Rozdział 1
Rozdział 1
Anna Rogozińska od dawna marzyła o tym dniu. Wpatrywała się w szpitalne
okno i czekała. Cierpliwie czekała, aż odzyska siły i będzie mogła
wrócić do pracy. Snuła plany, w myślach analizowała hipotetyczne
przeszkody, które będzie musiała pokonać, żeby wrócić na szczyt.
Rekonwalescencja przeciągała się w nieskończoność, za oknem zmieniały
się pory roku, a w Ance dojrzewała niesmaczna myśl, że zanim upora się
ze skutkami ubocznymi ostatniego dziennikarskiego śledztwa, wszyscy o niej zapomną. Dlatego kiedy dziś wróciła do telewizji, postanowiła dać z siebie dużo więcej niż zwykle. Mimo że zwykle dawała z siebie wszystko.
Zespół przyjął ją chłodno, ale za to szef poznańskiego oddziału Primo
TV, Kamil Grabowski, wysłał ją z misją nagrania materiału z poznańskiej
Ławicy, zaznaczając, że ma się spisać, bo podobno na lotnisku rozpęta
się niezła afera.
Anna najpierw odtańczyła taniec radości, a później zabrała ulubionego
operatora kamery, Artura, i pojechała sprawdzić, o co chodzi.
Po godzinie wróciła z obszernym materiałem i wizją, jak zmontować obraz.
W końcu robiła to, do czego została stworzona. Zmontowany materiał
wysłała do szefa.
- Pani Anno, poproszę do mnie. - Grabowski wychylił się ze swojego
gabinetu jakiś kwadrans później.
Pamiętała, że takie spontaniczne wizyty w gabinecie dyrektora mogły mieć
trzy powody: głośna bura, cicha pochwała lub przydzielenie zadania
specjalnego. Liczyła na to ostatnie. Już raz otrzymała świetną
propozycję zawodową, ale z powodu pobytu w szpitalu musiała z niej
zrezygnować.
- Pani Anno, co to ma być? - Pozbawiony emocji głos szefa zbił Annę z tropu. Mężczyzna nawet nie poczekał, aż podwładna usiądzie.
- Jak to co? Świetny materiał. - Przyglądała mu się uważnie, próbując z jego twarzy wyczytać intencje.
Nie oczekiwała pochwał, bo Grabowskiemu dobre słowa zwykle grzęzły w gardle. Ale spodziewała się przynajmniej zobaczyć błysk w jego oku.
- Świetny?! - prychnął ironicznie. - Chyba dla osiedlowej telewizji!
- Ale przecież...
- Może zbyt szybko wróciła pani do pracy? Może powinna pani wykorzystać
jeszcze zaległy urlop? Najwidoczniej to, czego pani doświadczyła... To
zatrucie dopalaczami...
Słowa Grabowskiego mogłyby świadczyć o trosce, nawet jeśli nie
przyjaznej, to przynajmniej zwyczajnej, ludzkiej. Mogłyby, ale Anka
skupiła się nie tylko na fonii, lecz także na obrazie docierającym do
jej oczu.
Tłusta głowa szefa, zwykle kiwająca się na krótkiej szyi, sterczała
nieruchomo. Plecy były wyprostowane tak mocno, jakby właśnie połknął
pręt, a dłonie, zwykle płynnie tańczące w trakcie rozmowy, teraz leżały
na biurku.
Za oknem zbierały się chmury. Obrzydliwie ciemne i kłębiaste potwory
zakrywające resztki niebieskiego nieba.
- Szefie - próbowała się bronić - dopalacze nie mają z tym nic
wspólnego. Antyterroryści wyprowadzili Syryjczyka z samolotu tylko
dlatego, że jedna z pasażerek uznała go za terrorystę. Przesłuchano go i wypuszczono. Nagrałam rozmowy z nim, z kimś ze służby granicznej i ze
zniecierpliwionym pasażerem, narzekającym, że samolot nie wyleciał o czasie. Pokazałam kilka perspektyw... - kontynuowała ze słabnącym
entuzjazmem. Grabowski jej nie słuchał. Wpatrywała się jednak w niego,
mając nadzieję, że w końcu wymusi jego uwagę. - Poza tym zagrożenie
terrorystyczne... Ludzie albo je ignorują, albo są przewrażliwieni. Może
warto byłoby poruszyć ten temat i pokazać społeczeństwu, gdzie leżą
granice? Dzisiejsza sytuacja to przecież dyskryminacja rasowa! Chłopak
nie zrobił nic takiego. Po prostu urodził się w Syrii. Gdyby był biały,
taka sytuacja nie miałaby miejsca. Gdyby...
- Pani Anno, nie jesteśmy od tego, żeby gdybać.
Zwykle jej tłumaczenia doprowadzały go do szału. Miotał się po biurze,
obijając tłuste ciało o meble w kolorze wenge. Jak lew przechadzał się
od ściany do ściany i skutecznie unikał wzroku zdenerwowanej
dziennikarki.
Kolejna bezemocjonalna wypowiedź Grabowskiego zmusiła Annę do
wyciągnięcia wniosków. Niewątpliwie brała udział w przedstawieniu.
Ominęła próbę generalną i nie nauczyła się tekstu, w przeciwieństwie do
siedzącego za biurkiem mężczyzny, który wydawał się panować nad
wszystkim. Nawet nad oddechem.
Gdyby nagle zrzuciła z siebie ubranie i zaczęła tańczyć nago, Grabowski
nawet by nie mrugnął.
- Sam pan mnie wysłał na to lotnisko!
- Tak, żeby nagrała pani materiał o tym, jak sprawnie reagują nasze
służby, kiedy chodzi o zagrożenie terrorystyczne. Myślałem, że pokaże
pani jakiegoś twardziela - wycedził i zacisnął pięści, jakby chciał
wzmocnić przekaz słowny prezentacją - który powie, że nic nam nie grozi.
Że poznaniacy mogą spać spokojnie. I że przeanalizuje pani sytuację na
chłodno!
- Na chłodno? Miałam zostawić ważny problem społeczny?!
- Ważnym problemem jest zagrożenie terrorystyczne! Zamiast skupić się na
meritum i pokazać konkret, pani wolała pójść w łzawy ton reportażu. I niby kogo to ma zainteresować? Reportaż o biednym Syryjczyku, którego
potraktowano jak zwierzę? I o złej białej kobiecie, która ośmieliła się
poczuć zagrożona? Miała prawo się bać! W tym roku naliczyłem już ponad
dwadzieścia zamachów terrorystycznych na całym świecie. Słyszała pani,
że syryjscy uchodźcy szykowali zamachy w Berlinie?
- Nie słyszałam.
- No właśnie, a to tylko potwierdza moje obawy. Nie nadaje się pani do
pracy.
Czyli dotarliśmy do finału - pomyślała Anka i spuściła głowę. Kiedyś
zapewne kłóciłaby się z szefem i jak lwica broniła swojego punktu
widzenia. Kilkumiesięczny pobyt w szpitalu sprawił jednak, że wypadła z obiegu i straciła sporo pewności siebie.
- Nie interesuje mnie duma jakiegoś brudasa! - Grabowski uderzył dłońmi
o blat biurka. - Nie mam czas na prostowanie pani społecznych zapędów.
Pracujemy dla ogólnopolskiej telewizji, musimy wpasować się w sztywne
reguły!
- Szefie...
- Nie wiem, co z panią zrobić. Jest pani wypalona i przewrażliwiona.
Szczerze przyznam, że trzymałem dla pani miejsce, by po chorobie mogła
pani do nas wrócić. W końcu, jakby nie było, omal nie straciła pani
życia podczas wykonywania obowiązków służbowych. Starałem się, pani
Anno. I przyznaję, że kiedyś ceniłem pani podejście do pracy. Niestety
teraz widzę, że stare sentymenty to niezbyt dobry sposób na zarządzanie
stacją telewizyjną. To jest niedopuszczalne, że ekscytuje się pani
sentymentalnymi pierdołami. Pani Anno, to już nie jest dziennikarstwo...!
Bardziej niż kiedyś? Słowa Grabowskiego błądziły po głowie Anki jeszcze
długo po tym, jak wyszła z budynku. Nie to spodziewała się usłyszeć.
Sama dzieliła swoje życie na "kiedyś" i "teraz". Chciała jednak
zapomnieć o tej granicy. O rozmowie z mordercą, która uświadomiła jej,
że wybrany przez nią zawód dziennikarza śledczego był zdecydowanie
bardziej niebezpieczny, niż wcześniej sądziła. Uświadomiła sobie, że
powoli traciła świadomość i kontrolę nad własnym ciałem. I o tym, że
ambicja i chęć rozwikłania sprawy związanej z dopalaczami sprawiły, że
mogła umrzeć.
Żyła bardziej przez przypadek. To podkochujący się w niej Łukasz
przyczynił się do tego, że ją odratowano. Pamiętała, jak krzyczał: "Nie
zamykaj oczu, nie zasypiaj, zostań ze mną, Anka!".
- I jak podsumujesz pierwszy dzień w pracy?
