To koniec, Anno - Joanna Opiat-Bojarska

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (25,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Roz­dział 1

Anna Rogo­ziń­ska od dawna marzyła o tym dniu. Wpa­try­wała się w szpi­talne okno i cze­kała. Cier­pli­wie cze­kała, aż odzy­ska siły i będzie mogła wró­cić do pracy. Snuła plany, w myślach ana­li­zo­wała hipo­te­tyczne prze­szkody, które będzie musiała poko­nać, żeby wró­cić na szczyt.

Rekon­wa­le­scen­cja prze­cią­gała się w nie­skoń­czo­ność, za oknem zmie­niały się pory roku, a w Ance doj­rze­wała nie­smaczna myśl, że zanim upora się ze skut­kami ubocz­nymi ostat­niego dzien­ni­kar­skiego śledz­twa, wszy­scy o niej zapo­mną. Dla­tego kiedy dziś wró­ciła do tele­wi­zji, posta­no­wiła dać z sie­bie dużo wię­cej niż zwy­kle. Mimo że zwy­kle dawała z sie­bie wszystko.

Zespół przy­jął ją chłodno, ale za to szef poznań­skiego oddziału Primo TV, Kamil Gra­bow­ski, wysłał ją z misją nagra­nia mate­riału z poznań­skiej Ławicy, zazna­cza­jąc, że ma się spi­sać, bo podobno na lot­ni­sku roz­pęta się nie­zła afera.

Anna naj­pierw odtań­czyła taniec rado­ści, a póź­niej zabrała ulu­bio­nego ope­ra­tora kamery, Artura, i poje­chała spraw­dzić, o co cho­dzi.

Po godzi­nie wró­ciła z obszer­nym mate­ria­łem i wizją, jak zmon­to­wać obraz. W końcu robiła to, do czego została stwo­rzona. Zmon­to­wany mate­riał wysłała do szefa.

- Pani Anno, popro­szę do mnie. - Gra­bow­ski wychy­lił się ze swo­jego gabi­netu jakiś kwa­drans póź­niej.

Pamię­tała, że takie spon­ta­niczne wizyty w gabi­ne­cie dyrek­tora mogły mieć trzy powody: gło­śna bura, cicha pochwała lub przy­dzie­le­nie zada­nia spe­cjal­nego. Liczyła na to ostat­nie. Już raz otrzy­mała świetną pro­po­zy­cję zawo­dową, ale z powodu pobytu w szpi­talu musiała z niej zre­zy­gno­wać.

- Pani Anno, co to ma być? - Pozba­wiony emo­cji głos szefa zbił Annę z tropu. Męż­czy­zna nawet nie pocze­kał, aż pod­władna usią­dzie.

- Jak to co? Świetny mate­riał. - Przy­glą­dała mu się uważ­nie, pró­bu­jąc z jego twa­rzy wyczy­tać inten­cje.

Nie ocze­ki­wała pochwał, bo Gra­bow­skiemu dobre słowa zwy­kle grzę­zły w gar­dle. Ale spo­dzie­wała się przy­naj­mniej zoba­czyć błysk w jego oku.

- Świetny?! - prych­nął iro­nicz­nie. - Chyba dla osie­dlo­wej tele­wi­zji!

- Ale prze­cież...

- Może zbyt szybko wró­ciła pani do pracy? Może powinna pani wyko­rzy­stać jesz­cze zale­gły urlop? Naj­wi­docz­niej to, czego pani doświad­czyła... To zatru­cie dopa­la­czami...

Słowa Gra­bow­skiego mogłyby świad­czyć o tro­sce, nawet jeśli nie przy­ja­znej, to przy­naj­mniej zwy­czaj­nej, ludz­kiej. Mogłyby, ale Anka sku­piła się nie tylko na fonii, lecz także na obra­zie docie­ra­ją­cym do jej oczu.

Tłu­sta głowa szefa, zwy­kle kiwa­jąca się na krót­kiej szyi, ster­czała nie­ru­chomo. Plecy były wypro­sto­wane tak mocno, jakby wła­śnie połknął pręt, a dło­nie, zwy­kle płyn­nie tań­czące w trak­cie roz­mowy, teraz leżały na biurku.

Za oknem zbie­rały się chmury. Obrzy­dli­wie ciemne i kłę­bia­ste potwory zakry­wa­jące resztki nie­bie­skiego nieba.

- Sze­fie - pró­bo­wała się bro­nić - dopa­la­cze nie mają z tym nic wspól­nego. Anty­ter­ro­ry­ści wypro­wa­dzili Syryj­czyka z samo­lotu tylko dla­tego, że jedna z pasa­że­rek uznała go za ter­ro­ry­stę. Prze­słu­chano go i wypusz­czono. Nagra­łam roz­mowy z nim, z kimś ze służby gra­nicz­nej i ze znie­cier­pli­wio­nym pasa­że­rem, narze­ka­ją­cym, że samo­lot nie wyle­ciał o cza­sie. Poka­za­łam kilka per­spek­tyw... - kon­ty­nu­owała ze słab­ną­cym entu­zja­zmem. Gra­bow­ski jej nie słu­chał. Wpa­try­wała się jed­nak w niego, mając nadzieję, że w końcu wymusi jego uwagę. - Poza tym zagro­że­nie ter­ro­ry­styczne... Ludzie albo je igno­rują, albo są prze­wraż­li­wieni. Może warto byłoby poru­szyć ten temat i poka­zać spo­łe­czeń­stwu, gdzie leżą gra­nice? Dzi­siej­sza sytu­acja to prze­cież dys­kry­mi­na­cja rasowa! Chło­pak nie zro­bił nic takiego. Po pro­stu uro­dził się w Syrii. Gdyby był biały, taka sytu­acja nie mia­łaby miej­sca. Gdyby...

- Pani Anno, nie jeste­śmy od tego, żeby gdy­bać.

Zwy­kle jej tłu­ma­cze­nia dopro­wa­dzały go do szału. Mio­tał się po biu­rze, obi­ja­jąc tłu­ste ciało o meble w kolo­rze wenge. Jak lew prze­cha­dzał się od ściany do ściany i sku­tecz­nie uni­kał wzroku zde­ner­wo­wa­nej dzien­ni­karki.

Kolejna bez­e­mo­cjo­nalna wypo­wiedź Gra­bow­skiego zmu­siła Annę do wycią­gnię­cia wnio­sków. Nie­wąt­pli­wie brała udział w przed­sta­wie­niu. Omi­nęła próbę gene­ralną i nie nauczyła się tek­stu, w prze­ci­wień­stwie do sie­dzą­cego za biur­kiem męż­czy­zny, który wyda­wał się pano­wać nad wszyst­kim. Nawet nad odde­chem.

Gdyby nagle zrzu­ciła z sie­bie ubra­nie i zaczęła tań­czyć nago, Gra­bow­ski nawet by nie mru­gnął.

- Sam pan mnie wysłał na to lot­ni­sko!

- Tak, żeby nagrała pani mate­riał o tym, jak spraw­nie reagują nasze służby, kiedy cho­dzi o zagro­że­nie ter­ro­ry­styczne. Myśla­łem, że pokaże pani jakie­goś twar­dziela - wyce­dził i zaci­snął pię­ści, jakby chciał wzmoc­nić prze­kaz słowny pre­zen­ta­cją - który powie, że nic nam nie grozi. Że pozna­niacy mogą spać spo­koj­nie. I że prze­ana­li­zuje pani sytu­ację na chłodno!

- Na chłodno? Mia­łam zosta­wić ważny pro­blem spo­łeczny?!

- Waż­nym pro­ble­mem jest zagro­że­nie ter­ro­ry­styczne! Zamiast sku­pić się na meri­tum i poka­zać kon­kret, pani wolała pójść w łzawy ton repor­tażu. I niby kogo to ma zain­te­re­so­wać? Repor­taż o bied­nym Syryj­czyku, któ­rego potrak­to­wano jak zwie­rzę? I o złej bia­łej kobie­cie, która ośmie­liła się poczuć zagro­żona? Miała prawo się bać! W tym roku nali­czy­łem już ponad dwa­dzie­ścia zama­chów ter­ro­ry­stycz­nych na całym świe­cie. Sły­szała pani, że syryj­scy uchodźcy szy­ko­wali zama­chy w Ber­li­nie?

- Nie sły­sza­łam.

- No wła­śnie, a to tylko potwier­dza moje obawy. Nie nadaje się pani do pracy.

Czyli dotar­li­śmy do finału - pomy­ślała Anka i spu­ściła głowę. Kie­dyś zapewne kłó­ci­łaby się z sze­fem i jak lwica bro­niła swo­jego punktu widze­nia. Kil­ku­mie­sięczny pobyt w szpi­talu spra­wił jed­nak, że wypa­dła z obiegu i stra­ciła sporo pew­no­ści sie­bie.

- Nie inte­re­suje mnie duma jakie­goś bru­dasa! - Gra­bow­ski ude­rzył dłońmi o blat biurka. - Nie mam czas na pro­sto­wa­nie pani spo­łecz­nych zapę­dów. Pra­cu­jemy dla ogól­no­pol­skiej tele­wi­zji, musimy wpa­so­wać się w sztywne reguły!

- Sze­fie...

- Nie wiem, co z panią zro­bić. Jest pani wypa­lona i prze­wraż­li­wiona. Szcze­rze przy­znam, że trzy­ma­łem dla pani miej­sce, by po cho­ro­bie mogła pani do nas wró­cić. W końcu, jakby nie było, omal nie stra­ciła pani życia pod­czas wyko­ny­wa­nia obo­wiąz­ków służ­bo­wych. Sta­ra­łem się, pani Anno. I przy­znaję, że kie­dyś ceni­łem pani podej­ście do pracy. Nie­stety teraz widzę, że stare sen­ty­menty to nie­zbyt dobry spo­sób na zarzą­dza­nie sta­cją tele­wi­zyjną. To jest nie­do­pusz­czalne, że eks­cy­tuje się pani sen­ty­men­tal­nymi pier­do­łami. Pani Anno, to już nie jest dzien­ni­kar­stwo...!

Bar­dziej niż kie­dyś? Słowa Gra­bow­skiego błą­dziły po gło­wie Anki jesz­cze długo po tym, jak wyszła z budynku. Nie to spo­dzie­wała się usły­szeć.

Sama dzie­liła swoje życie na "kie­dyś" i "teraz". Chciała jed­nak zapo­mnieć o tej gra­nicy. O roz­mo­wie z mor­dercą, która uświa­do­miła jej, że wybrany przez nią zawód dzien­ni­ka­rza śled­czego był zde­cy­do­wa­nie bar­dziej nie­bez­pieczny, niż wcze­śniej sądziła. Uświa­do­miła sobie, że powoli tra­ciła świa­do­mość i kon­trolę nad wła­snym cia­łem. I o tym, że ambi­cja i chęć roz­wi­kła­nia sprawy zwią­za­nej z dopa­la­czami spra­wiły, że mogła umrzeć.

Żyła bar­dziej przez przy­pa­dek. To pod­ko­chu­jący się w niej Łukasz przy­czy­nił się do tego, że ją odra­to­wano. Pamię­tała, jak krzy­czał: "Nie zamy­kaj oczu, nie zasy­piaj, zostań ze mną, Anka!".

