Trylogia Licaniusa (#3). Blask ostatecznego kresu - James Islington

Kup ebooka

56.18 zł
46.63 zł (44,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zadaniem poniższego tekstu jest pobieżne przypomnienie czytelnikowi wydarzeń przedstawionych w poprzednim tomie, w związku z czym nie jest on żadną miarą streszczeniem wyczerpującym. Mimo że większość najważniejszych postaci i wypadków została tu wspomniana, są i takie - niezbyt liczne - które pominięto.

Starożytność

Ponad tysiąc lat temu, w dniu ślubu TAL'KAMARA DESHRELA, doszło do brutalnego zabójstwa jego żony ELLIAVII. Oszalały z bólu po śmierci ukochanej Tal'kamar po raz pierwszy skorzystał z mrocznej energii zwanej KAN i zabił wszystkich gości weselnych, pozbawiając ich energii życiowej - ESENCJI - za pomocą której daremnie próbował przywrócić pannę młodą do życia.

Niedługo potem, znękany żałobą i poczuciem winy, Tal'kamar dowiedział się, że nie jest w stanie umrzeć. Nawet po ścięciu głowy powracał na świat, budząc się w nowym ciele w innej krainie. Co gorsza, po pewnym czasie odkrył również, że nie tylko nie zdołał ocalić Elliavii, lecz pozwolił też poprzez jej ciało wkroczyć na świat NETHGALLI, istocie pochodzącej z KRAIN MROKU - wymiaru niewyobrażalnego bólu i cierpienia. Nethgalla, która przejęła wspomnienia nieżyjącej Elliavii, podjęła obsesyjną próbę zdobycia serca Tal'kamara.

Tal'kamar odtrącił jej awanse i rozpoczął trwające setki lat podróże. W trakcie tułaczki poznał innych ludzi, którzy podobnie jak on nie byli w stanie umrzeć. Jeden z nich, niejaki GASSANDRID, utrzymywał, że ich niezwykła długowieczność jest darem ELA, boga, który stworzył świat. Wedle Gassandrida El, o czym wiedzieć miała jedynie garstka osób, został uwięziony w rządzonej przez czas rzeczywistości przez swego arcywroga SHAMMAELOTHA, odpowiedzialnego za uruchomienie łańcucha nieuchronnych wydarzeń, które doprowadziły świat do obecnego stanu.

Obdarzenie wybranej grupy ludzi nieśmiertelnością było, twierdził Gassandrid, podjętą przez Ela próbą zmiany kierunku, w jakim toczy się rzeczywistość skrępowana nieodwołalnymi wyrokami przeznaczenia. Gassandrid uważał, że gdyby nieśmiertelni zdołali zmienić świat w dostatecznym stopniu, mogliby ostatecznie cofnąć się w przeszłość, naprawić zło, jakie rozpleniło się za rządów Shammaelotha, i żyć w świecie wolnym od panowania losu, w którym ludzie dokonywaliby rzeczywiście swobodnych wyborów.

Na potwierdzenie swych tez Gassandrid przedstawił Tal'kamarowi szczegółowe wizje przyszłości, dowodzące, iż przyszłe wypadki są z góry rozstrzygnięte i - co za tym idzie - los stanowi niewidzialne kajdany, krępujące wszystkich ludzi.

Tal'kamar, który ostatecznie uwierzył Gassandridowi, kiedy przekonał się, iż nie jest w stanie zapobiec zapowiadanym przez wizje wypadkom, stał się ostatnim członkiem bractwa nieśmiertelnych, do których po pewnym czasie przylgnęło miano CZCIGODNYCH. Tworzyło je jedenaście osób: Tal'kamar, Gassandrid, ALARIS, ANDRAEL, WERETH, TYSIS, ASAR, MELDIER, ISILIAR, DIARA i CYR.

Bractwo działało przez setki lat. Wykorzystując wiedzę czerpaną z ukazywanych przez Ela wizji, Czcigodni walczyli na rzecz sprawiedliwości i dobra. W miarę upływu czasu jednak coraz częściej dokonywali czynów moralnie dwuznacznych, które zdaniem Ela stanowiły na mocy przeznaczenia niezbędne kroki na drodze do realizacji ostatecznego celu. Proces ten osiągnął kulminację, gdy El poprosił Tal'kamara o zniszczenie legendarnego miasta DARECI. El tłumaczył, że mimo iż postępek ten pociągnie za sobą śmierć milionów, przyczyni się w znacznym stopniu do wyzwolenia świata. Zburzenie Dareci miało zmusić pozbawionych stolicy Darecjan do ucieczki na terytorium ANDARRY i podjęcia prac nad stworzeniem JHA'VETT, urządzenia umożliwiającego podróże w czasie.

Tal'kamar, pełen obrzydzenia do samego siebie, lecz przekonany, że wyrządzone przez niego zło zostanie ostatecznie naprawione, zgodził się prośbę spełnić. Posługując się przybranym nazwiskiem AARKEIN DEVAED, stworzył pod kierownictwem Ela KOLUMNY, straszliwą broń, która ostatecznie zrównała Dareci z ziemią.

Ów potworny postępek doprowadził do rozłamu w łonie Czcigodnych. Wielu członków bractwa nie chciało uwierzyć, że Tal'kamar rzeczywiście dopuścił się go na prośbę Ela. Ostatecznie jednak liczni Czcigodni dali wiarę Tal'kamarowi i powrócili, by go wesprzeć. Kolejne setki lat minęły na powolnym wypieraniu świetnie uzbrojonych Darecjan z LŚNIĄCEJ KRAINY. Nieprzekonany pozostał przede wszystkim Andrael, jeszcze przed zniszczeniem Dareci podejrzewający, iż bóstwo, któremu służą Czcigodni, nie jest Elem, lecz jego przeciwnikiem Shammaelothem.

Andrael, prowadzący badania nad skutkami ewentualnego sukcesu Ela, doszedł do wniosku, że nienaturalna zdolność Czcigodnych do posługiwania się kan stanowi fundament więzi, jaką z ludzkim światem nawiązały Krainy Mroku, i jest zarazem przyczyną i skutkiem powstania łączącej oba wymiary rozpadliny. Stwierdził, że gdyby Darecjanie ową rozpadlinę poszerzyli - na co liczył El - światu zagroziłoby niebywałe niebezpieczeństwo. Gdyby do w pełni otwartej rozpadliny dotarł El, byłby w stanie wypuścić na świat pełnię grozy i potworności Krain Mroku.

Andrael stwierdził, że jedynym rozwiązaniem jest zapieczętowanie rozpadliny, czego można było dokonać wyłącznie po uprzedniej eliminacji ludzi powiązanych za jej pośrednictwem z Krainami Mroku. Dlatego właśnie rozpoczął prace nad stworzeniem broni pozwalającej zabić Czcigodnych. Wysiłki te doprowadziły do stworzenia miecza nazwanego LICANIUSEM.

Mimo przestróg Andraela i nowego zagrożenia ze strony Licaniusa pozostali Czcigodni nadal wykonywali wolę Ela i wyparli Darecjan na terytorium Andarry. Tam potomkowie niedobitków z Dareci wznieśli DEILANNIS, wspaniałe i potężne miasto, w którego sercu stworzyli Jha'vett.

Kiedy Tal'kamar usłyszał, że Jha'vett jest gotowe, wyprzedził pochód armii Czcigodnych - zamierzał zakraść się do Deilannis i cofnąć w czasie. Sądził, że doprowadzi w ten sposób do szybkiego zakończenia wojny i zapobiegnie dalszemu rozlewowi krwi. Niestety, Darecjanie zostali zawczasu ostrzeżeni i - ogarnięci paniką - podjęli próbę użycia Jha'vett.

Działając w pośpiechu, popełnili poważny błąd. Wykorzystywane przez nich KAJDANY weszły w specyficzną interakcję z Jha'vett i pozbawiły Darecjan naturalnej odporności na działanie kan, przez co przeobrazili się oni w istoty złożone z niemal czystej Esencji. Przetrwali jedynie dzięki Tal'kamarowi, który w porę odesłał ich do RES KARTHY - nie mogli opuścić jej granic i po pewnym czasie stali się znani jako LYTH.

Tal'kamar podjął własną próbę uruchomienia Jha'vett, lecz zbyt późno zauważył, że urządzenie jest uszkodzone. Doszło do potężnej eksplozji, po której w Deilannis pojawił się nieznajomy, przedstawiający się imieniem DAVIAN. Młodzieniec ów stwierdził, że jest przyjacielem Tal'kamara i przybywa z przyszłości. Oskarżył Tal'kamara o świadome przymykanie oka na zło i unikanie odpowiedzialności za własne postępki. Stwierdził też z naciskiem, że żadnych przeszłych wydarzeń - w tym śmierci Elliavii - nie da się odmienić ani cofnąć.

Rozsierdzony Tal'kamar zabił Daviana na miejscu. Niemniej słowa nieznajomego zapadły mu głęboko w pamięć i im bliżej Deilannis była armia Czcigodnych, tym poważniejsze drążyły go wątpliwości. Sfrustrowany bezskutecznymi próbami namówienia pozostałych członków bractwa, by przyjrzeli się sprawie bliżej, ostatecznie sprzymierzył się z Andraelem. Wspólnie stworzyli ILSHARĘ, potężną zaporę energetyczną, odcinającą od świata północną część Andarry, którą od tamtej pory zaczęto nazywać TALAN GOL.

Tal'kamar przewidywał, że ilshara będzie jedynie środkiem tymczasowym i opóźni inwazję do momentu, kiedy uda mu się poznać prawdę o zamiarach Ela.

Ostatecznie Bariera przetrwała ponad dwa tysiące lat.

Przeszłość niedawna

Pokolenie temu Andarrą władali AUGURZY, ludzie posiadający zdolność posługiwania się kan i doświadczania wizji przyszłości. Ich władza utrzymywała się od bez mała dwóch tysięcy lat, od powstania BARIERY. W kierowaniu państwem wspomagali augurów OBDARZENI, ludzie zdolni korzystać z zawartej we własnych ciałach Esencji.

Z pozoru wszystko toczyło się pomyślnie, lecz jeden z augurów, niejaki JAKARRIS, zauważył pogarszający się stan Bariery i doszedł do niepokojącego wniosku, że odpowiadają za to tradycyjnie potępiane sposoby wykorzystania kan, z jakimi od pewnego czasu eksperymentowali jego towarzysze. Na próby udowodnienia swojej teorii poświęcił długie lata, a kiedy był bliski sukcesu, pewnego dnia zgromadzone przez niego wyniki badań zostały zniszczone przez tajemniczych sprawców.

Podejrzewającego o sabotaż dwulicowych przyjaciół, zgorzkniałego i zniechęconego Jakarrisa zwerbowała do współpracy Nethgalla, która przekonała go, że jedyną metodą opóźnienia ostatecznego upadku Bariery jest rozprawienie się z obecnym pokoleniem augurów. Stwierdziła także, że upadek augurów pozwoli jej rozpowszechnić wśród Andarczyków NACZYNIA (stworzone przez augurów urządzenia umożliwiające wykorzystywanie Esencji do rozmaitych celów), co ostatecznie może okazać się kluczowe w odparciu zgromadzonych za Barierą wrogów.

Jakarris wspomógł Nethgallę, podważając autorytet augurów. Dzięki swojej pozycji zdołał doprowadzić do całej serii kłopotliwych pomyłek w interpretacji wizji, które natchnęły serca Andarczyków zwątpieniem w augurską zdolność przewidywania przyszłości. Sami augurzy nie przyznali publicznie, że problem istnieje. Zamiast tego odcięli się od poddanych i pozostawili kontrolę nad coraz bardziej wzburzonym społeczeństwem w rękach Obdarzonych. Powszechny niepokój wkrótce przerodził się w otwarty gniew, ponieważ Obdarzeni zaczęli nadużywać swej nowo zyskanej władzy, nierzadko uciekali się wręcz do przemocy. Wśród Andarczyków zarysował się wyraźny podział.

Ostatecznie doszło do wybuchu. Augurzy i Obdarzeni zostali pozbawieni władzy w wyniku krwawego buntu. Na czele powstania stanął KSIĄŻĘ ELOCIEN ANDRAS - członek rodziny królewskiej, pełniącej dotąd wyłącznie symboliczną rolę. Sukces rebeliantów umożliwiła między innymi nowa, dostarczona przez Nethgallę broń, wymierzona przeciwko ludziom, którzy potrafili kontrolować kan bądź Esencję.

Wszystkich augurów wymordował Jakarris. Atakowi buntowników oparły się jedynie dwie z pięciu twierdz Obdarzonych (tak zwanych TOL) - TOL ATHIAN i TOL SHEN.

Po pięciu latach spędzonych za wzmocnionymi Esencją murami fortec Obdarzeni zdecydowali się ostatecznie podpisać z księciem Andrasem PAKT, oficjalnie kończący wojnę. Za pokój przyszło im jednak zapłacić olbrzymią cenę. Jedno z dostarczonych przez Nethgallę Naczyń pozwoliło zwycięzcom stworzyć NAKAZY: wzmocnione energetycznymi wiązaniami, niemożliwe do złamania prawa, poważnie ograniczające zakres, w jakim Obdarzeni mogli posługiwać się swą mocą. Powołano również instytucję zwaną NADZOREM, której funkcjonariusze, ludzie pozbawieni Daru, posiedli znaczną władzę nad osobami posługującymi się Esencją.

Co więcej, Obdarzonych łamiących postanowienia Paktu nieobjęte Nakazami pod przymusem przeobrażano w CIENIE, co polegało na ostatecznym pozbawieniu mocy i oszpeceniu twarzy. Los ten spotykał najczęściej uczniów Obdarzonych, którzy nie zdołali pomyślnie przejść PRÓB, co powodowało, iż władze Tol nie mogły zagwarantować, że adepci ci w dostatecznym stopniu panują nad Darem.

Nethgalla - o czym nie wiedzieli Andarczycy - sprawiła, że każdy Obdarzony, który stawał się Cieniem, zostawał powiązany z Naczyniem zwanym SYFONEM, pozwalającym Nethgalli korzystać z jego Esencji jak z własnej.

Tak więc Obdarzeni, mimo że teoretycznie wolni, poddani zostali ścisłej kontroli i otoczeni powszechną pogardą. Korzystanie z mocy augurskich zostało na mocy Paktu zakazane, a każdego, kto wykazałby w tym kierunku uzdolnienia, czekała śmierć z ręki nadzorców.

"Cień utraconego świata"

Szesnastoletni DAVIAN jest inteligentnym i pilnym uczniem działającej w CALADEL szkoły dla Obdarzonych. Niestety, choć dzień Prób zbliża się wielkimi krokami, chłopak nadal nie potrafi korzystać z Daru, mimo że widniejące na jego przedramieniu ZNAMIĘ nie tylko zmusza go do posłuszeństwa Nakazom, lecz także świadczy o tym, iż w przeszłości skutecznie posłużył się Esencją. Co gorsza, Davian jest w stanie ze stuprocentową pewnością stwierdzić, kiedy jego rozmówcy kłamią - a taką zdolność posiadali jedynie dawni augurzy. Jedynymi osobami, którym chłopak przyznał się do niecodziennego talentu, są jego najbliżsi przyjaciele: WIRR i ASHA.

Pewnego dnia do Caladel przybywają z Tol Athian STARSI, których zadaniem jest przeprowadzenie Prób. Z Davianem nawiązuje potajemnie kontakt jeden z nich, ILSETH TENVAR. Człowiek ten twierdzi, że należał do SIG'NARICH, grupy Obdarzonych, którzy w okresie bezpośrednio poprzedzającym wybuch rebelii służyli pod rozkazami augurów. Tenvar oświadcza, że wie, iż Davian jest augurem, i namawia chłopaka, by opuścił szkołę, zanim obleje Próby i zostanie przemieniony w Cień. Przybysz przekazuje także Davianowi tajemniczy, odlany z brązu sześcian, który - jak twierdzi - ma doprowadzić chłopaka do miejsca, gdzie ten przejdzie pełne augurskie szkolenie.

Davian, dzięki swemu talentowi pewien, iż starszy mówi prawdę, ucieka z Caladel jeszcze tej samej nocy. Towarzyszy mu Wirr, który w ostatniej chwili odkrył plan przyjaciela i za żadną cenę nie chciał go puścić samego.

Nieświadoma nocnych wypadków Asha budzi się następnego ranka i odkrywa, że wszyscy uczniowie i starsi ze szkoły padli ofiarą masakry. Wstrząśnięta dziewczyna nie rozumie, dlaczego akurat ona uniknęła śmierci, i stwierdza, że wśród ciał pomordowanych nie ma zwłok Wirra i Daviana. Niemniej kiedy Ilseth Tenvar znajduje w budynku szkoły ocalałą Ashę, przyznaje się do udziału w ataku. Mężczyzna uznaje, że dziewczyna została z premedytacją oszczędzona przez jego mocodawców (z którego to powodu nie chce również zabić jej sam), i postanawia przemienić ją w Cień, tym samym wymazując jej wspomnienia z makabrycznych wydarzeń całego poranka, w tym świadomość, że Davian i Wirr mogli ujść z rzezi Caladel cało.

Davian i Wirr wędrują na północ. Udaje im się unikać kłopotów, do momentu gdy wpadają w ręce dwóch ŁOWCÓW, jak Andarczycy nazywają ludzi tropiących i zabijających Obdarzonych dla zysku. Z opresji ratuje jednak młodzieńców inna łowczyni, dziewczyna imieniem BRESHADA, która z niewyjaśnionych powodów zwraca im wolność, twierdząc, że powinni za to dziękować człowiekowi zwanemu TAL'KAMAREM.

Chłopcy, wciąż posłuszni wskazówkom Ilsetha Tenvara, przekraczają granicę Desriel, kraju rządzonego przez religijną organizację Gil'shar, której członkowie wierzą, iż jakakolwiek manipulacja Esencją jest czynem sprzecznym z boskimi prawami. W Desriel karane śmiercią jest nawet samo przyjście na świat z Darem.

Po paśmie kolejnych perypetii brązowy sześcian Tenvara doprowadza Wirra i Daviana do uwięzionego przez żołnierzy Gil'shar chłopaka imieniem CAEDEN. Uwalniają go, po czym niemal natychmiast zostają napadnięci przez istotę znaną jako SHA'TETH. Przed niechybną śmiercią ratuje przyjaciół Caeden, mimo fizycznego osłabienia demonstrując przy tym niebywale potężną moc.

Tymczasem Ilseth przywozi Ashę do ILIN ILLAN, stolicy Andarry, cały czas udając, że nie ma nic wspólnego z rzezią w Caladel. RADA ATHIAN - grupa starszych kierujących Tol Athian - dochodzi do przekonania, że Asha może być osobą kluczową w ustaleniu tożsamości sprawców mordu, lecz nie dzieli się tą informacją z prowadzącym równoległe dochodzenie nadzorem. Starsi postanawiają ukryć tożsamość dziewczyny przed całym światem.

Po traumatycznym spotkaniu z sha'teth, który z sobie tylko znanych powodów nie atakuje Ashy, dziewczyna poznaje Scynera, przywódcę tajnego, podziemnego osiedla Cieni, zwanego AZYLEM. Scyner namawia Ashę, by dowiedziała się, dlaczego książę Elocien Andras - naczelnik nadzoru i zaprzysięgły wróg mieszkańców Azylu - wykazuje tak wielkie zainteresowanie atakiem na szkołę Obdarzonych. Kiedy Elocien dowiaduje się, że Asha jest osobą ocalałą z rzezi, wykorzystuje fakt, że władze Tol Athian zamierzają obsadzić pozycję swojego PRZEDSTAWICIELA w rządzącym ciele zwanym Zgromadzeniem, i sprawia, że dziewczyna trafia do pałacu.

Mieszkając na dworze, Asha dowiaduje się, że Wirr jest synem Elociena i co więcej, nie tylko pozostaje przy życiu, lecz dzięki płynącej w jego żyłach krwi może pewnego dnia zmienić treść Nakazów. Dziewczyna odkrywa także, że Elocien - wbrew swojej opinii przywódcy powstania sprzed dwudziestu lat - od kilku lat współpracuje potajemnie z trójką młodych augurów: KOLEM, FESSI i ERRANEM. Asha uświadamia sobie zatem, że mimo zawartej umowy nie może zdradzić zaufania Elociena i donosić o jego poczynaniach Scynerowi.

Tymczasem w Desriel Davian, Wirr i Caeden spotykają Taerisa Sarra, ukrywającego się Obdarzonego, który jest przekonany, iż Caeden jest w jakiś sposób powiązany z niepokojącym i przyspieszającym w ostatnich latach słabnięciem Bariery. Taeris wyjawia również Davianowi, że Ilseth Tenvar okłamał go w szkole, w związku z czym nadal nie jest jasne, dlaczego chłopak został wysłany na spotkanie z Caedenem. Pełen obaw, że motywy Tenvara mogły być nieczyste, a brązowy sześcian może w kontakcie z Caedenem zadziałać w nieprzewidziany sposób, Taeris zaleca, by trzymać kostkę z dala od chłopaka, przynajmniej do wyjaśnienia sytuacji.

Niedługo potem Davian i Wirr dowiadują się, że Caeden został przez Gil'shar oskarżony o morderstwo, aczkolwiek sam chłopak cierpi na utratę pamięci i nie ma pojęcia, czy rzeczywiście jest winien.

Taeris decyduje, że wszyscy powinni wrócić do Andarry, a ściślej rzecz biorąc, do znajdującego się w Ilin Illan Tol Athian. Tamtejsi starsi posiadają bowiem Naczynie (stworzony przez augurów przedmiot umożliwiający wykorzystywanie Esencji w określonym z góry celu) zdolne przywrócić Caedenowi wspomnienia. Ponieważ jednak granice Desriel są pilnie strzeżone, towarzysze postanawiają, że najlepiej będzie wrócić do Andarry z pomocą kuzynki Wirra, KARALIENE ANDRAS. Gdy wreszcie udaje im się doprowadzić do spotkania z księżniczką, Karaliene rozpoznaje w Caedenie poszukiwanego za morderstwo zbiega i mimo nalegań Wirra odmawia udziału w przemyceniu chłopaka przez granicę z obawy o wywołanie poważnego incydentu dyplomatycznego. Kiedy ta szansa zawodzi, Taeris dochodzi do wniosku, że jedyną pozostającą do dyspozycji przyjaciół drogą powrotną jest szlak wiodący przez położone na granicy, starożytne, opuszczone w niewyjaśnionych okolicznościach miasto Deilannis.

Jednocześnie w Ilin Illan Asha zaprzyjaźnia się z augurami i odkrywa, że całą trójkę nawiedzały niepokojące wizje potężnego, zagrażającego stolicy najazdu. Niedługo potem w mieście zaczynają krążyć pogłoski o inwazji Armii ŚLEPCÓW - nazywanych tak ze względu na stosowane przez nich dziwne, zasłaniające oczy hełmy - która wkroczyła na ziemie Andarry od strony Bariery.

Kiedy dziewczyna wraz z Elocienem stara się zaplanować możliwie najbardziej skuteczną obronę miasta i nie wyjawić przy tym istnienia augurów, dokonuje zaskakującego odkrycia, że Cienie są w stanie korzystać z Esencji, o ile robią to z wykorzystaniem Naczyń. Asha uświadamia sobie, że oznacza to, iż moc Cieni jest jedynie uśpiona, a nie - jak sądzono wcześniej - usunięta na dobre.

Wskutek otrzymania niespodziewanej i dziwnej wiadomości od Daviana, sprawiającego wrażenie starszego, dziewczyna nabiera podejrzeń co do przedstawionej jej przez Ilsetha Tenvara wersji wypadków z dnia rzezi w Caladel i prosi jednego z augurów, by przywrócił jej utracone wspomnienia. Gdy dowiaduje się, że Tenvar rzeczywiście brał udział w mordzie, nakłania go podstępem do ujawnienia kłamstw przed obliczem Rady Tol Athian, która decyduje się osadzić go w lochu.

W trakcie przeprawy przez niesamowite, wiecznie zamglone Deilannis Wirr i Davian zostają zaatakowani, wskutek czego Davian odłącza się od towarzyszy. Następnie trafia do dziwnej rozpadliny, cudem tylko przeżywa podróż przez czasoprzestrzenną pustkę, a kiedy trafia z powrotem do Deilannis, spotyka tam MALSHASHA, augura, który informuje chłopaka, że cofnął się w czasie o bez mała stulecie.

Mimo początkowego niedowierzania Davian ostatecznie daje wiarę augurowi i spędza wiele czasu w WIELKIEJ BIBLIOTECE Deilannis - archiwum, w którym zgromadzono olbrzymią część wiedzy starożytnych. Pod czujnym okiem Malshasha chłopak uczy się panować nad kan i wykorzystywać augurskie moce. Choć wciąż nie do końca rozumie, dlaczego Malshash mu pomaga, odkrywa, iż jego nauczyciel bada rozpadlinę z nadzieją, że dzięki niej zdoła zmienić coś, co wydarzyło się w przeszłości.

Tymczasem w teraźniejszości przygnębiony Wirr, przeświadczony o śmierci przyjaciela, rusza dalej do Ilin Illan w towarzystwie Taerisa i Caedena. W trakcie podróży natykają się na koszmarne świadectwa ataków najeźdźców spoza Bariery, co jedynie utwierdza przyjaciół w przekonaniu o konieczności wzmocnienia północnej zapory. Gnani nadzieją, że stracone wspomnienia Caedena pozwolą im odkryć sposób na naprawę Bariery, docierają do stolicy jeszcze przed nacierającymi kolumnami Ślepców. Na miejscu Taeris prosi o pomoc Radę Tol Athian, lecz starsi - do których dotarła już wiadomość o wysuwanych wobec Caedena oskarżeniach, a także niedarzący Taerisa zaufaniem z powodu dawnych zadrażnień - odmawiają.

Taeris i Caeden, niemający się do kogo zwrócić, ukrywają się w pałacu, gdzie Wirr zdołał przekonać Karaliene, iż Caeden jest kluczową postacią rozgrywających się właśnie wydarzeń.

W Deilannis podczas jednego z treningów dochodzi do wypadku, wskutek którego Davian poznaje najbardziej traumatyczne wspomnienie Malshasha: ogląda śmierć jego żony, Elliavii, do której doszło w dniu ślubu. Malshash przyznaje, że jest to główny powód, dla którego pragnie zmienić przeszłość, i odsyła chłopaka z powrotem do jego czasów.

Davian udaje się do Ilin Illan, lecz po drodze poznaje augurkę ISHELLE oraz DRISCINA THROLLA, starszego z Tol Shen. Oboje wspólnie starają się przekonać chłopaka, by wstąpił do Tol Shen, lecz Davian, który słyszał już o inwazji Ślepców, zamierza dotrzeć do stolicy na czas i pomóc w obronie.

I rzeczywiście, Davian stawia się w Ilin Illan tuż przed atakiem najeźdźców. Caeden i Taeris tymczasem, świadomi, że Rada Tol Athian nie pomoże w odzyskaniu wspomnień Caedena, potajemnie zakradają się do siedziby starszych. Niemniej tuż zanim udaje im się skorzystać z Naczynia, Caeden aktywuje tajemniczy brązowy sześcian Ilsetha Tenvara i wiedziony przebłyskiem pamięci, przechodzi przez otwarty przez kostkę portal.

Gdy Wirr z Davianem dołączają do obrońców miasta, Asha przekonuje Elociena, by przechowywane w magazynach nadzoru Naczynia wydał Cieniom, którzy - ponieważ nie są związani Nakazami - mogą je wykorzystać przeciwko najeźdźcom. Dziewczyna wraz z Cieniami stają do walki i udaje się im odeprzeć pierwsze natarcie Armii Ślepców. Niemniej wrogowie nie rezygnują i już wkrótce wdzierają się do miasta. Elocien ginie, a wojska Andarry cofają się przed naporem przeciwnika. Asha odkrywa, że zabity książę pozostawał od dawna pod Kontrolą jednego z augurów. Nie mówi o tym jednak pogrążonemu w żałobie Wirrowi, który wraz z Davianem udaje się do Tol Athian i zmienia treść Nakazów, umożliwiając Obdarzonym udział w walce. Niestety, wiele wskazuje, iż doszło do tego zbyt późno.

Portal przenosi Caedena do miejsca o nazwie Res Kartha, gdzie człowiek o ciele z ognia - należący do rasy Lyth GARADIS RU DAGEN - wyjawia chłopakowi, iż wspomnienia usunął sobie sam, uruchamiając tym samym łańcuch wydarzeń mających doprowadzić do wypełnienia umowy zawartej pomiędzy Lyth a mężczyzną imieniem Andrael. Umowa ta pozwala Caedenowi na zabranie Licaniusa, miecza będącego potężnym Naczyniem, i jednocześnie stanowi, że miecz pozostanie w jego posiadaniu jedynie rok i jeden dzień, o ile nie zdoła znaleźć sposobu na uwolnienie Lyth z Res Karthy.

Zaniepokojony treścią umowy, lecz jeszcze bardziej przejęty losem przyjaciół Caeden wraca do Ilin Illan, gdzie wykorzystuje niesamowitą moc Licaniusa i w ostatniej chwili niszczy armię najeźdźców.

Davian - po bitwie, w trakcie której ujawnił, że jest augurem - decyduje się skorzystać z propozycji Ishelle i udaje się na południe do Tol Shen, sądząc, iż tam będzie mógł poszukiwać metody na wzmocnienie Bariery. Asha pozostaje w stolicy jako przedstawicielka Tol Athian, a Wirr dziedziczy po ojcu stanowisko STRAŻNIKA PÓŁNOCY, czyli naczelnego nadzorcy królestwa.

Caeden, wciąż poszukujący prawdy o swojej przeszłości i chcący wspomóc przyjaciół w walce przeciwko tajemniczym wrogom spoza Bariery, ponownie korzysta z SZEŚCIANU PORTALI. Tym razem trafia do STUDNI MOR ARUIL, gdzie spotyka augura nazwiskiem ASAR SHENELAC - człowieka, który rozpoznaje go z dawnych czasów.

Ku przerażeniu Caedena Asar zwraca mu wspomnienie wskazujące na to, iż chłopak nie tylko jest osobiście odpowiedzialny za morderstwa w Desriel, ale że jest w rzeczywistości samym Aarkeinem Devaedem.

"Echo przyszłych wypadków"

Po wielu tygodniach zmagania się ze świadomością, że był niegdyś Aarkeinem Devaedem, Caeden, chcąc nie chcąc, godzi się z prawdą. Asar zapewnia chłopaka, że zmienił strony już dawno temu, a nawet wyparł się nazwiska Devaed. Pomimo tego Caeden wciąż z trudem akceptuje pomoc Asara, który stara się przywrócić mu pamięć o wcześniejszym życiu.

Przerywa im Nethgalla, która pod postacią Elliavii pojawia się w Mor Aruil i śmiertelnie rani Asara; twierdzi, że jest żoną Caedena i chce mu pomóc. Zdezorientowany i niepewny Caeden daje wiarę przestrodze umierającego przyjaciela i ucieka Nethgalli, posługując się Sześcianem Portali. Jednocześnie przypomina sobie ze zgrozą, iż jego ostatecznym celem jest zamknięcie rozpadliny w Deilannis, co wymaga zgładzenia wszystkich żyjących augurów oraz Czcigodnych.

Tymczasem w Tol Shen, położonym w pobliżu południowego miasta PRYTHE, Davian i Ishelle kontynuują augurski trening. Oboje chroni świeżo uchwalona ustawa o amnestii dla augurów, która jednakże zabrania im opuszczenia twierdzy. Rada Tol Shen nie słucha ostrzeżeń Daviana, który raz po raz usiłuje przekonać ich o realności niebezpieczeństwa, jakim grozi Andarze upadek Bariery. Nic również nie wskazuje, by Obdarzeni chcieli przygotować młodych augurów do jej naprawienia.

Asha z kolei, wciąż pełniąca w Ilin Illan rolę przedstawicielki, ryzykując utratę pozycji oraz łamiąc rozkazy Rady Tol Athian i Zgromadzenia, po wielokroć wymyka się potajemnie do Azylu. Ma nadzieję, że znajdzie tam rozwiązanie zagadki tajemniczego zniknięcia Cieni. Wirr natomiast z wolna oswaja się z nową funkcją strażnika północy i zmaga z politycznymi zawirowaniami świata, który sam stworzył, zmieniając treść Nakazów. Młody książę stara się również pomóc Ashy poprzez zbadanie zagadkowego pochodzenia Naczyń wykorzystywanych do przeobrażania ludzi w Cienie oraz broni, która pomogła jego ojcu położyć kres rządom augurów.

Krążące po Ilin Illan pogłoski o grożącym Wirrowi niebezpieczeństwie okazują się prawdziwe, kiedy w czasie kolacji w rezydencji rodu TEL'RATH nieznani sprawcy dokonują zamachu na jego życie. Chłopak uchodzi cało jedynie dzięki interwencji Scynera, który go śledził i w odpowiednim momencie obezwładnił niedoszłych zabójców za pomocą Kontroli. Scyner informuje również chłopaka, że poszukiwane przez niego informacje znajdują się w dzienniku ojca, który spoczywa w ukryciu w wiejskiej posiadłości rodziny Tel Andrasów w DAREN TEL.

Caeden wyprawia Asarowi pogrzeb, po czym przenosi się na Równinę Rozkładu, gdzie nieumyślnie uwalnia Meldiera, uwięzionego dotąd w DOPŁYWIE - urządzeniu, które od stuleci pobierało Esencję Czcigodnego i wzmacniało za jej pomocą Barierę. Meldier, który nie może odegrać się na Caedenie z obawy, że uniemożliwi tym samym realizację umowy z Lyth, pokazuje chłopakowi wspomnienie wskazujące, iż to Caeden zniszczył Dareci. Twierdzi również, że Caeden walczy po niewłaściwej stronie, i uprasza, by raz jeszcze wszystko przemyślał.

W czasie jednej ze swych eskapad do Azylu Asha staje się przypadkowym świadkiem spotkania wyraźnie obłąkanej Isiliar z sha'teth o imieniu VHALIRE i ECHEM. Przekonana, że może zdobyć w ten sposób istotne informacje, dziewczyna podejmuje ryzykowną decyzję i zapuszcza się w ślad za Echem w katakumby Tol Athian. Echo jednak domyśla się, że jest śledzone, i pozostawia Ashę głęboko pod ziemią.

Dziewczyna zachowuje zimną krew i udaje się jej wreszcie ponownie ruszyć za Isiliar i Vhalire. Wkrótce na oczach Ashy Czcigodna rani sha'teth za pomocą miecza zwanego WIEDZĄ. Kiedy Isiliar odchodzi, porzucając dogorywającego upiora, Asha odbywa z nim krótką rozmowę, po czym go dobija. Następnie umyka, ukrywając po drodze Wiedzę w ciemnym zakątku katakumb.

Davian, który w trakcie wypadu do Prythe nabiera podejrzeń, że śledzi go nieznany augur, odkrywa, że obserwowali go Erran i Fessi. Młodzi augurzy mieli nadzieję, że z chłopakiem spróbuje nawiązać kontakt Scyner, któremu chcieli wymierzyć sprawiedliwość za zabójstwo Kola. Żadne z nich nie ma ochoty ujawnić się i poddać warunkom amnestii. Niepokoi ich jednak istnienie w sercu Tol pomieszczeń zabezpieczonych przed ludźmi dysponującymi augurskimi mocami. Wiedza o nich potęguje żywioną przez oboje nieufność wobec Rady Tol Shen.

Davian zgadza się zapytać członków Rady o tajemnicze pomieszczenia, lecz kiedy wraca do twierdzy, zastaje tam ROHINA - nowo przybyłego augura, który zdecydował się ujawnić i błyskawicznie zyskał wśród Obdarzonych niezwykłą popularność i posłuch. Dość szybko staje się jasne, iż niezwykła charyzma Rohina jest w istocie specyficzną postacią Kontroli, polegającą na tym, że rozmówcy augura wierzą we wszystko, co ten mówi. Jedynie Davian, posiadający niwelującą dar Rohina moc wykrywania kłamstw, jest w stanie oprzeć się przybyszowi.

Rohin wtrąca Daviana do więzienia i umieszcza go w celi, której zabezpieczenia uniemożliwiają korzystanie z kan. Davian, który potrzebuje kan do pobierania z otoczenia życiodajnej Esencji, konstruuje sztuczną REZERWĘ i umieszcza ją we własnym ciele. Wbrew powszechnej opinii, że działanie kan bezpośrednio w organizmie człowieka jest szkodliwe, chłopak nie odczuwa żadnych skutków ubocznych.

Wirr, któremu król doradza, by po zamachu opuścił na kilka dni stolicę, udaje się do rodzinnej posiadłości w Daren Tel, gdzie ma nadzieję odnaleźć dziennik ojca. Matka młodego księcia, GELADRA ANDRAS, podejmuje syna niezwykle chłodno, a także informuje go, że wszystko, co znajdowało się w gabinecie ojca, zostało przekazane nadzorowi. Geladra nie próbuje nawet ukrywać silnej niechęci wobec Obdarzonych. Wyraźnie daje też do zrozumienia, iż jej zdaniem Wirr nie powinien piastować funkcji strażnika północy, i potępia jego niedawne decyzje.

Później tego samego dnia kontaktuje się z Wirrem Breshada, łowczyni, która pomogła księciu i Davianowi w Desriel. Okazuje się, że rozpoznała go w Ilin Illan i od tamtej pory go śledzi. Kobieta szuka pomocy, ponieważ odkryła niedawno, że posiada Dar, wskutek czego została przez swych rodaków uznana za andarskiego szpiega. Wirr nie widzi lepszego rozwiązania i zgadza się znaleźć osobę, która nauczy łowczynię panowania nad mocą.

Wieczorem siostra Wirra DELDRI wyjawia, że matka skłamała i osobiste drobiazgi ojca wcale nie zostały wywiezione. Młody książę korzysta z pomocy dziewczyny i znajduje dziennik z ojcowskimi zapiskami, a także KAMIEŃ PRZYSIĘGI: niewielkie Naczynie, wykorzystywane przez nadzorców do nakładania Nakazów na nowych funkcjonariuszy.

Deldri, wściekła na matkę za niesprawiedliwe traktowanie jej i brata, prosi Wirra, by zawiózł ją z powrotem do stolicy. Książę jest pomysłowi niechętny, lecz ulega, kiedy Geladra próbuje przemocą powstrzymać oboje przed wyjazdem.

Tymczasem w Tol Shen Fessi i Erran uwalniają z celi Daviana, który nie stawił się na umówione spotkanie. Chłopak opowiada im o Rohinie, po czym całą trójką powstrzymują wracającego z podróży Driscina Throlla przed wkroczeniem do twierdzy, a następnie namawiają go do wspólnej akcji przeciwko augurowi.

Driscin opowiada przyjaciołom o przechowywanym w skarbcu Tol Shen amulecie, którego moc uniemożliwi Rohinowi korzystanie z kan. Wszyscy czworo przekradają się do twierdzy, zdobywają amulet i więżą Rohina.

W trakcie przesłuchania augur wyjawia Davianowi, że doznał wizji zwiastującej całkowite zniszczenie północnej części Andarry. Wyznaje przy tym, iż władze Tol Shen wiedziały o nadchodzącym najeździe Ślepców, na długo zanim do niego doszło. Augurzy ODCZYTUJĄ umysł Rohina i ze zdziwieniem odkrywają, że do Tol Shen wysłał go Scyner.

Caeden - który ufa, że Sześcian Portali przeniesie go zgodnie z planem we właściwe miejsce - przybywa do śnieżnego miasta ALKATHRONEN, gdzie znajduje zniszczony Dopływ Isiliar. Czcigodna, doprowadzona do szaleństwa przez długi ponad miarę pobyt w urządzeniu, atakuje chłopaka z ukrycia. Przed śmiercią z ręki przyjaciółki ratuje Caedena Alaris. Gdy Caeden odzyskuje świadomość, odbywa z Alarisem długą rozmowę, w trakcie której dawny przyjaciel stara się go przekonać, że walczy po niewłaściwej stronie konfliktu. Przy okazji Caeden dowiaduje się, że musi odszukać Nethgallę, która posiada ostatnie Naczynie potrzebne go wypełnienia umowy zawartej przez Andraela z Lyth. Alaris twierdzi, że Nethgalla przebywa prawdopodobnie w Deilannis. Caeden powraca do Ilin Illan, gdzie spotyka się z Karaliene, po czym udaje się do Deilannis.

Davian, Ishelle, Fessi i Erran przekazują pojmanego Rohina władzom Tol Shen, po czym wyprawiają się wbrew woli Rady na północ, w kierunku słabnącej Bariery.

Tymczasem w Ilin Illan Wirr zaczyna czytać zapiski ojca, dzięki czemu powoli poznaje prawdę o przyczynach powstania przeciwko augurom. Do księcia zgłasza się jego przyjaciel ALERIC i prosi o zgodę na wyjazd na południe, gdzie ma rzekomo do załatwienia prywatną sprawę, w którą nie chce wtajemniczać nikogo, a szczególnie DECJI. Wirr nie jest zachwycony, ale zgadza się zachować wypad Aelrica w tajemnicy.

Asha zgłasza się do udziału w organizowanej właśnie wyprawie do Deilannis. Dziewczyna ma nadzieję, że w tamtejszej bibliotece znajdzie informacje dotyczące pochodzenia Cieni. Namówiony przez Karaliene Wirr wysyła z grupą również Breshadę, a Asha zgadza się zaznajomić byłą łowczynię z tajnikami panowania nad Esencją.

Niedługo po wyjeździe ekspedycji pałac w Ilin Illan zostaje zaatakowany przez Isiliar, przekonaną, że znalazł tam schronienie Caeden. W rezultacie ginie wielu dworzan, a jeszcze liczniejsi, w tym Deldri, odnoszą rany. Wybuchowi przemocy kładzie kres dopiero Alaris, któremu udaje się poskromić Czcigodną.

Po ataku Decja zaczyna wypytywać o los Aelrica i wspólnie z Wirrem uświadamiają sobie, że szermierz wyjechał, by rozmówić się ze sponsorami jego występu w PIEŚNI MIECZY, ludźmi, których pieniądze z premedytacją przegrał. Zatroskana o brata dziewczyna wyjeżdża, by go odnaleźć.

Na szlaku wiodącym ku Barierze Ishelle zostaje zaatakowana przez latające ZMORY zwane ELETAIAMI i tylko dzięki interwencji Daviana udaje się jej ujść z życiem. Mimo że augurka zostaje szybko uzdrowiona, wkrótce staje się jasne, że atak Zmór pozostawił w niej trwały ślad. Niemniej towarzysze podejmują wędrówkę na północ.

Po dotarciu do celu członkowie ekspedycji stwierdzają, że prowadzący do Deilannis most strzeżony jest przez przypominające węże Zmory, znane jako DAR'GAITHINY. Grupa próbuje się przebić do miasta, lecz w trakcie walki Asha spada z mostu do rzeki LANTARCHE. Przed śmiercią ratuje ją Breshada. Obie młode kobiety znajdują drogę powrotną do miasta, gdzie w wielkiej bibliotece Asha znajduje opis Syfonu i jego związków z Cieniami.

Wirr, który przygotowuje się do otwartego konfliktu z matką, oficjalnie dążącą do pozbawienia go stanowiska strażnika północy, odkrywa, że kiedy trzyma w dłoni Kamień Przysięgi, jest w stanie zmusić do posłuszeństwa każdego człowieka noszącego Znamię - Obdarzonego bądź nadzorcę. Młody książę nie ulega jednak podszeptom Taerisa, który próbuje namówić go, by skorzystał z nowo odkrytej mocy do umocnienia swej pozycji. Wirr postanawia utrzymać się na czele nadzoru bez uciekania się do tak dwuznacznych metod.

Davian, Ishelle, Fessi i Erran docierają do Bariery, gdzie ku swemu przerażeniu stwierdzają, że zapora wciąż słabnie, a jej wewnętrzna struktura jest dalece bardziej skomplikowana, niż podejrzewali. Z zaskoczeniem odkrywają również wbudowane w Barierę ukryte przejście do Talan Gol.

Caeden przybywa do Deilannis, gdzie spotyka w wielkiej bibliotece Ashę i Breshadę. Breshada bez chwili wahania ujawnia swą prawdziwą tożsamość i okazuje się Nethgallą. Nethgalla przekazuje Caedenowi Syfon, po czym podstępem nakłania Ashę, by ta raniła ją mieczem o imieniu Szept, co sprawia, że gromadzona przez Syfon Esencja - oraz odpowiedzialność za los Bariery - przechodzi na Ashę.

Asha, która wskutek wybiegu Nethgalli przestała być Cieniem, lecz została skazana na los znacznie gorszy, powraca do Ilin Illan z silnym postanowieniem skorzystania z KAMIENI PODRÓŻNYCH, przeniesienia się na północ i odnalezienia Dopływu, który Caeden zbudował z myślą o sobie. O pomyśle dziewczyny dowiaduje się Wirr i dostrzega w nim szansę na przekonanie nadzoru o realności zagrożenia związanego z ewentualnym upadkiem Bariery. Nakłania więc Geladrę, by również udała się na północ, i obiecuje, że jeśli ta wyprawa nie przyniesie przekonujących dowodów, dobrowolnie ustąpi ze stanowiska.

Caeden przybywa z Syfonem do Res Karthy i przedstawia Garadisowi swój plan uwolnienia Lyth. Lyth, wściekli, iż będą musieli rozstać się ze swą niezwykłą mocą, niechętnie przystają na propozycję, ponieważ spełnia ona mimo wszystko warunki umowy z Andraelem. Poddają się wiązaniu, przekazują swą moc Syfonowi, a za jego pośrednictwem Ashy. W ramach ugody Caeden odsyła Lyth do ojczyzny ich przodków - Lśniącej Krainy.

Tymczasem Davian, Asha i Wirr na krótko spotykają się pod Barierą. Mimo nacisków Geladry, która uważa, że augurzy powinni pozostać pod nadzorem Obdarzonych, Ishelle, chwilowo niepanująca nad sobą, korzysta z ukrytych drzwi i przechodzi na stronę Talan Gol. Ruszają za nią Davian i Fessi. Nie udaje im się jednak sprowadzić przyjaciółki z powrotem, gdyż drzwi zamykają się za nimi na dobre, odcinając drogę do Andarry.

Asha i Erran również nie ulegają Geladrze. We dwoje odnajdują ostatni Dopływ - dzięki Ashy, wyczuwającej położenie Cieni. W rezultacie trafiają na ukrytą za pomocą kan przybrzeżną wyspę, z której roztacza się widok na Barierę. Tam spotykają Scynera, który - jak się okazuje - czekał właśnie na Ashę.

Erran zauważa, że znajdujący się w posiadaniu Scynera amulet jest tym samym, którym posłużyli się w Tol Shen do pokonania Rohina. Scyner przyznaje, że zabił augura.

Wyspę atakuje stado TEK'RYLI - wielkich, przypominających skorpiony Zmór. Niebezpieczeństwo zażegnuje Asha, która po raz pierwszy uwalnia pełnię swej mocy i niszczy wszystkie potwory.

Tymczasem Erran powraca do miejsca, gdzie ostatnio widziano Ishelle, Daviana i Fessi. Chce rozwikłać zagadkę ich zniknięcia, zanim Asha uruchomi Dopływ i zamknie przyjaciół na zawsze na wrogiej ziemi.

Trójka augurów w Talan Gol trafia do gniazda eletaiów. Tam okazuje się, że dziwne zachowanie Ishelle jest skutkiem wcześniejszego ataku Zmór. Przyjaciele znajdują TELESTEZJĘ, dzięki której jedno z nich mogłoby bezpiecznie powrócić do Andarry. Docierają do Bariery, ścigani przez olbrzymią armię.

Wirr, Geladra i Karaliene obserwują postępujący upadek Bariery i przebijające się przez nią bestie. Przy pomocy Errana ukrywają się i uciekają przed potężnym atakiem eletaiów, mordujących bezsilnych Andarczyków. W ukryciu Geladra i Wirr dowiadują się, że to Erran jest augurem, który przez kilka ostatnich lat Kontrolował poczynania Elociena.

Dzięki pośrednictwu Errana Asha uświadamia sobie, że Bariera wymaga natychmiastowego wzmocnienia. Ishelle, zakuta w Telestezję, przekracza osłabioną zaporę, lecz Davian i Fessi zostają w Talan Gol na dobre, gdy Asha zamyka się w Dopływie i dzięki swej mocy wzmacnia Barierę.

Geladra, która przetrwała pierwszy atak Zmór, ginie, kiedy ciała zabitych przez eletaie ludzi ożywają i zamieniają się w potwory. Przerażeni i przygnębieni Wirr i Karaliene kremują zwłoki pozostałych poległych obrońców.

Caeden ostatecznie udaje się do ILSHAN GATHDEL TETH, gdzie dochodzi do konfrontacji z Czcigodnymi. W starciu z Meldierem i Isiliar ginie Isiliar, lecz Caeden zostaje pojmany.

Pochwyceni na pustkowiu Talan Gol Davian i Fessi również trafiają do Ilshan Gathdel Teth jako jeńcy. Fessi, która rozpoznaje to miejsce ze swych wizji, wpada w panikę i ucieka. Davian, również zmuszony do ucieczki, dowiaduje się, że w pobliżu przetrzymywany jest Caeden, którego Meldier poddaje torturom, by poznać miejsce pobytu Ashy.

Davian próbuje uwolnić przyjaciela i dowiaduje się od Meldiera, że Caeden był w przeszłości Aarkeinem Devaedem, co ze wstydem potwierdza sam Caeden. Mimo wstrząsającej nowiny Davian pozostaje wierny przyjaźni. Udaje mu się Meldiera zaskoczyć i zabić za pomocą Licaniusa. Caeden namawia chłopaka, by ściął mu głowę zwyczajnym mieczem, gdyż tylko śmierć i odrodzenie pozwolą mu uciec z Talan Gol. Caeden obiecuje również, że niedługo wróci i uwolni Daviana.

Po przebudzeniu i zmianie postaci na Caedena chłopak odzyskuje ostatnie, szokujące wspomnienie - dowiaduje się, że w napadzie szału dwa tysiące lat wcześniej zabił Daviana.

Zamieć szalała w najlepsze. Świat wokół Caedena niknął za zasłonami bezlitosnej, mroźnej bieli.

Chłopak starł lepiące mu się do powiek płatki lodu, pochylił głowę i ruszył dalej, zmagając się z wściekłymi powiewami smagającego górskie zbocze wichru. Zimne powietrze boleśnie kaleczyło mu płuca, a wilgoć przy każdym kroku coraz śmielej przenikała odzież. Brnął tak od wielu godzin; cel powinien być już niedaleko. Caeden nie mógł stworzyć portalu prowadzącego bezpośrednio do Alkathronen - ostatniego miasta Budowniczych nie dało się wykryć, nawet korzystając z kan - lecz był pewien, że Bramę otworzył w jego sąsiedztwie. Prawie pewien.

Skupił się i roztoczył wokół siebie tarczę z Esencji, która na moment odcięła go od siekących ostrzy mrozu. Zamknięty w przejrzystej bańce śnieg gwałtownie wyparował w syczącym obłoku pary. Używając nawet tak niewielkiej ilości energii, Caeden podejmował spore ryzyko. Chciał, by jego obecność w Alkathronen jak najdłużej pozostała tajemnicą, a kiedy przed rokiem Czcigodni poddali go torturom w Ilshan Gathdel Teth, pobrali od niego świeży Ślad.

Chłopak potrząsnął głową, by wyrwać się z ponurych wspomnień, poprawił ciążący mu na ramieniu zwój liny, zlikwidował energetyczną osłonę i ponownie wpadł w bolesne objęcia srogiego wichru.

Po kilkunastu krokach ujrzał rodzącą się wśród bieli mglistą poświatę. Niebawem, zupełnie bez uprzedzenia, zagarnęły go cisza i spokój wąwozu. Uszy Caedena wypełnił wytęskniony szum przewalających się w oddali mas wody, a niebo nie atakowało już pędzącymi ukośnie smugami śnieżycy, lecz sypało łagodnie spływającymi pojedynczymi płatkami.

Chwilę potem ukazały mu się dwa potężne wodospady, szumiące po przeciwnych stronach drogi. Na ich idealnie pionowych migocących taflach skakały wyładowania błękitnej energii. Sam szlak na szczęście był suchy, wszystkie drobinki białego puchu, które stykały się z kamienną nawierzchnią, w okamgnieniu parowały. Caeden poczuł rozlewające się po całym ciele odprężenie, zziębnięte policzki owiało cieplejsze powietrze.

Zsunął na kark głęboko naciągnięty dotąd kaptur, pozwalając ogrzać się całej twarzy, i potoczył czujnym spojrzeniem dokoła. Alkathronen stanowiło centralny punkt stworzonej przez Budowniczych sieci komunikacyjnej. Dzięki tutejszym portalom można się było przenieść do wszystkich pozostałych cudów wzniesionych przez starożytnych. Kiedy Caeden był tu poprzednio, musiał mu o tym przypomnieć Alaris, lecz dzisiaj bez trudu rozpoznawał wyryte na skraju drogi symbole i rozumiał ich znaczenie.

Wciąż wzbierające fale wspomnień dawno już przestały chłopaka zaskakiwać. W ciągu ostatniego roku samotnych obserwacji i snucia planów przypomniał sobie bardzo dużo - był przekonany, iż odzyskał niemal komplet wspomnień - aczkolwiek jego umysł nadal wzdragał się przed zbyt szczegółowym przeżywaniem dawnych wydarzeń. I oba te fakty, co przyznawał otwarcie sam przed sobą, ogromnie go cieszyły.

Teraz gdy nie musiał się już przedzierać przez wypiętrzone zaspy, ruszył ze zdwojoną energią. Przemarznięte kończyny z każdą chwilą odzyskiwały czucie, o czym dawały znać przenikliwym, ostrym mrowieniem. Jaśniejący przed chłopakiem blask tworzył nad Alkathronen ochronną kopułę, pozwalającą dostrzec panującą na ulicach pustkę.

Mijając symbol oznaczający portal wiodący do Ilin Illan, Caeden przystanął, zadrżał i ponownie zdusił rodzące się w sercu wątpliwości. Może jednak nie powinien był tu przybywać? Decyzja była ryzykowna, pochopna nawet, lecz mimo to... tak, nadszedł już czas. Davian tkwił w niewoli od roku, co znaczyło, że niebawem zostanie zesłany do Zvaelaru. A z tego z kolei wynikało, iż Caedenowi został na przygotowania niecały miesiąc.

Poszedł dalej. Od dnia jego ucieczki Czcigodni nie zasypiali gruszek w popiele. Davian uprzedził go o przechwałkach Gassandrida, więc Caeden, gdy tylko sobie o tym przypomniał, zaryzykował ukradkowe odwiedziny w stolicy Andarry. Chciał się przekonać. I rzeczywiście. Już wówczas niepokojąco wielu ludzi nosiło w umysłach subtelne ślady obcej bytności. Do tej pory Odczytane musiały zostać setki osób. Niewykluczone, że wręcz tysiące.

Przeczesujący królestwo w poszukiwaniu Caedena - czy, mówiąc bardziej precyzyjnie, informacji o miejscu pobytu Ashalii - Gassandrid, Alaris i Diara niemal dosłownie poruszali niebo i ziemię.

Naturalnie chłopak dokładnie takiej reakcji się spodziewał i robił, co mógł, by nie zostawiać za sobą najdrobniejszych śladów. Za każdym razem, gdy musiał opuścić Studnie, usuwał nawet wspomnienia swojej obecności. Niestety, wymogi ostrożności wykluczały także wszelkie próby kontaktu z przyjaciółmi w Andarze. Czcigodni z pewnością znali już imiona wszystkich i bacznie ich obserwowali.

Caeden obejrzał się przez ramię i rzucił jeszcze jedno tęskne spojrzenie na symbol Ilin Illan. Przymusowa izolacja, zwłaszcza w obliczu tego, co nieuchronnie się zbliżało, mocno dawała mu się we znaki... lecz to przecież dzięki niej Karaliene, Wirr i pozostali wciąż mogli się cieszyć względnym bezpieczeństwem. Mimo że od pokonania ilshary dzieliło ich tak niewiele, jedną z najważniejszych cech Czcigodnych zawsze była cierpliwość - i zapewne właśnie na cierpliwość liczyli teraz, kiedy wskutek pojmania Caedena rok temu w ich ręce dostał się Licanius. Nie byli na tyle nierozsądni, by atakować własną przynętę. Przynajmniej dopóki mogła się im jeszcze przydać.

Wciąż czując wywołany ostatnią myślą niepokój, zatrzymał się przed wielką, łukowato sklepioną białą bramą. To tutaj przebiegała granica Alkathronen. Opuścił powieki i skoncentrował się. Miał rację. Zobaczył je od razu - jedyną drogę do miasta blokowała delikatna siateczka przecinających się wiązek kan.

Chłopak jeszcze przez chwilę stał niezdecydowany. Wreszcie jednak wykonał krok naprzód, rozrywając niemal niewidoczne pasemka mrocznej energii. Otaczające go powietrze zafalowało w odpowiedzi. W tej samej chwili o jego obecności musiał się dowiedzieć Alaris. Pozostawało jedynie pytanie, czy doniesie o niej towarzyszom. Caeden obrzucił chmurnym spojrzeniem szemrzące fontanny, zdobiące wejście do miasta, po czym pokręcił głową i skierował się w stronę wschodniego urwiska.

Tak czy inaczej, czasu miał niewiele, a pracy czekało go sporo.

Caeden zacisnął dzwoniące zęby i przelał do kamienia cieplnego nieco więcej Esencji. Wyciągnął dłonie ku sięgającemu mu pasa cylindrycznemu Naczyniu i rozsiadł się na niskim, białym murku, ostatecznie pozwalając sobie na chwilę odpoczynku. Podobnych kamieni cieplnych rozsianych było po Alkathronen kilkanaście. Wszystkie zostały doskonale wpasowane w estetykę otoczenia, niemal zlewały się z sąsiednimi zabudowaniami, a pomimo tego w jakiś niesamowity sposób każdy był wyraźnie widoczny z daleka. Zasilone energią, emitowały przyjemne ciepło, która to funkcja niebywale przypadła chłopakowi do gustu zwłaszcza teraz, gdy każdy jego mięsień skarżył się bólem, otarte liną dłonie dotkliwie piekły, a przemoczone na śniegu ubrania lepiły się do ciała.

Oczywiście wszystkim tym niedogodnościom mógłby zaradzić bez trudu, lecz zdawał sobie sprawę, że już wkrótce będzie potrzebować znacznych ilości Esencji, i nie chciał przesadnie uszczuplać Rezerwy.

Podniósł w zamyśleniu wzrok ku wschodniej granicy miasta, gdzie łagodna poświata Esencji stawiała opór bijącej niezmordowanie lodowatej bieli. Odkąd dotarł do Alkathronen, burza wzmogła się jeszcze bardziej, co nie ułatwiło pracy, która zajęła chłopakowi pięć ostatnich godzin. Teraz jednak szalejąca zamieć mogła mu pomóc.

Zmienił pozycję, by rozgrzać drugą połowę ciała, i popatrzył na prostą jak lot strzały aleję prowadzącą ku centrum Alkathronen.

Wyraźnie zobaczył granicę, za którą śnieg już nie topniał. Migocący, przygasający co chwila blask Esencji ukazywał stopniowo gęstniejącą dalej biel.

Widząc niepewne światło, Caeden zadrżał. Niechętnie wracał pamięcią do ostatnich odwiedzin w tym miejscu, lecz wspomnienie prawie nigdy nie opuszczało go na dobre. Nie mógł zignorować tego, czego się wówczas dowiedział, ani tego, co uczynił od tamtej pory.

Isiliar była jego przyjaciółką, a on świadomie wystawił ją na pastwę samotności i szaleństwa. A później - kiedy dziewczyna została wreszcie uwolniona - zabił ją.

- Wydajesz się nieszczęśliwy, Tal'kamarze.

Caeden drgnął. Zaraz jednak zebrał się w sobie, wstał i pozdrowił skinieniem wysokiego, atletycznie zbudowanego mężczyznę, który stał po drugiej stronie ulicy.

- Nie jesteś daleki od prawdy - przyznał rację Alarisowi. Jego szept rozległ się wyraźnie w grobowej ciszy miasta. - Ale cieszę się, że przybyłeś - dodał. Nie uśmiechnął się, lecz dopilnował, by na jego twarzy nie odmalowała się wrogość.

Czcigodny nawet na moment nie odrywał od chłopaka spojrzenia błękitnych oczu. Z pozoru sprawiał wrażenie rozluźnionego, lecz jego postawa zdradzała wewnętrzne napięcie. Podejrzliwość.

- Obietnicy złożonej przyjacielowi złamać nie można - odparł, przyglądając się chłopakowi badawczo. - A ja bardzo chcę wierzyć, że wciąż jesteśmy przyjaciółmi, Tal. Mimo wszystko.

- To nasza wspólna wiara - powiedział szczerze Caeden, po czym mimowolnie zerknął na milczące ulice za plecami rozmówcy. Alaris pojawił się bardzo szybko. - Nie spodziewałem się ciebie tak wcześnie.

Jedynym spośród żyjących Czcigodnych, który znał sztukę otwierania Bram, był Gassandrid, a każda wyprawa poza ilsharę wymagała drobiazgowego uzasadnienia. By dotrzymać danego Caedenowi słowa i nie zdradzić towarzyszom, z kim się spotyka, Alaris musiał posłużyć się wymówką. I to bardzo chytrą, biorąc pod uwagę czas, w jakim znalazł się w Alkathronen. Planując ten dzień, chłopak założył, że będzie mieć w mieście tylko kilka godzin samotności, lecz w rzeczywistości spodziewał się, że oczekiwanie potrwa całe dnie.

- Jestem sam - zapewnił Czcigodny, któremu nie umknął błysk oczu rudowłosego młodzieńca. - Gass i tak chciał mnie wyprawić w... innej sprawie. Pomyślny zbieg okoliczności.

Caeden ściągnął brwi. Jaka sprawa mogła sprowadzić Alarisa w okolicę portalu prowadzącego do Alkathronen? Znał jednak tego człowieka na tyle, by uwierzyć mu na słowo. Z wolna, ostrożnymi ruchami, odpiął miecz od pasa i rzucił go przed siebie na ziemię.

- Cieszę się. Bo przyszedłem tu porozmawiać.

Alaris spojrzał w zamyśleniu na ostrze i skinął głową. Sam jednak nie rozstał się z bronią.

Chłopak wskazał zapraszającym gestem ławkę po drugiej stronie cieplnego kamienia. Czcigodny zajął miejsce i przez chwilę obaj wpatrywali się w siebie bez słowa. Ostatecznie to Caeden nadął policzki, wypuścił powietrze i odezwał się, szukając najlepszego sposobu podjęcia rozmowy.

- Kiedy spotkaliśmy się tu poprzednio - zaczął - powiedziałeś, bym wrócił, kiedy sprawa Lyth zostanie zamknięta. Wspomniałeś też, że jeżeli zechcę zrozumieć obie strony tego konfliktu, to chętnie o tym ze mną pomówisz.

Słysząc te słowa, Alaris nachylił się z błyskiem nadziei w spojrzeniu, lecz Caeden natychmiast pokręcił głową.

- Jedno muszę przyznać otwarcie, przyjacielu. Przypomniałem sobie na tyle dużo, że ta akurat dyskusja stała się zbędna. Nie stoję po stronie twojego pana i nigdy na nią nie przejdę.

- To dla mnie... smutna wiadomość. - Alaris się skrzywił. - Nie zaskakująca może, lecz... cóż. - Ramiona Czcigodnego opadły, a w głosie zabrzmiała nuta goryczy. - Tal, skoro mój punkt widzenia już cię nie interesuje, czemu ma służyć to spotkanie?

Wyraźne w głosie przyjaciela rozczarowanie zabolało, lecz Caeden odpowiedział z przekonaniem:

- Mam pewną propozycję. Ofertę wymiany.

- Jeśli masz na myśli Licaniusa... - żachnął się Alaris i zawiesił głos.

- Oczywiście, że nie - odparł rudowłosy chłopak spokojnie. Miejsce pobytu miecza i tak od pewnego czasu nie było dla niego zagadką. - Chcę, byś zwrócił wolność Davianowi. W rewanżu zdradzę ci, gdzie szukać Dopływu, w którym zamknąłem Cyra. I pozwolę ci go uwolnić.

Odpowiedziała mu cisza. Czcigodny zmarszczył czoło. Oferta Caedena musiała go zaskoczyć.

- Dlaczego? - Pokręcił powoli głową. - Wiem, że abyś mógł zamknąć rozpadlinę, muszą zginąć i Cyr, i Davian, a z nich dwóch to Cyr jest zdecydowanie trudniejszy do zgładzenia. Zwłaszcza na wolności.

Chłopak zachował kamienną twarz. Cyr pozwolił się zamknąć w Dopływie z własnej woli. Caeden przekonał go, gdy ujawnił prawdziwe zamiary Shammaelotha, o czym pozostali Czcigodni nie mieli pojęcia. Do dziś zakładali, że był więźniem, podobnie jak Meldier i Isiliar.

- Dlatego że złożyłem Davianowi obietnicę - odparł zdecydowanie Caeden. - A nie jestem w stanie go uwolnić. Nie z Ilshan Gathdel Teth. Nie, jeśli staniesz mi na drodze. Nie jestem tak silny jak ty. Nigdy ci nie dorównywałem - powiedział bez cienia zadęcia. W jego głosie nie było fałszywej skromności, nie użalał się nad sobą.

- Ktoś mądry - Alaris świdrował rudzielca wzrokiem - mógłby uznać, że Davian jest dla ciebie ważniejszy niż Cyr, z jakiegoś powodu, którego jeszcze nie znamy.

- Ktoś mądry byłby świadom, że gdyby rzeczywiście tak wyglądała prawda, nie zaproponowałbym tej wymiany. Alaris, ja po prostu próbuję dotrzymać słowa. Chcę stać się takim człowiekiem, jakim być pragnę, nie takim, jakiego znaliście. - Caeden pochylił się lekko. - Obaj wiemy, że zabiję Daviana... Tego nie da się odwrócić, bez względu na to, jak długo będziecie go przetrzymywać. - Mimo że dowiedział się o tym już przed rokiem, sama myśl o pozbawieniu przyjaciela życia wciąż nie dawała mu spać po nocach. Starannie jednak ukrył emocje. - Z drugiej strony, żaden z nas nie wie, co przeznaczenie zgotowało Cyrowi. Dlatego twierdzę, że to dobra oferta, Alaris. A przy tym jednorazowa.

Czcigodny zapatrzył się w cieplny kamień. Przez chwilę w zadumie rozważał propozycję dawnego przyjaciela.

- Tal, czy słyszysz sam siebie? - zapytał niespodziewanie. Podniósł wzrok i chłopak zauważył malujące się na jego twarzy zmęczenie. - Mówisz, że nie chcesz o tym rozmawiać, ale... Człowiek, jakim pragniesz być? Chcesz wymienić jednego przyjaciela, człowieka, którego osobiście uwięziłeś na długie dwa tysiące lat, na innego i próbujesz mnie przekonać argumentem, że przecież wiem, iż jednego z nich tak czy inaczej zabijesz? - Urwał i zaniósł się udręczonym, gorzkim śmiechem. - A jednocześnie jesteś święcie przekonany, że kroczysz właściwą ścieżką i to my, wszyscy pozostali, zostaliśmy sprowadzeni na manowce.

- Chcesz powiedzieć, że jesteście mniej skalani niż ja? - Przez twarz Caedena przemknął ponury grymas.

- Owszem, Tal - potwierdził rzeczowo Alaris. - Działamy ze świadomością, że wszystko, co się dzieje, zostanie odwrócone i naprawione... Że nasze uczynki wymierzone przeciwko innym nie będą mieć żadnego znaczenia, o ile ty nie zwyciężysz. To nie my z zacięciem chronimy ułomny, zniewolony świat. Nie my zabijamy ludzi, których podobno kochamy.

Caeden otworzył usta, by odpowiedzieć, lecz jedynie pokręcił głową.

- Nie - podjął po chwili zmęczonym tonem. - Daj spokój, Alaris. Skończ z wiecznymi próbami zasiania we mnie zwątpienia. Nie powtarzajmy w nieskończoność tego samego sporu. Nie próbuj mnie zaskoczyć pytaniami, na które odpowiedziałem stulecia temu. Usiłując wykorzystać moją niewiedzę, okrywasz się jedynie wstydem. - Chłopak spojrzał rozmówcy prosto w oczy, pozwalając mu dostrzec, jak szczery i głęboki jest jego zawód. - Fakty są takie, że teraz wiem, w co wierzę. Przypomniałem sobie, dlaczego to wszystko jest konieczne. I pamiętam, że nie chcesz nawet wziąć pod uwagę możliwości, iż istota, którą nazywamy Elem, zwodzi nas od początku. Pamiętam już wszystko. Może więc tym razem... po prostu ten etap pomińmy.

Przez twarz Alarisa przemknął cień. Caeden zrozumiał, że zadał celny cios. I bardzo dobrze.

Zapadła cisza.

- Tym razem naprawdę mam do czynienia z tobą, prawda, Tal? - podjął ze smutkiem Czcigodny i przetarł dłońmi udręczoną twarz. - Więc... Davian za Cyra. Pozwól, że przemyślę tę wymianę.

Znowu na jakiś czas umilkli. Caeden obserwował uważnie Alarisa.

- Jak on się miewa? - Chłopak nie miał ochoty zadawać tego pytania, lecz uległ fali niepokoju.

- Stosunkowo dobrze - odpowiedział Czcigodny po chwili wahania. - Jak sobie zapewne wyobrażasz, znalazł się w dość specyficznej sytuacji. Gassandrid stara się edukować, a Diara... Diara woli karać. Wiedzą, kim on jest, co go spotka i co zrobi, przez co niektóre ich argumenty są bardzo przekonujące. - Zawiesił głos i spojrzał Caedenowi prosto w oczy. - Nadal jednak to ja jestem za niego odpowiedzialny. I póki co z mojego punktu widzenia jest to po prostu kolejna osoba, którą powinienem chronić przed tobą.

Caeden poczuł, jak tężeją mu mięśnie szczęki, lecz nie skomentował.

- A skoro zaczęliśmy wreszcie prowadzić kulturalną rozmowę... - Czcigodny spojrzał na rudowłosego z zadumą.

- Jeśli masz coś do powiedzenia, z przyjemnością wysłucham.

Alaris skinął głową, zapewne takiej właśnie reakcji się spodziewał. Sięgnął do kieszeni, z której wydobył niewielki, pieczołowicie owinięty białą szmatką przedmiot. Kiedy Czcigodny zaczął rozwijać zawiniątko, Caeden zauważył, że tkanina pokryta jest od wewnątrz wilgotną zawiesiną. Nawet gdy ściereczka upadła już z mokrym plaskiem na bruk, chłopak potrzebował kilku chwil, by zrozumieć, co Alaris trzyma w dłoni.

- Gdzie to zdobyłeś? - Czcigodny rzucił mu zniszczony Sześcian Portali. - To nie jest dzieło żadnego z nas.

Caeden chwycił Naczynie drżącymi dłońmi, a kiedy je obejrzał, z najwyższym wysiłkiem ukrył ulgę. Świadomość, że kostka została zniszczona, była dla niego jak prezent, choć Alaris nie mógł zdawać sobie z tego sprawy. Brązowa dawniej powierzchnia sześcianu była w tej chwili czarna i oślizła. Pokrywające ścianki inskrypcje uległy zatarciu. Kawałek metalu rozpłynął się chłopakowi w palcach.

Caeden dość wcześnie przypomniał sobie, że Naczynia znajdujące się przez dłuższy czas w Talan Gol niszczeją. Sześcian Portali był jednak artefaktem szczególnej mocy. Wyjątkowym. Aż do dziś Caeden nie miał więc niezbitej pewności, że spotka go podobny koniec.

- Od Lyth - przyznał. Nie widział powodu, by kłamać. - Ukradłem im - dodał, a kiedy Alaris uniósł brwi, wzruszył tylko ramionami.

- Bardzo chciałbym kiedyś tę historię usłyszeć. - Czcigodny zachichotał i pokręcił głową.

- Kiedyś... - powtórzył Caeden i wrócił spojrzeniem do niszczejącego mu w dłoniach Naczynia. Poczuł w sercu żal. Niepozorny przedmiot przypomniał mu, jak niegodnie wykorzystał przyjaciela. Jako Malshash powiązał Daviana z Sześcianem Portali i zmanipulował go tak, by chłopak dostarczył mu kostkę już po wymazaniu pamięci. A wszystko dlatego, że Davian był jedynym człowiekiem, co do którego Caeden miał pewność, że dożyje właściwego momentu. Wciągnął Daviana w to wszystko z pełną świadomością, że ostatecznie go zabije. Bo przeznaczeniem Daviana było umrzeć z ręki Caedena i ani jeden dzień wcześniej.

Odepchnął od siebie te myśli, odstawił na bok rozkładającą się kostkę i starannie wytarł ręce. Korciło go, by raz jeszcze spróbować wytłumaczyć Alarisowi prawdziwą przyczynę, dla której Sześcian uległ zniszczeniu. Czcigodni wierzyli, że degradacja Naczyń w Talan Gol, podobnie jak jałowość samej północnej krainy, stanowi skutek działania Bariery, przemyślnego, wbudowanego w nią mechanizmu, dzięki któremu zapora miała się stać jeszcze bardziej skutecznym murem więziennym.

Rzeczywistość była inna. Caeden osobiście wraz z Andraelem opracował projekt ilshary, a jej jedynym celem było powstrzymanie marszu Ela ku Deilannis i zapewnienie Czcigodnym czasu na zastanowienie się i zakwestionowanie swej ślepej wiary. Tymczasem Alaris i reszta - nawet kiedy jeszcze sądzili, że Caeden stoi po ich stronie i że był jedynie nieświadomym pionkiem w machinacjach Andraela - bardzo szybko wymyślili wytłumaczenie. Utrzymywali, że Andrael musiał coś zmienić w konstrukcji Naczyń podtrzymujących ilsharę, zanim zostały one przekazane Darecjanom, bądź że modyfikacji dokonali już sami Darecjanie.

Czcigodni byli ludźmi inteligentnymi, lecz z jakiegoś niejasnego powodu nie mogli dopuścić do siebie ewentualności, że istotą problemu jest bliskość ich uwięzionego boga.

Tak właśnie oddziaływała natura Shammaelotha. Osoby najgłębiej unurzane w rozsiewanym przez niego zepsuciu miały największy kłopot z dostrzeżeniem prawdy o sobie. Caeden nie miał im tego za złe. Sam aż nazbyt dobrze wiedział, na czym polega ta swoista krótkowzroczność.

- Tal, moja odpowiedź brzmi: nie - rzucił nagle Alaris i pokręcił głową.

Caeden wbił w dawnego przyjaciela puste spojrzenie, a kiedy uświadomił sobie wreszcie, co właśnie usłyszał, wypuścił z ust ciężkie westchnienie. Czcigodny odtrącił propozycję wymiany.

- Dlaczego nie?

- Dlatego że zjawiłeś się tutaj, dopiero kiedy zrozumiałeś, że nie zdołasz mnie pokonać w Ilshan Gathdel Teth. - Alaris wzruszył ramionami. - Dlatego że nie rozumiem, jaką wyniósłbyś z tego korzyść, a to znaczy, że ukrywasz przede mną prawdziwe motywy. - Urwał, a w jego ton wkradła się nuta beznadziejnego przygnębienia. - Ale przede wszystkim: dlatego że po tym, co spotkało Isiliar... po prostu wiem, że nie jesteś człowiekiem, jakim byłeś kiedyś. Być może pamiętasz jeszcze, jak wyglądała nasza przyjaźń, Tal'kamarze, ale nie sądzę, byś wciąż był moim przyjacielem.

Caeden poczuł, jak coś chwyta go za serce. Przez dłuższą chwilę nie potrafił znaleźć słów, którymi mógłby odpowiedzieć.

- Nie masz pojęcia, jak wielką czynisz mi przykrość - stwierdził wreszcie, nie próbując nawet ukryć bólu w głosie. - Wiedz jednak, że popełniasz błąd.

Na twarzy Czcigodnego nie drgnął nawet jeden mięsień.

- Jestem skłonny wymienić Daviana za informację o położeniu Dopływu Ashalii i za nic innego.

- Nie.

- W tej sytuacji nie mamy już o czym rozmawiać. - Alaris podniósł się sztywno z miejsca. - Dałem słowo honoru, że pozwolę ci opuścić Alkathronen, i tę obietnicę podtrzymuję. Niemniej w chwili, w której znajdziesz się poza granicami miasta, staniemy się wrogami. Nie dojdzie już do takich pertraktacji jak dzisiaj.

Caeden również wstał. Podszedł do porzuconego miecza, pochylił się i podniósł go z bruku. Ostrze głośno drapnęło o kamień. Chłopak wyprostował się i skierował stalowy czubek prosto ku dawnemu przyjacielowi.

- Wiem, że nie dojdzie - powiedział półgłosem.

Oburzony Czcigodny wbił w chłopaka pełne niedowierzania spojrzenie, które wywołało w Caedenie fale koszmarnego poczucia winy. Przez moment obaj stali w bezruchu, po czym Czcigodny cofnął się lekko i z widoczną niechęcią sięgnął po własny miecz.

- Domyślam się, że powinienem być wdzięczny, że nie zaczekałeś, aż odwrócę się plecami. - Alaris uniósł ostrze. - Przynajmniej tyle zostało z dawnego ciebie. - Mimo widocznego potwornego zmęczenia w jego oczach pojawił się stalowy błysk. - Tal, nie wiem, dlaczego sądzisz, że masz tu większe szanse niż w Ilshan Gathdel Teth, wiem za to, że się przeliczyłeś. Nie wątpię, że nie próżnowałeś, że zastawiłeś na mnie pułapki, ale jak sam przyznałeś, myślałeś, że dostaniesz więcej czasu. Kilka godzin nie mogło ci wystarczyć.

Caeden nie skomentował. Wciąż trzymając miecz w górze, zaczął powoli krążyć. Alaris poszedł za jego przykładem.

- Tal, daję ci ostatnią szansę. Odejdź w pokoju. Nie masz żadnego z mieczy Andraela, więc nawet jeśli zdobyłeś jakieś inne, nieznane mi Naczynie, nie masz nadziei na zwycięstwo. A tym razem naprawdę nie pozwolę ci uciec. - Gdy chłopak nie odpowiedział, Czcigodny ciężko westchnął. Sprawiał wrażenie rozdartego pomiędzy melancholią i frustracją. - Cóż, więc zanim to skończymy i zostaniesz zamknięty na zawsze, odpowiedz mi na jeszcze jedno pytanie.

- Pytaj - rzucił Caeden, nawet na chwilę nie przystając. Powolny, czujny taniec dwóch szermierzy trwał w najlepsze.

- Wiem, że po treningu, jaki przeszedłeś przed stuleciem, zmiana postaci nie jest dla ciebie wyzwaniem. Z pewnością odzyskałeś też większość dawnych wspomnień. Dlaczego więc powróciłeś akurat do tego ciała? Dlaczego nie do własnego?

Zaskoczony Caeden niemal się potknął. Podobna kwestia nurtowała go przez kilka dni po tym, jak Davian ściął mu głowę, uwalniając go z Ilshan Gathdel Teth. Zastanawiał się, z jakiego powodu chce znów przybrać wygląd rudowłosego chłopaka mimo towarzyszącego przemianie bólu. Mimo tak wielu innych możliwości.

I ostatecznie odkrył odpowiedź.

- Dlatego że tak wygląda człowiek, którym jestem teraz - odparł.

Ostrze Caedena z błyskiem pomknęło ku prawemu ramieniu Alarisa. Coś zafurkotało, brzęknęła ścierająca się stal. Czcigodny usunął się w bok i sparował. Metaliczny odgłos poniósł się daleko w ciszy Alkathronen. Caeden zwinnie wycofał się przed kontratakiem Alarisa, który - czysto, precyzyjnie - rozciął mieczem powietrze w miejscu, gdzie ułamek sekundy wcześniej znajdował się bark chłopaka.

Caeden zasypał przeciwnika burzą błyskawicznych, lekkich cięć. Z napiętymi jak postronki nerwami starał się oddychać równomiernie i szybko oceniać sytuację. Obaj walczący otoczyli się już tarczami rozpraszającymi, niemal zupełnie wykluczającymi możliwość ataku z wykorzystaniem kan. Obaj także wykroczyli poza zwykły nurt czasu. Dostojnie opadające dotąd na bruk płatki śniegu zastygły w bezruchu, zawieszone między rywalami mieniły się eterycznie, odbijając blask oświetlającej miasto Esencji.

Caeden odskoczył i wypuścił wstrzymywane powietrze, którego obłoczek najpierw pofrunął ku górze, a potem znieruchomiał, kiedy wypłynął poza temporalną bańkę. Pod względem kan i Esencji starcie było wyrównane, co sprawiało, iż czynnikiem decydującym stała się siła mięśni.

A w tej konkurencji Alaris był niepokonany.

Muskularny Czcigodny nie dał chłopakowi wiele czasu do namysłu. Natarł z impetem. Ostra krawędź jego miecza błyskała w hipnotyzującym, płynnym tańcu raz za razem, i znowu. Zajadłe cięcia szeptały w powietrzu tuż przy skórze Caedena bądź kończyły odbite desperackim, postawionym w ostatnim momencie blokiem. Alaris nie był tak utalentowanym fechmistrzem jak Isiliar, nie walczył równie kreatywnie i nieprzewidywalnie, lecz pomimo tego bił się naprawdę fantastycznie.

Caeden wzmocnił nogi Esencją i skoczył do tyłu. Zatrzymał się pięćdziesiąt stóp dalej, na idealnie gładkich, białych płytach, którymi wyłożono ulicę. Alaris już mknął za nim, raptownie zmniejszając dzielący ich dystans. Caeden poszerzył otaczającą go temporalną bańkę, sięgnął do Rezerwy i posłał potężne wyładowanie Esencji prosto w fasadę najbliższego budynku. Kawały skruszonego muru sypnęły się pod nogi Czcigodnemu, który wybił się ku górze, zręcznie omijając wielki głaz, i popędził naprzód jakby nigdy nic.

- Tal, opór nie ma sensu - ryknął, przekrzykując hurgot walącego się po lewej stronie domu.

Katastrofa uszkodziła kilka przecinających Alkathronen kanałów energetycznych. Caeden za pomocą kan pobrał Esencję wprost z powietrza i zaplótł ją w zbitą, jaśniejącą kulę, którą cisnął w przeciwnika i natychmiast pomknął jej śladem. Energia rozproszyła się, gdy tylko uderzyła w tarczę Alarisa, lecz wypełniła swoje zadanie. Czcigodny rozciął powietrze na oślep, słusznie przewidując, że zaraz nastąpi atak. Nie wiedział jednak, z której strony. Caeden rzucił się na ziemię i przejechał na energetycznej tarczy obok rywala, z całej siły tnąc go na wysokości kolana. Miecz Alarisa świsnął mu tuż nad głową.

Ostrze chłopaka odbiło się od skóry Czcigodnego, nie czyniąc mu najmniejszej szkody. Caeden, mimo że wzmocnił mięśnie Esencją, poczuł w ramieniu silny wstrząs. Cios był słaby, niemal żałosny, za to zaskakujący. Takie ataki mogły Alarisa rozzłościć, zirytować i rozkojarzyć. Mogły spowolnić jego ruchy i zaburzyć koncentrację.

Czcigodny, zupełnie jakby ciosu nie zauważył, wykonał piruet i zaatakował rywala snopem jaskrawych, cienkich jak włos wyładowań Esencji. Caeden podskoczył na równe nogi i w samą porę osłonił się warstwą utwardzonej kan, która wchłonęła energię. Chroniąca chłopaka tarcza rozpraszająca była wprawdzie skuteczna, lecz pozostawała w ciągłym ruchu i część ledwie dostrzegalnych złocistych igiełek mogłaby się prześliznąć.

Caeden poczuł, że grunt pod jego stopami zaczyna drżeć, i w ostatniej chwili odskoczył. Nawierzchnia ulicy eksplodowała tuż przed nim fontanną gruzu i białego pyłu. Chłopak, ogłuszony boleśnie hukiem, odturlał się, unikając potężnej, kamiennej płyty, którą Alaris grzmotnął w podłoże niczym bojowym młotem. Zziajany Caeden zdołał wstać i ponownie skoczył naprzód.

Od tej chwili pojedynek przerodził się w rozmytą mozaikę biegania i uników, której wtórowały burzowe grzmoty walących się budynków.

Chłopak dwukrotnie stracił orientację w terenie. Pobliskie domy znikały, zmieniając się w potężne, przerażające chmury. Uwalnianą z murów zasilającą Alkathronen Esencję obaj raz za razem wykorzystywali do niszczenia kolejnych fragmentów miasta. Po każdej eksplozji Caeden skakał ku przeciwnikowi, wymieniał z nim kilka ciosów, po czym odskakiwał. Kolejne sekwencje stopniowo, stanowczo zbyt wolno, prowadziły walczących tam, dokąd chciał chłopak. Caeden szermował na tyle zachowawczo, na ile mógł, by nie wywołać podejrzeń. Głównie się bronił, lecz przez to na jego ciele pojawiały się co chwila coraz głębsze rany, których gojenie wymagało rosnących ilości Esencji. Po każdym otrzymanym ciosie czuł, jak maleje zasób jego Rezerwy, której nie były w stanie wypełnić nawet porcje energii pobierane z pokiereszowanego miasta.

Szala zwycięstwa przechylała się na stronę Alarisa.

Kolejny wzmocniony Esencją skok ponad zrujnowaną fontanną doprowadził Caedena wreszcie do miejsca, skąd widać było niski mur, wyznaczający wschodni skraj Alkathronen. W normalnych warunkach roztaczający się za nim widok zapierał dech w piersiach, lecz wciąż szalała burza śnieżna i poza ledwie widoczną ochronną kopułą widać było jedynie białe smugi śniegu i czarną ścianę nocy.

Caeden wzmocnił nogi jeszcze jedną porcją energii i popędził wzdłuż bariery. Płuca paliły żywym ogniem, oddech miał krótki i rwany. Ślizgał się i kluczył, słysząc za sobą hurgot, grzechot i ryk pękającego kamienia. Gdyby był silniejszy, gdyby miał więcej czasu na przygotowania, z pewnością zamaskowałby pułapkę znacznie lepiej.

Tego luksusu jednak nie miał. Rezerwa i siły chłopaka były niemal na wyczerpaniu.

Gdy wpadł wreszcie na długi, kończący się pod wschodnim murem plac - prawdopodobnie dawne targowisko, wciąż nietknięte i jasno oświetlone - wyhamował, odwrócił się i osłonił energetyczną tarczą przed kolejną chmurą frunących kawałów gruzu. Tarcza zamigotała. Kilka kamieni przedarło się na drugą stronę, trafiając chłopaka w pierś i nogę, krusząc kość i wbijając się głęboko w mięśnie. Caeden warknął wściekle z bólu i zaczął się cofać, aż wreszcie oparł się plecami o sięgający mu pasa mur, wyznaczający granicę pokrywającej miasto kopuły. Zaraz potem dezaktywował tarczę i pobrał z pobliskiej wiązki oświetleniowej porcję Esencji, którą skierował do ran. Skrzywił się, widząc, jak z wiszącej w powietrzu chmury kurzu wylatują kolejne kamienne pociski. Niektóre mijały jego głowę zdecydowanie zbyt blisko.

Gdy pył wreszcie opadł, chłopak ujrzał po drugiej stronie placu Alarisa. Czcigodny utykał na jedną nogę, a na jego twarzy malowało się zmęczenie, lecz był przy tym równie zdeterminowany jak w pierwszych chwilach pojedynku. W powietrzu snuł się ostry zapach pokruszonego muru. Caeden zaniósł się ostrym kaszlem i starł z zalanego potem czoła warstwę ciemnej mazi. Rywale spotkali się spojrzeniami.

Na moment wszystko zamarło, ucichło. Caeden pozwolił ramionom opaść, choć serce biło mu z każdą chwilą szybciej.

- Taki koniec był po prostu nieunikniony, Tal - zawołał Alaris, wchodząc chwiejnie na plac. - Musisz...

W tym momencie Caeden aktywował końcówkę swojego Naczynia. Szeroki na cały plac zarys wilczego łba - mimo związanej z tym straty czasu musiał uwzględnić ten symbol w projekcie wskutek wiązania, jakiemu tysiąclecia wcześniej poddali się wszyscy Czcigodni - ożył gwałtownie pod nogami Alarisa i w jednej chwili pozbawił energii wszystkie oświetlające okolicę wiązki Esencji. Zapadła nieprzenikniona ciemność.

Rozległ się donośny trzask i chłopak przez ułamek sekundy widział twarz przeciwnika oświetloną blaskiem wilczego łba. Czcigodny otworzył szeroko oczy. Zaraz potem ziemia usunęła mu się spod stóp, a otaczające go z trzech stron budynki runęły naprzód.

Mimo że dokładnie tego się spodziewał, Caeden przywarł mocno do muru. Plac eksplodował bolesnym, dezorientującym rykiem. Alaris zniknął pod kawałami kamienia, które z oszałamiającą prędkością pędziły ku niemu, jakby ściągane mocą niesłychanie potężnego wiru. Kilka chwil później chłopak miał przed sobą wysoki na trzy piętra i podobnie szeroki kopiec zbitego gruzu, niemal bez reszty przesłonięty podświetlonymi upiornym blaskiem tumanami pyłu.

W mieście zapanował dziwaczny spokój. Wilczy łeb - jego nadal widoczny fragment - zgasł równie szybko, jak się pojawił, i okolica znów na kilka sekund zatonęła w mroku, który rozproszyły dopiero ożywające wiązki Esencji, odzyskujące dostęp do ukrytego głęboko pod Alkathronen Cyrarium.

Obolały Caeden podciągnął się i usiadł na murku, opierając się plecami o uplecioną z Esencji siatkę zabezpieczającą. Wiedział, że gdyby nie zamieć, zobaczyłby za sobą przyprawiającą o zawrót głowy przepaść, której niewidoczne dno znajdowało się ponad trzy tysiące stóp niżej. Urwisko to, podobnie jak ściany Fedris Idri - oraz inne skały otaczające szczyt, na którym wzniesiono Alkathronen - było gładkie niczym szkło i niesamowicie twarde, co wykluczało wszelkie próby wspinaczki.

Starając się uspokoić oddech, wpatrywał się w rozciągające się przed nim rumowisko. Skonstruowana z kan maszyneria zadziałała dokładnie tak, jak planował. Zdawał sobie jednak sprawę, że urządzenie powstało w nadmiernym pośpiechu. Było prymitywne. Zbyt oczywiste.

Kilka kamyków stoczyło się po zboczach kopca, mącąc ciszę placu. Caeden obserwował czujnie, czekał. Nie poruszył się, kiedy w końcu jeden z większych głazów zakołysał się i spadł na bok, a te pod nim zaczęły unosić się ku górze. W szczelinach błyskały złote wyładowania Esencji, z każdą chwilą jaśniejsze, aż wreszcie rozrastająca się energetyczna kopuła roztrąciła gruz na boki, a z ziejącej pod nią dziury, wyrwanej w podłożu przez Naczynie Caedena, wygramolił się mężczyzna, który po chwili ruszył, kuśtykając, ku chłopakowi.

- Nie rozumiem tylko jednego - odezwał się spokojnie Alaris, kiedy znalazł się w zasięgu głosu. Zgasił swą tarczę. Ostatnie zalegające na niej kamyki spadły z głuchym grzechotem na ziemię. - Nawet gdyby linie kan nie były na tyle grube, bym mógł je zauważyć. Nawet gdyby ci się udało i pogrzebałbyś mnie pod tym kopcem. Gdybyś zmusił mnie, bym przespał... Jak długo? Tydzień? Dwa, po których wróciłbym do zdrowia? Na co właściwie liczyłeś? Zamierzałeś w tym czasie wziąć Ilshan Gathdel Teth szturmem czy co? - Pokręcił głową, zbliżając się do Caedena. Szedł sztywno, lecz niepowstrzymanie. - Tal, tak niechlujna robota cuchnie mi desperacją. Kończą ci się pomysły i mam wrażenie, że sam to rozumiesz.

Caeden nie odpowiedział. Wciąż czuł w kościach pozostały po walce ból. Ze swego miejsca na murku widział z wolna rozwiewające się obłoki kurzu, rozświetlane miejscami przez chaotyczne wyładowania Esencji, podobne do burzowych chmur, w których tańczą błyskawice. Wszystko to jednak było najzwyklejszym... zniszczeniem. Z powierzchni ziemi zniknął cały kwartał ostatniej metropolii Budowniczych. Na sercu chłopaka zaległ żal, ciężki niczym kamień.

Alaris zauważył wyraz twarzy rudzielca i przystanął mniej więcej dwadzieścia stóp przed nim.

- Bezsensowna strata - przyznał łagodniejszym, choć wciąż oskarżycielskim tonem. - Najstarsze, najdoskonalsze miasto świata, a myśmy je zniszczyli. Tyle piękna, tyle historii. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego Budowniczowie nie otoczyli Alkathronen lepszymi zabezpieczeniami. El świadkiem, że mogli się bardziej postarać.

- Asar powiedział mi kiedyś, że podjęli taką decyzję, ponieważ nic na świecie nie jest prawdziwie piękne, jeśli nie może zostać zniszczone - zauważył Caeden, sunąc spojrzeniem po zrujnowanym placu. - Niekiedy zdarza się nam o tym zapomnieć, Alaris.

Czcigodny zmarszczył nagle brwi. Spojrzał tak, jakby dopiero teraz zauważył, gdzie siedzi chłopak.

- Tal, nie bądź głupi. Obaj wiemy, że trzeba ci ściąć głowę - podjął zmienionym, bardziej wyważonym tonem i wyciągnął przed siebie rękę, jakby chciał ściągnąć rywala z murku czystą siłą woli.

- Z takiej wysokości? Bez Esencji? Na jedno wychodzi - zapewnił Caeden i rzucił przyjacielowi zmęczony uśmiech. - Więc chyba mamy remis.

Sięgnął po kan i usunął niewielki fragment otaczającej Alkathronen kopuły. Natychmiast poczuł na karku lodowate powiewy wiatru i mokre uderzenia śniegu. Zgodnie z przewidywaniami z muru wysunęło się zabezpieczające pasmo Esencji, lecz i je rozciął mroczną energią. Bardziej wyczuł, niż usłyszał pełen frustracji okrzyk Alarisa.

Caeden odchylił się do tyłu i spadł.

Z miejsca chwycił go w objęcia mróz. Wicher huczał mu w uszach, wszystko zasnuła biel.

Czując, jak żołądek podchodzi mu do gardła, zamknął oczy i sięgnął po kan, starając się zignorować towarzyszące spadaniu doznania. Cienka sieć mrocznej energii, którą wypuścił w górę ku Alkathronen, przez niemiłosiernie dłużącą się chwilę nie ukazała niczego.

Wreszcie jednak zobaczył sylwetkę człowieka, który spowity Esencją przesadził murek i pomknął za nim niczym pikująca strzała.

Na jedną niezwykłą chwilę Caedena ogarnęła melancholia. Przyjaciel próbował po raz ostatni ocalić mu życie.

Zaraz potem obrócił się, wypatrując konstruktu z kan, który budował, wisząc przez kilka godzin przy ścianie urwiska.

Aktywował końcówkę.

Brama zajaśniała tuż nad chłopakiem, pomiędzy nim a Alarisem. Mgnienie potem rozbłysła, gdy wymachujący bezradnie ramionami Czcigodny przeleciał prosto przez nią. Caeden zacisnął zęby i ponownie uderzył wiązką kan, niszcząc mechanizm. Portal został otwarty i zniknął w ciągu zaledwie dwóch sekund.

Chłopak wciąż spadał, otoczony kojącym w tej chwili świstem powietrza. Doznał poczucia niewysłowionej ulgi. Alaris nie potrafił tworzyć Bram, a bez tej umiejętności nie mógł opuścić Studni. Nie mógł też porozumieć się stamtąd z pozostałymi w Ilshan Gathdel Teth towarzyszami.

Caeden wiedział, że kiedyś, w końcu, będzie musiał się nim zająć, lecz w tej chwili liczyło się to, że nie musiał się go obawiać, a siły Czcigodnych zmalały o kolejną osobę.

Smagany wichurą chłopak skoncentrował się i przelał całą dostępną sobie Esencję z Rezerwy do ciała. Alaris miał rację. Caeden nie miał pojęcia, czy ten upadek skończy się dla niego śmiercią, czy tylko koszmarnymi obrażeniami. Gdyby miał czas, zainstalowałby też niżej drugą Bramę. Lecz cóż, nie miał czasu.

Zamknął oczy i czując na powiekach ukąszenia lodowatego powietrza, przygotował się na zderzenie z ziemią.

Pewne było jedno, zaboli jak jasna cholera.

Wirr przeszedł przez portal i wpadł w gęstą plątaninę gałęzi. Nerwy chłopaka napięte były do granic możliwości, stara blizna na brzuchu boleśnie zapiekła.

Przebił się przez zarośla tak cicho, jak to było możliwe. Po chwili stanął na niewielkiej, pustej polanie i odetchnął z ulgą. Nieco przed sobą widział tańczące na falach szemrzącego strumyka refleksy księżycowego światła. Jasna, srebrzysta poświata nie wyłowiła z ciemności żadnych oznak zagrożenia. To nie była zasadzka.

Zza pleców doleciało go grubiańskie przekleństwo Taerisa. Jedna z wilgotnych gałęzi, które odgarnął przed chwilą młody książę, chlasnęła starszego w twarz. Wirr odwrócił się w porę, by ujrzeć przez ziejącą w powietrzu dziurę wnętrze dawnego gabinetu ojca. Pusty pokój w posiadłości Tel'Andrasów tonął w mroku. Nie zapalili świateł, by nie zaalarmować nikogo po tej stronie. Widok już po chwili zniknął za nachodzącymi na siebie liśćmi.

- Pięknie dziękuję, panie - burknął Taeris, ścierając rosę z policzka. Promienie księżyca zagrały na coraz liczniejszych srebrnych nitkach znaczących jego piaskowej barwy czuprynę. Starszy odwrócił się, stwierdził, że portal jest dobrze zamaskowany, i pokiwał z zadowoleniem głową. W zaroślach tonął nawet nikły blask Esencji, który otaczał leżący na ziemi Kamień Podróżny. - Do wyczerpania energii w Kamieniach mamy jakieś parę godzin. Zakładam, że jesteśmy sami?

- Na to wygląda. - Wirr spojrzał na księżyc, ustalił kierunki świata, po czym popatrzył kolejno na wschód i zachód. - Jeżeli Laiman skierował nas we właściwe miejsce, nie powinno być nas widać ani z drogi, ani z muru. Twierdził też, że tędy nie chodzą patrole.

- Tak, to na pewno tutaj - stwierdził z przekonaniem Taeris i skinął dłonią na zachód. - Poszukam chrustu, a ty rozejrzyj się w okolicy.

Wirr już miał zaprotestować, lecz poczuł ukąszenie nocnego powietrza i uległ. Mogli tu spędzić dłuższy czas, a niewielkie ognisko nie powinno ściągnąć im na głowę kłopotów.

Wszedł między drzewa i przez chwilę przedzierał się przez las, aż wreszcie dotarł do skąpanej w blasku księżyca drogi. Ku uldze księcia szlak jak okiem sięgnąć był pusty. Chłopak wyłowił z płynącego w pobliżu strumienia cztery spore, gładkie kamienie i ostrożnie ułożył z nich na poboczu niepozorny stosik.

Cofnął się i obejrzał własne dzieło. Zaczął się denerwować. Czy kamienie są odpowiednio widoczne? A może za bardzo? Wirr z wysiłkiem opanował rosnący stres. Kopczyka nie mógł przeoczyć nikt, lecz kilka kamieni nie mogło przecież zaniepokoić patrolu. Prawdopodobnie nie miał się czym przejmować, choć zdawał sobie sprawę, że w tej sytuacji pewna doza niepokoju jest nieunikniona. Gdyby wieść o tym spotkaniu - lub choćby o tym, że książę pojawił się w okolicy - wydostała się na zewnątrz, doszłoby do...

Cóż, niektórzy ludzie w Ilin Illan nie byliby zachwyceni, nie miał cienia wątpliwości.

Wrócił do Taerisa, który rozniecał właśnie ogień. Chłopak usiadł i oparł się plecami o zwalony pień. Zamknął oczy i poczuł ciężar zawieszonego na szyi Kamienia Przysięgi.

- Driscin - wyszeptał, wyobrażając sobie twarz starszego z Tol Shen. - Kiedy będzie bezpiecznie, udaj się drogą na zachód. Idąc tym traktem, wypatruj czterech kamieni ułożonych jeden na drugim. Kiedy je znajdziesz, przejdź przez strugę i wejdź prosto w las, kierując się z powrotem w stronę Tol. - Wirr przygryzł wargę. - Po minucie lub dwóch marszu trafisz na drugi strumyk, mniejszy. Stamtąd powinieneś już widzieć blask ogniska. Zanim się ujawnisz, upewnij się, że to naprawdę my.

Otworzył oczy i pochwycił wzrok obserwującego go Taerisa. Obdarzony skinął głową i wrócił do układania chrustu. Wirr jednak zauważył w gestach towarzysza zdenerwowanie.

- O tej porze powinni już być w drodze. Mieli skorzystać z tego tunelu augurów, o którym opowiadała Ishelle. - Chłopak nie skomentował napięcia starszego mężczyzny. - Nie będziemy czekać zbyt długo. Laiman też musi być w pobliżu.

Królewski doradca powinien znać okolicę jak własną kieszeń. Zaprzątnięty negocjacjami spędził tutaj, na południu, większą część ubiegłego roku. To właśnie on pozostawił Kamień Podróżny we właściwym miejscu. Nie było powodu, by się spóźnił.

Taeris odwrócił wzrok, pochylił się i raz jeszcze łagodnie dmuchnął na tlące się gałązki. Otaczający ich ciemny las tchnął milczeniem. Nie był na tyle rozległy, by kartografowie nadali mu jakąkolwiek nazwę, lecz drzewa i krzewy tworzyły zbitą gęstwinę, skutecznie chroniącą przed oczyma strażników krążących po jasno oświetlonych murach Tol Shen, nie dalej niż pięćset stóp od miejsca spotkania.

- Myślisz, że komisja zauważy moje zniknięcie? - spytał swobodnie Wirr, wpatrzony w pierwsze niewielkie płomyki, które zatańczyły wśród suchych gałęzi.

- Mam nadzieję, panie! - prychnął Taeris. - W końcu nie będzie nas całe dwa dni! - Wzruszył ramionami. - Ale oni doskonale zdają sobie sprawę, że musisz utrzymywać swoje działania w tajemnicy, a wielu ludzi widziało cię na szlaku do Daren Tel. O ile nikt cię tutaj nie zauważy, nie wpadną na to, że wybrałeś się tak daleko. Poza tym Prządki wiedzą, że nikt nadal nie ma pojęcia, że masz ze sobą to. - Starszy wskazał ukryty pod koszulą chłopaka czarny kamyk w kształcie łzy. - No i nie mają przecież powodu do większego niepokoju. Myślę nawet, że potraktują twoją nieobecność jako chwilę przyjemnego wytchnienia. A zanim zaczną zastanawiać się głębiej, będziemy już z powrotem.

Wirr pokiwał głową w zadumie, choć pytanie zadał przede wszystkim po to, by zmącić nieprzyjemną ciszę lasu. Członkowie nadzorującej jego poczynania komisji - dwunastki przedstawicieli wielkich rodów, z których połowę mianował nadzór, a połowę Obdarzeni - byli przekonani, że znają los wszystkich Kamieni Przysięgi w królestwie. Egzemplarz znaleziony przez młodego księcia w ojcowskim sejfie nie został jednak ujęty w żadnym oficjalnym rejestrze, a Wirr przez ostatni rok dołożył wszelkich starań, by stan ten nie uległ zmianie.

- Myślisz, że popełniłem błąd, utrzymując istnienie tego Kamienia w sekrecie? - zastanowił się chłopak, odruchowo gładząc łańcuszek. - Może powinienem był im powiedzieć?

- Myślę, panie, że popełniłeś co najmniej kilka poważnych błędów, ale akurat tego bym do nich nie zaliczył.

Wirr nieznacznie się skrzywił. Odpowiedź była po prostu szczera, przyjaciel nie chciał mu dopiec, niemniej słowa zabolały. Tym bardziej że książę wcale nie był przekonany, czy się z nimi zgadza.

Na pewien czas zapadło między nimi przyjazne, choć naznaczone niepokojem milczenie. Wreszcie jednak uszu chłopaka doleciał trzask pękających gałęzi i szmer roztrącanych liści.

- To ja, panie. Driscin Throll! - po polanie poniosło się ciche, wyraźne wołanie.

Napięte mięśnie młodego księcia rozluźniły się na powrót. Dał znak i spomiędzy drzew wynurzyły się dwie postacie. Półmrok skrywał zacienione twarze.

- Driscin - przywitał się Wirr uprzejmie.

Starszy podszedł do ogniska, pozdrowił księcia i Taerisa posępnym skinieniem i usiadł. Towarzyszący mu mężczyzna pozostał na skraju polany. W każdym jego ruchu widać było, że nie ma ochoty się zbliżać.

- Chodź tu, Dras! - warknął Driscin, zerkając niecierpliwie ponad płomieniami. - Wiesz przecież, że nie masz wyboru.

Dras Lothlar - były wysoki przedstawiciel Tol Shen - podszedł niechętnie i zajął miejsce przy ogniu obok Driscina. Potoczył wokół chmurnym spojrzeniem.

- To nie skończy się dla ciebie dobrze - zwrócił się bezceremonialnie, z błyskiem w oku, do Wirra. - A co do ciebie... - Popatrzył na Taerisa.

- Zamilcz, Dras - polecił spokojnym głosem książę.

Dras rozchylił usta, lecz natychmiast zamknął je z powrotem. Ze ściągniętą, zaczerwienioną twarzą uciekł wzrokiem w bok.

- Jakieś problemy? - Wirr przeniósł wzrok na Driscina.

Starszy wzruszył ramionami i przyjrzał się chłopakowi uważnie swymi orzechowymi oczyma.

- Nic poważnego, ale nie mamy wiele czasu. Jak już mówiłem mistrzowi Kardaiowi, wszyscy członkowie Rady Shen są kontrolowani co dwie godziny. Jeżeli ktoś zauważy nieobecność Drasa, wyśledzą go za pomocą Śladu. A wtedy bardzo szybko sytuacja stanie się wielce nieprzyjemna.

- My też musimy się spieszyć - zapewnił go Wirr.

Driscin skinął głową, po czym rozejrzał się po otaczających polanę drzewach.

- A gdzie Ishelle?

Przez twarz księcia przemknął nieprzyjemny grymas. Wyręczył go Taeris.

- Próbowała - stwierdził łagodnym tonem - ale po prostu nie dała rady. Wytrzymała w drodze zaledwie pół dnia.

Driscin wstrzymał powietrze i obrzucił Wirra i Taerisa przenikliwym spojrzeniem.

- To właśnie dlatego odsunęliście spotkanie aż do nocy? Odprowadziliście ją z powrotem do Tol? - spytał, a kiedy Taeris potwierdził skinieniem, odetchnął z ulgą. - Dziękuję ci. - Wyciągnął dłoń do oszpeconego bliznami mężczyzny. - Mów mi Driscin - zaproponował.

- Taeris - odpowiedział starszy, lecz nie przyjął podanej ręki.

- Jesteś zły z powodu Daviana - Driscin nie cofnął dłoni - ale ja tylko powiedziałem mu prawdę. Ty natomiast wiele przed nim ukrywałeś.

- Miałem swoje powody. Nastawiłeś go przeciwko mnie, i to ze względu na jakieś żałosne, polityczne rozgrywki.

- Jak widać, ten etap mam już za sobą. - Driscin nie odwrócił spojrzenia. Rękę nadal trzymał wyciągniętą ku rozmówcy. - Mam nadzieję, że dobitnie tego dowodzi mój udział w tym spotkaniu, a także fakt, że nie zasiadam już w Radzie Shen. To była pomyłka.

Na moment zapadła cisza. Wreszcie jednak, ku niekłamanej uldze Wirra, Taeris uścisnął podaną dłoń. Odkąd tylko chłopak wymienił w rozmowie nazwisko Throlla, Taeris jeżył się na samą myśl o współpracy. Kiedy Driscin po raz pierwszy spotkał się z Davianem, robił, co mógł, by siać między nimi nieufność, i ziarno wykiełkowało. Od tamtego dnia Davian praktycznie nie zamienił z Taerisem słowa. Wzajemnych relacji starszych nie poprawił także fakt, że tuż po naprawieniu Bariery - niewiele ponad rok wcześniej - zerwaniu uległa łącząca Taerisa z Davianem mentalna więź. Wszyscy wprawdzie wierzyli, że chłopak wciąż żyje - koniec końców wizje Alchesha jasno mówiły, iż to Davian powstrzyma Aarkeina Devaeda - lecz niepokój o jego los każdemu z przyjaciół dawał się we znaki.

- Sprawiał ci jakieś kłopoty? - Wirr usiadł wygodniej i wskazał na Drasa.

- Wprost przeciwnie. Poza tym, że bez przerwy marudzi, pomaga jak tylko może. - Spojrzenie Driscina mimowolnie spoczęło na oplatającym kark księcia łańcuszku. - Coś ty kazał mu zrobić?

- Być wobec ciebie posłusznym i nie próbować krzyżować twych planów.

- Sprytne. - Driscin pokiwał z uznaniem głową. - Aczkolwiek następnym razem mógłbyś też zabronić mu paplać od rana do nocy. Byłbym niewymownie wdzięczny - stwierdził, ignorując jadowite spojrzenie Drasa. - A co ze mną?

- Tobie nie kazałem niczego - odparł chłopak, lecz kiedy zobaczył malujące się na twarzy starszego powątpiewanie, westchnął. - W wiadomości do ciebie nie było słowa nieprawdy, a zakładam, że Laiman przekazał ci ją wiernie. Jedyne, co zrobiłem, to za twoją zgodą zobowiązałem cię do poufności. Obiecuję też, że nie zrobię nic więcej, o ile sam na to nie przystaniesz. Nie mogę oczekiwać, że ludzie zaczną mi ufać, jeśli sam będę wobec nich nieufny.

Driscin zmierzył Wirra ostrożnym spojrzeniem, po czym zerknął pytająco na Taerisa.

- Nasz książę rzeczywiście niekiedy gubi się w szczegółach, ale to wszystko się zgadza. Choć nie wiem, czy ci to pomoże - stwierdził oschle Taeris.

Kąciki ust Driscina uniosły się lekko w uśmiechu, lecz w oczach chłopaka zamajaczył cień irytacji. Taeris uwielbiał od czasu do czasu wbić mu szpilę, zapewne po to tylko, by sprawdzić, czy nadal potrafi. Książę, chcąc nie chcąc, nauczył się z tym żyć. Wolał to niż zachowanie większości nadzorców i Obdarzonych, którzy najczęściej nie byli w stanie spojrzeć mu prosto w oczy. Niemniej tego rodzaju sytuacje uświadamiały Wirrowi dobitnie, że od pewnego czasu żaden człowiek noszący Znamię nie może czuć się przy nim swobodnie.

- Pomogło - odparł Driscin po chwili zastanowienia. - Ponieważ wiem, że jesteś przyjacielem Daviana... Na Prządki, naprawdę mnie korci, żeby uwierzyć w twoją szczerość - przyznał, przeciągnął się i rzucił okiem na Drasa, który przez całą rozmowę gapił się tępo w płomienie. - Zaczniemy?

- Czekamy jeszcze na mistrza Kardaia - powiedział Wirr. - Chciałem, żeby w spotkaniu wziął udział ktoś bez Znamienia.

- Mądra decyzja, ale... - Starszy rzucił okiem w kierunku Tol Shen. - Jeśli nie dołączy do nas już niebawem, będziemy musieli rozpocząć bez niego. Mamy godzinę, najdalej dwie. Potem ktoś zauważy zniknięcie Drasa.

Wirr potaknął niewyraźnym pomrukiem. W żołądku czuł coraz ciaśniejszy węzeł niepokoju. Nawet pomijając powód podany przez Driscina, czasu mieli niewiele. Ograniczał ich czas aktywności portalu: droga powrotna do Ilin Illan zajęłaby trzy długie tygodnie i nawet gdyby nikt nie rozpoznał go na szlaku, tak długa nieobecność księcia w stolicy sprowokowałaby zdecydowanie zbyt wiele niewygodnych pytań. A Laiman miał tego pełną świadomość. Powinien być już na miejscu.

- Domyślam się, że ostatni augur nadal się nie ujawnił? - Driscin roztrącił patykiem kilka gałązek w ognisku.

- Nie mamy nic, nawet najmniejszego śladu. - Taeris pokręcił głową. - Jesteś pewien, że...

- Tak - odpowiedział z naciskiem były sig'nari. - W każdym pokoleniu rodzi się trzynaście osób zdolnych korzystać z kan. Z zastrzeżeniem, że u tych, którzy przyszli na świat w ciągu ostatnich dziesięciu lat, byłby to jeszcze nieujawniony talent. Pomyślmy - rzucił i zaczął odliczać na palcach. - Ishelle, Davian. Ta szumowina Rohin. Ci dwoje, którzy pomogli go pokonać, Erran i Fessiricia. Kol, ich przyjaciel, który został zabity w Ilin Illan. Scyner, jego morderca. Dziewczyna, którą tłum zatłukł przed rokiem w Variden. I czworo tych, których książę Andras odkrył i... zlikwidował. Zostaje jeden nieznany augur - zakończył, rzucając Wirrowi przepraszające spojrzenie.

Młody książę stłumił falę skomplikowanych, skonfliktowanych uczuć, jakie budziła każda wzmianka o jego nieżyjącym ojcu.

- Będziemy szukać dalej - zapewnił, patrząc starszemu w oczy.

Driscin potaknął skinieniem i przeciągnął się.

- A jak mają się inne sprawy w stolicy? Od rozłamu Zgromadzenia minęło już trochę czasu. - Zauważył uniesioną brew Wirra i wzruszył ramionami. - Z mistrzem Kardaiem udało nam się pomówić przez ledwie pół minuty. Musieliśmy uważać, by nikt nas nie nakrył. Nie zapominaj, że niektórzy w Tol Shen potrzebują od pewnego czasu specjalnego zezwolenia, nawet po to, by wyściubić nos za mury. A ja nie jestem, by tak rzec, ulubieńcem Rady. O tym, co działo się w Ilin Illan przez ostatni rok, nasłuchałem się sporo, ale były to wszystko relacje osób, którym ufam niechętnie.

Wirr wymienił spojrzenia z Taerisem.

- Sprawy... Cóż. - Oszpecony starszy wzruszył ramionami i zwrócił się do Driscina: - Życie toczy się naprzód. Początkowo, oczywiście, panował zamęt. Nawet po dodatkowym głosowaniu, które pozwoliło księciu Torinowi zachować stanowisko, nikt nie spodziewał się, że Tol Shen zrealizuje zapowiedź i oficjalnie wycofa się ze Zgromadzenia. A potem, kiedy wyprowadzili ze sobą tę przeklętą grupę rodów z południa....

- Wyobrażam sobie, że reakcje nie były przychylne - prychnął pod nosem Driscin.

- Nie były - wątek przejął Wirr. - Pomijając już powszechne zażenowanie, jakie to widowisko wywołało, pojawił się problem podatków i danin, jakie te rody miały niebawem wnieść w ramach opłaty za miejsca w Zgromadzeniu. Dostawy zaopatrzenia i żołnierze byli wówczas szczególnie potrzebni na północy. Niektóre rejony Andarry nie zdołały się jeszcze podnieść po najeździe Ślepców i kiedy zaatakowały Zmory, pomoc była tam naprawdę rozpaczliwie wyczekiwana. Oczywiście jednak południowcy stwierdzili, że nie rozumieją, dlaczego mają płacić za rozwiązywanie cudzych problemów.

- Zapewne niewiele brakowało do rozwiązań siłowych? - Driscin nie wydawał się słowami księcia zaskoczony.

- Bardzo niewiele - przyznał Taeris, któremu posępnie potaknął Wirr. - Nie istniało jednak prawne uzasadnienie. Udział w Zgromadzeniu od zawsze był dobrowolny. Rody tradycyjnie uważały, że dodatkowe koszty stanowią niewielką cenę za zyskiwane w ten sposób wpływy polityczne i prestiż.

- Niestety już przed laty podobne nastroje zapanowały na północy - dodał chmurnie Wirr. - Północne rody z dawien dawna wykorzystywały fakt, że południowcy mają na karku Nesk i Desriel. W zamian za pomoc domagały się pieniędzy i władzy. Trwało to stanowczo zbyt długo i w rezultacie całe południe od pewnego czasu wypatrywało tylko okazji do zemsty.

- Teraz więc wszyscy zastanawiają się, co takiego zaoferowało im Tol Shen, że zdecydowali się na tak radykalne posunięcie jak wycofanie przedstawicieli ze Zgromadzenia. Nie bardzo też wiadomo, co oni tam, na Prządki, zamyślają robić w dalszej kolejności - dokończył Taeris.

- Widzę, że wy... - skrzywił się Driscin - wiecie dokładnie tyle, co ja. - Rada Shen wciąż utrzymuje, że uznaje zwierzchność Zgromadzenia i że z przyjemnością obejmą porzucone miejsca, jeżeli tylko Ilin Illan zapewni im to, co nazywają "akceptowalnym środowiskiem pracy" - zacytował sarkastycznym tonem. - Myślę jednak, że wszyscy znamy przynajmniej jeden z powodów rozłamu - dodał, zerkając na Drasa.

Wirr pokiwał głową, choć dyskusja o tych wydarzeniach, jak zawsze, przyprawiła go o mdłości. Po chaotycznej, krwawej obronie Bariery oboje z Karaliene, to walcząc, to przekradając się bocznymi drogami, ruszyli w drogę powrotną do stolicy. Wędrowali traktami, na których częściej spotykali Zmory niż innych ludzi. Właściwie jedynie dzięki względnie rychłemu, bez mała cudownemu spotkaniu z Erranem i Ishelle, którzy tropili ich przez cały czas od ataku na posterunek, dotarli do celu bezpiecznie, choć nawet z pomocą augurów zabrało im to niemal sześć tygodni. Chłopak nie pamiętał, by kiedykolwiek wcześniej powitał charakterystyczny widok majaczącej w oddali Ilin Tora z tak wielką radością w sercu.

A potem znaleźli się w mieście.

W dniu ich powrotu w stolicy nie było już ani jednego starszego z Tol Shen. Nikt nie miał pojęcia, w jaki sposób Obdarzeni dowiedzieli się o mocy pozwalającej Wirrowi wydawać rozkazy wszystkim noszącym Znamię ludziom, lecz wieść ta gruchnęła kilka tygodni wcześniej i nikt jej nie podważał.

Polityczna reakcja, co być może nie powinno dziwić, stanowiła mieszankę histerii i zachowań oportunistycznych.

- A co na to wszystko nadzór? - Driscin ze zmarszczonym czołem spojrzał na młodego księcia.

- Cóż, póki co nadal działa. - Chłopak przeciągnął dłońmi po twarzy, nie miał ochoty o tych sprawach myśleć. - Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że powinniśmy za to podziękować twoim znajomkom. Rada Shen wytyczyła wyraźną granicę, pozostawiając mnie z całym nadzorem po drugiej stronie. Nadzór nie dysponował na tyle dużym kapitałem politycznym, by utworzyć jakieś trzecie stronnictwo, więc mógł albo pozostać w Zgromadzeniu, jednocześnie wspierając mnie, albo stracić jako organizacja resztki znaczenia.

- Mam wrażenie, że taki obrót spraw wcale cię nie cieszy.

- Bo nie cieszy. - Wirr nie widział powodu, by ukrywać prawdę. - Straciliśmy już wielu świetnych funkcjonariuszy, a kolejni odchodzą z tygodnia na tydzień. Tyle dobrego, że termin swobodnej rezygnacji ze służby upływa już wkrótce. Podobno większość odchodzących przechodzi na służbę Desriel, mimo że członkowie Gil'shar są świadomi tego, jak mogę na tych ludzi wpłynąć.

- I ty ich tak po prostu... wypuszczasz? - Tym razem w głosie Driscina dało się słyszeć zaskoczenie.

- Po prostu musiałem zostawić im swobodę wyboru. Różnie można oceniać ich motywacje, ale nadzór, do którego wstępowali, wyglądał zupełnie inaczej niż ten dzisiejszy. - Wirr mówił bez emocji, tłumaczył tę sprawę już po wielokroć. - A ja, odkąd o mojej mocy wiedzą już wszyscy, nie mogę udawać, że jej nie posiadam, więc ci, którzy decydują się pozostać w służbie, muszą być jej w pewnym stopniu poddani. Z kolei każdego z odchodzących zmuszam do zachowania tajemnicy służbowej, więc Gil'shar nie skorzysta zbyt wiele na wiedzy renegatów. Nie chcę jednak zmieniać ludzi w bezwolne marionetki. Wszystkim pozostającym w nadzorze składam przysięgę, że skorzystam z mocy tylko w razie wyższej konieczności, nigdy wbrew obowiązującym nadzór zasadom i jedynie za zgodą komisji.

- Wszystko jedno. Aż dziw, że zdołałeś namówić do pozostania choć jednego nadzorcę - burknął starszy pod nosem.

- Cóż, znakomita większość i tak mną gardzi. I boją się - przyznał otwarcie książę. - Wierzą za to w posłannictwo nadzoru, tym bardziej teraz, kiedy Obdarzeni z Shen ruszyli własną ścieżką. Obecnie niemal połowa nadzorców przebywa w Prythe. Służą królestwu, nie mnie.

- Zgadza się. Rada bez przerwy nas informuje, jak wielu nadzorców krąży po okolicy - mruknął Driscin i podniósł wzrok na Taerisa. - A Tol Athian? Nie wyobrażam sobie, by tam byli zadowoleni z rozwoju wypadków?

Pokryty bliznami starszy poprawił się w miejscu. Ciemniejące za jego plecami drzewa zakołysały się, poruszone muśnięciami łagodnego wiatru.

- Początkowo wybuchła panika. Mówiono nawet o podjęciu próby zniszczenia Naczynia umożliwiającego zmianę treści Nakazów. Ostatecznie jednak przeważyły bardziej wyważone postawy - powiedział i widząc minę Driscina, wzruszył ramionami. - Naturalnie, że nie są wniebowzięci, ale czy byli kiedykolwiek? Książę Torin dał im te same możliwości i udzielił identycznych zapewnień jak nadzorcom. Taka po prostu jest obecna rzeczywistość.

- No tak - westchnął Driscin. - Cóż, Rada Shen przygotowała oczywiście własną opowieść o tym, co się stanie, jeśli wszyscy dadzą wiarę książęcym obietnicom. - Rzucił okiem na Wirra. - Twierdzą, że każdemu, kto wyjdzie spod opieki prawnej Tol, grozi, że ty i nadzorcy poddacie go Kontroli. Mówią praktycznie wprost, że taki masz plan. Większość mieszkańców Shen boi się wychodzić, dotyczy to nawet patroli. W efekcie panuje u nas atmosfera bardzo zbliżona do tej, jaką pamiętam sprzed dwudziestu lat - zakończył z nachmurzonym czołem.

Przygnębiony relacją Wirr zmarkotniał, choć podobne doniesienia słyszał już wcześniej z ust Laimana. To właśnie one stanowiły jeden z głównych powodów, dla których tu przybył. Prawo stanowiło jasno: przebywając w Tol Shen, Dras - podobnie jak wszyscy inni Obdarzeni - mógł odpowiadać jedynie przed lokalną Radą. A Rada zdążyła już wydać publiczną deklarację, że Dras Lothlar nie zamierza opuścić granic Shen, sprawiając tym samym, że Wirr nie mógł go do takiego kroku potajemnie zmusić. Gdyby to uczynił, wszyscy w królestwie wiedzieliby, że złamał prawo.

Takiego ryzyka książę nie mógł podjąć, mimo że Dras był człowiekiem podejrzanym o zdradę. Nie chciał się znaleźć na łasce i niełasce Zgromadzenia, które i tak nieufnie podchodziło do jego nowo zyskanej mocy, a przy tym ujawniłby fakt posiadania własnego Kamienia Przysięgi. A komisja powołana do kontrolowania wszystkich jego związanych z tą mocą poczynań wyszłaby na bandę oszustów i straciła i tak kruche zaufanie, o które z takim trudem zabiegał.

- Jak widać, nie możemy się spodziewać rychłego rozwiązania tego problemu - podsumował z ciężkim sercem. - A miałem nadzieję, prawdopodobnie płonną, że uda się przekonać Shen, by przyłączyli się do walki przeciwko Zmorom.

- Tylko czy rzeczywiście istnieje jeszcze taka potrzeba? - spytał Driscin, w którego głosie zdziwienie mieszało się z niepokojem. - Rada utrzymuje, że Zmory, którym udało się pokonać Barierę, zostały już niemal wszystkie wytępione. Niespecjalnie im ufam, ale kłamstwo w tej akurat sprawie byłoby... nietypowe.

- Do Andarry przedostało się ich znacznie więcej, niż sądziliśmy - stwierdził Wirr, mimowolnie się krzywiąc. - Tysiące więcej - podkreślił, nie patrząc w stronę Taerisa. - I wszystkie one nadal gdzieś się kryją. Czekają na... na coś - dokończył z grymasem frustracji. Świetnie wiedział, jak te słowa musiały zabrzmieć.

Driscin w poszukiwaniu potwierdzenia spojrzał pytająco na Taerisa.

- Ufam księciu Torinowi - odparł po dłuższej chwili oszpecony starszy.

- Taeris, nie hamuj się. - Wirr wywrócił oczyma. - Mów wprost, co myślisz.

- Więc ufam mu - Taeris rzucił chłopakowi przepraszające spojrzenie - lecz wiem zarazem, że wśród chaosu, w obliczu zagrożenia śmiercią, setka przeciwników bardzo łatwo może wydać się tysięczną rzeszą. Nie twierdzę, że tak właśnie było w tym wypadku - zastrzegł pospiesznie - ale przez okrągły rok nasi żołnierze przeczesywali całe królestwo i nikt, dosłownie nikt nie znalazł nawet śladu ukrywającej się armii potworów. Natykano się jedynie na izolowane grupy dziesięciu czy dwudziestu eletaiów bądź dar'gaithinów, które karmiły się porywanymi samotnymi pasterzami i nieostrożnymi wędrowcami. Naturalnie to również niemałe zagrożenie, ale... w znacznej mierze już zażegnane.

- Z drugiej strony, moją wersję potwierdzają wszyscy, którzy byli na miejscu - podjął książę, spoglądając na Driscina. - W tym Ishelle - dodał, starając się zachować neutralny ton.

- Czyli w sumie cztery osoby - przypomniał delikatnie Taeris. - Wiesz, panie, że masz moje pełne poparcie. Niemniej przy braku rozstrzygających dowodów postąpiłbym nierozważnie, gdybym przynajmniej nie wziął pod uwagę możliwości, że wszyscy w ogniu walki przeszacowaliście liczebność przeciwnika.

Wirr poczuł, jak tężeją mu mięśnie szczęki, lecz nie skomentował. Skinął krótko głową. Nie widział sensu w spieraniu się o to akurat teraz, a co gorsza, rozumiał, że towarzysz ma rację. Bez względu na to, co Wirr, Ishelle, Erran i Karaliene widzieli, w całej Andarze nie było już po prostu zakątka, w którym mogłaby się skryć tak duża grupa Zmór. Sytuacja była zarazem niepokojąca i mocno frustrująca.

Gdzieś poza kręgiem światła trzasnęła gałązka i wszyscy umilkli. Zrobiło się cicho, po czym usłyszeli miękki szmer kroków jakiegoś czmychającego stworzenia. Wirr poczuł ulgę. Zaraz potem jednak w krzewach rozległ się donośny szelest. Książę z towarzyszami poderwali się na równe nogi, a na polanę wyskoczył z zarośli zasapany Laiman.

- Patrol! - wychrypiał z szeroko otwartymi oczyma, pokazał dłonią za siebie i nie zwlekając, zaczął gwałtownie zagarniać nogą ziemię na ognisko.

- Kto? - rzucił Wirr, idąc doradcy z pomocą. Blask płomieni zaczął ciemnieć.

- Shen.

- Na Prządki! - Serce chłopaka waliło jak młotem. Zdecydowanie łatwiejszą przeprawę mieliby z nadzorcami. Kamienie Podróżne nie emitowały znacznych ilości energii, lecz gdyby w pobliżu znalazł się czujny Obdarzony, miałby sporą szansę je wykryć. - Nie wydobędziesz z siebie najsłabszego dźwięku i nie wydasz nas w żaden inny sposób - warknął prosto w twarz Drasowi, siedzącemu w gasnącym świetle. - Zrobisz wszystko, co poleci ci ktokolwiek z naszej grupy.

Dras wydął wargi, z jego oczu strzeliły błyskawice, lecz nie zawołał o pomoc. Ognisko syknęło wreszcie po raz ostatni, płomienie zniknęły i polana pogrążyła się w niemal zupełnej ciemności. Temperatura powietrza spadła w jednej chwili, powróciły rześkie powiewy nietypowo mroźnej późnej wiosny. Jedynym źródłem światła była sącząca się między konarami drzew księżycowa poświata. W otaczającym towarzyszy gąszczu dały się słyszeć stłumione nawoływania. Wirr wstrzymał oddech, próbując ustalić, z jakiego kierunku dobiegają.

- Dym! - zawołał ktoś w lesie. - Tędy!

Wirr chwycił Drasa za ramię i ostrożnie odprowadził go w stronę ukrytego portalu. Chwilę później ułożył się na brzuchu mniej więcej dwadzieścia stóp od polany, w mocno zarośniętym miejscu. Perlące się na trawie krople rosy przemoczyły mu bluzę. Kilka cienkich gałązek kolczastego krzewu drapało wciąż wrażliwą bliznę pod żebrami chłopaka, lecz zignorował wszystkie te doznania. Wkrótce dołączyli do niego pozostali. Zalegli płasko na ziemi, zamaskowani przez zwieszające się nisko zarośla. Przyspieszony oddech Laimana szybko przeszedł w równiejsze, ciche posapywanie.

Hałaśliwy szelest w gęstwinie stopniowo narastał i po chwili zauważyli między drzewami rytmicznie podskakujące jasne kule Esencji.

Wirr zmusił ciało, by pozostało w bezruchu. W napięciu śledził spojrzeniem poszukujących Laimana ludzi w czerwonych płaszczach - dwóch mężczyzn i dwie kobiety. Wyszli na polanę. Jaskrawy blask Esencji wyławiał z mroku bijące z ich ust chmurki oddechu.

Jeden z członków patrolu, korpulentny blondyn, przyjrzał się świeżo wzruszonej ziemi i opuścił dłoń tam, gdzie przed minutą trzaskało ognisko. Wirra ogarnęły złe przeczucia.

- Ktoś tu był. Popiół jest jeszcze ciepły.

Zapadła cisza. Obdarzeni sunęli wzrokiem po zaroślach. Kiedy ich spojrzenia padły na kępę krzewów, pod którą ukryli się towarzysze, Wirr odruchowo wstrzymał oddech. Cienie były jednak głębokie, a listowie mocno splecione. Członkowie patrolu nie zauważyli nic niecodziennego.

- Musimy nadać sygnał - zauważyła jedna z kobiet spiętym głosem. - Zbyt blisko murów. Jeżeli chciał się spotkać z nadzorcami...

- Słusznie - przytaknął jasnowłosy, a pozostali pokiwali głowami. Kobieta uniosła rękę.

- Stój! - wyszeptał Wirr, koncentrując wzrok na kobiecie. Próba była niebezpieczna: jeżeli w pobliżu znajdowali się inni Obdarzeni, jeśli ktoś został z tyłu lub odbił wcześniej w bok, możliwość wpadki była naprawdę duża. Nie mógł związać osób, których nie znał i nie widział na własne oczy.

Skonsternowana kobieta ściągnęła brwi. Wciąż stała z wyciągniętym ku górze ramieniem.

- Na co czekasz? - zdziwił się jeden z jej towarzyszy.

Tym razem książę skupił się jednocześnie na całej czwórce.

- Nie nadacie dzisiejszej nocy żadnego sygnału do Tol Shen - wyszeptał, gorączkowo zastanawiając się nad takim sformułowaniem polecenia, które zapewniłoby towarzyszom jak najpełniejsze bezpieczeństwo. - Zapomnicie, że znaleźliście tutaj ognisko. Zwątpicie w realność wszystkich śladów, jakie znaleźliście w trakcie patrolu, i uznacie, że człowiek, którego śledziliście, zawrócił i zbiegł szlakiem, oddalając się od Tol. Nabierzecie przekonania, że nie ma powodu, by niepokoić Radę, a w razie potrzeby przekonacie do tego innych - ciągnął, nawet na mgnienie nie spuszczając Obdarzonych z oczu. - A teraz wróćcie na trasę patrolu.

Na moment wszyscy zastygli, po czym kobieta opuściła rękę i przetarła oczy, jakby rozbudzona z głębokiego snu.

- Na Prządki, zmitrężyliśmy tyle czasu - burknął jeden z mężczyzn.

- No, sami sobie coś wmówiliśmy - zawtórował mu towarzysz. - Chodźcie, wracamy.

Całą czwórką zawrócili w stronę drogi i po chwili zniknęli z polany.

Wirr wypuścił wstrzymywany oddech, zamknął oczy, powtórzył w myślach wszystko, co przykazał Obdarzonym, po czym pokiwał głową. Treść wiązania nie była może idealna, ale powinna wystarczyć.

Otworzył oczy, podniósł się w kucki i otrzepał ubranie z drobnych gałązek i trawy. Popatrzył na pozostałych.

Driscin i Dras wpatrywali się w chłopaka szeroko rozwartymi oczyma. Mimo ciemności książę zauważył, że Driscin jest blady jak ściana. Starszy wstał z miejsca.

- Na Prządki! - szepnął, nie odrywając wzroku od Wirra. - To naprawdę takie łatwe? Kilkoma słowami potrafisz... wmówić im, co mają myśleć? Co pamiętać? Jak się czuć? - Wyraźna w głosie mężczyzny nerwowość graniczyła niemal z paniką.

- Spokojnie, Driscin, spokojnie. - Taeris podszedł i łagodnie ujął go za ramię. - Przecież wiedziałeś o tym - dodał ze współczuciem, wyrozumiale. - Po prostu pierwszy raz zawsze jest najtrudniejszy.

- Przerażający, chciałeś powiedzieć - rzucił Driscin i niespokojnie zachichotał, w widoczny sposób starając się nie urazić Wirra ani jednym słowem.

- Rzeczywiście, chciałem powiedzieć: przerażający. - Taeris spojrzał mu głęboko w oczy. - Właśnie dlatego Torin wolał zaczekać na Laimana. I dlatego podchodzi do swojej mocy tak poważnie i nie korzysta z niej na prawo i lewo. Jak sam widzisz, mógł naszą lojalność po prostu wymusić, a wcale tego nie zrobił. - Taeris zerknął na księcia. - Zaufanie nie jest pustym słowem, a skoro już musimy nim kogoś obdarzyć, to cieszmy się, że padło na tego chłopaka. Możesz mi wierzyć.

- Będziesz głupcem, jeśli dasz mu wiarę - wymamrotał Dras, który zdołał podźwignąć się z trawy. - Książę jest niebezpieczny.

- Cicho bądź, Dras - rzucił Driscin lekceważąco, niemal odruchowo. Na twarzy starszego malowało się zmęczenie. - Masz rację. - Odetchnął głęboko i skinął głową, patrząc na Taerisa. - Przepraszam - zwrócił się do Wirra. - Po prostu... nie byłem przygotowany.

- Nie masz za co przepraszać - odparł chłopak, gdy ruszyli z powrotem w stronę polany. Widział już wiele reakcji Obdarzonych i nadzorców, a ta należała do najbardziej stonowanych.

- Swoją drogą, masz głowę na karku - pochwalił księcia Laiman i z aprobatą poklepał go po ramieniu. - Mogło ich być więcej niż czworo. Ja po zejściu z traktu słyszałem jedynie głosy. Byłem pewien, że zadbałem o bezpieczeństwo jak trzeba, ale musieli mnie śledzić już wcześniej i dopóki nie robiłem nic podejrzanego, trzymali się na dystans. - Mrużąc oczy, spojrzał między drzewa, wśród których zniknął patrol. - Raczej nie wrócą, ale myślę, że lepiej będzie, jeśli obędziemy się bez ognia.

Wirr ściągnął usta. Chłód nocy narastał z każdą chwilą i chłopak w zawilgłym ubraniu marzł coraz bardziej. Podobnie jak pozostali skinął jednak głową. Wolał odrobinę zziębnąć - nawet bardziej niż odrobinę - niż wpaść.

Wkrótce wszyscy już siedzieli, próbując chronić się przed ostrym powietrzem ciasno zawiniętymi płaszczami. Młody książę wziął głęboki oddech, po czym zwrócił się do byłego wysokiego przedstawiciela, którego mina wskazywała, że dokładnie wie, co zaraz nastąpi.

- No dobrze, Dras - rzucił półgłosem. - Nareszcie masz szansę przemówić.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

Podziękowania

 

Napisanie "Trylogii Licaniusa" było dla mnie bardzo poważnym przedsięwzięciem i teraz, kiedy praca dobiega końca, chcę wyrazić wdzięczność wszystkim ludziom, dzięki którym udało mi się ją ukończyć, a same książki zyskały sporą popularność.

Przede wszystkim ogromnie dziękuję swojej żonie Sonji. Odkąd zasiadłem do pisania, w naszym życiu zmieniło się bardzo wiele, lecz jedna rzecz pozostaje niezmienna - udzielane przez nią wsparcie, zarówno na poziomie emocjonalnym, jak i praktycznym. Najpierw pomagała mi zrealizować marzenie, a potem uporać się z pracą, która momentami pochłaniała mnie bez reszty. Wkład Sonji w powodzenie tej trylogii jest nie do przecenienia, dziękuję jej serdecznie.

W następnej kolejności dziękuję redaktorom z wydawnictwa Orbit - Priyance i Jamesowi, którzy pomogli tę powieść (i cały cykl) oszlifować. Priyanka musiała się zmierzyć z niebagatelnym wyzwaniem, jakim niewątpliwie było zanurzenie się w stworzony przeze mnie świat pod sam koniec układania rozgrywającej się w nim zawiłej historii, lecz jej uwagi okazały się mimo to bezcenne i bardzo się cieszę, że jej sugestie tak doskonale wpasowały się w moją wizję.

Jak zawsze pięknie dziękuję niesamowitemu agentowi Paulowi Lucasowi, który już od dawna jest dla mnie nieocenionym przewodnikiem po świecie biznesu wydawniczego. Nie mam cienia wątpliwości, że bez jego ciężkiej pracy i rad byłbym teraz w zupełnie innym momencie kariery.

Dziękuję również wszystkim czytelnikom rękopisów kolejnych części cyklu. To długie i skomplikowane historie, więc wnikliwe zapoznawanie się z wczesnymi wersjami - roztrząsanie, co jest dobre, a co nie, wychwytywanie niespójności, odsiewanie związanych z podróżami w czasie paradoksów od głupich pomyłek autora - często było, jak sądzę, raczej przykrą harówką niż świetną zabawą. Naprawdę trudno wyrazić, jak bardzo jestem wdzięczny ludziom, którzy pomogli mi na tym etapie.

Wreszcie też dziękuję wszystkim, którzy poświęcili swój czas i po prostu "Trylogię Licaniusa" przeczytali. Wiem, że sięgnięcie po tak długi cykl, napisany w dodatku przez debiutanta, zawsze wiąże się z pewnym ryzykiem. Czytelnik nie wie, czy otrzyma rozrywkę na takim poziomie, jakiego się spodziewa. Fakt, że moje książki zainteresowały was tak wielu - i że okazaliście mi tyle entuzjastycznego wsparcia - naprawdę zmienił moje życie na lepsze. Będę wam dozgonnie wdzięczny.

COPYRIGHT ? 2017 BY James Islington COPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2021

TYTUŁ ORYGINAŁU An Echo of Things to Come

WYDANIE I

ISBN 978-83-7964-693-7

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Postacie i wydarzenia przedstawione w tekście są fikcyjne. Wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych jest przypadkowe i niezamierzone przez autora.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

TŁUMACZENIE Grzegorz Komerski

ILUSTRACJA NA OKŁADCE Dominick Saponaro

ILUSTRACJE Dominik Broniek

MAPA Tim Paul

FOTOGRAFIA AUTORA Sonja Otto

PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba, Konrad Kućmiński | Grafficon

REDAKCJA Gabriela Niemiec

KOREKTA Agnieszka Pawlikowska

OPRACOWANIE OKŁADKI ORAZ MAPY Konrad Kućmiński | Grafficon

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ [email protected]

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

Zamówienia hurtowe Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 www.dressler.com.pl e-mail: [email protected]

WYDAWNICTWO Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: [email protected] www.facebook.com/fabryka