Łukasz siedział obok niej na kanapie. Zadomowił się już. Nawet sweter,
który miał na sobie, pasował do wystroju mieszkania.
Widziała, że bardzo chciał się wtopić w tło i sprawić, że któregoś dnia
Anka powie mu: "zostań". Bywał u niej właściwie codziennie, odkąd
wróciła ze szpitala. Początkowo wynajdywał jeszcze preteksty dla swoich
wizyt. Raz przyszedł wymienić uszczelkę w kranie, innym razem
przechodził obok, jeszcze innym wnosił na piętro siatki z zakupami, a później przygotowywał kolację. Potem wpadał już jak do siebie. Siadał na
kanapie, zamieniał z nią kilka słów, a potem włączał telewizor i szukał
kanału informacyjnego.
- Nie mogę narzekać. Pierwsze dni są zwykle trudne. Nieważne, czy w nowym miejscu, czy na starych śmieciach.
- Czyli było ciężko? - Oderwał wzrok od telewizora i spojrzał na nią
zatroskany.
- Nie. - Pokręciła głową i uciekła do kuchni.
Nie chciała, by widział jej twarz, by się o nią martwił. Czasami
zwyczajnie wolałaby, żeby go tu nie było.
Nie potrafiła mu jednak tego powiedzieć. Był przy niej przez cały ten
trudny szpitalny czas. Zawsze cierpliwy i pomocny. Siedział przy jej
łóżku, gładził po dłoni, a ona zastanawiała się, czego mu brakuje.
Bo tego, że czegoś brakowało, była pewna. Był przecież bardzo dobrym
człowiekiem - inteligentnym, oczytanym i uwielbiającym swoją pracę.
Wiele rzeczy ich łączyło. Przyglądała mu się tygodniami, spod
przymkniętych powiek, ale jakoś nigdy nie mogła w nim dojrzeć kandydata
na kochanka.
Był dla niej bardziej jak brat, nawet przystojny, dobrze ubrany,
chełpiący się kaloryferem na brzuchu. Nie potrafiła zauważyć w nim
mężczyzny. Dobrze się im rozmawiało, ale brakowało między nimi chemii -
specyficznej i bardzo przyjemnej reakcji organizmu na bliskość drugiej
osoby.
- Anka, telefon! - Głos Łukasza wyrwał ją z zamyślenia.
Wróciła do pokoju i zerknęła na wyświetlacz komórki leżącej na
futurystycznej półce z książkami. Dobrze znała tę kombinację cyfr.
Potrzebowała chwili spokoju i odosobnionego miejsca.
- Zrobić ci kanapkę? - zapytała Łukasza, nim odebrała. Chciała mieć
pretekst do wyjścia z pokoju.
Kiwnął głową, ale nie oderwał wzroku od telewizora. Na ekranie trzech
polityków próbowało się wzajemnie przekrzyczeć.
Wróciła do kuchni, przyłożyła aparat do ucha i odezwała się najbardziej
neutralnie, jak tylko potrafiła:
- Halo?
- Cześć, Aniu - przywitał ją męski głos.
Otworzyła lodówkę. Poczuła chłód. Zwykle źle znosiła zimno, ale w tej
chwili właśnie tego potrzebowała.
- Cześć.
- Jestem w Poznaniu.
- Życzę przyjemnego pobytu. - Starała się zachować dystans.
Wyjęła z lodówki szynkę, majonez i masło. Sięgnęła do chlebaka. Zamiast
oczekiwanego bochenka znalazła tylko jedną bułkę.
- Musimy się spotkać.
- Nie.
- Musimy - powtórzył kategorycznie.
- Zapomniałeś? - syknęła najciszej jak potrafiła. - To już nieaktualne.
- Bardziej aktualne, niż ci się wydaje. Czekam tam, gdzie zawsze.
Mimo że dopiero minęła dziewiętnasta, wokół panowała ciemność. Neon nie
przejmował się jednak brakiem słońca. Po dwunastu godzinach siedzenia w domu korzystał z wolności. Zadowolony biegł przed siebie, radośnie
poszczekując.
Prokurator Wiktor Braun jak co wieczór spacerował wzdłuż Warty,
obserwując swojego psa i rozmyślając nad życiem. Jesienią i zimą okolice
koryta rzeki były wyludnione, co bardzo mu odpowiadało. Dzięki
otaczającej go ciszy i ciemności korzystał z odrobiny wolności.
W pracy zawsze był na świeczniku. Trzymał się wypełnionego po brzegi
planu dnia, procedur i paragrafów. Kontrolował, konsultował,
przesłuchiwał i wygrywał kolejne batalie sądowe. Zawsze schludnie
ubrany, opanowany i uważny.
W ostatecznym rozrachunku praca przynosiła mu o wiele więcej radości niż
zmęczenia, ale były chwile, takie jak ta, że zastanawiał się, czy w jego
życiu jest cokolwiek poza pracą.
Od dawna usprawiedliwiał się sam przed sobą, że nie ma czasu ani na
przyjemności, ani na przyjaciół, ale chyba nadszedł moment, żeby
uświadomić sobie, że to nie czas był największą przeszkodą. Nie miał
przyjaciół, hobby ani marzeń do spełnienia.
Gdyby otrzymał kilka godzin w prezencie i tak spędziłby je w pracy.
Tylko ona przynosiła mu prawdziwe poczucie satysfakcji.
- Neon! - przywołał do siebie psa, który odbiegł zbyt daleko.
Wyżeł dobiegł do jego nóg. Dał się pogłaskać i znowu ruszył przed
siebie.
Braun zatrzymał się przy ławce, przy której widoczne były ślady bytności
rdzennie chwaliszewskiego towarzystwa. Porozrzucane butelki po piwie,
zgnieciona paczka po papierosach i mnóstwo petów. Powoli się do tego
przyzwyczajał. Nie miał wyjścia. Zamieszkał przecież w nowym budynku
wybudowanym w dzielnicy, która nie miała najlepszej opinii.
Ślady. Nie lubił do tego wracać. Zwłaszcza jesienią. Cztery lata temu z drzew też spadały liście. I też nieomal nie zdążyłby tego zauważyć.
Tragiczny wypadek sprawił, że czas się zatrzymał, a on - skupiony na
pracy profesjonalista - zauważył leżące na ziemi liście.
Nie chciał jednak pamiętać emocji związanych z tamtym wydarzeniem.
Zamiast nich skupiał się na cyfrach, a one mówiły same za siebie.
Eksperci ustalili, że między pojawieniem się przeszkody na drodze a wciśnięciem hamulca przez kierowcę mija około sekundy. Do tego trzeba
doliczyć około pół sekundy na zadziałanie układu hamulcowego. Razem daje
to półtorej sekundy, w ciągu której samochód jadący z prędkością
pięćdziesięciu kilometrów na godzinę pokona dystans przynajmniej
piętnastu metrów.
Tamten jechał właśnie z taką prędkością, a droga jego hamowania wyniosła
trzynaście metrów. Razem dwadzieścia osiem metrów.
- Kierujący pojazdem nie miał szans, żeby wyhamować. - Wiktor powtórzył
słowa jednego z biegłych wypowiadającego się w sądzie.
Zapamiętał wszystkie, nawet najdrobniejsze szczegóły tamtego wypadku. A także to, że zabrakło kilku sekund, kilku metrów. A może jedynie
odrobiny szczęścia?
Raport z miejsca zdarzenia pokazał, że kierowca jechał zgodnie z przepisami, a pieszy wtargnął na jezdnię, nie pozostawiając sobie
żadnych szans. Znalazł się zbyt blisko samochodu. Trudno było z tym
dyskutować. Dla Brauna nie był to jednak byle jaki przechodzień.
Po zakończeniu każdej sprawy resetował tą część umysłu, która się nią
zajmowała. Było to niezbędne, by zrobić miejsce na nową sprawę. Wypadek
sprzed czterech lat nadal jednak tkwił w jego pamięci. W lecie, zimie
czy wiosną udawał, że go tam nie ma, ale jesienią wysuwał się na front i krzyczał: "Jestem tu, jestem! Jak możesz z tym żyć?".
Z ulgą zamknęła za Łukaszem drzwi. Nie było łatwo się go pozbyć, ale w końcu się udało.
Z przerażeniem obserwowała, co się z nimi działo. Mogła na nim polegać.
Sprawdził się w trudnej sytuacji, teoretycznie powinna więc paść mu w ramiona i zadeklarować miłość aż do śmierci. Jednak cały czas spokoju
nie dawała jej myśl, że nie mogła w Łukaszu odnaleźć nawet cienia
mężczyzny.
Była mu wdzięczna, ale chciała się go pozbyć. Przy Łukaszu jej
asertywność i bezceremonialna bezpośredniość traciły niestety na sile.
Z perspektywy fotela, na którym siadała, gdy on zalegał na kanapie,
zauważała ogromne podobieństwo Łukasza do jej świętej pamięci ojca.
