rozdział pierwszy
A w Szwecji wzięliśmy rozwód?
Znam wiele osób, które wyobrażają sobie dzień swojego ślubu, ale nie znam żadnej wyobrażającej sobie dzień rozwodu. Kiedy szykujesz się do ślubu, myślisz o tym, jak będzie wyglądała sukienka, wesele i całe późniejsze "długo i szczęśliwie". Już po ceremonii i imprezie codziennie zerkasz na połyskujące na palcach obrączki, uczysz się mówić "mój mąż", "moja żona", zmieniasz nazwisko i czujesz, jak w jakiś nieopisany sposób stajecie się sobie jeszcze bliżsi. Bo niby nic się nie zmieniło między wami sprzed ślubu, a jednak jakby wszystko się zmieniło. Nasze wyobrażenia o tym, jak to będzie, często biorą się z obserwacji i opowieści książkowo-filmowych, a większość, jeśli nie wszystkie, filmów romantycznych kończy się na dniu ślubu i w sumie nie wiadomo, co dalej. Spodziewasz się, że pewnie dalej jest tak jak na początku, czyli znakomicie, wszystko fajnie i pięknie.
Kiedy nadchodzi dzień, w którym orientujesz się, że to już koniec waszej relacji i że czas się rozstać, jesteś w szoku. Ta myśl zatrzymuje cię w bezruchu. Sprawia, że tracisz oddech. To odkrycie jest nieporównywalne z żadnym innym odkryciem. Czasem przychodzi w środku nocy, czasem w środku dnia, czasem, kiedy odbierasz dzieci ze szkoły, czasem, kiedy jedziesz zatankować albo kupujesz kwiaty na wesele przyjaciółki. Myśl o nieuchronności rozstania przychodzi cicho, jakby wyłaniała się znikąd. Choć przecież nie jest znikąd, bo to owoc wielu dni, nocy, godzin, minut, sekund rozmyślań, wahań, łez rozpaczy i łez nadziei. Jednocześnie w twojej głowie ciągle brzmią słowa przysięgi małżeńskiej: "i cię nie opuszczę aż do śmierci". A ty nie możesz zrozumieć, o co chodzi.
Ja bardzo długo rozumiałam te słowa wąsko, myśląc, że chodzi o śmierć fizyczną. Teraz już wiem, że mogą się odnosić do śmierci uczucia, które między wami było. W jakimś sensie dzień decyzji o rozwodzie to dzień, w którym oficjalnie umiera miłość.
Dla mnie ten dzień był zamglony szwedzką pogodą i zalany łzami. Nie wyobrażałam sobie, że decyzja o rozwodzie spotka mnie w Szwecji, i to w dodatku w moje urodziny. Nie wyobrażałam sobie, że serce pęknie mi na tysiąc kawałków w jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Nie wyobrażałam sobie, że staną przede mną tak trudne pytania i że będę musiała znaleźć odwagę, żeby na nie odpowiedzieć. Żadnej z tych rzeczy sobie nie wyobrażałam, bo trudno wyobrazić sobie taki dzień, w którym skończy się miłość.
Z perspektywy czasu widzę, że wcześniejsze życiowe decyzje, większego czy mniejszego kalibru, nie wymagały ode mnie tyle odwagi czy siły. Żadna inna decyzja nie wiązała się z tak precyzyjną świadomością swoich potrzeb i podążania za nimi bez obawy przed oceną innych. I choć wydawało mi się, że już sporo tych różnych wyborów dokonałam na przestrzeni lat, to żaden nie był tak trudny. Wybór studiów - wiedziałam, że zawsze można je zmienić. Pierwsza praca - przecież da się zrezygnować. Kupno mieszkania - co to za problem sprzedać. Samochód - łatwo go wymienić. Ale decyzja o rozwodzie jest nieodwracalna.
Odnoszę wrażenie, że w procesie wychowania i dorastania przygotowuje się nas do występów, komunii, wycieczek, ale nikt nas nie przygotowuje do powiedzenia: nie, nie chcę już tak dalej żyć. Mało kto jest gotowy na fale emocji, które temu towarzyszą. To taka mieszanka uczuć, na którą chyba nie da się być gotowym. Gdzieś tam w środku spodziewałam się pewnie poczuć rozpacz, złość, smutek, żal, lęk. Jednocześnie może też czekałam na coś w rodzaju odwagi, nadziei i ulgi. Ale nie spodziewałam się, że w tym dniu poczuję... dorosłość. Mając 37 lat, poczułam się prawdziwie dorosła. Poczułam się kobietą, która bierze odpowiedzialność za swoje życie. Poczułam się ugruntowana i wierna sobie, a jednocześnie samotna, przestraszona, pogubiona i rozgoryczona.
Szwecja na zawsze już zostanie dla mnie krajem, w którym się rozwiodłam. To swoją drogą bardzo piękny kraj na rozwód. Szwedzka przyroda jest surowa, ale jednocześnie taka prawdziwa i jakoś tak dziwnie sprawiedliwa. Można powiedzieć, że stawia cię do pionu i zadaje ważne pytanie: "Dobra, Asiu, to jak jest, ale tak serio?". Tam na północy nie ma ściemy. Szorstkość przyrody, niskie temperatury i duże odległości to dużo czasu na myślenie, więc Szwecja jest sprawdzianem tego, co nosisz w sercu - bo masz szansę to dostrzec. Skoro natura jest tam tak surowo prawdziwa, to i człowiek odważnie sięga po prawdę, czasem niewygodną. Więc to tam w dniu moich urodzin powiedziałam zdanie ze słowem "rozwód" w środku. Rozmowa niełatwa, bolesna, wręcz okrutna. Taka, od której zazwyczaj chce się uciec. Taka, w której wdech boli potwornie, ale wydech jeszcze bardziej. Taka, która chcesz, żeby jak najszybciej się skończyła. I jednocześnie wiesz, że kiedy tylko się skończy, to staniesz nad przepaścią, w którą trzeba będzie skoczyć. A przepaść to jedna wielka niewiadoma, to miejsce, w którym są tylko pytania, a odpowiedzi brak. To dość specyficzna przepaść, bo taka, której musisz zaufać, że kiedy tylko odważysz się w nią wskoczyć - nie zginiesz.
Kiedy rozmowa ze słowem "rozwód" dobiegła końca, wróciłam do schroniskowego pokoju i osunęłam się na łóżko, a następnie zaniosłam płaczem. Pamiętam tylko, że zwinięta w kłębek pytałam siebie: co teraz?, co dalej?, gdzie?, kiedy?, jak?, ile?, dlaczego? Wielu rzeczy wtedy nie wiedziałam, ale były takie dwie, które wiedziałam na pewno. Po pierwsze, że muszę oddychać. Po drugie, że trzeba jakoś wrócić do Polski. To pierwsze było trochę łatwiejsze, to drugie było zagadką. Wiedziałam, że czeka nas wspólna podróż powrotna samochodem, która potrwa kilkanaście godzin. Nie wiedziałam tylko, jak my to emocjonalnie przeżyjemy.
Bardzo pomogło mi wtedy coś, co nazywam "strategią najbliższego możliwego kroku". Z jednej strony patrzenie za daleko w przyszłość sprawiało, że ocierałam się o uczucie paniki, wiedziałam więc, że nie mogę wybiegać myślami naprzód. Z drugiej równie mocno paraliżowało mnie uczucie bezruchu. Bezpieczną przestrzenią stało się dla mnie coś pomiędzy, czyli ten mój najmniejszy, ale najbliższy krok. Kroczek. Krokunio, który - o dziwo - umiałam zrobić. Zadawałam więc sobie pytania:
- Asiu, jaki najmniejszy krok możesz teraz zrobić?
- Wstać i umyć zęby.
- A teraz?
- Spakować walizkę.
- A teraz?
- Nastawić budzik.
- A teraz...
W ten sposób robiłam kolejne kroki w kierunku powrotu do jakiejkolwiek równowagi i jednocześnie... powrotu do Polski. Inaczej te tysiące czekających w kolejce kroków i pytań zamęczyłyby mój umysł, serce i ciało. Wiedziałam, że na razie stać mnie tylko na to, żeby pomyśleć o tym jednym najmniejszym ruchu naprzód. Bałam się, że jeśli zrobię za duży krok, to spadnę w przepaść, z której już nie będę umiała wrócić.
Leżałam więc na tym schroniskowym łóżku w pokoju z widokiem na las i wędrowałam myślami. Okej, najmniejszy krok po powrocie to: znajdę mieszkanie do wynajęcia, potem się spakuję, potem przewiozę rzeczy. Okej, a potem? Znajdę prawnika i złożę pozew. A potem...
I tymi kroczkami dreptałam w stronę wyjścia. Oddychając sobie raz po raz.
Musiałam tylko uważać na lęk, który mi wtedy towarzyszył, bo nieupilnowany od razu panoszył się w mojej głowie. Czepiał się wszystkiego, każdego kolejnego kroku. Gdy zamierzałam szukać mieszkania, mówił: ale gdzie ty za te pieniądze znajdziesz mieszkanie?, może trzeba pomyśleć o powrocie do rodziców?, a jak ty się przeprowadzisz, dziewczyno, sama?, a kto ci pomoże?, oni wszyscy tacy zajęci, nie mają na to czasu.
Wiedziałam, że nie mogę tego głosu ignorować, ale też nie mogę pozwolić mu się rozrastać, bo bałam się, że mnie pochłonie. Szukałam więc narzędzi pracy z lękiem i tak trafiłam na coś, co do dziś pomaga mi w trudnych momentach. Był to list, który w swojej książce Wielka magia napisała Elizabeth Gilbert (autorka bestsellerowej powieści Jedz, módl się i kochaj):
Drogi Lęku,
rozumiem, że dołączysz do mnie i mojej kreatywności w tej naszej wspólnej podróży zwanej życiem. Takie jest twoje zadanie i parasz się nim od zawsze. Doceniam Twoje poczucie obowiązku i zaangażowanie w pracę, którą wierzysz, że powinieneś w moim życiu wykonywać. Traktujesz swoją pracę bardzo serio, a wśród twoich obowiązków widzę, że masz wpisane między innymi: generowanie paniki wtedy, kiedy tylko podejmuję się robienia czegoś nowego. I muszę przyznać... jesteś w swojej robocie świetny. Więc jeśli musisz to robić, to działaj, ale obiecuję ci, że ja też będę, i to niezależnie od tego, co ty zrobisz. Chcę, żebyś wiedział, że w tym samochodzie, w którym wspólnie podążamy przez życie, jest miejsce dla nas wszystkich, więc czuj się jak u siebie w domu. Pamiętaj jednak o tym, że to ja i moja kreatywność podejmujemy tutaj decyzje. Szanuję to, że z nami jedziesz i że jesteś częścią rodziny. Nigdy cię z niej nie wyrzucę, więc możesz z nami dalej jechać. Możesz nawet mieć swoje zdanie, ale... nie masz prawa głosu. Co więcej: nie dotykasz map. Nie dotykasz tempomatu. Stary, nawet nie masz prawa dotknąć radia. Aha, i najważniejsze: nie masz prawa kierować tym samochodem.
Lubię wracać do tego listu, bo zawsze mnie uspokaja. Wiem, że lęk towarzyszy nowym przedsięwzięciom, zmianom, końcom i początkom. Lęk to normalne i naturalne uczucie, które każdy z nas przeżywa częściej lub rzadziej, mocniej lub słabiej. Każdy się kiedyś czegoś bał albo boi, albo będzie bał. Problem w tym, że nie każdy wie o tym, że to, co czuje, to właśnie lęk, bo może maskować to złością. Albo wie, że czuje lęk, tylko nie powie o tym światu zewnętrznemu, bo "to wstyd". Być może nawet czytając te słowa, odczuwacie lęk. Może ta książka zastaje was w miejscu lęku o przyszłość. Może boicie się, że ktoś was zdradzi albo że sobie nie poradzicie w nowej pracy. A może przyszła diagnoza lekarska, która na pewno zmieni wasze życie i tego się obawiacie. Może lęk nie dotyczy was, tylko waszych dzieci albo rodziców. A może to lęk, który wiąże się z czymś pozytywnym, czyli z awansem oraz przeprowadzką, i karzecie się za to, że się boicie, bo "przecież nie ma powodu". Kiedy dzieje się coś nowego, zaskakującego, trudnego albo pięknego, lęk ma prawo się pojawić. To, do czego nie ma prawa, to kierować waszym życiem. Dlatego trzeba mu dokładnie rozpisać zakres obowiązków i pokazać, że o własnym życiu decydujemy my, a nie on.
Kiedy dzieje się coś nowego, zaskakującego, trudnego albo pięknego, lęk ma prawo się pojawić. To, do czego, nie ma prawa, to kierować waszym życiem. Dlatego trzeba mu dokładnie rozpisać zakres obowiązków i pokazać, że o własnym życiu decydujemy my, a nie on.
Wtedy w Szwecji - po przeczytaniu listu Gilbert po raz setny - długo nie mogłam zasnąć. Dzień już dawno się skończył, a ja próbowałam pozbierać myśli przed powrotem ze Skandynawii do Polski. Kiedy nie mogę zasnąć, zazwyczaj na ratunek przychodzi mi medytacja. Tyle tylko, że kompletnie nie wiedziałam, jak znaleźć medytację pasującą na taki dzień jak tamten. Spodziewałam się, że raczej nie istnieje taka, która magicznie utuli mnie do snu, wykona za mnie wszystkie te trudne kroki, znajdzie mieszkanie w Warszawie i zaleczy powstałą ranę. Okazało się jednak, że istnieje coś bardzo bliskiego ideałowi. Medytacja, którą wtedy odkryłam, trzymała mnie przy życiu na całej ścieżce pożegnań rozwodowych.
Kupiłam dostęp do medytacji prowadzonych przez Gabby Bernstein, amerykańską autorkę bestsellerów z zakresu duchowości oraz moją mentorkę, którą z całego serca wam polecam. Siedząc w schroniskowym pokoju na północy Szwecji, kuląc się z bólu złamanego serca, trafiłam na medytację zatytułowaną All is well, czyli Wszystko jest dobrze. Kliknęłam bez wahania, bo dokładnie takiego stanu potrzebowałam, gdy w moim świecie wszystko było źle. Klikając "start", spodziewałam się najpierw błogiej ciszy i kojącego głosu Gabby tłumaczącej instrukcję, a potem cichej i spokojnej muzyczki prowadzącej w krainę all is well. Czekała mnie jednak niespodzianka, bo ta medytacja była zupełnie inna. Miała w sobie dynamiczną muzykę, przepiękne słowa, a do tego mobilizujący do działania rytm. Gabby na przestrzeni całej medytacji powtarzała: all is well, a jej słowa budziły w moim sercu nadzieję, robiły miejsce na smutek i chwytały lęk, nie pozwalając się mu panoszyć. Jest w tej medytacji taki moment, w którym cytuje Kurs cudów, książkę Helen Schucman (światowy bestseller, przetłumaczony na 27 języków). Zdanie "Jeśli wiedziałabyś, kto idzie obok ciebie na ścieżce życia, którą sobie wybrałaś, to lęk byłby niemożliwy" (ang. If you knew who walks beside you on the path that you have chosen, fear would be impossible.) stało się ziarnem, z którego zaczęła kiełkować nowa ja. To zdanie dawało mi upragnione poczucie bezpieczeństwa i kojącą świadomość, że przez tę krętą drogę nie idę sama i mam się na kim i na czym oprzeć. Co więcej, przypominało mi to, że wszystko to, co jest moim wyborem, jest jednocześnie właściwą drogą i nie ma się czego bać.
Słuchałam tej medytacji w tamtym czasie codziennie. C-o-d-z-i-e-n-n-i-e. Medytowałam wtedy, kiedy wiedziałam, że wszystko jest dobrze. Medytowałam wtedy, kiedy nie było, i dzięki medytacji wiedziałam, że zaraz będzie. Może nie od razu, ale kiedyś na pewno. Można rozumieć to all is well na wiele sposobów. Można tak, że obok nas idzie bóg albo bogini, siła wyższa, źródło albo po prostu najwspanialszy przyjaciel. Można też patrzeć na to tak, że to wiara i nadzieja drepczą obok nas. Można też pomyśleć, że obok mnie idę ja sama, tylko ta silniejsza, mocniejsza, pewniejsza. Niezależnie od tego, co lub kto "idzie tuż obok ciebie", to poczucie, że nie jesteśmy sami, jest w tych momentach kluczowe. Absolutnie kluczowe. Oprzeć się na czymś niewidzialnym, a jednocześnie namacalnym, jest na wagę złota w momentach, które sprawiają, że ziemia się osuwa i tracisz grunt.
A stabilnego gruntu bardzo potrzebowałam, bo powrót do kraju był pełen emocji. Wspólna podróż do Polski oznaczała między innymi długą, powolną i na dodatek po morzu, jak z piosenki W siną dal, przeprawę promem. Morze Bałtyckie potrafi być różne: niespokojne, wietrzne, sztormowe. Ale tym razem było świetliste, cichutkie i gładkie. Miałam wrażenie, że specjalnie dla nas się uspokoiło, żeby nie dodawać jeszcze jednego sztormu. Pamiętam, jak w trakcie podróży poszłam do promowej restauracji, ogromnej, bo przewidzianej dla setek osób, i chciałam zamówić sobie tylko coś do picia. Akurat tego wrześniowego dnia prom i restauracja były pustawe, siedziałam w niej tylko ja i może jeszcze jedna osoba. Każda z nas przy stoliku z oknem. Zamówiłam, usiadłam i zanurzyłam się w kolejną medytację, bo tylko tak byłam w stanie przeżywać te długie minuty podróży. Nagle w słuchawkach padły pytania: "Co czujesz?", "Jak się masz?". Pamiętam, że na powierzchni mnie było dużo wirujących myśli, przekonań, trosk, ale jednocześnie głęboko, bardzo głęboko wiedziałam, że jestem jak tafla tej wody za oknem... spokojna, świetlista i gładka, a co najważniejsze - niewzburzona żadnymi wątpliwościami. Moja dusza była spokojna, bo wiedziała, że jedna droga się kończy i że właśnie zaczyna się nowa. Nieznana, ale moja. Kiedy wróciłam do Polski, krok po kroku zrobiłam to, co wtedy na tym łóżku w schronisku zaplanowałam: znalazłam mieszkanie, spakowałam walizki i zaczęłam składać swoje życie i serce na nowo.
Powody rozstań przyjacielskich, romantycznych czy zawodowych są różne, decyzje o rozwodach również. Czasem decyzje te są chłodne i racjonalne, czasem gorące i burzliwe. Czasem przynoszą uczucie ulgi, a czasem przygniatają swoim ciężarem. Jedno jest pewne - że rozstań będziemy doświadczać w życiu wiele. Czy to będą trudne i pełne ciemnych emocji pożegnania, czy też radosne i pełne nadziei chwile - na jedne i drugie dobrze jest się przygotować. I o tym właśnie jest ta książka. O przygotowaniu się na to, co może nas spotkać: trudnego, niewygodnego, drastycznego. Ale nie o przygotowaniu w pełnym napięcia oczekiwaniu, "kiedy mi się to przytrafi?", tylko o czułym dbaniu o siebie w życiu, żeby jeśli nam się coś takiego przytrafi, móc sobie z tym poradzić.
Jest taka książka autorstwa Williama Bridgesa, która nosi tytuł Transitions (Przejścia). Poleciła mi ją kiedyś koleżanka po fachu, która mieszka w USA. Sandy to niezwykła osoba, była moją superwizorką, kiedy robiłam certyfikację pracy metodologią dr Brené Brown (znanej badaczki z Uniwersytetu w Houston, autorki bestsellerów "New York Timesa" i wspaniałej mówczyni). Kiedy skończyła się nasza superwizja, stałyśmy się sobie bardzo bliskie. To ten typ przyjaźni, w którym możesz się nie widzieć rok albo dwa, ale kiedy się spotykacie, to macie poczucie, jakbyście rozstały się wczoraj. Sandy, usłyszawszy, że biorę rozwód, wręcz kazała mi przeczytać Transitions. Miała rację. Bridges pisze tam, że między końcem a początkiem jest coś, co nazywa pustką (ang. void). To właśnie to, czego boimy się w zmianie najbardziej. Nic nas tak nie przeraża jak ten cholerny moment "pomiędzy". Moment, który nie zawiera w sobie żadnej obietnicy. W lotnictwie mówi się o tzw. the point of no return, czyli punkcie, z którego samolot już nie może zawrócić, bo nie starczy mu paliwa na powrót. I ten punkt nas przeraża, a nawet paraliżuje. Zdałam sobie sprawę, że właśnie to czułam wtedy na tym promie. Wiedziałam, że ruszyłam z jednego brzegu na drugi. Wiedziałam, że opuszczam szwedzki kraniec i odwracam wzrok w kierunku polskiego, którego nie widać. Wiedziałam, wyruszając z tego portu, że już nie ma odwrotu. Tak samo było z decyzją o rozwodzie. Nie było od niej odwrotu.
Kiedy niedługo potem przeprowadziłam się do 30-metrowego mieszkania, moja pustka z książki Bridgesa zaczęła się urzeczywistniać. Doświadczałam tego cholernego "pomiędzy" na różnych poziomach. Na przykład na takim, że blok, w którym wynajęłam mieszkanie, był świeżo wybudowany i ja byłam jego pierwszą lokatorką. To z jednej strony wspaniałe, a z drugiej, jak się potem okazało, zupełnie nie, bo we wszystkich mieszkaniach dookoła w różnych odstępach czasu rozpoczynały się wielomiesięczne prace wykończeniowe. Oznaczało to, że codziennie, powtórzę: codziennie, ktoś coś wiercił, przykręcał, piłował. Od 8 do 18 nie było ani chwili ciszy. Paradoksalnie ta moja pustka była strasznie głośna. Teraz, jak o tym myślę, to mam wrażenie, że byłam częścią wielkiego remontu, bo sama byłam w przebudowie. Nie muszę wam mówić, jak ciężko mi się tam żyło. Właściwie nie dało się tam mieszkać, dlatego całe dnie spędzałam w kawiarniach, samochodzie albo w pracy, czyli na warsztatach i wykładach. Wiedziałam, że wcześniej niż o 18 nie ma sensu wracać, bo nie wytrzymam. Bardzo pragnęłam mieć swój azyl, ale jednocześnie go nie miałam. Były takie dni, w których myślałam: dobra, to tylko na chwilę, a w innych: nie wiem, czy będzie mnie stać na wynajem czegokolwiek innego, ale dłużej tak nie wytrzymam, zaraz zwariuję. Jednocześnie głęboko, bardzo głęboko w środku wiedziałam, że to będzie tylko na chwilę, że wkrótce stanę na nogi emocjonalnie i finansowo. Wiedziałam, że jeszcze nie jest tak, jakbym chciała, ale już nie jest tak, jak nie chciałam, żeby było, więc teraz po prostu muszę iść krok po kroku do przodu, aż zobaczę upragniony ląd.
Ten czas był pełen przełomowych momentów. Były takie, w których dużo płakałam. Jak na przykład wtedy, gdy w nocy złapał mnie straszny ból związany z miesiączką. Rozpłakałam się, bo uświadomiłam sobie, że nie ma obok nikogo, kto mógłby się mną zająć, a w razie czego zawieźć do szpitala. Leżałam, przekręcając się z boku na bok, próbując znaleźć pozycję, w której nie bolało. Ale nie istniała taka. Płakałam i wiłam się z bólu. Nie miałam wtedy w domu żadnej apteczki, a tym bardziej środków przeciwbólowych, bo wszystko zostało w starym mieszkaniu. Kiedy kolejną godzinę nie mogłam zasnąć, stwierdziłam, że muszę pojechać do apteki po jakiś lek. Więc o 2 w nocy, w piżamie, zeszłam do garażu i ruszyłam autem w kierunku apteki. Wtedy przypomniałam sobie, że takie zwykłe leki przeciwbólowe dostanę przecież na stacji benzynowej, i zatrzymałam się na najbliższej. Zorientowałam się jednak, że nie mogę ich od razu połknąć, bo od ładnych kilku godzin niczego nie jadłam. Najpierw musiałam coś zjeść. Co się je o 2 w nocy na stacji? Zobaczyłam półkę z chlebami, takimi płaskimi, pociętymi na kromki, chwyciłam opakowanie, znalazłam leki i potem w tej samej piżamie, spłakana i zmęczona, ruszyłam do kasy. Nie wiem, czy pani, która mnie wtedy obsługiwała, znajdzie tę książkę, ale chciałam jej podziękować za czuły uśmiech i spojrzenie na mnie jak na "siostrę, która ma po prostu trudny czas", a nie na dziwadło z chlebem i pigułami pod pachą. W samochodzie wyciągnęłam kromkę, zjadłam ją, potem połknęłam leki i znowu się rozpłakałam. Kotłowała mi się wtedy w głowie jedna myśl: no to teraz jesteś już sama. Nie ma nikogo, kto ci w takich sytuacjach pomoże. Jak się domyślacie, to nie pomogło zahamować płaczu.
Kiedy intensywność łez zmniejszyła się na tyle, że widziałam przednią szybę, ruszyłam do domu. Tym oto sposobem już bez bólu o mniej więcej 3 nad ranem zasnęłam. Pamiętam, że następnego dnia szłam na zajęcia jogi. Zmięta po całej nocy, niewyspana, ale poszłam. Ula, moja nauczycielka, zapytała: "Jak się masz?", a ja znowu się rozpłakałam, że źle, że taka noc, że sama, że nikt nie pomoże... Ona popatrzyła na mnie ze spokojem, z czułością i powiedziała coś, czego nigdy nie zapomnę, i co, podobnie jak all is well, zostało ze mną na cały etap "pomiędzy". Brzmiało to tak: "Miałaś przecież siebie. Wstałaś, pojechałaś i sobie pomogłaś". Wtedy zrozumiałam najstarszą ze starych prawd: ja nigdy nie jestem sama. Nigdy nie byłam i nigdy nie będę, bo mam siebie. Być może brzmi to absurdalnie i dla wielu to oczywista oczywistość, ale dla mnie wtedy to było odkrycie.
Były też takie momenty, w których czułam, że do tego nowego życia muszę przejść jakiś rodzaj transformacji, bo kiedy kończy się relacja, to jakaś część naszej tożsamości musi umrzeć. W ten sposób robimy miejsce na nową część siebie, która wypełni to puste miejsce. To dlatego przez moment nie wiemy, kim jesteśmy. Wiemy, że już nie tamtym kimś, a jeszcze nie wiadomo kim. Jeśli osoba, z którą byliśmy, odgrywała rolę ratownika, to po jej odejściu wpadamy w pułapkę, że nikt nas nie ratuje. Jeśli ojciec był naszym doradcą, to po jego śmierci możemy czuć zagubienie, bo nikt nam nie wskazuje drogi. Jeśli siostra była naszą najlepszą przyjaciółką, ale drogi nam się rozeszły, to czujemy, jakby ktoś wyrwał nam serce i kompas jednocześnie. Podczas rozstań obumiera ta część nas, która istniała wtedy, kiedy istniała tamta relacja. To normalne i naturalne. Jest to zaproszenie do tego, żeby wypełnić przestrzeń nową i nowym sobą. Chodzi o pozwolenie sobie na chwilowe zagubienie z krążącym nad nami pytaniem: kim jestem bez tej osoby? A potem na kolejne: kim dzięki temu się staję? Może staję się odważniejsza, silniejsza albo bardziej pewna siebie i gotowa podejmować ryzyko? A może staję się spokojniejsza i pełna radości? Innymi słowy: kim się stajesz dzięki tej pustce? Bo każde takie wydarzenie w naszym życiu to jednocześnie zaproszenie do wzrostu, rozwoju, do transformacji.
Wiem, że będą momenty, w których wykrzykniemy "wzrost-srost" albo "transformacja-sracja", ale jeśli ja was nie przekonuję, że nawet najtrudniejsze momenty służą naszemu rozwojowi, to posłuchajcie profesora Kazimierza Dąbrowskiego. Ten znakomity polski lekarz psychiatra i psycholog kliniczny mówił, że kiedy się rozwijamy, ma miejsce tzw. dezintegracja pozytywna. Opisuje ją tak: "Ten dezintegracyjny proces - chociaż rozluźnia, a nawet rozbija spoiste środowisko wewnętrzne i rodzi konflikty w nim samym oraz konflikty ze środowiskiem zewnętrznym - jest podstawowy dla tworzenia się i rozwoju wyższej struktury psychicznej. Dezintegracja jest podstawą rozwoju ku górze, podstawą tworzenia nowych dynamizmów rozwojowych, rozwoju osobowości w kierunku wyższego poziomu, który znamionuje drogę do wtórnej integracji". Musimy się rozłożyć na części, żeby powstała nowa, ponownie zintegrowana konstrukcja. Mocniejsza, odporniejsza, stabilniejsza, bo już bardziej doświadczona. Bardzo mnie świadomość tego podnosi na duchu. Zwyczajnie lubię to zjawisko, bo kiedy jest ciężko, to zamiast powiedzieć: "jest ***jowo", mówię: "dezintegruję pozytywnie, a ty?". Swoją drogą to świetny pomysł na koszulki. Nie ma za co.
Trzymanie się kurczowo przeszłości jest jak podlewanie pustyni w nadziei, że coś wreszcie wyrośnie. Tam już nic nie wyrośnie - i dobrze, bo trzeba ruszyć w inne miejsce.
I choć to mało przyjemny stan wewnętrzny, to przypominam sobie, że niektóre stare części nie są już mi potrzebne, więc można je spokojnie zostawić za sobą, a w dalszą podróż zabrać to, co nam jest bardziej przydatne. To moment, w którym robimy miejsce na to, co dopiero się nam pokaże. A zatem kiedy odchodzi doradca, to my możemy nauczyć się czerpać ze swojej intuicji. Kiedy zabraknie nam siostry, możemy rozwinąć odwagę do wejścia w przyjaźń z kimś nowym. Kiedy znika mąż ratownik, to czeka na nas zaproszenie do zaufania sobie. My sami i same siebie też potrafimy ratować, słuchać, wzmacniać. Nie mówię, że da się wszystkich zastąpić, bo się nie da, ale jakości, które wnosili w nasze życie, już tak. Jedno jest pewne. Trzymanie się kurczowo przeszłości jest jak podlewanie pustyni w nadziei, że coś wreszcie wyrośnie. Tam już nic nie wyrośnie - i dobrze, bo trzeba ruszyć w inne miejsce. Niekoniecznie fizycznie, ale tam w środku, w sobie, gdzie znajdziemy lepszy grunt, na którym jest szansa, że coś wykiełkuje. A idąc w stronę pustki, która na nas czeka, pamiętajmy, że między startem a lądowaniem zawsze mamy siebie. Możemy być swoim własnym przyjacielem i przyjaciółką na całej długości tego "pomiędzy".
Piszę ten rozdział na Wyspach Kanaryjskich i kiedy niedawno opisywałam to głośne mieszkanie w bloku wielu remontów, przypomniało mi się, że bardzo chciałam wtedy gdzieś wyjechać. Poszukać siebie gdzie indziej - najchętniej za granicą, gdzieś daleko, ale nie było mnie na to stać. Pamiętam, że wieczorem po rozprawie rozwodowej leżałam na podłodze w tym malutkim wynajętym mieszkaniu, obok mojego psa, zwinięta w kłębek i płakałam. A kiedy przewracałam się z jednego boku na drugi, to patrzyłam w sufit, bo to był jedyny niezmącony punkt odniesienia, który wtedy miałam. Czysta karta, gotowa do zapisania. Kiedy tak leżałam otoczona smutkiem, mimo wszystko miałam iskrę nadziei, że kiedyś przyjdzie taki moment, że wyjadę. Ta idea wydawała się jak mglisty i odległy sen, ale w dziwny sposób realny. Teraz mogę już jeździć. Mam więcej siły, spokoju i zasobów. I gdybym miała powiedzieć, co mnie na tej drodze wsparło, to byłyby to te trzy eliksiry:
- najmniejszy możliwy krok,
- wszystko jest dobrze,
- nigdy nie jestem sama.
Ten rozdział dedykuję wszystkim tym, którzy i które po zmianach różnej maści, po przejściach zawodowych czy prywatnych, po rozstaniach, rozwodach nie stracili i nie straciły wiary w siebie oraz w to, że ta nowa droga zaprowadzi was prędzej czy później w miejsce pełne słońca. Słońca nie tylko na zewnątrz, ale przede wszystkim słońca, nadziei i miłości w sobie.