7
Przed sądem
Dochodzi jedenasta rano w niedzielę, kiedy Aura opuszcza komisariat.
Niebo w Madrycie jest zachmurzone. W szarym kolorze wody po zmywaniu podłóg. Zerwał się nieprzyjemny wiatr, który rozwiewa liście, kurz i pomięte gazetki promocyjne Lidla. Na rondzie przy plaza de Castilla roi się od samochodów. Otoczenie, w cieniu Wież Kio, nie może być brzydsze i bardziej nieludzkie.
Aura wdycha głęboko zanieczyszczone powietrze i myśli, że nigdy w życiu nie widziała czegoś piękniejszego.
Spora w tym zasługa szalonych poprzednich dwóch godzin.
Kiedy budzi się w celi, Aura nie wie, gdzie jest. Otumaniona i zdezorientowana podnosi głowę. Mruga, próbuje przyzwyczaić oczy do światła, wraca do szorstkiej rzeczywistości. Świetlówki znów są zapalone, a cela w połowie pusta. Tylko kobiety niemówiące po hiszpańsku wciąż są w głębi, pod okienkiem, zwinięte w kłębek śpią jak zabite.
Po pijanej Galisyjce nie ma ani śladu. Po Latynoskach też nie, z wyjątkiem zakrwawionej smugi na ścianie, która (Aura jest tego pewna) była wkładem Yoni do graffiti w areszcie.
"To mogła być moja krew", myśli Aura i ciarki przechodzą jej po plecach.
"Właśnie. Właśnie to mnie teraz czeka".
Hałas za drzwiami przerywa jej użalanie się nad sobą. Cela się otwiera i funkcjonariuszka wykrzykuje jej nazwiska.
- Reyes Martínez!
Aura posłusznie kieruje się w stronę głosu, powłócząc nogami. Kobieta prowadzi ją labiryntem korytarzy aż do ambulatorium.
- Chcesz badanie? - pyta ją funkcjonariuszka.
- Słucham?
- Moczu.
Widząc zdziwioną minę Aury, policjantka wyjaśnia:
- Jeśli jesteś narkomanką, to jest okoliczność łagodząca. Prawie wszyscy robią sobie badanie.
Aura przegląda w myślach najsilniejsze substancje, jakie przyjmowała w ciągu ostatniego miesiąca (łącznie z ibuprofenem, fantą light i kilkoma kroplami przeterminowanego tabasco, które pewnego poranka dolała nierozważnie do jajek sadzonych), i kręci głową.
- Na pewno? Nie wstydź się. To tylko chwila...
Kobieta proponuje to tak uprzejmie, że Aurę kusi, by się zgodzić tylko po to, żeby nie robić jej przykrości. Dopóki nie zagląda do ambulatorium i jej oczy nie napotykają wzroku Yoni, która siedzi na leżance z zabandażowaną ręką i posiniaczoną twarzą.
- Dziękuję, ale to nie jest potrzebne.
- Jak chcesz - mówi kobieta i rusza dalej.
Yoni zamierza wstać, ale pielęgniarka ją przytrzymuje. Groźny krzyk odprowadza Aurę, która idzie za funkcjonariuszką i przyspiesza kroku.
- Załatwię cię!
"Co tę kobietę ugryzło?", myśli Aura, ucieszona, że oddala się od ambulatorium.
Po chwili docierają do innej sali, przed którą czeka mężczyzna w średnim wieku, niziutki i łysy, w wymiętym garniturze, w którym chyba spał, a przynajmniej na to wskazuje jego wygląd.
- Jestem twoim adwokatem z urzędu, staniesz przed sędzią. Nazwisko? - pyta, kiedy Aura przystaje naprzeciwko niego.
Aura mu je podaje. Mężczyzna wyjmuje teczkę z plecaka spoczywającego między jego nogami i odszukuje raport policyjny swojej klientki. Czyta go pobieżnie, rzuca parę "uhm", bierze Aurę pod rękę i prowadzi do sali.
- No już, zaczyna się.
- Chwila, nie powie mi pan nic o...?
- Siedź cicho, nie rób nic głupiego i wszystkiemu zaprzeczaj.
- Ale ja bym chciała wyja...
- Masz wszystkiemu zaprzeczać, do cholery.
Aura powstrzymuje adwokata, łapiąc go za ramię.
- Mogą mnie tu dalej trzymać?
Mężczyzna mlaszcze językiem i głośno wciąga powietrze ustami.
- Jest niedziela, sędziemu się spieszy, a twoja sprawa jest skomplikowana. Jeśli zechce, zostaniesz do poniedziałku.
- Muszę stąd wyjść - mówi Aura, przysuwając się do niego bliżej. - Niech mi pan powie, co mam zrobić.
- Już ci powiedziałem - odpowiada adwokat, bezceremonialnie wpychając ją do środka.
Pomieszczenie jest jeszcze mniejsze niż cela, za to znacznie pełniejsze. Parę stołów, garść krzeseł, sędzia, prokurator, kilku strażników, adwokat z urzędu i oskarżona. Ściany w jajecznym kolorze są pozbawione okien i jakichkolwiek dekoracji, z wyjątkiem portretu króla Filipa VI, którego surowy uśmiech przypomina, że sprawiedliwość jest jednakowa dla wszystkich.
Prokurator wstaje i odczytuje akt oskarżenia przeciwko Aurze, która stoi na środku sali. Sędzia do samego końca nie odrywa wzroku od stołu, skupiony na zamkniętej teczce leżącej przed nim. Aura odpowiada na wszystkie pytania prokuratora (z których większość zaczyna się od "Czy to prawda, że...") stanowczym "nie". Aż siedem razy, siedem kłamstw.
Kiedy przesłuchanie dobiega końca, sędzia odchrząkuje kilkakrotnie, wyraźnie znudzony. To mężczyzna w podeszłym wieku, pod siedemdziesiątkę, ze spiczastą białą bródką i bardziej przypomina optometrystę na emeryturze niż sędziego pierwszej instancji.
- To zarzut mniejszej wagi. Czy pan prokurator może mi wyjaśnić, dlaczego przyprowadzono tu oskarżoną?
- Pani Reyes za trzy tygodnie ma się stawić w więzieniu w oczekiwaniu na proces, wysoki sądzie. Dlatego policjanci ją zatrzymali, jako środek zapobiegawczy.
- O jakie zarzuty chodzi?
"Zaczyna się", myśli Aura, zamykając oczy.
- Oszustwa na szeroką skalę, defraudacja, fałszowanie dokumentów, pranie brudnych pieniędzy. Wszystko popełnione w okolicznościach obciążających, wysoki sądzie.
Sędzia odrywa wzrok od teczki i po raz pierwszy spogląda na Aurę, zaciekawiony. Droga bluzka, ładne buty do kompletu. Nie pasują jedynie worki pod oczami, potargane włosy w kolorze piasku i zapadnięte ramiona - zasługa nocy spędzonej w areszcie.
- O jakiej kwocie mówimy?
Prokurator wymienia dziewięciocyfrową sumę, co do ostatniego euro. Bez miejsc po przecinku. Nie ma potrzeby.
Sędzia unosi brew w geście uznania.
- A kaucja?
- Pół miliona euro, wysoki sądzie.
Pół miliona wobec ponad stu milionów nie wydaje się znaczące. Ot, symboliczna kwota, aby mieć pewność, że zatrzymana nie ucieknie i tak dalej. W sytuacji Aury równie dobrze mogliby poprosić o księżyc obwiązany wstążką w kolorze fuksji.
- Już rozumiem - mówi sędzia z miną świadczącą o tym, że jest dokładnie na odwrót. - Pani Reyes, stawia mnie pani w trudnej sytuacji. Oskarżenie z elementem przemocy stanowi problem. Nawet jeśli jest to przestępstwo mniejszej wagi.
- Domniemane przestępstwo, wysoki sądzie - wtrąca adwokat. - Moja klientka kategorycznie zaprzeczyła zarzucanym jej czynom.
- A dla sądu jest to wielkie zaskoczenie, że oskarżona wypiera się nawet powietrza, którym oddycha, panie mecenasie - odpowiada sędzia z sarkazmem.
Znowu patrzy na teczkę przed sobą i delikatnie bębni palcami w stół, zastanawiając się nad tym, co powiedzieć.
- Pani sytuacja jest typowa - mówi po chwili. - Człowiek, który ma się stawić w więzieniu, w miarę jak zbliża się ten termin, może odnosić wrażenie, że nie ma już nic do stracenia. Poczucie moralności słabnie i ma tendencję do popełniania błędów, jakich nie popełniłby w innej sytuacji. Rozumie pani, o czym mówię, pani Reyes?
- Rozumiem.
- W takich okolicznościach najlepiej przyspieszyć stawienie się w więzieniu dla dobra społeczeństwa i samego oskarżonego. Myślę, że to jest właśnie pani przypadek.
Strach, jaki zawładnął ciałem Aury, kiedy jej twarz - niecałe piętnaście godzin temu - uderzyła o maskę samochodu patrolowego, wciąż w niej siedział. Z różnym natężeniem, od silnego do umiarkowanego, oraz z trudnym do opanowania niepokojem.
W tym momencie jednak strach słabnie, aż niemal znika. Ponieważ w ostatnim zdaniu sędziego Aura usłyszała ukryte pytanie zamiast oczywistej groźby.
I znowu pojawia się odzwierciedlenie jej dawnego ja.
- Tak by było, gdybym była winna tego, co napisano w protokole policyjnym, ale ja już powiedziałam, że to wszystko nieprawda, wysoki sądzie - kłamie Aura z zimną krwią. - I jeśli mam być szczera, nie zamierzam zgadzać się na tymczasowe aresztowanie. Chcę tylko zgromadzić pieniądze na kaucję i stanąć przed sądem jako wolny człowiek, do czego mam prawo.
Sędzia przygląda się Aurze uważnie.
- Rozumiem. I przypuszczam, że doświadczenie dzisiejszej nocy miało jakiś związek z pani decyzją.
Aura dyplomatycznie wzrusza ramionami.
- Pani Reyes, gdybym dziś wypuścił panią na wolność, podjąłbym ryzyko. Czy mogę pani ufać?
- Tak, wysoki sądzie. Całkowicie, wysoki sądzie. Wyciągnęłam wnioski z własnych błędów. Mogę szczerze powiedzieć, że jestem zupełnie nową kobietą, a nie zagrożeniem dla społeczeństwa. Taka jest prawda - mówi Aura w swojej najlepszej imitacji Morgana Freemana.
Przez chwilę myśli, że posunęła się za daleko, ale sędzia wydaje się zadowolony, a nawet rozbawiony wyjaśnieniem oskarżonej.
- Żebym tego nie żałował, pani Reyes - dodaje, gestem pokazując drzwi.
Aura wchodzi na pierwsze piętro, zbiera swoje rzeczy do plastikowej torby (łącznie z torebką, portfelem, płaszczem i biustonoszem) i niespełna piętnaście minut później jest już na ulicy. Obserwuje zachmurzone niebo, Wieże Kio i gazetki Lidla porwane przez wiatr, jak już zostało powiedziane. Oddycha wolnością i dwutlenkiem węgla i myśli o tym, że jeszcze nigdy w życiu nie widziała czegoś piękniejszego...
Dopóki nie zauważa kogoś, kto sprawia, że kompletnie zmienia zdanie.