Miała przed oczyma wytłuszczone zdanie, które znalazła ostatnio w jednej
z babskich gazet: "kobiety wybierają na partnerów mężczyzn, którzy
najbardziej przypominają im ich nieobecnych ojców". Nawet jeśli było w tym stwierdzeniu jedynie ziarenko prawdy, to zauważała jeszcze jedno
podobieństwo: powoli zmieniała się przy nim we własną matkę. Nie chciała
tego.
Wróciła do salonu po telefon i wybrała ostatni numer, który do niej
zadzwonił.
- Jesteś tam jeszcze? - spytała.
- Jestem. Jedziesz?
- Skończyłam spotkanie, mogę być najwcześniej za pół godziny.
- Tak długo nie będę czekał. Bądź za kwadrans.
W restauracji Wieniawskiego5 panował nieoczywisty klimat. Industrialne
lampy sufitowe i cegła na jednej ze ścian tworzyły wrażenie miejsca
idealnego do prowadzenia rozmów biznesowych. Nastrojowe oświetlenie z kinkietów ocieplało jednak nowoczesne wnętrze, podobnie jak bieżniki
zdobiące stoły, stwarzając przyjemne miejsce do nieoficjalnych rozmów,
także tych bardziej intymnych. Wszystko to czyniło miejsce sympatycznie
niezobowiązującym.
"Spokojnie, to tylko lunch. Co będzie dalej, zależy tylko i wyłącznie od
ciebie. Nie zrobię nic, na co nie dasz mi przyzwolenia" - tak odczytała
to miejsce, kiedy ponad rok temu weszła do niego po raz pierwszy,
przyjmując zaproszenie Roberta, wiceprezesa
Primo TV.
Poczuła się na tyle bezpieczna, że nawet nie zauważyła, że łagodnie
przeszli do kolejnego etapu znajomości. Wieczory zwykle rozpoczynali w restauracji, a kończyli w łóżku.
Dzisiaj nie czuła się tu bezpiecznie. Chciała mieć to spotkanie za sobą.
Pchnęła drzwi wejściowe i od razu go zobaczyła. Siedział przy ścianie i wpatrywał się w nią. Anna zdjęła kurtkę i powoli skierowała się do jego
stolika.
Nie zdążyła do niego podejść, gdy on ironicznie i głośno zapytał:
- Kupić ci zegarek?
Zacisnęła zęby i stłumiła w sobie chęć odwrócenia się na pięcie i wyjścia.
- Nie, dziękuję. Chciałam ci przypomnieć, że skończyliśmy etap dawania i przyjmowania prezentów.
Spojrzał na nią tak, że od razu pożałowała swoich słów. Nadal wydawało
jej się, że wszystko w Robercie Zielińskim jest idealne. Interesujące
spojrzenie, zawsze dwudniowy zarost, delikatne dłonie oraz mieszanka
inteligencji, poczucia własnej wartości, humoru i złośliwości. Nie bez
znaczenia było również umięśnione ciało opakowane w dobrze skrojony
garnitur i pozycja zawodowa.
Najbardziej jednak idealny wydawał się Ance fakt, że Robert miał żonę i dzieci. To pozwalało im kiedyś na budowanie relacji, w której nie
liczyło się nic oprócz dobrej zabawy. Ich spotkaniom nie towarzyszyły
obawy, że któreś z nich zaangażuje się na tyle, by mieć wobec drugiego
jakiekolwiek oczekiwania.
- Co słychać?
- Dziękuję, wszystko w porządku. A co u twojej żony i dzieci?
Zaskoczyła go. Zawsze go zaskakiwała. Do tej pory nigdy nie negatywnie.
Kiedyś wydawała mu się kobietą idealną - inteligentną, atrakcyjną i emocjonalną, ale nierobiącą scen. Teraz ewidentnie dążyła do zderzenia.
Czołowego.
- Dziękuję, mają się dobrze.
Nie mógł nie zauważyć, że jest spięta. Zaciskała usta, bez przerwy
poruszała dłońmi. Albo pocierała jedną o drugą, albo pastwiła się nad
słomką wystającą ze szklanki z colą.
- Schudłaś.
- Ale żyję.
Usłyszał dziś od Grabowskiego, że Rogozińska nie radzi sobie w pracy. Że
to, przez co przeszła, mocno odbiło się na jej psychice. Że reaguje zbyt
emocjonalnie i nie jest w stanie nad sobą panować. Spotkał się z nią,
żeby sprawdzić, czy to, co do niego dociera, jest prawdą, czy tylko
plotkami i kwestią panującej w Primo TV antypatii do jednostek
zawyżających średnią.
- Aniu...
- Co Aniu, co Aniu? Przestań mi się tak przyglądać! Wiem, że się
zmieniłam, ale spędziłam w szpitalu sześć miesięcy, a potem ponad
miesiąc w domu. Mam prawo wyglądać mniej atrakcyjnie. Ostatnio
widzieliśmy się w lutym. Jest początek października.
- Cieszę się, że jesteś. Wiedziałem, że sobie z tym poradzisz.
- Świetnie. Po co kazałeś mi tu przyjechać?
- Aniu, co się z tobą dzieje?
- A co ma się dziać? Nic. O co ci chodzi?
Przy stoliku obok pojawili się młodzi ludzie. Roześmiana para trzymająca
się za ręce i towarzyszący im znajomi. Robert dałby sobie rękę uciąć, że
już kiedyś widział gdzieś jedną z dziewczyn. Kojarzył jej kocie oczy i znamię na dekolcie.
- Nic? - powtórzył z nadzieją, że sprowokuje Ankę do rozmowy.
- Nic. - Wzruszyła ramionami.
Udawała obojętną. Jak kiedyś, podczas pierwszego spotkania poza Primo
TV. Czekał na nią w tej samej restauracji, a potem wprosił się do jej
mieszkania. Mimo że cel wizyty był oczywisty, nie protestowała. Jej
sposób bycia dawał mu pewność, że nikt nigdy nie dowie się o tym, że
miło spędzają wspólne chwile.
Dziś nie zabrałby jej nawet do knajpy. Unikał spotkań się z dziewczynami
rozchwianymi emocjonalnie. Jego żona nie znosiła awanturujących się
kochanek.
- Mam nadzieję, że stać cię na szczerość przynajmniej z samą sobą.
Dziewczyna z kocimi oczami pomachała do niego i wyszczerzyła zęby. Kiedy
zobaczył szparę między jedynkami, od razu dopasował twarz do sytuacji. A raczej ciało do hotelowego pokoju. Odpowiedział jej krótkim uśmiechem.
Anka musiała to zauważyć, bo odwróciła się, zmierzyła towarzystwo
wzrokiem, po czym bąknęła:
- Pójdę już. Na pewno nie będziesz się nudził.
Zanim zareagował, zdążyła wstać z krzesła. Sięgnęła jeszcze po leżącą na
stole komórkę. Skorzystał z okazji i złapał ją za rękę.
- Puść! - wysyczała na tyle głośno, by zwrócić uwagę nowo przybyłego
towarzystwa.
- Usiądź, to puszczę. Mam ci coś ważnego do powiedzenia. Chodzi o Primo
TV.
- Jeśli dotyczy to Primo TV, to zadzwoń do mnie jutro, w godzinach
pracy.
Skapitulował. Postanowił przejść do rzeczy. Zakomunikować to, o czym się
dowiedział, i wrócić do hotelu. Miał czterdzieści dziewięć lat i był za
stary na bezsensowne komplikowanie sobie życia.
- Nie dostarczyłaś zdolności do pracy.
- Że co? - Usiadła.
- Zaświadczenie, że jesteś zdolna do pracy. Od lekarza. Po dłuższej
chorobie jest to niezbędne, by wrócić do wykonywania obowiązków
wynikających ze stosunku pracy.
- To tylko papierek. - Anka znowu wzruszyła ramionami. - Załatwię go
jutro.
- Anka, do kurwy nędzy, otrząśnij się w końcu! - Skoro jego troska nie
robiła na niej wrażenia, musiał uderzyć z innej strony. Zależało mu
przecież na tym, by wywołać w niej jakąś reakcję. - Podczas twojej
nieobecności w Primo TV trochę się pozmieniało. Grabowski wszedł w łaski
prezesa i nastawił go odpowiednio przeciwko tobie. Czekali na twój
powrót, tylko po to, żeby cię zwolnić.
- Czekali? - Anka roześmiała się nerwowo. - Robert, nie rozśmieszaj
mnie. Bądź facetem i powiedz mi to prosto w oczy. Czekałeś na to, żeby
mnie zwolnić. Ty, nie oni. I tu nie chodzi o pracę, tylko o twoje
pieprzone ego! Musisz mnie zwolnić, bo jest ci to potrzebne, żeby poczuć
się lepiej!
- Dlaczego mówisz tak, jakbyś mnie nie znała?
- Nie mam czasu na takie rozmowy. Mówiłam już. Nie dzwoń do mnie. Mam
faceta. Jestem zajebiście szczęśliwa. Z nami koniec. Zraniłam cię?
Przepraszam. Ale rozumiem, że teraz ty musisz oddać mi z nawiązką?
- Przestań się miotać i posłuchaj mnie, bo to ostatnia rzecz, którą ci
powiem.
Weszła do łazienki, zatkała odpływ wanny i odkręciła kran z ciepłą wodą.
