To nic takiego - Marlena Paletta

Kup ebooka

32.99 zł
26.39 zł (32,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Anastazja

Zno­wu to samo. Wczo­raj uczy­łam się dzień i noc, a w gło­wie mam pust­kę. Nie na­pi­szę tego, nie dam rady. Wszyst­ko mi się mie­sza. Czy na pew­no mia­łam od­po­wied­nie no­tat­ki? Nie ro­zu­miem ani jed­ne­go py­ta­nia. Od­dam pu­stą kart­kę, nic nie po­ra­dzę. Za­wsze mogę sko­rzy­stać z dru­gie­go ter­mi­nu.

Z za­my­śle­nia wy­ry­wa mnie głos wy­kła­dow­cy:

- Zo­sta­ło pięć mi­nut.

Trud­no. Wsta­ję. Kła­dę na biur­ko pro­fe­so­ra pu­stą, je­dy­nie pod­pi­sa­ną kart­kę. Z za­kło­po­ta­nia na­wet na nie­go nie pa­trzę. Wy­cho­dzę z sali. Ubie­ram kurt­kę i opusz­czam bu­dy­nek.

Po co mi to? Nie mam do tego gło­wy, nie te­raz.

Gdy rok temu de­cy­do­wa­łam się na stu­dio­wa­nie ar­chi­tek­tu­ry kra­jo­bra­zu, by­łam wnie­bo­wzię­ta. Od dziec­ka czu­łam się zwią­za­na z na­tu­rą, uwiel­bia­łam po­ma­gać ma­mie w ogro­dzie, z ła­two­ścią wy­my­śla­łam, co i gdzie po­sa­dzić, po­sta­wić, usu­nąć. Za każ­dym ra­zem efekt oka­zy­wał się za­do­wa­la­ją­cy. Lu­dzie po­dzi­wia­li moje pro­jek­ty, chwa­li­li za kre­atyw­ność, są­sie­dzi pro­si­li o po­moc w po­rząd­ko­wa­niu po­dwó­rek. Mia­łam za­pał.

Pierw­szy, dru­gi i trze­ci se­mestr zda­łam bez naj­mniej­sze­go pro­ble­mu. Pla­no­wa­nie prze­strzen­ne czy ob­li­cze­nia nie na­strę­cza­ły mi żad­nych pro­ble­mów. Może dla­te­go, że całe moje do­tych­cza­so­we ży­cie było upo­rząd­ko­wa­ne. Mama, tata, dwie sio­stry, dom z ogro­dem, bez­pie­czeń­stwo fi­nan­so­we, zna­jo­mi, na któ­rych za­wsze mo­głam li­czyć... Ni­czym nie mu­sia­łam się przej­mo­wać. Przy­naj­mniej do cza­su.

Było to trzy ty­go­dnie temu. Wra­ca­łam z uczel­ni, szczę­śli­wa, że uda­ło mi się za­li­czyć ko­lej­ny se­mestr. Mama z Aman­dą, moją dwa lata star­szą sio­strą, wy­cią­ga­ły wła­śnie piz­zę do­mo­wej ro­bo­ty z pie­kar­ni­ka, gdy wpa­dłam do kuch­ni. Oczy­wi­ście po­chwa­li­łam się suk­ce­sem - sio­stra sze­ro­ko się uśmiech­nę­ła, mama po­ca­ło­wa­ła mnie w po­li­czek, mó­wiąc, jak bar­dzo jest ze mnie dum­na. Chwi­lę póź­niej do domu wró­ci­ła moja naj­star­sza sio­stra Ali­cja. Rów­nież ucie­szy­ła się z mo­ich osią­gnięć. Usia­dły­śmy przy sto­le w mo­men­cie, gdy pod dom pod­jeż­dżał tata. Za­wsze je­dli­śmy obiad ra­zem, dla­te­go po­mi­mo bur­cze­nia w brzu­chach i ku­szą­cych za­pa­chów cier­pli­wie cze­ka­ły­śmy, aż wej­dzie, umy­je ręce i usią­dzie z nami.

Ale tym ra­zem było ina­czej. Nie zdjął na­wet bu­tów. Wszedł do kuch­ni, rzu­cił krót­kie spoj­rze­nie na mamę i oznaj­mił: "To ko­niec, Al­do­no, za­ko­cha­łem się, wy­jeż­dżam, mój praw­nik wszyst­kim się zaj­mie". Jed­nym tchem. Na­stęp­nie wy­szedł z kuch­ni, z domu, z na­sze­go ży­cia. To był ostat­ni raz, kie­dy go wi­dzia­łam.

Od tam­te­go mo­men­tu żad­na z nas, ani mama, ani sio­stry, nie mamy z nim kon­tak­tu. Po­dob­no wy­je­chał za gra­ni­cę. Już na­wet o nim nie roz­ma­wia­my. Mama za­ła­twia for­mal­no­ści roz­wo­do­we przez praw­ni­ka. Te­mat wy­da­je się za­mknię­ty. Ale to tyl­ko po­zo­ry.

Roz­my­śla­jąc o tym wszyst­kim, nie za­uwa­ży­łam, że od­je­chał mój au­to­bus. Cho­le­ra, na­stęp­ny do­pie­ro za czter­dzie­ści mi­nut. Do­brze, że cho­ciaż po­go­da do­pi­su­je. Jak na po­czą­tek wio­sny jest w mia­rę cie­pło, co daje na­dzie­ję na nad­cho­dzą­ce dni. Wi­dać już kwit­ną­ce kwia­ty, drze­wa za­czy­na­ją bu­dzić się do ży­cia. Po­sta­na­wiam za­cze­kać na au­to­bus w po­bli­skim par­ku. Sia­dam na ław­ce, wy­cią­gam książ­kę i za­czy­nam czy­tać. Po paru mi­nu­tach re­zy­gnu­ję, nie mogę się sku­pić.

Za­miast tego ob­ser­wu­ję lu­dzi. Uwiel­biam to ro­bić. Nikt nie zwra­ca na mnie uwa­gi. Je­stem zwy­czaj­ną dziew­czy­ną, do­syć ni­ską, z lek­ką nad­wa­gą. Wło­sy brą­zo­we, lek­ko krę­co­ne, do ra­mion. Nie mam żad­nych szcze­gól­nych atu­tów, ni­czym się nie wy­róż­niam.

Co in­ne­go moje sio­stry. Aman­da to cho­dzą­ca pięk­ność. Zde­cy­do­wa­nie odzie­dzi­czy­ła po ro­dzi­cach wszyst­kie naj­lep­sze ce­chy. Ma dłu­gie, pro­ste blond wło­sy i ide­al­ną fi­gu­rę. Ali­cja z ko­lei jest naj­drob­niej­sza, przez co na­praw­dę uro­cza. Po­dob­nie jak ja, ma kasz­ta­no­we wło­sy ścię­te na boba. Uwa­ża, że dzię­ki tej fry­zu­rze wi­dać, że jest naj­star­sza.

W par­ku nie ma zbyt wie­lu lu­dzi. Wra­cam na przy­sta­nek i dla za­bi­cia cza­su wsłu­chu­ję się w roz­mo­wę dwóch star­szych ko­biet. Roz­ma­wia­ją o wnu­kach, wi­dać, że są szczę­śli­we. Ką­tem oka do­strze­gam, że nad­jeż­dża au­to­bus. Drzwi otwie­ra­ją się i wcho­dzę. Jak zwy­kle o tej po­rze dnia jest za­pcha­ny. Sto­ję ści­śnię­ta mię­dzy ko­bie­tą po pięć­dzie­siąt­ce a chło­pa­kiem w moim wie­ku. Tym chło­pa­kiem. Ko­ja­rzę go z uczel­ni. Wy­so­ki, wy­spor­to­wa­ny, bar­dzo przy­stoj­ny. Uda­ję, że jego uro­da nie robi na mnie żad­ne­go wra­że­nia; do­brze wiem, że nie mam u nie­go żad­nych szans, poza tym za­pew­ne ma dziew­czy­nę. Nie stu­diu­je ar­chi­tek­tu­ry kra­jo­bra­zu. Wte­dy cho­dzi­li­by­śmy ra­zem na za­ję­cia, mia­ła­bym z nim ja­kiś kon­takt, inny niż prze­lot­ne i krót­kie spoj­rze­nia. Jest na ar­chi­tek­tu­rze wnętrz. Tyl­ko tyle o nim wiem. Nie znam na­wet jego imie­nia. Czę­sto za­sta­na­wiam się, ja­kie by do nie­go pa­so­wa­ło. Szy­mon? Adam? Może Ma­te­usz? Nie mi­nę­ło na­wet pięć mi­nut od wej­ścia do au­to­bu­su, a ja wy­zna­czy­łam so­bie cel: do koń­ca roku stu­denc­kie­go po­znam jego imię.

Parę przy­stan­ków da­lej chło­pak wy­sia­da. Ko­lej­na cen­na in­for­ma­cja. Nie jest z mo­je­go mia­sta. Ja wy­sia­dam do­pie­ro na ostat­nim przy­stan­ku. W au­to­bu­sie zro­bi­ło się tro­chę luź­niej i na­wet uda­ło mi się zna­leźć miej­sce sie­dzą­ce. Resz­tę dro­gi sku­piam się na ob­ser­wo­wa­niu zza szy­by mi­ja­nych do­mów i znaj­du­ją­cych się przy nich ogro­dów. Nie­któ­re ro­bią wra­że­nie - za­dba­ne, peł­ne ko­lo­rów i róż­no­rod­nych ro­ślin. W in­nych przy­da­ły­by się drob­ne zmia­ny, może kil­ka no­wych na­sa­dzeń czy po­praw­ki w aran­ża­cji. W gło­wie ukła­dam pro­jek­ty, za­sta­na­wiam się, co moż­na by do­dać lub zmie­nić, by wy­glą­da­ły jesz­cze pięk­niej. Dzię­ki temu czas szyb­ciej leci, a ja za­nu­rzam się w tych wy­obra­żo­nych me­ta­mor­fo­zach.

Kie­dy w koń­cu do­cie­ram na miej­sce i au­to­bus za­trzy­mu­je się, wy­cho­dzę z gło­wą peł­ną no­wych po­my­słów, ogro­do­wych in­spi­ra­cji. Lek­ki wio­sen­ny wiatr roz­wie­wa moje wło­sy. Wy­gła­dzam je dło­nią i zmie­rzam w kie­run­ku domu. Mama i sio­stry już pew­nie są. Nie wiem, co ro­bią, od odej­ścia taty ra­czej o tym nie roz­my­ślam. Wcze­śniej lu­bi­łam wy­obra­żać so­bie mamę przy­go­to­wu­ją­cą obiad w kuch­ni lub Aman­dę roz­pra­wia­ją­cą o czym­kol­wiek. Okrop­na z niej ga­du­ła. Od­da­li­ły­śmy się od sie­bie. Pierw­szy sku­tek.

Wcho­dzę ci­cho do domu. Ścią­gam buty i zmie­rzam od razu na górę do po­ko­ju. Sły­szę... ci­szę. Mama i sio­stry na pew­no są w domu, ale każ­da w swo­jej sy­pial­ni. Nie czu­ję za­pa­chów z kuch­ni. Od pew­ne­go cza­su od­ży­wia­my się go­to­wy­mi obia­da­mi ze skle­pu lub mro­żon­ka­mi. Żad­na z nas nie ma chę­ci na go­to­wa­nie. Wcze­śniej to uwiel­bia­ły­śmy. W kuch­ni spę­dza­ły­śmy naj­wię­cej cza­su. Czę­sto ro­bi­ły­śmy cia­sto bez żad­ne­go prze­pi­su, ze skład­ni­ków, któ­re aku­rat mia­ły­śmy w ku­chen­nych szaf­kach. Nie wiem, ja­kim cu­dem, ale za każ­dym ra­zem wy­cho­dzi­ło zna­ko­mi­te. Uśmie­cham się na te wspo­mnie­nia.

Prze­bie­ram się w wy­god­ny ró­żo­wy dres i kła­dę do łóż­ka. Za­my­kam oczy i czu­ję, jak od­pły­wam.

- Ana­sta­zja... Ana­sta­zja... - Przez sen sły­szę głos.

Ktoś otwie­ra drzwi do mo­je­go po­ko­ju. To mama. Wy­glą­da na zmę­czo­ną i o wie­le chud­szą.

- O, tu je­steś. Kie­dy wró­ci­łaś? Nie wi­dzia­łam, jak wcho­dzi­łaś - mówi smut­nym gło­sem.

Zer­kam na ze­ga­rek. Jest 19:51.

- Wró­ci­łam ja­kieś trzy go­dzi­ny temu, by­łam zmę­czo­na i od razu się po­ło­ży­łam.

- Spa­łaś cały ten czas? Nie za­śniesz w nocy. Chodź, po­trze­bu­je­my two­jej po­mo­cy - od­po­wia­da mama, po czym wy­cho­dzi z po­ko­ju.

Wy­ska­ku­ję z łóż­ka, bo wiem, że mama nie lubi dłu­go cze­kać. Idę za nią, ku mo­je­mu wiel­kie­mu zdzi­wie­niu, do sy­pial­ni ro­dzi­ców.

Mama po odej­ściu taty nie ko­rzy­sta­ła z tego po­miesz­cze­nia. Prze­nio­sła swo­je rze­czy na pod­da­sze, do uko­cha­ne­go miej­sca wszyst­kich w ca­łym domu. To uro­kli­wa prze­strzeń - ni­skie, drew­nia­ne pół­ki wy­peł­nio­ne są książ­ka­mi w róż­nych od­cie­niach okła­dek, duże okna da­cho­we wpusz­cza­ją na­tu­ral­ne świa­tło, któ­re od­bi­ja się od drew­nia­nych pa­ne­li pod­ło­go­wych. Na środ­ku stoi wy­god­na bor­do­wa ka­na­pa, oto­czo­na mięk­ki­mi po­dusz­ka­mi i ko­ca­mi, ide­al­na do czy­ta­nia. Obok, na nie­wiel­kim sto­li­ku, jest lam­pa, któ­rej de­li­kat­ne świa­tło two­rzy in­tym­ną at­mos­fe­rę. Nasz przy­tul­ny ką­cik. Tata rzad­ko tu za­glą­dał. Nie lu­bił czy­tać. Za to ja, mama i Ali­cja ko­cha­my książ­ki. Aman­da zde­cy­do­wa­nie woli oglą­dać se­ria­le, choć czy­ta po­le­ca­ne przez nas po­wie­ści.

- Mamo, co się dzie­je? - py­tam za­spa­nym gło­sem.

Wi­dzę Ali­cję i Aman­dę w sy­pial­ni ro­dzi­ców ubra­ne w sta­re dre­sy. W rę­kach trzy­ma­ją pędz­le i wał­ki ma­lar­skie.

- Czas od­no­wić ten po­kój. Tro­chę go zmie­nić, prze­ma­lo­wać. Co po­wiesz na sło­necz­ną żółć na ścia­nach? - pyta mama, lek­ko się uśmie­cha­jąc.

- Su­per po­mysł - od­po­wia­dam, bio­rę pę­dzel i za­bie­ram się do pra­cy.

Aman­da pusz­cza gło­śno mu­zy­kę. Ma­lu­je­my, tań­czy­my i śpie­wa­my, po­pi­ja­jąc czer­wo­ne wino.

Dwie go­dzi­ny póź­niej po­dzi­wia­my efekt na­szej pra­cy.

- Wow, te­raz ten po­kój wy­glą­da o nie­bo le­piej - mówi z za­chwy­tem Aman­da.

- Tak, my­ślę, że mogę się do nie­go wpro­wa­dzić - od­po­wia­da mama. Po chwi­li do­da­je: - Za­czy­na­my od nowa? Tyl­ko my, dziew­czy­ny? - pyta z na­dzie­ją w oczach.

- Ja­sne - od­po­wia­da­my jed­no­cze­śnie, po czym wszyst­kie wy­bu­cha­my śmie­chem.

To był wspa­nia­ły wie­czór.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Rozdział 2

Alicja

Wczo­raj­szy wie­czór był dziw­ny. Czy mama na­praw­dę uwa­ża, że prze­ma­lo­wa­nie ścian na ko­lor, któ­re­go tata ni­g­dy w ży­ciu by nie wy­brał, po­zwo­li nam za­cząć wszyst­ko od nowa? Za­sta­na­wiam się nad tym, od­kąd za­dzwo­nił bu­dzik. Wiem, że nie mam zbyt wie­le cza­su i z tru­dem wsta­ję z łóż­ka. Idę do ła­zien­ki i prze­my­wam twarz zim­ną wodą. Pa­trzę na sie­bie w lu­strze. Wło­sy sto­ją mi w każ­dym kie­run­ku. Mu­szę się ja­koś ogar­nąć. Nie mogę prze­cież wy­stra­szyć mo­ich trzy­lat­ków.

Ro­bię po­rzą­dek z wło­sa­mi, ma­lu­ję de­li­kat­nie oczy, ubie­ram wy­god­ne brą­zo­we spodnie i bia­ły swe­te­rek. Scho­dzę do kuch­ni i przy­go­to­wu­ję na szyb­ko ka­nap­kę z se­rem i dużą ilo­ścią wa­rzyw, po czym pa­ku­ję ją do śnia­da­niów­ki.

- Cześć Ali­ce, spie­szysz się do przed­szko­la? Masz jesz­cze ja­kieś czter­dzie­ści mi­nut, zdą­żysz zjeść w domu - za­uwa­ża Aman­da.

- Nie lu­bię się spóź­niać - od­po­wia­dam. - A czy ty przy­pad­kiem nie masz dzi­siaj roz­mo­wy o pra­cę? - py­tam, uno­sząc brwi.

- No tak, mam, ale do­pie­ro za go­dzi­nę, wy­ro­bię się - od­po­wia­da sio­stra, jak zwy­kle spo­koj­na.

Ja na jej miej­scu by­ła­bym kłęb­kiem ner­wów, a ona? Sie­dzi tu­taj w pi­ża­mie z Ku­bu­siem Pu­chat­kiem i sma­ru­je dże­mem to­sta. Od­kła­da brud­ny nóż na stół i gry­zie ka­nap­kę, bru­dząc przy tym usta kon­fi­tu­rą. Pa­trzę na nią zde­gu­sto­wa­na, nie mo­gąc uwie­rzyć, z ja­kim opa­no­wa­niem po­tra­fi po­dejść do wszyst­kie­go, od cze­go ja już daw­no bym wpa­da­ła w pa­ni­kę. Z jed­nej stro­ny ją po­dzi­wiam, ale z dru­giej nie mogę zro­zu­mieć, jak moż­na być tak bez­tro­skim w ta­kiej chwi­li. To zu­peł­nie inne po­dej­ście do ży­cia, któ­re­go po pro­stu nie po­tra­fię na­śla­do­wać.

- No co? Nie patrz tak na mnie, Ali­ce, nie mam czym się stre­so­wać. Uda się, to su­per, nie, to po­szu­kam in­nej pra­cy - mówi, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi.

- Jak uwa­żasz, po­wo­dze­nia - od­po­wia­dam, za­my­kam tor­bę, ubie­ram buty, kurt­kę i wy­cho­dzę z domu.

Wsia­dam na ro­wer. Do przed­szko­la mam bli­sko, na ro­we­rze po­ko­nu­ję dro­gę w dzie­sięć mi­nut. Lu­bię się ru­szać. Lu­bię być ak­tyw­na, dbam o to, co jem i re­gu­lar­nie ćwi­czę. Mój na­rze­czo­ny To­mek uwa­ża, że mam świ­ra na tym punk­cie.

Je­ste­śmy ra­zem od po­cząt­ku stu­diów, czy­li ja­kieś sześć lat. W ze­szłym roku obro­ni­łam ma­gi­ster­kę z pe­da­go­gi­ki i zna­la­złam pra­cę w po­bli­skim przed­szko­lu. To­mek skoń­czył stu­dia z pe­da­go­gi­ki re­so­cja­li­za­cyj­nej i pra­cu­je w za­kła­dzie kar­nym. Pla­nu­je­my się po­brać w przy­szłym roku. Mamy po dwa­dzie­ścia pięć lat, a na­rze­czeń­stwem je­ste­śmy od bli­sko trzech lat. Nad­szedł czas, by za­ło­żyć wła­sną ro­dzi­nę. Oby była mniej skom­pli­ko­wa­na niż moja obec­na. Po­sta­no­wi­li­śmy nie zmie­niać pla­nów z po­wo­du odej­ścia taty. Od daw­na nie łą­czy­ła mnie z oj­cem bli­ska re­la­cja. Moje sio­stry rów­nież trak­to­wa­ły go z dy­stan­sem.

Od za­wsze za­sta­na­wia­łam się, co mama w nim wi­dzia­ła. Fakt, nasz oj­ciec jest przy­stoj­nym męż­czy­zną, ale nud­nym. Cią­gle tyl­ko pra­ca, pra­ca i pra­ca. Wy­cho­wa­niem nas za­ję­ła się wy­łącz­nie mama, i trze­ba przy­znać - do­brze jej to po­szło. Choć nie mia­ła ła­two, za­wsze była dla nas opar­ciem, a tata zda­wał się obec­ny ra­czej fi­zycz­nie niż emo­cjo­nal­nie. Te­raz, po jego odej­ściu, czu­ję, że mogę od­ciąć się od prze­szło­ści i sku­pić na bu­do­wa­niu wła­snej przy­szło­ści, któ­rej fun­da­men­ty chcę oprzeć na mi­ło­ści i za­ufa­niu.

Zo­sta­wiam ro­wer pod przed­szko­lem. Nie za­bez­pie­czam go, ufam, że nikt go stąd nie za­bie­rze. Bio­rę tor­bę i wcho­dzę do środ­ka. Od wej­ścia sły­szę śmie­chy, pi­ski i cie­niut­kie gło­si­ki dzie­ci. Uwiel­biam moją pra­cę. Zmie­niam buty i wcho­dzę na salę. Pa­nu­je tu we­so­ła at­mos­fe­ra, peł­na ko­lo­rów i cie­pła. Ścia­ny są po­ma­lo­wa­ne na ja­sne przy­ja­zne bar­wy, w pa­ste­lo­wych od­cie­niach, znaj­du­ją się na nich ra­do­sne ry­sun­ki i pla­ka­ty z baj­ko­wy­mi po­sta­cia­mi. W cen­tral­nej czę­ści po­ko­ju mie­ści się duża, okrą­gła, ko­lo­ro­wa mata, na któ­rej dzie­ci mogą się ba­wić i uczyć. Wzdłuż ścian roz­sta­wio­ne są ni­skie pół­ki z za­baw­ka­mi i książ­ka­mi. Przy oknach wi­szą za­sło­ny z mo­ty­wa­mi zwie­rzą­tek, do­oko­ła roz­sta­wio­no małe sto­li­ki i krze­seł­ka, ide­al­ne do ry­so­wa­nia i wspól­nej za­ba­wy. Cała sala jest sta­ran­nie prze­my­śla­na, tak, aby za­pew­nia­ła bez­piecz­ne i in­spi­ru­ją­ce miej­sce dla dzie­cię­cej wy­obraź­ni i na­uki. Wiem, że przez naj­bliż­sze osiem go­dzin nie będę mia­ła ani chwi­li dla sie­bie. Skry­cie się uśmie­cham.

Rozdział 3

Amanda

Koń­czę jeść tost z dże­mem, gdy do kuch­ni wcho­dzi mama. Wy­da­je się wy­po­czę­ta i pew­na sie­bie.

- Dzień do­bry, Amand­ko, jak się spa­ło? - pyta.

Od daw­na nie zdrab­nia­ła mo­je­go imie­nia, co mnie za­ska­ku­je.

- Cześć, mamo, do­brze, a u cie­bie jak tam?

- Bar­dzo do­brze, zbie­ram się do pra­cy, a póź­niej jadę na za­ku­py, chcesz coś?

- Dzię­ki, ni­cze­go nie po­trze­bu­ję.

- Po­wo­dze­nia na roz­mo­wie, daj znać, jak po­szło. Wró­cę póź­niej, pa - mówi mama, ca­łu­je mnie w po­li­czek, bie­rze jabł­ko z ko­szy­ka i wy­cho­dzi.

Za­sta­na­wiam się, dla­cze­go wszy­scy uwa­ża­ją, że ta roz­mo­wa o pra­cę jest taka waż­na. Ja są­dzę, że je­śli dzi­siaj się nie uda, znaj­dę ko­lej­ną szan­sę gdzieś in­dziej. Może my­ślą tak dla­te­go, że jako je­dy­na z sióstr zde­cy­do­wa­łam się nie iść na stu­dia. Od razu po ma­tu­rze za­pi­sa­łam się na pół­to­ra­rocz­ny kurs ko­sme­to­lo­gii. Po jego ukoń­cze­niu pra­co­wa­łam w sa­lo­nie ko­sme­tycz­nym, ale nie­ste­ty wła­ści­ciel­ka zo­sta­ła zmu­szo­na go za­mknąć ze wzglę­du na zbyt wy­so­kie opła­ty. Tym sa­mym sta­łam się bez­ro­bot­na.

Dzi­siej­sza roz­mo­wa jest moją pierw­szą od cza­su zwol­nie­nia. Czy­ta­łam w in­ter­ne­cie opi­nie o tym sa­lo­nie, wła­ści­ciel­ka i pra­cow­ni­ce wy­da­ją się sym­pa­tycz­ne, więc mam po­zy­tyw­ne na­sta­wie­nie. Nie czu­ję pre­sji. Wiem, że ży­cie nie koń­czy się na jed­nej pró­bie, że to tyl­ko ko­lej­na szan­sa, a w ra­zie po­trze­by po­ja­wi się na­stęp­na. No nic, zo­ba­czy­my, co bę­dzie.

Za­kła­dam gra­na­to­wą pli­so­wa­ną spód­ni­cę do łyd­ki, bia­łą ko­ron­ko­wą bluz­kę i czar­ne bot­ki. Pre­zen­tu­ję się po­waż­nie i ele­ganc­ko. Uda się, wie­rzę w sie­bie. W moim port­fo­lio znaj­du­ją się cie­ka­we i es­te­tycz­ne pra­ce. Nie mam się czym przej­mo­wać. Bio­rę klu­czy­ki do sa­mo­cho­du i wcho­dzę do ga­ra­żu. Do­strze­gam, że auto Ali­cji jest na miej­scu, więc mu­sia­ła po­je­chać ro­we­rem. Za­sta­na­wiam się, czy Ana­sta­zja sko­rzy­sta z oka­zji i po­je­dzie na uczel­nię au­tem star­szej sio­stry. Jako je­dy­na z nas nie do­ro­bi­ła się jesz­cze sa­mo­cho­du, po­mi­mo że pra­cu­je w kwia­ciar­ni na­szej cio­ci.

Pa­trzę na ze­ga­rek i uświa­da­miam so­bie, że mam nie­wie­le cza­su. Nie wy­pa­da się spóź­nić. Szyb­ko wska­ku­ję do auta, od­pa­lam i ru­szam z na­dzie­ją, że bę­dzie do­brze.

Do­jeż­dżam na miej­sce na czas. Ani mi­nu­ty spóź­nie­nia, Ali­cja pęk­nie z dumy.

***

Pół go­dzi­ny póź­niej sie­dzę w sa­mo­cho­dzie za­do­wo­lo­na z prze­bie­gu roz­mo­wy. Na pew­no się ode­zwą, ta pra­ca jest moja. Dzwo­nię do mamy i stresz­czam jej spo­tka­nie. Opo­wia­dam o mi­łej at­mos­fe­rze w sa­lo­nie, o tym, jak pro­fe­sjo­nal­nie wszyst­ko prze­bie­gło. Mama jest pod­eks­cy­to­wa­na, udzie­la się jej mój opty­mizm. Póź­niej dzwo­nię do mo­je­go chło­pa­ka Emi­la i mó­wię to samo. Re­ak­cja oka­zu­je się rów­nie en­tu­zja­stycz­na, jego wspar­cie za­wsze do­da­je mi pew­no­ści. Uma­wiam się z nim na wie­czór, by wspól­nie uczcić do­bre wie­ści.

Wra­cam do domu z uczu­ciem lek­ko­ści, peł­na na­dziei na przy­szłość. W domu prze­bie­ram się w wy­god­niej­sze ubra­nia i za­bie­ram do przy­go­to­wa­nia obia­du. Zmia­ny. Od te­raz ko­niec z mro­żon­ka­mi i go­to­wy­mi da­nia­mi! Przy­go­tu­ję ri­sot­to z grzy­ba­mi.

Wła­śnie za­czy­nam kro­je­nie, gdy do kuch­ni wcho­dzi Ana­sta­zja, jak zwy­kle za­my­ślo­na.

- Hej, Na­st­ka, co sły­chać?

- Oh hej, nie, nic cie­ka­we­go - od­po­wia­da znu­dzo­na.

- Nie po­win­naś być dzi­siaj na uczel­ni?

- Od­wo­ła­li za­ję­cia - od­po­wia­da szyb­ko.

Wiem, że kła­mie. Jest z nas naj­bar­dziej skry­ta, ale po­tra­fię wy­czuć, gdy mówi nie­praw­dę. Zo­sta­wiam to jed­nak bez ko­men­ta­rza. Je­stem star­sza je­dy­nie o dwa lata, nie mam za­mia­ru się wy­mą­drzać. I tak pew­nie usły­szy co nie­co od Ali­cji, któ­ra wręcz uwiel­bia za­zna­czać, że to ona rzą­dzi. Za­miast wcho­dzić w dys­ku­sję, po pro­stu przyj­mu­ję jej od­po­wiedź. Cza­sem le­piej po­cze­kać, aż sama się otwo­rzy.

- Chcia­ła­byś mi po­móc z obia­dem? - py­tam.

- Ja­sne - od­po­wia­da bez en­tu­zja­zmu.

Go­tu­je­my w mil­cze­niu. Przy Ana­sta­zji ci­sza mi nie cią­ży. Wiem, że nie jest ty­pem czło­wie­ka, któ­ry lubi roz­ma­wiać o ni­czym. Jej mot­to ży­cio­we to za­pew­ne "mowa jest sre­brem, a mil­cze­nie zło­tem". Za­zwy­czaj od­zy­wa się wte­dy, gdy ma coś kon­kret­ne­go do po­wie­dze­nia. Lu­bię to, choć cza­sa­mi chcia­ła­bym wy­cią­gnąć z niej coś wię­cej. Do­wie­dzieć się, co czu­je, co my­śli.

- Jak na uczel­ni? Wy­kła­dow­cy dają w kość? - py­tam. Nim koń­czę mó­wić, wiem, jaka bę­dzie jej od­po­wiedź: "do­brze".

- Do­brze - od­po­wia­da.

Wzdy­cham. Cie­ka­wi mnie, czy kie­dy­kol­wiek na­praw­dę było do­brze. Prze­kła­dam grzy­by na pa­tel­nię i za­czy­nam je pod­du­szać na lek­kim ogniu. W mię­dzy­cza­sie Ana­sta­zja zaj­mu­je się ry­żem.

- Obiad pra­wie go­to­wy - oznaj­miam. - Mama mó­wi­ła, że bę­dzie dzi­siaj póź­niej, więc mamy na nią nie cze­kać.

- Ali­cja nie­dłu­go wró­ci z pra­cy, pew­nie szyb­ko zje i po­je­dzie do Tom­ka - od­po­wia­da Ana­sta­zja.

- A ty masz ja­kieś pla­ny na wie­czór? - py­tam.

- Brak, pój­dę na pod­da­sze i po­czy­tam. A ty?

- Umó­wi­łam się z Emi­lem. Bę­dzie­my świę­to­wać mój suk­ces.

- Do­sta­łaś pra­cę? Eks­tra, gra­tu­lu­ję. - Ana­sta­zja tro­chę się oży­wia.

- Wła­ści­wie to mają się do­pie­ro ode­zwać, ale je­stem do­brej my­śli.

- Nie­po­praw­na opty­mist­ka - ko­men­tu­je.

Śmie­je­my się.

- Też cię ko­cham, Na­st­ka - mó­wię i wy­cho­dzę z kuch­ni.

Chwi­le spę­dzo­ne z sio­strą za­wsze mają w so­bie coś cie­płe­go, na­wet je­śli roz­ma­wia­my o drob­nych rze­czach. Po tej roz­mo­wie czu­ję się jesz­cze pew­niej­sza sie­bie, go­to­wa na wie­czór z Emi­lem. Cie­szę się, że uda­ło mi się tro­chę roz­ba­wić Na­st­kę.