WYDAWCA: ZIMA
Firma Fonograficzno-Handlowa
ul. Bankowa 1/9, 44-100 Gliwice
[email protected]
---
SKLEP INTERNETOWY:
sklep.zima.slask.pl
---
ZAMÓWIENIA HURTOWE:
www.ateneum.net.pl
---
Copyright?by Maciej Koprowicz
Copyright?by ZIMA (2019)
---
Wszelkie prawa zastrzeżone, lecz cytowanie fragmentów w celach niekomercyjnych - za wskazaniem źródła mile widziane
---
Projekt i typografia okładki:
?copyright (2018) Jakub "Stan" Stański
Skład i łamanie:
?Leszek (2018)
Skład wersji elektronicznej:
Łukasz Rudnikowski (2019)
---
Wydanie I
ISBN 978-83-953258-0-9
facebook.com/ZIMARECORDS
SPIS TREŚCI
WSTĘP
I. Z POWROTEM W STARYM DOMU
II. CHŁOPIEC Z CIERNIEM W BOKU
III. SŁODKI I CZUŁY CHULIGAN
IV. KOŁO RATUNKOWE
V. DŁOŃ W RĘKAWICZCE
VI. ZAAKCEPTUJ SIEBIE
VII. PROSZĘ, POZWÓL MI DOSTAĆ TO, CZEGO CHCĘ
VIII. SZAST, PRAST I TEN KRAJ JEST NASZ
IX. TERAZ MASZ WSZYSTKO
X. MIĘSO TO MORDERSTWO
XI. TEN ŻART JUŻ NIE JEST ZABAWNY
XII. NIEBO WIE, ŻE JESTEM TERAZ NIESZCZĘŚLIWY
XIII. NIEWYPARZONA GĘBA KONTRATAKUJE
XIV. NIE BĘDĘ SIĘ TOBĄ DZIELIŁ
XV. ZACZĄŁEM COŚ, CZEGO NIE POTRAFIĘ SKOŃCZYĆ
XVI. WIEM, ŻE TO KONIEC
XVII. ŚWIATŁO, KTÓRE NIGDY NIE GAŚNIE
XVIII. THE SMITHS A SPRAWA POLSKA
DYSKOGRAFIA
BIBLIOGRAFIA
PODZIĘKOWANIA
O AUTORZE
PRZYPISY
Sarze
No, it's not like any other love
This one is different - because it's us.
The Smiths, Hand In Glove
WSTĘP
31 lat temu zakończyła się historia The Smiths, alternatywnego zespołu rockowego z Manchesteru, jednego z najpopularniejszych wykonawców brytyjskiej muzyki popularnej lat 80. XX wieku. Zakończyła się historia, a zaczęła legenda. Steven Patrick Morrissey, Johnny Marr, Andy Rourke i Mike Joyce stworzyli zespół inny niż wszystko, co zdarzyło się w muzyce wcześniej, a i po nich nie doczekaliśmy się porównywalnego fenomenu popkulturowego.
The Smiths nie zajmowali pierwszych miejsc na listach singli, nie osiągali wielkich komercyjnych sukcesów poza Zjednoczonym Królestwem, nie byli megagwiazdami rocka na miarę grup, do których byli porównywani, jak U2 czy R.E.M. Może przez alternatywne ideały, które kazały im rozpoczynać karierę w niezależnej wytwórni, może przez bezkompromisowy przekaz muzyczny i tekstowy, może przez kontrowersje, jakie budziły wypowiedzi wokalisty, a może po prostu zabrakło im na to czasu. Pięć lat działalności wystarczyło jednak, by The Smiths stali się archetypem idealnego zespołu alternatywnego. Kiedy upadły polityczne kurtyny, kiedy świat połączył internet, gdy muzyka stała się łatwo dostępna dla wszystkich mieszkańców globu, legenda The Smiths wykroczyła poza Wielką Brytanię i zafascynowała młodych ludzi na całym świecie.
Dzięki popularności britpopu i indie rocka, echa The Smiths i wpływy unikalnego gitarowego stylu Johnny'ego Marra zaczęły brzmieć w muzyce zespołów ze wszystkich kontynentów. Okazało się też, że pod płaszczykiem anglocentrycznych impresji tekstowych Morrisseya kryją się tematy uniwersalne dla słuchaczy pod każdą szerokością geograficzną. Wokalista kierował swój przekaz do outsiderów, osób niedopasowanych do otoczenia, nieśmiałych, zakompleksionych i przegranych, dając im pociechę, nadzieję na spełnienie marzeń i wiarę we własną wartość. W tekstach dostrzegał, a nawet wynosił na piedestał prowincję - po raz pierwszy pop w takim stopniu zwracał się do mieszkańców małych, zapadłych miejscowości, mówiąc o bliskich im problemach. Morrissey był głosem klasy robotniczej, sprzeciwiającym się egoizmowi i znieczulicy, panującym w Wielkiej Brytanii lat 80., czyli w erze Margaret Thatcher. Muzyka "Kowalskich" dodawała sił milionom młodych Brytyjczyków, których bezwzględna polityka Żelaznej Damy pozbawiła miejsca pracy, a sam wokalista starał się ich przekonać, że bezrobocie nie czyni ich ludźmi gorszego sortu. Jego twórczość była bliska tym, którzy kontestowali role społeczne, szczególnie płciowe. Choć Morrissey unikał szufladkowania swojej seksualności, przemawiał do tych, których orientacja seksualna czy tożsamość płciowa nie znajdowała zrozumienia w ich środowisku. Frontman The Smiths pokazywał, że niepełnosprawni nie są osobami gorszej kategorii - niedoskonałość ciała nie przeszkadza w byciu stylowym i sexy, a najbardziej podniecającym organem ciała jest przecież mózg. Udowadniał, że rock może być muzyką intelektualistów, a zainteresowania kulturalne muzyków bynajmniej nie muszą się ograniczać do czytania etykietek od piwa - lansował jako ikony popu choćby Oscara Wilde'a i Jamesa Deana. Stworzył dla swojego zespołu oryginalną, wyrafinowaną estetykę, z unikatowym imagem i komunikacją wizualną, łączącą sztukę wysoką, brytyjską kulturę klasy robotniczej i amerykańską kulturę popularną. Był wreszcie jednym z pierwszych rzeczników wegetarianizmu w świecie popu, stając się symbolem walki o prawa zwierząt. Nikt przed Morrisseyem nie stworzył tak fascynującego, ujmującego przekazu i nikt nie zrobił tego po nim. Wokalista The Smiths wciąż pozostaje idolem dla milionów młodych ludzi na całym świecie, którzy w jego tekstach odnajdują swoje własne doświadczenia, miłości, nienawiści i pasje. Piosenki pisane w Manchesterze w 1983 roku brzmią tak samo aktualnie w Warszawie, Krakowie, Poznaniu i Toruniu w 2018 roku.
Stąd właśnie idea pierwszej polskiej biografii The Smiths. Grupa już w latach 80. i 90. XX wieku miała kultowy status wśród polskich słuchaczy muzyki alternatywnej, a obecnie wydaje się z każdym rokiem coraz popularniejsza w naszym kraju. W dodatku coraz więcej rodzimych artystów wymienia zespół Morrisseya i Marra wśród swoich inspiracji - wśród nich między innymi Komety, Muchy, Legendarny Afrojax czy Lilly Hates Roses. Przedstawienie polskim Czytelnikom niezwykłych losów The Smiths i źródeł ich popkulturowego fenomenu było więc istotnym zadaniem, które, mam nadzieję, książka, którą Państwo trzymają w ręku chociaż w pewnym stopniu spełnia.
I. Z POWROTEM W STARYM DOMU
"Dzieciństwo wskazuje, jaki będzie człowiek, podobnie, jak poranek, jaki będzie dzień" - pisał John Milton w Raju odzyskanym. W biografiach zespołów rockowych rzadko kiedy autorzy roztkliwiają się jakoś szczególnie nad najwcześniejszymi losami ich członków. "X urodził się wtedy a wtedy w Y, poszedł do szkoły Z, miał 10 lat, gdy usłyszał Blue Suede Shoes i nie mógł w nocy spać" - tak to zwykle wygląda. Ale The Smiths jest wyjątkową formacją także pod tym względem, że bez retrospekcji w szczenięce lata jej członków nie sposób w pełni zrozumieć jej fenomenu. Dotyczy to szczególnie wokalisty, którego przeżycia w okresie dzieciństwa i dojrzewania zadecydowały o niemal każdym aspekcie The Smiths. Muzyczne, literackie i kulturalne fascynacje jego młodzieńczych lat wywarły ogromny wpływ na brzmienie i teksty zespołu, podobnie jak jego doświadczenia życiowe. The Smiths byli z jednej strony formą oddania hołdu idolom wrażliwego, nieśmiałego nastolatka Stevena, który później został gwiazdą rocka Morrisseyem. Z drugiej - sposobem wyegzorcyzmowania demonów trudnego dzieciństwa i adolescencji. - Myślę, że gdybym prowadził typowe, frywolne życie nastolatka, nie śpiewałbym w tej grupie - mówił w 1983 roku magazynowi "Sounds". - Jestem pewien, że jeśli dobrze się bawisz, masz wszystko, czego chcesz, masz przyjaciół takich jak chcesz, wtedy nie chce ci się być takim ambitnym. Jeśli jesteś pozbawiony pewnych rzeczy, to czyni cię bardzo wytrzymałym i starasz się z całych sił, by dostać to, czego pragniesz. A ja pragnąłem czegoś bardzo szczególnego, ponieważ przed The Smiths prowadziłem bardzo nieszczególne życie.
Prawdziwa historia The Smiths zaczyna się zatem 22 maja 1959 roku w Park Hospital w Davyhulme, jednej z części Manchesteru, gdzie przyszedł na świat Steven Patrick Morrissey, syn Petera Aloysiusa Morrisseya (ur. 1 listopada 1935) i Elizabeth Ann, de domo Dwyer (ur. 13 listopada 1937), drugie ich dziecko, po Jacqueline (ur. 10 września 1957). Nazwiska wskazują na korzenie pary, które nie tkwiły jeszcze zbyt mocno w angielskiej ziemi. Angielscy biografowie The Smiths zaskakująco - z zagranicznej perspektywy - wielką wagę przywiązują do rodowych historii muzyków, jak również warunków, w których dorastali. Szczególnie Johnny Rogan podkreśla irlandzkie korzenie Morrisseya i Marra, jakby uznając "Irish blood", o której wokalista śpiewał w późniejszym solowym przeboju, za jeden z czynników decydujących o charakterze zespołu. Pewnie słusznie - ironia losu sprawiła, że jeden z największych zespołów w historii brytyjskiego popu, wręcz archetyp muzycznej angielskości, tworzony był wyłącznie przez Irlandczyków z pochodzenia, co prawda urodzonych już po drugiej stronie Morza Irlandzkiego.
Rodzice członków The Smiths przybyli do Anglii, porwani gigantyczną powojenną falą emigracji z Irlandii. W pierwszej połowie lat 50. XX wieku 200 tysięcy obywateli Zielonej Wyspy dotarło do Wielkiej Brytanii w poszukiwaniu pracy. Z natury wyjątkowo rodzinni, mieli zwyczaj ściągać tam całymi familiami. Nie inaczej było z Morrisseyami. Siedmioro dzieci Petera i Ellen, pięć córek i dwóch synów, dorastało w centrum Dublina, skąd wraz z rodzicami wyprowadziło się do położonego na przedmieściach Crumlin. Irlandia pod przywództwem charyzmatycznego Eamona de Valery cieszyła się wreszcie pełną niepodległością od znienawidzonego Londynu, ale rozwijała się zbyt powoli, by należycie wykarmić wszystkie swoje dzieci. Dojmująca bieda młodych Irlandczyków sprawiała, że tęsknie spoglądali w stronę przemysłowych miast Wielkiej Brytanii, oferujących znacznie więcej miejsc pracy niż stołeczny, choć w istocie prowincjonalny Dublin. Jako pierwsze do Anglii wyruszyły siostry ojca przyszłego lidera The Smiths, Mary, Ellen i Patricia. Mąż tej ostatniej, Richard Corrigan, przekonująco namawiał szwagra do spróbowania swoich sił w Manchesterze. Peter porzucił więc w 1956 roku Crumlin dla swego czasu przemysłowej stolicy Wielkiej Brytanii, wyspiarskiego odpowiednika Łodzi, niegdyś światowego centrum włókiennictwa.
"Miasto pokiereszowane, fizycznie i duchowo, przez brutalne przejście od wiejskiego spokoju do nienaturalnego rytmu nowoczesnego życia, zmagało się z problemami ludzkiej egzystencji w coraz bardziej stechnicyzowanym świecie" - pisał Simon Reynolds w monografii post-punku, który tak cudownie wykwitł w Manchesterze. Było to miasto ponurej, przemysłowej architektury, ceglanych fabryk i magazynów, wiaduktów kolejowych i wiecznie sypiących się osiedli robotniczych, które urzędowi architekci bez sentymentów obracali w proch, by zrobić miejsce dla nowoczesnych budynków. Lokalne społeczności bez ustanku przesiedlane były z miejsca na miejsce, skutecznie utrudniając przybyłym za chlebem emigrantom zapuszczenie korzeni. Rodzina Stevena Patricka Morrisseya przeprowadzała się kilkukrotnie. Przyszły gwiazdor najwcześniejsze dzieciństwo spędził przy 17 Harper Street w dzielnicy Hulme. Trzy lata po jego narodzinach dom Morrisseyów przeznaczono do zburzenia, a oni sami musieli przenieść się na Queen's Square w pobliżu Moss Side. W 1964 roku zakończyli swoje wędrówki, osiedlając się przy 384 Kings Road w dzielnicy Stretford.
Robotniczy, wieloetniczny Manchester emanował ponurą, industrialną aurą, która bez wątpienia przenikała do rodzącej się w nim muzyki. "Manchesterskość" twórczości The Smiths szczególnie podkreśla w swojej biografii zespołu Tony Fletcher - kreśli pokrótce historię miasta, niejako sugerując, że dzieje The Smiths są z nią nierozerwalnie związane. Trzeba jednak zaznaczyć, że do czasów "Kowalskich" Manchester bynajmniej nie był muzyczną pustynią. Biograf Johnny'ego Marra, Richard Carman wysunął interesujące spostrzeżenie, że dzięki amerykańskim siłom powietrznym, które stacjonowały w Liverpoolu podczas II wojny światowej, północno-zachodnia Anglia wcześniej niż inne części kraju znalazła się w orbicie intensywnych wpływów popkultury Stanów Zjednoczonych. Teoretycznie służąca rozrywce żołnierzy - w praktyce słuchana przez wszystkich w okolicy - radiostacja American Forces Network nadawała także po wojnie współczesny jazz, skiffle, rhytm and blues i rock'n'roll, a żołnierze stacjonujący w pobliskiej bazie Burtonwood przywozili na Wyspy amerykańskie płyty. W latach 50. i 60. XX wieku w Manchesterze kwitły kluby muzyczne, takie jak Twisted Wheel, który stał się mekką angielskiej odmiany muzyki soul, zwanej northern soulem. Pojawiły się też pierwsze rodzime gwiazdy rock'n'rolla - The Hollies, Herman's Hermits, Freddie and the Dreamers czy Wayne Fontana and the Mindbenders. Młodzi The Smiths mieli więc do dyspozycji wiele lokalnych wzorów. Musiało jednak minąć jeszcze kilkanaście lat, zanim Manchester dzięki swej muzycznej scenie stał się najmodniejszym miejscem w Wielkiej Brytanii, jako stolica postpunkowego szyku emanującego z klubu The Haçienda i artystów wytwórni Factory Records Tony'ego Wilsona (Joy Division, New Order, The Fall, The Durutti Column, A Certain Ratio, James), szaleńczej ekstazy acid house'u i zjawiska zwanego Madchester (Happy Mondays, The Stone Roses, Inspiral Carpets, 808 State), a wreszcie britpopu (Oasis).
W latach 50. XX wieku Manchester w Wielkiej Brytanii słynął bardziej z piłki nożnej i wspaniałej drużyny Manchester United, jednego z najlepszych klubów Europy. To właśnie futbol pomagał aklimatyzować się Peterowi Morrisseyowi w swoim nowym miejscu zamieszkania. Grał na pozycji napastnika w amatorskiej drużynie, powstałej pod egidą pubu Northumberland. Szło mu na tyle dobrze, że przyjaciele radzili mu zapisanie się do drugiego zespołu United, a później przeszedł nawet testy w klubie Bury. Morrissey senior twardo stąpał po ziemi - przedkładał pewną, choć wyczerpującą robotę ponad płoche marzenia o karierze gwiazdy stadionów. W Irlandii trudnił się wyrobem popielniczek i kloszy do lamp, a już na angielskiej ziemi szybko udało mu się zdobyć przyzwoitą pracę kierowcy wózka widłowego. Pracując w magazynie firmy Johnson, Clapham and Morris (JCM), ciężko zarabiał na utrzymanie rodziny, którą założył z dwa lata młodszą Elizabeth Ann Dwyer.
Para poznała się jeszcze w Irlandii. Młodość Betty, jak wszyscy nazywali pannę Elizabeth, wyglądała bardzo podobnie do tej Petera. Dwyerowie też doczekali się pięciu córek i dwóch braci, także pochodzili z centrum stolicy Eire i podobnie jak Morrisseyowie, przenieśli się do Crumlin. Od czternastego roku życia Betty pracowała w tamtejszej fabryce, przyszywając guziki. Po przybyciu do Manchesteru, sześć tygodni po przyjeździe Petera, zatrudniła się jako pakowaczka koców. Zajęcie może niezbyt imponujące, ale i tak powodziło się jej dużo lepiej, niż w Irlandii. Obojgu narzeczonym praca pomogła zakotwiczyć się na obcym gruncie, co nie było łatwe. - Kiedy przybyłem do Manchesteru, przez kilka pierwszych tygodni myślałem, że zrobiłem błąd - wspominał Peter Morrissey. - Betty bardzo bała się wyjazdu i Anglii. Na szczęście młodzi znaleźli w Manchesterze swoje miejsce na ziemi. 16 marca 1957 pobrali się w Kościele Matki Bożej Nieustającej Pomocy w dzielnicy Moss Side. Ceremonia przypadła na wigilię dnia świętego Patryka, najważniejszego święta w irlandzkim kalendarzu, więc impreza z udziałem krewnych, także z samej Zielonej Wyspy, przeciągnęła się bardzo długo.
Morrisseyowie byli bardzo związani z lokalną irlandzką społecznością. Wiele lat później ich syn zatytułował jeden ze swoich największych przebojów Irish Blood, English Heart (Irlandzka krew, angielskie serce), ale mimo tej deklaracji, w jego duszy pozostało sporo z Celta. - Byłem bardzo świadomy bycia Irlandczykiem i powtarzano nam, że jesteśmy zupełnie inni, niż te niechlujne dzieciaki wokół nas. Myślę, że przejąłem to, co najlepsze z obu miejsc i z obu państw. I tam, i tu jestem jednym ze swoich - przyznał w wywiadzie dla dziennika "Irish Times" Morrissey w 1999 roku. Jakby symbolicznym piętnem irlandzkości stały się imiona wokalisty. Ochrzczony został jako Steven Patrick, równocześnie na cześć zmarłego w dzieciństwie brata Petera, Patricka Stevena, oraz ojca Betty, Patricka Stephena (później prasa brytyjska, nie wiedzieć czemu, wręcz maniakalnie przekręcała pierwsze imię naszego bohatera na Stephen). Trudno znaleźć bardziej "irolskie" imiona. U progu kariery Morrissey zrezygnował z używania ich na rzecz nazwiska, również typowego dla mieszkańców Eire. Z perspektywy niebrytyjskiej celtyckie korzenie wokalisty są często traktowane jako mało istotny fakt w jego życiorysie, ale z punktu widzenia Wysp ma to ogromne znaczenie. Nie tylko dlatego, że - wbrew temu, co mówił w wywiadzie - późniejszy gwiazdor w Manchesterze nie do końca był "swój". Angielskie dzieci chętnie przypominały mu o jego odmienności, używając typowego przezwiska na określenie Irlandczyka - "Paddy", czyli zdrobnienia od Patrick. Konsekwencją irlandzkości było również wychowanie w duchu katolickim. - Pochodzę z monstrualnie wielkiej i wręcz absurdalnie katolickiej rodziny - mówił w 1984 roku irlandzkiemu magazynowi "Hot Press". Trzynaście lat później wyznawał na łamach "Guardiana": - Najgorszą rzeczą, jaką możesz zrobić dziecku, to sprawić, by czuło się winne. Poczucie winy jest wyjątkowo mocno wpajane katolickim dzieciom, bez wyjaśnienia im, dlaczego. To morderczy ciężar do dźwigania.
W 1965 roku dramatyczne zdarzenia w familii sprawiły, że państwo Morrissey, a wraz z nimi ich dzieci, stracili siłę do dźwigania swojego krzyża. W marcu w wieku 63 lat odszedł nagle mieszkający w Dublinie dziadek Stevena ze strony ojca, Peter. W listopadzie zmarł drugi z jego dziadków, mieszkający w sąsiedztwie Patrick Stephen Dwyer, zwany Esty. Przyczyną zgonu w wieku 52 lat był atak serca. Ale prawdziwą traumą dla rodziny Morrisseya była śmierć brata jego matki, zaledwie 24-letniego Erniego Dwyera. Ernie był alkoholikiem i jego wątroba nie wytrzymała prowadzonego przezeń trybu życia. Był jednak ulubieńcem całej rodziny, także małego Stevena, z którym zresztą dzielił datę urodzin. Chłopiec zachował po wujku, niczym relikwie, harmonijkę ustną oraz fotografię, na której Ernie łudząco przypominał mu późniejszego idola, Jamesa Deana. "Śmierć dziadka i Erniego była tak bolesna, że przez dziesięć kolejnych lat nikt nawet nie wspominał ich imion" - pisał wokalista w autobiografii.
Rok 1965 był prawdopodobnie najbardziej traumatycznym rokiem w życiu naszego bohatera - i prawdopodobnie wielu jego manchesterskich rówieśników. Rodzinnym miastem Morrisseya, a wraz z nim całym Zjednoczonym Królestwem, wstrząsnęły doniesienia o serii makabrycznych zabójstw na dzieciach z Manchesteru. - Wtedy czuliśmy się, jakbyśmy żyli w operze mydlanej - wspominał w 1985 roku wokalista. - Przyszło mi żyć w pobliżu miejsc, w których kilkoro z ofiar zostało uprowadzonych. W tej społeczności doniesienia o tejże zbrodni zdominowały wszystkie rozmowy na kilka lat. Byłem bardzo, bardzo świadomy wszystkiego, co się wydarzyło. Świadomy jako dziecko, które mogło samo być ofiarą.
Jako pierwsza, w tajemniczych okolicznościach zaginęła w drodze na tańce w Gorton 16-letnia Pauline Reade. Nie widziano jej od 12 lipca 1963 roku. 23 listopada tego roku informacje o zamordowaniu dzień wcześniej prezydenta USA Johna F. Kennedy'ego, choć żywo dyskutowane w irlandzkiej społeczności Manchesteru, zostały przyćmione tajemniczym zaginięciem 12-letniego Johna Kilbride. Nastolatek ostatni raz widziany był na rynku w Ashton-under-Lyne, kilka mil od Manchesteru. Ogłoszenia "Czy widziałeś tego chłopca?" w kolejnych dniach alarmowały mieszkańców na słupach w całym mieście. Policjanci przeszukiwali pobliskie wrzosowiska, kanalarze szukali zwłok w studzienkach, ale nic nie znaleźli. 16 czerwca 1964 roku zniknął dwunastoletni Keith Bennett - tym razem uprowadzony został ze Stockport Road, już w samym Manchesterze. W drugi dzień Bożego Narodzenia tego samego roku dziesięcioletnia Leslie-Ann Downey z Ancoats wybrała się do wesołego miasteczka - i już nie wróciła. W ostatnie dni 1964 roku w mieście zapanowała panika. Gazety prześcigały się w sensacyjnych nagłówkach, a mieszkańcy zaczęli podejrzewać, że wszystkie porwania mogą być dziełem tego samego zbrodniarza. Ciał zaginionych dzieci nie odnaleziono przez długie miesiące. Wreszcie makabryczne rozwiązanie zagadki mieszkańcy Manchesteru poznali w październiku 1965 roku. Miejscowa policja, zaalarmowana przez 17-letniego Davida Smitha, wkroczyła do mieszkania Iana Brady'ego i Myry Hindley przy Wardle Brook Avenue. Smith, szwagier Hindley, był świadkiem, jak para zakatowała siekierą i udusiła kablem 17-letniego Edwarda Evansa. Kilka dni później w walizce należącej do Brady'ego odkryto pornograficzne zdjęcia małej dziewczynki oraz taśmę, na której zbrodniarze zarejestrowali jej rozpaczliwe wołanie o pomoc. Ann West, matka Lesley Ann Downey rozpoznała głos córki. Z kolei w domu Brady'ego i Hindley policja odnalazła notes z zapisanym nazwiskiem Johna Kilbride i zdjęcia wykonane na pobliskich wrzosowiskach, Saddleworth Moor. Niebawem odnaleziono tam zakopane zwłoki Lesley Ann i Johna. Dzieci były przed zamordowaniem wykorzystane seksualnie. Zwyrodnialcy stanęli przed sądem w kwietniu 1966 roku i skazani zostali na dożywocie. Przyznali się do zbrodni - butna Hindley deklarowała: "Cokolwiek zrobił Ian, ja zrobiłam". Rok później wielkim bestsellerem wydawniczym stała się fabularyzowana opowieść o Moors Murders, jak powszechnie nazywane były na Wyspach zbrodnie straszliwej pary. Książka walijskiego pisarza Emlyna Williamsa Beyond Belief: A Chronicle of Murder and its Detection wstrząsnęła młodym Morrisseyem, stając się jednocześnie źródłem inspiracji dla utworu Suffer Little Children. W 1985 roku Brady został przeniesiony do szpitala dla obłąkanych. Rok później on i jego wspólniczka przyznali się do zamordowania Pauline Reade i Keitha Bennetta - ciała tego ostatniego do dziś nie odnaleziono. Hindley, "najgorsza kobieta Wielkiej Brytanii" zmarła w 2002, a Brady w 2017 roku.
Wypadki 1965 roku sprawiły, że młody Steven po raz pierwszy mógł naprawdę odczuć, co oznacza śmierć - motyw wracający jak bumerang w jego twórczości. W wywiadach przyznawał się wręcz do obsesji na tym punkcie, którą przejawiał już w wieku ośmu lat. Mało tego, już wtedy intrygujące stało się dla niego zagadnienie samobójstwa, które uważał za coś "bardzo pociągającego i atrakcyjnego". Morrisseya cechować miało odtąd dość specyficzne podejście do życia i śmierci, z których żadne tak naprawdę go nie pociągało - jak ujął to wiele lat później w Nowhere Fast. W jednym z wywiadów zanotowano jego interesujące spostrzeżenie: - Starali się wpoić ci, że pójdziesz do nieba i będziesz żył na wieki wieków, a ja pamiętam, że ta cała idea wiecznego życia przerażała mnie, bo nie potrafiłbym wyobrazić sobie życia bez końca!
W zacytowanym zdaniu widać również, że nawet w młodości Morrissey niespecjalnie wierzył w życie pozagrobowe, nigdy jednak nie deklarował się jako otwarty ateista. Zapytany, czy posiada jakieś poglądy religijne, odpowiedział: - Tak, ale w żadnym stopniu nie tak dramatyczne, jakie powinny być po tym absurdalnym katolickim wychowaniu. Nigdy nie stawiałem znaku równości między chrześcijaństwem i katolicyzmem. Zawsze wyobrażałem sobie, że Chrystus spogląda z góry na Kościół katolicki i w ogóle się do niego nie przyznaje... Chyba podobne zdanie mogli mieć jego rodzice. Po rodzinnych tragediach wstrząśnięci Morrisseyowie odwrócili się od Kościoła, choć ich syn zdążył jeszcze rok później przystąpić do pierwszej komunii w kościele św. Wilfryda, a potem do bierzmowania. Brak zainteresowania Stevena uczęszczaniem na niedzielną sumę spotykał się za to z pełnym zrozumieniem rodziców. Musiał jednak stawić czoło innej konieczności wynikłej z irlandzkich korzeni. Mimo coraz bardziej swobodnej postawy wobec Kościoła, państwo Morrissey posłali syna do typowych katolickich szkół, słynących z rygoru. Dla wrażliwego młodzieńca szkolne lata okazały się jednym z najmroczniejszych okresów w życiu.
Mimo rodzinnych dramatów, dzieciństwo Stevena Patricka było dość szczęśliwe. - Nie mieliśmy pieniędzy, ale to były naiwnie przyjemne czasy - wspominał. Morrisseyowie i Dwyerowie, którzy imigrowali z Crumlin, trzymali się razem, więc chłopiec dorastał wśród ciotek, wujków i kuzynów. Peter i Betty byli rodzicami liberalnymi, ze zrozumieniem traktującymi swoje pociechy. Szczególnie blisko chłopiec był ze swoją matką. Gdy urodziła Stevena, miała zaledwie 22 lata, była więc wciąż młodą, otwartą na świat dziewczyną. - Ona naprawdę pokierowała mnie w większość kierunków, które później stały się dla mnie istotne - przekonywał wokalista. To właśnie dzięki matce Morrissey stał się najsłynniejszym wegetarianinem brytyjskiego popu - Elizabeth Dwyer przez całe życie unikała mięsa. - Nie dorastałem w otoczeniu, w którym uważało się, że jedzenie mięsa jest konieczne - podkreślał artysta. W innym wywiadzie źródła swojej niechęci do spożywania braci mniejszych upatrywał w seansie telewizyjnego dokumentu o zwierzęcych farmach, który obejrzał w wieku jedenastu lat, i wstrząsającym dla wrażliwego chłopca widoku "szarpiących się gwałtownie świń i krów, które potem zapewne miały zostać zarżnięte".
Z pewnością zasługą Betty, która pracowała w bibliotece, było wypracowanie u małego Stevena miłości do książek. - Moja matka była bardzo zapalonym czytelnikiem i miała wiele książek - wspominał. - Powiedziała do mnie kiedyś: "Patrz, musisz to przeczytać. Tu jest wszystko, co musisz wiedzieć o życiu". Miała na myśli tom Dzieł zebranych Oscara Wilde'a, legendarnego enfant terrible światowej literatury. Urodzony w 1854 roku, z pochodzenia - warto podkreślić - Irlandczyk, w ciągu swojego zaledwie 46-letniego życia zadziwił współczesnych zarówno ogromnym talentem literackim, ekstrawaganckim, sarkastycznym poczuciem humoru, jak i skandalizującymi, w realiach wiktoriańskiej Anglii, poglądami i postawami życiowymi. Okazał się więc modelowym idolem dla Morrisseya, który w swojej karierze wydawał się odgrywać rolę Oscara Wilde'a rocka. Eseje, powieści, poematy i sztuki genialnego Irlandczyka pełne są ostrej krytyki wobec angielskiego społeczeństwa wyższych sfer, by wspomnieć tak słynne dzieła, jak Portret Doriana Graya (The Picture of Dorian Gray, 1890), Wachlarz Lady Windermere (Lady Windermere's Fan, 1892), Mąż idealny (An Ideal Husband, 1895) czy Bądźmy poważni na serio (The Importance of Being Earnest, 1895). Drwił z nonsensownych konwenansów epoki wiktoriańskiej, walcząc z nimi zarówno piórem, jak i własnym przykładem. Hołdował estetyzmowi, poszukując w sztuce przede wszystkim piękna i negując jej społeczny utylitaryzm (w tej kwestii jego uczeń z Manchesteru miał nieco inne zdanie). Mawiał: "Mając wolność, przy książkach, kwiatach i pod księżycem - któż nie byłby szczęśliwy?" Jakże morrisseyowsko brzmi to zdanie, nieprawdaż? Niepokorny dublińczyk odrzucał też ugruntowany stereotyp męskości. Ostentacyjnie zniewieściały, otaczał się kwiatami i... pięknymi chłopcami, hołdując greckiej tradycji pederastii, czyli relacji seksualnych między starszymi mężczyznami i dorastającymi efebami. Na własną zgubę. W XIX wieku homoseksualizm był w Wielkiej Brytanii, jak zresztą i w całej Europie, surowo karany. Oskarżony przez markiza Queensberry o uwiedzenie jego syna, młodziutkiego lorda Alfreda Douglasa, Wilde trafił do więzienia. Dwa lata za kratami zainspirowały go do napisania wspaniałej Ballady o więzieniu w Reading (The Ballad of Reading Gaol, 1898), ale też zniszczyły go jako człowieka. Jak wielu wielkich twórców epoki, zmarł w biedzie i pogardzie współczesnych, choć jego twórczość ekscytowała kolejne pokolenia podobnych mu ekscentryków i freaków. Wśród nich był Steven Patrick Morrissey, który już jako mały chłopiec zachwycił się bajką Słowik i róża (The Nightingale and the Rose, 1888), a w kolejnych latach odkrywał dla siebie też inne dzieła Oscara Wilde'a, którego życie i twórczość okazały się jednym z najważniejszych fundamentów swoistej ideologii The Smiths.
Ale jak Morrissey śpiewał w piosence Handsome Devil, w życiu jest też coś więcej niż książki. Jest na przykład telewizja. Morrissey od małego był bardzo podatny na magię szklanego ekranu. Jego rówieśnikom mogło wydawać się zupełnie niezrozumiałe uwielbienie dla oper mydlanych, żelaznych pozycji w repertuarze brytyjskiej telewizji lat 60. i 70. Soap operas, tasiemcowe opowieści o losach jednej bądź kilku rodzin, zazwyczaj mieszkających po sąsiedzku, swoje korzenie wywodzą ze słuchowisk radiowych na antenie BBC, takich jak The Archers - nadawany do dziś, angielski odpowiednik naszych Matysiaków. Szybko stały się również domeną telewizji. Największą popularnością cieszyły się dwie rodzinno-sąsiedzkie sagi, Coronation Street (emitowane od 1960 do dziś) i Crossroads (nadawane w latach 1964-2003). O ile ten drugi serial, z akcją rozgrywającą się w fikcyjnym hotelu w Midlands, nie znalazł uznania w oczach Morrisseya (Jest kompletnie i całkowicie niemożliwe, by utożsamiać się z bohaterami - mówił w 1985 roku), to Coronation Street zafascynował go obsesyjnie. Z pewnością miało na to wpływ miejsce akcji, którym był Manchester. Formalnie losy bohaterów toczyły się w fikcyjnym miasteczku Weatherfield w manchesterskiej aglomeracji, ale Morrissey bez trudu mógł odnaleźć znajome krajobrazy na ekranie - Coronation Street istnieje zresztą naprawdę, w przyległym do Manchesteru Salford. Corrie, jak popularnie zwali serial Brytyjczycy, był owocem wyobraźni Tony'ego Warrena. Chyba warto przytoczyć ciekawą refleksję autora na temat genezy wyrazistych postaci serialu: - Tylko gej mógł stworzyć Coronation Street... Byłem zadziwiająco zniewieściałym małym chłopcem... I ponieważ byłem zagubiony w kwestiach swojej seksualności, kiedyś obserwowałem bardzo uważnie, co nakręca facetów i kobiety. Z tych szczegółowych obserwacji, które czyniłem, odkąd miałem pięć czy sześć lat, wyszły postaci oryginalnych bohaterów Coronation Street. Młody Morrissey nie tylko sympatyzował ze stworzonych przez Warrena bohaterami, ale także wysoko cenił grających ich aktorów, szczególnie Pat Phoenix, wcielającą się w kochliwą Elsie Tanner. Przeprowadził z nią nawet w 1985 roku wywiad dla magazynu "Blitz". Dowodem uznania dla Phoenix było również ozdobienie jej wizerunkiem okładki singla The Smiths, Shakespeare's Sister. We wrześniu 1985 roku wokalista dał niezwykły wyraz swojej miłości do brytyjskich oper mydlanych. Magazyn "Record Mirror" zamieścił okładkowy artykuł o Morrisseyu, w całości poświęcony jego fascynacji tą gałęzią telewizyjnej sztuki. Po latach nie miał najlepszego zdania o Coronation Street: - Jest teraz bardzo pusty, zupełnie pozbawiony fabuły - opowiadał. - I wydaje się, że nikt się tym nie przejmuje. Zadowalają się pokazywaniem brązowych drewnianych drzwi, tydzień po tygodniu, i cała akcja ma miejsce na tle brązowych drewnianych drzwi. Kiedyś sądziłem, że był tam jakiś poetycki instynkt, który znaczył wiele dla wielu osób. Ale te dni z pewnością minęły. Teraz to wszystko jest nie do zniesienia. Krytykował także inne popularne opery mydlane, Crossroads, EastEnders i Albion Market, przyznawał natomiast, że jest "kompletnie uzależniony" od Brookside, serialu Channel 4 z akcją w Liverpoolu, emitowanego w latach 1982-2003. Chwalił jego humor i realizm postaci, zwłaszcza młodych, wykazał się również świetnym zorientowaniem w fabule. Przy tej okazji "Record Mirror" zapytał go o niezwykły epizod z dzieciństwa - rozkochany w Coronation Street, 12-letni Steven wysłał do producentów serialu... własne propozycje skryptów i pomysłów fabularnych! Czternaście lat starszy Morrissey wspominał z pewnym zażenowaniem, że wśród nich znalazły się między innymi pomysł wstawienia szafy grającej do pubu The Rovers Return (- Z pewnością ku przerażeniu bywalców, którzy, z jakiegoś nieznanego powodu, sprzeciwiali się każdej zmianie w ich życiu - dodawał), kilka rozwodów oraz "dziwny przypadek uduszenia". Zapytany, czy chciałby pojawić się na planie Corrie w jakiejś roli odparł, że nie byłoby to zbyt interesujące, ale zazdrościł swoim przyjaciołom z zespołu Dead Or Alive, których piosenka pewnego dnia zabrzmiała w serialu.
Młody Morrissey, jako zaprzysięgły telemaniak, szczególnie uwielbiał rokroczne audycje, pełniące rolę swoistego rytuału, roztaczające atmosferę odświętności i odległego luksusu. Co podkreślał w autobiografii artysta, imprezy te zapewniały mu też pewną dawkę ekscytujących wiadomości o świecie, który okazywał się znacznie większy od Stretford. Były to wybory Miss World i Konkurs Piosenki Eurowizji. Wpływ tych pierwszych na twórczość i karierę wokalisty wydaje się dość niewielki, za to bez wątpienia Eurowizja jest jednym z fundamentów "morrisseyskości". - Jako dziecko byłem zafascynowany tym w niemal religijny sposób - przyznawał.
- Byłem jednym z tych chłopców, którzy oglądali [festiwal] każdego roku z długopisem i papierem na kolanach. Tak wyśmiewany dziś przez strażników "dobrego muzycznego smaku", w latach młodości wokalisty cieszył się olbrzymią popularnością i niemałym prestiżem. Festiwalowe piosenki pisali artyści tej klasy, co legendarny Francuz Serge Gainsbourg, a sama impreza wykreowała szereg międzynarodowych gwiazd, z grupą ABBA na czele. Dla młodego Morrisseya wielkim przeżyciem było zwycięstwo reprezentujących Wielką Brytanię Sandie Shaw (Puppet On A String, 1967) i Lulu (Boom Bang-A-Bang, 1969). Pewien melodramatyzm eurowizyjnych piosenek (tak trafnie sparodiowany przez innych idoli artysty, grupę Roxy Music w utworze Song For Europe) można odnaleźć w niejednej piosence The Smiths. W 2007 roku angielskie media rozgrzało doniesienie, że BBC proponowała reprezentowanie Wielkiej Brytanii na festiwalu w Helsinkach właśnie Morrisseyowi. W wywiadach potwierdzał te plotki i przyznawał, że zgodziłby się, gdyby nie musiał startować w preeliminacjach krajowych. Publiczny nadawca ostatecznie postawił na głosowanie audiotele, oczywiście bez udziału naszego bohatera.
Ale nie tylko mały ekran przyciągał Morrisseya. Kluczową inspiracją dla tekstów i stylu wizualnego The Smiths okazało się kino. - Byłem kompletnie zanurzony w filmie - opowiadał. - Ci ludzie zastąpili mi przyjaciół, których nigdy nie miałem... Co może dziwić w przypadku osoby tak wrażliwej i unikającej przemocy fizycznej, młody Steven lubował się w... horrorach. Był zagorzałym czytelnikiem tandetnych brytyjskich pisemek o wszystko mówiących tytułach "Movie Monsters" i "Quasimodo's Monster Magazine", wypełnionych groteskowymi historiami o potworach i biografiami gwiazd kina grozy. Po latach grupa Bauhaus zaśpiewała epitafium dla Beli Lugosiego, ale w dyskografii The Smiths pozostało niewiele śladów fascynacji frontmana tą dziedziną kultury popularnej.
Ogromny wpływ na twórczość Morrisseya wywarło natomiast współczesne kino brytyjskie. Steven od dzieciństwa uwielbiał komedie z cyklu Carry On (tłumaczone jako Do dzieła... lub Cała naprzód). Tworzone były zawsze przez duet Gerald Thomas (reżyser)-Peter Rogers (producent). Zrealizowali oni w latach 1958-1978 29 filmów charakteryzujących się niewyrafinowanym humorem, często o seksualnym podtekście. Najbardziej znany w Polsce film z serii to chyba Kleopatro, do dzieła! (Carry On Cleo) z 1964 roku. Pojawiający się w tekstach The Smiths cierpki, absurdalny humor można tłumaczyć wpływem Carry On, ale nie znaczy to, że wyłącznie płoche komedyjki fascynowały młodego artystę. W późniejszych latach zwracał się ku kinu ambitniejszemu, często poruszającemu wątki społeczne. Zaśpiewany przez Morrisseya postulat o muzyce, która mówi coś o naszym życiu, równie dobrze mógłby się odnosić do X muzy.
"Moja siostra i ja byliśmy zjednoczeni w gloryfikowaniu kina problemu społecznego" - pisał w autobiografii. Wśród obrazów, które zrobiły na nim w młodości wielkie wrażenie, wymieniał Spare the Rod (reż. Leslie Norman, 1961), Czas rozprawy (Term of Trial, reż. Peter Glenville, 1962), W górę po schodach w dół (Up the Down Staircase, reż. Robert Mulligan, 1967) i Nauczyciel z przedmieścia (To Sir, With Love, reż. James Clavell, 1967), prezentujące cierpienia brytyjskich nastolatków w systemie szkolnictwa - temat jakże bliski młodemu Stevenowi. Był on pasjonatem filmów i sztuk teatralnych utrzymanych w stylistyce kitchen-sink drama (dramatu kuchennego zlewu), czyli prezentujących życie i problemy klasy robotniczej w naturalistyczny sposób. Ten nurt w kulturze brytyjskiej, który pojawił się w latach 50. XX wieku i przetrwał dwie kolejne dekady, zwrócił uwagę rodzimych konsumentów sztuki na właśnie tę grupę społeczną. Koniec opowieści o lordach w cylindrach - ważniejsze jest, by przedstawiać prawdziwą żywą tkankę narodu. Dramatopisarze i scenarzyści nie unikali takich drażniących kwestii, jak stosunki klasowe i rasowe, nietolerancja dla różnych orientacji seksualnych, rozpad rodziny, przemoc domowa, aborcja czy bezdomność. - [Te filmy] zawsze wydawały się reprezentować porzucone ambicje, ograniczone marzenia - wyjaśniał w 1984 roku Morrissey.
- Były dla nas cenne, ponieważ po raz pierwszy ludzie mogli przemawiać w swoich regionalnych dialektach, mogli prawdziwie i uczciwie mówić o swojej sytuacji. Bez względu na to, jaki kolor ma prawda, to zawsze dobrze jest ją słyszeć.
Problemy zwykłych ludzi z północy Anglii zajmowały ukochaną dramatopisarkę i scenarzystkę Morrisseya, Shelagh Delaney. Pochodząca z Salford w aglomeracji Manchesteru podbiła serca krytyków i widzów takimi sztukami, jak Smak miodu (A Taste of Honey, 1958), The Lion in Love (1960), Sweetly Sings The Donkey (1964) czy Charlie Bubbles (1967). Szczególnie wielką popularność zyskała ta pierwsza, zekranizowana w 1961 roku. Film okazał się wielkim sukcesem - zdobył kilka nagród BAFTA i wyświetlany był za granicą, także w Polsce. Smak miodu, osadzony w rodzinnym mieście autorki, był jedną z ulubionych książek Morrisseya. Jego teksty napisane dla The Smiths zawierają mnóstwo cytatów i aluzji do tej, jak i innych sztuk dramatopisarki z Salford, która została przez wokalistę dodatkowo uwieczniona na okładce składanki Louder Than Bombs. - Nigdy nie robiłem żadnego sekretu z tego, że przynajmniej pięćdziesiąt procent winy za to, że zabrałem się za pisanie, ponosi Shelagh Delaney - żartował wokalista.
Krajobrazu kulturalnych fascynacji młodego Stevena dopełnia, rzecz jasna, muzyka. Dla milionów młodych Brytyjczyków dorastających w latach 60. XX wieku racją stanu było oglądanie kultowej telewizyjnej listy przebojów BBC, Top of the Pops. Ideą programu było prezentowanie piosenek z czołowych miejsc brytyjskiej listy singli w wykonaniu samych artystów - teoretycznie, bowiem żelazną regułą były tam występy z playbacku. Jednakże nie miało to większego znaczenia dla widzów, którzy otrzymywali cotygodniową dawkę popu z najwyższej półki, a równie ważny, co muzyka był tutaj obraz. To właśnie dzięki Top of the Pops i oszałamiającym wizualnie występom T. Rex czy Davida Bowiego mógł narodzić się na początku lat 70. glam rock. Pierwszy odcinek TOTP nadano 1 stycznia 1964 roku. Wystąpili w nim m.in. The Beatles, The Rolling Stones i The Hollies. Dla młodego mieszkańca Stretford show był istotny nie tylko dlatego, że zapewniał edukację muzyczną - był powodem do dumy całego Manchesteru, bowiem przez pierwsze dwa lata emisji to właśnie w tym mieście go realizowano. Młody Steven oczywiście od dzieciństwa marzył o występie w tym kultowym programie. "Cała ludzka aktywność jest bezowocna, gdy zderzona zostaje z widokiem dziewcząt i chłopców śpiewających pop w telewizji" - pisał w autobiografii. - "Ja też będę śpiewał. Jeśli nie będę, to umrę...".
Program pomógł chłopcu odnaleźć pierwszych muzycznych idoli. Singlem, który zainaugurował jego bogatą kolekcję płyt, był Come And Stay With Me Marianne Faithfull z 1965 roku, wybłagany od rodziców. We wczesnym dzieciństwie Morrissey fascynował się też duetem The Righteous Brothers. O utworze You've Lost That Loving Feeling pisał, że był tym, który "doprowadził go do światła". Inni ważni dla chłopca w tamtym okresie artyści to popowi Love Affair i The Foundations oraz mistrzowie psychodelicznego rocka, Small Faces. Dzięki zakochanym w muzyce młodym ciotkom, Jeane, Mary i Ricie Steven poznawał ikony rock'n'rolla, Elvisa Presleya i Billy'ego Fury oraz efemeryczne gwiazdki dziewczęcego popu, Timi Yuro i Ritę Pavone. Singiel Heart tej ostatniej zwykł wymieniać jako swoją ulubioną piosenkę w ankietach prasowych, które chętnie wypełniał, już jako gwiazda, w latach 80. W ten sposób zaczynał budować się muzyczny panteon Morrisseya. Młodzi ludzie często wraz z dorastaniem zastępują swoje dotychczasowe bóstwa nowymi, które następnie ustąpić muszą kolejnym objawieniom. W przypadku naszego bohatera kanon jedynie się powiększał o kolejnych artystów. Rewolucja glam rocka, a następnie punku nie spowodowała wyrzeknięcia się przez Morrisseya vintage'owego popu sprzed lat, a przenikanie się wszystkich tych inspiracji zaowocowało niepowtarzalną mieszanką - artysta w równym stopniu czuł się muzykiem rockowym, jak i gwiazdą pop, co od zawsze było słychać na jego albumach. Dla młodego Stevena magiczny świat kina, telewizji i muzyki pop był ucieczką od problemów codzienności. Szczęśliwe i beztroskie lata dzieciństwa szybko zmieniły się bowiem w pasmo udręk i upokorzeń. Nieśmiały i zamknięty w sobie chłopiec czuł się zagubiony wśród rówieśników, nie podzielających jego fascynacji i spojrzenia na świat. Jeszcze mniej zrozumienia mieli dla niego dorośli. Największym przekleństwem dorastającego Morrisseya okazała się szkoła - nadwrażliwy samotnik o artystycznej duszy nijak nie pasował do trybów "przemysłu" edukacyjnego. Steven rozpoczął naukę w wieku 5 lat, w 1964 roku, w St. Wilfrid's RC Primary School w dzielnicy Hulme. Już od małego był przerażony rygorami formalnej edukacji, a w szkolnych murach widział więzienie - i to o krytycznie niskim standardzie. "St. Wilfrid's to swego rodzaju przytułek dla żałosnych biedaków. Chociaż miało być zburzone już w 1913 roku, pięćdziesiąt lat później wciąż dręczy, ciągnąc za sobą nas, małe dzieci, zanurzając nas w swoje ponure izby" - pisał Morrissey w autobiografii. "Nie ma pieniędzy i nie ma środków, tak samo jak nie ma kolorów i śmiechu. Te dzieci są powykrzywiane i zakażone. Wielu maruderów cuchnie i mdleje z braku jedzenia, ale nie ma tu czegoś takiego jak cierpliwość i rozsądek u nauczycieli, będących w gwałtownej agonii". Bardzo nielicznych nauczycieli i wychowawców Steven postrzegał jako istoty ludzkie - z jego wspomnień wyłania się parada zdegenerowanych okrutników, takich jak dyrektor szkoły, John Coleman, "stary, niezdolny do pochwał, a jego wojskowym zadaniem jest zamordowanie dziecka w środku". Morrissey podkreślał, że żaden z jego nauczycieli nigdy się nie uśmiechał - ich apatię próbował tłumaczyć żałosnym i nudnym życiem prywatnym. Pół biedy, gdy nauczyciele byli sztywni i ponurzy. Wokalista pamięta zbyt wiele przypadków przemocy fizycznej, zarówno ze strony kadry świeckiej, jak i duchownej - przytaczał wspomnienia "siostry Piotry, brodatej zakonnicy bijącej dzieci od zmierzchu do świtu" i regularnego bicia skórzanym paskiem po dłoniach ze strony panny Dudley, która pozostała obojętna nawet na groźby samobójstwa ze strony jednej z uczennic...
W 1970 roku Steven ukończył szkołę św. Wilfrida. Nadszedł czas na kolejny stopień jego edukacji - secondary school, czyli odpowiednik naszego gimnazjum. Chyba do końca życia będzie przeklinał dzień, gdy po raz pierwszy wstąpił w progi St. Mary's Secondary Modern School w Stretford. Uczęszczali do niej wyłącznie chłopcy. Podobnie jak podstawówka Morrisseya, była to szkoła katolicka. I podobnie jak ona potrafiła skutecznie wybić z głowy uczniom jakąkolwiek ochotę do nauki - oraz do życia. Niechęć do szkoły i formalnej edukacji to częsty motyw zarówno w biografiach, jak i twórczości gwiazd muzyki. Wspomnijmy tylko Paula McCartneya, który w beatlesowskim Getting Better przyznawał: Nauczyciele, którzy mnie uczyli, nie byli spoko, czy Rogera Watersa z Pink Floyd, autora najsłynniejszego antyszkolnego manifestu w dziejach rocka, Another Brick In The Wall Part 2, ze skandowanymi słowami: Hej, nauczycielu! Zostaw dzieciaki w spokoju! Ale mało która legenda rocka aż do takiego stopnia nienawidziła szkoły, jak Morrissey. I mało która aż tak jadowicie zaatakowała w swojej twórczości system edukacji, wywołując zresztą gwałtowny sprzeciw jego organów...
Wokalista The Smiths bez ogródek hejtował swoją dawną szkołę średnią w wywiadach. - Bardzo sadystyczna szkoła - mówił w telewizyjnym programie Oxford Road Show. - Bardzo barbarzyńska. Wylądowałem tutaj tylko przez jakąś dziwaczną pomyłkę natury czy czegokolwiek. Surowość placówki nijak nie pasowała do osobowości chłopca. Specjalizowała się w przedmiotach technicznych, zupełnie lekceważąc humanistyczne. Obróbka metalu i drewna, rysunek techniczny - jak najbardziej. Teatr, muzyka, języki obce? A po co takie bzdury dorastającym synom Albionu? Kolega z klasy Stevena, Mike Moore tłumaczył Johnny'emu Roganowi: [Uczeń] był zmanipulowany przez system, który miał go doprowadzić prosto do pracy w przemyśle. Całą zasadą systemu było to, że nie mogłeś się mu opierać, musiałeś go zaakceptować. Jeśli pokazałeś jakąkolwiek oznakę indywidualizmu, próbowali to wymazać. Wrażliwy, introwertyczny Morrissey nie mógł być w żaden sposób "kolejną cegłą w murze". Nie był jednak też buntownikiem - zaciskał zęby i próbował po prostu jakoś przeżyć w koszmarnej szkolnej rzeczywistości. - Totalny brak zainteresowania uczniami - komentował podejście nauczycieli. - Szkoła średnia bez pomocy naukowych, bez książek, typ szkoły, w której jedna książka była dzielona przez 79 uczniów - tak to było urządzone. Jeśli upuściłeś ołówek, mogli cię zatłuc na śmierć. Było tam pełno agresji. Wydawało się, że jedynym zajęciem nauczycieli było chłostanie uczniów - co potrafili doskonale. Nie mogło dziwić, że uczniom St. Mary's przypominała raczej kompanię karną niż szkołę, skoro jej dyrektorem był były wojskowy, Vincent Morgan zwany Jet. Każdy dzień zaczynał się swoistym odpowiednikiem porannej musztry, którą była wspólna modlitwa i śpiewanie hymnów religijnych. Następnie Morgan przystępował do inspekcji wybranej części garderoby bądź sprawdzał stan higieny uczniów. W razie jakichkolwiek odchyleń od normy, uczniowie karani byli pasem po łapach. Bicie uczniów w tej arcychrześcijańskiej szkole nie było wyjątkiem, było oficjalną regułą. Nauczyciel obróbki metalu tłukł uczniów kawałkiem drewna, pieszczotliwie zwanym Charlie. Instruktor pływania używał bambusowej tyczki. Niektóre nauczycielki rzucały w uczniów pantoflami albo kawałkami kredy, wprost w ich głowy. Najgorszym ze wszystkich według morrisseya był Paul Sweeney, nauczyciel wychowania fizycznego. Lubował się w koszmarnie sadystycznych zabawach kosztem przerażonych uczniów - do jego ulubionych należało rzucanie piłką lekarską w biegnących dookoła uczniów. Podczas treningu biegowego wuefista miał zwyczaj karać chłopca, który przybiegł ostatni, potężnym kopniakiem piłką futbolową w tyłek, ewentualnie uderzeniem kijem do krykieta. Typowym widokiem na sali gimnastycznej byli uczniowie zwisający z wysiłkiem na drabinkach gimnastycznych, w ramach pokuty za jakieś błahe przewinienie. Godnym kompanem Sweeneya był inny nauczyciel WF-u, niejaki Kijowski. Wspominając ich sadyzm na kartach autobiografii, Morrissey sugerował, że ich zachowanie nosiło wszelkie znamiona molestowania seksualnego, dodając, że wuefiści z lubością przyglądali się biorącym wspólny prysznic chłopcom.
Choć z wielu powodów Steven nie cierpiał lekcji wychowania fizycznego (o czym nie omieszkał wspomnieć po latach w piosence The Headmaster Ritual), paradoksalnie ze wszystkich przedmiotów szkolnych najlepsze wyniki osiągał właśnie w sportach. Wbrew stereotypowemu wizerunkowi mola książkowego, Morrissey okazał się utalentowanym lekkoatletą. Wielokrotnie podkreślał, że właśnie sportowy talent był bardzo pomocny w przetrwaniu trudnych lat szkolnych. - Sport był jedyną rzeczą, w której byłem dobry i kiedyś ogromnie go kochałem - opowiadał. - Szczególnie lubiłem biegi. Ale musiałem być dobrym biegaczem, z powodów, które przemilczę. Stumetrówka była moją racją bytu... Morrissey miał z pewnością na myśli swoich szkolnych prześladowców, przed którymi musiał się ratować ucieczką. Z drugiej strony jednak talenty te przydawały się także w relacjach z innymi uczniami. Większość z nich prezentowała jakże odmienną od stylu życia Morrisseya postawę twardego chuligana z klasy robotniczej, a w takim środowisku sportowe sukcesy były zdecydowanie godne szacunku wśród "tough kids". Jednym z niewielu prawdziwych szkolnych przyjaciół Stevena był taki właśnie szkolny twardziel, Mike Foley, który niejednokrotnie ratował jego skórę przed wrednymi chłopaczyskami. Okrucieństwo w St. Mary's było codziennością, a uczniowie bywali równie sadystyczni co ich nauczyciele - przykład szedł wszak z góry. - Przez całe życie nie widziałem niczego tak pełnego przemocy, jak moja szkoła - wyznawał. Wizerunek brytyjskiego młodego twardziela z klasy robotniczej zdawał się w równym stopniu przerażać Morrisseya, co go fascynować. Całą galerię takich właśnie typów można odnaleźć w jego tekstach, zarówno The Smiths, jak i solowych. To chyba tłumaczy dziwny z pozoru fakt, że na koncertach grupy kojarzonej z poezją, kwiatami i ambiwalentną seksualnością tak często pojawiały się agresywne i szukające zaczepki łobuzy. Słodcy i wrażliwi chuligani? - aż chce się zacytować tytuł jednego z utworów "Kowalskich".
Sportowe umiejętności były chyba jedyną nicią porozumienia introwertycznego ucznia z nieludzkimi nauczycielami. Wuefiści byli świadomi jego talentów i chętnie mianowali go reprezentantem szkoły w rozmaitych zawodach. - Tak, wygrywałem wszystko - chwalił się Morrissey, wspominając jednakże ogromną presję, jaką czuł ze strony szkoły na osiąganie sukcesów. Właśnie ta presja skutecznie zniechęciła go do sportu, z którego bez żalu zrezygnował, gdy zaczął obracać się w towarzystwie, gdzie aktywność fizyczna była "estetycznie nielegalna". - Nie lubię niczego z przymusu - deklarował. - Zawsze uwielbiałem gry, ale ponieważ były tak ślepo obowiązkowe, odszedłem od całej idei sportu.
Znacznie mniej zapału przejawiał do innych przedmiotów. Morrissey, choć w późniejszych latach stał się ucieleśnieniem intelektualnej gwiazdy pop, był kiepskim uczniem. Jak wiemy, szkoła średnia, do której trafił, nie oferowała nic dla osób o artystycznych zainteresowaniach. Oceny Morrisseya na świadectwie nie mogą w żaden sposób świadczyć o jego umysłowych horyzontach. - Był dla nas o wiele za mądry - przyznawał jego kolega z klasy, Paul Whiting. - Byliśmy wszyscy pieprzonym gównem z mieszkań socjalnych, walczącym ze sobą i okradającym się nawzajem, a Steve Morrissey był ponad tym. Nie powinien być w tej szkole. Inny jego znajomy z St. Mary's, Barry Finnegan, tak zapamiętał portret artysty z czasów młodości: - [Na przerwach] kręcił się, gapiąc się uważnie. Albo był boleśnie nieśmiały, albo celowo zamykał się na ludzi i nie chciał innych w swoim życiu. Wydawało się, jakby wokół niego była jakaś tarcza.