Trylogia leningradzka (tom 1). Towarzyszu mój - Julija Jakowlewa

-
Proszę czekać

1

Zaj­cew prze­niósł spoj­rze­nie na począ­tek strony. Poczuł, jakby ktoś potarł mu oczy papie­rem ścier­nym. Opu­ścił wzrok. Nie wychwy­cił z pro­to­kołu żad­nego słowa.

Zabita: Faina Bara­nowa, lat trzy­dzie­ści cztery, bez­par­tyjna. Księ­gowa w spół­dzielni prze­my­sło­wej. Panna.

Wielka szkoda, zazwy­czaj mał­żo­nek to pierw­szy podej­rzany. A tak podej­rzanych brak. Nie ma się czego chwy­cić.

Zaj­cew zapa­lił lampę pod zie­lo­nym klo­szem. Nie zro­biło się od tego jaśniej. Jasno­błę­kitne niebo zaglą­dało w okna. Zwy­kłe czerw­cowe złu­dze­nie: lenin­gradzka biała noc już dawno zamknęła drzwi skle­pów, zmio­tła z ulic wozy, tram­waje i samo­chody; zasu­nęła grube zasłony w miesz­ka­niach lenin­grad­czy­ków, pró­bu­ją­cych zmie­ścić odro­binę płyt­kiego snu pomię­dzy dwoma klo­cami świa­tła, w które na mie­siąc zamie­niły się dzień i noc. Na śpią­cych uli­cach było jasno i świe­tli­ście.

Zaj­cew roz­ło­żył foto­gra­fie pod lampą. Fainę Bara­nową zabito w jej wła­snym pokoju. Na czarno-bia­łych zdję­ciach różo­wawa tapeta przy­brała jasno­szary kolor. Ofiara sie­działa w fotelu przy oknie. Ciężka solidna zasłona była odsu­nięta. Przez okno widać było budy­nek biblio­teki publicz­nej. Zaj­cew prze­rzu­cił stronę. Spraw­dził adres: pro­spekt 25 Paź­dzier­nika. Albo po pro­stu: róg pro­spektu New­skiego i ulicy Sado­wej.

Litery znowu zamie­niły się w bez­sen­sowne znaczki. Zaj­cew stłu­mił ziew­nię­cie. Nie był w sta­nie wyostrzyć wewnętrz­nego słu­chu, dobie­gał go nie­prze­rwany szum. Prze­szka­dzał mu. Na wszyst­kich pię­trach wydziału śled­czego lenin­gradz­kiej mili­cji tęt­niło zwy­czajne nocne życie. Kogoś prze­słu­chi­wano, kogoś innego pro­wa­dzono, ktoś ryczał, ktoś jesz­cze inny klął siar­czy­ście. Na wszyst­kich kory­ta­rzach i we wszyst­kich gabi­ne­tach nie­po­trzeb­nie paliły się żółte lampy. Pach­niało dymem papie­ro­so­wym.

A więc Faina Bara­nowa. Zaj­cew wziął do rąk foto­gra­fię. W jego mózgu biało-czarny obra­zek nabrał kolo­rów. Obrzeża foto­gra­fii prze­kształ­ciły się we fra­mugę drzwi - to przez nią Zaj­cew zoba­czył tę kobietę po raz pierw­szy. A wła­ści­wie - jej ciało.

- To co, Wasiu, otwie­ramy?

Mar­ty­now zsu­nął kasz­kiet ze spo­co­nego czoła na poty­licę. Miał zaczer­wie­nione oczy. Spę­dził noc na obser­wa­cji jed­nej z wiel­kich kamie­nic czyn­szo­wych na Ligowce. Póź­niej cały ranek pisał raport. Nie zdą­żył wró­cić do domu - zaczął się nowy dzień. Wkrótce bry­gadę wezwano na pro­spekt 25 Paź­dzier­nika. "Odpocz­niesz po chwili, pocze­kaj tro­szeczkę" - zaśpie­wał Kracz­kin fał­szy­wym dysz­kan­tem. Tasz­czył na górę wali­zeczkę zawie­ra­jącą w sobie wszystko, co nie­zbędne do oglę­dzin miej­sca prze­stęp­stwa. W dru­giej ręce trzy­mał zło­żony trój­nóg do apa­ratu foto­gra­ficz­nego.

- A pój­dziesz ty - ode­zwał się Mar­ty­now ponuro, mru­żąc oczy. Kory­tarz komu­nałki spo­wi­jały kuchenne opary pocho­dzące z dobrego tuzina loka­tor­skich kuche­nek. Nie było jak się ruszyć. Wszę­dzie leżało pełno gra­tów, sąsie­dzi wysta­wili je byle jak ze swo­ich poko­jów. Daw­niej było tu prze­stronne jaśnie­pań­skie miesz­ka­nie. Teraz miesz­kało się nawet po sie­dem osób w jed­nym pokoju. Zwy­czajna lenin­gradzka komu­nałka. Przy­by­cie ofi­ce­rów wyko­nu­ją­cych czyn­no­ści spra­wiło, że w kory­ta­rzu zro­biło się jesz­cze cia­śniej. Sąsie­dzi wysu­nęli głowy zza drzwi. Na plecy Zaj­cewa napie­rał jakiś leśny dzia­dek.

- Towa­rzy­szu, czy ja wam nie prze­szka­dzam? - Zaj­cew obró­cił się roz­złosz­czony.

- Towa­rzy­sze, tu nie ma nic do oglą­da­nia! - zwró­cił się do wszyst­kich Kracz­kin.

Teraz przez drzwi wyj­rzeli także ci, któ­rzy począt­kowo zamie­rzali prze­cze­kać przy­jazd mili­cji w swo­ich poko­jach.

Zaj­cew spoj­rzał na lichy zamek. Za nim wśród opa­rów maja­czyli świad­ko­wie - miej­scowy dozorca i zarządca wspól­noty miesz­ka­nio­wej. "Od wczo­raj nie otwiera" - mruk­nął po raz kolejny leśny dzia­dek. To on wezwał mili­cję. Z dymu wyło­nił się Samoj­łow.

- Dzwo­ni­łem do jej spół­dzielni. Bara­nowa nie poja­wiała się ostat­nio w pracy.

Zaj­cew ski­nął głową. Mar­ty­now oparł się o ścianę i przy­mknął oczy. "Trzeba było go puścić do domu" - pomy­ślał Zaj­cew. Z Mar­ty­nowa nie było dziś żad­nego pożytku.

- Może gdzieś wyszła? - pod­su­nął Sie­ra­fi­mow.

- Nic nam nie wia­domo - wypa­lił któ­ryś z face­tów w tłu­mie - żeby wycho­dziła.

- Zaszła wam za skórę, co? - Zaj­cew bez waha­nia spoj­rzał mu pro­sto w oczy.

- Fuj, ale wyba­łu­szył te gały - powie­działa cicho jedna ze sta­rych bab.

Zaj­cew udał, że nie sły­szy.

- Jak to "zaszła"? - obru­szył się facet. - Nic na ten temat nie wiemy. Jeste­śmy sąsia­dami. Żyjemy tu zgod­nie, a bo co... Każdy to potwier­dzi. I z Fainą Bori­sowną to samo. Wszy­scy odno­sili się do niej z sza­cun­kiem, nie zwa­ża­jąc na jej żydow­skie pocho­dze­nie. Była uczciwą kobietą, poważną.

- Pies, ej, popatrz, pies - roz­le­gło się na kory­ta­rzu.

Sąsie­dzi pomru­czeli, poszep­tali, powz­dy­chali i prze­pu­ścili owczarka o czar­nym grzbie­cie. Był to poto­mek Tuza Tre­fla, który przed dzie­się­cioma laty zyskał nie­zwy­kłą sławę wśród lenin­gradz­kich śled­czych. Nosił zresztą to samo imię.

Prze­wod­nik psa wydał cichą komendę.

Tuz Trefl na sekundę zamarł - jakby jego węch był słu­chem, któ­remu nie­zbędna jest abso­lutna cisza - a następ­nie zadra­pał pazu­rami.

- Wyła­muj, Mar­ty­now - roz­ka­zał Zaj­cew krótko.

Prze­wod­nik chwy­cił psa za obrożę.

Mar­ty­now wsu­nął krótki łom, naci­snął. Pręt na początku wysko­czył, wyrwaw­szy z drzwi tylko jedną długą szczapę. Mar­ty­now chyba się obu­dził, spoj­rzał na Zaj­cewa pół­przy­tom­nie. Przy­ło­żył łom zręcz­niej.

Drzwi do pokoju Fainy Bara­nowny chrup­nęły na poże­gna­nie i otwarły się na oścież. Gapie z tyłu zamru­czeli i zagwiz­dali.

- Sąsie­dzi, pro­szę się cof­nąć! - ryk­nął Zaj­cew. - Towa­rzy­sze świad­ko­wie, czy to oby­wa­telka Bara­nowa?

- To ona. - Dozorca nie­stru­dze­nie wyglą­dał zza ple­ców Zaj­cewa.

- Dzię­kuję, towa­rzy­szu. Oby­wa­tele sąsie­dzi, tu się nie ma na co gapić! - rzu­cił Zaj­cew gło­śno w kie­runku drzwi. - Wszy­scy będą pro­szeni po kolei.

- Cof­nąć się, towa­rzy­sze. - Sie­ra­fi­mow sku­tecz­nie i sta­now­czo ode­pchnął cie­kaw­skich w głąb kory­ta­rza.

- Idź, Sie­ra­fi­mow, prze­słu­chaj sąsia­dów - szep­nął mu Zaj­cew.

Sie­ra­fi­mow ski­nął głową i wyszedł, przy­my­ka­jąc za sobą drzwi.

Zaj­cew poczuł, że jest w pokoju sam na sam z Fainą Bara­nową. I zanim Kracz­kin zabie­rze się do posy­py­wa­nia przed­mio­tów czar­nym prosz­kiem, aby zdjąć odci­ski, a Mar­ty­now z Samoj­ło­wem zaczną tar­mo­sić walizki i skrzy­pieć drzwiami pod­czas prze­szu­ka­nia, on spró­buje ogar­nąć miej­sce prze­stęp­stwa jed­nym spoj­rze­niem. Pierw­sze wra­że­nie mówi wiele.

Pokój był bar­dzo zagra­cony, ale duży, z dwoma wyso­kimi oknami.

Faina Bara­nowa sie­działa w fotelu pod oknem.

Jedna z jej rąk leżała na opar­ciu. Druga była swo­bod­nie oparta na brzu­chu. W pra­wej trzy­mała białą różę. W lewej - mio­tełkę z piór. Taką, jakiej używa się do ście­ra­nia kurzu.

- Czarna róża, sym­bol roz­pa­czy - zaczął Mar­ty­now.

