Tron złamanych bogów - Amber V. Nicole

Kup ebooka

53.90 zł
44.74 zł (44,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Świat miał kiedyś sens.

Moja siostra zachorowała, lecz Kaden ją uratował. Zwrócił jej oddech, gdy świat groził, że go odbierze, a w zamian przemienił mnie, ukształtował na swoje podobieństwo, podarował niezwykłe moce, sprawiające, że nawet istoty nocy wzdrygały się przede mną. W zamian robiłam to, co kazał, i troszczyłam się o niego na swój sposób. Owszem, mój zakres obowiązków w pracy nie był najlepszy i sprawy czasami się komplikowały. "Zabij tę osobę, Dianno. Okalecz go, Dianno. Przynieś mi to, Dianno". Kaden miał wiele żądań, ale takie życie wydawało się łatwe. Miało sens. Wszystko miało sens, dopóki nie zjawił się on.

Bóg król. Nazywano go Pogromcą Świata. Nie chciałam sprowadzać go z powrotem, ale kiedy w walce zaszlachtowałam jednego z jego celestiali, powrócił żądny zemsty, a świat się zatrzymał. Ostatni żyjący bóg pojawił się znowu, a Inny Świat zadrżał w podstawach.

Kaden poszukiwał starożytnego artefaktu i wysłał nas z misją, aby go odnaleźć. Zakradłam się na zjazd śmiertelników, żeby sprawdzić, czy Pogromca Świata przyniósł go ze sobą. Moja potrzeba zapewnienia Gabby bezpieczeństwa stanowiła siłę napędową mojego życia przez wieki, ale w Pogromcy Świata dostrzegłam coś szczególnego. Jak ćma ciągnąca do światła, nie mogłam trzymać się od niego z daleka i to okazało się moim pierwszym błędem. Drugi polegał na tym, że dałam się złapać. On i jego podwładni uwięzili mnie i próbowali wyciągnąć ze mnie informacje, ale wszystko na marne. Podczas nieudanej próby odbicia podjęłam decyzję opartą na strachu, miłości i głębokim pragnieniu zapewnienia Gabby bezpieczeństwa. Ta decyzja zmieniła wszystko.

Tutaj zaczęła się ta trudna część. Kolejny układ o życie Gabby, i to zawarty z wrogiem, Pogromcą Świata. Jego ludzie mieli ją chronić, kiedy ja pomogę mu odnaleźć artefakt. Dla niej byłam gotowa to zrobić. Nie miałam wyboru. Mówi się, że wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, ale konsekwencje zdrady miały stać się dla mnie bolesnym ciosem.

Zostałam z Liamem, pracowałam z nim, razem poszukiwaliśmy artefaktu, a dni zmieniały się w miesiące. Piorunowanie się wzrokiem przeszło w rozpalone spojrzenia, kłótnie zmieniły się w śmiech, a iskra między nami przerodziła się w żywy ogień. Wzajemna nienawiść zbladła, zastąpiona czymś o wiele bardziej śmiercionośnym i słodkim zarazem.

Po spędzeniu kilku tygodni wśród naszych sprzymierzeńców i rozprawieniu się z rosnącym między nami napięciem, w końcu znaleźliśmy solidny trop i wyruszyliśmy, by ukończyć naszą misję. Odnaleźliśmy Księgę Azraela w dawno zapomnianym grobowcu, lecz niestety wpadliśmy w pułapkę. W desperackiej próbie ocalenia Samkiela i świata, zaryzykowałam własne życie, a Samkiel ocalił mnie, rezygnując z księgi. Ta trafiła w ręce naszych wrogów, a my w obliczu takiego obrotu spraw przeszliśmy do planu B i wyruszyliśmy na ruiny świata. Odwiedziliśmy wyrocznię i usłyszeliśmy przepowiednię o tym, co miało nastąpić i w jaki sposób dojdzie do końca świata.

Okazało się, że mieliśmy w swoich szeregach zdrajców. Osoby, którym zawierzyłam nie tylko swoje życie, ale również życie Gabby, należały do Kadena. Wykorzystali naszą nieobecność, zdradzili mnie i zabrali jedyną osobę, na której zależało mi najbardziej na świecie, żeby przekazać ją Kadenowi.

Natychmiast wróciliśmy na Onunę i rzuciliśmy się w wir poszukiwań mojej siostry, ale wszystko na marne aż do czasu programu telewizyjnego, który obiegł cały świat i trafił do innych wymiarów. Kaden miał wiadomość dla nas, dla mnie, i chciał, żeby każdy żyjący ją usłyszał.

Wystarczył jeden trzask i wszystko, co dotychczas miało sens, go utraciło.

"Tak właśnie kończy się świat" wyszeptała wyrocznia, a ja zamierzam pokazać im wszystkim, jak bardzo miała rację.

1

Samkiel

Minęło dwa tysiące sto sześćdziesiąt minut od jej odejścia, a ja liczyłem każdą z nich. Przeniosłem wzrok na ogromny zegar po drugiej stronie pokoju. Już sześćdziesiąt jeden.

- Więc ogromna, pokryta łuskami, skrzydlata bestia niszczy połowę Srebrnego Miasta i po prostu znika? - Prezenterka przekręca się na miejscu i wbija we mnie wzrok.

Ma na imię Jill, prawda? A może Jasmine?

Paląco gorący metal wgryzł się w moją skórę, gdy zrzuciłem z siebie ogromny fragment blachy. Ziemia zadrżała, kiedy wydostawałem się z dziury powstałej po uderzeniu w ulicę. Dzwoniło mi w uszach, a kiedy ich dotknąłem, poczułem wilgoć na palcach. Srebrny błysk na opuszkach powiedział mi resztę. Krew. Dianna krzyczała tak głośno, że popękały mi bębenki.

Odrzuciłem głowę w tył, gdy kolejny rozdzierający serce wrzask przeszył niebo. Wybrzmiewał w nim ból, gniew i echo złamanego serca. Wstrząsnął pobliskimi oknami, a ja zacząłem się zastanawiać, czy dało się go słyszeć również w innych wymiarach.

Jedno potężne uderzenie skrzydłami, potem drugie i wzbiła się w powietrze. Błyskawica rozdarła niebo, oświetlając wielką bestię, a jej prędkość rozdzieliła powietrze. Wokół rozległy się syreny i rozbłysły światła, a płomienie zaczęły pochłaniać budynki wokół mnie.

Nie mogłem przestać myśleć o naszym wspólnie spędzonym czasie, każdej sekundzie, od pierwszej do ostatniej. Słowa Dianny odbijały się echem w mojej głowie, jakbyśmy ponownie znajdowali się w tej przeklętej posiadłości.

Jej uśmiech coś we mnie obudził i po raz pierwszy od tysiąclecia poczułem, że lód otaczający moje serce zaczął pękać. Spojrzała na mnie spod tych gęstych rzęs, a jej orzechowe oczy wypełniły się ciepłem, jakbym był coś wart. Wyciągnęła przed siebie mały palec, a ja wstrzymałem oddech. Co się ze mną działo?

- Przysięgam na mały paluszek, że nigdy cię nie opuszczę, wasza wysokość.

Kolejne dziwne słowa z jej ust, ale dla mnie coś znaczyły. Opuścili mnie wszyscy drodzy mi ludzie. Straciłem ich i odizolowałem się od innych, a jednak to stworzenie... nie, ta kobieta obiecała mi coś, o co błagałem. Takie proste słowa, prosty gest, skruszyły coś we mnie i zmieniły mój świat.

Wpatrywałem się w puste, nocne niebo, patrząc na jej ciemne skrzydła przecinające powietrze, jej smukła sylwetka znikała między chmurami. Z dala ode mnie.

- Obiecałaś - wyszeptałem, a syreny wyły dalej.

Odgłosy zalały redakcję, wyrywając mnie ze wspomnienia i przywracając do rzeczywistości, gdzie padało na nas intensywne światło lamp. Nie zapamiętałem imienia kobiety siedzącej naprzeciwko mnie, chociaż kilka osób kilkukrotnie je powtórzyło, dzięki czemu powinienem je sobie przypomnieć.

Zniknęła? Tak mówili. Wyrwała dziurę w tym budynku i w mojej piersi, uciekając.

Przykleiłem do twarzy uśmiech pełen fałszu i desperacji. Pochyliłem się.

- "Zniknięcie" to niewłaściwe określenie, delikatnie mówiąc. Jak wiesz, potężnym stworzeniom bardzo łatwo jest się ukryć.

Na jej policzki wypłynął rumieniec, a mój żołądek zwinął się w supeł. Śmiertelnikami tak łatwo było manipulować za pomocą uśmiechów i uprzejmych słów. Nie mieli pojęcia, co ich czeka, a już wkrótce mogliśmy się spodziewać przypadkowych ofiar.

- Tak. Pomówmy może teraz o tym, jak chciałbyś, żeby ludzie cię nazywali? - Przysunęła się bliżej, zakładając pasmo włosów za ucho. - Skoro oficjalnie powróciłeś.

Nie zastanawiałem się nad odpowiedzią - znałem ją, choć zaprzeczałem jej zdecydowanie za długo.

- Samkiel. - Zmusiłem się do kolejnego uśmiechu. Nie widzieli, że ta mina to fałsz? - Samkiel może być.

Imię "Liam" to tarcza, za którą się chowałem, jakbym mógł udawać, że jestem kimś innym niż Pogromcą Świata. Liam to moja próba wykreowania nowego początku, nawet jeśli złamana. I Liam kosztował mnie wszystko. Gdybym był królem, którym miałem zostać, obrońcą starych bogów, godnym wznoszenia posągów, może zdołałbym ją ocalić, pomóc jej bardziej. Więc nie, Samkiel to ja i na zawsze nim pozostanę, a Liam umarł wraz z sercem Dianny, które pękło tamtego wieczora.

***

Po powrocie do gildii w Boel stanąłem przy stole i położyłem na nim dłonie.

Znajdujący się obok Vincent westchnął i założył ręce na piersi.

- Mieli pytania i powinni się ich trzymać. Wybacz. - Posłał znajdującemu się za mną chudemu mężczyźnie ostre spojrzenie. Poprawił okulary i zaczął przeglądać coś na tablecie, który zawsze nosił ze sobą.

- Przysięgam, że wymyślili własne, mój panie. Nigdy nie... - przerwał. - Naprawię to.

Westchnąłem i podszedłem do okna, po czym odwróciłem się do nich.

Gregory. Tak miał na imię. Był członkiem rady, wysłanym jako doradca, który miał pomóc opanować rosnącą wrogość wśród śmiertelników. Vincent go zaaprobował, wydawało się wręcz, że wszyscy go zaaprobowali. Każdy wiedział, że potrzebowałem dodatkowej pomocy, ale ten mężczyzna nie mógł w żaden sposób wesprzeć mnie w moim problemie.

- Przypomnij mi, jakie jest twoje stanowisko? - zapytałem go, ponownie rzucając gniewne spojrzenie Vincentowi, wiedząc, że zaangażował się w to bardziej niż dygoczący celestial.

Gardło Grega podskoczyło.

- Artykuł sześćset dwudziesty trzeci Izby Strachu mówi, że każdy rządzący monarcha musi mieć doradcę. Z całym szacunkiem, mój panie, twoi rodzice go mieli i ty też go potrzebujesz. Powinienem zostać skierowany do ciebie w chwili, gdy wróciłeś, ale do tego nie doszło. Skoro powróciłeś w pełni, rada uważa, że to najwyższy czas, żebym zajął swoją pozycję. Jestem biegły w radzeniu sobie z mediami, mam doświadczenie w polityce, ustawodawstwie i kwestiach prawnych. Jestem wykwalifikowany, aby objąć to stanowisko.

- Ach. - Skinąłem głową, a Vincent zaczął przesuwać jakieś papiery na stole. Powietrze w pokoju stało się ciężkie. - Skoro rozmawiam z osobą wykwalifikowaną, mogę założyć, że wypadki takie jak dzisiaj więcej się nie powtórzą, prawda?

Gregory spojrzał na Vincenta, a potem spuścił wzrok, unikając kontaktu wzrokowego ze mną.

- Zajmę się obecną sytuacją.

- Fantastycznie - odparłem i odwróciłem się do okna, by spojrzeć na czyste niebo i śmiertelników znajdujących się poniżej.

Usłyszałem oddalające się kroki doradcy, a chwilę później drzwi zostały zamknięte.

Moc zamigotała, a ja wziąłem głęboki wdech, uspokajając nerwy. Lampy zabrzęczały, a ja wciągnąłem ponownie powietrze przez nos, po czym powoli wypuściłem je ustami.

- Musisz się choć trochę rozładować. - Vincent zbliżył się i wsunął rękę do kieszeni. - Nie zaszkodziłoby, gdyby rozpętała się kolejna... - zauważył, kiwając w stronę okna.

Pokręciłem gwałtownie głową.

- Padało przez kilka dni.

- I wszystko wyschło. Zrób to. Potrzebujesz tego.

Podniosłem głowę, czując pod skórą znajome łaskotanie towarzyszące przywoływaniu energii. Poczułem każdy atom. Odbijały się od siebie, sprowadzając burzę. Wiązka mocy wyrwała się ze mnie i wziąłem kolejny wdech. Słońce zniknęło, ciemne obłoki zakłębiły się na niebie. Grzmot wstrząsnął światem, chmury rozstąpiły się i popłynął deszcz, jakby ktoś odkręcił ogromny kurek. Usłyszałem przekleństwa śmiertelników na ulicy, kiedy wiatr zaczął hulać.

- Lepiej?

- Nie.

Spojrzałem na swoje odbicie w pochlapanym deszczem oknie. Garnitury, w które mnie ubierali, w teorii miały sprawić, że stanę się bardziej przystępny dla śmiertelników, ale w rzeczywistości miały po prostu pokazać, że wcale się nie rozpadałem. Moja twarz została gładko ogolona, a włosy krótko przycięte. Chcieli, żebym wyglądał jak ktoś potężny, a nie jak upadły król, o którym tak niewiele wiedzieli.

Udawać uśmiech. Wyglądać reprezentacyjnie, jakby cały twój świat wcale nie legł w gruzach.

Udawać. Udawać. Udawać.

To właśnie powiedział Vincent, tak mnie pouczał. Chciał, żeby śmiertelnicy czuli się bezpiecznie, a nie tak, jakby cały świat stał u schyłku kolejnej katastrofy.

Błyskawica rozdarła niebo, a drzwi się otworzyły. Przesunąłem wzrokiem po odbiciu w szybie. Chciałem zobaczyć ją wparowującą przez te drzwi, niosącą dla mnie talerz jedzenia, uśmiech rozświetlałby jej twarz tak jak w posiadłości Vanderkai.

"Widzisz, jest takim mrukiem. Tak samo jak ty".

Odwróciłem się, gdy jej obraz zbladł, a Logan wpadł do środka, niosąc mniejszy tablet, niż ten należący do Grega.

- Znaleźliśmy coś.

Odepchnąłem się od okna i w mgnieniu oka znalazłem się przy przyjacielu.

Podał mi urządzenie z wykresem wyświetlonym na ekranie. Wszystkie linie - niebieskie, żółte i czerwone - pokazywały trend wznoszący. Prześledziłem wzrokiem ekran, zauważając małe liczby na dole. Wskazywały godzinę ponad trzydzieści minut temu, a jednak to wciąż nie miało sensu.

- Na co patrzę? - westchnąłem, pocierając brwi.

Vincent wycofał się za biurko, uważnie obserwując Logana i mnie.

- Fale, które widzisz, pokazują zakłócenia elektromagnetyczne mniej więcej takie, jak emitują telewizja i radio podczas transmisji. Wystrzeliły w górę tutaj, kiedy Kaden zaczął mówić, i pozostały tak, aż... - zawiesił głos, a ja wiedziałem, że cierpiał z powodu śmierci Gabby, nawet jeśli o tym nie mówił. - Cóż, przerwały krótko potem.

- I?

Vincent odchrząknął.

- Logan uważa, że nadawali to nie tylko dla nas, ale też poza Onunę.

Logan prychnął na Vincenta.

- Nie mylę się. Wskaźniki wystrzeliły w górę do tego stopnia, że sygnał musiał być dostępny nie tylko w każdej telewizji i radiu w tym wymiarze, ale też w innych.

Vincent przewrócił oczami.

- Jakkolwiek nie spróbujesz tego wyjaśnić, według mnie nie ma takiej możliwości, żeby mogli dotrzeć do innego wymiaru. Są zamknięte i nawet jeśli można by to zrobić, do kogo Kaden miałby chcieć dotrzeć? Wszyscy nie żyją. Naprawdę uważasz, że jakiś kosmiczny byt przetrwał tyle czasu i chce zobaczyć specjalną transmisję na temat Dianny?

- Dlaczego słyszę o tym dopiero teraz? - zapytałem, marszcząc brwi i patrząc to na jednego, to na drugiego.

Logan odchrząknął.

- Ten tutaj uznał, że to bezsensowny trop prowadzący do kolejnego ślepego zaułka, ale kiedy zobaczyłem wykres, wiedziałem, że jestem na właściwym tropie.

Vincent odchrząknął.

- Musimy skupić się na tym, by śmiertelnicy pozostali spokojni, a nie uganiać się za własnym ogonem z powodu poszlak i zgadywanek. Ten wzrost wskaźników mógł być związany z energią, którą oboje wydzielali, kiedy ona...

- Nie odpowiadasz przed Vincentem - warknąłem. Nie chciałem mówić do niego w taki sposób, lecz wiedziałem, że przez ostatnie tygodnie zdarzało mi się to zdecydowanie zbyt często.

Logan skrzywił się w stronę Vincenta, a ja pochyliłem się i wziąłem urządzenie. Ignorując ich spojrzenia, zacząłem studiować ekran.

- Jeśli jakimś cudem Logan się nie myli, do kogo ten dupek miałby przemawiać? A co ważniejsze, dlaczego ten ktoś miałby interesować się Dianną i jej siostrą?

Logan wzruszył ramionami i zaczął:

- Nie wiem, ale jestem pewien, że wydarzył się na tyle duży skok energii, że wpłynął nie tylko na całą technologię, ale dotarł też do satelitów. Może nie jesteśmy w stanie trafić do innych wymiarów, ale...

- Ale nic. To niemożliwe - wtrącił Vincent, przerywając Loganowi.

Ich sprzeczka stała się tłem, gdy zapatrzyłem się na wykres. Przyjaciel nie mylił się co do tego wzrostu, ale to linia, która pojawiła się potem, sprawiła, że wszystkie dźwięki, światła i świat zniknęły, a opadła natychmiast po śmierci Gabby. Płaska, równa linia ciągnąca się przez cały ekran. Echo jej krzyku odbijało się w mojej głowie.

- Dziękuję, Logan - odezwałem się w końcu, powstrzymując ich kłótnię. Nadal wpatrując się w tablet, odwróciłem się i wyszedłem.

- Wciąż mamy jeszcze jeden wywiad! - zawołał Vincent, ale nie ruszył za mną.

- Odwołaj go.

- Nie mogę - usłyszałem jego szept.

- Cóż, w takim razie sam go udziel - odpowiedział mu Logan.

Ich głosy ucichły, gdy ruszyłem w stronę głównej sali konferencyjnej. Wjechałem windą kilka pięter wyżej, skanując wzrokiem wykres, zapamiętując go, a miliony możliwości przewijały się w mojej głowie. Jeśli Logan miał rację, komu tak bardzo zależało na tym, by stać się świadkiem czegoś takiego?

Otworzyłem podwójne, mahoniowe drzwi i dostrzegłem, że światła w sali konferencyjnej zostały już włączone. Ciemne, skórzane krzesło obróciło się w moją stronę i zatrzymało. Pomalowanym paznokciem postukała w blat i uśmiechnęła się do mnie.

- To coś nowego?

Dianna.

2

Samkiel

- Dianna.

Jej imię opuściło moje usta szeptem, a palcami niemal zmiażdżyłem tablet. Wstała i obeszła biurko, więc zrobiłem duży krok w jej stronę i przygarnąłem ją w ramiona. Jej ciało tak idealnie przylegało do mojego, że niemal zapłakałem. Ciepło kobiety przesączało się przez moje ubrania, ta część mnie, ta należąca do niej, przebudziła się z krzykiem. Tak bardzo za nią tęskniłem. Była tu, cała i zdrowa. Mogłem jej dotykać, poczuć ją. Opuściłem głowę, by musnąć jej wargi, potrzebowałem tego kontaktu, ale ona się odwróciła. Wtedy uświadomiłem sobie, że nie czułem, by obejmowała mnie ramionami. Złapała dłońmi moje barki i odepchnęła mnie, zmuszając, bym ją puścił.

- Kostium jest drogi. Mógłbyś?

Poczułem szarpnięcie w sercu, gdy cofnęła się i poprawiła rozpiętą, idealnie skrojoną marynarkę. Przesunęła dłońmi po bluzce, jakby chciała strzepnąć mój dotyk.

- Szukałem cię. Gdzie byłaś? Minęły tygodnie. Dwa, dokładnie.

Obróciła się do mnie bokiem, odgarniając zbłąkane kosmyki z twarzy.

- Liczyłeś?

- Odliczałem każdą sekundę twojej nieobecności.

Delikatny chichot opuścił jej usta i uniosła brwi, gdy muskała palcami blat biurka, przekładając niektóre długopisy.

- Dość silna reakcja, nie sądzisz?

Moje serce stanęło, gdy inna część mnie nagle przeszła w stan najwyższej gotowości.

- Co jest z tobą nie tak?

- Właściwie to nic. - Przerwała, jakby się zastanawiała. - Och, masz na myśli ten czas od mojego wybuchu szaleństwa? - Pomachała długopisem w powietrzu, zanim zaczęła stukać nim o dłoń. - Przyznam, że mogło wydawać się to trochę dramatyczne. Przepraszam za twój budynek, ale widziałam, że udało się go naprawić, więc tyle dobrego.

Pokręciłem głową.

- Nie troszczę się o budynek. Zniknęłaś po...

- Och. To. - Wzruszyła ramionami. - Tak, cóż, miałam sporo do zrobienia i potrzebowałam oczyścić umysł, sam rozumiesz.

- Dianna. - Jej imię opuściło moje usta, jako zbolała prośba.

Poczułem jej ból, pamiętałem go, a teraz ona chciała go pogrzebać.

- Och, nie rób takiej miny. Czuję się dobrze. - Mrugnęła do mnie, podnosząc mały palec i machając nim w powietrzu. - Obiecuję na mały paluszek.

- Czy zrobiłem coś, co cię uraziło? - zapytałem i poczułem ucisk w piersi. Zachowywała się tak lekceważąco.

- Uraziło mnie? - Powstrzymała śmiech. - Bogowie, zapomniałam, jak staroświecko potrafisz się zachowywać. Co to w ogóle znaczy?

- Po prostu próbuję zrozumieć, co myślisz.

- O czym? - Obróciła długopis w palcach.

- O nas.

Prychnęła.

- O nas? Nie ma żadnych nas. - Pomachała ręką, wnętrzem skierowanym w moją stronę. - Znamię zniknęło. Nie pracujemy już razem. Pamiętasz?

- Tylko tym dla ciebie byłem? Pracą?

- Słuchaj, mamy fajne wspomnienia. Zabawiliśmy się, ale nie musi to od razu czegoś znaczyć. Wiesz, myślałam, że zrozumiesz, biorąc pod uwagę twoją historię.

- Moją historię?

- Miałeś wcześniej przelotne romanse. Pamiętasz? Widziałam je. - Popukała się palcem w skroń, lekko się uśmiechając.

Krew zaszumiała mi w uszach, serce zaczęło walić dziesięć razy szybciej. To było złe. Ona... kłamała. To nie ona. Wiedziałem. Wiedziałem, co mieliśmy, co oboje czuliśmy. Ból w moim sercu zmienił się w palącą determinację. Trenowałem wojowników, by zamykali swoje emocje głęboko w umyśle i wyłączali je, gdy szykowali się do bitwy mogącej kosztować ich życie. I to właśnie robiła Dianna - desperacko próbowała odepchnąć mnie, by przygotować się do wojny. Jej wojny.

Założyłem ramiona na piersi.

- Dlaczego to robisz?

- Ponieważ cię znam. Wiem, że zaczniesz się martwić i będziesz mi wchodził w drogę, ale ja naprawdę czuję się dobrze. Muszę tylko zabić paru ludzi. - Przerwała, a jej figlarny uśmiech się poszerzył. - Albo paruset.

Zrobiłem krok w jej stronę, zmniejszając przestrzeń między nami.

- Wiesz, że nie mogę ci na to pozwolić.

Dalej bezmyślnie bawiła się długopisem.

- Wiem. - Podeszła o krok bliżej, aż dotknęła dłońmi mojej piersi.

Wzdrygnąłem się, gdy skubnęła mnie w brodę, po czym jej wargi wykrzywiły się w uśmiechu.

- Dlatego przyszłam cię ostrzec.

Kącik moich ust uniósł się w połowicznym uśmiechu.

- Ostrzec mnie? Dianno, czy po tym wszystkim, przez co razem przeszliśmy, wróciliśmy do gróźb?

- To nie groźba, a raczej obietnica. Więc ty nie wchodzisz mi w drogę, a ja nie wchodzę w drogę tobie i wszyscy żyją szczęśliwie.

- Obietnica? Nie potrafisz mnie zranić. Wiesz o tym.

To kłamstwo. Jej słowa zrobiły dokładnie to - rozerwały mnie na kawałki, jedno po drugim. Czułem się wypruty już przez to, że patrzyła na mnie takim wzrokiem, jakbym nie obchodził jej ani trochę. To agonia.

Odwróciła się ode mnie, przesuwając długopisem po krawędzi długiego biurka.

- Tak w ogóle podobają mi się gruntowne porządki, jakie robicie. - Uśmiechnęła się przez ramię.

Tym razem zauważyłem, że nie sięgnął jej oczu. Stanowił wyblakły cień jej prawdziwego uśmiechu, a ja pragnąłem znów go ujrzeć.

- Czy kiedykolwiek męczy cię wyglądanie tak pięknie przed tymi wszystkimi kamerami? To znaczy, podoba mi się twoja nowa fryzura, bardzo stylowa.

- Dianna.

- Poza tym powrót do Samkiela, co? Rezygnujesz z tego całego Liama? Ma sens, jak sądzę. W końcu męczymy się udawaniem kogoś, kim nie jesteśmy. To znaczy, ja tak. - Przewróciła parę kartek na biurku.

- Dianna.

- Poza tym, nie znajdziesz ich poprzez prowadzenie badań. Zapewne zebrali się w swoich posiadłościach, chowając się jak tchórze.

Sięgnąłem i chwyciłem ją za ramię, po czym odwróciłem w swoją stronę.

- Posłuchaj, wiem, że cierpisz, mimo tego, co mówisz. Pozwól sobie pomóc.

- Właśnie powiedziałam ci, jak możesz to zrobić.

- To nie... - Ucichłem, a racjonalna część mojego umysłu przejęła kontrolę.

Szok związany z jej widokiem minął i wreszcie zwróciłem uwagę na bijący od niej ciężki zapach. Ścisnęło mnie w żołądku.

- Dlaczego pachniesz krwią śmiertelnych?

Jej uśmiech był jawnie zabójczy.

W jednej sekundzie znalazłem się przed nią. W następnej przerzuciła mnie na biurko i wystarczająco mocno uderzyłem o nie plecami, by drewno zatrzeszczało i pękło pod wpływem siły.

Dianna złapała mnie za gardło i pochyliła się nade mną. Próbowałem usiąść, ale ona z zaskakującą łatwością mnie przytrzymała. Szok to niedopowiedzenie. Nawet gdy trenowaliśmy, nigdy nie była silniejsza ode mnie, nigdy nie zdołała przyszpilić mnie i przytrzymać. Pożywiła się śmiertelnymi, i to sporą ich liczbą.

- Wyjaśnijmy sobie jedną rzecz. Znam cię. Jesteś miły i dobry, jesteś wszystkim tym, czym my nie jesteśmy. Z pewnością zechcesz mi pomóc, ale dla mnie nie ma ratunku. Jedyne, co możesz zrobić, to trzymać się z daleka. Przyszłam tu, żeby grzecznie zapytać, i nie zrobię tego ponownie. Wejdziesz mi w drogę, a zapłacisz krwią tak jak oni, tak jak on. Więc co ty na to, żebyś przymknął na to oko, tak jak zrobiłeś to tysiąc lat temu, co?

- Wiesz, że nie radzę sobie najlepiej z pogróżkami.

Objąłem palcami jej nadgarstki, ale nie próbowałem odciągnąć jej od swojego gardła. Mogłem udawać uległość, jeśli musiałem. Pozwolę jej myśleć, że zyskała przewagę, tak długo, jak będzie mówiła.

- W porządku. Po prostu pamiętaj, że może i jesteś nieśmiertelny, ale twoi przyjaciele, rodzina i ci, którzy cię podziwiają - mlasnęła językiem - już nie. Więc jak wielu chcesz stracić, bo nie pozwolisz mi zrobić tego, co muszę?

Kawałki układanki wskoczyły na swoje miejsce i stworzyły mroczny obraz.

- Chcesz zamordować wszystkich odpowiedzialnych za jej śmierć?

To jej plan? Pamiętam wrzask, krzyk, gdy jej siostra umarła. Stanowił centrum moich koszmarów od tygodni. Wciąż czułem ból w całym ciele, towarzyszący mi, gdy przelatywałem przez ściany, okna i metal z powodu siły tego dźwięku. To nie była ona. Ta pusta skorupa bez emocji to nie moja Dianna.

- To nie jesteś ty, Dianna. Nieważne co, nigdy byś się tak do mnie nie odezwała. Nie groziłabyś mi.

Zaśmiała się i zwolniła uścisk.

- Naprawdę wziąłeś sobie to całe bohaterstwo do serca, nie? Czy to moment, w którym mówisz mi, że znasz prawdziwą mnie? Błagam, wyrzygam cały lunch.

Potarłem gardło, uśmierzając lekki ból, i wstałem jednym płynnym ruchem. Biurko pode mną zatrzeszczało, rozłam między nami rósł.

- Szukałem Gabby i szukałem ciebie od momentu, w którym zniknęłaś.

Dianna zamarła, a jej sztuczny uśmiech opadł, coś zajątrzyło się głęboko w jej oczach. Jakąkolwiek maskę nosiła, ta pękła po moich słowach. Zauważałem przebłysk życia za tymi krwistoczerwonymi oczami.

- Nie mogłem jej znaleźć, ale próbowałem. Założyłem, że tobie się udało, ale twoja twarz mówi co innego.

Nie odezwała się, tylko wpatrywała się we mnie, więc wyciągnąłem ręce i ścisnąłem jej dłonie w swoich. Popatrzyła na nie, ale nie ruszyła się, nie wzdrygnęła tak jak wcześniej.

- Wiem, że cierpisz, Dianna. Nieważne, co powiesz ani czym we mnie rzucisz, wiem, skąd to się bierze. Byłem tam. To też wiesz. Jesteś zraniona i samotna, ale ja... po prostu pozwól mi sobie pomóc. Proszę. To nie jesteś ty.

Podniosła oczy, a nasze spojrzenia się zderzyły, gdy wyrwała swoje dłonie z moich. Wiedziałem, że to, co powiedziałem, uderzyło w czuły punkt i wstrząsnęło nią w jakiś sposób.

- Taka jestem teraz.

Pokręciłem głową.

- Nie, nie wierzę ci i nigdy nie uwierzę. Pokazałaś mi, kim jesteś, miesiące temu. Pamiętam każdą sekundę każdego dnia. Pomogłaś mi i troszczyłaś się o mnie, kiedy nie musiałaś. Ryzykowałaś życiem dla wszystkich. Ja noszę zbroję na wojnie, a to, co pokazujesz teraz, to twoja jej wersja. Zamykasz wszystko wewnątrz, by się chronić, tłumisz to, ale ja wiem bez cienia wątpliwości, że moja Dianna wciąż tam tkwi.

Drzwi się otworzyły.

- Udało mi się znaleźć rozwiązanie na twoje ostatnie obawy... - Gregory zamarł, gdy spojrzał na mnie, a potem na Diannę.

Jedna sekunda, tyle wystarczyło. Dianna sięgnęła za mnie, porwała mały przedmiot z biurka i rzuciła nim, tnąc powietrze. Poleciał z prędkością światła, aż usłyszałem odgłos, gdy trafił w cel. Poczułem ucisk w sercu, gdy rozległ się huk i Gregory uderzył twarzą o podłogę z długopisem wystającym z tyłu jego czaszki. Niebieskie światło wydostało się z jego ciała i zawisło nad nim na sekundę, zanim wystrzeliło w sufit.

- Teraz mi wierzysz?

Nic nie powiedziałem. Jak mogłem? Ledwie przetworzyłem ostatnie parę minut, a teraz Dianna zabiła celestiala na moich oczach, jakby to nic nie znaczyło.

- Jest jedno martwe ciało. Wejdziesz mi drogę, a nie widzę problemu, by dodać kolejne. Dostanę swoją zemstę. Znali cenę za dotknięcie jej i jeśli się w to wmieszasz, też ją zapłacisz. Przymknij oko, Samkielu. To nie twoja sprawa.

Rozbrzmiał alarm, lampy zamigotały, a kłąb srebra rozjaśnił przestrzeń przy drzwiach. Do pokoju wsączył się dym przesiąknięty chemikaliami mającymi wstrząsnąć stworzeniami z Innego Świata. To nowy system obronny zainstalowany po jej ostatnim wyskoku w bractwie, ale było już za późno.

Dianna rzuciła okiem na migoczące światła, a potem znów na mnie.

- Kiedy spalę ten świat doszczętnie, a ty zrobisz ze mnie złoczyńcę, pamiętaj, że naprawdę starałam się być dobra... choć raz.

Przesunęła się, a czarny dym objął jej sylwetkę i nagle zostałem w pokoju sam.

Prawda była taka, że przerażenie ogarnęło mnie z tak wielu powodów, że nie wiedziałem, od czego powinienem zacząć.

3

Camilla

- Camilla. Musimy zebrać, co mamy, i uciekać. Na wyspie nie jest bezpiecznie.

Stuknęłam palcem w kieliszek. Delikatny blask światła z sufitu oświetlał Quincy i innych członków klanu stojących w drzwiach. Wszyscy byli spakowani i gotowi do ucieczki, ich torby leżały na podłodze wokół ich stóp. Czułam jej wzrok na sobie, gdy tak stała z przewieszoną przez pierś skórzaną torbą pełną kolekcjonowanych przez nią małych czaszek.

- Nigdzie nie jest bezpiecznie, Quincy. Już nie.

- Ręka zabezpieczyła już każdą inną lokalizację, ale nie wiedzą o kryjówce na wybrzeżu. No bo dokąd indziej mamy się udać?

Ciche prychnięcie uciekło z moich ust.

- Iassulyn zapewne - zauważyłam, a Quincy zbliżyła się do stołu; delikatne blond loki okalały jej twarz. - Idź, zabierz resztę ze sobą. Nie ma znaczenia, dokąd się udacie. Ona po was nie przyjdzie.

Dziewczyna położyła dłoń na moim ramieniu i lekko uścisnęła.

- Niech bogini nad tobą czuwa.

- Wszyscy starzy bogowie są martwi, kochanie - wyszeptałam.

Zmusiłam się do uśmiechu, a ona skinęła głową, zanim się obróciła, a reszta chwyciła torby i ruszyła za nią. Słyszałam zmartwienie w ich głosach, a kroki milkły, gdy zbliżali się do drzwi.

Wiatr przestał wiać, na wyspie nigdy nie panowała taka cisza, odkąd uznałam ją za swoją. Dotknęłam wargami chłodnego szkła, a słodki, cierpki smak wina wybuchł w moich ustach. Zachowałam ten trunek na specjalną okazję, a ta miała nigdy nie nadejść. Rozkoszowałam się smakiem i wpatrywałam w szmaragdowe płomienie tańczące za osłoną kominka.

- Coś ty narobił? - Pociągnęłam Drake'a za rękaw, zmuszając go, by odwrócił się w moją stronę.

Parę stworzeń z Innego Świata wyleciało przez drzwi, szepcząc między sobą. Ciała użyte przez Tobiasa do małego przedstawienia Kadena upadły na podłogę, już nikomu niepotrzebne.

Drake spojrzał na mnie gniewnie, cierpienie przyciemniło złote oczy wampirzego księcia.

- Zrobiłem, co Kaden nakazał. Co musieliśmy zrobić.

- To błąd i wiesz o tym. Wiesz to. To twoja przyjaciółka.

- A twoja była kochanka. Wydałaś ją tak samo jak ja - warknął, wyrywając ramię z mojego uścisku. - Nie miałem wyboru, Camillo. Żadne z nas go nie ma przez Kadena, przez Zakon. Słuchaj, Ethan jest moim bratem, moją jedyną rodziną. Nieważne, co czuję, nie mogłem pozwolić, by stracił towarzyszkę.

Jego oczy złagodniały za potworną maską przyjętą na potrzeby chwili. Wiedziałam, że część jego żałowała tego, co zrobił, ale był związany z rodziną.

- Ona po nas przyjdzie. Po nas wszystkich. Słyszałeś krzyk śmierci i czułeś, jak świat zadrżał. Gabby była smyczą trzymającą rozwścieczoną bestię w ryzach, a teraz ta uprząż zniknęła. Nic jej nie powstrzyma. Teraz to czuję. Wszyscy czujemy. Coś się zmieniło, coś starego i... - Brakło mi słów, by wytłumaczyć, co poczułam, ale wzbudziło to przeszywające na wskroś przerażenie.

Drake jedynie wzruszył ramionami, jakby świat zawiódł i jego.

- Może śmierć okaże się łaską po wszystkim, co zrobiliśmy.

Zanim mogłam odpowiedzieć, głos Ethana przebił się ponad wychodzącym tłumem, gdy wołał brata. Na jego twarzy nie wymalowała się ani krztyna skruchy, kiedy kurczowo trzymał się żony, odpowiedzialnej za skazanie na śmierć nas wszystkich.

- Wracaj do domu, Camillo. Spędź czas ze swoim klanem, bo ona nadejdzie i nie sądzę, by Kaden czy Samkiel zdołali ją teraz powstrzymać.

Lodowaty dreszcz przebiegł po moim ciele, gdy patrzyłam, jak odchodzi. Otoczyłam się ciaśniej ramionami i odwróciłam tyłem do pokoju. Musiałam zrobić jeszcze ostatnią rzecz. Niektórzy nazwaliby to skruchą czy wyrzutami sumienia, ale ja odmawiałam włożenia Kadenowi w ręce kolejnej broni.

Odchyliłam głowę do tyłu, zakładając ramiona na piersi, a włosy spłynęły mi po plecach. Cośmy zrobili? Nawet jeśli nasz związek nie zakończył się w najprzyjemniejszych okolicznościach, zabranie Diannie jedynej osoby, którą kochała, to coś niewybaczalnego. Kaden i Zakon byli starsi i silniejsi niż my wszyscy. Wydawali się nie do powstrzymania. Moje ręce zostały ubrudzone równie mocno co Drake'a, co każdego z rady Kadena. W jej oczach wszyscy ponosiliśmy odpowiedzialność. I to prawda. Może Drake miał rację. Może śmierć to łaska.

Zakręciłam połyskującym czerwonym płynem w kieliszku. Nade mną rozległ się grzmot, ale kiedy wyjrzałam przez okno, nie zauważyłam na niebie nawet jednej chmury. Wtedy zrozumiałam, że to nie piorun rozerwał noc. Nie podskoczyłam ani nie poruszyłam się, gdy wybuchły krzyki, patrzyłam tylko na kieliszek, przyglądając się falom formującym się na krwistoczerwonej cieczy. Moje serce nie zakołatało ani nie zmieniło rytmu, gdy poczułam, że mój dom zadrżał. Poczułam pieśń magii na skórze, kiedy próbowali walczyć, ale walka była zbyteczna - nie miała sensu przeciw zemście, przeciw zniszczeniu, przeciw śmierci.

Podwójne drzwi otworzyły się z trzaskiem i uderzyły w ścianę z wystarczającą siłą, by ciężkie drewno popękało. Zimne powietrze wypełniło pokój, po mojej nagiej skórze przeszły ciarki, a suknia okazała się śmieszną barierą ochronną przed przeszywającym mnie chłodem. Płomienie świec umieszczonych wzdłuż ściany i pod sufitem zamigotały i zgasły. Cisza wypełniła posiadłość, nie dało się już słyszeć krzyków czy rzucania zaklęć, nawet odgłosów bicia serca poza moim. Wzięłam kolejny łyk wina, nie odrywając wzroku od szmaragdowych płomieni w kominku. Nawet one wydawały się wzdrygnąć przez to, co właśnie się wydarzyło.

- Wiesz. - Jej szpilki stukały o podłogę, powoli, jakby z rozmysłem. - Zapomniałam o Quincy.

Wyprostowałam ramiona, wiedząc, że nie oszczędziła nawet jednej osoby.

- Była młodą czarownicą.

- Wydawała się całkiem urocza. Krucha, ale urocza. Pamiętam, jak zobaczyłam jej loki na ekranie. Zawsze były takie lśniące i sprężyste. Potrzebuję dobrej odżywki.

Wiedziałam dokładnie, o jakim ekranie mówiła, i pamiętałam, jak mój żołądek zwinął się w supeł, gdy Tobias przekręcił kamerę tak, by skierować ją na nas. A stojąca przede mną kobieta zapamiętała twarz każdego, kto się tam znalazł, i teraz łaknęła krwi. Myliłam się. Nikt z mojego klanu nie pozostał bezpieczny. Skazałam ich wszystkich na potępienie.

- Odnowiłaś to miejsce, odkąd odwiedziłam cię ostatnim razem - powiedziała, a jej głos zabrzmiał pusto, jakby został wyprany z emocji. - Ładnie. A przynajmniej było ładnie.

Odwróciłam się i niemal upuściłam kieliszek. Zielone płomienie wystrzeliły wysoko, moja magia zapłonęła, jakby chciała mnie bronić przed tym, co zmierzało w moją stronę. Paznokcie bestii zarysowały stół, aż odprysnęły kawałki gładkiego kamienia. Emanowała od niej mroczna, archaiczna moc, sprawiając, że moje ciało zadrżało. Pamiętam, jak dysponowała zaledwie skrawkiem tego, co wypełniało teraz ten pokój, ale to działo się przedtem, kiedy Gabby jeszcze żyła i mogła odciągnąć ją znad krawędzi. Teraz nie było Gabby i ten ostry klif, na którym zawsze balansowała, stanowił już przeszłość. Teraz rzuciła się na główkę w dół, a ostre skały kaleczyły jej ciało, tnąc je na kawałki.

Niegdyś zielono-brązowe oczy Dianny teraz krwawiły karmazynem, Ig'Morruthen ujawniało swoją obecność, bestia już się nie ukrywała. Jej kości policzkowe stały się ostrzejsze. Damski garnitur opinający jej zwodniczo szczupłe i kobiece mięśnie ukazywał to, co najlepsze w jej krągłościach. Brzeg jej płaszcza powiewał za nią na niewidocznym wietrze. Pożywiała się. Obficie.

- Tak, musiałam kupić nowe meble po tym, jak ty i Samkiel omal nie zniszczyliście tego miejsca. - Przełknęłam ostatnie krople wina i odstawiłam pusty kieliszek na stół, zanim drżenie dłoni sprawiło, że go upuściłam.

Zatrzymała się i wtedy to zobaczyłam. Wściekłość, gniew i nienawiść zniknęły zaledwie na sekundę. Moja magia też to poczuła. Niszczycielska moc, dzierżona przez nią niczym tarcza, pękła, jakby jego imię było pieśnią kochanka kojącą drżącą bestie. Ale moja nadzieja, tak jak ta pieśń, trwała zaledwie chwilę, zanim osłona się odnowiła. Nie sądziłam, by nawet ona zauważyła instynktowną reakcję na jego imię.

- Och, Dianno, nie możesz ukryć swego serca, nawet kiedy zupełnie się zatracisz. Kaden to wiedział. Jak myślisz, dlaczego zachował się tak pochopnie?

Miałam rację. Miałam rację od momentu, gdy po raz pierwszy ujrzałam ich razem. On to widział i to stanowiło prawdziwy problem. Jej reakcja, choć maleńka, okazała się kolejnym dowodem.

- Tak w ogóle, gdzie jest Samkiel?

Jej oczy zapłonęły jeszcze ciemniejszym odcieniem czerwieni i w jednej sekundzie znalazła się przede mną. Chwyciła mnie za brodę i uniosła ją, przerywając to, co chciałam jeszcze powiedzieć.

- Wiesz, nie smakowałam czarownicy, odkąd... - Uśmiechnęła się nieznacznie i przebiegle, gdy skanowała moją twarz, aż jej wzrok zsunął się niżej. - Cóż, pamiętasz.

- Po prostu to zrób - wycedziłam przez zaciśnięte zęby, ale ona mnie puściła.

- Och, nie dramatyzuj. To do ciebie nie pasuje.

Upadłam na podłogę, amortyzując zderzenie dłońmi. Obeszła mnie, po czym wysunęła krzesło, usiadła i oparła szpilki na stole, krzyżując nogi w kostkach.

- Nie wiem, czy to czysty tupet, czy głupota sprawiły, że wróciłaś do jedynego miejsca, w którym wiedziałam, że należy cię szukać.

- Co mogę powiedzieć? Nie miałam ochoty odwlekać nieuniknionego. - Podniosłam się, wycierając dłonie o przód sukienki.

Mlasnęła językiem, przyglądając się paznokciom.

- Zawsze wiedziałam, że jesteś najmądrzejszą wśród czarownic. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego tak bardzo chciały Santiago.

- Santiago słucha rozkazów lepiej niż ja.

- To się jeszcze okaże. - Westchnęła.

Przestąpiłam z nogi na nogę, zdezorientowana. Słowa Dianny brzmiały, jakby nie przybyła tu, by rozerwać mnie na strzępy.

- Nie zabijesz mnie? - wyszeptałam zaskoczona. Taka możliwość nawet nie przyszła mi do głowy.

Wzruszyła ramionami, jakby nie stanowiła teraz największego zagrożenia w pokoju, ale ja wiedziałam, na co ją stać, kiedy się pożywi do syta. Czyniło ją to prawie nietykalną. To wydarzyło się tak dawno temu, ale nigdy tego nie zapomniałam. Tylko Gabby potrafiła przywrócić ją na powierzchnię, kiedy przepadła.

- Zabić cię? Camillo, bądźmy szczere. Gdybym chciała, żebyś była martwa, pozbyłabym się ciebie w tej samej chwili, w której weszłam. Chcę porozmawiać.

- Porozmawiać? - Przełknęłam z trudem, z jakiegoś powodu ta perspektywa przerażała mnie nawet bardziej.

- Tak. A teraz siadaj. - Skinęła głową.

Odmówiłam podporządkowania się, a Dianna znalazła się za mną w sekundę, chwyciła mnie za kark i zmusiła do podejścia do stołu. Jak poruszyła się tak szybko? Powietrze nawet nie drgnęło. Żelaznymi dłońmi sprawiła, że uderzyłam tyłkiem w krzesło, a chwilę później pojawiła się znów po drugiej stronie.

- Teraz lepiej. - Przechyliła głowę, przyglądając się. - Coś nie tak, Cam Cam?

Cam Cam. Moje przezwisko. Tylko ona go używała, nie słyszałam go od lat.

- Gdzie jest ta cała wiedźmia twardość? Riposta i magia. Gdzie jest ta, która mnie oszukała? Ta, która stała obok, gdy ona umarła? Hmm?

Przełknęłam z trudem.

- Nie sądziłam, że to zrobi. Nikt nie sądził.

- Naprawdę? - Prychnęła cicho. - Znasz go równie dobrze jak ja, więc nie grajmy w grę "Jestem niewinna". Wiesz, co wydarzy się teraz. Wszyscy wiecie. - Odchyliła się do tyłu, ciągnąc za długi złoty łańcuszek na szyi. - Ale to dobrze, bo masz coś, czego potrzebuję.

Pokręciłam głową.

- Nie wiem, gdzie jest. Zniknął po tym, co się stało. Otworzył portal, kiedy usłyszał... Tobias i on... obaj zniknęli.

Pochyliła się do przodu, a w pokoju pociemniało. Drzwi za nią zamknęły się powoli, skrzypienie zawiasów przyprawiło mnie o dreszcze. Jej oczy świeciły, rozjaśniając mrok. Wydawały się niemal tak jasne jak jej uśmiech. Jak wiele pochłonęła, by zyskać taką kontrolę?

- Och, nie potrzebuję, byś go znalazła, jeszcze nie teraz.

- Więc czego potrzebujesz? - Moje pytanie zawisło w powietrzu i niemal natychmiast pożałowałam, że je zadałam.

Jej uśmiech się poszerzył i ukazała kły w pełnej okazałości. Wyglądało na to, że nie próbowała już ukrywać Ig'Morruthen. Pamiętam, jak skrupulatnie sprawdzała swoje odbicie w lustrze, by upewnić się, że wciąż pokazywało jej śmiertelną skorupę. Teraz wyglądało na to, że i tę część siebie utraciła.

- Więcej mocy.

Wzrokiem przeskanowałam jej twarz i wyprostowałam ramiona.

- Jeśli mamy pominąć formalności i nie kłamać, jak to ujęłaś, twoja moc zdecydowanie przewyższa moją. Masz moc Kadena, przepływa ona przez każdą cząstkę ciebie, a dodatkowo znowu się pożywiasz. Z całym szacunkiem, nie potrzebujesz mnie.

Mlasnęła, kiwając na mnie palcem.

- I tu się właśnie mylisz. Nie mam do czynienia tylko z Kadenem. Mam do czynienia z Samkielem i jego legionem celestiali wierzących w pokój, miłość i milutkie uczucia. Każdy z nich stałby się bardziej niż szczęśliwy, mogąc pojawić się, gdy wszystko zniszczę.

Teraz serce zabiło mi mocniej.

- Co masz przez to na myśli?

- Spieprzyłam. - Oparła głowę na dłoni i pokręciła nią. - Założyłam, że jest taki jak Kaden, wiesz? Że nie będzie go obchodziło, co zrobiłam. Zdarzały się takie momenty, kiedy Kaden nie odzywał się do mnie tygodniami. Myliłam się co do Samkiela, ale nie rozumiem dlaczego. Nawet nie uprawialiśmy seksu.

Przełknęłam z trudem i zdecydowałam się powiedzieć coś, co - miałam nadzieję - nie sprawi, że odrąbie mi głowę.

- Wiesz, że ludziom może na tobie zależeć bez uprawiania z tobą seksu, prawda?

Uniosła spojrzenie, a jakakolwiek krzta humoru zniknęła. Położyła dłonie płasko na stole. Nie wiedziałam, co takiego dziwnego powiedziałam, ale przebłysk emocji przemknął po jej twarzy, lecz szybko to zatuszowała. Przegapiłabym to, gdybym na nią nie patrzyła.

- Chcę tylko powiedzieć, że spróbuje cię powstrzymać. Nie cofnie się przed niczym, by dotrzeć do ciebie, on nie jest jak Kaden. Wszyscy widzieliśmy, jak Samkiel na ciebie patrzy, jaki jest, gdy ma cię obok. Kaden miał ludzi, którzy obserwowali cię od momentu, kiedy odeszłaś. Kaden chce cię posiąść, ale z Samkielem to coś więcej i część ciebie o tym wie.

Czekałam, aż na mnie warknie, poprawi mnie albo może podniesie dłoń i podpali, ale kompletnie nie oczekiwałam takiej reakcji.

Wymuszony uśmiech wypłynął na jej usta.

- Jakie to słodkie. W każdym razie, jeśli o to chodzi, potrzebuję, abyś coś dla mnie zrobiła.

Mrugnęłam. To nie Dianna. Cokolwiek roztrzaskało się w niej wraz ze śmiercią jej siostry, zmieniło ją dogłębnie. Naprawdę jej to nie obchodziło? Wsunęłam odrobinę magii pod stół. Wiązka uderzyła w ścianę, zanim dosięgnęła kobiety, i rozbłysła. Syknęłam, szarpiąc ją z powrotem ku sobie.

- W porządku. - Przerzuciłam włosy przez ramię, próbując podtrzymać fasadę bycia niewzruszoną, choć traciłam kontrolę.

Dianna wykrzywiła usta w lekkim uśmiechu i pomachała na mnie dłonią.

- Popatrz na siebie. Widzisz, już jesteś pomocna.

Opuściłam wzrok i wbiłam go w paznokcie, pocierając kciuk kciukiem. Jaki miałam wybór? Walczyć? Nawet jeśli, wiedziałam, że nie mogłam jej powstrzymać. Wiedziałam, czym naprawdę był Kaden, i nie miałam żadnych szans. Wcześniej wypełniała mnie nadzieja, że kiedy Dianna przybędzie, to szybko mnie zabije, żebym nie musiała mówić tego, co powinnam teraz przyznać. Byłoby lepiej dla niej, gdyby odkryła mój sekret po tym, jak spali mnie na popiół, ale jeśli zachowam to dla siebie, zrobi się jeszcze gorzej, kiedy odkryje, co zrobiłam.

Wzięłam głęboki wdech i wymamrotałam:

- Mam jej ciało.

Pokój znieruchomiał.

- Zabrałam je ze sobą po wszystkim. Uciekli, gdy tylko usłyszeli twój krzyk. Myślę, że każde stworzenie z Innego Świata go słyszało. Dało się go wyczuć nawet kilometry dalej. Moc rozeszła się po świecie, kiedy wrzasnęłaś, nawet jeśli nie miałaś świadomości.

Spojrzałam w górę. Niewielki złośliwy uśmieszek widniejący na jej twarzy zaledwie sekundy temu spełzł z jej warg. Napięła mięśnie szczęk, a jej mina w tej chwili tak bardzo przypominała mi Pogromcę Świata. Czy nie zauważyła, jak głęboko się ze sobą związali? Nie czuła tego? A teraz chciała mojej pomocy w unikaniu go, gdy rozdzierała Onunę.

- Wiem, że w twojej kulturze istnieją rytuały, które muszą zostać wykonane, i nie chciałam, by Kaden miał... miał jej ciało. Nie chciałam, by Tobias wskrzesił ją i próbował zranić cię jeszcze bardziej. Poza tym to proste zaklęcie, by je zabezpieczyć.

Ciemność, gęsta i ciężka, zebrała się w każdym kącie, wysysając powietrze z pomieszczenia. Dianna świdrowała mnie wzrokiem, a ja wiedziałam, że bezskutecznie szukała swojej siostry.

Skrzyżowałam z nią spojrzenia, gdy wyszeptała jedno słowo:

- Gdzie?

Wstałam od stołu, skupiała na mnie pełnię uwagi, gdy uniosłam dłoń. Ściana za nami zamigotała, a w dalekim kącie pojawiły się drzwi. Ruszyłam w ich stronę, a ona podążyła za mną. Przeszłyśmy wąskim korytarzem, między nami panowała przytłaczająca cisza. Szmaragdowe płomienie rozświetlały w sekundy ściany, gdy pokonywałyśmy metr za metrem. Włoski na karku stanęły mi dęba, gdy czułam ją za sobą. Moje ciało krzyczało: "niebezpieczeństwo", ale podążałam dalej, krok za krokiem.

Korytarz otwierał się na duży pokój. Zakręciłam nadgarstkiem i więcej magii przeskoczyło z jednej pochodni wbudowanej w ścianę do drugiej. Słoje pełne kości i piór stały na szafkach. Porzucony, podarty obraz mojego domu pokrywał daleką ścianę pokoju. Starożytna sztuka i relikty zebrane przeze mnie leżały porozrzucane po pomieszczeniu.

Zatrzymałam się w wejściu, po czym przesunęłam się, by mogła przejść. Płomienie na ścianach odchyliły się z dala od niej, gdy je mijała. Tu, na środku kamiennego stołu, przykryte cienkim prześcieradłem, leżało ciało Gabby.

Dianna zerwała tkaninę i świat się zatrzymał.

Oczekiwałam krzyku, ściany płomieni, wybuchu przemocy i uniesienia. Oddech mi przyspieszył. Oczekiwałam, że moja głowa uderzy o podłogę, oddzielona od ramion przez jedno z jej ostrzy. Oczekiwałam jej furii i zemsty, ale to, co otrzymałam, wydawało się znacznie gorsze.

Dianna stała nad ciałem siostry, jej wzrok nie opuszczał twarzy dziewczyny. Podniosła rękę i czule odgarnęła włosy Gabby z jej bladego oblicza. Widziałam, jak nozdrza Dianny się rozszerzają, i widziałam, jak rzeczywistość uderza w nią z pełną mocą. Rzucone zaklęcie pomogło, ale nie mogłam powstrzymać śmierci, nawet całą swoją magią.

- W mojej kulturze mówią, że gdy umierasz, zostaje tylko skorupa. Dusza odchodzi, zabierając ze sobą każdą cząstkę sprawiającą, że jesteś tym, kim jesteś. Witają cię w cudownym raju pełnym światła i miłości. Nie ma już bólu czy zmartwień, tylko raj. - Przeczesała palcami drugą stronę włosów Gabby, próbując ułożyć je na właściwym miejscu. - Jest taka zimna.

Kobieta nawet na chwilę nie oderwała oczu od siostry, nawet cień czy przebłysk emocji nie naznaczył jej twarzy. Splotłam palce dłoni i przycisnęłam knykcie do ust, przełykając łzy z powodu jej bólu. Pokój zamarł w bezruchu, smugi ciemności sięgnęły z cieni ku niej i jej cierpieniu.

Dianna ponownie wyciągnęła rękę, by odgarnąć włosy z twarzy Gabrielli.

- Na początku myślałam, że może się pomyliłam. Może to potworny sen i wciąż mogłabym ją odnaleźć, wiesz? To takie głupie. Nawet po tym, jak poczułam palenie znamienia na dłoni, miałam nadzieję, ale widząc ją taką? - Złożyła pocałunek na jej czole, zanim się wyprostowała. - Teraz naprawdę nie mam już nikogo.

- Ja...

Ryczące płomienie pochłonęły ciało Gabrielli, a ja sapnęłam, zapominając wszelkich słów mogących nieść ukojenie. Dianna stała na tle złowrogiej poświaty z wyciągniętymi obiema rękami, a ogień wypływał z jej dłoni. Zatoczyłam się do tyłu, szok spłynął na mnie, gdy jej siostra, którą tak bardzo kochała, płonęła między nami.

Dianna wpatrywała się w trzaskające płomienie o końcówkach wyciągających się wysoko w poszukiwaniu kolejnej dawki paliwa. Obawiałam się, że mój dom spłonie z nami w środku, mimo to patrzyłam, lecz one nigdy nie liznęły sufitu. Kontrolowała je, ich temperaturę i intensywność.

- Pochowałam ojca. Pochowałam matkę. A teraz pochowam ją.

Dianna się nie poruszyła. Po prostu stała przed płonącym stosem. Fantomowe bóle przebiegły po moich bokach, klatce piersiowej i gardle, gdy przypominałam sobie bestię z pazurami atakującą mnie i odpowiedzialną za próbę rozczłonkowania mnie zaledwie miesiąc temu. Próbowałam utrzymać plecy prosto, ale każda komórka w moim ciele krzyczała, bym uderzyła, broniła się albo uciekała. Tak bardzo w tym momencie przypominała Kadena, z powodu całej tej odziedziczonej po nim mrocznej i złowieszczej mocy wyrytej w jej skórze.

- Strach nie jest twoim zapachem, Camillo.

Przełknęłam i próbowałam odzyskać spokój.

- Jesteś inna. Wszyscy to czują.

Jej oczy spotkały moje ponad płomieniami, a smród palonego ciała wywoływał mdłości.

- Dobrze.

- Zrobię, co chcesz. - Słowa wypłynęły szybciej, niż chciałam.

- Wiem, że zrobisz.

Trzask ognia i zapach stawały się zbyt intensywne nawet dla mnie, więc obróciłam się, by wyjść.

Dianna mnie zawołała, po czym oznajmiła:

- Potrzebuję urny i jeszcze jednej rzeczy, zanim zaczniemy.

Obróciłam się w jej stronę, moje serce biło w szaleńczym tempie.

- Zaczniemy co?

Spojrzała na mnie, płomienie oświetlały jej ciemną sylwetkę.

- Destrukcję imperium.

4

Dianna

182 dni

Odgarnęłam luźne kosmyki tańczące na moim policzku, poruszane oceaniczną bryzą zwiastującą noc. Udanie się w szpilkach na plażę to koszmarny pomysł, stopy zapadały mi się głębiej w piasku. Nie słyszałam żadnych ptaków czy mamrotania śmiertelnych w pobliżu. Jedynym dźwiękiem pozostawało pluskanie fal. Zachodzące słońce, niczym ognista bestia, rzucało na chmury różową i żółtą poświatę. Zmrużyłam oczy za okularami przeciwsłonecznymi. Miałam je, gdyż światło słoneczne zaczęło przyprawiać mnie o ból głowy. Kiedy poczułam jej nawoływanie, zapadał zmrok, a wiatr stawał się chłodniejszy.

Zamknęłam oczy, a ona szeptała do mnie, gdy chwyciłam mocniej niesioną urnę.

Co myślisz o powrocie na Sandsun Islas? Mają taką odosobnioną, nieoznakowaną plażę, odkryłam ją, kiedy się ukrywałam. Widziałam tam klify idealne, by z nich skakać, i jest tam tak pięknie. Nie byłyśmy razem na plaży od trzydziestu lat, obiecuję, że nie zaproszę nawet Ricka. Wybierzemy się tylko na miłą, relaksującą, pełną zabawy wycieczkę sióstr. Nasze pierwsze wakacje. Proszę, proszę, proszę!

Gwałtownie otworzyłam oczy, gdy jej głos zanikł, a palce wbiłam w pokrywę urny.

- To nie są idealne wakacje, ale tu chciałaś przyjechać. Lepiej późno niż wcale - powiedziałam, patrząc na czarno-złotą urnę w dłoniach.

Camilla znalazła ją, a ja zebrałam do niej jej prochy, co do ostatniej szczypty. Rytuał Havlousin musiał zostać przeprowadzony. Nauczyli go mnie nasi rodzice. Nasza kultura tego wymagała, by zapewnić miejsce ostatecznego spoczynku poza gwiazdami, aczkolwiek już nie wiedziałam, w co wierzyłam. Raj wydawał się żartem, a jednak tu stałam, rozrzucając jej prochy, by mogły się odrodzić. Nasi rodzice nauczyli nas, że ciało to tylko naczynie, wyłącznie skorupa, pozostawiona przez najważniejszą część, czyli duszę. Czy stałam się już tylko skorupą? Czułam, jakby tysiące kamieni miażdżyło mi klatkę piersiową. Nie dostrzegałam żadnego ruchu, żadnego życia, już nie. Wiedziałam, że powinnam płakać i krzyczeć, ale nie nadszedł nawet cień reakcji.

- Potrzebowałaś mnie, a mnie tam nawet nie było. Tak bardzo się rozproszyłam przez...

Poczułam ucisk w gardle, gdy wyobraziłam sobie jego twarz.

Samkiel.

Uderzyła we mnie kolejna fala emocji, skręcając moje wnętrzności. Zdusiłam je, zamykając w sercu za kolejnymi drzwiami stworzonymi przez mój umysł.

- Powinnam była z tobą uciec. Mogłyśmy się ukryć, pozwolić im walczyć ze sobą o tę głupią książkę. Tak bardzo przepraszam, Gabs.

Przerwałam, szukając słów. Musnęłam palcami pokrywę, a nieustępliwe fale pluskały o brzeg; ich rytmiczne uderzenia wypełniały ciszę.

- Wiesz, myślałam o tym. Może byłoby lepiej, jeśli zginęłybyśmy wtedy w Eori. Powinnam tam z tobą zostać, zamiast błagać jakiegokolwiek słuchającego boga, by cię uratował. Może Drake by nas nie znalazł i nie skończyłybyśmy przed Kadenem.

Wydęłam wargę, przypominając sobie tamten dzień. Mer-Ka to moje imię nadane mi po urodzeniu. Ain to imię Gabby, a Eoria była naszym domem, w którym tak dawno temu zaznałyśmy spokoju.

Zniszczone.

- Chodź za mną. - Pochylił głowę w kierunku kawałka materiału, służącego nam za drzwi.

Niósł ją w ramionach, jakby nic nie ważyła. Jak silny był ten dziwny mężczyzna? Przełknęłam i przytaknęłam, po czym podążyłam za nim. Tak długo, jak trzymał Ain, zrobiłabym wszystko, co powiedział, i poszłabym za nim wszędzie.

Wyszłam z naszego domu, idąc na bosych stopach, a moje kroki były ciche jak szept. Nie sprawdził, czy ruszyłam za nim, on stąpał bezszelestnie i szybko, jakby chodził w powietrzu. Mijaliśmy puste, kamienne domy z prawej i lewej. Połowa naszej wioski odeszła, gdy tylko kawałki nieba spadły nam na głowy. Wiedzieli, że nadchodzi coś złego, ale moi rodzice nie słuchali. Nie wierzyli w istnienie niebezpieczeństwa. Teraz, patrząc na kaszlącą Ain, żałowałam, że nie naciskałam na nich mocniej.

- D-dokąd nas zabierasz? - zapytałam, w moim głosie wybrzmiewało ogarniające mnie przerażenie.

Odwrócił się lekko w moją stronę i rzucił mi krzywy uśmiech.

- Mam przyjaciela, on może pomóc.

Przytaknęłam znowu, by uniknąć jego spojrzenia. Jego oczy zdawały się wypełnione płynnym ogniem, a ich złote obwódki wyglądały nienaturalnie. On cały wyglądał po prostu cudownie z tymi ciemnymi lokami okalającymi twarz. Jego skóra miała ten sam kolor co Ain i moja. Nigdy nie widziałam kogoś, kto wyglądał jak on. Może też pochodził z innego świata? Błagałam o wybawcę i może to właśnie on się nim okaże? Wyglądał jak z obrazów pokazywanych mi przez mamę, tych przedstawiających skrzydlate anioły, w które wierzyła. Opowiadała mi historie o ich sile i potędze, a ten mężczyzna właśnie taki się wydawał. Niósł moja siostrę bez wysiłku, nie to, żeby którakolwiek z nas dużo ważyła w tamtym momencie. Prawdziwe jedzenie skończyło nam się tygodnie temu, więc żyłyśmy teraz z tego, co udało mi się znaleźć. Dawałam jej więcej, nawet gdy się ze mną kłóciła, ale obiecałam mamie i tacie, że się nią zaopiekuję. To moja mała siostrzyczka, nie pozwoliłabym jej głodować.

Patrzyłam na ciemne kosmyki z tyłu jego głowy, kiedy szliśmy, kierując się do opuszczonej części miasta. Ogarnął mnie niepokój, gdy zatrzymał się przed uszkodzoną, zdeformowaną, w połowie zawaloną świątynią. Zaczął schodzić w dół brązowymi, kamiennymi schodami, z ustawionymi po obu stronach wyszczerbionymi statuami nie do rozpoznania.

Przełknęłam gulę w gardle.

- Nie możemy tu być. Są zamknięte, bo mogą się zawalić. Nie są bezpieczne. Moglibyśmy zostać zmiażdżeni.

Odwrócił się, patrząc na mnie, jakbym oszalała.

- Poczekaj tutaj. Potrzebuję z nimi porozmawiać. Wrócę po ciebie.

- Nimi? Ilu ich tu jest? - sapnęłam.

- Po prostu zaczekaj. - Uśmiechnął się, jakby mógł usłyszeć walenie mojego serca i chciał odpędzić strach.

- Nie zabierzesz mojej siostry bogowie wiedzą gdzie beze mnie.

Podeszłam bliżej, przeskakując wzrokiem między nim a pustą, ciemną dziurą w ziemi. Walczyłabym z nim, jeśli bym musiała, nawet pomimo wiedzy, że nie miałam szans na wygraną. Jego mięśnie wyraźnie rysowały się pod cienkimi ubraniami. Niespotykany materiał okrywał całą jego sylwetkę, wiernie przylegając do jego ciała. Musiał wyczytać wszystko z mojej miny, bo znów uśmiechnął się uspokajająco.

- Słuchaj, doceniam, że chcesz pomóc, ale ona - wskazałam na siostrę, a ona się o niego oparła i znów zakasłała - nie może iść tam sama. Nie wiem, kim jesteś, ale ona i tak już ledwo oddycha.

- Mam na imię Drake. - Uśmiechnął się znacząco. - Teraz mnie znasz. Proszę, poczekaj tu.

Zaczęłam protestować, ale jego oczy zaświeciły jaśniej. Zamknęłam usta, a niepokój opuścił moje ciało. Może to dobry pomysł.

- Okej, poczekam tu.

Uśmiechnął się ponownie, a potem odwrócił i zniknął mi z oczu, zszedłszy po kamiennych schodach.

Pomimo zmęczenia spacerowałam tam i z powrotem, wykręcając palce i czekając.

I czekałam.

I czekałam.

Przestałam krążyć i spojrzałam na kamienne stopnie, wzdychając. "Poczekaj tu", powiedział. Musiałam tu poczekać, ale dlaczego? Moje serce załomotało. Miał moją siostrę i zamierzał jej pomóc. Musiałam czekać, ale znowu. Dlaczego? Ruszyłam stopą, tupiąc o piasek, moje ciało pragnęło oprzeć się jego rozkazowi. Napięłam mięśnie rąk raz, drugi, poczułam szarpnięcie w żołądku. Musiałam dostać się do Ain. Zabrał ją, a ja go nie znałam ani nie wiedziałam, kto jeszcze znajduje się tam na dole. Co ja zrobiłam? Poczekaj tu. Nie. Nie mogłam na nią czekać. Poruszyłam się, a stopami zaszurałam po piachu. Gdy ruszyłam w dół, nie myślałam o niczym innym, tylko o tym, by się dostać do Ain.

Położyłam dłonie na otaczających mnie ścianach, wodząc palcami po brudnym kamieniu, gdy powoli schodziłam coraz niżej. Panowały tu zupełne ciemności i nie mogłam nic zobaczyć. To zły pomysł. Wiedziałam o tym, ale jaki miałam wybór? Ściany się skończyły, gdy moje stopy dotknęły równego gruntu. Wyciągnęłam przed siebie ręce, próbując złapać się czegokolwiek.

- Drake? - szepnęłam, starając się zwrócić uwagę pięknego obcego, ale nie usłyszałam odpowiedzi. - Drake? - szepnęłam raz jeszcze.

Obok mnie rozległ się szelest, jakby coś pełzło po piachu. Zapomniałam o nosorogich żmijach kochających ciemne, zimne miejsca. Co ja sobie myślałam? Dobrze, dobrze, dam radę. Dam radę. Dla mojej siostry. Wzięłam głęboki wdech, upewniając się, że uniknęłam miejsca, gdzie słyszałam ten niewielki ruch, i odwróciłam się w przeciwnym kierunku. Trzymałam ręce wyciągnięte przed sobą, nie chcąc wpaść na coś, gdy szłam powoli, choć pewnie do przodu.

Wreszcie opuszkami trafiłam na litą ścianę i westchnęłam z ulgą, wodząc po nierównej powierzchni i wyrytych w niej symbolach. Szłam dalej, trzymając dłonie na murze. Bogowie, chciałabym coś widzieć, a wciąż otaczała mnie głęboka czerń. Jak on zobaczył cokolwiek? Moje nieokiełznane myśli ustały, kiedy usłyszałam głosy. Na początku rozbrzmiewały tylko ciche szepty, ale im bardziej się do nich zbliżałam, tym stawały się głośniejsze. Kłócili się.

- Nie potrzebujemy zwłok gnijących od środka. Nie zjem tego. - Usłyszałam czyjś głos i przełknęłam.

- Ona nie jest do jedzenia. Przyprowadziłem ją Kadenowi.

- Zamierzałeś nakarmić mnie ochłapami, wampirze? - odpowiedział ktoś głębokim głosem.

Wampirze? Co to jest wampir?

Zbliżyłam się, a rozmowa stała się donośniejsza. Zobaczyłam słabe światło przed sobą i odetchnęłam z ulgą, zanim opuściłam ręce po ścianie i ruszyłam do przodu. Światła nie było dużo, ale wystarczająco, by mnie do nich doprowadziło. Rozlewało się na końcu świątyni, rzucając tańczące cienie na ściany. Wiele cieni.

- Nie - odezwał się anioł o kręconych włosach. - Chcę, byś ją ocalił. Wiem, że potrafisz.

- A niby dlaczego miałbym to zrobić?

Nastąpiła krótka przerwa, gdy się zbliżyłam.

- Mogłaby stać się kolejną osobą pomagającą ci zrealizować plan.

Zatrzymałam się w wejściu, bojąc się przerwać ich dyskusję.

- Hmm, nie potrzebuję nikogo więcej. Zabij ją.

Moje serce stanęło i nawet nie pomyślałam, tylko rzuciłam się biegiem przez pokój.

- Nie! - krzyknęłam, padając na kolana tuż przed Ain. Rozłożyłam szeroko ramiona, próbując ją ochronić własnym ciałem, a ona objęła się ciasno ramionami, zastygając w przerażaniu.

Ogarnął mnie strach. Nie tylko weszłam do pokoju, w którym rozmawiali dwaj mężczyźni. Weszłam do pokoju, w którym znajdował się ponad tuzin ludzi ubranych w szaty o różnych kolorach. Każdy zwrócił wzrok ku mnie.

- Jesteście podróżnikami, o których wszyscy mówią? Tymi, którzy pokonali pustynię piechotą i przetrwali?

- Czy tak nas nazywają? - zaśmiał się rosły mężczyzna stojący przede mną, a reszta mu zawtórowała.

Przełknęłam z trudem, wpatrując się w niego uważnie. Był wyższy ode mnie, a to już coś mi mówiło. Wodziłam wzrokiem od jego ciężkich czarnych sandałów przez plisowaną spódnicę aż po szeroką i umięśnioną klatkę piersiową. Jego skóra była ciemniejsza niż moja, nie taka jak tutejsze piaski, ale głębsza. Czerwone szaty okrywające jego ramiona i część piersi pięknie kontrastowały ze zdrowym odcieniem jego ciała.

Musiał być przywódcą. Bijąca od niego moc miała niemal fizyczną formę. Zaplótł swoje dredy w gruby warkocz, a jego końcówka wisiała nisko na jego plecach, boki głowy miał tak krótko zgolone, że prawie dało się ujrzeć skórę. Uroda tego mężczyzny zapierała dech w piersi, ale wydał mi się równie śmiercionośny, jak kolorowe żmije nosorogie, mogące zaatakować w każdym momencie. Spojrzenie jego zielono-brązowych oczu spotkało moje.

- Tylko ci pobłogosławieni przez bogów mogą przekroczyć wielkie piaski i przeżyć - wyszeptałam, rozglądając się po pokoju.

Pozostali zerkali to na mnie, to na niego, jakby oczekując rozkazu, by nas zabić.

- Błogosławieni przez bogów? - Wybuchnął głośnym śmiechem, zerkając na ludzi za sobą. Prychali lub gapili się na mnie, a on odwrócił się, wzruszając ramionami. - Cóż, zależy, do kogo się modlisz.

Drake zrobił krok do przodu.

- Kaden, wybacz mi. Użyłem przymusu, by została na zewnątrz. Nie wiem, jak...

Kaden, straszny, piękny mężczyzna odwrócił się do niego i uniósł brew. Drake opuścił głowę i cofnął się, aż przystanął koło innego mężczyzny, uderzająco podobnego do siebie. Zebrani spojrzeli po sobie, szepcząc zaciekle.

Kaden znów skupił się na mnie.

- Użył przymusu, a jednak stoisz tu przede mną - zaczął z namysłem.

Zbliżyłam się do Ain i ją objęłam. Nad naszymi głowami ciągle toczyły się rozmowy. Spojrzałam w stronę zniekształconych drzwi. Mogłam spróbować z nią uciec, może udałoby nam się przed...

- Znakomicie. - Kaden klasnął w dłonie, z powrotem skupiając na sobie ich uwagę. - Ona zostaje. Jest teraz moja.

Jego słowa uderzyły we mnie jak kwas i coś we mnie pękło. Nie martwiąc się o ich przewagę liczebną i że w pokoju zgromadziło się wielu ludzi mogących zabić siostrę i mnie, sięgnęłam w dół i wydobyłam mały sztylet ukryty po wewnętrznej stronie uda. Kaden przyglądał się moim poczynaniom, zupełnie niewzruszony.

Ojciec dał mi to ostrze, kiedy pokazywał mi, jak się bronić. Wtedy nie rozumiałam, dlaczego tak nalegał na szkolenie, ale kiedy niebo upadło, zastanawiałam się, czy tata został pobłogosławiony wzrokiem, o którym zawsze mówili wysocy kapłani. Podziękowałam starym bogom za te lekcje, ponieważ potrzebowałam teraz płynącej z nich wiedzy.

- Nie należę do nikogo - oświadczyłam.

Pamiętałam wskazówki ojca, gdzie uderzyć i jak skrzywdzić większego od siebie przeciwnika. Uderzać w krocze i gardło albo celować w oczy, by je wydłubać. Trzymałam rękojeść bokiem, a na ten widok jego uśmiech się powiększył, zanim mężczyzna znów wybuchnął śmiechem.

- Och, zadziorna. Kocham takie. Powiedz mi, czy całą swoją broń trzymasz między nogami?

Jego komentarz był prostacki i wulgarny, ale ja się nie zawahałam. Ojciec nauczył mnie, by nie nabierać się na sztuczki i słowa wroga.

- Podejdź bliżej, a ci pokażę.

Jego uśmiech nie pobladł, gdy zrobił krok w moją stronę.

- Tak?

Zaatakowałam, tnąc ostrzem przez jego twarz. Oczy w różnych kolorach rozświetliły pokój. Paru mężczyzn pognało naprzód szybciej, niż mogłam zauważyć. Zacięcie na jego policzku zasklepiło się samo, a ja sapnęłam, upuszczając ostrze i zataczając się do tyłu, by stanąć nad siostrą.

- Och, zaiste zadziorna - mruknął, ocierając krew z policzka, jakby nic nie znaczyła, ale szepty za mną mówiły mi co innego.

- Czym jesteś? - wykrztusiłam.

Kucnął i wyciągnął wielką dłoń w moją stronę. Cofnęłam się, osłaniając Ain swoim ciałem. Chwycił za upuszczony przeze mnie sztylet i dotknął końca palcem. Zakręcił nim, a ostrze zamigotało w słabym świetle jaskini. Gdy otrzymałam tę broń, przypominała mi szkło, ale teraz migotała jak klejnot.

- Urocze. Skąd masz to cudo?

- Od ojca - przyznałam, niepewna, dlaczego w ogóle zapytał.

Powiedział coś w tym nieznanym języku, a kobieta z włosami czerwonymi jak krew przestąpiła z nogi na nogę. Inny mężczyzna, wyjątkowo wysoki i chudy, powtórzył jego słowa i zapadła cisza. Kaden pokiwał i przytrzymał ostrze nad ramieniem. Mężczyzna okryty szatami, z ukrytymi twarzą i włosami, wystąpił na przód i zabrał je. Kaden założył ramiona na piersi i przyjrzał mi się uważnie.

- Czym jesteś? - zapytałam ponownie drżącym głosem.

- Czymś, co pomoże twojej siostrze.

Moje serce załomotało.

- Nie, słyszałam cię. Zagroziłeś, że ją zabijesz.

- Prawda. - Nie próbował skłamać. - Ale od tego czasu zmieniłem zdanie. Ty masz coś, czego pragnę.

- Co takiego?

Powiódł po mnie spojrzeniem i nawet mimo swojej niewinności, otrzymałam tym samym odpowiedź.

- Siebie.

- Za co? - wydusiłam.

Uśmiechnął się raz jeszcze, zerkając na stworzenia za sobą, zanim znów spojrzał na mnie.

- Drake się nie mylił. Potrzebuję więcej ludzi do tego, co próbuję zbudować. Twoja siostra jest słaba, umiera. Jest dla mnie bezużyteczna. Ale ty? Jesteś idealna.

Bolała mnie klatka piersiowa, gdy słuchałam, jak o niej mówi. Wiedziałam, jak bliska śmierci była, co oznaczało, że nie miałam czasu do stracenia.

- Możesz ją ocalić? - Przełknęłam z trudem, wiedząc, że oddam się tym stworom, tym potworom, jeśli zostanę zmuszona. Dla niej nawet bym tego nie kwestionowała. Jak bym mogła?

- Tobias! - zawołał, machając ręką, ale nie odwrócił ode mnie wzroku. - Alistair. Zabierzcie jej siostrę na dół, proszę.

Mężczyzna wyłonił się z cieni. Brąz jego ubrań rzucał piękny blask na jego ciemną skórę. Jego włosy wydały mi się krótszą wersją fryzury Kadena. Czerwień lekko zabarwiła jego oczy, gdy skupił wzrok na mnie, a twarz skrył pod maską nieodgadnionych emocji. Zakradł się do mnie, a drugi stwór podążał tuż za nim. Karnacja tego drugiego mężczyzny była tak jasna jak księżyc, ale najbardziej uderzającym w nim okazał się kolor jego włosów upiętych na czubku głowy. Czysto biały jak cukier. Nigdy nie widziałam tak pięknego odcienia.

Ten o imieniu Tobias obszedł mnie i sięgnął po Ain. Przesunęłam się, by ją obronić. Oddech później stałam, tkwiąc w żelaznym uścisku. Kaden podniósł mnie wysoko i obrócił tyłem do dwóch mężczyzn, a ci podnieśli moją siostrę za ramiona. Jęknęła, próbując zachować przytomność. Sięgnęła po mnie, a ja po nią, wyciągnęłyśmy dłonie na spotkanie tej drugiej. Szarpałam się, gdy ją zabierali.

- Ciii, wszystko w porządku - wyszeptał, próbując mnie uspokoić, ale jedyne, co widziałam, to oddalająca się siostra.

Spojrzałam na Kadena, panika poruszyła się we mnie niczym żywe stworzenie.

- Co oni jej zrobią?

- Nic - przerwał - na razie.

Szarpnęłam się mocniej w jego uścisku, ale osiągnęłam tylko tyle, że zostawił większe siniaki na moich rękach. Był silny, zbyt silny, ale biorąc pod uwagę te świecące czerwone oczy, powinnam była wiedzieć, że mam do czynienia z czymś... obcym.

- Ty kłamco! - warknęłam. - Powiedziałeś, że jej pomożesz.

- I pomogę, ale najpierw muszę się upewnić, że to zadziała. Inaczej to nie ma sensu.

Przestałam się szarpać.

- Upewnić się, że co zadziała?

- Jesteś zmuszona poczekać.

Kaden uśmiechnął się ponownie i poprawił uścisk. Z łatwością trzymał mnie jedną ręką, a nadgarstek drugiej podniósł do ust. Z przerażeniem patrzyłam, jak kły przypominające te u nosorogiej żmii się wysuwają. Ostre końce nacisnęły na jego skórę, a ja się skrzywiłam. Trzymał rękę nad moją twarzą, a krew, ciemniejsza niż kiedykolwiek wcześniej widziałam, skapnęła na moją skórę. Odwróciłam się, ale złapał za tył mojej głowy, trzymając mnie w miejscu. Otworzyłam usta, by krzyknąć, lecz on przycisnął nadgarstek to moich warg. Ciepła ciesz wypełniała moje usta, gardło i płuca. Smakowała jak trucizna, paliła mnie w gardło, a ja wciąż się szamotałam. Im mocniej próbowałam się uwolnić, tym jaśniej świeciły jego oczy. Pochylił się bardziej, opierając głowę o moją, gdy mnie karmił. Poczułam szarpnięcie w żołądku, krew sprawiała, że chciało mi się wymiotować.

- Ciii, pomyśl o siostrze. O tym, jak bardzo chcesz, by żyła. Jak bardzo potrzebujesz, żeby przetrwała.

Przestałam się szamotać, przestałam szarpać, a on się odchylił. Znał moją słabość. Od razu odkrył sposób, by mnie kontrolować. Chciałam, by Ain żyła. Jak mogłabym inaczej?

Sięgnęłam dłońmi i chwyciłam go za ramię, dociskając nadgarstek mocniej do ust. Zassałam mocno, sprawiając, by więcej tego ohydnego płynu spłynęło po moim gardle. Chciałam tego. Jeśli to miało ocalić Ain, chciałam wszystkiego, co zamierzał mi dać, nawet jeśli odnosiłam wrażenie, jakby moje wnętrzności rozrywano na kawałki i składano na nowo. Jego oczy spotkały moje, szyderczy nastrój zniknął, gdy wzięłam więcej. Mój chwyt się wzmocnił, by wycisnąć tak dużo, jak tylko zdołam. Mówił, że jeśli zadziała, zyskam moc, moc, której potrzebowałam. Jeśli miałabym jej wystraczająco, nikt więcej nie skrzywdziłby Ain ani mnie.

Poczułam, że coś się we mnie zmienia. Część mnie pękła i umarła, podczas gdy coś innego przebudziło się i wpełzło pod moją skórę. Pieczenie powoli ustawało, skręcając i przeobrażając się w coś innego, coś mroczniejszego. Światła świec zamigotały w pomieszczeniu, a obserwujące nas stworzenia poruszyły się niespokojnie. Uśmiech Kadena powiększył się, jakby mężczyzna uświadomił sobie coś, czego ja nie wiedziałam.

Oderwał nadgarstek od moich ust. Zakaszlałam i niemal upadłam na kolana, miałam problem, by zaczerpnąć powietrza, czułam, jakby moje płuca i klatka piersiowa płonęły. Złapał mnie za ramię, po czym postawił na nogi i podparł.

Przyglądałam się, jak skóra na jego nadgarstku się zasklepia, i wytarłam twarz.

- Skąd mam wiedzieć, czy zadziałało? - zapytałam, a mój głos zabrzmiał chrapliwie, jakby podarowana mi przez niego krew miała pazury, a te rozerwały moje struny głosowe na strzępy.

- Zyskasz moc, o jakiej mogłaś tylko śnić - odparł, wyciągnął dłoń i pogłaskał mnie opuszkami po policzku, po czym przeniósł ją za mnie i złapał mnie za kark. - Oczywiście, jeśli przeżyjesz.

To ostatnia rzecz, jaką usłyszałam, zanim szarpnął moją głową w bok. Rozległ się zaledwie trzask, a jednak mój świat zmienił się na zawsze.

Wspomnienie się rozmyło, ostre światło rzeczywistości wróciło, gdy moje dłonie zaczęły się rozgrzewać. Słońce zanurzało się powoli w oceanie, wysysając światło ze świata.

- Byłam samolubna, ponieważ nie potrafiłam wyobrazić sobie świata bez ciebie, a potem Kaden nie dał mi wyboru. Tak jak ja nie dałam go tobie. Może jestem taka jak on. - Płomienie wzniosły się wokół moich dłoni, a słój pękł. - A więc niech tak będzie.

Ogień zaryczał, gdy się skoncentrowałam, a urna zamieniła się w ognisty pył i uwolniła ją. Stałam tam, obserwując, jak jej prochy tańczyły i kręciły się wokół mnie, zanim odleciały w nocne rozgwieżdżone niebo. Jedna gwiazda zdawała się świecić jaśniej, wesoło migocząc w moją stronę, jakby mi machała.

Błysk szmaragdu pojawił się za mną.

- Zrobione - powiedziała Camilla.

- Dobrze.

Mogłam usłyszeć jak serce wiedźmy przyśpieszyło. Mogłam usłyszeć teraz wiele rzeczy. Znacznie więcej niż kiedyś. Każdy mój zmysł wyostrzył się do granic. Nie zauważyłam, jak bardzo tłumiłam swoją prawdziwą naturę. Milczałam, przyglądając się bacznie migoczącej gwieździe.

- Co teraz?

- Nie pamiętam, byś wcześniej wykazywała się takim tchórzostwem. - Odwróciłam się do niej i przewróciłam oczami. - Uspokój swoje głupie serce. Nie zamierzam cię zabić. Oddałaś mi ją. Dopóki zamierzasz robić to, co mówię, zapewniasz sobie immunitet.

5

Samkiel

Tydzień później

Sunąłem palcami po czystym jedwabnym prześcieradle. Naszych zapachów nie dało się już na nim wyczuć, pozostały wyłącznie wspomnienia.

- To twój pokój na czas pobytu tutaj - powiedziała niska ciemnowłosa wampirzyca, kiedy pchnęła duże ciemne rzeźbione drzwi.

Zatrzymałem się za progiem, zapach wody kolońskiej zaatakował moje zmysły. Odwróciłem głowę w stronę ogromnego kredensu, gdzie - jak zakładałem - znajdowało się więcej rzeczy, niż potrzebowałem. Garnitur załatwiony dla mnie przez Logana leżał w kącie wielkiego łoża z baldachimem.

- Mój pan Ethan wyposażył tę sypialnię we wszystko, czego mógłbyś potrzebować, ale jeśli jest coś, co jeszcze moglibyśmy dla ciebie zrobić... osobiście, proszę, daj nam znać. - Przesunęła po mnie sugestywnie wzrokiem.

Usłyszałem prychnięcie wampirów stojących przy drzwiach.

Żar jej spojrzenia powinien coś we mnie pobudzić, ale tak się nie stało. Nie tak jak wzrok kobiety na górze, ignorującej mnie od czasu spotkania przyjaciela. Uniosłem wargę na myśl, że mógłbym się zniżyć i zacząć się tym przejmować. On był niczym.

- To nie będzie konieczne.

Z korytarza dało się słyszeć westchnienia rozczarowania.

- Cóż - podjęła wampirzyca stojąca przede mną - jeśli zmieniłbyś zdanie... - Wpatrywała się we mnie i zatrzymała wzrok na moim ciele zbyt długo jak na mój gust, zanim wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Ich niestosowne szepty poniosły się w dół korytarza. Odwróciłem się w stronę pokoju. Zastanawiałem się, czy sypialnia Dianny była tej samej wielkości, czy może większa. Czekaj, nie, wcale nie. Potrząsnąłem głową i spojrzałem w górę, próbując ukoić nerwy. Wszystko wydawało się tu zbyt nieporęczne, jakby rekompensowali sobie nieposiadanie mocy. Wszedłem w głąb pomieszczenia, mijając zbyt małe dla mnie meble, aż w końcu dotarłem do łazienki. Po wzięciu prysznica i przebraniu się, chwyciłem małe urządzenie wręczone mi przez Logana. Zapiąłem ostatni guzik koszuli, po czym zadzwoniłem do przyjaciela. Usłyszałem kilkukrotnie dźwięk oczekiwania na połączenie, zanim rozległ się delikatny kobiecy głos.

- Panno Martinez? - odezwałem się, zaskoczony, że odebrała siostra Dianny.

- Och, cześć. Jeśli masz sprawę do Logana, to go nie ma - powiedziała Gabby. Usłyszałem, jak wzięła gryz czegoś, bo głośne chrupanie dotarło do moich uszu, gdy przeżuwała.

- A dlaczego Logan opuścił stanowisko?

Jej śmiech rozbrzmiał na linii.

- Dianna ma rację. Śmiesznie mówisz.

Jej komentarz wzbudził dziwne uczucie w mojej klatce piersiowej. Drobne trzepotanie, jakby uderzanie ptasich skrzydeł rozprzestrzeniło się ciepłem po moim ciele.

- Dianna o mnie mówiła?

Zaległa cisza, jakby dziewczyna uświadomiła sobie, że właśnie powiedziała coś, czego nie powinna.

- A skoro mowa o mojej siostrze. Jak ona się miewa?

Przełknąłem.

- Czuje się... dobrze.

- Hmm, dogadujecie się... w miarę?

Sposób, w jaki wypowiedziała to słowo, naśladując mój głos, tak bardzo przypomniał mi Diannę, że nieznacznie się uśmiechnąłem. Wyglądało na to, że zacząłem się przywiązywać do tej zadziornej, czarnowłosej kobiety. Czułem ją nawet teraz.

Woda w jej pokoju została zakręcona. Zastanawiałem się, czy Vanderkai umieścił mnie w sypialni pod nią, by ze mnie zadrwić. Czy przyjęłaby kochanka, mieszkając tuż nade mną? Pokręciłem głową. Dlaczego w ogóle ta myśl pojawiła się w moim umyśle? Obwiniałem znużenie, podróż i otaczanie się jej zapachem przez zbyt wiele nocy. Jeśli tu zostaniemy, zacznie mnie unikać? Zerknąłem na łóżko i wiedziałem, że potrzebowałem, by utrzymywała dystans, szczególnie po tym śnie, wyśnionym godziny temu. Pragnąłem jej zbyt mocno, nie miałem żadnych oporów, gdy znajdowała się blisko.

- Gdzie jest Logan? - zapytałem; w moim głosie zabrzmiała surowość, a mój uśmiech zniknął. - Nie możesz być pozostawiona sama sobie.

- Uspokój się - mruknęła Gabby takim samym tonem jak jej siostra. - Kręci się w pobliżu albo coś w tym stylu. On i Neverra na ogół wymykają się na mniej więcej trzydzieści minut, żeby się zabawić. Zgaduję, że próbują szanować moją przestrzeń, aczkolwiek mi to nie przeszkadza.

- Zostawili cię samą, by robić co?

- To! No wiesz. Seks... - dodała szybko, ściszywszy głos do szeptu.

Wydałem z siebie jęk irytacji i potarłem grzbiet nosa. Prostactwo. Zdecydowanie jest jej siostrą.

- W porządku, proszę, przekaż mu, aby do mnie oddzwonił, gdy tylko powrócą z Neverrą.

- Planujesz to zrobić z moją siostrą?

Niemal upuściłem telefon.

- Panno Martinez, mogę cię zapewnić, że nie mam takich intencji - zdołałem wykrztusić, nawet jeśli sen z ostatniej nocy temu przeczył.

Gabby nic nie odpowiedziała, przeżuwając, a chrupnięcia dało się usłyszeć nawet przez telefon.

- Dlaczego? Myślisz, że jest brzydka?

- Oczywiście, że nie.

- Zbyt głośna?

- Nigdy.

- Jest dla ciebie niemiła? Dla mnie też czasem potrafiła taka być, kiedy byłyśmy małe, ale kradłam jej zabawki, a później, kiedy trochę podrosłyśmy, ciuchy.

- Nie jest dla mnie niemiła.

A przynajmniej nie bardziej, niż na to zasługuję, i tylko gdy się na mnie złości.

- Och, więc to dlatego, że uważasz, że jest potworem?

- Ja nigdy... Dlaczego tak dogłębnie wypytujesz o moje intencje względem swojej siostry?

Ponownie chrupnęła.

- Po prostu sprawdzam twoje zamiary.

- Moje zamiary są czyste. Zawsze były. Mamy znaleźć tę księgę, a następnie ją zabezpieczyć. Ni mniej. - Spojrzałem w górę, usłyszawszy dźwięk stąpania po podłodze. - Ni więcej.

- Hmm, cóż, szkoda. Moja siostra przeszła wiele złych rzeczy. Z niektórych z nich pomogłam jej się wyczołgać, a czasem nie miałam pewności, czy sobie poradzi. Byłoby miło, gdyby choć raz miała w życiu kogoś o dobrych intencjach.

Słowa Dianny, która rozmawiała z kimś na górze, zagłuszyły cokolwiek mówiła do mnie jej siostra. Zazgrzytałem zębami, gdy uświadomiłem sobie, kto znajdował się z nią w pokoju.

- Cóż, o to bym się nie martwił. Wygląda na to, że wampir, u którego się zatrzymaliśmy, ma mnóstwo intencji.

Gabby parsknęła i wtem uświadomiłem sobie, jak to zabrzmiało.

- Drake? Błagam. Jeśli mieliby uprawiać seks, zrobiliby to, zanim po raz pierwszy wróciła na Novas. Tkwiła wtedy w mrocznym miejscu. Pomogłam jej, a oni naprawdę się zbliżyli.

- Pomogłaś jej? - Ciekowość wygrała. - Co się wydarzyło?

- To ściśle tajna, siostrzana informacja. Może pewnego dnia, jeśli twoje intencje się zmienią, to ci powie. A może nie. Chcę tylko powiedzieć, że każdy, o kogo troszczyłaby się moja siostra, to szczęściarz. Nigdy jej nie porzucę, a jeśli macie być partnerami w trakcie tej misji, też nie powinniście z siebie rezygnować.

- W porządku. - Uśmiechnąłem się delikatnie, gdy ruszyłem się, by usiąść na łóżku. Schyliłem się i zdjąłem jednego buta, a potem drugiego, natomiast Gabby mówiła dalej.

- Poza tym, uchylę przed tobą rąbka ściśle strzeżonej tajemnicy, skoro razem pracujecie. Ona nigdy nie poprosi o pomoc, zaufaj mi. Jest uparta i reaguje, zanim pomyśli. Dianna uważa, że jest niewidoczna, więc proszę, zważ też na to. Jest surowa dla siebie i myśli, że nawala, kiedy to nieprawda, co jest wkurzające, ponieważ uważam, że jest idealna, ale nieważne. I nigdy nie mów jej, że ci to powiedziałam. Zawsze marszczy nos, gdy ktoś mówi jej coś miłego, to przekomiczne. Och! I obserwuj ją, gdy siedzi cicho. Przeważnie to oznacza, że planuje coś dużego. Lubi zamykać się we własnej głowie. Zawsze lubiła.

- To wszystko to dla mnie bardzo cenne wiadomości. - Uśmiechnąłem się nieznacznie i wstałem.

- Słuchaj, próbuję tylko się upewnić, że siostra wróci do mnie w jednym kawałku.

- Zapewniam cię, że wróci.

- Dobrze. - Rozległo się kolejne chrupnięcie. - I nie mów jej o tej rozmowie.

- Przysięgam, że tego nie zrobię.

- Dzięki. Nie jesteś tak okropny, jak twierdzi.

Wyszczerzyłem się i już chciałem odpowiedzieć, ale słowa zamarły mi na ustach, gdy usłyszałem odgłosy przypominające pociąganie nosem lub cichy płacz. Gwałtownie uniosłem głowę i wbiłem spojrzenie w sufit. Słuchałem uważnie, aż dotarł do mnie głos tego irytującego wampira. Drake'a.

- Wybacz, ale muszę iść. - Nie zaczekałem na odpowiedź, tylko się rozłączyłem i pognałem na górę. Jeśli ją skrzywdził, obedrę go ze skóry.

- Samkielu? - powiedział Logan, wyrywając mnie z zamyślenia.

- Co?

- Furgonetki czekają zapakowane i wszystko jest gotowe. Musimy tylko ich odeskortować - oświadczył, trzymając dłoń na klamce.

Wyglądał nieco gorzej niż zwykle. Wyglądał tak, jak ja się czułem. Miał dłuższe zarówno zarost, jak i włosy. Minęły trzy tygodnie od zniszczenia Srebrnego Miasta. Trzy tygodnie od zaginięcia Neverry. Trzy tygodnie poszukiwania tych, których Dianna poprzysięgła dorwać, a poszukiwania zaprowadziły mnie do Zarall.

Pokiwałem i znów uciekłem spojrzeniem do łóżka, zanim powiedziałem:

- Zejdę za chwilę.

Logan opuścił pokój, jego kroki cichły, gdy zmierzał w dół korytarza. Westchnąłem i spojrzałem na ten przeklęty mebel. Powinienem był ją stąd zabrać, nie zważając na te głupie drobne tropy i jej zaufanie pokładane w osobach uważanych za przyjaciół. Mogliśmy wrócić do gildii i spędzić więcej czasu na poszukiwaniach moim sposobem. Mogłem ją ochronić, ochronić jej siostrę. Wyrzuty sumienia zżerały mnie od środka jak wściekła, rozjuszona bestia.

Odwróciłem się od łóżka i ruszyłem do wyjścia. Niemal przekroczyłem próg, gdy pochwyciłem zapach, tę delikatną ostrość cynamonu. Między jednym a drugim oddechem teleportowałem się na przeciwną stronę pokoju, moja moc wydawała się bardziej nieobliczalna niż dotąd. Ręce lekko mi drżały, gdy podniosłem szary materiał. Chwyciłem go obiema dłońmi i uniosłem do nosa, by się zaciągnąć. Wraz z jej zapachem nadeszły wspomnienia, obrazy przelatywały mi przez umysł, jeden po drugim. Dianna uśmiechająca się, śmiejąca, potem rozległ się dźwięk tej koszmarnie cudacznej muzyki, a trzeszczące odgłosy jadącego pojazdu rozlegały się w tle.

Odsunąłem kurtkę od twarzy. Dałem ją Diannie tego dnia na festiwalu, gdy zrobiło jej się zimno. To był gest zaobserwowany u śmiertelnych mężczyzn, a u niej wywołał on rozbawienie. Gdy odsuwałem od siebie kurtkę, zauważyłem malutki biało-szary pasek wystający z jednej kieszeni. Poczułem ucisk w piersi, kiedy wyciągnąłem wąski kawałek papieru i zobaczyłem obrazy. Na jednym Dianna się śmiała, na innym uśmiechała, a na ostatnim patrzyła na mnie wilkiem. Ale to środkowe było moim ulubionym. Złapała mnie za twarz, by odwrócić ją w stronę aparatu.

Zakłuło mnie w sercu. Ogarnęło mnie przerażenie, że już nigdy nie zobaczę, jak znów się śmieje lub uśmiecha. Nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo moje uczucia do niej pogłębiły się przez te spędzone razem miesiące. Jak całkowicie przywiązałem się do tej ognistej kusicielki. Nie zauważyłem tego, zanim nie zrobiło się już za późno, a ona odeszła, zabierając część mnie ze sobą. Zakręciło mi się w głowie, gdy oblała mnie ciężka, ślepa wściekłość, przysłaniając smutek. Oni to zrobili. Zabrali jej szczęście i srogo za to zapłacą.

Wsunąłem zdjęcia do kieszeni i wyszedłem z pokoju z kurtką w ręku. Kilku celestiali minęło mnie w korytarzu, wynosząc wszystkie rzeczy z posiadłości Vanderkaiów. Zatrzymałem młodą kobietę niosącą kilka toreb z próbkami oznaczonymi czerwoną taśmą.

- Zabierz to i zapakuj do auta z resztą dowodów - poleciłem, wciskając jej ubranie.

Pokiwała głową i włożyła okrycie do torebki, zanim zniknęła, zszedłszy ze schodów. Przeskakiwałem co drugi stopień w drodze na dół, głosy wypełniały główne piętro, głowy pochylały się, gdy przechodziłem. Drzwi frontowe pozostawały otwarte, celestiale wchodzili i wychodzili, pakując różne przedmioty do furgonetek zaparkowanych przed budynkiem.

Obszedłem balustradę i wszedłem do głównego salonu. Logan stał z założonymi rękami, dwaj celestialscy strażnicy stali po jego obu stronach. Więcej straży otaczało wampiry, uważnie je obserwując.

- Wszystko, co posiadasz, należy teraz do mnie, wszelkie nieruchomości, cały dobytek, dom, przedmioty, artefakty i konta bankowe. Są moje - oświadczyłem.

Drake spojrzał na mnie, zanim popatrzył na Ethana i jego żonę, Naomi. Król wampirów kochał Naomi tak bardzo, że dla niej skazał cały świat na zagładę.

- Było warto? Dobrze sypiasz, wiedząc, co zniszczyłeś? - zapytałem, stając nad Drakiem i wbijając w niego wzrok.

Miał na sobie sweter, luźne spodnie i zdarte buty, a nie te nazbyt kosztowne rzeczy, jakie zwykł nosić. Kiedyś ekstrawagancki, radosny książę, teraz wydawał się cieniem mężczyzny, który flirtował, śmiał się i żartował z moją Dianną. Nie, w tej chwili sprawiał wrażenie niemal załamanego. Wpatrywał się we mnie przekrwionymi, pustymi oczami.

Ethan przerwał tę bitwę na spojrzenia, wtrącając się słowami:

- Zrobiłem, co musiałem, dla mojej jedynej miłości. Dla mojej rodziny. Wydawało mi się, że to zrozumiesz.

- Ukryła ciebie i twoją rodzinę przed Kadenem, a ty w zamian odebrałeś jej siostrę! - ryknąłem, a światła w pokoju zamigotały w odpowiedzi. - Pozwoliłeś mu zabrać Gabriellę. Stałeś bezczynnie, pozwalając mu zamordować ostatniego członka jej rodziny, i myślisz, że byłbym w stanie to zrozumieć? Mam nadzieję, że nacieszyliście się swoim krótkim czasem razem, bo przysięgam na moją moc, żadne z was nie ujrzy tego drugiego nigdy więcej.

Dostrzegłem kątem oka, że Drake opuszcza głowę, i usłyszałem, że Ethan gwałtownie nabiera powietrza. Jego żona, niska ciemnowłosa wampirzyca stojąca u boku władcy, chwyciła go mocniej za ramię.

- To nie było częścią planu, zapewniam cię. Kaden chciał wywabić Diannę, to wszystko. Zawsze jej pragnął i zawsze będzie. Jest gotów podjąć drastyczne kroki, by ją odzyskać. Mam pewność, że to także rozumiesz.

Zacisnąłem zęby. Nie miał pojęcia, do czego potrafiłem się posunąć, by odzyskać Diannę. Potrzebowałem jej. Potrzebowałem, by była szczęśliwa i cała, ze mną.

- Wszyscy zostaniecie zabrani do Rady Hadrameil i staniecie przed sądem. Ty i Drake dopuściliście się zdrady. Nie tylko porwaliście Gabriellę, ale i członkinię Ręki, to zbrodnia karana śmiercią. To wszystko, a nie wspomnieliśmy nawet o współudziale w morderstwie. Okażecie się szczęściarzami, jeśli nie wyślę was do Bezpamięci, gdy to wszystko się skończy. - Spojrzałem na Ethana, a później na Drake'a. - Czy wyraziłem się jasno?

Władca spojrzał na żonę i sięgnął po jej dłoń spoczywającą na jego ramieniu, po czym ją ścisnął. Tuż przed tym, jak odwrócił się w moją stronę, rzuciły mi się w oczy bliźniacze symbole na ich palcach.

- Jesteśmy świadomi konsekwencji, ale nie mogę powiedzieć, że żałuję. Kocham żonę i znałem ryzyko. Odnieśliśmy wrażenie, że nie istniało inne wyj...

- Ależ istniało! - warknąłem, moja samokontrola słabła.

Kilka świateł wybuchło, a kawałki szkła posypały się na podłogę. Czułem, jak powietrze w pokoju gęstnieje, ponad tysiąc atomów wibruje mocą, którą ledwie kontrolowałem przez ostatnie tygodnie. "Naładowany". Tego słowa użył Logan. Wszystko wokół mnie stało się naładowane. Poczułem, że przyjaciel porusza się obok mnie - lekka zmiana pozycji, jakby stał na straży, chronił nie ich, lecz mnie. Grzmot przeciął horyzont, zanim poskromiłem szalejącą we mnie wściekłość.

- Jak wiele tygodni spędziliśmy w tym domu? Mogliście mi powiedzieć, powiedzieć jej. Mogłem wam pomóc, wam wszystkim, a jednak nie zrobiliście nic. Gdybyście nam cokolwiek zdradzili, może rezultat okazałby się inny.

- On nie jest tym, czym myślisz.

Prychnąłem, potarłem palcami grzbiet nosa, a ból głowy narastał.

- Poza tym, że jest aroganckim megalomanem. Wiem, czym on jest.

Drake i Ethan spojrzeli na mnie, jakbym wydał im się głupcem.

- Jest jednym z królów Yejedin. To nie ma znaczenia. Walczyłem z królami, bestiami i bogami i wygrałem. Wszyscy o tym wiedzieliście, oczekujecie jednak mojego współczucia, gdy sami zawarliście sojusz z psychopatą? Litość nie jest tym, co do was czuję.

Ethan przemówił, ale nie usłyszałem, co powiedział. Nie interesowały mnie ich wymówki. Zamknąłem oczy i potarłem ręką czoło. Ból głowy powrócił. Nie spałem, odkąd to się stało, odkąd odeszła. Zupełnie jak Logan.

- Wiesz, mamy określenie w naszym świecie na to, kim jesteście - odezwałem się, zagłuszając Ethana i otwierając oczy. - Nie istnieje dosłowne tłumaczenie na wasz język, ale oznacza najpodlejszych z mężczyzn. Jesteście tchórzami. Zdrajcami. Spotkałem bezskóre bestie przypominające niedźwiedzie, walczące zacieklej niż wy dwaj kiedykolwiek. Jesteście gorsi niż gówno pozostawione przez gryzonie. Twierdzicie, że kochacie i troszczycie się o nią, a jednak pozwoliliście mu zabrać jedyną osobę, którą kochała. - Przerwałem, próbując poskromić łomot w piersi i chmury zbierające się na zewnątrz. Wziąłem głęboki wdech i przyjrzałem się tym dwóm idiotom, kręcąc głową. - Odebraliście mi kogoś swoimi czynami, kogoś mi drogiego. A teraz pomogliście szaleńcowi uszkodzić jej już i tak skrzywdzone serce, roztrzaskując je na milion kawałeczków. Pozbieram te kawałki i poskładam, ale to, co uczyniliście, jest niewybaczalne. Zamierzam sprawić, byście cierpieli za to przestępstwo. Śmierć byłaby łaską, a wy na nią nie zasługujecie.

Odwróciłem się w stronę Logana, obrzydzenie zżerało mnie od środka.

- Zabierz mi ich sprzed oczu. Potrzebujemy dla nich oddzielnego transportu i osobnych cel. Nie odezwą się do siebie aż do procesu, będą mieli szczęście, jeśli w ogóle pozwolę im jeść.

Drake skinął i spojrzał na brata, gdy celestiale Logana ruszyli w ich stronę. Strażnicy wyjęli kajdany i zapieli je wokół nadgarstków trójki wampirów. Ethan i jego żona pozostali spokojni, dopóki celestiale ich nie rozdzielili.

- Nie możesz tego zrobić! - krzyknął Ethan, gdy wyprowadzili Naomi z pokoju.

Strażnicy następnie zabrali Drake'a, szedł z nisko spuszczoną głową. Ethan dalej krzyczał.

- Błagam, Samkielu! Dopiero ją odzyskałem. Pozwól mi zgnić w celi z nią. Nie obchodzi mnie, co stanie się potem. Błagam!

Nie odpowiedziałem, gdy Logan skinął w stronę celestiali stojących przy Ethanie.

- Słuchaj, wiem, jak się czujesz. Rozumiem. Wiem, że ją kochasz. Kaden też to wie. Jak myślisz, dlaczego zrobił to, co zrobił? - perorował Ethan głosem wypełnionym desperacją.

Popatrzyłem na niego zmrużonymi oczami. Każde wypowiadane przez niego słowo tylko podsycało moją złość.

- Zamierza trzymać ją od ciebie z daleka, nawet jeśli miałoby to być ostatnie, co uczyni. Jesteście zbyt silni razem, zbyt potężni na to, co zaplanował, co oni zaplanowali. Gdyby z tobą została, to wszystkie jego plany obróciłyby się wniwecz. Wy dwoje mieliście się nigdy nie spotkać - tłumaczył Ethan, szarpiąc się w uścisku celestiali.

Pochłaniająca mnie paląca wściekłość ostygła na te słowa.

- Co? - Podniosłem dłoń, a dwaj strażnicy zatrzymali się w drzwiach. - Co wiesz?

- Wiedzieliśmy, że nie możemy z nim walczyć, nie możemy go zabić, ale wy dwoje razem? Wy dwoje wystarczycie, by niszczyć światy, a on i reszta o tym wiedzieli. Jesteś zagrożeniem dla niego i jego świty, tak jak ona. Jak myślisz, dlaczego tak mocno naciskaliśmy, gdy tu przebywaliście? Nawet Camilla próbowała. Niezależnie, czy pozostawaliśmy na smyczy Kadena, próbowaliśmy - przyznał Vanderkai.

Musieli próbować. Musieli zobaczyć.

Te słowa odtwarzały się w kółko w mojej głowie. Tak samo jak te, które Roccurem wypowiedział w swoim wymiarze.

- Nic więcej ci nie powiem, dopóki nie obiecasz mi, że mogę chociaż widywać żonę, gdy nas uwięzisz. - Żądanie mężczyzny wyrwało mnie z zamyślenia.

Energia wystrzeliła ze mnie, rozbijając resztę lamp w posiadłości. Zacisnąłem pięści, pogrążając cały dom w ciemności. Strażnicy puścili Ethana, a ja go dźwignąłem, podniosłem wysoko, a jego arogancka postawa dawno przepadła. Nie był już królem, ale złamanym człowiekiem. Zastanawiałem się, co zrobił lub powiedział Kaden, że nawet on schował się w sobie.

- Umowy się skończyły. Koniec. Nie zamierzam się więcej układać ani zawierać sojuszy. Powiesz mi, co wiesz...

Skóra mnie zamrowiła, a słowa zamarły, włoski na karku stanęły dęba. Świat zatrzymał się w przerażeniu. Usłyszałem trzepot skrzydeł odlatujących ptaków i kroki małych oraz dużych zwierząt oddalających się jak najszybciej od tego miejsca. Potem to poczułem.

Ją.

Moje serce uderzyło gwałtownie w piersi, a ten dźwięk konkurował z odgłosami strzelaniny na zewnątrz. Dzikie wycie przeszyło nocne powietrze, poprzedzając rozdzierający uszy wrzask. Celestiale wykrzykiwali rozkazy do siebie nawzajem, a światła błyskały z każdym strzałem z broni. Opuściłem Ethana, by stanął, nie przejmując się sprawdzaniem, czy ucieknie, czy podąży za mną. Wyszedłem zza rogu i wbiegłem na górę, przeskakując po trzy stopnie. Logan uniósł płonącą broń i odwracał się to w jedną, to w drugą stronę, instruując swoich ludzi, by pozostali w szeregu. Zostali wciągnięci w gęsty las jedno po drugim, a za nimi podążyły wampiry, które nie zostały jeszcze załadowane do jednej z furgonetek.

Ujrzałem dłonie Drake'a przyciśnięte do okna samochodu. Patrzył przez szybę na ciemny las, strach czaił się w głębi jego oczu.

Reflektory rozświetlały część drzew, ale nienaturalny bezruch pochłonął wszelką jasność. W pobliskich zaroślach nie pozostało nawet jedno żywe stworzenie, wybrzmiewał jedynie dźwięk bicia serc celestiali. Każda istota w promieniu osiemdziesięciu kilometrów uciekła, by ratować życie.

Zatrzymałem się przy Loganie.

- Wilkołaki?

Pokręcił głową, wbijając wzrok w krawędź lasu.

- Nie wilkołaki. Tylko jeden wilk.

Teraz to ja pokręciłem głową. Zarejestrowany zapach nie należał do zwierzęcia.

- Nie wilk. Ig'Morruthen.

- Jest tutaj - wyszeptał Logan.

Usłyszałem kroki za sobą.

- Gdzie moja żona? - zapytał Ethan.

Jego odpowiedź nadeszła chwilę później. Dianna wyłoniła się z ciemności, spojrzenie jej krwistoczerwonych oczu przesunęło się po celestialach i zatrzymało na mnie. Poczułem, że wampir porusza się za mną. Oczy Dianny skierowały się ku niemu, a twarz się wykrzywiła. Wiedziałem dwie rzeczy z absolutną pewnością. Pierwsza, kiedy wychodziła walczyć, związywała włosy, tak jak teraz, jej długi kucyk kołysał się między jej łopatkami. Druga, ta okrutna istota to nie moja Dianna.

Lata wojny zahartowały mój żołądek na widok makabrycznego okrucieństwa, ale ujrzenie jej tak swobodnie stojącej i trzymającej głowę żony Ethana w dłoni sprawiło, że skręciło mnie w trzewiach.

Wszyscy znieruchomieli i wstrzymali oddech. Moje ciało pulsowało, moc wypływała na powierzchnię. Nie z pożądania, ale ze strachu o nią, moje ciało przygotowywało się, by zareagować, chronić. Moc kłębiła się wokół niej, należąca do Dianny magia stała się znacznie potężniejsza, niż gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Ta energia zaginała się i skręcała, zakrywając całe jej jestestwo, a siła wydała się wielowarstwowa i bogata. Poczułem moją moc przeskakującą z dłoni do dłoni, gdy światło ożywało między moimi palcami. Stłumiłem to niemal natychmiast, ale biorąc pod uwagę uśmiech wykrzywiający kąciki jej ust, zdążyła to zauważyć.

Była inna. Wszyscy to wyczuliśmy. Nawet las zachowywał się tak, jakby chciał się wycofać. Jej energia pocierała o moją niemal opryskliwie. Logan przesunął się bliżej mnie, jakby próbował przekonać własną moc, by się uspokoiła i nie reagowała, ponieważ to Dianna. Nie stanowiła zagrożenia. Nie była śmiercionośna i nie zagrażała nam. Wiedziałem to w głębi duszy. Była Dianną. Moją Dianną.

Odsunęła się od skraju lasu, poruszała się z niewymuszoną gracją drapieżnika. Ruszyła na łowy, a wampiry stanowiły jej zwierzynę. Przerzucała głowę martwej kobiety z ręki do ręki i wtem usłyszałem, że obok mnie Ethan uderzył kolanami o ziemię.

- Czy moja siostra była warta tylko tyle? - zapytała, jej wzrok przeskakiwał między Ethanem a Drakiem wciąż siedzącym w furgonetce. - Kawałek mięsa? - Zatrzymała się, trzymając odciętą głowę w jednej dłoni.

Skóra twarzy popękała, czerwony żar przesączał się przez rysy, zanim czaszka stanęła w płomieniach. Spłonęła, prawdziwa śmierć zabrała to, co kiedyś było żoną Vanderkaia. Dianna pochyliła się do przodu, by zdmuchnąć prochy z dłoni. Czyn wydał mi się bardziej okrutny i sadystyczny, niż jakikolwiek, jaki dotąd widziałem.

Pełen udręki krzyk mężczyzny przeciął moje wściekle walące serce. Stopy zaszurały, gdy wampiry próbowały uciekać.

- Nie słuchasz. - Dianna otrzepała dłonie o siebie i zwróciła się w moją stronę. - Powiedziałam ci, żebyś trzymał się z daleka.

Zrobiła kolejny krok do przodu, a celestiale najbliżej niej postąpili o jeden w tył.

- A ty wiesz, jak odpowiadam na groźby.

- Cóż, jak mówiłam. - Zatrzymała się i przeskanowała mnie wzrokiem od góry do dołu. Uśmiech wykrzywił kącik jej ust, ukazując pojedynczy kieł. - To ostrzeżenie.

Moje ciało zareagowało niemal gwałtownie, gdy zatrzymała się tak blisko. Wypełniająca ją moc i bijący od niej zapach krwi zdradziły mi straszną prawdę. Pożywiała się żarłocznie. Każda komórka wykrzykiwała ostrzeżenie o niebezpieczeństwie, chociaż moja dusza szeptała, że to kłamstwo. Serce zabiło mi mocniej i miałem pewność, że wszyscy je usłyszeli, ale nie mogłem nic na to poradzić. Bez względu na wszystko Dianna zapierała mi dech w piersi, nawet nie próbując. Byłem głupcem, próbując zaprzeczyć temu, co do niej czułem. Całkowitym i kompletnym głupcem. Nie mógłbym już więcej kłamać, nawet nie zamierzałem tego robić, a teraz, nie zważając na rozlew krwi, wybrzmiała jedna prosta prawda. Tak bardzo za nią tęskniłem.

- Gdzie ty się podziewałaś? - Nie to pytanie planowałem pierwotnie zadać, ale moja troska i obawa o nią zakipiały, przyćmiewając racjonalną część mojego mózgu.

- Wybacz, wzięłam parę dni wolnego. Musiałam odprawić pogrzeb. - Wzruszyła ramionami, a moje serce zamarło, lodowata świadomość uderzyła w umysł jak fala przypływu.

- Znalazłaś Gabriellę.

Podniosła palec, jakby to nie miało znaczenia.

- Właściwie to Camilla ją znalazła.

- Jesteś z Camillą? - Niemal się cofnąłem.

- Och, nie wyglądaj na tak zranionego, kochasiu. A może powinnam powiedzieć ekskochasiu? Nie jestem z nią. Żyje tylko dlatego, że udowodniła mi swoją przydatność, a ja zaszlachtowałam cały jej klan, więc zgaduję, że jesteśmy teraz mniej więcej kwita. Poza tym, rzuciła jedno małe zaklęcie, a ono powiedziało mi, bym zaczekała, aż wszyscy wypełzniecie z ukrycia. - Spojrzała na wciąż klęczącego Ethana, a później zamkniętego w furgonetce Drake'a. - To znaczy, potrafię rozpoznać pizdę, gdy ją widzę.

Dianna nie przeciągała. Kalkulowała swoje szanse, układając plan, jak przedostać się obok mnie, by dostać się do nich.

- Gdzie jest Neverra? - Głos Logana się załamał, w jego tonie rozbrzmiało błaganie, gdy pytanie zawisło w powietrzu.

Jej wzrok skoczył w jego stronę, jakby sam głos mężczyzny stał się dla niej obrazą. Przechyliła lekko głowę, a jej uśmiech stał się jadowity. Wszelkie ślady kobiety, która żartowała i śmiała się ze mną, zniknęły.

- Nie wiem. Może sprawdź kostnicę. - Znów uśmiechnęła się okrutnie. - Ale zgaduję, że to też nie pomoże, skoro wybuchacie i zmieniacie się w tysiące świetlnych cząsteczek, kiedy umieracie.

Przyłapałem Logana na zerkaniu na znak Dhihsin na jego palcu. Wiedział, że jeśli naprawdę by umarła, znak łączący ich ze sobą także by zniknął. Widziałem, jak kurczowo chwyta się tej nadziei.

- Wiesz, to całkiem mądre - przyznała Dianna, wracając wzrokiem do mnie.

Nasze spojrzenia się skrzyżowały, a coś krótko i nieśmiało błysnęło pod lśniącymi czerwienią źrenicami, lecz równie szybko zastąpiła je złość. Kobieta uniosła wargi i warknęła cicho, ukazując ostre, wydłużone kły.

- Wiesz. Dotarcie do nich, zanim ja to zrobiłam. Zamierzasz ocalić wszystkich zaangażowanych w jej śmierć?

- Nie. Jestem tu, by ocalić ciebie.

- Mnie? Jakie to słodkie, ale spóźniłeś się jakieś tysiąc lat - sarknęła, a żal błysnął w jej oczach.

- Zapłacą za to, co zrobili, Dianno. Staną przed obliczem sprawiedliwości za...

- Sprawiedliwości? - Obłąkańczy śmiech uciekł z jej ust, gdy kłapnęła zębami. - Och, naprawdę jesteś szlachetny. Oboje wiemy, że w naszym świecie nie ma sprawiedliwości. Krew musi zostać spłacona krwią.

- Nie.

- Znowu to mówisz. To twoje ulubione słowo. - Jej twarz zmieniła się w granit. - Naprawdę jesteś rycerzem w lśniącej zbroi, co? Albo przynajmniej takiego udajesz. Jak miło z twojej strony, że pomagasz tym, którzy okaleczają i mordują. Ale zgaduję, że się z nimi utożsamiasz, skoro sam okaleczasz i mordujesz. Tak jak twój ojciec i każdy król oraz monarcha przed nim. Nie tak działają imperia?

- Nie rób tego. - Wypowiadane przeze mnie słowa brzmiały szorstko, krótko i kryła się w nich wystarczająca moc, by Logan zrobił krok do przodu.

Wiedziała, czym może mnie zranić, i używała tej wiedzy jako broni.

- Trafiłam w czuły punkt? - Uśmiech Dianny nieznacznie się powiększył. - Co powiesz na kolejny? Wielki i potężny król, którym nie jesteś. Nie jesteś potężny. Wiem, co cię przeraża, osłabia, rani. Nie nazywają cię Pogromcą Świata dla zabawy. Więc? Teraz wierzysz w sprawiedliwość? - Prychnęła, zanim położyła dłonie na biodrach, a jej zakrwawione palce stukały nerwowo w ciało. - W porządku. Ja też potrafię być sprawiedliwa. Za chronienie jej, za danie jej domu, wręczę ci dar. Odejdź. Zabierz Logana i swoich ludzi i odejdź.

- Dianna.

- Po prostu wróć do domu. Wracaj do swojego zamku i wieży ze srebra. Wracaj do domu i pozwól potworom zająć się ich sprawami.

Moje serce zamarło, ponieważ wiedziałem, że nadchodziło to, czego się obawiałem. Wiedziałem to każdą komórką swojego ciała. Nie miałem słów, by opisać ogarniający mnie ból. To, co miało się wydarzyć, zmieni wszystko dla niej, dla nas i dla nich.

- Dianno. Nie mogę. Porządek musi zostać zachowany w świecie. Musi.

- Od kiedy? - Rzuciła we mnie słowami, nasączając je jadem. - Ty zniknąłeś na tysiąc lat. Zniknij na kolejne.

- Wiesz, że nie mogę. Musi istnieć granica. Wiesz o tym i znasz mnie. Inaczej nie byłoby nic poza całkowitym chaosem. Mordowanie ich nie jest sprawiedliwością ani wyrównaniem rachunków. To wyplenienie i pomsta. Kiedy ta zemsta zostanie dokonana, nie zostanie ci nic. Narobisz sobie tylko więcej wrogów, nie mniej. Zaufaj mi. Wiem, że cierpisz.

Niewielki uśmiech spłynął na jej twarz, zanim zmarszczyła brwi. Znałem to spojrzenie. To jedno z wielu, jakie zapamiętałem, i wiedziałem, co myśli.

- Nie przekręcaj moich słów. - Postawiłem mały krok w jej stronę, ziemia zachrzęściła pod moim butem. - Chcę ci pomóc. Nie musisz zostać sama. Nie musisz przechodzić przez tę obezwładniającą żałobę i stratę sama. Zabicie ich nie jest sposobem, by ją uleczyć, a kiedy cała złość i żal opadną, zostaniesz z niczym, pozostanie tylko pustka. Zaufaj mi. Proszę.

Dianna się zatrzymała. To niewielki sukces, ale rozbudził we mnie iskrę nadziei, że ona wciąż tam była.

- Już raz ci zaufałam. Kiedy byliśmy na Novas, zaufałam ci, kiedy powiedziałeś, że Kaden jej nie skrzywdzi. Powiedziałeś, że jest strzeżona, więc posłuchałam. Zostałam i czekałam na ciebie i ja... - Zacisnęła mocno powieki, jakby nakłaniała jakąś część siebie, by się zamknęła. Wzięła głęboki wdech i gwałtownie otworzyła oczy w następnej sekundzie. - Nie ma wersji przyszłości, w której ktokolwiek zaangażowany zostanie przy życiu, ale ty już to wiesz. Wiesz, że ruszę za Kadenem.

Przytaknąłem skinieniem.

- Wiem także, co musisz zrobić, by zyskać siłę potrzebną, by to zrobić. Co musisz pochłonąć i jak długo minęło od ostatniej porcji. Wiem, co to z tobą zrobi. Co już zrobiło.

Uśmiechnęła się znowu, krwistoczerwone oczy zapłonęły o odcień jaśniej.

- Tak, ponieważ znasz swoich wrogów, prawda? Zdradliwe Ig'Morruthen. Są jedyną rzeczą, jakiej obawiają się bogowie. Jedyną rzeczą zaprojektowaną, by ich zranić.

- Może istnieć inny sposób. Wiem to. Pomogę ci tak, jak ty pomogłaś mnie.

- W porządku. - Wzruszyła ramieniem, kącik jej ust się uniósł. - Zabij ich.

- Co?

- Chcesz mi pomóc? Pomóż. Zabij ich. Teraz. Zacznij od Ethana. Upewnij się, że Drake patrzy, a potem zabij każdego członka ich klanu. Jego zostaw na koniec, żeby wiedział, jak to jest, gdy straciło się wszystkich.

- Dianno.

- Zrób to. - Uniosła dłoń w moją stronę i nią machnęła. - Chcesz pomóc? Pomóż mi.

Nie odezwałem się.

- Tak myślałam. - Zrobiła krok do przodu, jej głos stał się zaledwie szeptem. - Ponieważ kiedy przychodzi co do czego, zawsze istnieje granica, tak jak powiedziałeś. Ty po jednej stronie, a ja po drugiej.

- Nie musi tak być.

- Nie? Nie przypomina ci to naszego pierwszego spotkania? Kiedy zakradłam się do gildii. Wiedziałeś, że miało mnie w ogóle nie być na tym spotkaniu? Miałam szukać księgi z Alistairem i Tobiasem, kiedy wy wszyscy braliście udział w zebraniu na dole. Ale nie mogłam się oprzeć. Tak bardzo chciałam ją chronić, że przywiązałam sztylet do uda i weszłam. Gdy tylko przekroczyłam próg tego budynku, poczułam się przytłoczona. Nie musiałam cię nawet szukać. Wyczuwałam cię przez ściany.

Zamknęła oczy, kołysząc się lekko na stopach, jakby smakowała powietrze między nami. Zacisnąłem dłonie, próbując powstrzymać ich drżenie, gdy nagle otworzyła oczy, a wirująca w ich głębi krwistoczerwona masa skupiała cały mój świat.

- Jesteś czystą, oślepiającą energią. Sprawiasz, że przez całe moje ciało przechodzą dreszcze. Też to czujesz? Czujesz mnie?

Przekręciłem głowę i wbiłem w nią wzrok. Jakby się nad tym zastanowić, nie czułem i ona o tym wiedziała. Przyciąganie do niej zaprowadziło mnie do lasu.

- Rozpraszasz mnie.

Jej usta rozciągnęły się w powolnym uśmiechu.

- Tak dobrze mnie znasz.

Drzewa za nią zadrżały, jej postać zniknęła w kłębie zielonej magii, a ponad drzewami wzniosła się potężna, pokryta łuskami głowa z kilkoma rogami zawiniętymi do tyłu i ochraniającymi ogromną czaszkę. Szczęki rozwarły się szeroko, pomarańczowa poświata rozkwitała głęboko w gardle. Rozległ się ryk, a z jej paszczy wystrzelił ogień, niszcząc wszystko na swojej drodze.

Złapałem Logana i teleportowałem się parę kilometrów dalej w głąb lasu. Eksplozja wybuchła za nami. Gorąc lizał moją skórę, płomienie pochłonęły kurtkę. Zerwałem się i zrzuciłem z siebie okrycie. Posiadłość spłonęła, smuga dymu sięgała nieba. Głęboki blask płomieni wyglądał zza zasłony drzew, a celestiala zaczął męczyć kaszel. Użyłem zaledwie części zaklęcia, którego nauczył mnie ojciec eony temu, by zabrać ich z dala od posiadłości.

- Zabierz stąd resztę - rozkazałem.

Spojrzałem w stronę płonącej posiadłości. Las wokół niej się rozstępował, gdy drzewa łamały się i płonęły.

- Jesteś szalony. - Logan złapał mnie za ramię. - Nie mogę cię tu zostawić.

- Nic mi się nie stanie.

- Widziałeś ją? Czujesz żar? Jest gorętszy niż wcześniej. Jest silniejsza, Samkielu, a ja nie mogę stracić i ciebie.

Wiedziałem, że kierowały nim strach i brak snu, logiczna część jego umysłu znalazła się w trybie przetrwania.

- Zapomniałeś, że jestem prawdziwie nieśmiertelny, a także ognioodporny? Jej płomienie nie zrobią mi krzywdy. Ty jesteś w niebezpieczeństwie, nie ja.

Logan spojrzał na mnie, a potem zerknął na posiadłość, błysk zaiskrzył w jego oczach.

- Pamiętasz Shangulon?

Zmarszczyłem brwi, zanim umysłu nie zalała świadomość.

- Tak.

- Mam plan.

6

Dianna

Kolejne kopnięcie w brzuch sprawiło, że Drake zakaszlał. Płomienie lizały ściany, wspinając się wyżej, pochłaniając każdą zasłonę, ramkę ze zdjęciem czy obraz. Posypały się kawałki gruzu, gdy kolejna część posiadłości obróciła się w ruinę.

- Wiesz - jęknęłam, odchylając głowę do tyłu i unosząc ręce. - Muszę przyznać to sama przed sobą. Naprawdę jestem pieprzoną samolubną suką.

Kolejne kopnięcie, a jego ciałem szarpnęło do góry, zanim znów uderzył w podłogę.

- Nienawidzę, kiedy ludzie dotykają tego, co moje.

Kolejne kopnięcie posłało Drake'a ślizgiem po posadzce, aż uderzył w ścianę wystarczająco mocno, by pękł kamień. Stęknął i wypluł krew.

- Poza tym - zachichotałam, podchodząc bliżej - chcesz wiedzieć, co jest naprawdę zabawne? Szczerze wierzyłam, że to kolejna pieprzona iluzja. Czyż to nie głupie?

Podniosłam go za przód koszulki. Jedno uderzenie i rozcięłam jego policzek.

- Wyobraź sobie, jak się poczułam, gdy umowa krwi została zerwana.

Kolejny cios.

- Ten przeszywający ból, gdy patrzyłam, jak jej ciało upada na podłogę.

Kolejny cios.

- I głupia ja uświadomiła sobie, że jedyna osoba, którą uważałam za przyjaciela, mnie zdradziła.

Krew skapywała z kącika rozciętej wargi Drake'a, jego ciało powoli się leczyło, lecz rozcięcie na jego policzku nie dało rady się zamknąć mimo prób.

- Nie wiedzieliśmy, że zamierza zabić Gabby - wykrztusił zduszonym i przepełnionym bólem głosem, gdy próbował poprawić się w moim uścisku. - Kazał nam ją tylko przyprowadzić. To wszystko. Przysięgam.

- Nie masz prawa wypowiadać jej imienia. Już nigdy nie wolno ci wypowiadać jej imienia - wysyczałam przez zaciśnięte zęby, uderzając kolanem w jego brzuch.

Zgiął się wpół, nawet nie próbując się bronić, nie tak jak wcześniej.

- Dasz wiarę, że zaryzykowałam wszystko, by ukryć twoją rodzinę przed nim, a ty mnie sprzedałeś?

- Przepraszam. Naprawdę mi przykro, Dianno. - Drake się skrzywił.

- Tak? - Szarpnęłam jego głową do tyłu, zmuszając, by na mnie spojrzał. - Mnie też jest przykro. Przykro, że kiedykolwiek ci zaufałam, że ci uwierzyłam. Przykro mi, że ruszyłam za tobą na tej cholernej pustyni. Przykro mi, że naiwnie myślałam, że jesteś aniołem zesłanym, by nas uratować. A przede wszystkim przykro mi, że kiedykolwiek myślałam o tobie jak o prawdziwym przyjacielu.

Głos mi się załamał przez ogarniające mnie emocje. Zapiekło mnie pod powiekami, a wzrok się rozmazał, łzy groziły pęknięciem tamy. Tak samo działo się za każdym razem, gdy rozmawiałam z Samkielem. Zamknęłam oczy, wyobrażając sobie kolejną kłódkę na łańcuchu zabezpieczającym drzwi odległego domu. Przełknęłam i otworzyłam oczy, patrząc gniewnie na Drake'a i odpychając od siebie emocje. Ulga zalała mnie, kiedy nowy zamek się uformował i zamknął z trzaskiem, pozostawiając tylko zimną nagą nienawiść.

- Zdradziłeś mnie w najgorszy możliwy sposób. Mam nadzieję, że gdy zmienię cię w popiół, po drugiej stronie nie zobaczysz rodziny, tak jak ja nie zobaczę jej już nigdy więcej.

Drake tylko pokiwał głową, ogarnięty poczuciem porażki.

- Zrób to.

Chwyciłam za włosy z tyłu jego głowy i pociągnęłam, aż obnażyłam jego gardło. Nie walczył, nie poruszył się. Moje spojrzenie zatańczyło na jego krtani.

- Zrobię, ale najpierw chcę zobaczyć, jak do tego doszło.

Mięśnie na jego szyi się napięły, żyła pod jego szczęką pulsowała. Zbliżyłam usta do miejsca, gdzie szybko uderzał puls. Moje kły powoli się wysunęły i przebiły skórę. Krew zalała mi usta, wysyłając mnie poza ten pokój.

Stałem przed dużym oprawionym oknem posiadłości, patrząc, jak Samkiel i Dianna idą w głąb ogrodu. Obiad okazał się mniejszą katastrofą, niż zakładałem. Co i tak wydało się świetne, biorąc pod uwagę, że Ethan nie do końca grał tak miłego, jak ustaliliśmy.

- Naprawdę uważasz, że to, co zobaczyła Camilla, jest prawdą? - zapytałem i usłyszałem za plecami westchnienie brata.

- Korzenie Camilli sięgają tak daleko w przeszłość, że trudno to nawet datować. Jeśli jakaś magiczna moc nagle pokazała jej wizję, to tak, uważam, że jest prawdą.

- Jakaś magiczna moc? Brzmisz jak Ojciec. Sądzisz, że Los ingeruje w nasze życie? - prychnąłem.

- Nie wierzę w Los. - Ethan zaciągnął się głęboko cygarem.

- Więc dlaczego go tak prowokujesz? - Odwróciłem się od okna, gdy tamta dwójka zniknęła w ogrodzie.

- Powiedział prowokator. - Ponownie zaciągnął się dymem, pomarańczowy żar zamigotał na końcówce używki.

- Myślałem, że sukienka okaże się dobrym pomysłem. Chciałem tylko zobaczyć, czy patrzy na nią tak, jak Kaden.

- Czyli jak?

- Jak na nagrodę do wygrania, kawał mięsa.

Wypuścił strumień dymu, zanim stuknął cygarem o popielniczkę przed sobą.

- A jak patrzy na nią Pogromca Świata, bracie?

- Tak jak ja patrzyłem na Seraphine lata temu i tak jak ty patrzysz na Naomi. - Skrzyżowaliśmy spojrzenia. - Tak jakby świat bez niej nie istniał.

Ethan odwrócił wzrok.

- Mam nadzieję, dla dobra świata, że masz rację.

Skinąłem głową, a on sapnął. Zaciągnął się po raz kolejny cygarem, ale zastygł w połowie. Złapał moje spojrzenie w lustrze po drugiej stronie pokoju. Rozlegało się z niego brzęczenie, a odbicie zafalowało.

- Dzwoni. Włącz jakąś muzykę, by zagłuszyć dźwięk i upewnić się, że tamci zostaną w ogrodzie.

Zasalutowałem.

Wizja zamigotała, a sceneria się zmieniła.

Światło słoneczne tańczyło na budynkach Srebrnego Miasta, gdy poprawiłem okulary przeciwsłoneczne na nosie.

- Skąd w ogóle wiesz o tej kawiarni, Drake? Nigdy nie byłeś w Srebrnym Mieście, prawda? - zażartowała Gabriella, śmiejąc się i dźgając mnie w bok palcem.

Cofnęłam głowę, odrywając się od jego gardła. Sapnęłam, a krew wypłynęła mi z ust i pokryła brodę. Trzeszczące płomienie zatańczyły za mną, płonąca upadająca posiadłość stanęła mi znów przed oczami.

Gabby.

Jej głos brzmiał tak czysto, świeżo i szczęśliwie. Zapomniałam jego melodię? Już? Czy pochłonięta przeze mnie krew odebrała mi już wspomnienia o niej? Trzymałam głowę Drake'a, gdy opadł na mnie całym ciężarem. Mój oddech stał się nierówny, gdy jej uśmiech zatańczył w mojej podświadomości. Więcej. Potrzebowałam więcej.

Opuściłam znów głowę i zanurzyłam kły głębiej. Wampir jęknął, a ja poczułam wibracje dźwięku na swoich ustach. Objęłam palcami jego szyję, przyciskając go mocniej do siebie.

Srebrne Miasto wróciło, tylko tym razem znaleźliśmy się w kawiarni, stojąc w kolejce.

- Weź, cokolwiek chcesz. Ja stawiam. - Uśmiechnąłem się do niej, mając nadzieję, że wyglądam przekonująco.

Jeśli wampiry mogłyby się pocić, pot spływałby po mnie potokami. Odwzajemniła gest, a ja to znienawidziłem. Nie uśmiechaj się do mnie, Gabby. Obawiam się, że nie jesteśmy tu dla zabawy.

Towarzysząca jej ciemnowłosa celestialka uchwyciła moje spojrzenie, a jej oczy zwęziły się lekko. Krążyła wokół Gabby opiekuńczo, pozostając na wyciągnięcie ręki. Dianna byłaby zachwycona. Potrząsnąłem głową, próbując pozbyć się tej myśli, przykleiłem do twarzy swój najlepszy uśmiech.

- Pani również, Neverro.

Tak miała na imię i była towarzyszką Logana. Na szczęście on dokądś wyjechał, a jedynym problemem okazał się Rick. Śmiertelny mężczyzna rzucał mi gniewne spojrzenia od początku spotkania.

- Skąd znasz Gabriellę? - zapytał facet, a nutka zazdrości uniosła się w powietrzu, gdy trzymał dziewczynę kurczowo u swego boku.

Współczułem mu, że ją kocha, wiedząc, co miało nadejść.

Gabriella dała mu kuksańca, bo zdawała sobie sprawę, dlaczego zapytał. Ta reakcja tak bardzo przypominała mi Diannę.

- Pracuję z jej siostrą. Znamy się wieki. - Uśmiechałem się ironicznie do Gabrielli.

Dziewczyna odwzajemniła się tym samym.

- Więc Samkiel cię tu wysłał?

- Tak. - Mrugnąłem porozumiewawczo, gdy kolejka ruszyła do przodu. - Jest taki uprzejmy. Opowieści kompletnie kłamią.

Gabriella zachichotała i założyła kosmyk włosów za ucho.

- Jak się miewa Dianna?

Oczywiście jej jedynym zmartwieniem pozostawała siostra. To też miały ze sobą wspólnego.

- Pyskata jak zawsze.

Wyszczerzyła się do mnie i szturchnęła swawolnie, tak jak zawsze robiła to Dianna.

- Tęskniłam za tobą. Powinieneś zacząć mnie częściej odwiedzać, kiedy to wszystko już się skończy.

Nie mów tak i nie uśmiechaj się tak do mnie, proszę.

- Oczywiście - zgodziłem się, wymuszając niewyraźny uśmiech.

Barista przywitał się z nami, gdy podeszliśmy do lady.

- Dzień dobry, co... - Zamilkł, oczy mu się zaszkliły, laleczka okazała się już niepotrzebna.

Cała kawiarnia zamarła, gdy sznurek kontrolujący znajdujących się w niej ludzi został zerwany. Kaden wyszedł zza ściany oddzielającej kawiarnię od zaplecza kuchennego, a Tobias stał po jego prawicy. Władca wziął łyk kawy i opuścił beżowy plastikowy kubek.

- Wiesz, jak na tak szanowane miasto, można by pomyśleć, że nie pozwolą wejść tu byle komu. - Kaden zamieszał kawą w kubku.

Mój żołądek opadł do stóp, gdy mężczyzna skierował na chwilę na mnie uwagę, a wtedy dostrzegłem, że Gabriellę ogarnęło przerażenie.

- Drake. Musimy iść.

Odsunąłem się od niej, od nich wszystkich, a powstała przestrzeń wydała się cholerną przepaścią.

- Przepraszam, Gabriello. Jeśli ma to jakieś znaczenie, naprawdę się o was troszczyłem.

Jej oczy zalśniły, gdy mocniej chwyciła Ricka za ramię.

- Co zrobiłeś?

Na zarzut w jej głosie i zdradę w oczach poczułem ucisk w żołądku.

- To, co kazali mi zrobić. Odciągnąłem cię wystarczająco daleko od gildii, by wsparcie nie zdołało dotrzeć na czas.

Neverra się nie zawahała, dwa sztylety pojawiły się w jej dłoniach, moc zafalowała na nich, gdy stanęła przed Gabriellą.

- Obaj tu zginiecie - powiedziała zimnym głosem.

Była tak potężną i nieustraszoną celestialką.

- Och, naprawdę uwielbiam, kiedy próbujecie walczyć - wtrącił Kaden i uśmiechnął się szeroko do Tobiasa, a ten odpowiedział tym samym.

Na twarzy króla pojawiła się żądza mordu. Tobias uniósł dłoń, a ludzie w kawiarni zgięli się i złamali, ciała wróciły do pośmiertnej postaci. Potem, jeden po drugim, otoczyły nas, gotowe pomóc swemu panu. Neverra zatrzymała się, obserwując rozgrywającą się scenę z przerażeniem. Gabriella uniosła dłonie, by zakryć usta, i aż emanowała strachem.

- Nie wygrasz tu, mała celestialko, ale chętnie zobaczę, jak próbujesz - zadrwił Kaden.

Pokój się zatrząsł, a obrazy stały się zniekształcone.

Neverra okręciła się w stronę Kadena, jej miecz zaśpiewał w powietrzu. Nie miało znaczenia, ile ciał padło, pozostawali w mniejszości. Władca jedną ręką złapał Neverrę za gardło, a ognisty portal otworzył się w podłodze. Walczyła, ale on okazał się silniejszy. Jej ostrza upadły, na co zaśmiał się, zanim rzucił nią w ziejącą ciemność.

Kawiarnia zadrżała, rzeczywistość zaczęła się zniekształcać, jakby czas został przyspieszony na podglądzie.

Tobias przytrzymał bezwładnego Ricka za szyję, siniaki pokrywały twarz mężczyzny, jakby próbował walczyć i przegrał.

Świat zatrząsł się raz jeszcze.

Gabby kopała i krzyczała w ramionach Kadena, łzy spływały jej po policzkach. Wskoczył z nią w portal i zniknął.

Ciemność mnie pochłonęła, gdy podążyłem za nimi.

Odchyliłam głowę, a wspomnienia zaczęły blaknąć. Spuściłam z Drake'a niemal całą krew i wcale mnie to nie obchodziło. Zaprowadził ją do Kadena. Zobaczyć, poczuć to, co on czuł, i wiedzieć, że nie próbował go nawet powstrzymać... Nie zawahał się ani nawet nie pomyślał o zmianie zdania, a to zerwało jakiekolwiek więzi czy przejaw troski, jaka mogła we mnie pozostać. Resztka mojego serca leżała w strzępach. Nie miałam żadnych prawdziwych przyjaciół. Nigdy nie miałam i przez niego nie miałam także rodziny. Ostatnia więź pękła i każde uczucie we mnie zdawało się umierać.

- Przy-przykro mi - zdołał wykrztusić Drake, gdy go objęłam.

Moje kły się schowały.

- Nie, ale będzie - powiedziałam łamiącym się głosem. Wspomnienie o niej odpłynęło w dal. - Wszystkim wam będzie przykro.

7

Samkiel

Las się rozpadał, drzewa się łamały i płonęły, gdy pożar się rozprzestrzeniał, gęsty dym wypełniał powietrze, rzucając świat w pochłaniającą wszystko ciemność. Ogień tańczył wokół, siła mocy posłanej przez Diannę kaleczyła Onunę i okrywała wszystko grubą czarną pierzyną popiołu. Nic nie przetrwało w starciu z płomieniami, nic. Drzewa rozbłysły i wybuchły, wypuszczając iskry w powietrze. Żar uderzał we mnie falami, piekielny w swej intensywności. Ten ogień został zrodzony z gniewu i żalu, płonął zbyt mocno i szybko.

Lepkie prochy pokrywały schodki wejściowe w połowie pochłoniętej przez pożogę posiadłości, a ja wiedziałem, że Ethana już nie ma. Ruszyłem w stronę zwęglonej furgonetki, w której zamknięto Drake'a. Drzwi zostały wyrwane, ale w środku nie dostrzegłem popiołu. Zastanawiałem się, czy uciekł, by uniknąć płomieni, czy ona go wyciągnęła.

Jedno z górnych okien posiadłości wybuchło, płomienie rozchodziły się błyskawicznie w poszukiwaniu powietrza. Kamienna strona rozpadła się, podczas gdy drewniana rama skrzypiała, ledwo się trzymając. Budynek miał zawalić się lada chwila. Przełknąłem narastającą gulę w gardle i wszedłem po sczerniałych schodach do zniszczonego domu. Frontowe drzwi zniknęły, więc ostrożnie wkroczyłem do środka. Kiedyś prestiżowe i niepraktyczne wnętrze teraz śmierdziało zwęglonym drewnem i osmalonym kamieniem. Dym wydobywał się z prawego korytarza na tyłach, więc tam właśnie się skierowałem. Wyszedłem zza rogu, a potem minąłem następny, mając nadzieję ją znaleźć, zanim zdąży go zabić. Nie mogłem jej na to pozwolić, ale nie z powodów, o których myślała. Część mnie obawiała się, że jeśli Dianna popełni tę zbrodnię, stracę ją na zawsze.

Panowały ciemność i cisza, ta strona posiadłości wciąż pozostała nietknięta chaosem szalejącym na zewnątrz. Zrobiłem krok do przodu, a potem kolejny, stąpałem lekko i cicho. Pretensjonalny żyrandol, który kołysał się nade mną powoli z boku na bok, okazał się jedyną poruszającą się poza mną rzeczą. Ciemność zbierała się w każdym kącie, czułem na sobie czyjś wzrok, gdy ruszyłem w głąb domu. Wyostrzyłem zmysły i nasłuchiwałem, próbując ich wytropić, ale nic nie zarejestrowałem.

- Widziałam to - wyszeptała mi do ucha, czym mnie zaskoczyła.

Odwróciłem się, oczekując, że zobaczę ją tuż za sobą, ale nikogo tam nie zastałem. Niemożliwe.

- Widziałam, jak ją oszukał.

Odwróciłem się powoli, lustrując pokój w poszukiwaniu źródła dźwięku, ale nigdzie nie dostrzegłem Dianny. Jej głos zdawał się dobiegać zewsząd, ale wciąż wydawał się intymną pieszczotą na moim uchu.

- Kiedy się na nim pożywiłam, zobaczyłam, jak ją zwabił, co powiedział. Drake zawsze tak elegancko się wypowiadał, wiesz? A ona tak się cieszyła, że go widzi. Uwierzyła mu, bo powiedziałam, że jest bezpieczny. Powiedziałam jej wiele rzeczy.

Wchodziłem w głąb posiadłości, powietrze stawało się cięższe z każdym krokiem. Wszedłem do kolejnego pokoju, a ogromne drzwi zatrzasnęły się za mną. Pierścienie na moich dłoniach zawibrowały, wyczuwając rosnące niebezpieczeństwo. Ale to nie zagrożenie, tylko Dianna. Moja Dianna.

- To nie jest twoja wina! - zawołałem.

Głos z aksamitu i lodu popieścił mnie, powodując gęsią skórkę i zalewając moją świadomość, włączając przy tym mój instynkt ucieczki i obrony.

- Nie jest?

Odwróciłem się w stronę głosu, tym razem solidnego i pełnego, i zamarłem. Stała w łukowatym przejściu prowadzącym na korytarz, trzymając zakrwawionego i posiniaczonego Drake'a za kołnierz. Duże rozcięcie na jego szyi krwawiło, a posoka zalewała jego pogniecione ubrania. Podszedłem bliżej z dłońmi wyciągniętymi na boki.

- Zawsze bohater. - Wędrowała po mnie wzrokiem, aż napotkała moje spojrzenie. - Zawsze myślałam o sobie jak o potworze, a teraz wygląda na to, że to prawda. Nie masz pojęcia, co robiłam. Co zrobię. Kiedyś nienawidziłam tej części siebie. Nie wiedziałam, jak wyzwalające mogłoby okazać się niemartwienie się i zaakceptowanie jej. - Leniwy uśmiech wkradł się jej na twarz, a kły błysnęły, gdy załapała Drake'a za szyję tak mocno, że krew zalała jej knykcie. - Już jej nie nienawidzę.

- Dianno. - Trzymałem dłonie rozwarte, pokazując, że nie zamierzałem jej skrzywdzić.

- Wiesz, to nawet nie jest moje prawdziwe imię.

- Co? - Pokręciłem głową, opuszczając rękę.

- Mer-Ka. Ain kazała nam je zmienić, gdy po raz pierwszy wylądowałyśmy na Onunie. Nowy początek, twierdziła. Są z kolejnego durnego serialu, który naiwnie ubóstwiała. Dianna i Gabby, siostry z jakiegoś małego miasta. Miały własne życie, pracę i wszystko, co myślała, że my również możemy mieć. - Mściwość płonęła w głębi jej spojrzenia, tak potężna i czysta, że zbiła mnie z tropu. - Ale i ty, i ja znamy prawdę. Nie ma normalności w naszym świecie. Nie ma szczęśliwych zakończeń. Nie potrafimy nawet ocalić ludzi, których kochamy.

To przepełnione przerażającą brutalnością spojrzenie wróciło.

- Nigdy nie powiedziałem ci, że rozmawiałem z Gabby.

Zatrzymała się i podniosła głowę, a ten ruch wydał się tak obcy.

- W posiadłości, miesiące temu. Wtedy, gdy przyjechaliśmy tu po raz pierwszy. - Spojrzałem ponad jej ramieniem na zbliżającego się Logana. Jego dłonie się poruszały, runy pojawiły się pod jej stopami. Potrzebowałem, by jej uwaga pozostała skupiona na mnie. - Zadzwoniłem, by sprawdzić, co u Logana i Neverry, ale odebrała Gabby. Mówiła o czasie podobnym do tego. Kiedy zmieniłaś się po raz pierwszy, łatwo przyszło udawać, że wcale nie stałaś się czymś innym, niż byłaś, przez twoje wyrzuty sumienia. Powiedziała mi także, że nigdy cię nie porzuciła. Ja też cię nie zostawię.

- Nie jesteś nią - warknęła, łapiąc Drake'a nieco mocniej.

Utrzymałem ten brutalny, rozbiegany wzrok.

- Oczywiście, że nie. Zależy mi na tobie w zgoła inny sposób. To, jak daleko potrafiłbym się dla ciebie posunąć, jest niepojęte. Nie pozwolę ci ranić samej siebie bez względu na to, jak podła i okrutna dla mnie jesteś. Wiem, że czujesz ból. Jesteś w żałobie, a ktoś taki jak ty opłakuje równie mocno i głęboko, jak kocha.

- Mylisz się. - Wbiła paznokcie głębiej w szyję Drake'a. - Jestem ponadto. Teraz? Chcę tylko krwi.

Jej dłonie zapłonęły, płomienie zaczęły lizać ciało wampira, a on krzyczał tak głośno, że zagłuszył dźwięk zbliżających się kroków Logana. Mężczyzna podkradł się do Dianny od tyłu i wyszarpnął Drake'a z jej uścisku, po czym rzucił go obok mnie. Wampir opadł na podłogę, a Logan podszedł do mnie z drugiej strony, mamrocząc coś pod nosem.

- Nie uciekaj - rozkazałem Drake'owi, ale on nawet nie uniósł głowy.

Dianna zaklęła i ruszyła naprzód, jej dłonie ogarnęły płomienie. Uderzyła w niewidoczną ścianę, gdy runy pojawiły się pod jej stopami. Spojrzała w dół, a potem znów na nas, szczerząc zęby. Używając rozżarzonego sztyletu, Logan naciął własną dłoń i szepnął kilka słów w naszym pradawnym języku. Światło jej więzienia rozjaśniło się, a powstrzymująca ją kolumna wzniosła się do sufitu. Zamknął ją w srebrnym cylindrze, zdolnym ją utrzymać. Uderzała w niego pięściami, jej wściekłość pozostawała widoczna gołym okiem. Kopała i pluła, zupełnie jak dzikie zwierzę złapane we wnyki. Widziałem, że pożywiła się zbyt obficie, a więzienie miało nie tylko ją utrzymać, ale i torturować. Ta świadomość skręciła moje wnętrzności.

- Nie można jej tak zostawić. - Spojrzałem gniewnie na Logana, gdy pocierał brew, próbując złapać oddech.

Cierpiała już wystarczająco mocno. Nie sprawię jej więcej bólu.

- Nie użyłem runy spalania. Klatka jest prosta i stworzona tak, by wytrzymała. - Spojrzał na grawer na podłodze, a potem na nią. - Nie sądzę, by ją bolało. Uważam, że jest wkurzona.

Ogień dosięgnął nas i tu, ale pod wpływem jej gniewnego spojrzenia płomienie się rozproszyły. Cofnęły się, tląc w kącie i czekając niecierpliwie na jej rozkaz. Chmury pojawiły się na zewnątrz, płynąc po niebie. Żadnych grzmotów, żadnych piorunów, tylko zbliżająca się ciemność.

- Samkielu, przysięgam, że nie robię jej krzywdy - zasyczał Logan, myśląc, że to ja spowodowałem nagłą zmianę pogody.

To nie byłem ja i uświadomiłem sobie, że prawdopodobnie nigdy nie byłem. Pierścienie na moich palcach zaczęły wibrować.

Niebezpieczeństwo! Niebezpieczeństwo!

Spojrzałem na Logana, przyglądał się pierścieniom na swojej dłoni, a potem zerknął na mnie. Dianna zamarła, wciąż w środku runicznego więzienia, skrzyżowała ze mną spojrzenia i wyprostowała palce dłoni.

- Nie możesz mnie już uwięzić. Nikt nie może.

Słowa ledwo opuściły jej usta, a ona uderzyła dłońmi w podłogę pod sobą. Ogień ryknął, wypełniając okrąg pomarańczowymi i czerwonymi płomieniami. Uniosły się pod sufit w destrukcyjnej kolumnie szukającej wyjścia. Nie widziałem jej przez gęste i ciężkie płomienie. Logan i ja cofnęliśmy się o krok. Obserwowaliśmy, jak runy na podłodze wypalają się, jedna po drugiej. Skwierczały, dym buchał z każdego znaku, gdy jej moc ogarniała je i tłumiła. Okrąg zabezpieczający osłabł na chwilę, a potem z trudem się utrzymał.

- Dianno, przestań. Wiem, że boli, ale zastanów się. Proszę. Ruszysz za nim sama, a on cię zabije. Zobacz, co zrobił nam Tobias. Są Królami Yejedin. Potrzeba było bogów, by pokonać jednego. Bogów, Dianno. Liczba mnoga.

Nie słuchała, a z jej gardła wydostał się kolejny ogłuszający ryk. Gdy okrąg wybuchł, uwolniła się i smagnęła powietrze skrzydłami, a następnie wielkim, śmiercionośnym ogonem.

Serce mi stanęło i zareagowałem instynktownie. W jednej sekundzie byliśmy w zrujnowanej posiadłości, a w następnej kilometr dalej w gęstym lesie. Logan zakaszlał za mną, gdy obserwowałem jej wielką postać wzbijającą się w powietrze. Zaatakowała, zionąc ogniem w stronę drzew, zanim minęła płonącą posiadłość i ruszyła do ogrodu. Moje serce pękło głębiej, gdy ujrzałem jej determinację, by usunąć każde wspomnienie związane z tym miejscem, nawet nas. Ostatni okropny wrzask przeciął powietrze. Te grube, potężne skrzydła uderzały o wiatr, wznosząc ją do nieba i z daleka od rezydencji. Przełknąłem napływający smutek i się odwróciłem.

Logan oparł się o przedmiot o nieregularnym kształcie, płomienie trzaskały za nim, a dalej, na horyzoncie, ujrzałem, że zniszczona posiadłość eksplodowała. Popioły kłębiły się w gęste chmury, zasłaniając księżyc i gwiazdy.

Chwyciłem za kołnierz spalonej koszulki Drake'a i uniosłem wampira.

- Teraz widzisz? Widzisz, ile twoja zdrada kosztowała mnie i świat?

Logan chwycił mnie za rękaw, zatrzymując moją tyradę. Wreszcie spojrzałem na Drake'a. Wcale nie walczył, oparzenia pokrywały jego szyję, część twarzy i torsu. Nie leczył się. Postawiłem go na ziemi, ponieważ moja złość zmalała, zastąpiona lękiem. Nogi się pod nim ugięły, gdy stopy musnęły trawę, uderzył plecami o drzewo obok. Zakaszlał i jęknął, trzymając się za pierś.

- Musimy się ruszyć - powiedziałem, otaczające nas popiół, dym i żar sprawiały, że niemal nie dało się nic zobaczyć, nie mówiąc już o oddychaniu. Zalały mnie wspomnienia o Rashearim w płomieniach. Znałem prawdziwą moc Ig'Morruthen i skalę zniszczeń, jakich mogła dokonać. Nawet najsilniejsze światy te istoty zdołałyby obrócić w popiół i ruinę. Po prostu nigdy nie sądziłem, że zobaczę moją Diannę ulegającą destrukcyjnym zapędom. Moje zbolałe serce sięgnęło ku niej, mając nadzieję na odpowiedź, ale żadna nie nadeszła. Czułem się pusty i przytłoczony, lecz nie wiedziałem, czy te uczucia należały do mnie, czy do niej.

- Nie mogę - wykaszlał Drake, próbując usiąść, lecz skończyło się to niepowodzeniem.

- Musisz - warknąłem, pociągając go z powrotem na nogi. - Nie mam na to czasu.

Alternatywą była śmierć Drake'a, a tego nie chciałem. Stanowił jej ostatnią nadzieję, ostatnią iskrę życia w niej, więc potrzebowałem go żywego.

Odepchnął moją rękę, czym mnie zaskoczył, a bez podparcia zsunął się po drzewie, aż usiadł z głuchym łoskotem.

Oparłem dłonie na biodrach, czułem, że wypełniająca mnie frustracja rosła. Logan obszedł mnie i pochylił się, by chwycić Drake'a, ale ten go odpędził.

- Możemy odpocząć, gdy dotrzemy do Srebrnego Miasta. A teraz wstawaj.

Wampir wyszczerzył zakrwawione zęby w uśmiechu i odsunął dłonie od poranionej piersi.

- Nie, naprawdę nie mogę.

Wtedy to zobaczyłem, a moja nadzieja umarła. Pęknięte przeklęte ostrze wystawało ze środka jego piersi, zostało wbite naprawdę głęboko. Za dobrze mnie znała, więc zabezpieczyła się ostatecznie, na wypadek gdybym próbował go uratować. Postarała się, by zginął, mimo wszystko. Padłem na kolana. Rozłożyłem dłoń na jego piersi, gdy próbowałem wydłubać część ostrza.

Nie, nie, nie!

- Dianna lubi nosić przy sobie małe sztylety. - Drake się uśmiechnął, a z każdym jego oddechem dało się słyszeć bulgotanie krwi w jego płucach. Złapał moją rękę w swoją. - Już za późno, Pogromco Świata. Czuję to. Nazywamy to śmiercią ostateczną. Nie jest tak zła, jak myślałem, naprawdę.

- Nie! - zawyłem, srebrne linie przebiegły po moich ramionach. Gdybym zdołał się skoncentrować, mógłbym usunąć ostrze i leczyć mężczyznę na bieżąco. Potrzebowałem się tylko skupić.

- Wiedziałem, że mnie lubisz - wykrztusił Drake, a mokry kaszel przegonił jego uśmiech i sprawił, że ostrze weszło jeszcze głębiej.

Kurwa.

- Nie mogę cię stracić. Jesteś moją ostatnią nadzieją. - Wydusiłem z siebie, gdy pochyliłem głowę.

- Zaufaj mi. Nie jestem.

Ścisnąłem grzbiet nosa, moje palce stały się śliskie od jego krwi i popiołu. Coś we mnie pękło, łzy napłynęły mi do oczu.

- Jak mam ją odzyskać?

- Nie potrzebujesz do tego mnie. Zdradziłem i straciłem moją najprawdziwszą przyjaciółkę. - Pokręcił głową, nawet najmniejszy wysiłek sprawiał mu ból.

- Nie mogę jej stracić. - Tym razem mój głos się załamał.

- Nie stracisz.

Podniosłem na niego wzrok.

- Co masz na myśli?

- Zobaczyłem to, gdy tylko wyszła z lasu, ten błysk w oczach, jakby część jej próbowała się wyczołgać na powierzchnię. Do ciebie. Jesteś jej jedynym połączeniem z resztkami śmiertelności, które w niej zostały, więc nie pozwól Kadenowi wygrać, nieważne, co powie, czy zrobi. Zaufaj mi. Jesteś jedynym, o co ona się teraz troszczy.

Próbował usiąść i skrzywił się z bólu. Światło płomieni za nami rzucało cienie na jego zakrwawioną i poparzoną twarz, gdy spojrzał na swój zniszczony dom.

- Powinienem był próbować bardziej. Masz rację. Chciałem pomóc rodzinie, ale ona też była moją rodziną. To beznadziejne, że dopiero teraz to sobie uświadomiłem.

W żółtych oczach Drake'a zalśniły łzy, a potem jedna po drugiej spłynęły mu po policzkach. Wiedziałem, że czuł jakieś wyrzuty sumienia z powodu tego, co zrobił. Logan przyklęknął przy Drake'u, twarz przyjaciela złagodniała, natomiast wampir zwrócił się do mnie:

- Dianna jest teraz silniejsza. Każde stworzenie z Innego Świata to poczuło, gdy Gabby umarła. Świat się zmienił, ale ona wciąż jest Dianną. Wciąż jest dziewczyną, którą ocaliłem na pustyni, troszczącą się o innych tak bardzo, że poszła za obcym do okropnego świata. Wciąż jest dziewczyną lubiącą kwiaty i ładne prezenty od despotycznego Króla Bogów. Jest urocza, dobra, zabawna i kocha całą sobą. To dlatego taka jest. Cierpi. Czuje ból. Jeśli ją kochasz, jeśli naprawdę ją kochasz, nie poddawaj się. Prawdziwa miłość jest tego warta. Jest warta, by o nią walczyć. Pamiętaj o tym.

Pokiwałem, słysząc, że rytmiczne bicie jego serca ucichło na zbyt długą chwilę. Blask w jego bursztynowych oczach lekko przygasł. Przestał być dowcipnym księciem wampirów, a stał się mężczyzną, który wiedział, że czynił źle.

Uśmiechnął się, łzy spływały po jego twarzy. Ból wykrzywił jego rysy, skóra na jego ramionach popękała.

- Tylko jej nie porzucaj. - Jego głos brzmiał, jakby i on mógł krwawić. - Gabby by tego nie zrobiła.

- Nie zrobię. Przysięgam.

Drake odwrócił głowę z wysiłkiem i spojrzał na Logana.

- Przepraszam za Neverrę, ale ona wciąż żyje.

Twarz Logana stała się łagodniejsza, a ja uświadomiłem sobie, że potrzebował usłyszeć to głośno, nawet jeśli znak na jego dłoni nie znikł.

- Kaden ją ma. Musisz ją tylko znaleźć. Szukaj tam, gdzie otwiera się świat.

Słowa opuściły jego usta szeptem. To ostatnie, co powiedział, zanim jego ciało rozpadło się w popiół, a jego szczątki dołączyły na wietrze do tych należących do rodziny i domu Drake'a.

***

- Co, do cholery, się stało? - Głos Vincenta przebił się pierwszy przez ten chaos, gdy drzwi na najwyższym piętrze gildii się otworzyły.

Logan i ja weszliśmy, pokryci od stóp do głów brudem i krwią, po czym ruszyliśmy w stronę głównej sali konferencyjnej. Znajdowało się tam coś, czego potrzebowałem. Celestiale biegali wokół z telefonami przy uszach. Czerwony baner wyświetlał się na wielu ekranach, powieszonych wokół pokoju, a na każdym z nich widniał zniekształcony obraz Dianny w formie Ig'Morruthen odlatującej od płonącego Zarall.

- Hej, mówię coś do was - upomniał Vincent, zrównując krok z Loganem i mną.

- Musiałem ugasić pożar lasu - mruknąłem.

- Nie widzę w tym problemu - wtrącił Logan, kiwając głową w stronę mijanych ekranów. - Skłamałbyś, gdybyś powiedział, że ochroniłbyś ich kosztem kogoś, na kim ci zależy.

- Co? - Vincent praktycznie przekrzyczał chaos rozmów dokoła. - Co się stało?

- Złoszczenie się na nią to szaleństwo. Na jej miejscu zrobiłbym to samo. Zabiłbym każdego, kto skrzywdziłby Neverrę. Więc dlaczego przejmujemy się, czy przeżyją?

Pchnąłem ogromne drzwi nieco mocniej, niż zamierzałem.

- Nie przejmujemy się.

- O kim my rozmawiamy? Dlaczego Zarall stanął w płomieniach? - zażądał wyjaśnień Vincent.

Wyciszyłem ich, gdy Logan wprowadził go w wydarzenia ostatnich paru godzin. Dotarliśmy do głównej sali konferencyjnej i skierowałem się do stosu książek oraz zwojów na stole. Westchnąłem i zacząłem grzebać w poszukiwaniu pewnego przedmiotu.

Vincent zawisł obok mnie.

- Samkielu, jeśli ona zabiła...

- Wiem.

- Wiesz co? - zaczął Logan. - Jak mówiłem, zabija tych złych. Tego chcemy, prawda?

Zakłuło mnie w sercu, gdy znalazłem poszukiwany tekst. Cadros: Historia Wielu Wojen. Otworzyłem go i przerzuciłem kartki.

- Zależy mi na niej, nie na nich. Ale nie wystarczy jej, że ich zabije, obaj o tym wiemy. Będzie potrzebowała więcej mocy, szczególnie jeśli ruszy za Kadenem. Kiedy działaliśmy razem, nigdy nie pożywiła się śmiertelną krwią. Teraz się nią opija, a to sprawi, że zatraci się jeszcze bardziej. Co się dzieje, gdy Ig'Morruthen pożrą zbyt dużo?

Ucichli, gdy nagle otworzyłem właściwy tekst, a kartki ułożyły się po skosie, ukazując słowa na wierzchu. Pierwsza Zasada Pharthara - stworzona, gdy Ig'Morruthen pojawili się po raz pierwszy. Ukazująca to, czego się obawiałem.

- Czyste i kompletne spustoszenie. Tego się bałem. Może i jestem Pogromcą Świata, ale to te istoty były pierwszymi niszczycielami światów.

Zrobiłem krok do tyłu, palcami potarłem oczy. Pulsowało mi w głowie, gdy przewijałem wspomnienia z ostatnich paru godzin. Widziałem ją i czułem jej obecność, lecz to nie była moja Dianna.

- W porządku, ale mówimy o Diannie, nie o krwiożerczej bestii - odezwał się Logan za moimi plecami.

Vincent wydał z siebie niski ochrypły dźwięk.

- Wiem, ale istnieje pewien mit. Pamiętam go z czasów, gdy po raz pierwszy oblegaliśmy z ojcem Jurnagun. Powiedział mi, że miałem zdolność wyczuwania Ig'Morruthen. Mimo dzielących nas różnic stworzono nas z tego samego dryfującego chaosu wszechświata. Gdy bogowie doświadczali traumatycznych przeżyć, paraliżowało ich i zmieniali się w kamień. Każda molekuła twardniała, jakby pragnęła już nie istnieć. Ig'Morruthen są inni. Zew krwi może pochłonąć funkcje poznawcze w ich mózgach. Mogą pożywiać się na wiele sposobów. Zbytnie pobłażanie sobie z ilością wypitej krwi może doprowadzić do masakr, wahania nastroju czy braku konsekwencji w zachowaniu.

Przeczesałem włosy palcami, próbując przypomnieć sobie każdy element mojego treningu.

- Jakby mieli przełącznik i wszystko, co w nich śmiertelne, gasło na zawołanie jak płomień i pozostawała tylko bestia. Mój ojciec mówił, że ci naprawdę paskudni są pozbawieni światła i miłości i cuchną absolutnym spustoszeniem. Mówił, że niektórzy z najstarszych i najpotężniejszych bali się słońca. Istnieją historie, według których Ig'Morruthen spalają się w słońcu, jakby mroczna moc odpowiedzialna za ich stworzenie go nie znosiła. Dianna za nikim nie podążała, ale znalazła się na drodze wytyczonej dla niej przez Kadena. Nie stracę jej przez tego tyrana. Odmawiam.

W pokoju zapadła cisza.

- Od tej pory jesteście całkowicie ze mną albo nie. A jeśli nie jesteście... - oświadczyłem, utrzymując ich spojrzenia.

- Jesteśmy - powiedzieli obaj bez zawahania.

- Rada Hanrameil ma pozostać nieświadoma. Zwalcie winę na Zarall za nagłe burze i koszmarne pioruny. Wpadkę spowodowaną moją mocą - poleciłem.

- W porządku. - Vincent wyprostował się nieco. - Przekażę to wszystko członkom gildii i ambasadorom, tak by mieli jasność.

Przytaknąłem zdecydowanie.

Vincent wyszedł, mając jasno określone cele, a ja wiedziałem, że dopnie swego.

Logan został, jak zawsze. Spojrzał w dół na znak na swoim palcu.

- Puścił ich.

- Co? - zapytał Logan.

- Kaden wypuścił odpowiedzialnych za śmierć Gabby bez żadnej ochrony. Chce, żeby ich zabijała, pożywiała się, aż nie zdoła pochłonąć więcej, i myślę, że ma nadzieję, że ona nie będzie miała się do kogo zwrócić prócz niego. To jego kolejny chory sposób, by ją odzyskać. Ma nadzieję, że okaże się królem z legend. Pogromcą potworów i bestii, obrońcą wymiarów i światów, ale ona jest moją... - przerwałem, nie potrafiąc wydusić z siebie słów.

- Wiem.

Oczywiście, że wiedział. Znał mnie lepiej niż większość i był najbliższą mi osobą, przypominając brata.

- Jeśli wiedziałbyś, że istnieje chociaż najmniejsza szansa, by ocalić tych, na których ci zależy, zaryzykowałbyś, prawda? Wszelkimi dostępnymi środkami? Niezależnie od wszystkiego?

Logan spojrzał na mnie, jakby to, co powiedziałem, brzmiało absurdalnie.

- Oczywiście. Bez dwóch zdań.

- Vincent może się teraz zgadzać, ale... Niezależnie od tego, co się stanie, co zdecyduję, mogę na ciebie liczyć, tak?

- Nie musisz o to pytać. Zawsze za tobą podążę.

Przytaknąłem ponownie.

- Gdyby istniał choćby cień szansy, by uratować Neverrę, to bym z niej skorzystał.

Przełknąłem z trudem, przykładając dłoń do czoła. Pulsowanie narastało tuż za oczami.

- Tak zrobimy. Damy radę z obiema. Uratujemy Neverrę, Diannę i świat.

Logan zdołał zmusić się do uśmiechu, choć mnie to przerosło.