Prolog
Belgravia, Londyn
3 lipca 1912 roku
- Będzie paskudna blizna - oznajmił lekarz, opatrując Paulowi ranę.
Paul uśmiechnął się krzywo.
- Tak czy owak, lepsze to niż amputacja, którą prorokowała panna
Panikara.
- Bardzo śmieszne - prychnęła Lucy. - Nie jestem panikarą, a ty... panie
Głupku Lekkomyślny, nie rób sobie żartów! Dobrze wiesz, jak szybko takie
rany mogą ulec zakażeniu, a wtedy trzeba by się cieszyć, że człowiek w ogóle przeżył w tych czasach: zero antybiotyków, a wszyscy lekarze to
partacze i ignoranci!
- Och, wielkie dzięki - mruknął lekarz, smarując świeżo zszytą ranę
brązowawą maścią.
Okropnie piekło i Paul z trudem powstrzymał się od grymasu. Miał tylko
nadzieję, że nie poplami eleganckiego szezlongu lady Tilney.
- To nie pana wina - powiedziała Lucy i Paul zauważył, że bardzo się
starała być nieco milsza, a nawet zmusiła się do uśmiechu. To był dość
ponury uśmiech, ale liczyły się chęci. - Jestem przekonany, że zrobi pan
to jak najlepiej - dodała.
- Doktor Harrison jest najlepszy - zapewniła lady Tilney.
- I jedyny... - mruknął Paul.
Nagle poczuł się niewiarygodnie zmęczony. W tym słodkawym płynie, którym
napoił go lekarz, musiał być jakiś środek nasenny.
- Przede wszystkim najbardziej dyskretny - uzupełnił doktor Harrison.
Ramię Paula zniknęło pod śnieżnobiałym opatrunkiem. - I szczerze mówiąc,
nie bardzo potrafię sobie wyobrazić, by za osiemdziesiąt lat rany kłute
i cięte opatrywało się inaczej, niż ja to zrobiłem.
Lucy wzięła głęboki wdech i Paul już się domyślał, co teraz nastąpi.
Kosmyk włosów wysunął jej się z upiętej wysoko fryzury, więc z bojową
miną odgarnęła go za ucho.
- Hm, z grubsza rzecz biorąc, może i tak, ale jeśli bakterie... to są
takie jednokomórkowe organizmy, które...
- Och, daj spokój, Lucy! - wszedł jej w słowo Paul. - Doktor Harrison
doskonale wie, co to są bakterie!
Rana wciąż jeszcze straszliwie piekła, a jednocześnie czuł się tak
wyczerpany, że najchętniej by się zdrzemnął. Ale to by jeszcze bardziej
zdenerwowało Lucy. Choć jej błękitne oczy sypały gniewne iskry, Paul
wiedział, że za gniewem kryje się troska i - co gorsza - strach. Ze
względu na nią nie mógł dopuścić do tego, by zauważyła jego złe
samopoczucie czy obawy. Spokojnie mówił więc dalej:
- Przecież to nie jest średniowiecze, tylko dwudziesty wiek, stulecie
przełomowych odkryć. EKG nie jest już taką sensacją, od kilku lat
lekarze znają także bakterie kiły i potrafią z nimi walczyć.
- No proszę, ktoś tu pilnie uważał na nauce misteriów. - Teraz Lucy
wyglądała tak, jakby miała za chwilę wybuchnąć. - Twoje szczęście!
- A w zeszłym roku niejaka Maria Curie otrzymała Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii - dorzucił doktor Harrison.
- Zaraz, a co ona takiego wynalazła? Bombę atomową?
- Czasami jesteś przerażająco słabo wyedukowana. Maria Curie odkryła
promie...
- Och, zamknij się! - Lucy skrzyżowała ręce na piersi, patrząc gniewnie
na Paula. Nawet nie zauważyła karcącego spojrzenia lady Tilney. -
Chwilowo daruj sobie te swoje wykłady! Mogłeś! Już! Przecież! Nie! Żyć!
Czy możesz mi łaskawie zdradzić, jak bez ciebie miałabym zapobiec
katastrofie? - Nagle głos jej się załamał. - Jak miałabym dalej bez
ciebie żyć?
- Przykro mi, księżniczko...
Nie miała pojęcia, jak bardzo było mu przykro.
- Phi! - prychnęła Lucy. - Daruj sobie tę żałosną minę zbitego psa!
- Zastanawianie się nad tym, co by było gdyby, to czysta strata czasu,
moje dziecko - odezwała się lady Tilney, potrząsając głową. Pomogła
doktorowi Harrisonowi schować narzędzia do torby lekarskiej. - Wszystko
dobrze się skończyło. Paul miał szczęście w nieszczęściu.
- Ale to, że mogło być jeszcze gorzej, wcale nie znaczy, że wszystko
dobrze się skończyło! - krzyknęła Lucy. - Nic się dobrze nie skończyło,
zupełnie nic! - Jej oczy napełniły się łzami, a Paulowi na ten widok
nieomal pękło serce. - Jesteśmy tu od trzech miesięcy i nie udało nam
się zrealizować niczego, co zaplanowaliśmy, wręcz przeciwnie: tylko
pogorszyliśmy sprawę. Wreszcie mieliśmy w rękach te cholerne papiery i Paul tak po prostu je oddał!
- Może odrobinę się pospieszyłem. - Głowa Paula opadła na poduszkę. - W tamtej chwili wydawało mi się, że postępuję słusznie. - A to dlatego, że
właśnie w tamtej chwili poczuł, że śmierć jest cholernie blisko. Mało
brakowało, a ostrze szpady lorda Alastaira dopełniłoby dzieła. Tego
jednak w żadnym razie nie mógł powiedzieć Lucy. - Jeśli Gideon stanie po
naszej stronie, będziemy mieli jeszcze jakąś szansę. Gdy tylko przeczyta
te papiery, zrozumie, o co nam chodzi.
Miał taką nadzieję.
- Sami dokładnie nie wiemy, co w nich jest. Może są tam zaszyfrowane
wiadomości albo... och, przecież ty nawet nie wiesz, co w ogóle dałeś
Gideonowi - powiedziała Lucy. - Lord Alastair mógł ci wcisnąć różne
rzeczy: stare rachunki, listy miłosne, puste kartki.
Paulowi ta myśl przyszła do głowy już dawno, ale co się stało, to się
nie odstanie.
- Czasami trzeba trochę zaufać losowi - mruknął, życząc sobie, by te
słowa dotyczyły też jego.
Jeszcze bardziej niż podejrzenie, że być może przekazał Gideonowi
bezwartościowe papierzyska, dręczyła go myśl, że chłopak mógł pójść z nimi prosto do hrabiego de Saint Germain. To by znaczyło, że Paul
wypuścił z ręki jedyny atut. Gideon jednak wyznał, że kocha Gwendolyn, a sposób, w jaki to uczynił, był w pewnym sensie... przekonujący.
"On mi to obiecał" - chciał powiedzieć Paul, ale wydobył z siebie
jedynie bezgłośny szept. A poza tym to i tak byłoby kłamstwo. Przecież w ogóle nie usłyszał odpowiedzi Gideona.
- Współpraca z Sojuszem Florenckim to był głupi pomysł - dobiegł go głos
Lucy.
Oczy mu się zamknęły. Nie wiedział, co zaaplikował mu doktor Harrison,
ale działało błyskawicznie.
- Tak, wiem - mówiła dalej Lucy. - To był mój głupi pomysł. Powinniśmy
byli wziąć sprawy w swoje ręce.
- Tylko że nie jesteście mordercami, dziecko - powiedziała lady Tilney.
- Czy pod względem moralnym to jakaś różnica? Zabić samemu czy zlecić
komuś zabójstwo? - Lucy westchnęła ciężko i choć lady Tilney gwałtownie
zaprzeczyła ("Nie mów takich rzeczy, dziewczyno! Nie zleciliście nikomu
zabójstwa, tylko przekazaliście parę informacji!"), jej głos nagle
zabrzmiał żałośnie. - Naprawdę wszystko zrobiliśmy nie tak, Paul. Przez
te trzy miesiące zmarnowaliśmy masę czasu i pieniędzy lady Tilney, a poza tym wciągnęliśmy w tę sprawę zbyt wielu ludzi.
- To pieniądze lorda Tilneya - poprawiła ją lady Tilney. - Zdziwiłabyś
się, gdybyś wiedziała, na co on je wydaje. Wyścigi konne i tancerki to
najbardziej niewinne pozycje. W ogóle nie zauważy tej odrobiny, którą mu
uszczknę dla dobra naszej sprawy. A jeśli nawet, to pewnie jest
wystarczająco dobrze wychowany, by nie wspomnieć o tym ani słowem.
- A ja osobiście ogromnie bym żałował, gdybym nie został wciągnięty w tę
sprawę - odezwał się doktor Harrison. - Moje życie zaczęło mnie już
właśnie trochę nudzić. W końcu nie co dzień człowiek spotyka podróżników
w czasie, którzy przybywają z przyszłości i wszystko wiedzą lepiej. A tak między nami: styl rządzenia panów de Villiers i Pinkerton-Smythe aż
się prosi o to, żeby się przeciw nim zbuntować.
- W rzeczy samej - zgodziła się lady Tilney. - Ten zarozumialec Jonathan
zagroził swej żonie, że zamknie ją w domu, jeśli nie przestanie
sympatyzować z sufrażystkami. Co będzie następne? - dorzuciła,
naśladując zrzędliwy męski głos. - Prawa wyborcze dla psów?
- No tak, w końcu dlatego mu pani zagroziła, że go spoliczkuje -
przypomniał doktor Harrison. - Nawiasem mówiąc, to się wydarzyło na
popołudniowej herbatce, na której wcale się nie nudziłem.
- Ależ to w ogóle nie było tak. Powiedziałam tylko, że nie ręczę za to,
co za chwilę zrobi moja prawica, jeśli dalej będzie wygłaszał takie
bezsensowne opinie.
- Jeśli dalej będzie wygadywał podobne dyrdymały, tak to dokładnie
brzmiało - poprawił ją doktor Harrison. - Pamiętam dobrze, bo zrobiło to
na mnie ogromne wrażenie.
Lady Tilney się roześmiała i podała doktorowi rękę.
- Odprowadzę pana do drzwi, doktorze Harrison.
