Trójka - Ken Follett

Kup ebooka

26.50 zł
21.20 zł (26,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Los zrzą­dził, że tyl­ko raz spo­tka­li się wszy­scy w jed­nym miej­scu. Byli mło­dzi i upły­nę­ło wie­le lat, za­nim wy­da­rzy­ła się cała ta hi­sto­ria. Wte­dy jesz­cze nie mo­gli wie­dzieć, jaki ślad to spo­tka­nie od­ci­śnie na ich ży­cio­ry­sach.

Do­kład­nie w pierw­szą nie­dzie­lę li­sto­pa­da 1947 roku każ­dy z nich miał oka­zję po­znać wszyst­kich po­zo­sta­łych. Przez kil­ka mi­nut prze­by­wa­li w tym sa­mym po­ko­ju. Jed­ni nie­ba­wem za­po­mnie­li twa­rze i na­zwi­ska osób, z któ­ry­mi wów­czas roz­ma­wia­li, in­nym ten dzień w ogó­le nie po­zo­stał w pa­mię­ci. Kie­dy jed­nak dwa­dzie­ścia je­den lat póź­niej oka­zał się tak waż­ny, uda­wa­li, że pa­mię­ta­ją. Wpa­try­wa­li się w wy­bla­kłe fo­to­gra­fie, mru­cząc: "Ach tak, oczy­wi­ście".

Do spo­tka­nia do­szło wsku­tek zbie­gu oko­licz­no­ści, w czym nie ma nic oso­bli­we­go. Byli mło­dzi i zdol­ni, to­też wła­dza, po­dej­mo­wa­nie de­cy­zji i na­pra­wia­nie świa­ta sta­no­wi­ły ich prze­zna­cze­nie, choć każ­dy miał je re­ali­zo­wać w od­mien­ny spo­sób, bo każ­dy po­cho­dził z in­ne­go kra­ju. Nic też dziw­ne­go, że spo­tka­li się na Uni­wer­sy­te­cie Oks­fordz­kim. Ale po la­tach, gdy wy­da­rzy­ło się to wszyst­ko, oka­za­ło się, że w całą tę spra­wę zo­sta­ły uwi­kła­ne oso­by wła­ści­wie zu­peł­nie so­bie obce, a je­dy­nym tego po­wo­dem było to, że nie­gdyś ze­tknę­ły się w Oks­for­dzie.

W każ­dym ra­zie spo­tka­nie to nie było waż­nym wy­da­rze­niem hi­sto­rycz­nym. Zwy­czaj­ne par­ty z wi­nem w domu, w któ­rym wy­da­wa­no wie­le po­dob­nych przy­jęć (nie tyl­ko z wi­nem; mo­gli­by coś o tym po­wie­dzieć star­si stu­den­ci). Oko­licz­ność może nie­war­ta wzmian­ki, ale nie­zu­peł­nie.

Al Cor­to­ne za­stu­kał w drzwi i cze­kał, spo­dzie­wa­jąc się wła­ści­wie uj­rzeć w nich nie­bosz­czy­ka.

W cią­gu trzech ostat­nich lat utwier­dzał się co­raz bar­dziej w prze­ko­na­niu, że jego przy­ja­ciel nie żyje. Naj­pierw do­wie­dział się, że Nat Dick­ste­in do­stał się do nie­wo­li. W mia­rę jak ci­chły od­gło­sy woj­ny, sły­sza­ło się co­raz wię­cej opo­wie­ści o lo­sie Ży­dów w nie­miec­kich obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych. A kie­dy woj­na się skoń­czy­ła, po­nu­ra praw­da o strasz­li­wych zbrod­niach na­zi­stów wresz­cie wy­szła na jaw.

Duch za drzwia­mi za­szu­rał krze­słem po pod­ło­dze i prze­szedł przez po­kój.

Cor­to­ne­go ob­le­ciał strach. Co bę­dzie, je­śli Dick­ste­in oka­że się ka­le­ką? Albo ma oszpe­co­ną twarz? Albo zwa­rio­wał? Cor­to­ne nig­dy nie wie­dział, jak się od­no­sić do ka­lek i czub­ków. W 1943 roku on i Dick­ste­in w cią­gu kil­ku dni sta­li się so­bie bar­dzo bli­scy, ale jak jego daw­ny to­wa­rzysz wy­glą­da te­raz?

Drzwi się otwo­rzy­ły.

- Cześć, Nat - po­wie­dział Cor­to­ne.

Dick­ste­in wy­trzesz­czył oczy, ale za­raz na jego twa­rzy po­ja­wił się sze­ro­ki uśmiech.

- Ple­ry, nery, cy­na­de­ry - po­wi­tał kum­pla jed­nym ze swo­ich za­baw­nych kna­jac­kich po­wie­dzo­nek.

Włoch z ulgą od­wza­jem­nił uśmiech. Po­da­li so­bie ręce, po­kle­pa­li się po ra­mio­nach, wy­mie­ni­li kil­ka so­czy­stych uwag w su­ro­wym żoł­nier­skim ję­zy­ku i we­szli do środ­ka.

Miesz­ka­nie Dick­ste­ina znaj­do­wa­ło się w sta­rym domu, po­ło­żo­nym w znisz­czo­nej przez bom­bar­do­wa­nie czę­ści mia­sta, i skła­da­ło się z jed­ne­go nie­wia­ry­god­nie wy­so­kie­go po­ko­ju. Sta­ło tam pro­ste łóż­ko, schlud­nie, po woj­sko­we­mu za­sła­ne, cięż­ka sta­ra sza­fa z ciem­ne­go drew­na, ser­want­ka z tego sa­me­go kom­ple­tu oraz za­ło­żo­ny książ­ka­mi stół pod nie­wiel­kim oknem. Po­kój nie wy­glą­dał przy­tul­nie. Gdy­by Cor­to­ne miał tu za­miesz­kać, za­brał­by ze sobą tro­chę dro­bia­zgów, dzię­ki któ­rym mógł­by się po­czuć jak u sie­bie: fo­to­gra­fie człon­ków ro­dzi­ny, pa­miąt­ki z Nia­ga­ry i Mia­mi Be­ach, a tak­że tro­fea spor­to­we z li­ce­al­nych cza­sów.

- Bar­dzo chciał­bym wie­dzieć, jak ci się uda­ło mnie od­na­leźć - mruk­nął Dick­ste­in.

- Nie było to ła­twe. - Cor­to­ne zdjął woj­sko­wą kurt­kę i po­ło­żył ją na wą­skim łóż­ku. - Za­ję­ło mi to pra­wie cały wczo­raj­szy dzień. - Spoj­rzał na klu­bo­wy fo­tel. Jego po­rę­cze były po­krzy­wio­ne, spo­śród wy­bla­kłych chry­zan­tem obi­cia wy­sta­wa­ła sprę­ży­na, a pod bra­ku­ją­cą nogę pod­ło­żo­no tom Te­aj­te­ta Pla­to­na. - Czy lu­dzie mogą na czymś ta­kim sia­dać? - za­py­tał.

- Nie wy­żsi stop­niem od sier­żan­ta. Ale...

- Ale tam­ci nie są ludź­mi.

Obaj wy­buch­nę­li śmie­chem. Sta­ry dow­cip. Dick­ste­in od­su­nął krze­sło i usiadł na nim okra­kiem. Przez chwi­lę uważ­nie wpa­try­wał się w przy­ja­cie­la.

- Uty­łeś!

Cor­to­ne po­kle­pał się po brzu­chu.

- We Frank­fur­cie żyje nam się cał­kiem nie­źle. Dużo stra­ci­łeś, że prze­sze­dłeś do cy­wi­la. - Po­chy­lił się do przo­du i ści­szył głos, jak­by cho­dzi­ło o ja­kąś ta­jem­ni­cę: - Zbi­łem ma­ją­tek. Bi­żu­te­ria, por­ce­la­na, an­ty­ki, wszyst­ko za pa­pie­ro­sy i my­dło. Niem­cy gło­du­ją. A za ro­ga­li­ka dziew­czy­ny zro­bią ci wszyst­ko.

Wy­pro­sto­wał się w ocze­ki­wa­niu na ko­lej­ny wy­buch śmie­chu, ale twarz Dick­ste­ina po­zo­sta­ła nie­ru­cho­ma. Zbi­ty z tro­pu Cor­to­ne zmie­nił te­mat:

- Ale o to­bie nie da się po­wie­dzieć, że je­steś za gru­by.

Po­cząt­ko­wo wi­dok Dick­ste­ina ca­łe­go, zdro­we­go i uśmiech­nię­te­go spra­wił mu taką wiel­ką ulgę, że nie przyj­rzał się bli­żej przy­ja­cie­lo­wi. Te­raz jed­nak uświa­do­mił so­bie, że­Nat Dick­ste­in jest bar­dziej niż chu­dy: jest wy­cień­czo­ny. Przed­tem tak­że nie mógł im­po­no­wać wzro­stem ani bu­do­wą cia­ła, ale nig­dy nie wy­glą­dał jak szkie­let. Wra­że­nie to po­głę­bia­ła jesz­cze tru­pio bla­da cera i wiel­kie brą­zo­we oczy za oku­la­ra­mi w pla­sti­ko­wej opra­wie. No i ka­wa­łek łyd­ki, wi­docz­nej mię­dzy skar­pet­ką a no­gaw­ką, bia­łej i cien­kiej jak za­pał­ka. Czte­ry lata temu Dick­ste­in był śnia­dy, sprę­ży­sty i moc­ny ni­czym skó­rza­ne po­de­szwy bu­tów, w któ­re wy­po­sa­ży­ła go bry­tyj­ska ar­mia. Gdy­by Cor­to­ne miał go scha­rak­te­ry­zo­wać po swo­je­mu, po­wie­dział­by: "To naj­mniej­szy, ale naj­tward­szy i naj­bar­dziej za­wzię­ty ze skur­wy­sy­nów, któ­rzy ra­to­wa­li moje za­sra­ne ży­cie".

- Za gru­by? Pew­nie, że nie - od­parł Dick­ste­in. - Ten kraj wciąż żyje na że­la­znych ra­cjach. Ale ja­koś so­bie ra­dzi­my.

- Nie ja­dłeś naj­le­piej...

- Ale ja­dłem - uśmiech­nął się Dick­ste­in.

- Do­sta­łeś się do nie­wo­li.

- W La Mo­li­na.

- Jak cię, do dia­bła, do­pa­dli?

- Po­cisk strza­skał mi nogę - od­parł Dick­ste­in, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. - Stra­ci­łem przy­tom­ność. Ock­ną­łem się w nie­miec­kim wa­go­nie.

Cor­to­ne spoj­rzał na nogi przy­ja­cie­la.

- Do­brze zło­żo­na?

- Mia­łem szczę­ście, w po­cią­gu dla jeń­ców był me­dyk i na­sta­wił ko­ści.

Włoch po­ki­wał gło­wą.

- A po­tem w obo­zie...? - Po­my­ślał, że może nie po­wi­nien o to py­tać, ale chciał wie­dzieć.

Dick­ste­in umknął spoj­rze­niem w bok.

- Było w po­rząd­ku, do­pó­ki nie od­kry­li, że je­stem Ży­dem. Może her­ba­ty? Nie­ste­ty, nie stać mnie na whi­sky.

- Nie, dzię­ki. - Cor­to­ne naj­chęt­niej w ogó­le by się wię­cej nie od­zy­wał. - A co do whi­sky, rano już jej nie pi­jam. Ży­cie wca­le nie jest ta­kie krót­kie, jak się zda­je.

Dick­ste­in znów pod­niósł wzrok.

- Po­sta­no­wi­li spraw­dzić, ile razy moż­na zła­mać nogę w tym sa­mym miej­scu i na po­wrót ją zło­żyć.

- O Jezu... - wy­mam­ro­tał Cor­to­ne.

- To jesz­cze było naj­lep­sze ze wszyst­kie­go - stwier­dził Dick­ste­in bez­na­mięt­nie. Znów spoj­rzał gdzieś przed sie­bie.

- Skur­wy­sy­ny - syk­nął Cor­to­ne. Nic in­ne­go nie przy­cho­dzi­ło mu do gło­wy. Twarz Dick­ste­ina na­bra­ła ja­kie­goś ob­ce­go wy­ra­zu, któ­re­go Cor­to­ne nig­dy przed­tem u nie­go nie wi­dział. Po chwi­li uprzy­tom­nił so­bie, że ma­lu­je się na niej lęk. Dziw­na spra­wa, prze­cież naj­gor­sze już się skoń­czy­ło, po­my­ślał. - No do­bra, do li­cha, w koń­cu wy­gra­li­śmy, no nie? - po­wie­dział i klep­nął przy­ja­cie­la po ple­cach.

Dick­ste­in uśmiech­nął się.

- Wy­gra­li­śmy. Ale po­wiedz wresz­cie, co ro­bisz w An­glii i jak mnie od­na­la­złeś?

- W dro­dze do Buf­fa­lo za­ła­twi­łem so­bie po­stój w Lon­dy­nie. By­łem w Mi­ni­ster­stwie Obro­ny... - Cor­to­ne za­wa­hał się. Po­szedł spe­cjal­nie do mi­ni­ster­stwa, żeby za­się­gnąć in­for­ma­cji o oko­licz­no­ściach śmier­ci Dick­ste­ina. - Dali mi ad­res na Step­ney. A tam za­sta­łem tyl­ko je­den dom na ca­łej uli­cy. I w tym domu spod ca­lo­wej war­stwy ku­rzu od­grze­ba­łem tego star­ca...

- Tom­my'ego Ca­ste­ra?

- Zga­dza się. Kie­dy wy­pi­łem dzie­więt­na­ście fi­li­ża­nek cien­kiej her­ba­ty i wy­słu­cha­łem hi­sto­rii jego ży­cia, skie­ro­wał mnie do in­ne­go domu, w któ­rym od­szu­ka­łem two­ją mat­kę, wy­pi­łem jesz­cze wię­cej cien­kiej her­ba­ty i wy­słu­cha­łem jej bio­gra­fii. Gdy wresz­cie do­sta­łem twój ad­res, było za póź­no, żeby zdą­żyć na ostat­ni po­ciąg do Oks­for­du. Po­cze­ka­łem do rana i oto je­stem. Mam tyl­ko parę go­dzin, mój sta­tek ju­tro od­pły­wa.

- Zde­mo­bi­li­zo­wa­li cię?

- Trzy ty­go­dnie, dwa dni i dzie­więć­dzie­siąt czte­ry mi­nu­ty temu.

- Co za­mie­rzasz ro­bić po po­wro­cie?

- Pro­wa­dzić ro­dzin­ny in­te­res. Ostat­nie lata prze­ko­na­ły mnie, że nie­zły ze mnie biz­nes­men.

- A czym się zaj­mu­je two­ja ro­dzi­na? Nig­dy mi o tym nie mó­wi­łeś.

- To fir­ma prze­wo­zo­wa - od­parł Cor­to­ne. - A ty? Co z tym Oks­for­dem? Na mi­łość bo­ską, stu­diu­jesz coś?

- Li­te­ra­tu­rę he­braj­ską.

- Żar­tu­jesz!

- Pi­sa­łem po he­braj­sku, za­nim po­sze­dłem do szko­ły. Nig­dy ci nie mó­wi­łem? Mój dzia­dek był praw­dzi­wym uczo­nym. Miesz­kał w jed­nym śmier­dzą­cym po­ko­ju nad skle­pem z plac­ka­mi przy Mile End Road. Od­kąd pa­mię­tam, cho­dzi­łem tam w każ­dą so­bo­tę i nie­dzie­lę. Nig­dy się nie uskar­ża­łem... lu­bi­łem to. Cóż in­ne­go mógł­bym stu­dio­wać?

Cor­to­ne wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Czy ja wiem, może fi­zy­kę ją­dro­wą albo za­rzą­dza­nie. Po co w ogó­le stu­dio­wać?

- Żeby być szczę­śli­wym, mą­drym i bo­ga­tym.

Cor­to­ne po­krę­cił gło­wą.

- Jak za­wsze ta­jem­ni­czy. Dużo tu dziew­czyn?

- Bar­dzo mało. Poza tym je­stem zbyt za­ję­ty.

Cor­to­ne za­uwa­żył, że Dick­ste­in się ru­mie­ni.

- Łżesz, dup­ku. Chcesz, to ci po­wiem: za­ko­cha­łeś się. Kim ona jest?

- No do­brze, masz ra­cję - od­parł zmie­sza­ny Dick­ste­in. - Ale ona jest nie­osią­gal­na. To żona pro­fe­so­ra. Eg­zo­tycz­na, in­te­li­gent­na... naj­pięk­niej­sza ko­bie­ta, jaką w ży­ciu wi­dzia­łem.

Cor­to­ne po­pa­trzył na nie­go.

- To nie wy­glą­da obie­cu­ją­co, Nat.

- Wiem, ale jed­nak... - Dick­ste­in wstał z krze­sła. - Sam się prze­ko­nasz, co mam na my­śli.

- Zo­ba­czę ją?

- Pro­fe­sor Ash­ford wy­da­je par­ty. Je­stem za­pro­szo­ny. Wy­bie­ra­łem się tam wła­śnie, kie­dy wpa­dłeś. - Wło­żył ma­ry­nar­kę.

- Par­ty w Oks­for­dzie! - ucie­szył się Cor­to­ne. - Będę się miał czym chwa­lić w Buf­fa­lo!

Był chłod­ny, ja­sny po­ra­nek. Bla­de słoń­ce śli­zga­ło się po kre­mo­wych ele­wa­cjach sta­rych bu­dyn­ków. Szli w mil­cze­niu, z rę­ka­mi w kie­sze­niach, sku­le­ni, bo po uli­cach hu­lał li­sto­pa­do­wy wiatr.

- Ar­chi­tek­tu­ra, kur­wa, jak z baj­ki - mruk­nął pod no­sem Cor­to­ne.

Prze­chod­niów pra­wie nie było, ale gdy uszli mniej wię­cej milę, Dick­ste­in wska­zał Cor­to­ne­mu wy­so­kie­go męż­czy­znę w sza­li­ku o bar­wach jed­ne­go z col­le­ge'ów wo­kół szyi, idą­ce­go dru­gą stro­ną uli­cy.

- To Ro­sja­nin - po­wie­dział i za­wo­łał: - Hej, Ro­stow!

Tam­ten od­wró­cił się, po­ma­chał ręką na po­wi­ta­nie i prze­szedł na ich stro­nę uli­cy. Miał wło­sy ostrzy­żo­ne jak re­krut, a jego ubra­nie - ta­nie, kon­fek­cyj­ne i zbyt ob­szer­ne - wi­sia­ło na nim jak na wie­sza­ku. Cor­to­ne go­tów był po­my­śleć, że w tym kra­ju wszy­scy są tacy chu­dzi.

- Ro­stow z Bal­liol, z tego sa­me­go col­le­ge'u co ja - wy­ja­śnił Dick­ste­in. - Da­wi­dzie Ro­stow, po­znaj Ala­na Cor­to­ne­go. Al i ja by­li­śmy ra­zem ja­kiś czas we Wło­szech. Idziesz do Ash­for­dów?

Ro­sja­nin uro­czy­ście ski­nął gło­wą.

- Za kie­li­cha je­stem go­tów na wszyst­ko.

- Czy pan też zaj­mu­je się li­te­ra­tu­rą he­braj­ską? - za­py­tał Cor­to­ne.

- Nie - od­parł Ro­stow. - Je­stem tu po to, aby stu­dio­wać eko­no­mię bur­żu­azyj­ną.

Dick­ste­in za­śmiał się gło­śno, ale Cor­to­ne nie wi­dział w tym nic za­baw­ne­go.

- Ro­stow jest ze Smo­leń­ska - po­in­for­mo­wał go Dick­ste­in. - Na­le­ży do KPZR - Ko­mu­ni­stycz­nej Par­tii Związ­ku Ra­dziec­kie­go.

Cor­to­ne nadal nie do­strze­gał w tym ni­cze­go śmiesz­ne­go.

- Są­dzi­łem - po­wie­dział - że w Ro­sji ni­ko­mu nie wol­no wy­jeż­dżać za gra­ni­cę.

Ro­stow wdał się w dłu­gie i męt­ne wy­ja­śnie­nia, z któ­rych mia­ło wy­ni­kać, że jego oj­ciec był dy­plo­ma­tą i w chwi­li wy­bu­chu woj­ny prze­by­wał w Ja­po­nii. Tym wy­wo­dom to­wa­rzy­szył od cza­su do cza­su prze­bie­gły uśmie­szek. Cho­ciaż Ro­sja­nin nie mó­wił bie­gle po an­giel­sku, w jego gło­sie sły­chać było ton pro­tek­cjo­nal­nej wyż­szo­ści. Cor­to­ne prze­stał go słu­chać i wró­cił my­ślą do Dick­ste­ina. Jak to moż­li­we - roz­wa­żał - ko­chasz ko­goś jak bra­ta, ra­zem z nim prze­le­wasz na woj­nie krew, a po­tem on zni­ka, by stu­dio­wać li­te­ra­tu­rę he­braj­ską, ty zaś do­cho­dzisz do wnio­sku, że tak na­praw­dę zu­peł­nie go nie zna­łeś.

- Czy zde­cy­do­wa­łeś się już na wy­jazd do Pa­le­sty­ny? - za­py­tał Ro­stow Dick­ste­ina.

- Do Pa­le­sty­ny? Po co? - zdzi­wił się Cor­to­ne.

Dick­ste­ina py­ta­nie Ro­sto­wa wy­raź­nie spe­szy­ło.

- Nie, nie zde­cy­do­wa­łem się.

- A po­wi­nie­neś - oświad­czył Ro­stow. - Pań­stwo ży­dow­skie może po­móc w de­mon­ta­żu resz­tek im­pe­rium bry­tyj­skie­go na Bli­skim Wscho­dzie.

- Czy taka jest li­nia par­tii? - za­py­tał Dick­ste­in z bla­dym uśmiesz­kiem.

- Owszem - od­parł po­waż­nie Ro­stow. - Je­steś so­cja­li­stą...

- W pew­nym sen­sie.

- ...a pań­stwo ży­dow­skie po­win­no być so­cja­li­stycz­ne. To istot­na spra­wa.

Cor­to­ne słu­chał tego z nie­do­wie­rza­niem.

- Ara­bo­wie mor­du­ją tam Ży­dów. Na mi­łość bo­ską, Nat, do­pie­ro co wy­rwa­łeś się z łap Niem­ców.

- Nie pod­ją­łem jesz­cze de­cy­zji - po­wtó­rzył Dick­ste­in z lek­ką iry­ta­cją. - Nie wiem, co zro­bię. - Wy­da­wa­ło się, że nie ma ocho­ty dłu­żej o tym mó­wić.

Przy­spie­szy­li kro­ku. Cor­to­ne­mu zmar­z­ła twarz, ale po­cił się w zi­mo­wym mun­du­rze. Dick­ste­in i Ro­stow dys­ku­to­wa­li o pew­nym ha­nieb­nym wy­da­rze­niu. Nie­ja­ki Mo­sley - Cor­to­ne pierw­szy raz sły­szał to na­zwi­sko - przy­je­chał do Oks­for­du, by wy­gło­sić prze­mó­wie­nie na cześć ofiar woj­ny. Jak się póź­niej oka­za­ło, był fa­szy­stą. We­dług Ro­sto­wa in­cy­dent ten do­wo­dził, że de­mo­kra­cja bur­żu­azyj­na bliż­sza jest fa­szy­zmo­wi niż ko­mu­ni­zmo­wi. Dick­ste­in nie był tak za­sad­ni­czy; jego zda­niem stu­den­tom, któ­rzy zor­ga­ni­zo­wa­li to spo­tka­nie, za­le­ża­ło po pro­stu na wy­wo­ła­niu moc­ne­go wra­że­nia.

Cor­to­ne słu­chał i ob­ser­wo­wał obu męż­czyzn. Oso­bli­wa była z nich para: tycz­ko­wa­ty Ro­stow w sza­li­ku przy­po­mi­na­ją­cym pa­sia­sty ban­daż, sta­wia­ją­cy wiel­kie kro­ki w ku­sych spodniach o no­gaw­kach po­wie­wa­ją­cych jak cho­rą­giew­ki - a obok nie­wy­so­ki Dick­ste­in o wiel­kich oczach, w okrą­głych oku­la­rach i ubra­niu z de­mo­bi­lu, chu­dy jak szkie­let i ru­chli­wy. Cor­to­ne nie był in­te­lek­tu­ali­stą, ale miał ucho wy­czu­lo­ne na wci­ska­nie kitu. Obaj nie mó­wi­li szcze­rze tego, co my­ślą. Ro­stow uży­wał sfor­mu­ło­wań za­czerp­nię­tych wprost z ofi­cjal­nych do­gma­tów, a Dick­ste­in usi­ło­wał nie­fra­so­bli­wym to­nem za­ma­sko­wać róż­ni­ce zdań, ale kie­dy śmiał się z Mo­sleya, przy­po­mi­na­ło to śmiech dziec­ka po noc­nym kosz­ma­rze. Pro­wa­dzi­li dys­ku­sję zręcz­nie, choć bez więk­sze­go za­an­ga­żo­wa­nia - przy­po­mi­na­ło to po­je­dy­nek szer­mier­czy na stę­pio­ne szpa­dy.

Dick­ste­in spo­strzegł wresz­cie, że Cor­to­ne się nie od­zy­wa, za­czął więc opo­wia­dać o go­spo­da­rzu przy­ję­cia.

- Ste­phen Ash­ford jest może tro­chę eks­cen­trycz­ny - po­wie­dział - ale to na­praw­dę nie­tu­zin­ko­wy czło­wiek. Więk­szość ży­cia spę­dził na Bli­skim Wscho­dzie. Miał nie­wiel­ki ka­pi­tał, któ­ry prze­pu­ścił co do gro­sza. Od­wa­żył się na­wet wy­ru­szyć w po­dróż na wiel­błą­dzie przez całą Pu­sty­nię Arab­ską.

- To wca­le nie ta­kie strasz­ne sza­leń­stwo - za­uwa­żył Cor­to­ne.

- Żona pro­fe­so­ra jest Li­ban­ką - wtrą­cił Ro­stow.

Cor­to­ne spoj­rzał na Dick­ste­ina.

- Ona jest...

- Jest młod­sza od nie­go - do­koń­czył po­spiesz­nie Dick­ste­in. - Ash­ford przy­wiózł ją do An­glii tuż przed woj­ną i ob­jął ka­te­drę na wy­dzia­le se­mi­ty­sty­ki. Je­śli poda ci mar­sa­lę za­miast sher­ry, bę­dzie to znak, że pora się że­gnać.

- A go­ście o tym wie­dzą? - za­py­tał Cor­to­ne.

- Je­ste­śmy na miej­scu - oznaj­mił Dick­ste­in, igno­ru­jąc to py­ta­nie.

Cor­to­ne był pra­wie pe­wien, że dom oka­że się mau­re­tań­ską wil­lą. Uj­rzał jed­nak imi­ta­cję sty­lu elż­bie­tań­skie­go: bia­łe ścia­ny i zie­lo­ne bel­ko­wa­nie. Ogród od fron­tu przy­po­mi­nał dżun­glę. Trzej mło­dzi lu­dzie do­szli do domu wy­ło­żo­ną ka­mien­ny­mi pły­ta­mi dróż­ką. Za­sta­li uchy­lo­ne drzwi, któ­re pro­wa­dzi­ły do pro­sto­kąt­ne­go hal­lu. Z głę­bi domu do­bie­gał śmiech: przy­ję­cie już się za­czy­na­ło. Sa­lon znaj­do­wał się za dwu­skrzy­dło­wy­mi drzwia­mi, któ­re w tym mo­men­cie się roz­war­ły i uka­za­ła się w nich naj­pięk­niej­sza ko­bie­ta na świe­cie.

Cor­to­ne znie­ru­cho­miał. Po­że­rał ją wzro­kiem, kie­dy się zbli­ża­ła, by ich po­wi­tać.

- To mój przy­ja­ciel, Alan Cor­to­ne - usły­szał głos Dick­ste­ina i po­czuł do­tyk jej smu­kłej, śnia­dej ręki, cie­płej, su­chej i drob­nej. Nie miał­by nic prze­ciw­ko temu, żeby trwa­ło to wiecz­nie.

Ale ko­bie­ta od­wró­ci­ła się i wpro­wa­dzi­ła ich do sa­lo­nu. Dick­ste­in szturch­nął Cor­to­ne­go w ra­mię i wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu. Do­brze wie­dział, co dzie­je się w du­szy przy­ja­cie­la.

Cor­to­ne wy­mam­ro­tał:

- O rany!

Na ma­łym sto­le, w sze­re­gu, z woj­sko­wą pre­cy­zją usta­wio­no nie­wiel­kie kie­lisz­ki z sher­ry. Ko­bie­ta po­da­ła je­den Cor­to­ne­mu.

- Je­stem Eila Ash­ford - przed­sta­wi­ła się z uśmie­chem.

Cor­to­ne przy­pa­try­wał jej się z uwa­gą, kie­dy roz­da­wa­ła drin­ki. Jej uro­da nie po­trze­bo­wa­ła upięk­szeń: żad­ne­go ma­ki­ja­żu, pro­ste czar­ne wło­sy, bia­ła suk­nia i san­da­ły. W pew­nym sen­sie ta ko­bie­ta była jak­by naga i Cor­to­ne po­czuł się skrę­po­wa­ny, po­nie­waż kie­dy na nią pa­trzył, bu­dzi­ło się w nim zwie­rzę.

Spo­ro go kosz­to­wa­ło, by ode­rwać od niej oczy i ro­zej­rzeć się wo­kół. Sa­lon urzą­dzo­ny był ele­ganc­ko, ale bez dba­ło­ści o szcze­gó­ły, co jest ty­po­we dla lu­dzi, któ­rzy - we­dle wła­sne­go mnie­ma­nia - żyją na pew­nym po­zio­mie. Na obrze­żach kosz­tow­ne­go per­skie­go dy­wa­nu wi­dać było pod­ło­gę po­kry­tą sza­rym li­no­leum; na sto­li­ku sta­ło ra­dio, któ­re ktoś naj­wy­raź­niej na­pra­wiał, bo na bla­cie były po­roz­rzu­ca­ne czę­ści apa­ra­tu­ry; na ta­pe­tach od­ci­na­ły się pro­sto­ką­ty po zdję­tych ob­ra­zach; kil­ka kie­lisz­ków z sher­ry nie pa­so­wa­ło do kom­ple­tu. Co zaś do go­ści - było ich tu­taj oko­ło tu­zi­na.

Ja­kiś mło­dy Arab w ele­ganc­kim per­ło­wo­sza­rym gar­ni­tu­rze oglą­dał drew­nia­ne rzeź­by usta­wio­ne na gzym­sie ko­min­ka. Eila Ash­ford za­wo­ła­ła go.

- Chcę wam przed­sta­wić Ja­si­fa Ha­sa­na. To przy­ja­ciel mo­ich ro­dzi­ców - po­wie­dzia­ła. - Stu­diu­je w Wor­ce­ster Col­le­ge.

- Znam Dick­ste­ina - od­parł Ha­san i przy­wi­tał się ze wszyst­ki­mi.

Cor­to­ne po­my­ślał, że jest cał­kiem przy­stoj­ny jak na Ara­ba.

I wy­nio­sły - jak każ­dy Arab, któ­ry za­ro­bił tro­chę for­sy i bywa za­pra­sza­ny przez bia­łych.

- Pan z Li­ba­nu? - za­py­tał go Ro­stow.

- Z Pa­le­sty­ny.

- O! - oży­wił się Ro­stow. - I co pan są­dzi o oen­ze­tow­skim pla­nie po­dzia­łu Pa­le­sty­ny?

- Jest bez sen­su - od­rzekł tam­ten, ce­dząc sło­wa. - Bry­tyj­czy­cy mu­szą odejść, a wte­dy mój kraj sta­nie się de­mo­kra­tycz­nym pań­stwem.

- Ale wów­czas Ży­dzi będą mniej­szo­ścią - za­uwa­żył Ro­stow.

- W An­glii też są mniej­szo­ścią. Czy to ozna­cza, że po­win­ni otrzy­mać Sur­rey i urzą­dzić tam wła­sne pań­stwo?

- Sur­rey nig­dy do nich nie na­le­ża­ło, w prze­ci­wień­stwie do Pa­le­sty­ny.

Ha­san wzru­szył ra­mio­na­mi.

- To było wte­dy, gdy An­glią rzą­dzi­li Wa­lij­czy­cy, Niem­ca­mi An­gli­cy, a Skan­dy­na­wię za­miesz­ki­wa­li fran­cu­scy Nor­ma­no­wie. - Od­wró­cił się do Dick­ste­ina. - Pan ma po­czu­cie spra­wie­dli­wo­ści. Co pan o tym są­dzi?

Dick­ste­in zdjął oku­la­ry.

- Mniej­sza o spra­wie­dli­wość. Chciał­bym mieć ta­kie miej­sce, któ­re mógł­bym na­zwać swo­im wła­snym.

- Na­wet gdy­by mu­siał pan za­brać mi moje?

- Do pana może na­le­żeć cała resz­ta Bli­skie­go Wscho­du.

- Ale ja jej nie chcę.

- Ta dys­ku­sja do­wo­dzi, że po­dział jest nie­unik­nio­ny - uciął Ro­stow.

Kie­dy spie­ra­li się o Pa­le­sty­nę, Eila Ash­ford otwo­rzy­ła pacz­kę pa­pie­ro­sów. Cor­to­ne wziął jed­ne­go i po­dał Eili ognia.

- Dłu­go pan zna Dick­ste­ina? - spy­ta­ła.

- Spo­tka­li­śmy się w ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­stym trze­cim roku - od­parł, ob­ser­wu­jąc jej ciem­ne war­gi z pa­pie­ro­sem. Na­wet pa­lić po­tra­fi­ła pięk­nie.

- On mnie bar­dzo in­te­re­su­je - po­wie­dzia­ła i de­li­kat­nie zdję­ła okru­szek ty­to­niu z czub­ka ję­zy­ka.

- Dla­cze­go?

- Nie tyl­ko mnie. To prze­cież jesz­cze chło­piec, choć wy­glą­da tak sta­ro. Poza tym po­cho­dzi z kla­sy śred­niej, a by­najm­niej nie onie­śmie­la­ją go ci wszy­scy An­gli­cy z wyż­szych sfer.

Cor­to­ne po­ki­wał gło­wą.

- Wła­śnie stwier­dzi­łem, że tak na­praw­dę go nie znam.

- Mój mąż uwa­ża go za świet­ne­go stu­den­ta.

- Nat ura­to­wał mi ży­cie.

- Do­bry Boże! - Eila Ash­ford uważ­nie przyj­rza­ła się Cor­to­ne­mu. Była zdu­mio­na, że oka­zał się taki sen­ty­men­tal­ny, ale po­sta­no­wi­ła dać mu szan­sę. - Niech mi pan o tym opo­wie.

Ja­kiś męż­czy­zna w śred­nim wie­ku ubra­ny w luź­ne sztruk­so­we spodnie do­tknął jej pal­ców.

- No i jak tam, moja dro­ga?

- Świet­nie - od­po­wie­dzia­ła. - Pa­nie Cor­to­ne, to mój mąż, pro­fe­sor Ash­ford.

- Miło mi. - Cor­to­ne spoj­rzał na ły­si­nę męż­czy­zny i wy­jąt­ko­wo źle le­żą­ce ubra­nie. Spo­dzie­wał się ra­czej ko­goś w ty­pie słyn­ne­go puł­kow­ni­ka Law­ren­ce'a. Po­my­ślał, że Nat mimo wszyst­ko może mieć na­dzie­ję.

- Pan Cor­to­ne wła­śnie opo­wia­da mi, jak Nat Dick­ste­in ura­to­wał mu ży­cie.

- Do­praw­dy? - za­in­te­re­so­wał się Ash­ford.

- To nie­dłu­ga hi­sto­ria - po­wie­dział Cor­to­ne. Od­na­lazł wzro­kiem Dick­ste­ina, po­chło­nię­te­go roz­mo­wą z Ha­sa­nem i Ro­sto­wem. (Już z sa­mych ich po­staw moż­na było od­czy­tać, ja­kie każ­dy z tej trój­ki żywi prze­ko­na­nia. Ro­stow: sze­ro­ko roz­sta­wio­ne nogi, pa­lec unie­sio­ny w górę, jak­by był na­uczy­cie­lem, nie­złom­na wia­ra w do­gma­ty. Ha­san: opar­ty o bi­blio­tecz­kę, ręka w kie­sze­ni, pa­pie­ros w ustach - po­sta­wa wy­ra­ża­ją­ca zde­cy­do­wa­ny dy­stans do tej mię­dzy­na­ro­do­wej de­ba­ty nad przy­szło­ścią jego kra­ju jako do czy­sto aka­de­mic­kich roz­wa­żań. Dick­ste­in: skrzy­żo­wa­ne na pier­siach ręce, gło­wa po­chy­lo­na w sku­pie­niu i przy­gar­bio­ne ple­cy, ujaw­nia­ją­ce na­pię­cie ab­so­lut­nie sprzecz­ne z bez­na­mięt­nym to­nem jego gło­su. - Bry­tyj­czy­cy obie­ca­li Ży­dom Pa­le­sty­nę - usły­szał głos jed­ne­go z nich. - Strzeż się po­da­run­ków od zło­dzie­ja - zri­po­sto­wał na­tych­miast dru­gi). Od­wró­cił się do Ash­for­dów. - Było to na Sy­cy­lii, nie­da­le­ko gór­skie­go mia­stecz­ka Ra­gu­sa - za­czął opo­wia­dać. - Zdo­by­wa­li­śmy umoc­nie­nia na jego pe­ry­fe­riach. W nie­wiel­kiej do­li­nie, na pół­noc od mia­stecz­ka, tuż przy kę­pie drzew na­tknę­li­śmy się na nie­miec­ki czołg. Wy­glą­dał jak po­rzu­co­ny, ale na wszel­ki wy­pa­dek wrzu­ci­łem do środ­ka gra­nat. Wte­dy roz­legł się po­je­dyn­czy strzał i z drze­wa zwa­lił się Nie­miec z au­to­ma­tem. Ukrył się tam, żeby nas po­wy­strze­lać, gdy bę­dzie­my go mi­ja­li. Czło­wie­kiem, któ­ry go za­bił, był Nat Dick­ste­in.

Oczy Eili za­iskrzy­ły się z pod­nie­ce­nia, ale jej mąż zbladł. Ja­sne, pro­fe­so­ro­wi nie w smak ta­kie ka­wał­ki o ży­ciu i śmier­ci, po­my­ślał Cor­to­ne. Je­śli na­wet to cię zi­ry­to­wa­ło, pap­ciu, le­piej, żeby Nat nie opo­wia­dał ci nig­dy o swo­ich prze­ży­ciach.

- Bry­tyj­czy­cy po­de­szli z dru­giej stro­ny - cią­gnął. - Nat za­uwa­żył czołg - tak jak i ja - ale zwie­trzył za­sadz­kę. Tra­fił snaj­pe­ra i wy­pa­try­wał in­nych, kie­dy­śmy się zbie­ra­li do od­jaz­du. Gdy­by nie był tak cho­ler­nie szyb­ki, już bym nie żył.

Mil­cze­li przez chwi­lę.

- To prze­cież było cał­kiem nie­daw­no, a my tak szyb­ko za­po­mi­na­my - ode­zwał się Ash­ford.

Eila przy­po­mnia­ła so­bie o in­nych go­ściach.

- Chcia­ła­bym jesz­cze z pa­nem po­roz­ma­wiać, za­nim pan wyj­dzie - po­wie­dzia­ła do Cor­to­ne­go i po­de­szła do drzwi pro­wa­dzą­cych do ogro­du.

Ash­ford gła­dził ner­wo­wo rzad­kie wło­sy za usza­mi.

- Opi­nia pu­blicz­na do­wia­du­je się o wiel­kich bi­twach - za­uwa­żył - lecz są­dzę, że żoł­nierz naj­le­piej pa­mię­ta ta­kie wła­śnie drob­ne po­tycz­ki, w któ­rych sam uczest­ni­czył.

Cor­to­ne ski­nął gło­wą. Po­my­ślał, że Ash­ford nie ma zie­lo­ne­go po­ję­cia o woj­nie, i za­sta­na­wiał się, czy mło­dość pro­fe­so­ra była rze­czy­wi­ście tak awan­tur­ni­cza, jak to przed­sta­wił Dick­ste­in.

- Po­tem wzią­łem go ze sobą - mó­wił da­lej - żeby po­znał mo­ich krew­nych. Po­cho­dzę z Sy­cy­lii. Je­dli­śmy spa­ghet­ti i pi­li­śmy wino. Trak­to­wa­li Nata jak bo­ha­te­ra. To trwa­ło tyl­ko kil­ka dni, ale czu­li­śmy się jak bra­cia, ro­zu­mie pan?

- Oczy­wi­ście.

- Kie­dy usły­sza­łem, że do­stał się do nie­wo­li, po­my­śla­łem, że już go nig­dy nie zo­ba­czę.

- Czy pan wie, co się z nim dzia­ło? - spy­tał Ash­ford. - Nie mó­wił o so­bie zbyt wie­le.

- Prze­żył obóz.

- Miał szczę­ście.

- Tak pan my­śli?

Ash­ford roz­glą­dał się przez dłuż­szą chwi­lę po po­ko­ju.

- Wie pan, to nie jest ty­po­wo oks­fordz­kie to­wa­rzy­stwo - po­wie­dział w koń­cu. - Dick­ste­in, Ro­sto­wi Ha­san są ra­czej nie­co­dzien­ny­mi stu­den­ta­mi. Po­wi­nien pan po­znać Toby'ego. To praw­dzi­wy, kla­sycz­ny stu­dent. - Po­chwy­cił spoj­rze­nie ru­mia­ne­go mło­dzień­ca w twe­edo­wym ubra­niu i bar­dzo sze­ro­kim kra­wa­cie. - Toby, chodź tu do nas, po­znaj pana: to to­wa­rzysz bro­ni Nata Dick­ste­ina, pan Cor­to­ne.

Toby przy­wi­tał się.

- Czyż­bym miał szan­sę usły­szeć ja­kąś plot­kę pro­sto ze staj­ni? - za­py­tał ob­ce­so­wo. - Czy Dick­ste­in wy­gra?

- Co wy­gra? - spy­tał Cor­to­ne.

- Dick­ste­in i Ro­stow mają ro­ze­grać mecz sza­cho­wy - po­śpie­szył z wy­ja­śnie­niem Ash­ford. - Pa­nu­je opi­nia, że obaj są pie­kiel­nie do­brzy. Toby są­dzi, że ma pan ja­kieś in­for­ma­cje z pierw­szej ręki. Naj­pew­niej już chce przyj­mo­wać za­kła­dy.

- My­śla­łem, że sza­chy to sport dla eme­ry­tów - oświad­czył Cor­to­ne.

Toby wes­tchnął z dez­apro­ba­tą i opróż­nił swo­ją szklan­kę. Obaj, on i Ash­ford, wy­da­wa­li się za­kło­po­ta­ni uwa­gą Cor­to­ne­go. Sy­tu­ację ura­to­wa­ła dziew­czyn­ka - czte­ro-, może pię­cio­let­nia - któ­ra przy­szła z ogro­du z bu­rym ko­tem na rę­kach.

- To jest Suza - po­wie­dział Ash­ford z mie­sza­ni­ną dumy i po­ko­ry w gło­sie, jak każ­dy męż­czy­zna, któ­ry zo­stał oj­cem w śred­nim wie­ku.

- A to Eze­chiasz - przed­sta­wi­ła wszyst­kim kota dziew­czyn­ka. Mia­ła cerę i wło­sy mat­ki. Kie­dyś bę­dzie tak samo pięk­na. Cor­to­ne za­sta­na­wiał się, czy na­praw­dę jest cór­ką Ash­for­da. Jej uro­da na to nie wska­zy­wa­ła.

- Jak się masz, Eze­chia­szu? - za­py­tał i uprzej­mie uści­snął łapę ko­cu­ra.

Suza po­de­szła do Dick­ste­ina.

- Dzień do­bry, Nat. Chcesz się po­ba­wić z Eze­chia­szem?

- Jest bar­dzo ład­na - po­wie­dział Cor­to­ne do Ash­for­da. - Ale pan wy­ba­czy, mu­szę po­ga­dać z Na­tem - oświad­czył i pod­szedł do Dick­ste­ina, któ­ry klę­czał i gła­skał kota.

Nat i Suza wy­glą­da­li na do­brych kum­pli.

- Suza, to mój przy­ja­ciel Alan - do­ko­nał pre­zen­ta­cji Nat.

- My się już zna­my. - Dziew­czyn­ka za­trze­po­ta­ła rzę­sa­mi. Cor­to­ne po­my­ślał, że mu­sia­ła się tego na­uczyć od mat­ki.

- By­li­śmy ra­zem na woj­nie - do­dał Dick­ste­in.

Suza spoj­rza­ła na Cor­to­ne­go.

- Czy za­bi­ja­łeś lu­dzi?

Wa­hał się przez chwi­lę, w koń­cu jed­nak od­parł:

- Oczy­wi­ście.

- I to cię drę­czy?

- Nie­spe­cjal­nie. To byli źli lu­dzie.

- Ale Nata to drę­czy. Dla­te­go nie lubi o tym mó­wić.

To dziec­ko wie­dzia­ło o Dick­ste­inie wię­cej niż wszy­scy do­ro­śli.

Kot zwin­nie wy­śli­znął się z rąk Suzy, więc po­bie­gła za nim, zo­sta­wiw­szy Dick­ste­ina i Cor­to­na.

- Nie po­wie­dział­bym, żeby pani Ash­ford była nie do zdo­by­cia - oświad­czył Cor­to­ne.

- Nie po­wie­dział­byś...?

- Nie ma wię­cej niż dwa­dzie­ścia pięć lat. On jest przy­najm­niej o dwa­dzie­ścia lat star­szy i za­ło­żę się, że ża­den z nie­go pi­sto­let. Je­śli po­bra­li się przed woj­ną, mu­sia­ła mieć ja­kieś sie­dem­na­ście lat. Poza tym nie wy­glą­da­ją na za­ko­cha­nych.

- Chciał­bym ci wie­rzyć - mruk­nął Dick­ste­in. Nie wy­da­wał się zbyt­nio za­in­te­re­so­wa­ny tym te­ma­tem. - Chodź, obej­rzysz ogród.

Wy­szli przez oszklo­ne drzwi. Na dwo­rze słoń­ce świe­ci­ło moc­niej i mi­nął już ostry chłód. Ogród przy­po­mi­nał zie­lo­no­brą­zo­wą pusz­czę i cią­gnął się aż do brze­gu rze­ki. Ode­szli ka­wa­łek od domu.

- Nie spodo­ba­ło ci się zbyt­nio to to­wa­rzy­stwo - stwier­dził Dick­ste­in.

- Woj­na się skoń­czy­ła - od­parł Cor­to­ne. - Te­raz każ­dy z nas żyje w in­nym świe­cie. Ci pro­fe­so­ro­wie, par­tie sza­chów, przy­ję­cia z sher­ry... Rów­nie do­brze mógł­bym tra­fić na Mar­sa. Moje ży­cie to ro­bie­nie in­te­re­sów, wal­ka z kon­ku­ren­cją, za­ra­bia­nie pie­nię­dzy. Za­mie­rza­łem za­pro­po­no­wać ci ro­bo­tę, ale chy­ba tra­cę czas.

- Alan...

- Po­słu­chaj, do dia­bła. Praw­do­po­dob­nie stra­ci­my te­raz kon­takt. Nie bar­dzo na­da­ję się do pi­sa­nia li­stów. Ale nie za­po­mnę, że za­wdzię­czam ci ży­cie. Może kie­dyś bę­dziesz cze­goś po­trze­bo­wał. Wiesz, jak mnie zna­leźć.

Sta­li za roz­ro­śnię­tym ży­wo­pło­tem, któ­ry od­gra­dzał róg ogro­du; miał tu kie­dyś po­wstać cały la­bi­rynt, ale prac nie do­koń­czo­no. Kil­ka kro­ków da­lej ścia­na zie­le­ni za­ła­my­wa­ła się pod ką­tem pro­stym, wy­ty­cza­jąc pro­me­na­dę bie­gną­cą wzdłuż rze­ki. Na­gle usły­sze­li ni­ski, gar­dło­wy głos ko­bie­ty, do­bie­ga­ją­cy nie­wąt­pli­wie z tam­tej stro­ny za­ro­śli:

- Po­wie­dzia­łam "nie"! Idź do dia­bła, bo za­cznę krzy­czeć.

Dick­ste­in i Cor­to­ne pod­bie­gli do luki w ży­wo­pło­cie.

Cor­to­ne nig­dy nie za­po­mni tego wi­do­ku. Po­czuł, jak bled­nie, gdy zo­ba­czył tych dwo­je lu­dzi, a po­tem uj­rzał twarz Dick­ste­ina. Była sza­ra, jak twarz cięż­ko cho­re­go. Jego otwar­te usta wy­ra­ża­ły prze­ra­że­nie i roz­pacz. Cor­to­ne jesz­cze raz spoj­rzał w stro­nę krza­ków.

Ko­bie­tą w ogro­dzie była Eila Ash­ford. Mia­ła su­kien­kę pod­wi­nię­tą do pasa, a twarz za­ru­mie­nio­ną pod­nie­ce­niem. Ca­ło­wa­ła Ja­si­fa Ha­sa­na.

1

Me­ga­fon na lot­ni­sku ka­ir­skim za­brzę­czał jak dzwo­nek u drzwi, po czym za­po­wie­dzia­no po arab­sku, wło­sku, fran­cu­sku i an­giel­sku przy­lot sa­mo­lo­tu li­nii Ali­ta­lia z Me­dio­la­nu. To­ufik el-Ma­si­ri wstał od sto­li­ka w ba­rze i skie­ro­wał się na ta­ras. Za­ło­żył ciem­ne oku­la­ry, bez któ­rych trud­no by mu było pa­trzeć na roz­mi­go­ta­ną pły­tę lot­ni­ska. Ca­ra­vel­le znaj­do­wa­ła się już na zie­mi i ko­ło­wa­ła.

Spro­wa­dzi­ła go tu de­pe­sza. Przy­szła rano od "wuj­ka" z Rzy­mu i była za­szy­fro­wa­na. Pra­wo do uży­wa­nia szy­fru w te­le­gra­mach mię­dzy­na­ro­do­wych mają wszyst­kie fir­my, któ­re klucz do nie­go zde­po­nu­ją w urzę­dzie pocz­to­wym. Po­słu­gi­wa­no się szy­fra­mi co­raz czę­ściej, głów­nie ze wzglę­dów oszczęd­no­ścio­wych - za­miast peł­nych zdań uży­wa­no po­je­dyn­czych słów - a nie w celu za­cho­wa­nia ta­jem­ni­cy. De­pe­sza do To­ufi­ka zgod­nie z re­je­strem szy­frów po­da­wa­ła szcze­gó­ły te­sta­men­tu jego zmar­łej ciot­ki. To­ufik miał jed­nak inny klucz, we­dług któ­re­go wia­do­mość brzmia­ła na­stę­pu­ją­co:

OB­SER­WUJ PRO­FE­SO­RA FRIE­DRI­CHA SCHUL­ZA STOP PRZY­LOT DO KA­IRU Z ME­DIO­LA­NU W ŚRO­DĘ 28 LU­TE­GO NA KIL­KA DNI STOP WIEK 51 WZROST 5 STÓP I 7 CALI WAGA 150 FUN­TÓW WŁO­SY JA­SNE OCZY NIE­BIE­SKIE STOP NA­RO­DO­WOŚĆ AU­STRIAC­KA STOP TO­WA­RZY­SZY MU TYL­KO ŻONA STOP.

Nie­ba­wem z sa­mo­lo­tu za­czę­li wy­cho­dzić pa­sa­że­ro­wie i To­ufik nie­mal na­tych­miast wy­pa­trzył opi­sa­ne­go w de­pe­szy męż­czy­znę. Wśród wy­cho­dzą­cych był tyl­ko je­den wy­so­ki szczu­pły blon­dyn. Miał na so­bie ja­sno­nie­bie­ski gar­ni­tur, bia­łą ko­szu­lę i kra­wat, niósł pla­sti­ko­wą tor­bę ze skle­pu wol­no­cło­we­go oraz apa­rat fo­to­gra­ficz­ny. Obok szła żona, o wie­le niż­sza, w mod­nej su­kien­ce mini i blond pe­ru­ce. Szli przez pły­tę lot­ni­ska, roz­glą­da­li się i wdy­cha­li cie­płe i su­che pu­styn­ne po­wie­trze, jak robi to więk­szość lu­dzi, któ­rzy po raz pierw­szy od­wie­dza­ją Afry­kę Pół­noc­ną.

Pa­sa­że­ro­wie po­wo­li zni­ka­li w hali przy­lo­tów. To­ufik stał na ta­ra­sie do­pó­ty, do­pó­ki z sa­mo­lo­tu nie za­czę­to wy­ła­do­wy­wać ba­ga­ży. Do­pie­ro wte­dy wszedł do hali i wmie­szał się w gru­pę lu­dzi cze­ka­ją­cych z dru­giej stro­ny ba­rier­ki.

Nie zno­sił cze­ka­nia. Była to umie­jęt­ność, któ­rej po pro­stu nie po­tra­fił opa­no­wać. Uczo­no go strze­la­nia, za­pa­mię­ty­wa­nia map, otwie­ra­nia sej­fów i za­bi­ja­nia lu­dzi go­ły­mi rę­ka­mi - wszyst­ko to w cią­gu pierw­szych sze­ściu mie­się­cy szko­le­nia. Kurs nie obej­mo­wał jed­nak wy­kła­dów na te­mat cier­pli­wo­ści, ćwi­czeń za­po­bie­ga­ją­cych mro­wie­niu nóg i se­mi­na­riów o nu­dzie. Tym­cza­sem in­stynkt pod­po­wia­dał mu, że coś tu­taj śmier­dzi. W tłu­mie pa­sa­że­rów znaj­do­wał się inny agent.

W gło­wie To­ufi­ka za­pa­li­ło się świa­teł­ko alar­mo­we. Nadal roz­wa­żał pro­blem cier­pli­wo­ści. Lu­dzie ocze­ku­ją­cy krew­nych, przy­ja­ciół czy wspól­ni­ków pa­li­li pa­pie­ro­sy, prze­stę­po­wa­li z nogi na nogę, wy­cią­ga­li szy­je, nie mo­gli so­bie zna­leźć miej­sca. Sta­ła tam ro­dzi­na z czwor­giem dzie­ci, dwóch Ara­bów w tra­dy­cyj­nych ga­la­bi­jach, biz­nes­men w ciem­nym gar­ni­tu­rze, mło­da bia­ła ko­bie­ta, kie­row­ca ze znacz­kiem Ford Mo­tor Com­pa­ny i...

...sa­mot­ny męż­czy­zna. On je­den był spo­koj­ny.

Po­dob­nie jak To­ufik, miał ciem­ną skó­rę, krót­kie wło­sy i no­sił się po eu­ro­pej­sku. Na pierw­szy rzut oka ro­bił wra­że­nie ty­po­we­go przed­sta­wi­cie­la kla­sy śred­niej. Przy­pad­ko­wy ob­ser­wa­tor mógł­by go wziąć za biz­nes­me­na, po­dob­nie jak To­ufi­ka.

Stał swo­bod­nie, z rę­ka­mi za­ło­żo­ny­mi do tyłu, wpa­trzo­ny w wyj­ście z hal­lu ba­ga­żo­we­go. Nie przy­cią­gał ni­czy­jej uwa­gi. Wzdłuż jego nosa bie­gła ja­sna li­nia, jak­by daw­na bli­zna, któ­rej raz do­tknął ner­wo­wym ge­stem, ale za­raz znów scho­wał rękę za ple­cy.

To­ufi­ka drę­czy­ło py­ta­nie, czy tam­ten już go za­uwa­żył. Od­wró­cił się do sto­ją­ce­go za nim biz­nes­me­na.

- Nie ro­zu­miem, dla­cze­go to za­wsze tak dłu­go trwa.

Uśmie­chał się i mó­wił spo­koj­nie, więc za­gad­nię­ty przy­su­nął się bli­żej.

- For­mal­no­ści za­bie­ra­ją wię­cej cza­su niż sam lot - stwier­dził, od­wza­jem­nia­jąc uśmiech. Wy­glą­da­li jak dwaj wspól­ni­cy za­ję­ci swo­imi spra­wa­mi.

To­ufik zno­wu zer­k­nął na agen­ta. Męż­czy­zna stał wciąż w tej sa­mej po­zy­cji i spo­glą­dał w stro­nę wyj­ścia. Nie si­lił się na ża­den ka­mu­flaż. Czy mia­ło to zna­czyć, że za­uwa­żył To­ufi­ka? A może oba­wiał się, że wła­śnie ka­mu­fla­żem może się zdra­dzić?

Pa­sa­że­ro­wie za­czę­li już wy­cho­dzić i To­ufik uświa­do­mił so­bie, że ma nie­wiel­kie pole ma­new­ru. Ży­wił na­dzie­ję, że oso­by, któ­rych ocze­ku­je agent, opusz­czą halę przed pro­fe­so­rem Schul­zem i że nie o nie­go tu cho­dzi.

Tak się jed­nak nie sta­ło. Schulz i jego żona prze­kro­czy­li ba­rier­kę ra­zem z pierw­szą grup­ką po­dróż­nych go­to­wych do wyj­ścia.

Agent pod­szedł do nich i uści­snął im ręce.

A więc wszyst­ko ja­sne.

Przy­był tu po to, by spo­tkać się z Schul­zem.

To­ufik uważ­nie ob­ser­wo­wał, jak przy­wo­łu­je ba­ga­żo­wych i od­pro­wa­dza Schul­zów, a na­stęp­nie wy­mknął się in­ny­mi drzwia­mi do swo­je­go sa­mo­cho­du. Za­nim wsiadł, zdjął ma­ry­nar­kę i kra­wat, po czym wło­żył ciem­ne oku­la­ry i bia­łą ba­weł­nia­ną czap­kę. Te­raz nikt nie po­wi­nien roz­po­znać w nim czło­wie­ka, któ­ry ko­goś śle­dził.

Za­kła­dał, że agent za­par­ko­wał wóz nie­co da­lej od głów­ne­go wyj­ścia, i ru­szył w tam­tą stro­nę. Nie po­my­lił się. Zo­ba­czył, że ba­ga­żo­wi ła­du­ją wa­liz­ki Schul­zów do pię­cio­let­nie­go sza­re­go mer­ce­de­sa. Mi­nął go i po­je­chał da­lej.

Skie­ro­wał swo­je brud­ne re­nault na głów­ną au­to­stra­dę, pro­wa­dzą­cą z He­lio­po­lis, gdzie znaj­do­wa­ło się lot­ni­sko, do Ka­iru. Je­chał sześć­dzie­siąt­ką, trzy­ma­jąc się naj­mniej za­tło­czo­ne­go pasa. Sza­ry mer­ce­des mi­nął go parę mi­nut póź­niej, więc przy­śpie­szył, by nie stra­cić go z oczu. Za­pa­mię­tał jego nu­mer, co za­wsze się przy­da­je, gdy trze­ba roz­po­znać sa­mo­cho­dy prze­ciw­ni­ka.

Za­czę­ło się chmu­rzyć. To­ufik su­nął au­to­stra­dą wy­sa­dza­ną z obu stron pal­ma­mi i za­sta­na­wiał się, co tu jest gra­ne. De­pe­sza nie mó­wi­ła o Schul­zu nic prócz tego, jak wy­glą­da, i że jest au­striac­kim na­ukow­cem. Co­kol­wiek by o tym są­dzić, spo­tka­nie na lot­ni­sku mu­sia­ło mieć ja­kieś zna­cze­nie. Wy­glą­da­ło jak se­kret­ne po­wi­ta­nie waż­nej oso­bi­sto­ści. Agent nie­wąt­pli­wie po­cho­dzi stąd, są­dząc po wy­glą­dzie, sa­mo­cho­dzie i spo­so­bie za­cho­wa­nia. Schultz przy­le­ciał z pew­no­ścią na za­pro­sze­nie rzą­du, któ­ry sta­ra się utrzy­mać tę wi­zy­tę w ta­jem­ni­cy.

Ale to było wszyst­ko. To­ufik na­wet nie wie­dział, czym zaj­mu­je się pro­fe­sor Schulz. Może jest fi­nan­si­stą, pro­du­cen­tem bro­ni, spe­cja­li­stą w dzie­dzi­nie ra­kiet albo han­dlu­je ba­weł­ną, choć rów­nie do­brze mógł­by mieć po­wią­za­nia z Al-Fa­tah; krót­ko mó­wiąc, nie wy­glą­da na by­łe­go hi­tle­row­ca. Wszyst­ko jed­nak jest moż­li­we.

Naj­wy­raź­niej Tel Awiw nie uwa­żał Schul­za za ni­ko­go waż­ne­go. W prze­ciw­nym ra­zie nie po­słu­żo­no by się mło­dym i nie­do­świad­czo­nym To­ufi­kiem. Być może za­da­nie mia­ło cha­rak­ter ćwi­czeb­ny.

W Ka­irze, na Sza­ri Ram­zes, To­ufik zmniej­szył dy­stans, już tyl­ko je­den po­jazd dzie­lił go od mer­ce­de­sa. Sza­ry wóz skrę­cił w pra­wo, w Ko­misz an-Nil, prze­ciął rze­kę mo­stem 26 Lip­ca i do­tarł do dziel­ni­cy Za­ma­lek na wy­spie Dża­zi­ra.

Ruch się zmniej­szył; była to bo­ga­ta, spo­koj­na dziel­ni­ca i To­ufik za­czął się oba­wiać, że agent za kie­row­ni­cą mer­ce­de­sa może go ła­two do­strzec. Od­cze­kał dwie mi­nu­ty, aż inny sa­mo­chód skrę­cił w wil­lo­wą uli­cę przy Klu­bie Ofi­cer­skim i za­trzy­mał się przed ele­ganc­kim bu­dyn­kiem z drze­wa­mi dża­ka­ran­dy w ogro­dzie. Na­tych­miast ru­szył jego śla­dem, po czym sta­nął za nim, wy­sko­czył z sa­mo­cho­du i po­biegł do rogu. Zo­ba­czył agen­ta i Schul­zów, wcho­dzą­cych do bu­dyn­ku. Za nimi po­dą­żał do­zor­ca w ga­la­bii, dźwi­ga­jąc ba­ga­że.

To­ufik zlu­stro­wał uli­cę. Nie było na niej ni­ko­go. Wró­cił do sa­mo­cho­du i za­par­ko­wał go po­mię­dzy dwo­ma in­ny­mi wo­za­mi, po tej sa­mej stro­nie, po któ­rej stał mer­ce­des.

Pół go­dzi­ny póź­niej agent wy­szedł. Sam. Wsiadł do sa­mo­cho­du i od­je­chał.

To­ufik przy­go­to­wał się do dłu­gie­go cze­ka­nia.

Przez dwa dni nie dzia­ło się nic szcze­gól­ne­go.

W tym cza­sie Schul­zo­wie uda­wa­li tu­ry­stów, co chy­ba bar­dzo im się po­do­ba­ło. Pierw­sze­go wie­czo­ru zje­dli ko­la­cję w noc­nym klu­bie, gdzie po­dzi­wia­li ta­niec brzu­cha. Na­stęp­ne­go dnia za­li­czy­li pi­ra­mi­dy i Sfink­sa, lunch u Grop­pie­go i ko­la­cję w Hil­to­nie. Dzi­siaj - był to już trze­ci dzień ich po­by­tu w Egip­cie - wsta­li wcze­śnie rano i po­je­cha­li tak­sów­ką do me­cze­tu Ibn Tu­lu­na.

To­ufik zo­sta­wił sa­mo­chód w po­bli­żu Gay­er-An­der­son Mu­seum i śle­dził ich na pie­cho­tę. Na me­czet za­le­d­wie rzu­ci­li okiem i za­raz po­tem uda­li się w kie­run­ku wschod­nim, na Sza­ri an-Sa­li­bah. Za­in­te­re­so­wa­ły ich tu fon­tan­ny i bu­dyn­ki, mrocz­ne wnę­trza skle­pi­ków oraz ko­bie­ty ku­pu­ją­ce na stra­ga­nach ce­bu­lę, pieprz i wiel­błą­dzie ko­py­ta.

Przy skrzy­żo­wa­niu za­trzy­ma­li się i we­szli do her­ba­ciar­ni. Gdy byli w środ­ku, To­ufik po­dzi­wiał re­lie­fy ba­ro­ko­wej se­bi­li - kry­tej da­chem fon­tan­ny z ażu­ro­wy­mi okna­mi ku­ty­mi w me­ta­lu. Zmi­trę­żył też tro­chę cza­su przy czte­rech ogrom­nych, nie­kształt­nych po­mi­do­rach, któ­re ku­po­wał u bo­se­go stra­ga­nia­rza w bia­łej czap­ce, nie spusz­cza­jąc oka z her­ba­ciar­ni.

Kie­dy Schul­zo­wie w koń­cu wy­szli stam­tąd, skie­ro­wa­li się na pół­noc. To­ufik nadal ich śle­dził. Wy­glą­da­ło to te­raz bar­dziej na­tu­ral­nie, bo mógł uda­wać ko­goś, kto po pro­stu so­bie spa­ce­ru­je: raz szedł przed nimi, in­nym ra­zem zo­sta­wał z tyłu. Frau Schulz ku­pi­ła pan­to­fle i zło­tą bran­so­let­kę i za­pła­ci­ła pół­na­gie­mu dziec­ku wy­gó­ro­wa­ną cenę za ga­łąz­kę mię­ty. To­ufik, cią­gle za­cho­wu­jąc wła­ści­wą od­le­głość, zdą­żył wy­pić w ka­wiar­ni "U Na­si­fa" fi­li­żan­kę moc­nej gorz­kiej kawy po tu­rec­ku.

Z uli­cy tar­go­wej skrę­ci­li na suk - czy­li ba­zar - z wy­ro­ba­mi ze skó­ry. Schulz spoj­rzał na ze­ga­rek i po­wie­dział coś do żony - To­ufik po raz pierw­szy po­czuł lek­ki dresz­czyk nie­po­ko­ju - po czym obo­je nie­znacz­nie przy­śpie­szy­li kro­ku i we­szli w uli­cę Bab Zu­wej­la, pro­wa­dzą­cą do śród­mie­ścia.

Na chwi­lę pole ob­ser­wa­cji za­sło­nił To­ufi­ko­wi osioł cią­gną­cy wó­zek pe­łen sło­ików po­za­ty­ka­nych pa­pie­rem. Kie­dy prze­je­chał, Schulz że­gnał się z żoną i wsia­dał do sza­re­go mer­ce­de­sa.

To­ufik za­klął w du­chu.

Drzwicz­ki trza­snę­ły i wóz ru­szył. Frau Schulz ma­cha­ła na po­że­gna­nie. To­ufik po­pa­trzył na ta­bli­cę re­je­stra­cyj­ną. To był ten sam sa­mo­chód, któ­ry śle­dził od He­lio­po­lis; wła­śnie od­jeż­dżał; skrę­cał w lewo, na za­chód, w kie­run­ku Sza­ri Port Said.

To­ufik od­wró­cił się i za­po­mi­na­jąc o Frau Schulz, rzu­cił się pę­dem przed sie­bie.

Spa­cer Schul­zów trwał wpraw­dzie go­dzi­nę, ale nie prze­szli wię­cej niż milę. To­ufik w mgnie­niu oka prze­biegł przez suk, klu­cząc mię­dzy stra­ga­na­mi, po­trą­ca­jąc dwo­je lu­dzi - męż­czy­znę i ko­bie­tę ubra­nych na czar­no - i gu­biąc po dro­dze tor­bę z po­mi­do­ra­mi w zde­rze­niu z Nu­bij­czy­kiem za­mia­ta­ją­cym uli­cę, do­padł swo­je­go sa­mo­cho­du za­par­ko­wa­ne­go przy mu­zeum.

Usiadł za kie­row­ni­cą, cięż­ko dy­sząc i czu­jąc kłu­cie w boku. Za­pa­lił sil­nik i peł­nym ga­zem po­mknął na skró­ty w kie­run­ku Sza­ri Port Said.

Ruch nie był duży. To­ufik, zna­la­zł­szy się na głów­nej dro­dze, spo­dzie­wał się nie­ba­wem uj­rzeć mer­ce­de­sa. Je­chał wciąż na po­łu­dnio­wy za­chód przez wy­spę Roda, most i au­to­stra­dę Giza.

Gdy­by Schulz wie­dział, że cią­gnie za sobą ogon i chciał się go po­zbyć, zro­bił­by to już daw­no, po­my­ślał To­ufik. Po pro­stu od­był po­ran­ny spa­cer, za­nim udał się na punkt kon­tak­to­wy. Za­rów­no miej­sce spo­tka­nia, jak i prze­chadz­ka po tar­gu zo­sta­ły za­pla­no­wa­ne przez agen­ta - co do tego To­ufik nie miał wąt­pli­wo­ści.

Do­kąd­kol­wiek Schulz zmie­rzał, wy­glą­da­ło na to, że opusz­cza mia­sto - in­a­czej przy Bab Zu­wej­la wziął­by tak­sów­kę; Bab Zu­wej­la to głów­na uli­ca wy­lo­to­wa, pro­wa­dzą­ca w kie­run­ku za­chod­nim. To­ufik je­chał bar­dzo szyb­ko. Wkrót­ce miał przed sobą już tyl­ko sza­rą dro­gę pro­stą jak strza­ła, żół­ty pia­sek po bo­kach i błę­kit­ne nie­bo nad gło­wą.

Do­tarł do pi­ra­mid, ale wciąż jesz­cze nie wi­dział mer­ce­de­sa. Dro­ga roz­wi­dla­ła się tu­taj: na pół­noc do Alek­san­drii i na po­łu­dnie do Fa­jum. Są­dząc jed­nak po miej­scu, z któ­re­go mer­ce­des za­brał Schul­za, nie wy­da­wa­ło się, by mie­li je­chać do Alek­san­drii. To­ufik ru­szył w stro­nę Fa­jum.

W koń­cu za­uwa­żył przed sobą ja­kiś sa­mo­chód ja­dą­cy z dużą szyb­ko­ścią. Ale za­nim się zbli­żył, wóz skrę­cił w pra­wo i zje­chał z głów­nej szo­sy. To­ufik przy­ha­mo­wał i za­wró­cił. Sa­mo­chód był już o milę da­lej. To­ufik ru­szył za nim.

Ro­bi­ło się nie­bez­piecz­nie. Dro­ga pro­wa­dzi­ła w głąb Pu­sty­ni Za­chod­niej, być może aż do pól naf­to­wych Kat­ta­ry. Wy­glą­da­ła na rzad­ko uczęsz­cza­ną, a sil­ny wiatr ła­two mógł za­sy­pać ją pia­chem. Agent w mer­ce­de­sie z pew­no­ścią zda­wał so­bie spra­wę z tego, że jest śle­dzo­ny. Je­śli był do­brym agen­tem, po­wi­nien sko­ja­rzyć syl­wet­kę re­naul­ta z jaz­dą z He­lio­po­lis.

Wszel­kie sztucz­ki i cały ka­mu­flaż nie mia­ły już te­raz sen­su.

Sko­ro się już zła­pa­ło ślad fa­ce­ta, nie­waż­ne, czy wi­dział cię wcze­śniej, czy nie, cho­dzi­ło tyl­ko o to, żeby się do­wie­dzieć, do­kąd je­dzie. Je­śli so­bie z tym nie po­ra­dzisz, je­steś do ni­cze­go.

To­ufik za­nie­chał wszel­kich środ­ków ostroż­no­ści i rzu­cił się w po­goń, wkrót­ce jed­nak stra­cił tam­tych z oczu.

Mer­ce­des był szyb­szy i le­piej przy­sto­so­wa­ny do jaz­dy po wą­skiej, wy­bo­istej dro­dze. To­ufik miał jed­nak na­dzie­ję, że tam­ci się gdzieś za­trzy­ma­ją albo przy­najm­niej osią­gną wresz­cie cel swej po­dró­ży.

Na czter­dzie­stej mili za­czął się mar­twić, czy star­czy mu ben­zy­ny, ale tra­fił na nie­wiel­ką oazę u skrzy­żo­wa­nia dróg. Wo­kół za­mu­lo­ne­go ba­jo­ra pa­sło się kil­ka wy­chu­dzo­nych ba­wo­łów. Sło­ik z fa­so­lą i trzy pusz­ki oran­ża­dy Fan­ta na pro­wi­zo­rycz­nej la­dzie obok cha­ty ozna­cza­ły miej­sco­wą ka­wiar­nię. To­ufik wy­siadł z sa­mo­cho­du i za­gad­nął star­ca, któ­ry poił zwie­rzę­ta:

- Wi­dzia­łeś sza­re­go mer­ce­de­sa?

Wie­śniak wle­pił w nie­go tępy wzrok, jak­by To­ufik mó­wił w ob­cym ję­zy­ku.

- Czy wi­dzia­łeś sza­ry sa­mo­chód?

Sta­rzec spę­dził z czo­ła wiel­ką czar­ną mu­chę i ski­nął gło­wą.

- Kie­dy?

- Dzi­siaj.

Nie na­le­ża­ło się spo­dzie­wać do­kład­niej­szej od­po­wie­dzi.

- Któ­rą dro­gą po­je­chał?

Sta­ry wska­zał na za­chód, w kie­run­ku pu­sty­ni.

- Gdzie moż­na zdo­być ben­zy­nę?

Wie­śniak wska­zał na wschód, w stro­nę Ka­iru.

To­ufik wrę­czył mu drob­ną mo­ne­tę i wró­cił do wozu. Włą­czył sil­nik i po­now­nie spoj­rzał na wskaź­nik pa­li­wa. Wy­star­czy­ło­by ben­zy­ny, żeby do­trzeć do Ka­iru. Gdy­by jed­nak chciał je­chać da­lej na za­chód, mu­siał­by wra­cać na pie­cho­tę.

Uznał, że zro­bił, co w jego mocy, i znie­chę­co­ny od­je­chał w stro­nę mia­sta.

To­ufik nie lu­bił swo­jej pra­cy. Nu­dzi­ła go, kie­dy się nic nie dzia­ło, a gdy już coś się za­czy­na­ło dziać - za­czy­nał się bać. Ale po­wie­dzie­li mu, że w Ka­irze cze­ka na nie­go waż­ne i nie­bez­piecz­ne za­da­nie i że on, To­ufik, po­sia­da kwa­li­fi­ka­cje po­trzeb­ne do­bre­mu szpie­go­wi, a pań­stwo Izra­el od­czu­wa nie­do­sta­tek egip­skich Ży­dów, na tyle uzdol­nio­nych, by w każ­dej chwi­li mo­gli za­stą­pić in­nych, więc nie ma mowy, żeby od­mó­wił. A za­tem, rzecz oczy­wi­sta, zgo­dził się. Nie ry­zy­ko­wał ży­cia dla oj­czy­zny z po­bu­dek ide­owych. To było coś wię­cej; to był jego wła­sny in­te­res: zgu­ba Izra­ela mo­gła ozna­czać i jego zgu­bę; wal­cząc dla Izra­ela, wal­czył dla sie­bie; ry­zy­ko­wał ży­cie, żeby oca­lić ży­cie. Ot, i cała fi­lo­zo­fia. Tyl­ko jak dłu­go to po­trwa - pięć lat, dzie­sięć, dwa­dzie­ścia - za­nim wresz­cie oka­że się za sta­ry na dzia­ła­nie w te­re­nie, prze­nio­są go do pra­cy za biur­kiem i bę­dzie mógł po­znać ja­kąś miłą ży­dow­ską dziew­czy­nę, oże­nić się i osiąść spo­koj­nie w kra­ju, za któ­ry wal­czył?

Stra­ciw­szy z oczu pro­fe­so­ra Schul­za, za­jął się jego żoną. Nadal spę­dza­ła czas na zwie­dza­niu, te­raz w to­wa­rzy­stwie mło­de­go Ara­ba, naj­wy­raź­niej przy­dzie­lo­ne­go przez Egip­cjan do opie­ki nad nią pod nie­obec­ność męża. Wie­czo­rem Arab za­brał ją na ko­la­cję do egip­skiej re­stau­ra­cji, a po­tem od­pro­wa­dził do domu i po­ca­ło­wał w po­li­czek pod drze­wem dża­ka­ran­dy w ogro­dzie.

Na­stęp­ne­go ran­ka To­ufik po­szedł na pocz­tę i nadał za­szy­fro­wa­ną de­pe­szę do wuj­ka w Rzy­mie:

SCHULZ SPO­TKAŁ SIĘ NA LOT­NI­SKU Z MIEJ­SCO­WYM AGEN­TEM STOP SPĘ­DZIŁ DWA DNI NA ZWIE­DZA­NIU STOP WSPO­MNIA­NY AGENT ZA­BRAŁ GO SA­MO­CHO­DEM W KIE­RUN­KU KAT­TA­RY STOP IN­WI­GI­LA­CJA NIE­MOŻ­LI­WA STOP ŻONA POD OB­SER­WA­CJĄ STOP.

Wró­cił na Za­ma­lek o dzie­sią­tej rano. O wpół do dwu­na­stej wi­dział Frau Schulz na bal­ko­nie; piła kawę. Mógł wresz­cie się zo­rien­to­wać, któ­re po­ko­je na­le­żą do Schul­zów.

W po­łu­dnie wnę­trze re­naul­ta było po­twor­nie roz­grza­ne. To­ufik zjadł jabł­ko i na­pił się cie­płe­go piwa pro­sto z bu­tel­ki.

Schulz wró­cił póź­nym po­po­łu­dniem, przy­wiózł go ten sam sza­ry mer­ce­des. Pro­fe­sor wy­glą­dał na zmę­czo­ne­go, jak czło­wiek w śred­nim wie­ku po zbyt dłu­giej po­dró­ży. Wszedł do bu­dyn­ku, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Za to agent, kie­dy go wy­sa­dził i prze­jeż­dżał obok re­naul­ta, do­brze się przyj­rzał To­ufi­ko­wi, a on nic nie mógł na to po­ra­dzić.

Gdzie Schulz prze­by­wał do tej pory? - za­sta­na­wiał się. Na do­jazd do tego miej­sca mu­siał po­świę­cić więk­szą część dnia. Spę­dził tam noc, cały dzień i na­stęp­ną noc. Po­wrót stam­tąd za­brał mu więk­szą część dzi­siej­sze­go dnia. Kat­ta­ra to tyl­ko jed­na z kil­ku­na­stu moż­li­wo­ści. Pu­styn­na dro­ga pro­wa­dzi­ła aż do Ma­truh nad Mo­rzem Śród­ziem­nym. Nie da się wy­klu­czyć, że pro­fe­sor skrę­cił do Kar­kur Tol na da­le­kim po­łu­dniu. Zmie­nia­jąc wóz i naj­mu­jąc prze­wod­ni­ka, mógł od­być spo­tka­nie na­wet na gra­ni­cy z Li­bią.

O dzie­wią­tej wie­czo­rem Schul­zo­wie wy­szli z domu. Pro­fe­sor był znów w do­brej for­mie. Wnio­sku­jąc z ubra­nia, wy­bie­ra­li się na ko­la­cję. Po krót­kim spa­ce­rze za­trzy­ma­li tak­sów­kę.

To­ufik nie po­je­chał za nimi, ale wy­siadł z auta i za­kradł się do ogro­du. Ostroż­nie prze­szedł po piasz­czy­stej ścież­ce i przy­cup­nął w krza­kach; mógł stąd ob­ser­wo­wać hall przez drzwi fron­to­we - były otwar­te. Nu­bij­ski do­zor­ca sie­dział na drew­nia­nej ła­wecz­ce i dłu­bał w no­sie.

To­ufik cze­kał.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej Nu­bij­czyk wstał i znikł na za­ple­czu. To­ufik na­tych­miast wbiegł do hal­lu i ru­szył po ci­chu na pię­tro. Miał przy so­bie trzy yalow­skie wy­try­chy, ale ża­den nie pa­so­wał do zam­ka. W koń­cu uda­ło mu się go otwo­rzyć ka­wał­kiem wy­gię­te­go pla­sti­ku, wy­ła­ma­ne­go ze szkol­nej ekier­ki.

Wszedł do po­ko­ju i za­mknął za sobą drzwi.

Wszę­dzie pa­no­wa­ły nie­mal kom­plet­ne ciem­no­ści, do wnę­trza do­cie­ra­ła tyl­ko odro­bi­na świa­tła z ulicz­nej la­ta­mi, pa­da­ją­ce­go przez nie­za­sło­nię­te okna. To­ufik wy­cią­gnął z kie­sze­ni nie­wiel­ką la­tar­kę, ale nie za­pa­lał jej jesz­cze.

Apar­ta­ment był prze­stron­ny i chłod­ny, miał bia­łe ścia­ny i był urzą­dzo­ny w sty­lu ko­lo­nial­nym. Spra­wiał wra­że­nie, jak­by chwi­lo­wo nikt w nim nie miesz­kał. Skła­dał się z du­że­go sa­lo­nu, po­ko­ju ja­dal­ne­go, trzech sy­pial­ni i kuch­ni.

To­ufik naj­pierw się ro­zej­rzał, a po­tem roz­po­czął prze­szu­ki­wa­nie.

W dwóch mniej­szych sy­pial­niach nie było nic, je­dy­nie gołe ścia­ny. W więk­szej To­ufik prze­mknął szyb­ko po­śród pół­ek i sza­fek. W sza­fie wi­sia­ła ja­skra­wa ko­lo­ro­wa gar­de­ro­ba; na­le­ża­ła do ko­bie­ty, któ­ra naj­lep­sze lata ma już za sobą - tur­ku­so­we, po­ma­rań­czo­we i ró­żo­we su­kien­ki, ja­sne de­se­nie, ce­ki­ny. Met­ki ame­ry­kań­skie. Z de­pe­szy wy­ni­ka­ło, że Schulz jest Au­stria­kiem, ale być może miesz­kał w USA. To­ufik nie miał oka­zji sły­szeć, z ja­kim mó­wił ak­cen­tem.

Na noc­nym sto­li­ku le­żał prze­wod­nik po Ka­irze w ję­zy­ku an­giel­skim, eg­zem­plarz "Vo­gue'a" oraz od­bit­ka wy­kła­du o izo­to­pach.

A więc Schulz jest na­ukow­cem. To­ufik prze­kart­ko­wał bro­szu­rę. Nie bar­dzo chwy­tał, o co cho­dzi w tek­ście, ale do­szedł do wnio­sku, że Schulz musi być albo wy­bit­nym che­mi­kiem, albo fi­zy­kiem. Je­śli przy­był tu pra­co­wać nad bro­nią, ci z Tel Awi­wu na pew­no chcie­li­by o tym wie­dzieć.

Nie zna­lazł żad­nych do­ku­men­tów oso­bi­stych. Schulz z pew­no­ścią no­sił pasz­port i port­fel przy so­bie. Poza tym ktoś usu­nął z wa­li­zek przy­wiesz­ki li­nii lot­ni­czych.

Dwie pu­ste szklan­ki na sto­le w sa­lo­nie pach­nia­ły dżi­nem. Naj­wy­raź­niej Schul­zo­wie wy­pi­li kok­tajl przed wyj­ściem.

W ła­zien­ce To­ufik na­tknął się na ubra­nia, w któ­rych Schulz po­dró­żo­wał po pu­sty­ni. Zna­lazł dużo pia­chu w bu­tach oraz małe sza­re okru­chy w man­kie­tach spodni - chy­ba ce­ment. W gór­nej kie­sze­ni ma­ry­nar­ki wy­ma­cał nie­bie­skie, bar­dzo pła­skie pla­sti­ko­we pu­deł­ko. We­wnątrz znaj­do­wa­ła się ko­per­ta chro­nią­ca za­war­tość przed świa­tłem, taka, ja­kich uży­wa się do za­bez­pie­cza­nia klisz fo­to­gra­ficz­nych.

To­ufik scho­wał pu­deł­ko do kie­sze­ni.

Przy­wiesz­ki li­nii lot­ni­czych od­na­la­zły się w ko­szu na śmie­ci, któ­ry stał w przed­po­ko­ju. Był na nich ad­res Schul­zów: Bo­ston, Mas­sa­chu­setts; ozna­cza­ło to, że pro­fe­sor wy­kła­dał na Ha­rvar­dzie, w Mas­sa­chu­setts In­sti­tu­te of Tech­no­lo­gy lub na in­nej tam­tej­szej uczel­ni. To­ufik szyb­ko ob­li­czył w pa­mię­ci, że pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej Schulz miał dwa­dzie­ścia kil­ka lat. Mógł być jed­nym z tych nie­miec­kich spe­cja­li­stów od ra­kiet, któ­rzy po woj­nie wy­je­cha­li do USA.

Albo i nie. Nie trze­ba być na­zi­stą, żeby pra­co­wać dla Ara­bów.

Tak czy owak, Schulz naj­wy­raź­niej był skne­rą. Jego my­dło, pa­sta do zę­bów i płyn po go­le­niu po­cho­dzi­ły z sa­mo­lo­tów i ho­te­li.

Na pod­ło­dze pod trzci­no­wym fo­te­lem, obok sto­łu ze szklan­ka­mi po kok­taj­lu, To­ufik zo­ba­czył blok li­nio­wa­ne­go pa­pie­ru kan­ce­la­ryj­ne­go. Pierw­sza kart­ka była czy­sta. Le­żał na niej ołó­wek. Wy­glą­da­ło to tak, jak gdy­by Schulz, po­pi­ja­jąc kok­tajl, spo­rzą­dzał ja­kieś no­tat­ki z po­dró­ży, a po­tem wy­rwał za­pi­sa­ne stro­ny. To­ufik prze­trzą­snął po­kój i w koń­cu zna­lazł je na bal­ko­nie, spa­lo­ne w du­żej szkla­nej po­piel­ni­cy.

Noc była chłod­na. To jesz­cze nie ta pora roku, któ­ra przy­no­si cie­plej­sze po­wie­trze, prze­sy­co­ne za­pa­chem kwia­tów z drze­wa dża­ka­ran­dy. Z od­da­li do­bie­ga­ły od­gło­sy mia­sta. To­ufik przy­po­mniał so­bie miesz­ka­nie swo­je­go ojca w Je­ro­zo­li­mie. Cie­ka­we, ile cza­su upły­nie, za­nim znów zo­ba­czy Je­ro­zo­li­mę.

Jak na ra­zie, zro­bił tu­taj wszyst­ko, co do nie­go na­le­ża­ło. Po­my­ślał, że mógł­by jesz­cze spraw­dzić, czy ołó­wek Schul­za nie od­ci­snął pi­sma na na­stęp­nej kart­ce. Ode­rwał się od ba­rier­ki i ru­szył przez bal­kon w stro­nę drzwi do sa­lo­nu.

Trzy­mał już rękę na klam­ce, gdy usły­szał gło­sy.

Za­marł w bez­ru­chu.

- Prze­pra­szam, ko­cha­nie, ale nie mógł­bym pa­trzeć na jesz­cze je­den przy­pa­lo­ny stek.

- Na mi­łość bo­ską, po­win­ni­śmy jed­nak coś zjeść.

Nie było wąt­pli­wo­ści - wró­ci­li Schul­zo­wie.

To­ufik zro­bił w my­ślach bły­ska­wicz­ny prze­gląd swo­ich dzia­łań: sy­pial­nie, ła­zien­ka, sa­lon, kuch­nia... Wszyst­ko, cze­go do­tknął, po­win­no le­żeć na swo­im miej­scu, z wy­jąt­kiem ma­łe­go pla­sti­ko­we­go pu­deł­ka. Ale mu­siał je za­brać. Może Schulz po­my­śli, że je zgu­bił.

Je­śli uda mu się wy­do­stać stąd nie­zau­wa­że­nie, po co mają wie­dzieć, że kto­kol­wiek tu wę­szył.

Prze­wi­nął się przez ba­rier­kę i za­wisł na rę­kach. Było tak ciem­no, że nie wi­dział pod sobą zie­mi. Pu­ścił się, upadł mięk­ko i wy­mknął się z ogro­du.

Był z sie­bie za­do­wo­lo­ny - za­li­czył swo­je pierw­sze wła­ma­nie.

Stą­pał po ci­chu jak pod­czas tre­nin­gu tech­ni­ki od­wro­tu w sy­tu­acji, gdy szpieg zo­sta­je za­sko­czo­ny wcze­śniej­szym po­wro­tem in­wi­gi­lo­wa­nych. Uśmiech­nął się do sie­bie w ciem­no­ściach. Per­spek­ty­wa pra­cy za biur­kiem nie wy­da­wa­ła się już tak od­le­gła.

Wsiadł do sa­mo­cho­du, włą­czył sil­nik i za­pa­lił świa­tła.

Z cie­nia wy­ło­ni­li się dwaj męż­czyź­ni. Sta­nę­li po obu stro­nach re­naul­ta.

Kim oni są?

Nie za­sta­na­wiał się dłu­go. Wrzu­cił je­dyn­kę i przy­ci­snął gaz do de­chy.

Nie pró­bo­wa­li go za­trzy­mać. Więc co tam ro­bi­li? Chcie­li się upew­nić, czy sie­dzi w sa­mo­cho­dzie?

Na­ci­snął ha­mu­lec i spoj­rzał na tyl­ne sie­dze­nie. Po­czuł prze­raź­li­wy smu­tek, bo na­gle zro­zu­miał, że nig­dy już nie zo­ba­czy Je­ro­zo­li­my.

Wy­so­ki Arab w ciem­nym gar­ni­tu­rze uśmie­chał się do nie­go znad lufy ma­łe­go pi­sto­le­tu.

- Jedź da­lej - po­wie­dział po arab­sku - ale bar­dzo pro­szę, nie tak szyb­ko.

P.: Jak się na­zy­wasz?

O.: To­ufik el-Ma­si­ri.

P.: Two­ja cha­rak­te­ry­sty­ka?

O.: Wiek dwa­dzie­ścia sześć, wzrost pięć stóp i dzie­więć cali, waga sto osiem­dzie­siąt fun­tów, oczy brą­zo­we, rysy se­mic­kie, skó­ra ja­sno­brą­zo­wa.

P.: Dla kogo pra­cu­jesz?

O.: Je­stem stu­den­tem.

P.: Jaki dzień mamy dzi­siaj?

O.: So­bo­tę.

P.: Two­ja na­ro­do­wość?

O.: Je­stem Egip­cja­ni­nem.

P.: Ile jest dwa­dzie­ścia mi­nus sie­dem?

O.: Trzy­na­ście.

Tego typu py­ta­nia za­da­je się po to, żeby wy­kry­wacz kłamstw od­po­wied­nio wy­ska­lo­wać.

P.: Pra­cu­jesz dla CIA?

O.: Nie. (praw­da)

P.: Dla Niem­ców?

O.: Nie. (praw­da)

P.: Więc dla Izra­ela?

O.: Nie. (fałsz)

P.: Na­praw­dę je­steś stu­den­tem?

O.: Tak. (praw­da)

P.: Opo­wiedz mi o swo­ich stu­diach.

O.: Stu­diu­ję che­mię na Uni­wer­sy­te­cie Ka­ir­skim. (praw­da) In­te­re­su­ję się po­li­me­ra­mi. (praw­da) Chcę zo­stać spe­cja­li­stą w dzie­dzi­nie pe­tro­che­mii. (fałsz)

P.: Co to są po­li­me­ry?

O.: Zło­żo­ne związ­ki or­ga­nicz­ne o dłu­gim łań­cu­chu mo­le­ku­lar­nym - naj­bar­dziej zna­ny jest po­li­ety­len. (praw­da)

P.: Jak się na­zy­wasz?

O.: Już po­wie­dzia­łem, To­ufik el-Ma­si­ri. (fałsz)

P.: Koń­ców­ki ka­bli umiesz­czo­ne na two­jej gło­wie i pier­si mie­rzą twój puls, bi­cie ser­ca, od­dech i wy­dzie­la­nie potu. Kie­dy mó­wisz nie­praw­dę, zdra­dza cię twój me­ta­bo­lizm - od­dy­chasz szyb­ciej, po­cisz się bar­dziej i tak da­lej. To urzą­dze­nie, któ­re otrzy­ma­li­śmy od ra­dziec­kich przy­ja­ciół, mówi mi, kie­dy kła­miesz. Poza tym wiem, że To­ufik el-Ma­si­ri nie żyje. Kim je­steś?

O.: (bez od­po­wie­dzi)

P.: Drut przy­mo­co­wa­ny do czub­ka two­je­go człon­ka to część in­ne­go urzą­dze­nia. Jest po­łą­czo­ny z tym oto gu­zi­kiem. Je­śli go wci­snę...

O.: (krzyk)

P.: Prąd elek­trycz­ny prze­cho­dzi przez drut i za­da­je ci ból. Wło­ży­li­śmy ci sto­py do wia­dra z wodą, aby zwięk­szyć sku­tecz­ność apa­ra­tu­ry. Jak się na­zy­wasz?

O.: Abram Am­ba­che. (praw­da)

(Elek­trycz­na apa­ra­tu­ra współ­pra­cu­je z wy­kry­wa­czem kłamstw).

P.: Może pa­pie­ro­sa?

O.: Dzię­ku­ję.

P.: Wierz mi albo nie, ale nie­na­wi­dzę tej pra­cy. Kło­pot w tym, że lu­dzie, któ­rzy ją lu­bią, nig­dy się w niej nie spraw­dza­ją. Po­trze­bu­jesz współ­czu­cia, a ja je­stem wraż­li­wym czło­wie­kiem. Nie zno­szę wi­do­ku cier­pią­cych lu­dzi. A ty?

O.: (bez od­po­wie­dzi)

P.: Te­raz ob­my­ślasz spo­sób, jak mi się oprzeć. Nie trudź się. Nie ma obro­ny przed no­wo­cze­sną tech­no­lo­gią... roz­mo­wy. Jak się na­zy­wasz?

O.: Abram Am­ba­che. (praw­da)

P.: Kto jest two­im prze­ło­żo­nym?

O.: Nie wiem, co pan ma na my­śli. (fałsz)

P.: Czy to Bosch?

O.: Nie, Fried­man. (nie­wy­raź­ny od­czyt)

P.: A więc Bosch.

O.: Tak. (fałsz)

P.: Nie, to nie Bosch. To Krantz.

O.: W po­rząd­ku, Krantz... je­śli tak chce­cie. (praw­da)

P.: Jak na­wią­zu­jesz kon­takt?

O.: Przez ra­dio. (fałsz)

P.: Nie mó­wisz mi praw­dy.

O.: Przez skrzyn­kę na nie­do­rę­czo­ne li­sty... (krzyk)

P.: My­ślisz, że kie­dy cię boli, wy­kry­wacz kłamstw nie funk­cjo­nu­je pra­wi­dło­wo i je­steś wte­dy bez­piecz­ny. Tyl­ko czę­ścio­wo masz ra­cję. To bar­dzo zmyśl­ne urzą­dze­nie. Uczy­łem się je ob­słu­gi­wać przez wie­le mie­się­cy. Po za­da­niu ci bólu wy­star­czy kil­ka chwil na do­sto­so­wa­nie ma­szy­ny do two­je­go szyb­sze­go me­ta­bo­li­zmu i zno­wu mogę ci po­wie­dzieć, kie­dy kła­miesz. Jak na­wią­zu­jesz kon­takt?

O.: Przez skrzyn­kę na nie­do­rę­czo­ne li­sty... (krzyk)

Ali! Roz­wią­za­ły mu się nogi - te kon­wul­sje są cho­ler­nie sil­ne. Zwiąż go zno­wu, za­nim doj­dzie do sie­bie. Po­staw wia­dro i wlej wię­cej wody.

(prze­rwa w prze­słu­cha­niu)

W po­rząd­ku, bu­dzi się, wyjdź.

P.: Sły­szysz mnie, To­ufik?

O.: (nie­wy­raź­nie)

P.: Jak się na­zy­wasz?

O.: (bez od­po­wie­dzi)

P.: Mały kop ci po­mo­że...

O.: (krzyk)

P.: ...my­śleć.

O.: Abram Am­ba­che.

P.: Jaki jest dzi­siaj dzień?

O.: So­bo­ta.

P.: Co da­li­śmy ci na śnia­da­nie?

O.: Fa­so­lę.

P.: Ile jest dwa­dzie­ścia mi­nus sie­dem?

O.: Trzy­na­ście.

P.: Twój za­wód?

O.: Je­stem stu­den­tem. Nie, pro­szę... je­stem też szpie­giem, tak, je­stem szpie­giem, pro­szę nie do­ty­kać gu­zi­ka, pro­szę, o Boże, o Boże...

P.: Jak na­wią­zu­jesz kon­takt?

O.: Wy­sy­łam za­szy­fro­wa­ne te­le­gra­my.

P.: Chcesz pa­pie­ro­sa? Och, wi­dzę, że nie mo­żesz go utrzy­mać w ustach. Po­zwo­lisz, że ci po­mo­gę?

O.: Dzię­ku­ję.

P.: No do­brze, a te­raz spró­buj się uspo­ko­ić. Pa­mię­taj, do­pó­ki mó­wisz praw­dę, nie bę­dzie żad­ne­go bólu.

(prze­rwa w prze­słu­cha­niu)

P.: Czu­jesz się le­piej?

O.: Tak.

P.: Ja też. A te­raz opo­wiedz mi o pro­fe­so­rze Schul­zu. Dla­cze­go go śle­dzi­łeś?

O.: Mia­łem ta­kie po­le­ce­nie. (praw­da)

P.: Z Tel Awi­wu?

O.: Tak. (praw­da)

P.: Od kogo?

O.: Nie wiem. (nie­wy­raź­ny od­czyt)

P.: Spró­buj zgad­nąć.

O.: Bosch. (nie­wy­raź­ny od­czyt)

P.: A może Krantz?

O.: Moż­li­we. (praw­da)

P.: Krantz to po­rząd­ny fa­cet. Moż­na na nim po­le­gać. A jak się czu­je jego żona?

O.: Bar­dzo do­brze, ja... (krzyk)

P.: Jego żona umar­ła w ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym ósmym. Dla­cze­go zmu­szasz mnie, bym spra­wiał ci ból? Co ro­bił Schulz?

O.: Zwie­dzał oko­li­cę przez dwa dni, a po­tem znikł na pu­sty­ni. W sza­rym mer­ce­de­sie.

P.: Wła­ma­łeś się do jego apar­ta­men­tu, czy tak?

O.: Tak. (praw­da)

P.: Cze­go się do­wie­dzia­łeś?