- I jak pod­su­mu­jesz pierw­szy dzień w pracy?

Łukasz sie­dział obok niej na kana­pie. Zado­mo­wił się już. Nawet swe­ter, który miał na sobie, paso­wał do wystroju miesz­ka­nia.

Widziała, że bar­dzo chciał się wto­pić w tło i spra­wić, że któ­re­goś dnia Anka powie mu: "zostań". Bywał u niej wła­ści­wie codzien­nie, odkąd wró­ciła ze szpi­tala. Począt­kowo wynaj­dy­wał jesz­cze pre­tek­sty dla swo­ich wizyt. Raz przy­szedł wymie­nić uszczelkę w kra­nie, innym razem prze­cho­dził obok, jesz­cze innym wno­sił na pię­tro siatki z zaku­pami, a póź­niej przy­go­to­wy­wał kola­cję. Potem wpa­dał już jak do sie­bie. Sia­dał na kana­pie, zamie­niał z nią kilka słów, a potem włą­czał tele­wi­zor i szu­kał kanału infor­ma­cyj­nego.

- Nie mogę narze­kać. Pierw­sze dni są zwy­kle trudne. Nie­ważne, czy w nowym miej­scu, czy na sta­rych śmie­ciach.

- Czyli było ciężko? - Ode­rwał wzrok od tele­wi­zora i spoj­rzał na nią zatro­skany.

- Nie. - Pokrę­ciła głową i ucie­kła do kuchni.

Nie chciała, by widział jej twarz, by się o nią mar­twił. Cza­sami zwy­czaj­nie wola­łaby, żeby go tu nie było.

Nie potra­fiła mu jed­nak tego powie­dzieć. Był przy niej przez cały ten trudny szpi­talny czas. Zawsze cier­pliwy i pomocny. Sie­dział przy jej łóżku, gła­dził po dłoni, a ona zasta­na­wiała się, czego mu bra­kuje.

Bo tego, że cze­goś bra­ko­wało, była pewna. Był prze­cież bar­dzo dobrym czło­wie­kiem - inte­li­gent­nym, oczy­ta­nym i uwiel­bia­ją­cym swoją pracę. Wiele rze­czy ich łączyło. Przy­glą­dała mu się tygo­dniami, spod przy­mknię­tych powiek, ale jakoś ni­gdy nie mogła w nim doj­rzeć kan­dy­data na kochanka.

Był dla niej bar­dziej jak brat, nawet przy­stojny, dobrze ubrany, cheł­piący się kalo­ry­fe­rem na brzu­chu. Nie potra­fiła zauwa­żyć w nim męż­czy­zny. Dobrze się im roz­ma­wiało, ale bra­ko­wało mię­dzy nimi che­mii - spe­cy­ficz­nej i bar­dzo przy­jem­nej reak­cji orga­ni­zmu na bli­skość dru­giej osoby.

- Anka, tele­fon! - Głos Łuka­sza wyrwał ją z zamy­śle­nia.

Wró­ciła do pokoju i zer­k­nęła na wyświe­tlacz komórki leżą­cej na futu­ry­stycz­nej półce z książ­kami. Dobrze znała tę kom­bi­na­cję cyfr. Potrze­bo­wała chwili spo­koju i odosob­nio­nego miej­sca.

- Zro­bić ci kanapkę? - zapy­tała Łuka­sza, nim ode­brała. Chciała mieć pre­tekst do wyj­ścia z pokoju.

Kiw­nął głową, ale nie ode­rwał wzroku od tele­wi­zora. Na ekra­nie trzech poli­ty­ków pró­bo­wało się wza­jem­nie prze­krzy­czeć.

Wró­ciła do kuchni, przy­ło­żyła apa­rat do ucha i ode­zwała się naj­bar­dziej neu­tral­nie, jak tylko potra­fiła:

- Halo?

- Cześć, Aniu - przy­wi­tał ją męski głos.

Otwo­rzyła lodówkę. Poczuła chłód. Zwy­kle źle zno­siła zimno, ale w tej chwili wła­śnie tego potrze­bo­wała.

- Cześć.

- Jestem w Pozna­niu.

- Życzę przy­jem­nego pobytu. - Sta­rała się zacho­wać dystans.

Wyjęła z lodówki szynkę, majo­nez i masło. Się­gnęła do chle­baka. Zamiast ocze­ki­wa­nego bochenka zna­la­zła tylko jedną bułkę.

- Musimy się spo­tkać.

- Nie.

- Musimy - powtó­rzył kate­go­rycz­nie.

- Zapo­mnia­łeś? - syk­nęła naj­ci­szej jak potra­fiła. - To już nie­ak­tu­alne.

- Bar­dziej aktu­alne, niż ci się wydaje. Cze­kam tam, gdzie zawsze.

Mimo że dopiero minęła dzie­więt­na­sta, wokół pano­wała ciem­ność. Neon nie przej­mo­wał się jed­nak bra­kiem słońca. Po dwu­na­stu godzi­nach sie­dze­nia w domu korzy­stał z wol­no­ści. Zado­wo­lony biegł przed sie­bie, rado­śnie poszcze­ku­jąc.

Pro­ku­ra­tor Wik­tor Braun jak co wie­czór spa­ce­ro­wał wzdłuż Warty, obser­wu­jąc swo­jego psa i roz­my­śla­jąc nad życiem. Jesie­nią i zimą oko­lice koryta rzeki były wylud­nione, co bar­dzo mu odpo­wia­dało. Dzięki ota­cza­ją­cej go ciszy i ciem­no­ści korzy­stał z odro­biny wol­no­ści.

W pracy zawsze był na świecz­niku. Trzy­mał się wypeł­nio­nego po brzegi planu dnia, pro­ce­dur i para­gra­fów. Kon­tro­lo­wał, kon­sul­to­wał, prze­słu­chi­wał i wygry­wał kolejne bata­lie sądowe. Zawsze schlud­nie ubrany, opa­no­wany i uważny.

W osta­tecz­nym roz­ra­chunku praca przy­no­siła mu o wiele wię­cej rado­ści niż zmę­cze­nia, ale były chwile, takie jak ta, że zasta­na­wiał się, czy w jego życiu jest cokol­wiek poza pracą.

Od dawna uspra­wie­dli­wiał się sam przed sobą, że nie ma czasu ani na przy­jem­no­ści, ani na przy­ja­ciół, ale chyba nad­szedł moment, żeby uświa­do­mić sobie, że to nie czas był naj­więk­szą prze­szkodą. Nie miał przy­ja­ciół, hobby ani marzeń do speł­nie­nia.

Gdyby otrzy­mał kilka godzin w pre­zen­cie i tak spę­dziłby je w pracy. Tylko ona przy­no­siła mu praw­dziwe poczu­cie satys­fak­cji.

- Neon! - przy­wo­łał do sie­bie psa, który odbiegł zbyt daleko.

Wyżeł dobiegł do jego nóg. Dał się pogła­skać i znowu ruszył przed sie­bie.

Braun zatrzy­mał się przy ławce, przy któ­rej widoczne były ślady byt­no­ści rdzen­nie chwa­li­szew­skiego towa­rzy­stwa. Poroz­rzu­cane butelki po piwie, zgnie­ciona paczka po papie­ro­sach i mnó­stwo petów. Powoli się do tego przy­zwy­cza­jał. Nie miał wyj­ścia. Zamiesz­kał prze­cież w nowym budynku wybu­do­wa­nym w dziel­nicy, która nie miała naj­lep­szej opi­nii.

Ślady. Nie lubił do tego wra­cać. Zwłasz­cza jesie­nią. Cztery lata temu z drzew też spa­dały liście. I też nie­omal nie zdą­żyłby tego zauwa­żyć. Tra­giczny wypa­dek spra­wił, że czas się zatrzy­mał, a on - sku­piony na pracy pro­fe­sjo­na­li­sta - zauwa­żył leżące na ziemi liście.

Nie chciał jed­nak pamię­tać emo­cji zwią­za­nych z tam­tym wyda­rze­niem. Zamiast nich sku­piał się na cyfrach, a one mówiły same za sie­bie.

Eks­perci usta­lili, że mię­dzy poja­wie­niem się prze­szkody na dro­dze a wci­śnię­ciem hamulca przez kie­rowcę mija około sekundy. Do tego trzeba doli­czyć około pół sekundy na zadzia­ła­nie układu hamul­co­wego. Razem daje to pół­to­rej sekundy, w ciągu któ­rej samo­chód jadący z pręd­ko­ścią pięć­dzie­się­ciu kilo­me­trów na godzinę pokona dystans przy­naj­mniej pięt­na­stu metrów.

Tam­ten jechał wła­śnie z taką pręd­ko­ścią, a droga jego hamo­wa­nia wynio­sła trzy­na­ście metrów. Razem dwa­dzie­ścia osiem metrów.

- Kie­ru­jący pojaz­dem nie miał szans, żeby wyha­mo­wać. - Wik­tor powtó­rzył słowa jed­nego z bie­głych wypo­wia­da­ją­cego się w sądzie.

Zapa­mię­tał wszyst­kie, nawet naj­drob­niej­sze szcze­góły tam­tego wypadku. A także to, że zabra­kło kilku sekund, kilku metrów. A może jedy­nie odro­biny szczę­ścia?

Raport z miej­sca zda­rze­nia poka­zał, że kie­rowca jechał zgod­nie z prze­pi­sami, a pie­szy wtar­gnął na jezd­nię, nie pozo­sta­wia­jąc sobie żad­nych szans. Zna­lazł się zbyt bli­sko samo­chodu. Trudno było z tym dys­ku­to­wać. Dla Brauna nie był to jed­nak byle jaki prze­cho­dzień.

Po zakoń­cze­niu każ­dej sprawy rese­to­wał tą część umy­słu, która się nią zaj­mo­wała. Było to nie­zbędne, by zro­bić miej­sce na nową sprawę. Wypa­dek sprzed czte­rech lat na­dal jed­nak tkwił w jego pamięci. W lecie, zimie czy wio­sną uda­wał, że go tam nie ma, ale jesie­nią wysu­wał się na front i krzy­czał: "Jestem tu, jestem! Jak możesz z tym żyć?".

Z ulgą zamknęła za Łuka­szem drzwi. Nie było łatwo się go pozbyć, ale w końcu się udało.

Z prze­ra­że­niem obser­wo­wała, co się z nimi działo. Mogła na nim pole­gać. Spraw­dził się w trud­nej sytu­acji, teo­re­tycz­nie powinna więc paść mu w ramiona i zade­kla­ro­wać miłość aż do śmierci. Jed­nak cały czas spo­koju nie dawała jej myśl, że nie mogła w Łuka­szu odna­leźć nawet cie­nia męż­czy­zny.

Była mu wdzięczna, ale chciała się go pozbyć. Przy Łuka­szu jej aser­tyw­ność i bez­ce­re­mo­nialna bez­po­śred­niość tra­ciły nie­stety na sile.

Z per­spek­tywy fotela, na któ­rym sia­dała, gdy on zale­gał na kana­pie, zauwa­żała ogromne podo­bień­stwo Łuka­sza do jej świę­tej pamięci ojca. Miała przed oczyma wytłusz­czone zda­nie, które zna­la­zła ostat­nio w jed­nej z bab­skich gazet: "kobiety wybie­rają na part­ne­rów męż­czyzn, któ­rzy naj­bar­dziej przy­po­mi­nają im ich nie­obec­nych ojców". Nawet jeśli było w tym stwier­dze­niu jedy­nie zia­renko prawdy, to zauwa­żała jesz­cze jedno podo­bień­stwo: powoli zmie­niała się przy nim we wła­sną matkę. Nie chciała tego.

Wró­ciła do salonu po tele­fon i wybrała ostatni numer, który do niej zadzwo­nił.

- Jesteś tam jesz­cze? - spy­tała.

- Jestem. Jedziesz?

- Skoń­czy­łam spo­tka­nie, mogę być naj­wcze­śniej za pół godziny.

- Tak długo nie będę cze­kał. Bądź za kwa­drans.

W restau­ra­cji Wieniawskiego5 pano­wał nie­oczy­wi­sty kli­mat. Indu­strialne lampy sufi­towe i cegła na jed­nej ze ścian two­rzyły wra­że­nie miej­sca ide­al­nego do pro­wa­dze­nia roz­mów biz­ne­so­wych. Nastro­jowe oświe­tle­nie z kin­kie­tów ocie­plało jed­nak nowo­cze­sne wnę­trze, podob­nie jak bież­niki zdo­biące stoły, stwa­rza­jąc przy­jemne miej­sce do nie­ofi­cjal­nych roz­mów, także tych bar­dziej intym­nych. Wszystko to czy­niło miej­sce sym­pa­tycz­nie nie­zo­bo­wią­zu­ją­cym.

"Spo­koj­nie, to tylko lunch. Co będzie dalej, zależy tylko i wyłącz­nie od cie­bie. Nie zro­bię nic, na co nie dasz mi przy­zwo­le­nia" - tak odczy­tała to miej­sce, kiedy ponad rok temu weszła do niego po raz pierw­szy, przyj­mu­jąc zapro­sze­nie Roberta, wice­pre­zesa Primo TV.

Poczuła się na tyle bez­pieczna, że nawet nie zauwa­żyła, że łagod­nie prze­szli do kolej­nego etapu zna­jo­mo­ści. Wie­czory zwy­kle roz­po­czy­nali w restau­ra­cji, a koń­czyli w łóżku.

Dzi­siaj nie czuła się tu bez­piecz­nie. Chciała mieć to spo­tka­nie za sobą. Pchnęła drzwi wej­ściowe i od razu go zoba­czyła. Sie­dział przy ścia­nie i wpa­try­wał się w nią. Anna zdjęła kurtkę i powoli skie­ro­wała się do jego sto­lika.

Nie zdą­żyła do niego podejść, gdy on iro­nicz­nie i gło­śno zapy­tał:

- Kupić ci zega­rek?

Zaci­snęła zęby i stłu­miła w sobie chęć odwró­ce­nia się na pię­cie i wyj­ścia.

- Nie, dzię­kuję. Chcia­łam ci przy­po­mnieć, że skoń­czy­li­śmy etap dawa­nia i przyj­mo­wa­nia pre­zen­tów.

Spoj­rzał na nią tak, że od razu poża­ło­wała swo­ich słów. Na­dal wyda­wało jej się, że wszystko w Rober­cie Zie­liń­skim jest ide­alne. Inte­re­su­jące spoj­rze­nie, zawsze dwu­dniowy zarost, deli­katne dło­nie oraz mie­szanka inte­li­gen­cji, poczu­cia wła­snej war­to­ści, humoru i zło­śli­wo­ści. Nie bez zna­cze­nia było rów­nież umię­śnione ciało opa­ko­wane w dobrze skro­jony gar­ni­tur i pozy­cja zawo­dowa.

Naj­bar­dziej jed­nak ide­alny wyda­wał się Ance fakt, że Robert miał żonę i dzieci. To pozwa­lało im kie­dyś na budo­wa­nie rela­cji, w któ­rej nie liczyło się nic oprócz dobrej zabawy. Ich spo­tka­niom nie towa­rzy­szyły obawy, że któ­reś z nich zaan­ga­żuje się na tyle, by mieć wobec dru­giego jakie­kol­wiek ocze­ki­wa­nia.

- Co sły­chać?

- Dzię­kuję, wszystko w porządku. A co u two­jej żony i dzieci?

Zasko­czyła go. Zawsze go zaska­ki­wała. Do tej pory ni­gdy nie nega­tyw­nie. Kie­dyś wyda­wała mu się kobietą ide­alną - inte­li­gentną, atrak­cyjną i emo­cjo­nalną, ale nie­ro­biącą scen. Teraz ewi­dent­nie dążyła do zde­rze­nia. Czo­ło­wego.

- Dzię­kuję, mają się dobrze.

Nie mógł nie zauwa­żyć, że jest spięta. Zaci­skała usta, bez prze­rwy poru­szała dłońmi. Albo pocie­rała jedną o drugą, albo pastwiła się nad słomką wysta­jącą ze szklanki z colą.

- Schu­dłaś.

- Ale żyję.

Usły­szał dziś od Gra­bow­skiego, że Rogo­ziń­ska nie radzi sobie w pracy. Że to, przez co prze­szła, mocno odbiło się na jej psy­chice. Że reaguje zbyt emo­cjo­nal­nie i nie jest w sta­nie nad sobą pano­wać. Spo­tkał się z nią, żeby spraw­dzić, czy to, co do niego dociera, jest prawdą, czy tylko plot­kami i kwe­stią panu­ją­cej w Primo TV anty­pa­tii do jed­no­stek zawy­ża­ją­cych śred­nią.

- Aniu...

- Co Aniu, co Aniu? Prze­stań mi się tak przy­glą­dać! Wiem, że się zmie­ni­łam, ale spę­dzi­łam w szpi­talu sześć mie­sięcy, a potem ponad mie­siąc w domu. Mam prawo wyglą­dać mniej atrak­cyj­nie. Ostat­nio widzie­li­śmy się w lutym. Jest począ­tek paź­dzier­nika.

- Cie­szę się, że jesteś. Wie­dzia­łem, że sobie z tym pora­dzisz.

- Świet­nie. Po co kaza­łeś mi tu przy­je­chać?

- Aniu, co się z tobą dzieje?

- A co ma się dziać? Nic. O co ci cho­dzi?

Przy sto­liku obok poja­wili się mło­dzi ludzie. Roze­śmiana para trzy­ma­jąca się za ręce i towa­rzy­szący im zna­jomi. Robert dałby sobie rękę uciąć, że już kie­dyś widział gdzieś jedną z dziew­czyn. Koja­rzył jej kocie oczy i zna­mię na dekol­cie.

- Nic? - powtó­rzył z nadzieją, że spro­wo­kuje Ankę do roz­mowy.

- Nic. - Wzru­szyła ramio­nami.

Uda­wała obo­jętną. Jak kie­dyś, pod­czas pierw­szego spo­tka­nia poza Primo TV. Cze­kał na nią w tej samej restau­ra­cji, a potem wpro­sił się do jej miesz­ka­nia. Mimo że cel wizyty był oczy­wi­sty, nie pro­te­sto­wała. Jej spo­sób bycia dawał mu pew­ność, że nikt ni­gdy nie dowie się o tym, że miło spę­dzają wspólne chwile.

Dziś nie zabrałby jej nawet do knajpy. Uni­kał spo­tkań się z dziew­czy­nami roz­chwia­nymi emo­cjo­nal­nie. Jego żona nie zno­siła awan­tu­ru­ją­cych się kocha­nek.

- Mam nadzieję, że stać cię na szcze­rość przy­naj­mniej z samą sobą.

Dziew­czyna z kocimi oczami poma­chała do niego i wyszcze­rzyła zęby. Kiedy zoba­czył szparę mię­dzy jedyn­kami, od razu dopa­so­wał twarz do sytu­acji. A raczej ciało do hote­lo­wego pokoju. Odpo­wie­dział jej krót­kim uśmie­chem.

Anka musiała to zauwa­żyć, bo odwró­ciła się, zmie­rzyła towa­rzy­stwo wzro­kiem, po czym bąk­nęła:

- Pójdę już. Na pewno nie będziesz się nudził.

Zanim zare­ago­wał, zdą­żyła wstać z krze­sła. Się­gnęła jesz­cze po leżącą na stole komórkę. Sko­rzy­stał z oka­zji i zła­pał ją za rękę.

- Puść! - wysy­czała na tyle gło­śno, by zwró­cić uwagę nowo przy­by­łego towa­rzy­stwa.

- Usiądź, to pusz­czę. Mam ci coś waż­nego do powie­dze­nia. Cho­dzi o Primo TV.

- Jeśli doty­czy to Primo TV, to zadzwoń do mnie jutro, w godzi­nach pracy.

Ska­pi­tu­lo­wał. Posta­no­wił przejść do rze­czy. Zako­mu­ni­ko­wać to, o czym się dowie­dział, i wró­cić do hotelu. Miał czter­dzie­ści dzie­więć lat i był za stary na bez­sen­sowne kom­pli­ko­wa­nie sobie życia.

- Nie dostar­czy­łaś zdol­no­ści do pracy.

- Że co? - Usia­dła.

- Zaświad­cze­nie, że jesteś zdolna do pracy. Od leka­rza. Po dłuż­szej cho­ro­bie jest to nie­zbędne, by wró­cić do wyko­ny­wa­nia obo­wiąz­ków wyni­ka­ją­cych ze sto­sunku pracy.

- To tylko papie­rek. - Anka znowu wzru­szyła ramio­nami. - Zała­twię go jutro.

- Anka, do kurwy nędzy, otrzą­śnij się w końcu! - Skoro jego tro­ska nie robiła na niej wra­że­nia, musiał ude­rzyć z innej strony. Zale­żało mu prze­cież na tym, by wywo­łać w niej jakąś reak­cję. - Pod­czas two­jej nie­obec­no­ści w Primo TV tro­chę się pozmie­niało. Gra­bow­ski wszedł w łaski pre­zesa i nasta­wił go odpo­wied­nio prze­ciwko tobie. Cze­kali na twój powrót, tylko po to, żeby cię zwol­nić.

- Cze­kali? - Anka roze­śmiała się ner­wowo. - Robert, nie roz­śmie­szaj mnie. Bądź face­tem i powiedz mi to pro­sto w oczy. Cze­ka­łeś na to, żeby mnie zwol­nić. Ty, nie oni. I tu nie cho­dzi o pracę, tylko o twoje pie­przone ego! Musisz mnie zwol­nić, bo jest ci to potrzebne, żeby poczuć się lepiej!

- Dla­czego mówisz tak, jak­byś mnie nie znała?

- Nie mam czasu na takie roz­mowy. Mówi­łam już. Nie dzwoń do mnie. Mam faceta. Jestem zaje­bi­ście szczę­śliwa. Z nami koniec. Zra­ni­łam cię? Prze­pra­szam. Ale rozu­miem, że teraz ty musisz oddać mi z nawiązką?

- Prze­stań się mio­tać i posłu­chaj mnie, bo to ostat­nia rzecz, którą ci powiem.

Weszła do łazienki, zatkała odpływ wanny i odkrę­ciła kran z cie­płą wodą. Stru­mień ude­rzył o cera­miczne dno.

Z pokoju sączyła się spo­kojna muzyka. Sade aniel­skim gło­sem wyzna­wała wła­śnie, że dała mu wszystko, co miała w sobie, a on wziął jej miłość i odszedł.

Anka nie mia­łaby odwagi cze­goś takiego powie­dzieć, cho­ciaż wyda­wało jej się, że spo­tkało ją dokład­nie to samo. Nie teraz, nie z Rober­tem ani nie z Łuka­szem... Wcze­śniej. Kie­dyś dała całą sie­bie, w zamian otrzy­mu­jąc ochłapy. To nie była zwy­kła miłość. To było bole­sne doświad­cze­nie, które zmie­niło ją na zawsze.

- I keep cry­ing / I keep try­ing for you / There's nothing like you and I baby / This is no ordi­nary love / No ordi­nary love.

Roze­brała się, a pod wartki stru­mień wody wlała swój ulu­biony płyn do kąpieli. Łazienka bły­ska­wicz­nie wypeł­niła się zapa­chem lawendy, ylang-ylang i kar­da­monu, a fio­le­towa, gęsta ciecz zaczęła zamie­niać się w pianę.

Weszła do wanny, zanu­rzyła ciało, zamknęła oczy i wcią­gnęła tak dużo powie­trza, jak tylko się dało. Lubiła ostry zapach lawendy. Ylang-ylang wyostrzał jej zmy­sły, tłu­mił złość i wyci­szał myśli. Kar­da­mon wraz z kono­piami indyj­skimi i makiem był w śre­dnio­wie­czu skład­ni­kiem arab­skiej mik­stury nar­ko­tycz­nej.

- Keep try­ing for you / Keep cry­ing for you / Keep fly­ing for you / Keep fly­ing / I'm fal­ling / I'm fal­ling.

Potrze­bo­wała takiej miesz­kanki, by zre­lak­so­wać się po cięż­kim dniu i jesz­cze cięż­szym wie­czo­rze. Musiała zebrać myśli i odna­leźć sie­bie. Powoli miała sie­bie dość. Uzmy­sło­wiła to sobie pod­czas roz­mowy z Rober­tem. Zebrały się nad nią chmury i tylko ona mogła je prze­go­nić.

Chcą cię zwol­nić - przy­po­mniała sobie słowa Roberta. - Pre­zes pod­jął decy­zję. Posta­wi­łem mu się, ale to był ostatni raz. Aniu, nie mogę dłu­żej być twoim anio­łem stró­żem. Mam zbyt wiele do stra­ce­nia. To koniec. Ura­to­wa­łem ci tyłek po raz ostatni. Sprawy wyglą­dają tak, że mają dla cie­bie pro­po­zy­cję. Nie do odrzu­ce­nia. Nie­stety.

- Wyrzu­cisz śmieci?

- Co?

- Śmieci. - Dziew­czyna pode­szła do zlewu, otwo­rzyła szafkę i poka­zała Muha­me­dowi, że odpadki nie miesz­czą się już w koszu.

- Of course, hunny.

Muha­med poca­ło­wał swoją dziew­czynę i ocho­czo zabrał się do wyko­na­nia zle­co­nego zada­nia.

Po wyda­rze­niach z poranka jego ciało na­dal maga­zy­no­wało w sobie nad­miar ener­gii i nega­tyw­nych emo­cji. Chęt­nie pozbyłby się przede wszyst­kim tej nega­tyw­nej czę­ści, posta­no­wił więc, że zbie­gnie z dzie­wią­tego pię­tra po scho­dach, a potem wróci pie­szo.

O czter­na­stej miał się poja­wić w lon­dyń­skiej sie­dzi­bie kon­tra­henta i omó­wić z nim zmiany w umo­wie. Obu­dził się rano w dobrym humo­rze. Zjadł śnia­da­nie, przy­go­to­wał się do podróży, chwy­cił walizkę i wyru­szył na lot­ni­sko. Odprawa poszła szybko, w stre­fie bez­cło­wej wypił kawę i zre­lak­so­wany wsiadł do samo­lotu.

Potem było już tylko gorzej. Dwóch anty­ter­ro­ry­stów cho­wa­ją­cych swoje twa­rze za komi­niar­kami wypro­wa­dziło go siłą z samo­lotu. Tra­fił do pokoju, w któ­rym przez kilka godzin odpo­wia­dał na to samo, bez­sen­sowne pyta­nie.

- Nie jestem ter­ro­ry­stą - powta­rzał tak długo, dopóki sam nie zaczął w to wąt­pić.

Nie zro­bił prze­cież nic złego. Wyko­ny­wał obo­wiązki zawo­dowe, nie prze­wo­ził nie­bez­piecz­nych sub­stan­cji, nie miał na sobie pasa sza­hida. Nie wyta­tu­ował sobie na czole napisu: "All?hu Akbar".

Mimo to, odkąd poja­wił się w Pol­sce, spo­ty­kał się z podej­rza­nymi spoj­rze­niami lub dziw­nymi uwa­gami. Część ludzi omi­jała go sze­ro­kim łukiem. Zdą­żył się do tego przy­zwy­czaić. Wyróż­niał się kar­na­cją, oprawą oczu i inten­syw­no­ścią koloru wło­sów.

Wyje­chałby, gdyby nie Mał­go­sia.

- Dzień dobry. - Na par­te­rze minął sąsiadkę.

Uśmiech­nął się do niej, ale nie odpo­wie­działa. Wykrzy­wiła twarz i spoj­rzała na niego z pogardą. Pomy­ślał, że może pomy­lił powi­ta­nia, że po zmroku powi­nien użyć innego.

Afera na lot­ni­sku skoń­czyła się nie­za­do­wo­le­niem lon­dyń­skiego klienta, pro­ble­mami w pracy, zain­te­re­so­wa­niem mediów i roz­mową z adwo­ka­tem, który zaofe­ro­wał Muha­me­dowi swoją pomoc w wywal­cze­niu odszko­do­wa­nia za naru­sze­nie jego praw.

Nie czuł jed­nak, że ma jakieś prawa. Że jest gotowy do walki. Chciał tylko spo­koju.

Chłodny, jesienny wiatr przy­wi­tał go od razu, kiedy wyszedł z klatki scho­do­wej. Posta­wił koł­nierz kurtki i ruszył przed sie­bie. Było już cał­kiem ciemno, a śmiet­nik znaj­do­wał się za budyn­kiem.

Na rogu stała osie­dlowa mło­dzież, która jak zwy­kle nie miała nic do roboty. Mał­go­sia nazy­wała ich "dre­sia­rzami" i kazała mu ich uni­kać. Sta­rał się, ale tym razem za późno ich zauwa­żył, przez co nie miał zbyt dużego pola manewru. Mógł wpraw­dzie się cof­nąć i obejść blok z dru­giej strony, ale uznał, że jeśli się odwróci, oni uznają to za ucieczkę. Prze­szedł więc obok, sta­ra­jąc się zacho­wać jak naj­więk­szy dystans i wpa­tru­jąc się w swoje buty. Nie szu­kał zaczepki.

- Zobacz­cie, paso­żyt lezie z wor­kiem! Cie­kawe co tam ma! Może coś ukradł?

Kilku męż­czyzn pode­szło do niego. Jeden szturch­nął go ramie­niem.

- Ej, bru­da­sie, patrz, gdzie leziesz!

- Nosz kurwa, nie jesteś u sie­bie!

- Tej, Michu, to ter­ro­ry­sta!

Igno­ro­wał zaczepki. Do śmiet­nika miał już tylko kilka kro­ków. Posta­no­wił, że wróci inną drogą. Nie będzie rzu­cał się im w oczy.

- Ter­ro­ry­sta do odstrzału! Na bank ma w tym worku bombę i zaraz roz­pier­doli nam osie­dle!

Silna dłoń zła­pała go za ramię. Pra­wie tak silna jak dłoń anty­ter­ro­ry­sty, który wypro­wa­dzał go z samo­lotu.

- Po chuj tu przy­je­cha­łeś, bru­da­sie?!

- Zostaw­cie mnie - ode­zwał się i wła­śnie wtedy otrzy­mał pierw­szy cios.

Naj­pierw zabo­lał go nos, potem całe ciało. Kolejne ude­rze­nia posy­pały się z róż­nych stron. Sły­szał pod­eks­cy­to­wane głosy:

- Wra­caj do sie­bie!

- Powiedz swoim kum­plom, że jeśli tu przy­jadą, to ich zaje­biemy!

- I pamię­taj, jesz­cze raz tkniesz pol­ską dziew­czynę, a poła­miemy ci ręce!

Zwi­nął się w pozy­cję embrio­nalną i sta­rał się zakry­wać głowę rękoma. Nie wszyst­kie słowa rozu­miał, nie wszyst­kie był w sta­nie usły­szeć. Łapał jed­nak ogólny sens. Mowa nie­na­wi­ści. Nie mógł jej nie zauwa­żyć. Tra­cąc przy­tom­ność, poża­ło­wał, że jed­nak nie ma na sobie pasa sza­hida.

Tak, nie powinna wycho­dzić pro­sto z wanny na dwór, zwłasz­cza że ter­mo­metr wska­zy­wał tylko dzie­sięć stopni Cel­sju­sza. Anka w myślach przy­znała rację matce.

Zimno ata­ko­wało jej roz­grzane ciało. Wci­skało się mię­dzy nie­do­piętą kurtkę i prze­ni­kało do środka, szu­ka­jąc sobie wygod­nego miej­sca.

- Dobry wie­czór, czy znajdę jesz­cze jakieś pie­czywo? - spy­tała z nadzieją, kiedy dotarła do celu swo­jej nie­roz­sąd­nej podróży.

Czynny do pół­nocy osie­dlowy sklep sta­no­wił mekkę dla wszyst­kich zapo­mi­nal­skich, cho­ciaż o tej godzi­nie przy­cią­gał chyba wię­cej tych potrze­bu­ją­cych wyso­kich pro­cen­tów.

- Nie­stety. - Eks­pe­dientka pokrę­ciła prze­cząco głową.

- A może jed­nak? Coś? Cokol­wiek?

- Mam jesz­cze jeden tostowy, ale jutro koń­czy się jego data waż­no­ści.

- Na bez­ry­biu i rak ryba - skwi­to­wała i dodała: - Biorę!

W dro­dze powrot­nej ze zdzi­wie­niem odno­to­wała, że mimo nie­sprzy­ja­ją­cej aury grupa osie­dlo­wych dre­sia­rzy stoi przy bloku obok. Być może była już za stara na to, by zro­zu­mieć feno­men roz­ma­wia­nia ze zna­jo­mymi w środku nocy, na wie­trze i w ciem­no­ści.

Na klatce scho­do­wej pano­wały ciem­no­ści. Poma­cała ścianę w poszu­ki­wa­niu włącz­nika świa­tła, a kiedy go zna­la­zła, poczuła się pew­niej. To wła­śnie wtedy jej wzrok padł na skrzynki na listy.

Ta naj­wy­żej poło­żona, ozna­czona nume­rem dzie­sią­tym, wyda­wała się nie być pusta. Rze­czy­wi­ście dawno jej nie spraw­dzała.