Paul próbował otworzyć oczy i się podnieść, żeby podziękować lekarzowi.
Ale nie udało mu się ani jedno, ani drugie.
- Brdz... dźk... - wymamrotał ostatkiem sił.
- Czego mu pan tam dodał, do diabła?! - zawołała Lucy za doktorem
Harrisonem.
Odwrócił się w drzwiach.
- Tylko kilka kropel nalewki z morfiną. Zupełnie niewinnej!
Pełnego oburzenia okrzyku Lucy Paul już nie usłyszał.
1.
Ostrze miecza było skierowane prosto w moje
serce, a oczy mordercy przypominały czarne dziury grożące pochłonięciem
wszystkiego, co tylko znajdzie się w ich pobliżu. Wiedziałam, że nie uda
mi się uciec. Z trudem cofnęłam się o kilka kroków, ale mężczyzna
natychmiast znów się do mnie przysunął.
- Zmiotę z oblicza tej ziemi wszystko, co niechciane jest przez Boga!
Twoja krew zrosi ziemię!
Na końcu języka miałam przynajmniej dwie cięte riposty na to górnolotne
rzężenie (Zrosi ziemię? Że co? Tu są same płytki!), ale zdjęta paniką
nie zdołałam wykrztusić ani słowa. Ten człowiek nie wyglądał jak ktoś,
kto potrafiłby docenić moje poczucie humoru. Ani jak ktoś, kto w ogóle
je ma.
Chwiejąc się, postąpiłam jeszcze jeden krok w tył i oparłam się plecami
o ścianę. Mój przeciwnik się zaśmiał. No dobra, może miał poczucie
humoru, tylko trochę inne niż ja.
- Teraz umrzesz, demonie! - wykrzyknął i bez dalszych ceregieli zatopił
miecz w moim sercu.
Podskoczyłam z krzykiem. Byłam cała spocona i bolało mnie serce, jakbym
faktycznie została przeszyta ostrzem. Cóż za paskudny sen. Swoją drogą -
czy powinno mnie to dziwić?
Wczorajsze przeżycia (i doświadczenia poprzednich dni) nie zachęcały do
tego, by zagrzebać się z nimi pod kołderką i zasnąć snem sprawiedliwego.
Raczej było tak, że niechciane myśli kłębiły mi się w głowie niczym
wściekłe mięsożerne rośliny. Gideon tylko udawał. Tak naprawdę wcale
mnie nie kocha.
"Zapewne nie musi robić niemal nic, a i tak dziewczyny za nim szaleją" -
raz za razem słyszałam w myślach łagodny, głęboki głos hrabiego de Saint
Germain. I jeszcze: "Nie ma nic bardziej przewidywalnego od reakcji
zakochanej kobiety".
Jasne, a jak reaguje kobieta, gdy dowiaduje się, że została okłamana i zmanipulowana? Wiadomo: godzinami wisi na telefonie z najlepszą
przyjaciółką, a potem siedzi bez snu w ciemnościach i zadaje sobie
pytanie, dlaczego, u diabła, poleciała na tego typa, a jednocześnie z tęsknoty wypłakuje sobie oczy... no tak, bardzo przewidywalne.
Świecące cyfry budzika obok łóżka pokazywały 3:10, co znaczyło, że
musiałam jednak usnąć i spałam nawet ponad dwie godziny. I ktoś - mama?
- musiał wejść do pokoju i mnie przykryć, bo pamiętałam tylko, jak
siedziałam na łóżku z podciągniętymi kolanami i przysłuchiwałam się, jak
szybko, o wiele za szybko, bije moje serce.
Właściwie to dziwne, że złamane serce w ogóle jeszcze może bić.
- Mam wrażenie, że składa się z samych czerwonych szpiczastych odłamków,
które rozcinają mnie wewnątrz, sprawiając, że się wykrwawiam -
próbowałam przez telefon opisać Leslie stan mojego serca (no dobra,
zabrzmiało równie patetycznie jak to, co rzęził ten gość z mojego snu,
ale czasami prawda jest taka... kiczowata).
- Wiem dokładnie, jak się czujesz - powiedziała ze współczuciem Leslie.
- Kiedy Max ze mną zerwał, na początku myślałam, że umrę z bólu. Że
wysiądą mi wszystkie narządy. Bo w tych różnych powiedzeniach jest
trochę prawdy: miłość leży na wątrobie, paraliżuje, łamie serce, hm...
odbija się czkawką... Ale po pierwsze: mija, po drugie: sprawa nie jest
taka beznadziejna, jak ci się wydaje, a po trzecie: twoje serce nie jest
ze szkła.
- Z kamienia, nie ze szkła. - Westchnęłam. - Moje serce jest kamieniem
szlachetnym, który Gideon rozbił na tysiące kawałków, zupełnie tak jak w wizji cioci Maddy.
- Brzmi wprawdzie całkiem spoko, ale nie! W rzeczywistości serca są
zrobione z całkiem innego materiału. Naprawdę, możesz mi wierzyć. -
Leslie odchrząknęła, a jej głos przybrał wyjątkowo uroczysty ton, jakby
chciała mi właśnie zdradzić największą tajemnicę w dziejach świata. -
Chodzi o materiał znacznie bardziej plastyczny i nietłukący, który
zawsze odzyskuje swój pierwotny kształt. Wykonany wedle tajnej
receptury.
Jeszcze jedno chrząknięcie w celu podkręcenia napięcia. Mimo woli
wstrzymałam oddech.
- Marcepan! - obwieściła Leslie.
- Marcepan? - Na chwilę przestałam chlipać i musiałam się uśmiechnąć.
- Tak, marcepan - śmiertelnie poważnie powtórzyła Leslie. - Taki dobry,
z dużą ilością migdałów.
Omal nie parsknęłam śmiechem. Ale potem przypomniało mi się, że jestem
najbardziej nieszczęśliwą dziewczyną na całym świecie.
- Jeśli tak jest - odrzekłam, pociągając nosem - to Gideon odgryzł mi
kawałek serca. I oskubał je z całej czekolady. Nie widziałaś, jak
patrzył, kiedy... - przerwałam.
Leslie głośno westchnęła.
- Gwenny, przykro mi to mówić, ale twoje jęki nikomu na nic się nie
zdadzą. Musisz przestać!
- Nie robię tego specjalnie - zapewniłam ją. - To moje wnętrze jęczy bez
ustanku. W jednej chwili byłam najszczęśliwszą dziewczyną na świecie, a potem on mi mówi, że...
- Okej, Gideon zachował się jak drań - wpadła mi w słowo Leslie. - Choć
trudno zrozumieć dlaczego. Bo niby o co chodzi? Że łatwiej kierować
zakochaną dziewczyną? Ja bym powiedziała, że jest dokładnie odwrotnie.
Zakochane dziewczyny są jak tykające bomby zegarowe. Nigdy nie wiadomo,
co i kiedy zrobią. Moim zdaniem Gideon i jego przyjaciel hrabia
szowinista grubo się mylą.
- Ja naprawdę myślałam, że on mnie kocha. A to, że tylko udawał, jest
takie... - Wstrętne? Ohydne? Chyba nie było słowa, które wystarczająco
trafnie wyrażałoby moje uczucia.
- Och, kochanie! W innych okolicznościach, jeśli o mnie chodzi, mogłabyś
się jeszcze całymi tygodniami oddawać rozpaczy. Ale teraz po prostu nie
możesz sobie na to pozwolić. Potrzebujesz sił do innych rzeczy. Na
przykład, żeby przeżyć. - Głos Leslie brzmiał niezwykle surowo. - Więc
weź się teraz z łaski swojej w garść!
- Xemerius też mi to mówił. Zanim dał nogę i zostawił mnie samą.
- Ten mały niewidzialny potworek ma rację! Musimy teraz zachować jasność
umysłu i zebrać wszystkie fakty. Fuj, a to co? Poczekaj, muszę otworzyć
okno, Bertie puścił właśnie jednego z tych swoich obezwładniających
bąków... niedobry pies! Na czym skończyłam? No właśnie, musimy się
dowiedzieć, co twój dziadek ukrył w waszym domu. - Teraz Leslie mówiła
nieco łagodniejszym tonem. - Powiedziałabym, że Raphael okazał się
całkiem pożyteczny. Może nie jest wcale taki głupi, jak wszyscy myślą.
- Chyba: jak ty myślisz. - Raphael był młodszym bratem Gideona i od
niedawna chodził do naszej szkoły. Odkrył, że w zagadce, którą
pozostawił mi dziadek, chodziło o współrzędne geograficzne. One zaś
prowadziły wprost do naszego domu. - Bardzo chciałabym wiedzieć, na ile
Raphael orientuje się w tajemnicach Strażników i podróżach Gideona w czasie.
- Pewnie lepiej, niż można by przypuszczać - powiedziała Leslie. - W każdym razie nie uwierzył w moją historyjkę, że w Londynie panuje
właśnie moda na gry terenowe. Ale był na tyle mądry, żeby o nic nie
pytać... - Umilkła, a po chwili dodała: - Ma dość ładne oczy.
- Faktycznie.
Jego oczy były naprawdę ładne, co przypomniało mi o tym, że Gideon ma
takie same. Zielone, okolone gęstymi ciemnymi rzęsami.
- Nie robi to na mnie jakiegokolwiek wrażenia, ja tylko stwierdzam fakt...
"Zakochałem się w tobie" - Gideon mówił to zupełnie poważnie, patrząc mi
przy tym prosto w oczy. A ja gapiłam się na niego, wierząc w każde
słowo. Łzy zaczęły mi znowu płynąć i prawie nie słyszałam, co mówi do
mnie Leslie.
- ...ale mam nadzieję, że to długi list albo coś w rodzaju pamiętnika, w którym dziadek tłumaczy ci wszystko, co ukrywają przed tobą pozostali, i jeszcze trochę więcej. Nie musiałybyśmy już błądzić po omacku i mogłybyśmy przygotować prawdziwy plan.
Powinno się zabronić posiadania takich oczu. Albo należałoby uchwalić
ustawę, zgodnie z którą chłopcy z takimi pięknymi oczami mogliby chodzić
tylko w ciemnych okularach. Chyba że dla równowagi mieliby ogromne ośle
uszy czy coś w tym stylu.
