Miliony mikroczynności
Skoro Aga kręci cytrynówkę, to znak, że zaraz się zacznie. Przyjadą najpierw nieliczni, bo maj, jak to on, wyjątkowo zimny, w lipcu wszyscy, w sierpniu kumulacja, potem do połowy października widzów będzie ubywać i znów półroczna przerwa.
Skoro Aga kręci cytrynówkę, to znak, że Patrycja zrobiła, co trzeba: z filmów z całego roku wybrała siedemdziesiąt, które chce pokazać, wysłała tysiąc maili do dystrybutorów, wstępnie ułożyła repertuar (choć szczegółowo tylko na najbliższy tydzień), zamówiła terminal do kart płatniczych i, co ważne, montaż projektora. Przyjechał chłopak z Warszawy - podłączył dźwięk, ustawił ogniskowe i ostrość. Serce kina bije. Zaprzyjaźniony pan Zenek poprawił maskownicę na ekranie, przez zimę od wilgoci zrobiły się falbanki. Ona odkopała bilety, mają specjalne z logo kina. Kinooperatorka Magda wrzuciła repertuar na stronę internetową. Wspólnie zaktualizowały social media: Facebook jest w gestii Patrycji, Instagram dzielą według zamiarów i sił. Kurierzy przywieźli dyski z filmami i plakaty. Rozkleiły je z Magdą w okolicy. Aga zamówiła napoje do kinokawiarni, Patrycja kubki, inne gadżety.
Kino Żeglarz w Jastarni jest gotowe do otwarcia sezonu. Patrycja Blindow prowadzi je wspólnie z mamą Dagmarą i babcią Urszulą. W poniedziałek, po pierwszym weekendzie (a potem aż do jesieni) Patrycja z Dagmarą usiądą do komputerów i wyślą raporty o frekwencji do dystrybutorów, Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, Sieci Kin Studyjnych i box office'u. Urszula sprawdzi rachunki. A Aga pójdzie po cytryny.
O milionach mikroczynności wspomina Tomasz Kolankiewicz, w latach 2020-2022 dyrektor festiwalu filmowego w Gdyni. Zorganizowanie projekcji, zaproszenie gości, ulokowanie ich w hotelach, spełnienie albo okiełznanie kaprysów gwiazd, nawigacja między miejscami, gdzie dzieją się wydarzenia, potem: makijaże, stroje, woda mineralna - ta lista nie ma końca. Maciej Marcinkowski, kierownik do spraw organizacyjno-technicznych, pokonuje dziennie dwadzieścia pięć kilometrów piechotą. W wypadku ważnego dla branży filmowej festiwalu łatwo wyobrazić sobie, że sprawna koordynacja wymaga wysiłku. Mikroczynności dotyczą jednak wszystkiego, co dzieje się w kulturze - od spotkań autorskich w domach kultury i wystaw w lokalnych muzeach przez wydawanie i promowanie książek, nagrywanie płyt, rejestrację podcastów po wystawy ściągające tłumy, kręcenie filmów, koncerty klubowe i stadionowe, spektakle teatralne i modne festiwale wszelkich sztuk. Niezależnie od skali wydarzenia trzeba znaleźć dlań miejsce, zaprosić gości, przekonać autorki i autorów, wypożyczyć dzieła, przetransportować je i wyeksponować, rozstawić sprzęt nagłaśniający, znaleźć rekwizyty, wydrukować plakaty, sprawdzić bilety, upilnować zwiedzających, zapewnić krzesła, catering i toi toie, podpisać setki umów i się z nich wywiązać. Umyć podłogę. To wszystko nie dzieje się samo.
Kiedy wiosną 2020 roku wybuchła pandemia koronowirusa i wydawało się, że na zawsze pozostaniemy w internecie, spytałam Piotra Bronkę, wówczas tour menadżera w agencji koncertowo-wydawniczej Karrot Kommando, ile osób potrzeba, by zorganizować koncert. Powiedział, że raczej kilkadziesiąt niż kilkanaście. Realizatorzy dźwięku, operatorzy światła, osoby, które noszą i rozkładają sprzęt, właściciele busów, bileterzy, ochroniarze, szatniarze, barmani, ludzie z firm cateringowych i wypożyczających sprzęt, osoby stawiające scenę. Wtedy były obawy, że oni wszyscy stracą pracę.
Wiosną 2023 wiadomo, że świat, choć wciąż chwiejny, wrócił do zwyczajów sprzed lockdownów. Tomasz Kolankiewicz policzył, że w stałym zespole gdyńskiego festiwalu jest mniej więcej czterdzieści, pięćdziesiąt osób, ale na czas imprezy ta liczba rośnie do trzystu.
Przy powstawaniu każdego filmu pracuje kilkadziesiąt, bywa, że kilkaset osób.
Nawet przy tak kameralnej twórczości jak pisanie, jeśli wynika z niej wydanie książki, autorkom i autorom towarzyszy zastęp ludzi - redaktorki, korektorzy, graficzki, drukarze. Pisarz Jakub Żulczyk mówi, że gdyby nie osoby, które wspierają go w pracy: agentka, wydawczyni, redaktorka i producentka, dawno znalazłby się w czarnej dupie.
- Prędzej czy później ląduje tam każdy, kto idzie sam przez ten sztorm.
"Wolę być oczytany, niż opisany" - nie pamiętam, od kogo to usłyszałam, na pewno od któregoś z rozmówców. Trochę żarcik, ktoś pewnie chciał wymigać się od wywiadu. Przypomniałam sobie te słowa podczas pracy nad książkową adaptacją cyklu Zaplecze kultury, który prowadzę w "Dwutygodniku". Od 2019 roku rozmawiam z osobami niewidocznymi dla odbiorców wydarzeń oraz dzieł, a niezwykle dla owych dzieł i wydarzeń ważnymi. To spełnienie moich reporterskich marzeń, bo wierzę, że to, co najciekawsze, dzieje się za kulisami. Przeciekawe zajęcie, które jednak wymaga przebicia się przez zapory. Pierwsza to pytanie, które często na wstępie zadają bohaterki i bohaterowie: "Ale co ja mogę mieć do powiedzenia?". Druga wyrasta po wysłaniu tekstu do autoryzacji. Wtedy niektórzy znikają. Nie odpisują, nie odbierają telefonów, a gdy wreszcie ich odnajduję, okazuje się, że nie chodziło o poprawki, tylko o nadzieję, że się zniechęcę. Nie po to spędzili pół życia na drugim planie, by teraz biegać po gazetach.
- Wolę krytykować, niż być krytykowana - odparła Barbara Mikołajczuk, która od 1983 roku pracuje w Dziale Historycznym Muzeum Miasta Gdynia, gdy spytałam, dlaczego nigdy nie miała ambicji, by kierować zespołem.
Jedną nogą na emeryturze, odgrywa dziś w muzeum rolę "podręcznej pamięci". W swoim czasie zinwentaryzowała zbiory - wiecznym piórem, bo nie było jeszcze nieblaknących długopisów, nadała sygnatury i opisała wszystko, co powstające muzeum dostało na start: dokumenty, listy, plakaty, ulotki, przedmioty codziennego użytku. Teraz inwentarz jest już zdigitalizowany, ale tylko ona wie o zbiorach naprawdę wszystko. Nie tak dawno młodsza koleżanka z działu poprosiła ją o pomoc w dopasowaniu kluczyków do walizek z lat pięćdziesiątych XX wieku. Barbara Mikołajczuk wyciągnęła pierwszą z brzegu, przesunęła zatrzask i wieko się otworzyło. Pamiętała, że kluczyki nie są potrzebne.
- Rzeczy, które zapisane są tylko w pamięci pracowników, jest mnóstwo. Dlatego warto nas słuchać - mówi.
Jeszcze nie na wielką skalę, ale to zaczyna się dziać. Chęć wysłuchania przyświeca Agnieszce Pinderze i Natalii Słaboń z Muzeum Sztuki w Łodzi oraz związanej ze Stowarzyszeniem Topografie Marcie Madejskiej - razem koordynują nagrywanie wywiadów biograficznych z ludźmi, którzy pracowali lub byli w orbicie muzeum w ostatnich sześćdziesięciu latach. Transkrypcje dwudziestu pięciu rozmów zinterpretowali pisarki i pisarz i tak powstała książka Proszę mówić dalej. Historia społeczna Muzeum Sztuki w Łodzi.
- Nasi rozmówcy niepewnie przystępowali do wywiadów - przyznaje Natalia Słaboń. - Sądzili, że nie mają nic ciekawego do powiedzenia.
Po to, by wysłuchać historii pracowników działu technicznego, kuratorx Tomek Pawłowski-Jarmołajew wymyśliłx wystawę Zmiana ekspozycji w białostockiej galerii Arsenał. Miała być swego rodzaju dialogiem Bartka Buczka - artysty, który pracuje jako montażysta wystaw - z Jarosławem Trojanem, wieloletnim technicznym Arsenału. Trojan niespodziewanie zmarł, więc artysta i kuratorx przebadali tajemnice pokoju numer czterysta osiem, czyli poddasza Arsenału, gdzie urzędują techniczni. Ich opowieści i narzędzia codziennej pracy przysłużyły się narracji, ale Zmiana ekspozycji najwięcej mówiła o Bartku Buczku. Podczas wernisażu i oprowadzania kuratorskiego inni montażyści chowali się za plecami publiczności. Bo, pozwólmy sobie na stylistyczny zawijas, wolą być oczytani i móc krytykować.
Bez zawijasów chodzi o to, że osoby od lat pracujące na zapleczach chcą pozostać tam, gdzie są. Artystki, kuratorzy, dziennikarki łapią w żagle wiatr zmian. Emancypację odmieniają przez wszystkie przypadki społecznych nierówności. Równiejsi emancypują, nie pytając emancypowanych o zdanie. A ci, przyzwyczajeni do utrwalonych reguł, często po prostu wolą zostać w drugim szeregu.
Znają swój fach i wiedzą, że bez nich ani rusz.
Katarzyna Fidos, która przez prawie dziesięć lat prowadziła bufet w warszawskim Teatrze Powszechnym, w rozmowie dla "Dwutygodnika" mówiła, że musi uważać na nastroje aktorów - przed premierą, gdy wszyscy są zdenerwowani, zadanie pytania w nieodpowiednim momencie może wywołać spięcie. "Chcę, żeby wszyscy czuli się tutaj jak w domu. [...] Moim zadaniem jest pamiętać, czego kto potrzebuje. Nie pytać dziesięć razy, jaką kawę, tylko wiedzieć, że ten w kubeczku, a ten osłodzoną. Bufet jest przestrzenią, w której ma im nic nie grozić. Mogą przyjść przed próbą, bo im coś w życiu nie tak poszło, mogą się złościć, bo coś nie wyszło na próbie. Oni przecież tworzą, a z tym wiążą się różne sytuacje, czasem trzeba odreagować. Muszą mieć ode mnie wsparcie".
Marlena Ciarkowska i Dorota Baranek, opiekunki ekspozycji w Zamku Królewskim na Wawelu, pracując na pierwszej linii, dbają o komfort zwiedzających. "Trzeba być trochę psychologiem, żeby wyczuć osobę, która przychodzi z zewnątrz - opowiadały. - Przeważnie wystarczy wysłuchać, nie komentować, bo to tylko rodzi agresję, i udzielić niezbędnych informacji, czyli pokierować, w którą stronę mają pójść, żeby jednak osiągnęli to, co chcą".
Nie chodzi o skromność, tylko o to, że ważniejszy niż sława zazwyczaj jest szacunek. Katarzyna Pawłowska-Horna, która dwadzieścia sześć lat pracowała w Dziale Realizacji Wystaw Muzeum Sztuki w Łodzi, nazywa to sprzedażą wiązaną. "Każdy miał swoje miejsce i wiadomo było, że jak pani [sprzątająca] nie umyje podłogi, to ja nie wpuszczę gości. Z kolei jak ja nie powieszę obrazu, to kurator może iść do domu. To była taka sprzedaż wiązana". Odeszła z muzeum, gdy usłyszała przypadkiem, jak jedna z nowych kierowniczek ignoruje prośbę pani sprzątającej lub pilnującej ekspozycji o to, by nie deptała po świeżo umytej podłodze. "To umyje pani jeszcze raz" zabolało Katarzynę Pawłowską-Horna na tyle mocno, by przyspieszyć decyzję o zmianie pracy. "Przykro mi się zrobiło, bo to przestało być moje muzeum. [...] Nigdy w życiu Stanisławski [...], ani Urszula[1], ani nikt z nas nie wlazłby na świeżo umytą podłogę. Po prostu był jakiś taki szacunek ogólny do wszystkich" - mówiła[2].
Ryszard Stanisławski, który kierował Muzeum Sztuki w latach 1966-1990, powtarzał pracownikom, że mają wobec artystów służebną rolę. "Bez artystów nas nie ma" - tłumaczył.
Kusi, by spytać, bez kogo nie byłoby artystów, ale to nadużycie. Bez kogo nie byłoby ich prac albo wyglądałyby inaczej - to już pytanie zasadne.
Na przykład bohaterowie komiksów Piotra Nowackiego wyglądaliby inaczej, gdyby pracował z innymi kolorystami. Gdy w 2013 roku rysował, według scenariusza Macieja Jasińskiego, pierwszy tom przygód Misia Zbysia, nie czuł się w fachu wystarczająco pewnie, by samodzielnie pokolorować postaci. Norbert Rybarczyk wymyślił, że Zbyś będzie niebieski, a jego asystent Borsuk Mruk magentowy. Po trzech książkach Rybarczyk poszedł swoją drogą, a Nowacki zaprosił do współpracy Tomasza Kaczkowskiego, który poza tym, że sam bywa autorem, jest hobbystą koloru w komiksie. Widzi detale niedostrzegalne dla innych ilustratorów, na pewno nie dla Nowackiego, choć ten nauczył się już kolorować i inną serię książek koloruje sam. Z ciekawością czeka na plansze od Kaczkowskiego.
- Zawsze są dla mnie niespodzianką, wywołują dużo emocji - mówi.
W trakcie pracy porozumiewają się właściwie bez słów.
- Każdy wie, co ma zrobić. Gdy czasem zakałapućkam się i za gęsto narysuję scenki na rozkładówce, Tomek pisze do mnie, że nie do końca wie, gdzie jest pierwszy, a gdzie drugi plan. Wtedy przerysowuję planszę albo tłumaczę, jaki miałem zamysł.
Artysta wizualny Maurycy Gomulicki współpracuje ze sztabem rzemieślników.
- Odkąd moje prace wymagają użycia technologii, korzystam z doświadczenia mistrzów, którzy się na tym znają. Kiedy projektuję neon, wykonuje go niezastąpiony Jacek Hanak ze swoją ekipą. Kiedy trzeba spawać stal, robi to Jacek Żakowski i jego team. Zresztą przy projektach rzeźbiarskich pracują całe zespoły. Odlewnika mam na Śląsku, lakiernika perfekcjonistę Przemysława Jareckiego, pod Poznaniem. Rzeźby z MDF i obiekty z żywicy robi Dawid Korzeniewski. Moje rysunki albo przymiarki z plasteliny na format 3D przekłada serdeczny przyjaciel, artysta Rafał Dominik, a wirtualnie dopieszcza je Michał Grzymała, na co dzień pracownik Centrum Nauki Kopernik - wylicza.
Podkreśla, że stara się być obecny na każdym etapie produkcji dzieł. Ze Zbyszkiem Kowalewskim spędził kiedyś ciągiem trzydzieści sześć godzin w oparach lakieru. Chodziło o uzyskanie odpowiednio soczystej głębi barw, a to wymagało kładzenia kolejnych warstw lakieru i clearu bez chwili przerwy.
Artystka Malwina Konopacka, która robi rzeźbiarskie wazony, nie udźwignęłaby - dosłownie - swoich pomysłów, gdyby nie ekipa pracowni ceramicznej, z którą związana jest od debiutu. Wazon Teresa zaprojektowany dla Muzeum Narodowego w Warszawie na aukcję Spragnieni piękna jest wysoki na osiemdziesiąt centymetrów, co na starcie zwiastuje kłopoty.
- Chodzi o mikronapięcia, które sprawiają, że wypalenie takiej powierzchni bywa niemożliwe. Coś może pęknąć, coś się zniekształcić. A przecież na wypaleniu się nie kończy. Trzeba jeszcze poszkliwić, co w przypadku Teresy wymagało zastosowania patentów, na które sama bym nie wpadła - wspomina.
I podkreśla, że gipsowe formy, od których zaczyna się praca nad wazonem, ważą dwieście kilogramów. Gdyby nie zatrudniony w pracowni Kamil - nomen omen - Potęga, który potrafi je przenosić, byłaby bezradna.
Pisarz i scenarzysta Jakub Żulczyk wylicza cztery kobiety, bez których pewnie nie znalazłby się w tym miejscu kariery, w którym jest: agentka Monika Regulska pomogła mu osiąść na rynku wydawniczym i skontaktowała z producentami filmowymi, Joanna Laprus-Mikulska wydaje jego książki, redaktorka Joanna Mika wie, gdzie w surowym tekście jest schowana dobra książka, wreszcie producentka Iza Łopuch, z którą robi już trzeci serial.
- Jesteśmy w ciągłej rozmowie - mówi Żulczyk. - Ze mną nie jest łatwo. Na przykład redaktorów w którymś momencie pracy nad książką traktuję jak zewnętrzny mózg, piszę w nocy wiadomości, że mam nowy pomysł i czy moglibyśmy to i tamto zmienić w kilku miejscach. Spieram się o działania promocyjne, jestem uparty. Wkładam w pracę dużo emocji, więc pokazuję się dziewczynom z trudnej strony. Mają dostęp do moich nerwów, szajby, lęków. Ale na koniec dnia pracujemy w przyjaźni, gramy zawsze do wspólnej bramki.
Jakub Żulczyk przyznaje, że sam nie zrobiłby niczego: nie wyprodukował serialu, nie wydał książki, a nawet - bez wsparcia redaktorki - nie napisał jej.
- Samemu to się można po tyłku podrapać - kwituje.
Pytam ich, czego się od współpracowników uczą.
Piotr Nowacki:
- Wnikliwie przyglądam się technicznej stronie pracy Tomka. Doceniam szczegóły, triki, detale i pewne, chcąc nie chcąc, trochę implementuję je do własnej pracy.
Malwina Konopacka:
- Tego, by niczego nie upraszczać. Oni, pracując dla innych, nie poddają się rutynie, nie idą na skróty. Pamiętają, że nawet najmniejszy skrót może odbić się niekorzystnym echem na końcu produkcji.
Maurycy Gomulicki:
- Posługiwania się technologiami. To pozwala mi, będąc fantastą, pozostać realistą. Nie oczekuję rzeczy niemożliwych.
W tym rzecz. Zaplecza kultury pełne są anegdot o oczekiwaniu niemożliwego. Na wczoraj, z innej tkaniny, nie taki rekwizyt, pokój z widokiem na morze, choć wszystkie są zajęte. Bo gdy z jednej strony trwa emancypacja, z drugiej, jak gdyby nigdy nic - dobrze znane traktowanie współtwórczyń i współtwórców dzieł jak służby. Organizatorzy festiwalu filmowego w Gdyni przywykli, że gwiazdy goszczące na imprezie po raz pierwszy żądają transportu z hotelu Mercure do Teatru Muzycznego; te budynki dzieli wąska ulica. Zagubieni w imprezowym wirze festiwalowicze dzwonią w nocy do dyrekcji, by przysłać im taksówkę do Sopotu. Po trzech latach szefowania Gdyni Tomasz Kolankiewicz wie, że o ile bez niego festiwal jest możliwy, o tyle nie mógłby się odbyć bez zaangażowanego zespołu. Wśród szczególnie zasłużonych osób wymienia kierowniczkę biura festiwalowego Agatę Kozierańską-Burdę i odpowiedzialną za produkcję i koordynację Martę Szamałek.
- Zachowując spokój, potrafią błyskawicznie podejmować decyzje. To, wydaje mi się, kluczowe umiejętności dla menadżerek tego szczebla - mówi.
One wiedzą, co robić, gdy wichura zerwie baner z logo ważnego partnera festiwalu, gdy paradzie kreacji przez czerwony dywan zagraża deszcz, kiedy producentka nagradzanego filmu krótko przed wyjściem na scenę zwichnie kolano. Albo jak umalować dyrektora, żeby wyglądał jak zombie. Tomasz Kolankiewicz w 2022 roku witał ekipy premierowych filmów stosownie do treści. Dla twórców IO, w którym główną rolę gra osioł, miał marchewki, dla ekipy Chleba i soli - wiadomo co (po chleb skoczyła żona), a na spotkanie z teamem Apokawiksy przyszedł w makijażu zombie. Własną ekipę witał przygotowany jak do kartkówki: Marta Szamałek nakreśliła mu plan biura z imionami wszystkich osób i informacją, gdzie kto siedzi. Nie ma pamięci do nazwisk, a zależało mu, by nikogo nie pominąć. Samych Mart w zespole jest kilka.
Marta Drankiewicz pilnowała dyrektorskiego kalendarza, w którym w trakcie festiwalu nic nie dzieje się samo, za to wszystko jednocześnie.
Patrycja Blindow z jastarniańskiego kina Żeglarz wpada na festiwal w Gdyni popatrzeć i pogadać. Ilekroć wysiada z pociągu, przypomina sobie, jak przyjeżdżała tu po filmy nagrane na szpulach. Dystrybutorzy nadawali je jako przesyłkę konduktorską, ona z właśnie wydanym prawem jazdy jechała na dworzec. Tyle że jedna szpula to ledwie dwadzieścia minut nagrania. Nawet jeden film oznaczał pakę nie do udźwignięcia. Patrycja wymyśliła więc sposób - przywiązywała kartony z taśmami do deskorolki i ciągnęła za sobą jak sanki.