The Law of Us. Nasze prawo - Nikola Błachewicz

Kup ebooka

51.99 zł
41.59 zł (34,83 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

To nie koniec świata

- Betty! - Głos w słuchawce podnosił mnie na duchu, choć w tonie przebijała się nuta wymuszonego optymizmu. - Przecież to nie koniec świata.

Szłam ulicami Nowego Jorku razem z tłumem przechodniów pędzących bez wytchnienia. Wszyscy wyglądali, jakby każdy ich krok był walką z czasem. Niektórzy biegli do pracy, inni wracali do domu, byli i tacy, którzy - jak się zdawało - błądzili po mieście bez celu. W dłoni ściskałam dokument z kancelarii - pismo o rozwiązaniu umowy. Właśnie stałam się bezrobotna.

- Jasne, nic się nie stało - powtórzyłam z rozbawieniem w głosie. - Listopad, ja bez pracy, a zbliżają się święta. Za chwilę mogę zostać bezdomna, ale co tam, prawda?

- Więcej optymizmu, Betty. Nie z takimi problemami sobie radziliśmy. - Brat nadal próbował mnie uspokoić, a jego ciepły głos brzmiał jak echo mojej nie tak dawnej pewności siebie, której teraz mi brakowało.

- Świetnie, ale wolę sobie ponarzekać - rzuciłam, przewracając oczami. Czułam ucisk w klatce piersiowej.

Pochłonięta rozmową kompletnie nie zwracałam uwagi na to, co działo się przede mną. Nim zdążyłam zareagować, wpadłam na mężczyznę stojącego na chodniku. On również wpatrywał się w ekran telefonu.

W jednej chwili upuściliśmy wszystko, co trzymaliśmy w dłoniach.

Kucnęłam, próbując zebrać rozsypane przedmioty. Serce biło mi tak mocno, jakby chciało mi wypaść z piersi.

- Prze... - zaczęłam drżącym głosem.

- Uważaj, jak chodzisz - syknął w moją stronę nieznajomy, a w jego głosie było coś, co sprawiło, że natychmiast poczułam się jak intruz, ktoś niechciany w jego przestrzeni. - Za mały jest ten chodnik, żebyśmy we dwójkę się tutaj zmieścili?

- Dupek - mruknęłam cicho, tak by mężczyzna nie usłyszał.

Podniosłam nieszczęsny dokument i schowałam do kieszeni płaszcza, czując, jak dłoń mi drży. Wyprostowałam się powoli i spojrzałam na bruneta. W jego oczach dostrzegłam coś nieuchwytnego - mieszaninę zniecierpliwienia i zimnej pewności siebie, co przygnębiło mnie do reszty.

- Życzę więcej wyrozumiałości i uprzejmości. Świat i tak jest już wystarczająco nieprzyjazny - rzuciłam, odwracając się, i odeszłam. Ten dzień był już wystarczająco zły.

Odblokowałam telefon i zauważyłam, że połączenie z Jacobem wciąż trwa. Podniosłam urządzenie do ucha, a głos w słuchawce przyniósł mi niewielkie ukojenie.

- Wybacz, już jestem. Widzisz, jakby tego wszystkiego było mało, muszę jeszcze trafiać na palantów na ulicy... - Westchnęłam ciężko. Ze zmęczenia i irytacji zaczęła boleć mnie głowa. - Jakby dzisiaj było mi mało pecha.

- Może będzie lepiej, jak wrócisz do domu, odpoczniesz, weźmiesz kąpiel i się zrelaksujesz - odpowiedział spokojnie brat. - A wieczorem wpadnę i obejrzymy jakiś film. Pamiętaj, jutro też jest dzień. Weźmiemy się do roboty i znajdziemy ci jakąś pracę.

Jego głos był ciepły, niósł otuchę. Przytaknęłam, czując, jak napięcie powoli mnie opuszcza i rozluźniam ramiona.

Po chwili zakończyliśmy rozmowę, a ja stałam przez moment w miejscu, wsłuchując się w odgłosy ulicy.

Jeszcze przez kilka minut szłam ulicami Brooklynu w kierunku mojego mieszkania, położonego w północnej części dzielnicy. Starałam się nie myśleć o wypadkach tego dnia.

Wiatr był zdecydowanie mocny, ale jak na jesienną porę nie było w tym nic dziwnego. Co chwilę poprawiałam szalik, chowając twarz przed chłodnym podmuchem.

Na klatce, przy skrzynce na listy przywitała mnie Alice, sąsiadka, która swoim promiennym uśmiechem potrafiła przegonić najczarniejsze chmury i sprawić, by człowiek mimowolnie też się uśmiechnął.

- Witam panienkę! - Odwróciła głowę w moją stronę. - Oj, chyba gorszy dzień? - Pokręciła głową, wyrażając niezadowolenie z sytuacji.

Alice była drobna i krucha, ale wciąż miała w sobie niezłomną energię. Siwe włosy, skręcone w miękkie loki, opadały jej na ramiona niczym srebrzysta zasłona. Jej twarz pokrywały delikatne zmarszczki, świadectwo wielu lat pełnych śmiechu i trosk, a jasne, żywe oczy wciąż błyszczały ciekawością świata. Alice zwykle nosiła kolorowe swetry, które pasowały do jej pogodnego charakteru. Dzisiaj był to kardigan z kwiatowym haftem, tak piękny, że nawet pochmurny dzień stawał się trochę jaśniejszy.

- Dzień dobry. - Posłałam jej sztuczny uśmiech. - Czasami takie dni się trafiają, nic na to nie poradzimy.

Wyciągnęłam ze swojej skrzynki listy i zaczęłam je przeglądać: reklama, kolejna reklama, następna reklama, ogłoszenie o targach książki w pobliskiej szkole. Jak zwykle cała skrzynka zaśmiecona i nic ciekawego.

- Oj, zawsze jest rada na takie dni. Kubek ciepłego kakao jest najlepszy na wszelkie smutki. Moim dzieciom i wnukom to pomaga, a pamiętaj, że doświadczenie mam, bo sporo lat już żyję na tym świecie - powiedziała, a jej uśmiech był jak ciepły promień słońca w zimny jesienny dzień.

Posłałam jej uśmiech, bo wprost nie mogłam inaczej - ta urocza staruszka emanowała dobrem i ciepłem, które udzielały się każdemu w jej otoczeniu. Pożegnałam się z nią i ruszyłam na pierwsze piętro, gdzie znajdowało się moje mieszkanie.

Weszłam, zawiesiłam klucze na haczyku, zdjęłam szalik i płaszcz, które jeszcze pachniały ulicą, a następnie buty. Poczułam ulgę, z każdym krokiem bosą stopą po dywanie opuszczał mnie ciężar tego dnia. Położyłam na wyspie kuchennej nieciekawą zawartość skrzynki na listy oraz pismo z wypowiedzeniem. Dokument, który przypominał mi o niepewnej przyszłości, choć teraz wolałam o tym nie myśleć.

Rozejrzałam się po mieszkaniu, szukając czegoś, co mogłoby podarować mi choć odrobinę przyjemności w tym dniu, i doszłam do wniosku, że kanapa i koc będą idealnym połączeniem - miękkość i ciepło były tym, czego teraz najbardziej potrzebowałam.

Przebrałam się szybko w mój ulubiony czarny dres, przeznaczony tylko do noszenia w domu, związałam włosy w niechlujny kok i wciągnęłam grube, ciepłe skarpety. Każdy z gestów był dla mnie małym rytuałem oczyszczenia. Zdejmowanie warstw ubrania, zasłanianie się kocem, przygotowywanie się do odpoczynku - wszystko to działało jak subtelny reset po dniu pełnym stresu.

Zanim jednak się położyłam w mojej oazie szczęścia, poszłam do kuchni, żeby przygotować sobie kakao. Otworzyłam szafkę kuchenną i wyciągnęłam ulubiony kubek - duży, ceramiczny, z różowym napisem "Najlepsza siostra". Wsypałam do niego kilka łyżek kakao, przesiewając proszek, żeby nie powstały grudki, a następnie dodałam odrobinę cukru.

W rondelku podgrzałam mleko. Kiedy gorący napój spotkał się z kakaowym proszkiem, do moich nozdrzy dotarł cudny aromat - ciepły, mleczny, z lekką nutą czekolady - który natychmiast wywołał uśmiech na mojej twarzy. Mieszałam całość powoli, aż w końcu kakao było gotowe.

Upiłam pierwszy łyk. Gorący płyn parzył lekko w usta, ale ciepło rozchodziło się po ciele, spłukując stres i zmęczenie nagromadzone przez cały dzień. Zamknęłam oczy na chwilę, pozwalając, by słodki smak i zapach otuliły mnie niczym miękki koc.

Faktycznie, babcia Alice miała rację. Dzisiaj nie spotkało mnie nic lepszego niż to kakao. Każdy łyk był jak mały promień ciepła, który powoli rozgrzewał ciało i rozluźniał spięte mięśnie.

Udałam się w stronę kanapy, która czekała na mnie, gotowa przyjąć mnie w swoje miękkie objęcia. Zajęłam wygodne miejsce, owinęłam się kocem, a kubek gorącego kakao trzymałam w dłoniach niczym mały skarb.

Sięgnęłam po pilota, aby włączyć Netflixa, a ekran telewizora oświetlił pokój przytulnym światłem. Zastanawiałam się przez chwilę, co by obejrzeć, w końcu podjęłam decyzję - jeszcze raz Plotkara. Idealny wybór dla kogoś, kto chciał zanurzyć się w świat Nowego Jorku, pełen skandali i intryg, by dzięki fikcji na chwilę oderwać się od własnych problemów.

Telefon, leżący na stoliku obok kubka kakao, zawibrował. Dzwonił Jacob. Uśmiechnęłam się, biorąc aparat do ręki.

- Hej, jak się czujesz? - zapytał brat ciepłym głosem.

- Trochę lepiej. Kakao i kanapa robią swoje - odpowiedziałam, chichocząc. - Poza tym oglądam Plotkarę.

- Dobrze słyszeć - odparł Jacob. - Chciałem tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku. Za niedługo jestem z czymś słodkim, Alex również chce cię wesprzeć. Co ty na to?

Poczułam, jak lekki rumieniec wypływa mi na policzki.

- Brzmi świetnie, ale nie wiem, czy dam radę wstać z kanapy - mruknęłam, rozluźniając się jeszcze bardziej.

- W takim razie przyniosę ci wszystko pod nos. - Brat się roześmiał. - Klucze zapasowe jeszcze mam, choć się wyprowadziłem.

Mój starszy brat, odkąd poznał Alex, swoją nową dziewczynę, postanowił, że nie będą bawić się w cukierkowe romanse. Wspólnie podjęli decyzję, że on wprowadzi się do niej, co przyznam, było całkiem rozsądne. W końcu jak najlepiej poznać drugą osobę, jeśli nie spędzając z nią codziennie czas pod jednym dachem?

Alex była jedną z nielicznych sympatycznych i uroczych dziewczyn mojego brata - biła jego byłe na głowę. Polubiłam ją od pierwszego kontaktu - przede wszystkim za szczerość i bezinteresowność, które sprawiały, że w jej towarzystwie czułam się naturalnie i swobodnie.

Gdy skończył się pierwszy odcinek serialu, usłyszałam znajome roześmiane głosy na klatce schodowej. Po chwili stuknęły klucze, zamek zazgrzytał, a moje drzwi otworzyły się szeroko, wpuszczając do środka zakochaną parę.

- No nareszcie - rzuciłam w ich stronę, unosząc wzrok znad kanapy. - Już myślałam, że nigdy do mnie nie zawitacie.

- Betty, znowu narzekasz - stwierdził mój brat z udawanym oburzeniem. - A my przychodzimy do ciebie z dobrą nowiną.

Spojrzałam na nich podejrzliwie i uniosłam prawą brew. Uwielbiałam tę dwójkę, naprawdę, ale jeśli oni niosą "dobrą nowinę", to w dziewięciu na dziesięć przypadków kończy się to katastrofą.

Przypomniałam sobie ich poprzednie genialne pomysły.

Raz postanowili zapoznać mnie z kolegą Alex. Umówili nas na randkę, twierdząc, że "to będzie strzał w dziesiątkę". Tylko że nawet nie potrafili się ukryć. Obserwowali nas, przez co speszyli zarówno mnie, jak i chłopaka. Druga randka nigdy nie nastąpiła, a ja do dziś czuję zażenowanie na myśl o tamtym spotkaniu i mam nadzieję, że Mike, bo tak miał na imię ten chłopak, całkowicie o mnie zapomniał.

Innym razem wpadli na pomysł wspólnego gotowania, twierdząc, że "nic nas tak nie zbliży jak kuchnia". Efekt? Przyjechała straż pożarna, bo czujniki dymu uruchomiły się od przypalonego mleka. Do dziś nie wiem, jak można przypalić coś tak oczywiście płynnego, ale mój brat potrafi przekraczać granice niemożliwego. Z jednym można się zgodzić: rzeczywiście nas to zbliżyło. Nasza współpraca była na najwyższym poziomie: ja ratowałam kuchnię, Alex wietrzyła mieszkanie, a Jacob wciskał strażakom kłamstwo, że są urodziny i kupił w Chinatown jakieś podrabiane świeczki, które dały zbyt dużo ognia i dymu. Nie wiem, kto w to mógł uwierzyć, ale jak widać, i takie osoby się znajdą.

Dlatego teraz ich szerokie uśmiechy i tajemnicze spojrzenia nie wróżyły niczego dobrego.

- Zamieniam się w słuch - odparłam, opierając się wygodnie o kanapę i unosząc kubek jak tarczę ochronną.

- Jutro masz rozmowę o pracę! - oznajmiła piskliwym głosem Alex. Była tak podekscytowana, że aż uniosła się lekko na palcach.

Spojrzałam na nich oboje, stali przede mną rozpromienieni jak dzieci rozpakowujące prezenty w Boże Narodzenie. Patrzyli na mnie z taką dumą i ekscytacją, że przez chwilę zastanawiałam się, czy się nie przesłyszałam.

- Ale... jak to mam rozmowę o pracę? - zapytałam, czując mieszankę niedowierzania i lekkiej paniki. - Ledwo co dostałam wypowiedzenie. - Z wrażenia aż usiadłam na kanapie, na której jeszcze przed chwilą leżałam.

- Bo... - zaczął Jacob, nerwowo poprawiając kołnierz kurtki, ale Alex szybko weszła mu w słowo.

- Twój brat wszystko mi opowiedział! - zaczęła z przejęciem. - A że mam parę znajomości z czasów studiów i wiem, że w pewnej kancelarii poszukują kogoś na stanowisko asystentki, to postanowiłam cię umówić! - Wyprostowała się dumnie, jakby właśnie uratowała świat. - No powiedz, czy to nie jest niesamowite?

Patrzyłam na nią szeroko otwartymi oczami, czując, jak serce bije szybko, nierówno, zdecydowanie za mocno.

- To jest nieco szalone - stwierdziłam.

- Z tego, co wiem, to jeden z właścicieli jest bardzo przystojny - podjęła swój wywód. - W dodatku jest podobno samotny, więc może ktoś dla ciebie... - dodała ochoczo.

- Alex, nie włączaj trybu swatki, nie dzisiaj! - oznajmiłam jej. - Starczy mi moja wspaniała przygoda z Mikiem, która, jak wiesz, okazała się porażką.

- Oj, Betty, trochę optymizmu - odezwał się mój brat, który zawsze w ten sposób reagował. - Gdyby zamienić twój pesymizm w optymizm, to wszystko by ci się łatwiej układało w życiu. Za mało wierzysz w siebie, a tyle razy wszyscy ci powtarzamy, jaką mądrą i bystrą osobą jesteś.

Nie wiedziałam, czy powinnam się cieszyć, czy panikować. Jeszcze nie zdążyłam pozbierać się emocjonalnie po utracie poprzedniej pracy, a oni już mają dla mnie nową propozycję?

Czułam wdzięczność, naprawdę. W głębi serca wiedziałam, że chcą dobrze.

Ale jednocześnie w mojej głowie rozbrzmiewał jeden wielki alarm: To już? Tak szybko? Czy dam radę?

No, ale jak mówi znane przysłowie, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.

Do dzieła, dziewczyno! Sama sobie dodałam otuchy i wzięłam głęboki oddech.

- To na którą mam jutro tę rozmowę? - spytałam.

Na twarzach moich gości pojawiły się ogromne uśmiechy.

Rozdział 2

Pan Dupek, do usług

Przyglądałam się sobie w lustrze, próbując ocenić, czy wyglądam jak ktoś, kto ma choćby cień szansy, by zrobić wrażenie na rekruterach firmy Spencer i Marshall, która od lat pięła się w górę rankingów i ani na moment nie oglądała się za siebie.

Czarna spódniczka, biała koszula z wiązaną pod szyją czarną apaszką przypominającą elegancki krawat, do tego buty na delikatnym obcasie. Stałam wyprostowana, jakbym już teraz miała udowodnić całemu światu, że potrafię brzmieć pewnie, nawet jeśli w środku byłam jednym wielkim chaosem.

- No i jak? - zapytałam, zerknąwszy w lustro na Alex, która od dłuższej chwili lustrowała mnie spojrzeniem z uwagą stylistki i czułością przyjaciółki.

Wczorajszy wieczór przeciągnął się na tyle, że oboje, Alex i Jacob, postanowili zostać u mnie na noc. Mieli u mnie zawsze jakieś swoje rzeczy, więc nikt nie przejmował się logistyką.

- Jest idealnie - powiedziała z delikatnym uśmiechem, takim, który koił nerwy. - Ale jeszcze to.

- Wyglądam jak kobieta gotowa na podbój świata? - spytałam z nutą niepewności. - Czy czegoś mi brakuje?

- Jeszcze jedno - mrugnęła do mnie i podeszła bliżej, trzymając w dłoni mały flakonik perfum. - Wygląd to połowa sukcesu. Reszta to zapach, który roztaczasz, kiedy wchodzisz do pomieszczenia.

Psiknęła kilka razy i wokół nas rozszedł się subtelny zapach jaśminu i bergamotki. Idealny. Kobiecy, ale stanowczy.

Na moment zamknęłam oczy, wzięłam głębszy wdech. Po raz pierwszy dzisiaj poczułam coś na kształt spokoju, mimo szaleństwa przygotowań przed spotkaniem.

- Teraz jesteś gotowa - powiedziała, zatwierdzając moją misję.

Włożyłam więc mój ulubiony czarny płaszcz, który potrafił dodać mi odrobiny elegancji nawet w takie dni, kiedy byłam kłębkiem nerwów. Owinęłam szyję miękkim szalikiem, pozwalając, by rozpuszczone włosy ułożyły się miękko.

Spakowałam do torby wszystkie dokumenty, które mogły mi się przydać: CV, referencje, dyplomy; całe moje zawodowe życie opisane na kilku kartkach papieru. Złapałam torbę, zdjęłam klucze z haczyka i ruszyłam w stronę drzwi.

- Czas na mnie! - zawołałam głośniej, przeciągając słowa. - Buziaki, paaa!

- Połamania nóg, mała! - odpowiedzieli chórem Alex i Jacob, jakby byli moją prywatną ekipą wsparcia.

Zatrzasnęłam drzwi, czując nagły chłód klatki schodowej i nieodłączny dreszcz niepewności. Schodząc w dół, usłyszałam miękki szelest papierów w torbie i pomyślałam, że nadszedł moment, w którym naprawdę nie ma odwrotu.

Na dole czekała oczywiście ona - babcia Alice. Jakby miała wbudowany radar, który wyczuwał każdy mój krok.

- Witaj, moje słoneczko. - Uśmiechnęła się pogodnie, a jej oczy błysnęły charakterystycznym ciepłem. - Dzisiaj zdecydowanie wyglądasz lepiej niż wczoraj.

- Dzień dobry - odpowiedziałam, również posyłając jej szeroki uśmiech. - Właśnie idę na rozmowę o pracę, więc proszę trzymać za mnie kciuki.

- Kciuki to za mało, kochanie. - Babcia zaśmiała się krótko. - Pomodlę się za ciebie. Z Panem Bogiem żadne drzwi nie są za ciężkie do otwarcia.

Jej słowa były niczym kojące ciepłe kakao. Może rzeczywiście to będzie dobry dzień.

Wyszłam na ulicę Nowego Jorku, która już od wczesnych godzin porannych pulsowała życiem. Taksówki przecinały szerokie aleje żółtymi smugami, przechodnie pędzili w różnych kierunkach, a powietrze niosło ze sobą zapach kawy, wilgoci i jesieni.

Zerknęłam na zegarek. Miałam godzinę zapasu. Idealnie. Mogłam dotrzeć na miejsce bez pośpiechu.

Kancelaria Spencer i Marshall mieściła się w południowej części Manhattanu, więc podróż powinna mi zająć maksymalnie trzydzieści minut.

Byłam przygotowana. Przynajmniej teoretycznie. Teraz pozostało już tylko nie spanikować.

Zeszłam po schodach do metra, które jak zwykle przywitało mnie mieszanką zapachu metalu, wilgoci i porannego pośpiechu. W powietrzu unosił się charakterystyczny szum rozmów, słychać było stukot obcasów i łomot przejeżdżających pociągów. Było w tym coś kojącego i równocześnie chaotycznego.

Wsunęłam kartę w bramkę, która z cichym kliknięciem przepuściła mnie dalej. Stanęłam na peronie, poprawiając torbę z dokumentami, jakby jej ułożenie miało mi dodać odwagi.

Po chwili usłyszałam z głośników komunikat, a nadjeżdżający pociąg wypełnił tunel podmuchem wiatru. Wsiadłam do środka i złapałam się poręczy. Wagon był pełen ludzi, ale nikt na nikogo nie zwracał uwagi. Typowy nowojorski rytuał. Przez chwilę wpatrywałam się w swoje odbicie w szybie.

Pociąg ruszył, kołysząc się lekko, a moje myśli płynęły razem z monotonnym stukotem kół.

Wkrótce wysiadłam na stacji w południowej części Manhattanu. Tu powitała mnie zupełnie inna energia: wysokie budynki zasłaniały część nieba, a pomiędzy nimi przemykali ludzie w idealnie skrojonych płaszczach i z teczkami pod pachą.

Ruszyłam w stronę kancelarii, a każdy mój krok stawał się coraz cięższy. Docelowy budynek wyłonił się przede mną kilka minut później. Wysoki, elegancki, ze szklanymi drzwiami odbijającymi światło w sposób, który sprawiał, że wyglądały jak portal do innego świata.

Stanęłam przed nim i zatrzymałam się na sekundę. Patrzyłam na swoją twarz odbijającą się w gładkiej tafli szkła, a moje odbicie patrzyło na mnie.

Gdy szklane drzwi, delikatnie pchnięte, ustąpiły, wkroczyłam do naprawdę innego świata. Klimatyzowane wnętrze emanowało elegancją. Powitał mnie aromat świeżo parzonej kawy. Podłoga była wyłożona jasnym marmurem, tak wypolerowanym, że mogłam się w nim przejrzeć. Światła były ciepłe, ale delikatne, jakby zaprojektowane specjalnie po to, by uspokajać ludzi, którzy wchodzą tu z sercem w gardle.

Ściany zdobiły minimalistyczne obrazy: geometryczne formy w stonowanych barwach. Eleganckie i nienachalne. Wszystko tu wyglądało drogo. I profesjonalnie.

Za dużym recepcyjnym biurkiem siedziała młoda kobieta o jasnych włosach spiętych w idealny, wysoki kok. Miała na sobie granatowy, dopasowany garnitur, a na jej piersi można było dostrzec logo firmy. Okulary o cienkich oprawkach dodawały jej surowości i kompetencji.

Kiedy podniosła wzrok i uśmiechnęła się lekko, poczułam falę ulgi. Przynajmniej nie wyglądała na kogoś, kto pożera ludzi zestresowanych rozmowami kwalifikacyjnymi.

- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? - zapytała uprzejmym, melodyjnym tonem.

Podeszłam bliżej, starając się wyglądać pewniej, niż się czułam.

- Dzień dobry, mam dziś rozmowę w sprawie stanowiska asystentki - odpowiedziałam, starając się, by mój głos nie zdradził, jak bardzo jestem spięta. - Elizabeth Scott.

Recepcjonistka kiwnęła głową, zerknęła na ekran komputera i po chwili potwierdziła:

- Tak, oczywiście. Rozmowę przeprowadzi osobiście pan Marshall. Proszę zdjąć płaszcz, powiesić na wieszaku i zająć miejsce w lobby. Zaraz zostanie pani poproszona. - Recepcjonistka uśmiechnęła się neutralnie, jakby wypowiadała tę formułkę setny raz dzisiaj.

- Oczywiście, dziękuję - wydusiłam z siebie i odsunęłam się od jej biurka na lekko uginających się nogach.

Rozpięłam, a następnie powiesiłam płaszcz na pobliskim wieszaku, po czym usiadłam w eleganckim, miękkim fotelu obitym tkaniną o barwie butelkowej zieleni.

Postawiłam stopy stabilnie na marmurowej podłodze i próbowałam uspokoić oddech, gdy nagle z korytarza wyszła kobieta.

Wysoka, o urodzie modelki wybiegowej, w szpilkach. Miała idealnie upięte włosy i nogi tak długie, że przez sekundę zwątpiłam, czy aby na pewno należymy do tego samego gatunku.

Zatrzymała się przy mnie i spojrzała na kartkę, którą trzymała w dłoni.

- Panna Scott? - zapytała, unosząc lekko brew.

- T-tak... - Poderwałam się na nogi szybciej, niż powinnam.

- Zapraszam na rozmowę. Tędy, proszę. - Wskazała eleganckim ruchem dłoni długi, jasny korytarz.

Serce mi przyspieszyło.

Ruszyłam za nią, czując, jak z każdym krokiem adrenalina miesza się z niepewnością.

Kobieta w szpilkach zatrzymała się przed dużymi, ciemnymi drzwiami z mosiężną tabliczką. Napis głosił: "Gabinet Zarządu - William Marshall". Dwukrotnie zapukała, a ja wstrzymałam oddech.

- Proszę - rozległ się męski głos. Niski. Idealnie spokojny.

Drzwi się otworzyły, odsłaniając przestronny gabinet z ogromnymi oknami z widokiem na Manhattan.

Kobieta zrobiła krok w bok, przepuszczając mnie przodem.

- Panna Elizabeth Scott - poinformowała sucho.

Weszłam do środka. Za ogromnym drewnianym biurkiem siedział mężczyzna. Elegancko ubrany, idealna fryzura, zero zarostu, jakby prosto z okładki "Forbesa".

- Pozwól, że będę się zwracać do ciebie po imieniu. - Wstał z fotela i podszedł w moją stronę. - Miło mi cię poznać, Elizabeth. Jestem William, jeden z dwóch właścicieli kancelarii - powiedział powoli, jakby smakował każde słowo. - Usiądź, proszę.

Zrobiło mi się gorąco. Nie wiedziałam, jak się zachować i w którym kierunku podąży ta rozmowa. Ten mężczyzna sam nadał jej luźniejszy ton.

- Dzień dobry. - No tak, doskonałe rozpoczęcie rozmowy. - Mów mi Betty. - Posłałam mu uśmiech, aby choć trochę rozładować atmosferę.

- Mam nadzieję, że się nie stresujesz - rozpoczął William Marshall. - Czy masz przy sobie wszystkie najważniejsze dokumenty?

Zaczęłam nerwowo przeszukiwać torebkę. Oczywiście spakowałam się przed wyjściem z domu, ale teraz niczego nie mogłam znaleźć. Nie wiedziałam, czy prestiż firmy, w której się znajdowałam, czy może sama rozmowa kwalifikacyjna doprowadzała mnie do aktualnego stanu, ale wiedziałam jedno. Jeżeli moje emocje się nie uspokoją, to nic z tego nie wyjdzie.

Wyciągnęłam w końcu teczkę i położyłam przed sobą, delikatnie przesuwając w stronę mężczyzny.

- Proszę - stwierdziłam krótko.

Mężczyzna sięgnął po teczkę, po czym usiadł wygodnie w fotelu, otworzył ją i zaczął przeglądać.

Siedzieliśmy tak w ciszy. Ja patrzyłam na jego ruchy, na to, jak analizuje każdą kartkę wyjętą z teczki, a on z pełnym skupieniem i zaangażowaniem czytał kolejne strony.

- Proszę się nie denerwować, Betty, to tylko zwykła rozmowa o pracę, nie mam zamiaru cię tutaj zamordować. - William Marshall posłał mi delikatny uśmiech.

Całe szczęście, bo już myślałam, że do tego dojdzie - odpowiedziałam samej sobie w myślach.

- Widzę, że posiadasz doświadczenie nabyte w Elevate Law. Czy możesz coś więcej opowiedzieć na ten temat?

Zaczęłam analizować szybko w głowie, co warto powiedzieć, a co lepiej pominąć.

- No cóż - zaczęłam. - Nie miałam okazji prowadzić żadnej sprawy osobiście, głównie zajmowałam się przygotowaniem materiałów. Byłam... jakby to powiedzieć... pomocną ręką? - W moim głosie można było wyczuć niepewność.

- A w jakich sprawach się specjalizowałaś? - Mężczyzna spojrzał na mnie po raz pierwszy, odkąd wziął ode mnie teczkę.

- Głównie w ubezpieczeniach, ale sprawy rozwodowe też nie są mi obce.

- Widzę, że jesteś praktykantką, nie masz ukończonego stażu. Rozumiem, że głównie o to się rozchodzi?

Co mogłam powiedzieć o facecie, który siedział przede mną? Że był naprawdę bystrym gościem. Nic dziwnego, że wykonywał zawód prawnika.

- Można uznać, że tak. - Postawiłam na szczerość, stwierdziłam, że to lepsze podejście, niż ukrywanie faktów przed nowym szefem. - Jednakże wiążę przyszłość z tym zawodem, więc nie zamierzam po zakończonym stażu uciekać. Chcę się rozwijać, a co najważniejsze, pobierać nauki od najlepszych, korzystać z ich doświadczenia.

Mężczyzna siedzący przede mną nagle spojrzał na mnie uważnie, a w jego oczach zauważyłam błysk. Czyżbym mu zaimponowała?

- Słuszna uwaga, Betty! Punkt dla ciebie - stwierdził, posyłając mi przy tym uprzejmy uśmiech. - W takim razie wymień swoje mocne strony.

Moje mocne strony? Świetne pytanie, tylko czemu dzisiaj?

Potrafię doskonale gotować, spać zdecydowanie za długo, być do bólu szczera, ale nie, nie, nie, Betty, o tym lepiej nie mów podczas rozmowy kwalifikacyjnej.

- Hm... - zaczęłam, próbując zebrać myśli. - Posiadam rozwinięte zdolności komunikacyjne i negocjacyjne. Myślę też, że profesjonalizm oraz silna etyka zawodowa to wartości, które zawsze stawiam na pierwszym miejscu.

Mężczyzna skinął głową, wyraźnie zadowolony z mojej odpowiedzi. Przynajmniej tak mi się wydawało. Jego twarz wciąż pozostawała nieodgadniona.

- Skoro posiadasz takie zdolności - podjął po chwili - przekonaj mnie, dlaczego miałbym zatrudnić akurat ciebie.

Powietrze nagle zgęstniało. Czułam, że to pytanie miało zdecydować o wszystkim. Wyprostowałam się, by wyglądać na choć trochę pewniejszą siebie, niż faktycznie byłam.

Teraz albo nigdy, Betty!

- Ponieważ... - zaczęłam powoli, uważnie dobierając słowa - potrzebujecie kogoś, kto nie tylko zna teorię, ale potrafi pracować pod presją. Kogoś, kto zachowuje zimną krew, nawet kiedy wszystko zaczyna się sypać. - Zawahałam się sekundę, lecz po chwili dokończyłam: - A ja jestem przyzwyczajona do tego, że muszę podnosić się po upadkach.

William Marshall uniósł spojrzenie znad dokumentów i utkwił we mnie wzrok.

- To brzmi jak wyznanie, a nie argument - skomentował spokojnie, choć w jego tonie zabrzmiała nuta rozbawienia.

- Być może - odpowiedziałam, unosząc brodę odrobinę wyżej. - Ale mówię prawdę, a szczerość w tej branży chyba nadal ma znaczenie. Czy się mylę?

Kącik jego ust lekko drgnął.

- Co jeszcze? - dopytał. - Przekonaj mnie, mówiąc mi o czymś, czego nie ma w tych papierach.

- Nie boję się ciężkiej pracy. Jeśli dostanę zadanie, zrobię wszystko, żeby je wykonać. Nawet jeśli będę musiała nauczyć się czegoś od zera. Nie szukam wymówek, tylko rozwiązań. - Przechyliłam lekko głowę. - A do tego jestem lojalna. Może aż za bardzo.

- Lojalność to dziś rzadki towar - stwierdził cicho mój rozmówca. - I kosztowny.

- Zdaję sobie sprawę - odparłam równie spokojnie. - Ale potrafi przynieść ogromne zyski, jeśli zostanie doceniona.

Brwi mężczyzny uniosły się minimalnie, jakby naprawdę zaczynał być mną zainteresowany.

- Cóż, Betty... - Zamknął teczkę z moimi dokumentami. - Powiem tak: z pewnością umiesz mówić przekonująco.

- To znaczy? - zapytałam ostrożnie.

- To znaczy, że idealnie się nadajesz do tej pracy - odpowiedział. - W szczególności pasujesz na stanowisko asystentki Jamesa.

Moje serce przyspieszyło. Byłam pewna, że zaraz będzie je słychać w całym gabinecie.

- Asystentki... Jamesa? - powtórzyłam, nie kryjąc zdziwienia.

Nie wiem czemu, ale to imię zabrzmiało niepokojąco, jakby zwiastowało coś złego.

- Tak - potwierdził. - James Spencer, współwłaściciel kancelarii. Prowadzi kluczowe sprawy i jest bardzo wymagający wobec swojego zespołu. Dlatego właśnie ja mu pomagam w przeprowadzeniu rekrutacji, bo jeżeli on by się tym zajął, to nikogo by nie znalazł. Z pewnością uznałby, że nikt nie spełnia jego oczekiwań.

Przełknęłam ślinę. To była wiadomość, którą trudno było zaszufladkować jako dobrą lub złą.

- Czy to dla ciebie problem? - zapytał nagle William, przechylając głowę w bok.

- Nie, skądże. Po prostu... - Wzięłam głębszy oddech. - To brzmi jak bardzo odpowiedzialna funkcja.

- I tak właśnie jest - przyznał bez wahania. - To wymagająca praca, jeżeli chodzi o Jamesa.

Miałam wrażenie, że w jego spojrzeniu pojawiło się coś w rodzaju ostrzeżenia lub rozbawienia.

- Rozumiem - powiedziałam po chwili. - Ale nie boję się wyzwań.

Jego palce zastukały lekko o blat biurka, jakby coś rozważał.

- W takim razie zadam ci jeszcze jedno pytanie, ostatnie.

Skinęłam głową, miałam wrażenie, że nagle zaschło mi w gardle.

- Co zrobisz, jeśli okaże się, że praca z Jamesem Spencerem nie jest jedynie wyzwaniem zawodowym, ale również emocjonalnym?

Zmarszczyłam brwi w wyrazie zaskoczenia.

- Wyzwaniem emocjonalnym? W jakim sensie?

Mężczyzna uniósł dłoń.

- Nie chodzi o romans w pracy, nie, nie - powiedział tonem, który miał być uspokajający, ale wcale taki nie był. - Raczej o to, że James potrafi być trudny... - Zawiesił głos. - Bardzo trudny. Jego poprzednie asystentki nie wytrzymywały długo.

Poczułam dziwne ukłucie w żołądku. Nie strach. Raczej zaciekawienie zmieszane z instynktem rywalizacji.

- A pan uważa, że ja wytrzymam? - zapytałam cicho.

Na jego twarzy pojawił się spokojny, pełen pewności półuśmiech.

- Uważam, że masz w sobie coś, czego tamtym brakowało. - Splótł dłonie przed sobą. - Upór i odwagę, by mówić, co myślisz.

Wyprostowałam się, czując, jak moje własne słowa sprzed chwili nabierają teraz nowego znaczenia.

- W takim razie - podjęłam - jeśli dostanę tę szansę, zrobię wszystko, żeby jej nie zmarnować.

- Dobrze - powiedział William Marshall, jakby podjął już decyzję. - W takim razie zostaniesz poinformowana o szczegółach jeszcze dziś. - Wstał, dając mi jasno do zrozumienia, że rozmowa dobiegła końca. - Gratuluję, Betty - dodał, wyciągając do mnie dłoń. - To pierwszy dzień reszty twojej kariery.

Uścisnęłam jego dłoń stanowczo, choć w środku cała drżałam.

Nie miałam pojęcia, że jego słowa okażą się prorocze.

Jeszcze nie znałam Jamesa Spencera.

- Dziękuję, Williamie, za okazane mi zaufanie - powiedziałam jedynie.

Wyszłam z gabinetu, starając się oddychać równomiernie. Kolana nadal miałam miękkie, a moja głowa była przepełniona mieszanką adrenaliny, nadziei i dezorientacji.

Drzwi cicho zatrzasnęły się za mną, a ja ruszyłam w stronę lobby. Miałam właśnie schować dokumenty do torby, kiedy zakręt korytarza okazał się zbyt ciasny.

Dosłownie.

Zanim zdążyłam zareagować, poczułam czyjeś ramię uderzające lekko o moje, a potem mocny, stabilny chwyt czyichś dłoni na moich przedramionach.

- Uwaga! - Niski męski głos zabrzmiał tuż przy moim uchu.

Uniosłam głowę i zobaczyłam przed sobą mężczyznę, który absolutnie nie pasował do tego eleganckiego budynku. Wysoki. Nosił idealnie skrojony garnitur. Ciemne włosy były lekko potargane, jakby przeczesał je w pośpiechu palcami. A jego spojrzenie... Ostre, przenikliwe i zbyt świadome własnej siły.

Właśnie to spojrzenie wydało mi się znajome.

To był... ten sam facet, na którego wpadłam dzień wcześniej.

- Pan Dupek, do usług - rzucił chłodnym, pozbawionym emocji głosem, nawet nie próbując ukryć sarkazmu.

Cudownie. Czyli jednak mnie poznał i, co gorsze, słyszał.

- Przepraszam, już nie przeszkadzam - wymamrotałam, gotowa czmychnąć gdziekolwiek, byle dalej od niego.

Ale zanim zrobiłam choć jeden krok, ktoś zawołał moje imię.

- Betty, poczekaj!

Odwróciłam się i zobaczyłam Williama, który prawie biegł w naszą stronę. Po chwili stanął pomiędzy mną a tajemniczym aroganckim typem.

- Muszę ci kogoś przedstawić - powiedział. Wyglądał przy tym na tak zadowolonego, jakby właśnie wręczał mi nagrodę. - To jest James.

W jednej sekundzie mój żołądek skręcił się w supeł.

James Spencer.

Czyli ten dupek ma być moim szefem, a ja jego asystentką?

Rozdział 3

Jedno ciało, jedna dusza

Wchodząc następnego dnia do biura kancelarii Spencer i Marshall, czułam, że już nie jestem tu intruzem. Wieczorem William podesłał mi wiadomość, żebym przyszła następnego ranka.

Podchodząc do recepcji, zauważyłam tę samą kobietę, która witała mnie poprzedniego dnia. Teraz jednak jej spojrzenie było cieplejsze, bardziej swobodne, jakbyśmy znały się od dawna.

- Witaj! - Uśmiechnęła się szeroko, wstając zza eleganckiego biurka. Dopiero wtedy zauważyłam jej plakietkę. Kimberly Adams. - Mów mi Kim. Gdybyś czegokolwiek potrzebowała, jestem tu dla ciebie.

Jej entuzjazm był zaraźliwy. Podała mi niewielką plastikową kartę w czarnej ramce.

- To twój identyfikator - wyjaśniła, kładąc na stole plastikową kartę. - Nie rozstawaj się z nim. To twoja przepustka do większości pomieszczeń, otworzy ci windy, a także zaznaczy twoją obecność w systemie. Na razie masz wersję tymczasową, ale zaraz wyślę ci formularz. Wystarczy, że wypełnisz, odeślesz i wygenerujemy ci stałą kartę.

Kim mówiła szybko, gestykulując przy tym zamaszyście, jakby opowiadała o czymś naprawdę ekscytującym. W końcu delikatnie uniosłam dłoń, by dać jej chwilę na zaczerpnięcie powietrza.

- Dziękuję, Kim. - Odebrałam identyfikator i uśmiechnęłam się do niej.

- Zanim pójdziesz do biura Jamesa - kontynuowała instruowanie mnie Kim - udaj się tam. - Wskazała na drzwi z napisem "Tylko dla personelu". - Znajdziesz tam Kate. Dopasuje ci uniform. Będziesz w nim reprezentowała kancelarię i uwierz mi, będziesz wyglądać zjawiskowo.

Idąc korytarzem, mijałam kolejnych pracowników i klientów kancelarii. Zatrzymałam się przed drzwiami z tabliczką "Tylko dla personelu" i delikatnie zapukałam. Cisza. Nikt nie odpowiedział. Już miałam zapukać ponownie, kiedy spojrzałam na plastikowy identyfikator w swojej dłoni.

No tak, Kim mówiła mi przecież, do czego służy.

Przyłożyłam kartę do czytnika umieszczonego po prawej stronie. Urządzenie piknęło, a dioda zapaliła się na zielono. Popchnęłam drzwi, które otworzyły się bez najmniejszego oporu.

Kiedy weszłam do środka, zauważyłam kobietę stojącą przy jednym z wieszaków. Była drobna, ale poruszała się z taką pewnością, jakby całe to pomieszczenie należało wyłącznie do niej. Czarne włosy spięła w ciasny kok, a spojrzenie zza czerwonych okularów świadczyło o umiejętności oceny wymiarów człowieka co do milimetra.

Kobieta odwróciła się do mnie i zmierzyła mnie wzrokiem tak szybko, że nawet nie zdążyłam się wyprostować.

- Ty jesteś Elizabeth, prawda? - zapytała tonem, który brzmiał bardziej jak stwierdzenie niż pytanie.

- Tak, zgadza się - odparłam niepewnie, zamykając za sobą drzwi.

- Świetnie. Jestem Kate. Od dzisiaj jestem twoją wróżką od uniformów - powiedziała, odsuwając kolejny wieszak. - Nie obiecuję sukni balowej, ale przynajmniej będziesz wyglądać jak ktoś, kogo można wpuścić do gabinetu Jamesa.

Wydałam z siebie coś w rodzaju nerwowego chichotu.

- To dobrze?

- To bardzo dobrze. - Skinęła głową. - Zdejmij płaszcz. Stań tutaj. Ręce wzdłuż ciała. Nie ruszaj się przez chwilę - wydawała mi kolejne polecenia w tempie karabinu maszynowego.

Zrobiłam, jak mi kazała.

Kate obchodziła mnie dookoła, jakby oceniała eksponat w muzeum. Po chwili wyciągnęła z wieszaka czarny, elegancki komplet.

- Rozmiar się zgadza - oznajmiła z dumą. - Mam dobrą pamięć do ludzi i jeszcze lepszą do sylwetek. Przymierz. Przymierzalnia jest za tym parawanem.

Kabina była niewielka, ale przytulna. Gdy włożyłam uniform, poczułam, jakby cały mój wizerunek nagle zrobił się poważniejszy, bardziej profesjonalny. Jakbym w jednej sekundzie stała się kimś nowym.

Wyszłam zza parawanu, czując lekkie napięcie.

- I jak? - zapytałam ostrożnie.

Kate spojrzała na mnie, przechyliła głowę i uśmiechnęła się z zadowoleniem.

- Idealnie. Teraz wyglądasz jak ktoś, kogo James nie będzie chciał zabić spojrzeniem. - Uniosła brew. - Chociaż z nim nigdy nic nie wiadomo.

- To komplement?

- W tym miejscu? Jak najbardziej - powiedziała z powagą, po czym podała mi zestaw zapasowy. - Masz tu drugi komplet. Piorąc, nie mieszaj z kolorami, bo będzie źle.

- Dziękuję, Kate. Naprawdę.

- Jasne. Witaj w firmie, Elizabeth. - Puściła mi oko. - A teraz leć. Twój szef pewnie już krąży po gabinecie, a on nie lubi spóźnialskich.

Kiedy wyszłam z pomieszczenia, cały czas czułam zapach nowego uniformu. Czarny materiał był miękki. Czułam się inaczej. Poważniej, jakbym była starsza o jakieś pięć lat. Lepsza? Hm, przynajmniej wystarczająco profesjonalna, by stawić czoło Jamesowi.

Biuro znajdowało się na końcu długiego korytarza na trzynastym piętrze. Przy każdym kroku rozlegało się delikatne echo, zupełnie jakby wszyscy pracownicy chcieli usłyszeć, że nadchodzi nowa asystentka.

Gdy dotarłam do drzwi z mosiężną tabliczką "Gabinet Zarządu - James Spencer", serce waliło mi jak szalone. Wyciągnęłam rękę, żeby zapukać i w tym momencie drzwi otworzyły się same.

A za nimi stał on - James Spencer w pełnej okazałości. Ten sam wzrok. Ostre, chłodne, analityczne spojrzenie. Jakby jednym ruchem oczu był w stanie ocenić wartość człowieka.

- Panno Scott - powiedział spokojnie, jakby w ogóle go nie zdziwiło, że stoję przed jego gabinetem gotowa uciekać w przeciwną stronę. - Punktualnie. To dobrze. Zapraszam do środka.

- Starałam się - wydusiłam z siebie te dwa słowa, ale mój głos brzmiał podejrzanie cienko.

Spencer wskazał głową wnętrze gabinetu.

Weszłam do środka i zaniemówiłam. Jego biuro było ogromne. Przeszklona ściana oferowała panoramiczny widok na miasto. Stało tu szerokie biurko z ciemnego drewna, były też regały wypełnione aktami po sam sufit. Całość prezentowała się minimalistycznie, elegancko i odrobinę onieśmielająco.

- Uniform pasuje - zauważył James, skupiając na mnie wzrok znacznie dłużej, niż było to potrzebne. Po chwili wrócił za biurko. - Kate ma rękę do detali.

- Tak, była bardzo skrupulatna - odchrząknęłam.

Kącik jego ust drgnął, ale szybko nad tym zapanował.

- Proszę usiąść - polecił, wskazując mi fotel.

James usiadł naprzeciwko, otworzył teczkę i przez chwilę tylko mnie obserwował, jakby próbował rozgryźć, czy za chwilę zemdleję, czy też pokażę, że jestem godna, by tu być.

- Zanim zaczniemy - powiedział w końcu - chcę ustalić kilka zasad.

Oczywiście, zasady. Taki mężczyzna jak on musiał mieć wszystko pod kontrolą.

- Po pierwsze, punktualność jest u mnie niepodważalna. Nawet minuta spóźnienia oznacza, że marnujemy czas, a ja nie toleruję strat.

- Rozumiem. - Kiwnęłam głową.

- Po drugie, dyskrecja. Sprawy, które przechodzą przez moje biuro, nie wychodzą poza te mury. Nawet jeśli ktoś zada pytanie, to zostawiamy je bez odpowiedzi.

- Tak jest.

- Po trzecie, nie polemizujemy dla sportu. - Spojrzał na mnie znacząco. - Już zdążyła mi pani udowodnić, że lubi wyrażać swoje zdanie. Nie wiem, jakie zasady panowały w pani poprzednim miejscu pracy, ale tutaj jest to niedopuszczalne. - Mocno podkreślił ostatnie słowo.

Oho... Pan Dupek nie zapomniał. Chyba jednak trochę uraziłam jego ego, skoro aż tak podkreślił akurat tę zasadę.

- Obiecuję, że od dzisiaj będę wypowiadać się ostrożniej - odpowiedziałam z lekkim uśmiechem.

- Dobrze. Lubię ludzi, którzy wiedzą, kiedy warto trzymać język za zębami - skomentował, wpatrując się we mnie cały czas.

- Postaram się - przyznałam szczerze.

- Zobaczymy - podsumował spokojnie, jakby to słowo miało być ostatecznym testem mojej wartości. - Po czwarte, i to jest zdecydowanie najważniejsze, nie mieszamy życia prywatnego z zawodowym. - Jego spojrzenie zatrzymało się na mnie na ułamek sekundy dłużej, niż powinno.

Kiwnęłam głową posłusznie.

- Pracując tutaj, trzeba się maksymalnie skupiać. Nawet najmniejsza rzecz, która rozprasza, może zrujnować końcowy efekt - dodał. Położył ręce na biurku, jakby chciał jeszcze bardziej podkreślić swoją pozycję. - A teraz przejdziemy do części teoretycznej. Zobaczymy, jak sobie z nią pani poradzi.

James sięgnął do dolnej szuflady i po chwili położył na biurku cienką, elegancką teczkę. Delikatnym ruchem przesunął ją w moją stronę.

Ujęłam teczkę w dłonie.

- To pani umowa - wyjaśnił, splatając dłonie na blacie. - Chcę, żeby się pani z nią zapoznała, przeczytała wszystko uważnie. Jeśli jakaś kwestia okaże się niejasna, proszę to zaznaczyć lub sporządzić notatki.

- Oczywiście. - Skinęłam energicznie głową.

- Chciałbym mieć pewność, że wszystko jest dla pani zrozumiałe - kontynuował, wbijając we mnie spojrzenie. - Oczekuję kompletu notatek. Każdy punkt, każda procedura, każdy zapis. Żadna kwestia nie może umknąć.

Przełknęłam ślinę, czując, jak teczka staje się coraz cięższa, jakby nagle zmieniła się w pięćsetstronicowy kodeks.

- Jasne - powiedziałam i przełknęłam ślinę, bo poczułam suchość w ustach.

James zaś tylko skinął głową, jakby właśnie rozpoczął kolejny etap mojego egzaminu.

- Czy na tym etapie wszystko jest zrozumiałe? - zapytał, unosząc na mnie wzrok.

- Tak. Same konkrety, jak w instrukcji obsługi wkrętarki - rzuciłam żartobliwie, próbując rozładować napięcie.

Niestety, jego twarz nawet nie drgnęła. Zero reakcji. Klasyczny James.

Zanim zdążyłam choćby otworzyć teczkę, podniósł się z krzesła.

- Pracuje pani tutaj. - Wskazał głową wolne biurko stojące w drugim pomieszczeniu. - Będę miał większą kontrolę nad tym, co pani robi. W razie potrzeby mogę natychmiast zareagować.

- Rewelacyjnie - mruknęłam pod nosem. - Kamerka by jeszcze pomogła.

- Słucham? - Jego spojrzenie było lodowate.

- Nic, absolutnie nic. - Uśmiechnęłam się niewinnie.

- Tak myślałem, że się przesłyszałem - odpowiedział chłodno. - Będzie musiała pani zapisać mnie na wizytę do laryngologa. Najwyraźniej słuch mi szwankuje.

Nie wiedziałam, czy to był żart, czy po prostu jego sposób bycia. Ton pozostawał nieprzenikniony.

- Wracając do obowiązków - kontynuował - jako moja asystentka odpowiada pani za odbieranie tego telefonu. - Położył komórkę na biurku, tuż przede mną, ale wcale się nie cofnął. Wyglądało to, jakby testował, czy odważę się wziąć ten telefon do ręki. - W laptopie, z którym od tej chwili pani się nie rozstaje, jest cały mój kalendarz. Poszczególne pozycje zaznaczone są kolorami - dodał.

Otworzyłam laptopa, który przez cały czas leżał przede mną niczym czekająca na wybudzenie bestia. Po uruchomieniu od razu ukazał się ogromny, przejrzysty harmonogram. Mężczyzna nie żartował. Kalendarz zajmował praktycznie cały pulpit. Różowe, niebieskie, czerwone i zielone bloki układały się w skomplikowaną mozaikę jego dnia.

- No pięknie - westchnęłam pod nosem. - Tęcza stresu.

James oczywiście to usłyszał.

- Nauczy się pani - skwitował sucho. - Przynajmniej mam taką nadzieję. Inaczej by tu pani nie było. Podobno da sobie pani radę.

- W porządku, wszystko widzę, ale czy byłby pan w stanie mi wyjaśnić, czy te kolory mają jakieś znaczenie, czy po prostu są ustawione losowo? - zapytałam, zerkając na niego znad ekranu.

James cicho westchnął, ale nie z irytacji, a bardziej jak ktoś, kto przygotowuje się psychicznie do tłumaczenia rzeczy oczywistych. Mimo to wstał zza biurka i podszedł do mnie. Stanął za moim krzesłem i pochylił się tak, że jego cień padł na klawiaturę.

Od razu poczułam jego perfumy - świeże, eleganckie, z nutą czegoś drzewnego. Do tego delikatny zapach wody kolońskiej, który zdradzał, że ogolił się prawdopodobnie niedługo przed przyjściem do pracy.

- Czerwony - zaczął spokojnym, rzeczowym tonem - to najważniejsze spotkania. Absolutny zakaz przeszkadzania, przekładania i kombinowania. Jeśli zobaczysz czerwony, to nie istnieje dla mnie świat zewnętrzny.

Skinęłam głową, starając się wyglądać na profesjonalistkę, a nie jak ktoś, kto właśnie analizuje, jak ładnie pachnie jego szef.

- Kolor żółty to spotkania niepotwierdzone. Moi klienci wiedzą, że tydzień przed datą muszą potwierdzić przybycie. Pani obowiązkiem będzie im o tym przypominać. Wszędzie podano numery, maile, wszystko, co potrzeba. - Zrobił krótką pauzę i spojrzał na mnie. - Do tej chwili wszystko jest jasne?

- Tak, oczywiście.

- Zielony to wolne miejsca. Może mnie pani umawiać na spotkania i wizyty. - Uniósł brew. - Na przykład u lekarza.

Oho. Nawiązanie do laryngologa. Widać, że jednak słyszy całkiem nieźle.

- Czyli tutaj... - Wskazałam jutrzejszą zieloną lukę. - ...mogę umówić pana do laryngologa?

Miałam nadzieję, że tym razem się roześmieje. No bo ile można próbować?

- Nie - odparł krótko i stanowczo. Zero rozbawienia. - Na jutro proszę wpisać: odpytywanie panny Scott.

Zamarłam na moment. Nie byłam pewna, czy teraz to ja się nie przesłyszałam. A może to ja potrzebowałam wizyty u lekarza?

- Czy powiedziałem coś nie tak, panno Scott? - James spojrzał na mnie chłodno, ale uważnie.

- Nie, wszystko w porządku. Już zapisuję - odparłam szybko i zaczęłam wystukiwać w kalendarzu: "9:00 - odpytywanie Elizabeth Scott".

- Doskonale. Właśnie o to chodziło - powiedział z niepokojącą satysfakcją. - Teraz klikamy tutaj. - Wskazał ikonę w górnym rogu ekranu. - I ustawiamy kolor. Na czerwono.

Zrobiłam dokładnie to, co mi polecił.

- Świetnie. Od tego momentu u wszystkich pracowników pojawia się komunikat, żeby mi w tych godzinach nie przeszkadzać.

To już brzmiało bardzo poważnie. Zbyt poważnie jak na coś, co miało być tylko elementem szkolenia.

- Przepraszam... - Uniosłam w końcu wzrok, bo cały czas James stał tuż obok mnie, zbyt blisko, by ignorować jego obecność. - Z czego dokładnie będzie to odpytywanie?

James splótł dłonie za plecami. Wyglądał jak nauczyciel z prywatnej szkoły, który właśnie zamierza sprawdzić, czy uczeń ma w głowie choć jedną myśl.

- Z zakresu pani obowiązków - odparł bez wahania. - Wszystko jest zawarte w umowie, którą pani przekazałem. Jedną z podstawowych cech dobrego prawnika jest umiejętność tworzenia dokumentów, które sam potrafi bezbłędnie wyjaśnić. - Zrobił krok w bok, dając mi nieco przestrzeni. - Dlatego ma pani czas do jutra, by zapoznać się z każdym punktem - dodał spokojnie, ale stanowczo. - Jutro panią przepytam, a dopiero później zdecydujemy, czy podpiszemy umowę, czy nie.

James po tych słowach pozwolił mi opuścić jego gabinet. Udałam się do swojego nowego miejsca pracy.

Świetnie. Czyli nie tylko dostałam szefa, który pachnie jak zagrożenie i elegancja w jednym. To gość, który urządza mi test z życia.

Siedziałam przy swoim nowym biurku, czując nadal przypływ adrenaliny po rozmowie z Jamesem. Teczka leżała przede mną niczym księga zaklęć, która albo otworzy mi drzwi do kariery, albo spali mnie na popiół, jeśli pomylę choć jedno słowo. Otworzyłam i zaczęłam czytać.

Umowa o współpracy pomiędzy Elizabeth Scott a kancelarią

Spencer i Marshall, dotycząca stanowiska asystentki.

Wyjaśnienie terminów:

- James Spencer - Przełożony

- Elizabeth Scott - Asystentka.

Pierwsze strony poszły łatwo, ponieważ były tam moje dane, które skrupulatnie przejrzałam, sprawdzając, czy nie ma jakiegoś haczyka. Poza błędnie podanym miejscem urodzenia wszystko było w porządku.

Wyciągnęłam z szuflady notes, który ktoś zostawił dla mnie. Czarny, elegancki, z logo kancelarii na okładce. Ułożyłam go obok laptopa, wzięłam długopis i wróciłam do lektury dokumentów.

Początkowe paragrafy były w porządku. Nudne i przewidywalne. Zakres obowiązków. Czas pracy. Poufność. Im dalej jednak brnęłam, tym bardziej zaczynałam rozumieć, dlaczego James codziennie chodzi taki spięty.

Asystentka zobowiązuje się do pełnej dyspozycyjności w zakresie czasowym związanym z harmonogramem Przełożonego.

Świetnie. Czyli mój zegarek przestaje być mój. Zapisałam w notatkach: "dyspozycyjność = JA + kalendarz Jamesa = jedno ciało, jedna dusza" oraz "czerwone = śmierć, żółte = może śmierć, zielone = nadzieja".

Zmarszczyłam brwi i czytałam dalej.

Asystentka odpowiada za koordynowanie komunikacji z klientami, przygotowywanie dokumentów, organizację spotkań oraz bieżący nadzór nad terminami Przełożonego.

Dopisałam: "termin = świętość; klient = bóstwo; James =...?". Przy jego imieniu się zatrzymałam, bo żadne określenie nie pasowało.

Kolejne punkty były jeszcze bardziej precyzyjne.

W sytuacjach kryzysowych Asystentka podejmuje decyzje, kierując się najlepiej pojętym interesem kancelarii.

Zrobiłam wielką gwiazdkę, jakby od tego zależało moje życie. Zanotowałam: "katastrofa + ja = mam nie panikować".

Po godzinie mój notes wypełniały krótkie, chaotyczne, ale według mnie sensowne zapiski. Jeszcze nigdy przy lekturze żadnej umowy nie musiałam aż tyle się zastanawiać, ani tyle pić.

Sięgnęłam po kubek z wodą, który cały czas stał na moim biurku. Wypiłam połowę jego zawartości.

Wróciłam do czytania. Kiedy skończyłam, przetarłam oczy. Sporządziłam notatki. Jutro czekało mnie odpytywanie jak przed maturą, mimo wszystko czułam lekkie podekscytowanie.

Zamknęłam teczkę.

Gdy nagle usłyszałam jego głos, włoski na karku stanęły mi dęba.

- Proszę pokazać mi notatki - powiedział spokojnie.

Zbyt spokojnie. To był ten ton, który można usłyszeć przed egzekucją.

Odwróciłam się powoli, jak ktoś, kto oddaje portfel złodziejowi, mimo że w środku ma ostatnie pięćdziesiąt dolarów na życie.

- Jeszcze nad nimi pracuję. - Uśmiechnęłam się tak nerwowo, że mięśnie policzków aż mi zadrżały.

- Proszę pokazać. - Wyciągnął rękę.

Kartka, którą próbowałam dyskretnie wsunąć pod laptop, po prostu wyślizgnęła mi się z palców, zatańczyła w powietrzu jak jesienny liść i wylądowała przodem do góry pod jego butem.

James pochylił się, podniósł ją i zaczął czytać. Całość. Od pierwszej linijki po ostatnią. W milczeniu, które bolało bardziej niż krzyk.

Siedziałam jak skamieniała.

Po dłuższej chwili uniósł na mnie wzrok. Twarz miał jak wykutą z marmuru - zero emocji, zero reakcji, zero życia.

- Panno Scott?

- T-tak? - pisnęłam, bo tylko tyle mogłam z siebie wydusić.

Uniósł lekko kartkę, trzymając ją między dwoma palcami niczym dowód z miejsca zbrodni.

- Proszę powiedzieć - zaczął wolno - co znaczy "jedno ciało, jedna dusza"?

Zamknęłam oczy. Jeśli istniał jakikolwiek Bóg od asystentek, miałam nadzieję, że naciśnie przycisk "reset".

Otworzyłam jedno oko. Delikatnie uniosłam powiekę. Jak ktoś, kto nie jest pewien, czy może już opuścić schron przeciwatomowy.

James stał przede mną z tą nieszczęsną kartką, a jego brew uniosła się o milimetr. Może dwa. Jak na niego to była reakcja niczym wybuch fajerwerków. Czułam się jak uczennica przyłapana przez nauczyciela na miłosnych liścikach wymienianych z kolegą z ostatniej ławki.

- Panno Scott - zaczął spokojnie. Stanowczo zbyt spokojnie. - Czy zechciałaby mi pani wyjaśnić, w którym punkcie umowy znalazła pani zapis o... - Lekko przechylił kartkę. - ...jedności dusz i ciał?

- To nie jest zapis z umowy - wypaliłam bez zastanowienia.

- Doprawdy? - zapytał, jakby właśnie odkrył, że jednak istnieją gatunki, które potrzebują dodatkowego czasu na sformułowanie poprawnej odpowiedzi.

- To... to... - zaczęłam, ale mój mózg odmówił współpracy. - To hasło motywacyjne.

- Motywacyjne - powtórzył. - Rozumiem, więc w jaki sposób... - Zrobił krótką pauzę, jakby dobierał słowa, by brzmiały profesjonalnie. - ...ma to panią motywować w pracy prawniczej?

Czułam, jak moje policzki płoną.

- To miało... to miało znaczyć, że... - Chrząknęłam. - Że mój mózg i moja praca powinny być jednością.

James spojrzał jeszcze raz na kartkę.

- Ciekawe. Nie widzę wzmianki o mózgu. Widzę natomiast bardzo... - Uniósł lekko kącik ust. - ...poetycką interpretację.

- Proszę mi oddać tę kartkę - powiedziałam szybko, wyciągając rękę.

- Oczywiście - zgodził się natychmiast, ale nie podał mi jej od razu. - Ale zanim to zrobię, chciałbym zaznaczyć, że oczekuję, iż pani jutrzejsze przygotowanie będzie... - Znów uniósł kartkę. - ...nieco bardziej rzeczowe.

- Oczywiście. Absolutnie. Będzie. Sto procent rzeczowe. Zero dusz. Zero ciał. Tylko konkrety - zapewniłam, kiwając głową tak intensywnie, że niemal uderzyłam brodą w biurko.

James oddał notatkę.

- Świetnie. W takim razie proszę kontynuować pracę. Jutro o dziewiątej. Bez poezji.