Wstęp
Ta książka by nie powstała, gdyby w listopadzie 2016 roku Donald J. Trump nie został wybrany na prezydenta
Stanów Zjednoczonych. Tak jak wielu Amerykanów byłem tym zaskoczony i zaniepokojony konsekwencjami tego wyboru dla Stanów Zjednoczonych oraz
całego świata. Była to druga wyborcza niespodzianka tego roku, pierwszą
był zaś rezultat czerwcowego referendum, w którym Brytyjczycy
zagłosowali za opuszczeniem Unii Europejskiej.
Znaczną część ostatnich dwóch dziesięcioleci poświęciłem rozmyślaniom o rozwoju współczesnych instytucji politycznych, o tym, jak najpierw
doszło do ukształtowania się państwa, rządów prawa oraz demokratycznej
odpowiedzialności, jak one ewoluowały i wzajemnie na siebie oddziaływały
i jak na koniec mogą obumrzeć. Na długo przed elekcją Trumpa napisałem,
że amerykańskie instytucje podupadają, ponieważ potężne grupy interesu
stopniowo przejmują państwo, zamykając je w skostniałej strukturze,
która nie jest zdolna sama się zreformować.
Donald Trump jest zarówno skutkiem, jak i jedną z przyczyn tego regresu.
Obietnicą jego kandydatury było to, że jako outsider wykorzysta swój
mandat, by wstrząsnąć systemem i uczynić go znowu funkcjonalnym.
Amerykanie, zmęczeni impasem w stosunkach między obu głównymi partiami,
pragnęli silnego przywódcy, który na nowo mógłby zjednoczyć kraj,
przełamując to, co nazwałem wetokracją - zdolność grup interesu do
blokowania działań zbiorowych. W 1932 roku taki wzrost nastrojów
populistycznych wyniósł do Białego Domu Franklina D. Roosevelta i nadawał kształt amerykańskiej polityce przez kolejne dwa pokolenia.
Problem z Trumpem jest podwójny, gdyż ma związek zarówno z polityką, jak
i jego charakterem. Jest prawdopodobne, że gospodarczy nacjonalizm
nowego prezydenta pogorszy, zamiast poprawić sytuację wyborców, którzy
go poparli, a jego ewidentna skłonność do stawiania autorytarnych
dyktatorów ponad demokratycznych sojuszników grozi destabilizacją całego
ładu międzynarodowego. Jeśli chodzi o jego charakter, trudno jest sobie
wyobrazić osobę mniej nadającą się na prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Zalet, które zwykło się kojarzyć z wielkim przywództwem - elementarnej
uczciwości, rzetelności, zdrowego rozsądku, oddania interesowi
publicznemu i wrodzonego kompasu moralnego - zupełnie mu brakuje. Przez
całą swoją karierę uprawiał głównie autoreklamę i bez skrępowania
wykorzystywał wszelkie sposoby, żeby obejść stojących mu na drodze ludzi
lub niewygodne przepisy.
Trump reprezentuje w polityce międzynarodowej szerszą tendencję
polegającą na zwrocie ku czemuś, co nazywane jest populistycznym
nacjonalizmem1. Populistyczni przywódcy dążą do
wykorzystania legitymacji uzyskanej w demokratycznych wyborach do
umocnienia swej władzy. Utrzymują, że łączy ich bezpośrednia, wyjątkowa
więź z narodem, często definiowanym w wąskim, etnicznym znaczeniu, które
wyłącza duże części populacji. Nie lubią instytucji i starają się
podważyć mechanizmy kontroli i równowagi, które ograniczają osobistą
władzę przywódcy we współczesnej, liberalnej demokracji: sądów,
niezależnych mediów i bezpartyjnej biurokracji. Innymi współczesnymi
przywódcami, których można zaliczyć do tej samej kategorii, są Władimir
Putin z Rosji, Recep Tayyip Erdo?an z Turcji, Viktor Orbán z Węgier,
Jarosław Kaczyński z Polski i Rodrigo Duterte z Filipin.
Gwałtowne przyspieszenie przemian demokratycznych na całym świecie,
które rozpoczęło się w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku,
przekształciło się w coś, co mój kolega Larry Diamond nazywa globalnym
odwrotem2. W roku 1970 na świecie było zaledwie 35 demokracji
przedstawicielskich i przez kolejne trzy dziesięciolecia liczba ta
systematycznie rosła, aż w pierwszych latach dwudziestego pierwszego
wieku doszła niemal do 120. Największe przyspieszenie tego procesu
nastąpiło w latach 1989-1991, kiedy to upadek komunizmu w Europie
Wschodniej i Związku Radzieckim doprowadził do wezbrania demokratycznej
fali w całym regionie. Jednakże od połowy pierwszej dekady dwudziestego
pierwszego wieku trend się odwrócił i liczba demokracji
przedstawicielskich zmalała. Kraje autorytarne natomiast, z Chinami na
czele, stały się tymczasem bardziej pewne siebie, bardziej asertywne.
Nie jest zaskakujące, że nowe, dopiero się formujące demokracje, takie
jak w Tunezji, na Ukrainie czy w Mjanmie, musiały walczyć z licznymi
trudnościami, budując skutecznie działające instytucje, albo że
demokracja liberalna nie zdołała się zakorzenić w Afganistanie lub Iraku
po interwencji Stanów Zjednoczonych w tych krajach. Rozczarował, chociaż
nie w pełni zaskoczył, powrót Rosji do tradycji autorytarnych. Bardziej
zaskakujące było to, że zagrożenia dla demokracji ujawniły się w krajach
z ugruntowanymi systemami demokratycznymi. Węgry były jednym z pierwszych państw w Europie Wschodniej, w których obalono reżim
komunistyczny. Gdy wstąpiły zarówno do NATO, jak i Unii Europejskiej,
wydawało się, że powróciły do Europy jako - jak to określają politolodzy
- ugruntowana demokracja liberalna. Mimo to pod rządami Orbána i jego
partii Fidesz wiodą prym w dążeniu do tego, co Orbán nazywa demokracją
nieliberalną. Ale znacznie większym zaskoczeniem miały się jeszcze
okazać wyniki głosowań w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych,
odpowiednio w sprawie brexitu i wyboru Trumpa. Te dwie przodujące
demokracje były architektami współczesnego, liberalnego ładu
międzynarodowego, państwami, które pod rządami Reagana i Thatcher
przewodziły "neoliberalnej" rewolucji lat osiemdziesiątych dwudziestego
wieku. A jednak wydaje się teraz, że one same zwracają się ku wąskiemu
nacjonalizmowi.
I tak dotarłem do genezy Tożsamości. Odkąd w połowie roku 1989
opublikowałem esej Koniec historii?, a w roku 1992 książkę Koniec
historii i ostatni człowiek3, regularnie pytano mnie przy
różnych okazjach, czy jakieś wydarzenie X nie obala mojej tezy. Tym
wydarzeniem X mógł być zamach stanu w Peru, wojna na Bałkanach, ataki z 11 września, globalny kryzys finansowy albo, ostatnio, elekcja Donalda
Trumpa i opisana wyżej fala populistycznego nacjonalizmu.
Większość tych krytycznych opinii opierała się na zwykłym
nieporozumieniu. Używałem po prostu słowa "historia" w sensie
heglowsko-marksowskim - to znaczy długiej, ewolucyjnej historii ludzkich
instytucji, którą alternatywnie można nazwać rozwojem lub
modernizacją. Słowa "koniec" nie użyłem w znaczeniu "zakończenie", ale
"cel". Karol Marks zasugerował, że końcem historii będzie komunistyczna
utopia, a ja po prostu wskazałem, że wersja heglowska, w której rozwój
prowadził do ukształtowania się liberalnego państwa związanego z gospodarką rynkową, była wynikiem bardziej
prawdopodobnym4.
Nie oznacza to, że moje poglądy nie zmieniały się przez te wszystkie
lata. Rezultaty najpełniejszych przemyśleń, jakie zdołałem przedstawić,
zawarte są w moich dwóch książkach: Historia ładu politycznego oraz
Ład polityczny i polityczny regres, które można rozumieć jako próbę
napisania na nowo Końca historii i ostatniego człowieka na podstawie
tego, jak obecnie rozumiem świat polityki5. Dwie najważniejsze
zmiany w moim myśleniu dotyczą, po pierwsze, trudności w rozwoju
nowoczesnego, bezosobowego państwa - problemu, o którym wspominałem jako
o kwestii "dorównania Danii" - a po drugie, możliwości, że nowoczesna
demokracja liberalna ulegnie rozkładowi lub cofnie się w rozwoju.
Jednakże moim krytykom umknęło coś innego. Nie zauważyli, że na końcu
tytułu eseju postawiłem znak zapytania, i nie przeczytali dalszych
rozdziałów Końca historii i ostatniego człowieka, w których
skoncentrowałem się na problemie Nietzscheańskiego ostatniego człowieka.
W obu pracach napisałem, że ani nacjonalizm, ani religia nie miały zaraz
zniknąć jako siły w świecie polityki. Nie miały zniknąć, ponieważ -
dowodziłem wtedy - współczesne liberalne demokracje nie rozwiązały
jeszcze w pełni problemu thymos. Thymos jest częścią duszy, która
pragnie uznania godności; izotymia to pragnienie bycia szanowanym na
równi z innymi; megalotymia zaś jest pragnieniem bycia uznanym za
kogoś lepszego od innych. Współczesne demokracje liberalne obiecują i w dużej mierze zapewniają wszystkim minimum równego poszanowania,
ucieleśnione w prawach jednostki, prawach wyborczych i rządach prawa.
Nie gwarantują jednak, że ludzie żyjący w demokracji, zwłaszcza grupy
marginalizowane, będą się cieszyć równym szacunkiem w praktyce.
Lekceważone mogą się czuć całe kraje, co napędza rozwój agresywnego
nacjonalizmu, podobnie jak ludzie wierzący, którzy uważają, że ich wiara
jest umniejszana i obrażana. Izotymia będzie zatem nadal pobudzać
pragnienie równego uznania, co raczej nigdy się całkowicie nie spełni.
Innym wielkim problemem jest megalotymia. Liberalne demokracje były
całkiem skuteczne w zapewnianiu pokoju i dobrobytu (chociaż w ostatnich
latach nieco mniej). Te bogate, bezpieczne społeczeństwa są domeną
Nietzscheańskiego ostatniego człowieka, "ludzi bez piersi", którzy
trwonią życie na niekończącą się pogoń za satysfakcją konsumencką, ale
nie mają niczego w sercu, żadnych wyższych celów ani ideałów, dla
których skłonni by byli walczyć i się poświęcić. Takie życie nie
usatysfakcjonuje każdego. Megalotymia rozwija się na fundamencie
wyjątkowości: podejmowania wielkiego ryzyka, angażowania się w monumentalne zmagania, dążenia do wielkich rezultatów, ponieważ wszystko
to prowadzi do uznania siebie za lepszego od innych. Niekiedy owocuje to
wyłonieniem się bohaterskiego przywódcy, takiego jak Lincoln, Churchill
lub Nelson Mandela. Ale w innych sytuacjach może to prowadzić do
pojawienia się tyranów, takich jak Cezar, Hitler lub Mao, którzy powiodą
swoje społeczeństwa ku dyktaturze i katastrofie.
Ponieważ wiadomo z historii, że megalotymia istniała we wszystkich
społeczeństwach, najpewniej nie można jej przezwyciężyć - można ją
jedynie skanalizować lub złagodzić. Pytanie, które zadałem w ostatnim
rozdziale Końca historii i ostatniego człowieka, brzmiało, czy
współczesny system liberalnej demokracji powiązanej z gospodarką rynkową
zapewnia odpowiednie ujścia dla megalotymii. Ten problem został w pełni
rozpoznany przez amerykańskich ojców założycieli. Podejmując trud
stworzenia republikańskiej formy rządów w Ameryce Północnej, znali
historię upadku republiki rzymskiej i niepokoił ich problem cezaryzmu.
Ich rozwiązaniem był konstytucyjny system kontroli i równowagi, który
rozdzielał władzę i blokował możliwość koncentrowania jej w rękach
jednego przywódcy. W 1992 roku zasugerowałem, że gospodarka rynkowa
także zapewnia ujścia dla megalotymii. Przedsiębiorca może stać się
bajecznie bogaty, przyczyniając się zarazem do wzrostu ogólnego
dobrobytu. Albo może brać udział w triathlonowych zawodach Ironman lub
ustanawiać rekordy w liczbie zdobytych szczytów himalajskich czy też
zbudować najdroższą firmę internetową na świecie.
Tak naprawdę to wspomniałem w Końcu historii o Donaldzie Trumpie jako
o przykładzie fantastycznie ambitnej osoby, której pragnienie zdobycia
powszechnego uznania zostało bezpiecznie skanalizowane w działalności
biznesowej (a później w przemyśle rozrywkowym). Nie podejrzewałem wtedy,
że dwadzieścia pięć lat później, nieusatysfakcjonowany sukcesem w interesach oraz statusem celebryty, zajmie się polityką i zostanie
wybrany na prezydenta. Ale wszystko to nie jest sprzeczne z moją ogólną
argumentacją dotyczącą potencjalnych zagrożeń dla liberalnej demokracji
i centralnego zagadnienia thymos w liberalnym
społeczeństwie6. Podobne postaci, noszące takie nazwiska
jak Cezar, Hitler czy Perón, istniały już w przeszłości i wiodły swoje
społeczeństwa zgubną drogą do wojny lub upadku gospodarczego. Żeby
zyskać na znaczeniu i wysunąć się na czoło, wykorzystywały one
resentymenty zwykłych ludzi, którzy czuli, że ich naród albo religia
bądź też sposób życia nie cieszą się szacunkiem innych. Tym samym
megalotymia i izotymia podały sobie ręce.
W tej książce wracam do zagadnień, nad którymi zacząłem się zastanawiać
w 1992 roku i o których od tamtej pory często pisałem: do kwestii
thymos, pragnienia uznania, godności, tożsamości, imigracji,
nacjonalizmu, religii i kultury. W szczególności zawiera ona wykład z cyklu Lipset Memorial Lecture, na temat imigracji i tożsamości, który
dałem w 2005 roku, oraz wygłoszony przez mnie w roku 2011 w Genewie
wykład dla Latsis Foundation na temat imigracji i tożsamości
europejskiej7. W niektórych miejscach tej książki
przytaczam fragmenty wcześniejszych prac. Przepraszam, jeśli niekiedy
może się to wydać niepotrzebnymi powtórzeniami, ale jestem pewny, że
niewiele osób poświęciło czas, by prześledzić ten konkretny ciąg myślowy
i dostrzec w nim spójną argumentację odnośnie do rozgrywających się
obecnie wydarzeń.
Żądanie uznania tożsamości jest główną ideą, która łączy wiele z tego,
co się obecnie dzieje w światowej polityce. Nie jest to ograniczone do
polityki tożsamościowej praktykowanej na kampusach uniwersyteckich albo
do białego nacjonalizmu, którego rozwój ona sprowokowała, ale rozciąga
się na szersze zjawiska, takie jak gwałtowny wzrost znaczenia
staroświeckiego nacjonalizmu i upolitycznionego islamu. Duża część tego,
co uchodzi za motywację ekonomiczną, jest tak naprawdę, moim zdaniem,
zakorzeniona w pragnieniu uznania i dlatego nie może być po prostu
zaspokojona środkami materialnymi. Ma to bezpośrednie konsekwencje dla
sposobu, w jaki powinniśmy sobie radzić z populizmem w dzisiejszych
czasach.
Według Hegla kołem napędowym historii ludzkości była walka o uznanie.
Dowodził on, że jedynym racjonalnym rozwiązaniem tego problemu jest
powszechne uznanie, w ramach którego wszyscy szanowaliby godność każdego
człowieka. Od tamtej pory idea powszechnego uznania była podważana przez
inne, częściowe formy uznania oparte na wspólnocie narodowej, religii,
sekcie, rasie, przynależności etnicznej lub płci, bądź też przez osoby
pragnące być uznane za lepsze od innych. Rozkwit polityki tożsamościowej
we współczesnych demokracjach liberalnych jest jednym z głównych
zagrożeń, z jakimi muszą się one zmierzyć, i jeśli nie zdołamy powrócić
do uniwersalnego rozumienia ludzkiej godność, będziemy skazani na
nieustający konflikt.
Pragnę podziękować wielu przyjaciołom i kolegom za udostępnienie
komentarzy na temat tej książki. Należą do nich Sheri Berman, Gerhard
Casper, Patrick Chamorel, Mark Cordover, Katherine Cramer, Larry
Diamond, Bob Faulkner, Jim Fearon, David Fukuyama, Sam Gill, Anna
Gryzmala-Busse, Margaret Levi, Mark Lilla, Kate McNamara, Yascha Mounk,
Marc Plattner, Lee Ross, Susan Shell, Steve Stedman i Kathryn Stoner.
Szczególne podziękowania należą się Ericowi Chinskiemu, mojemu
redaktorowi w wydawnictwie Farrar, Straus and Giroux, który pracował już
ze mną niestrudzenie nad kilkoma książkami. Jego wyczucie logiki i języka oraz szeroka wiedza na temat różnych istotnych kwestii przyniosły
wielką korzyść także tej publikacji. Jestem również wdzięczny za
wsparcie, którego udzielał mi Andrew Franklin z wydawnictwa Profile
Books, gdy pracowałem zarówno nad tą książką, jak i wszystkimi
poprzednimi.
Jak zawsze wyrażam wdzięczność moim agentkom literackim, Esther Newberg
z International Creative Management i Sophie Baker z Curtis Brown, jak
również wszystkim innym ludziom, którzy im pomagali. Wykonały wspaniałą
pracę, przygotowując moje książki do wydania w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie.
Chciałbym także podziękować moim asystentom naukowym, Anie Urgiles,
Ericowi Gilliamowi, Russellowi Claridzie i Nicole Southard, nieocenionym
w gromadzeniu materiałów, na których ta książka jest oparta.
Jak zawsze jestem wdzięczny za wsparcie mojej rodzinie, a zwłaszcza
żonie, Laurze, która była uważnym czytelnikiem i krytykiem wszystkich
moich książek.
Palo Alto i Carmel-by-the-Sea
Kalifornia
Francis Fukuyama, The Populist Surge, "The American Interest" 2018,
13(4), s. 16-18. [wróć]
Larry Diamond, Facing Up to the Democratic Recession, "Journal of
Democracy" 2015, 26(1), s. 141-155. [wróć]
Francis Fukuyama, The End of History?, "National Interest" 1989, 16;
The End of History and the Last Man, Free Press, New York 1992. [wróć]
Interpretuję Hegla przez pryzmat poglądów Alexandre'a Koj?ve'a, który
rozwijającą się Europejską Wspólnotę Gospodarczą postrzegał jako
ucieleśnienie końca historii. [wróć]
Francis Fukuyama, The Origins of Political Order: From Prehuman Times
to the French Revolution, Farrar, Straus and Giroux, New York 2011;
Political Order and Political Decay: From the Industrial Revolution to
the Globalization of Democracy, Farrar, Straus and Giroux, New York
2014. [wróć]
Jestem wdzięczny tym ludziom, którzy naprawdę poświęcili czas, by
przeczytać moją książkę. Na szczególną uwagę zasługuje artykuł Paula
Sagara The Last Hollow Laugh, "Aeon", 21 marca 2017,
https://aeon.co/essays/was-francis-fukuyama-the-first-man-to-see-trump-coming. [wróć]
Seymour Martin Lipset Lecture; zob. Francis Fukuyama, Identity,
Immigration, and Liberal Democracy, "Journal of Democracy" 2006, 17(2),
s. 5-20; wykład European Identity Challenges dla Fundacji Latsisa,
wygłoszony na Uniwersytecie Genewskim w listopadzie 2011 roku, zob. The
Challenges for European Identity, "Global", 11 stycznia 2012,
http://www.theglobaljournal.net/group/francis-fukuyama/article/469/. [wróć]
1
Polityka godnościowa
Mniej więcej w środku drugiej dekady
dwudziestego pierwszego wieku polityka światowa uległa dramatycznej
zmianie.
Od początku lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku do połowy
pierwszego dziesięciolecia dwudziestego pierwszego wieku na całym
świecie dało się zaobserwować to, co Samuel Huntington nazwał trzecią
falą demokratyzacji, gdy liczba krajów, które można było zaklasyfikować
jako demokracje przedstawicielskie, wzrosła z 35 do ponad 110. W tym
okresie demokracja liberalna stała się standardową formą rządów w większości państw na świecie, jeśli nie w praktyce, to przynajmniej w aspiracjach1.
Równocześnie z tą zmianą w instytucjach politycznych następował
towarzyszący jej wzrost gospodarczej współzależności między państwami,
inaczej mówiąc: to, co nazywamy globalizacją. Ten drugi proces
podtrzymywały liberalne instytucje gospodarcze, takie jak Układ Ogólny w sprawie Taryf Celnych i Handlu (GATT) i jego kontynuacja, Światowa
Organizacja Handlu (WTO). Uzupełniały je regionalne układy i organizacje
handlowe, takie jak Unia Europejska i Północnoamerykańskie Porozumienie
o Wolnym Handlu (NAFTA). Przez ten okres tempo wzrostu międzynarodowego
handlu i inwestycji pozostawiło w tyle wzrost globalnego PKB i było
powszechnie postrzegane jako główne koło napędowe prosperity. Między
rokiem 1970 a 2008 światowa produkcja dóbr i usług powiększyła się
czterokrotnie, a rozwój gospodarczy objął praktycznie wszystkie regiony
świata, podczas gdy liczba ludzi żyjących w skrajnej biedzie w krajach
rozwijających się zmalała z 42 procent całej populacji w roku 1993 do 17
procent w roku 2011. Odsetek dzieci umierających przed piątymi
urodzinami zmalał z 22 procent w 1960 roku do 5 procent w roku
20162.
Jednakże ten liberalny porządek świata nie przynosił korzyści wszystkim.
W wielu krajach na całym globie, zwłaszcza w rozwiniętych demokracjach,
dramatycznie wzrosły nierówności, gdyż korzyści ze wzrostu gospodarczego
trafiały przede wszystkim do elit, wyróżniających się głównie
wykształceniem3. Ponieważ wzrost gospodarczy łączył się
z rosnącą ilością dóbr, pieniędzy i ludzi przenoszących się z miejsca na
miejsce, wystąpiło wiele destrukcyjnych zmian społecznych. W krajach
rozwijających się wieśniacy, którzy poprzednio nie mieli dostępu do
elektryczności, nagle przenieśli się do wielkich miast, gdzie mogli
oglądać telewizję i korzystać z Internetu, do którego zyskali dostęp
dzięki wszechobecnym telefonom komórkowym. Rynki pracy dostosowały się
do nowych warunków, przepędzając przez granice miliony ludzi szukających
lepszego życia dla siebie i swoich rodzin lub też próbujących uciec od
nieznośnych warunków panujących w domu. W krajach takich jak Chiny i Indie wyrosły ogromne nowe klasy średnie, ale praca, którą wykonywali
ich członkowie, zastąpiła pracę wykonywaną poprzednio przez starsze
klasy średnie w krajach rozwiniętych. Produkcja przemysłowa przenosiła
się systematycznie z Europy i Stanów Zjednoczonych do Azji Wschodniej i innych regionów świata z tanią siłą roboczą. Jednocześnie kobiety
wypierały mężczyzn ze stanowisk pracy w coraz bardziej nastawionej na
usługi nowej gospodarce, a słabo wykwalifikowani robotnicy byli
zastępowani przez inteligentne maszyny.
Poczynając od połowy pierwszej dekady dwudziestego pierwszego wieku pęd
do budowy coraz bardziej otwartego i liberalnego świata zaczął słabnąć,
a potem się odwrócił. Ta zmiana zbiegła się w czasie z dwoma kryzysami
finansowymi. Pierwszy rozpoczął się w 2008 roku na rynku kredytów
hipotecznych w Stanach Zjednoczonych i doprowadził do Wielkiej Recesji,
a drugi wyrósł z zagrożeń dla euro i Unii Europejskiej wywołanych przez
niewypłacalność Grecji. W obu wypadkach polityka elit skutkowała ogromną
recesją, dużym bezrobociem i spadkiem dochodów milionów zwykłych
robotników na świecie. A ponieważ Stany Zjednoczone i Unia Europejska
były jej głównymi modelami, kryzysy te szkodziły reputacji demokracji
liberalnej.
Larry Diamond, socjolog polityki badający demokrację, scharakteryzował
lata po tych kryzysach jako okres "demokratycznego odwrotu", w którym
łączna liczba demokracji zmniejszyła się praktycznie we wszystkich
regionach świata4. Państwa autorytarne, z Rosją i Chinami na
czele, stały się znacznie bardziej pewne siebie i asertywne: Chiny
zaczęły propagować "model chiński" jako drogę do rozwoju i bogactwa,
która była wyraźnie niedemokratyczna, podczas gdy Rosja atakowała
liberalną dekadencję Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Pewna
liczba krajów, takich jak Węgry, Turcja, Tajlandia i Polska, które w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku wydawały się dobrze
prosperującymi demokracjami liberalnymi, cofnęła się do rządów
skłaniających się ku autorytaryzmowi. Arabska wiosna roku 2011 skruszyła
dyktatury na całym Bliskim Wschodzie, ale potem głęboko zawiodła
nadzieje na większą demokratyzację w tym regionie świata, gdy w Libii,
Jemenie, Iraku i Syrii wybuchły wojny domowe. Gwałtownego nasilenia
działalności terrorystycznej, które zaowocowało atakami z 11 września,
nie stłumiły inwazje Stanów Zjednoczonych na Afganistan i Irak. Wyrosło
z tego Państwo Islamskie, które stało się światłem przewodnim dla
gwałtownych, skrajnie nieliberalnych ruchów islamistycznych na całym
świecie. Równie niezwykłe jak odporność Państwa Islamskiego było to, że
tak wielu młodych muzułmanów porzucało względnie bezpieczne życie gdzieś
na Bliskim Wschodzie i w Europie, by pojechać do Syrii i walczyć tam w jego imieniu.
Bardziej zaskakujące i być może ważniejsze były dwie wielkie wyborcze
niespodzianki 2016 roku: wynik referendum, w którym Brytyjczycy
zagłosowali za opuszczeniem Unii Europejskiej, i wybór Donalda J. Trumpa
na prezydenta Stanów Zjednoczonych. W obu wypadkach głosujących,
zwłaszcza członków klasy robotniczej, którzy byli narażeni na utratę
pracy i inne skutki deindustrializacji, interesowały kwestie
gospodarcze. Jednakże równie ważny był sprzeciw wobec utrzymującej się i zakrojonej na dużą skalę imigracji, którą postrzegano jako odbieranie
pracy rodowitym robotnikom i stopniowe niszczenie od dawna utrwalonych
tożsamości kulturowych. W wielu rozwiniętych państwach europejskich
nabrały sił partie antyimigranckie i antyunijne, przede wszystkim Front
Narodowy we Francji, Partia Wolności w Holandii, Alternatywa dla Niemiec
i Wolnościowa Partia Austrii. Na całym kontynencie można było
zaobserwować zarówno lęk przed islamskim terroryzmem, jak i kontrowersje
wokół zakazów uzewnętrzniania tożsamości muzułmańskiej, takich jak
noszenie burek, burkini i nikabów.
Dwudziestowieczna scena polityczna była zorganizowana zgodnie z podziałem na lewicę i prawicę, określonym przez kwestie gospodarcze,
przy czym lewica chciała większej równości, a prawica domagała się
większej wolności. Polityka postępowa była skoncentrowana na
robotnikach, ich związkach zawodowych i partiach socjaldemokratycznych,
które dążyły do poprawy systemów ochrony socjalnej i redystrybucji dóbr.
Natomiast prawica była głównie zainteresowana zmniejszeniem rozmiaru
rządu i wspieraniem sektora prywatnego. W drugiej dekadzie dwudziestego
pierwszego wieku ta tradycyjna scena polityczna zdaje się ustępować w wielu regionach świata nowej, określonej przez tożsamość. Lewica w mniejszej mierze koncentruje się na kwestii powszechnej równości
materialnej, a w większym - na propagowaniu interesów różnorodnych grup
postrzeganych jako marginalizowane: czarnych, imigrantów, kobiet,
Latynosów, społeczności LGBT, uchodźców i tym podobnych. Prawica
tymczasem definiuje się na nowo jako ruch patriotyczny, którego celem
jest ochrona narodowej tożsamości, często wyraźnie połączonej z rasą,
przynależnością etniczną lub wyznaniem.
Zgodnie z długą tradycją, sięgającą przynajmniej czasów Karola Marksa,
zmagania polityczne postrzegane są jako odbicie konfliktów
gospodarczych, w gruncie rzeczy walki o udział w zyskach. Jest to także
część historii drugiego dziesięciolecia dwudziestego pierwszego wieku,
kiedy wskutek globalizacji powstały duże populacje, które nie zyskały na
ogólnoświatowym wzroście gospodarczym. Między rokiem 2000 a 2016 połowa
Amerykanów nie dostrzegła żadnego przyrostu swoich realnych dochodów.
Natomiast odsetek dochodu narodowego, który trafiał do 1 procenta
najbogatszych, wzrósł z 9 procent PKB w 1974 roku do 24 procent w roku
20085.
Ale chociaż własny interes jest ważny, ludzie w swoich działaniach
kierują się także innymi pobudkami, które lepiej wyjaśniają różne
aktualne wydarzenia. Można to nazwać polityką resentymentu. Przywódcy
polityczni częstokroć mobilizowali swoich zwolenników wokół poglądu, że
ich godność została naruszona, pomniejszona lub w jakiś inny sposób
zlekceważona. Wzbudzony w ten sposób resentyment jest przyczyną żądań
publicznego uznania godności tej czy innej grupy. Upokorzona grupa
dążąca do odzyskania godności ma dużo większą emocjonalną rangę niż
ludzie, którym chodzi wyłącznie o uzyskanie korzyści materialnych.
Dlatego rosyjski prezydent Władimir Putin mówił o tragedii upadku byłego
Związku Radzieckiego i o tym, jak Europa i Stany Zjednoczone
wykorzystały słabość Rosji w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego
wieku, żeby doprowadzić NATO do jej granic. Gardzi on postawą moralnej
wyższości przyjmowaną przez zachodnich polityków i chce, żeby Rosja była
traktowana nie jak słaby regionalny gracz, jak to kiedyś powiedział
prezydent Obama, ale jak mocarstwo. Viktor Orbán, węgierski premier,
oświadczył w 2017 roku, że jego powrót do władzy w roku 2010 wyznaczył
punkt, kiedy "my, Węgrzy, postanowiliśmy również, że chcemy odzyskać
nasz kraj, chcemy odzyskać poczucie własnej wartości, chcemy odzyskać
naszą przyszłość"6. Chiński rząd Xi Jinpinga mówił obszernie
o "stuleciu upokorzeń" Chin i o tym, jak Stany Zjednoczone, Japonia i inne kraje próbowały im przeszkodzić w powrocie do statusu mocarstwa,
jakim się cieszyły w minionych tysiącleciach. Kiedy założyciel Al-Kaidy,
Osama bin Laden, miał czternaście lat, jego matka zauważyła, że ma
obsesję na punkcie Palestyny i że "łzy spływały mu po twarzy, kiedy
oglądał telewizję w ich domu w Arabii Saudyjskiej"7. Jego
gniew z powodu poniżania muzułmanów rozbrzmiał echem po latach, kiedy
jego młodzi współwyznawcy ruszyli na ochotnika, by walczyć w Syrii w imię religii, która, jak wierzyli, jest atakowana i prześladowana na
całym świecie. Mieli nadzieję odtworzyć w Państwie Islamskim świetność
cywilizacji islamu z dawnych lat.