W środku leżała koperta zaadre­so­wana na Kan­ce­la­rię Prawną AR.

- Mece­nas Anna Rogo­ziń­ska - odczy­tała.

List nie wyglą­dał na prze­syłkę rekla­mową. Koperta była szara, adres odbiorcy wypi­sany ręcz­nie sta­ran­nym pismem. Z tyłu nie było adresu nadawcy.

- Kan­ce­la­ria prawna? Co to za żarty?

Anka poko­ny­wała schody, jed­no­cze­śnie zaj­mu­jąc się otwie­ra­niem koperty. Jak zwy­kle w takich sytu­acjach przed­miot mar­twy wyka­zał się nie­by­wałą zło­śli­wo­ścią. Naj­pierw oka­zał się tak mocno zakle­jony, że nie mogła go otwo­rzyć, a póź­niej, kiedy zde­cy­do­wała się na jego roze­rwa­nie, wypadł jej z rąk.

Znowu zga­sło świa­tło na klatce, a Anka musiała po omacku odna­leźć włącz­nik. Tym razem nie poszło jej to tak spraw­nie jak na par­te­rze. Tam loka­li­za­cję włącz­nika znała nie­mal na pamięć. Na trze­cim pię­trze ni­gdy wcze­śniej się nie orien­to­wała, który przy­cisk odpo­wiada za uru­cho­mie­nie dzwon­ków do drzwi, a który roz­pala żarówki.

Po chwili zasta­no­wie­nia zre­zy­gno­wała. Wycią­gnęła z kie­szeni komórkę i uru­cho­miła latarkę. Cof­nęła się do schodka, na któ­rym upu­ściła list. Pod­nio­sła kopertę i roz­sy­pane kartki, po czym pobie­gła do domu.

Dopiero kiedy zamknęła za sobą drzwi, przyj­rzała się zawar­to­ści prze­syłki. Zło­żona kartka zapeł­niona była nie­bie­skimi, rów­nymi lite­rami. Uwaga Anki sku­piła się jed­nak nie na liście, ale na dołą­czo­nej do niego kar­cie do gry.

Nie była zwy­kła, jak w więk­szo­ści talii. Intry­go­wała i prze­ra­żała jed­no­cze­śnie. Przed­sta­wiała ludzki szkie­let przy­ozdo­biony róża­nym wian­kiem. W oczy rzu­cały się przede wszyst­kim czer­wone plamy, które wyda­wały się być śla­dami po kro­plach krwi. Na dwóch rogach karty wid­niało czer­wone serce oraz litera "Q".

- Kró­lowa Kier? - Anka zamarła.

Kró­lowa Kier koja­rzyła jej się tylko z jed­nym. Chcąc wyklu­czyć rodzące się w jej gło­wie podej­rze­nia, zer­k­nęła na koniec listu. Szu­kała jakie­goś pod­pisu, cze­goś, co pomoże jej usta­lić, kto i dla­czego prze­słał jej taką kartę.

- Zakład karny. - Jej wzrok padł na ostat­nie słowa listu. - Jeśli mia­ła­byś ochotę do mnie napi­sać, to kie­ruj listy na adres Zakładu kar­nego w Rawi­czu.

Rozdział 2

Roz­dział 2

Droga Aniu,

Założę się, że jesteś już znu­dzona sie­dze­niem i nic­nie­ro­bie­niem. Być może sie­dzisz przy regale z książ­kami i zasta­na­wiasz się nawet: na co komu książka bez obraz­ków i roz­mów?

A może roz­my­ślasz nad pyta­niem, czy radość, jaką spra­wi­łoby Ci zaję­cie się nowym śledz­twem, jest warta wysiłku, któ­rego trzeba, żeby wstać z kanapy i ruszyć w mia­sto z naiw­nym prze­świad­cze­niem, że uda Ci się roz­wią­zać kolejną zagadkę?

A może robisz coś zupeł­nie innego, nawet nie dla­tego, że chcesz, ale raczej dla­tego, że nie wypa­dało Ci odmó­wić?

Dla­tego wła­śnie piszę i prze­sy­łam Ci kartę. Żebyś nie musiała zasta­na­wiać się, na co komu list bez obraz­ków.

Ostat­nio wyda­rzyło się tyle złego. Zarówno w Twoim, jak i w moim życiu.

Mam ogromny zamęt w gło­wie.

Sły­sza­łem, że wal­czysz o sie­bie. Że ktoś chciał zro­bić Ci krzywdę. Mar­twi mnie to.

Chciałby spoj­rzeć przed sie­bie i powie­dzieć Ci... Ale chyba nie jestem sobą, więc nie wiem, gdzie spoj­rzeć.

Wybacz.

Nie wszystko jest takim, jak się wydaje, dla­tego zde­cy­do­wa­łem się napi­sać do Cie­bie. Jesteś moją ostat­nią szansą.

Możesz mnie nie lubić. Możesz mi nie ufać. Możesz mi nie wie­rzyć.

Wiesz, jaki jestem, ale ni­gdy nie zro­bił­bym Ci krzywdy. Wtedy... pra­gną­łem jedy­nie spra­wie­dli­wo­ści.

Tygo­dnie spę­dzone za kra­tami dały mi do myśle­nia.

Jeśli ten list do Cie­bie dotrze... Jeśli go prze­czy­tasz - ode­zwij się do mnie.

No chyba że się mnie boisz.

Chciał­bym z Twoją pomocą napra­wić część swo­ich błę­dów. Zabi­łem kilka osób, ale może uda nam się wspól­nie ura­to­wać kilka innych ist­nień?

Zapra­szam na par­tię kro­kieta u Kró­lo­wej Kier.

Ści­skam.

Na zawsze Twój

Kape­lusz­nik.

- Uda­wa­nie, że ludzie z natury nie są agre­sywni, jest chore.

Sie­dział zato­piony w ciem­no­ści. Nikt na niego nie patrzył, nikt się nim nie inte­re­so­wał.

Czerń otu­lała go szczel­nie z każ­dej strony. Mimo świa­do­mo­ści, że ota­czają go ludzie, czuł się bez­pieczny. Nie widział ich. Nie sły­szał.

Mógł uwa­żać się za jedy­nego czło­wieka zagu­bio­nego w kosmicz­nej pustce.

- Milion lat walk o part­nerki i tery­to­rium spra­wiło, że w każ­dym z nas ist­nieje mniej lub bar­dziej ukryty instynkt zabójcy. U męż­czyzn decy­zja o zabi­ja­niu wyzwala testo­ste­ron. To on obniża próg, który musi prze­kro­czyć pobu­dze­nie...

Pobu­dze­nie towa­rzy­szyło mu od zawsze. Dla­tego nie lubił ludz­kich spoj­rzeń. Nie chciał ich sku­piać. Nie chciał myśleć o tym, że ktoś zauważy jego odmien­ność.

- Z całą pew­no­ścią można stwier­dzić, że mor­der­stwo jest efek­tem dyna­micz­nej wymiany mię­dzy napast­ni­kiem a ofiarą. Celem ofiary jest obrona. Celem sprawcy: zacho­wa­nie twa­rzy i zade­mon­stro­wa­nie siły cha­rak­teru - słowa pły­nęły z gło­śni­ków, szczel­nie wypeł­nia­jąc salę.

Jedyne źró­dło świa­tła sta­no­wiły sto­jące przy sce­nie reflek­tory. Oświe­tlały fotele, na któ­rych sie­dzieli zapro­szeni goście Poznań­skiego Festi­walu Kry­mi­nału Granda. Jakiś pisarz kry­mi­na­łów, psy­cho­log poli­cyjny i ktoś jesz­cze - nie koja­rzył nazwi­ska. Uważ­nie przy­słu­chi­wał się dys­ku­sji i teraz, mniej wię­cej w poło­wie jej trwa­nia, mógłby stwier­dzić, że trzeci męż­czy­zna jest chyba z łapanki. Ewi­dent­nie nie miał nic do powie­dze­nia.

- Wspo­mniał pan o fru­stra­cji. Czy ona zawsze pro­wa­dzi do agre­sji? - Pro­wa­dzący zadał pyta­nie psy­cho­lo­gowi.

Męż­czy­zna przez chwilę wier­cił się na fotelu, kilka razy sap­nął do mikro­fonu, jakby cze­kał na dodat­kowe pyta­nie.

On też cze­kał. Przez całe życie na coś cze­kał. Na lep­szy moment. Chwilę, w któ­rej będzie mógł się spraw­dzić. Kil­ka­na­ście sekund, w ciągu któ­rych będzie mógł poka­zać, jaki jest świetny.

- Obciąć jej głowę!

Kwe­stia wypo­wia­dana przez Kró­lową Kier, postać z Ali­cji w Kra­inie Cza­rów, towa­rzy­szyła Annie pod­czas mar­szu w kie­runku biura Gra­bow­skiego. Kiedy dyrek­tor wezwał ją do sie­bie, poczuła się bar­dzo nie­pew­nie. Sie­dząca pod oknem Joanna Sem­czuk, dzien­ni­karka zatrud­niona pod­czas cho­roby Anki, uśmie­chała się try­um­fu­jąco. Reszta zespołu uda­wała, że jest zajęta swoją pracą. Każdy wpa­try­wał się w ekran kom­pu­tera albo w notatki trzy­mane przed nosem.

Jedy­nie Artur, wra­ca­jący wła­śnie z pomiesz­cze­nia socjal­nego z kub­kiem paru­ją­cej her­baty, mru­gnął do Anki, jakby chciał dodać jej otu­chy. Naj­chęt­niej zatrzy­ma­łaby się i do niego przy­tu­liła, a przy­naj­mniej ode­brała ojcow­skie pokle­pa­nie po ple­cach. Nie­stety nie mogła sobie pozwo­lić na oka­zy­wa­nie sła­bo­ści w pracy.

Teo­re­tycz­nie po wczo­raj­szym spo­tka­niu z Rober­tem wie­działa, że po wizy­cie w biu­rze Gra­bow­skiego może spo­dzie­wać się zło­że­nia pro­po­zy­cji nie do odrzu­ce­nia. Nie domy­ślała się jed­nak jakiej.

Kształtne usta Roberta pozo­sta­wały nie­ru­chome, kiedy dopy­ty­wała, na czym pro­po­zy­cja ma pole­gać, kto ją wymy­ślił i dla­czego on - jej były kocha­nek - uznał, że powi­nien Ankę uprze­dzić. Robert mil­czał, a ona podzię­ko­wała uprzej­mie, poże­gnała się i wyszła z restau­ra­cji. Potrze­bo­wała tego bez­na­dziej­nego, jesien­nego wia­tru, by ochło­nąć. Wszystko szło nie tak. Nie tylko praca, ale i związki z ludźmi. Nawet roz­mowa z Rober­tem, którą zawsze się delek­to­wała, przy­po­mi­nała bieg po polu mino­wym.

- Niech pani zaj­mie miej­sce. - Kiedy sta­nęła w drzwiach, Gra­bow­ski wska­zał jej krze­sło, tak jakby miała jakiś więk­szy wybór.

Przy biurku stały aż dwa. Usia­dła na jed­nym z nich. Dokład­niej rzecz ujmu­jąc, na tym dru­gim, nie­wska­za­nym przez dyrek­tora. Musiała to zro­bić, żeby przy­go­to­wać się do tego, co miało za chwilę nastą­pić. Chciała odre­ago­wać. Tro­chę na zapas.

- Z cen­trali przy­szła pro­po­zy­cja dla pani.

- Pro­po­zy­cja? Dla mnie? - Udała zdzi­wie­nie i sku­piła się na dziur­ka­czu leżą­cym na biurku.

- Tak. - Odpo­wie­dział jej uśmie­chem tak cynicz­nym, że posta­no­wiła nie pod­da­wać się bez walki.

- To miło, kiedy firma, któ­rej oddało się całe swoje doro­słe życie, doce­nia pra­cow­ni­ków i ich zaan­ga­żo­wa­nie. - Anna wybrała stra­te­gię mającą, przy­naj­mniej w jej mnie­ma­niu, mak­sy­mal­nie utrud­nić dyrek­to­rowi reali­za­cję jego planu.

Gra­bow­ski się skrzy­wił. Oparł się o biurko przed­ra­mio­nami, zło­żył ręce jak do modli­twy i wyre­cy­to­wał:

- Wszy­scy zgod­nie uzna­li­śmy, że po powro­cie ze szpi­tala ma pani pro­blem. I że jedy­nym spo­so­bem na wyeli­mi­no­wa­nie pani... - powie­dział, po czym wziął wdech i spoj­rzał ku górze, jakby szu­kał odpo­wied­niego słowa - pani zbyt emo­cjo­nal­nego podej­ścia do tema­tów spo­łecz­nych będzie powie­rze­nie pani pew­nego wyzwa­nia.

Przez chwilę przy­glą­dała mu się z nadzieją, że znaj­dzie w nim coś, co nie zostało wcze­śniej zapla­no­wane.

- Wyzwa­nia?

- Oczy­wi­ście zro­zu­miem, jeśli go pani nie podej­mie.

- Jakiego wyzwa­nia?

- Pro­szę mi wyba­czyć, być może uży­łem złego słowa. To zada­nie. Mające oczy­wi­ście na uwa­dze dobro zarówno pani, jak i naszej sta­cji. Primo TV nie może sobie pozwo­lić na mar­no­wa­nie zaso­bów ludz­kich.

- Tak, tak. Czy będzie mi dane poznać kon­krety?

- To zro­zu­miałe - cedził słowa - że po tym, co panią spo­tkało, stała się pani jesz­cze bar­dziej wraż­liwa na wszel­kie zło. Celowo mówię: "bar­dziej wraż­liwa", a nie "prze­wraż­li­wiona", bo nie chcę, żeby czuła się pani nie­kom­for­towo.

Współ­pra­co­wali od lat, prze­szli przez wiele trud­nych tema­tów i kon­flik­tów. Gra­bow­ski dobrze wie­dział, jak się zacho­wy­wać, by czuła się nie­kom­for­towo. Wie­dział i dokład­nie to robił. Prze­dłu­żał, prze­cią­gał i odwle­kał moment, na który cze­kała.

Bez­czel­nie spo­glą­dał jej w oczy, jakby chciał spraw­dzić, ile jesz­cze wytrzyma, a póź­niej sku­piał się na dziur­ko­wa­niu kartki. Wkła­dał ją do dziur­ka­cza, a następ­nie z dużą siłą naci­skał przy­rząd. Towa­rzy­szący tej czyn­no­ści odgłos utrud­niał jej sku­pie­nie się.

- Prze­wraż­li­wie­nie dzien­ni­karki kłóci się jed­nak z zało­że­niami sta­cji. Pani Anno, wszy­scy są roz­cza­ro­wani pani postawą!

- Rozu­miem, dzię­kuję za zwró­ce­nie uwagi. Oczy­wi­ście zro­bię wszystko, co w mojej mocy, żeby popra­wić swój poziom, jak to pan nazwał, wraż­li­wo­ści.

- Przy­kro mi. Cały zarząd gło­so­wał za tym, żeby pani się pozbyć. Decy­do­wa­li­śmy się na współ­pracę z zupeł­nie inną osobą. Zmie­niła się pani i nie jeste­śmy w sta­nie tego zaak­cep­to­wać. Oczy­wi­ście, bro­ni­łem pani jak lew, prze­cież jest pani czę­ścią mojego zespołu, ale reszta...

- Przejdźmy do meri­tum. - Posta­no­wiła pośpie­szyć dyrek­tora.

Dziw­nym tra­fem Gra­bow­ski mówił to samo, co Zie­liń­ski wczo­raj: wszy­scy byli prze­ciw, a ja sta­ną­łem w obro­nie. Nie wie­działa już, komu powinna wie­rzyć. Zało­że­nie, z któ­rym wcho­dziła do gabi­netu dyrek­tora, legło w gru­zach.

Z tru­dem zacho­wy­wała pozory spo­koju. Była o włos od utraty pano­wa­nia nad sobą. Miała ochotę wstać, wykrzy­czeć swoją fru­stra­cję i trza­snąć drzwiami. Powstrzy­my­wała ją jed­nak myśl, że Gra­bow­ski zapewne tylko na to cze­kał.

- O, wła­śnie o to mi cho­dzi. Kie­dyś była pani gotowa, by przy­jąć słowa kon­struk­tyw­nej kry­tyki, dziś widzę tylko znie­cier­pli­wie­nie i nega­tywne nasta­wie­nie.

Dyrek­tor kon­ty­nu­ował przy­długi wywód, a Anka sta­rała się sku­pić myśli na czymś bar­dziej przy­jem­nym.

Robert Zie­liń­ski. Gdyby się z nim nie spo­tkała wczo­raj, gdyby nie miała świa­do­mo­ści, że sfor­mu­ło­wana przez zarząd pro­po­zy­cja sta­nowi jedyne koło ratun­kowe, dałaby upust swoim emo­cjom. Dzięki roz­mo­wie z nim wie­działa jed­nak, że jest na cen­zu­ro­wa­nym, a każdy jej gwał­towny ruch może zostać wyko­rzy­stany jako pre­tekst do zwol­nie­nia.

- Sprawa ma się tak... Ruszamy z pro­gra­mem doty­czą­cym pogo­to­wia ratun­ko­wego. Zde­cy­do­wa­li­śmy się powie­rzyć pani rolę pro­wa­dzą­cej.

- Pro­wa­dzą­cej? - Ankę zamu­ro­wało. - Nie bar­dzo rozu­miem. Kolejne docu­soap? Czy jest na to jesz­cze zapo­trze­bo­wa­nie?

- Nie, nie. To będzie coś zupeł­nie innego. Mię­dzy tele­no­we­lami doku­men­tal­nymi jest duża kon­ku­ren­cja. My ude­rzymy w zupeł­nie inny seg­ment rynku. Nie będziemy uda­wali, że poka­zu­jemy coś praw­dzi­wego. Nie będziemy krę­cili w hali. My po pro­stu poka­żemy praw­dziwe życie.

- Życie?

- Tak.

- Ale co ja mia­ła­bym robić?

- Jak to co? Być. Może pani potrak­to­wać ten pro­jekt jako repor­taż wcie­le­niowy.

- Wcie­le­niowy? - Anka powtó­rzyła ostat­nie słowo łamią­cym się gło­sem.

Było gorzej, niż mogła się spo­dzie­wać.

- Spę­dzi pani tro­chę czasu w pogo­to­wiu ratun­ko­wym.

- Słu­cham?

Gra­bow­ski wstał zza biurka i zaczął masze­ro­wać jak lew, od ściany do ściany.

- Na kilka tygo­dni sta­nie się pani ratow­ni­kiem medycz­nym. Popra­cuje pani z ratow­ni­kami, pojeź­dzi w karetce, napa­trzy się na ludz­kie dra­maty, na śmierć i życie w nie­do­statku. Oczy­wi­ście każdy krok będą śle­dzić kamery. Naj­lep­sze frag­menty z inter­wen­cji zmon­tu­jemy w dra­matyczny i dyna­miczny mate­riał. Widzo­wie dostaną pro­gram, od któ­rego nie będą mogli się ode­rwać. Nam sko­czą słupki oglą­dal­no­ści, a dochody z reklam... Cóż będę mówić, sama pani wie.

- A co ja będę z tego miała?

- Pani Anno, wszy­scy, cały zarząd i ja, mamy nadzieję, że odzy­ska pani dystans. Do sie­bie i świata. I że wykaże pani swoje zaan­ga­żo­wa­nie. Dzięki temu będziemy mogli kon­ty­nu­ować naszą współ­pracę.

Ludz­kie dra­maty, strzy­kawki, ręce zabez­pie­czone latek­so­wymi ręka­wicz­kami, cho­rzy ludzie - przez ostat­nie mie­siące Anka miała tego w nad­mia­rze. Naj­pierw na żywo, w szpi­talu, póź­niej po cichu, w swo­jej gło­wie. Nie musiała jeź­dzić po Pozna­niu i oglą­dać tego z bli­ska.

Bła­żej Puchal­ski jak co dzień masze­ro­wał do pracy. Wpraw­dzie miesz­kał bli­sko salonu fry­zjer­skiego, w któ­rym udało mu się zacze­pić, ale na tyle daleko, że dotar­cie do niego zaj­mo­wało mu całe pięt­na­ście minut.

Nie lubił cho­dzić pie­szo, dla­tego każ­dego dnia zasta­na­wiał się, czy jed­nak nie powi­nien zre­zy­gno­wać ze spa­ce­rów i nie prze­rzu­cić się na jakiś śro­dek loko­mo­cji. Samo­chód odpa­dał, bo swo­jego się jesz­cze nie doro­bił.

Poza tym miesz­kał naprze­ciwko Wiel­ko­pol­skiego Cen­trum Onko­lo­gii, a ulica Gar­bary, przy któ­rej stał jego blok, była jed­no­kie­run­kowa. Odno­sił wra­że­nie, że ta jed­no­kie­run­ko­wość to zło­śliwy uśmiech losu. Wiatr zawsze wiał mu w oczy, naj­gor­sze przy­da­rzało się wła­śnie jemu, a samo­chody jadące Gar­ba­rami zawsze zmie­rzały w prze­ciwną stronę niż on.

Pra­co­wał na Chwa­li­sze­wie, więc kiedy masze­ro­wał w górę Gar­bar i przy­glą­dał się mija­ją­cym go autom, w gło­wie tłu­kła mu się myśl, że idzie pod prąd. Kiedy wra­cał z roboty i z ulicy Chwa­li­szewo skrę­cał w Wielką, a następ­nie w Gar­bary, czuł się, jakby tonął. Wielki stru­mień pró­bo­wał go zabrać ze sobą, a on ni­gdy nie miał ochoty na powrót do czte­rech ścian. Łapał się więc wszyst­kiego, co mógł, skrę­cał w Woźną i w Wodną, i w Gro­blę, i wła­ści­wie w każdy zaułek. Szu­kał pre­tek­stów, by zatrzy­mać się gdzieś po dro­dze i z mniej lub bar­dziej nie­zna­jo­mymi ludźmi wypić piwo lub dwa.

Dzi­siaj już pod­czas drogi do pracy chęt­nie poszu­kałby odpo­wied­niego kom­pana. Hałas Gar­bar zaczął go iry­to­wać, skrę­cił więc w prawo w Gro­blę, a póź­niej w lewo, w Mostową.

Mostową tole­ro­wał tylko na odcinku od Gro­bli do Chwa­li­szewa. Otwie­rała się tu prze­strzeń, poja­wiały się jakieś drzewa i więk­szy kawa­łek nieba. Wcze­śniej­szy jej frag­ment wywo­ły­wał u Bła­żeja naj­gor­sze sko­ja­rze­nia.

Trasa mara­tonu. Wysoki szpa­ler publicz­no­ści. Wszy­scy patrzą na niego z poiry­to­wa­niem. Mają szare twa­rze. Ska­mie­niałe, ale wyra­ża­jące naj­gor­sze uczu­cia. A on bie­gnie. Nie, raczej już tylko idzie. Nie ma siły biec. A oni stoją. Jeden przy dru­gim. I cze­kają, aż się prze­wróci. Aż będą mogli z niego szy­dzić i obrzu­cić go kamie­niami.

Obej­rzał się za sie­bie. Wyso­kie i mocno znisz­czone kamie­nice two­rzyły odpy­cha­jący szpa­ler przy Mosto­wej. Znał je od dziecka, jed­nak z upły­wem lat coraz moc­niej dzia­łały na jego wyobraź­nię.

- Pro­simy wszyst­kich o pozo­sta­nie na miej­scach.

Głos pły­nący z gło­śni­ków odgo­nił czarne myśli. Bła­żej rozej­rzał się dookoła. Był już na wyso­ko­ści Nowej Gazowni, przy któ­rej ewi­dent­nie coś się działo. Poli­cyjna suka pod­je­chała na sygnale, ale tłum ludzi zasła­niał to, co mogło być naj­cie­kaw­sze.

Nie mógł nie podejść bli­żej. Minął poli­cyjne taśmy i nie­bie­sko-czer­wony pla­kat z wiel­kim napi­sem: "Granda".

- Pro­simy pań­stwa o spo­kój. Nie­ba­wem poli­cyjny śled­czy prze­py­tają świad­ków zabój­stwa. Pro­simy o pozo­sta­nie na miej­scach.

Prośba tylko uła­twiła Bła­że­jowi prze­pchnię­cie się do przodu. Przy okrą­głym budynku stały leżaki, a na jed­nym z nich leżał męż­czy­zna. Na gło­wie miał spo­rych roz­mia­rów ranę. Poli­cyjni tech­nicy krę­cili się przy zwło­kach, roz­sta­wiali tabliczki z nume­rami i wymie­niali spo­strze­że­nia, ale Bła­że­jowi coś nie paso­wało.

Przyj­rzał się tru­powi i mógłby przy­siąc, że jest tro­chę zbyt żywy, że co jakiś czas deli­kat­nie poru­sza nogą. Wszy­scy sku­pili się na zabez­pie­cza­niu śla­dów, a być może ofiara na­dal żyła. Gdyby nie obec­ność poli­cji, pod­szedłby do niego i spraw­dził, czy facet przy­pad­kiem nie oddy­cha.

Nie chciał jed­nak rzu­cać się w oczy. Jesz­cze popro­si­liby go o dowód oso­bi­sty i spi­sali. Nie potrze­bo­wał kło­po­tów. Poza tym śpie­szył się do pracy.

- Dro­dzy pań­stwo, tak oto roz­po­czyna się nasza festi­wa­lowa gra miej­ska. Dru­żyny bio­rące udział w grze pro­simy o usta­wie­nie się po pra­wej stro­nie. Za chwilę śled­czy udzielą wam kilku wska­zó­wek, na pod­sta­wie któ­rych będzie­cie musieli odna­leźć zabójcę.

Od kilku tygo­dni miał dość swo­jego biura. Marzył mu się remont i wpro­wa­dze­nie do prze­strzeni, w któ­rej spę­dzał więk­szość swo­jego zawo­do­wego życia, odde­chu nowo­ści.

W pierw­szej kolej­no­ści wymie­niłby meble. W dru­giej zmie­niłby kolor ścian, wykła­dzinę, rolety okienne. Wszystko to, co przy­po­mi­nało mu o tym, że osiem lat temu też był dyrek­to­rem.

Zasad­ni­czo nie miał nic prze­ciwko sta­no­wi­sku, które pia­sto­wał, draż­nił go jed­nak upływ czasu i zmie­nia­jące się mody doty­czące wystroju wnętrz. Widziałby sie­bie w bia­łym biu­rze z bia­łymi meblami i bia­łym lap­to­pem. Chciał ucho­dzić za nowo­cze­snego faceta w śred­nim wieku, a nie ramola oto­czo­nego prze­brzmia­łym już wenge.

- No to rzu­ci­li­śmy ją na głę­boką wodę. - Kamil Gra­bow­ski roz­po­starł się w fotelu.

- Szkoda, że nie mogli­śmy od razu jej uto­pić. - Joanna Sem­czuk nie wyglą­dała na zado­wo­loną.

Zatrud­nił ją dwa mie­siące temu. Była świeżo po stu­diach, zmo­ty­wo­wana do pracy, a jej wygląd zapo­wia­dał codzienne inte­re­su­jące dozna­nia wzro­kowe. Dłu­gie, ciemne włosy, duże oczy, zarówno te praw­dziwe, jak i przy­sło­wiowe, a do tego nabrzmiałe usta i kształtne pośladki.

Nie mogła lepiej tra­fić w jego gust. Zawsze podo­bały mu się "czarne mamby". Bar­dzo szybko przy zamknię­tych drzwiach jego gabi­netu usta­lili, że oboje chęt­nie pozby­liby się koniecz­no­ści zacho­wa­nia wobec sie­bie dystansu.

- Uto­pić? Szkoda, ale wiesz, w każ­dej orga­ni­za­cji panuje pewna kul­tura, która narzuca przy­naj­mniej obo­wią­zek zacho­wa­nia pozo­rów. Roz­ma­wia­li­śmy o tym wie­czo­rem. Muszę zacho­wy­wać się tak, żeby nikt nie miał mi nic do zarzu­ce­nia. Rozu­miesz mnie, prawda?

Joanna usia­dła na jego biurku - nie wyglą­dała na zado­wo­loną. W zasa­dzie "usia­dła" nie było odpo­wied­nim sło­wem na okre­śle­nie tego, co zro­biła. Przy­sia­dła lewym poślad­kiem na brzegu biurka, wysu­nęła prawą nogę w bok, a lewą rękę oparła na bla­cie, odchy­la­jąc przy tym głowę.

Miała dwa­dzie­ścia sześć lat, pra­wie dwa­dzie­ścia mniej niż on. Dokład­nie wie­działa, jak się usta­wić, żeby jej ciało wyglą­dało naj­bar­dziej ape­tycz­nie. Kamila to fascy­no­wało i prze­ra­żało jed­no­cze­śnie.

Fascy­no­wało z powo­dów oczy­wi­stych. Zbli­żał się do pięć­dzie­siątki, od czte­rech lat był roz­wod­ni­kiem, a od przy­naj­mniej pięt­na­stu nie towa­rzy­szyło mu poczu­cie przy­jem­nego i jed­no­cze­śnie nie­zno­śnego pod­nie­ce­nia pod­czas roz­bie­ra­nia kobiety. Seks stał się dla niego czyn­no­ścią tak oczy­wi­stą i prze­wi­dy­walną jak mycie zębów. Po pro­stu jed­nym z zabie­gów higie­nicz­nych, na które musiał zna­leźć czas, by póź­niej czuć się jako tako.

Prze­ra­żało z powo­dów, nad któ­rymi nie chciał się zasta­na­wiać. Kiedy jed­nak opo­wia­dał o Joan­nie swo­jemu przy­ja­cie­lowi ze stu­diów, zdo­był się na stwier­dze­nie, że za ich cza­sów dwu­dzie­sto­sze­ścio­latki były zupeł­nie inne. Bar­dziej zahu­kane, nie­śmiałe i wycze­ku­jące.

- Tak, tak. Rozu­miem. A jak zare­ago­wała?

- Tak jak zakła­da­li­śmy. Goto­wało się w niej i nawet nie sta­rała się tego ukryć. Spy­tała, co z innymi spra­wami, któ­rymi powinna się zaj­mo­wać. Odpo­wie­dzia­łem, że ma je prze­ka­zać tobie.

- Ooo! - Z twa­rzy Joanny znik­nęło nie­za­do­wo­le­nie.

- Wku­rzyła się, a potem, prze­ły­ka­jąc gorycz porażki, spoj­rzała na mnie z nadzieją i spy­tała, kiedy mie­li­by­śmy ruszyć z reali­za­cją tego pro­gramu.

- I wtedy ją dobi­łeś! - Roze­śmiała się.

Znowu go prze­ra­ziła i pod­nie­ciła jed­no­cze­śnie. Była zła. Pra­wie tak samo zła jak on.

Wie­czo­rami przez dwa tygo­dnie dopra­co­wy­wali szcze­góły ide­al­nego planu pozby­cia się Rogo­ziń­skiej z Primo TV. To Joanna wpa­dła na pomysł, że po trau­ma­tycz­nych doświad­cze­niach Anny ze szpi­tala przyda się jej coś, co przy­po­mni jej o tym, o czym chciała zapo­mnieć.

Zale­żało im na tym, żeby dzien­ni­karka cał­ko­wi­cie się roz­sy­pała. Dzięki temu mogliby pozbyć się jej bez bru­dze­nia rąk i bez budze­nia czy­ich­kol­wiek wąt­pli­wo­ści.

- Dobi­łem. Powie­dzia­łem, tak jak uzgod­ni­li­śmy... już, o ile nie wczo­raj.

- I?

- I wtedy zoba­czy­łem na jej twa­rzy praw­dziwe prze­ra­że­nie. Mia­łaś rację, zrzu­ce­nie na nią tego zada­nia, bez czasu na zasta­no­wie­nia się, czy upo­ra­nie się z sobą było naj­lep­szą rze­czą, jaką mogli­śmy zro­bić.

- Czyli co? Mamy ją?

- Mamy! Pytała oczy­wi­ście, czy nie można pro­wa­dze­nia pro­gramu oddać komuś innemu, na przy­kład tobie. Powie­dzia­łem, że można... A potem się­gną­łem do szu­flady po czy­stą kartę papieru. Poda­łem ją jej i doda­łem, że jeśli nie czuje tematu albo nie jest do niego prze­ko­nana, to ma napi­sać kilka słów wyja­śnie­nia, które przed­sta­wię zarzą­dowi.

- Jesteś boski!

Miał wra­że­nie, że pożera go wzro­kiem.

- No jestem... - zamru­czał i zer­k­nął na zega­rek. - Spo­tkamy się na lun­chu? Za godzinę?

- Cze­kaj, niech pomy­ślę... - Prze­su­nęła języ­kiem po war­gach. - A jeśli nasz plan nie wypali?

- Joasiu, spo­koj­nie. Ona nie da sobie rady. Jestem tego pewien. To tylko kwe­stia czasu. Roz­sy­pie się, a wtedy wyleci z hukiem.

- A jeśli się nie roz­sy­pie?

- To wymy­ślisz coś innego.

- Przy­pil­nuję, żeby nie nakrę­ciła go zgod­nie z wytycz­nymi.

- I to jest myśl. Pozbę­dziemy się jej z Primo TV, mate­riał zmon­tu­jemy tak, żeby jej na nim nie było, i wyemi­tu­jemy. Upie­czemy dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu.

- Tak, usu­niemy ją, a wrzu­cimy mnie, co myślisz? Takie wstawki na początku albo jakieś słowo komen­ta­rza? Widział­byś mnie w takiej roli?

- Cie­bie? W każ­dej! - Roz­ma­rzył się. - Lunch?

Nie zdą­żyła mu odpo­wie­dzieć. Tele­fon sto­jący na biurku zepsuł atmos­ferę nara­sta­ją­cego napię­cia. Wydał z sie­bie dźwięk, który zmu­sił Kamila do ode­rwa­nia wzroku od Joanny.

- Halo? Pod­jęła pani decy­zję? Dobrze. Rozu­miem. Pani Joanna prze­każe pani wytyczne pro­gramu.

- W imie­niu Rzecz­po­spo­li­tej Pol­skiej Sąd Okrę­gowy w Pozna­niu, Trzeci Wydział Karny w skła­dzie...

Pro­ku­ra­tor Wik­tor Braun stał i obser­wo­wał oskar­żo­nego. Zawsze to robił. Wpa­try­wał się w twarz czło­wieka, któ­rego oskar­żał, i szu­kał na niej śla­dów jakich­kol­wiek emo­cji. Jedni przyj­mo­wali wyrok sądu z ulgą, inni cał­kiem się roz­kle­jali. Jesz­cze inni do końca zacho­wy­wali kamienną twarz. Podob­nie jak Kaje­tan Bagiń­ski. Potwór, który z zimną krwią zabił matkę swo­ich dzieci.

Emo­cje. Wik­tor sam ich nie oka­zy­wał. Był dumny z tego, że wyro­bił w sobie bez­pieczne nawyki. Cie­szył się, że im dłu­żej pra­co­wał w zawo­dzie, tym bar­dziej robił się podobny do swo­jego książ­ko­wego idola, Mar­tina Vaila. Vail był adwo­ka­tem, który w Lęku pier­wot­nym Wil­liama Diehla bro­nił mło­dego czło­wieka oskar­żo­nego o zabój­stwo powszech­nie sza­no­wa­nego duchow­nego.

Vaila poznał naj­pierw w wer­sji fil­mo­wej. Zauro­czył go odpy­cha­jący styl bycia Richarda Gere bro­nią­cego debiu­tu­ją­cego Edwarda Nor­tona. Póź­niej się­gnął po książkę i zna­lazł tam mnó­stwo cynicz­nych zdań, które zakre­ślił na zie­lono. I nauczył się ich na pamięć.

"Nie wierz nikomu i niczemu. Nie wierz w to, co widzisz, sły­szysz i czy­tasz. I na Boga, nie ufaj uczu­ciom" - to była jedna z zasad, którą poży­czył od Vaila i trzy­mał się jej kur­czowo.

- ...po roz­po­zna­niu na roz­pra­wie sprawy Kaje­tana Bagiń­skiego, syna Jadwigi i Prze­my­sława, uro­dzo­nego w dniu 12 lipca 1985 oskar­żo­nego o...

Wik­tor pozwo­lił sobie na chwilę odciąć się od oto­cze­nia. Dobrze wie­dział, o jakie czynny oskar­żał Bagiń­skiego. Nie musiał kon­tro­lo­wać, czy sędzia dobrze spi­sał wszystko z akt sprawy.

Przy­wykł do mor­derstw, napa­dów i gwał­tów. Wszystko brzmiało dla niego tak samo słabo, bez­na­dziej­nie i tan­det­nie. Nie roz­pa­try­wał agre­sji w kate­go­riach nauko­wych. Nie szu­kał etyki, ale cie­szył się, gdy na nią tra­fił. Nie szu­kał też spra­wie­dli­wo­ści. Cza­sem jed­nak modlił się o to, by otrzy­mać jej choć odro­binę.

Pamię­tał też o tym, że to tylko praca. Adwo­kat wal­czył o dobre imię oskar­żo­nego. W tym cza­sie połowa sali - o ile była wypeł­niona publicz­no­ścią - zasy­piała, a sędzia roz­my­ślał nad miłym spo­so­bem spę­dze­nia wie­czoru. I on, pro­ku­ra­tor, miał też swój udział w tym przed­sta­wie­niu. Nie silił się jed­nak, by robić z niego arcy­dzieło. To zada­nie zosta­wiał pisma­kom.

Teraz chciało mu się pić. Na sali pano­wał zaduch. Kalo­ry­fery grzały pełną parą, a za oknem świe­ciło jesienne słońce.

- ...o czyn z arty­kułu sto czter­dzie­ści osiem para­graf pierw­szy kodeksu kar­nego...

Wik­tor cze­kał na naj­waż­niej­sze słowa sędziego. Dla niego odczy­ta­nie sen­ten­cji wyroku było jak muzyka kla­syczna. Naj­pierw pre­lu­dium, budo­wa­nie napię­cia w oskar­żo­nym, pod­no­sze­nie poziomu adre­na­liny u jego obrońcy i publicz­no­ści, jeśli taka była na sali. Póź­niej poja­wiały się para­grafy, cyfry, w któ­rych ukry­wał się czyn zabro­niony, Wik­tor zaczy­nał czuć eks­cy­ta­cję, a na sam koniec padały słowa, na które cze­kał od chwili pierw­szego rzu­ce­nia okiem na akta sprawy:

- Oskar­żo­nego Kaje­tana Bagiń­skiego uznaje za win­nego tego, że w dniu dwu­dzie­stego pierw­szego grud­nia dwa tysiące pięt­na­stego roku, dzia­ła­jąc z zamia­rem ewen­tu­al­nego pozba­wie­nia życia Mał­go­rzaty Bagiń­skiej, poprzez kopa­nie, ude­rza­nie jej pię­ściami po całym ciele oraz dusze­nie, spo­wo­do­wał u pokrzyw­dzo­nej obra­że­nia zewnętrzne w postaci siń­ców na gło­wie, twa­rzy, koń­czy­nach gór­nych i dol­nych oraz otar­cia naskórka na szyi, a także obra­że­nia czasz­kowo-mózgowe w postaci pod­bie­gnięć krwa­wych w powło­kach czaszki po stro­nie wewnętrz­nej, wylewu krwa­wego w mię­śniu skro­nio­wym pra­wym, obrzęku mózgu, krwiaka pod­twar­dów­ko­wego, wylewu krwa­wego w mię­śniach szyj­nych i mię­śniach klatki pier­sio­wej...

Sędzia wymie­niał, a umysł Brauna pro­jek­to­wał poszcze­gólne frag­menty ciała Mał­go­rzaty Bagiń­skiej. Ni­gdy nie zapa­mię­ty­wał twa­rzy ofiar osób, które oskar­żał, ale bar­dzo dokład­nie pamię­tał, kto co zro­bił. Prze­cho­wy­wał to w swoim archi­wum, gdzieś z tyłu głowy, zawsze w for­mie obra­zów poszcze­gól­nych frag­men­tów ciała leżą­cych na stole sek­cyj­nym.

- ...następ­stwem dozna­nych obra­żeń czasz­kowo-mózgo­wych, to jest ostrego krwiaka pod­twar­dów­ko­wego poura­zo­wego, był nagły i gwał­towny zgon Mał­go­rzaty Bagiń­skiej. Oskar­żo­nego uznaje się za win­nego zbrodni z arty­kułu sto czter­dzie­ści osiem para­graf jeden kodeksu kar­nego i za to wymie­rza mu się karę pięt­na­stu lat pozba­wie­nia wol­no­ści.

Sędzia prze­szedł do odczy­ta­nia uza­sad­nie­nia wyroku, a kamienna twarz Bagiń­skiego poczer­wie­niała.

Braun mógł ode­tchnąć z ulgą. Wygrał. Wie­dział, że tak będzie. Zbrod­nia z arty­kułu sto czter­dzie­ści osiem jest typo­wym prze­stęp­stwem mate­rial­nym, jego doko­na­nie wymaga nastą­pie­nia okre­ślo­nego w usta­wie skutku, czyli śmierci czło­wieka. Żona Bagiń­skiego umarła. W tej sytu­acji mniej ważne było to, czy bił ją, bo tak wła­śnie wyglą­dały ich wszyst­kie mał­żeń­skie kłót­nie, czy chciał ją zabić, czy tylko mógł prze­wi­dy­wać, że tak liczne i silne ciosy mogą dopro­wa­dzić do śmierci.

- W lewo!

Artur Lipiec w ostat­niej chwili zdą­żył zmie­nić tor jazdy samo­chodu. Zgod­nie z uwagą Anki skrę­cił w ulicę, któ­rej wcze­śniej nawet nie zauwa­żył. Wyda­wało mu się, że skręt w Rycer­ską będzie dopiero na następ­nych świa­tłach.

Wje­chali w wąską drogę oto­czoną z obu stron drze­wami. Zwol­nił. Nie pamię­tał, jakiego dokład­nie numeru szu­kali.

- Sta­cja Kon­troli Pojaz­dów - odczy­tał duży nie­bie­ski baner.

- Wierz mi, że wola­ła­bym już kon­trolę pojaz­dów, smary i inne takie męskie rze­czy niż to pie­przone pogo­to­wie.

- Wie­rzę - wes­tchnął.

Gdyby nie pro­wa­dził samo­chodu, w tej chwili pokle­pałby Ankę po ple­cach. Widział, że bar­dzo potrze­buje wspar­cia. To dla­tego zgo­dził się z nią jechać. Nie miał ochoty na tego rodzaju wyzwa­nie zawo­dowe, ale nie miał wyj­ścia. Nie mógł zosta­wić przy­ja­ciółki samej.

- To chyba tam, gdzie wjeż­dża ta karetka. - Anka wska­zała bramę.

Lewa część jezdni była zajęta przez zapar­ko­wane samo­chody. Po pra­wej znaj­do­wał się wjazd na teren Woje­wódz­kiej Sta­cji Pogo­to­wia Ratun­ko­wego. Artur rozej­rzał się za miej­scem, w któ­rym mógłby zosta­wić auto.

Kiedy wyłą­czył sil­nik i był gotowy do wyj­ścia, spoj­rzał na Ankę. Była blada i nie spie­szyła się z otwar­ciem drzwi. Zwy­kle zacho­wy­wała się jak pod­eks­cy­to­wana dziew­czynka - nie­spo­koj­nie tup­tała w miej­scu i wybie­gała z samo­chodu już pod­czas par­ko­wa­nia. Nie mogła się docze­kać tego, co nastąpi. Nie chciała stra­cić ani sekundy.

- Może jesz­cze fajka przed? - ode­zwała się, gdy spoj­rzał na nią pyta­jąco.

Wyszli na chod­nik. Wysi­lił się na żart, że papie­rosa pali się zwy­kle po, ale nawet się nie uśmiech­nęła. Stała w miej­scu i poru­szała nogami, prze­su­wa­jąc leżące na ziemi liście.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki