Zamieć szalała w najlepsze. Świat wokół Caedena niknął za zasłonami bezlitosnej, mroźnej bieli.
Chłopak starł lepiące mu się do powiek płatki lodu, pochylił głowę i ruszył dalej, zmagając się z wściekłymi powiewami smagającego górskie zbocze wichru. Zimne powietrze boleśnie kaleczyło mu płuca, a wilgoć przy każdym kroku coraz śmielej przenikała odzież. Brnął tak od wielu godzin; cel powinien być już niedaleko. Caeden nie mógł stworzyć portalu prowadzącego bezpośrednio do Alkathronen - ostatniego miasta Budowniczych nie dało się wykryć, nawet korzystając z kan - lecz był pewien, że Bramę otworzył w jego sąsiedztwie. Prawie pewien.
Skupił się i roztoczył wokół siebie tarczę z Esencji, która na moment odcięła go od siekących ostrzy mrozu. Zamknięty w przejrzystej bańce śnieg gwałtownie wyparował w syczącym obłoku pary. Używając nawet tak niewielkiej ilości energii, Caeden podejmował spore ryzyko. Chciał, by jego obecność w Alkathronen jak najdłużej pozostała tajemnicą, a kiedy przed rokiem Czcigodni poddali go torturom w Ilshan Gathdel Teth, pobrali od niego świeży Ślad.
Chłopak potrząsnął głową, by wyrwać się z ponurych wspomnień, poprawił ciążący mu na ramieniu zwój liny, zlikwidował energetyczną osłonę i ponownie wpadł w bolesne objęcia srogiego wichru.
Po kilkunastu krokach ujrzał rodzącą się wśród bieli mglistą poświatę. Niebawem, zupełnie bez uprzedzenia, zagarnęły go cisza i spokój wąwozu. Uszy Caedena wypełnił wytęskniony szum przewalających się w oddali mas wody, a niebo nie atakowało już pędzącymi ukośnie smugami śnieżycy, lecz sypało łagodnie spływającymi pojedynczymi płatkami.
Chwilę potem ukazały mu się dwa potężne wodospady, szumiące po przeciwnych stronach drogi. Na ich idealnie pionowych migocących taflach skakały wyładowania błękitnej energii. Sam szlak na szczęście był suchy, wszystkie drobinki białego puchu, które stykały się z kamienną nawierzchnią, w okamgnieniu parowały. Caeden poczuł rozlewające się po całym ciele odprężenie, zziębnięte policzki owiało cieplejsze powietrze.
Zsunął na kark głęboko naciągnięty dotąd kaptur, pozwalając ogrzać się całej twarzy, i potoczył czujnym spojrzeniem dokoła. Alkathronen stanowiło centralny punkt stworzonej przez Budowniczych sieci komunikacyjnej. Dzięki tutejszym portalom można się było przenieść do wszystkich pozostałych cudów wzniesionych przez starożytnych. Kiedy Caeden był tu poprzednio, musiał mu o tym przypomnieć Alaris, lecz dzisiaj bez trudu rozpoznawał wyryte na skraju drogi symbole i rozumiał ich znaczenie.
Wciąż wzbierające fale wspomnień dawno już przestały chłopaka zaskakiwać. W ciągu ostatniego roku samotnych obserwacji i snucia planów przypomniał sobie bardzo dużo - był przekonany, iż odzyskał niemal komplet wspomnień - aczkolwiek jego umysł nadal wzdragał się przed zbyt szczegółowym przeżywaniem dawnych wydarzeń. I oba te fakty, co przyznawał otwarcie sam przed sobą, ogromnie go cieszyły.
Teraz gdy nie musiał się już przedzierać przez wypiętrzone zaspy, ruszył ze zdwojoną energią. Przemarznięte kończyny z każdą chwilą odzyskiwały czucie, o czym dawały znać przenikliwym, ostrym mrowieniem. Jaśniejący przed chłopakiem blask tworzył nad Alkathronen ochronną kopułę, pozwalającą dostrzec panującą na ulicach pustkę.
Mijając symbol oznaczający portal wiodący do Ilin Illan, Caeden przystanął, zadrżał i ponownie zdusił rodzące się w sercu wątpliwości. Może jednak nie powinien był tu przybywać? Decyzja była ryzykowna, pochopna nawet, lecz mimo to... tak, nadszedł już czas. Davian tkwił w niewoli od roku, co znaczyło, że niebawem zostanie zesłany do Zvaelaru. A z tego z kolei wynikało, iż Caedenowi został na przygotowania niecały miesiąc.
Poszedł dalej. Od dnia jego ucieczki Czcigodni nie zasypiali gruszek w popiele. Davian uprzedził go o przechwałkach Gassandrida, więc Caeden, gdy tylko sobie o tym przypomniał, zaryzykował ukradkowe odwiedziny w stolicy Andarry. Chciał się przekonać. I rzeczywiście. Już wówczas niepokojąco wielu ludzi nosiło w umysłach subtelne ślady obcej bytności. Do tej pory Odczytane musiały zostać setki osób. Niewykluczone, że wręcz tysiące.
Przeczesujący królestwo w poszukiwaniu Caedena - czy, mówiąc bardziej precyzyjnie, informacji o miejscu pobytu Ashalii - Gassandrid, Alaris i Diara niemal dosłownie poruszali niebo i ziemię.
Naturalnie chłopak dokładnie takiej reakcji się spodziewał i robił, co mógł, by nie zostawiać za sobą najdrobniejszych śladów. Za każdym razem, gdy musiał opuścić Studnie, usuwał nawet wspomnienia swojej obecności. Niestety, wymogi ostrożności wykluczały także wszelkie próby kontaktu z przyjaciółmi w Andarze. Czcigodni z pewnością znali już imiona wszystkich i bacznie ich obserwowali.