Strumień uderzył o ceramiczne dno.
Z pokoju sączyła się spokojna muzyka. Sade anielskim głosem wyznawała
właśnie, że dała mu wszystko, co miała w sobie, a on wziął jej miłość i odszedł.
Anka nie miałaby odwagi czegoś takiego powiedzieć, chociaż wydawało jej
się, że spotkało ją dokładnie to samo. Nie teraz, nie z Robertem ani nie
z Łukaszem... Wcześniej. Kiedyś dała całą siebie, w zamian otrzymując
ochłapy. To nie była zwykła miłość. To było bolesne doświadczenie, które
zmieniło ją na zawsze.
- I keep crying / I keep trying for you / There's nothing like you and
I baby / This is no ordinary love / No ordinary love.
Rozebrała się, a pod wartki strumień wody wlała swój ulubiony płyn do
kąpieli. Łazienka błyskawicznie wypełniła się zapachem lawendy,
ylang-ylang i kardamonu, a fioletowa, gęsta ciecz zaczęła zamieniać się
w pianę.
Weszła do wanny, zanurzyła ciało, zamknęła oczy i wciągnęła tak dużo
powietrza, jak tylko się dało. Lubiła ostry zapach lawendy. Ylang-ylang
wyostrzał jej zmysły, tłumił złość i wyciszał myśli. Kardamon wraz z konopiami indyjskimi i makiem był w średniowieczu składnikiem arabskiej
mikstury narkotycznej.
- Keep trying for you / Keep crying for you / Keep flying for you /
Keep flying / I'm falling / I'm falling.
Potrzebowała takiej mieszkanki, by zrelaksować się po ciężkim dniu i jeszcze cięższym wieczorze. Musiała zebrać myśli i odnaleźć siebie.
Powoli miała siebie dość. Uzmysłowiła to sobie podczas rozmowy z Robertem. Zebrały się nad nią chmury i tylko ona mogła je przegonić.
Chcą cię zwolnić - przypomniała sobie słowa Roberta. - Prezes podjął
decyzję. Postawiłem mu się, ale to był ostatni raz. Aniu, nie mogę
dłużej być twoim aniołem stróżem. Mam zbyt wiele do stracenia. To
koniec. Uratowałem ci tyłek po raz ostatni. Sprawy wyglądają tak, że
mają dla ciebie propozycję. Nie do odrzucenia. Niestety.
- Wyrzucisz śmieci?
- Co?
- Śmieci. - Dziewczyna podeszła do zlewu, otworzyła szafkę i pokazała
Muhamedowi, że odpadki nie mieszczą się już w koszu.
- Of course, hunny.
Muhamed pocałował swoją dziewczynę i ochoczo zabrał się do wykonania
zleconego zadania.
Po wydarzeniach z poranka jego ciało nadal magazynowało w sobie nadmiar
energii i negatywnych emocji. Chętnie pozbyłby się przede wszystkim tej
negatywnej części, postanowił więc, że zbiegnie z dziewiątego piętra po
schodach, a potem wróci pieszo.
O czternastej miał się pojawić w londyńskiej siedzibie kontrahenta i omówić z nim zmiany w umowie. Obudził się rano w dobrym humorze. Zjadł
śniadanie, przygotował się do podróży, chwycił walizkę i wyruszył na
lotnisko. Odprawa poszła szybko, w strefie bezcłowej wypił kawę i zrelaksowany wsiadł do samolotu.
Potem było już tylko gorzej. Dwóch antyterrorystów chowających swoje
twarze za kominiarkami wyprowadziło go siłą z samolotu. Trafił do
pokoju, w którym przez kilka godzin odpowiadał na to samo, bezsensowne
pytanie.
- Nie jestem terrorystą - powtarzał tak długo, dopóki sam nie zaczął w to wątpić.
Nie zrobił przecież nic złego. Wykonywał obowiązki zawodowe, nie
przewoził niebezpiecznych substancji, nie miał na sobie pasa szahida.
Nie wytatuował sobie na czole napisu: "All?hu Akbar".
Mimo to, odkąd pojawił się w Polsce, spotykał się z podejrzanymi
spojrzeniami lub dziwnymi uwagami. Część ludzi omijała go szerokim
łukiem. Zdążył się do tego przyzwyczaić. Wyróżniał się karnacją, oprawą
oczu i intensywnością koloru włosów.
Wyjechałby, gdyby nie Małgosia.
- Dzień dobry. - Na parterze minął sąsiadkę.
Uśmiechnął się do niej, ale nie odpowiedziała. Wykrzywiła twarz i spojrzała na niego z pogardą. Pomyślał, że może pomylił powitania, że po
zmroku powinien użyć innego.
Afera na lotnisku skończyła się niezadowoleniem londyńskiego klienta,
problemami w pracy, zainteresowaniem mediów i rozmową z adwokatem, który
zaoferował Muhamedowi swoją pomoc w wywalczeniu odszkodowania za
naruszenie jego praw.
Nie czuł jednak, że ma jakieś prawa. Że jest gotowy do walki. Chciał
tylko spokoju.
Chłodny, jesienny wiatr przywitał go od razu, kiedy wyszedł z klatki
schodowej. Postawił kołnierz kurtki i ruszył przed siebie. Było już
całkiem ciemno, a śmietnik znajdował się za budynkiem.
Na rogu stała osiedlowa młodzież, która jak zwykle nie miała nic do
roboty. Małgosia nazywała ich "dresiarzami" i kazała mu ich unikać.
Starał się, ale tym razem za późno ich zauważył, przez co nie miał zbyt
dużego pola manewru. Mógł wprawdzie się cofnąć i obejść blok z drugiej
strony, ale uznał, że jeśli się odwróci, oni uznają to za ucieczkę.
Przeszedł więc obok, starając się zachować jak największy dystans i wpatrując się w swoje buty. Nie szukał zaczepki.
- Zobaczcie, pasożyt lezie z workiem! Ciekawe co tam ma! Może coś
ukradł?
Kilku mężczyzn podeszło do niego. Jeden szturchnął go ramieniem.
- Ej, brudasie, patrz, gdzie leziesz!
- Nosz kurwa, nie jesteś u siebie!
- Tej, Michu, to terrorysta!
Ignorował zaczepki. Do śmietnika miał już tylko kilka kroków.
Postanowił, że wróci inną drogą. Nie będzie rzucał się im w oczy.
- Terrorysta do odstrzału! Na bank ma w tym worku bombę i zaraz
rozpierdoli nam osiedle!
Silna dłoń złapała go za ramię. Prawie tak silna jak dłoń
antyterrorysty, który wyprowadzał go z samolotu.
- Po chuj tu przyjechałeś, brudasie?!
- Zostawcie mnie - odezwał się i właśnie wtedy otrzymał pierwszy cios.
Najpierw zabolał go nos, potem całe ciało. Kolejne uderzenia posypały
się z różnych stron. Słyszał podekscytowane głosy:
- Wracaj do siebie!
- Powiedz swoim kumplom, że jeśli tu przyjadą, to ich zajebiemy!
- I pamiętaj, jeszcze raz tkniesz polską dziewczynę, a połamiemy ci
ręce!
Zwinął się w pozycję embrionalną i starał się zakrywać głowę rękoma. Nie
wszystkie słowa rozumiał, nie wszystkie był w stanie usłyszeć. Łapał
jednak ogólny sens. Mowa nienawiści. Nie mógł jej nie zauważyć. Tracąc
przytomność, pożałował, że jednak nie ma na sobie pasa szahida.
Tak, nie powinna wychodzić prosto z wanny na dwór, zwłaszcza że
termometr wskazywał tylko dziesięć stopni Celsjusza. Anka w myślach
przyznała rację matce.
Zimno atakowało jej rozgrzane ciało. Wciskało się między niedopiętą
kurtkę i przenikało do środka, szukając sobie wygodnego miejsca.
- Dobry wieczór, czy znajdę jeszcze jakieś pieczywo? - spytała z nadzieją, kiedy dotarła do celu swojej nierozsądnej podróży.
Czynny do północy osiedlowy sklep stanowił mekkę dla wszystkich
zapominalskich, chociaż o tej godzinie przyciągał chyba więcej tych
potrzebujących wysokich procentów.
- Niestety. - Ekspedientka pokręciła przecząco głową.
- A może jednak? Coś? Cokolwiek?
- Mam jeszcze jeden tostowy, ale jutro kończy się jego data ważności.
- Na bezrybiu i rak ryba - skwitowała i dodała: - Biorę!
W drodze powrotnej ze zdziwieniem odnotowała, że mimo niesprzyjającej
aury grupa osiedlowych dresiarzy stoi przy bloku obok. Być może była już
za stara na to, by zrozumieć fenomen rozmawiania ze znajomymi w środku
nocy, na wietrze i w ciemności.
Na klatce schodowej panowały ciemności. Pomacała ścianę w poszukiwaniu
włącznika światła, a kiedy go znalazła, poczuła się pewniej. To właśnie
wtedy jej wzrok padł na skrzynki na listy.
