Rozdział 6
KELLER
- Powrót córki marnotrawnej.
Keller uśmiecha się do Hala Kowalskiego, prokuratora okręgu Union,
siedzącego za górą papierów przy biurku w Centrum Wymiaru
Sprawiedliwości imienia Andrew K. Ruotola.
Główny prokurator okręgu patrzy na wydatny brzuch Keller i uśmiecha się
szeroko.
- Do licha, przybyłaś ze wsparciem!
- Jak się miewasz, Hal?
- Mężczyznom w moim wieku nie zadaje się takich pytań. Powinnaś to
wiedzieć.
Hal nie postarzał się od czasu, gdy Keller odbywała staż w biurze
prokuratora okręgu w czasie wakacji letnich w college'u. W dalszym ciągu
jest atletycznie zbudowany i krótko ostrzyżony jak żołnierz piechoty
morskiej. Zaprasza ją gestem do zajęcia miejsca w fotelu naprzeciwko
biurka.
- Kiedy powiedziałem Stanowi, że potrzebujemy pomocy FBI, nie
wiedziałem, że przyślą najlepszy zespół. - Hal to stary przyjaciel szefa
Keller, kierującego ekspozyturą w Newark. Keller podejrzewa, że właśnie
dlatego przed pięciu laty otrzymała przydział do Newark, marzenie
wszystkich świeżo upieczonych agentów. Uważa, że właśnie dlatego jest tu
w tej chwili.
- Jak się miewa Stan? - pyta Hal. - Ciągle jest takim sztywniakiem?
- Nie, zaczął ćwiczyć jogę i wysyła nas na warsztaty z uważności.
Hal patrzy na Keller przez dłuższą chwilę.
- Powiedz, że to żart.
Keller szeroko się uśmiecha, potwierdzając, że żartuje.
- Widzę, że ciągle masz poczucie humoru. Dobrze. Nie strać go wśród
biurokratów w czarnych garniturach.
Banalne, wstępne rozmowy się skończyły - Hal i Keller nie przepadają za
nimi - po czym Hal przechodzi do rzeczy.
- Przekazano ci informacje o lodziarni? - pyta.
- Tak. Widzę, że już obozują przed nią dziennikarze. Przywieźli namioty,
więc chyba szykują się na dłuższy pobyt.
Hal wzdycha i zmienia pozycję na krześle.
- Wpadną w amok, gdy się dowiedzą, że sprawca posługiwał się nożem.
Hal nie musi wyjaśniać. W ciągu piętnastu lat od ataku na wypożyczalnię
filmów sieci Blockbuster doszło do mnóstwa masowych zabójstw. Świat
całkowicie się zmienił. Ale sprawcy posługiwali się nożem tylko w kilku
przypadkach.
- Nie sądzisz, że Vince Whitaker... - Keller nie kończy pytania.
- Nie wiem. Dlatego was ściągnęłam. Niech FBI się rozejrzy, jestem
ciekaw, co o tym myślicie.
- Jakieś tropy?
Hal masuje sobie skroń.
- Nie - odpowiada. - Usiłujemy coś wyciągnąć od dziewczyny, która
przeżyła. Podobno jest w szoku, ale może uda się ją przesłuchać. Jeśli
nie, za tydzień zażądają mojej głowy.
- I mojej.
- Z kim innym z FBI miałem się skontaktować? - Hal leciutko się
uśmiecha.
- Jak możemy pomóc?
- Vince'a Whitakera można wykluczyć. Nie wyobrażam sobie, by wrócił.
Zapadł się pod ziemię przed piętnastu laty. Ale macie środki, którymi
nie dysponujemy. Nie chcę, żeby moja grupa śledcza goniła za błędnym
ognikiem. Stan obiecał, że zajmie się sprawą Whitakera z powodu ucieczki
przed nakazem aresztowania i utrudniania działania wymiaru
sprawiedliwości. To osobny zarzut.
FBI zwykle nie zajmuje się morderstwami, bo podlegają jurysdykcji
stanowej. Ale Vince Whitaker ma zarzut federalny: ucieczkę przed
wymiarem sprawiedliwości. Władze stanowe i lokalne skłoniły FBI do
wydania nakazu z powodu utrudniania działania wymiaru sprawiedliwości,
co pozwala tropić podejrzanego z pomocą agencji federalnych.
Keller kiwa głową.
- Ale lodziarnia... jak możemy pomóc?
- Traktujmy to spokojnie. Sprawą zajmuje się szef moich detektywów,
ponury sukinsyn, nazywa się Joe Arpeggio. Miejscowi nigdy nie są
zadowoleni, gdy FBI się wtrąca. Wystarczy obejrzeć kilka filmów
telewizyjnych o policjantach.
- Wiesz, że nie będę próbowała...
- Wiem, ale niech sam to zrozumie. Wspólnie możecie rozwiązać tę
zagadkę, nim w czerwcu dostanę złoty zegarek.
- Przechodzisz na emeryturę?
- Złożyłem wniosek przed kilkoma miesiącami - mówi Hal bez śladu
nostalgii. - Arpeggio da się przekonać do współpracy z FBI, zwłaszcza
jeśli nie znajdzie żadnych tropów, ale uważam, że powinnaś się skupić na
Vincencie Whitakerze. Byłbym wdzięczny, gdybyś pomogła Arpeggiowi, jeśli
okażą się konieczne jakieś badania laboratoryjne.
Keller kiwa głową. Prawdopodobnie nie ma to żadnego sensu. Rano
przestudiowała teczkę dotyczącą ucieczki Vince'a Whitakera. Była
cieniutka, sprawę odłożono ad acta jako nierozwiązaną. Teraz jednak
poproszono o pomoc FBI, bo dysponuje ogromnymi zasobami.
- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, będzie ci towarzyszył jeden z naszych detektywów, najlepszy specjalista od napadu na wypożyczalnię
sieci Blockbuster.
Keller marszczy brwi.
- Nie martw się - mówi Hal. - To dobry chłopak, będzie świetnym
detektywem.
"Dobry chłopak? Ile ma lat?" Biuro prokuratora okręgu Union jest
ogromne, ma przeszło dwustu pracowników i własny zespół śledczy. W swoim
czasie Keller odbyła staż w wydziale zabójstw. Zastanawia się, czy nie
zaprotestować przeciwko współpracy z nowicjuszem, ale zna Hala
wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że to nie prośba, tylko polecenie.
- Będzie w biurze o szesnastej trzydzieści. Trafisz tam.
Gabinet Keller, gdy była na stażu. Wie, że rozmowa jest zakończona.
Dziękuje i idzie do drzwi.
- Sarah... - mówi Hal. Jego głos jest cichszy niż poprzednio. Keller się
odwraca, a Hal wskazuje jej brzuch.
- Gratulacje, moja droga.
Rozdział 8
KELLER
Keller idzie do biura Atticusa Singha - detektyw naprawdę tak się
nazywa. Ma brązową skórę, oczy łani, jest ubrany w ładny garnitur z cienkim krawatem i drogie buty. Hal mówił, że Atticus jest młody: musiał
niedawno skończyć studia. Na ścianach nie wiszą dyplomy, ale Keller
zauważa kubek do kawy z dużym, wiele mówiącym słowem YALE.
- To dla mnie zaszczyt, agentko Keller - mówi Atticus, wyciąga rękę i z entuzjazmem ściska jej dłoń.
Keller kiwa głową i znowu rozgląda się po gabinecie, przypominając sobie
letnie miesiące, gdy pracowała jako stażystka w tym samym ciasnym
pomieszczeniu. Dział śledczy musiał się znacznie powiększyć, skoro tego
młodego człowieka ulokowano w dawnym pokoju dla stażystów.
- Kiedyś był to mój gabinet - mówi Keller. - Na studiach odbywałam tu
staż.
- To zabawne - odpowiada Atticus. - Pokój jest niewielki, ale mogło być
gorzej. Mój przyjaciel Brian urzęduje w schowku w suterenie. - Uśmiecha
się.
Keller patrzy na tablicę zajmującą prawie całą ścianę. Wydaje się
poświęcona napadowi na wypożyczalnię filmów. Fotografie personelu,
ofiar. Dwudziestokilkuletni mężczyzna z twarzą pokrytą trądzikiem,
cztery ładne nastolatki na zdjęciach wyglądających jak skopiowane ze
szkolnej księgi pamiątkowej. Poniżej niepokojąco czarno-biała fotografia
parkingu wypożyczalni, pustego, jeśli nie liczyć kilku samochodów w miejscu przeznaczonym dla pracowników. W górnej części tablicy zdjęcie z kartoteki policyjnej. Keller je poznaje. To osiemnastoletni Vincent
Whitaker. Ma podbite oko i przeciętą wargę - dzieło policjantów, którzy
wyważyli drzwi jego domu i aresztowali go w dniu masakry. Jest
przystojny, kojarzy się ze zbuntowanym nastolatkiem w stylu Jamesa
Deana. Stara fotografia ma w sobie aurę tajemniczości.
- Jestem pełna podziwu. Rozumiem, że interesujesz się napadem na
wypożyczalnię filmów? - pyta Keller.
Atticus gorliwie kiwa głową. Widać, że jest dumny ze swojej pracy.
Podoba się to Keller.
- Opiszesz mi wszystko, gdy będziemy jechać na miejsce zbrodni.
- Pojedziemy do lodziarni? Myślałem, że mamy się zająć tylko
wypożyczalnią i Vince'em Whitakerem.
- Nie możemy się zająć Whitakerem bez sprawdzenia, czy jest jakiś
związek z ostatnimi morderstwami, prawda? - Keller spogląda
porozumiewawczo na Atticusa.
Policjant patrzy na nią z entuzjazmem. Rzeczywiście, ma oczy łani.
- Wspaniale!
Mówi, że mogą pojechać jego samochodem. Keller się zgadza, ale podchodzą
do starego dwumiejscowego kabrioletu ze spłowiałą czerwoną karoserią -
wozu sportowego MG Midget. Keller kładzie dłonie na brzuchu i spogląda
zmęczonym wzrokiem na Atticusa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
PROLOG
SYLWESTER 1999
Spodziewano się, że tej nocy nastąpi koniec świata.
Samoloty spadające z nieba. Urywające się windy. Krach giełdowy.
Cyfrowa apokalipsa.
Ale w wypożyczalni filmów sieci Blockbuster w Linden, w stanie New
Jersey początek drugiego tysiąclecia był normalnym piątkiem. Steve
pracował jako kierownik od pół roku, oczywisty awans w porównaniu z poprzednią pracą w barze sieci Taco Bell. W restauracji jego ubranie
przesiąkało zapachem gotowanego mięsa i tłuszczu; około jedenastej
wieczór pojawiały się grupki pijanych, głośnych nastolatków, których
wyrzucał o drugiej w nocy.
Wypożyczalnia filmów funkcjonowała inaczej. Zamykał ją punktualnie o dwudziestej drugiej. Klienci byli uprzejmi. Tego wieczoru obsługiwał
głównie pary szukające romantycznych komedii albo "czegoś
przerażającego".
Klienci nie wyśmiewali Steve'a z powodu trądziku ani stroju, nie
zostawiali na podłodze rozgniecionych resztek enchiladas. Personel
również był milszy. Na nocnej zmianie pracowały cztery ładne, choć
złośliwe nastolatki. Uczennice młodszych albo starszych klas, szalejące
w barach sieci Taco Bell. Do licha, Stevie był zaledwie kilka lat
starszy, ale traktowały go jak ojca. Po kilku miesiącach pracy współczuł
ich rodzicom.
- Mogę iść na przerwę? - spytała Mandy, wkładając kasetę VHS do
odtwarzacza. Było to przekleństwo ich pracy, bo nikt nie zwracał uwagi
na nalepki z napisem: PROSIMY O PRZEWINIĘCIE FILMU PRZED ZWROTEM KASETY.
Steve popatrzył na długą kolejkę klientów chcących wypożyczyć filmy.
Nowa dziewczyna, Ella, zajmowała się kasą stojącą obok.
- Zamykamy za pół godziny - odparł z irytacją. - Nie możesz zaczekać?
Chcę, żebyś się zajęła trzecią kasą.
- Steeevie, mam okres... - Mandy zniżyła głos do szeptu.
Steve westchnął. To chyba niemożliwe, żeby dziewczyna miała okres co
tydzień, ale co może zrobić?
- Zastąpię ją - powiedziała Katie. Wróciła do wypożyczalni z płatkami
śniegu na włosach, trzymając w ręku stos kaset wyjętych z metalowego
pojemnika na zwroty stojącego na parkingu. Była najbardziej
odpowiedzialną z dziewcząt, chodziła do katolickiej szkoły,
przestrzegała zasad. Ale nawet ona sprawiała kłopoty. Pół godziny
wcześniej musiał jej przypomnieć, że dziewczyny nie powinny same
wychodzić na parking. Taki jest regulamin: czy tak trudno to zrozumieć?
- Pośpiesz się - powiedział Steve do Mandy. - A gdzie się podziała
Candy?
Candy O'Shaughnessy trzymała sztamę z Mandy i nieustannie naruszała
zasady regulaminu firmy Blockbuster, Inc. Wypożyczalnia miała
powierzchnię trzystu siedemdziesięciu metrów kwadratowych, ale Candy
zawsze udawało się zniknąć. Odnosiła się do niego niegrzecznie, a raz
przemyciła wino do pokoju socjalnego. Stevie był przekonany, że to ona
włożyła Piątek trzynastego do pudełka na 101 dalmatyńczyków. Rodzice
zrobili mu awanturę. Powiedzieli, że chłopak będzie potrzebował pomocy
psychologa.
"Witaj w klubie!"
- Chyba była w dziale dziecięcym - powiedziała z krzywym uśmiechem Mandy
i nieśpiesznie ruszyła w stronę pokoju socjalnego.
Steve pokręcił głową, podszedł do bramek zabezpieczających wypożyczalnię
przed kradzieżą i podał klientowi stojącemu przy drzwiach niewielką
plastikową torbę z filmami.
Candy i Mandy nie pojawiły się do zamknięcia. Zwróci im uwagę, na pewno.
Pozwalają sobie na zbyt wiele.
Polecił Elli stanąć przy wejściu, otwierać i zamykać drzwi na zasuwę, by
klienci wychodzili, ale nie wchodzili. Pomyślał, że da sobie z tym radę.
Kazał Katie zamknąć kasy. Powinien poszukać Candy i Mandy. Zawsze jakieś
kłopoty. Miał ochotę wreszcie skończyć pracę, wpaść na pabsta do ojca,
by wypić toast za nowy rok, nim staruszek zaśnie. Później może łyknie
jeszcze kilka piw w barze U Corky'ego, obejrzy mecz koszykówki w telewizorze stojącym za barem, zobaczy, czy naprawdę pojawią się kłopoty
z komputerami, o których bez przerwy trąbią media. Nie będzie to
wspaniałe przyjęcie z okazji nowego tysiąclecia - wiele razy słuchał
piosenki Prince'a Party Like It's 1999 - ale to i tak lepsze niż
samotne spędzanie sylwestra w ponurym mieszkaniu.
Przeszedł między półkami, minął nową sekcję płyt DVD i dotarł do pokoju
socjalnego. W środku panował cholerny ziąb.
- Do licha, dziewczyny... - odezwał się, zauważając, że tylne drzwi są
otwarte. Na zewnątrz wył wiatr. Jeśli paliły w pokoju socjalnym,
przysięga, że... Mówił im milion razy, że nie wolno otwierać tylnych drzwi
ze względów bezpieczeństwa. Mógłby mieć wielkie kłopoty, gdyby ktoś z firmy...
Znieruchomiał, zauważywszy na podłodze cztery nogi wystające spod stołu.
Ogarnął go strach i nagle poczuł, że ktoś chwyta go za włosy i szarpie
do tyłu. Poczuł dziwny chłód na szyi.
Leżał na podłodze, z jego gardła wydobywał się ohydny charkot. Patrzył,
jak ciemna postać wyłącza światła w pokoju socjalnym. Wydawało się, że
minęła wieczność, nim drzwi się otworzyły i do pokoju wpadł snop
światła. Głosy paplających nastolatek nagle ucichły.
Steve chciał zawołać, ostrzec je, ale poczuł ogarniające go konwulsje i zapadła ciemność.
Na końcu usłyszał krzyki.
Rozdział 1
ELLA
KWIECIEŃ 2015
Ella łyka tabletkę alprazolamu, czekając, aż pracownik hotelu weźmie
kluczyki. Wizyty na Manhattanie zawsze ją stresują. Taksówkarze jeżdżą
jak wariaci, widać samochody policyjne pędzące na sygnale, piesi
wybiegają na jezdnie, jakby chcieli, żeby ich przejechać.
Co ona tu właściwie robi, do cholery?
Przy oknie samochodu stoi młody mężczyzna w kostiumie boya hotelowego.
Katie opuszcza szybę.
- Wprowadza się pani? - pyta chłopak. Ma dwadzieścia kilka lat i ogląda
ją od stóp do głów.
- Nie, przyjechałam na spotkanie z przyjacielem.
Boy kiwa głową z lekkim rozbawieniem. Jasne, z przyjacielem, w tym
stroju.
Ella wychodzi z samochodu i daje chłopakowi pięciodolarówkę. Boy
spogląda na banknot, który nie robi na nim większego wrażenia.
Spokojnie, na litość boską. Jest terapeutką zarabiającą trzydzieści
tysięcy dolarów rocznie, a nie biznesmenką z nieograniczonym funduszem
reprezentacyjnym.
W marmurowym westybulu hotelu Carlyle idzie prosto do baru. Wbrew
wskazaniom medycznym - miała w Wellesley College zajęcia z farmakologii
- zażywa kolejną maleńką niebieską tabletkę.
Po wejściu do sali wyłożonej mahoniem czuje na sobie spojrzenia gości.
Wystrój niczym w ekskluzywnym londyńskim klubie i muzyka Ferenca Liszta
grana na pianinie przez siwowłosego starszego pana, który próbuje
udawać, że nie jest przygnębiony takim zakończeniem swojej kariery
artystycznej.
Ella jest psychoterapeutką. Z trudem zarabia na swoją połowę czynszu,
stara się nie natknąć w mieście na przyjaciół narzeczonego. Albo na
pacjentów z raczkującej praktyki. Myśli o szesnastoletniej Layli, z którą miała rano sesję. Dziewczyna znowu się tnie. Layla nie musi
niczego tłumaczyć, Ella doskonale ją rozumie.
Rozgląda się po barze i zauważa mężczyznę w drogim garniturze
trzymającego szklaneczkę szkockiej. Tacy faceci zawsze piją szkocką. I uwielbiają o tym gadać. Specjalne beczki, wyjątkowy region. Godzinami
ględzą o whisky; większość ma blady ślad po obrączce na lewej ręce. Ella
nie zawraca sobie głowy zdejmowaniem pierścionka zaręczynowego.
Miłośnicy szkockiej nie zwracają na niego uwagi.
Mężczyzna uśmiecha się do niej.
Może być.
Ella zawsze jest zaskoczona, jakie to łatwe. W tej czarnej sukience nie
potrzebuje portalu randkowego Tinder.
Idzie nawiązać znajomość z nowym przyjacielem.
Po kilku godzinach dzwoni telefon. Jest teraz w pokoju hotelowym, jedyne
światło widać w szparze pod drzwiami. W czasie tych figli zawsze
nastawia budzik na piątą rano. Pozwala to uniknąć niezręcznych porannych
rozmów.
Ale to nie dźwięk budzika. Ktoś dzwoni. Zrzuca z siebie włochate ramię
Ricka. Zastanawia się, czy to prawdziwe imię. Pasuje do niego.
Prawdopodobnie myślał, że do niej pasuje imię Candy. Coś słodkiego, ale
niezdrowego. Jak jedna ze starych znajomych, której imię wykorzystała.
Zawsze posługuje się ich imionami. Candy, Mandy, Katie. Nie ma pojęcia
dlaczego.
- Cześć! - szepce do telefonu. Cicho wymyka się do łazienki i podnosi z podłogi czarną sukienkę. Czuje pod stopami chłodny marmur.
- Ella, przepraszam, że dzwonię tak późno. To ja, Dale.
- Pan Steadman? - Nawet po wielu latach nie jest w stanie mówić do niego
po imieniu. Dla nauczycieli jesteśmy przez całe życie dziećmi. Nie
rozmawiała z nim od roku, odkąd dawny wychowawca, a obecnie dyrektor
szkoły średniej spotkał się z uczniami po zawodach strzeleckich w sąsiednim miasteczku. - Wszystko w porządku? - Mocno bije jej serce.
"Dlaczego dzwoni o tej porze? Czy to możliwe? W końcu go złapali?
Poranne telefony rzadko zwiastują dobre wiadomości".
- Stało się coś strasznego. Wiem, że to wielka prośba, ale czy mogłabyś
przyjechać do szpitala uniwersyteckiego Roberta Wooda Johnsona?
"Przyjechać do szpitala? Teraz?"
- Doszło do... Jedna z moich uczennic potrzebuje pomocy - mówi Steadman,
nim Ella zdąży zadać pytanie.
Chce zaprotestować. Znaleźć jakąś wymówkę. Ale nie może. Nie po tym
wszystkim, co zrobił dla niej Dale Steadman.
- Jasne, oczywiście - mówi. - Miałam dziś odwiedzić przyjaciółkę w mieście. Mogę przyjechać za godzinę.
- Nie prosiłbym cię o to, gdybym nie uważał, że ktoś inny mógłby... -
Steadman milknie.
Elli kręci się w głowie. Jest zmęczona, ciągle na lekkim rauszu. W końcu
się uspokaja.
- Może mi pan powiedzieć, o co chodzi?
Steadman lekko się jąka.
- W lodziarni w Linden zaatakowano cztery dziewczyny. Przeżyła tylko
jedna. Potrzebuje kogoś, kto ją zrozumie, kto potrafi...
- Już jadę - odpowiada Ella i kończy rozmowę. Wie, że ma wyjątkowe
kwalifikacje, by pomóc tej dziewczynie.
Wie, jak to jest, gdy jest się jedyną osobą, która przeżyła.
Rozdział 2
Na parkingu szpitala uniwersyteckiego imienia Roberta Wooda Johnsona
snuje się wiosenna mgła. Jest prawie pusty, pomijając kilka samochodów
policyjnych. Przed frontowymi drzwiami spaceruje kobieta w fartuchu
lekarskim, rozmawiając przez komórkę.
Ella chwyta kierownicę samochodu i patrzy na swoje gołe, blade nogi.
Zastanawia się, czy nie wrócić do domu i nie przebrać się w przyzwoitszy
strój. Ale dyrektor Steadman wydawał się dziwnie zdenerwowany. Zwykle
zachowuje olimpijski spokój.
Ella spogląda na siebie w lusterku wstecznym i dotyka rozmazanego
makijażu. Po wyjściu z auta dochodzi do wniosku, że wysokie szpilki to
jednak przesada. Sięga po torbę sportową i wyjmuje adidasy.
Kobieta w fartuchu ciągle chodzi przed wejściem. Ella widzi, że
dyskretnie podnosi pięść do ust, wciąga głęboki oddech i wydycha chmurę
pary.
Wszyscy mamy jakieś sekrety.
Recepcjonistka siedząca w budynku ledwo na nią zerka. Kobieta
prawdopodobnie widziała wiele szokujących scen podczas nocnej pracy na
oddziale ratunkowym. Ella umawiała się kiedyś na randki ze studentem
medycyny, który miał staż w szpitalu. Opowiadał o facecie, któremu
wsadzono do tyłka lalkę Barbie, i narkomanie, który zjadł dwa swoje
palce po fencyklidynie. A także o robotniku budowlanym z gwoździem w mózgu; był przytomny i rozmawiał. Pani psycholog ubrana jak striptizerka
z klubu nocnego nie jest chyba najdziwniejszym widokiem.
Recepcjonistka mówi coś do telefonu, po czym kiwa dłonią w stronę Elli,
by weszła do sali zabiegowej. Drzwi głośno brzęczą, po czym Ella wkracza
do dużej sali skąpanej w blasku świetlówek. Słychać piski i głosy
dochodzące zza niebieskich parawanów odgradzających łóżka. Widzi na
końcu pomieszczenia Dale'a Steadmana rozmawiającego z grupką mężczyzn.
Trzema umundurowanymi policjantami i wąsatym facetem o surowych rysach,
ubranym w koszulkę polo włożoną w dżinsy. Wydaje się, że spiera się o coś ze Steadmanem.
Przez ułamek sekundy Ella ma ochotę uciec. Przypomina sobie kawalkadę
policjantów, lekarzy i pracowników socjalnych zadających ciągle te same
pytania: "Czy go widziałaś?", "Co pamiętasz?", "Czy cię dotykał?".
Spogląda przez chwilę na podłogę, usiłując się uspokoić, po czym znowu
zauważa gołe uda dziewczyny i przypomina sobie salę zabiegową, w której
leżała z nogami w strzemionach.
Po ataku Ella nie chciała rozmawiać. Zespół psychologów szpitala nie
zdołał nawiązać z nią kontaktu; rodzice Elli nie wiedzieli, co o tym
sądzić. Szkoła przysłała Steadmana. Nie miał fachowego przygotowania do
radzenia sobie z ofiarami traumy i zastępował po prostu panią pedagog
będącą na urlopie macierzyńskim. Lubiany nauczyciel, młody, przystojny.
Matki za nim przepadały. Poza tym kompetentny, rozsądny, doskonały
organizator, więc pewnie dlatego został dyrektorem szkoły.
Widzi Ellę i macha do niej ręką. Nie reaguje na przytłumione krzyki
dochodzące zza parawanu stojącego w pobliżu stłoczonych mężczyzn.
Wychodzi zza niego lekarz, krzywi się. Mówi coś do funkcjonariuszy
znajdujących się obok Steadmana i kręci głową. Steadman uspokajająco
kładzie mu dłoń na ramieniu, po czym podchodzi do Elli.
- Dziękuję, że przyszłaś. Przepraszam, że zepsułem ci wieczór - mówi
Steadman. To jedyna oznaka, że zauważa jej strój.
Streszcza Elli fakty. Po północy nastolatki pracujące w lodziarni
zostały znalezione martwe na zapleczu. Matka dwóch dziewcząt, sióstr,
zaniepokoiła się, gdy nie wróciły ze zmiany i nie odpowiadały na
esemesy. Matce podano środki uspokajające.
- Ktoś przeżył? - Ella zna odpowiedź na to pytanie. Właśnie dlatego tu
przyjechała.
Steadman kiwa głową.
- Uczennica mojej szkoły. Nie pracowała w lodziarni. Przypuszczamy, że
była klientką. Może zaskoczyła sprawcę... - Steadman oddycha głęboko. -
Miałem nadzieję, że możesz z nią porozmawiać. Lekarze i detektywi
niczego nie osiągnęli. Jest... cóż, sama zobaczysz. Zadzwonił do mnie
prokurator okręgu Union, ponieważ...
Nie musi kończyć zdania, przyczyna jest jasna: ponieważ pomogło to Elli
po napadzie na wypożyczalnię filmów.
- Nie chce rozmawiać ze mną ani nikim innym. Nie pozwala lekarzom się
zbadać. Pomyślałem, że możesz spróbować, nim będą musieli ją uśpić.
- Nie jestem pewna, czy powinnam...
- Tylko ty masz jakieś szanse. Nie zdołam ich długo powstrzymać. -
Steadman spogląda na mężczyznę w koszulce polo i dżinsach, zapewne
detektywa, który koniecznie chce przesłuchać dziewczynę. Morderca jest
ciągle na wolności.
- Jak się nazywa?
- Jessica Duvall, ale wszyscy mówią na nią Jesse.
- Gdzie są jej rodzice? Nie chce z nimi rozmawiać?
- Została adoptowana. Nie jestem pewien dlaczego. Niedawno pojawiła się
w szkole i nie podają nam szczegółowych informacji.
Głosy zgromadzonych policjantów stają się donośniejsze. Funkcjonariusze
patrzą na Ellę.
Bierze głęboki oddech i wchodzi do separatki.
Rozdział 3
KELLER
Sarah Keller sięga po komórkę piszczącą na nocnym stoliku. Trzy esemesy
o piątej trzydzieści rano. Nie śpi już od godziny. Czuje w brzuchu
stópki dwojga dzieci, które dziko wierzgają - skutek tajskich potraw
zjedzonych poprzedniego wieczoru. Przez godzinę słuchała chrapania Boba
i martwiła się, co będzie z pracą i pieniędzmi, gdy urodzą się
bliźnięta. W ciągu pięciu lat małżeństwa nigdy nie widziała, by Bob nie
mógł zasnąć ze zmartwienia. Przyjmował życie spokojnie.
Czyta esemesy od szefa:
Lokalna policja potrzebuje pomocy.
Okręg Union.
To nietypowe. FBI zwykle nie pomaga miejscowej policji, chyba że chodzi
o coś naprawdę poważnego, na przykład terroryzm albo wzięcie
zakładników. Poza tym Keller w dalszym ciągu jest młodą agentką.
Przychodzi kolejny esemes. Link do relacji w mediach. Keller czuje
trzepot w piersi, czytając relację o tym, co się wydarzyło. W dalszym
ciągu brak szczegółów. Zabójstwo kilku osób w lodziarni w Linden, trzy
ofiary nie żyją. Ktoś mógł ocaleć.
Wystukuje odpowiedź:
Jasne. Mam tam natychmiast pojechać?
Długa pauza, widać pulsujące kropki. Stan Webb prawdopodobnie napisał
gniewną odpowiedź - "oczywiście, że natychmiast" - a potem ją skasował.
Dobry szef kasuje gniewne esemesy przed ich wysłaniem. Stan wygląda jak
szwajcarski bankier, ale jest dobrym szefem.
Keller ma wielki brzuch, jest w ciąży od ośmiu miesięcy i dwóch tygodni.
Z trudem wstaje z łóżka, gdy pojawia się wiadomość:
Tak.
Stan zawsze jest oszczędny w słowach. Zadzwoni do niego z samochodu.
Bierze prysznic - ostrożnie wchodzi do wanny, próbując nie upaść na
podłogę - a później wkłada sukienkę ciążową, jedną z dwóch, które ciągle
pasują. Czuje zapach dolatujący z kuchni. Nie wierzy w bajeczki na temat
ciąży, ale ma naprawdę wyostrzone zmysły.
Bob wstał z łóżka i zmywa patelnię w zlewie. Na niewielkim stole
kuchennym stoi talerz z jajecznicą i smażonymi pomidorami ułożonymi na
bajglu. Od miesiąca przygotowuje specjalne potrawy, korzystając z przepisów na stronie poświęconej diecie dla kobiet w błogosławionym
stanie.
- Nie musiałeś wstawać - mówi Keller.
- Kiedy Clarice Starling dostaje esemesa o piątej rano, wiem, że
powinienem coś upichcić, bo inaczej moje dzieci będą musiały się żywić
batonami energetycznymi. - Wysuwa krzesło, by Keller usiadła.
- Muszę jechać. Stan chce, żebym...
- Ach, gdy Stan będzie miał w brzuchu bliźnięta, może kazać ci się
pośpieszyć. - Bob siedzi naprzeciwko Keller. Ma worki pod oczami, wydaje
się zmęczony.
- Kiedy wróciłeś wczoraj do domu? - pyta Keller. Bob jest dźwiękowcem w studio nagrań, jego godziny pracy zależą od kaprysu artystów.
- Około trzeciej - odpowiada. - Hałaśliwy zespół folkowy - dodaje, jakby
to tłumaczyło późny powrót do domu. Keller nie wie, czy mąż żartuje.
Czasami trudno się zorientować.
- Nie powinieneś wstawać, mogłam sama przygotować...
- O mało nie zapomniałem, coś zrobiłem. - Bob zrywa się z krzesła i bierze z lady termos.
- Błagam, tylko nie ta breja dla kobiet w ciąży, o której mówiłeś...
Bob porusza brwiami. Kiedy Keller kończy jeść bajgla, pomaga jej wstać z krzesła.
- Jestem w ciąży, ale nie jestem inwalidką.
Bob nie odpowiada. Klęka naprzeciwko jej brzucha. Keller patrzy na jego
łysą głowę otoczoną wianuszkiem włosów - wygląda jak mnich - i czuje
przypływ czułości.
- Opiekujcie się mamą, mali agenci FBI.
Keller nigdy nie strzelała na służbie, lecz mąż traktuje ją jak
tropicielkę seryjnych morderców.
Rozdział 4
ELLA
Uratowana dziewczyna, Jesse Duvall, siedzi w rogu na podłodze. Obejmuje
rękami kolana, spuściła głowę.
Pokój jest nieprzyjemnie jasny, papier pokrywający leżankę do badań
lekarskich jest pognieciony i podarty.
- Mówiłam wam już, dupki, że nie chcę być badana - odzywa się
nastolatka, nie podnosząc wzroku. - Zostawcie mnie, kurwa, w spokoju!
Nie krzyczy. Wydaje się zmęczona. Mówi beznamiętnym tonem.
- Nikt cię nie dotknie bez twojej zgody - odpowiada Ella.
Jesse szybko unosi głowę. Ma ładną buzię i duże oczy w kształcie
migdałów. Na jej twarzy pojawia się zaciekawienie.
- Kim pani jest?
- Nazywam się Ella. Udzielam pomocy psychologicznej.
Jesse wydaje się rozbawiona.
- Komu? Striptizerkom?
Humor - nawet czarny - to dobry znak. Instynkt podpowiada Elli, że
dziewczyna jest silna.
- Wiem, że w tej chwili chcesz być sama - mówi, ignorując złośliwą
uwagę. - Wolałabyś wrócić do domu i położyć się do własnego łóżka.
- Domu... - Jesse wypowiada to słowo szyderczym tonem.
Ella rozumie, że popełniła pierwszy błąd. Steadman wspomniał, że Jesse
wychowywała się w rodzinach zastępczych.
- Problem polega na tym, że ktokolwiek skrzywdził ciebie i twoje
przyjaciółki, ciągle jest na wolności. Mogłaś zauważyć coś, co pomoże
policji schwytać...
Jesse coś mruczy; znowu opiera głowę na kolanach.
- Co takiego?
Jesse milczy.
- Rozumiem, że to trudne i...
Jesse gwałtownie unosi głowę.
- Skąd może pani wiedzieć? Bo przeczytała to pani w jakiejś książce? Bo
gada pani z gospodyniami domowymi o ich trudnych przeżyciach
emocjonalnych? Albo z bogatymi dzieciakami, które czują lęk, czy dostaną
się do dobrego college'u? Rozmawiałam z dziesiątkami terapeutek takich
jak pani i jedyna różnica polegała na tym, że nie były ubrane jak
dziwki!
- Ale ja cię rozumiem, Jesse, naprawdę rozumiem.
Dziewczyna słucha wyjaśnień Elli. W sylwestra 1999 roku weszła do pokoju
socjalnego wypożyczalni filmów. Ktoś zadał jej potworny cios w głowę.
Straciła przytomność, a następnie się ocknęła, wybiegła na dwór i znaleziono ją w kałuży krwi. Usiłuje mówić spokojnie, lecz czuje, że jej
oczy wypełniają się łzami. Nie wspomina o tym, że zobaczyła na kolanach
prawie odciętą głowę Katie, gdy przyjaciółka podczołgała się do niej, by
poprosić o pomoc, po czym zmarła. Nie wspomina o koszmarnym widoku,
który stale pojawia się w snach: ktoś pochyla się nad nią, wbija w nią
nóż i szepce: "Dobranoc, ładna dziewczynko".
- To nie były moje przyjaciółki - mówi Jesse, gdy Ella kończy. - Prawie
ich nie znałam. - Po raz pierwszy łamie jej się głos.
- Chciałaś kupić lody?
Jesse kręci głową.
- Musiałam skorzystać z toalety. Kiedy wyszłam...
- Czy widziałaś...
- Nie. Uderzył mnie. Miałam wrażenie, że dostałam w głowę kijem
bejsbolowym, i straciłam przytomność.
Ella usiłuje nie reagować. To takie znajome, takie straszne... "Przestań".
- Kiedy weszłaś do lodziarni, byli w niej klienci?
- Nie, już zamykali.
Ella czuje ściskanie w gardle.
- Widziałaś kogoś przed sklepem? Zauważyłaś coś podejrzanego?
Jesse znowu kręci głową.
- Dotykał cię? - Ella nie może się zmusić, by powiedzieć coś więcej.
Splata dłonie za plecami, by ukryć ich drżenie.
- Nie - odpowiada z przekonaniem Jesse.
- Straciłaś przytomność. Jesteś pewna? Przecież...
- Od czternastego roku życia mieszkałam w domach dziecka. Wiem, jak to
jest, gdy ktoś próbuje mnie dotykać we śnie.
Ella kiwa głową i znowu przełyka ślinę.
O szóstej trzydzieści rano Jesse zgodziła się oddać policji ubranie w celu analizy DNA i wykonania badań laboratoryjnych. Zgodziła się także
porozmawiać z lekarką. I zostać na obserwacji z powodu wstrząśnienia
mózgu.
- Wrócę później i sprawdzę, jak się czujesz - mówi Ella.
Jesse kiwa głową. Ella zastanawia się, czy jej nie przytulić. Nie
dotknąć dłonią, lecz postanawia tego nie robić. Jesse Duvall nie jest
tak krucha jak Ella. Jest w szoku, przeżyła traumę, ale przeczucie Elli
się potwierdziło: to silna dziewczyna. Ella z jakiegoś powodu czuje się
zawstydzona.
Kiedy Ella dociera do drzwi, Jesse mówi coś wstrząsającego.
- Pamiętam jedną rzecz.
- Co takiego?
- Nie widziałam napastnika, ale mam mgliste wspomnienie, że pochylił się
nade mną mężczyzna i szepnął mi coś do ucha. - Ella czuje, że robi jej
się gorąco. Świat się kołysze. - Powiedział: "Dobranoc, ładna
dziewczynko".
Rozdział 5
CHRIS
Chris obserwuje mężczyznę siedzącego naprzeciwko niego w brudnej sali
widzeń więzienia okręgu Union. Wygląda jak ork o ostrych zębach i drapie
się po krostach na bladych ramionach. Typowy klient Chrisa jako obrońcy
z urzędu.
Większość trafiła za kratki za narkotyki. Budzą największe współczucie.
W najgorszej sytuacji są dzieciaki z ubogich rodzin, zgarniane w ogromnych ilościach. Ale widział również wiele bogatych, nastoletnich
piękności zmienionych w łysiejące potwory pokryte wrzodami. Studentów
napadających na apteki sieci CVS, by strzelić sobie w kanał. "To ludzie
z zupełnie innego świata". Nie wiemy tego, dopóki nie poczujemy smaku
krystalicznej metamfetaminy. Albo euforii wywołanej przez leki
przeciwbólowe skradzione z apteczki matki.
Rodziny zwykle obwiniają dilerów, ale Chris ma inne zdanie. Nikt nie
obwinia ekspedientki sklepu z alkoholem o to, że ciotka chodzi na
spotkania anonimowych alkoholików. Brat Chrisa zajmował się dorywczo
dilerką. Nie dlatego, że był zły; po prostu musiał zdobyć trochę
pieniędzy na jedzenie.
- Jeśli wyrazisz zgodę na odwyk, może uda mi się przekonać sąd do
wydania wyroku z zawieszeniem - mówi Chris.
Ten kretyn usiłował zastawić w lombardzie torebkę Louisa Vuittona.
Ciągle były w niej dokumenty kobiety, której ją wyrwał. Nawet właściciel
podejrzanego lombardu nie mógł tego zignorować.
- Kto za to zapłaci?
- Spróbuję załatwić terapię na koszt stanu.
Klient się zastanawia. Czy lepiej żyć bez narkotyków, czy spędzić krótki
czas w więzieniu, gdzie narkotyki łatwiej zdobyć niż papier toaletowy?
- Chcę mieć dobrego adwokata, a nie obrońcę z urzędu, który tylko się
zgrywa.
Chris nie obraża się już, słysząc takie uwagi. Wszyscy uważają, że
prawnik na tyle głupi, by pracować za marną pensyjkę na mało prestiżowej
posadzie państwowej, na pewno nie jest kimś w rodzaju mecenasa
Clarence'a Darrowa. Może to prawda. Ale Chris zdał egzamin adwokacki
zaledwie przed dwoma laty i uczestniczył już jako główny obrońca w większej liczbie procesów sądowych przed ławą przysięgłych niż większość
adwokatów w trakcie całej swojej kariery zawodowej. Obrońcy z urzędu są
świetni, gdy należy wynegocjować ugodę z prokuraturą w beznadziejnych
przypadkach takich jak ten. Doskonale potrafią oceniać psychikę
prokuratorów. Są wśród nich twardziele, których należy unikać. Inni to
mięczaki, można im wciskać łzawe historyjki. Zdarzają się również lenie
popełniający błędy.
- Jeśli masz pieniądze, możesz wynająć prywatnego adwokata - mówi Chris.
- Ale jeśli nie masz, pozostaję ja.
Klient ma rozszerzone źrenice po nocy spędzonej w areszcie. Patrzy na
Chrisa.
- Niech pan załatwi układ - mówi.
Strażnik wyprowadza zdenerwowanego mężczyznę, a Chris sprawdza w komórce, jaką następną smutną sprawą ma się zająć.
Zauważa wiadomość, od której mocno bije mu serce: TRZY NASTOLATKI
ZAMORDOWANE W LODZIARNI W LINDEN. JEDNA OFIARA PRZEŻYŁA.
Czuje gęsią skórkę, kręci mu się w głowie, jakby on też łyknął
metamfetaminy. Czyta początek artykułu:
"Wczoraj wieczorem brutalnie zamordowano trzy ekspedientki lodziarni w Linden, co wstrząsnęło społecznością miasta. Jak poinformowała policja,
zwłoki kierowniczki nocnej zmiany Beth Ann Hughes, 18 lat, oraz dwóch
innych pracownic, niepełnoletnich dziewcząt, znaleziono po północy w sklepie przy Elizabeth Avenue 500. Czwarta ofiara, klientka, przeżyła;
przebywa w szpitalu i jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Napad na
lodziarnię przypomina atak na wypożyczalnię filmów sieci Blockbuster, do
którego doszło przed piętnastu laty w sylwestra".
Chris patrzy z roztargnieniem na odrapany stół i przypomina sobie tamtą
noc. Siedział w domu przy równie zniszczonym stole kuchennym i patrzył,
jak jego brat Vince pośpiesznie przygotowuje tandetne danie do odgrzania
na kuchence. Hamburger Helper.
- Gdzie byłeś? - pyta starszego brata. Vince przed chwilą wpadł do
kuchni. Przestawia z brzękiem patelnie. Na jednej z nich skwierczy
ohydna masa.
Vince się odwraca i unosi brew.
- Dziewczyna? - Dwunastoletni Chris jest zafascynowany płcią piękną,
choć trochę się jej boi.
Vince wrzuca kluski na patelnię.
- I to fantastyczna!
- Gorąca?
Vince się odwraca i patrzy ze złością na młodszego brata.
- Mówiłem ci, żebyś mówił o dziewczynach z szacunkiem, prawda? Chcesz
być taki jak on? - Często to powtarza. Stale przypomina, że żaden z nich
nie chce być podobny do ojca, który bez litości ich katuje i sprawił, że
matka uciekła.
Chris marszczy brwi. Nie chce rozczarować Vince'a. Brat sprzedaje prochy
na boku, ale jest mądry.
- Ona... nie potrafię tego wytłumaczyć - mówi Vince. - Wiesz, że
powinniśmy się wyrwać z tego gównianego życia?
Chris kiwa głową. Vince nazywa to nirwaną. Brzmi to jak nazwa zespołu
muzycznego. Właśnie dlatego brat dba, by Chris miał w szkole dobre
oceny.
- Dostałeś już stopień z prezentacji? - pyta Vince, mrużąc oczy.
- Jeszcze nie. Dopiero po feriach - odpowiada Chris.
- Musisz walczyć o nowe życie, bo jesteś bystry. Ta dziewczyna pachnie
nowym życiem.
- Pachnie? - pyta Chris, krzywiąc się lekko.
- To po prostu...
Nagle otwierają się drzwi frontowe i Vince pośpiesznie nakłada na talerz
brązową breję. Z holu dobiega odór alkoholu i twarz ojca ciemnieje, gdy
widzi, że kolacja nie stoi jeszcze na stole. Pracuje w Union
Self-Storage, firmie magazynującej używane rzeczy w pobliżu wysypiska
śmieci w Linden. Od ósmej rano do ósmej wieczorem, po czym pije w barze,
aż poczuje głód. Spodziewa się zastać na stole gorącą kolację, bo
inaczej ktoś dostanie pasem. Sylwester nie jest wyjątkiem.
Ojciec siada. Nogi krzesła piszczą na popękanym linoleum. Vince stawia
przed nim talerz. Idzie do zlewu, by napełnić szklankę wodą, gdy nagle
ojciec rzuca w niego talerzem, który trafia w cel. Uderza w głowę brata
i roztrzaskuje się na podłodze. Wołowina w kleistym sosie zachlapuje
starszego brata i ściany kuchni.
Vince się odwraca. Patrzy dzikim wzrokiem, ale nie jest poważnie ranny.
- Dlaczego...
Ojciec zrywa się z miejsca i uderza Vince'a pięścią w brzuch.
- Za dużo soli, kurwa!
Chris chce wstać z krzesła, by bronić brata, a przynajmniej sprawdzić,
czy nic mu nie jest. Vince zgiął się wpół, ale zerka na Chrisa i lekko
kręci głową. "Nie rób tego".
Ojciec wychodzi do sypialni, zataczając się. Chris podbiega do starszego
brata.
- Wszystko w porządku?
Vince prostuje plecy, dotyka tyłu głowy, a później patrzy na
czerwonobrązowy sos na palcach. Uśmiecha się melancholijnie do Chrisa.
- Myślałem, że sól zamaskuje smak plwociny.
Chris się uśmiecha.
- Przyrzeknij, że będziesz miał dobre stopnie, wyjedziesz stąd i nigdy
nie wrócisz - mówi Vince, patrząc Chrisowi w oczy. - Gdybyś to zrobił,
smród ojca przyczepiłby się do ciebie na zawsze. Obiecaj, że tak się nie
stanie.
- Obiecuję - mówi Chris. - Nirwana. O tym marzymy.
Budzi się w nocy, słysząc skrzypienie drewnianych desek, krzyki, ciężkie
kroki wielu ludzi. Myśli, że ktoś się włamał do domu.
Wybiega z sypialni, zagląda do pokoju Vince'a, ale brata tam nie ma. W salonie krzyczy ojciec.
- Wiedziałem, że jesteś nicponiem! Żałuję, że się urodziłeś, przysięgam!
Chris zbiera się na odwagę i wchodzi do salonu. Jest wypełniony
mężczyznami w mundurach. Dwóch stoi naprzeciwko ojca, który siedzi na
kanapie i ciągle wrzeszczy. Vince leży na brzuchu na podłodze, policjant
wbija mu kolano w plecy i brutalnie skuwa go kajdankami.
Funkcjonariusze stawiają Vince'a na nogi. Ma podbite oko i zakrwawione
usta. Chris jest przerażony, zdezorientowany. To wszystko za sprzedaż
trawki?
Policjanci wyprowadzają Vince'a przez wyłamane drzwi. Ojciec, wściekły z powodu zniszczeń, będzie się teraz wyżywał na Chrisie.
Wraca do teraźniejszości, słysząc dzwonek telefonu.
To pani May, jego przybrana matka. W dalszym ciągu nie nazywa jej matką,
ale ona się tym nie przejmuje. Zastanawia się, czy nie przekierować
telefonu na pocztę głosową, lecz pani May rzadko dzwoni do niego do
pracy. Może chodzić o Clinta, ojczyma, mającego problemy ze zdrowiem.
- Chris, jak się miewasz, kochany?
- Świetnie, pani May. Jestem w więzieniu, pracuję. Wszystko w porządku?
- Tak, piekę szarlotkę. Wiem, że ją uwielbiasz, więc postanowiłam do
ciebie zadzwonić.
Chris szybko kojarzy fakty i domyśla się, dlaczego pani May dzwoni. Na
pewno nie z powodu szarlotki.
- Nie jestem pewna, czy widziałeś wiadomości - ciągnie pani May,
potwierdzając jego podejrzenia. - Doszło do ataku...
- Na lodziarnię - przerywa Chris. - Tak, widziałem. Okropne.
- Och, widziałeś. Pomyślałam, że mogłeś oglądać telewizję, i chciałam
sprawdzić, czy wszystko w porządku. Mogło to wywołać przykre...
- Nic mi nie jest.
Pani May to dobra, łagodna kobieta. Po aresztowaniu Vince'a Chrisa
przesłuchał jeden z prokuratorów kierujących śledztwem, obecnie szef
prokuratury okręgu Union. Wydawał się bardziej zainteresowany siniakami
Chrisa i jego pękniętą wargą niż miejscem pobytu zbiegłego starszego
brata. Wkrótce potem Chris znalazł się w rodzinie zastępczej u pani May
i Clinta. Clint nie jest prawdziwym imieniem przybranego ojca; pani May
i Chris nazywają go w ten sposób, odkąd Chris porównał go do
zwariowanego bohatera granego przez Clinta Eastwooda w filmie, który
razem oglądali.
- Naprawdę, nic mi nie jest, ale dzięki, że się o mnie troszczysz. Jak
się miewa Clint? Dobrze się czuje?
- Wiesz, jaki jest. Lekarz kazał mu się nie przemęczać, więc buduje
szopę w ogrodzie.
Chris się uśmiecha.
- Ty mu powiedz, żeby się nie przemęczał.
- Próbuję, kochany - odpowiada pani May. - Wiem, że pracujesz, więc dam
ci spokój. - Milknie na chwilę. - Jesteś pewien, że wszystko w porządku?
- Jestem w świetnej formie. Spotkamy się jutro wieczorem na kolacji. -
Zmienili jego życie, adoptowali go, dali mu nowe nazwisko, wysłali do
szkoły, stał się innym człowiekiem. Jest teraz Chrisem Fordem. Ma
wspierających go rodziców, piękną narzeczoną, skończył prawo na
Uniwersytecie Columbia. Przynajmniej raz w tygodniu je z nimi kolację:
to wszystko, co może zrobić. Pani May nigdy nie prosiła o nic więcej.
- Będę czekać - mówi pani May. Rozłącza się.
Chris rozgląda się po ponurej sali konferencyjnej.
"Jesteś pewien, że wszystko w porządku?"
Wcale nie jest pewien.