Triumf owiec. Thriller... a zarazem komedia filozoficzna - Leonie Swann

-
Proszę czekać

Dramatis Oves

PANNA MAPLE: najmądrzejsza owca w stadzie, a może i na całym świecie

BIAŁY WIELORYB: gruba owca, chodząca pamięć stada

SIR RITCHFIELD: stary baran, przewodnik stada, wciąż jeszcze ma najlepsze oczy ze wszystkich owiec

OTELLO: nowy przewodnik stada, czarny, czterorogi i zdecydowany

ZIMOWE JAGNIĘ: młody outsider poszukujący imienia

RAMZES: młody nerwowy baran, który ma dobre pomysły

ZORA: owca o czarnym pyszczku i słabości do przepaści

WRZOSOWATA: rezolutna młoda owca

CHMURKA: owca o najbujniejszym runie w stadzie

CORDELIA: idealistycznie nastawiona owca

MATYLDA: najlepszy nos w stadzie

BYSTRA: najszybsza i najbardziej długonoga owca, gdziekolwiek by spojrzeć

MELMOTH: brat bliźniak Ritchfielda. Baran, o którym się pamięta

WILLOW: druga najcichsza owca w stadzie

NAJCICHSZA OWCA W STADZIE

NIESTRZYŻONY: kudłaty obcy

Dramatis Caprae

MADOUC: mała czarna koza pełna szalonych pomysłów

MEGARA: koza z czarnym uchem

AMALTEA: młoda szara koza

KIRKE: młoda ruda koza

KALIOPE: młoda łaciata, biało-brązowa, koza

KASANDRA: stara ślepa koza

BERNIE: legendarny kozioł

KOZA Z TYLKO JEDNYM ROGIEM: sceptyczka

Dramatis Personae

REBEKA: pasterka

MAMA: jej matka

SÓJKA: pan na ludzkim zamku, trochę kuleje

HORTENSJA: pachnie fiołkami i pilnuje dwóch ludzkich młodych

JULES I JEAN: dwa ludzkie młode

MADAME FRONSAC: gospodyni, Mama przezwała ją Mors

MONSIEUR FRONSAC: patrzy

MADEMOISELLE PLIN: prawniczka ze starannie ułożoną fryzurą

PAUL: pasterz kóz, milczy

YVES: jest od wszystkiego

OGRODNIK: pilnuje jabłoniowego sadu

ERYK: robi kozi ser

ZACH: bardzo tajny agent

MALONCHOT: policjant

WETERYNARZ: owce za nim nie przepadają

MAŁY SPACEROWICZ: zimowy gość

GRUBY SPACEROWICZ: drugi zimowy gość

Dramatis Canidae

TESS: stary owczarek, suka

VIDOCQ: węgierski pies pasterski

oraz

GAROU

Było.

Minęło.

Potem zawsze było pięknie.

Wtedy po prostu lubił stać oparty o drzewo i nasłuchiwać, jak podniecenie polowaniem wsiąka w śnieg. Niczym krew. Nad nim niebo i gałęzie lasu, pod nim ziemia. A przed nim - obraz.

Wszystko takie przyjazne. Bez strachu, bez pośpiechu. Czuł się wolny. Nowo narodzony. Nagle znów miał ręce - o, jakie czerwone! - i nogi, i postać.

W trakcie polowania wszystko było bez formy, istniały tylko przód i tył, gonitwy, zdobycze i szybkość. Życie i śmierć. Cztery nogi czy dwie? Nieważne. Czasem udawało się czemuś przed nim uciec. Rzadko. To też było dobre. Wszystko było dobre.

Na gałęzi przysiadł rudzik. Taki ładny, taki bliski, taki żywy. Kochał ten las. Nieważne, co zaszło, nieważne, co jeszcze zajdzie - las go obejmował, a on stawał się zwierzęciem takim jak inne zwierzęta. Gdyby była teraz noc, to z radości wyłby do księżyca.

Jednak nie było nocy, ale to też było dobre. Trwał jasny dzień, kolory błyszczały.

A czas mijał.

Westchnął. Czasu zawsze było za mało. Zaraz zacznie marznąć. Musi wracać. Jego ręce w śniegu już zbielały. Musi włożyć rękawiczki. Inne buty. Pójść bokiem. Zatrzeć ślady. Znowu zacząć myśleć. O zakupach, o urzędnikach skarbowych i oczywiście o nich. Zawsze o nich. O tym, o czym zawsze myślą ludzie.

Garnitur trzeba oddać do czyszczenia. Skończyła się woda po goleniu. Roślinka w sypialni wygląda żałośnie. Trzeba ją podlać? Może. Niezbyt znał się na roślinach. Czekała praca. I obiad. Grzyby smażone na maśle, sos śmietanowy oraz stek. Frytki? Czemu nie! Pasztet z gęsich wątróbek? Jaki to dzisiaj dzień? I świeży chleb! Chleb z chrupiącą skórką byłby niezły.

Rzucił ostatnie spojrzenie na obraz - znowu ten lis! Lis stanowił interesujący akcent. Potem odszedł na swoich dwóch nogach, z każdym krokiem nieco się zmieniając.

Kiedy wyszedł z lasu, nie mógł się nie roześmiać. Owce! Zamek wyglądał o wiele ciekawiej ze śniegiem i z owcami. Jakież one białe - wszystkie poza jedną. Ta czarna owca go denerwowała.

Ruszył dalej, wzdłuż ogrodzenia, do zamku i zerknął ukradkiem na jego okna. Nie umiał inaczej.

Nic.

Garou, głęboko w jego wnętrzu, zwinął się w syty, zadowolony kłębek - i zasnął.

Rozdział 1

I co było potem? - zapytało zimowe jagnię.

- Potem owcze mamy zabrały jagnięta z dala od tego człowieka z małym psem, w bezpieczne miejsce. I znalazły... znalazły... - Chmurka, owca o najbujniejszym runie w całym stadzie, dalej już nie pamiętała.

- Stóg siana - zaproponowała Cordelia. Była owcą nastawioną bardzo idealistycznie.

- Właśnie, stóg siana! - powiedziała Chmurka. - Owcze mamy jadły, a jagnięta turlały się po sianie i milczały!

Owce zameczały oczarowane. Opowieść o Milczeniu owiec za każdym razem ulegała niejakim zmianom, ale zawsze na nich trochę zyskiwała.

Tej jesieni, kiedy liście już pożółkły, ale słońce było jeszcze okrągłe, jasne i ciepłe, pasterka Rebeka czytała im książkę na głos. Owce nie potrafiły sobie wytłumaczyć, dlaczego wtedy, w pierwsze zimne i srebrzyste noce jesieni, owa książka napełniała je taką grozą. Jedynie Biały Wieloryb, gruba owca o świetnej pamięci, przypominał sobie, że w powieści, jaką wówczas czytywała im Rebeka na schodkach pasterskiej przyczepy, prawie w ogóle nie występowały jagnięta i było bardzo mało siana.

Wiatr przemiótł im między nogami płatki śniegu, zadrżały nagie krzaki pod ogrodzeniem pastwiska, a opowieść popłynęła dalej.

- Czy to był wielki stóg siana? - zapytała Wrzosowata, która była jeszcze młoda i nie chciała, żeby opowieść tak po prostu się skończyła.

- Bardzo duży - oznajmiła Chmurka z przekonaniem. - Tak duży jak... jak...

Rozejrzała się, szukając czegoś wielkiego. Jak Wrzosowata? Nie. Wrzosowata jak na owcę nie była szczególnie dużych rozmiarów. Już większy był Biały Wieloryb. No i grubszy. Z kolei od wszystkich owiec większa była przyczepa stojąca na środku ich pastwiska, jeszcze większa - szopa na siano, a największy - stary dąb na skraju lasu, jesienią wypuszczający niezliczone szeleszczące i gorzkie liście koloru brązowego. Do Wrzosowatej należało zjedzenie wszystkich tych liści.

Na skraju pastwiska, po lewej, mieścił się ogródek warzywny, a po prawej - kozie pastwisko. Na kozim pastwisku nie było niczego dużego. Tylko kozy. Za dwoma pastwiskami rósł już las - obcy, szepczący i o wiele za bliski - przed nimi zaś było gospodarstwo ze stajniami, budynkami mieszkalnymi, kominami, z których się dymiło, i z ludźmi, którzy hałasowali. Zaraz potem był zamek, bliski, szary i potężny jak dynia. Teren owczego pastwiska wznosił się ku lasowi, dlatego roztaczał się stamtąd oszałamiający widok.

- Taka wielka jak zamek! - oznajmiła Chmurka triumfalnie.

Owce się zadziwiły. Zamek był naprawdę duży, wręcz niewypowiedzianie. Miał spiczastą wieżę, mnóstwo okien i co wieczór o wiele za wcześnie zasłaniał im słońce. Chętnie zmieniłyby go w wielki stóg siana.

Coś trzasnęło. Owce się wystraszyły. Potem, zaciekawione, wyciągnęły szyje.

Coś wyleciało z pasterskiej przyczepy. I jeszcze raz!

Stado ruszyło w tamtą stronę. Ostatnio z przyczepy często wylatywały różne Rzeczy i czasem wśród nich bywało coś ciekawego, na przykład garnek z nieco tylko przypaloną owsianką, roślinka doniczkowa, jakaś gazeta. Roślinka wywołała wzdęcie. Gazeta smakowała tylko Białemu Wielorybowi.

Dzisiaj było całkiem nieźle: przed owcami na śniegu wylądował wełniany sweter. Sweter Rebeki. Właśnie ten wełniany sweter. Owce lubiły ów sweter bardziej niż cokolwiek innego. Stanowił jedyną część ubrania, którą rozumiały. Ładny i w owczym kolorze, gruby oraz mięsisty - no i pachnący. Miał zapach nie tylko jakiejś tam bliżej nieokreślonej owcy, tak jak wiele innych swetrów, ale owiec konkretnych. Stada, które mieszkało nad morzem, pasło się na słonawych ziołach, kroczyło po piaszczystej ziemi, wdychało wędrujący z daleka wiatr. Gdyby dokładniej się wwąchać, dałoby się nawet rozpoznać poszczególne sztuki. Oto mleczna woń doświadczonej owcy matki, żywiczny zapach barana i zapach chudej, kudłatej owcy ze skraju stada. Można było wyczuć jaskier, słońce i krzyki mew na wietrze.

Owce wzdychały i wdychały wełniany aromat swetra. Zatęskniły za swoim dawnym pastwiskiem w Irlandii, za szeroką przestrzenią i szarymi morskimi kamykami, za klifami, plażą i mewami, a nawet za wiatrem. Sprawa była jasna - tak jak wiatr powinien wędrować, tak owce powinny siedzieć tam, skąd pochodziły.

Otworzyły się drzwi przyczepy i na jej stopniach stanęła pasterka Rebeka. Miała zaciśnięte usta, kroki stawiała wściekle i szybko. Podniosła sweter ze śniegu, gwałtownie kończąc zapachowe rozkosze.

- Dosyć tego! - wymamrotała, groźnie marszcząc brwi i otrzepując wełnę z białych płatków. - Dosyć tego. Ona stąd wylatuje! Ona wylatuje!

Jednak owce wiedziały lepiej. Z przyczepy wylecieć mogło wszystko, tylko nie ona. Rzadko kiedy się poruszała, za to zaskakująco szybko. Owce wątpiły, czy w ogóle zmieściłaby się w oknie przyczepy.

Rebeka również zdawała się w to wątpić. Spojrzała na sweter i westchnęła przejmująco.

W mlecznej szybie okna przyczepy pojawiła się twarz, nieco rozmazana i rozciągnięta. Srogo spojrzała na Rebekę i stado. Pasterka jej nie widziała. Tymczasem zafascynowane owce odwzajemniły to spojrzenie. Potem twarz znowu zniknęła, a drzwi przyczepy się otworzyły. Nikt jednak nie wyszedł.

- Nie chcę mieć u siebie w domu tego śmierdzącego czegoś! - dobiegło z przyczepy.

Rebeka odetchnęła głęboko.

- To nie jest żaden dom - odpowiedziała niebezpiecznie spokojnym głosem. - A już na pewno nie jest to twój dom. To jest pasterska przyczepa. Moja przyczepa. A ten sweter wcale nie śmierdzi. Pachnie owcą! To jest normalne, jak zwilgotnieje. Owce też pachną owcą, kiedy zmokną! Owce zawsze pachną owcą!

- Właśnie tak - zameczała Matylda.

- Właśnie tak - zameczała reszta owiec. Matylda miała najlepszy węch w całym stadzie. Dobrze znała się na zapachach.

Z przyczepy powiało lodowatym milczeniem.

- I one wcale nie śmierdzą! - fuknęła Rebeka. - Jedyne, co tu śmierdzi, to te twoje... - Urwała i znowu zaczerpnęła tchu.

- Butelki - zameczała Wrzosowata.

- Puder - zameczała Cordelia.

- I kozy! - dodała Matylda dla ścisłości.

Owce czuły, jak milczenie w przyczepie gęstnieje do jednej małej i ciemnej chmury. A ta chmura nad czymś się zastanawiała.

- No i co? - zaskrzeczała. - Mogą sobie pachnieć owcą, byle z dala ode mnie! Mogą sobie stać cały boży dzień i pachnieć owcą! Tam, na zewnątrz! Ale nie tutaj, w środku. Tutaj, w środku, owce nie mają czego szukać!

- Właśnie tak - zameczał Sir Ritchfield, stary przywódca stada. Sir Ritchfield dbał o porządek. Pozostałe owce milczały. Zdążyło je już zainteresować życie wewnętrzne przyczepy ze swoimi zapachami jedzenia i roślinek.

- Reba, no naprawdę, trochę higieny! - powiedział głos, tym razem po matczynemu łagodny.

Higiena, to brzmiało nieźle. Trochę jak świeża zieloniutka i lśniąca trawa.

- Higiena - zameczały owce z uznaniem. Wszystkie poza Otellem, młodym kruczoczarnym baranem. Otello swoje najmłodsze lata spędził w zoo, gdzie zdążył się już napatrzyć na te higieny - a przede wszystkim się ich nawąchał - i wiedział, że nie ma się czym podniecać. W ogóle niczym.

Rebeka puściła rękaw swetra, który właśnie starannie otrzepała do czysta. Z powrotem leżał na śniegu. Zdawała się zagubiona, trochę jak mały baranek, który jeszcze nie wie, czy ma uciekać, czy ruszać do ataku.

- Atak! - zameczał Ramzes.

Ramzes sam był młodym baranem i najczęściej uciekał.

Rebeka zmarszczyła czoło, przycisnęła sweter do piersi. Wyprostowała się. Wcale nie była taka duża. Ale jak się prostowała, to gdy tylko chciała, potrafiła robić się całkiem spora.

- To moja przyczepa. I moje owce. I mój sweter. I nikt tu nie potrzebuje twojego pozwolenia, żeby pachnieć owcą. I nie potrzebuje twoich rad. Odziedziczyłam to wszystko po tacie, bo mi ufał. I wiesz co? Całkiem nieźle sobie radzę!

Owce wyczuły, że w przyczepie coś się zmieniło. Burzowa chmurka rozrzedziła się, pojaśniała. A potem zaczęło padać.

- Twój ojcieeec! - wyszeptała Wrzosowata prosto do ucha Bystrej.

- Twój ojcieeec! - rozległ się szloch z głębi przyczepy.

- Dobrze. Rebeka, punkt dla ciebie - mruknęła Rebeka.

Przyczepa westchnęła głęboko, a potem w drzwiach pojawiła się kobieta. Wcale nie wyglądała tak, jakby zamierzała tam po prostu stać. Zdawało się, że przyssała się do framugi niczym ładny ślimak bez skorupki, schludny, brązowy i błyszczący. Z oczu ciekła jej woda, spływała po twarzy.

Owce patrzyły na nią zaniepokojone.

Po raz pierwszy ujrzały jej twarz w ulewnym deszczu, tak samo niezwykłą i mokrą.

Owce były przekonane, że przywiozła deszcz ze sobą. Może w damskiej torebce koloru morskiego błękitu, a może w błyszczącej metalowej walizeczce. Niewykluczone również, że w kieszeniach swojego nieskazitelnego płaszcza. Kiedy zapukała do drzwi przyczepy, towarzyszył jej deszcz - oraz likier śmietankowy własnej roboty.

Rebeka otworzyła drzwi, a wtedy zaczęły sypać się słowa, wypowiadane przez Niosącą Deszcz: "tęsknota", "córcia", "co za dziura, od teraz jeżdżę już tylko pierwszą klasą", "córcia", "zmartwienie", "tylko w wolne dni", "ale schudłaś" i "przyniosłam dobry likierek śmietankowy".

Rebece opadły ręce. - Mamo!

To wcale nie zabrzmiało jak zaproszenie, ale kobieta i deszcz już zostały. Wcześniej w ogóle nie padało przez calutką jesień - najwyżej trochę pomżyło ku radości żab z zamkowej fosy. Poza tym nic.

Jednak od tamtej pory padało już ciągle. W szopie na siano kapało. Ziemia zrobiła się błotnista i śliska, głównie przy korytku. Pasza smakowała wilgocią. Niewielki potok na ich pastwisku zrobił się brązowy i rwący, a Biały Wieloryb wpadł do niego, polując na przybrzeżne zioła.

- Panta rhei - stwierdziły kozy zza ogrodzenia.

Najpierw spadł deszcz. Potem śnieg. Potem za okno poleciał likier śmietankowy. Potem jeszcze inne Rzeczy. Niektóre z tych wyrzuconych Rzeczy Rebeka zaniosła z powrotem do przyczepy, niektóre zaniosła tam Mama, niektórych nie zaniósł nikt. Biały Wieloryb zjadł gazetę i potem śnił mu się człowiek z lisią głową.

To wszystko jakoś się ze sobą wiązało - ale owce nie wiedziały jak.

- To z tatą nie ma nic wspólnego - powiedziała Rebeka, tym razem łagodnie. Wciągnęła sweter. - Tylko z tobą i ze mną. Ty jesteś tutaj gościem, a ja chcę, żebyś się zachowywała jak gość. Tylko tyle. W porządku?

- W porządku - wychlipała Mama od drzwi i otarła oczy białą chustką.

- W porządku - zameczały owce. Wiedziały, co teraz będzie: papierosy. Mama na stopniach przyczepy, Rebeka nieco dalej i wyżej, na zboczu, pochylona nad szafą, która z niewyjaśnionych przyczyn stała pod starym dębem.

Papierosy i milczenie.

Owce także milczały, grzebały w śniegu, jadły wilgotną, zmarzniętą trawę albo przynajmniej udawały, że jedzą. Wszystkie na coś czekały, coś, co zaraz miało się wydarzyć. Coś, czego prawie nie można zobaczyć, ale bardzo dobrze można wywęszyć.

Na ich pastwisku była też obca owca. Baran. Był tu jeszcze przed nimi, nie na pastwisku, ale w jabłoniowym sadzie i na wąskim pasmie łąki między pastwiskiem a skrajem lasu. Teraz jednak znalazła się wśród nich, dzień w dzień stała przyciśnięta do ogrodzenia.

Zawsze kiedy Rebeka paliła i opierała się o szafę, obcy zastygał w miejscu. W ogóle wtedy się nie ruszał, nie drgało mu nawet ucho, nie mrugał nawet okiem, w ogóle niczym nie poruszał, nawet koniuszkiem ogonka. Za to pachniał. Pachniał jak najczystsza, najbardziej ślepa panika. Jak jagnię, które ucieka po wrzosowisku przed dzikimi psami. Nie żeby owce kiedyś musiały uciekać po wrzosowisku przed dzikimi psami, na szczęście nie, ale całkiem dobrze umiały to sobie wyobrazić.

Owce się wtedy denerwowały.

Obcy, tak poza tym, wcale nie był taki znowu płochliwy. Nie bał się Tess - starego owczarka, który głównie spał na schodkach przyczepy. Nie bał się też czterech czarnych rogów Otella. Bał się jednak Rebeki, kiedy oparta o szafę paliła papierosy i patrzyła na łąkę. Bał się jak szalony.

Rebeka w końcu zgasiła papierosa, starannie wsadziła paczkę z powrotem do torebki i ruszyła do przyczepy. Obcy odprężył się, zaczął mruczeć. Pozostałe owce zastrzygły uszami, zamachały ogonami i spróbowały otrząsnąć się z milczenia.

Ten obcy działał im na nerwy. Tak naprawdę wcale nie pachniał jak prawdziwa owca, nie zachowywał się jak owca, a przede wszystkim nie wyglądał jak owca, raczej jak jakiś wielki, nieforemny i omszały głaz.

Panna Maple, najmądrzejsza owca w stadzie, a może i na całym świecie, uważała, że obcy baran mimo wszystko jednak jest owcą. Niezwykłą owcą, której już od lat nikt nie strzygł, z wielką masą sfilcowanego, zesztywniałego szarego runa na grzbiecie i z historią, której nikt nie zna.

- Przyzwyczają się do siebie! - powiedziała Rebeka, kiedy razem z pasterzem kóz zagnała obcą owcę z sadu na pastwisko.

Pasterz kóz zamknął oczy i kichnął. A może był to zduszony śmiech.

Nie przyzwyczaiły się ani troszeczkę. Wręcz przeciwnie - z każdym dniem niestrzyżony baran stawał się im coraz bardziej obcy. I coraz mniej im bliski.

Był między nimi, ale nie wśród nich, chodził ze stadem, ale nie w stadzie. Czasem miały wrażenie, że w ogóle ich nie widzi. Widział jakieś obce owce, takie, których nikt inny nie potrafił dostrzec.

Owcze widma. Duchy.

Teraz Niestrzyżony opuścił swój posterunek u góry, na skraju lasu, i ruszył na skos przez pastwisko. Minął szopę na siano i przyczepę, zrobił hopsa nad strumykiem na skraj sadu, mrucząc i upominając ciągnącą za nim gromadę niewidzialnych owiec.

Owce nikogo nie widziały. Wszystkie oprócz Sir Ritchfielda.

- Ja myślę... że to owca! - wymeczał Ritchfield, podekscytowany. Stary przewodnik stada właśnie bardzo się zaciekawił zagadnieniem, kto jest, a kto nie jest owcą.

Reszta owiec westchnęła.

I znów się zastanawiały, czy podróż do Europy rzeczywiście była takim dobrym pomysłem.

Dostały tę podróż w spadku od George'a, swojego poprzedniego pasterza. Pewnego dnia znaleziono go leżącego na ich pastwisku ze szpadlem w brzuchu. Owce nie miały z tym nic wspólnego - no w każdym razie niewiele - ale dostały w spadku podróż do Europy, przyczepę, a w niej Rebekę, córkę George'a, która musiała je karmić i im czytać. Tak właśnie zapisano w testamencie.

Jednak gdzieś potem na pewno popełniono błąd. Europa z opowieści George'a była pełna kwiatów jabłoni, łąk porośniętych ziołami i dziwnego, długiego chleba. Ani słowa o trzęsących się autach, zakurzonych polnych drogach i gryzących meszkach, ani słowa o śniegu, widmowych owcach, a tym bardziej o kozach.

Owce za wszystko winiły mapę. Rebeka jechała według takiej kolorowej mapy, w którą podczas wędrówek wpatrywała się często i uważnie, ta mapa zaś najwyraźniej nie miała pojęcia o Europie.

Trzy owce wywiodły więc Rebekę w pole pełne słoneczników, a Biały Wieloryb ściągnął mapę ze stopni przyczepy i zjadł całą, nawet ten twardy, błyszczący kawałek kartonu. I faktycznie kilka dni później przed przyczepą pojawiła się sypiąca pochlebstwami kobieta ze staranną fryzurą i zaprosiła owce. Zaraz potem nastał kres wędrownego życia. Znowu miały pastwisko, szopę na siano, składzik na paszę, a nawet szafę. Tyle że to ich pastwisko wcale nie było ich.

- Powiedz mi jeszcze raz, dlaczego tu jesteśmy - chlipnęła Mama, wciąż przyklejona do drzwi jak ślimak, zapalając drugiego papierosa. Tess udało się przecisnąć obok niej i gdy zbiegła ze stopni przyczepy, pomachała Rebece ogonem. Pasterka przykucnęła, podrapała Tess za uszami. Pies spróbował wetknąć swój poszarzały ogon do popielniczki.

- Jestem tutaj, bo owce potrzebują zimowej kwatery - powiedziała Rebeka. Wyjaśniała to już ze sto razy, najpierw owcom, potem Mamie, czasem nawet sobie samej. - Pastwisko jest dobre, koszt wynajmu niski. Krajobraz idylliczny. Zaproszono mnie. A dlaczego ty tu jesteś, to nie wiem.

Owce wiedziały, dlaczego Mama tutaj jest: żeby pasożytować. Rebeka kiedyś powiedziała im to w zaufaniu, podczas karmienia sianem. "Będzie się starać, ale nie da rady. Bo i jak przy takiej pracy? A potem zatonie w likierze śmietankowym i utknie tu na całe tygodnie. Zostanie tylko na kilka wolnych dni? Akurat! Jeszcze zobaczycie. Nie mam pojęcia, jak ja się jej pozbędę".

Wiadomo było tylko, że nie pozbędzie się jej przez okno przyczepy. Mama dmuchnęła dymem na Rebekę i Tess, potem krytycznie spojrzała w dół, na zamek.

- Powinnyśmy stąd wyjechać. Dziecko, rozejrzyj się! To jakaś zapadła dziura! I jeszcze ci wszyscy cudacy!

- Hortensja jest w porządku - stwierdziła Rebeka.

- Brakuje jej stylu - oznajmiła Mama pogardliwie. - Myślałam, że Francuzki mają styl. A co z tym pasterzem kóz? Cały dzień gania po lesie, a jak tu wpada, to nie mówi ani słowa. Czy to jest normalne? Czy nie widzisz, jak inni trzymają się od niego z daleka? Przecież musi być jakiś powód.

- Od nas też trzymają się z daleka - zauważyła Rebeka.

Tess przewróciła się na plecy, a Rebeka zaczęła drapać ją po brzuchu.

- Mają ku temu powód - powiedziała Mama. - Reba, ty w ogóle nie rozumiesz ludzi. Dokładnie jak twój ojciec. Nigdy nie interesowałaś się ludźmi. A ja tak. Ja mam szósty zmysł. Ja widzę. Idylla? Karty mówią co innego!

Owce spojrzały po sobie ze zrozumieniem. Karty często mówiły co innego. Kartki też. Jak ta, na której była mapa zjedzona przez Białego Wieloryba. A ich wszystkie problemy zaczęły się właśnie od tej mapy.

- Wiesz, jaka karta ciągle pojawia się na moich seansach, i to już od dwóch tygodni?

Rebeka westchnęła, wyprostowała się i przeciągnęła jak kot.

- Diabeł - chórem zameczały owce. Zawsze było tak samo.

- Diabeł! - zagrzmiała Mama triumfalnie ze schodków przyczepy. Rebeka się roześmiała.

- Mamo, to dlatego, że masz trzy Diabły w talii. A wyrzuciłaś z niej Sprawiedliwość i Umiar.

Tess przeciągnęła się na psi sposób i po pantoflach Mamy wskoczyła z powrotem do wnętrza przyczepy.

- No i co? Trzeba trochę dopasować karty do dzisiejszych warunków, to wszystko. Od kiedy wyrzuciłam Umiar, sprawdzalność wróżb wzrosła mi do siedemdziesięciu pięciu procent! Czy wiesz, co inne...

Rebeka zamachała dłonią, jakby chciała odpędzić muchy, niewidzialne i bardzo odporne na zimno, Mama zaś westchnęła.

- Dziecko, a teraz powiedz szczerze, czy ty dobrze się tutaj czujesz? Zapytaj się jutro wete...

Rebeka szybko jak łasica skoczyła na stopnie przyczepy i przycisnęła Mamie dłoń do ust.

- Zwariowałaś? - wysyczała. - Czy ty wiesz, co by się tutaj działo, jakbyś wypowiedziała to słowo?

- Diabeł! - zameczały owce.

Kiedy coś się tutaj działo, to najczęściej było diabelską sprawką.

Tego wieczoru owce stały przed szopą na siano dłużej, niż było trzeba, i wpatrywały się w noc. Zabudowania gospodarstwa przytulały się do zamku, jakby chciały, aby wziął je pod opiekę. Jabłoniowy sad milczał. Pachniało dymem i świeżym śniegiem. Cień sowy bezgłośnie przeleciał nad pastwiskiem, kierując się w stronę lasu.

Czy czuły się tutaj dobrze? Chmurka może i tak. Chmurka miała najbujniejsze runo w stadzie i czuła się wielce dobrze. Wielce i wełniście, to się ze sobą łączyło. Sir Ritchfieldowi też się chyba tutaj podobało, bo miał do rozmowy wielu partnerów, którzy mu nie uciekali: stary dąb, szafę, strumyk, czasem tego niestrzyżonego obcego, a gdy mu się poszczęściło, to od czasu do czasu jakąś kozę. Kozy nawet lubiły te głośne i jednostronne rozmowy Ritchfielda. Często całą grupą stały przy ogrodzeniu, chichocząc i podskakując.

Inne owce już nie miały takiej pewności. Coś się tutaj nie zgadzało. W jabłoniowym sadzie wisiało tylko jedno jedyne zapomniane jabłko, czerwone niczym kropla krwi. Można je było zobaczyć, ale nie dało się powąchać. Niewykluczone, że znowu nadeszła pora, żeby zjeść jakąś kartkę. Ale jaką?

- Co ona chciała powiedzieć? - odezwała się nagle Panna Maple.

- Kto? - zapytała Matylda.

- Mama - odparła Panna Maple. - Zanim Rebeka zamknęła jej usta.

Owce nie wiedziały i milczały. Księżycowy sierp wisiał nad pastwiskiem jak na wpół zjedzony herbatnik.

- Rebeka naprawdę się przestraszyła - powiedziała Panna Maple. - Jakby zaraz coś się miało stać. Coś strasznego.

- Co ma się zaraz stać? - chciała wiedzieć Chmurka i się nastroszyła.

- Co ma się zaraz stać? - wymeczały inne owce. Codziennie miały paszę w korycie i trochę czytania na stopniach przyczepy. Kiedy zamarzła woda w poidle, Rebeka rozbiła lód motyką. Gdy długo padało, zostawały w szopie na siano. Jak się nudziły, to jadły albo opowiadały sobie różne historie. A na końcu każdej opowieści czekał wonny stóg siana.

Owce zerknęły na siny śnieg i ruszyły śmiało.

W tej właśnie chwili w ciszę wdarł się dźwięk. Długi, wysoki, odległy i rozdzierający serce.

Skarga.

Wycie.

Rozdział 2

Chmurka leciała.

Nie tak jak w swoich snach, kołysząc się majestatycznie niczym baranek na niebie, lecz raczej jak nasionko dmuchawca, tu i tam, zygzakiem, niesiona kapryśnym wiatrem. Frunęła w górę zbocza, w poprzek pastwiska, po rozmokłym śniegu i twardej, zamarzniętej trawie, szerokim susem ponad strumykiem, obok starego dębu, z którego wzbiły się wróble.

Gdzieś daleko pod nią dziko galopowały nogi. W uszach jej pulsowało. Serce trzepotało na wietrze. Szybciej! Resztę dawno już pozostawiła za sobą, ale nie jego. Był zaraz za nią. Czuła jego oddech na karku, widziała go kątem oka.

Wiatr przywiał Chmurkę do kołyszącego się lasu. Między lasem a pastwiskiem było ogrodzenie.

Zawsze tam stało, ale dotąd nigdy nie zwracała na nie uwagi. W panice rozejrzała się na boki. Teraz w lewo, wzdłuż ogrodzenia, aż do rogu. Czy teraz w prawo, wzdłuż ogrodzenia, aż do rogu? Wiatr miał jednak inne plany.

Nie zdoławszy nawet zaczerpnąć tchu, Chmurka wpadła prosto na druty.

Brzęk w uszach i tępy ból w szyi.

Ogrodzenie ustąpiło, ale jedna z raciczek uwięzła między drutami.

Owca się przewróciła. Niebo umknęło.

Ale zaraz potem Chmurka znowu była na nogach i kręciła głową. Jej prześladowca, dysząc, wdrapał się na pagórek, dzieliła ją od niego tylko długość owcy. Jednak teraz ogrodzenie leżało. Jednym susem znalazła się po drugiej stronie. Jednym susem znalazła się na skraju lasu. Jednym susem znalazła się w lesie.

Szum w uszach od razu ucichł. Chmurce zrobiło się zimno. Czuła się tak, jakby nie miała ani kępki wełny na skórze. Całkiem goła. Całkiem zmarznięta. Wysoko ponad nią wylądował ptak, a w dole prószył śnieg.

Chmurka otrząsnęła się i ostrożnie ruszyła przed siebie.

Wnet ogarnął ją półmrok lasu niczym w owczarni, dyszenie zaś ucichło.

Trzask tu, trzask tam, poza tym cisza. Może to był tylko sen.

Inne owce przyglądały się ucieczce Chmurki z mieszanymi uczuciami.

Z jednej strony cieszyły się, że weterynarz nie dopadł owcy. Z drugiej - teraz przyszła kolej na nie. Na jedną z nich. Potem jeszcze jedną. I jeszcze jedną. W końcu na wszystkie. Weterynarz chwyci je tak, że ze strachu nie zdołają nawet zaczerpnąć oddechu. Zrobi tak, że zabolą je raciczki i uszy. Będzie kłuł igłą, wpuszczał do pyszczków śmierdzącą, gorzką ciecz. Weterynarz był najniebezpieczniejszą istotą, jaką znały. Teraz ze zwieszonymi ramionami stał na skraju lasu i patrzył tam, gdzie zniknęła Chmurka. Patrzył długo i uważnie.

Rebeka zaklęła. Zsunęła z czoła czerwoną wełnianą czapkę i rozzłoszczona popatrzyła na owce.

- Zostać mi tutaj! - fuknęła.

Tak jakby owce w ogóle miały jakiś wybór! Rebeka zamknęła je wszystkie w zagrodzie. Zagroda była niczym innym jak wąską i szczególnie lubianą częścią pastwiska - tą częścią, gdzie stało koryto. Jednak tym razem Rebeka zamknęła bramę i stłoczone stado znalazło się w pułapce, noga przy nodze, zaraz pod ogrodzeniem gospodarstwa, wzdłuż którego zwykle przechodzili ludzie. Dla owiec pozostawało zagadką, dlaczego ich pasterka ciągle robi im takie podłe rzeczy w zmowie z weterynarzem.

Teraz Rebeka biegła w górę ze znacznie większą gracją niż weterynarz, nawet jeśli nie z taką gracją jak Chmurka. Weterynarz coś powiedział i rozpostarł ramiona, tak jakby chciał złapać pasterkę. Pokręciła głową. Weterynarz chwycił ją za przegub, lecz wyszarpnęła mu się i zniknęła w lesie. Skwaszony zerknął do góry, ku owcom.

Owce starały się nie zwracać na siebie uwagi.

Weterynarz też starał się nie zwracać na siebie uwagi. Spojrzał na swoje stopy, na dłonie, w powietrze i znowu na owce. Wszędzie. Tylko nie w las.

A potem stało się coś niezwykłego.

Rebeka wyłoniła się spomiędzy drzew i powoli oddaliła się od skraju lasu. Jedną rękę miała wyciągniętą przed siebie, jakby chciała coś powstrzymać - może jakąś wścibską owcę albo, tak jak to często bywa w trakcie podróży, auto czy rozzłoszczonego rolnika trzymającego nadgryzioną łodygę.

Pasterka szybko zerknęła w lewo i w prawo, jakby coś tam było. Albo jakby coś nadchodziło.

Ale z lasu nic nie wyszło.

Nieco później na ich pastwisku zaroiło się od ludzi. Zajechali na podwórze gospodarstwa trzema samochodami i wygramolili się z nich. Dwóch weszło bramą gospodarstwa, tam gdzie stały stajnie, domy i obory i gdzie mieszkali ludzie. Kolejni dwaj obchodzili z zewnątrz folwarczne budynki i mury zamku, tam gdzie nikt nie mieszkał. Większość poszła prosto na pastwisko, gdzie mieszkały owce. Obeszli ogrodzenie, przeszukali szopę na siano na zboczu i zniknęli w lesie. Wyłonili się znowu, ciągnęli jakieś rzeczy na skraj lasu i ze skraju lasu, rozmawiali z Rebeką, metodycznie, krok w krok po rozmokłym śniegu obeszli pastwisko i jeszcze bardziej zgnietli lichą zimową trawę, jakby już nie przygnieciono jej wystarczająco.

Owce były pod wrażeniem. Nie spodziewały się aż tak dokładnych poszukiwań Chmurki. Coś podobnego! A to wszystko stało się, gdy Rebeka dostała kolorów - zwróciła się do mężczyzn w czapkach o pomoc i o psy. Teraz po pastwisku węszyły dwa ciemne owczarki o ciemnych głosach.

Owce się wzdrygnęły, zbyt zastraszone i zbyt stłoczone, aby ogarnęła je prawdziwa panika. W tych owczarkach najbardziej niesamowite było to, że wcale nie interesowały się owcami. Ani trochę. Nawet tą obcą owcą, która oczywiście, w przeciwieństwie do reszty, nie poszła do zagrody i teraz beztroska oraz wolna stała pod starym dębem. Mruczała i węszyła. Zdawała się w ogóle nie interesować całym zamieszaniem.

Owce chciały stąd iść. Najpierw spróbowały wyrazić protest meczeniem - co było sprawdzonym sposobem przeciwstawiania się złu tego świata. Jeśli meczało się wystarczająco długo, coś się w końcu działo, a najczęściej właśnie to, co powinno. Jednak Rebeka, która zwykle troszczyła się, aby stało się to, co powinno, tylko szeroko otworzyła oczy ze strachu i opuściła ramiona.

Owce meczały i meczały. Wreszcie przestały meczeć i zaczęły groźnie milczeć. Ale to nikogo nie interesowało.

- Już wystarczy - stwierdziła Matylda po chwili straszliwego milczenia. - Zwiewamy!

Ten plan spodobał się owcom. Rebeka zaraz się dowie, jak głupio wygląda pasterka bez owiec!

- Ale jak? - zapytała Bystra.

- Niech Biały Wieloryb znowu udaje nieżywego! - zameczała Wrzosowata. Lubiła, jak coś się działo.

- Dlaczego zawsze ja? - wymamrotał Biały Wieloryb, ale szybko mu wyjaśniono dlaczego: był największą i najgrubszą owcą w stadzie. Nie dawało się go przeoczyć i robił niezłe wrażenie, kiedy tak leżał na podłodze, wyciągając cztery nogi.

Udawało się to już kilkakrotnie. Po raz pierwszy, kiedy jabłka w sadzie dojrzały, a potem jeszcze raz, podczas sianokosów. Biały Wieloryb leżał bez ruchu, zaś zalękniona Rebeka szybko leciała do niego przez pastwisko. Ze strachu zapominała porządnie zamknąć bramę. Za trzecim razem nabrała podejrzeń i wezwała weterynarza, specjalnie do Białego Wieloryba. Ale i tak udawanie nieżywego było sprawdzonym sposobem przedostania się na drugą stronę ogrodzenia.

Biały Wieloryb z westchnieniem opadł na śnieg, pomajtał nogami i umarł. Pozostałe owce trochę się od niego odsunęły, tak żeby był lepiej widoczny, zameczały dramatycznie i kątem oka zezowały na Rebekę. Jednak pasterka siedziała na stopniach przyczepy opatulona w kołdrę i rozmawiała z jednym z mężczyzn w czapkach. Zza niej wyłoniła się Mama. Wcisnęła jej w dłoń filiżankę herbaty. Po raz pierwszy owce zobaczyły, jak robi coś pożytecznego. W ten sposób zorientowały się, że sytuacja jest poważna.

Biały Wieloryb teatralnie wierzgnął nogami.

- I co? - stęknął z dołu.

- I nic - powiedziała Cordelia.

- Zupełnie nic - zameczał Ramzes.

- Ona nic nie słyszy! - stwierdził Sir Ritchfield, potrząsając głową.

- Ona się nie patrzy - oznajmiła Zora.

- Może my już zniknęliśmy - szepnęła Cordelia. - Dopiero co, wtedy gdy weterynarz szedł do nas do zagrody, wszyscy chcieliśmy zniknąć. Może to się jednak stało!

- Ja nie chciałam zniknąć - wymruczała Wrzosowata. - Chciałam, żeby weterynarz zniknął.

Weterynarz zbladł i zniknął ukradkiem, gdy tylko Rebeka zeszła ze zbocza i zdenerwowana rozmawiała w przyczepie z Mamą i swoim telefonem.

- Może nas szukają - powiedziała Bystra. - Nas wszystkich!

Obcy jakby powoli się uspokajali. Zeszli z pastwiska, opuścili las i zgromadzili się przed przyczepą. Trzech mężczyzn odjechało autem razem z dwoma psami. Reszta stała, bez entuzjazmu popijając herbatę, którą Mama zaparzyła w przyczepie.

Jeden zwymiotował. Brama na pastwisko była otwarta. Teraz kiedy zrobiło się trochę ciszej, dało się słyszeć szczekanie Tess dochodzące z wnętrza przyczepy.

Zaczęli pojawiać się ci paskudni ludzie z gospodarstwa, ciekawscy i nieprzyjemni jak młode wrony. Nie było widać, jak nadchodzili, ale za każdym razem, kiedy owce zerkały przez ogrodzenie na gospodarstwo, robiło się ich coraz więcej. Najpierw gruba Madame Fronsac, która zawsze miała w kieszeni coś do jedzenia. Madame stanowiła potencjalne źródło paszy, zatem owce spojrzały na nią wyczekująco. Jednak gruba dama nie była dziś w nastroju na dokarmianie. Stała tak sztywno, jakby coś połknęła, i wykręcała wielkie czerwone ręce. Monsieur Fronsac stał obok niej i robił to, co zwykle: patrzył. Może tylko patrzył teraz smutniejszym wzrokiem.

Bramą z gospodarstwa wyszedł Yves, z siekierą na ramieniu. Owce pokręciły nosami. Yves pachniał brzydko i ani trochę nie był zabawny. Zbyt często kręcił się z siekierą w okolicy pastwiska, a zawsze, gdy widział Rebekę, szczerzył się w uśmiechu, tak jak czasem szczerzą się psy - zębami, lecz nie oczami. Pasterka kiedyś im tłumaczyła, że jest człowiekiem od wszystkiego, ale przecież nawet najmłodsze jagnię widziało, że wcale nie robi wszystkiego. Ani trochę.

Pasterz kóz człapał wzdłuż muru gospodarstwa.

Z sadu wyszedł ogrodnik, a z zamku popłynęła jasnowłosa Hortensja wraz z towarzyszącym jej zapachem fiołków. Pojawiły się też w końcu niektóre z tych bardzo rzadkich stworzeń, które owce widziały tylko przelotnie, za wysoko postawionymi kołnierzami. Zamkowe stworzenia. Kobieta z mocno ściągniętymi włosami, która zaprosiła tu stado. I dzieci. Dzieci zaraz odesłano.

Pozostali trzymali się z dala od mężczyzn w czapkach i skrzeczeli coś stłumionymi głosami w tym niezrozumiałym języku Europejczyków. Wszyscy poza pasterzem kóz. On tylko mocno obejmował swój kij dłońmi, a te pomimo zimna były białe, białe jak śnieg. Owce interesowały się pasterzem kóz - nie osobiście, ale jeśli można tak powiedzieć, ze względów zawodowych. Z miłą regularnością pojawiał się przy kozim ogrodzeniu, niosąc worek paszy. Starały się z nim zaprzyjaźnić mimo mocnego koziego odoru. Na próżno. Podejrzewały, że jest równie zwariowany jak jego kozy.

Rebeka wciąż siedziała na stopniach przyczepy i gorączkowo wertowała jakąś żółtą książkę. Ta żółta książka przekładała skrzeczenie Europejczyków na coś sensownego, ale zdawało się, że dzisiaj na wiele się nie przyda.

- Pourquoi - zaskrzeczała Rebeka. - Quand? Qui?

Hortensja przeszła bramą pastwiska w poprzek łąki i owionęła pasterkę obłokiem idiotycznego zapachu kwiatów, jednak nie znała żadnej odpowiedzi. Potem zjawiła się jeszcze gruba Madame Fronsac razem z innymi ludźmi z zamku i z pewnym wysiłkiem wtoczyła się na zbocze, aż do przyczepy. Mama nazywała ją Morsem i tylko Otello, który znał świat oraz zoo, wiedział dlaczego. Mors coś wyskrzeczała, głośno i z przejęciem, jednak Rebeka niczego nie zrozumiała.

- Ona mówi, że pani powinna zabierać owce i stąd jechać! - wyjaśniła Hortensja. - Na pani miejscu zaraz bym się stąd wyniosła.

- A nie mówiłam! A nie mówiłam! Cały czas mówiłam - marudziła Mama z przyczepy.

Rebeka milczała, Hortensja zaś z zakłopotaniem wzruszyła ramionami. A potem, prawie niepostrzeżenie, coś się u ludzi zmieniło. Zrobili się cichsi, ale nie spokojniejsi. Ludzie z zamku prawie niepostrzeżenie odsunęli się trochę od ogrodzenia pastwiska. Rebeka w zamyśleniu założyła za ucho niesforny lok. Mama zajęła posterunek na schodkach przyczepy i zatrzepotała rzęsami. Tess zaszczekała jeszcze głośniej. A wszystko dlatego, że na podwórze gospodarstwa zajechało jeszcze jedno auto, większe i bardziej czarne od wszystkich pozostałych.

Wysiadł z niego Sójka. Sójka był dla ludzi z zamku przewodnikiem stada i tak naprawdę wcale nie wyglądał jak sójka, nie był taki kolorowy ani malutki, no i oczywiście nie miał dzioba. Jednak kiedy się poruszał, szybko, gwałtownie i precyzyjnie, coś w nim przypomniało owcom taką młodą sójkę, która kiedyś przysiadała na pastwisku.

Sójka na pastwisku miała obwisłe skrzydełko.

Sójka z zamku kulał. Niezbyt mocno, przypuszczalnie większość ludzi prawie tego nie dostrzegała, lecz owce wiedziały i wiedział też Sójka.

Podszedł do niego jeden z mężczyzn w czapkach i coś powiedział. Sójka pokiwał głową, potem ruszył pod górę, w stronę przyczepy i łagodnie położył Morsowi dłoń na ramieniu. Po policzkach od razu spłynęły jej łzy. Wnet opuściła towarzystwo Hortensji i Monsieur Fronsaca.

Sójka podszedł do zagrody, groźnie, z góry spojrzał na owce. Owce hardo odwzajemniły spojrzenie. Do tej pory jeszcze nigdy nie traktowały go poważnie, bo kulał i przypuszczalnie był zbyt powolny, aby stać się dla nich zagrożeniem, teraz jednak zewsząd miały ogrodzenie. Wielka, pociągła twarz Sójki kołysała się tuż nad nimi - nie było ucieczki przed jego oczami. Dwie dłonie bezmyślnie gładziły najwyższą żerdź zagrody, poczerniałą od rękawiczek. Same też były w rękawiczkach, długie i wąskie niczym ptasie szpony. Owce przestraszyły się, że jedna z owych ruchliwych długich dłoni mogłaby wyciągnąć się po ich wełnę, a one w tym ścisku nie zdołałyby się uchylić. Co wtedy?

Jednak dłoń się nie wyciągnęła, a oczy Sójki w dalszym ciągu wpatrywały się w stado, z taką zimną, świdrującą ciekawością i - zdawałoby się - ze złością, jakby owce były czemuś winne. Od czasu do czasu spojrzenie wędrowało do góry, ku Rebece, a to, co wtedy działo się z oczami, owcom podobało się jeszcze mniej. Mrużył je, nabierały głębi, robiły się ciemne i błyszczące niczym dwie studnie.

- Do ataku! - zameczał ktoś z tyłu.

- Paszy! - zameczał Biały Wieloryb, który pod kłującymi spojrzeniami Sójki wreszcie wstał.

Po chwili już wszystkie owce zaczęły meczeć, domagając się paszy. Żeby dać im paszy, Rebeka musiałaby otworzyć bramę. Pasza była teraz właściwą strategią. Zresztą pasza zwykle była właściwą strategią.

Jednak Rebeka ani drgnęła.

- No tak - powiedział ktoś. - Jesteśmy w pułapce, co?

Znalazły się w pułapce! Biały Wieloryb i Panna Maple zameczały alarmująco. Ritchfield zakaszlał, a Ramzes ze strachu aż przysiadł na zadzie.

- Tak naprawdę to nie jest pułapka - stwierdziła Zora uspokajająco. - To tylko zagroda. To Rebeka nas tutaj zamknęła. Wypuści nas. Musi, bo tak jest w testamencie.

W testamencie zapisano mnóstwo ważnych rzeczy. To, że Rebeka musi je karmić i im czytać. To, że żadnej z owiec nie wolno sprzedać ani zaszlachtować - co często oznaczało to samo. W testamencie był również weterynarz. Niestety. Z weterynarza owce chętnie by zrezygnowały.

- To żadna owca - wymamrotał Sir Ritchfield, stary przewodnik stada.

Nikt nie zwrócił na niego uwagi.

- Może powinniśmy się schować - zaproponowała Cordelia.

- A gdzie? - ostro spytała Wrzosowata. - Może w korycie?

- Żadna! - z przekonaniem powtórzył Sir Ritchfield.

Stary przewodnik stada stał wściekły między Bystrą a Zorą. Wpatrywał się w koryto. A w korycie stała mała, czarna koza, która odwzajemniała spojrzenie.

Owce zmroziło. Koza między nimi! I nikt jej nie poczuł!

- Do ataku! - zameczała koza i skoczyła na szeroki grzbiet Białego Wieloryba. Biały Wieloryb dostał czkawki.

Reszta stada była w szoku. To, że kozy wspinały się na drzewa, wiedział każdy. Ale żeby kozy wspinały się również na owce? To by nawet do nich pasowało. Owce próbowały nie zwracać uwagi na kozę. To jednak okazało się nie takie proste. Z grzbietu Białego Wieloryba przeskoczyła na Matyldę, potem na Bystrą. Przesadziła susem Ramzesa, ostrożnie przestąpiła czarny grzbiet Otella i w końcu wylądowała na Sir Ritchfieldzie.

- Żadna owca... - zameczał Sir Ritchfield.

Koza przechyliła głowę i wyszeptała mu coś do ucha.

- Świnie? - palnął Sir Ritchfield podenerwowany. Koza zachichotała. Wrzosowata w końcu nie wytrzymała.

- Czego tu szukasz? - zapytała kozę. Ritchfield kichnął.

- Na zdrowie! - powiedziała koza. - Chcę do weterynarza.

Cichutko sapnęła.

- Mam katar. Zaraził mnie. - Koza tupnęła przednią raciczką w szary grzbiet Sir Ritchfielda. Sir Ritchfield znowu kichnął.

Owce spojrzały po sobie pytająco. Ona całkiem zwariowała!