Ta najwyżej położona, oznaczona numerem dziesiątym, wydawała się nie być
pusta. Rzeczywiście dawno jej nie sprawdzała.
W środku leżała koperta zaadresowana na Kancelarię Prawną AR.
- Mecenas Anna Rogozińska - odczytała.
List nie wyglądał na przesyłkę reklamową. Koperta była szara, adres
odbiorcy wypisany ręcznie starannym pismem. Z tyłu nie było adresu
nadawcy.
- Kancelaria prawna? Co to za żarty?
Anka pokonywała schody, jednocześnie zajmując się otwieraniem koperty.
Jak zwykle w takich sytuacjach przedmiot martwy wykazał się niebywałą
złośliwością. Najpierw okazał się tak mocno zaklejony, że nie mogła go
otworzyć, a później, kiedy zdecydowała się na jego rozerwanie, wypadł
jej z rąk.
Znowu zgasło światło na klatce, a Anka musiała po omacku odnaleźć
włącznik. Tym razem nie poszło jej to tak sprawnie jak na parterze. Tam
lokalizację włącznika znała niemal na pamięć. Na trzecim piętrze nigdy
wcześniej się nie orientowała, który przycisk odpowiada za uruchomienie
dzwonków do drzwi, a który rozpala żarówki.
Po chwili zastanowienia zrezygnowała. Wyciągnęła z kieszeni komórkę i uruchomiła latarkę. Cofnęła się do schodka, na którym upuściła list.
Podniosła kopertę i rozsypane kartki, po czym pobiegła do domu.
Dopiero kiedy zamknęła za sobą drzwi, przyjrzała się zawartości
przesyłki. Złożona kartka zapełniona była niebieskimi, równymi literami.
Uwaga Anki skupiła się jednak nie na liście, ale na dołączonej do niego
karcie do gry.
Nie była zwykła, jak w większości talii. Intrygowała i przerażała
jednocześnie. Przedstawiała ludzki szkielet przyozdobiony różanym
wiankiem. W oczy rzucały się przede wszystkim czerwone plamy, które
wydawały się być śladami po kroplach krwi. Na dwóch rogach karty
widniało czerwone serce oraz litera "Q".
- Królowa Kier? - Anka zamarła.
Królowa Kier kojarzyła jej się tylko z jednym. Chcąc wykluczyć rodzące
się w jej głowie podejrzenia, zerknęła na koniec listu. Szukała jakiegoś
podpisu, czegoś, co pomoże jej ustalić, kto i dlaczego przesłał jej taką
kartę.
- Zakład karny. - Jej wzrok padł na ostatnie słowa listu. - Jeśli
miałabyś ochotę do mnie napisać, to kieruj listy na adres Zakładu
karnego w Rawiczu.
Rozdział 2
Rozdział 2
Droga Aniu,
Założę się, że jesteś już znudzona siedzeniem i nicnierobieniem. Być
może siedzisz przy regale z książkami i zastanawiasz się nawet: na co
komu książka bez obrazków i rozmów?
A może rozmyślasz nad pytaniem, czy radość, jaką sprawiłoby Ci zajęcie
się nowym śledztwem, jest warta wysiłku, którego trzeba, żeby wstać z kanapy i ruszyć w miasto z naiwnym przeświadczeniem, że uda Ci się
rozwiązać kolejną zagadkę?
A może robisz coś zupełnie innego, nawet nie dlatego, że chcesz, ale
raczej dlatego, że nie wypadało Ci odmówić?
Dlatego właśnie piszę i przesyłam Ci kartę. Żebyś nie musiała
zastanawiać się, na co komu list bez obrazków.
Ostatnio wydarzyło się tyle złego. Zarówno w Twoim, jak i w moim
życiu.
Mam ogromny zamęt w głowie.
Słyszałem, że walczysz o siebie. Że ktoś chciał zrobić Ci krzywdę.
Martwi mnie to.
Chciałby spojrzeć przed siebie i powiedzieć Ci... Ale chyba nie jestem
sobą, więc nie wiem, gdzie spojrzeć.
Wybacz.
Nie wszystko jest takim, jak się wydaje, dlatego zdecydowałem się
napisać do Ciebie. Jesteś moją ostatnią szansą.
Możesz mnie nie lubić. Możesz mi nie ufać. Możesz mi nie wierzyć.
Wiesz, jaki jestem, ale nigdy nie zrobiłbym Ci krzywdy. Wtedy...
pragnąłem jedynie sprawiedliwości.
Tygodnie spędzone za kratami dały mi do myślenia.
Jeśli ten list do Ciebie dotrze... Jeśli go przeczytasz - odezwij się do
mnie.
No chyba że się mnie boisz.
Chciałbym z Twoją pomocą naprawić część swoich błędów. Zabiłem kilka
osób, ale może uda nam się wspólnie uratować kilka innych istnień?
Zapraszam na partię krokieta u Królowej Kier.
Ściskam.
Na zawsze Twój
Kapelusznik.
- Udawanie, że ludzie z natury nie są agresywni, jest chore.
Siedział zatopiony w ciemności. Nikt na niego nie patrzył, nikt się nim
nie interesował.
Czerń otulała go szczelnie z każdej strony. Mimo świadomości, że
otaczają go ludzie, czuł się bezpieczny. Nie widział ich. Nie słyszał.
Mógł uważać się za jedynego człowieka zagubionego w kosmicznej pustce.
- Milion lat walk o partnerki i terytorium sprawiło, że w każdym z nas
istnieje mniej lub bardziej ukryty instynkt zabójcy. U mężczyzn decyzja
o zabijaniu wyzwala testosteron. To on obniża próg, który musi
przekroczyć pobudzenie...
Pobudzenie towarzyszyło mu od zawsze. Dlatego nie lubił ludzkich
spojrzeń. Nie chciał ich skupiać. Nie chciał myśleć o tym, że ktoś
zauważy jego odmienność.
- Z całą pewnością można stwierdzić, że morderstwo jest efektem
dynamicznej wymiany między napastnikiem a ofiarą. Celem ofiary jest
obrona. Celem sprawcy: zachowanie twarzy i zademonstrowanie siły
charakteru - słowa płynęły z głośników, szczelnie wypełniając salę.
Jedyne źródło światła stanowiły stojące przy scenie reflektory.
Oświetlały fotele, na których siedzieli zaproszeni goście Poznańskiego
Festiwalu Kryminału Granda. Jakiś pisarz kryminałów, psycholog policyjny
i ktoś jeszcze - nie kojarzył nazwiska. Uważnie przysłuchiwał się
dyskusji i teraz, mniej więcej w połowie jej trwania, mógłby stwierdzić,
że trzeci mężczyzna jest chyba z łapanki. Ewidentnie nie miał nic do
powiedzenia.
- Wspomniał pan o frustracji. Czy ona zawsze prowadzi do agresji? -
Prowadzący zadał pytanie psychologowi.
Mężczyzna przez chwilę wiercił się na fotelu, kilka razy sapnął do
mikrofonu, jakby czekał na dodatkowe pytanie.
On też czekał. Przez całe życie na coś czekał. Na lepszy moment. Chwilę,
w której będzie mógł się sprawdzić. Kilkanaście sekund, w ciągu których
będzie mógł pokazać, jaki jest świetny.
- Obciąć jej głowę!
Kwestia wypowiadana przez Królową Kier, postać z Alicji w Krainie
Czarów, towarzyszyła Annie podczas marszu w kierunku biura
Grabowskiego. Kiedy dyrektor wezwał ją do siebie, poczuła się bardzo
niepewnie. Siedząca pod oknem Joanna Semczuk, dziennikarka zatrudniona
podczas choroby Anki, uśmiechała się tryumfująco. Reszta zespołu
udawała, że jest zajęta swoją pracą. Każdy wpatrywał się w ekran
komputera albo w notatki trzymane przed nosem.
Jedynie Artur, wracający właśnie z pomieszczenia socjalnego z kubkiem
parującej herbaty, mrugnął do Anki, jakby chciał dodać jej otuchy.
Najchętniej zatrzymałaby się i do niego przytuliła, a przynajmniej
odebrała ojcowskie poklepanie po plecach. Niestety nie mogła sobie
pozwolić na okazywanie słabości w pracy.
Teoretycznie po wczorajszym spotkaniu z Robertem wiedziała, że po
wizycie w biurze Grabowskiego może spodziewać się złożenia propozycji
nie do odrzucenia. Nie domyślała się jednak jakiej.
Kształtne usta Roberta pozostawały nieruchome, kiedy dopytywała, na czym
propozycja ma polegać, kto ją wymyślił i dlaczego on - jej były kochanek
- uznał, że powinien Ankę uprzedzić. Robert milczał, a ona podziękowała
uprzejmie, pożegnała się i wyszła z restauracji. Potrzebowała tego
beznadziejnego, jesiennego wiatru, by ochłonąć. Wszystko szło nie tak.
Nie tylko praca, ale i związki z ludźmi. Nawet rozmowa z Robertem, którą
zawsze się delektowała, przypominała bieg po polu minowym.
- Niech pani zajmie miejsce. - Kiedy stanęła w drzwiach, Grabowski
wskazał jej krzesło, tak jakby miała jakiś większy wybór.
Przy biurku stały aż dwa. Usiadła na jednym z nich. Dokładniej rzecz
ujmując, na tym drugim, niewskazanym przez dyrektora. Musiała to zrobić,
żeby przygotować się do tego, co miało za chwilę nastąpić. Chciała
odreagować. Trochę na zapas.
- Z centrali przyszła propozycja dla pani.
- Propozycja? Dla mnie? - Udała zdziwienie i skupiła się na dziurkaczu
leżącym na biurku.
- Tak. - Odpowiedział jej uśmiechem tak cynicznym, że postanowiła nie
poddawać się bez walki.
- To miło, kiedy firma, której oddało się całe swoje dorosłe życie,
docenia pracowników i ich zaangażowanie. - Anna wybrała strategię
mającą, przynajmniej w jej mniemaniu, maksymalnie utrudnić dyrektorowi
realizację jego planu.
Grabowski się skrzywił. Oparł się o biurko przedramionami, złożył ręce
jak do modlitwy i wyrecytował:
- Wszyscy zgodnie uznaliśmy, że po powrocie ze szpitala ma pani problem.
I że jedynym sposobem na wyeliminowanie pani... - powiedział, po czym
wziął wdech i spojrzał ku górze, jakby szukał odpowiedniego słowa - pani
zbyt emocjonalnego podejścia do tematów społecznych będzie powierzenie
pani pewnego wyzwania.
Przez chwilę przyglądała mu się z nadzieją, że znajdzie w nim coś, co
nie zostało wcześniej zaplanowane.
- Wyzwania?
- Oczywiście zrozumiem, jeśli go pani nie podejmie.
- Jakiego wyzwania?
- Proszę mi wybaczyć, być może użyłem złego słowa. To zadanie. Mające
oczywiście na uwadze dobro zarówno pani, jak i naszej stacji. Primo TV
nie może sobie pozwolić na marnowanie zasobów ludzkich.
- Tak, tak. Czy będzie mi dane poznać konkrety?
- To zrozumiałe - cedził słowa - że po tym, co panią spotkało, stała się
pani jeszcze bardziej wrażliwa na wszelkie zło. Celowo mówię: "bardziej
wrażliwa", a nie "przewrażliwiona", bo nie chcę, żeby czuła się pani
niekomfortowo.
Współpracowali od lat, przeszli przez wiele trudnych tematów i konfliktów. Grabowski dobrze wiedział, jak się zachowywać, by czuła się
niekomfortowo. Wiedział i dokładnie to robił. Przedłużał, przeciągał i odwlekał moment, na który czekała.
Bezczelnie spoglądał jej w oczy, jakby chciał sprawdzić, ile jeszcze
wytrzyma, a później skupiał się na dziurkowaniu kartki. Wkładał ją do
dziurkacza, a następnie z dużą siłą naciskał przyrząd. Towarzyszący tej
czynności odgłos utrudniał jej skupienie się.
- Przewrażliwienie dziennikarki kłóci się jednak z założeniami stacji.
Pani Anno, wszyscy są rozczarowani pani postawą!
- Rozumiem, dziękuję za zwrócenie uwagi. Oczywiście zrobię wszystko, co
w mojej mocy, żeby poprawić swój poziom, jak to pan nazwał, wrażliwości.
- Przykro mi. Cały zarząd głosował za tym, żeby pani się pozbyć.
Decydowaliśmy się na współpracę z zupełnie inną osobą. Zmieniła się pani
i nie jesteśmy w stanie tego zaakceptować. Oczywiście, broniłem pani jak
lew, przecież jest pani częścią mojego zespołu, ale reszta...
- Przejdźmy do meritum. - Postanowiła pośpieszyć dyrektora.
Dziwnym trafem Grabowski mówił to samo, co Zieliński wczoraj: wszyscy
byli przeciw, a ja stanąłem w obronie. Nie wiedziała już, komu powinna
wierzyć. Założenie, z którym wchodziła do gabinetu dyrektora, legło w gruzach.
Z trudem zachowywała pozory spokoju. Była o włos od utraty panowania nad
sobą. Miała ochotę wstać, wykrzyczeć swoją frustrację i trzasnąć
drzwiami. Powstrzymywała ją jednak myśl, że Grabowski zapewne tylko na
to czekał.
- O, właśnie o to mi chodzi. Kiedyś była pani gotowa, by przyjąć słowa
konstruktywnej krytyki, dziś widzę tylko zniecierpliwienie i negatywne
nastawienie.
Dyrektor kontynuował przydługi wywód, a Anka starała się skupić myśli na
czymś bardziej przyjemnym.
Robert Zieliński. Gdyby się z nim nie spotkała wczoraj, gdyby nie miała
świadomości, że sformułowana przez zarząd propozycja stanowi jedyne koło
ratunkowe, dałaby upust swoim emocjom. Dzięki rozmowie z nim wiedziała
jednak, że jest na cenzurowanym, a każdy jej gwałtowny ruch może zostać
wykorzystany jako pretekst do zwolnienia.
- Sprawa ma się tak... Ruszamy z programem dotyczącym pogotowia
ratunkowego. Zdecydowaliśmy się powierzyć pani rolę prowadzącej.
- Prowadzącej? - Ankę zamurowało. - Nie bardzo rozumiem. Kolejne
docusoap? Czy jest na to jeszcze zapotrzebowanie?
- Nie, nie. To będzie coś zupełnie innego. Między telenowelami
dokumentalnymi jest duża konkurencja. My uderzymy w zupełnie inny
segment rynku. Nie będziemy udawali, że pokazujemy coś prawdziwego. Nie
będziemy kręcili w hali. My po prostu pokażemy prawdziwe życie.
- Życie?
- Tak.
- Ale co ja miałabym robić?
- Jak to co? Być. Może pani potraktować ten projekt jako reportaż
wcieleniowy.
- Wcieleniowy? - Anka powtórzyła ostatnie słowo łamiącym się głosem.
Było gorzej, niż mogła się spodziewać.
- Spędzi pani trochę czasu w pogotowiu ratunkowym.
- Słucham?
Grabowski wstał zza biurka i zaczął maszerować jak lew, od ściany do
ściany.
- Na kilka tygodni stanie się pani ratownikiem medycznym. Popracuje pani
z ratownikami, pojeździ w karetce, napatrzy się na ludzkie dramaty, na
śmierć i życie w niedostatku. Oczywiście każdy krok będą śledzić kamery.
Najlepsze fragmenty z interwencji zmontujemy w dramatyczny i dynamiczny
materiał. Widzowie dostaną program, od którego nie będą mogli się
oderwać. Nam skoczą słupki oglądalności, a dochody z reklam... Cóż będę
mówić, sama pani wie.
- A co ja będę z tego miała?
- Pani Anno, wszyscy, cały zarząd i ja, mamy nadzieję, że odzyska pani
dystans. Do siebie i świata. I że wykaże pani swoje zaangażowanie.
Dzięki temu będziemy mogli kontynuować naszą współpracę.
Ludzkie dramaty, strzykawki, ręce zabezpieczone lateksowymi
rękawiczkami, chorzy ludzie - przez ostatnie miesiące Anka miała tego w nadmiarze. Najpierw na żywo, w szpitalu, później po cichu, w swojej
głowie. Nie musiała jeździć po Poznaniu i oglądać tego z bliska.
Błażej Puchalski jak co dzień maszerował do pracy. Wprawdzie mieszkał
blisko salonu fryzjerskiego, w którym udało mu się zaczepić, ale na tyle
daleko, że dotarcie do niego zajmowało mu całe piętnaście minut.
Nie lubił chodzić pieszo, dlatego każdego dnia zastanawiał się, czy
jednak nie powinien zrezygnować ze spacerów i nie przerzucić się na
jakiś środek lokomocji. Samochód odpadał, bo swojego się jeszcze nie
dorobił.
Poza tym mieszkał naprzeciwko Wielkopolskiego Centrum Onkologii, a ulica
Garbary, przy której stał jego blok, była jednokierunkowa. Odnosił
wrażenie, że ta jednokierunkowość to złośliwy uśmiech losu. Wiatr zawsze
wiał mu w oczy, najgorsze przydarzało się właśnie jemu, a samochody
jadące Garbarami zawsze zmierzały w przeciwną stronę niż on.
Pracował na Chwaliszewie, więc kiedy maszerował w górę Garbar i przyglądał się mijającym go autom, w głowie tłukła mu się myśl, że idzie
pod prąd. Kiedy wracał z roboty i z ulicy Chwaliszewo skręcał w Wielką,
a następnie w Garbary, czuł się, jakby tonął. Wielki strumień próbował
go zabrać ze sobą, a on nigdy nie miał ochoty na powrót do czterech
ścian. Łapał się więc wszystkiego, co mógł, skręcał w Woźną i w Wodną, i w Groblę, i właściwie w każdy zaułek. Szukał pretekstów, by zatrzymać
się gdzieś po drodze i z mniej lub bardziej nieznajomymi ludźmi wypić
piwo lub dwa.
Dzisiaj już podczas drogi do pracy chętnie poszukałby odpowiedniego
kompana. Hałas Garbar zaczął go irytować, skręcił więc w prawo w Groblę,
a później w lewo, w Mostową.
Mostową tolerował tylko na odcinku od Grobli do Chwaliszewa. Otwierała
się tu przestrzeń, pojawiały się jakieś drzewa i większy kawałek nieba.
Wcześniejszy jej fragment wywoływał u Błażeja najgorsze skojarzenia.
Trasa maratonu. Wysoki szpaler publiczności. Wszyscy patrzą na niego z poirytowaniem. Mają szare twarze. Skamieniałe, ale wyrażające najgorsze
uczucia. A on biegnie. Nie, raczej już tylko idzie. Nie ma siły biec. A oni stoją. Jeden przy drugim. I czekają, aż się przewróci. Aż będą mogli
z niego szydzić i obrzucić go kamieniami.
Obejrzał się za siebie. Wysokie i mocno zniszczone kamienice tworzyły
odpychający szpaler przy Mostowej. Znał je od dziecka, jednak z upływem
lat coraz mocniej działały na jego wyobraźnię.
- Prosimy wszystkich o pozostanie na miejscach.
Głos płynący z głośników odgonił czarne myśli. Błażej rozejrzał się
dookoła. Był już na wysokości Nowej Gazowni, przy której ewidentnie coś
się działo. Policyjna suka podjechała na sygnale, ale tłum ludzi
zasłaniał to, co mogło być najciekawsze.
Nie mógł nie podejść bliżej. Minął policyjne taśmy i niebiesko-czerwony
plakat z wielkim napisem: "Granda".
- Prosimy państwa o spokój. Niebawem policyjny śledczy przepytają
świadków zabójstwa. Prosimy o pozostanie na miejscach.
Prośba tylko ułatwiła Błażejowi przepchnięcie się do przodu. Przy
okrągłym budynku stały leżaki, a na jednym z nich leżał mężczyzna. Na
głowie miał sporych rozmiarów ranę. Policyjni technicy kręcili się przy
zwłokach, rozstawiali tabliczki z numerami i wymieniali spostrzeżenia,
ale Błażejowi coś nie pasowało.
Przyjrzał się trupowi i mógłby przysiąc, że jest trochę zbyt żywy, że co
jakiś czas delikatnie porusza nogą. Wszyscy skupili się na
zabezpieczaniu śladów, a być może ofiara nadal żyła. Gdyby nie obecność
policji, podszedłby do niego i sprawdził, czy facet przypadkiem nie
oddycha.
Nie chciał jednak rzucać się w oczy. Jeszcze poprosiliby go o dowód
osobisty i spisali. Nie potrzebował kłopotów. Poza tym śpieszył się do
pracy.
- Drodzy państwo, tak oto rozpoczyna się nasza festiwalowa gra miejska.
Drużyny biorące udział w grze prosimy o ustawienie się po prawej
stronie. Za chwilę śledczy udzielą wam kilku wskazówek, na podstawie
których będziecie musieli odnaleźć zabójcę.
Od kilku tygodni miał dość swojego biura. Marzył mu się remont i wprowadzenie do przestrzeni, w której spędzał większość swojego
zawodowego życia, oddechu nowości.
W pierwszej kolejności wymieniłby meble. W drugiej zmieniłby kolor
ścian, wykładzinę, rolety okienne. Wszystko to, co przypominało mu o tym, że osiem lat temu też był dyrektorem.
Zasadniczo nie miał nic przeciwko stanowisku, które piastował, drażnił
go jednak upływ czasu i zmieniające się mody dotyczące wystroju wnętrz.
Widziałby siebie w białym biurze z białymi meblami i białym laptopem.
Chciał uchodzić za nowoczesnego faceta w średnim wieku, a nie ramola
otoczonego przebrzmiałym już wenge.
- No to rzuciliśmy ją na głęboką wodę. - Kamil Grabowski rozpostarł się
w fotelu.
- Szkoda, że nie mogliśmy od razu jej utopić. - Joanna Semczuk nie
wyglądała na zadowoloną.
Zatrudnił ją dwa miesiące temu. Była świeżo po studiach, zmotywowana do
pracy, a jej wygląd zapowiadał codzienne interesujące doznania wzrokowe.
Długie, ciemne włosy, duże oczy, zarówno te prawdziwe, jak i przysłowiowe, a do tego nabrzmiałe usta i kształtne pośladki.
Nie mogła lepiej trafić w jego gust. Zawsze podobały mu się "czarne
mamby". Bardzo szybko przy zamkniętych drzwiach jego gabinetu ustalili,
że oboje chętnie pozbyliby się konieczności zachowania wobec siebie
dystansu.
- Utopić? Szkoda, ale wiesz, w każdej organizacji panuje pewna kultura,
która narzuca przynajmniej obowiązek zachowania pozorów. Rozmawialiśmy o tym wieczorem. Muszę zachowywać się tak, żeby nikt nie miał mi nic do
zarzucenia. Rozumiesz mnie, prawda?
Joanna usiadła na jego biurku - nie wyglądała na zadowoloną. W zasadzie
"usiadła" nie było odpowiednim słowem na określenie tego, co zrobiła.
Przysiadła lewym pośladkiem na brzegu biurka, wysunęła prawą nogę w bok,
a lewą rękę oparła na blacie, odchylając przy tym głowę.
Miała dwadzieścia sześć lat, prawie dwadzieścia mniej niż on. Dokładnie
wiedziała, jak się ustawić, żeby jej ciało wyglądało najbardziej
apetycznie. Kamila to fascynowało i przerażało jednocześnie.
Fascynowało z powodów oczywistych. Zbliżał się do pięćdziesiątki, od
czterech lat był rozwodnikiem, a od przynajmniej piętnastu nie
towarzyszyło mu poczucie przyjemnego i jednocześnie nieznośnego
podniecenia podczas rozbierania kobiety. Seks stał się dla niego
czynnością tak oczywistą i przewidywalną jak mycie zębów. Po prostu
jednym z zabiegów higienicznych, na które musiał znaleźć czas, by
później czuć się jako tako.
Przerażało z powodów, nad którymi nie chciał się zastanawiać. Kiedy
jednak opowiadał o Joannie swojemu przyjacielowi ze studiów, zdobył się
na stwierdzenie, że za ich czasów dwudziestosześciolatki były zupełnie
inne. Bardziej zahukane, nieśmiałe i wyczekujące.
- Tak, tak. Rozumiem. A jak zareagowała?
- Tak jak zakładaliśmy. Gotowało się w niej i nawet nie starała się tego
ukryć. Spytała, co z innymi sprawami, którymi powinna się zajmować.
Odpowiedziałem, że ma je przekazać tobie.
- Ooo! - Z twarzy Joanny zniknęło niezadowolenie.
- Wkurzyła się, a potem, przełykając gorycz porażki, spojrzała na mnie z nadzieją i spytała, kiedy mielibyśmy ruszyć z realizacją tego programu.
- I wtedy ją dobiłeś! - Roześmiała się.
Znowu go przeraziła i podnieciła jednocześnie. Była zła. Prawie tak samo
zła jak on.
Wieczorami przez dwa tygodnie dopracowywali szczegóły idealnego planu
pozbycia się Rogozińskiej z Primo TV. To Joanna wpadła na pomysł, że po
traumatycznych doświadczeniach Anny ze szpitala przyda się jej coś, co
przypomni jej o tym, o czym chciała zapomnieć.
Zależało im na tym, żeby dziennikarka całkowicie się rozsypała. Dzięki
temu mogliby pozbyć się jej bez brudzenia rąk i bez budzenia
czyichkolwiek wątpliwości.
- Dobiłem. Powiedziałem, tak jak uzgodniliśmy... już, o ile nie wczoraj.
- I?
- I wtedy zobaczyłem na jej twarzy prawdziwe przerażenie. Miałaś rację,
zrzucenie na nią tego zadania, bez czasu na zastanowienia się, czy
uporanie się z sobą było najlepszą rzeczą, jaką mogliśmy zrobić.
- Czyli co? Mamy ją?
- Mamy! Pytała oczywiście, czy nie można prowadzenia programu oddać
komuś innemu, na przykład tobie. Powiedziałem, że można... A potem
sięgnąłem do szuflady po czystą kartę papieru. Podałem ją jej i dodałem,
że jeśli nie czuje tematu albo nie jest do niego przekonana, to ma
napisać kilka słów wyjaśnienia, które przedstawię zarządowi.
- Jesteś boski!
Miał wrażenie, że pożera go wzrokiem.
- No jestem... - zamruczał i zerknął na zegarek. - Spotkamy się na lunchu?
Za godzinę?
- Czekaj, niech pomyślę... - Przesunęła językiem po wargach. - A jeśli
nasz plan nie wypali?
- Joasiu, spokojnie. Ona nie da sobie rady. Jestem tego pewien. To tylko
kwestia czasu. Rozsypie się, a wtedy wyleci z hukiem.
- A jeśli się nie rozsypie?
- To wymyślisz coś innego.
- Przypilnuję, żeby nie nakręciła go zgodnie z wytycznymi.
- I to jest myśl. Pozbędziemy się jej z Primo TV, materiał zmontujemy
tak, żeby jej na nim nie było, i wyemitujemy. Upieczemy dwie pieczenie
na jednym ogniu.
- Tak, usuniemy ją, a wrzucimy mnie, co myślisz? Takie wstawki na
początku albo jakieś słowo komentarza? Widziałbyś mnie w takiej roli?
- Ciebie? W każdej! - Rozmarzył się. - Lunch?
Nie zdążyła mu odpowiedzieć. Telefon stojący na biurku zepsuł atmosferę
narastającego napięcia. Wydał z siebie dźwięk, który zmusił Kamila do
oderwania wzroku od Joanny.
- Halo? Podjęła pani decyzję? Dobrze. Rozumiem. Pani Joanna przekaże
pani wytyczne programu.
- W imieniu Rzeczpospolitej Polskiej Sąd Okręgowy w Poznaniu, Trzeci
Wydział Karny w składzie...
Prokurator Wiktor Braun stał i obserwował oskarżonego. Zawsze to robił.
Wpatrywał się w twarz człowieka, którego oskarżał, i szukał na niej
śladów jakichkolwiek emocji. Jedni przyjmowali wyrok sądu z ulgą, inni
całkiem się rozklejali. Jeszcze inni do końca zachowywali kamienną
twarz. Podobnie jak Kajetan Bagiński. Potwór, który z zimną krwią zabił
matkę swoich dzieci.
Emocje. Wiktor sam ich nie okazywał. Był dumny z tego, że wyrobił w sobie bezpieczne nawyki. Cieszył się, że im dłużej pracował w zawodzie,
tym bardziej robił się podobny do swojego książkowego idola, Martina
Vaila. Vail był adwokatem, który w Lęku pierwotnym Williama Diehla
bronił młodego człowieka oskarżonego o zabójstwo powszechnie szanowanego
duchownego.
Vaila poznał najpierw w wersji filmowej. Zauroczył go odpychający styl
bycia Richarda Gere broniącego debiutującego Edwarda Nortona. Później
sięgnął po książkę i znalazł tam mnóstwo cynicznych zdań, które
zakreślił na zielono. I nauczył się ich na pamięć.
"Nie wierz nikomu i niczemu. Nie wierz w to, co widzisz, słyszysz i czytasz. I na Boga, nie ufaj uczuciom" - to była jedna z zasad, którą
pożyczył od Vaila i trzymał się jej kurczowo.
- ...po rozpoznaniu na rozprawie sprawy Kajetana Bagińskiego, syna Jadwigi
i Przemysława, urodzonego w dniu 12 lipca 1985 oskarżonego o...
Wiktor pozwolił sobie na chwilę odciąć się od otoczenia. Dobrze
wiedział, o jakie czynny oskarżał Bagińskiego. Nie musiał kontrolować,
czy sędzia dobrze spisał wszystko z akt sprawy.
Przywykł do morderstw, napadów i gwałtów. Wszystko brzmiało dla niego
tak samo słabo, beznadziejnie i tandetnie. Nie rozpatrywał agresji w kategoriach naukowych. Nie szukał etyki, ale cieszył się, gdy na nią
trafił. Nie szukał też sprawiedliwości. Czasem jednak modlił się o to,
by otrzymać jej choć odrobinę.
Pamiętał też o tym, że to tylko praca. Adwokat walczył o dobre imię
oskarżonego. W tym czasie połowa sali - o ile była wypełniona
publicznością - zasypiała, a sędzia rozmyślał nad miłym sposobem
spędzenia wieczoru. I on, prokurator, miał też swój udział w tym
przedstawieniu. Nie silił się jednak, by robić z niego arcydzieło. To
zadanie zostawiał pismakom.
Teraz chciało mu się pić. Na sali panował zaduch. Kaloryfery grzały
pełną parą, a za oknem świeciło jesienne słońce.
- ...o czyn z artykułu sto czterdzieści osiem paragraf pierwszy kodeksu
karnego...
Wiktor czekał na najważniejsze słowa sędziego. Dla niego odczytanie
sentencji wyroku było jak muzyka klasyczna. Najpierw preludium,
budowanie napięcia w oskarżonym, podnoszenie poziomu adrenaliny u jego
obrońcy i publiczności, jeśli taka była na sali. Później pojawiały się
paragrafy, cyfry, w których ukrywał się czyn zabroniony, Wiktor zaczynał
czuć ekscytację, a na sam koniec padały słowa, na które czekał od chwili
pierwszego rzucenia okiem na akta sprawy:
- Oskarżonego Kajetana Bagińskiego uznaje za winnego tego, że w dniu
dwudziestego pierwszego grudnia dwa tysiące piętnastego roku, działając
z zamiarem ewentualnego pozbawienia życia Małgorzaty Bagińskiej, poprzez
kopanie, uderzanie jej pięściami po całym ciele oraz duszenie,
spowodował u pokrzywdzonej obrażenia zewnętrzne w postaci sińców na
głowie, twarzy, kończynach górnych i dolnych oraz otarcia naskórka na
szyi, a także obrażenia czaszkowo-mózgowe w postaci podbiegnięć krwawych
w powłokach czaszki po stronie wewnętrznej, wylewu krwawego w mięśniu
skroniowym prawym, obrzęku mózgu, krwiaka podtwardówkowego, wylewu
krwawego w mięśniach szyjnych i mięśniach klatki piersiowej...
Sędzia wymieniał, a umysł Brauna projektował poszczególne fragmenty
ciała Małgorzaty Bagińskiej. Nigdy nie zapamiętywał twarzy ofiar osób,
które oskarżał, ale bardzo dokładnie pamiętał, kto co zrobił.
Przechowywał to w swoim archiwum, gdzieś z tyłu głowy, zawsze w formie
obrazów poszczególnych fragmentów ciała leżących na stole sekcyjnym.
- ...następstwem doznanych obrażeń czaszkowo-mózgowych, to jest ostrego
krwiaka podtwardówkowego pourazowego, był nagły i gwałtowny zgon
Małgorzaty Bagińskiej. Oskarżonego uznaje się za winnego zbrodni z artykułu sto czterdzieści osiem paragraf jeden kodeksu karnego i za to
wymierza mu się karę piętnastu lat pozbawienia wolności.
Sędzia przeszedł do odczytania uzasadnienia wyroku, a kamienna twarz
Bagińskiego poczerwieniała.
Braun mógł odetchnąć z ulgą. Wygrał. Wiedział, że tak będzie. Zbrodnia z artykułu sto czterdzieści osiem jest typowym przestępstwem materialnym,
jego dokonanie wymaga nastąpienia określonego w ustawie skutku, czyli
śmierci człowieka. Żona Bagińskiego umarła. W tej sytuacji mniej ważne
było to, czy bił ją, bo tak właśnie wyglądały ich wszystkie małżeńskie
kłótnie, czy chciał ją zabić, czy tylko mógł przewidywać, że tak liczne
i silne ciosy mogą doprowadzić do śmierci.
- W lewo!
Artur Lipiec w ostatniej chwili zdążył zmienić tor jazdy samochodu.
Zgodnie z uwagą Anki skręcił w ulicę, której wcześniej nawet nie
zauważył. Wydawało mu się, że skręt w Rycerską będzie dopiero na
następnych światłach.
Wjechali w wąską drogę otoczoną z obu stron drzewami. Zwolnił. Nie
pamiętał, jakiego dokładnie numeru szukali.
- Stacja Kontroli Pojazdów - odczytał duży niebieski baner.
- Wierz mi, że wolałabym już kontrolę pojazdów, smary i inne takie
męskie rzeczy niż to pieprzone pogotowie.
- Wierzę - westchnął.
Gdyby nie prowadził samochodu, w tej chwili poklepałby Ankę po plecach.
Widział, że bardzo potrzebuje wsparcia. To dlatego zgodził się z nią
jechać. Nie miał ochoty na tego rodzaju wyzwanie zawodowe, ale nie miał
wyjścia. Nie mógł zostawić przyjaciółki samej.
- To chyba tam, gdzie wjeżdża ta karetka. - Anka wskazała bramę.
Lewa część jezdni była zajęta przez zaparkowane samochody. Po prawej
znajdował się wjazd na teren Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego.
Artur rozejrzał się za miejscem, w którym mógłby zostawić auto.
Kiedy wyłączył silnik i był gotowy do wyjścia, spojrzał na Ankę. Była
blada i nie spieszyła się z otwarciem drzwi. Zwykle zachowywała się jak
podekscytowana dziewczynka - niespokojnie tuptała w miejscu i wybiegała
z samochodu już podczas parkowania. Nie mogła się doczekać tego, co
nastąpi. Nie chciała stracić ani sekundy.
- Może jeszcze fajka przed? - odezwała się, gdy spojrzał na nią
pytająco.
Wyszli na chodnik. Wysilił się na żart, że papierosa pali się zwykle po,
ale nawet się nie uśmiechnęła. Stała w miejscu i poruszała nogami,
przesuwając leżące na ziemi liście.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki