NIE SZUKAJCIE MNIE
Ktoś otworzył okno, do klasy wpadło gorące powietrze. Zapachniało skoszoną trawą i rozgrzanym asfaltem. Inni uczniowie wychodzili jeden po drugim, a on wciąż siedział z nosem w książce. Nikogo tu nie znał i nikt nie chciał z nim rozmawiać. Jeszcze się nie przyzwyczaił, że tu nie pasuje. Ale co z tego? Za dwa tygodnie zaczynają się wakacje, a od września wszystko będzie inaczej. Nowe miasto, nowa szkoła, nowe życie.
Wyszedł z klasy, zbiegł schodami do wyjścia i ruszył przez podwórko w stronę betonowego budynku stołówki. Nie spieszyło mu się. Mama przyjedzie dopiero o wpół do. Napił się z plastikowej butelki, woda była ciepła.
Gdzieś z daleka usłyszał swoje imię. Odwrócił się, ale nikogo nie zauważył. Dopiero po chwili dostrzegł niedużą postać, machała do niego przez ogrodzenie po przeciwnej stronie podwórka. Szczupła dziewczyna w zielonych szortach i rozciągniętej białej koszulce, ciemne włosy splecione w warkocz, gumowa bransoletka na nadgarstku. Od razu poprawił mu się humor. Trwało to ułamek sekundy: wybuch autentycznej radości, że znowu ją widzi. Zaraz potem uświadomił sobie, co musi jej powiedzieć, i dobry humor prysł. Dokręcił butelkę, wrzucił ją do plecaka i ruszył w stronę dziewczyny.
- Ile masz dzisiaj czasu? - zapytała En, kiedy usiedli na ceglanym murku przy ogrodzeniu. Każde po przeciwnej stronie, plecami do siebie. Kwitnący bez pochylał się nad nimi jak wielki biały parasol, nie było ich widać ani od strony szkoły, ani od ulicy.
- Najwyżej pół godziny - odparł markotnie Jirka. Musi jej powiedzieć, więc na co czekać? Wziął głęboki oddech i wreszcie wydusił: - Rodzice chcą się przeprowadzić.
En skamieniała. Wyrwała rękę z jego dłoni, podciągnęła nogi i uklękła na murku twarzą do Jirki.
- Dokąd?! Kiedy?! I dlaczego? Myślałam, że skoro chodzisz już do tej szkoły, to...
- Jeszcze nie wiadomo na sto procent - wykrztusił Jirka. - Ale chcą to zrobić jak najszybciej, żebym od września zaczął się uczyć gdzie indziej. Przeprowadzimy się na Morawy albo na Słowację. - Rozłożył bezradnie ręce. - Może jeszcze dalej. Jak najdalej od... Sama wiesz. - Nie dokończył zdania. Zacisnął usta i spojrzał wymownie na ciemną, ledwie widoczną plamkę na północnym horyzoncie. - Tata stara się o pracę w jakiejś kancelarii adwokackiej w Amsterdamie, w lipcu powinien już wiedzieć co i jak. Potem zdecydują.
En zaparło dech w piersiach.
- W Amsterdamie?! - pisnęła. - Ale... to znaczy, że...
- Nic jeszcze nie jest pewne. Mama nie chce wyjeżdżać. Ja też nie, wiadomo - dodał, uciekając wzrokiem. - Ale wątpię, czy przekonamy tatę.
Oboje długo milczeli. Przyszłość rzuciła cień na słoneczne letnie popołudnie.
Tej wiosny świat poznał prawdę. Filmik, który En nakręciła pod Wzgórzem Wisielców, pojawił się kolejno na wszystkich kanałach telewizyjnych. Media społecznościowe oszalały na punkcie starej, zardzewiałej maszyny, której niewyraźny zarys krył się w mroku, gdzieś pod ziemią. Przez kilka tygodni wszyscy mówili tylko o praskiej dzielnicy, w której z powodu tajemniczej aparatury nie działa elektryczność, o wynalazcy Daliborze Nápravníku i ogromnym oszustwie, do którego ponoć doszło w samym centrum stolicy.
Rodzicom powiedział dopiero pod koniec marca, nie dało się tego dłużej odkładać. Siedzieli wieczorem w salonie, a on drżącym głosem opowiedział o wszystkim. Mama i tata słuchali, nie przerwali mu ani razu. Niektóre szczegóły wolał zataić, ale wspomniał o kluczowych sprawach: maszynie Nápravníka, o którą dbał przez całe życie dziadek Jirki, a której jesienią poszukiwał bezwzględny przedsiębiorca Klement Hrouda, o przygodzie, którą przeżyli wtedy z En i jej kuzynem Tondą, o bracie mamy, wujku Jáchymie, który od czterech miesięcy ukrywał się przed policją, o czarnym merkurycie i o strasznej nocy pod Spaloną Jeremiášką. Kiedy mówił o tym, jak błądził zaśnieżonymi uliczkami z ranną En w ramionach, znowu ścisnęło go w gardle, a kolana zaczęły mu dygotać. Nigdy nie pozbył się tego strachu. Zagnieździł się w nim głęboko i od czasu do czasu wynurzał się na powierzchnię. Cudem się wtedy uratowali. Nie chciał nawet myśleć, co mogłoby się stać, gdyby dotarli do szpitala kilka minut później.
Nie powiedział, którędy prowadzi droga do maszyny. Twierdził, że nie potrafiłby już znaleźć tajnego zejścia pod ziemię. Czy to prawda? Nie był pewien. Wydawało mu się, że to wszystko było jakimś koszmarem, który przyśnił mu się dawno temu.
Kiedy umilkł, zapadła cisza. Potem tata wziął telefon i lodowatym tonem oświadczył, że musi "zminimalizować szkody". Wstał z fotela i długo z kimś rozmawiał w pokoju obok, Jirka z mamą zostali w salonie. Po chwili mama westchnęła, uśmiechnęła się krzepiąco do Jirki i dołączyła do taty. Minuty upływały, słyszał przez drzwi, jak rodzice się kłócą, głos taty podnosił się coraz bardziej, że "to będzie straszliwa afera", "sprawa skończy się w sądzie", że mama jest taka sama jak "cała jej obłąkana rodzina", skoro zupełnie nie rozumie, że to cholerne miejsce zniszczy najpierw jego karierę, a potem całe ich życie.
Świat Jirki wywrócił się wtedy do góry nogami. Przeniesiono go do innej szkoły, rodzice wszędzie wozili go samochodem, sprawdzali, do kogo dzwoni i z kim pisze, pilnowali go na każdym kroku. Wszystko po to, żeby nie zrobił nic głupiego i komuś czegoś niepotrzebnie nie wygadał. Tata wydał w telewizji oświadczenie, że nie życzy sobie, by media dręczyły jego syna, na wszystkie pytania będzie odpowiadał wyłącznie on. Poproszony o komentarz do filmiku, określił go jako "żałosne oszustwo", a dowody pozyskane od operatora - jako "wątpliwej jakości".
Jeszcze parę dni i będzie po wszystkim, powtarzał sobie w duchu Jirka. En wciąż milczała. Białe kwiaty bzu łagodnie kołysały się nad nimi w letnim upale.
- Jeszcze możemy to naprawić. - En w końcu przerwała ciszę. - Myślałam trochę i... mam plan. Jeśli się uda, wszystko może być jak dawniej. Tylko musisz mi pomóc.
- Plan?
- Elektryczność nigdy nie działała na Wzgórzu Wisielców i to było normalne - zaczęła powoli En. - Parę lat temu też się nie zastanawiałam nad tym, czy w ogóle mogłoby być inaczej. Tak po prostu było i już. Rozumiesz, słońce wschodzi na wschodzie, niebo jest niebieskie, a zegarek staje, gdy się idzie Wiedeńską pod górę z placu Karola. Tak zawsze działał świat.
- No tak - zgodził się Jirka. - Ale teraz ludzie mają dowód, że wcale nie musi tak być.
- Jasne. Tyle że wierzą w to, bo nie mają innej opcji.
- Nie rozumiem. - Jirka zmarszczył brwi. - Na Wzgórzu Wisielców przez trzynaście minut działał telefon, który potrzebował do tego elektryczności.
En się uśmiechnęła.
- Fakt. Ale poczytałam trochę i teraz wiem, jak działają te nadajniki. Zwyczajna trygonometria, nic skomplikowanego. Fake news, mówi ci to coś?
- Co chcesz powiedzieć?
- Na Wzgórzu Wisielców przez kilka minut telefon był aktywny, ale nikt nie wie, jak wysoko się wtedy znajdował - oznajmiła En. - Przecież gdzieś w górze elektryczność już działa. Wystarczy udowodnić, że telefon znajdował się bardzo wysoko, a świat znowu będzie normalny. Nie mógł być w samolocie, to jasne, bo da się sprawdzić, że w tym czasie żadnego samolotu tam nie było. Ale gdyby udało się skombinować drona...
- En, zaczekaj - przerwał jej Jirka. Potarł powieki, piekły go oczy. - Rozumiem, że nie chcesz się poddać, ale może lepiej by było... No wiesz, zostawić wszystko tak, jak jest.
En spojrzała na niego z zaskoczeniem.
- Niedługo ktoś znajdzie maszynę, zatrzyma ją i to będzie koniec - mówił cicho Jirka. - Wszystkie problemy znikną. Tak musi być. I tak w sumie będzie lepiej. Rodzice się uspokoją, za parę miesięcy pewnie wrócimy do Pragi...
- Ale gdybyśmy... - próbowała En.
- Nie chcę tam wracać - szepnął Jirka. Przed oczami stanęły mu zaśnieżony plac i czarne pnie drzew. - Pamiętasz, jak było ostatnio? Sama wiesz, jak kończą się wszystkie genialne plany. Jesienią myślałaś, że dasz radę w dwie godziny zrozumieć, o co chodzi w notatkach Nápravníka, tych spod Baszty Wschodniej. Do dziś nie wiemy, co w nich było. A tamten podstęp dead man's trigger, który miał zastraszyć Klementa Hroudę? To też nie poszło tak całkiem zgodnie z planem, co? Chociaż skończyło się najlepiej, jak mogło.
Jirka umilkł. En już nie klęczała. Stała pewnie na nogach, jej policzki płonęły. Wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie była w stanie wykrztusić słowa. Wpatrywała się w Jirkę. Dziwny błysk w jej oku zdradzał, że właśnie zrozumiała coś, co długo jej umykało.
- To byłeś ty! - wykrztusiła zszokowana.
- Co ja? - Jirce nie podobał się jej ton. Przeczuwał, co zaraz nastąpi.
- Dead man's trigger. Dziesięć minut przed upływem czasu ktoś wpisał błędne hasło - mówiła En, szeroko otwierając oczy. - Myślałam, że to może Hrouda... ale nie. To byłeś ty. Cały czas chciałeś, żeby filmik wyciekł, co? Ciągle powtarzałeś, że najlepiej byłoby wyłączyć maszynę. Nie powiedziałeś mi przypadkiem, że przyszedłeś wtedy do klubu za późno? - Umilkła na moment, po czym dodała: - Czyli rozmyśliłeś się w ostatniej chwili. I już.
- Czekaj - przerwał jej Jirka. Miał zupełną pustkę w głowie. - To nie takie proste.
- Nie wierzę - skrzywiła się En. - Boże, to nie może być prawda. Jaka ja jestem strasznie, bezdennie głupia.
- Przestań - bronił się Jirka. Też już wstał. - Wszystko ci wyjaśnię.
- Nikt mi nie musi niczego wyjaśniać. - En poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Odwróciła wzrok i skrzyżowała ramiona na piersi, jakby zrobiło jej się zimno. Nabrała powietrza, chciała coś dodać, ale ostatecznie się rozmyśliła. Zacisnęła mocno powieki, aż pojawiły się pod nimi łzy. Zanim Jirka zdążył się odezwać, odwróciła się i odeszła.
- Zaczekaj! - krzyknął jeszcze. - En!
Bez odpowiedzi. Widział, jak dziewczyna ociera twarz wierzchem dłoni. Próbował jej to powiedzieć od tygodni, szukał właściwych słów, a ostatecznie wszystko stało się o wiele szybciej, niż sobie wyobrażał. Krzyknął jeszcze raz, ale się nie obejrzała. Przebiegła przez ulicę i zniknęła za szeregiem kolorowych śmietników po drugiej stronie.
- En!
Ruszył biegiem przez podwórko, w stronę portierni. Przebiegł korytarzem, wypadł za szklane drzwi. Zatrzymał się. Od strony parkingu nadchodziła mama, torebka na ramieniu, głowa pochylona nad ekranem telefonu. Co tu robi tak wcześnie? Stracił dziesięć cennych sekund. En już na pewno doszła do końca ulicy. Już jej nie dogoni.
- Cześć. - Mama w końcu go dostrzegła. Spojrzała na niego badawczo. Podniosła okulary przeciwsłoneczne na czoło, żeby móc spojrzeć synowi w twarz. - Wszystko w porządku? - W jej głosie słychać było zmęczenie.
Jirka milczał. Zaciskając zęby, kiwnął głową. Mama uniosła brwi, spojrzała na niego jeszcze raz z bliska, jakby próbowała czytać w jego myślach, ale nie powtórzyła pytania. Ruszyli w stronę auta, Jirka wlókł się obok niej. Chciało mu się krzyczeć, że nic nie jest w porządku, ale nawet nie pisnął. Wszystkie słowa ugrzęzły w jego głowie i boleśnie obijały się o siebie nawzajem.
Całe popołudnie próbował się do niej dodzwonić. Nie obchodziło go, że rodzice będą wypytywać. Najpierw słyszał sygnał, potem zniknęło nawet to: En wyłączyła telefon, Jirka trzy razy dodzwonił się do poczty głosowej. Napisał jej dwa SMS-y, ale nic to nie dało, nawet ich nie odczytała. Nerwowo krążył po mieszkaniu, nie był w stanie usiedzieć w miejscu. W głowie odtwarzał dziesiątki, może setki rozmów, które nigdy się nie odbyły. Co powinien był jej powiedzieć, co by odpowiedziała, co mógłby wtedy powiedzieć on... Nie tknął kolacji, myślał wyłącznie o tym, czy już odpisała. Nie odpisała.
Wieczorem rozpętała się burza. Jirka siedział na parapecie i patrzył na wyludnioną ulicę. Po szybie ściekała woda, wiatr gwizdał w szparach okna. Po mokrej jezdni przejechało auto. Jirka poruszył się nerwowo. Choć wcale tego nie chciał, jego spojrzenie zabłądziło w górę, ponad dachy, do mrocznego wzgórza nad miastem; w ciemności i ulewie raczej wyczuwał, że ono tam jest, niż faktycznie je widział. Wyobraził sobie, że miałby się teraz znowu znaleźć w ciemnych uliczkach pomiędzy opuszczonymi domami, i dreszcz przebiegł mu po plecach. Sekundę później niebo przecięła błyskawica, sylwetka Wzgórza Wisielców na moment wynurzyła się z ciemności. Jirka odwrócił wzrok. Wracały złe wspomnienia. Przestań o tym myśleć, nakazał sobie. Już nigdy tam nie wrócisz. Było, minęło.
Dotknął telefonu, ekran się rozjaśnił. Nic. Żadnych wiadomości. Może powinien zadzwonić jeszcze raz?
Dzwonek w korytarzu. Czy to mogła być En? Słyszał, jak mama podchodzi do domofonu i z kimś rozmawia. Proponowała, żeby ten ktoś wszedł na górę, ale odmówił. Stuknęła odwieszana słuchawka.
- Ktoś do ciebie, czeka na dole - zawołała mama. - Wróć za dziesięć minut, dobrze?
Jirka poczuł, jak kamień spada mu z serca. En się opanowała. Przeprosi ją teraz i wszystko będzie jak dawniej. Zeskoczył z parapetu.
Na klatce schodowej zgasło mu światło. Z pierwszego piętra zbiegł już po ciemku, na parterze po omacku sięgnął do włącznika. W korytarzu błysnęła jaskrawa jarzeniówka.
- Cześć - rozległ się cichy głos. W drzwiach stał chłopak o ciemnych oczach, z twarzą mokrą od deszczu i pozlepianymi, czarnymi włosami. Miał na sobie sportową bluzę, krótkie spodnie i zabłocone białe adidasy. W lewej ręce ściskał pognieciony kawałek papieru. Jirka ledwo go poznał. Strasznie się zmienił, odkąd ostatnio rozmawiali. To było pół roku wcześniej. Teraz miał szersze ramiona i urósł, był o pół głowy wyższy od Jirki. Zmężniał.
- Co tu robisz? - spytał chłodno Jirka. Tonda uciekł spojrzeniem w bok. Przez kilka sekund stali naprzeciwko siebie w milczeniu. Przez uchylone drzwi klatki schodowej dobiegał ich szum deszczu. - Potrzebujesz czegoś ode mnie?
Tonda przestąpił z nogi na nogę, wyraźnie nie wiedział, od czego zacząć.
- Nie ma u ciebie En?
Jirka pokręcił głową. Nie miał ochoty z nim gadać. W sumie to wszystko jego wina. Gdyby Tonda nie zdradził ich jesienią i nie współpracował z Klementem Hroudą...
- A nie gadaliście jakoś ostatnio? - dodał Tonda. - W sensie... Czy coś się między wami stało?
- Nawet jeśli tak, to tylko nasza sprawa - odparł Jirka i znowu zapanowała nieprzyjemna cisza. Tonda zrobił skruszoną minę. Jirka nie był pewien, ile tamten wie, ale na sto procent był to ostatni człowiek na świecie, któremu chciałby się zwierzać.
- Słuchaj, wiem, że nie cieszysz się na mój widok, ale... - zająknął się Tonda. - Ale ja muszę z tobą pogadać. En to moja kuzynka. Dzieje się z nią coś dziwnego. Nie wiem co, ale... Boję się o nią.
Powiedział to z dziwnym naciskiem, Jirka nie słyszał u niego takiego tonu przez wszystkie lata spędzone w jednej ławce.
- Co się dzieje?
- En była u nas po południu - zaczął Tonda. - Nie było mnie w domu. Pytała o mnie, podobno była zdenerwowana i miała czerwone oczy, jakby wcześniej ryczała. - Umilkł na chwilę. - Czekała na mnie w pokoju, ale długo nie wracałem, a ona się gdzieś strasznie spieszyła. Była niespokojna, jakby się bała czy coś. No... jakaś dziwna była. Wróciłem do domu dopiero wieczorem, z treningu. Próbowałem się do niej dodzwonić, ale miała już wyłączony telefon. Byłem u niej, dzwoniłem do drzwi, nikt nie otworzył.
- Trochę się pokłóciliśmy, nic takiego - skrzywił się Jirka.
- No nie wiem. Zobacz - szepnął Tonda i wyciągnął rękę, w której cały czas ściskał kawałek papieru. - Zostawiła to na stole. Chciała, żebym to znalazł.
Jirka chwycił pomięty papier. To była kartka wyrwana z zeszytu, z obu stron gęsto zapisana niebieskim atramentem. Jakieś zadania matematyczne, równania... Niechlujne pismo Tondy. Na pierwotnym tekście En nabazgrała kilka krótkich zdań czarnym markerem.
NIE SZUKAJCIE MNIE. MUSZĘ ZNIKNĄĆ.
ODKRYŁAM COŚ WIELKIEGO.
ZAOPIEKUJCIE SIĘ BABCIĄ!
ANI SŁOWA JIRCE.
Przeczytał całą wiadomość, potem jeszcze każdą linijkę z osobna.
- Nie podoba mi się to - wymamrotał niepewnie Tonda. Chyba miał nadzieję, że Jirka w końcu coś powie. Nie szukajcie mnie. Ani słowa Jirce. Czytał w kółko te dwa zdania. Nie mógł oderwać od nich wzroku. Odkryłam coś wielkiego. Muszę zniknąć. Jak to zniknąć? Gdzie? Co to wszystko znaczy? Jirka zamknął oczy. Ze zgrozą uświadomił sobie, że zna odpowiedź na te pytania.
Za placem Pokoju ulice zaczną się wspinać na wzgórze, domy przygarbią się i poszarzeją, miasto wstrzyma oddech. Tynk popęka, chodniki znikną w trawie, krzywe ogrodzenia pokryje rdza. Jirka nie chciał tam już nigdy wracać, ale to miejsce znowu wkradało się w jego życie. Zdawało mu się, jakby z daleka dobiegła go woń stęchłej piwnicy, jakby usłyszał trzask starych belek, szum mętnej wody i skrzypienie otwieranych okiennic.
En poszła na Truchlin.