Caeden obejrzał się przez ramię i rzucił jeszcze jedno tęskne spojrzenie na symbol Ilin Illan. Przymusowa izolacja, zwłaszcza w obliczu tego, co nieuchronnie się zbliżało, mocno dawała mu się we znaki... lecz to przecież dzięki niej Karaliene, Wirr i pozostali wciąż mogli się cieszyć względnym bezpieczeństwem. Mimo że od pokonania ilshary dzieliło ich tak niewiele, jedną z najważniejszych cech Czcigodnych zawsze była cierpliwość - i zapewne właśnie na cierpliwość liczyli teraz, kiedy wskutek pojmania Caedena rok temu w ich ręce dostał się Licanius. Nie byli na tyle nierozsądni, by atakować własną przynętę. Przynajmniej dopóki mogła się im jeszcze przydać.
Wciąż czując wywołany ostatnią myślą niepokój, zatrzymał się przed wielką, łukowato sklepioną białą bramą. To tutaj przebiegała granica Alkathronen. Opuścił powieki i skoncentrował się. Miał rację. Zobaczył je od razu - jedyną drogę do miasta blokowała delikatna siateczka przecinających się wiązek kan.
Chłopak jeszcze przez chwilę stał niezdecydowany. Wreszcie jednak wykonał krok naprzód, rozrywając niemal niewidoczne pasemka mrocznej energii. Otaczające go powietrze zafalowało w odpowiedzi. W tej samej chwili o jego obecności musiał się dowiedzieć Alaris. Pozostawało jedynie pytanie, czy doniesie o niej towarzyszom. Caeden obrzucił chmurnym spojrzeniem szemrzące fontanny, zdobiące wejście do miasta, po czym pokręcił głową i skierował się w stronę wschodniego urwiska.
Tak czy inaczej, czasu miał niewiele, a pracy czekało go sporo.
Caeden zacisnął dzwoniące zęby i przelał do kamienia cieplnego nieco więcej Esencji. Wyciągnął dłonie ku sięgającemu mu pasa cylindrycznemu Naczyniu i rozsiadł się na niskim, białym murku, ostatecznie pozwalając sobie na chwilę odpoczynku. Podobnych kamieni cieplnych rozsianych było po Alkathronen kilkanaście. Wszystkie zostały doskonale wpasowane w estetykę otoczenia, niemal zlewały się z sąsiednimi zabudowaniami, a pomimo tego w jakiś niesamowity sposób każdy był wyraźnie widoczny z daleka. Zasilone energią, emitowały przyjemne ciepło, która to funkcja niebywale przypadła chłopakowi do gustu zwłaszcza teraz, gdy każdy jego mięsień skarżył się bólem, otarte liną dłonie dotkliwie piekły, a przemoczone na śniegu ubrania lepiły się do ciała.
Oczywiście wszystkim tym niedogodnościom mógłby zaradzić bez trudu, lecz zdawał sobie sprawę, że już wkrótce będzie potrzebować znacznych ilości Esencji, i nie chciał przesadnie uszczuplać Rezerwy.
Podniósł w zamyśleniu wzrok ku wschodniej granicy miasta, gdzie łagodna poświata Esencji stawiała opór bijącej niezmordowanie lodowatej bieli. Odkąd dotarł do Alkathronen, burza wzmogła się jeszcze bardziej, co nie ułatwiło pracy, która zajęła chłopakowi pięć ostatnich godzin. Teraz jednak szalejąca zamieć mogła mu pomóc.
Zmienił pozycję, by rozgrzać drugą połowę ciała, i popatrzył na prostą jak lot strzały aleję prowadzącą ku centrum Alkathronen.
Wyraźnie zobaczył granicę, za którą śnieg już nie topniał. Migocący, przygasający co chwila blask Esencji ukazywał stopniowo gęstniejącą dalej biel.
Widząc niepewne światło, Caeden zadrżał. Niechętnie wracał pamięcią do ostatnich odwiedzin w tym miejscu, lecz wspomnienie prawie nigdy nie opuszczało go na dobre. Nie mógł zignorować tego, czego się wówczas dowiedział, ani tego, co uczynił od tamtej pory.
Isiliar była jego przyjaciółką, a on świadomie wystawił ją na pastwę samotności i szaleństwa. A później - kiedy dziewczyna została wreszcie uwolniona - zabił ją.
- Wydajesz się nieszczęśliwy, Tal'kamarze.
Caeden drgnął. Zaraz jednak zebrał się w sobie, wstał i pozdrowił skinieniem wysokiego, atletycznie zbudowanego mężczyznę, który stał po drugiej stronie ulicy.
- Nie jesteś daleki od prawdy - przyznał rację Alarisowi. Jego szept rozległ się wyraźnie w grobowej ciszy miasta. - Ale cieszę się, że przybyłeś - dodał. Nie uśmiechnął się, lecz dopilnował, by na jego twarzy nie odmalowała się wrogość.
Czcigodny nawet na moment nie odrywał od chłopaka spojrzenia błękitnych oczu. Z pozoru sprawiał wrażenie rozluźnionego, lecz jego postawa zdradzała wewnętrzne napięcie. Podejrzliwość.
- Obietnicy złożonej przyjacielowi złamać nie można - odparł, przyglądając się chłopakowi badawczo. - A ja bardzo chcę wierzyć, że wciąż jesteśmy przyjaciółmi, Tal. Mimo wszystko.
- To nasza wspólna wiara - powiedział szczerze Caeden, po czym mimowolnie zerknął na milczące ulice za plecami rozmówcy. Alaris pojawił się bardzo szybko. - Nie spodziewałem się ciebie tak wcześnie.
Jedynym spośród żyjących Czcigodnych, który znał sztukę otwierania Bram, był Gassandrid, a każda wyprawa poza ilsharę wymagała drobiazgowego uzasadnienia. By dotrzymać danego Caedenowi słowa i nie zdradzić towarzyszom, z kim się spotyka, Alaris musiał posłużyć się wymówką. I to bardzo chytrą, biorąc pod uwagę czas, w jakim znalazł się w Alkathronen. Planując ten dzień, chłopak założył, że będzie mieć w mieście tylko kilka godzin samotności, lecz w rzeczywistości spodziewał się, że oczekiwanie potrwa całe dnie.
- Jestem sam - zapewnił Czcigodny, któremu nie umknął błysk oczu rudowłosego młodzieńca. - Gass i tak chciał mnie wyprawić w... innej sprawie. Pomyślny zbieg okoliczności.
Caeden ściągnął brwi. Jaka sprawa mogła sprowadzić Alarisa w okolicę portalu prowadzącego do Alkathronen? Znał jednak tego człowieka na tyle, by uwierzyć mu na słowo. Z wolna, ostrożnymi ruchami, odpiął miecz od pasa i rzucił go przed siebie na ziemię.
- Cieszę się. Bo przyszedłem tu porozmawiać.
Alaris spojrzał w zamyśleniu na ostrze i skinął głową. Sam jednak nie rozstał się z bronią.
Chłopak wskazał zapraszającym gestem ławkę po drugiej stronie cieplnego kamienia. Czcigodny zajął miejsce i przez chwilę obaj wpatrywali się w siebie bez słowa. Ostatecznie to Caeden nadął policzki, wypuścił powietrze i odezwał się, szukając najlepszego sposobu podjęcia rozmowy.
- Kiedy spotkaliśmy się tu poprzednio - zaczął - powiedziałeś, bym wrócił, kiedy sprawa Lyth zostanie zamknięta. Wspomniałeś też, że jeżeli zechcę zrozumieć obie strony tego konfliktu, to chętnie o tym ze mną pomówisz.
Słysząc te słowa, Alaris nachylił się z błyskiem nadziei w spojrzeniu, lecz Caeden natychmiast pokręcił głową.
- Jedno muszę przyznać otwarcie, przyjacielu. Przypomniałem sobie na tyle dużo, że ta akurat dyskusja stała się zbędna. Nie stoję po stronie twojego pana i nigdy na nią nie przejdę.
- To dla mnie... smutna wiadomość. - Alaris się skrzywił. - Nie zaskakująca może, lecz... cóż. - Ramiona Czcigodnego opadły, a w głosie zabrzmiała nuta goryczy. - Tal, skoro mój punkt widzenia już cię nie interesuje, czemu ma służyć to spotkanie?
Wyraźne w głosie przyjaciela rozczarowanie zabolało, lecz Caeden odpowiedział z przekonaniem:
- Mam pewną propozycję. Ofertę wymiany.
- Jeśli masz na myśli Licaniusa... - żachnął się Alaris i zawiesił głos.
- Oczywiście, że nie - odparł rudowłosy chłopak spokojnie. Miejsce pobytu miecza i tak od pewnego czasu nie było dla niego zagadką. - Chcę, byś zwrócił wolność Davianowi. W rewanżu zdradzę ci, gdzie szukać Dopływu, w którym zamknąłem Cyra. I pozwolę ci go uwolnić.
Odpowiedziała mu cisza. Czcigodny zmarszczył czoło. Oferta Caedena musiała go zaskoczyć.
- Dlaczego? - Pokręcił powoli głową. - Wiem, że abyś mógł zamknąć rozpadlinę, muszą zginąć i Cyr, i Davian, a z nich dwóch to Cyr jest zdecydowanie trudniejszy do zgładzenia. Zwłaszcza na wolności.
Chłopak zachował kamienną twarz. Cyr pozwolił się zamknąć w Dopływie z własnej woli. Caeden przekonał go, gdy ujawnił prawdziwe zamiary Shammaelotha, o czym pozostali Czcigodni nie mieli pojęcia. Do dziś zakładali, że był więźniem, podobnie jak Meldier i Isiliar.
- Dlatego że złożyłem Davianowi obietnicę - odparł zdecydowanie Caeden. - A nie jestem w stanie go uwolnić. Nie z Ilshan Gathdel Teth. Nie, jeśli staniesz mi na drodze. Nie jestem tak silny jak ty. Nigdy ci nie dorównywałem - powiedział bez cienia zadęcia. W jego głosie nie było fałszywej skromności, nie użalał się nad sobą.
- Ktoś mądry - Alaris świdrował rudzielca wzrokiem - mógłby uznać, że Davian jest dla ciebie ważniejszy niż Cyr, z jakiegoś powodu, którego jeszcze nie znamy.
- Ktoś mądry byłby świadom, że gdyby rzeczywiście tak wyglądała prawda, nie zaproponowałbym tej wymiany. Alaris, ja po prostu próbuję dotrzymać słowa. Chcę stać się takim człowiekiem, jakim być pragnę, nie takim, jakiego znaliście. - Caeden pochylił się lekko. - Obaj wiemy, że zabiję Daviana... Tego nie da się odwrócić, bez względu na to, jak długo będziecie go przetrzymywać. - Mimo że dowiedział się o tym już przed rokiem, sama myśl o pozbawieniu przyjaciela życia wciąż nie dawała mu spać po nocach. Starannie jednak ukrył emocje. - Z drugiej strony, żaden z nas nie wie, co przeznaczenie zgotowało Cyrowi. Dlatego twierdzę, że to dobra oferta, Alaris. A przy tym jednorazowa.
Czcigodny zapatrzył się w cieplny kamień. Przez chwilę w zadumie rozważał propozycję dawnego przyjaciela.
- Tal, czy słyszysz sam siebie? - zapytał niespodziewanie. Podniósł wzrok i chłopak zauważył malujące się na jego twarzy zmęczenie. - Mówisz, że nie chcesz o tym rozmawiać, ale... Człowiek, jakim pragniesz być? Chcesz wymienić jednego przyjaciela, człowieka, którego osobiście uwięziłeś na długie dwa tysiące lat, na innego i próbujesz mnie przekonać argumentem, że przecież wiem, iż jednego z nich tak czy inaczej zabijesz? - Urwał i zaniósł się udręczonym, gorzkim śmiechem. - A jednocześnie jesteś święcie przekonany, że kroczysz właściwą ścieżką i to my, wszyscy pozostali, zostaliśmy sprowadzeni na manowce.
- Chcesz powiedzieć, że jesteście mniej skalani niż ja? - Przez twarz Caedena przemknął ponury grymas.
- Owszem, Tal - potwierdził rzeczowo Alaris. - Działamy ze świadomością, że wszystko, co się dzieje, zostanie odwrócone i naprawione... Że nasze uczynki wymierzone przeciwko innym nie będą mieć żadnego znaczenia, o ile ty nie zwyciężysz. To nie my z zacięciem chronimy ułomny, zniewolony świat. Nie my zabijamy ludzi, których podobno kochamy.
Caeden otworzył usta, by odpowiedzieć, lecz jedynie pokręcił głową.
- Nie - podjął po chwili zmęczonym tonem. - Daj spokój, Alaris. Skończ z wiecznymi próbami zasiania we mnie zwątpienia. Nie powtarzajmy w nieskończoność tego samego sporu. Nie próbuj mnie zaskoczyć pytaniami, na które odpowiedziałem stulecia temu. Usiłując wykorzystać moją niewiedzę, okrywasz się jedynie wstydem. - Chłopak spojrzał rozmówcy prosto w oczy, pozwalając mu dostrzec, jak szczery i głęboki jest jego zawód. - Fakty są takie, że teraz wiem, w co wierzę. Przypomniałem sobie, dlaczego to wszystko jest konieczne. I pamiętam, że nie chcesz nawet wziąć pod uwagę możliwości, iż istota, którą nazywamy Elem, zwodzi nas od początku. Pamiętam już wszystko. Może więc tym razem... po prostu ten etap pomińmy.
Przez twarz Alarisa przemknął cień. Caeden zrozumiał, że zadał celny cios. I bardzo dobrze.
Zapadła cisza.
- Tym razem naprawdę mam do czynienia z tobą, prawda, Tal? - podjął ze smutkiem Czcigodny i przetarł dłońmi udręczoną twarz. - Więc... Davian za Cyra. Pozwól, że przemyślę tę wymianę.
Znowu na jakiś czas umilkli. Caeden obserwował uważnie Alarisa.
- Jak on się miewa? - Chłopak nie miał ochoty zadawać tego pytania, lecz uległ fali niepokoju.
- Stosunkowo dobrze - odpowiedział Czcigodny po chwili wahania. - Jak sobie zapewne wyobrażasz, znalazł się w dość specyficznej sytuacji. Gassandrid stara się edukować, a Diara... Diara woli karać. Wiedzą, kim on jest, co go spotka i co zrobi, przez co niektóre ich argumenty są bardzo przekonujące. - Zawiesił głos i spojrzał Caedenowi prosto w oczy. - Nadal jednak to ja jestem za niego odpowiedzialny. I póki co z mojego punktu widzenia jest to po prostu kolejna osoba, którą powinienem chronić przed tobą.
Caeden poczuł, jak tężeją mu mięśnie szczęki, lecz nie skomentował.
- A skoro zaczęliśmy wreszcie prowadzić kulturalną rozmowę... - Czcigodny spojrzał na rudowłosego z zadumą.
- Jeśli masz coś do powiedzenia, z przyjemnością wysłucham.
Alaris skinął głową, zapewne takiej właśnie reakcji się spodziewał. Sięgnął do kieszeni, z której wydobył niewielki, pieczołowicie owinięty białą szmatką przedmiot. Kiedy Czcigodny zaczął rozwijać zawiniątko, Caeden zauważył, że tkanina pokryta jest od wewnątrz wilgotną zawiesiną. Nawet gdy ściereczka upadła już z mokrym plaskiem na bruk, chłopak potrzebował kilku chwil, by zrozumieć, co Alaris trzyma w dłoni.
- Gdzie to zdobyłeś? - Czcigodny rzucił mu zniszczony Sześcian Portali. - To nie jest dzieło żadnego z nas.
Caeden chwycił Naczynie drżącymi dłońmi, a kiedy je obejrzał, z najwyższym wysiłkiem ukrył ulgę. Świadomość, że kostka została zniszczona, była dla niego jak prezent, choć Alaris nie mógł zdawać sobie z tego sprawy. Brązowa dawniej powierzchnia sześcianu była w tej chwili czarna i oślizła. Pokrywające ścianki inskrypcje uległy zatarciu. Kawałek metalu rozpłynął się chłopakowi w palcach.
Caeden dość wcześnie przypomniał sobie, że Naczynia znajdujące się przez dłuższy czas w Talan Gol niszczeją. Sześcian Portali był jednak artefaktem szczególnej mocy. Wyjątkowym. Aż do dziś Caeden nie miał więc niezbitej pewności, że spotka go podobny koniec.
- Od Lyth - przyznał. Nie widział powodu, by kłamać. - Ukradłem im - dodał, a kiedy Alaris uniósł brwi, wzruszył tylko ramionami.
- Bardzo chciałbym kiedyś tę historię usłyszeć. - Czcigodny zachichotał i pokręcił głową.
- Kiedyś... - powtórzył Caeden i wrócił spojrzeniem do niszczejącego mu w dłoniach Naczynia. Poczuł w sercu żal. Niepozorny przedmiot przypomniał mu, jak niegodnie wykorzystał przyjaciela. Jako Malshash powiązał Daviana z Sześcianem Portali i zmanipulował go tak, by chłopak dostarczył mu kostkę już po wymazaniu pamięci. A wszystko dlatego, że Davian był jedynym człowiekiem, co do którego Caeden miał pewność, że dożyje właściwego momentu. Wciągnął Daviana w to wszystko z pełną świadomością, że ostatecznie go zabije. Bo przeznaczeniem Daviana było umrzeć z ręki Caedena i ani jeden dzień wcześniej.
Odepchnął od siebie te myśli, odstawił na bok rozkładającą się kostkę i starannie wytarł ręce. Korciło go, by raz jeszcze spróbować wytłumaczyć Alarisowi prawdziwą przyczynę, dla której Sześcian uległ zniszczeniu. Czcigodni wierzyli, że degradacja Naczyń w Talan Gol, podobnie jak jałowość samej północnej krainy, stanowi skutek działania Bariery, przemyślnego, wbudowanego w nią mechanizmu, dzięki któremu zapora miała się stać jeszcze bardziej skutecznym murem więziennym.
Rzeczywistość była inna. Caeden osobiście wraz z Andraelem opracował projekt ilshary, a jej jedynym celem było powstrzymanie marszu Ela ku Deilannis i zapewnienie Czcigodnym czasu na zastanowienie się i zakwestionowanie swej ślepej wiary. Tymczasem Alaris i reszta - nawet kiedy jeszcze sądzili, że Caeden stoi po ich stronie i że był jedynie nieświadomym pionkiem w machinacjach Andraela - bardzo szybko wymyślili wytłumaczenie. Utrzymywali, że Andrael musiał coś zmienić w konstrukcji Naczyń podtrzymujących ilsharę, zanim zostały one przekazane Darecjanom, bądź że modyfikacji dokonali już sami Darecjanie.
Czcigodni byli ludźmi inteligentnymi, lecz z jakiegoś niejasnego powodu nie mogli dopuścić do siebie ewentualności, że istotą problemu jest bliskość ich uwięzionego boga.
Tak właśnie oddziaływała natura Shammaelotha. Osoby najgłębiej unurzane w rozsiewanym przez niego zepsuciu miały największy kłopot z dostrzeżeniem prawdy o sobie. Caeden nie miał im tego za złe. Sam aż nazbyt dobrze wiedział, na czym polega ta swoista krótkowzroczność.
- Tal, moja odpowiedź brzmi: nie - rzucił nagle Alaris i pokręcił głową.
Caeden wbił w dawnego przyjaciela puste spojrzenie, a kiedy uświadomił sobie wreszcie, co właśnie usłyszał, wypuścił z ust ciężkie westchnienie. Czcigodny odtrącił propozycję wymiany.
- Dlaczego nie?
- Dlatego że zjawiłeś się tutaj, dopiero kiedy zrozumiałeś, że nie zdołasz mnie pokonać w Ilshan Gathdel Teth. - Alaris wzruszył ramionami. - Dlatego że nie rozumiem, jaką wyniósłbyś z tego korzyść, a to znaczy, że ukrywasz przede mną prawdziwe motywy. - Urwał, a w jego ton wkradła się nuta beznadziejnego przygnębienia. - Ale przede wszystkim: dlatego że po tym, co spotkało Isiliar... po prostu wiem, że nie jesteś człowiekiem, jakim byłeś kiedyś. Być może pamiętasz jeszcze, jak wyglądała nasza przyjaźń, Tal'kamarze, ale nie sądzę, byś wciąż był moim przyjacielem.
Caeden poczuł, jak coś chwyta go za serce. Przez dłuższą chwilę nie potrafił znaleźć słów, którymi mógłby odpowiedzieć.
- Nie masz pojęcia, jak wielką czynisz mi przykrość - stwierdził wreszcie, nie próbując nawet ukryć bólu w głosie. - Wiedz jednak, że popełniasz błąd.
Na twarzy Czcigodnego nie drgnął nawet jeden mięsień.
- Jestem skłonny wymienić Daviana za informację o położeniu Dopływu Ashalii i za nic innego.
- Nie.
- W tej sytuacji nie mamy już o czym rozmawiać. - Alaris podniósł się sztywno z miejsca. - Dałem słowo honoru, że pozwolę ci opuścić Alkathronen, i tę obietnicę podtrzymuję. Niemniej w chwili, w której znajdziesz się poza granicami miasta, staniemy się wrogami. Nie dojdzie już do takich pertraktacji jak dzisiaj.
Caeden również wstał. Podszedł do porzuconego miecza, pochylił się i podniósł go z bruku. Ostrze głośno drapnęło o kamień. Chłopak wyprostował się i skierował stalowy czubek prosto ku dawnemu przyjacielowi.
- Wiem, że nie dojdzie - powiedział półgłosem.
Oburzony Czcigodny wbił w chłopaka pełne niedowierzania spojrzenie, które wywołało w Caedenie fale koszmarnego poczucia winy. Przez moment obaj stali w bezruchu, po czym Czcigodny cofnął się lekko i z widoczną niechęcią sięgnął po własny miecz.
- Domyślam się, że powinienem być wdzięczny, że nie zaczekałeś, aż odwrócę się plecami. - Alaris uniósł ostrze. - Przynajmniej tyle zostało z dawnego ciebie. - Mimo widocznego potwornego zmęczenia w jego oczach pojawił się stalowy błysk. - Tal, nie wiem, dlaczego sądzisz, że masz tu większe szanse niż w Ilshan Gathdel Teth, wiem za to, że się przeliczyłeś. Nie wątpię, że nie próżnowałeś, że zastawiłeś na mnie pułapki, ale jak sam przyznałeś, myślałeś, że dostaniesz więcej czasu. Kilka godzin nie mogło ci wystarczyć.
Caeden nie skomentował. Wciąż trzymając miecz w górze, zaczął powoli krążyć. Alaris poszedł za jego przykładem.
- Tal, daję ci ostatnią szansę. Odejdź w pokoju. Nie masz żadnego z mieczy Andraela, więc nawet jeśli zdobyłeś jakieś inne, nieznane mi Naczynie, nie masz nadziei na zwycięstwo. A tym razem naprawdę nie pozwolę ci uciec. - Gdy chłopak nie odpowiedział, Czcigodny ciężko westchnął. Sprawiał wrażenie rozdartego pomiędzy melancholią i frustracją. - Cóż, więc zanim to skończymy i zostaniesz zamknięty na zawsze, odpowiedz mi na jeszcze jedno pytanie.
- Pytaj - rzucił Caeden, nawet na chwilę nie przystając. Powolny, czujny taniec dwóch szermierzy trwał w najlepsze.
- Wiem, że po treningu, jaki przeszedłeś przed stuleciem, zmiana postaci nie jest dla ciebie wyzwaniem. Z pewnością odzyskałeś też większość dawnych wspomnień. Dlaczego więc powróciłeś akurat do tego ciała? Dlaczego nie do własnego?
Zaskoczony Caeden niemal się potknął. Podobna kwestia nurtowała go przez kilka dni po tym, jak Davian ściął mu głowę, uwalniając go z Ilshan Gathdel Teth. Zastanawiał się, z jakiego powodu chce znów przybrać wygląd rudowłosego chłopaka mimo towarzyszącego przemianie bólu. Mimo tak wielu innych możliwości.
I ostatecznie odkrył odpowiedź.
- Dlatego że tak wygląda człowiek, którym jestem teraz - odparł.
Ostrze Caedena z błyskiem pomknęło ku prawemu ramieniu Alarisa. Coś zafurkotało, brzęknęła ścierająca się stal. Czcigodny usunął się w bok i sparował. Metaliczny odgłos poniósł się daleko w ciszy Alkathronen. Caeden zwinnie wycofał się przed kontratakiem Alarisa, który - czysto, precyzyjnie - rozciął mieczem powietrze w miejscu, gdzie ułamek sekundy wcześniej znajdował się bark chłopaka.
Caeden zasypał przeciwnika burzą błyskawicznych, lekkich cięć. Z napiętymi jak postronki nerwami starał się oddychać równomiernie i szybko oceniać sytuację. Obaj walczący otoczyli się już tarczami rozpraszającymi, niemal zupełnie wykluczającymi możliwość ataku z wykorzystaniem kan. Obaj także wykroczyli poza zwykły nurt czasu. Dostojnie opadające dotąd na bruk płatki śniegu zastygły w bezruchu, zawieszone między rywalami mieniły się eterycznie, odbijając blask oświetlającej miasto Esencji.
Caeden odskoczył i wypuścił wstrzymywane powietrze, którego obłoczek najpierw pofrunął ku górze, a potem znieruchomiał, kiedy wypłynął poza temporalną bańkę. Pod względem kan i Esencji starcie było wyrównane, co sprawiało, iż czynnikiem decydującym stała się siła mięśni.
A w tej konkurencji Alaris był niepokonany.
Muskularny Czcigodny nie dał chłopakowi wiele czasu do namysłu. Natarł z impetem. Ostra krawędź jego miecza błyskała w hipnotyzującym, płynnym tańcu raz za razem, i znowu. Zajadłe cięcia szeptały w powietrzu tuż przy skórze Caedena bądź kończyły odbite desperackim, postawionym w ostatnim momencie blokiem. Alaris nie był tak utalentowanym fechmistrzem jak Isiliar, nie walczył równie kreatywnie i nieprzewidywalnie, lecz pomimo tego bił się naprawdę fantastycznie.
Caeden wzmocnił nogi Esencją i skoczył do tyłu. Zatrzymał się pięćdziesiąt stóp dalej, na idealnie gładkich, białych płytach, którymi wyłożono ulicę. Alaris już mknął za nim, raptownie zmniejszając dzielący ich dystans. Caeden poszerzył otaczającą go temporalną bańkę, sięgnął do Rezerwy i posłał potężne wyładowanie Esencji prosto w fasadę najbliższego budynku. Kawały skruszonego muru sypnęły się pod nogi Czcigodnemu, który wybił się ku górze, zręcznie omijając wielki głaz, i popędził naprzód jakby nigdy nic.
- Tal, opór nie ma sensu - ryknął, przekrzykując hurgot walącego się po lewej stronie domu.
Katastrofa uszkodziła kilka przecinających Alkathronen kanałów energetycznych. Caeden za pomocą kan pobrał Esencję wprost z powietrza i zaplótł ją w zbitą, jaśniejącą kulę, którą cisnął w przeciwnika i natychmiast pomknął jej śladem. Energia rozproszyła się, gdy tylko uderzyła w tarczę Alarisa, lecz wypełniła swoje zadanie. Czcigodny rozciął powietrze na oślep, słusznie przewidując, że zaraz nastąpi atak. Nie wiedział jednak, z której strony. Caeden rzucił się na ziemię i przejechał na energetycznej tarczy obok rywala, z całej siły tnąc go na wysokości kolana. Miecz Alarisa świsnął mu tuż nad głową.
Ostrze chłopaka odbiło się od skóry Czcigodnego, nie czyniąc mu najmniejszej szkody. Caeden, mimo że wzmocnił mięśnie Esencją, poczuł w ramieniu silny wstrząs. Cios był słaby, niemal żałosny, za to zaskakujący. Takie ataki mogły Alarisa rozzłościć, zirytować i rozkojarzyć. Mogły spowolnić jego ruchy i zaburzyć koncentrację.
Czcigodny, zupełnie jakby ciosu nie zauważył, wykonał piruet i zaatakował rywala snopem jaskrawych, cienkich jak włos wyładowań Esencji. Caeden podskoczył na równe nogi i w samą porę osłonił się warstwą utwardzonej kan, która wchłonęła energię. Chroniąca chłopaka tarcza rozpraszająca była wprawdzie skuteczna, lecz pozostawała w ciągłym ruchu i część ledwie dostrzegalnych złocistych igiełek mogłaby się prześliznąć.
Caeden poczuł, że grunt pod jego stopami zaczyna drżeć, i w ostatniej chwili odskoczył. Nawierzchnia ulicy eksplodowała tuż przed nim fontanną gruzu i białego pyłu. Chłopak, ogłuszony boleśnie hukiem, odturlał się, unikając potężnej, kamiennej płyty, którą Alaris grzmotnął w podłoże niczym bojowym młotem. Zziajany Caeden zdołał wstać i ponownie skoczył naprzód.
Od tej chwili pojedynek przerodził się w rozmytą mozaikę biegania i uników, której wtórowały burzowe grzmoty walących się budynków.
Chłopak dwukrotnie stracił orientację w terenie. Pobliskie domy znikały, zmieniając się w potężne, przerażające chmury. Uwalnianą z murów zasilającą Alkathronen Esencję obaj raz za razem wykorzystywali do niszczenia kolejnych fragmentów miasta. Po każdej eksplozji Caeden skakał ku przeciwnikowi, wymieniał z nim kilka ciosów, po czym odskakiwał. Kolejne sekwencje stopniowo, stanowczo zbyt wolno, prowadziły walczących tam, dokąd chciał chłopak. Caeden szermował na tyle zachowawczo, na ile mógł, by nie wywołać podejrzeń. Głównie się bronił, lecz przez to na jego ciele pojawiały się co chwila coraz głębsze rany, których gojenie wymagało rosnących ilości Esencji. Po każdym otrzymanym ciosie czuł, jak maleje zasób jego Rezerwy, której nie były w stanie wypełnić nawet porcje energii pobierane z pokiereszowanego miasta.
Szala zwycięstwa przechylała się na stronę Alarisa.
Kolejny wzmocniony Esencją skok ponad zrujnowaną fontanną doprowadził Caedena wreszcie do miejsca, skąd widać było niski mur, wyznaczający wschodni skraj Alkathronen. W normalnych warunkach roztaczający się za nim widok zapierał dech w piersiach, lecz wciąż szalała burza śnieżna i poza ledwie widoczną ochronną kopułą widać było jedynie białe smugi śniegu i czarną ścianę nocy.
Caeden wzmocnił nogi jeszcze jedną porcją energii i popędził wzdłuż bariery. Płuca paliły żywym ogniem, oddech miał krótki i rwany. Ślizgał się i kluczył, słysząc za sobą hurgot, grzechot i ryk pękającego kamienia. Gdyby był silniejszy, gdyby miał więcej czasu na przygotowania, z pewnością zamaskowałby pułapkę znacznie lepiej.
Tego luksusu jednak nie miał. Rezerwa i siły chłopaka były niemal na wyczerpaniu.
Gdy wpadł wreszcie na długi, kończący się pod wschodnim murem plac - prawdopodobnie dawne targowisko, wciąż nietknięte i jasno oświetlone - wyhamował, odwrócił się i osłonił energetyczną tarczą przed kolejną chmurą frunących kawałów gruzu. Tarcza zamigotała. Kilka kamieni przedarło się na drugą stronę, trafiając chłopaka w pierś i nogę, krusząc kość i wbijając się głęboko w mięśnie. Caeden warknął wściekle z bólu i zaczął się cofać, aż wreszcie oparł się plecami o sięgający mu pasa mur, wyznaczający granicę pokrywającej miasto kopuły. Zaraz potem dezaktywował tarczę i pobrał z pobliskiej wiązki oświetleniowej porcję Esencji, którą skierował do ran. Skrzywił się, widząc, jak z wiszącej w powietrzu chmury kurzu wylatują kolejne kamienne pociski. Niektóre mijały jego głowę zdecydowanie zbyt blisko.
Gdy pył wreszcie opadł, chłopak ujrzał po drugiej stronie placu Alarisa. Czcigodny utykał na jedną nogę, a na jego twarzy malowało się zmęczenie, lecz był przy tym równie zdeterminowany jak w pierwszych chwilach pojedynku. W powietrzu snuł się ostry zapach pokruszonego muru. Caeden zaniósł się ostrym kaszlem i starł z zalanego potem czoła warstwę ciemnej mazi. Rywale spotkali się spojrzeniami.
Na moment wszystko zamarło, ucichło. Caeden pozwolił ramionom opaść, choć serce biło mu z każdą chwilą szybciej.
- Taki koniec był po prostu nieunikniony, Tal - zawołał Alaris, wchodząc chwiejnie na plac. - Musisz...
W tym momencie Caeden aktywował końcówkę swojego Naczynia. Szeroki na cały plac zarys wilczego łba - mimo związanej z tym straty czasu musiał uwzględnić ten symbol w projekcie wskutek wiązania, jakiemu tysiąclecia wcześniej poddali się wszyscy Czcigodni - ożył gwałtownie pod nogami Alarisa i w jednej chwili pozbawił energii wszystkie oświetlające okolicę wiązki Esencji. Zapadła nieprzenikniona ciemność.
Rozległ się donośny trzask i chłopak przez ułamek sekundy widział twarz przeciwnika oświetloną blaskiem wilczego łba. Czcigodny otworzył szeroko oczy. Zaraz potem ziemia usunęła mu się spod stóp, a otaczające go z trzech stron budynki runęły naprzód.
Mimo że dokładnie tego się spodziewał, Caeden przywarł mocno do muru. Plac eksplodował bolesnym, dezorientującym rykiem. Alaris zniknął pod kawałami kamienia, które z oszałamiającą prędkością pędziły ku niemu, jakby ściągane mocą niesłychanie potężnego wiru. Kilka chwil później chłopak miał przed sobą wysoki na trzy piętra i podobnie szeroki kopiec zbitego gruzu, niemal bez reszty przesłonięty podświetlonymi upiornym blaskiem tumanami pyłu.
W mieście zapanował dziwaczny spokój. Wilczy łeb - jego nadal widoczny fragment - zgasł równie szybko, jak się pojawił, i okolica znów na kilka sekund zatonęła w mroku, który rozproszyły dopiero ożywające wiązki Esencji, odzyskujące dostęp do ukrytego głęboko pod Alkathronen Cyrarium.
Obolały Caeden podciągnął się i usiadł na murku, opierając się plecami o uplecioną z Esencji siatkę zabezpieczającą. Wiedział, że gdyby nie zamieć, zobaczyłby za sobą przyprawiającą o zawrót głowy przepaść, której niewidoczne dno znajdowało się ponad trzy tysiące stóp niżej. Urwisko to, podobnie jak ściany Fedris Idri - oraz inne skały otaczające szczyt, na którym wzniesiono Alkathronen - było gładkie niczym szkło i niesamowicie twarde, co wykluczało wszelkie próby wspinaczki.
Starając się uspokoić oddech, wpatrywał się w rozciągające się przed nim rumowisko. Skonstruowana z kan maszyneria zadziałała dokładnie tak, jak planował. Zdawał sobie jednak sprawę, że urządzenie powstało w nadmiernym pośpiechu. Było prymitywne. Zbyt oczywiste.
Kilka kamyków stoczyło się po zboczach kopca, mącąc ciszę placu. Caeden obserwował czujnie, czekał. Nie poruszył się, kiedy w końcu jeden z większych głazów zakołysał się i spadł na bok, a te pod nim zaczęły unosić się ku górze. W szczelinach błyskały złote wyładowania Esencji, z każdą chwilą jaśniejsze, aż wreszcie rozrastająca się energetyczna kopuła roztrąciła gruz na boki, a z ziejącej pod nią dziury, wyrwanej w podłożu przez Naczynie Caedena, wygramolił się mężczyzna, który po chwili ruszył, kuśtykając, ku chłopakowi.
