ROZDZIAŁ 2
Naszej zabawie w chowanego przyświecały trzy zasady.
Ukrywającemu się nie wolno było rozstać się z telefonem, w którym musiał uruchomić nawigację, żeby dało się śledzić jego ruchy.
Szukający miał na jego znalezienie godzinę.
W ciągu ostatnich sześciu miesięcy bawiliśmy się w ten sposób z Jamesonem na Bali, w Kioto i Marsylii, na wybrzeżu Amalfi oraz w labiryncie ulic i ryneczków Maroka. Podążanie za wskazaniami GPS-u nigdy nie nastręczało trudności, co potwierdziło się także dzisiaj. Ilekroć sprawdzałam lokalizację Jamesona, pulsujący niebieski znacznik pozostawał w promieniu pół odległości od przecznicy do przecznicy, tuż za Zamkiem na Hradczanach.
I właśnie to stanowiło wyzwanie.
Moją piętą achillesową w zabawie w chowanego zawsze była skłonność do zatracania się w otaczającej mnie rzeczywistości, w jej nastroju - lub, jak w tym wypadku, w widoku. Zamek. Przed przyjazdem do Pragi wiedziałam, że jest jednym z największych na świecie, ale wiedza książkowa to jednak nie to samo, co zobaczenie budowli na własne oczy i możliwość odczucia jej wszystkimi zmysłami.
Jest coś z magii w tym, kiedy człowiek stoi w cieniu pradawnych, olbrzymich obiektów, przy których czuje się bardzo mały, Ziemia zaś i jej dzieła zdają się mu przepotężne. Jakoś ponad minutę ogarniałam umysłem to wszystko - nie tylko widok, ale także powietrze na mojej skórze oraz ludzi, którzy już wyszli z domów i mijali mnie na ulicy.
A potem wzięłam się do roboty.
Według wskazań GPS-u Jameson ostatnio pojawił się w kilku miejscach na mapie, a wszystkie zdawały się zlokalizowane w ogrodzie pałacowym - w niektórych wypadkach zaś tuż za jego murem. Szłam wzdłuż tego muru, szukając wejścia. Dosyć szybko przekonałam się, że tak naprawdę jest to wiele połączonych ze sobą ogrodów, z których wszystkie są zamknięte - a w każdym razie niedostępne dla zwiedzających.
Kiedy zbliżyłam się do wejścia, żelazna brama otworzyła się przede mną.
"Jakby za sprawą magii". W samolocie byłam absolutnie szczera, mówiąc Alisie, że nigdy się do tego nie przyzwyczaję. Przeszłam przez bramę, a Oren za mną w przyzwoitej odległości. Kiedy obydwoje znaleźliśmy się wewnątrz murów, żelazna brama zatrzasnęła się za naszymi plecami.
Popatrzyłam na przewodnika, który ją zamknął. Uśmiechnął się.
Nie miałam pojęcia, jak Jameson to zrobił. Nie byłam pewna, czy w ogóle chcę wiedzieć. Pod wpływem emocji po całym ciele przebiegały mi ciarki, gdy dotarłam do wąskich, stromych schodów - w rodzaju tych, na których można poczuć się tak, jakby człowiek cofnął się w czasie.
Wspięłam się na samą górę, zerknęłam na telefon, a potem znów rozejrzałam się po tym poziomie ogrodu tarasowego - i dalej, jeszcze dalej. Mój mózg sam automatycznie zaczął obliczać liczbę schodów, tarasów.
Znowu popatrzyłam na wyświetlacz telefonu i zszedłszy ze ścieżki, pobiegłam do przodu, a potem jeszcze raz skręciłam. Kiedy wskazania mojego lokalizatora GPS pokryły się ze współrzędnymi miejsca, w którym powinien znajdować się Jameson, symbolizujący go na mapie migoczący niebieski znacznik zniknął.
Teoretycznie w naszej wersji gry w chowanego obowiązywały więc cztery zasady.
Zaczęło się polowanie.
- Mam cię! - krzyknęłam.
Dawno, dawno temu umiałam wygrywać z większą gracją, ale teraz rozkoszowałam się swoimi zwycięstwami jak urodzony Hawthorne.
- W ostatniej chwili, co nie, Dziedziczko? - Głos Jamesona doszedł zza drzewa stojącego między nami. Nie widziałam żadnej części jego ciała, ale czułam jego obecność, jego wysoką, szczupłą sylwetkę. - Pięćdziesiąt osiem minut i dziewiętnaście sekund - poinformował mnie.
- Czyli miałam jeszcze w zapasie minutę i czterdzieści jeden sekund - odparłam, obchodząc drzewo i zatrzymując się tuż przed nim, ciało przy ciele. - Jak udało ci się ich namówić, żeby otworzyli ogród wcześniej niż zwykle?
Usta Jamesona wygięły się w łuk. Obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni i zrobił powoli trzy kroki w stronę ścieżki.
- Myślisz, że próbowałem ich namówić?
Po kolejnych trzech krokach znalazł się na ścieżce. Uklęknął i podniósł coś z kamiennej płyty. Kiedy wstał, trzymając w garści znaleziony przedmiot, już wiedziałam, że to musiała być moneta.
Jameson obrócił ją, przekładając między palcami.
- Orzeł czy reszka, Dziedziczko?
Zmrużyłam oczy, ale domyślałam się, że nie udało mi się ukryć błysku w rozszerzonych źrenicach, które zachłannie wszystko obserwowały. To właśnie my. Tacy byliśmy. Jameson. Ja. Nasz język. Nasza gra.
"Orzeł czy reszka?".
- Podrzuciłeś ją tu. - Wskazałam monetę ruchem głowy.
Miałam ich kolekcję - co najmniej po jednej z każdego miejsca, które odwiedziliśmy. I z każdą z tych monet wiązało się jakieś wspomnienie.
- Ojej, dlaczego? - zamruczał Jameson. - Jak mógłbym zrobić coś takiego?
"Jeśli wypadnie awers, ja pocałuję ciebie" - powiedział mi kiedyś. "A jeżeli rewers, ty pocałuj mnie. Tak czy inaczej, to naprawdę coś dla mnie znaczy".
Wyciągnęłam rękę, żeby zabrać mu pieniążek, a Jameson się nie bronił - zresztą nawet gdyby próbował, postawiłabym na swoim. Przyjrzałam się monecie: zewnętrzny pierścień był odlany z brązu, a wewnętrzny ze złota z wygrawerowaną sylwetką zamku. Na rewersie widniała złota bestia wyglądająca jak lew.
Obróciłam monetę w palcach, tak jak przedtem Jameson - po kolei od jednej strony dłoni do drugiej. Zatrzymałam ją między kciukiem a palcem wskazującym i podrzuciłam.
Kiedy ją złapałam, rozchyliłam palce i popatrzyłam najpierw na monetę, a potem na niego.
- Awers.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki