Rozdział 1
BESTIA SIĘ BUDZI
Tara patrzyła na dwa ruszające z podwórka samochody. Mama z dziewczynkami w pierwszym, tata z chłopcami w drugim - wszyscy jechali odwiedzić babcię w szpitalu.
Wszyscy oprócz niej i pięcioletniego Bablu. Ostatnim razem, gdy go ze sobą zabrali, prawie ich wyrzucono. Był słodki jak aniołek, ale pełen energii. Biegał bez ustanku, przeszkadzając lekarzom i pielęgniarkom.
Tara westchnęła i zamknęła drzwi. Chciała zobaczyć się z babcią, ale ktoś musiał zostać z Bablu, tym razem padło na nią.
- Mogę obejrzeć film? - zapytał braciszek, wchodząc do salonu. - Mogę? Proszę!
- No dobra, marudo! - Tara ruszyła za nim. - Podgrzać ci klopsiki? - Nacisnęła przycisk na pilocie.
- Hurra! - krzyknął Bablu, wskakując na kanapę.
- Ale potem prosto do łóżka! Co chcesz oglądać?
- Amerykańskiego wilkołaka w Londynie!
- Nie, nie, nie. - Siostra potrząsnęła głową. - Jesteś za mały na ten film!
- Wilkołak! Wilkołak! Wilkołak! - wrzeszczał chłopiec, po czym zanurkował między poduszki.
- Spokój, już! - rzuciła surowo Tara.
Bablu przestał skakać i spojrzał na nią zdziwionym wzrokiem.
- Tara, dlaczego masz takie potężne mięśnie?
- Żeby cię łatwiej podnieść, mój mały klopsiku! - Uniosła chłopca wysoko, polizała po policzku i postawiła z powrotem na ziemi.
- A dlaczego masz taki długi nos?
- Żeby cię lepiej czuć - odparła, wąchając malca. - Śmierdzisz jak brudasek, który potrzebuje kąpieli przed snem! - Zaśmiała się.
- Ale Tara... - Brat gapił się na nią oniemiały. - Dlaczego masz takie żółte oczy...?
- Żeby cię lepiej widzieć. Zwłaszcza jeśli się schowasz i nie położysz do łóżka o czasie, więc nawet nie próbuj!
- A-a... dlaczego masz takie ostre pazury?
- Te? - Spojrzała na długie szpony wyrastające z jej palców. - Żeby się lepiej drapać. Czasami bardzo swędzi mnie futro.
- Ale Tara, dlaczego masz takie ostre zęby?
- A! To łatwe do wytłumaczenia! - Oblizała się. - Żeby cię łatwiej zjeść! - Ryknęła i rzuciła się na Bablu, który ledwo zdążył odskoczyć. - Wylądowała na sofie i prześlizgnęła się po poduszce, na której wcześniej siedział jej brat.
Bablu wymknął się z salonu, podczas gdy Tara rozrywała poduszkę na strzępy. Wyostrzony słuch wilkołaczki z łatwością wychwycił kroki potykającego się dziecka. Uciekł do swojego pokoju!
- Babluuuuu - zawyła. - Gdzieee jeeeeeeesteś?
Przebiegła przez korytarz i z impetem otworzyła drzwi, rozpryskując wokół drewniane wióry. Węszyła w skupieniu.
- Pachnie tu pysznym jedzeniem. Jesteś w szafce? - Wyrwała drzwi szafki. Nikogo tam nie było. - Drogi Bablusiu, odgryzę tylko kilka paluszków. Obiecuję. Masz ich aż dziesięć. Musisz nauczyć się dzielić! Mama zawsze to powtarza. Jesteś TUTAJ? - Zerwała wieko z wielkiego pudła z zabawkami. - Nie, w takim razie pozostaje tylko jedna możliwość. - Wyszczerzyła się szeroko, padła na podłogę i zajrzała pod łóżko.
Braciszek drżał w półmroku, schowany za swoim pluszowym Totoro.
- T-Tara! Nie jedz mnie! Obiecuję, że będę grzeczny!
- To bądź grzecznym chłopcem i wyjdź -zakpiła.
- Co powiedzą mama i tata, gdy się dowiedzą, że mnie zjadłaś?
- Ojej! Mają tyle dzieci. Czy naprawdę coś się stanie, jeśli jednego zabraknie?
Podniosła łóżko i cisnęła nim o ścianę, a potem skoczyła na braciszka.
Chwilę później zadzwonił dzwonek do drzwi. Tara otworzyła i zobaczyła Tobiasza.
- Cześć! Miło, że przyszedłeś dotrzymać mi towarzystwa. Wejdź, proszę!
Chłopak wszedł do korytarza.
- Dlaczego trzymasz kość?
- A! To tylko zabawka Bablu. - Wyrzuciła za siebie niewielką kość udową.
- Pamiętasz, że prowadziłem badania nad lekiem? - Tobiasz zmienił temat. - Żeby wyleczyć cię na zawsze z wilkołactwa?
- I co, skończyłeś? - Tara klasnęła.
- Tak - oznajmił dumnie, wręczając jej małą buteleczkę. - Oto on. Smak jest raczej okropny, ale obiecuję, że po zażyciu tego już nigdy nie zmienisz się w wilkołaka!
Dziewczyna wypiła łapczywie.
- Rany! Miałeś rację. Naprawdę wstrętne!
- Wybacz... - Tobiasz wyrwał jej butelkę z dłoni. - Nie mogłem patrzeć, jak z dnia na dzień zmieniasz się coraz bardziej w monstrum.
- Wybacz? Co mam ci wybaczyć? - Tara była zdezorientowana. - Au! - Złapała się za brzuch. - Koszmarnie boli! Co było w tym napoju?
- Rtęć.
- Tobiasz, otrułeś mnie!
- Tara! - usłyszeli głos z oddali.
- O nie! Wrócili! To... moja siostra. Muszę posprzątać... pokój Bablu. - Upadła na podłogę. - Ale Tobiasz... Ja... Umieram! Jak mogłeś to zrobić? Myślałam, że mnie kochasz... - Trzęsła się. Cały świat się trząsł.
- Nigdy cię nie kochałem - wyznał chłopak. -Jesteś po prostu brzydkim... obrzydliwym... dzikim stworem!
- Taaara!
Świat znów zadrżał wokół niej.
Otworzyła oczy. Akila szarpała ją za ramiona.
- Tara! Krzyczysz i rzucasz się przez sen. Tak się nie da spać! Idź na kanapę w salonie!
Tara przetarła oczy. Czy to jej się tylko śniło? Spojrzała na swoje dłonie. Nie ma szponów! Podciągnęła koszulę nocną i dotknęła brzucha. Nie ma futra! Roześmiała się.
- Akila! Nie mam futra na brzuchu!
Siostra spojrzała na nią z wściekłością.
- Ty jesteś jakaś dziwna! Powiedziałam: wypad na kanapę!
Tara odetchnęła z ulgą i zeszła po schodach z poduszką pod pachą. Zatrzymała się przy sypialni Bablu. Nie odważył się zasnąć przy zamkniętych drzwiach, zostawił je uchylone. Był taki słodki, kiedy spał, zawsze na skos łóżka, z jedną nogą na ścianie i kołdrą na podłodze.
Och, Tobiaszu... Pospiesz się i przygotuj to lekarstwo! Zanim będzie za późno...