Róża w rękach Bara­no­wej była biała. Ale Mar­ty­now miał rację: postać zmar­łej ema­no­wała tra­gi­zmem i trwogą. Jedwabna zasłona za nią pło­nęła szkar­ła­tem. Na jej tle sukienka wyda­wała się jesz­cze czar­niej­sza, a biała róża - ośle­pia­jąco biała. Kon­trast pomię­dzy szkar­łatną czer­wie­nią, czer­nią i bielą był pra­wie teatralny. Łago­dziły go poły­skli­wość jedwa­biu, głę­boka mięk­kość aksa­mitu i kru­chość płat­ków róży. Poza sie­dzą­cej była tak natu­ralna, że Zaj­ce­wowi wyda­wało się przez chwilę, że Bara­nowa żyje. Trup miał otwarte oczy.

- Pew­nie serce - stwier­dził Kracz­kin, naj­star­szy w bry­ga­dzie. - Nie nadą­żyła z odde­chem i pro­szę.

- Kracz­kin, ty już lepiej nie przy­kła­daj do wszyst­kich swo­jej miary. To nie była stara kobieta.

Kracz­kin wzru­szył kości­stymi ramio­nami.

- Nie stara, ale i nie pierw­szej mło­do­ści. To moż­liwa wer­sja.

- Zamów trans­port, Mar­ty­now.

Mar­ty­now wyszedł na kory­tarz zadzwo­nić, żeby przy­je­chali po ciało.

Zaj­cew zauwa­żył cienką kar­ma­zy­nową linię na szyi mar­twej kobiety.

- A jesz­cze dziś rano marzy­łeś o odej­ściu ze służby.

Odsu­nął pal­cem biały koł­nie­rzyk ofiary i ski­nął na Kracz­kina: na skó­rze czer­wie­nił się ostry, jakby nacięty ślad.

- Mąż, bez dwóch zdań - powie­dział natych­miast Samoj­łow.

- No, na to star­czy siły i męż­czyź­nie, i kobie­cie. Nie da się też wyklu­czyć ani dzie­ciaka, ani starca - zauwa­żył doświad­czony Kracz­kin, roz­sta­wia­jąc trój­nóg. - Ale mąż albo kon­ku­bent to naj­pew­niej, tak mówi sta­ty­styka. A sta­ty­styka to jest straszna siła. Wasiu - tu zmie­nił temat - ty wytłu­macz dowódz­twu, że zdro­wie mi nie pozwala na dźwi­ga­nie cię­ża­rów. Potrzebny nam w bry­ga­dzie foto­graf.

Kracz­kin nie­ustan­nie dopo­mi­nał się o foto­grafa i mogło się wyda­wać, że ma rację: w wydziale śled­czym bra­ko­wało pra­cow­ni­ków. Ale tak naprawdę wcale nie miał racji. Kiedy Zaj­cew dołą­czał do bry­gady, Kracz­kin przed­sta­wił mu się nastę­pu­jąco: "Kracz­kin, sta­ru­szek, hipo­chon­dryk, mizan­trop". I ści­snął dłoń Zaj­cewa tak, że aż palce mu chrup­nęły.

Kracz­kin uniósł wysoko lampę bły­skową.

- Samoj­łow, szu­kaj struny albo cze­goś podob­nego - powie­dział Zaj­cew. I zauwa­żyw­szy powrót Mar­ty­nowa, rzu­cił krót­kie spoj­rze­nie na zega­rek naręczny z podra­paną szybką i zaczął dyk­to­wać: - Ciało odna­le­ziono o godzi­nie szó­stej minut czter­dzie­ści osiem...

Samoj­łow ze stu­ko­tem wysu­wał szu­flady z komody, toa­letki i szafy.

- Udu­szono oby­wa­telkę Bara­nową - powie­dział mimo­wol­nie Zaj­cew.

Trza­snęła lampa i na moment wypeł­niła pokój świa­tłem.

Żad­nej struny jed­nak nie zna­leźli.

"Nie pierw­szej mło­do­ści". Zaj­cew przyj­rzał się aktom sprawy.

Faina Bara­nowa miała trzy­dzie­ści cztery lata. Następ­nie spoj­rzał na maleńką foto­gra­fię. Zasty­gły wzrok, zaci­śnięte wargi, typowe zdję­cie do prze­pustki. Miesz­kała sama. Kuzynka w Kijo­wie, innych krew­nych sąsie­dzi nie znali. Znowu ci sąsie­dzi!

Zaj­cew odsu­nął zdję­cie jak naj­da­lej, jakby sta­rał się zoba­czyć Fainę Bara­nową wła­snymi, a nie sąsiedz­kimi oczami.

Wła­ści­wie zga­dzał się z Kracz­ki­nem: jak na swój wiek Faina Bara­nowa wyglą­dała jeśli nie staro, to cho­ro­wi­cie. Miała opuch­niętą twarz i cie­nie pod oczami. Ale kto dzi­siaj wygląda zdrowo? Marne jedze­nie, wykań­cza­jąca służba. Odsto­isz swoje w kolej­kach, pokrę­cisz się chwilę po domu, a rano znowu paku­jesz się do tram­waju - i dawaj na służbę. "Ale brwi wysku­bała" - zauwa­żył.

I mio­tełka. Takimi mio­tełkami ście­rają kurz poko­jówki. Gospo­dy­nie wolą zwy­czajną ścierkę.

Pod­szedł do drzwi i krzyk­nął w kory­tarz:

- Sie­ra­fi­mow, słu­chaj!

Posłu­chał. Idzie. Zaj­cew wró­cił do zdjęć. W drzwiach poja­wił się Sie­ra­fi­mow.

- Simo, trzeba spraw­dzić, czy do Bara­no­wej nie przy­cho­dziła pomoc domowa. A bo to mało takich? Tutaj niby że poko­jówka, a tak naprawdę wspól­niczka zło­dziei.

- Sąsie­dzi zeznali, że niczego nie ukra­dziono.

- W tej komu­nałce wszy­scy wszystko o wszyst­kich wie­dzą - rzu­cił nie­za­do­wo­lony Zaj­cew. - Ależ oni tam zgod­nie żyją! To też trzeba by jesz­cze spraw­dzić.

Sie­ra­fi­mow nie odpo­wie­dział.

Zaj­cew przy­ci­snął pal­cami zamknięte oczy: żółte świa­tło elek­tryczne wwier­cało mu się w skroń. "Czer­wona róża - sym­bol miło­ści". A kiedy otwo­rzył oczy, na teczce z aktami leżała sta­ran­nie zapi­sana kartka. Syl­wetka Sie­ra­fi­mowa maja­czyła w pobliżu. Na górze strony wyraź­nym urzę­do­wym pismem napi­sano: "Poda­nie".

- Dosyć, Simo, ze wszyst­kimi poda­niami to jutro, dzi­siaj czas iść spać - powie­dział Zaj­cew, wsta­jąc. Krze­sło zaskrzy­piało. - Wymę­czył mnie ten dzień. Nie mogę już myśleć.

- To moje poda­nie.

- W spra­wie? - Zaj­cew wytę­żył wzrok: "...na wła­sne żąda­nie". Spoj­rzał znowu na Sie­ra­fi­mowa.

- Żar­tu­jesz?

Wygląd Sie­ra­fi­mowa w pełni zga­dzał się z jego nazwi­skiem - było w nim coś pas­chal­nego. Błę­kitne oczy i deli­katne rumieńce były jed­nak zwod­ni­cze. Sie­ra­fi­mow prze­niósł się do bry­gady przed pię­cioma laty. W ciem­nych ulicz­kach Lenin­gradu sły­chać było jesz­cze wtedy wystrzały, a ban­dyci pano­szyli się wszę­dzie. Sie­ra­fi­mow odsie­dział swoje, szy­ku­jąc obławy, i nie stro­nił od ban­dyc­kich kul.

Zaj­cew prze­czy­tał poda­nie. Rzu­cił kartkę na stół.

- Simo, ty się chyba ciutkę prze­pra­co­wa­łeś. To się zda­rza. Nie ma co od razu wypi­sy­wać podań. No, zabie­raj. Idź, wyśpij się. Nie widzia­łem tego.

Ale Sie­ra­fi­mow zła­pał go za ramię:

- Ja na serio, Wasiu.

Zaj­cew nie miał jesz­cze trzy­dziestki. Jak pra­wie wszy­scy w wydziale śled­czym lenin­gradz­kiej mili­cji. Ale w tym przy­padku wła­śnie rok czy dwa zna­czyły wię­cej niż gdzie indziej dzie­sięć lat. Zaj­cew był "tym sław­nym" śled­czym Wasi­li­jem Zaj­cewem. Towa­rzy­szem Zaj­cewem. I tylko dla swo­jej dru­giej bry­gady pozo­sta­wał Wasią.

- Simo, bra­kuje nam ludzi. Mar­tyszka całe noce spę­dza na obser­wa­cji, a rano rusza pro­sto na wezwa­nia. Kracz­kin robi zdję­cia, cho­ciaż powi­nien w tym cza­sie prze­słu­chi­wać sąsia­dów, a ty chcesz się zwol­nić?

Wyraz twa­rzy Sie­ra­fi­mowa go zdzi­wił.

- Ja na serio - powtó­rzył cicho Sie­ra­fi­mow.

Zaj­cew spoj­rzał na niego: tak, wygląda na to, że tak.

- No sia­daj, Simo. Sia­daj.

Zaj­cew zamknął drzwi gabi­netu, odci­na­jąc siną mackę dymu tyto­nio­wego kłę­bią­cego się w kory­ta­rzu. Sie­ra­fi­mow opadł na kanapę z ciem­nej sztucz­nej skóry - wszy­scy nazy­wali ją "dia­bel­ską", bo była wła­ści­wie nie­znisz­czalna. Zaj­cew usiadł na para­pe­cie. Okno było otwarte na oścież. Sły­chać było cichy, rów­no­mierny plusk fal ude­rza­ją­cych o gra­ni­towe nabrzeże. Od Fon­tanki pach­niało naraz zgni­li­zną i świe­żo­ścią.

- Wasiu, szkoda two­jego czasu. Sprawa jest zamknięta - zaczął smutno Sie­ra­fi­mow.

Spod lichej mary­narki wysta­wał przy­pięty pisto­let. Kiedy patrzyło się na Sie­ra­fi­mowa z jego locz­kami, oczkami i policz­kami, pisto­let mógł się wyda­wać dzie­cięcą zabawką.

- Jak zde­cy­do­wa­łeś, tak zde­cy­do­wa­łeś. Nie będę się kłó­cił. Jesteś dużym chłop­cem. Po pro­stu mnie to cie­kawi. I dokąd pój­dziesz? Zosta­niesz motor­ni­czym? Urzęd­ni­kiem? Czy zna­la­złeś sobie dziew­czynę, co chce wyjść za księ­go­wego? Byle tylko bez noc­nych dyżu­rów i całego tego podej­rza­nego ele­mentu?

Sie­ra­fi­mow wstał. Pod­szedł do okna. Wska­zał oczami na zamknięte drzwi. Zaj­cew zesko­czył z para­petu i zamknął okno.

- Wszy­scy pomy­ślą, że to na wła­sne życze­nie. Czy­ścić mnie będą - wyja­śnił cicho Sie­ra­fi­mow.

- Aha? - zdzi­wił się Zaj­cew. - I co takiego ta komi­sja będzie czy­ścić w twoim życio­ry­sie? Że zosta­łeś ranny pod­czas obławy? Że ryzy­ku­jąc wła­sne życie, wynio­słeś spod ban­dyc­kich kul jed­nego ze swo­ich towa­rzy­szy Gowo­rusz­kina? Czy że nie dosy­pia­łeś po nocach? Wszy­scy znają twoją bio­gra­fię, Simo. A tacy ludzie jak ty są w wydziale na wagę złota.

- Łatwo ci mówić! - zawo­łał ze zło­ścią Sie­ra­fi­mow.

- A niby dla­czego? Co nas różni?

- Dla cie­bie to wszystko jest prost­sze.

- A co dla cie­bie jest tu trudne?

W tym momen­cie zadzwo­nił tele­fon. Zaj­cew pod­niósł słu­chawkę i dał Sie­ra­fi­mo­wowi znak ręką: cze­kaj.

- Zaj­cew przy tele­fo­nie. Zapi­suję. Aha. Dzię­kuję.

Przez cały ten czas Sie­ra­fi­mow patrzył zagnie­wany w okno. Zaj­cew odwie­sił słu­chawkę. Oży­wił się.

- Cie­kawa sprawa. Sąsiadka Bara­no­wej dzwo­niła wła­śnie, żeby powie­dzieć, że coś jej się przy­po­mniało. Chcia­łaby się jutro spo­tkać i poroz­ma­wiać.

Zaj­rzał do teczki:

- Olga Zabot­kina. Hm, nauczy­cielka muzyki. Dobrze. Inte­li­gentne stare panny obser­wują swoje sąsiadki i ich absz­ty­fi­kan­tów znacz­nie uważ­niej, niż się wszyst­kim wydaje.

Sie­ra­fi­mow nie podzie­lał jego entu­zja­zmu.

- Co tu jest trudne!? - powtó­rzył sar­ka­stycz­nie. - Wszystko! Mam spe­cy­ficzne pocho­dze­nie.

- A co jest z nim nie tak? - Zaj­cew zdą­żył już wła­ści­wie zapo­mnieć, o czym roz­ma­wiali. Cał­ko­wi­cie pochło­nęło go myśle­nie o Oldze Zabot­ki­nie.

Postu­kał pli­kiem zdjęć o stół, wyrów­nał. Zawią­zał teczkę z aktami sprawy.

- Mam ojca księ­dza.

- Sie­ra­fi­mow, prze­cież nie ukry­wa­łeś swo­jego pocho­dze­nia przed wła­dzą radziecką. Wypeł­ni­łeś ankietę zgod­nie z prawdą - Zaj­cew wło­żył teczkę w głąb sejfu - kiedy wstę­po­wa­łeś do mili­cji. Niech boją się ci, któ­rzy mają coś do ukry­cia.

- Wtedy! Wtedy to nie miało zna­cze­nia. A teraz ma. Wyczysz­czą mnie, Wasiu, wyczysz­czą mnie stąd. Dadzą wil­czy bilet. Wtedy to mnie nikt nawet na motor­ni­czego nie weź­mie. Wtedy mogą i z mia­sta ode­słać. Za sto pierw­szy kilo­metr. Jako ele­ment anty­ra­dziecki. Klasę wrogą ustro­jowi sowiec­kiemu. A jeśli odejdę teraz sam, to potem nikt mi nie będzie zada­wał pytań. Zostanę choćby i eks­pe­dien­tem, choćby i mecha­ni­kiem.

Sie­ra­fi­mow prze­stra­szył się, że oczy zacho­dzą mu łzami. Było mu szkoda samego sie­bie. Nie­spra­wie­dli­wość bolała.

Zaj­cew nie­prze­rwa­nie patrzył przed sie­bie weso­łymi chłod­nymi oczyma. Tyle że w tej chwili były bar­dziej chłodne niż wesołe.

- Nie ma co się tak przej­mo­wać, Simo.

Czyli: nie powstrzy­mał łez. Sie­ra­fi­mow się odwró­cił.

- Kiedy to boli, Wasiu - wydu­sił z sie­bie. - Co ma do tego mój tato?

- No co ty, chło­paku, co jest? Niech inni się przej­mują. Ci, któ­rzy dopusz­czają się nie­go­dzi­wo­ści. Powiem ci tak - odpo­wie­dział Zaj­cew. - Pocho­dze­nie masz jedno, mili­cyjne, naj­bar­dziej radziec­kie z radziec­kich. I kropka. - Zaj­cew dostrzegł, że na Sie­ra­fi­mo­wie nie zro­biło to wra­że­nia. - Posłu­chaj, Simo. Przy­szedł mi do głowy taki pomysł. Szar­pać się z towa­rzy­szami z komi­sji nie ma po co. Oni nie rozu­mieją spe­cy­fiki naszej pracy. A tłu­ma­czyć im tego nie ma kiedy.

Sie­ra­fi­mow spoj­rzał na niego z nadzieją.

Zaj­cew po raz kolejny przy­ci­snął pal­cami powieki. Tym razem ból w skroni nie znik­nął.

- Zobacz, ja ci w tej chwili wypi­szę na maszy­nie roz­kaz. Towa­rzy­szu Sie­ra­fi­mow, uda­je­cie się w dele­ga­cję.

Zaj­cew dorzu­cił coś jesz­cze:

- Dzie­lić się doświad­cze­niem z miej­sco­wymi towa­rzy­szami. Czy zada­nie jest jasne?

Na policzki Sie­ra­fi­mowa powoli powra­cały pas­chalne rumieńce.

- Tak jest.

- A kiedy wró­cisz, nie wia­domo. Poczysz­czą sobie, coś tam wyczysz­czą, i do widze­nia. Pociąg odje­chał. Zro­zu­miano, towa­rzy­szu Sie­ra­fi­mow?

- Zro­zu­miano. A dokąd?

- Co "dokąd"?

- Dokąd jadę?

Zaj­cew się zamy­ślił.

- Do Kijowa może? Mówią, że to dziwne mia­sto.

- Może być do Kijowa.

Zaj­cew z trza­skiem wło­żył kartkę do swo­jego reming­tona, zaczął ude­rzać pal­cem w kla­wi­sze. Litery odska­ki­wały ze stu­ko­tem. Wia­do­mość do towa­rzy­szy z Kijowa była krótka. Zaj­cew pokrę­cił wał­kiem, wycią­gnął kartkę i nakre­ślił na niej zama­szy­sty pod­pis.

- Ogar­nij tylko jutro wszyst­kie druczki, to wypi­szą ci bilety. Tę czystkę będziemy mieć...

Zaj­cew prze­wró­cił kartkę w kalen­da­rzu na stole.

- O pro­szę. O jede­na­stej. A więc równo o ósmej rano załatw wszyst­kie for­mal­no­ści i w drogę.

- A...?

- A ja pójdę na tę czystkę zamiast cie­bie. Niech mnie czysz­czą, jeśli mają ochotę. Mam wzo­rową pro­le­ta­riacką bio­gra­fię. Nie ma w co zaglą­dać. No chyba że w spodnie.

Sie­ra­fi­mow otwo­rzył usta, ale zanim wydo­było się z nich "dzię­kuję", Zaj­cew się skrzy­wił.

- Dzię­kują to dziew­częta za kwiaty.

Sie­ra­fi­mowa zatkało.

- Z przy­jem­no­ścią posie­dzę z nimi zamiast cie­bie. Dam nogom odpo­cząć. No dosyć, pora spać!

2

Zaj­cew zdzi­wił się nieco, że przy­nie­siono tu z kost­nicy meta­lowe stoły na kół­kach. Bul­go­ta­nie wielu gło­sów odbi­jało się od malo­wa­nych ścian z por­tre­tami wodzów i od wyso­kich sufi­tów. Zaj­cew zro­zu­miał, że wła­śnie to jest ta cała czystka. Komi­sja sie­działa za sto­łem. Zaj­cew dostrzegł towa­rzy­szy z pozo­sta­łych bry­gad. Tusza Kop­tiel­cewa zwra­cała uwagę. Zaj­cew poszu­kał wzro­kiem swo­ich. Zoba­czył Samoj­łowa i Mar­ty­nowa, i sta­rego Kracz­kina, a nawet opie­kuna mili­cyj­nego psa - nie mógł sobie tylko przy­po­mnieć jego nazwi­ska. I Sie­ra­fi­mowa. "A ty czemu nie wyje­cha­łeś?" - zapy­tał. Ani Samoj­łowa, ani Mar­ty­nowa, ani Sie­ra­fi­mowa nie dzi­wiły meta­lowe stoły. Nie dzi­wiła ich też ta nie­zno­śna lampa pod sufi­tem, która świe­ciła ostrym, wście­kłym świa­tłem pro­sto w oczy. Kracz­kin - ten się w ogóle ni­gdy niczemu nie dzi­wił. Nagle Zaj­cew zdjął kami­zelkę. Opu­ścił szelki. Ze zgrozą dotarło do niego, że zaczął się roz­bie­rać. Ze zdu­mie­wa­jącą, nie­po­jętą szyb­ko­ścią i łatwo­ścią. Hop, i już opa­dły na pod­łogę saty­nowe majtki. Wyszedł z nich, otrze­pu­jąc nogę. I się obu­dził.

W pokoju pano­wał rześki poranny pół­mrok. "Do dia­bła, pospa­łem tylko godzinę, może dwie" - zauwa­żył Zaj­cew. Szkoda. I nagle to zoba­czył: ogromna cienka paję­czyna na sufi­cie mie­niła się meta­licz­nym bla­skiem. A potem zaczęła się cicho osu­wać. I zanim go dotknęła, Zaj­cew zro­zu­miał, że nie jest lekka i lepka, ale twarda i ostra. I wtedy obu­dził się na dobre, z ser­cem walą­cym w piersi i zmiętą poduszką w dło­niach. Niskie jesz­cze słońce zaglą­dało przez okno. Oczy­wi­ście to przez nie ta lampa poja­wiła się w jego śnie. Świa­tło roz­le­wało się po bia­łym, zdo­bio­nym sztu­ka­te­rią sufi­cie: gip­sowe szcze­liny wypeł­niał kurz, jego nie­prze­mi­ja­jący cień przy­da­wał reszt­kom daw­nego luk­susu jesz­cze więk­szego wyrazu. Innych luk­su­sów w pokoju Zaj­cewa nie było.

Zaj­cew wycią­gnął rękę, wziął z tabo­retu zmiętą paczkę, wyjął papie­rosa, postu­kał nim o pudełko, dmuch­nął, wło­żył do ust. I zaraz wyjął. Przy­po­mniał sobie, że wczo­raj rzu­cił. Latem zawsze tak lekko się wstaje. Zaj­cew odkrył koł­drę.

Darły się wró­ble. Letni lenin­gradzki pora­nek odpa­lił już sil­nik. I tur­ko­tał po uli­cach, trą­biąc na różne spo­soby. Czarne wąsy budzika uło­żyły się w odwró­cone "v". Z kory­ta­rza dobie­gał głos radia.

Zaj­cew wysu­nął szu­fladę komody. Ubrał się. Mimo­cho­dem wepchnął napo­czętą paczkę papie­ro­sów pod komodę: żal wyrzu­cić, a tak przy­naj­mniej w oczy nie kłuje. Wysu­nął drugą szu­fladę. Pasza sta­ran­nie uło­żyła resztę w meta­lową pira­midkę i poło­żyła ją na bloczku kar­tek, które zostały z zaku­pów. Obok leżały brą­zowe papie­rowe kule z wczo­raj­szymi zdo­by­czami. Zaj­cew sze­le­ścił pod­czas spraw­dza­nia: her­bata, kawa, cukier. W sza­rawą płó­cienną chu­s­teczkę owi­nięto kawał ciem­nego chleba.

Dla wszyst­kich w ich komu­nałce, dla wszyst­kich na pię­trze, dla całej klatki, dla całego ich podwórka i dla całego dru­giego podwórka studni, połą­czo­nego z pierw­szym łukiem bramy, dla całej kamie­nicy, gdzie - jeśli wie­rzyć pogło­skom - przed rewo­lu­cją miesz­kała jej wła­ści­cielka, wspa­niała śpie­waczka roman­sów Wial­cewa, a gdzie teraz mieszka zwy­czajna klasa pra­cu­jąca, dla całej kamie­nicy była, oczy­wi­ście, cio­cią Paszą. A nawet - Paszką. Pasza - nie­młoda, potężna herod-baba z wielką bla­szaną odznaką na far­tu­chu - w let­nie i jesienne poranki wyma­chi­wała kol­cza­stą mio­tłą, a zimą i wio­sną skro­bała podwó­rze łopatą i posy­py­wała je pia­skiem. W cza­sie wol­nym od zajęć służ­bo­wych Pasza szyła na maszy­nie, nad­usza­jąc ryt­micz­nie masyw­nymi nogami żela­zny kwa­dra­towy pedał z napi­sem "Sin­ger".

A do tego jesz­cze pro­wa­dziła Zaj­ce­wowi jego mizerne kawa­ler­skie gospo­dar­stwo.

Śled­czy Zaj­cew, pra­cow­nik wydziału śled­czego lenin­gradz­kiej mili­cji, nie miał bowiem czasu na jakie­kol­wiek życie codzienne. Odda­wał Paszy pie­nią­dze i kartki, a ona wkła­dała zakupy do szu­flady w jego komo­dzie. W dru­giej z szu­flad mie­ściła się cała let­nia gar­de­roba Zaj­cewa. W trze­ciej, dol­nej - cała zimowa. Dla wygody Zaj­cew dał Paszy klucz do swo­jego pokoju. Nie było tu czego ukraść, oprócz żela­znego cię­żarka do ćwi­czeń w jed­nym kącie pomiesz­cze­nia i wytar­tego fotela w dru­gim. Z fotela wysta­wało sztywne koń­skie wło­sie. W ich kamie­nicy miesz­kali ludzie nic nie­zna­czący i bar­dzo, bar­dzo biedni. Ale nawet ich nie mógł raczej sku­sić ani cię­ża­rek, ani fotel. Zaj­cew był zado­wo­lony z takiego układu.

W kuchni z dzie­się­cioma kuchen­kami i dzie­się­cioma róż­nymi sto­łami Zaj­cew zapa­rzył sobie kawy. Odkroił grubą pajdę chleba, posy­pał cukrem.

- I co, towa­rzy­szu Zaj­cew, wciąż jesz­cze nie spra­wi­łeś sobie żony? Ni­gdy nie zjesz nic cie­płego. - Sąsiadka Katka stuk­nęła patel­nią o płytę kuchenki i rzu­ciła na naczy­nie kawał masła. Wple­cione we włosy wałki miała przy­kryte szy­fo­nową apaszką. Katka nie lubiła cho­dzić przy sąsia­dach "nie­ubrana": była inte­li­gentną kobietą, damą, pra­co­wała jako księ­gowa w fabryce imie­nia Nad­ieżdy Krup­skiej.

- Dzień dobry, Kata­rzyno Jego­rowno.

Na maśle zaskwier­czały jajka. W pokoju cze­kali na nie mąż Katki i jej córeczka stu­dentka. Córeczka zamie­rzała odciąć się od swo­ich korzeni i zostać pra­wie że ary­sto­kratką - tech­ni­kiem den­ty­stycz­nym.

- I czego te dziew­czyny teraz chcą? Kawa­ler z was ani brzydki, ani krzywy, z miesz­ka­niem, z pen­sją, kartki ma ofi­cer­skie. Tylko brać.

- Miłego dnia, Kata­rzyno Jego­rowno.

Był to ich zwy­kły poranny rytuał. Każdy trzy­mał się w nim raz wybra­nej roli. Katka grała swoją zupeł­nie bez­in­te­re­sow­nie: córeczka stu­dentka miała już narze­czo­nego.

Kiedy Zaj­cew patrzył na Katkę, zawsze się dzi­wił: jak ci ludzie znaj­dują sobie mał­żon­ków? Jak ktoś mógł dopa­trzyć się w niej swo­jego naj­uko­chań­szego cię­żaru? No a prze­cież ktoś wziął tę Kata­rzynę Jego­rownę za żonę, ma jakie­goś męża. "Rozumu się w tym nie doszu­kasz - myślał Zaj­cew, żując chleb. - Podej­mują decy­zje. Biorą śluby. Tar­gają do miesz­kań pry­musy i mate­race, a póź­niej łóżeczka dla dzieci i wanienki. Wiją sobie gniazda. Ta strona ludz­kiego życia była dla niego nie­wy­obra­żalna. I jesz­cze te wszyst­kie rytu­ały. Wyj­ścia na tańce. A póź­niej zawsze ta męska mary­narka zarzu­cona na dam­skie plecy i nie­koń­czące się bul­wary nad Newą w cha­rak­te­rze deko­ra­cji. I te wier­szyki, kwia­tuszki..." Zaj­cew się skrzy­wił. Strzep­nął okru­chy i wlał w sie­bie resztę kawy naraz.

- Co, towa­rzy­szu Zaj­cew, her­bata wysty­gła? - Sąsiad Pałycz zdra­dził swoją obec­ność i wszedł do kuchni. - A ja wła­śnie nie­dawno kupi­łem. Trawą sma­kuje. Patrzę, a tam wszyst­kiego namie­szali. Her­baty rap­tem dwa­dzie­ścia pro­cent.

Pałycz nie potrze­bo­wał part­ne­rów do roz­mowy. Cza­sami wyda­wało się, że domow­nicy celowo wysy­łają go do kuchni, aby dać uszom odpo­cząć od jego bzy­cze­nia.

- Sam łopian, a nie tam her­bata.

- Piję kawę - powie­dział Zaj­cew.

W świe­cie, w któ­rym zabito Fainę Bara­nową - zabito z zimną krwią, nie­po­trzeb­nie i bar­ba­rzyń­sko - nie było miej­sca na bukie­ciki ani tańce. Nie było po pro­stu wol­nej prze­strzeni w mózgu, gdzie dałoby się o takich rze­czach myśleć.

Dziwna sprawa Fainy Bara­no­wej pochło­nęła Zaj­cewa bez reszty.

W kory­ta­rzu zaro­iło się już od sąsia­dów, do łazienki usta­wiła się kolejka miesz­kań­ców z ręcz­ni­kami i mydłem w rękach. Zaj­cew zatrza­snął drzwi i wyszedł na nabrzeże rzeki Mojki. Pasza zamio­tła już je kol­cza­stą mio­tłą: na ziemi widać było koli­ste smugi. W gazo­nie przed domem już dawno nikt niczego nie zasa­dził.

Zaj­cew zauwa­żył tram­waj zawra­ca­jący na placu Isa­aki­jew­skim, przy­spie­szył, pod­sko­czył w biegu i zawisł na stop­niu. Tram­waj wiózł go przez naj­pięk­niej­sze z miast, w któ­rym więk­szość ludzi żyła brzyd­kim, brud­nym i bied­nym życiem. Żarli się ze sobą jak psy po kuch­niach komu­na­łek. Wśród wil­goci, zadu­chu i bała­ganu odpo­czy­wali po nud­nej i wykań­cza­ją­cej pracy. Godzi­nami stali w kolej­kach po obrzy­dliwe jedze­nie, które nazy­wano tu "arty­ku­łami spo­żyw­czymi". Z tru­dem oszczę­dzali, a to na parę pan­to­fli, a to na weł­niany gar­ni­tur. Z nędz­nych pen­sji musieli wyku­py­wać pań­stwowe obli­ga­cje. Psuli oczy na nie­koń­czą­cych się zebra­niach par­tyj­nych. Pomimo tego wszyst­kiego z poran­kiem było jed­nak Lenin­gra­dowi do twa­rzy. Świa­tło mie­niło się w oknach i na szpi­cach dachów.

Mimo wcze­snej pory i wciąż jesz­cze zamknię­tych skle­pów naj­dłuż­sza z lenin­gradz­kich kole­jek wiła się nie­spo­koj­nie przed skle­pem mono­po­lo­wym. Maja­czyły w niej zmę­czone twa­rze. Na widok tej kolejki Zaj­ce­wowi przy­po­mniało się stare rosyj­skie wyra­że­nie "zie­lony wąż". Dawno temu w Rosji na każdy alko­hol mówiło się "zie­lone wino". A tro­chę póź­niej zarówno wódkę, jak i sam alko­holizm nazwano na cześć ich zgub­nych skut­ków "zie­lonym wężem".

Na pro­spek­cie 25 Paź­dzier­nika Zaj­cew zesko­czył.

3

Mie­dzia­nej tabliczki "F. Bara­nowa" nie odkrę­cono jesz­cze od drzwi wej­ścio­wych. Obok niej przy­cze­piona była kar­teczka z ręcz­nym dopi­skiem "dwa krót­kie". Drzwi były upstrzone tablicz­kami z nazwi­skami wszyst­kich miesz­kań­ców i wska­zów­kami, jak do kogo dzwo­nić. Każda z tabli­czek na swój spo­sób odda­wała cha­rak­ter wła­ści­ciela. Wszyst­kie razem wyglą­dały pstro­kato.

"Zabot­kina" - gło­sił napis olejną farbą na pro­sto­kąt­nym kawałku dykty. Zaj­cew wci­skał dzwo­nek zgod­nie ze wska­zówką. Dwa dłu­gie i jeden krótki. I wymy­ślił przy oka­zji żart - zapy­tać nauczy­cielkę muzyki, dla­czego aku­rat to, a nie coś trud­niej­szego.

Drzwi otwo­rzyła mu Zabot­kina we wła­snej oso­bie.

- Czy jeste­ście z mili­cji, towa­rzy­szu? - zapy­tała z naboż­nym prze­stra­chem.

Zaj­cew posta­no­wił nie żar­to­wać. Zabot­kina miała figurę przy­po­mi­na­jącą wielką, bladą, nie­doj­rzałą gruszkę. Nieco potar­gane włosy zebrane były w kok. Za okrą­głymi oku­la­rami Zaj­cew dostrzegł rybie oczy i odno­to­wał nie­zbyt szczę­śliwe podo­bień­stwo do towa­rzyszki Krup­skiej.

- Zaj­cew, śled­czy.

- Niech towa­rzysz wej­dzie. - Głos Zabot­kiny był cichy i nie­pewny jak ona sama.

Od razu usły­szał pokój Zabot­kiny. Nie­wprawne dźwięki utworku Dla Elizy nio­sły się przez ciemny kory­tarz aż do drzwi wej­ścio­wych. Towa­rzyszka Zabot­kina wpu­ściła Zaj­cewa do kory­tarza, po któ­rym snuła się rów­nież Eliza. Gospo­dyni tajem­ni­czym szep­tem dodała:

- Od razu wie­dzia­łam, że to wy.

Na drzwiach do pokoju Bara­no­wej wisiała zawie­szona wczo­raj brą­zowa pie­częć na sznurku. Zaj­cew się odwró­cił.

Więk­szą część pokoju Zabot­kiny zaj­mo­wało pia­nino. Narzę­dzie tor­tur. Kolejna ofiara miała jakieś dzie­sięć lat. Dziew­czynka roz­pro­sto­wy­wała palce. Na krótko obcię­tych wło­sach za pomocą bli­żej nie­zna­nej siły fizycz­nej trzy­mała się ogromna kokarda.

- Walu, opuść łok­cie - wydała krót­kie pole­ce­nie nauczy­cielka, spo­glą­da­jąc na Zaj­cewa z prze­stra­chem.

On dał gestem znak, że "spo­koj­nie, spo­koj­nie". Roz­glą­dał się, gdzie by tu usiąść. Zabot­kina szybko ścią­gnęła z tap­czanu podłużną poduszkę. Zaj­cew usiadł i wtedy zro­zu­miał, że to żaden tap­czan, ale nakryty dywa­ni­kiem kufer.

Drugi dywa­nik był zawie­szony na ścia­nie nad nim. Dziew­czynka pomy­liła się, pokrę­ciła głową, na powrót pod­jęła zgu­bione oczko melo­dii. Pod wpły­wem dźwię­ków, mia­ro­wych jak kro­ple, Zaj­cew odniósł wra­że­nie, że letni pora­nek za oknem ustą­pił miej­sca jesien­nemu wie­czo­rowi. Skro­nie natych­miast zaczęły mu cią­żyć. Nauczy­cielka cicho dawała uwagi.

Wresz­cie ofiara z łosko­tem odsu­nęła sto­łek i zaczęła skła­dać nuty do czer­wo­nej teczki ze zło­tym klu­czem wio­li­no­wym.

- O, teraz mogę roz­ma­wiać - powie­działa Zabot­kina tym samym cichym, nie­pew­nym gło­sem. Usia­dła na stołku obro­to­wym ple­cami do instru­mentu, na kola­nach poło­żyła wiel­kie białe ręce.

Zaj­cew pomy­ślał, że musi mieć zimne i wil­gotne dło­nie. Jak­byś doty­kał jakie­goś mor­skiego stwo­rze­nia.

- Co na to sąsie­dzi? Nie skarżą się na muzykę? - spy­tał z uśmie­chem.

- Nie. My tu żyjemy zgod­nie - zapro­te­sto­wała Zabot­kina, spo­glą­da­jąc na niego przez okrą­głe oku­lary.

"Coś za czę­sto to powta­rzają" - pomy­ślał Zaj­cew.

- Pocieszna ta Wala. A jakich uczniów macie wię­cej, chłop­ców czy dziew­czy­nek? - zapy­tał z uprzej­mo­ści.

Zabot­kina spoj­rzała na niego zakło­po­tana.

- Musia­ła­bym spraw­dzić w notat­kach - odpo­wie­działa zupeł­nie serio. Pode­rwała się.

- Nie trzeba! Ja tylko tak, z cie­ka­wo­ści.

Uśmiech­nął się po raz kolejny. Nauczy­cielka nie odpo­wie­działa na uśmiech. Na jej twa­rzy było widać raczej coś przy­po­mi­na­ją­cego panikę.

- Dzwo­ni­li­ście i mówi­li­ście, że przy­po­mniało się wam coś waż­nego - zasu­ge­ro­wał deli­kat­nie Zaj­cew.

Jej twarz się oży­wiła. Oczy bły­snęły roz­sąd­nie i rze­czowo.

- Tak. A raczej nie, nie przy­po­mniało mi się. Pamię­ta­łam o tym od samego początku. Tylko pyta­nie było źle sfor­mu­ło­wane.

- Jakie pyta­nie?

- Wasz kolega spy­tał, czy nic nie zgi­nęło. Ten z prze­krwio­nymi oczami.

Mar­ty­now, Zaj­cew sko­ja­rzył od razu, nie trzeba go było cią­gnąć na oglę­dziny.

- A zgi­nęło?

- Nie - odpo­wie­działa szybko Zabot­kina. - Wydaje mi się, że nie. O ile wiem, nie.

- Macie dobre roze­zna­nie w wypo­sa­że­niu pokoju Bara­no­wej?

- Myślę, że tak. Faina jest bar­dzo kole­żeń­ska. Była. Lubiła zapra­szać do sie­bie na her­batę. Albo po pro­stu posie­dzieć i poroz­ma­wiać. Przy robótce.

- Pasjo­no­wały ją robótki ręczne?

- Nie ją. Mnie. I nawet nie pasjo­nują. Ja tylko tak, cza­sami. Dla odpo­czynku. - Nauczy­cielka znowu spoj­rzała z prze­stra­chem. Jakby nagle odkryła, że stoi w samym środku bagna.

- Dla­czego stwier­dzi­li­ście, że pyta­nie było źle sfor­mu­ło­wane? - Zaj­cew ostroż­nie pró­bo­wał spro­wa­dzić ją na wła­ściwy tor.

- Nie cho­dzi o to, co zgi­nęło. Ale co się poja­wiło! - Zabot­kina aż się lekko zaru­mie­niła.

- W jakim sen­sie?

- Faina była bar­dzo spo­koj­nym, nor­mal­nym czło­wie­kiem - zaczęła jakby zupeł­nie od rze­czy. Zaj­cew jej nie prze­ry­wał. - I nagle ta zasłonka. Tam takiej nie było. I sukienka. Faina takiej nie miała. I mio­tełka!

- Może kupiła te rze­czy? - zapro­po­no­wał Zaj­cew. - A wy nie zauwa­ży­ły­ście.

- Nie! - pra­wie krzyk­nęła. - Pro­szę wyba­czyć, ale nie. Za nic w świe­cie nie kupi­łaby cze­goś takiego! Faina nie lubiła rze­czy krzy­kli­wych.

- Mogła je prze­cież otrzy­mać w pre­zen­cie, co sądzi­cie? Ludzie nie zawsze znają gust tego, kogo chcą obda­ro­wać. Mogli jej to poda­ro­wać, na przy­kład, współ­pra­cow­nicy. Czy mogło tak być?

Zabot­kina odważ­nie spoj­rzała mu w oczy i powie­działa pra­wie wojow­ni­czo:

- Ona ni­gdy nie wnio­słaby cze­goś takiego do domu.

- Rozu­miem - zgo­dził się chęt­nie Zaj­cew.

"To zupeł­nie moż­liwe, że ona ma rację. Ale w takim wypadku to jakiś non­sens" - pomy­ślał.

Nagle Zabot­kina się oży­wiła.

- A wie­cie, trzeba by spy­tać wuj­cia Gri­szę.

- A kto to taki?

- Nasz sąsiad, Gri­go­rij Michaj­ło­wicz Oku­niew. Bar­dzo dobry czło­wiek.

"I żyją sobie tu zgod­nie, aha" - pomy­ślał Zaj­cew.

- Pomaga wszyst­kim sąsia­dom! - Zabot­kina jakby usły­szała jego myśli. To miesz­ka­nie, w któ­rym wszy­scy żyją zupeł­nie zgod­nie, teraz już zupeł­nie nie podo­bało się Zaj­ce­wowi. - Na pewno pomógłby Fainie powie­sić taką zasłonkę.

- Jak to, nie dałaby rady sama? - zdzi­wił się Zaj­cew, pro­wo­ku­jąc kobietę do dal­szych zwie­rzeń.

- No co też wy! Jej się strasz­nie krę­ciło w gło­wie, nawet jak stała na tabo­re­cie! Mówię wam tak, jak było. Pro­szę zoba­czyć, jakie mamy wyso­kie okna. Trzeba brać nie tabo­ret, ale dra­binę ze stry­chu, żeby umyć takie okno. A żeby dosię­gnąć kar­ni­sza, to już tym bar­dziej.

- Dzię­kuję wam za to spo­strze­że­nie. Zdaje się, że będę musiał was jesz­cze raz odwie­dzić, żeby poroz­ma­wiać z Gri­go­ri­jem Michaj­ło­wi­czem, jak już wróci z pracy.

- Ależ to eme­ryt! - powie­działa ucie­szona Zabot­kina. - Przy­no­szą mu do domu naj­róż­niej­sze rze­czy do naprawy. To złota rączka. Pro­szę za mną, od razu was przed­sta­wię. - Zabot­kina pode­rwała się z miej­sca z nie­ocze­ki­waną spraw­no­ścią. - Pro­szę za mną! Tylko pro­szę mówić gło­śno. Jest troszkę głu­chawy.

"Przy­naj­mniej jed­nemu muzyka na pewno nie prze­szka­dza - zauwa­żył w duchu Zaj­cew. - I pew­nie dla­tego żyją w takich ser­decz­nych sto­sun­kach".

Oku­niew miesz­kał na samym końcu kory­ta­rza. W wąskim pokoju z jed­nym oknem. Pomiesz­cze­nie było wydzie­lone z dru­giego, znacz­nie więk­szego. Orna­ment na sufi­cie uci­nała ściana sąsia­dów. Z powodu natłoku róż­nego żela­stwa pokój Oku­niewa wyda­wał się jesz­cze mniej­szy. Zaj­cew z początku w ogóle nie zauwa­żył gospo­da­rza. Dostrze­gł­szy go, roz­po­znał w nim leśnego dziadka.

- Ha? - dopy­ty­wał Oku­niew, patrząc śled­czemu nie w oczy, ale na usta.

"Nie­wąt­pli­wie głu­chawy" - odno­to­wał Zaj­cew. Wczo­raj nie krę­cił się mię­dzy nogami umyśl­nie, po pro­stu nie sły­szał, że się go prze­ga­nia.

Krzy­czeli na zmianę. Dowie­dzieli się od dziadka, że żad­nych zasło­nek z Bara­nową nie wie­szał, ale że pry­mus ow­szem, luto­wał, zda­rzało się. I że w żelazku zamon­to­wał nową rączkę, to też było. Ale zasło­nek to nie, nie wie­szał.

- A jakie zasłony miała Faina Bara­nowa? - zapy­tał Zaj­cew. I dodał: - Wcze­śniej.

- Z plu­szu - odpo­wie­działa Zabot­kina.

- Brą­zowe - powie­dział Oku­niew.

- Brą­zowe - zgo­dziła się Zabot­kina.

I wtedy Oku­niew też potwier­dził:

- Plu­szowe.

- Jasne - pod­su­mo­wał Zaj­cew.

Cho­ciaż nic mu się nie wyja­śniło.

4

Przed czystką zdą­żył jesz­cze tylko przej­rzeć raport z oglę­dzin u Bara­no­wej. Brą­zo­wych zasłon nie było wśród rze­czy zna­le­zio­nych w jej pokoju. Ani plu­szo­wych, ani brą­zo­wych, żad­nych.

Czy zabrał je ten, kto zawie­sił szkar­łatną zasłonę? Czy zro­bił to czło­wiek, który zabił Bara­nową?

Zaj­cew zosta­wił raport i foto­gra­fie na stole, nało­żył w pośpie­chu mary­narkę i pobiegł, aby dać się wyczy­ścić.

Stół w sali posie­dzeń był przy­kryty czer­woną tka­niną. Zaj­cew usiadł i od nie­chce­nia wyszu­ki­wał prze­tar­cia w obru­sie. Zro­biono go ze sta­rej, naj­pew­niej teatral­nej kur­tyny, ale miał w sobie coś rewo­lu­cyj­nego. Bojo­wego nasta­wie­nia jed­nak nie wywo­ły­wał. Długi stół, nakryty aż do ziemi, przy­po­mi­nał raczej nagro­bek.

Człon­ko­wie komi­sji zostali wybrani na zasa­dzie popraw­no­ści kla­so­wej, czyli ina­czej mówiąc, byli zwy­czaj­nymi lenin­gradz­kimi bie­da­kami. Mar­nie jedli, jesz­cze mar­niej żyli i można było to bez trudu wyczy­tać z ich sza­ra­wo­zie­lo­nych zanie­dba­nych twa­rzy. W sła­bym świe­tle elek­trycz­nej lampy, zapa­lo­nej pod sufi­tem nie wia­domo po co w środku dnia, człon­ko­wie komi­sji za nagrob­nym sto­łem mogliby przy­po­mi­nać wam­piry. Gdyby nie widoczny prze­strach całej szóstki.

Zaj­ce­wowi było ich nawet szkoda.

Biedne radziec­kie myszki, po równo boją się mili­cjan­tów, któ­rych przy­szło im czy­ścić, i tych, któ­rzy tę czystkę zor­ga­ni­zo­wali. Ofi­cer z OGPU, radziec­kiej służby bez­pie­czeń­stwa, sie­dział na samym skraju stołu i groź­nie bły­skał ogo­loną czaszką. Nos o mało nie wbi­jał mu się w usta. Na stole przed gepe­usz­ni­kiem - tak wszy­scy o nim myśleli i mówili - leżała błę­kitna ofi­cer­ska czapka z dasz­kiem. Jej czer­wona gwiazda spo­glą­dała na salę, na publicz­ność. Potwór, który widzi wszystko.

Zaj­cew sie­dział obok stołu, na krze­śle wysu­nię­tym nieco do przodu. Na czystkę spę­dzono wszyst­kich, któ­rzy się nawi­nęli. Od śled­czych po dziew­częta z biura maszy­no­pi­sów. W spo­koju zosta­wiono tylko dyżur­nych. Ktoś prze­cież powi­nien odpo­wia­dać na tele­fony.

Od dziew­cząt czuć było cie­ka­wość i per­fumy. Pozo­stali zło­ścili się po cichu. Za drzwiami cze­kała masa roboty. Wiel­kie mia­sto nie wci­snęło hamul­ców z oka­zji czystki. Żyło swoim życiem. A więc: kra­dło, napa­dało, wyrzu­cało nie­mow­lęta (dobrze, jeśli na czyjś kory­tarz, a nie pro­sto do Kanału Obwod­nego), ucie­kało z pie­niędzmi z zakła­do­wej kasy oszczęd­no­ści, śmier­tel­nie potrą­cało prze­chod­niów albo nisz­czyło mie­nie publiczne, upi­jało się, dźgało nożami, roz­bi­jało butelki na czy­ichś łbach, tłu­kło baby, ska­kało z lenin­gradz­kich mostów. A także mor­do­wało.

Cze­kały na nich dowody, świad­ko­wie, pro­to­koły, foto­gra­fie z miej­sca prze­stęp­stwa, prze­słu­cha­nia, odci­ski pal­ców.

Wszy­scy nie mogli się docze­kać, kiedy będzie im wolno sobie stąd pójść.

- Towa­rzy­sze, zaczy­naj­cie! - zarzą­dził ofi­cer z OGPU.

"Popatrz, popatrz, jakie szlify" - pomy­ślał Zaj­cew. Sym­bole naszyte na koł­nie­rzyku świad­czyły o nie byle jakiej ran­dze wizy­ta­tora.

Twarz śled­czego nie wyra­żała niczego.

Jeden z człon­ków komi­sji bez­wied­nie się­gnął ręką po karafkę, długo nale­wał wody do nie­do­czysz­czo­nej szklanki, długo pił, spo­glą­da­jąc z zakło­po­ta­niem na każ­dego po kolei.

Pauza nad­mier­nie się prze­cią­gała.

- Pytaj­cie! Macie do tego prawo - zasu­ge­ro­wał gepe­usz­nik.

Jeden z sie­dzą­cych za sto­łem zaczął oczysz­czać gar­dło. Odchrząk­nął, zakasz­lał. Wszy­scy spoj­rzeli na niego z nadzieją. Ale on nie wydał już z sie­bie żad­nego dźwięku. Wycią­gnął brudną chustkę, wytarł nią twarz. I z powro­tem zapa­trzył się na ogrom­nego więd­ną­cego fikusa, któ­rego spe­cjal­nie na tę oka­zję przy­nie­siono z księ­go­wo­ści i umiesz­czono na skraju stołu. Sam fikus patrzył w dawno nie­myte, szare od kurzu okno.

"Nasze pół­nocne lato to kary­ka­tura połu­dnio­wych zim - pomy­ślał Zaj­cew. - Fikus na pewno jest tym zde­gu­sto­wany".

Zaj­cew spró­bo­wał zmie­nić pozy­cję, ale krze­sło pod nim od razu zatrzesz­czało i zaskrzy­piało tak, że cisza stała się jesz­cze głęb­sza.

- A wy, Zaj­cew, wstań­cie. Wstań­cie! Okaż­cie sza­cu­nek wobec postę­po­wa­nia.

Wła­ści­ciel ofi­cer­skiej czapki i szli­fów wyko­nał zgrabny ruch białą dło­nią, jakby wska­zy­wał "do góry". Krze­sło zaskrzy­piało żało­śnie. Zaj­cew wstał z ulgą, poczuł, jakby wbito mu w nogę tysiące igie­łek. Ze swo­jego miej­sca dobrze widział wszyst­kich obec­nych w sali. Malu­jące się na ich twa­rzach zde­ner­wo­wa­nie stop­niowo zmie­niało się w senne otę­pie­nie. Zebra­nia trwały zwy­kle długo, tak samo jak lenin­gradz­kie desz­cze.

- Towa­rzy­szu, wasze imię - zabrzmiał za jego ple­cami czyjś głos.

Zaj­cew się odwró­cił.

- Pro­szę mówić w kie­runku sali - napo­mniał go ten sam cienki pogar­dliwy głos spod fikusa. Gepe­usz­nik przy­wykł do tego, że "czysz­czeni" jąkali się, pocili i krę­cili nie­spo­koj­nie. Nie spodo­bał mu się ten wypro­sto­wany chło­pak, z oczyma jasnymi jak u jakuc­kiej łajki. Spo­glą­dał nimi dum­nie i bez skrę­po­wa­nia. Patrz, nie mam nic do ukry­cia, masz mnie jak na dłoni. A przy tym gepe­usz­ni­kowi wyda­wało się, że chło­pak zerwał mu się z haczyka i znik­nął w głę­bi­nach jak ryba. Czuł to instynk­tow­nie.

"Wytłukę jesz­cze z cie­bie ten honor" - pomy­ślał gepe­usz­nik.

- Zaj­cew Wasi­lij.

- Gło­śniej - zażą­dał gepe­usz­nik. Zdą­żył już zde­ner­wo­wać się na tchórz­liwą komi­sję: parobki. - Ja, na przy­kład, nie wsty­dzę się wypo­wie­dzieć swo­jego imie­nia na głos wobec narodu: Sza­row Niko­łaj Dawy­do­wicz - przed­sta­wił się.

- Bar­dzo mi przy­jem­nie. Zaj­cew! Wasi­lij! - zahu­czał bary­to­nem, że aż echo poszło od sufitu.

- Od razu lepiej, oby­wa­telu Zaj­cew.

Począ­tek był już za nimi. Czy­ści­ciele wyraź­nie się oży­wili.

- Data uro­dze­nia.

Zaj­cew odpo­wie­dział.

- Mów­cie gło­śniej - zażą­dał powtór­nie towa­rzysz Sza­row. Nie liczył już na swo­ich pod­opiecz­nych z komi­sji: na parob­ków. Znowu trzeba wszystko wziąć w swoje ręce.

- Towa­rzy­szu - huk­nął Zaj­cew - kto mnie tu nie sły­szy? Jeśli trzeba, mogę mu to powtó­rzyć pro­sto do ucha.

W jego replice nie było nic zabaw­nego, ale sala par­sk­nęła śmie­chem. Zaj­cew rozu­miał dla­czego. Ile to razy zacza­jali się razem na prze­stęp­ców, cho­dzili pod ban­dyc­kie noże, cho­wali zabi­tych towa­rzy­szy. Tutaj nikt swo­jego nie wyda. Nikomu. I ten ścier­wo­jad gepe­usz­nik to wie. Zaj­cew brzy­dził się tymi posie­dze­niami orga­ni­zo­wa­nymi na pokaz: posłu­chali i zde­cy­do­wali, czy­ścili i wyczy­ścili. Strata czasu, nic ponadto. Miał przed sobą same młode twa­rze. Nikt nie miał wię­cej niż trzy­dzie­ści lat.

Nie śmiali się z żartu. Poka­zy­wali zęby nie­pro­szo­nemu gościowi. A gość zro­zu­miał.

- Wy, Zaj­cew, odpo­wia­daj­cie na pyta­nia. Jak nie chce­cie pra­co­wać w radziec­kiej mili­cji, to może­cie być klau­nem w cyrku na Fon­tance.

- A jakie było pyta­nie?

Od tego momentu zgro­ma­dzeni zaczęli śle­dzić ten poje­dy­nek z zain­te­re­so­wa­niem i rado­ścią, że to Zaj­cew, a nie oni. Sza­row zako­pał się w papie­rach, wziął do ręki kartkę. "Frag­ment ankiety" - pomy­ślał Zaj­cew. Tę ankietę wypeł­niał kie­dyś wła­sno­ręcz­nie i zakoń­czył zama­szy­stym pod­pi­sem.

- A dla­czego nie sta­wił się dzi­siaj towa­rzysz Sie­ra­fi­mow?

- Prze­bywa w dele­ga­cji.

- Wczo­raj jesz­cze nie prze­by­wał, a dzi­siaj już prze­bywa? Jak to? - przy­cze­pił się Sza­row.

"Sza­row to jego wła­sne? - pomy­ślał Zaj­cew. - Brzmi bar­dziej jak pseu­do­nim par­tyjny".

- Taka praca - odpo­wie­dział trzeźwo.

A teraz trzeba będzie opo­wie­dzieć ankietę swo­imi sło­wami. I po czy­stce. Nic dziw­nego, że gli­nia­rze sie­dzą i się pie­klą: nic ich prze­cież nie inte­re­suje tak jak bio­gra­fia Zaj­cewa.

- Pocho­dze­nie?

- Pro­le­ta­riac­kie - odpo­wie­dział rze­czowo Zaj­cew.

- Ojciec?

- Ojciec nie­znany. Matka - praczka. Zaj­cewa Anna. Mogę opo­wie­dzieć o matce.

- Nie­znany to zna­czy? - Ogo­lona głowa bły­snęła. Sza­row zanur­ko­wał twa­rzą w teczce.

"Już zmie­nił­byś oku­lary" - pomy­ślał z gnie­wem Zaj­cew. I zauwa­żył, że tam­ten wyjął kartkę nie z żół­tej kar­to­no­wej teczki z aktami oso­bo­wymi Zaj­cewa, ale z innej - solid­nej i skó­rza­nej. Ta solid­ność zupeł­nie się Zaj­cewowi nie spodo­bała.

- A my tu mamy inne infor­ma­cje - zaczął towa­rzysz Sza­row zain­try­go­wa­nym gło­sem. - Zapis w księ­gach para­fial­nych nie budzi wąt­pli­wo­ści. Anna Zaj­cewa zawarła zwią­zek mał­żeń­ski z Pio­trem Sier­gie­je­wi­czem Dani­ło­wem, stanu kupiec­kiego. Peters­burg, rok 1908.

Twarz Zaj­cewa nie drgnęła. Nie prze­biegł po niej nawet cień.

- Mój tatuś moją mamu­się zba­ła­mu­cił i rzu­cił. Nazwę rze­czy po imie­niu, moja matka się mnie doigrała. A kim był mój ojciec, to, pro­szę wyba­czyć, skryły mroki histo­rii.

- Ale tu jest wyraź­nie powie­dziane: Anna Zaj­cewa...

- Prze­pra­szam, ale Ann Zaj­ce­wych było w Peters­burgu jak psów. Co chce­cie zasu­ge­ro­wać, towa­rzy­szu?

Sza­row wes­tchnął, jakby wyra­żał skru­chę. Za to jego głos nie wyra­żał niczego - był meta­liczny, mora­li­za­tor­ski.

Zaj­ce­wowi nie w porę przy­po­mniała się paję­czyna z poran­nego snu. A w ślad za nią przy­szło do niego wspo­mnie­nie powie­dzonka z dzie­ciń­stwa: tfu, tfu, tfu, prze­szła noc, minął sen.

- Nic nie suge­ruję, towa­rzy­szu Zaj­cew. Mówię otwar­cie. Wpro­wa­dzi­li­ście w błąd radziecką mili­cję i radziecki naród.

Koniec frazy uto­nął w gło­śnym, piskli­wym chi­cho­cie.

Wszy­scy odwró­cili głowy w kie­runku para­petu. Recho­tało stare, przy­sa­dzi­ste bab­sko, spod spód­nicy wysta­wały masywne nogi w kalo­szach.

- Oj, już nie mogę - zachry­piała.

Zaj­cew miał nadzieję, że na jego twa­rzy nie dało się niczego dopa­trzeć.

- Oby­wa­telko, co wy... Oby­wa­telko! - Gepe­usz­nik wpadł w popłoch. - Czy to funk­cjo­na­riuszka? Funk­cjo­na­riuszko, albo zacho­wuj­cie się przy­zwo­icie, albo opuść­cie salę!

Podobny sku­tek mia­łoby pew­nie kle­pa­nie noso­rożca po żela­znym zadzie.

Pasza wie­działa, jak trak­to­wać płeć męską. Jej pię­ści bali się pijacy z zaułka Fonar­nego. Otarła zaru­mie­nioną twarz skra­jem płasz­cza.

- No świad­kiem jestem. Czego? Zna­łam tę waszą Niutkę.

- Nie moją, tylko wspo­mnianą tu oby­wa­telkę Annę Zaj­cewą. Zna­li­ście ją?

Mali­nowe plamy na jego twa­rzy zakwi­tły. Krótka szyja w mig się zaczer­wie­niła. "Takich jak on zazwy­czaj dopada udar i do widze­nia" - zauwa­żył mimo­cho­dem Zaj­cew.

- Oby­wa­telko, odpo­wia­daj­cie na pyta­nia! Nie jeste­ście na rynku. Wasze imię, sta­no­wi­sko.

Gepe­usz­nik uniósł nad kartką pióro marki Rondo. Był gotów zapi­sy­wać.

- Ja nie mam nic do ukry­cia. Pra­skowja Łukina. Moje sta­no­wi­sko: dozor­czyni.

Towa­rzysz Sza­row nie zdą­żył zapi­sać ani słowa w for­mu­la­rzu. Pasza znowu się oży­wiła.

- No tak. Z Niutki Zaj­ce­wej była praw­dziwa damulka. Wybacz­cie mi, towa­rzy­szu mili­cjan­cie. Z was jest czło­wiek radziecki, może­cie nie rozu­mieć. No bo jak było za daw­nych cza­sów...? No ile zaro­bisz na takim pra­niu? Kim był tatuś tego tu - to Bozinka jeden wie. No bo z Niutki to była wesoła dziew­czyna.

Sza­row na moment zigno­ro­wał fakt, że Paszy w ogóle nie powinno być w tej sali.

- Zaj­cewa trud­niła się pro­sty­tu­cją? - zapy­tał z nadzieją.

- Nie. - Pasza mach­nęła czer­woną pomarsz­czoną łapą jak sier­pem. - Ty co, jesteś głu­chy? Praczką była, mówię prze­cież. Prała. Czarne, białe, każde. Tym zara­biała. A chło­paki to już sprawy ser­cowe. Sła­bość do nich miała nie­boszczka.

Gepe­usz­nik rzu­cił pió­rem o stół, pry­snął atra­ment. Kro­ple spa­dły na błę­kitny wierzch ofi­cer­skiej czapki. To roz­wście­czyło Sza­rowa jesz­cze bar­dziej.

- Dosyć! - ryk­nął.

"Wylew. Albo zawał" - pomy­ślał Zaj­cew.

- Oby­wa­telko, wy... Oby­wa­telko, wy... wyra­żaj­cie się kul­tu­ral­nie!

Sala zaczęła zupeł­nie otwar­cie chi­cho­tać. Nawet człon­ków komi­sji opu­ścił strach: na ich twa­rzach zakwi­tły bez­wstydne poro­zu­mie­waw­cze uśmieszki.

- Kul­tu­ral­nie zna­czy jak? - gło­śno dopy­ty­wała Pasza.

Znowu wybuch śmie­chu.

Zaj­cew uważ­nie obser­wo­wał Paszę. Ta na niego nie patrzyła.

- W tej chwili prze­stań zgry­wać głu­pią! - ryk­nął gepe­usz­nik.

- Opo­wiem kul­tu­ral­nie - mruk­nęła Pasza pojed­naw­czo, zer­ka­jąc na Zaj­cewa. - Już pro­szę się nie gnie­wać, towa­rzy­szu mili­cjan­cie. - Nabrała powie­trza w sze­roką pierś, aż napiął się guzik w naj­szer­szym miej­scu ubra­nia, i powie­działa ze sma­kiem: - Niutka Zaj­cewa to była...

Dobrze znane krót­kie prze­kleń­stwo brzęk­nęło w powie­trzu. Pokój zatrząsł się od wszech­obec­nego śmie­chu. Towa­rzysz Sza­row aż pod­sko­czył z wście­kło­ści, o mało nie wywra­ca­jąc chwie­ją­cego się fikusa. Ktoś z komi­sji zła­pał za dzwo­ne­czek i zaczął nim wście­kle pobrzę­ki­wać, przy­wo­łu­jąc wszyst­kich do porządku. Dźwięk dzwonka też brzmiał jak śmiech.

- Dosyć! Won stąd! - krzy­czał bez­sku­tecz­nie gepe­usz­nik.

Przez przej­ście, niczym Moj­żesz przez roz­dzie­lone wia­trem Morze Czer­wone, prze­bi­jał się Samoj­łow. Solidny tułów trzy­mała w ryzach mary­narka. Gdyby nie to, roz­lałby się jesz­cze sze­rzej. Samoj­łow, nie­ocze­ki­wa­nie jak na swoją powierz­chow­ność, poru­szał się jak kot. Jego krót­kie baczki tylko potę­go­wały to podo­bień­stwo.

- Posta­wię cię za to przed sądem! - Gepe­usz­nik nie mógł zła­pać tchu.

Samoj­łow w mgnie­niu oka ogar­nął wzbu­rzone morze i pora­dził sobie z nim lepiej niż Moj­żesz. Wło­żył dwa palce w usta. Gło­śny świst przy­po­mi­nał ude­rze­nie batem. Morze się uspo­ko­iło. Wszy­scy umil­kli.

Samoj­łow nawet nie spoj­rzał na komi­sję.

- Dość już tego chla­pa­nia ozo­rem. Zaj­cew. Druga bry­gada, do wyjazdu. Na Mochową. Trup.

Zaj­cew wstrzy­mał się na moment. Oczami odna­lazł w tłu­mie Kop­tiel­cewa i zapy­tał. Ten pokrę­cił głową.

- Jedź­cie - roz­legł się bez­barwny głos naczel­nika wydziału śled­czego.

Wów­czas ruszyły się krze­sła. Zaj­cew zesko­czył z podium. Zebrali się wszy­scy, nie tylko druga bry­gada. Z widoczną ulgą udali się z powro­tem do swo­ich prze­rwa­nych obo­wiąz­ków.

- Ale my tu mamy waż­niej­sze sprawy - pró­bo­wał dopo­mi­nać się gepe­usz­nik.

Samoj­łow spoj­rzał na naczel­nika wydziału Kop­tiel­cewa. Ale ten zna­lazł pod paznok­ciami coś o wiele bar­dziej inte­re­su­ją­cego.

- Co wy, towa­rzy­szu? - obu­rzył się Samoj­łow z wyraźną prze­sadą. - Odna­le­ziono ciało radziec­kiego oby­wa­tela. Co może być waż­niej­sze?

- Oto towa­rzysz Sza­row, Niko­łaj Dawy­do­wicz - dodał szybko Zaj­cew.

Kop­tiel­cew mil­czał. Jego przy­po­mi­na­jące wisienki oczy nawet nie mru­gnęły. Ale Zaj­cew rozu­miał: wszelka wie­dza, jaką tylko można zdo­być o oby­wa­telu Sza­ro­wie, zosta­nie w naj­bliż­szym cza­sie zdo­byta.

- Więc tak, za sta­wia­nie prze­szkód w wyko­na­niu zada­nia służ­bo­wego... - Gepe­usz­nik zaczął się roz­pę­dzać.

Ale Samoj­łow już zerwał się do galopu:

- Jakich prze­szkód? Zada­nie mamy wszy­scy jedno i to samo: chro­nić spo­kój i pracę radziec­kich oby­wa­teli. I powie­rzyło nam je pań­stwo - wyde­kla­mo­wał dono­śnie, poma­ga­jąc sobie dło­nią w wydzie­le­niu każ­dego kolej­nego słowa. Od pustych ścian odbiło się echo. - Tam leży mar­twy radziecki oby­wa­tel i zgod­nie z radziec­kim pra­wem trzeba zna­leźć i uka­rać win­nego.

Sza­row rów­nież obró­cił się w kie­runku Kop­tiel­cewa w poszu­ki­wa­niu wspar­cia - i też nie mógł zła­pać jego spoj­rze­nia. Kop­tiel­cew pod­niósł jedy­nie rękę, jakby chciał cicho dać znak: wystar­czy.

"Cie­kawe" - pomy­ślał o ich pan­to­mi­mie Zaj­cew.

Nie wia­domo, czy mil­czący gest Kop­tiel­cewa, czy słowo "radziecki" podzia­łało na gepe­usz­nika jak kołek na wam­pira. Samoj­łow wbił go kil­ku­krot­nie. I dopiero potem odwró­cił się do Sza­rowa ple­cami. Ten został sam za pustym sto­łem. Pode­rwał się, pocią­gnął za sobą obrus. Ofi­cer­ska czapka poto­czyła się po pod­ło­dze i jak na złość odto­czyła daleko, żeby wresz­cie upaść jak pla­cek. Nikt nie kwa­pił się jej pod­no­sić.

- Jesz­cze z tobą nie skoń­czy­łem. Obie­cuję ci to - wyce­dził Sza­row, z tru­dem wyplą­tu­jąc nogi z dłu­giego obrusa.

5

Samo­chód trząsł się już i war­ko­tał. Samoj­łow wbiegł na jezd­nię na swo­ich krót­kich nóż­kach i pod­cią­ga­jąc się na rękach, zapa­ko­wał się do środka. Zaklął, kiedy pra­wie nadep­nął na psi ogon leżący w przej­ściu. Morda Tuza Tre­fla leżała na kola­nach jego prze­wod­nika. Samoj­łow uwa­lił się obok Kracz­kina.

- Nie­roby - powie­dział po chwili. - Mar­kują czyn­no­ści służ­bowe, sukin­syny.

Wszy­scy w wydziale śled­czym nie­na­wi­dzili OGPU.

- Tylko prze­szka­dzają ludziom pra­co­wać - roz­krę­cił się Samoj­łow. - Gdzie wy tu, dupki, macie wro­gów kla­so­wych? Tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­sty za oknem. Barany! - I dorzu­cił ze zło­ścią: - Posie­dzie­liby tro­chę z naszymi, od razu by im się ode­chciało urzą­dzać te czystki-prze­czystki. Alo­sza, a ty co, śpisz? - krzyk­nął nie­ocze­ki­wa­nie na kie­rowcę. - Jedziemy!

Samo­chód drgnął i ruszył z miej­sca. Wyto­czyli się z Gro­cho­wej.

- Słu­chaj, Wasiu - roz­legł się z tyłu głos Mar­ty­nowa - a wła­ści­wie dla­czego ten tchórz się do cie­bie przy­cze­pił? Jaki znowu ojciec kupiec?

Zaj­cew obró­cił się nie­znacz­nie:

- Nie rozu­miesz? Ty i ja mamy roboty po uszy, a te paso­żyty jakoś nie­spe­cjal­nie, więc sobie wymy­ślają zaję­cia.

Na to wtrą­cił się Samoj­łow:

- A potem ta gnida pod­su­nie swoim prze­ło­żo­nym pisemko: pro­szę, jak pra­co­wa­łem, aż spły­ną­łem pra­cow­ni­czym potem. Uprzej­mie pro­szę o przy­dział dodat­ko­wego pokoju albo pod­wyżkę.

- Kto to wie - powie­dział Kracz­kin.

- A ty, Kracz­kin, co? Jacy wro­go­wie kla­sowi? Jacy? Trzy­na­ście lat po rewo­lu­cji?

Kracz­kin odwró­cił się i zaczął nad wyraz uważ­nie patrzeć w okno. Było jasne, że nie chce na ten temat roz­ma­wiać. On był tym, który zaczął służbę jesz­cze za cara. Dawny ofi­cer śled­czy peters­bur­skiej poli­cji był wła­ści­wie ide­al­nym celem czystki.

- A gdzie tak wła­ści­wie jest teraz Sie­ra­fi­mow? - przy­po­mniał sobie nagle Samoj­łow.

- Wiesz co, bądź tak dobry i zamień się ze mną miej­scami - popro­sił Zaj­cew. I odtań­czyw­szy z Samoj­ło­wem krótki taniec w cia­snym wnę­trzu samo­chodu, przy­siadł się do Kracz­kina.

W isto­cie, Kracz­kin bał się nie bez powodu. Przy­zwy­czaił się już do bycia czarną owcą. Albo choćby bia­łym kru­kiem.

Został gwiazdą peters­bur­skiej służby śled­czej na długo przed rewo­lu­cją. Skan­da­liczną gwiazdą. Zda­rzyło mu się aresz­to­wać i wice­mi­ni­stra, i ofi­cera cesar­skiej gwar­dii, i dzie­dziczkę trze­ciego co do wiel­ko­ści majątku w impe­rium. Zda­rzyło mu się też oczysz­czać nikomu nie­zna­nych i bar­dzo bied­nych ludzi z bez­pod­staw­nie rzu­ca­nych na nich podej­rzeń. Prasa kon­ser­wa­tywna go nie­na­wi­dziła, na szczy­tach wła­dzy wrzało, Kracz­kina dwa razy prze­no­szono w stan spo­czynku. Przy tym raz bez prawa do zaję­cia jakie­go­kol­wiek sta­no­wi­ska w służ­bie pań­stwo­wej. Jak się oka­zało, sława nowego Robin Hooda, obrońcy uci­śnio­nych, miała gorzki smak. Nato­miast po rewo­lu­cji, która prze­cięła miliony żyć na dwoje, ta sława mu się przy­słu­żyła. W odróż­nie­niu od więk­szo­ści w swoim nowym życiu pozo­stał tym, kim był i w sta­rym - śled­czym. W 1922 roku otrzy­mał w nagrodę pisto­let hono­rowy z wygra­we­ro­wa­nym imie­niem. Kiedy tylko par­tyjna wier­chuszka potrze­bo­wała przy­kładu daw­nego spe­cja­li­sty, który pra­cuje dla budowy nowego ustroju i dzieli się swoim doświad­cze­niem z nowymi radziec­kimi kadrami, wska­zy­wała na Kracz­kina.

I to wła­śnie z nim Zaj­cew chciał teraz omó­wić sprawę zabój­stwa Fainy Bara­no­wej.

Zaj­cew zwięźle opo­wie­dział o dziw­nych zna­le­zi­skach w pokoju ofiary: o przy­go­dach z zasłoną i sukienką.

- I co? - zapy­tał Kracz­kin, odry­wa­jąc wzrok od okna.

- Nic. To dziwne. Jeśli to zabójca, to zadbał o este­tykę. Nie spie­szył się, bydlak. Inny by uciekł w te pędy.

- Moż­liwe, że nie pierw­szy raz zabił - pod­su­mo­wał Kracz­kin.

- Nie o to cho­dzi. Po co się tak męczyć, wła­śnie tego nie rozu­miem.

- Po pierw­sze, tę zasłonkę to mogła powie­sić i sama Bara­nowa.

- Sąsie­dzi mówią, że...

- Kobiety w wieku bal­za­kow­skim czę­sto popeł­niają różne głup­stwa z powodu namięt­no­ści - prze­rwał mu Kracz­kin. - Bo sukienkę musiała wło­żyć sama, to po dru­gie. Zadbała też o wyszu­kaną fry­zurę, to po trze­cie. A co, gdyby zabójcą oka­zał się jej kocha­nek?

Zaj­cew się zamy­ślił. Tak, to pasuje.

Ale jakby nie do końca.

- Ale ta róża w ręce - powie­dział. - I ta głu­pia mio­tełka. I ta poza w fotelu. Prze­cież sama tak nie usia­dła. Czy to zna­czy, że zabójca ją usa­dził? Dla­czego? Absurd.

- Nie­ko­niecz­nie - zapro­te­sto­wał łagod­nie Kracz­kin. - Naj­pierw afekt, póź­niej skru­cha. Pamię­tam, jak cho­rąży J. okrył sza­lem kochankę, którą wła­sno­ręcz­nie zabił chwilę wcze­śniej, popra­wił jej sukienkę.

- Ta Bara­nowa nie daje ci spo­koju, co, Wasiu? - włą­czył się z przed­niego sie­dze­nia Samoj­łow.

Prze­wod­nik psa mili­cyj­nego drze­mał z przy­mknię­tymi oczyma.

- Albo matka, która naj­pierw udu­siła swoje poza­mał­żeń­skie dziecko, a potem sta­ran­nie je ubrała. Nawet cze­pek nało­żyła. I zmie­niła pie­luszkę - kon­ty­nu­ował Kracz­kin. - To jedno i to samo. Udręka i prze­ra­że­nie po doko­na­niu zbrodni mogą przy­bie­rać naj­dziw­niej­sze formy.

Zaj­cew pokrę­cił głową.

- Może za caratu - wtrą­cił Mar­ty­now.

- Wszystko kie­dyś już było. Wszystko zawsze przy­po­mina coś innego - zauwa­żył Kracz­kin. - Ludzie są zawsze tacy sami. I za caratu, i za wła­dzy radziec­kiej.

- Prze­stęp­stwo to prze­ży­tek minio­nych cza­sów - oznaj­mił Samoj­łow. - No a co? Ty, Kracz­kin, nie cho­dzisz na samo­kształ­ce­niowe zebra­nia komi­tetu, a tam by ci wszystko wyja­śnili.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki