Tobiasz i wielki liść - Inga Iwasiów

-
Proszę czekać

Poznaliśmy się z ogłoszenia. Latami tkwiłam w półletargu i półalkoholizmie, wypalona do kosteczek, słabowita. Z zewnątrz wyglądałam dość dobrze, dawałam radę ożywić się, mniej spać, nie pić, pokonywać długie trasy, siedzieć w saunie, parować aurą dojrzałej mądrości. Wygłaszać błyskotliwe monologi i ripostować jak szatanica. Nic mi jednak nie dawało radości. Wnętrze nie zgadzało się z zewnętrzem. Byłam otynkowaną ruiną, mogącą się w każdej chwili obrócić w kupkę bibliotecznego kurzu. Moje siostry, Anomia, Afazja i Anhedonia, zgarniane pod szafę, robiły się zaborcze, właziły na języki, na trzecie do łóżka, zasłaniały lustra, sączyły "nie warto" do ucha. Potrafiły podnosić na zmężniałych karkach meble w mojej sypialni. Sojuszniczki złego, najlepsze przyjaciółki.

Pojawił się w samą porę, wywołany przez tę część mojej podświadomości, którą odmykałam w tajemnicy przed wszystkimi.

Moje córki wyprowadziły się z Polski dwadzieścia lat temu, mąż wolał podróżować, niż odbyć ze mną szczerą rozmowę. Mam niewiele siostrzanych dusz, może już tylko o jednej, Alinie, mogłabym tak mówić, odkąd druga, Marzena, umarła na raka trzustki. Niewiarygodne zakończenie wątku, gdyż nie grzeszyła przeciw swemu organizmowi. Z nas trzech, resztówki po mocnej grupie rówieśniczej, to ja byłam najlepszą kandydatką do bolesnego zejścia ze sceny, lecz słabowanie okazało się szczepionką przeciw najgorszemu. Uodporniałam się, przechodząc kolejno powszechne i rzadkie choroby. Narzekałam, lecz diabli mnie nie brali. Wymykałam się zatrutemu patriarchatowi. Kleciłam książki i uczyłam klecenia książek już tylko z przyzwyczajenia. Siadywałam na środku pustego mieszkania, a trud przeszłego życia stopniowo bledł, aż przestałam rozumieć, o co mi chodziło.

W przeszłości udało mi się uniknąć dylematu wyboru między "kobiecym przeznaczeniem" a twórczością opisywanego przez Wirginię Woolf, Doris Lessing czy Anandę Devi. Nikt mnie nie szantażował macierzyńską powinnością, nikt nie oczekiwał trzydaniowych obiadów. Atmosfera lat osiemdziesiątych sprzyjała dobrej organizacji spraw domowych: należałam do trzypokoleniowej rodziny, moje córki miały dwie babcie, dziadka i prababcię, gotowych do wszelkiej pomocy. Do szkoły chodziły z hordą znajomych dzieciaków, z którymi spędzały również popołudnia. Mąż był zajęty, ale gotował, naprawiał, remontował i kochał. Zrobił mi ze starej szafy blat do pracy i kupił komputer mrugający żółtą matrycą Herkules. Pisałam na nim artykuły i książki na stopień, nie przejmując się trwającą za moimi plecami zabawą dziewczynek, jeśli nie krzyczały zbyt głośno.

Zgiełk stopniowo cichł, wszyscy wycofywali się do swoich spraw, czasami miałam wrażenie, że ich tu ze mną nigdy nie było. Mąż wyjechał na lata do pracy. Wrócił w czasie pandemii i został, zajął oddalony od mojego pokój gościnny. Przeszedł na emeryturę. I ja rozważałam taką możliwość, ale nawet nie ustaliłam wysokości świadczenia. Wypełnianie coraz to nowszych formularzy-sprawozdań, sedno pracy uczelnianej po reformie Gowina, spowodowało taką niechęć do biurokracji, że zawalałam każdą sprawę urzędową. Nie umiałam pokonać ciężaru własnych nóg w drodze do siedziby ZUS-u. "Jeszcze trochę" - myślałam, wyciągając z szafy dżinsy i koszulę, strój wyjściowy różniący się od domowego stopniem zużycia i rozmiarem.

Byłam więc rozmemłana i niechętna zmianom, rozgoszczona w rezygnacji, gdy Alina zaczęła mi zachwalać serwisy randkowe. Piłyśmy białe wino na balkonie, mąż tłukł się w piwnicy. Opowiadałyśmy sobie z grubsza wszystko, czyli nic, co byłoby istotne. Trzeźwo i nieżyczliwie pomyślałam, że Ala jest pijana i chrzani, a nasza scena balkonowa trąci serialowym banałem: kobiety w wieku emerytalnym odkrywają Tindera. Kilka dekad temu chętnie oglądałam gejowskie i lesbijskie porno oraz strony literackie. Obecnie literackie skroluję, więcej czasu poświęcam poradom ogrodniczym. Oczywiście wiedziałam o istnieniu wszystkich innych, migały mi przed oczami zaraz po odpaleniu kompa. Dostawałam też propozycje seksualne od kobiet, byle jak przełożone z rosyjskiego. Zapewne stanowiły element wojny hybrydowej.

- Sztuczna inteligencja zmieniła rynek pracy seksualnej! - przekonywała mnie Alina tonem analityczki z telewizora.

Zastrzygłam uszami, przypominając sobie te maile opisujące gotowość zaspokojenia moich perwersyjnych nocnych pragnień. Prorocza reakcja. Przez ostatnie parę lat badałam bez entuzjazmu związki miłosne między kobietami, mężczyznami i osobami, więc powinnam uzupełnić wiedzę. Nie dla siebie, lecz dla nauki. Zadać pytania o miłość w czasach AI, utworzyć prężny zespół naukowy, zorganizować potężny ponaddyscyplinarny kongres. Temat był wtórny, wybrałam go w kontrze do tych biorących granty, żeby zachować pozory autonomii. Wobec kogo, przed kim? Moja kiepsko odgrywana niezależność nic nie znaczyła.

- Gugluj apki albo lepiej niech Chat ci je dobierze - poradziła przyjaciółka.

Z wszędobylskim Chatem obie byłyśmy zaprzyjaźnione, zastąpił nam kapryśną Siriczkę, która umiała sporo, była mocna w sztucznej gębie, ale nie chciała skoczyć po alkohol późnym wieczorem.

- Nie chce mi się, czytałam na ten temat książki, widziałam seriale. Musisz, to opowiadaj.

- Wyciągniesz z tego esencję, weźmiesz coś do swojej pracy. Wilk nauki będzie syty i owca prywatności zaspokojona - stwierdziła, lekko bełkocząc, Ala, niezrażona moim sceptycyzmem.

Wyjrzałam przez okno, by trafić pod sąsiedzki ostrzał. Lokatorka z trzeciego piętra czekała na okazję do sporu.

- Dzień dobry, dzień dobry! Pani sąsiadko, trzeba podpisać petycję w sprawie kup.

- Niech ci narobią do pelargonii - wymamrotałam pod nosem.

- Proponuję podniesienie czynszu właścicielom zwierząt, przygotuję projekt uchwały - nadawała, licząc na szerszy odbiór.

Kamienica się jej boi, przemykamy truchcikiem po schodach, żeby nie wylazła na klatkę i nie podsunęła nam nowej petycji.

- Pani sąsiadko, trudny postulat - studziłam jej zapał.

- Kto by się zajmował za darmo naszym wspólnym dobrem? - zadała zasadne pytanie. Pracowała w sądzie, znała moc podpisów i ludzką naturę.

- Teraz nie mam czasu - skłamałam.

- A czymże jest sąsiadka zajęta?

- Woda się gotuje! Chodź tu! - uratowała mnie Alinka. Wróciłyśmy do potencjalnych randek. - Znasz swoje preferencje? Wiesz, kto by do ciebie pasował? Potrzebujesz badania uczestniczącego.

Moja ostatnia przyjaciółka zadawała coraz mniej komfortowe pytania. Nim opróżniłyśmy butelkę, zaniechała udawania ekspertki z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego i usiłowała mnie uczynić wspólniczką swego randkowania i rozbudzoną sześćdziesięciolatką.

- Na pewno nie randka w ciemno - zawyrokowałam z nadzieją na porzucenie grząskiego gruntu.

Alinka jest zdecydowanie heteroseksualna i prawie wierna. Dawniej trzymała się mężczyzn starszych od siebie, ale gdy wkroczyła w piątą dekadę biografii, zmieniła taktykę. Interesowali ją równolatkowie pierwszego narzeczonego. Tę równoletniość rozumiała oryginalnie - mieli mieć tyle lat, ile on, ale dwadzieścia lat wcześniej. Tego popołudnia ujawniła rozległą wiedzę w materii łączenia par za pomocą narzędzi informatycznych. Gdybym nie była pijana, ucięłabym temat. Alkohol nas znieczulał i pozwalał nam spędzić wieczór w czymś przypominającym piankowy skafander, ratujący przed zimnem w morskiej kąpieli. Ja potrzebowałam grubszego niż Ala.

- Każda metoda jest dobra, jeśli prowadzi do celu, którym są tłusty grant i dobry orgazm.

Ton Linki przypomniał mi moje własne słowa, parodiujące żarty męskiej reprezentacji starej profesury. Takim byli jeden z drugim Friedrichem Nietzschem. Linka powtarzająca mnie powtarzającą ich, a potem usnęłyśmy na fotelach.

***

Rano laptop mrugał do mnie figlarnie, zachęcając do przeczytania obfitej nocnej produkcji. Sprzątaniu skutków poświęcałam czas do południa. Tym razem wysłałam szczere podanie, wydające się w nocy arcydziełem wyrafinowanej ironii. Sprawdzenie jakości tejże w systemie Elektronicznego Zarządzania Dokumentacją nie dało jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o stopień autokompromitacji, koszulki się posklejały, widocznie naciskałam wszystkie polecenia jednocześnie.

"Zwracam się z uprzejmą prośbą o udzielenie mi urlopu naukowego na przyszły rok akademicki. Prośbę swą motywuję głębokim wypaleniem zawodowym w obszarze dydaktyki. Wypalenie potwierdził lekarz psychiatra (opinia w załączniku), uznając, iż brak przerwy może doprowadzić do prób s... (pełne rozwinięcie w zakodowanym załączniku). Jednocześnie chcę oświadczyć, że nie będę mogła wziąć udziału w szkoleniu resocjalizacyjnym, ponieważ właśnie chciałabym zapomnieć na parę miesięcy o coraz trudniejszej dydaktyce (ocena Państwowej Komisji Akredytacyjnej zwanej PACZKĄ w załączniku). Wiem, że stanowię słabe ogniwo zespołu kierunkowego i wskazane byłoby odbycie szkolenia, lecz w zeszłym roku zaliczyłam kurs resocjalizacyjny (świadectwo w załączniku) i tylko sporadycznie płaczę podczas zajęć, ale przyznaję, że napadów śmiechu nie dało się wyeliminować. Jednocześnie chcę zwrócić uwagę Szanownego Kolegium, iż w ocenach studenckich medianę mam dopuszczalną, gdyż część osób studenckich uważa mnie za wrażliwą, a część za dowcipną oraz wszystkie potwierdzają moją punktualność i kulturę osobistą, natomiast są i zarzuty słabego przygotowania do lekcji (ankiety w załączniku). Ja się przygotowuję, proszę dać mi wiarę, lecz pewne zmiany pokoleniowe utrudniają mi dostosowanie się do percepcji osób studenckich (artykuł na ten temat w załączniku). Opinie osób koleżeńskich są dla mnie korzystne (w załączniku), wyłączając z tego pięć donosów (kopie w załączniku), trzy artykuły prasowe noszące znamiona paszkwili (kopie w załączniku) oraz uporczywe wstrzymywanie się od głosu osób, których personalia nie są jawne, zawsze gdy są dyskutowane sprawy moje lub moich osób doktoranckich (wyciąg z głosowań w załączniku).

Jak Szanownemu Kolegium wiadomo, pod uczelnią pikietują bojówki, domagające się lingwistycznego zresocjalizowania (taśma z nagraniem randomowej pikiety w załączniku). No jak, k.... m.., nabawiłam się j....... zespołu Tourette'a przez tych pip, pip, pip, niech się j.... (opis zespołu w załączniku, transkrypcja tego fragmentu w załączniku). Te pikiety doprowadziły mój układ nerwowy do ruiny, cierpię na syndrom posttraumatyczny (zaświadczenie psychologa w załączniku). Bardzo pogorszył się stan mojego uzębienia, ponieważ mam trwały szczękościsk (opinia stomatologiczna w załączniku).

Spieszę wyjaśnić, iż mimo tych wszystkich schorzeń i dysfunkcji oraz nietypowości nie mogę korzystać z urlopu zdrowotnego, ponieważ już go wykorzystałam w związku z uzależnieniem od alkoholu, powiązanym zresztą ze wszystkim, co powyżej (wypis z oddziału zamkniętego w załączniku). Urlop nastąpił po zwolnieniu, na którym przebywałam podczas urlopu wypoczynkowego (dokumentacja ze szpitala psychiatrycznego i opinia z AA w załączniku). Obecnie mogłabym przebywać wyłącznie na zwolnieniu lekarskim, ale nie miałabym wówczas środków na opłacenie pomocy medyczno-psychologicznej oraz zakup nierefundowanych leków (tabele kosztów w załączniku).