Uraza z powodu upokorzeń była potężną siłą także w krajach
demokratycznych. Ruch Black Lives Matter [Życie Czarnych Jest Ważne]
wyrósł z serii szeroko nagłośnionych śmiertelnych postrzeleń przez
policję Afroamerykanów w Ferguson (Missouri), Baltimore, Nowym Jorku i innych miastach, a jego celem było zmuszenie świata zewnętrznego, by
zwrócił uwagę na doświadczenia ofiar z pozoru przypadkowej brutalności
policji. Na uczelnianych kampusach i w biurach w całym kraju
molestowanie seksualne oraz napaści na tle seksualnym były postrzegane
jako dowód, że mężczyźni tak naprawdę nie traktują kobiet jako sobie
równych. Nagle zaczęto zwracać uwagę na osoby transpłciowe, których
poprzednio nie uznawano za wyraźny cel dyskryminacji. I wielu z tych,
którzy głosowali na Donalda Trumpa, pamiętało dawne, lepsze czasy, kiedy
ich miejsca we własnych społecznościach były bezpieczniejsze oraz
pewniejsze, i miało nadzieję, że swoimi działaniami "znowu uczynią
Amerykę wielką". Chociaż dzieliły ich czas i odległość, uczucia, jakie w zwolennikach Putina budziła arogancja zachodnich elit oraz ich pogarda,
były podobne do uczuć wiejskich wyborców w Stanach Zjednoczonych, którzy
uważali, że miejskie elity z obu wybrzeży kraju oraz sprzymierzone z nimi środki masowego przekazu ignorują zarówno ich samych, jak i ich
problemy.
Ludzie praktykujący politykę resentymentu rozpoznają się nawzajem.
Sympatia, jaką żywią do siebie Władimir Putin i Donald Trump, nie jest
tylko osobista - wyrasta ona ze wspólnego im nacjonalizmu. Viktor Orbán
wyjaśniał: "Pewne teorie opisują zmiany zachodzące obecnie w świecie
Zachodu i pojawienie się na scenie prezydenta Stanów Zjednoczonych jako
walkę na światowej arenie politycznej między transnarodową elitą -
nazywaną "globalną" - i patriotycznymi narodowymi elitami", których on
sam był wczesnym wzorem8.
We wszystkich wypadkach grupa, czy to wielkie mocarstwo, jak Rosja lub
Chiny, czy też wyborcy w Stanach Zjednoczonych lub Wielkiej Brytanii,
wierzy, że ma tożsamość, która nie spotyka się ze stosownym uznaniem -
albo ze strony świata zewnętrznego, gdy chodzi o naród, albo innych
członków tego samego społeczeństwa. Te tożsamości mogą być i są
niewiarygodnie różnorodne, oparte na przynależności narodowej,
religijnej, etnicznej, na orientacji seksualnej lub płci kulturowej.
Wszystkie są przejawami wspólnego zjawiska - polityki tożsamościowej.
Terminy "tożsamość" i "polityka tożsamościowa" są stosunkowo niedawnego
pochodzenia, przy czym pierwszy został spopularyzowany przez psychologa
Erika Eriksona w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku, a drugi
pojawił się w polityce kulturowej lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych owego stulecia. Dzisiaj "tożsamość" ma szeroki
wachlarz znaczeń, niekiedy odnoszących się po prostu do kategorii lub
ról społecznych, a niekiedy do podstawowych informacji o sobie (jak w stwierdzeniu "moja tożsamość została skradziona"). Rozumiane tak pojęcia
te istniały zawsze9.
W tej książce będę używał terminu "tożsamość" w specyficznym sensie,
który pomaga nam zrozumieć, dlaczego jest on tak ważny dla współczesnej
polityki. Tożsamość wyrasta, przede wszystkim, z rozróżnienia między
prawdziwym, wewnętrznym "ja" człowieka a zewnętrznym światem społecznych
zasad i norm, który nie uznaje w należytej mierze wartości lub godności
tego "ja". W historii ludzkości zawsze były takie jednostki, które
kłóciły się ze swoimi społecznościami. Jednakże dopiero w czasach
współczesnych rozprzestrzenił się pogląd, że prawdziwe, wewnętrzne "ja"
stanowi wartość samą w sobie i że społeczeństwo systematycznie się myli
oraz jest niesprawiedliwe w jego ocenie. To nie wewnętrzne "ja" należy
dostosować do zasad społecznych, lecz trzeba zmienić samo społeczeństwo.
"Ja" stanowi podstawę ludzkiej godności, ale natura tej godności nie
jest stała i z czasem ulega zmianom. W wielu wczesnych kulturach godność
była przypisywana tylko garstce ludzi, zwykle wojownikom, którzy byli
skłonni ryzykować życie w bitwie. W innych społecznościach godność jest
atrybutem wszystkich jej członków z uwagi na ich przyrodzoną wartość
jako istot ludzkich. A w jeszcze innych wypadkach poczucie godności
wynika z przynależności do większej grupy ludzi o wspólnych
wspomnieniach i doświadczeniach.
Na koniec należy dodać, że poczucie godności pociąga za sobą pragnienie
uznania. Nie wystarcza mi, że mam świadomość własnej wartości, jeśli
inni ludzie nie doceniają mnie publicznie lub, co gorsza, jeśli mi
uwłaczają czy nie uznają mojego istnienia. Poczucie własnej wartości
wyrasta z szacunku innych. Ponieważ ludzie z natury łakną uznania,
współczesne poczucie tożsamości szybko zmienia się w politykę
tożsamościową, w ramach której poszczególne jednostki domagają się
publicznego uznania swojej wartości. Tak oto polityka tożsamościowa
staje się elementem dużej części politycznych zmagań współczesnego
świata, od rewolucji demokratycznych do nowych ruchów społecznych, od
nacjonalizmu i islamizmu do polityki na współczesnych kampusach
uniwersyteckich w Ameryce. Hegel dowodził, że walka o uznanie była
najważniejszym kołem napędowym ludzkiej historii, siłą, która jest
kluczem do zrozumienia narodzin współczesnego świata.
Chociaż nierówności gospodarcze, które wyrosły w ostatnich mniej więcej
pięćdziesięciu latach globalizacji, są ważnym czynnikiem objaśniającym
współczesną politykę, wynikające z sytuacji materialnej poczucie krzywdy
staje się dużo bardziej dotkliwe, kiedy łączy się z uczuciem poniżenia i świadomością nieposzanowania przez innych. Rzeczywiście wiele z tego, co
uznajemy za motywacje ekonomiczne, tak naprawdę odzwierciedla nie tyle
zwykłe pragnienie zdobycia majątku, ile to, że pieniądze są postrzegane
jako wskaźnik statusu i można za nie kupić szacunek. Współczesna
ekonomiczna teoria zachowań ludzkich jest zbudowana wokół założenia, że
ludzie są istotami racjonalnymi, pragnącymi zmaksymalizować swoją
"użyteczność" - to znaczy swój materialny dobrobyt - i że polityka jest
po prostu przedłużeniem tych maksymalizujących zachowań. Jeśli jednak
mamy kiedykolwiek zacząć poprawnie interpretować zachowania prawdziwych
istot ludzkich we współczesnym świecie, musimy poszerzyć nasze
rozumienie ich motywacji, wychodząc poza ten prosty model ekonomiczny,
który tak bardzo zdominował nasz dyskurs. Nikt nie kwestionuje, że
ludzie są zdolni do racjonalnego zachowania ani że są wyrachowanymi
jednostkami dążącymi do pomnażania majątku. Ale ludzka psychika jest o wiele bardziej skomplikowana, niż to sugeruje dość ograniczony model
ekonomiczny. Zanim zdołamy zrozumieć współczesną politykę tożsamościową,
musimy się cofnąć i głębiej oraz pełniej zrozumieć pobudki ludzkich
zachowań. Potrzebujemy, inaczej mówiąc, lepszej teorii ludzkiej duszy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Samuel P. Huntington, Trzecia fala demokratyzacji, przeł. Andrzej
Dziurdzik, PWN, Warszawa 2009. [wróć]
Steven Radelet, The Great Surge: The Ascent of the Developing World,
Simon and Schuster, New York 2015, s. 4. [wróć]
Wyczerpujący opis wzrostu nierówności na świecie można znaleźć w książce
Branka Milanovicia, Global Inequality: A New Approach for the Age of
Globalisation, Belknap Press, Cambridge, MA 2016. [wróć]
Diamond, Facing Up to the Democratic Recession, s. 141-155. [wróć]
Ali Alichi, Kory Kantenga i Juan Solé, Income Polarization in the
United States, dokument roboczy Międzynarodowego Funduszu Walutowego,
WP/16/121, Washington, DC 2017; Thomas Piketty i Emmanuel Saez, Income
Inequality in the United States, 1913-1998, "Quarterly Journal of
Economics" 2003, 118(1), s. 1-39. [wróć]
Viktor Orbán, "Will Europe Belong to Europeans?", przemówienie
wygłoszone w Băile Tu?nad w Rumunii 22 lipca 2017, "Visegrád Post", 24
lipca 2017,
https://visegradpost.com/en/2017/07/24/full-speech-of-v-orban-will-europe-belong-to-europeans/. [wróć]
Rukmini Callimachi, Terrorist Groups Vow Bloodshed over Jerusalem.
ISIS? Less so, "New York Times", 8 grudnia 2017. [wróć]
Orbán, "Will Europe Belong...". [wróć]
James D. Fearon, What is Identity (As We Now Use the Word)?,
nieopublikowana praca, 3 listopada 1999,
https://web.stanford.edu/group/fearon-research/cgi-bin/wordpress/wp-content/uploads/2013/10/What-is-Identity-as-we-now-use-the-word-.pdf. [wróć]