- Weterynarz już sobie poszedł! - wykrzyknął Biały Wieloryb, chcąc pozbyć się kozy.

- Ale on tu wróci! - triumfalnie oznajmiła koza. Niestety, zabrzmiało to aż nazbyt rozsądnie.

Owce milczały i słuchały czkawki Białego Wieloryba. Kiedy powróci weterynarz, dawno już znajdą się daleko stąd. Jakoś. Gdzieś. Może w cieniu starego dębu. Albo pod przyczepą. Albo za szopą na siano. Albo - najlepiej - w szopie na siano. Albo, jeśli będzie trzeba, w składziku na paszę. Gdziekolwiek. Byle nie tutaj, w zagrodzie.

- Tak naprawdę to wcale nie szukasz weterynarza, prawda? - po chwili zdołał wydusić Biały Wieloryb.

- Nie - odparła koza. - Ja szukam przygody!

- Tutaj szukasz? - czknął zdenerwowany Wieloryb. - Na Sir Ritchfieldzie?

- Dokładnie tu - oznajmiła koza.

Biały Wieloryb postanowił, że na przyszłość będzie trzymał się z dala od Sir Ritchfielda. Już wystarczyło mu, że teraz ma czkawkę. Jak się ma czkawkę, to nie można się porządnie najeść. Jeszcze tylko przygód mu do tego brakowało!

- Ostrzegę was - powiedziała koza. - Ostrzegę was!

- Za późno - stęknął Ramzes. - Weterynarz już tu był.

Koza pokręciła głową.

- Ostrzeżesz przed śniegiem? - zapytała Matylda. - Będzie jeszcze więcej śniegu?

- To też - przyznała koza. - Słuchajcie!

Owce się zdumiały. Rebeka o nich zapomniała, pastwisko zadeptali im mężczyźni w czapkach, a na Sir Ritchfieldzie stała mała czarna koza i wygłaszała przemówienie. Chodziło o tajemnice, niebezpieczeństwo i przygodę. O księżyc, który - jak twierdziły kozy - był wielkim kozim serem. O śnieg, o wilka, który nie był wilkiem, i o plan, który tak naprawdę wcale nie był planem.

W skrócie - chodziło o mnóstwo rzeczy, o których owce nie chciały wiedzieć. Gdyby tylko się dało, chciałyby tego w ogóle nie słuchać.

- Myślę, że powinniśmy współpracować - oznajmiła koza. - Inni myślą, że zwariowałam - dodała jeszcze z dumą.

- Świnie! - zameczał Sir Ritchfield, kręcąc głową.

- My też myślimy, że zwariowałaś - powiedziała Wrzosowata.

- Doskonale - stwierdziła koza.

Zeskoczyła z grzbietu Sir Ritchfielda i znowu wylądowała w korycie, prawie pustym. Zaczęła chodzić drobnymi kroczkami tam i z powrotem, tu i tam, z góry na dół, z dołu na górę. Owce przyglądały się jej zafascynowane. Jaka ona była mała. I jaką miała błyszczącą czarną sierść, czarniejszą nawet niż Otello. Jakie żółte i dziwne oczy, jakie spiczaste różki. I jak pachniała!

Koza chodziła sobie i chodziła, mamrocząc rzeczy w rodzaju: "one ci nie wierzą", "jeszcze nie", "a czego można się spodziewać po owcach", "myślisz, że powinniśmy?" i "no dobra". Owcom trochę już zaczynało się kręcić w głowach od tego łażenia tu i tam.

Nagle Czarna się zatrzymała.

- Dzisiaj jest wasz szczęśliwy dzień! - oznajmiła. - Możecie mieć trzy życzenia.

- Pożywna pasza! - od razu zameczał Biały Wieloryb. - Hep!

- Niech sobie pójdą ci ludzie! - powiedziała Matylda.

- Niech Rebeka wypuści nas z zagrody - zameczała Wrzosowata.

- Niech wróci Chmurka! - odezwała się Cordelia, trochę za późno.

Zaraz potem mężczyźni w czapkach wylali na śnieg resztę zimnej herbaty i wrócili do swoich aut.

- Revenons a nos moutons! - powiedział ktoś i Rebeka znowu uniosła wzrok ku owcom. Wreszcie! Roztargniona pasterka w końcu nakarmiła stado, wlewając do koryta sześć wiader paszy zamiast pięciu, w tym jedno prosto na kozę.

Kiedy owce napełniały sobie żołądki, Rebeka razem z pasterzem kóz przeszła się wzdłuż ogrodzenia i sprawdziła słupki.

Potem zaskrzypiała brama, a owce z powrotem popłynęły na swoją stratowaną łąkę.

Bez Chmurki.

Zimowe jagnię nie wyszło od razu z zagrody. Nadal stało przy korycie obok małej kozy. Oboje byli mniej więcej tych samych rozmiarów.

- Jak ty to zrobiłaś? - zapytało.

- Co? - odparła koza niewinnym głosikiem.

- To z tymi życzeniami - wyjaśniło zimowe jagnię.

- To były takie kozie czary - wyjaśniła koza.

- Naprawdę? - dopytywało się zimowe jagnię.

- Nie - odparła koza. - Owce chcą zawsze tego, co i tak się wydarzy. Z kolei kozy...

Koza spojrzała na zimowe jagnię żółtymi kozimi oczami.

- Jeśli życzysz sobie, żeby coś się stało, to musisz się zatroszczyć o to, żeby się stało.

- A czego ty sobie życzysz? - zapytało zimowe jagnię.

- Wielu rzeczy - powiedziała koza. - Życzę sobie takiego miejsca, gdzie zawsze rosną słodkie zioła, i jeszcze najdłuższej koziej bródki na świecie, i żeby Megarze spadło na głowę zgniłe jabłko. Ale w tej chwili... - przechyliła głowę i namyśliła się - w tej właśnie chwili życzę sobie, żeby ktoś tutaj przyszedł i zjadł księżyc. Całkiem go zjadł.

Zerknęła w stronę bramy, gdzie jak w każde popołudnie sięgał cień zamku, nim wspiął się poprzez ogrodzenie na pastwisko.

- Muszę iść - oznajmiła. - Jakbyś mnie potrzebowało... to mnie tu nie będzie!

Zimowe jagnię chętnie spytałoby się jeszcze o inne rzeczy. Przede wszystkim o swoje imię.

Tego wieczoru owce przeżuwały zimową trawę z jeszcze mniejszym entuzjazmem niż zazwyczaj. Nawet Biały Wieloryb. Wszystko źle pachniało. Zbyt mocno psimi łapami, pudrem i kaloszami. Ludzkim potem i papierosowym dymem. I jeszcze czymś, czego owce nie rozpoznały.

O wiele za mało pachniało Chmurką.

- Żadna owca nie może opuścić stada! - zameczał zmartwiony Sir Ritchfield.

- Chyba że do stada wróci! - powiedziała Cordelia.

- Dlaczego Chmurka nie wraca? - zapytała Wrzosowata.

- Na takie pastwisko, pełne psów i czapek, też bym nie chciała wracać! - stwierdziła Panna Maple. - Przypuszczalnie gdzieś się schowała. I może wcale nie jest tak łatwo odnaleźć się w lesie. Za dużo drzew.

Zaczęła meczeć w stronę lasu. Tak głośno, jak tylko mogła. Może Chmurka zaraz wyjdzie?

- Chmurko! - zameczał chór owiec. - Weterynarz już poszedł! My tu jeszcze jesteśmy! Wracaj!

Ale las milczał.