- Gwenny? Chyba znowu nie ryczysz, co? - Teraz głos Leslie zabrzmiał
zupełnie jak głos panny Counter, naszej nauczycielki geografii, kiedy
się jej mówiło, że niestety zapomniało się zadania domowego. - Kochanie,
to niedobrze! Musisz przestać dziurawić sobie pierś ostrzem tego
dramatu! Musimy...
- ...zachować zimną krew! Masz rację.
Choć kosztowało mnie to sporo wysiłku, spróbowałam przegnać z głowy
wspomnienie oczu Gideona i nadać mojemu tonowi odrobinę pewności. Po
prostu byłam to winna Leslie. W końcu to ona, nikt inny, bez mrugnięcia
okiem wspierała mnie od wielu dni. Dlatego, nim się rozłączyła, po
prostu musiałam jej jeszcze powiedzieć, jak bardzo się cieszę, że ją mam
(choć zaczęłam przy tym znowu trochę płakać, ale tym razem ze
wzruszenia).
- A co dopiero ja! - zapewniła mnie Leslie. - Jakież nudne byłoby moje
życie bez ciebie.
Kiedy się rozłączyłyśmy, dochodziła północ i przez kilka minut czułam
się trochę lepiej, ale teraz, dziesięć po trzeciej, najchętniej znowu
bym do niej zadzwoniła, żeby wszystko przerobić od nowa.
Z natury raczej nie jestem płaczliwa, ale po raz pierwszy w życiu byłam
nieszczęśliwie zakochana. To znaczy tak naprawdę nieszczęśliwie
zakochana. Tak, że aż boli. Wszystko inne zeszło na dalszy plan. Nawet
kwestia przeżycia stała się drugoplanowa. Bo szczerze mówiąc, myśl o śmierci wcale nie była w tym momencie aż tak niemiła. W końcu nie
byłabym pierwsza, która umarła z nieszczęśliwej miłości. Znalazłabym się
w doborowym towarzystwie: Mała Syrenka, Julia, Pocahontas, Dama
Kameliowa, madame Butterfly - a teraz także ja, Gwendolyn Shepherd.
Plusem było to, że mogłabym sobie darować numer z ostrzem (dramatu), bo
czułam się tak paskudnie, że na pewno zapadłabym na suchoty, a przecież
taka śmierć jest znacznie bardziej malownicza. Leżałabym w łóżku, blada
niczym Królewna Śnieżka, z włosami rozrzuconymi na poduszce, Gideon
klęczałby obok mnie i gorzko żałował tego, co uczynił, podczas gdy ja
szeptałabym swoje ostatnie słowa...
Ale najpierw musiałam pójść do łazienki.
Miętowa herbata z dużą ilością cukru i cytryny była w mojej rodzinie
uniwersalnym lekiem na wszelkie troski; wypiłam jej cały dzbanek. Moja
mama od razu, ledwie stanęłam w drzwiach, zauważyła, że nie czuję się
dobrze. To nie było wyjątkowe osiągnięcie, bo po tak długim płaczu
miałam oczy jak królik albinos. Na pewno by mi nie uwierzyła, że w trakcie jazdy z kwatery głównej Strażników do domu musiałam w limuzynie
kroić cebulę. Taką bowiem wymówkę zaproponował mi Xemerius.
- Czy ci przeklęci Strażnicy zrobili ci coś złego? Co się stało? -
spytała, dokonując rzeczy wielkiej, to znaczy robiąc minę pełną
współczucia i zarazem bezbrzeżnej wściekłości. - Zabiję Falka, jeśli...
- Nikt nie zrobił mi nic złego, mamo - pospieszyłam z wyjaśnieniem. - I nic się nie stało.
- Uważaj, bo ci uwierzy! Czemu nie opowiedziałaś tego o cebuli? Ty mnie
nigdy nie słuchasz. - Xemerius tupnął gniewnie aż zadudniło.
Był małym kamiennym demonem-gargulcem z dużymi uszami, skrzydłami
nietoperza, długim, pokrytym łuskami, smoczym ogonem i parą niewielkich
rogów na głowie przypominającej łeb kota. Niestety, był tylko w połowie
tak miły jak śliczny, i niestety, nikt oprócz mnie nie słyszał jego
bezczelnych uwag i nie mógł mu się odpowiednio zrewanżować. To, że
widziałam demony-gargulce i inne duchy i że od wczesnego dzieciństwa
mogłam z nimi rozmawiać, było, nawiasem mówiąc, tylko jedną z tych
dziwacznych cech, z którymi musiałam nauczyć się żyć. Druga była jeszcze
bardziej dziwaczna i sama wiedziałam o niej zaledwie od dwóch tygodni, a mianowicie należałam do - tajnego! - kręgu dwanaściorga podróżników w czasie i codziennie musiałam na kilka godzin przeskakiwać gdzieś w przeszłość. Właściwie to przekleństwo... tfu! - ten dar umiejętności
przenoszenia się w czasie miała odziedziczyć moja kuzynka Charlotta,
która nadawałaby się do tego znacznie bardziej, ale okazało się, że
padło właśnie na mnie. W gruncie rzeczy powinnam była o tym wiedzieć od
samego początku, bo to mnie zawsze trafiał się Czarny Piotruś, w sensie
przenośnym. Kiedy ciągnęliśmy gwiazdkowe losy, zawsze dostawałam
karteczkę z nazwiskiem nauczycielki (a co, na miłość boską, można kupić
nauczycielce?), kiedy miałam bilety na koncert (lub właśnie czekałam na
wyjazd na wspaniałe wakacje), na bank byłam chora, a kiedy zależało mi
na tym, żeby wyglądać szczególnie dobrze, na czole wyskakiwał mi pryszcz
wielkości trzeciego oka. Podróże w czasie trudno co prawda porównać z pryszczami i mogą się one nawet wydawać czymś godnym pozazdroszczenia i zabawnym, ale wcale takie nie są. Są raczej uciążliwe, wykańczające
nerwowo i niebezpieczne. Nie zapominajmy też o tym, że gdybym nie
odziedziczyła tego idiotycznego daru, nigdy nie spotkałabym Gideona, co
znaczyłoby, że moje serce - z marcepanu czy nie - byłoby wciąż całe. Ten
drań był mianowicie jednym z dwanaściorga podróżników w czasie. Jednym z nielicznych, którzy jeszcze żyli. Pozostałych można było spotkać tylko w przeszłości.
- Płakałaś - powiedziała rzeczowo mama.
- A widzisz! - zawołał Xemerius. - Teraz wyciśnie cię jak cytrynę, nie
spuści z oka nawet na sekundę i nici z poszukiwań skarbu dzisiaj w nocy.
Miałam ochotę zrobić do niego minę, żeby pokazać, że dziś w nocy nie
zamierzam szukać skarbu. Czyli zachować się jak człowiek wobec
niewidzialnych przyjaciół, gdy nie chce, żeby inni wzięli go za wariata,
bo gada z powietrzem.
- Powiedz jej, że testowałaś spray pieprzowy i przez pomyłkę prysnęłaś
sobie w oczy - zaskrzeczało powietrze.
Byłam jednak za bardzo wyczerpana, by szukać wymówek. Spojrzałam na mamę
załzawionymi oczami i spróbowałam po prostu powiedzieć jej prawdę.
Oczywiście pomijając co nieco.
- To tylko... nie czuję się dobrze, bo... takie tam dziewczyńskie sprawy,
rozumiesz...
- Och, skarbie...
- Jak zadzwonię do Leslie, zaraz poczuję się lepiej.
Ku mojemu i Xemeriusa wielkiemu zdziwieniu mama zadowoliła się tym
wyjaśnieniem. Zaparzyła mi herbatę, postawiła dzbanek wraz z moją
ulubioną filiżanką w groszki na nocnym stoliku, pogłaskała mnie po
głowie, a potem zostawiła w spokoju. Obyło się nawet bez zwyczajowych
komunikatów godzinowych ("Gwen! Jest po dziesiątej, rozmawiasz już od
czterdziestu minut! Przecież zobaczycie się jutro w szkole!"). Czasem
naprawdę była najlepszą mamą na świecie.
Wzdychając, zwiesiłam nogi z łóżka, wstałam i powlokłam się w kierunku
łazienki. Omiótł mnie chłodny podmuch.
- Xemerius? Jesteś tu? - spytałam półgłosem i wyciągnęłam rękę, szukając
na ścianie kontaktu.
- To zależy. - Xemerius zwisał głową w dół z lampy w korytarzu i mrugał
oślepiony. - Tylko jeśli nie zmienisz się znowu w pokojową fontannę! -
Jego głos stawał się wysoki i płaczliwy, kiedy mnie naśladował, i to
niestety dość dobrze. "A potem on mi powiedział, nie mam pojęcia, do
czego zmierzasz, i wtedy ja mu powiedziałam, tak albo nie, a on na to
powiedział: tak, ale proszę cię, przestań płakać...". - Westchnął
teatralnie. - Dziewczyny są naprawdę najbardziej męczącym rodzajem
ludzi, jaki istnieje. Zaraz po emerytowanych urzędnikach skarbowych,
sprzedawczyniach w sklepie z pończochami i przewodniczących związków
ogródków działkowych.
- Niczego ci nie zagwarantuję - szepnęłam, żeby nie obudzić reszty
rodziny. - Najlepiej nie rozmawiajmy o Sam Wiesz Kim, bo w przeciwnym
razie... hm... pokojowa fontanna znowu wytryśnie.
- I tak mnie trzęsie na sam dźwięk jego imienia. Zrobimy wreszcie coś
sensownego? Na przykład poszukamy skarbu?
Sensowne byłoby może teraz pójście spać, ale niestety byłam znowu
całkowicie rozbudzona.
- Jeśli o mnie chodzi, możemy zacząć szukać. Ale najpierw pójdę pozbyć
się herbaty.
- Hę?
Pokazałam na drzwi od łazienki.
- Aha - mruknął Xemerius. - To ja tu poczekam.
W łazienkowym lustrze wyglądałam znacznie lepiej, niż się tego
spodziewałam. Niestety, nie było ani śladu suchot. Tylko powieki miałam
odrobinę opuchnięte, jakbym nałożyła trochę za dużo różowego cienia.
- Gdzie właściwie byłeś przez cały ten czas, Xemeriusie? - zapytałam,
wróciwszy na korytarz. - Może przypadkiem u...
- U kogo? - Xemerius zrobił oburzoną minę. - Chyba nie pytasz mnie o Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać?
- Hm, tak.
Bardzo chciałam wiedzieć, co dziś wieczorem robił Gideon. Jak tam jego
ramię? A może z kimś o mnie rozmawiał? Na przykład w stylu: "To jedno
wielkie nieporozumienie. Oczywiście, że kocham Gwendolyn. Nigdy przed
nią niczego nie udawałem".
- Nie, nie, na to nie dam się nabrać. - Xemerius rozłożył skrzydła i sfrunął na podłogę. Siedząc przede mną, sięgał mi do kolan. - Ale to nie
tak, że mnie całkiem nie było. Dokładnie rozejrzałem się po domu. Jeśli
ktoś może znaleźć ten skarb, to tylko ja. Już choćby dlatego, że nikt z was nie potrafi przenikać przez ściany. Albo splądrować szuflad twojej
babki tak, żeby go nie złapano.
- Bycie niewidzialnym musi przecież mieć także jakieś zalety - rzekłam,
nie dodając już, że on w ogóle nic nie może splądrować, ponieważ swoimi
pazurami nie jest w stanie otworzyć szuflady. Żaden z duchów, jakie
dotąd spotkałam, nie potrafił poruszać przedmiotów. Większości nie
udawało się nawet wytworzyć chłodnego podmuchu. - Ale wiesz, że nie
szukamy skarbu, tylko wskazówki mojego dziadka, która w jakiś sposób ma
nam pomóc.
- Ten dom jest pełen rupieci, które naprawdę nadawałyby się na skarby.
Nie mówiąc już o przeróżnych kryjówkach - ciągnął Xemerius niezrażony. -
Niektóre ściany na pierwszym piętrze są podwójne, a między nimi znajdują
się korytarze, tak wąskie, że z całą pewnością nie są przeznaczone dla
ludzi o tłustych tyłkach.
- Naprawdę? - Takich korytarzy do tej pory nie odkryłam. - A jak się tam
wchodzi?
- W większości pokojów drzwi po prostu zostały przykryte tapetą, ale
jest wejście w szafie twojej ciotecznej babki, a także za tym potężnym
bufetem w jadalni. I kolejne w bibliotece, klasycznie ukryte za regałem
z książkami. Nawiasem mówiąc, z biblioteki jest przejście na schody
prowadzące do mieszkania pana Bernharda i jeszcze jedno, na drugie
piętro.
- To by wyjaśniało, dlaczego pan Bernhard zawsze po prostu wyrasta jak
spod ziemi - mruknęłam.
- To nie wszystko. W głównym przewodzie kominowym przy ścianie
przylegającej do posesji numer 83 jest drabina, po której można wspiąć
się na dach. Z kuchni nie da się już tam przejść, komin został
zamurowany, ale w szafie na końcu korytarza na drugim piętrze jest
klapa, wystarczająco duża dla Świętego Mikołaja. Albo dla waszego
niezwykłego lokaja.
- Albo dla kominiarza.
- A co dopiero piwnica! - Xemerius jakby nie słyszał mojej uwagi. - Czy
wasi sąsiedzi wiedzą, że istnieje tajne wejście do ich domu? Tylko nie
można bać się pająków, jeśli się tam czegoś szuka.
- To lepiej poszukajmy gdzie indziej - powiedziałam szybko, zupełnie
zapominając, że powinnam mówić szeptem.
- Gdybyśmy wiedzieli, czego szukamy, byłoby oczywiście prościej. -
Xemerius podrapał się tylną łapą po brodzie. - A tak w gruncie rzeczy to
może być wszystko: wypchany krokodyl w obzejdzie, butelka szkockiej za
książkami w bibliotece, stos listów w tajnej szufladzie sekretarzyka
twojej ciotecznej babki, skrzynka zamurowana w ścianie...
- Skrzynka zamurowana w ścianie? - przerwałam mu. - I co to jest
obzejda?
- To taka przybudówka. - Xemerius wskazał głową. - Och, coś mi się
zdaje, że obudziłaś brata.
Podniosłam wzrok. Mój dwunastoletni brat Nick stał w drzwiach swojego
pokoju i obiema rękami czochrał sobie splątane rude włosy.
- Z kim ty gadasz, Gwenny?
- Jest środek nocy - szepnęłam. - Wracaj do łóżka, Nick.
Rzucił mi niezdecydowane spojrzenie i dosłownie widziałam, jak z sekundy
na sekundę opuszcza go senność.
- Co jest z tą skrzynką zamurowaną w ścianie?
- Chciałam... chciałam jej poszukać, ale zdaje mi się, że lepiej będzie
poczekać, aż zrobi się jasno.
- Bzdura! - wtrącił Xemerius. - Widzę w ciemnościach jak... no, powiedzmy,
jak sowa. A poza tym raczej trudno ci będzie przeszukać dom, kiedy
wszyscy będą na nogach. Chyba że chcesz jeszcze więcej towarzystwa.
- Mam latarkę - oznajmił Nick. - A co jest w tej skrzynce?
- Tego nie wiem dokładnie. - Zastanowiłam się chwilę. - Możliwe, że coś
od dziadka.
- Och! - Nick był coraz bardziej zaciekawiony. - A gdzie mniej więcej
ukryta jest ta skrzynka?
Spojrzałam pytająco na Xemeriusa.
- Widziałem ją w bocznym tajnym korytarzu za tym tłustym gościem z bokobrodami, siedzącym na koniu - powiedział Xemerius. - Ale kto by
ukrywał tajemnice... to znaczy skarby w nudnej skrzyni? Moim zdaniem
krokodyl jest o wiele bardziej obiecujący. Kto wie, czym go wypchano.
Jestem za tym, żeby go rozciąć.
Ponieważ krokodyl i ja zawarliśmy już kiedyś znajomość, byłam temu
przeciwna.
- Najpierw zajrzymy do skrzyni. Podwójna ściana to już brzmi dobrze.
- Nuuuuuuuuudy! - zaskrzeczał Xemerius. - Pewnie jeden z twoich przodków
ukrył tam przed swoimi starymi tytoń do fajki... albo... - Najwyraźniej
przyszła mu do głowy myśl, która go ożywiła, bo nagle wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Albo poćwiartowane szczątki rozwiązłej pokojówki!
- Skrzynka znajduje się w tajnym korytarzu za obrazem ciotecznego
praprapradziadka Hugh - wyjaśniłam Nickowi. - Ale...
- Skoczę po latarkę. - Mój brat zdążył się już odwrócić.
- Przecież nic się nie stanie, jeśli z nami pójdzie. - Xemerius rozłożył
skrzydła. - Zrobię szybciutko kółeczko i sprawdzę, czy reszta rodziny
śpi mocno i głęboko. Nie chcemy, żeby twoja wścibska ciotka dorwała nas,
kiedy znajdziemy diamenty.
- Jakie diamenty?
- Raz pomyśl optymistycznie. - Xemerius już odlatywał z łopotem. - A co
byś wolała? Diamenty czy zgniłe szczątki rozwiązłej pokojówki? To
wszystko kwestia nastawienia. Spotkamy się przed grubym wujem z chabetą.
- Rozmawiasz z duchem? - Nick pojawił się za mną, zgasił światło w korytarzu i włączył latarkę.
Skinęłam głową. Nick nigdy nie kwestionował tego, że widzę duchy, wręcz
przeciwnie. Już jako czterolatek (ja miałam wtedy osiem lat) bronił mnie
zaciekle, gdy ktoś nie chciał mi wierzyć. Ciotka Glenda na przykład. Za
każdym razem się kłóciłyśmy, kiedy szła z nami do Harrodsa i gdy
rozmawiałam tam z tym miłym odźwiernym w mundurze, panem Grizzle'em.
Ponieważ pan Grizzle nie żył już od pięćdziesięciu lat, to oczywiście
nikt nie wykazywał zrozumienia, kiedy zatrzymywałam się i zaczynałam z nim rozmawiać o rodzinie Windsorów (pan Grizzle był żarliwym
wielbicielem królowej) i o zbyt deszczowym czerwcu (pogoda była drugim z kolei ulubionym tematem pana Grizzle'a). Niektórzy się śmiali, inni
uważali, że dziecięce fantazje są "boskie" (co najczęściej podkreślali,
wichrząc mi włosy), jeszcze inni tylko kręcili głową, ale nikt nie
denerwował się tym tak bardzo jak ciotka Glenda. Miała zwyczaj, okropnie
wzburzona, ciągnąć mnie za sobą, krzyczała na mnie, kiedy zapierałam się
nogami o ziemię, mówiła mi, że powinnam brać przykład z Charlotty
(która, nawiasem mówiąc, już wtedy była tak doskonała, że nawet spinka
do włosów nie śmiała się jej przekrzywić) i - to było najgorsze -
groziła pozbawieniem mnie deseru. I chociaż wprowadzała swoje groźby w czyn (a ja uwielbiałam desery we wszystkich wydaniach, nawet kompot ze
śliwek), po prostu nie miałam serca przejść obojętnie koło pana
Grizzle'a. Za każdym razem Nick próbował mi pomóc, błagając ciotkę
Glendę, żeby mnie puściła, bo przecież ten biedny pan Grizzle nie ma
oprócz mnie nikogo, z kim mógłby porozmawiać, ale ciotka Glenda za
każdym razem zręcznie wykluczała go z walki.
- Och, mały Nicku - mówiła słodkim głosem - kiedy ty wreszcie
zrozumiesz, że twoja siostra tylko udaje ważniaczkę? Duchy nie istnieją!
A może ty tu jakiegoś widzisz?
Wtedy Nick musiał ze smutkiem pokręcić głową, a ciotka Glenda uśmiechała
się triumfalnie. Tego dnia, gdy postanowiła, że nigdy więcej nie
zabierze nas do Harrodsa, Nick w zaskakujący sposób zmienił swoją
taktykę. Drobniutki i pucołowaty (och, był taki ładniutki jako małe
dziecko i tak uroczo seplenił!), stanął przed ciotką Glendą w rozkroku.
- Wiesz, ciociu Glendo, co mi właśnie powiedział pan Grizzle?! -
zawołał. - Powiedział, że jesteś złą, pustrowaną czarownicą!
