiedź oznaczała, że
nie zamierza pozwolić, żebym stała się częścią ich grupy.
- Jasne - zgodziłam się z uśmiechem. Miałam nadzieję, że wyglądał
uprzejmie. - Do zobaczenia później.
Zacisnęłam zęby, żeby spokojnie wejść do środka i zniknąć im z oczu.
Kiedy zostałam sama, oparłam się bezwładnie o ścianę i z trudem
wciągnęłam powietrze. Cała drżałam, piekły mnie policzki, a gardło
miałam ściśnięte tak, że nie mogłam oddychać.
Czułam, jakbym miała za chwilę umrzeć.
Rozpoznałam objawy towarzyszące nadciągającemu atakowi paniki i spróbowałam go opanować. Eloise jasno dała mi do zrozumienia, że nie
chce się ze mną przyjaźnić, i nie wiedziałam, czy to dlatego, że
nienawidzi mojej matki, czy dlatego, że nie chciała nikogo na miejsce
swojej. A może nie mogła pozwolić, by uwaga jej ojca została podzielona
między więcej osób? Wiedziałam jednak, że zostałam na lodzie.
Pierwszy dzień w szkole w poniedziałek będzie po prostu uroczy.
Drżąc, osunęłam się na podłogę i przycisnęłam nasady dłoni do oczu.
Przywykłam do poczucia samotności w pokoju pełnym ludzi, którzy mnie
lubili, ale nie wiedziałam, jak radzić sobie z byciem naprawdę sama.
Dziwiłam się, jak bardzo mnie to przerażało.
Podczas próby odnalezienia mojej nowej sypialni prawie znowu wpadłam w histerię. Zgubiłam się w labiryncie korytarzy, schodów i pokoi w rezydencji.
Kiedy w końcu dotarłam na miejsce, byłam w szoku.
"Duży" nie było tu adekwatnym określeniem.
Na środku pokoju z oszklonymi drzwiami, prowadzącymi na balkon,
znajdowało się ogromne łóżko z baldachimem i zasłonami w kolorze
szampana. Ścianę za łóżkiem obito tapetą w złote adamaszkowe wzory.
Dostałam białe meble w stylu francuskim: nocny stolik, toaletkę i stolik
z taboretem do kompletu. Biurko z komputerem Apple'a, obok niego
przybory szkolne, plazma na ścianie naprzeciwko mojego łóżka z małą
półką z odtwarzaczem DVD. Na ścianie przy drzwiach umieszczono iDock,
więc mogłam odtwarzać muzykę i słuchać jej z małych głośników,
zamocowanych wysoko w każdym kącie pokoju. Do tego miałam wielką
garderobę i własną łazienkę z prysznicem, a także wielką wanną na lwich
łapach.
To była sypialnia dla prawdziwej księżniczki.
Zakochałam się w niej. I od razu się za to znienawidziłam.
Tak właśnie wyglądał pokój, o jakim marzyłam, kiedy chciałam uciec od
mojego ojca. Pokój, jakiego nigdy nie miałam mieć.
Więc oczywiście go uwielbiałam.
Chciałam tylko móc go zdobyć w inny sposób.
- I co o tym myślisz? - Hayley stała w drzwiach, uśmiechając się do
mnie. Była sama.
Przypomniałam sobie słowa Eloise i odwróciłam się do Hayley.
- Myślę, że wstydzisz się mnie albo siebie.
Weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi.
- O czym ty mówisz?
- O tym, że Theo chciał przyjechać do Kalifornii, żeby się ze mną
spotkać, zanim wywieziecie mnie na drugi koniec kraju do obcego miejsca
i obcych ludzi. A ty nie pozwoliłaś, żeby mnie poznał. Dopóki nie było
za późno.
- To nieprawda. - Hayley potrząsnęła głową z miną winnej.
- Eloise powiedziała mi, że Theo chciał do nas przylecieć, ale ty się
nie zgodziłaś.
Pochyliła głowę i milczała.
Wciąż byłam zaskoczona, że Hayley jednak potrafi mnie zranić.
- Więc jak było? - naciskałam gniewnie. - Wstydziłaś się mnie czy
siebie?
- Po prostu... - Wzruszyła ramionami i spojrzała na mnie bezradnie. - Nie
chciałam, żebyś powiedziała mu prawdę. Jeszcze nic mu nie mówiłam, a wiem, że nadal jesteś na mnie zła i... I nie chciałam go stracić.
- Czyli wszystko po staremu, co, Hayley? Zawsze robisz to, co będzie
najlepsze dla ciebie. Nie dałaś mi czasu, żeby poznać tego gościa, nie
dałaś jemu czasu, żeby poznał mnie... Nie, to mogłoby ci zaszkodzić,
prawda? Ostatecznie kogo obchodzi, że znowu zniszczysz cały mój świat i wydasz mnie na pastwę tych hien? Ważne, żebyś ty była zadowolona! -
Zaśmiałam się gorzko.
Podbiegła do mnie nagle, ściskając mnie mocno za ramię.
- To najlepsza rzecz, jaka mogła nam się kiedykolwiek przytrafić! Wiem,
że mi nie wierzysz, ale Theo jest dobrym człowiekiem i może się nami
zaopiekować. Nikt nas tu nie skrzywdzi - powiedziała błagalnie.
- Nikt oprócz nas samych.
- Zamierzasz mu powiedzieć? - Puściła mnie.
Rozejrzałam się. Pokój gościnny nigdy nie zostałby wyposażony w takie
fanty, z laptopem i głośnikami, i rzeczami do szkoły. Nieważne, jakim
człowiekiem jest Theo, naprawdę zrobił wszystko, żebym czuła się mile
widziana w jego domu.
- Wiesz co? Prawie mi żal tego kolesia. - Odwróciłam się z powrotem w stronę Hayley. - Zaraz weźmie ślub z kobietą, której tak naprawdę nie
zna.
Patrząc w umęczone oczy Hayley, czułam, że się łamię. To mogła być moja
zemsta idealna: odebrałabym jej tego mężczyznę, najzwyczajniej w świecie
mówiąc mu prawdę. Ale nie byłam aż taka bezlitosna.
- Nie powiem mu - zdecydowałam.
- To słuszna decyzja, kochanie. Obiecuję. Naprawdę próbuję ci
wynagrodzić to, co było wcześniej. Już od sześciu lat. Co jeszcze mogę
zrobić? - Hayley pochyliła się z ulgą.
- Przestać próbować.
Wzdrygnęłam się, kiedy podniosła rękę i przejechała kciukiem po moim
policzku.
- Nigdy - wyszeptała. Miała mokre oczy, gdy to mówiła.
Stałam silna i milcząca, dopóki nie zostawiła mnie samej w pokoju.
Dopiero wtedy pozwoliłam sobie na łzy.
- Jakie to ekscytujące! - ucieszył się Theo. - Nasz pierwszy rodzinny
obiad.
Hayley uśmiechnęła się do niego szeroko. Ja i Eloise unikałyśmy swojego
wzroku, chociaż siedziałyśmy naprzeciwko siebie przy ośmioosobowym
stole.
Po tym, jak Theo i Hayley zmusili mnie do wyjścia z mojej nowej
sypialni, odkryłam, że Theo zatrudnia kierowcę, kucharza, trzy pokojówki
i ogrodnika. Wyglądało na to, że udało mi się wcześniej nie zauważyć
boiska do tenisa i boiska do badmintona położonych za basenem.
Mieli tu "służbę".
Służbę!
To chyba jakiś żart. Czułam się jak Cedric Errol w Małym lordzie.
Kiedy wspomniana służba podawała nam obiad, udawałam, że nie widzę, jak
Hayley i Theo gruchają do siebie jak dwa gołąbki.
- Eloise, może dołączysz jutro do Hayley i Indii? Idą na zakupy po nową
garderobę i przyda im się pomoc - powiedział Theo.
Eloise uśmiechnęła się do ojca.
- Bardzo chętnie poszłabym z nimi, ale musimy jutro napisać referat z chemii z Charlotte. Ostateczny termin oddania jest w poniedziałek.
- Och, oczywiście. Nauka powinna zawsze być na pierwszym miejscu. - Theo
wyglądał na rozczarowanego, ale nie naciskał.
- Bardzo fajne butiki są na Charles Street - zwróciła się ciepło Eloise
do Hayley. - I naturalnie zawsze można iść na Newbury Street. Tam
znajdziesz wszystko, czego potrzebujesz.
- Dziękuję. - Hayley odwróciła się do Theo. - Nigdy nie byłam na
zakupach w Bostonie.
- Gil was zawiezie, ale Back Bay i Beacon Hill to miejsca, w których
trudno się zgubić. Tam właśnie znajduje się twoje nowe liceum, India, w Beacon Hill - uściślił Theo. - Gil zawiezie tam ciebie i Eloise rano, a potem odbierze po szkole. Jeśli okaże się, że macie różne plany lekcji,
wymyślimy coś innego. Twoja mama mówi, że nieźle grasz w piłkę nożną. W szkole Tobiasa Rochestera nie ma, niestety, drużyny futbolowej, ale
jest za to lacrosse.
- Nigdy nie grałam w lacrosse'a.
- Może będziesz dobra.
- A mają tam gazetkę szkolną?
Oczy mu się zaświeciły w odpowiedzi na moje nagłe zainteresowanie
rozmową. Wydawało się, że był zadowolony, że myślałam poważnie o nauce.
Nie rozumiał oczywiście, że to nie kucie dla kucia było dla mnie ważne,
bo chciałam dostać się do dobrego college'u.
- Owszem, mają. Nagradzaną gazetkę szkolną.
- India była redaktorką w swojej poprzedniej szkole - wtrąciła z dumą
Hayley.
Byłam zaskoczona, że w ogóle o tym wiedziała.
Theo był wyraźnie zadowolony.
- W takim razie musimy postarać się, żebyś została członkinią zespołu
redakcyjnego "Kroniki Tobiasa Rochestera".
- Dziękuję - wydusiłam z trudem.
- Nie ma za co. Powiedz lepiej, co jeszcze cię interesuje.
- Byłam w kole debat oksfordzkich i zarządzałam kołem teatralnym.
- Cóż, Eloise grała główne role w szkolnych przedstawieniach przez
ostatnie trzy lata. - Theo uśmiechnął się szeroko do córki. - Zazwyczaj
przypadają one w udziale uczniom trzeciej albo czwartej klasy, ale
Eloise jest tak utalentowana, że wygrywa wszystkie castingi, odkąd
skończyła czternaście lat. Na pewno mogłabyś znaleźć jakieś zajęcie dla
Indii za kulisami.
- Tatusiu, nasz teatr to nie zwykłe kółko zainteresowań w państwowej
szkole. Nasz menedżer nie jest uczniem, tylko doświadczonym
profesjonalistą, który dostaje pensję za swoją pracę.
- Wiem, ale India mogłaby zostać jakąś asystentką. - Theo wzruszył
ramionami.
- Och, chętnie zostałabym asystentką - dodałam, naśladując proszące
gołębie spojrzenie Eloise.
- Myślę, że nie brakuje nam nikogo za kulisami. - Skrzywiła się, jakby
naprawdę ją coś zabolało.
- Pish posh - rzucił Theo. - Rok szkolny dopiero przed chwilą się
zaczął.
- Pish posh - powiedziałam bezgłośnie do Hayley. Bez kitu. Czy
członkowie bostońskiej śmietanki towarzyskiej rozmawiali, jakby nadal
nie zauważyli, że nie są już Brytyjczykami?
Ku mojemu zdziwieniu, moja złośliwostka tak rozbawiła Hayley, że musiała
ukryć uśmiech za serwetką.
- Tak, pish posh - zwróciłam się do Eloise. - Jesteś przecież ich
gwiazdą, na pewno możesz coś załatwić.
Hayley zakaszlała w serwetkę, niezbyt umiejętnie ukrywając śmiech. Theo
chyba niczego nie zauważył. Zajęty był obserwowaniem mnie z uznaniem.
- Ta dziewczyna wie, czego chce. Podziwiam to. Jestem pewien, że
doskonale będziesz do nas pasować, India.
- Też tak uważam. - Zmusiłam się do uśmiechu.
- Zrobiłaś na mnie wrażenie już wtedy, gdy twoja mama powiedziała, że
chcesz zostać prawniczką i pracować w biurze prokuratora okręgowego -
dodał, chyba szczerze, Theo. - A teraz, gdy się poznaliśmy, jeszcze
bardziej cię podziwiam. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że mamy w rodzinie kogoś, kto ma aspirację zostać prawniczką.
Nie wiedziałam, czy cokolwiek z tego było prawdą, ale łatwo było poznać,
że słowa uznania ze strony ojca Eloise przywołały na jej twarz wyraz
nieufności, którego zupełnie nie mogłam zrozumieć.
Rozdział 3
Musiałam przyznać, że Charles Street zrobiła na mnie wrażenie.
Gil, nasz kierowca, był sympatycznym, wysokim i łysym mężczyzną koło
czterdziestki, z szerokimi ramionami i ogromnymi bicepsami. Uznałam, że
jest bardziej ochroniarzem niż kierowcą.
Jakimś cudem udało mu się znaleźć miejsce do zaparkowania na ulicy
wykładanej czerwoną cegłą, wysadzonej po obu stronach drzewami, ze
staroświeckimi, gazowymi latarniami, sklepami z antykami, restauracjami
i butikami. Powietrze było gęste od zapachu kwiatów i miałam wrażenie,
że w ogóle nie jesteśmy już w mieście.
Na razie Hayley kupiła kilka sukienek. Każda z nich kosztowała setki
dolarów.
Ja kupiłam fikuśny notatnik.
- Musisz zacząć się rozglądać - powiedziała Hayley. Szłyśmy powoli w stronę Gila, który stał na baczność przy samochodzie.
- Niby za czym mam się rozglądać? - zapytałam. - Nie mam pojęcia, jak w tej szkole się ubierają.
- Nie pomyślałam o tym. Cholera. Powinnam była zapytać Eloise.
Przepraszam.
- Nie sądzę, żeby pomogła...
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Za całym tatusiowaniem i szczebioczącymi uśmieszkami kryje się
dziewczyna, która wcale nie jest zadowolona, że tutaj jestem.
Czekałam, aż Hayley powie mi, że wymyślam. Jednak zaskoczyła mnie znowu,
patrząc na mnie uważnie.
- Była dla ciebie niegrzeczna? - spytała.
- Nie, ale nie była też miła.
- Daj jej trochę czasu. - Hayley trąciła mnie ramieniem. Uśmiechała się
zachęcająco.
- Jasne.
- Masz mi powiedzieć, jeśli Eloise kiedykolwiek zachowa się
nieodpowiednio. Ojciec trochę za bardzo ją rozpieszczał.
- Poradzę sobie - oznajmiłam, zbyt uparta, żeby przyjąć pomoc.
- Finn! - krzyknęła nagle bez sensu Hayley.
Wzdrygnęłam się.
A potem podążyłam wzrokiem za jej spojrzeniem i zrozumiałam, że jej
okrzyk nie był przypadkowy.
Poczułam nerwowe ukłucie w żołądku.
Finn Rochester wyszedł właśnie z butiku, w którym niedawno kupiłam
notes. Spojrzał na nas, a gdy mnie zauważył, zmrużył oczy.
Zanim mogłam ją zatrzymać, Hayley pospieszyła w jego stronę.
- Hayley. - Finn skinął głową na powitanie.
Nie zdawałam sobie sprawy, że Hayley poznała wcześniej chłopaka Eloise,
ale przecież spędziła z nimi całe miesiące, nim mnie tu przywiozła. Nie
tylko spotkała Finna, lecz także znali się na tyle dobrze, że mówili
sobie po imieniu. Nie mogłam powstrzymać irytacji.
- Jak się masz, Finn? - Hayley uśmiechnęła się do niego, jakby był
najbardziej interesującym chłopcem na świecie.
Znałam ją dość dobrze, żeby wiedzieć, że zrobiło na niej wrażenie jego
nazwisko i sposób, w jaki traktował wszystkich z wrodzonym poczuciem
wyższości.
- Dobrze, a ty?
- Wyszłyśmy właśnie na zakupy. - Hayley podniosła torby, które trzymała
w rękach, żeby zilustrować swoją odpowiedź.
- A ty nic nie kupujesz? - Finn spojrzał na mój jeden skromny pakunek.
Wydawał się tak znudzony własnym pytaniem, że zastanawiałam się, po co w ogóle je zadał.
Zanim zdołałam coś powiedzieć, Hayley rzuciła:
- Cóż, India ma pewien problem. Może mógłbyś jej pomóc?
- Z miłą chęcią.
Parsknęłam głośno. Finn brzmiał, jakby pomaganie mi było ostatnią
rzeczą, na jaką miał ochotę.
Spojrzał na mnie, ale nie pozwoliłam dać się onieśmielić jemu i jego
przystojnej, męskiej twarzy. Mierzyłam go spojrzeniem, aż odwrócił się
do Hayley.
W duchu skakałam z radości, że wygrałam to starcie.
Hayley przyglądała się naszemu zachowaniu z zainteresowaniem.
Uśmiechnęła się trochę złośliwie.
- Co noszą dziewczyny w twojej szkole? - zapytała. - India potrzebuje
nowej garderoby na nadchodzący semestr.
- Wystarczy, że ubrania będą designerskie - odpowiedział Finn, nie
patrząc na mnie. - Na Newbury Street jest mnóstwo sklepów. Poproś
sprzedawców o pomoc. Wyjaśnij, że ona będzie chodzić do Tobiasa
Rochestera. Będą wiedzieli, co robić.
- Cudownie, dziękuję ci bardzo. - Hayley uśmiechnęła się szeroko, nie
zauważając nawet, że Finn powiedział o mnie "ona", zamiast użyć mojego
imienia.
Bo co? Nie chciał skalać nim swoich ust, żeby nie zarazić się biedą i tandetą?
Gnojek.
- Nie ma za co. - Kiwnął głową. - Miłego dnia.
Patrzyłyśmy na jego oddalającą się sylwetkę i uznałam, że jest idealny
dla Eloise. Miał szerokie barki i wąską talię pływaka, długie nogi,
twarz greckiego boga i drogie ubrania, które idealnie na nim leżały. Był
piękny i bogaty, zupełnie jak jego dziewczyna.
I tak samo jak ona nie chciał mnie tu widzieć.
- Lubię go - stwierdziła Hayley. - Jest w nim coś tajemniczego.
- Owszem. Snobizm.
- Nie, nie sądzę. - Zmarszczyła brwi. - Myślę, że on po prostu jest
smutny.
- Smutny? - Skrzywiłam się. - Niby czemu?
- Nie wiem. Może potrzebuje przyjaciółki. - Znacząco trąciła mnie
łokciem.
- Jasne, już to widzę. - Zaśmiałam się głośno.
- No co? - Hayley wydawała się speszona. Znowu ruszyłyśmy w stronę
samochodu. - Uważam, że świetnie byście się dogadywali, gdybyś tylko
włożyła odrobinę wysiłku. Wiesz, że to chłopiec, z jakim chętnie bym cię
widziała, gdyby tylko Eloise nie dorwała go pierwsza. Taki chłopak
potrzebuje kogoś, kto nim wstrząśnie. Tobie świetnie to wychodzi.
Znowu mi dokuczała. Burknęłam tylko i wywróciłam oczami.
- Tak, świetnie mi wychodzi wstrząsanie tobą, Hayley. Wobec innych
jestem zupełnie łagodna.
Poza tym... Prędzej piekło zamarznie, niż Finn Rochester zainteresuje się
taką dziewczyną, jak ja.
I potrzeba by prawdziwego cudu, żeby sprawić, że taki zimny facet wyda
mi się atrakcyjny. Jego przystojna twarz była tu bez znaczenia.
Wielka brama z kutego żelaza otwierała się z chodnika na dziedziniec,
przy którym stało liceum Tobiasa Rochestera. Położone w imponującym
budynku w stylu klasycystycznym, nieco oddalone od ulicy, wyglądało jak królowa szeregu domów w historycznej, stylowej dzielnicy Beacon Hill.
Zadarłam głowę, próbując wzrokiem objąć budowlę. Serce waliło mi jak
młotem.
Ranek zapowiadał się pięknie, ale później było coraz gorzej. Najpierw
obudziły mnie ciepłe promienie słońca, wpadające do mojej pięknej,
spokojnej sypialni. Byłam zdziwiona, że tak dobrze wypoczęłam. Teraz
wreszcie rozumiałam, dlaczego ludzie mówili, że ich łóżka są miękkie jak
piórka.
Wzięłam prysznic w nowej wspaniałej łazience i włożyłam ubrania, które
Hayley kazała mi wczoraj kupić. Miałam na sobie dżinsy Armaniego i koszulkę Alexandra McQueena. Hayley (albo Theo?) kupiła mi nawet
biżuterię, więc na rękę założyłam nowy zegarek i bransoletkę, a w uszach
miałam niewielkie diamentowe kolczyki. Tego drogiego, ale casualowego
stroju dopełniały buty na płaskich obcasach Tory Burch. I chociaż nie
chciałam tego przed sobą przyznać, bo nie podobało mi się, że będę się
pałętać po mieście jak chodząca fabryka ekonomicznego przywileju,
wyglądałam naprawdę dobrze.
Na tym jednak skończyło się wszystko, co dobre.
Theo nie zjadł z nami śniadania, bo wyszedł do pracy wczesnym rankiem.
Hayley jeszcze spała, a Eloise siedziała przy stole obsługiwana jak
jakaś młoda baronówna.
Uznałam, że lepiej będzie, jak pójdę zjeść do kuchni. Przy okazji
mogłabym porozmawiać z Gretchen, naszą kucharką. Bardzo szybko
przekonałam się jednak, że Gretchen wcale nie chciała mnie w swojej
kuchni. Zdradziły ją niechętne spojrzenia i odpędzające gesty: a kysz, a kysz!
Musiałam wrócić do jadalni, do mojej już prawie przyrodniej siostry.
Przy stole panowała dusząca cisza.
Gil przyszedł, żeby nam powiedzieć, że czas wychodzić do szkoły, więc
złapałam mój nowy tornister (nigdy nie sądziłam, że będę nosić
tornister) i ruszyłam za Eloise.
Pełna napięcia cisza trwała między nami przez całe trzydzieści pięć
minut drogi do szkoły. Kiedy zatrzymaliśmy się na miejscu, Gil otworzył
przed Eloise drzwi samochodu, a ona wyskoczyła z niego jak strzała.
Gil uśmiechnął się do mnie ze zrozumieniem, gdy już wysiadłam, i życzył
mi miłego pierwszego dnia.
Na razie był on jedyną osobą w całym Massachusetts, którą naprawdę
polubiłam.
Poczułam na sobie kilka ciekawych spojrzeń, gdy wkraczałam przez bramę w moje nowe szkolne życie. Theo wysłał Hayley listę zajęć kilka tygodni
wcześniej, więc zdążyłam ją wypełnić. W ciągu dwudziestu czterech godzin
dostałam gotowy plan lekcji, a Theo przekazał mi podręczniki, żebym
miała jako takie pojęcie, co było już omawiane na zajęciach. Poza tym
szkoła miała platformę w sieci, a nauczyciele byli na tyle pomocni, że
wrzucali na nią nadchodzące tematy i teksty, które trzeba było
przeczytać.
Wszystkie formalności zostały załatwione, ale musiałam jeszcze zgłosić,
że dotarłam na miejsce. Podążyłam za strzałkami do sekretariatu,
rozglądając się po nowoczesnym wnętrzu szkoły. W porównaniu z historyczną elewacją budynku wyglądało zupełnie nie na miejscu.
Sekretariat też urządzony był bardzo modnie - wszystko w połyskującym
szkle, białym, malowanym drewnie, a do tego drogie komputery.
- W czym mogę pomóc? - zapytała mnie kobieta w średnim wieku z krótkimi
blond włosami, gdy weszłam do środka.
Uśmiechnęłam się do niej. Nie chciałam wyglądać na tak zdenerwowaną, jak
się czułam.
- Mam na imię India Maxwell - powiedziałam. - Jestem tu nowa.
- Ach, India Maxwell, oczywiście. - Wyszła zza biurka, żeby podać mi
rękę. Kiedy ją uścisnęłam, przedstawiła się. - Nazywam się Llewellyn.
Jestem kierowniczką administracji w Tobiasie Rochesterze.
- Miło mi panią poznać.
- I wzajemnie. Czekaliśmy na ciebie. - Wróciła do biurka i pogrzebała
chwilę w papierach, aż w końcu wyciągnęła wielką kopertę. - To dla
ciebie. W środku są ważne informacje dotyczące szkoły, włącznie z ulotkami o wszystkich zajęciach pozalekcyjnych, jakie tu oferujemy.
- Dziękuję bardzo - odpowiedziałam cicho. Tego wszystkiego było za dużo.
- Dyrektor Vanderbilt chciał ci się przedstawić.
Dyrektor Vanderbilt okazał się mężczyzną starszym od Theo o jakieś pięć
lat. Spodziewałam się kogoś nadętego, pretensjonalnego i patrzącego na
mnie totalnie z góry, ale dyrektor Vanderbilt - wysoki, chudy mężczyzna
z parą okularów bez oprawek na wielkim rzymskim nosie - był bardzo
serdeczny.
Okazał się najserdeczniejszą osobą, jaką miałam spotkać tego dnia.
Na pierwszej lekcji była mikroekonomia i ku mojemu przerażeniu Eloise,
Finn i reszta ich paczki także chodzili na te zajęcia. Nie spodziewałam
się spotkać ich wszystkich naraz, więc kiedy nauczyciel przedstawił mnie
grupie, musiałam szybko się opanować, żeby nie pokazać po sobie nerwów.
Eloise udawała, że mnie nie widzi. Zajęłam miejsce po przeciwnej stronie
sali. Mój wzrok podążył w stronę Finna, ale on intensywnie obserwował
nauczyciela, jakby próbował unikać mojego spojrzenia. Przestałam szybko
o tym myśleć - wiedziałam, że Finn uważał się za lepszego ode mnie.
Pewnie nawet nie rejestrował mojej obecności.
Nie żeby mnie to obchodziło.
Facet od mikroekonomii był całkiem fajny i zdołałam przetrwać jego
zajęcia bez poczucia, że kompletnie nie ogarniam, co się dzieje. Uznałam
to za jaśniejszą stronę tego dnia.
Na następnej lekcji, którą dzieliłam z Charlotte, było pisanie
kreatywne. Kiedy weszłam do sali, aż rozbłysły jej oczy i wydawało mi
się, że dostrzegłam na jej twarzy początki uśmiechu, ale nagle coś sobie
przypomniała i zwiesiła ramiona. Wyglądała, jakby chciała być
niewidzialna.
Uznałam, że zignoruję jej dziwne zachowanie, i pomachałam jej ręką,
kiedy nauczycielka podeszła, żeby się przedstawić. Zauważyła mój gest i kazała mi usiąść z Charlotte.
- Hej - powitałam Charlotte, zajmując miejsce.
- Hej. - Jej uśmiech przypominał bardziej grymas.
- Nie martw się, nie będę od ciebie ściągać - powiedziałam.
Odpowiedziała mi nieśmiałym uśmiechem. Zachęcona pozytywną reakcją,
spojrzałam na jej fioletową sukienkę. - Fantastycznie ci w tym kolorze.
Zszokowana Charlotte spojrzała w dół i musnęła opuszkami palców
materiał.
- Naprawdę? Bryce powiedziała, że ten kolor mnie przytłacza i wyglądam w nim okropnie.
Oczywiście, że tak powiedziała. Od razu wydała mi się niezłą jędzą.
- No to nie miała racji. Wyglądasz uroczo.
- Dziękuję. - Charlotte uśmiechnęła się nieśmiało, ale po chwili jej
twarz przybrała podejrzliwy wyraz. Ze zdeterminowaną miną zwróciła się z powrotem w stronę nauczycielki.
Jej gesty wskazywały, że nie powinnam teraz z nią rozmawiać, ale
poczułam nadzieję. Zadowolona, ja też odwróciłam się przodem do katedry
i zaczęłam uważnie słuchać, co mówi nauczycielka.
Po dwóch lekcjach miałam więcej prac domowych niż kiedykolwiek w liceum
Fair Oaks. Postanowiłam na razie nie wpadać w panikę, zwłaszcza że nie
miałam tu żadnych przyjaciół ani zajęć pozalekcyjnych, które by mnie
odciągały od nauki. Wiedziałam jednak, że jak tylko sytuacja ulegnie
zmianie, będę musiała znaleźć sposób, żeby radzić sobie z tym wszystkim.
Po drodze na następne zajęcia zauważyłam, że uczniowie z mojej nowej
szkoły rzucają mi pojedyncze spojrzenia, a niektórzy nawet bezwstydnie
się gapią. Patrzyli na mnie z ciekawością albo pogardą. Po chwili
poczułam ostrzegawczy dreszcz na karku. Skręciłam na rogu korytarza w poszukiwaniu sali do historii współczesnej i ujrzałam moją prawie
siostrę i jej świtę. Dziewczyny kroczyły jak w reklamie reality show o pięknych i bogatych licealistach, ich długie włosy falowały niczym
jedwab na wietrze, a spod markowych sukienek wychylały się długie,
szczupłe nogi, obute w sandałki Jimmy'ego Choo.
Eloise zauważyła mnie, ale udała, że nie widzi, i poszła dalej bez
słowa.
Poczerwieniałam z zażenowania. Patrzyłam, jak znika za rogiem ze swoimi
przyjaciółkami, a potem się odwróciłam. Dotarło do mnie, że pogardliwe
uśmieszki pozostałych uczniów nie były tylko wytworem mojej spanikowanej
wyobraźni.
Poczułam skurcz w żołądku. Próbowałam zrozumieć, co tu się właściwie
dzieje.
Postanowiłam udawać, że nic mnie to nie obchodzi. Wyprostowałam się i ruszyłam w poszukiwaniu sali do historii. Na szczęście szybko zdołałam
ustalić jej położenie i nie musiałam nikogo prosić o pomoc. Rozmowa z kimkolwiek stamtąd była naprawdę ostatnią rzeczą, na jaką miałam wtedy
ochotę. Weszłam do środka, cały czas przeklinając Hayley za to, że
zaciągnęła mnie do Massachusetts. Nie obchodził mnie nikt oprócz
nauczyciela stojącego przy tablicy.
Zauważył mnie i się odwrócił. Był najmłodszym ze spotkanych przeze mnie
dotychczas pedagogów, ledwo po dwudziestce, i wyglądał całkiem uroczo w taki intelektualny, nerdowski sposób.
- Cześć. - Uśmiechnął się.
- Nazywam się India Maxwell. Jestem nowa - przedstawiłam się.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki