The Six - Loren Grush

Kup ebooka

55.99 zł
44.79 zł (39,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Postaci

Sally Ride

Urodzona 26 maja 1951 roku. Miasto rodzinne: Encino and Van Nuys w Kalifornii. Doktorat, magisterium i licencjat z fizyki oraz licencjat z literatury angielskiej, Uniwersytet Stanforda. Mistrzyni tenisa juniorów. Przyjęta do NASA jako astronautka w 1978 roku. Pierwsza Amerykanka, która poleciała w kosmos. Weteranka dwóch misji na pokładzie wahadłowca kosmicznego. Członkini Komisji Rogersa badającej eksplozję Challengera oraz Rady ds. Śledztwa w sprawie Katastrofy Columbii.

Judy Resnik

Urodzona 5 kwietnia 1949 roku. Miasto rodzinne: Akron w Ohio. Doktorat z inżynierii elektrycznej, Uniwersytet Maryland; licencjat z inżynierii elektrycznej, Uniwersytet Carnegie Mellon. Przyjęta do NASA jako astronautka w 1978 roku. Druga Amerykanka i pierwsza Amerykanka pochodzenia żydowskiego, która poleciała w kosmos. Zginęła na pokładzie wahadłowca Challenger.

Kathy Sullivan

Urodzona 3 października 1951 roku. Miejsce urodzenia: Paterson w New Jersey, dorastała w Woodland Hills, w Kalifornii. Doktorat z geologii, Uniwersytet Dalhousie; licencjat z nauk o Ziemi, Uniwersytet Kalifornijski w Santa Cruz. Przyjęta do NASA jako astronautka w 1978 roku. Trzecia Amerykanka, która poleciała w kosmos. Pierwsza Amerykanka, która odbyła spacer kosmiczny. Weteranka czterech misji wahadłowców kosmicznych, w tym misji wynoszącej Kosmiczny Teleskop Hubble'a. Jedyna osoba, która odbyła spacer kosmiczny i dotarła do najgłębszego miejsca w oceanie.

Anna Fisher

Urodzona 24 sierpnia 1949 roku. Miejsce urodzenia: St. Albans w stanie Nowy Jork, dorastała w San Pedro w Kalifornii. Dyplom lekarza medycyny (MD), tytuł magistra i licencjat z chemii, Uniwersytet Kalifornijski w Los Angeles (UCLA). Przyjęta do NASA jako astronautka w 1978 roku. Czwarta Amerykanka, która poleciała w kosmos. Pierwsza matka, która poleciała w kosmos. Odbyła jedną misję na pokładzie wahadłowca kosmicznego.

Margaret "Rhea" Seddon

Urodzona 8 listopada 1947 roku. Miasto rodzinne: Murfreesboro w Tennessee. Dyplom lekarza medycyny (MD), Uniwersytet Tennessee; licencjat z fizjologii, Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley (UC Berkeley). Przyjęta do NASA jako astronautka w 1978 roku. Piąta Amerykanka, która poleciała w kosmos. Weteranka trzech lotów na pokładzie wahadłowca kosmicznego.

Shannon Lucid

Urodzona 14 stycznia 1943 roku. Miejsce urodzenia: Szanghaj w Chinach, dorastała w Bethany w stanie Oklahoma. Doktorat i tytuł magistra z biochemii, licencjat z chemii, Uniwersytet Oklahomy. Przyjęta do NASA jako astronautka w 1978 roku. Szósta Amerykanka, która poleciała w kosmos. Weteranka pięciu lotów kosmicznych. Przez pewien czas była rekordzistką w pod względem czasu pobytu w kosmosie w grupie Amerykanów i kobiet.

Prolog

Anna Fisher siedziała samotnie w półmroku kokpitu promu kosmicznego Challenger, a nad nią za oknem kabiny rozpościerało się ciemne niebo. Ciasne pomieszczenie, często tętniące życiem, było tej nocy puste i ciche. Analogowe ekrany głównego panelu przyrządów wyświetlały jedynie szarość. Ściany i sufit wokół niej były pokryte tysiącami metalicznych przełączników, dźwigienek i kolorowych przycisków - całkowicie nieruchomych.

Mimo ciemności spoglądała na te niewielkie urządzenia z uwagą, chcąc się upewnić, że są ustawione we właściwych pozycjach. Wszystkie przełączniki skonfigurowano w odpowiednich ustawieniach do porannego startu, kiedy prom kosmiczny odpali swoje trzy główne silniki, wytwarzające ponad dwa miliony kilogramów ciągu, i wystrzeli w niebo wraz z pięcioosobową załogą.

Anna, z wykształcenia doktor medycyny, ubrana w jaskrawoniebieski jednoczęściowy kombinezon lotniczy - standardowy ubiór astronautów NASA - wyciągnęła się na jednym z foteli kokpitu. Prom był ustawiony na platformie pionowo, patrzyła więc z jego szczytu na linię brzegową środkowej Florydy. Znajdowała się na wysokości około osiemnastu pięter, chociaż w ciemności trudno było to tak precyzyjnie stwierdzić. Jedynym punktem odniesienia była nierealna poświata przenikająca z zewnątrz. Cały statek kosmiczny był skąpany w nierzeczywistym świetle lamp ksenonowych otaczających platformę startową. Sączyło się ono do środka kokpitu.

Anna mogła się tej nocy wydawać jedyną pasażerką kabiny, w rzeczywistości jednak miała towarzystwo. Wielka wypukłość jej brzucha napinała kombinezon, gdy tak leżała w ciemności. Jej córka Kristin, która miała przyjść na świat za miesiąc, także tu była. Widok ciężarnej astronautki w kokpicie wahadłowca to coś niezwykłego - Anna była zaledwie drugą ciężarną kobietą z korpusu astronautów w całej historii programu. Kilka dekad wcześniej coś takiego nie byłoby możliwe. Astronautami zostawali wyłącznie mężczyźni.

Tego wieczora miała proste zadanie: utrzymać status quo. Wcześniej tego samego dnia inni astronauci i personel pomocniczy przebywali w kokpicie, odpowiednio ustawiając ponad dwa tysiące przełączników i przycisków. Gdy zakończyli swoją pracę, Anna przejęła wachtę w kabinie. Musiała się upewnić, że żaden z przełączników nie został przypadkowo przestawiony, gdyż nawet taki mały błąd mógł spowodować zagrożenie dla startu. Anna nie miała lecieć tego ranka, ale i tak odgrywała kluczową rolę dla uniknięcia przerwy w odliczaniu. Nie było to zadanie chwalebne, lecz niezbędne.

Ponadto Annie bardzo się to podobało. Po pięciu latach niekiedy mocno wycieńczającego szkolenia to nocne zadanie było całkiem przyjemne. Stanowiło swoistą próbę generalną przed jej lotem kiedyś w przyszłości. Ponadto demonstrowała pełne zaangażowanie w pracę, udowadniając wszelkim potencjalnym wątpiącym, że jej ciąża nie wpływa na obowiązki astronautki. A przede wszystkim miała wkład w zapewnienie sukcesu planowanej misji, która miała stać się jedną z najbardziej przełomowych w historii NASA.

A była to noc 17 czerwca 1983 roku. Następnego dnia jej koleżanka - astronautka Sally Ride - miała zostać pierwszą Amerykanką w kosmosie.

Późne godziny nocne zmieniły się we wczesny poranek i Anna w końcu opuściła kokpit, aby zrobić miejsce dla załogi. Gdy wysiadła z Challengera, inżynierowie zaczęli pompować blisko dwa miliony litrów paliwa kriogenicznego do potężnego zewnętrznego zbiornika wahadłowca - pękatej pomarańczowej struktury przypiętej do jego brzucha. Płyny te, magazynowane w bardzo niskiej temperaturze, dobrano ze względu na ich zdolność do spalania się w chwili połączenia i przechowywano je w zbiorniku do chwili, w której miały się zetknąć i spowodować zapłon. W tym momencie statek zostałby dźwignięty i poniesiony w niebo. Olbrzymi zegar NASA, umieszczony na trawniku kilka kilometrów od platformy startowej, odliczał czas dokładnie do tego momentu.

Tymczasem kilka kilometrów dalej drobna brunetka z kręconymi włosami wyszła w mrok przedświtu przez drzwi z szarego metalu, prowadzące do kwater astronautów. W otoczeniu czterech męskich towarzyszy astrofizyczka Sally Ride, ubrana w jednoczęściowy jasnoniebieski kombinezon lotniczy, zeszła po rampie budynku, uśmiechając się i prawą ręką lekko machając na powitanie zgromadzonemu obok tłumowi fotografów. Na jej twarzy nie było widać żadnego śladu nerwowości. Śmiało szła przed siebie, po czym wraz z resztą załogi zniknęła za rogiem. Następnie cała piątka kolejno wspięła się do białego kampera marki Itasca Suncruiser RV, z brązowym pasem wymalowanym wzdłuż boków. Załodze towarzyszyło kilka osób, w tym George Abbey, dobrze zbudowany i ostrzyżony po wojskowemu mężczyzna w średnim wieku, ubrany w ciemny garnitur. George wybrał Sally i całą załogę do tej misji i towarzyszył astronautom w ostatnich chwilach przed ich wyrwaniem się z objęć ziemskiej grawitacji.

Gwiazdy wciąż jeszcze świeciły na niebie, gdy furgonetka pędziła pustą betonową drogą do swojego celu: platformy startowej LC-39A. Z tego miejsca wyruszały także inne przełomowe misje. Stąd ponad dekadę wcześniej wystartowali na Księżyc Neil Armstrong, Buzz Aldrin i Michael Collins w monstrualnej rakiecie Saturn V. Teraz wyrzutnia była przygotowana do kolejnej historycznej wyprawy, która - zdaniem wielu osób - odbywała się o wiele za późno.

Kamper z astronautami zaparkował niecałe pięć kilometrów od platformy, tuż przed słynnym Centrum Kontroli Misji, szarawobiałym budynkiem o grubych betonowych ścianach i szerokich panoramicznych oknach spoglądających ukośnie w niebo. Od czasów Programu Apollo Centrum Kontroli Misji stanowiło główny węzeł monitorowania wszystkich załogowych misji kosmicznych wyruszających z przylądka Canaveral. Dziś było tak samo. Raz jeszcze, mimo wczesnych godzin porannych, placówka buzowała energią i nerwowym podnieceniem, gdy wszyscy w środku przygotowywali się do rozpoczęcia misji. Tutaj także wysiadł George Abbey. Życzył załodze udanego lotu i skierował się w stronę centrum. Furgonetka ruszyła dalej, w kierunku widniejącego w oddali kompleksu LC-39A.

George zajął swoje miejsce w sali startów Centrum Kontroli Misji, w której kilkuset pracowników przy szarych konsolach z uwagą wpatrywało się w ekrany. Nad nimi znajdowały się szerokie skośne okna, od czasu do czasu przyciągające ich wzrok. Za panoramicznymi oknami rozpościerał się widok na odległą platformę startową. Był to zapewne najlepszy możliwy widok na start z kompleksu LC-39A. Mógł z nim konkurować jedynie widok z dachu Centrum Kontroli Misji. I tam wkrótce miała się udać Anna, aby oglądać to widowisko.

Itasca Suncruiser RV w końcu dojechał do platformy startowej i Sally wysiadła. Wraz z całą załogą podeszła do olbrzymiego biało-czarnego promu kosmicznego, triumfalnie wznoszącego się przed nimi. Dwie przypominające drapacze chmur rakiety na paliwo stałe wznosiły się niczym wieże, przyczepione do masywnego pomarańczowego zbiornika wahadłowca. Miały one zostać uruchomione podczas startu i zapewnić miliony kilogramów ciągu potrzebne do oderwania załogi od ziemi. Stojąc przed w pełni zmontowanym wahadłowcem, Sally nie miała wrażenia, że ogląda nieruchomy statek, ale raczej monstrualne oddychające zwierzę. Ciekłe paliwo promu od czasu do czasu odparowywało na zewnątrz, niczym z czajnika. Przez to pojazd syczał i pojękiwał, jakby rzeczywiście był żywy. Sally z całych sił musiała koncentrować się na tym, by iść do przodu.

Pięcioosobowa załoga weszła do windy u podstawy wahadłowca, tym samym znajdując się we wnętrzu wielkiej metalowej konstrukcji serwisowej. Ktoś z załogi nacisnął przycisk, rozpoczynając wjazd na wysokość 60 metrów. Po dotarciu tam astronauci wyszli przez drzwi windy i przeszli długim łącznikiem zawieszonym w powietrzu Florydy. Na końcu korytarza znajdował się mały biały pokój, przez który przechodziło się prosto do otwartego kokpitu wahadłowca. Sally z załogą weszli do pokoju, w którym oczekiwali na nich technicy przygotowania do lotu. Sally włożyła czepek i słuchawki komunikatora radiowego oraz hełm. Następnie wszyscy członkowie załogi po kolei weszli na pokład wahadłowca, gdzie zostali przypięci pasami do foteli na czas czekającej ich przejażdżki. Sally zajęła miejsce na fotelu bezpośrednio za pilotem i dowódcą, skąd podczas wznoszenia się wahadłowca miała widok na panele przyrządów i na okna. Siedziała w bezruchu, dopóki zespół zamykający nie przypiął jej do mocnego metalowego siedzenia.

Później czekała, leżąc na plecach, zupełnie jak Anna ostatniej nocy. Po przypięciu całej załogi zespół zamykający opuścił kokpit i zamknął właz. "O Boże, to się dzieje naprawdę" - pomyślała Sally.

Około szóstej trzydzieści rano gorące słońce Florydy wyjrzało zza horyzontu i zaczęło wspinać się wysoko ponad Atlantykiem. Promienie słoneczne dosięgły piaszczystych plaż i pełnych aligatorów mokradeł otaczających przylądek Canaveral oraz położony tu Ośrodek Lotów Kosmicznych NASA im. Johna F. Kennedy'ego - główne miejsce startów wahadłowców kosmicznych. W świetle poranka było widać tłumy ludzi obozujących pod namiotami i siedzących na składanych krzesłach wzdłuż odcinków wybrzeża środkowej Florydy. Kolejne tysiące stały w oczekiwaniu przy drogach pobliskiego sennego nadmorskiego miasta Cocoa Beach, w szortach, bezrękawnikach i okularach przeciwsłonecznych dla ochrony przed bezlitosnym żarem. Kilku handlarzy sprzedawało T-shirty, a z ręcznych radioodbiorników dobiegała muzyka. Na całym wybrzeżu było słychać piosenkę Mustang Sally. Na jednym z miejscowych banków wywieszono transparent: "Leć, Sally Ride*! Koledzy, również możecie się zabrać!".

Nawet pół miliona osób mogło tego dnia obserwować start wahadłowca. Nie licząc oczywiście milionów widzów przed telewizorami. Wielu obserwatorów przyleciało lub przyjechało z bardzo daleka, pokonując setki kilometrów na skraj Stanów Zjednoczonych, aby obejrzeć ten start i być świadkami tworzenia historii.

Później tego samego poranka inna astronautka wyszła w blask słońca Florydy, kilka kilometrów od platformy startowej. Shannon Lucid znalazła spokojne miejsce na plaży w pobliżu ośrodka kosmicznego, daleko od tłumów, które nie miały przywileju wstępu na tereny należące do NASA. Poprzedniej nocy położyła się późno, także pracując we wnętrzu kokpitu Challengera, sprawdzając wszystkie przełączniki, które Anna monitorowała następnie aż do rana. Podczas tej misji Shannon i Anna były "krzyżowcami przylądka". Była to nieformalna funkcja pełniona przez astronautów, którzy wspomagali daną misję. Anna była tym razem szefową krzyżowców. Jedną z zalet tej pracy była możliwość obejrzenia startu samotnie, z relatywnie pustej i spokojnej plaży. Tego ranka Shannon słyszała jedynie fale obmywające piaszczysty brzeg.

Nie przeszkadzało jej zbytnio, że nie siedzi tego ranka na miejscu Sally. Najważniejsze było dla niej to, że miała pracę. Fakt, że była to tak wyjątkowa i ambitna praca, jak zawód astronautki, miał znaczenie drugorzędne. Zanim dołączyła do NASA, napotykała wielkie trudności ze znalezieniem pracodawcy, który nie oceniałby jej przez pryzmat bycia kobietą i matką. Jednak program kosmiczny w końcu pozwolił jej być tym, kim się stała, i wykorzystać zdobytą wiedzę naukową w dziedzinie chemii. A dopóki mogła polecieć, nie miało znaczenia, czy będzie pierwsza. Shannon czekała, a zegar odliczał.

Stojąc pod otwartym niebem Florydy, Anna spojrzała na platformę ze szczytu Centrum Kontroli Misji. Wahadłowiec, który kilka godzin wcześniej wznosił się nad nią jak wieża, teraz wydawał się zaledwie punktem na horyzoncie, wystającym nad czubkami zielonych drzew porastających teren Centrum Lotów Kosmicznych im. Johna F. Kennedy'ego. Tymczasem na dachu zbierał się spory tłum. Tuż przy niej stał wysoki chudy astronauta o jasnorudych włosach: Steve Hawley, mąż Sally. Obok niego przystanęła Carolyn Huntoon, przyjaciółka i mentorka Sally z NASA, która przyjęła początkującą astronautkę pod swoje skrzydła, gdy ta dołączyła do programu kosmicznego. Wszyscy żywo rozmawiali, przekazując sobie wzajemnie niespokojną, buzującą energię i oczekując, aż odliczanie dojdzie do ostatnich sekwencji.

W miarę upływu kolejnych sekund tłum na dachu się powiększał. Pochodząca z Tennessee drobniutka Rhea Seddon o jasnych blond włosach, które ledwie dotykały jej ramion, podeszła do krawędzi. Ona także po raz pierwszy miała okazję obserwować start z tego miejsca. Rhea przyszła zobaczyć początek misji swojej koleżanki, paliła się jednak do tego, by niebawem zająć jej miejsce. Nie wiedziała, kiedy przyjdzie jej kolej, ale była gotowa. Rhea, z wykształcenia chirurg, dzieliła swój czas między pracę w pogotowiu ratunkowym w Houston i zadaniami technicznymi w agencji kosmicznej. Niecały rok wcześniej urodziła syna Paula i była pierwszą astronautką, która została matką. W głębi duszy czuła, że jest gotowa na macierzyństwo, pracę w zawodzie i udział w misji. Potrzebowała jedynie przydziału.

Być może gdzieś niedaleko Rhei stała Judy Resnik, opalona, o kruczoczarnych włosach, które okalały jej twarz obfitymi lokami. Mogła patrzeć na horyzont i na maleńki wahadłowiec, marząc o chwili, gdy sama znajdzie się na miejscu Sally. A może oglądała start na ekranie telewizyjnym. Nie wiadomo dokładnie, gdzie była tego dnia. Ona sama jednak nie miała już wątpliwości w kwestii własnego lotu. W lutym w gabinecie George'a potwierdzono jej przydział. Miała zostać drugą po Sally Amerykanką w kosmosie. Sekundy mijały, a Judy wiedziała, że jej wielka chwila także się zbliża, nawet jeśli nie miała polecieć pierwsza. Nie miało to dla niej znaczenia. Chciała polecieć tak szybko, jak to możliwe. Lot oznaczał dla niej wolność, niezależność i cel - wszystko, czego szukała przez całe życie.

Wydawało się, że tego dnia na przylądku są wszyscy, brakowało jednak pewnej bardzo ważnej astronautki. Ponad trzy tysiące kilometrów dalej Kathy Sullivan nie obserwowała odliczania, zamiast tego przerabiając listę kontrolną przed nurkowaniem w Instytucie Oceanografii Scrippsów w San Diego w Kalifornii. Jako niestrudzona eksploratorka i podróżniczka zawsze pragnęła odkrywać świat, nieważne, czy z perspektywy głębin oceanu, czy z wysokości wahadłowca kosmicznego. Tę sesję nurkową zaplanowała specjalnie w celu zakończenia certyfikacji w nurkowaniu z akwalungiem na otwartych wodach. Następnego dnia miała wystąpienie na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego.

Był to dla niej wygodny sposób na uniknięcie uczestniczenia w starcie. Miała nadzieję, że to ona zostanie pierwszą Amerykankę w kosmosie. Gdy odmówiono jej tego zaszczytu, postanowiła przyjąć zaproszenie od uczelni w San Diego. Dzięki temu nie musiała sztucznie się uśmiechać, oglądając lot gdzieś na Florydzie lub w Houston. Miał to być pierwszy start wahadłowca, którego osobiste oglądanie sobie odpuściła. Nie wiedziała wówczas, że jej lot nie był tak odległy w czasie i że za nieco ponad rok także będzie tworzyć historię, choć nieco inaczej.

I chociaż tego dnia Sally, Judy, Kathy, Anna, Rhea i Shannon nie znajdowały się w tym samym miejscu, były ze sobą połączone w sposób, który miał scementować ich więź mimo odległości i upływu dekad. Były "Szóstką" - pierwszymi amerykańskimi kobietami wybranymi do korpusu astronautów NASA po tym, jak przez lata pokłady statków kosmicznych opuszczających Ziemię obsadzane były wyłącznie przez mężczyzn. W 1978 roku wybrano je do roli specjalistek misji i miały jako pierwsze Amerykanki zawędrować w pustkę kosmosu, otrzymując niezwykły przywilej ujrzenia krzywizny naszej planety. Miały wynosić na orbitę satelity i teleskopy, zmagać się z mikrograwitacją w kosmicznych skafandrach, obsługiwać zrobotyzowane ramię, spotykać się z prezydentami i królewskimi dygnitarzami, przemawiać do tysięcy entuzjastów eksploracji kosmosu i przecierać szlak dla licznych następczyń.

Chociaż już przez samo to, że zostały wybrane, wszystkie uzyskały status pionierek, jedna z nich musiała polecieć pierwsza, aby rozbić rozciągnięty nad krajem szklany sufit. Tą osobą została Sally Ride, dzięki czemu jej nazwisko zapisało się w historii obok Alana Sheparda, Johna Glenna i Neila Armstronga. Wybrano ją do przetarcia szlaku, zanim ktoś postanowił uczynić z niej ikonę feminizmu, wzór do naśladowania i bohaterkę piosenki Billy Joela. Miało to także nałożyć na jej barki brzemię, które przyjdzie jej dźwigać przez resztę życia.

Jej przydział nie był jednak na początku taki pewny. Równie dobrze mógł przypaść Judy, Annie lub pozostałym w kolejce. Wszystkie one były starannie przygotowane. Dopiero finalna decyzja George'a Abbeya i kierownictwa NASA przypieczętowała losy "Szóstki", stawiając na czele Sally. Kolejne przydziały misji miały nieodwracalnie zmienić życie ich wszystkich, prowadząc do spełnienia marzeń, historycznych przełomów i do niewyobrażalnej tragedii.

Brzemienne w skutkach skinienie głową George'a spowodowało, że chwilę po siódmej trzydzieści 18 czerwca 1983 roku Sally leżała na plecach wewnątrz kokpitu wahadłowca Challenger. Patrzyła przed siebie, myśląc o pracy, która na nią czekała, i o tym, jak bardzo chciała dobrze ją wykonać. Po trzech godzinach spędzonych w tej pozycji na twardym szarym metalowym fotelu usłyszała w słuchawkach odliczanie kontrolera, które miało wszystko zmienić.

- Czas minus dziesięć. Dziewięć. Osiem. Siedem. Sześć. Zgoda na uruchomienie głównego silnika. Mamy uruchomienie głównego silnika. Zapłon...

* W oryginale "Ride, Sally Ride!". Po angielsku to ride znaczy dosłownie "jedź" (przyp. tłum.).

Rozdział 1

Przecież astronautami są tylko mężczyźni

Do wschodu słońca nadal pozostawało kilka godzin. Margaret "Rhea" Seddon przyglądała się wnętrzu otwartej jamy brzusznej pacjenta na stole operacyjnym. Jak zwykle starała się kontrolować przepływ krwi operowanego i usiłowała "naprawić" jego uszkodzone organy wewnętrzne, brutalnie poszarpane pociskiem, który przeszedł przez jego trzewia. Była już przyzwyczajona do tego rodzaju przerażających widoków. Jako chirurg rezydent oddziału ratunkowego Szpitala Johna Gastona widziała już najróżniejsze postrzały i rany cięte, przeważnie spowodowane kombinacją dwóch czynników: rozzłoszczonych mężczyzn i zbyt dużej ilości piwa. Załogi karetek często przywoziły do Johna - jak medycy nazywali szpital - ofiary takich barowych kłótni. Zazwyczaj działo się to w środku nocy. Przez kolejne godziny pacjenci ci stawali się głównym obiektem zainteresowania Rhei lub innego lekarza. Każdej nocy do izby przyjęć Johna przybywało tak wielu pacjentów z urazami, że zyskała ona także własną, bardziej złowrogą nazwę: "Dziura".

Czasami Rhea powstrzymywała krwawienie i z powodzeniem łatała ciała delikwentów. Innym razem nie była w stanie naprawić szkód, bo były tak rozległe. Te chwile rozbijały ją najbardziej. Tego ranka jednak wszystko wydawało się iść dobrze i pozszywała rannego, wysyłając go na oddział intensywnej terapii. Ale jej praca jeszcze się nie skończyła. Będąc chirurgiem prowadzącym chorego, musiała go pilnować na wypadek pojawienia się nieprzewidzianych komplikacji. Skierowała się więc do pokoju lekarzy przylegającego do oddziału intensywnej terapii.

Trudno jej było w to uwierzyć, ale był czas, że jej obecność w tym pokoju stanowiłaby poważne faux pas. Odbywając staż na chirurgii w Baptist Memorial Hospital w Memphis w Tennessee, naprzeciwko Szpitala Johna Gastona, nie miała wstępu do tego przybytku. Był "tylko dla panów", a ona była wówczas jedyną stażystką na chirurgii. Ordynator tłumaczył jej, że chirurdzy czasem chodzili tu w samej bieliźnie. Odparła, że nie przeszkadza jej to, według niego oni jednak czuliby się niezręcznie. Rhea próbowała zmienić tę politykę. Nic nie wskórała i skończyła, ucinając sobie drzemki na rozkładanym krześle w łazience, z głową opartą o ścianę. Był to również jeden z powodów, dla których na rezydencję przeniosła się do Johna, gdzie nie obowiązywały takie szowinistyczne reguły.

Od chwili, gdy postanowiła pójść na medycynę, zawsze w pewien sposób wykraczała poza swoją strefę komfortu. Wychowała się w zupełnie innym świecie. Była dziewczynką z wyższej klasy średniej z przedmieść Murfreesboro w Tennessee. Tam dorastała według standardowej recepty na to, "jak zostać damą z Południa". Chodziła na zajęcia baletu w studiu tanecznym panny Mitwidie, uczyła się etykiety obowiązującej przy stole, grała na pianinie, przyszywała guziki do sukienek i hodowała zioła. Te same umiejętności w młodości przyswajała sobie jej matka, Clayton, a teraz przekazywała pałeczkę córce, starając się ją uformować według modelu, który sama znała.

"Ludzie zawsze idą w ślady rodziców, myślałam więc, że będę jak moja mama: damulka z Południa, siedząca w domu, gotująca i wychowująca dzieci" - mówiła Rhea. Jej ojciec Edward miał jednak inny pomysł. Jako prawnik chciał dla Rhei czegoś więcej, niż dostały, dorastając, jej matka i babka. Oznaczało to wystawienie Rhei na bardziej różnorodne doświadczenia. Pewnego październikowego wieczora 1957 roku Edward wyprowadził Rheę na zewnątrz i pokazał jej ciemniejące niebo. Ujrzała tam maleńką plamkę światła mknącą przez mrok. Był to Sputnik, aluminiowy satelita emitujący sygnał radiowy i okrążający Ziemię. Związek Radziecki wystrzelił go dzień lub dwa dni wcześniej, 4 października. Był to pierwszy obiekt stworzony ręką człowieka i wyniesiony na orbitę. Przez Amerykę przetoczyła się fala strachu i obawy przed sowiecką dominacją w kosmosie.

Niektórzy zdawali sobie jednak także sprawę, że chwila ta była cezurą dla wszystkich, nie tylko dla Sowietów.

- Patrzysz na początek nowej ery - powiedział ojciec Rhei. - To era kosmiczna.

Chociaż miała wówczas niecałe dziesięć lat, jej wciąż formujący się umysł zrozumiał, że oto nadchodzi nowy świat. Nie zdawała sobie tylko sprawy, jak wielką rolę kosmos odegra w jej życiu.

Start Sputnika miał ostatecznie popchnąć ją na ścieżkę odległą od "właściwej" drogi, którą wybrała dla niej matka. Jedną z odpowiedzi Ameryki na Sputnik było niemal automatyczne podniesienie poziomu nauczania nauk ścisłych i przyrodniczych w szkołach podstawowych. Celem było wyszkolenie nowego pokolenia osób z wykształceniem ścisłym, które byłyby w stanie skutecznie konkurować w wyścigu kosmicznym. Wkrótce Rhea zakochała się w tych lekcjach, szczególnie w przyrodzie. Nadal jednak była w dużym stopniu wierna matczynym planom: rano ochoczo badała wnętrzności laboratoryjnego szczura, a po szkole radośnie podskakiwała w drużynie czirliderek.

Po ukończeniu szkoły średniej pojechała na Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley, który wybrała ze względu na program nauk przyrodniczych. Miejsce to było niczym inna planeta, a nie odległy amerykański stan. Naukę rozpoczęła tam w 1965 roku, gdy całe miasteczko kipiało politycznym aktywizmem. Rok przed jej przybyciem narodził się tutaj Ruch Wolności Słowa, wywołując protesty studenckie po tym, jak jeden ze studiujących został aresztowany za rozdawanie ulotek na terenie kampusu. Rozpoczęła się era politycznych manifestacji, podczas których liczni studenci potępiali brutalność wojny wietnamskiej, a inni domagali się równouprawnienia i wspierali Czarne Pantery. Gorąca retoryka i skręt w stronę liberalizmu były szokiem dla siedemnastolatki z konserwatywnego miasteczka w Tennessee, które miało populację wielkości jednej trzeciej uniwersytetu.

Podczas pierwszego roku musiała starać się, żeby utrzymać średnią ocen. Po jego zakończeniu dostała przedsmak lekarskiego życia. Jej ojciec był w radzie dyrektorów niewielkiego szpitala w rodzinnym mieście i załatwił tam na lato pracę dla Rhei. Początkowo planowała pracę na oddziale intensywnej terapii nowo otwartego oddziału kardiologicznego, stanowisko to jednak okazało się niedostępne, więc wysłano ją do pomocy na chirurgii. Od razu połknęła bakcyla. Przeszła poziom wyżej od zaglądania w trzewia żab i gryzoni. Teraz eksplorowała wnętrzności prawdziwych pacjentów.

Doświadczenia te pomogły jej, gdy w 1970 roku podjęła naukę w szkole medycznej na Uniwersytecie Tennessee. Wiedziała już, że chce zostać chirurgiem. Niewiele jednak brakowało, a w ogóle do tego by nie doszło. W college'u prawie wyszła za mąż. Miała już nawet ustaloną datę ślubu. "Ślub się zbliżał, ale powiedziałam: "To nie zadziała" - wspominała później. - On chciał, żebym prasowała jego koszule, została w domu i nie chodziła do pracy. Odpuściłam więc małżeństwo". Z perspektywy czasu decyzja ta okazała się słuszna.

Na pierwszym roku była jedną z zaledwie sześciu kobiet pośród ponad setki studentów. Podczas nauki, stażu i rezydencji przyzwyczaiła się do tego, że otaczają ją mężczyźni. I chociaż pomysł zostania lekarzem był sam w sobie niezwykle ambitny, idąc na studia medyczne, miała także inny, ukryty motyw. W tajemnicy zastanawiała się, czy ta droga może doprowadzić ją w kosmos. Widok Sputnika przemierzającego nieboskłon okazał się ziarnem, które kiełkowało. Myślała, że pewnego dnia po orbicie okołoziemskiej będą krążyć stacje kosmiczne i będą na nich pracowali lekarze i że może będzie mogła zostać takim lekarzem mieszkającym w kosmosie.

Myśl ta była zaledwie drobniutkim przebłyskiem, lecz została z nią na długie lata i towarzyszyła jej także w pokoju lekarzy po operacji pacjenta z raną postrzałową. Wciąż czując woń ludzkiego ciała i płynów ustrojowych, zastanawiała się, czy właśnie takiego życia pragnęła. W tym właśnie momencie rezydent neurochirurg Russ wmaszerował do pokoju i usiadł obok niej. Wydawał się zmagać z podobnymi wątpliwościami i oboje zaczęli uskarżać się na wyczerpanie. Wtem Russ zadał pytanie, które często pada, gdy ktoś nie widzi przed sobą przyszłości:

- A co chciałabyś robić zamiast tego?

Rhea zastanowiła się przez chwilę, po czym zupełnie poważnie odpowiedziała:

- Byłabym astronautką.

Chyba pierwszy raz powiedziała o tym otwarcie. Każdemu innemu mogło się to wydawać dziwacznym marzeniem, ale reakcja Russa była dość zaskakująca.

- Pracowałem kiedyś dla NASA.

Opowiedział o swojej dawnej pracy, chociaż Rhea nie w pełni zrozumiała, co dokładnie robił. Dodał, że nadal ma kontakty z kolegami z programu kosmicznego. Rozmowa zeszła jednak na inne tory i dwoje rezydentów w końcu zwlekło się z krzeseł i wróciło do swoich obowiązków.

Kilka tygodni później Rhea ponownie była w pracy i znowu otwierała ludzkie ciała, operując pacjentów. W pewnej chwili zobaczyła Russa, który zmierzał na kolejną operację. Mijając ją, przypomniał sobie nagle o ich rozmowie i się zatrzymał.

- Ej, kolega powiedział mi, że przyjmują aplikacje do programu wahadłowców kosmicznych - rzucił. - Podobno mają program dyskryminacji pozytywnej.

I zniknął, nie podając żadnych dodatkowych informacji. Rhea stała oszołomiona, a przez jej głowę przebiegały tysiące myśli.

***

Był sierpień 1963 roku, a Shannon Wells czuła się niemal wolna. Za dwa tygodnie miała ukończyć Uniwersytet Oklahomy, uzyskując tytuł licencjata w dziedzinie chemii. Koniec z testami i pisaniem rozpraw. Trzeba zacząć myśleć o prawdziwej pracy. Gdy jednak zbliżała się uroczystość wręczenia dyplomów, Shannon zdała sobie sprawę, że w prawdziwym życiu nie znała nikogo, kto zdobyłby pracę w wybranej przez nią dziedzinie, i że nie ma pojęcia, jak zacząć. Pomyślała, że może pomoże jej któryś z profesorów.

- Kończę studia za dwa tygodnie - na jednych z ostatnich zajęć zagadnęła profesora chemii nieorganicznej. - Jak można dostać pracę związaną z chemią?

Profesor wyglądał na oszołomionego.

- Co takiego? - zapytał z niedowierzaniem. - Zamierza pani iść do pracy?

- Tak! - odparła Shannon. - Właśnie dlatego wybrałam studia na chemii.

Profesor pokręcił głową i bez ogródek przekazał swoją opinię:

- Absolutnie nikt pani nie zatrudni.

Nie powiedział tego wprost, Shannon zrozumiała jednak, co miał na myśli. Chodziło o to, że jest kobietą.

Shannon była wstrząśnięta tą rozmową. Bolesna prawda sprowadzała się do tego, że jej nauczyciel miał rację.

Niestety, radzenie sobie z takimi odpowiedziami było stałym elementem w życiu Shannon. Zawsze miała w sobie żądzę przygód, nawet zanim jeszcze w nogach i rękach znalazła dość siły, aby się czołgać. Mimo to świat wydawał się konsekwentnie wskazywać należne jej miejsce.

Shannon Wells - później znana jako Shannon Lucid - nie urodziła się w Oklahomie, ale w Chinach, w Szanghaju, gdzie się poznali i zakochali w sobie jej rodzice ekspatrianci. Myrtle, matka Shannon, dorastała przez większość czasu w Chinach. Była córką lekarza z misji, który wraz z rodziną przemierzał cały świat, lecząc pacjentów chorych na trąd i gruźlicę. Dorosła Myrtle poszła w 1940 roku na przyjęcie bożonarodzeniowe w Szanghaju, gdzie spotkała misjonarza baptystę Josepha Oscara Wellsa, który przybył tu wprost z college'u.

Tego wieczora Joseph, częściej nazywany Oscarem, podzielił się z Myrtle śmiałym przemyśleniem.

- Skończymy na ślubnym kobiercu - powiedział jej. Ostatecznie oświadczył się w walentynki i pobrali się 1 czerwca.

Niecałe dwa lata później, 14 stycznia 1943 roku, przyszła na świat Shannon, a sześć miesięcy po tym cała rodzina została aresztowana przez Japończyków i internowana w obozie koncentracyjnym w Cywilnym Ośrodku Przejściowym w Zhabei w Szanghaju. Shannon była zbyt mała, aby zapamiętać cokolwiek z okresu internowania. Rodzina mieszkała w obozie przez mniej więcej rok, a następnie na pokładzie japońskiego statku udała się do Indii, co było pierwszym etapem w drodze powrotnej do Stanów Zjednoczonych. Na całą podróż Myrtle miała dla Shannon jedną pieluchę.

Po przybyciu do Indii rodzina wsiadła na pokład MS Gripsholm, dużego szwedzkiego liniowca oceanicznego, który na zlecenie amerykańskiego Departamentu Stanu od lat transportował osoby w ramach programu wymiany jeńców. Na pokładzie znajdowała się grupa jeńców amerykańskich, kanadyjskich, japońskich i niemieckich, udających się do różnych punktów wymiany rozrzuconych po całym świecie. Wracając do Ameryki tym statkiem, Wellsowie dwukrotnie okrążyli Ziemię. Po drodze zatrzymali się w południowej Afryce, gdzie Shannon dostała swoją pierwszą parę butów. Jako maleńkie dziecko poznała więc życie w nieustannym ruchu i myślała, że w ten sposób żyje większość rodzin.

Wellsowie w końcu dotarli do portu w Nowym Jorku i spędzili ostatnie miesiące wojny w Stanach Zjednoczonych, ale po zakończeniu walk wrócili do Chin. Była to kolejna stymulacja dla ciekawego świata umysłu Shannon.

Najbardziej jednak zafascynowała ją podróż drogą powietrzną. Gdy miała pięć lat, rodzina na krótko przeniosła się do górskiej wioski Kuling. Uciekali latem przed nieznośnym żarem Szanghaju, który mógł zaszkodzić jej podatnej na zapalenia płuc siostrze. Pierwszy etap podróży odbyli na pokładzie pozostałego po wojnie DC-3. Podczas pełnego turbulencji lotu mama, brat i siostra Shannon z trudem utrzymywali obiad w żołądkach, ale nie ona. W zachwycie wyglądała przez okna, zafascynowana kłębiastymi chmurami zakręconymi wokół górskich szczytów. Gdy samolot podchodził do lądowania na maleńkim żwirowym pasie, dostrzegła na ziemi niewielką plamkę. W miarę jak plamka rosła, Shannon zrozumiała, że był to człowiek i że wkrótce się z nim spotkają.

- Dostrzegłam tę postać, tę osobę stojącą na ziemi, z czerwoną chustką na szyi, i wydało mi się to najbardziej niesamowitą rzeczą na świecie: że człowiek, pilot, będzie w stanie posadzić nas w tym miejscu - wspominała Shannon. W tej chwili podjęła oczywistą decyzję: pewnego dnia sama nauczy się latać samolotem.

Drugi pobyt Wellsów w Chinach nie trwał zbyt długo. Gdy Shannon była w przedszkolu, wybuchła rewolucja komunistyczna i wydalono ich z kraju. Osiedli na dobre w Bethany w Oklahomie, Shannon nie potrafiła jednak zaakceptować stacjonarnego stylu życia. Pewnego dnia zapytała mamę w kuchni:

- Dlaczego nigdzie nie jeździmy? Czemu wciąż tu siedzimy?

- Ale to jest wspaniałe! - odparła Myrtle, znacznie bardziej zadowolona ze stabilizacji.

- Nie, nie jest! Muszę się gdzieś ruszyć! - powiedziała Shannon.

Znalazła jednak nowy sposób na podróżowanie bez konieczności opuszczania domu. W szkole podstawowej wzięła do ręki swoją pierwszą książkę science fiction i uciekła w otchłań kosmosu. Złapała bakcyla. Jedną po drugiej pochłaniała opowieści o kosmicznych podróżach, cywilizacjach i dzielnych astronautach badających wszechświat. Gdy tylko kończyła jakąś książkę, wybierała następną. Niedługo po tym, jak zaczęła interesować się fantastyką, dowiedziała się o Robercie Goddardzie, jednym z pionierów techniki rakietowej (którego imieniem NASA nazwała Ośrodek Lotów Kosmicznych w Maryland). Prowadził on testy prototypów swoich rakiet w Nowym Meksyku. Wkrótce Shannon budowała już własne rakiety - a raczej ich modele - i trenowała w zbudowanym na strychu kartonowym statku kosmicznym, którym na poważnie zamierzała dotrzeć aż na Marsa.

Stało się to dla niej prawdziwą pasją. Gdy pewnego dnia z Michigan przyjechał w odwiedziny jej wujek, godzinami opowiadała mu o rakietach i o tym, dlaczego Ameryka powinna mieć program kosmiczny.

- Czy rozmawiasz na jakieś inne tematy? - zapytał wujek.

Shannon nigdy nie rezygnowała z tej pasji. Desperacko pragnąc polecieć w kosmos, gdy miała dwanaście lat, przeczytała w gazecie artykuł, który sugerował, że Związek Radziecki wkrótce wyśle na orbitę ludzi. Pomyślała, że znajdzie sposób na oderwanie się od planety. Zachwycona, wycięła ten artykuł i pokazała mamie, rezolutnie konkludując:

- Żeby polecieć w kosmos, będę musiała zostać komunistką!

Deklaracja ta nie spotkała się z dobrym przyjęciem w konserwatywnym domu Wellsów.

Niemniej już wkrótce miały spełnić się marzenia Shannon o utworzeniu amerykańskiego programu kosmicznego. Pewnego dnia w jej ręce wpadł magazyn "Life" z okładką przedstawiającą podobizny siedmiu mężczyzn. Tekst wewnątrz wychwalał ich jako bohaterów i pionierów. Ci mężczyźni byli częścią przełomowego Programu Merkury - inicjatywy NASA, której celem było wsadzenie pierwszych Amerykanów na pokład rakiety i wystrzelenie ich poza ziemską atmosferę, w pustkę kosmosu. Grupę nazwano "Oryginalną Siódemką" i jej członkowie mieli dokonać kilku ważniejszych przełomów w amerykańskim programie załogowych lotów kosmicznych.

Gdy Shannon zobaczyła tę okładkę, natychmiast zauważyła pewien wzorzec. Był tam John, był Alan, był Virgil. Do tej elitarnej kosmicznej grupy wybrano tylko białych mężczyzn. Załamało ją to. "Nie mam tu żadnych szans".

Nie potrafiła się jednak pogodzić z tym, co wydawało jej się nie w porządku, i napisała list do redakcji, prosząc o wyjaśnienie, dlaczego Ameryka wysyła w kosmos tylko mężczyzn. "Czy uwzględnieni są wszyscy Amerykanie?" - dopytywała. Ku jej zaskoczeniu otrzymała jednozdaniową odpowiedź od anonimowego redaktora. Wspominała, że brzmiała ona: "Być może pewnego dnia kobiety także polecą w kosmos".

"Pewnego dnia" wydawało się dość enigmatyczną i odległą datą, w kwestii zarówno eksploracji kosmosu, jak i rozwoju innych dziedzin naukowych na Ziemi. Gdy Shannon ukończyła college, nie mogła znaleźć żadnych pracodawców z branży chemicznej, którzy chcieliby ją zatrudnić. Tak jak przewidział jej profesor. Pierwszą pracą, którą otrzymała po szkole, była nocna zmiana w domu spokojnej starości - zajęcie bardzo odległe od chemii.

- Brało się po prostu okruszki, których nikt inny nie chciał - wspominała później.

W końcu pojawiła się okazja. Pewien pracownik laboratoryjny w Fundacji Badań Medycznych Oklahomy nagle odszedł z pracy i instytut desperacko potrzebował kogoś na jego miejsce. Na szczęście była Shannon. Fundacja zatrudniła ją jako technika w programie badań nad rakiem i przez kilka lat po raz pierwszy w życiu Shannon poznawała tajniki pracy laboratoryjnej. I chociaż bardzo podobała jej się ta praca, zwróciła uwagę, że "dyskryminacja była tam na porządku dziennym i trzymała się dobrze". Właściwie nie miała żadnej możliwości awansu.

Gdy projekt prowadzony przez fundację dobiegał końca i Shannon powiedziano, że będzie zatrudniona jeszcze przez dwa tygodnie, musiała działać szybko. Miała do zapłacenia raty za bardzo ważny dla niej pojazd - samolot Piper Clipper. Kiedy tylko skończyła szkołę, zaczęła realizować postanowienia z Chin, które podjęła, widząc małego człowieka z czerwoną chustką. Ukończyła kurs latania, wyrobiła licencję pilota i odłożyła dość pieniędzy, aby kupić sobie maleńkiego clippera. Wraz z ojcem latała nim na spotkania kościelne. Aby jednak utrzymać samolot w powietrzu, musiała teraz znaleźć nowe źródło dochodu - i to szybko.

Wysyłała jedno CV za drugim, czekając na odpowiedzi. Ponieważ Shannon nie było wówczas dość powszechnym imieniem, niektóre listy przychodziły do niej zaadresowane do "Pana Shannona Wellsa". Wkrótce się przekonała, że te odpowiedzi należały do przyjemniejszych. Jedna z firm poprosiła ją o przysłanie zdjęcia. Gdy to zrobiła, otrzymała ekspresową odpowiedź, że firma nie ma żadnych wolnych stanowisk. Absolutnie żadnych.

- W tych czasach nie zatrudniano kobiet - wspominała Shannon. - A gdy starałam się o posadę rządową w jednym z federalnych laboratoriów, na dokumenty kobiety nawet tam nie spojrzano.

W końcu poszła do agencji pośrednictwa w Oklahoma City i powiedziała, że jest w desperacji. Czy nie mają tam czegoś, co byłoby dla niej odpowiednie? Agencja dała jej znać, że niedawno pojawiła się oferta od Kerr-McGee, lokalnej firmy naftowej. Jej pracownik miał na sześć miesięcy odejść ze stanowiska, aby przejść szkolenie w Gwardii Narodowej, i potrzebowano tam kogoś, kto przejąłby obowiązki na czas jego nieobecności. Nie miało to być jednak zatrudnienie na stałe. Stanowisko czekało na powrót tego pracownika, ale na ten czas Shannon mogła je objąć.

Z radością się zgodziła, chociaż widziała, że jest to nie w porządku.

- Przychodziłam jako absolwentka z kilkoma kursami magisterskimi na miejsce osoby, która nie ukończyła nawet college'u.

Niemniej była wdzięczna za pracę i to w dziedzinie, w której mogła wykorzystać swoją wiedzę z chemii. Pracowała tam pod nadzorem licznych mężczyzn, a jednym z nich był Michael Lucid. Początkowo uważał, że firma zrobiła błąd, zatrudniając Shannon jedynie na sześć miesięcy, ponieważ jej kwalifikacje były o wiele większe, niż wymagało tego stanowisko. Nie był jednak szefem i jego zdanie się nie liczyło. Nie mówił o tym Shannon, gdy pracowali razem.

Sześć miesięcy minęło bardzo szybko i tuż przed końcem zatrudnienia jeden z szefów zapytał o jej przyszłe plany. W tym momencie Shannon była już w wirze ponownego, gorączkowego poszukiwania pracy, co powoli stało się dla niej rutynowym sposobem spędzania wolnego czasu. Powiedziała mu, że naprawdę potrzebuje zatrudnienia. Odparł, że firma Kerr-McGee jest zainteresowana zatrudnieniem jej na pełen etat, i zaproponował dość nędzne wynagrodzenie na początek. Shannon odpowiedziała, że wie od swojego kolegi z laboratorium, Davida, że zarabia on więcej, mając niższe wykształcenie.

Szef spojrzał na nią.

- Shannon, jesteś kobietą. Nie ma możliwości, żebyśmy zapłacili ci tyle samo, ile płacimy innym.

Nie miała dużego wyboru. Jedno spojrzenie w kalendarz przypomniało jej, że będzie bezrobotna za dwa tygodnie. Raz jeszcze zgodziła się na kolejne zatrudnienie na niesprawiedliwych warunkach.

Po objęciu wreszcie bardziej stabilnej posady, w lutym 1967 roku otrzymała niespodziewany telefon. Dzwonił Michael Lucid, jej były szef, z pytaniem, czy nie chciałaby pojechać z nim w weekend na pokaz łodzi. Propozycja była dla Shannon sporym zaskoczeniem. Nie miała bowiem pojęcia, że się nią interesował. Planowała w weekend latać samolotem, a gdy uniemożliwiła to zła pogoda, pojechała z Michaelem na pokaz łodzi.

Zaczęli się spotykać i nie minęło wiele czasu, a Michael zasugerował, że powinni się pobrać. Gdy temat wypłynął po raz pierwszy, powiedziała, że nie ma na to szans.

- Zamierzam być sobą, a nie czyjąś żoną - odpowiedziała. Sparzyła się wiele razy, w dzieciństwie i w trakcie kariery zawodowej, wiedziała więc, że od mężatek oczekuje się pozostania w domu i robienia... czegoś.

- Nigdy nie rozumiałam, co tak naprawdę ludzie robią w domu - mówiła później.

Michael, który dorastał w tej samej restrykcyjnej dekadzie lat pięćdziesiątych, powiedział jej, że nie ma absolutnie żadnego powodu, dla którego nie mogłaby jako mężatka do woli pracować. Zakochał się w kobiecie, którą poznał w Kerr-McGee, i nie chciał poślubić zupełnie innej osoby.

Shannon wyznała mu wówczas w sekrecie, że od dzieciństwa ma ukryte marzenie. Chciała pewnego dnia pracować dla NASA i zostać astronautką. Zapytała, co on na to.

To oświadczenie nie zbiło go z tropu.

- Jak najbardziej, żaden problem - odparł.

Michael i Shannon pobrali się w jej domu w grudniu 1967 roku. Niemal od razu ich rodzina zaczęła się powiększać. Podczas miesiąca miodowego na Hawajach poczęli pierwszą córkę, której dali na imię Kawai Dawn, od wyspy, którą odwiedzili. Nowożeńcy przez pierwszych kilka tygodni po ślubie żyli w stanie niczym niezmąconego szczęścia.

Później Shannon poinformowała firmę Kerr-McGee o swojej ciąży i szef natychmiast ją zwolnił.

Radości małżeństwa szybko przesłonił znajomy cień bezrobocia, przynajmniej dla Shannon. W Kerr-McGee nie widziano żadnego powodu, aby zwalniać Michaela. Dalej tam pracował, zarabiając na utrzymanie rodziny, i przez wiele tygodni Shannon z płaczem stawała w drzwiach co rano, gdy wyjeżdżał do pracy. Wreszcie Michael stwierdził, że to się musi skończyć.

- Nie możemy żyć w ten sposób - powiedział. Po czym zasugerował: - Może poszłabyś na studia podyplomowe i zdobyła stopień naukowy?

W tym niesprawiedliwym świecie lat sześćdziesiątych musiała zebrać jak najwięcej referencji, żeby mieć szansę na długoterminowe zatrudnienie.

Wróciła więc na Uniwersytet Oklahomy, żeby zrobić magisterium, a następnie doktorat z biochemii. W tym czasie przyszła na świat ich druga córka. Niecały tydzień po urodzeniu Shandry Shannon wróciła do szkoły na egzaminy.

- Nie mogłam odpuścić tego testu - wyjaśniła.

Wspięcie się na kolejny stopień hierarchii akademickiej zajęło jej cztery lata, ale nawet po obronieniu doktoratu znalezienie zatrudnienia było problematyczne. Kolejne miesiące cierpiała, poszukując pracy i wysyłając kolejne podania o stanowisko na rządowej posadzie. W końcu wylądowała w znajomym miejscu. Fundacja Badań Medycznych Oklahomy ponownie przyjęła ją w 1974 roku, tym razem na stanowisku asystenta badawczego. Zajmowała się sprawdzaniem tego, w jaki sposób różne chemikalia wywołują raka w komórkach, i pozostała tam przez kilka lat, w końcu zadowolona z pełnoetatowej pracy.

W lipcu 1976 roku, gdy Shannon pracowała w laboratorium i czytała czasopismo naukowe fundacji, natrafiła pod koniec numeru na krótki artykuł. Wspomniano w nim, że NASA rekrutuje nową grupę astronautów do programu wahadłowców kosmicznych. Tym razem agencja zapraszała do aplikowania kobiety.

***

Anna Lee - która wkrótce miała zostać Anną Fisher - zupełnie wyczerpana osunęła się na fotel w Harbor General Hospital w Los Angeles. Była w połowie dwunastogodzinnego dnia praktyki chirurgicznej i nie było to dla niej niczym nowym, odkąd ukończyła studia medyczne na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles, znanym lepiej jako UCLA. Cały poprzedni rok pracowała od świtu do zmierzchu i odbierała telefony wzywające ją w środku nocy do pomocy przy operacjach nagłych przypadków. Wiedziała, że to cena, którą musi zapłacić, jeśli chce zostać rezydentką na chirurgii, zaczynała się jednak zastanawiać, czy naprawdę chce żyć w taki sposób.

Gdy tylko się chwilę zrelaksowała, w szpitalnym radiowęźle usłyszała znajomy głos. Należał do jej narzeczonego Billy Fishera. Prosił o kontakt telefoniczny. "Ciekawe, o co chodzi" - pomyślała.

Z trudem wstała z fotela i podeszła do pobliskiego telefonu. Idąc, przyglądała się wnętrzu szpitala. Spędziła tu niemal cały poprzedni rok, a jej związki ze szpitalem były jeszcze głębsze. Wraz ze swoją przyjaciółką Karen Hayes odbywała tutaj wolontariat pod koniec lat sześćdziesiątych, kiedy obie uczęszczały jeszcze do liceum w San Pedro. Były tu pomocnicami pielęgniarek - "cukierkowymi paskami" (nazwa pochodziła od biało-różowych fartuchów, które nosiły wolontariuszki). Stanowiło to dość przerażające wprowadzenie do świata medycyny, gdyż oddziały szpitala były wypełnione pacjentami w ciężkich stadiach raka i Anna była świadkiem ich bólu. Wraz z Karen wybrały pewną izolację, zajmując się wywoływaniem zdjęć rentgenowskich w szpitalnej ciemni, co było dość poważnym zadaniem, jak na dwie uczennice.

To właśnie podczas wolontariatu Anna wyznała Karen coś ważnego. Pewnego dnia przyjaciółki stały obok siebie w ciemności, przewijając film i wywołując zdjęcia w chemikaliach. Być może to ciemność sprawiła, że Anna poczuła się na tyle swobodnie, żeby zwierzyć się ze swoich największych pragnień. Ciemność przesłaniała wyraz twarzy jej przyjaciółki, maskując możliwe reakcje. I wtedy właśnie Anna powiedziała coś, z czego nie zwierzyła się nikomu wcześniej. Rozmawiały o tym, czym chciałyby zająć się po ukończeniu szkoły.

- Bardzo chciałabym zostać kiedyś astronautką - wyznała.

Karen była w szoku, gdyż jej przyjaciółka nigdy wcześniej nie zdradzała podobnych zainteresowań. W rzeczywistości jednak Anna myślała o tym już od ostatnich lat podstawówki, a konkretnie od 5 maja 1961 roku.

Tamtego dnia Alan Shepard włożył na przylądku Canaveral na Florydzie srebrny skafander i biały hełm. Chwilę przed czwartą rano wsiadł do białej furgonetki, która wysadziła go przed dużą czarno-białą rakietą, oczekującą na czerwonej metalicznej platformie startowej, syczącą i wypuszczającą gaz. Na jednym z boków furgonetki umieszczono jasnoczerwone litery układające się w napis UNITED STATES. Trzymając w prawej ręce przenośny klimatyzator, Alan wysiadł z furgonetki i ostatni raz spojrzał w górę na rakietę Redstone.

Potem wspiął się do kapsuły zatkniętej na czubku rakiety i godzinę później wystrzelił w niebo. Rakieta wyniosła jego kapsułę Mercury, nazywaną Freedom 7, na wysokość 187 kilometrów nad Ziemię, a następnie opadła na spadochronie i plusnęła do Atlantyku. Cały lot, od chwili startu do wodowania, trwał zaledwie piętnaście minut. Przez ten krótki czas Al stał się pierwszym Amerykaninem w kosmosie. Nie był jednak pierwszym człowiekiem w przestrzeni kosmicznej. Ten tytuł przypadł w udziale Jurijowi Gagarinowi, sowieckiemu pilotowi, który niecały miesiąc wcześniej pomyślnie okrążył Ziemię.

Anna miała wtedy prawie dwanaście lat. Słuchała całej transmisji przez radio tranzystorowe pod szkołą w Fort Campbell - bazie wojskowej położonej na granicy Kentucky i Tennessee. Wraz z kolegami z klasy siedziała na pokrytym rosą szkolnym trawniku, tłocząc się wokół odbiornika i próbując zrozumieć trzeszczący głos sprawozdawcy.

Anna martwiła się, że tego ranka przegapi cały start. Początkowo bowiem lot miał się rozpocząć o siódmej dwadzieścia czasu wschodniego, kiedy musiała się przygotowywać do lekcji. Ciężkie chmury wymusiły jednak opóźnienie startu o kilka godzin i wypadł on dokładnie w połowie lekcji wychowania fizycznego. Na szczęście dla Anny nauczyciel przerwał zaplanowane na ten dzień testy sprawności, żeby dzieciaki mogły zostać świadkami historii (Nie było to równie fortunne dla Alana Sheparda, który po czterech godzinach oczekiwania na start musiał załatwić się do skafandra).

Ten piętnastominutowy lot na zawsze wyrył się w pamięci Anny.

- Gdy wystartował i gdy go słuchałam, postanowiłam, że jeśli tylko będę miała taką szansę, zrobię to samo - mówiła. Było to dla niej doskonałe połączenie wszystkiego, co lubiła: nauki, wyzwań i eksploracji nieznanego.

Była to chwila olśnienia w życiu, do tej pory definiowanego głównie przez ruch. Jej ojciec, Riley Tingle, był sierżantem amerykańskiej armii i przy każdym przydziale do nowej bazy wojskowej przesadzał całą rodzinę wraz z korzeniami. Takie życie miało swoje zalety. Przede wszystkim, gdyby ojciec nie podróżował po świecie, w ogóle by się nie urodziła. Jego kariera wojskowa zaniosła go po drugiej wojnie światowej do Berlina, gdzie spotkał Elfriede - Niemkę pracującą dla amerykańskiego wojska, która zdobyła tę posadę dzięki dobrej znajomości języka angielskiego. Pobrali się w kwietniu 1949 roku i razem przyjechali do Ameryki, gdzie urodziła się Anna. Od urodzenia co kilka lat przenosiła się z rodzicami do innego miasta. Była nieśmiałą dziewczynką, która lubiła wieczorami rozwiązywać zadania z matematyki i miała problemy z nawiązaniem przyjaźni oraz ukształtowaniem własnej tożsamości.

Aż do tej chwili przed szkołą w Fort Campbell Anna tak naprawdę nie wiedziała, w którą stronę chciałaby pójść w życiu. Od razu jednak pomyślała, że to marzenie jest dla niej zupełnie nieosiągalne. Ona także doskonale widziała, że jak dotąd na astronautów wybierano jedynie mężczyzn. Ponadto wszyscy astronauci musieli mieć doświadczenie w pilotowaniu odrzutowców, a to było możliwe jedynie w wojsku. Wojsko zaś nie dopuszczało kobiet do pilotowania takich samolotów.

Gdy Anna skończyła trzynaście lat, w końcu złapała chwilę wytchnienia od wędrownego trybu życia. Jej rodzina osiadła bowiem w San Pedro w Kalifornii - w mieście, którego mieszkańcy byli imigrantami pochodzącymi ze wszystkich stron świata. Później była wdzięczna za to, że mogła spędzić resztę dzieciństwa w jednym miejscu. Gimnazjum, do którego uczęszczała w San Pedro, było jej trzynastą szkołą, co dawało średnio jedną nową szkołę na każdy rok życia. Z ulgą przyjęła przerwę od uczenia się co kilka miesięcy imion nowych koleżanek i kolegów z klasy.

Po zakończeniu wolontariatu "cukierkowych pasków", w 1967 roku poszła do college'u. W tym czasie marzenie o locie w kosmos zostało w jej świadomości zepchnięte gdzieś głęboko, robiąc miejsce pragmatycznemu myśleniu o przyszłości. Przyjęto ją na Uniwersytet Kalifornijski w Los Angeles - jedyną uczelnię, do której złożyła dokumenty. Na egzaminach wstępnych poradziła sobie tak dobrze, że przyznano jej stypendium z wyróżnieniem, ogłaszając to na forum wszystkich studentów. Była pierwszą kobietą w swojej rodzinie, która poszła do college'u, a także pewną anomalią wśród ówczesnych kobiet. Jej nauczyciele niespecjalnie zachęcali dziewczyny do kształcenia się na uczelniach i większość szkolnych koleżanek Anny nie aspirowała do dalszej nauki lub do pełnowymiarowego zatrudnienia. Przez większość życia mówiono im, że nie będą potrzebować takich rzeczy, gdy dorosną.

Dalsza część dostępna w pełnej wersji.