Oczywiście pan Grizzle nigdy by czegoś takiego nie powiedział (był na to
o wiele za uprzejmy, a ciotka Glenda była zbyt dobrą klientką), ale
poprzedniego wieczoru mama wyraziła się właśnie w ten sposób. Ciotka
Glenda mocno zacisnęła usta i odeszła sztywnym krokiem, trzymając
Charlottę za rękę. Potem w domu odbyła się między nią a mamą dość
paskudna sprzeczka - mama była zła, że musieliśmy sami wracać do domu, a ciotka Glenda bezbłędnie wywnioskowała, że określenie "pustrowana
czarownica" padło z ust mamy. Cała ta historia skończyła się tym, że nie
wolno nam już było chodzić na zakupy z ciotką Glendą. Za to słowa
"pustrowany" używamy chętnie do dziś.
Z czasem przestałam opowiadać ludziom, że widzę rzeczy, których inni nie
widzą. To najrozsądniejsze, co można zrobić, jeśli nie chce się być
wziętym za wariata. Tylko przed moim rodzeństwem i Leslie nie musiałam
udawać, bo oni mi wierzyli. Jeśli chodzi o mamę i ciocię Maddy, nie
byłam do końca pewna, ale przynajmniej nigdy nie stroiły sobie ze mnie
żartów. Ponieważ ciocia Maddy od czasu do czasu miewała dziwne wizje,
prawdopodobnie dobrze wiedziała, jak czuje się człowiek, kiedy nikt mu
nie wierzy.
- Czy on jest miły? - wyszeptał Nick.
Stożek światła jego latarki tańczył po stopniach schodów.
- Kto?
- No, ten duch.
- Tak sobie - odrzekłam zgodnie z prawdą.
- A jak wygląda?
- Dość ładnie. Ale myśli, że jest niebezpieczny.
Przemykając się na palcach na drugie piętro, gdzie były pokoje cioci
Glendy i Charlotty, próbowałam opisać Xemeriusa najlepiej, jak
potrafiłam.
- Super - szepnął Nick. - Niewidzialny zwierzak domowy! Naprawdę można
ci pozazdrościć!
- Zwierzak domowy! Nigdy tak nie mów w obecności Xemeriusa!
Miałam nadzieję, że usłyszę przez ścianę chrapanie Charlotty, ale
oczywiście Charlotta nie chrapała. Ludzie doskonali nie wydają we śnie
żadnych brzydkich dźwięków. To pustrujące.
Pół piętra niżej mój młodszy brat ziewnął, a mnie opadły wyrzuty
sumienia.
- Posłuchaj, jest wpół do czwartej, a ty od rana masz lekcje. Mama mnie
zabije, jak się dowie, że nie daję ci spać.
- Nie jestem ani trochę zmęczony! A ty byś była wstrętna, gdybyś szukała
dalej beze mnie. Co takiego ukrył dziadek?
- Nie mam pojęcia.
Może książkę, w której wszystko mi wyjaśnia? Albo przynajmniej list?
Dziadek był Wielkim Mistrzem Strażników. Dobrze wiedział o mnie i tej
całej sprawie z podróżami w czasie i wiedział też, że to nie Charlotta
odziedziczyła gen. Spotkałam go w przeszłości i wszystko mu
opowiedziałam.
- Ale ci dobrze - szepnął Nick. - Szczerze mówiąc - dorzucił niemal
zawstydzony - prawie go nie pamiętam. Wiem tylko, że zawsze miał dobry
humor i był łagodny, całkiem odwrotnie niż lady Arista. Poza tym zawsze
pachniał karmelem i jakimiś śmiesznymi przyprawami.
- To był jego tytoń do fajki. Uważaj! - Zatrzymałam Nicka w ostatniej
chwili.
Minęliśmy drugie piętro, ale w drodze na pierwsze było kilka
rozeschniętych stopni, które strasznie skrzypiały. Lata przekradania się
do kuchni musiały się wreszcie na coś przydać. Ominęliśmy te miejsca i w końcu dotarliśmy do obrazu z praprapradziadkiem Hugh.
- Okej, to spróbujmy!
Nick zaświecił latarką naszemu przodkowi w twarz.
- To świństwo, że nazwał swojego konia Grubą Andzią. Przecież to zwierzę
jest chude jak szkielet, a on sam wygląda jak tucznik z brodą!
- Zgadza się, też tak uważam. - Pomacałam ramę w poszukiwaniu rygla
uruchamiającego mechanizm otwierania drzwi, który zawsze trochę się
zacinał.
- Wszyscy śpią jak najedzone niemowlaki. - Zasapany Xemerius wylądował
obok nas na stopniu. - To znaczy wszyscy prócz pana Bernharda. On
najwidoczniej cierpi na zaburzenia snu. Ale nie ma strachu, nie pomiesza
nam szyków. Zaopatrzył się w kuchni w drobiowe kiełbaski i ogląda film z Clintem Eastwoodem.
- Bardzo dobrze.
Obraz, skrzypiąc jak zwykle, odchylił się do przodu, odsłaniając wejście
na kilka schodków między ścianami, a zaledwie półtora metra dalej były
kolejne drzwi. Prowadziły do łazienki na pierwszym piętrze i od drugiej
strony maskowało je wysokie lustro. Dawniej dla zabawy często się
tamtędy przekradaliśmy (dreszczyk emocji brał się stąd, że nigdy nie
było wiadomo, czy ktoś akurat nie korzysta z łazienki), ale do tej pory
nie udało się nam odkryć, do czego naprawdę służy to tajemne przejście.
Może jednemu z naszych przodków po prostu spodobał się pomysł, że w każdej chwili może zniknąć z ustronnego miejsca?
- Gdzie znajduje się ta skrzynka, Xemeriusie? - spytałam.
- Na lewo. Między szczanami.
Nie widziałam dobrze w półmroku, ale to zabrzmiało tak, jakby Xemerius
mielił coś w pysku.
- Na tym Xemeriusie można sobie połamać język - zauważył Nick. - Ja bym
go nazwał Xemi. Albo Merry. Mogę pójść po tę skrzynkę?
- Stoi po lewej stronie - powiedziałam.
- Szam szobie połam jężyk - rzucił Xemerius. - Kszemi albo Merry -
chciałbyś, jeszcze czego! Pochodżę ż rodu potężnych demonów o długiej
tradyczji i nasze imiona...
- Co ty masz w ustach?
Xemerius splunął i mlasnął.
- Już nic. Zżarłem gołębia, który spał na dachu. Durne pióra.
- Przecież ty nie jesz!
- Nie ma o niczym pojęcia, a wszędzie wtrąca swoje trzy grosze -
prychnął z urazą Xemerius. - I nawet gołąbka mi zabrania.
- Nie możesz zjeść gołębia - powiedziałam. - Jesteś duchem.
- Jestem demonem! Mogę jeść wszystko, co zechcę! Raz nawet pożarłem
księdza! Z sutanną i koloratką! Co się gapisz z takim niedowierzaniem?
- Lepiej uważaj, żeby nikt nie nadszedł.
- Hej! Czyżbyś mi nie wierzyła?
Nick świecił teraz latarką po ścianach.
- Nic nie widzę.
- Skrzynka stoi za cegłami. Między ścianami, ty pusty łbie - powiedział
Xemerius. - A ja nie kłamię. Jak mówię, że zżarłem gołębia, to zżarłem.
- Stoi za cegłami między ścianami - poinformowałam Nicka.
- Ale żadna z tych cegieł nie wygląda na obluzowaną. - Nick przyklęknął
na podłodze i zaczął uważnie macać ścianę.
- Haaallooo! Rozmawiam z tobą - rzucił Xemerius. - Czy ty mnie czasem
nie ignorujesz, bekso lalo...? No dobra, to był gołąb duch! - wrzasnął,
kiedy się nie odezwałam. - Ale liczy się tak samo.
- Gołąb duch! Koń by się uśmiał! Nawet gdyby istniały gołębie duchy, a ja jeszcze nigdy takiego nie widziałam, i tak nie mógłbyś ich zeżreć.
Duchy nie mogą się wzajemnie zabijać.
- Wszystkie cegły siedzą mocno - oznajmił Nick.
Xemerius parsknął gniewnie.
- Po pierwsze: gołębie też mogą od czasu do czasu zdecydować, że zostaną
na ziemi jako duchy, Bóg wie po co. Może mają niezałatwione porachunki z kotem. Po drugie, wytłumacz mi, w jaki sposób potrafisz odróżnić
prawdziwego gołębia od gołębia ducha! I po trzecie: z ich życiem duchów
koniec, kiedy je pożrę. Bo ja nie jestem zwykłym duchem, lecz demonem,
co mówiłem już setki razy. Być może nie potrafię zdziałać zbyt wiele w waszym świecie, ale w świecie duchów jestem całkiem ważną szychą. Kiedy
to wreszcie pojmiesz?
Nick przymierzył się i kopnął kilka razy w ścianę.
- Nie, nic się nie da zrobić.
- Ćśśśś! Daj spokój, za głośno. - Wychyliłam głowę z korytarza i popatrzyłam na Xemeriusa z wyrzutem. - No, super, ważna szycho. Co
teraz?
- Co teraz? Nic nie mówiłem o obluzowanych cegłach.
- To jak mamy się tam dostać?
Odpowiedź: "młotkiem i przecinakiem" była zaiste genialna. Tylko że
udzielił jej nie Xemerius, lecz pan Bernhard. Zamarłam z przerażenia.
Stał tu, metr powyżej mnie. Widziałam, jak w półmroku błyskają jego
sowie okulary w złotych ramkach. I zęby. Czy to możliwe, żeby się
uśmiechał?
- O rany! - Xemerius ze zdenerwowania aż wypluł trochę wody. - Chyba
wciągnął te kiełbaski nosem. Albo film był do kitu. Na Clincie
Eastwoodzie po prostu nie można polegać.
- Ccccco? - Nie byłam w stanie wykrztusić nic innego.
- Najlepiej byłoby wziąć młotek i przecinak - z niewzruszonym spokojem
powtórzył pan Bernhard. - Ale proponuję, żebyśmy przełożyli to
przedsięwzięcie na później. Choćby dlatego, żeby nie zakłócać ciszy
nocnej, kiedy będzie pani wydobywać skrzynkę z kryjówki. Och, jest tu
także pan Nick! - Spojrzał w strumień światła latarki Nicka, nie
mrugając oczami. - Boso! Przeziębi się pan.
On sam miał pantofle i elegancki szlafrok z wyhaftowanym monogramem.
W.B. (Walter? Willy? Wigand? Dla mnie pan Bernhard był zawsze
człowiekiem bez imienia).
- Skąd pan wie, że szukamy skrzynki? - spytał Nick.
Głos miał pewny, ale w jego szeroko otwartych oczach widziałam, że jest
tak samo wystraszony i oszołomiony jak ja.
Pan Bernhard poprawił okulary.
- Hm, zapewne stąd, że osobiście zamurowałem tę skrzynkę. Jest to
kunsztownie rzeźbiona intarsjowana szkatuła, antyk z początków
osiemnastego wieku, która należała do pani dziadka.
- A co jest w środku? - spytałam, kiedy znów mogłam mówić.
Pan Bernhard popatrzył na mnie surowo.
- Oczywiście nie miałem prawa o to zapytać. Ja tylko ukryłem tę skrzynkę
na polecenie pani dziadka.
- Niech nie ściemnia - wtrącił zrzędliwie Xemerius. - Przecież wszędzie
wtyka ten swój ciekawski nos. I zakrada się, uśpiwszy uprzednio czyjąś
czujność za pomocą drobiowych kiełbasek. Ale to wszystko twoja wina,
płaczliwy niedowiarku! Gdybyś nie posądziła mnie o kłamstwo, ten sędziwy
zbieg łóżkowy nie zaskoczyłby nas tutaj.
- Oczywiście chętnie pomogę pani wydobyć tę skrzynkę - ciągnął Bernhard.
- Ale najlepiej dziś wieczorem, kiedy pani babcia i ciotka udadzą się na
spotkanie dam z klubu rotariańskiego. Dlatego proponowałbym, żebyśmy
teraz wszyscy poszli spać, bo w końcu muszą państwo rano iść do szkoły.
- No jasne, a w tym czasie on nam to stąd wykradnie - powiedział
Xemerius. - Zgarnie wszystkie diamenty, a do skrzynki włoży parę starych
orzechów. Znamy te numery.
- Bzdura - mruknęłam.
Gdyby pan Bernhard miał taki zamiar, dawno już by to zrobił, prócz niego
nikt przecież o niej nie wiedział. Co, do wszystkich diabłów, było w tej
skrzynce, którą dziadek kazał zamurować we własnym domu?
- Dlaczego chce pan nam pomóc? - spytał Nick, dość obcesowo uprzedzając
pytanie, które miałam na końcu języka.
- Ponieważ umiem się dobrze posługiwać młotkiem i przecinakiem - odrzekł
cicho pan Bernhard. - I ponieważ, niestety, wasz dziadek nie może tu być
- dorzucił jeszcze ciszej - żeby wspierać pannę Gwendolyn.
Nagle coś ścisnęło mnie mocno za gardło i musiałam siłą powstrzymać
napływające łzy.
- Dziękuję - szepnęłam.
- Proszę nie cieszyć się zbyt wcześnie. Klucz do skrzynki... zaginął. A nie wiem, czy będę miał serce potraktować tę cenną szkatułkę łomem. -
Pan Bernhard westchnął.
- To znaczy, że nic pan nie powie naszej mamie ani lady Ariście? -
spytał Nick.
- Nie, jeśli natychmiast pójdziecie do łóżek. - Nim się odwrócił i ruszył po schodach w górę, znowu dostrzegłam, jak w ciemności lśnią jego
zęby. - Dobranoc. Proszę spróbować jeszcze trochę się przespać.
- Dobranoc, panie Bernhard - mruknęliśmy ja i Nick jednym głosem.
- Szczwany lisie - powiedział Xemerius. - Tylko sobie nie myśl, że
spuszczę cię z oczu.
2.
A więc? - Cynthia, koleżanka z klasy,
stanęła przed nami, podpierając się pod boki i zastawiając drogę na
pierwsze piętro. Uczniowie, którzy musieli się przeciskać koło nas z lewej i prawej strony, zaczęli narzekać na tłok. Cynthii to jednak nie
ruszało. Zwijała w palcach paskudny krawat, będący częścią szkolnego
mundurka w Saint Lennox, i miała bardzo poważną minę. - Jak wygląda
sprawa z waszymi kostiumami?
W najbliższy weekend były jej urodziny i zaprosiła nas na doroczny bal
przebierańców.
Zdenerwowana Leslie potrząsnęła głową.
- Wiesz, Cyn, sprawiasz wrażenie coraz bardziej stukniętej. To znaczy
wcześniej też byłaś dziwna, ale w ostatnim czasie to szczególnie rzuca
się w oczy. Przecież nikt nie pyta swoich gości, jak się przebiorą na
imprezę!
- Właśnie! Żeby nie było tak, że na koniec będziesz się musiała bawić
sama. - Spróbowałam przemknąć obok Cynthii, ale ona błyskawicznym ruchem
ręki złapała mnie za ramię.
- Za każdym razem wymyślam najciekawsze hasła i zawsze zdarzają się
tacy, którzy nie przestrzegają zasad i psują zabawę - powiedziała. -
Przypominam wam tylko o karnawale zwierząt. O osobach, które pojawiły
się z piórkiem wetkniętym we włosy, twierdząc, że przebrały się za kury!
Tak, tak, możesz patrzeć na mnie z poczuciem winy, Gwen. Wiem dokładnie,
czyj to był pomysł.
- Nie każdy ma mamę, której pasją jest robienie masek słonia z papieru -
rzuciła Leslie, podczas gdy ja tylko ponuro mruknęłam, że musimy już
iść.
Darowałam sobie uwagę, że w tej chwili mam gdzieś imprezę u Cynthii.
Prawdopodobnie i tak było to po mnie widać.
Uścisk na moim ramieniu stał się mocniejszy.
- A pamiętasz jeszcze plażową imprezę Barbie? - Na wspomnienie tej
imprezy Cynthią aż wstrząsnął dreszcz, szczerze mówiąc, zupełnie
słusznie. Wzięła głęboki wdech. - Tym razem chcę być was zupełnie pewna.
"Tak pięknie zieleń się zieleni" to cudowne hasło i nikomu nie dam
zepsuć zabawy. Żebyśmy się dobrze zrozumiały: nie wystarczy zielony
lakier do paznokci czy zielona apaszka.
- Dasz mi spokój, jak podbiję ci oko na niebiesko?! - warknęłam. - Do
imprezy na pewno zrobi się zielone.
Cynthia jakby mnie nie słyszała.
- Ja na przykład wystąpię jako wiktoriańska kwiaciarka Eliza
Doolittle1. Sara ma genialny kostium strąka papryki, tylko
nie wiem, co zrobi, jak będzie musiała iść do toalety. Gordon przyjdzie
jako łąka ze stokrotkami, od stóp do głów w sztucznym trawniku.
- Cyn... - Niestety, nie dała się odsunąć na bok.
- A Charlotta szyje sobie kostium u krawcowej. Ale jej strój to na razie
tajemnica. Prawda, Charlotto?
Moja kuzynka Charlotta, zakleszczona między piątoklasistami, próbowała
ustać w miejscu, ale została bezlitośnie porwana przez tłum uczniów.
- No cóż, właściwie nietrudno zgadnąć. Powiem tylko tyle: tiul w siedmiu
odcieniach zieleni. I wygląda na to, że pojawię się w towarzystwie króla
Oberona! - Ostatnie zdanie Charlotta musiała już wykrzyczeć przez ramię.
Patrzyła przy tym na mnie i dziwnie się uśmiechała. Tak samo zachowywała
się przy śniadaniu. Byłam bliska tego, żeby rzucić w nią pomidorem.
- Grzeczna Charlotta - powiedziała z zadowoleniem Cynthia. - Przyjdzie
na zielono i w męskim towarzystwie. Takich gości lubię najbardziej.
Chyba tym męskim towarzystwem Charlotty nie miał być... nie, wykluczone.
Gideon nigdy nie przyczepiłby sobie szpiczastych uszu. A może jednak?
Patrzyłam na Charlottę, która nawet w tłumie poruszała się niczym
królowa. Błyszczące rude włosy splotła w staromodny warkocz i dziewczyny
z młodszych klas gapiły się na nią z tą mieszaniną niechęci i podziwu,
jaka bierze się wyłącznie z czystej zazdrości. Pewnie jutro wszystkie
długie włosy będą splecione w takie śliczne warkocze.
- A więc: jako kto i z kim przyjdziecie? - spytała Cynthia.
- Jako Marsjanie, o, najlepsza gospodyni wszech czasów - odrzekła
Leslie, wzdychając z rezygnacją. - A kogo przyprowadzimy, to na razie
niespodzianka.
- Och, okej. - Cynthia puściła moje ramię. - Marsjanie. Niezbyt pięknie,
ale oryginalnie. I żebyście się czasem nie rozmyśliły. - Bez pożegnania
skierowała się w stronę kolejnej ofiary. - Katie! Halo! Zatrzymaj się!
Chodzi o moją imprezę!
- Marsjanie? - powtórzyłam, kierując wzrok w stronę niszy, w której
zwykle stał James, nasz szkolny duch, ale w tej chwili nisza była pusta.
- Jakoś musiałyśmy się jej pozbyć - powiedziała Leslie. - Impreza! Phi,
kto by się teraz czymś takim przejmował?
- Czy ktoś tu mówi o imprezie? Ja też idę. - Brat Gideona, Raphael,
pojawił się tuż za nami i jakby to było oczywiste, wcisnął się między
nas, biorąc mnie pod rękę i obejmując Leslie w talii. Miał bardzo
dziwnie zawiązany krawat. To znaczy, zawiązał podwójny węzeł. - A ja już
myślałem, że wy, Anglicy, nie lubicie imprez. Wystarczy tylko sobie
przypomnieć, o której zamyka się tu puby.
Leslie wyrwała mu się gwałtownie.
- Niestety, muszę cię rozczarować. Doroczny bal przebierańców u Cynthii
ma niewiele wspólnego z imprezowaniem. Chyba że lubisz imprezy, na
których rodzice pilnują, żeby nikt nie dodał do napojów alkoholu albo
nie polał nim deseru.
- Niby tak, ale za to zawsze grają z nami w baaardzo wesołe gry -
wzięłam rodziców Cynthii w obronę. - I najczęściej są też jedynymi,
którzy tańczą. - Spojrzałam na Raphaela z boku i szybko odwróciłam
wzrok, ponieważ jego profil był uderzająco podobny do profilu Gideona. -
Szczerze mówiąc, dziwię się, że Cynthia cię jeszcze nie zaprosiła.
- Ależ zaprosiła. - Raphael westchnął. - Powiedziałem, że jestem już
umówiony. Nienawidzę tematycznych imprez, na które trzeba się przebrać.
Ale gdybym wiedział, że wy idziecie...
Właśnie miałam zaproponować, że zawiążę mu prawidłowo krawat (jeśli o to
chodzi, szkolny regulamin był dość surowy), ale wtedy znowu objął Leslie
w talii.
- Czy mówiłaś Gwendolyn - zapytał wesoło - że zlokalizowaliśmy ten skarb
z waszej gry? Znalazłyście go już?
- Tak - potwierdziła krótko Leslie.
Zauważyłam, że tym razem mu się nie wyrwała.
- I jak dalej toczy się ta gra, mignonne2?
- Właściwie to nie jest żadna... - zaczęłam, ale Leslie wpadła mi w słowo:
- Przykro mi, Raphaelu, ale nie możesz już z nami grać - oznajmiła
chłodno.
- Co takiego? No, moim zdaniem to nie jest fair!
Też uważałam, że to nie fair. W końcu nie grałyśmy w żadną grę, z której
mogłybyśmy wykluczyć biednego Raphaela.
- Leslie uważa tylko, że...
Leslie znowu mi przerwała.
- No cóż, po prostu życie nie jest fair - powiedziała, chyba jeszcze
bardziej chłodno. - Podziękuj za to swojemu bratu. Jak na pewno dobrze
wiesz, w tej grze stoimy po przeciwnych stronach. I nie możemy
ryzykować, że przekażesz Gideonowi jakieś informacje. On zaś, nawiasem
mówiąc, jest strasznym du..., to znaczy jest dość niemiłym człowiekiem.
- Leslie!
Czy ją porąbało?!
- Co proszę? To poszukiwanie skarbów ma coś wspólnego z moim bratem i podróżami w czasie? - Raphael puścił nas obie i stanął jak wryty. - A czy wolno spytać, co takiego wam zrobił?
- Nie udawaj, że nie wiesz - odrzekła Leslie. - Ty i Gideon na pewno
gadacie ze sobą o wszystkim. - Mrugnęła do mnie.
Mogłam odpowiedzieć tylko zmieszanym spojrzeniem.
- Nie, nie gadamy! - wykrzyknął Raphael. - Prawie nie mamy dla siebie
czasu! Gideon przez cały czas ma jakieś tajne misje. A jeśli już jest w domu, ślęczy nad poufnymi aktami albo wypatruje ukrytych dziur w suficie. Albo jeszcze gorzej: pojawia się Charlotta i wszystkich wkurza.
- Zrobił tak nieszczęśliwą minę, że najchętniej bym go przytuliła. -
Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi... - dorzucił cicho, a ja miałam
jeszcze większą ochotę go przytulić. - Wczoraj po południu odniosłem
wrażenie, że naprawdę dobrze się rozumiemy.
Leslie - a może powinnam raczej powiedzieć: "moja przyjaciółka, Królowa
Śniegu" - tylko wzruszyła ramionami.
- No, wczoraj było miło. Ale bądźmy szczerzy, prawie się nie znamy. W takiej sytuacji trudno od razu mówić o przyjaźni.
- A więc wykorzystałaś mnie, żeby określić te współrzędne - podsumował
Raphael i spojrzał badawczo na Leslie, zapewne w nadziei, że zaprzeczy.
- Tak jak powiedziałam, życie nie zawsze jest fair. - Dla Leslie
najwyraźniej cała sprawa była już zakończona. Pociągnęła mnie. - Gwen,
musimy się pospieszyć - rzuciła. - Dziś pani Counter przydziela tematy
referatów. A ja nie mam ochoty zajmować się wschodnimi krańcami delty
Gangesu.
Obejrzałam się na Raphaela, który wydawał się nieco zbity z tropu.
Próbował wsunąć ręce do kieszeni i stwierdził przy tym, że w spodniach
od mundurka w ogóle nie ma kieszeni.
- Och, Leslie, popatrz tylko na niego - szepnęłam.
- ....ani o grupach etnicznych, których nazw nie da się wymówić.
Złapałam ją za ramię, tak jak wcześniej Cynthia złapała mnie.
- Co z tobą, kochana? - wyszeptałam. - Dlaczego dałaś Raphaelowi taką
blachę? Czy to jakaś część twojego planu, której jeszcze nie znam?
- Ja tylko jestem ostrożna. - Leslie spojrzała na tablicę ogłoszeń. -
Och, jak cudnie! Jest nowe kółko, projektowanie biżuterii. A propos
biżuterii. - Spod kołnierzyka swojej bluzki wyciągnęła łańcuszek. -
Patrz, noszę ze sobą kluczyk, który podarowałaś mi po swojej podróży w czasie. Czy to nie super? Wszystkim mówię, że to klucz do mojego serca.
Ten jej manewr, który miał odwrócić moją uwagę, tym razem nie zadziałał.
- Leslie, to nie wina Raphaela, że jego brat to drań. I wierzę mu, kiedy
mówi, że nie ma pojęcia o tajemnicach Gideona. Jest tutaj nowy i nie zna
nikogo...
- Na pewno znajdzie wystarczająco wiele osób, które z radością się nim
zajmą. - Leslie w dalszym ciągu uparcie omijała mnie wzrokiem. Piegi
tańczyły na jej nosie. - Zobaczysz, jutro nie będzie już o mnie pamiętał
i do jakiejś innej będzie mówił mignonne.
- Tak, ale... - Dopiero gdy dostrzegłam zdradziecki rumieniec na twarzy
Leslie, oświeciło mnie. - Och, rozumiem! Twoje nieuprzejme zachowanie
nie ma nic wspólnego z Gideonem! Ty masz tylko pietra, że zakochasz się
w Raphaelu!
- Bzdura. W ogóle nie jest w moim typie!
Aha. To wszystko wyjaśniało. W końcu znałam Leslie od wieków i była moją
najlepszą przyjaciółką. Tą odpowiedzią nie wyprowadziłaby w pole nawet
Cynthii.
- Daj spokój, Les. Przed kim się zgrywasz? - Musiałam się roześmiać.
Leslie w końcu odwróciła wzrok od ogłoszeń i spojrzała na mnie z szerokim uśmiechem.
- A nawet gdyby! W tej chwili nie możemy sobie pozwolić na to, żebyśmy
obie cierpiały na hormonalne rozmiękczenie mózgu. Chyba wystarczy, że
jedna z nas jest niepoczytalna.
- Wielkie dzięki.
- Przecież to prawda! Ponieważ jesteś zajęta wyłącznie Gideonem, po
prostu nie zdajesz sobie sprawy z powagi sytuacji. Potrzebujesz kogoś,
kto myśli trzeźwo, i tym kimś jestem ja. Nie dam się wkręcić temu
Francuzowi, to postanowione.
- Ach, Les! - Spontanicznie rzuciłam jej się na szyję. Nikt, nikt na
świecie nie ma takiej cudownej, zwariowanej, mądrej przyjaciółki jak ja.
- Jakie to byłoby straszne, gdybyś ze względu na mnie musiała
zrezygnować ze szczęśliwej miłości!
- Już nie przesadzaj - prychnęła mi Leslie do ucha. - Jeśli ten gość
jest choć w połowie taki jak jego brat, najpóźniej po tygodniu złamałby
mi serce.
- No i co? - Żartobliwie wymierzyłam jej kuksańca. - Przecież jest z marcepanu, który zawsze można uformować od nowa!
- Nie rób sobie z tego żartów. Serca z marcepanu to taka przenośnia, z której jestem naprawdę dumna.
- No jasne. Pewnego dnia będziesz cytowana we wszystkich podręcznikach
świata. Przenośnia słynnej Leslie Hay.
- To niestety nieprawda - rozległ się głos obok nas.
Należał do naszego nauczyciela angielskiego, pana Whitmana, który znów
wyglądał o wiele za dobrze jak na nauczyciela.
"A cóż pan może wiedzieć o konsystencji damskich serc?" - spytałabym
chętnie, ale wobec pana Whitmana lepiej się było powstrzymać. Tak samo
jak pani Counter chętnie dawał zadania domowe na wymyślne tematy i potrafił być równie nieugięty, jak był przystojny.
- A cóż takiego jest nieprawdą? - spytała Leslie, za nic mając wszelką
ostrożność.
Przyglądał się nam, kręcąc głową.
- Myślałem, że wystarczająco szeroko omówiliśmy przenośnie, porównania,
symbole i obrazy. Wyrażenie "złamane serce" można zaliczyć do przenośni,
a "marcepanowe serce"?
A kogóż to interesuje, do diabła? Od kiedy lekcja zaczyna się już na
korytarzu?
- Hm, symbol... eee... epitet? - zgadywałam.
Pan Whitman skinął głową.
- Chociaż dość kiepski - dodał ze śmiechem, ale zaraz znów spoważniał. -
Wyglądasz na zmęczoną, Gwendolyn. Przeleżałaś bezsennie całą noc,
dręczyłaś się i przestałaś rozumieć ten świat, nieprawdaż?
Ależ... to wszystko nie powinno go nic a nic obchodzić. I współczujący ton
też mógł sobie darować.
Westchnął.
- To chyba jest dla ciebie trochę za dużo. - Okręcił na palcu sygnet
identyfikujący go jako jednego ze Strażników. - Można się było tego
spodziewać. Może doktor White powinien ci coś przepisać, żebyś
przynajmniej w nocy miała spokój.
Moje osłupiałe spojrzenie skwitował zachęcającym uśmiechem, a potem
odwrócił się i wszedł przed nami do klasy.
- Czy ja się przesłyszałam, Leslie, czy pan Whitman właśnie
zaproponował, żeby zaaplikować mi środek nasenny? - spytałam. - I to
zaraz po tym, jak powiedział, że wyglądam do bani.
- Tak, to by mu pewnie pasowało! - parsknęła Leslie. - W dzień
marionetka w rękach Strażników, w nocy odurzona, wszystko po to, żeby
nie przyszło ci do głowy nic głupiego. Ale nie z nami te numery. -
Energicznie odgarnęła z twarzy kosmyk włosów. - Pokażemy im, że mocno
cię nie doceniają.
- Ech - westchnęłam, ale Leslie rzuciła mi ponure i stanowcze
spojrzenie.
- Opracować plan główny, pierwsza przerwa, damska toaleta.
- Rozkaz! - odpowiedziałam.
Nawiasem mówiąc, pan Whitman nie miał racji: wcale nie wyglądałam na
zmęczoną (sprawdziłam to wielokrotnie w lustrze w damskiej toalecie) i tak się nie czułam. Po naszej nocnej akcji poszukiwawczej dość szybko
zasnęłam i nie miałam żadnych koszmarów. Może nawet śniło mi się coś
pięknego, bo w tych magicznych sekundach między snem a przebudzeniem
czułam się pewna siebie i pełna nadziei. Jednak wraz z ostatecznym
przebudzeniem znowu wkradły się do mojej świadomości smutne fakty, a przede wszystkim jeden: Gideon tylko udawał.
Mimo to odrobina nadziei ocalała również na resztę dnia. Może dzięki
temu, że w końcu przespałam kilka godzin, a może dlatego, że nawet we
śnie uświadamiałam sobie, iż w dzisiejszych czasach suchoty są
uleczalne. A może moje gruczoły łzowe były już po prostu puste?
- Myślisz, że to możliwe, by Gideon zaplanował, że rozkocha mnie w sobie, ale potem faktycznie, można by rzec, przez przypadek, się we mnie
zakochał? - zapytałam ostrożnie Leslie, gdy pakowałyśmy się po lekcjach.
Przez całe przedpołudnie unikałam tego tematu, aby zachować trzeźwość
umysłu w czasie snucia naszego planu, ale teraz po prostu musiałam o tym
porozmawiać, inaczej bym pękła.
- Tak - potwierdziła Leslie po krótkim wahaniu.
- Naprawdę? - Byłam zaskoczona.
- Może właśnie to chciał ci wczoraj koniecznie powiedzieć. Na filmach
zawsze się wkurzamy na te sztuczne nieporozumienia, które powodują
wzrost napięcia przed happy endem. I których można by uniknąć, gdyby
ludzie normalnie ze sobą rozmawiali.
- Tak, to jest ten moment, w którym zawsze wołasz: "Po prostu mu to
powiedz, głupia krowo!".
- Ale w filmach zawsze coś staje bohaterom na przeszkodzie - zauważyła
Leslie. - Pies przegryza kabel telefoniczny, podła rywalka nie
przekazuje wiadomości, matka mówi, że córka wyprowadziła się do
Kalifornii... no wiesz przecież! - Podała mi swoją szczotkę do włosów i obrzuciła badawczym spojrzeniem. - Słuchaj, im dłużej o tym myślę, tym
mniej prawdopodobne wydaje mi się, że on mógł się w tobie nie zakochać.
Tak mi ulżyło, że aż zwilgotniały mi oczy.
- W takim przypadku i tak byłby draniem, ale... myślę, że mogłabym mu to
wybaczyć.
- Ja też. - Leslie uśmiechnęła się do mnie promiennie. - Mam przy sobie
wodoodporny tusz do rzęs i błyszczyk do ust. Chcesz?
To na pewno nie mogło mi zaszkodzić.
***
Z klasy wyszłyśmy prawie ostatnie. Byłam teraz w tak dobrym humorze, że
Leslie czuła się w obowiązku trącić mnie łokciem w żebra.
- Naprawdę, nie chciałabym gasić twojego entuzjazmu, ale istnieje
możliwość, że się mylimy. Bo naoglądałyśmy się komedii romantycznych.
- Tak, przecież wiem - zgodziłam się. - O, jest James.
Rozejrzałam się. Większość uczniów była już w drodze na dwór, a więc
tylko nieliczni mogli się zdziwić, że rozmawiam z wnęką.
- Cześć, James!
- Dzień dobry, panno Gwendolyn.
Jak zawsze miał na sobie surdut w kwiaty, spodnie do kolan z mankietami
i kremowe pończochy. Jego stopy tkwiły w brokatowych butach ze srebrnymi
klamrami, a apaszka była tak misternie i fantazyjnie zawiązana, że na
pewno nie mógł tego zrobić sam. Najdziwniejsza była jego peruka z lokami, a także puder na twarzy i przyklejone pieprzyki, które z niezrozumiałych dla mnie powodów nazywał "plasterkami urody". Bez tego
całego kramu i w rozsądnych ciuchach James prawdopodobnie wyglądałby
całkiem nieźle.
- A gdzie byłeś dziś przed południem, Jamesie? Umawialiśmy się na drugą
przerwę, nie pamiętasz?
James pokręcił głową.
- Nienawidzę tej gorączki. I nie lubię tego snu. - Tu wszystko jest
takie... brzydkie! - Westchnął ciężko i wskazał na sufit. - Zadaję sobie
pytanie, cóż to za profani zamalowali freski. Mój ojciec wydał na nie
majątek. Bardzo lubię tę pasterkę w środku, jest nadzwyczajnie
namalowana, choć moja mama zawsze mówi, że ma zbyt frywolny strój. - Ze
smutkiem przyjrzał się najpierw mnie, a potem Leslie, dłużej zatrzymując
wzrok na plisowanych spódniczkach naszych mundurków i na naszych
kolanach. - Lecz gdyby moja matka wiedziała, jak ubrane będą osoby
występujące w moich majakach, byłaby przerażona! Ja sam jestem
przerażony! Nigdy w życiu nie pozwoliłbym sobie na tak zwyrodniałe
fantazje.
James miał najwidoczniej wyjątkowo zły dzień.
Tymczasem Xemerius (którego James nienawidził!) postanowił zostać w domu, aby mieć oko na skarb i pana Bernharda, jak mi powiedział. Ja
natomiast w skrytości ducha podejrzewałam, że chciał znowu popatrzeć na
ciocię Maddy przy lekturze. To romansidło, które czytała, najwyraźniej
bardzo mu się spodobało).
- Zwyrodniałe! Cóż to za szarmancki komplement, Jamesie - powiedziałam
łagodnie.
Już dawno dałam sobie spokój z tłumaczeniem Jamesowi, że nie śni, tylko
że od jakichś dwustu trzydziestu lat nie żyje. Chyba nikt nie lubi
słuchać takich rzeczy.
- Przedtem doktor Barrow znowu upuścił mi krwi i nawet mogłem się napić
parę łyków czegoś - mówił dalej. - Miałem nadzieję, że tym razem przyśni
mi się coś innego, ale... no cóż, znowu tu jestem.
- I niech już tak zostanie - odezwałam się ciepło. - Bo bardzo bym za
tobą tęskniła.
James zdobył się na uśmiech.
- No cóż, ja też bym skłamał, gdybym zaprzeczył temu, że w jakiś sposób
wkradłaś się do mojego serca, pani. Czy będziemy teraz kontynuować naukę
dobrych manier?
- Niestety, nie mamy czasu. Ale może jutro, dobrze? - Na schodach
jeszcze się odwróciłam. - Och, Jamesie! W roku 1782, we wrześniu, jak
nazywał się twój ulubiony koń?
Dwaj chłopcy, którzy pchali po korytarzu stół z rzutnikiem, nagle
stanęli w miejscu.
- Mówisz do mnie? - spytali obaj jednocześnie, a Leslie parsknęła
śmiechem.
- W zeszłym roku we wrześniu? - spytał James. - Hektor, oczywiście. Na
zawsze pozostanie moim ulubionym koniem. Najcudowniejszy siwek, jakiego
można sobie wyobrazić.
- A jaka jest twoja ulubiona potrawa?
Chłopcy z rzutnikiem gapili się na mnie, jakbym straciła rozum. James
zmarszczył czoło.
- A cóż to za pytania? W tej chwili w ogóle nie mam apetytu.
- Och, to też może poczekać do jutra. Do widzenia, Jamesie.
- Nazywam się Finley - powiedział jeden z tych od rzutnika.
Drugi się uśmiechnął.
- A ja jestem Adam, ale co tam! Nie czepiam się szczegółów. Możesz mówić
do mnie James.
- Truskawki! - zawołał za nami James. - Truskawki to moja absolutnie
najbardziej ulubiona potrawa.
- O co chodzi? - spytała mnie Leslie, gdy szłyśmy na dół.
- Jeśli spotkam Jamesa na tym balu, ostrzegę go przed zarażeniem ospą -
wyjaśniłam jej. - Dopiero co skończył dwadzieścia jeden lat. To za
wcześnie, by umierać, nie sądzisz?
- Zastanawiam się, czy należy się w coś takiego mieszać - powiedziała
Leslie. - No wiesz: los, przeznaczenie i takie tam.
- No tak, ale musi przecież istnieć jakiś powód, że ciągle straszy. Może
moim przeznaczeniem jest mu pomóc?
- A po co ty właściwie idziesz na ten bal? - spytała Leslie.
Wzruszyłam ramionami.
- Rzekomo hrabia de Saint Germain tak postanowił w tych swoich
kretyńskich Kronikach. Żeby mnie lepiej
poznać czy coś w tym stylu.
- Czy coś w tym stylu - powtórzyła Leslie, unosząc brew.
Westchnęłam.
- Wszystko jedno. Bal odbywa się we wrześniu 1782 roku, ale James
zachoruje dopiero w roku 1783. Jeśli zdołałabym go ostrzec, mógłby na
przykład wyjechać na wieś, nim wybuchnie zaraza. Albo przynajmniej
trzymać się z daleka od tego lorda Dingensa. Dlaczego tak szczerzysz
zęby?
- Chcesz mu oświadczyć, że przybywasz z przyszłości i wiesz, że wkrótce
zarazi się ospą? A na dowód powiesz mu, jak nazywa się jego ulubiony
koń?
- Och... no tak, ten plan nie jest jeszcze doskonały.
- Lepsze byłoby szczepienie - zauważyła Leslie i popchnęła drzwi na
szkolny dziedziniec. - Ale to chyba nie takie proste.
- Nie. Ale cóż jest dzisiaj proste? - Westchnęłam. - O, cholera!
Obok czekającej limuzyny, która jak co dzień miała mnie zawieźć do
kwatery głównej Strażników, stała Charlotta. A to mogło oznaczać tylko
jedno: będę znowu dręczona menuetem, dyganiem i oblężeniem Gibraltaru.
Na balu w 1782 roku była to wiedza niezbędna, przynajmniej w opinii
Strażników.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki