[ 1 ] Zgadza się, byłem
i jestem zdenerwowany, bardzo zdenerwowany. Dlaczego więc twierdzicie,
że jestem szalony? Choroba wyostrzyła mi zmysły, lecz przecież
nie uszkodziła ich ani nie zmąciła. Najwrażliwszy ze wszystkich
stał się słuch. Docierały do mnie wszelkie odgłosy z nieba
i ziemi. Słyszałem wiele dźwięków dobywających się z czeluści
piekieł. Dlaczego, w takim razie, miałbym być szalony? Przekonajcie
się sami, z jakim opanowaniem i spokojem potrafię opowiedzieć całą
historię.
[ 2 ] Nie potrafię
wyjaśnić, jak i skąd myśl ta zaświtała mi w głowie. Ale skoro
już się pojawiła, prześladowała mnie dniem i nocą. Nie wywołała
jej żadna przyczyna. Nie trawiła mnie żadna namiętność. Lubiłem
staruszka. Nigdy nie wyrządził mi krzywdy. Nigdy mnie nie obraził. Nie
pożądałem jego bogactwa. Wydaje mi się, że to przez jego oko! Tak, to
było to! Przypominało oko sępa: bladoniebieskie, zaszłe bielmem. Kiedy
spoglądał nim na mnie, krew ścinała mi się w żyłach. Stopniowo,
bardzo powoli, dojrzewałem do postanowienia, iż uśmiercę starca
i w ten sposób na zawsze pozbędę się prześladującego mnie
wzroku.
[ 3 ] Oto cała
kwestia. Sądzicie, że oszalałem. Szaleńcy nie mają o niczym
pojęcia. Powinniście zobaczyć mnie wtedy. Powinniście widzieć,
jak mądrze postępowałem, jak rozsądnie zabierałem się do rzeczy,
z jaką ostrożnością i dalekowzrocznością, jak dobrze udawałem,
przystępując do dzieła! Nigdy nie byłem bardziej uprzejmy w stosunku
do staruszka, jak w tygodniu poprzedzającym zabójstwo. Co noc, około
północy, z wielką delikatnością uchylałem drzwi. Najpierw, kiedy
szpara była wystarczająco szeroka, wsuwałem do środka latarnię,
przysłoniętą tak, by nie wydostawało się z niej żadne światło,
następnie zaś sam wtykałem głowę. Śmialibyście się, gdybyście
widzieli, jak sprytnie zaglądałem do środka! Robiłem to powoli,
bardzo, bardzo powoli, tak, by nie wyrwać staruszka ze snu. Godzinę
zabierało mi wśliźnięcie się na tyle, by móc dojrzeć leżącą
na łóżku postać. Ha! Czy szaleniec postępowałby z równą
roztropnością? Dalej, już z głową w pokoju, otwierałem
powoli drzwiczki latarni, bardzo ostrożnie, bo zawiasy skrzypiały,
uchylałem je tylko, żeby pojedynczy wąski promień oświetlił sępie
oko starca. Powtarzałem to przez siedem długich nocy, dokładnie
o północy. Nie byłem jednak w stanie zrealizować planu, ponieważ
to nie sam staruszek mnie irytował, lecz złe oko, które wówczas
zawsze miał zamknięte. Każdego ranka o świcie szedłem śmiało
do jego pokoju i rozmawiałem z nim bez obaw, zwracając się do
niego serdecznie i pytając, jak mu się spało. Sami widzicie, że
musiałby okazać niezwykłą wnikliwość, aby podejrzewać, iż od
jakiegoś czasu o północy przyglądałem mu się, kiedy pogrążony
był w głębokim śnie.