- Nie rozumiem tylko jednego - odezwał się spokojnie Alaris, kiedy znalazł się w zasięgu głosu. Zgasił swą tarczę. Ostatnie zalegające na niej kamyki spadły z głuchym grzechotem na ziemię. - Nawet gdyby linie kan nie były na tyle grube, bym mógł je zauważyć. Nawet gdyby ci się udało i pogrzebałbyś mnie pod tym kopcem. Gdybyś zmusił mnie, bym przespał... Jak długo? Tydzień? Dwa, po których wróciłbym do zdrowia? Na co właściwie liczyłeś? Zamierzałeś w tym czasie wziąć Ilshan Gathdel Teth szturmem czy co? - Pokręcił głową, zbliżając się do Caedena. Szedł sztywno, lecz niepowstrzymanie. - Tal, tak niechlujna robota cuchnie mi desperacją. Kończą ci się pomysły i mam wrażenie, że sam to rozumiesz.
Caeden nie odpowiedział. Wciąż czuł w kościach pozostały po walce ból. Ze swego miejsca na murku widział z wolna rozwiewające się obłoki kurzu, rozświetlane miejscami przez chaotyczne wyładowania Esencji, podobne do burzowych chmur, w których tańczą błyskawice. Wszystko to jednak było najzwyklejszym... zniszczeniem. Z powierzchni ziemi zniknął cały kwartał ostatniej metropolii Budowniczych. Na sercu chłopaka zaległ żal, ciężki niczym kamień.
Alaris zauważył wyraz twarzy rudzielca i przystanął mniej więcej dwadzieścia stóp przed nim.
- Bezsensowna strata - przyznał łagodniejszym, choć wciąż oskarżycielskim tonem. - Najstarsze, najdoskonalsze miasto świata, a myśmy je zniszczyli. Tyle piękna, tyle historii. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego Budowniczowie nie otoczyli Alkathronen lepszymi zabezpieczeniami. El świadkiem, że mogli się bardziej postarać.
- Asar powiedział mi kiedyś, że podjęli taką decyzję, ponieważ nic na świecie nie jest prawdziwie piękne, jeśli nie może zostać zniszczone - zauważył Caeden, sunąc spojrzeniem po zrujnowanym placu. - Niekiedy zdarza się nam o tym zapomnieć, Alaris.
Czcigodny zmarszczył nagle brwi. Spojrzał tak, jakby dopiero teraz zauważył, gdzie siedzi chłopak.
- Tal, nie bądź głupi. Obaj wiemy, że trzeba ci ściąć głowę - podjął zmienionym, bardziej wyważonym tonem i wyciągnął przed siebie rękę, jakby chciał ściągnąć rywala z murku czystą siłą woli.
- Z takiej wysokości? Bez Esencji? Na jedno wychodzi - zapewnił Caeden i rzucił przyjacielowi zmęczony uśmiech. - Więc chyba mamy remis.
Sięgnął po kan i usunął niewielki fragment otaczającej Alkathronen kopuły. Natychmiast poczuł na karku lodowate powiewy wiatru i mokre uderzenia śniegu. Zgodnie z przewidywaniami z muru wysunęło się zabezpieczające pasmo Esencji, lecz i je rozciął mroczną energią. Bardziej wyczuł, niż usłyszał pełen frustracji okrzyk Alarisa.
Caeden odchylił się do tyłu i spadł.
Z miejsca chwycił go w objęcia mróz. Wicher huczał mu w uszach, wszystko zasnuła biel.
Czując, jak żołądek podchodzi mu do gardła, zamknął oczy i sięgnął po kan, starając się zignorować towarzyszące spadaniu doznania. Cienka sieć mrocznej energii, którą wypuścił w górę ku Alkathronen, przez niemiłosiernie dłużącą się chwilę nie ukazała niczego.
Wreszcie jednak zobaczył sylwetkę człowieka, który spowity Esencją przesadził murek i pomknął za nim niczym pikująca strzała.
Na jedną niezwykłą chwilę Caedena ogarnęła melancholia. Przyjaciel próbował po raz ostatni ocalić mu życie.
Zaraz potem obrócił się, wypatrując konstruktu z kan, który budował, wisząc przez kilka godzin przy ścianie urwiska.
Aktywował końcówkę.
Brama zajaśniała tuż nad chłopakiem, pomiędzy nim a Alarisem. Mgnienie potem rozbłysła, gdy wymachujący bezradnie ramionami Czcigodny przeleciał prosto przez nią. Caeden zacisnął zęby i ponownie uderzył wiązką kan, niszcząc mechanizm. Portal został otwarty i zniknął w ciągu zaledwie dwóch sekund.
Chłopak wciąż spadał, otoczony kojącym w tej chwili świstem powietrza. Doznał poczucia niewysłowionej ulgi. Alaris nie potrafił tworzyć Bram, a bez tej umiejętności nie mógł opuścić Studni. Nie mógł też porozumieć się stamtąd z pozostałymi w Ilshan Gathdel Teth towarzyszami.
Caeden wiedział, że kiedyś, w końcu, będzie musiał się nim zająć, lecz w tej chwili liczyło się to, że nie musiał się go obawiać, a siły Czcigodnych zmalały o kolejną osobę.
Smagany wichurą chłopak skoncentrował się i przelał całą dostępną sobie Esencję z Rezerwy do ciała. Alaris miał rację. Caeden nie miał pojęcia, czy ten upadek skończy się dla niego śmiercią, czy tylko koszmarnymi obrażeniami. Gdyby miał czas, zainstalowałby też niżej drugą Bramę. Lecz cóż, nie miał czasu.
Zamknął oczy i czując na powiekach ukąszenia lodowatego powietrza, przygotował się na zderzenie z ziemią.
Pewne było jedno, zaboli jak jasna cholera.