Tkający fale - Julie Johnson

Reflow text when sidebars are open.
Metalowy uchwyt parzy mi dłoń, zwiastuje nieszczęście.
Ignoruję go.
Wchodzę do sali tronowej i niemal się przewracam. Jest gorąco jak w piecu, po chłodzie tunelu upał jest szokiem dla organizmu. Znak Reliktu na mojej piersi parzy zimnem, obudzony przez maegię migoczącą w powietrzu. Gęsta jak syrop, cynobrowa mgła wypełnia całą przestrzeń.
Drzwi zamykają się za mną ze zdecydowanym trzaśnięciem. Ten dźwięk sprawia, że pragnę rzucić się do ucieczki. Nie chcę tu być. Prawdę mówiąc, wolałabym być gdziekolwiek indziej, zważywszy na ogniste powitanie, które bez wątpienia mnie czeka, lecz w głowie nadal mam wspomnienie dudniącego głosu Mabona i jego błagania, żebym spróbowała.
Może tym razem uda ci się do niego dotrzeć.
Jeśli ktokolwiek może sprawić, że ten człowiek się opamięta, to właśnie ty.
Proszę, Rhyu. Wiesz, że nie stawiałbym cię w takiej sytuacji bez ważnego powodu. Wiesz, że bym o to nie prosił, gdyby nie...
Biorę głęboki oddech, starając się napełnić płuca, i czuję na języku wyraźny posmak mocy żywiołów. Ogień i popiół atakują mnie ze wszystkich stron. Kolana lekko się pode mną uginają, kiedy schodzę po krótkich kamiennych stopniach na lśniącą posadzkę.
Ogromna komnata ukryta głęboko pod ziemią uchroniła się przed gniewem lodowych gigantów, którzy dwa miesiące temu spustoszyli Kalderę. Podczas gdy reszta miasta jest nierozpoznawalna, zasłana odłamkami szkła i gruzem - dachy runęły pod ciężarem spadających głazów, witryny sklepowe zostały rozbite rękojeściami toporów, kolumny fasad zamieniły się w proch - sala tronowa wygląda tak, jak ją zapamiętałam. Czarna, skamieniała lawa z czerwonymi żyłkami. Wysokie sklepienie podtrzymują masywne filary z umieszczonymi u ich podstaw metalowymi klatkami z ogniem. Wzdłuż obwodu pieczary biegną wyżłobienia buchające płomieniami, które wspinają się na tylną ścianę.
Nie ma jednak żadnych ludzi.
W noc Fyremas widzowie tłoczyli się w środku, ramię w ramię, i walczyli o najlepszy widok na ceremonię ładowania czarów. Teraz jest tutaj jeszcze puściej niż w niegdyś tętniących życiem sklepach. Moje kroki rozbrzmiewają echem głośnym niczym armatni wystrzał, kiedy idę lśniąca centralną nawą, która dzieli salę na pół.
Podwyższenie z mniejszym tronem, na którym zasiadała królowa Vanora w czasie swojego panowania, jest puste. Jak na kogoś, kto rządził tak długo i tak spektakularnie, jej odejście z tego świata było zdecydowanie zwyczajne. Jak wielu innych, została zmiażdżona w swojej złoconej sali balowej, a następnie jej zwłoki zostały spalone wraz ze zwłokami najskromniejszych poddanych na ogromnym stosie roznieconym za murami miasta niespełna tydzień po bitwie.
Gdyby mogła to zobaczyć, gotowałaby się z powodu zniewagi, jaką było dzielenie ostatniej drogi z pospólstwem. Żadnych smutnych dźwięków trąbki ani pochlebnych przemówień na jej cześć, rzadkich kwiatów czy wielkich portretów. Ale w tych czasach nikt nie ma ochoty na fanfary.
Nawet na cześć zmarłej królowej.
Kieruję oczy na ciężki metalowy tron umieszczony na środku podium. On również stoi pusty. Chociaż wcale nie spodziewałam się, że będzie inaczej. Wątpię, żeby nowy władca Dyved spędził w ostatnich tygodniach w pozycji siedzącej więcej niż kilka minut, a już na pewno nie na wyściełanym ceremonialnym krześle.
Omijam platformę i zbliżam się do tylnej ściany jaskini. Tutaj jest jeszcze goręcej, tak blisko rowków z ogniem, który skacze wysoko i łakomie liże kamień, tak blisko źródła maegii, która pulsuje nieprzerwanie. Jedna część ściany lekko wystaje na zewnątrz; skrywa stary szyb kopalniany, teraz pełniący funkcję windy. Kładę dłoń na ciepłej skale z wyżłobieniami tworzącymi osobliwy wzór - glif wyryty przez jakiegoś starożytnego przodka. Wystarczy jeden krótki impuls maegii, żeby go aktywować. Między moimi palcami pojawia się ognisty blask, fragment podłogi pod moimi stopami zaczyna szybko się podnosić.
W ciągu ostatnich kilku miesięcy przyzwyczaiłam się do korzystania z sieci wind Kaldery, ale nadal nie jest to dla mnie miłe doświadczenie. Chorobliwy lęk przed zamkniętymi pomieszczeniami budzi się we mnie za każdym razem, gdy zewsząd otacza mnie przytłaczająca masa ziemi. Nawet teraz, gdy wznoszę się w górę szybem kopalnianym, myślę tylko o ucieczce. Pragnienie świeżego powietrza, światła słonecznego i otwartej przestrzeni szarpie mnie za gardło pazurami ostrymi jak brzytwa.
Winda zatrzymuje się z gwałtownym szarpnięciem, które wstrząsa moimi kośćmi. Wychodzę do półzamkniętej komnaty, z której daleko w dole widać salę tronową, i czuję, jak wszystkie włoski na moim ciele stają dęba. To miejsce o potężnej naturalnej mocy, która wydostaje się na powierzchnię z samego serca Anwyvn. Łzy napływają mi jak zwykle do oczu w reakcji na gęstą chmurę maegii.
Wokół mnie zakrzywione ściany i nisko zawieszony sufit są pokryte niezliczonymi glifami. Wzory jaśnieją, jakby rozświetlała je od wewnątrz czysta moc, a jej źródło kuca w tej chwili pośrodku komnaty z rękami przyciśniętymi płasko do podłogi z utwardzonej lawy i wysyła impuls za impulsem.
- Pendefyre - wołam cicho.
On nie reaguje.
- Pendefyre - powtarzam głośniej.
Unosi głowę, ale nadal na mnie nie patrzy. Wydaje się, że z jeszcze większym skupieniem i siłą dociska dłonie do czerwono użyłkowanego kamienia. Każdy staw jego silnych, opalonych dłoni jest biały z braku krążenia. Spomiędzy palców wysuwają się płomienie, wypalają bliźniaczy ślad na ramionach i nagiej klatce piersiowej, gdzie ciało znaczy ciemny wzór złożony z wirów i spiral.
Relikt Ognia.
W tej chwili niemniej hipnotyzujący niż wtedy, gdy po raz pierwszy zobaczyłam trójkątny wzór na jego prawym mięśniu piersiowym. Teraz jednak mój podziw miesza się z niepokojem, gdy obserwuję, jak Penn poświęca coraz więcej siebie, by chronić swoje miasto. Przez kilka długich sekund stoję jak sparaliżowana i chłonę wzrokiem wygłodniałe płomienie rozprzestrzeniające się po jego skórze.
Ile jeszcze może dać, zanim sam spłonie? Jak daleko może się posunąć bez spowodowania trwałych uszkodzeń?
Nic dziwnego, że Mabon po mnie przyszedł. Nic dziwnego, że Gildia Ember tak bardzo martwi się o swojego przywódcę. Poprzedni Relikt Ognia, król Vorath, zginął tutaj, w tej samej komnacie, robiąc dokładnie to samo. Sięgnął po zbyt wielką moc, za bardzo się forsując, i stracił przez to życie.
Choć jestem zła na Penna za jego postawę, nie mogę stać bezczynnie i patrzeć, jak sam się zabija, obsesyjnie dążąc do zapewnienia bezpieczeństwa Kalderze.
Czy moje wysiłki zakończą się sukcesem, to już zupełnie inna sprawa. Zgrzytam zębami, gdy powracają wspomnienia z ostatniego razu, kiedy się tutaj znalazłam dwa tygodnie temu w wyniku usilnych namów Jaca, żebym mu towarzyszyła. Tamtego dnia Penn jasno wyraził swoje stanowisko. Do tego bardzo dobitnie, bo tak głośno wrzeszczał, byśmy oboje lepiej zajęli się swoimi cholernymi sprawami i nie wtrącali się do jego, że resztki twierdzy spadły nam na głowę.
Chwalmy wszyscy króla Pendefyre'a, upartego jak osioł.
Tłumię irytację, której gorycz czuję w gardle, i robię kolejny chwiejny krok.
- Pendefyre, spójrz na mnie.
Lecz do niego nic nie dociera. Jest całkowicie pochłonięty przelewaniem całej swojej mocy w czary ochronne. Ściska mi się serce, kiedy obserwuję jego wysiłek. Na jego twarzy, białej jak pergamin, maluje się dziki wyraz - mieszanka determinacji i rozpaczy. Zbyt długi kosmyk lśniących kasztanowych włosów opada mu na czoło i zasłania oczy, ale nawet bez patrzenia wiem, że są one pełne maegii, a ich tęczówki płoną jak rozżarzone węgle.
Głęboki wdech, który wzięłam, żeby się uspokoić, przynosi odwrotny skutek. Pobudza mnie i oszałamia. Moc Penna wpływa na mnie bardziej, niż chcę przyznać. Znak Reliktu na mojej piersi mrowi, czujny i gotowy do zabawy. Twardo go ignoruję. Dodanie maegii powietrza do tego scenariusza prawdopodobnie skończyłoby się tak samo jak próba ugaszenia otwartego ognia przez chluśnięcie na niego alkoholem.
Zapłonem.
Przez salę przetacza się świeży impuls mocy. Obserwuję, jak napinają się mięśnie nagich pleców Penna i ścięgna ramion, gdy surowa maegia przenosi się z niego do kamienia. Czary ochronne wokół nas migoczą niczym światło gwiazd. Nogi się pode mną uginają, kiedy ta fala uderza we mnie, wyciska mi oddech z płuc i rzuca mnie na kolana. Ląduję na kamieniu z bolesnym łupnięciem.
Mrugam powiekami, żeby pozbyć się bólu, i ponownie skupiam wzrok na Pennie. Przeszywa mnie ostrze paniki. Płomień wijący się wzdłuż jego ramion i oplatający klatkę piersiową wyraźnie się rozrósł. Otacza teraz całą jego postać niczym gruba ognista peleryna. Pendefyre kuca w jarzącej się kuli żaru i na moich oczach składa z siebie ofiarę całopalną. Pośród białych rozbłysków widzę krew, która zaczyna się sączyć z jego spiczastych uszu, toczyć się po szerokiej kolumnie szyi i gromadzić w zagłębieniu obojczyków.
- Penn! - wołam błagalnie. - Pendefyre!
Tym razem w ogóle nie reaguje na dźwięk mojego głosu. Zatraca się we własnej mocy.
Muszę to powstrzymać. Teraz, zanim będzie za późno.
Zanim go stracę.
Zaciskam zęby i na pół pełznąc, ruszam centymetr po centymetrze w jego stronę. Jest tak, jakbym czołgała się w południowym słońcu. Pot spływa mi po plecach i ścieka po szyi. Twarz mnie pali. Ślady łez wyparowują w jednej chwili. Oczy mam suche jak pustynny piasek; każde mrugnięcie powieką drażni je nieprzyjemnie. Rzęsy są niczym hubka, gotowa w każdej chwili zająć się ogniem.
Sunąc po rozgrzanej podłodze, zastanawiam się, w jakiej temperaturze zapali się moja tunika. Skamieniała lawa jest gorąca pod moimi palcami, bliska stopienia jak przed tysiącem lat, kiedy wybuchł wulkan. Mimo bólu posuwam się naprzód. Zmniejszam dystans między nami kawałek po kawałku.
Hamuje mnie nie tylko fizyczne cierpienie. Nawet moja dusza płonie ogniem podsycanym więzią Reliktów, która nieodwołalnie łączy mnie z Pennem. Zazwyczaj ona działa na mnie kojąco. Dodaje mi otuchy. Dzięki pętom ukrytym w głębi umysłu wiem, gdzie on jest, a rzadziej, w chwilach silnych emocji, co czuje. Niczym zapach palonych liści niesiony wiatrem wyczuwam go z daleka i w razie potrzeby mogę odnaleźć do niego drogę.
W tej chwili nie ma nic uspokajającego w naszej więzi. Nic pocieszającego. To tylko prąd czystej energii, który wypala ścieżkę między naszymi sercami. Czuję, jak pośród dzikiej burzy wirującej w moich zasobach maegii dotychczas spokojne wody mocy zaczynają wrzeć pod wpływem gorąca Penna. Wszystko, co zimne i opanowane w samym centrum mojej istoty, wydaje się nagle zagrożone wybuchem. Kiedy do niego docieram, staram się zapanować nad własnymi destrukcyjnymi możliwościami.
- Penn, musisz przestać. - Wyciągam do niego rękę, ale cofam ją gwałtownie, gdy czuję piekące smagnięcie płomienia. Na palcach pojawiają się pęcherze. - Proszę, Penn. Posłuchaj mnie, błagam.
Ogień jest tak gorący i jasny, że oślepia, a jeszcze trudniej jest oddychać. Jeszcze trzy razy próbuję do niego sięgnąć przez otaczającą go ognistą kulę i powtarzam sobie, że to tylko ból i wszelkie oparzenia szybko się zagoją, ale nie udaje mi się go dotknąć, bo odruchowo zabieram rękę. Przypalone ciało piecze coraz mocniej.
Z uszu Penna leje się krew, spływając strumieniami po jego piersi. Pośród płomieni jego skóra jest zupełnie biała, jak u trupa.
Proszę, woła gdzieś głęboko we mnie cichy głos. Proszę, Pendefyre. Posłuchaj mnie. Przestań.
Ale on tego nie robi.
Tak samo jak rąk nie mogę użyć swojej mocy, żeby mu pomóc. W desperacji sięgam do więzi, która płonie między nami. Chwytam niewidzialną linę, która łączy nasze serca, ogień z powietrzem, zaczynam ją ciągnąć, jakbym nawijała bez końca na szpulę nić i wplatała jego duszę w moją.
Nie jestem pewna, czy to zadziała. Do chwili, kiedy widzę, że płomienie pochłaniające Penna zaczynają przygasać i słabnąć, podczas gdy ja wchłaniam część szkód, które on wyrządza samemu sobie. Omal nie przegryzam wargi, gdy moje zakończenia nerwowe się przypiekają, a szpik w kościach skwierczy od gorąca.
O, bogowie, jak bardzo on musi cierpieć, skoro to jest tylko niewielka część jego mocy.
Nie zniosę tego dłużej bez wyrządzenia sobie poważnej krzywdy. Nie mam jednak wyboru. Krew leci mu teraz również z oczu, płynie po policzkach i ostrej linii szczęki, więc biorę na siebie więcej. Przyciągam jego ogień do siebie, w siebie, aż wydaje mi się, że krew zaraz zacznie wrzeć w moich żyłach, kończyny zmienią się w podpałkę, a każdy oddech pali tak, jakby moje płuca wypełniały rozżarzone węgle.
Kieruję cały ogień do najgłębszych zakamarków mojej mocy, gdzie prądy powietrza wieją dostatecznie mocno, by go ugasić. Jest niczym świeca na wietrze, która nie może stawić czoła mojej burzy. Płomienie liżące ciało Penna słabną jeszcze bardziej, stają się blade i przezroczyste.
Więcej.
Żar jest nie do zniesienia. Wydaje mi się, że moje ciało się rozpadnie, a wraz z nim umysł. Świat wokół mnie przygasa, oczy zasnuwa czerń. Staram się zachować świadomość, ale przegrywam tę walkę. Tuż przed tym, jak tracę resztki sił, mój wewnętrzny głos wykrzykuje ostatnią, pełną rozpaczy prośbę do mężczyzny, który kuca obok mnie.
Jeśli tu umrzesz, zabierz mnie ze sobą.
On mnie słyszy. Jakimś cudem mnie słyszy. Płomienie gasną z sykiem, który odbija się echem od ścian. Fala gorąca ustępuje tak szybko, że z pewnością mam halucynacje. Znów mogę oddychać. Nierównymi, łapczywymi haustami wciągam w płuca przegrzane powietrze, ale przynajmniej oddycham. Wpatruję się w podłogę z żyłkowanej lawy, na której opieram się dłońmi i kolanami. Cała drżę z wysiłku, żeby nie upaść. Rękawy prostego uniformu, który noszę w infirmerii, są całkiem spalone, skóra pod nimi ma gniewny szkarłatny odcień świeżego oparzenia. Moje palce są osmalone, ich koniuszki poczerniałe. Przez chwilę wpatruję się w te obrażenia, a potem moje ręce i nogi w końcu się poddają.
Nie uderzam o podłogę, bo łapią mnie silne ramiona i przytulają do szerokiej piersi, a kiedy podnoszę wzrok, widzę przed sobą rozgniewaną twarz króla Dyved.
- Co ty sobie, do diabła, myślałaś? - warczy z wściekłością.
- To dziwny sposób, żeby mi podziękować za uratowanie życia - mówię ochrypłym głosem i się od niego odsuwam. Czego natychmiast żałuję, bo nowa fala bólu przetacza się przeze mnie od stóp do głów.
- Podziękować? Chętnie wbiłbym ci trochę rozsądku do głowy. - Dotyk jego dużych dłoni jest niezwykle delikatny, co przeczy gniewnym deklaracjom. Trzyma mnie niczym figurkę ze szkła, jakby się starał nie wyrządzić mi krzywdy. - To, co właśnie zrobiłaś, było bardziej niż ryzykowne. Mogłem cię zabić.
- Ale gdybym nie podjęła tego ryzyka, sam byś się zabił, niewdzięczny głupcze!
- Lepiej, żebym to ja zginął, a nie ty.
- Nie mów tak.
Jego oczy wciąż tlą się maegią. Wpatrują się w moje, dwa rozżarzone węgle, płonące, płonące, płonące... Pod nimi ma głębokie cienie, które wyglądają jak sińce, na policzkach ślady krwi, nadal kapiącej na jego pierś.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki