To ja, Szpilka. Republika Gdyby - Marcin Ciszewski

-
Proszę czekać

Obudził mnie krzyk.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu spałam dobrze, bez snów. Ani razu nie obudziłam się zlana potem, z zamarłym krzykiem na ustach, w zmierzwionej pościeli. Zmęczona po kolejnym piekielnym dniu, który nie przybliżył mnie do rozwiązania żadnego z moich problemów życiowych, poszłam spać koło dziesiątej, zapomniawszy wziąć tabletki na sen. Może o to chodziło. Może powinnam odstawić leki.

Tak czy inaczej, po raz pierwszy od nie wiadomo kiedy, weszłam w fazę snu głębokiego; mózg odpoczywał.

Obudziłam się w ułamku sekundy; od razu wiedziałam, że krzyk nie jest wytworem mojej wyobraźni. Dochodził z zewnątrz. Był przenikliwy, natarczywy. Gdy siedziałam w pełni przytomna i próbowałam go zlokalizować w przestrzeni, powtórzył się. Brzmiał w nim gniew. Towarzyszyło mu echo.

Ktoś krzyczał na klatce schodowej, bardzo blisko moich drzwi.

Opuściłam nogi na podłogę, poczekałam, aż świat się ustabilizuje - mimo wszystko przed zaledwie kilkoma sekundami przebywałam w innej rzeczywistości - po czym sięgnęłam do szafki. Rękojeść służbowego Glocka jak zwykle była chropowata. Po co mi broń? Odruch, który dodaje pewności siebie. Wstałam, opuściłam sypialnię, pokonałam korytarzyk i na palcach podeszłam do drzwi.

Huknęło.

Dźwięk był niespodziewany i bardzo głośny, a echo powtórzyło go kilkukrotnie, dudniąco. Wzdrygnęłam się.

- Otwieraj, kurwa! - dobiegł z korytarza obcy męski głos.

Ostrożnie wyjrzałam przez wizjer.

Facet stał tyłem do mnie i dobijał się do mieszkania naprzeciwko. Był ubrany w spodnie od piżamy i skórzaną kurtkę. Właśnie podnosił pięść do następnego uderzenia.

Odłożyłam pistolet na szafkę. Głośno trzasnęłam zasuwą. Uchyliłam drzwi na tyle, by się pokazać, ale nie na tyle szeroko, by nie móc ich szybko zatrzasnąć.

Agresor nie obejrzał się, pewnie mnie nawet nie usłyszał. Pięść opadła. Huknęło ponownie, chyba jeszcze głośniej niż poprzednio. Dźwięk poleciał na parter i wrócił, dziwnie złowrogi.

- Otwieraj, słyszysz, bo inaczej...

- Ej! - krzyknęłam.

Mężczyzna odwrócił się. Miał wykrzywioną wściekłością twarz i rozbiegane oczy. Włosy sterczały w nieładzie na wszystkie strony. Sąsiad.

- Czego? - warknął.

Był wyższy o głowę, o co nietrudno przy moim wzroście, i nieźle rozrośnięty w barach; wyglądał na naprawdę silnego. Miał w twarzy coś - dopiero teraz to dostrzegłam - co normalnemu człowiekowi kazałoby się dwa razy zastanowić, czy wchodzić z tym facetem w spór. Nigdy nie byłam specjalnie normalna. Zrobiłam krok do przodu.

- Jest trzecia w nocy - odparłam. - Hałasujesz.

- Spadaj.

- Przestaniesz walić i wrzeszczeć, to spadnę - rzuciłam spokojnie.

Zawahał się. Może zastanowił go mój opanowany ton. Przewrócił oczami i westchnął.

Poczułam woń alkoholu.

- Chcę wejść do domu - oświadczył, całkiem sprawnie składając sylaby. - Ona się zamknęła od środka.

Pewnie miała powód, pomyślałam, ale zachowałam tę odkrywczą myśl dla siebie.

- Wejdziesz i co dalej? - zapytałam.

- Co? Nic. Pójdę spać.

Przyjrzałam mu się uważniej. Teraz sprawiał po prostu wrażenie faceta w piżamie, który chce się dostać do własnego mieszkania. Agresja z niego uleciała. Albo był doskonałym aktorem. Widziałam go ze dwa czy trzy razy, odkąd wprowadził się parę tygodni temu, ale rozmawiałam z nim po raz pierwszy.

Podeszłam bliżej. Woń alkoholu stała się bardziej intensywna.

- Możemy załatwić temat - powiedziałam. - Spróbuję pomóc ci wejść; jeśli się uda, grzecznie położysz się na kanapie w salonie, jutro przeprosisz żonę i obiecasz, że to się więcej nie powtórzy. Ale jeśli tylko coś usłyszę, jakiś podniesiony głos, czy coś, wzywam patrol. I zaświadczę przeciwko tobie. Dla twojej wiadomości: jestem policjantką z komendy na Mokotowie. Mnie uwierzą. Więc jak?

Myślał. Oczy miał mętne, jak to po wódce, ale najwyraźniej nie zatracił zdolności kojarzenia faktów, przynajmniej w podstawowym zakresie. Szybko dochodził do wniosku, że dalsza awantura mu się nie opłaci.

Być może popełniałam błąd. Może powinnam wezwać mundurowych i kazać go zawinąć. Takim kozakom noc na dołku na ogół bardzo dobrze robi.

Było w nim jednak coś, co kazało mi postąpić inaczej.

Wyminęłam go i zapukałam. Odpowiedziała mi cisza.

- Jak ma na imię twoja żona? - zapytałam, nie odwracając się.

- Joasia... Joanna Kowalska.

- A ty?

- Marek Kowalski.

Zapukałam jeszcze raz, odrobinę głośniej.

- Pani Joanno, tu sąsiadka z naprzeciwka. Mam na imię Marianna. Marek stoi obok mnie, ale już się uspokoił. Może pani otworzyć?

Znów cisza, ale inna, pełna wahania i namysłu. Usłyszałam szuranie. Ktoś przypatrywał mi się przez wizjer. Oddaliłam się nieco, żeby się ukazać w całej mojej, niezbyt okazałej, okazałości. Inspekcja wypadła o tyle pomyślnie, że gospodyni w końcu się odezwała.

- Stoi obok?

- Tak - powiedziałam.

- Nie otworzę - odrzekła. Sprawiała wrażenie osoby, która wie, co mówi. Najwyraźniej dzisiejsza noc nie była jej pierwszym tego typu doświadczeniem.

- Nie będzie już sprawiał kłopotów. - Stuprocentowej pewności oczywiście nie miałam, ale mój policyjny nos podpowiadał mi, że odpuści. - Jestem policjantką. Ostrzegłam pani męża, że jeśli cokolwiek się wydarzy, wzywam patrol. Spędzi noc w areszcie. Cokolwiek, rozumie pani? Wystarczy, że podniesie głos. Noc na twardej pryczy bywa pouczającym doświadczeniem.

Teraz ona się zastanawiała. Facet się nie odzywał. Wyraźnie nie miał ochoty na dalsze dyskusje. Wpatrywał się w drzwi.

Zgrzytnął zamek i w szparze ukazała się blada, przestraszona twarz, która w normalnych warunkach z pewnością byłaby bardzo ładna. Kobieta spojrzała na faceta, potem na mnie.

- Wezwie pani patrol? - upewniła się.

- Gdy tylko usłyszę coś głośniejszego od szeptu.

Drzwi otworzyły się szerzej.

Mężczyzna wszedł do środka. Nawet na mnie nie spojrzał.

***

Dzień jak zwykle powitał mnie słońcem i migreną. Potem czekała mnie niespodzianka, której skutki zamknęły pewien etap w moim życiu i otworzyły nowy, chyba jeszcze bardziej przerażający.

- Szpilka, Dudek - usłyszałam głos szefowej. - Proszę do mnie. Teraz.

Polecenie należało do kategorii stanowczych. Uniosłam głowę. Basieńka stała w drzwiach swojego gabinetu. Była jak zwykle świetnie ubrana i z gustem uczesana, ale do twarzy przykleiło jej się napięcie, co nie zdarzało się zbyt często.

Weszliśmy z Dudkiem, moim nowym partnerem, do pokoju. Pod ścianą stał jakiś gość po cywilnemu. Miał regularne rysy, rzadkie włosy i małe, ruchliwe oczy. Chociaż był ubrany z niewymuszoną elegancją, zupełnie nie w policyjnym stylu, bez trudu można w nim było wyczuć gliniarza z kategorii zawodowych, doświadczonych łapsów, których rad słucha nawet komendant stołeczny.

- To komisarz Zawadzki z Wydziału do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji - potwierdziła moje domysły Basieńka, siadając za biurkiem. Uprzednio upewniła się, że zamknęłam za sobą drzwi. - Stołeczna poprosiła nas o wydelegowanie dwóch policjantów do pomocy przy śledztwie w sprawie zabójstwa. Pomyślałam o was. Proszę, panie komisarzu.

- Dziękuję - rzucił facet, mierząc mnie i Dudka długim, uważnym spojrzeniem. - Pani nadkomisarz poleciła was jako najbardziej odpowiednich funkcjonariuszy do tej roboty. Powiem to, co musicie wiedzieć. Wczoraj wieczorem na naszym terenie zamordowano siedemnastoletniego chłopaka. Tydzień temu również zginął siedemnastolatek. Zabity w bardzo podobny sposób, w bardzo podobnych okolicznościach. Mamy prawo zakładać, że sprawcą była ta sama osoba lub grupa osób.

- Seryjny? - zapytała Basieńka, wyraźnie zaintrygowana. Rozumiałam ją. W nudnym i w gruncie rzeczy rutynowym życiu wydziału takie rzeczy nie zdarzały się często. Być może postrzegała sprawę jako okazję do wykazania się. Jeszcze nie straciła wiary, że kobieta w jej wieku i bez znajomości może awansować.

- Formalnie o seryjnym zabójcy możemy mówić, kiedy pojawią się trzy ofiary tego samego sprawcy, rozdzielone okresami spokoju, i kiedy sprawca nie działa w amoku, tylko podejmuje decyzję w każdym przypadku osobno. - Zawadzki podszedł do tematu bardzo formalnie, jakby cytował kryminalistyczną definicję. - Ale tak, okoliczności wskazują, że być może już teraz możemy zakładać działanie seryjnego.

Dziwne. Policja jako organizacja jest jednym wielkim tyglem plotek i domysłów. Jak w ogromnym bębnie huczy w niej od nieoficjalnych informacji i mnożących się wersji prawdziwych lub domniemanych wydarzeń. Mundurowi też ludzie, lubią sobie pogadać. A jednak nic nie słyszałam o żadnym seryjnym zabójcy.

- Kiedy mówię "nasz teren", mam na myśli całe miasto, ale ostatnie zabójstwo miało miejsce na waszym podwórku, na Mokotowie - ciągnął Zawadzki. - Konkretnie na Łowickiej, na tyłach domu kultury. Stąd prośba o pomoc.

Znam ten dom kultury, parę razy tam byłam. Organizują sensowne rzeczy, wystawy, koncerty, spotkania. Nigdy nie działo się tam nic szczególnego - jeśli zdarzały się awantury czy burdy, miały, że tak powiem, zwykłą, osiedlową skalę.

- Kiedy dokładnie to się stało? - zapytałam.

- Wczoraj, między dwudziestą drugą a północą - padła odpowiedź.

Ciekawe. Kto pojechał w takim razie na miejsce zdarzenia? Stołeczna? Pałac Mostowskich nigdy nie zwracał się z prośbą o pomoc przy śledztwie w sprawie zabójstwa. Przynajmniej nie byłam w stanie sobie przypomnieć takiego przypadku. Czuli się elitą, nas uważali za prowincjonalnych krawężników, odpowiednich do uśmierzania awantur domowych i odstawiania pijaków na trzeźwiałkę.

- Mówi pan o seryjnym? - chciałam wiedzieć. - Gdzie zginął pierwszy chłopak?

Gość ze Stołecznej po raz pierwszy zaszczycił mnie spojrzeniem.

- Na Pradze.

- Czy ofiary się znały? Coś je łączyło?

- Na razie nie mamy takiej wiedzy.

- I już wiemy, że to seryjny?

- Jeśli nie będzie mi pani co chwilę przerywać, może będę w stanie wyjaśnić.

Basieńka spojrzała na mnie wzrokiem kobry.

- Przepraszam - bąknęłam, czując, że się rumienię. Dudek nie przyszedł mi z pomocą, ale nie winiłam go. Przyjechał z małego miasta, pracowaliśmy razem od kilku tygodni, w gruncie rzeczy nie znał mnie ani ja jego. Z pewnością nie zdążyliśmy nabrać do siebie zaufania.

- Marcel Rosiński, lat siedemnaście, uczeń trzeciej klasy liceum Reytana - po chwili milczenia kontynuował Zawadzki. - Tak jak wspomniałem, zginął najprawdopodobniej między dwudziestą drugą a północą. Nie mamy jeszcze oficjalnych wyników sekcji, ale najpewniej został zabity za pomocą impulsu elektrycznego. Tak jak pierwsza ofiara.

- To znaczy? - zapytał Dudek.

- Podejrzewamy, że sprawca w obu wypadkach posługiwał się paralizatorem. Policyjnym albo cywilnym, ale zmodyfikowanym.

Kiwnęłam głową. Paralizatory do użytku cywilnego mają wbudowane ograniczenia - natężenie impulsu elektrycznego nie może przekroczyć wartości dziesięciu miliamperów, na ogół jest znacznie mniejsze. Policyjne bywają mocniejsze i znacznie bardziej niebezpieczne, ale również nie skonstruowano ich w celu zabijania.

- Monitoring? - drążył mój partner.

- Jest od frontu i wewnątrz, a także od ulicy. Kierownictwo ośrodka uznało, że na zapleczu nie ma sensu wieszać kamery, zwłaszcza że mają mały budżet. Monitoringiem się zajmujemy. Chcemy, żebyście przyjrzeli się miejscu zdarzenia i poszukali świadków.

- Kim była pierwsza ofiara? - zapytałam.

Zawadzki obdarzył mnie długim spojrzeniem. Widziałam, że się waha.

- Kornel Wiech, lat siedemnaście, uczeń liceum Władysława IV. Zabity również późnym wieczorem, również za pomocą paralizatora. Na boisku szkolnym.

Noc. Ten sam sposób działania sprawcy. Ten sam wiek i ta sama płeć ofiar. Może Stołeczna miała rację.

- Co robił w nocy na boisku szkolnym? - zdziwiłam się.

- Nie udało nam się tego ustalić.

- Ale...

- Pani podkomisarz - powiedział spokojnie. - To nie należy do was. Wy macie zająć się odszukaniem i przesłuchaniem potencjalnych świadków zabójstwa Marcela Rosińskiego. Nikt od was niczego więcej nie oczekuje.

- Myślę, że szerszy obraz sytuacji ułatwiłby nam robotę. Znając kontekst, łatwiej szukać.

- Szpilka... - warknęła ostrzegawczo Basieńka. Jak wspomniałam, była spięta. Co mnie nie dziwiło. To tylko pozornie wyglądało na zwykłe śledztwo.

Uniosłam dłonie.

Jednak gościowi ze Stołecznej najwyraźniej to nie wystarczyło.

- Pani podkomisarz - zaakcentował przedrostek "pod", żebym wiedziała, że nie zamierza bawić się w subtelności. - Mam gdzieś pani dotychczasowe osiągnięcia. Jest mi obojętne, ilu przestępców pani złapała.

Zawiesił na chwilę głos, wyraźnie delektując się sytuacją. Wprost się nią upajał. Najprawdopodobniej w szufladzie przy łóżku trzymał całą gamę gumowych zabawek na baterie. Ale może się myliłam. Może był rzetelnym funkcjonariuszem państwowym o nieco prymitywnym poczuciu humoru. - Czego najbardziej nie lubię, to policjantów, którym wydaje się, że grają w amerykańskim serialu.

- Ja również - wtrąciłam, zbyt szybko, by dojść do wniosku, że powinnam się zamknąć.

- Słucham?

- Nic, nic - rzuciłam niewinnie. - Wygląda na to, że na naszą pracę patrzymy w ten sam sposób.

Poczerwieniał. Co ciekawe, poczerwieniała także Basieńka. Na ogół w takich sytuacjach - nie było ich dużo, to prawda - stawała po stronie swojego pracownika. Uważała, że wszelkie brudy pierzemy wewnątrz wydziału, a swoich ludzi ma prawo ochrzaniać tylko ona. Teraz, mimo arogancji gościa, powstrzymała się od riposty, choć była wyższa stopniem. Dało mi to do myślenia.

Zawadzki zdecydował jednak, że na razie wystarczy.

- Uzgodniłem z waszą przełożoną, że przekażecie prowadzone sprawy swoim kolegom i skoncentrujecie się na zadaniu - ciągnął. - Z realizacji rozliczacie się przede mną.

Spojrzałam na szefową. Siedziała sztywno z zaciśniętymi ustami. Bardzo zazdrośnie strzegła rozdziału kompetencji. Nie znosiła wpieprzania się w jej podwórko. Naciski z góry musiały być ogromne.

-  To tyle. - Zawadzki wstał. - Macie tu moją wizytówkę. Czekam na pierwszy raport.

Wyszedł, pozostawiając po sobie zapach nienajgorszych męskich perfum.

- Zgodziłaś się na to? - zapytałam.

-  Kurwa, czy ty zawsze musisz robić z siebie idiotkę? - wybuchła.

Uznałam pytanie za retoryczne, milczałam więc. Basieńka odetchnęła głęboko.

- Nie miałam nic do gadania - wyznała nieoczekiwanie. - Zadzwonił osobiście naczelnik zabójców.

Tym popularnym określeniem nazywaliśmy Wydział do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw. Jak wspomniałam, zapełniony dupkami uważającymi się za pępek świata. Czego dowodem Zawadzki.

- Po co im my? - drążyłam. - Mają swoich ludzi. Gadanie o naszym podwórku to zwykłe pieprzenie.

- Nowa polityka firmy. - Basieńka skrzywiła się z odrazą. Wracały jej kolorki. Dzisiejszy poranek musiał być dla niej ciężki. - Wykorzystanie doświadczenia, czerpanie z wiedzy lokalnych funkcjonariuszy, tego typu bzdury. Było szkolenie w zeszłym miesiącu.

- Robienie dobrze lokalnym glinom - powiedziałam. - Jak nie ma kasy na podwyżki, to przynajmniej damy ludziom do zrozumienia, że są ważni.

Basieńka pokiwała głową. Dudek w milczeniu przysłuchiwał się tej wymianie zdań.

- Coś w tym stylu - podsumowała. - Zejdźcie mi z oczu.

- Dlaczego my? - chciałam wiedzieć.

Wiedziała, o co pytam. Dudek był nowy i świeży, a ja co chwilę podpadałam, choćby ze względu na chroniczne nietrzymanie się procedur. Albo z innych, nie mniej ważnych powodów.

- Bo jesteś najlepszym psem gończym, jakiego mam, mimo że najchętniej sama bym cię zamknęła. Choćby za to, że pyskujesz - ucięła Basieńka, wstając zza biurka. - Aspirant Dudkiewicz ma być twoim hamulcem bezpieczeństwa. Idźcie już. I postarajcie się, żebym przynajmniej do obiadu nie musiała dzwonić do Stołecznej z przeprosinami. Jazda.

Wyszliśmy z komendy w milczeniu, które Dudek najwyraźniej uznał za wyraz mojego profesjonalizmu, choć w rzeczywistości walczyłam po prostu z narastającą migreną. Słońce nie świeciło - raczej próbowało przebić mi czaszkę. Dudek odważył się odezwać dopiero, gdy wsiedliśmy do nieoznakowanego radiowozu, który pachniał tanią perfumowaną choinką i kurzem.

- On tak zawsze? - zapytał, zapinając pas.

- Kto? Zawadzki? - Odpaliłam silnik, który zakaszlał, zanim wszedł na obroty. - Nie wiem, widziałam go pierwszy raz w życiu. Ale pasuje do profilu. Kompleks wyższości podlany niezłą wodą po goleniu.

- Myślałem, że w Warszawie gliniarze współpracują jak w folderach rekrutacyjnych - mruknął Dudek, wpatrując się w szybę. Nie mogłam zgadnąć, czy mówi poważnie. Jak wspomniałam, znałam go zbyt krótko. - U mnie na posterunku, jak był trup, to wszyscy pili kawę z jednego dzbanka.

- Tu każdy pilnuje swojego dzbanka, żeby nikt do niego nie napluł. Witamy w stolicy, kolego.

Dudek zaczął niespiesznie wygładzać spodnie na kolanach. Ten chłopak był zbyt czysty na tę robotę. Pachniał mydłem i prasowaniem, zapachem, który kojarzył mi się z dzieciństwem. Odepchnęłam wspomnienie ze wszystkich sił.

- Przy seryjnym... no wiesz... chyba powinna być jakaś odprawa, mapy z pinezkami, profiler - mruknął, patrząc na przesuwający się za oknem krajobraz.

- Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, informuję, że jesteśmy tylko trzecimi zastępcami pomocników - ucięłam. - Wątpię, żeby Zawadzki wciągnął nas na listę zespołu. Będziemy deptać po trawnikach i dbać, żeby sobie nie ubrudził butów, a on potem zbierze laury.

Skręciłam w Dąbrowskiego, przeciskając się między ciasno zaparkowanymi samochodami. Warszawa jak zwykle dusiła się własnym nadmiarem.

Na Łowicką dotarliśmy w pełnym popołudniowym słońcu. Dom kultury, ongiś socrealistyczny szary kloc, później przeprojektowany przez renomowaną pracownię architektoniczną, był otoczony bujną zielenią i z jakąś dziwną godnością wtapiał się w rząd apartamentowców o podobnych, jasnych elewacjach - z tą różnicą, że jego drzwi stały otworem, a tamte zamykały się na kod. Policyjna taśma łopotała na wietrze, odgradzając kawałek zaplecza - miejsce, gdzie dostawcy wyrzucają towar, a pracownicy wychodzą na dymka.

Zatrzymałam auto na jedynym wolnym miejscu, dokładnie pod znakiem zakazu postoju.

- Podzielmy się robotą. - Odwróciłam się do niego, zanim wysiedliśmy. - Pogadaj ze świadkami, ja się trochę rozejrzę.

- Zawadzki... - przypomniał mój partner.

- Zawadzki udaje durnia - warknęłam. - Doskonale wie, że mamy za mało danych, żeby cokolwiek zdziałać. Nic nie wiemy o tym dzieciaku. Nawet nie wiemy, o co pytać. Idź.

- Jasne.

- Ludzie nie będą chcieli z tobą rozmawiać, bo jesteś miły. Będą chcieli, żebyś dał im święty spokój, bo spieszą się na jogę, do korpo albo do dilera. Bądź upierdliwy, ale nie agresywny. I obserwuj ręce. Jak się dobrze przyjrzeć, potrafią opowiedzieć więcej niż usta.

Tak brzmiała Szpilka-Nauczycielka. Mogłam być z siebie dumna.

Odruchowo przeczesałam palcami włosy i ruszyłam w stronę taśmy. Biało odziany technik właśnie ładował sprzęt do samochodu. Nie znałam go. Był ze Stołecznej. Podeszłam bliżej. Facet wyprostował się i zapalił papierosa. Miał twarz zmęczoną życiem tak bardzo, że nawet jego wąs wydawał się mieć depresję. Technik spojrzał na mnie beznamiętnie.

- Podkomisarz Kohut - powiedziałam, nie wdając się w szczegóły mojej przynależności służbowej ani powodu obecności w tym miejscu. Niepotrzebnie, zdaje się. Nie obchodziłam go tak samo jak moje problemy. Miał gdzieś moją przynależność służbową, podobnie jak resztę. Nawet nie zmienił wyrazu twarzy. - Co wiemy na razie?

- Chłopak. Siedemnaście lat. Leżał tam - wskazał papierosem - przy schodkach do piwnicy. Żadnych śladów walki, krwi, nic.

Przyjrzałam się placykowi, wyłożonemu ośmiokątnymi betonowymi kostkami. Liczyły sobie co najmniej pięćdziesiąt lat. Żadna nie leżała równo. Większość była popękana. Od narysowanego kredą obrysu ludzkiego ciała bił nienaturalny spokój. Chłopak musiał po prostu upaść, bezwładnie, jak odcięta od sznurków marionetka.

- Ślady butów?

Technik pokręcił głową, wydmuchując dym gdzieś w bok.

- Nic wyraźnego. Jest sucho. A to beton. Sprawca nie był łaskaw wejść w błoto przed zdarzeniem, jeśli o to pytasz.

- Inne ślady?

- Nic, przynajmniej przy wstępnych oględzinach.

- Przyczyna śmierci?

- Po sekcji się dowiesz.

- Widziałeś już milion takich trupów. Powiedz, co wiesz. Paralizator?

- Paralizator. Użyty z bliska. Duże natężenie.

- Policyjny?

- Mocniejszy, ewidentnie zmodyfikowany.

- Strzałki czy bezpośredni kontakt?

- Strzałki. Tak czy inaczej, sprawca musiał podejść blisko. Nawet się nie pofatygował, żeby je zabrać.

Rozejrzałam się. Obok schodów stały trzy plastikowe kontenery na śmieci. Wisiała nad nimi lampa z czujnikiem ruchu.

- Działa? - zapytałam.

Technik wzruszył ramionami.

- Tak. Ale ma martwy punkt, tam, od strony tego kontenera technicznego - wskazał na metalową budę w rogu placu. - Jeśli sprawca wiedział, jak podejść, jesteś w dupie, koleżanko. Zawadzki już to wszystko wie.

Ślepa uliczka. Morderca był cwany. Zgrał miejsce i czas z pogodą. Znał martwe pole obserwacji kamer i czujnika uruchamiającego lampę. Działał w półmroku, poza zasięgiem czyichkolwiek oczu.

Pożegnałam Pana Wąsa i poszłam do budynku. Wewnątrz unosił się zapach odświeżacza powietrza i świeżo zmielonej kawy. Dyrektor nazywał się Antoni Krantz. Znalazłam go w gabinecie na piętrze. Siedział za dębowym biurkiem, które pewnie pamiętało Gomułkę, i gapił się w okno. Na mój widok nie wstał. Wyglądał na człowieka, któremu właśnie zawalił się świat.

- Podkomisarz Kohut - przedstawiłam się, siadając bez zaproszenia na twardym krześle. - Chciałabym zapytać o Marcela Rosińskiego.

Krantz przeniósł na mnie wzrok. Miał przekrwione oczy i drżące dłonie, które splatał na blacie, próbując ukryć niepokój.

- Przez cały ranek odpowiadałem na pytania.

- Zdaję sobie sprawę. Chciałam poznać pański punkt widzenia.

- Straszne nieszczęście - bąknął. - Zupełnie nie rozumiem, jak to się w ogóle stało. Jak w jakiejś kiepskiej powieści kryminalnej.

- Niech pan coś opowie o chłopaku.

Przez twarz dyrektora przemknął cień.

- To był diament - zaczął cicho. - Może jeszcze nieoszlifowany, ale czystej wody diament. Perkusista. Wie pani, bębniarzy jest wielu, ale takich, którzy mają w głowie metronom i jednocześnie wielką wrażliwość, spotyka się raz na dekadę.

- Co tu robił wczoraj wieczorem? - zapytałam, otwierając notes.

Spojrzał na mnie zdziwiony, jakby pytanie było niestosowne.

- Miał próbę. Zespół Feedback. Jeśli pani o nich nie słyszała, wkrótce pani usłyszy, bo będzie głośno. Są świetni, wygrali już dwa duże przeglądy, w tym jeden z nagrodą w postaci sesji nagraniowej i wydania singla. Wczoraj szlifowali materiał. Umowę ze studiem mieli podpisać w przyszłym tygodniu...

Zawiesił się. Ramiona opadły. Spojrzenie wyrażało czystą bezradność.

- Co ja mówię... - bąknął. - Nie wiem, czy jeszcze o nich będzie głośno, nie wiem, co dalej. On był ich liderem, sprężyną, dzięki której szli do przodu, rozwijali się...

- Ćwiczyli tu na stałe?

- Tak, udostępniamy lokalnym zespołom miejsca na próby, a także sprzęt. To mieści się w naszym profilu działalności. Feedback gra u nas od dwóch lat. Codziennie, czasem nawet w niedziele.

- O której skończyli wczoraj?

- Portierka mówi, że ucichło koło dwudziestej drugiej. Reszta zespołu wyszła frontem, Marcel został dłużej. Zawsze zostawał. Czyścił blachy, układał pałeczki, był bardzo uporządkowany. Mówił, że instrument trzeba szanować, a wtedy odwdzięczy się dźwiękiem. Potem wychodził na zewnątrz i się wyciszał.

Przez chwilę patrzyłam na słowa w notesie. "Perkusista". "Wybitny", "uporządkowany", "kontrakt", "Reytan".

- Miał jakichś wrogów? Konflikt w zespole? Siedemnaście lat to wiek, w którym o byle bzdurę ludzie skaczą sobie do gardeł.

Krantz pokręcił głową z przekonaniem.

- Nie w tym wypadku. Są jak palce jednej ręki, niemal rodzina. Przyjaźnią się. Masę czasu spędzają razem, nawet poza próbami czy koncertami. To jest... był poukładany dzieciak. Nie pił, nie ćpał, nawet papierosów nie tykał - mówił, że oddech mu siada przy szybkich tempach. Miał plan, chciał dostać stypendium na Berklee. Latem był na ich kursie, wysłał już nagrania na przesłuchanie i twierdził, że ma dużą szansę. A na razie zamierzał podpisać kontrakt, nagrać płytę i jak najwięcej koncertować. Rozwijać się. Wszystko rozpisał w tym swoim kalendarzu.

Dopisałam "miał plan". To zdanie zabolało. Przypomniałam sobie Ludwiczka i jego "plany".

- Wie pan, gdzie mogę znaleźć ten kalendarz?

- Nie mam pojęcia. Chyba musi pani pogadać z jego rodzicami.

Zatrzymałam dla siebie uwagę, że według Zawadzkiego z rodzicami rozmawiać będzie kto inny.

- Panie dyrektorze, czy ktoś ostatnio kręcił się wokół zespołu? Na przykład ktoś, kto wykazywał nadmierne zainteresowanie Marcelem?

- Na próby nie wpuszczamy obcych. Ale... - Krantz zawahał się. - Był taki jeden menedżer, czy ktoś w tym rodzaju. Marcel spławił go tydzień temu. Powiedział, że nie potrzebuje nikogo, kto mu będzie urządzać życie, bo on sam wie, jak chce je ułożyć. Facet strasznie go tym rozzłościł.

- Ma pan namiar na tego menedżera?

- Nie. Wizytówkę dał Marcelowi. Po trzydziestce, dobrze ubrany, dobry samochód. Blondyn, wysoki. Był uprzejmy, starał się być przekonujący, dużo obiecywał. Nie lubię takich ludzi, często są fałszywi. No i, jak mówiłem, Marcel go spławił.

- Zapamiętał pan może nazwisko?

Krantz zmarszczył brwi.

- Pieczkowski - powiedział. - Wojciech Pieczkowski.

Zanotowałam nazwisko i dopisałam "odnaleźć".

- Panie dyrektorze - zawiesiłam głos, patrząc na jego trzęsące się dłonie. - Po co Marcel poszedł na zaplecze? Co siedemnastoletni, uporządkowany chłopak, który - jak pan sam mówił - dba o kondycję i nie tyka nawet fajek, robił na ciemnym placu przy śmietnikach?

Krantz uniósł wzrok.

- Powiedziałem pani. Wyciszał się, szukał spokoju. Jak się bliżej przyjrzeć, to nie takie głupie. Perkusista czasem potrzebuje całkowitej izolacji od zgiełku. Mówił, że po dwóch godzinach łomotu musi postać pięć minut w odosobnieniu, żeby zresetować uszy. Tak to nazywał. Tylko tam, za tym kontenerem, nie słyszał szumu klimatyzacji ani ulicy. To był jego rytuał. Pięć minut samotności przed powrotem do domu.

- Ktoś o tym wiedział?

- Członkowie zespołu. Ja. Pewnie paru pracowników. Może jacyś koledzy. Marcel nie robił z tego tajemnicy.

Czyli rutyna. Sprawca czekał na moment, w którym chłopak stanie w ciemności, zamknie oczy i weźmie głęboki oddech. Sam. Właściwie bezbronny.

Dopisałam słowo "rytuał".

- Czy można zobaczyć salę prób?

- Oczywiście. Pokażę pani. Ale oni tam chyba są...

- Członkowie zespołu?

- Przyszli wszyscy. Nawet się nie umawiali. Tak po prostu, spontanicznie.

- To lepiej.

- Nie jestem pewien, czy cokolwiek pani z nich wyciągnie... Siedzą w milczeniu i gapią się w ścianę.

- Nie mam zamiaru - skłamałam. - Chcę tylko rzucić okiem.

Zeszliśmy do piwnicy.

W zasadzie nie wiem, czego się spodziewałam, ale ta przestrzeń mnie zaskoczyła. Może dlatego, że znajdowała się w piwnicy, a wiadomo, z czym takie miejsce zwykle się kojarzy. Ta sala była niezbyt wysoka i dość ciasna, ale miała jasne, wyłożone dźwiękochłonnymi panelami ściany, grubą wykładzinę na podłodze i system wentylacyjny, który sprawiał, że powietrze było świeże, o lekkim zapachu rozgrzanej elektroniki. Pomieszczenie wprost pękało od sprzętu; rozbudowany zestaw perkusyjny zajmował cały róg, kilka wielkich wzmacniaczy piętrzyło się pod ścianami. Wielokanałowa konsoleta, słupek z efektami, parę stojaków na mikrofony, sześć albo siedem gitar oraz bateria instrumentów klawiszowych dopełniały wyposażenia. Nie znam się na tym zupełnie, ale sprzęt wyglądał na drogi i profesjonalny. Członkowie zespołu siedzieli pośrodku. Jeden ukrył twarz w dłoniach. Trzech pozostałych rzeczywiście wpatrywało się w przestrzeń. Dwie milczące dziewczyny opierały się o ścianę.

- Pani jest z policji - odezwał się dyrektor.

Jeden z nich przeniósł na mnie wzrok. Miał puste spojrzenie.

- Dzień dobry - powiedziałam miękko. - Podkomisarz Kohut.

Żadnej reakcji, poza tym, że gapili się na mnie wszyscy czterej. Dziewczyny nie zwracały uwagi. Wyglądały na ciężko ranne.

- Rozumiem was. Wiem, jak to jest stracić członka rodziny.

Wysoki, postawny brunet poruszył się.

- Naprawdę? - wychrypiał.

- To Igor Król, gitarzysta - pospieszył z wyjaśnieniem Krantz. - Pisze muzykę.

- I co z tego? - wybuchnął Igor z nieoczekiwaną wściekłością. - Bez Marcela produkujemy tylko hałas.

Kiwnęłam głową.

- Macie świetny sprzęt. Możecie mi puścić jakiś kawałek? - zapytałam.

Igor zmierzył mnie wzrokiem, jakbym zaproponowała coś nieprzyzwoitego.

- Po co?

- Chcę wiedzieć, o czym rozmawiamy.

- To nie pani klimaty - zaoponował.

- Słucham bardzo różnej muzyki.

Wzruszył ramionami, zerknął na pozostałych, ale nie doczekał się żadnej reakcji. Podszedł do stojącego na blacie laptopa, kliknął myszką i przekręcił gałkę wzmacniacza.

Z głośników uderzyła ściana dźwięku - nowoczesny, soczysty, potężny heavy rock z melodią, która od razu zapadała w pamięć. Perkusja brzmiała głośno, agresywnie i bardzo kompetentnie. Słyszałam klawisze budujące tło i bas, wbijający się w żołądek jak młot. Wokal, schrypnięty rasowo, wyśpiewywał tekst z mocą i nienaganną dykcją. To nie było demo. To był gotowy materiał na radiowy hit, na sale koncertowe i stadiony. Talentu tym dzieciakom mogłaby pozazdrościć większość polskich zespołów.

Igor wyłączył wzmacniacz i muzyka urwała się w pół taktu.

- Świetny numer. - Aż pokręciłam głową z uznaniem. - Serio. Bardzo podobał mi się tekst.

- Marcel pisał teksty - odezwał się blady chłopak z długimi włosami.

Igor Król miażdżył gitarową kostkę w palcach.

- Nie wiemy, co dalej - powiedział bezradnie.

Chłopaku, rozmawiasz z ekspertem od braku wiedzy, co dalej.

- Z tego, co wiem, był waszym najbliższym kumplem - bąknęłam.

- Bratem.

- Jesteście w żałobie. Ze stratą nie można się pogodzić. Można tylko nauczyć się z nią żyć.

Igor wzruszył ramionami. - Ciekawe, skąd pani o tym wie?

- Straciłam rodziców. Miałam osiemnaście lat. Boli do dzisiaj. A jednak żyję. Pracuję. Próbuję pomagać. Próbuję znaleźć zabójcę.

- Kto to mógł zrobić? - ponownie odezwał się długowłosy. Nie wiem jak, ale domyśliłam się, że jest wokalistą.

- Jeszcze nie wiadomo. Pomogłoby, gdybyście opowiedzieli mi coś o Marcelu. Czy przychodzi wam do głowy ktoś, kto mógłby życzyć mu źle?

- Pani zobaczy jego kanał na YouTube - zaperzył się Igor. Znów: jakbym powiedziała coś obraźliwego. - Prawie nie ma negatywnych komentarzy. To samo na TikToku.

- Istnieje też życie w realu.

Nikt się nie odezwał.

- Wojciech Pieczkowski - strzeliłam, gdy sobie już tak pomilczeliśmy. - Podobno mu bardzo zależało, żeby zostać waszym menedżerem.

- Dupek. Marcel go w pięć minut rozczytał. Od razu wiedział, że to nie dla nas układ.

- Dlaczego?

Wokalista wstał, podszedł do laptopa, dotknął touchpada.

Popłynął numer. Jeszcze bardziej agresywny od poprzedniego, z charakterystycznym, wpadającym w ucho riffem gitary. Wokal, jak należy rockowo schrypnięty, osiągał górne rejestry bez wysiłku, z ogromnym zapasem. Sekcja rytmiczna pulsowała, powodując przyspieszone bicie serca. Doszedł żeński chórek. Bardzo dobry. Może to te dwie milkliwe panny pod ścianą.

Zrozumiałam. Ktoś, kto chciał to ulepszać, nie miał pojęcia, z czym ma do czynienia.

Chłopak wyłączył piosenkę.

- Dlatego - powiedział, po czym wrócił na miejsce.

- Jesteście naprawdę świetni - przyznałam szczerze. - Ale z tego, co się orientuję, każdemu zespołowi potrzebny jest menedżment. Umowy, płyty, organizacja koncertów... sami tego nie ogarniecie.

- Tak - włączył się do rozmowy klawiszowiec. Cztery srebrne pierścienie na palcach. Długi łańcuch. Wąskie okulary. - Ale nie taki. Wiemy, że jesteśmy sporo warci. Chcemy uczciwych układów, nie wyzysku.

- Marcel miał to rozkminione - powiedział Igor. - Jego brat pracuje w show-biznesie. Opowiadał o takich różnych Pieczkowskich. Dla nich jesteśmy tylko pozycją w Excelu. Jest im wszystko jedno, co gramy. Mają nas w dupie.

- Marcel miał jasny plan - znów klawiszowiec. - Na razie ogarniamy temat sami. Mój tata jest prawnikiem, obiecał, że pomoże przy umowie ze studiem. Pogramy na festiwalach. Zrobimy kilka tras. Potem ogłosimy, że szukamy menedżera. I dopiero wtedy wybierzemy najlepszą ofertę.

- Brzmi jak plan - przyznałam. - Można powiedzieć, że Marcel był liderem?

- Muzykę robiliśmy razem - odparł Igor. - Ale on trzymał nas za mordy, żebyśmy nie popłynęli w ten cały gówniany szum. Żeby nam nie odbiło.

- Pisał genialne teksty - dopowiedział wokalista.

- Ktoś nam zabił życiową szansę.

- Podobno Pieczkowski był tu kilka razy - naciskałam.

Igor skrzywił się.

- Był namolny - mruknął. - Menda, oszust, taki, co wyciśnie z człowieka ostatnią złotówkę. Ale że umiał zabić...

- Nie zdajecie sobie sprawy, do czego niektórzy ludzie są zdolni - stwierdziłam.

- Może. Pani z nim pogada, sama pani zobaczy.

- Pogadam - obiecałam.

Pożegnałam się i wyszłam. Miałam mętlik w głowie. Notatki i zeznania bardziej mnożyły pytania, niż cokolwiek wyjaśniały. Słońce przesunęło się i teraz biło prosto w żółte elewacje apartamentowców. Na schodach stał Dudek z miną człowieka, który właśnie zrozumiał, że wszystkie policyjne foldery rekrutacyjne kłamią.

- Co tam? - zapytałam.

- Trzy rozmowy - powiedział, nie patrząc na mnie. - Portierka z nocnej zmiany, facet z mieszkania od podwórza i jakaś emerytka z pierwszego piętra, która spędza czas na gapieniu się przez okno.

- Coś masz?

Dudek zmrużył oczy. Wyszliśmy przed budynek. Samochód techników właśnie odjeżdżał.

- Kapela miała próbę do dziesiątej. Portierka widziała, jak Marcel zaraz po niej wyszedł "podsłuchiwać ciszę" - jej słowa. Nikogo poza tym. Ale...

Urwał.

- Ale... - powtórzyłam.

- Mówiła, że parę minut później wyszła z kanciapy rozprostować nogi. Dzwoniła do córki, stojąc przy oknie. Zauważyła auto, zaparkowane bez świateł przy samym rogu, od strony kontenera technicznego. Twierdzi, że ktoś był w środku, bo widziała ognik papierosa. Wóz ciemny, może grafitowy albo czarny. Nie zapamiętała marki. W sumie nic nadzwyczajnego. Narzekała, że w Warszawie każdy parkuje auto, gdzie chce i kiedy chce.

- Ile tak stał?

- Nie wie. Odłożyła telefon i wróciła do portierni.

Samochód bez świateł, przy martwym polu, palący papierosa kierowca. To było wszystko i nic. Taksówka czekająca na pasażera. Ojciec odbierający córkę od znajomych. Ktoś, kto chciał zebrać myśli przed powrotem do domu. Albo jeszcze coś innego.

- Emerytka? - zapytałam.

- Okazało się, że nocą też wygląda przez okno. Twierdzi, że widziała jakiś cień na placyku. - Dudek odchrząknął. - Zapytałem, o której. Powiedziała, że akurat wypadał "jej serial", więc dwudziesta druga dwadzieścia pięć, coś takiego.

Marcel słuchający ciszy, jeśli w ogóle ktoś. Buksowaliśmy w miejscu. Co było do przewidzenia jeszcze na komendzie.

- Facet z okna od podwórza?

Dudek westchnął.

- Spał.

Stałam przez chwilę, patrząc na żółtą taśmę. Wiatr poruszył nią.

Znajdź rytm, pomyślałam. Znajdź wzór. Znajdź powód. Powtarzający się rytuał wyciszenia. Zwyczaj, który obrócił się przeciwko ofierze. Samochód bez świateł. Sprawca wiedzący, jak ominąć martwe pole czujnika ruchu lampy i uniknąć kamer. Precyzja, od której robiło się zimno. Wspomnienie, od którego robiło się lodowato.

- Skąd sprawca wiedział? - zapytałam.

Dudek spojrzał na mnie.

- Co wiedział?

- O rytuale. O martwym polu za kontenerem. O tym, że Marcel wychodzi, o której, jak długo zostaje.

Dudek przez chwilę milczał.

- Ktoś miejscowy. Ktoś znajomy.

- Może - przyznałam. - Ale mamy drugiego trupa w drugiej części miasta. Sprawca znał tamtego też?

Dudek lekko zmrużył oczy, jakby coś zaczynało do niego docierać, ale nie chciał tego jeszcze formułować bezpośrednio.

- Mamy za mało danych - powiedział w końcu.

Kiwnęłam głową.

- Otóż to. - Zrobiłam pauzę. - Jeśli nie złapiemy połączenia między ofiarami, niczego się nie dowiemy. Musimy znaleźć miejsca wspólne. Wzór, kumasz?

- Więc? - powiedział Dudek powoli. Wniosek nasuwał się sam, ale jak mówiłam: mój partner był w mieście od niedawna, stawiał dopiero pierwsze kroki na śliskim, stołecznym gruncie. Zerknęłam na niemal utopiony w zieleni budynek. Na ścianie od Łowickiej - kamera. Przy schodach od wejścia - dwie kamery.

- Chciałabym obejrzeć nagrania - mruknęłam. - Oprócz dzisiejszej nocy, z ostatniego tygodnia.

Dudek pokiwał głową.

- Zawadzki się zgodzi?

Odpowiedziałam mu spojrzeniem, które wywołało reakcję, bo Dudek westchnął i sięgnął po telefon.

- Zadzwonię na komendę.

- Wstrzymaj się. Pogadam z Basieńką. Idź do samochodu. Zaraz przyjdę.

Dudek odszedł kilka kroków. Zostałam sama przy taśmie.

Marcel. Chłopak, który dba o blachy po próbie, który ma plan na życie zapisany w kalendarzu, chce zdobyć stypendium w Berklee i wie, że mu się uda. Wymaga od siebie kilku minut ciszy, aby móc zresetować uszy. Ma siedemnaście lat, nie pije, nie pali, dba o oddech przy szybkich tempach.

Powróciłam myślami do pierwszej ofiary, Kornela Wiecha. Boisko szkolne, między dwudziestą drugą a dwudziestą czwartą. Co robił w nocy na szkolnym boisku? Mogę się założyć, że tam też nie było kamer ani oświetlenia. To samo martwe pole, ten sam styl, ta sama cisza przed i po fakcie. Dwie ofiary. Siedemnastoletni chłopcy. Obaj w miejscach, gdzie kamera nie sięga.

Za mało, aby móc z tego cokolwiek ułożyć.

Wróciłam do auta. Dudek siedział nieruchomo i gapił się przez przednią szybę.

- Wpisz w Google'a "Wojciech Pieczkowski, menedżer muzyczny" - poleciłam.

Silnik odpalił za pierwszym razem, co zdarza się rzadko i co zawsze traktuję jako zły omen.

- Kto to? - zapytał Dudek, kiedy ruszyłam.

- Menedżer, którego Marcel spławił tydzień temu. Krantz powiedział, że chciał mu urządzać życie.

- Okej. - Wyjął komórkę i zatopił wzrok w ekranie. - Chcesz z nim pogadać?

- Najpierw chcę go prześwietlić. - Skręciłam w Puławską. - Na razie tyle. Potem wejdź w social media Marcela. I może zespołu. Poczytaj komentarze.

Dudek kiwnął głową. Nauczył się już, że milczenie w moim przypadku nie jest zaproszeniem do rozmów. Co doceniałam. Podczas drogi myślałam o tym, jak sprawca się poruszał. Portierka widziała duży, ciemny samochód zaparkowany blisko miejsca zdarzenia. Czy ktoś, kto myśli o tylu rzeczach i umie się zabezpieczyć, ryzykowałby przyjazd samochodem? Jeśli auto byłoby kradzione, może. Chyba że był wyjątkowo nieinteligentny.

- Wojciech Pieczkowski, menedżer muzyczny - odezwał się Dudek. - Ma swoją agencję, zatrudnia kilkanaście osób. Chwali się, że jest bardzo skuteczny, cytuję: "na rynku krajowym oraz na rynkach zagranicznych". Twierdzi, że koncerty jego podopiecznych obejrzało w zeszłym roku ponad pół miliona ludzi.

- Jakieś znane nazwiska?

- Może tobie. Mnie nie.

- Zadzwoń do niego i umów się na spotkanie.

- Na komendzie?

- Pokaż mi go.

Dudek podetknął mi pod nos aparat. Pieczkowski wyglądał na bardzo dobrze utrzymanego czterdziestolatka. Nosił się, jakby miał dwadzieścia. Wąskie spodnie do kostek. Blond pasemka. Kozia bródka. Okulary w fioletowych oprawkach. Wypolerowany aż do przesady uśmiech.

- Na komendę - zdecydowałam. - Najchętniej dzisiaj.

Wróciliśmy na Malczewskiego w milczeniu, które aż wibrowało od znaków zapytania. Warszawa za szybą samochodu wydawała się dzisiaj wyjątkowo wroga, zaganiana, zdyszana, obca.

Basieńka siedziała u siebie, otoczona chmurą dymu z elektronicznego papierosa, choć oficjalnie rzuciła palenie rok temu. Na widok mojej miny nawet nie próbowała udawać, że jest optymistką.

- Melduj - rzuciła krótko.

- Nie ma czego meldować, szefowo. Mamy trupa, który był chodzącym ideałem i martwe pole w monitoringu. - Usiadłam bez zaproszenia w fotelu. - Śledztwo to farsa. Zawadzki rzucił nam ochłap, żebym biegała w kółko i nie przeszkadzała dorosłym. Mam jedną rękę związaną za plecami, a drugą próbuję złapać gościa, który gra w zupełnie innej lidze.

-  Przypomnę: nie masz łapać gościa, tylko gadać ze świadkami, o ile jakichś znajdziesz.

Przewróciłam oczami.

-  Przecież wiesz, że to idiotyzm.

Basieńka odchyliła się na krześle. Jej twarz, zwykle surowa, teraz wydawała się po prostu zmęczona.

- Szpilka, kurwa mać - powiedziała z pasją. - Myślisz, że lubię, jak mi jakiś wypachniony komisarzyna ze Stołecznej rozstawia ludzi po kątach?

- Więc zrób coś z tym. Masz znajomych na Mostowie. Jeśli mam pociągnąć temat, muszę mieć pełny dostęp. Muszę wiedzieć, co znaleźli przy tym pierwszym dzieciaku z Władysława IV. Muszę wiedzieć, jakie logowania były do BTS-ów w obu miejscach. Inaczej będziemy tylko jeździć na pogrzeby i pisać raporty, które Zawadzki wrzuci do niszczarki.

- Jesteś pewną siebie, przemądrzałą gówniarą, wiesz o tym, oczywiście?

- Również cię kocham, Basieńko.

Szefowa milczała przez chwilę, bębniąc palcami o blat. Miałam świadomość, co to oznacza. Kalkulowała, ile kapitału politycznego musi spalić, żeby wywalczyć mi miejsce przy stole. I czy to jej się opłaci.

- Zawadzki to śliski typ, Marianna. On nie lubi konkurencji, a ty masz opinię kogoś, kto nie potrafi grać w zespole.

- Nie chcę z nim pić kawy. Nie mów do mnie Marianna. Chcę złapać tego, kto smaży mózgi siedemnastolatkom za pomocą prądu. Powiedz mu, że bardzo chętnie pomogę, jeśli wejdę na pełnych prawach. Albo niech sobie szuka świadków wśród mokotowskich emerytów i rencistów. Życzę powodzenia.

- Ej, to było polecenie służbowe, a nie koncert życzeń - burknęła.

Po prostu na nią patrzyłam. Była doświadczoną policjantką. Jak każdy nie lubiła się narażać, ale wiedziała, że mam rację. Mój ewentualny sukces pójdzie w dużej mierze na jej konto. Notowania wzrosną. Awans znajdzie się w zasięgu ręki. Porażka będzie problemem Zawadzkiego. Westchnęła i sięgnęła po telefon.

- Wyjdź. Pogadam z nim. Ale, Szpilka... - zatrzymała mnie w drzwiach. - Jeśli to załatwię, a ty znowu wywiniesz jakiś numer, przysięgam, że osobiście cię wypromuję na krawężnika na Mokotowie. Będziesz pilnować, żeby nikt nie parkował na trawnikach przed rezydencjami.

- Nie lubię Mokotowa. Jest nudny - uśmiechnęłam się krzywo. - Wolę moje śmieci na Wilanowie. Pamiętaj, w razie czego.

Pożegnała mnie energicznym ruchem dłoni. Może mi się wydawało, ale środkowy palec sterczał do góry.

Siadłam przy biurku. Dudek zajmował miejsce obok. Miał otwarte okno YouTube'a. Przez słuchawki pobrzmiewały soczyste riffy zespołu Feedback. Noga aspiranta podrygiwała rytmicznie. Wyglądał tak niewinnie, że przez moment poczułam ukłucie zazdrości. On jeszcze wierzył w skuteczność, sprawiedliwość, procedury. Skuteczność, może owszem, czasami. Co do sprawiedliwości, nie wypowiadam się. Procedury zaś, jak wskazywała praktyka, były dla tych, którzy chcieli mieć spokojną drogę do emerytury.

Telefon zawibrował. Gunia. Nie odebrałam. Nie teraz. Republika "Gdyby" po raz kolejny się o mnie upominała, a ja jakoś wyjątkowo nie miałam siły, by być jedyną dorosłą w rodzinie.

- Co z Pieczkowskim? - zapytałam.

Dudek zdjął słuchawki, odłożył je na blat i wyłączył okno, w którym Marcel Rosiński wybijał jakiś skomplikowany, polirytmiczny groove.

- Pan menedżer jest w trasie z artystą. - Dudek skrzywił się, jakby połknął cytrynę. - Nie ma czasu się z nami spotkać, bo jest w samym środku kurewskiego rozpiździaju. Koniec cytatu.

Siadłam przy swoim biurku, na którym, jak zwykle, panował porządek.

- Daj mi jego numer - westchnęłam.

Wbiłam podane cyfry. Po trzech sygnałach zgłosił się melodyjny, męski głos.

- Wojtek Pieczkowski, dzień dobry.

Uwielbiam, jak czterdziestoletni faceci mówią o sobie per "Wojtek". To mnie od razu do nich pozytywnie nastawia.

- Podkomisarz Kohut, Komenda Rejonowa Warszawa Mokotów - powiedziałam grubym głosem, kątem oka łapiąc zdumioną minę Dudka. - Jakiż to kurewski rozpiździaj uniemożliwia panu złożenie zeznań w charakterze świadka w sprawie o zabójstwo?

Zgodnie z planem odpowiedzią było pełne zdumienia milczenie.

- Proszę pani, nie byłem świadkiem żadnego zabójstwa - usłyszałam w końcu. Po początkowej zadziorności nie zostało nawet wspomnienie. Facet z miejsca zaczął brzmieć, jakby znajdował się na pogrzebie.

- Nie twierdzę, że pan był - odparłam. - Natomiast rozmawiał pan z ofiarą niedługo przed jej śmiercią.

Głęboki namysł.

- W ogóle nie wiem, o co chodzi - powiedział Pieczkowski. - Już telefon pani kolegi mnie zdziwił.

- Marcel Rosiński został zamordowany - oświadczyłam.

- Marcel...? - zdziwienie. Chyba autentyczne. Wsłuchiwałam się w nie bardzo uważnie. - Marcel Rosiński? Perkusista? Zespół Feedback?

- Ten.

- Jak to się stało? Kiedy?

Wyglądał na przejętego. Szpilka-Psycholog, to ja.

- Czy teraz może mi pan poświęcić kilka minut? - zapytałam uprzejmie.

- Tak. Oczywiście. W głowie się nie mieści. Marcel...

- Jak go pan poznał?

- Widziałem ich na scenie - powiedział po chwili namysłu. - Chodzę na różne przeglądy, wie pani. Zawodowo. Niesamowita kapela. Konkurencja była mocna, ale oni wyszli i zdmuchnęli tamtych ze sceny. Technika, muzykalność, kompozycje, charyzma wokalisty... Mieli w sobie dojrzałość, którą rzadko można spotkać u ludzi o dziesięć lat starszych. Przewyższali resztę o lata świetlne. Teraz większość młodych kapel to odtwórcy, najczęściej mało zdolni. Feedback ma to, co miał Hey w latach dziewięćdziesiątych. Marcel nie tylko komponował, ale i pisał teksty. Kapitalne. Słyszała ich pani w ogóle?

- Kilka kawałków - odpowiedziałam.

- Niech pani sama oceni.

- Czego pan chciał od Marcela? - zmieniłam temat.

- Zaproponowałem im profesjonalną opiekę agencyjną.

- Jemu czy zespołowi?

- On był częścią kapeli.

- Rozumiem, że Feedback na razie nie ma agenta.

- Ani agenta, ani menedżera.

- I?

- Odmówili - odrzekł po chwili Pieczkowski.

- Dlaczego?

-  Marcel twierdził, że jest na to za wcześnie.

- Nie znam się na tym, ale wydaje mi się, że profesjonalna opieka jest ważna właśnie na tym etapie kariery.

- To samo mu mówiłem. Nie zgadzał się.

- Jakoś to uzasadnił?

Wsłuchałam się uważnie w jego głos.

- Chcieli najpierw dopracować muzę. Byli przekonani o swojej zajebistości.

- No, przed chwilą pan powiedział, że są zajebiści.

- Owszem. Mają talent. Ale trzeba też trochę pokory. W tej branży sam talent nie wystarczy.

Potrzebne są też takie cwaniaczki jak ty, dopowiedziałam w myśli, które będą zarabiały na czyimś talencie, bo ich samych Bóg nie obdarzył niczym, poza umiejętnością liczenia pieniędzy.

- Nikt nie zrobi kariery bez profesjonalnego wsparcia, cudów nie ma - ciągnął. - W końcu to do nich dotrze, tylko że wtedy może być już za późno.

- Marcel mówił w imieniu całego zespołu?

- Jest... był... liderem. Największą osobowością.

- Rozmawiał pan z innymi?

- Próbowałem. Marcel skutecznie mnie od nich odciął.

- Ile razy pan się z nim kontaktował?

- Dwa... może trzy.

- Na Łowickiej?

- Chciałem - zgrzytnął. - Cieć mnie nie wpuścił. Musieli go uprzedzić, że mogę przyjść.

- Przez telefon pan próbował?

- Nie chciał mi dać swojego numeru.

Tym razem usłyszałam w jego głosie prawdziwą złość.

- Wkurzyło to pana?

- Wkurzyło. Ale potem mi przeszło. Opiekuję się wieloma topowymi artystami. Mam z czego żyć. Nie muszę nadskakiwać zarozumiałym gówniarzom.

Nie skomentowałam, natomiast zanotowałam w myślach, żeby przyjrzeć się finansom jego agencji.

- Jakiego koloru ma pan samochód?

- Słucham?

- Kolor.

- A co ma do rzeczy...?

- To proste pytanie, panie Pieczkowski.

- Czarny.

- Dziękuję. Proszę czekać na telefon. Zgłosimy się.

Rzuciłam aparat na blat. Dudek spojrzał na mnie pytająco.

- Prześwietl go - rzuciłam. Jakoś tak naturalnie przejęłam rolę lidera w zespole. - Jakie ma kapele. Jak je traktuje. Czy dochodziło do jakichś konfliktów, a jeśli tak, o co chodziło. O jakich pieniądzach rozmawiamy. Czy ma długi. Czy wisi komuś przysługi. Musisz trochę pogrzebać.

- Coś muszę wiedzieć?

- Facet wbił zęby w Marcela i jego zespół, ale dostał po łapach. Jest zawiedziony. Bardzo. Weszło mu na ambicję.

- Myślisz, że mógł zabić?

- Nic na razie nie myślę. Cześć. Widzimy się jutro.

- Wychodzisz?

- Ja wychodzę. Ty zostajesz.

***