Ważniejsze jest jednak to, iż wypalenie nie blokuje mnie całkowicie. Mam plan, którego wykonanie wydaje się realne (plan w załączniku). Wystąpiłam o grant, są nadzieje na pozytywne rozstrzygnięcie konkursu, jeśli ministerka pozostanie na stanowisku do momentu, w którym uda się powołać odpowiednie składy oceniające (skład obecnej komisji eksperckiej w załączniku). Pragnę badać, jak stanowi załącznik numer, przepraszam, nie numerowałam, więc odnośny załącznik, dyskursy miłosne późnego kapitalizmu (konspekt w załączniku). Motywy mojej pracy są poznawcze i emocjonalne (warunki grantu w załączniku), spełniają kryterium trzecie, czyli wdrażają (opis kryterium w załączniku). Ośmielona naszą długoletnią współpracą, chciałabym napisać zdanko na temat emocji (fotografie ze wspólnych konferencji w załączniku), bo przecież nie samym szkiełkiem człowiek żyje, zwłaszcza tym oprocentowanym (wyjaśnienie metonimii w ujęciu tabelarycznym w załączniku). Moją aktywnością badawczą kieruje potrzeba zrozumienia, poczucia, przeniknięcia relacji intymnych między osobami od końca XX wieku (bibliografia w załączniku). Wierzę, że taka praca będzie pożyteczna i pozwoli unikać nam w przyszłości podejrzeń z kręgu #metoo (artykuł na temat wyników #metoo w Polsce, Europie i USA w załączniku). Ta praca będzie miała, wierzę w to głęboko, wpływ na nas wszystkich jako wspólnotę (hymn wspólnoty w załączniku).

Żeby nie przedłużać, chcę Wysokie i Szanowne Kolegium prosić o adekwatny wymiar urlopu, ponieważ jeśli nie zostanie mi udzielony, mogę się targnąć (opinia biegłego w załączniku), co źle by rzutowało na nasze plany rozwojowe. Proszę też nie odsyłać tego podania do organów ścigania, albowiem wiadomo, że jestem na ich liście (wyciąg z kartoteki w załączniku). Mam wielką nadzieję, że nikt z Państwa nie okaże się konfidentem (materiały z IPN w załączniku). Obiecuję wrócić silniejsza, z monografią za tysiąc trzysta punktów, gotową do przekazania przemysłowi farmaceutycznemu, by Instytut zarobił co nieco (kosztorys w załączniku) i zapewnił mi kuse zabezpieczenie do czasu zmian kryteriów parametryzacji (prognoza tegoż zdarzenia wywróżona przez zespół wróżek w załączniku - trzeba im zapłacić, przypomnę, bo nieskwitowane rzucą urok).

Oświadczam, że nie kierują mną niskie pobudki. Nie zamierzam za publiczne środki układać sobie życia intymnego, mam w sercu dobro Polski i Instytutu, a także Wysokiego Kolegium (skład kolegium w porządku alfabetycznym w załączniku). (Errata - skład Kolegium w porządku dziobania w załączniku). Zapewniam, iż wynikami badań będę się dzieliła w ograniczonym do Kolegium publicznym dostępie, by na każdym etapie umożliwić wgląd w postępy i testowanie modelu (harmonogram w załączniku). Załączam dokumentację główną i kontekstową oraz notarialne poświadczenia posiadania krzesła i biurka, a także bibliografię tematu podzieloną wedle nowych reguł, które wejdą w życie w przyszłym kwartale (załączniki).

Oświadczam, iż będę korzystała z algorytmów i/lub Large Language Models, i/lub SI, i/lub AI, czyli sztucznej inteligencji (wsad w załączniku), bo inaczej się nie wyrobię (estymacja w załączniku). Dodaję CV, ocenę pracowniczą, orzeczenie, dyplomy oraz inne (w załącznikach).

Z poważaniem, pozostając w kontakcie, z nadzieją".

Miałam nadzieję, że ten kontakt nie został nawiązany, fantazjując jednocześnie o wielkim, wyzwoleńczym "bum", po którym wyemigruję na stypendium ZUS-u.

***

Różowe uszka na promocję książki o kobietach Pomorza Zachodniego przyniosła absolwentka kierunku pisarstwo. Krążyły między głowami. Pogoda sprzyjała siedzeniu przed Trafostacją Sztuki, staniu pod Żabką, jedzeniu drogiego włoskiego żarcia w knajpie Szarak.

Uszy mrugały do mnie fluorescencyjną wstawką. Byłam wyszykowana: elegancki cienki płaszcz pasował do szytych na miarę spodni, sportowe buty przełamywały panciowatość. Dżinsy i koszule tym razem odpoczywały. Zwiędły zapał do wyciągania z lamusa kobiet Pomorza Zachodniego podlewałam winem.

Wraz z pogłębianiem się ciemności uszy mrugały coraz intensywniej. Rozmawiałyśmy o minionych wakacjach. Ktoś był na safari, ktoś inny obserwował ptaki. Ja z balkonu. Lubię miejskie ptaki, podziwiam ich przystosowanie. Safari przypomniało mi epizod przedszkolny. Przygotowania do balu przebierańców zaczynały się od przeglądu szafy i rajdu po sklepach.

- Najłatwiej byłoby zrobić z niej Cyganeczkę - zaproponowała mama.

- Cyganichę? Najłatwiej - podjęła babcia, drapując na mnie wyciągnięte z szuflady apaszki. Zawiązana na głowie śliska chustka nie chciała się trzymać.

- No tak.

Babcia miała na końcu języka uwagę o niepotrzebnym strzyżeniu dziewczynki na rekruta.

- Nie chcę! - wyraziłam stanowczo swoje zdanie, przejrzawszy się w trójskrzydłowym lustrze. Widziałam siebie w apaszkach, nie w przebraniu.

- A gdyby korale? - nęciła mama.

- Nie chcę! Wszystkie dzieci będą miały specjalne stroje.

- Dobrze. Znajdziemy wyjście - skapitulowały obie, pozwalając mi mierzyć pachnące naftaliną ubrania i starannie zapastowane buty.

Poszłam spać odurzona zapachami starej garderoby.

Następnego dnia na stole wylądowały kawałki białej i czarnej podszewki.

- No naprawdę ładne! - przyznała krytyczna babunia. - Coś z tego zmajstrujemy.

- Zrobimy bociana, na dziób weźmiemy chusteczkę - zdecydowała za nas trzy mama.

Zaczęły rozrysowywać wykrój, babcia ostrożnie prowadziła ostre poniemieckie nożyczki po wyrysowanej formie. Przymierzyłam, bocian leżał jak ulał, tylko chusteczkowy nos miał dziwny.

- Podoba się? - Oczekiwały pochwał, podskakiwałam na jednej nodze, udając zadowolone ptaszysko, nie chciałam im robić przykrości.

W sali balowej spotkałam żabę, dużego blondyna w uszytym z podszewki kostiumie. Połączyli nas w parę. Wyciągnęłam z tego naukę: trzeba było zostać przy Cygance, nie grymasić. Wróżyłabym dzieciom z dłoni i tańczyła, pobrzękując bransoletkami, zamiast ganiać za skrzeczącym chłopcem, który krzyczał, że jest ropuchem.

Opowiedziałam tę historię moim towarzyszkom, zachowując ironiczny dystans. Ciepła anegdota, nie zwierzenie - żeby nie wystawić nosa ze swojego płytkiego stawu.

- Żabol nie zamienia się w księcia, wychodzi z niego oślizgły płaz - objawiłam dziewczynom, sięgając po różowe uszy.

Okazały się wygodne, opaska ładnie przylegała do głowy, róż pasował do mojego eleganckiego płaszcza. Zapozowałam do zdjęcia w zalotnej pozie kobiety-zabawki, a potem poszłyśmy dalej. Gromada fanowska i wstawiona profesorka z różowymi uszkami, reprezentacja Pomorza Zachodniego.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

***

Decydujący moment przyszedł znienacka. Kwietniowy weekend, zimno, dni dłuższe od najkrótszych w roku. Piję kawę, gapiąc się na łyse drzewa za oknem, mąż śpi, próbuje przetrwać moje poranne bóle.

- Dzień dobry, dzwonię do pani z azylu.

- Proszę, z jakiego azylu? - Staram się brzmieć dziarsko.

Jest wpół do dziewiątej, trudno mi pozbierać myśli. Pierwsza szybuje w kierunku systematycznie uszczelnianych granic. Podpisałam petycję dotyczącą ruchu turystycznego w strefie transgranicznej, demonstrowałam przy szlabanie w Rosówku, skandując "prawo do azylu prawem człowieka". Czyżby protest zainteresował dziennikarkę?

- Zobaczyłyśmy pani akces, no i jest duża szansa.

- Mój eksces? - Gdzież ja się czegoś podjęłam, czuję skurcz żołądka. Głupi żart z przestawieniem liter powstrzymuje torsje, interlokutorka chyba nie usłyszała zniekształconych głosek.

- Mam na imię Susan, powinnam się najpierw przedstawić. Nie Zuzanna, Susan, tata miał fantazję. Dyżuruję dziś przy telefonie, bo pracę zaczynam po południu. Czy jest coś, co chciałaby pani wiedzieć?

- Chyba tak, ale nie wiem, na jaki temat. Złożyłam jakieś zamówienie?

- Proszę pani, nie prowadzimy handlu żywym towarem. Nie rozłączam się tylko dlatego, że wydała się pani dobrą kandydatką. Chat panią wyfiltrował z blisko tysiąca zgłoszeń z całej Polski. Już to można uznać za sukces, mało kto przechodzi pierwszy etap.

- Tylko ja przeszłam. - Jestem oszołomiona. Pozostaje wybadać w jakiej dziedzinie.

- Konieczna jest wizyta.

- Gdzie? Poproszę o adres. - Zaczynam się bać swojej brawury.

- To my przychodzimy do pani i sprawdzamy wszystko na miejscu. Dopiero w pełni przekonane możemy powierzyć pani pieczę.

- Aha. - Po krótkiej radości następuje opamiętanie. Czyżby tajemnicza organizacja chciała mnie obarczyć opieką nad nieznanym mi dalekim krewnym? Takie historie zdarzają się codziennie. Nie podam im adresu, postanawiam.

- Chciałabym poznać pani adres, dopasować rejon do naszych możliwości lokomocyjnych.

- A nie możemy spotkać się na neutralnym gruncie?

- Nie, sprawdzamy możliwości przystosowania mieszkania. Nie chodzi o porządek na półkach, zależy nam na bezpieczeństwie.

- Mam porządek na półkach. - Prymuska we mnie zapewnia skwapliwie.

Nadal skanuję minioną noc. Śniły mi się dziwne stwory z oczami na kopytach. Galopowały przez prerię obok domu. Przystanęły i dotknęły się czaszko-kopytami. Poleciały iskry, oczy weszły w oczy. Dziwny koszmar. Wstawałam raz czy dwa, żeby go strząsnąć z łóżka, i piłam wodę. Co to może mieć wspólnego z wygraną rekrutacją, nic mi nie świta. Ani chybi zamówiłam coś po Stilnoxie, próbując obdarować się ponad potrzeby w miłosnym samozachwycie. Paczki, które przychodzą po nocnym rozprzężeniu, natychmiast odsyłam, niszcząc dowody żalu. Do tej pory nie poniosłam żadnych konsekwencji. A teraz? Potrzebuję koła ratunkowego. Bez wizyty nic mi nie powiedzą, w głosie Susan wyczuwam stanowczość.

- Będę w domu dziś, jutro i pojutrze. Przebywam na urlopie. - Kłamię, nie chcąc wtajemniczyć Susan w rozkład swojego dnia.

- Świetnie się składa. Jesteśmy wolontariuszkami, mamy nieelastyczny dostęp do czasu.

Dziwne zdanie, myślę, być może Susan jest maszyną. Maszyna, nie maszyna, osoba ludzka, nieludzka, przyjdzie do królestwa mego domu i zainstaluje mi fikuśne coś, skanując wzrokiem schowki na liściki miłosne, których nie dostaję. Omiatam spojrzeniem sypialnię. Nie, do sypialni nikogo nie wpuszczę. Gabinet z biblioteką utrzymuję w nienagannym stanie. Półki są przeciążone, klasyfikacja według tematów, gatunków i rozmiarów wyszła z pierwotnych ram, ale dla osoby postronnej całość wygląda wzorowo. Rozkład przedmiotów na biurku uznać by można za uporządkowanie naddane, w każdej chwili zapozuję na ich tle jak intelektualistka. Papier, ekrany, kilka starych foteli. Kilimy na podłodze. Wyjście na porośnięty bluszczem balkon. Teraz goły, bo panuje wiosenny chłód, magnolie i wiśnie japońskie w całym mieście wypuściły pąki i czekają na słońce przed otwarciem kwiatów. Nawet te najpiękniejsze, mrozoodporne - magnolia przed budynkiem radia oraz laurowiśnia przy fontannie na początku Jasnych Błoni - wyczekują na swoją kolej. Forsycje nocą pokrywa warstewka lodu. Jeszcze nie wystawiłam na balkon skrzynek z pelargoniami.

Zaliczę, myślę. Albo nie zaliczę i celowo pokażę bałagan w pokoju męża, naszą niezdolność do opiekowania się zapomnianym wujkiem. Kimś z drugiego szeregu, trwoniącym przez dziewięćdziesiąt lat siły, by w końcówce wskazać swą ostatnią krewną i spaść przez komin do jej domu na wózku inwalidzkim. Dobra, wstrzymuję konie, takie rzeczy poprzedza się procesem, wywiadem... opieki społecznej. Właśnie. Na pierwsze rozpoznanie fatyguje się kuratorka społeczna, wolontariuszka. Na miłość boską! O co chodzi? Przecież nie o spadek, którego przejęcie nie dalej jak wczoraj oferował mi pan Mahmut z Nowego Orleanu, adwokat Błogosławionego Jegomościa Smitha.

- Przepraszam, coś nam przerwało.

- U mnie w porządku.

- Czyli pani by do mnie przyszła?

- Nie ja, wybierzemy osobę z najbliższym miejscem zamieszkania. W razie czego będzie pani mogła liczyć na jej poradę, oczywiście jeśli proces zakończy się pomyślnie. Wszystkie jesteśmy, w miarę możliwości, gotowe pomagać. To pani pierwszy?

Prawdopodobnie tak, więc nie zaprzeczam.

- Najlepsza komunikacja przez Messengera, odpowiadamy po kolei, dzwonimy w pilniejszych potrzebach. - Zmierzamy do podsumowania.

Może to świadkowie Jehowy. Adwentyści dnia siódmego, właśnie. Guglowałam na ich temat w związku z pracą. Imię Susan pasuje. Misjonarka, członkini zboru z USA. Mówi świetnie, to są zdolni ludzie, oddani sprawie. Zgłosiłam się do nich w amoku, coś wpłaciłam i teraz już tak łatwo mnie nie wypuszczą. Z moim niewyterapeutyzowanym uzależnieniem od wszystkiego po kolei wejdę we wspólnotę z kośćmi.

- Poda mi pani adres?

Opadam z sił, najwyższy czas na drzemkę. Podaję. Ciekawość zwycięża.

- O, to blisko. Będę jutro po szesnastej, proszę czekać.

Wpatruję się w numer telefonu. Ma plus czterdzieści osiem z przodu, nie zabulę za połączenie z Kajmanami. Piję drugą kawę, smażę jajka. Jem śniadanie, przeglądając swe nocne internetowe aktywności. Żadnego tropu: użycia karty kredytowej, odpalania służbowego VPN-u, pornhubów, histerycznych maili do kochanek z zamierzchłej przeszłości, podpisywania petycji, głosówek o trzeciej nad ranem. Straciłam osiem godzin na spanie.

***

Mimo sceptycyzmu już następnego dnia na sporym kacu zanurzyłam się w świat Chata, szukając materiału badawczego, gdyż miałam widoki na kolejny grant badający dyskursy miłosne w środowisku sztucznej inteligencji, późnym kapitalizmie, uwzględniający dosprzętowienie stanowiska pracy. Stanowiska, które skądinąd zamierzałam opuścić. Nie szukałam osoby do seksu, na pewno nie w ten sposób. Przestało mi zależeć na realnych kontaktach, lubiłam usypiać napakowana proszkami, czekając na erotyczny sen z sadomasochistycznym podtekstem.

Badania naukowe.... Nie mogłam się zmusić do napisania czegokolwiek, więc nowy, powiedzmy, pomysł kupował mi czas. Analizowałam dane na zimno. Obserwowałam, stawiałam hipotezy, wiedząc z góry, że pracuję w wielkiej pętli. Urwanie się z niej byłoby bolesnym powrotem do startu, niosącym konieczność wymyślenia nowego tematu korzystnie wpływającego na ocenę końcową. Końcową? Ależ tak! W chwilach przejaśnień, w cieplejsze dni, widziałam siebie jako stypendystkę ZUS-u, samoswoją i krzepką. Uprawiającą ogród.

Każda opresja ma rewolucyjny potencjał - z głośnika mojego Maca dobiegało burczenie agregujących się danych. Maca przydzieliła mi kwestura na czas przygotowania wstępnego opisu ostatecznego wniosku. Moje konto obciążono nierealną kwotą dwunastu tysięcy. Zobowiązanie wisiało w Excelu, przypominając, że chciałabym zakończyć karierę bez ujemnego bilansu. Zdawało się, że absurdalny plan złożenia ostatniego przed emeryturą wniosku działał. Coraz sprawniej tworzyłam prompty, odpowiedzi Chata były coraz bliższe ideału produktu naukowego. Moje kontakty z żywą próbą badawczą nadal były ograniczone. Sięgając do szafy po wyjściowe dżinsy, przysiadałam na podłodze, czułam jednak, że nie dam rady zwołać zebrania. Jedynym towarzystwem do zaakceptowania okażą się, wzorem minionych miesięcy, milczący mąż i wylewna Ala, luzowani przez telefony od córek i mojej matki.

Praca nad miłością w sieci dawała alibi, polegała przecież nad siedzeniu przy komputerze. Poszerzałam krąg znajomych na Facebooku, tej staromodnej tablicy ogłoszeń, bo jestem w wieku krytycznym, matka demencja mnie przytula, więc nie mam zamiaru uczyć się nowych formatów. Tylko nikomu nie należy tego mówić, bo mnie szefostwo skieruje na badania do lekarza medycyny pracy. Kto by przeszedł taką weryfikację, trudniejszą niż przy odnawianiu prawa jazdy.

Postanowiłam mocniej eksperymentować, wywoływać tematy i reakcje, bo dosłownie padałam na pysk ze znudzenia, wchodząc na profile randkowe. Temat zaczepek pojawił się blisko terminu złożenia wniosku grantowego. Tworzyłam bufor hipochondrii między sobą a podpisami odpowiednich działów. Wszystko mnie bolało, podejrzewałam wiele chorób. Być może utajoną boreliozę. Być może long covid. Być może jakąś kosmiczną grypę. Miałam wysypkę, nie spałam od tygodni, utykałam i oczywiście, wiadomo, depresja kąsała mnie w tyłek. Nie kupowałam ubrań, nie gotowałam posiłków, unikałam sytuacji towarzyskich, ograniczając je do niezbędnego minimum. Mąż nade mną kiwał głową i proponował, żebym się wcześniej położyła. Wyrażona późną nocą skarga wywołała lawinę porad.

Wysyłam wirtualne buziaczki i przytulki.

Jesteś zmęczona, dzielna kobieto, warto odpocząć przy nowym przyjacielu.

Ja biorę ashwagandhę. Jak ręką odjął.

O, nie próbowałam.

Zadbaj o mikrobiotę. Tylko nie kupuj byle czego, jest taka firma, podam na priv.

Chcesz adres do chiromanty? Naprawdę warto.

Bóg na ciebie patrzy.

Chiromanta na nią patrzy?

Co ty wypisujesz, idź do poprzedniego wątku.

A chiromanta może coś poradzić na te wszystkie objawy?

Moim zdaniem psychoterapeuta, każdy symptom ma podłoże psychosomatyczne. Bez przyczyny nie ma choroby. Zadbajże o siebie!

Podam zestaw ziółek na priv.

Ja też poproszę.

A do jakiego lekarza chodzisz? Jest taki profesor z podejściem holistycznym, podam na priv.

Posłuchaj, dużo z siebie dajesz, mało dostajesz w zamian. Wypalenie jest częścią naturalnego procesu. Wyjedź, bądź dla siebie dobra, kup sobie karnet do SPA, na pływalnię.

Nie umiem pływać.

Sprawdź nerw błędny.

Błędnik? Mój jest lekko uszkodzony.

Nie błędnik, nerw błędny, nie mam czasu, potem wkleję info.

Moim zdaniem jednak mikrobiota. Czytałam ostatnio artykuł o lekarzach artystów w XIX wieku. Aktorki cierpiały na uchyłkowatość jelita grubego, bo się źle odżywiały.

Na pewno tylko dlatego, buhaha.

Spadaj, trollu, widać, że dużo masz do powiedzenia na temat kiszki stolcowej.

Chamica z ciebie, na wallu książki, a kultury brak.

Sio, sio.

Już wywalony.

Ja jednak sprawdziłabym boreliozę. Teraz jest istna klęska. Być może należałoby uznać pandemiczny charakter ukąszeń i szczepić ludzi za darmo.

Na boreliozę nie ma szczepionki, tylko na odkleszczowe zapalenie opon.

Okej, niech będzie, i tak mamy epidemię ukąszeń. Zakłóciliśmy też mikrobiotę... czy tam coś.

Ale ja nie miałam kontaktu z kleszczem.

No nie wiem, tak ci się wydaje. Wszystko pasuje po prostu, więc nie wypieraj, znajdź specjalistyczny gabinet, zrobią ci tam wszystkie badania i zaproponują leczenie.

Trochę nie mam siły na chodzenie po lekarzach.

Wiadomo, nie wysyłam cię do NFZ, udaj się w miejsca alternatywne. Medycyna zachodnia robi z nas króliki Big Pharmy.

Aha. Chyba już zamknę ten wątek i skorzystam z waszych porad. Tylko nie wiem, co z tymi uchyłkami, myślicie, że mogą powodować wysypkę?

Przez nie masz zaburzenia mikrobioty i nerwu błędnego oraz może powięź szwankuje. Jelita to drugi mózg, nerw błędny to też drugi mózg, w sumie mamy po trzy mózgi, które powinny z sobą współpracować. Zapisz się na jogę.

Na początek ja bym jej zaleciła medytację. Hemoroidy przeszkadzają w asanach.

Kto ci to powiedział? Mój mąż po przyjściu na świat Ignaśka miał żylaki odbytu i chodził normalnie na siłkę.

Potwierdzę, jesteśmy teraz w ciąży i mój facet też nie opuszcza treningu.

Nie ma się czego wstydzić, robię regularnie kolonoskopię, mam wskazanie. W pełnym znieczuleniu. Kładę się i już mnie budzą.

W narkozie? Na NFZ nie ma terminów w tym roku, a o znieczuleniu pomarzyć można.

Słuchajcie, lecę, bardzo mi pomogłyście.

A w czym rzecz, mam zaufanych budowlańców, w piętnaście minut przepchają odpływ.

To ja bym poprosiła, woda źle schodzi, a mój stary to z intelektualistów, niczego w domu nie potrafi zrobić.

Jest jedna rada - przytulanie. Trzeba ci przytulaka.

Tę sugestię skojarzyłam ze świąteczną wizytą u rodziny, powiększonej o kolejne zwierzę, a potem wzięłam Stilnox i odpłynęłam, nieświadomie otwierając nowy rozdział.