9. Gdy zawodzi dyplomacja
9
Gdy zawodzi dyplomacja
We wtorek Rydell wczesnym wieczorem wyleciał zmiennopłatem z Burbank.
Facet z San Francisco zapłacił za lot; kazał nazywać się Freddie.
Żadnych bajerów w oparciu siedzenia samolotu CalAir, a pasażerowie
zdecydowanie kiepskiej kategorii. Dzieci płakały. Dostał miejsce przy
oknie. Na szybie tęcza barw w smudze olejku do włosów jakiegoś
poprzedniego pasażera: Valley. Turkusowe głębie kilku ocalałych basenów,
rozświetlona powierzchnia wody. Tępy ból ręki.
Zamknął oczy. Zobaczył ojca przy kuchennym zlewie mobil home'u na
Florydzie, myjącego szklankę. W tym właśnie momencie z pewnością już
rosła w nim śmierć, co było ustalonym faktem, przejściem pewnej linii.
Ojciec mówił o swoim bracie, wuju Rydella, trzy lata młodszym i nieżyjącym od pięciu lat, który kiedyś przysłał Rydellowi podkoszulek z Afryki. Wojskowe znaczki na kopercie z miękką wyściółką. Jeden z tych
dawnych bombowców, B-52 i GDY ZAWODZI DYPLOMACJA.
- Myśli pan, że to Coast Highway?
Otworzył oczy i zobaczył starszą panią nachylającą się przez niego, żeby
zerknąć przez warstewkę olejku do włosów. Jak pani Armbruster w piątej
klasie; starsza, niż byłby teraz jego ojciec.
- Nie wiem - rzekł Rydell. - Możliwe. Wszystkie ulice wyglądają dla mnie
tak samo. Chcę powiedzieć - dodał - że nie jestem stąd.
Uśmiechnęła się do niego, zapadając z powrotem w objęcia ciasnego
fotela. Zupełnie podobna do pani Armbruster. Takie same koszmarne
połączenie tweedu, oksfordzkiego szyku, płaszcza z koca w stylu Santa
Fe. Te stare damy z ich solidnymi bucikami na grubych podeszwach.
- Jak my wszyscy. - Wyciągnęła rękę i poklepała go po opiętym khaki
kolanie. - W dzisiejszych czasach.
Kevin powiedział, że może sobie zatrzymać spodnie.
- Uhm - powiedział Rydell, rozpaczliwie macając ręką w poszukiwaniu
przycisku odchylającego fotel, tego wklęsłego stalowego guziczka
czekającego, aby opuścić go do półleżącej pozycji. Zamknął oczy.
- Lecę do San Francisco, żeby asystować przy przenosinach mojego
nieboszczyka męża do mniejszej jednostki kriogenicznej - powiedziała. -
Jednej z tych, które oferują indywidualne moduły przechowawcze. Prasa
fachowa nazywa je "butikami", chociaż to brzmi śmiesznie.
Rydell znalazł przycisk i odkrył, że fotele CalAir pozwalają zaledwie na
dziesięciocentymetrowe odchylenie.
- Jest w krio już od dziewięciu lat, ale nigdy nie podobało mi się, że
jego mózg wcisnęli między inne. Zawinięty w folię. Czy to nie kojarzy
się z pieczeniem ziemniaków?
Rydell otworzył oczy. Usiłował wymyślić jakąś odpowiedź.
- Albo suszeniem tenisówek w suszarce - ciągnęła. - Wiem, że zamrażają
je na kość, ale to jakoś wcale nie wygląda na spoczynek, prawda?
Rydell wpatrywał się w oparcie fotela. Gładki plastik. Szary. Nawet bez
telefonu.
- Oczywiście, te mniejsze firmy nie mogą obiecać niczego nowego w dziedzinie ewentualnego przebudzenia. Jednak mam wrażenie, że zapewniają
więcej godności. A przynajmniej tego, co ja uważam za godność.
Rydell zerknął w bok. Pochwyciła jego spojrzenie: orzechowe oczy,
zagubione w labiryncie drobniutkich zmarszczek.
- I na pewno nie zobaczę tego, jak go odmrożą czy zrobią cokolwiek, co
kiedyś będą musieli. Nie wierzę w to. Wciąż się o to spieraliśmy.
Myślałam o tych wszystkich milionach umarłych, corocznej liczbie zgonów
w naprawdę biednych krajach. "Dawidzie - mówiłam jak możesz myśleć o czymś takim, podczas gdy większość ludzi żyje w mieszkaniach bez
klimatyzacji?".
Rydell otworzył usta i je zamknął.
- Ja jestem członkiem rzeczywistym Końca o Północy.
Rydell nie miał pojęcia, co w tym przypadku oznaczał termin "członek
rzeczywisty", ale Koniec o Północy było stowarzyszeniem zwolenników
eutanazji, zdelegalizowanym w Tennessee. Mimo to działało i tam, a ktoś
z kolegów policjantów mówił mu, że jego członkowie często zostawiali
mleko i ciasteczka dla załóg ambulansów. Przeważnie robili to w osiem
lub dziewięć osób. KoP. Sanitariusze nazywali to "kopem". Samobójcy
zażywali mieszankę legalnie nabywanych leków. Bez szpasu i hałasu.
Czyściutko.
- Pani wybaczy - rzekł Rydell - ale muszę się trochę zdrzemnąć.
- Nie krępuj się, młody człowieku. Wyglądasz na zmęczonego.
Rydell zamknął oczy, odchylił głowę w tył i pozostał w tej pozycji do
czasu, aż wyczuł, że wirniki zwalniają przed lądowaniem.
***
- Tommy Lee Jones - powiedział czarnoskóry. Włosy miał przystrzyżone w kształcie odwróconej do góry dnem donicy, z wyciętą z boku spiralą. Coś
jak fez Shrinera, tylko bez chwostu. Miał około pięć stóp wzrostu i za
duża o trzy numery koszula sprawiała, że wydawał się równie szeroki.
Koszula była cytrynowożółta z nadrukiem ukazującym rozmaite pistolety w naturalnych barwach i rozmiarach. Nosił obszerne granatowe szorty
sięgające mu dobrze za kolana, skarpetki Raidersów, adidasy z czerwonymi
lampkami osadzonymi wzdłuż krawędzi podeszew oraz lustrzane okularki ze
szkłami wielkości pięciodolarówek.
- Pomyłka - powiedział Rydell.
- Nie, człowieku, ale wyglądasz tak jak on.
- Jak kto?
- Tommy Lee Jones.
- Kto?
- To był taki aktor, człowieku.
Przez moment Rydell pomyślał, że facet jest od Wielebnego Fallona. Nawet
nosił takie okulary jak szkła kontaktowe Subletta.
- Ty jesteś Rydell. Przepuściliśmy cię przez "Rozdzielonych po
narodzinach".
- Jesteś Freddie?
"Rozdzieleni po narodzinach" to policyjny program używany w przypadku
zaginięć. Skanowało się fotkę poszukiwanej osoby, wybierało pół tuzina
podobnych do niej znanych osobistości, a potem wypytywało się ludzi, czy
widzieli ostatnio kogoś podobnego do A, B, C... Najdziwniejsze było to,
że ta metoda dawała lepsze efekty niż pokazywanie samego zdjęcia
poszukiwanego. Instruktor Akademii w Knoxville powiedział klasie
Rydella, że dzieje się tak w wyniku odwołania do tej części mózgu, która
przechowuje dane o znanych osobistościach. Rydell myślał o tym jako o mózgowym płacie gwiazd filmowych. Czy ludzie naprawdę mieli coś takiego?
Może Sublett miał bardzo rozwinięty taki płat. Jednak kiedy na Akademii
wprowadzili Rydella do tego programu, wyszło mu, że jest bliźniaczo
podobny do Howiego Clactona, rozgrywającego z Atlanty - nie przypominał
sobie żadnego Tommy'ego Lee Jonesa. Jednak do Howiego Clactona też nie
był podobny.
Ten cały Freddie wyciągnął bardzo miękką rękę i Rydell potrząsnął nią.
- Masz bagaż? - zapytał Freddie.
- Tylko to. - Podniósł walizkę.
- Pan Warbaby jest tam - powiedział Freddie, ruchem głowy wskazując
wyjście, gdzie umundurowany chilanga sprawdzał wychodzącym bilety.
Opodal czekał inny czarnoskóry facet, równie barczysty jak Freddie, ale
wyglądający na dwukrotnie wyższego.
- Duży facet.
- Uhm - odparł Freddie - i lepiej nie każmy mu czekać. Boli go dziś
noga, ale uparł się, żeby przyjść tutaj z parkingu i się przywitać.
Podchodząc do wyjścia i podając strażnikowi bilet, Rydell mierzył
wzrokiem czekającego. Był ogromny, miał ponad sześć stóp wzrostu, ale
najbardziej uderzający był otaczający go spokój, a także lekki smutek na
jego twarzy. Taki wyraz malował się na twarzy czarnego księdza, którego
ojciec kazał wezwać w ostatnich chwilach życia. Patrzyłeś w twarz tego
kapłana i miałeś wrażenie, że widział już każdą cholernie smutną rzecz
na tym świecie, więc może nawet mógłbyś uwierzyć w to, co mówił.
Przynajmniej tak zrobił ojciec Rydella - być może chociaż troszeczkę.
- Lucius Warbaby - rzekł, wyjmując największe ręce, jakie Rydell widział
w życiu, z głębokich kieszeni długiego oliwkowego płaszcza z nabijanego
diamentami jedwabiu, głosem tak głęboko basowym, że sugerującym
poddźwięki. Rydell spojrzał na podaną dłoń i zobaczył na niej jeden z tych staromodnych złotych sygnetokastetów z ułożonym szeryfowymi
kapitalikami z diamencików napisem WARBABY.
Rydell uścisnął ją, zamykając palce na diamentach i złocie.
- Miło mi pana poznać, panie Warbaby.
Warbaby nosił czarnego Stetsona, idealnie równo tkwiącego na głowie, z mocno wywiniętym rondem, oraz okulary w grubych czarnych oprawkach.
Jasne szkła, przezroczyste jak szkło wystawowe. Oczy za nimi mogły
należeć do Chińczyka lub jakiegoś zwierzęcia: kocie, skośne, bardzo
złotobrązowe. Podpierał się jedną z tych regulowanych kul, które dają w szpitalach. Jego lewa noga tkwiła w węglowej szynie wyścielonej dużymi
ciemnoniebieskimi wkładkami z nylonu. Wąskie czarne dżinsy, zupełnie
nowe i jeszcze niesprane, tkwiły w błyszczących jak lustro teksańskich
butach w trzech odcieniach czerni.
- Juanito mówi, że jesteś niezłym kierowcą - powiedział Warbaby, jakby
to była najsmutniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszał. Rydell nigdy
nie słyszał, żeby ktoś tak nazywał Hernandeza. - Mówi, że nie znasz tego
terenu...
- Zgadza się.
- Z drugiej strony - ciągnął Warbaby - nikt tutaj nie zna ciebie. Weź
jego bagaż, Freddie.
Freddie z wyraźną niechęcią wziął miękką walizkę Rydella, jakby nie
chciał, żeby ktoś zobaczył, że to robi.
Ręka z kastetem spoczęła na ramieniu Rydella. Pierścień zdawał się ważyć
dwadzieścia funtów.
- Juanito powiedział ci coś o tym, czym się tu zajmujemy?
- Mówił o kradzieży w hotelu. Powiedział, że IntenSecure zatrudnia nas
na zasadzie kontraktu...
- Kradzież, tak.
Warbaby wyglądał tak, jakby trzymał na barkach cały moralny ciężar
Wszechświata i był zdecydowany go udźwignąć.
- Coś zginęło. A teraz... wszystko bardzo się skomplikowało.
- Dlaczego?
Warbaby westchnął.
- Człowiek, któremu to zginęło, nie żyje.
Jeszcze coś w tych oczach.
- Jak umarł? - spytał Rydell, gdy w końcu złoty ciężar spadł mu z ramienia.
- Zabójstwo - odparł Warbaby cicho i spokojnie, ale bardzo wyraźnie.
***
- Zastanawiasz się nad moim nazwiskiem - powiedział Warbaby z tylnego
siedzenia czarnego forda Patriota.
- Zastanawiam się, gdzie wetknąć kluczyk, panie Warbaby - rzekł Rydell
zza kierownicy, oglądając wielofunkcyjną konsolę. Amerykańskie wozy były
jedynymi pojazdami na świecie, w których nadal umieszczano analogowe
wskaźniki. Może dlatego nie było ich tak wiele. Tak jak tych Harleyów z łańcuchowym napędem.
- Moja babka - zagrzmiał Warbaby jak płyta tektoniczna odrywająca się i ruszająca w stronę Chin - była Wietnamką. Dziadek - chłopakiem z Detroit. Wojskowym. Przywiózł ją do domu z Sajgonu, ale potem zniknął.
Mój ojciec, a jego syn, zmienił sobie nazwisko na Warbaby, rozumiesz?
Taki gest. Sentymentalny.
- Umh - mruknął Rydell, uruchamiając wielkiego forda i sprawdzając
obroty. Sajgon to miejsce, gdzie bogaci jeżdżą na wakacje.
Napęd na cztery koła. Ceramiczny pancerz. Opony Goodyear Streetsweepers,
które można przestrzelić tylko z armaty. Przed kratką termowentylatora
wisiał kartonowy odświeżacz powietrza w kształcie choinki.
- Natomiast nie potrafię ci wyjaśnić, dlaczego akurat Lucius.
- Panie Warbaby - powiedział Rydell, oglądając się przez ramię - dokąd
mam pana zawieźć?
Pisk modemu na konsoli.
Freddie, rozparty w miękkim fotelu obok Rydella, gwizdnął.
- O kurwa, ale paskudnie!
Rydell odwrócił się do niego i spojrzał na wysuwający się faks: gruby
mężczyzna, nagi, na mokrej od krwi pościeli. Całe kałuże krwi, w której
rozbłyski fotograficznych fleszy zastygły jak miraże słońca.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Lśniące ciała olbrzymów
1
Lśniące ciała olbrzymów
Kurier przyciska czoło do warstw szkła, argonu, przeciwudarowego
plastiku. Patrzy na patrolowiec, jak polująca osa przecinający w oddali
niebo nad miastem, ze śmiercią podwieszoną pod odwłokiem w gładkim
czarnym kokonie.
Kilka godzin wcześniej na północne przedmieścia spadły rakiety;
siedemdziesiąt trzy ofiary, jeszcze nikt nie przyznał się do zamachu.
Tymczasem tutaj lustrzane zikkuraty przy Lazaro Cardenas błyskają jak
lśniące ciała olbrzymów, śląc nocne salwy snów czekającym avenidas -
biznes jak zwykle, świat bez końca.
Powietrze za oknem otacza każde źródło światła słabą wątrobianą otoczką,
niezdrową żółcią, niepostrzeżenie przechodzącą w brązowawą poświatę.
Drobne suche płatki brudnego śniegu, kłębiącego się nad ściekami,
osiadły na soczewkach nocy.
Zamknąwszy oczy, zapada w cichy szum klimatyzatora. Wyobraża sobie, że
znajduje się w Tokio, a ten pokój jest w jakimś nowym skrzydle starego
hotelu Imperial. Widzi siebie na ulicach Chiyoda-ku, pod cicho
wzdychającymi pociągami. Czerwone papierowe lampiony wzdłuż wąskiej
uliczki.
Otwiera oczy.
Mexico City wciąż tu jest.
Osiem pustych buteleczek, plastikowych miniaturek, stoi równym rzędem na
skraju stolika do kawy; japońska wódka Come Back Salmon, o nazwie
bardziej drażniącej niż pozostawiany przez nią smak.
Na ekranie nad konsolą czekają na niego pticzki, zastygłe kremowe
ciała. Kiedy podnosi pilota zdalnego sterowania, wydatne kości
policzkowe kobiet zakrzywiają się w przestrzeni za jego oczami. Ich
młodzi kochankowie jak zawsze biorą je od tyłu, noszą czarne skórzane
rękawiczki. Słowiańskie rysy, przywołujące fragmenty niechcianych
wspomnień z dzieciństwa: smród ścieków, stal łomocząca o stal pod
rozkołysanym pociągiem, wysokie stare sufity mieszkania z widokiem na
skuty mrozem park.
Dwadzieścia osiem peryferyjnych ekranów otacza kopulujących z powagą
Rosjan; na jednym dostrzega postacie znoszone z czarnego od dymu pokładu
azjatyckiego promu.
Otwiera kolejną buteleczkę.
Teraz pticzki, poruszając głowami jak tłokami dobrze naoliwionej
maszyny, obciągają swym aroganckim, zajętym wyłącznie sobą kochankom.
Ujęcia przypominają świetność sowieckiej kinematografii
socrealistycznej.
Przesuwa spojrzenie na prognozę pogody NHK. Front niskiego ciśnienia
przechodzi nad Kansas. Obok jakaś upiornie cicha islamska stacja w nieskończoność powtarza imię Boga kaligraficznym pismem opartym na
grafice fraktali.
Pije wódkę.
Ogląda telewizję.
***
Po północy, na skrzyżowaniu Liverpool i Florencia, spogląda na Różową
Strefę z tylnego siedzenia białej łady, z nanoporowym szwedzkim
respiratorem drażniącym mu świeżo ogolony podbródek.
Każdy mijający go ma zamaskowaną twarz, wargi i nozdrza ukryte pod
filtrami. Niektóre, z okazji Dnia Zmarłych, przypominają
srebrno-paciorkowate szczęki szczerzących zęby czaszek. Jakąkolwiek
przyjmują formę, wszyscy ich wytwórcy wygłaszają te same wątpliwe,
kłamliwe zapewnienia o zabezpieczeniu przed wiroidami.
Chciał uciec przed rutyną, może znaleźć coś pięknego lub interesującego,
ale tutaj są tylko zamaskowane twarze, jego strach i światła.
Z Avenida Chapultepec powoli wyjeżdża stary amerykański samochód,
wykasłując obłoczki tlenku węgla spod naderwanego zderzaka. Cały jest
pokryty żywicą barwy coli i kawałeczkami potłuczonych luster; widać
tylko przednią szybę, czarną i szklistą, nieprzejrzystą jak plama
atramentu, przypominającą mu śmiercionośny kokon patrolowca. Czuje
narastający strach, bezsensowny, nieuzasadniony, jaki budzi w nim ten
karnawałowy duch cadillaca, tego spalającego ropę zabytku w spektralnej
szacie barwy przydymionego srebra. Dlaczego pozwalają mu zanieczyszczać
i tak już brudne powietrze? I kto tam siedzi w środku, za tą czarną
szybą?
Drżąc, obserwuje przejeżdżający pojazd.
- Ten wóz...
Stwierdza, że impulsywnie pochyla się i mówi do kierowcy o szerokim
brązowym karku i wielkich uszach, przedziwnie kojarzących się z reprodukcjami zabytkowych naczyń reklamowanych na jednym z kanałów
hotelowej telewizji.
- El coche - mówi kierowca, który nie nosi maski, odwracając się,
jakby dopiero teraz dostrzegł kuriera. Ten widzi, jak pokryty lustrami
cadillac rozbłyska raz, na krótki moment, odbitym rubinem lasera nocnego
klubu i znika.
Kierowca patrzy na niego.
Kurier każe mu wracać do hotelu.
***
Budzi się ze snu pełnego metalicznych głosów w wyniosłych halach
jakiegoś europejskiego lotniska, odległych postaci dostrzeżonych w niemym rytuale odjazdu.
Ciemność. Syk klimatyzatora.
Miękkość bawełnianej pościeli. Telefon pod poduszką. Odgłosy ulicznego
ruchu stłumione przez wypełnione gazem okna. Opuszczają go całe napięcie
i strach. Przypomina sobie o barze w atrium. Muzyka. Twarze.
Ma poczucie wewnętrznego ukojenia, niezwykle rzadkiego stanu równowagi.
Tylko tyle wie o spokoju.
Och, tak, okulary są tutaj, wepchnięte obok telefonu. Wyjmuje je i otwiera oprawkę, z przyjemnością obarczoną poczuciem winy, której nie
może pozbyć się od Pragi.
Kocha ją od blisko dziesięciu lat, chociaż nie myśli o tym w taki
sposób. Jednak nigdy nie kupił innego software'u i czarna plastikowa
oprawka straciła połysk. Numer na kasecie jest już nieczytelny, wytarty
do białości dotykiem jego rąk. Tyle pokoi takich jak ten.
Od dawna wolał cieszyć się nią w ciszy. Nie używał ryczących dousznych
słuchawek. Nauczył się podkładać własny tekst, szepcząc do niej,
pośpieszając przez nieporadne nazwy i oblane księżycem wyżyny czegoś, co
nie jest Hollywood ani Rio, lecz jakąś nieostrą cyfrową ekstrapolacją
obu.
Ona czeka na niego zawsze w białym domku przy drodze biegnącej kanionem.
Świece. Wino. Czarna suknia z dżetami pasuje do jej idealnej skóry,
jakże białej, naprężone udo opięte gładko i ściśle materiałem jak brzuch
węża.
Daleko, pod bawełnianą pościelą, jego ręce zaczynają się poruszać.
Potem, gdy zapada w sen zupełnie innej jakości, telefon pod jego
poduszką odgrywa cichą i krótką melodyjkę.
- Tak?
- Potwierdzam rezerwację na lot do San Francisco - mówi ktoś, kobieta
lub maszyna. Naciska klawisz, zapisując numer lotu, mówi dobranoc i zamyka oczy przed upartym światłem sączącym się przez czarne bariery
zasłon.
Obejmują go jej białe ramiona. Wieczna jasnowłosa.
Zasypia.
2. Krążąc Gunheadem
2
Krążąc Gunheadem
Pojazdy IntenSecure pucowano co trzy zmiany. Robiono to w tej wielkiej
myjni samochodowej niedaleko Colby; dwadzieścia warstw ręcznie wcieranej
Wet Honey Sienna sprawiało, że wyglądały jak nowe.
Tego listopadowego wieczoru, gdy Republika Żądzy zakończyła jego karierę
w zbrojnej ochronie, Berry Rydell przybył tam trochę wcześniej.
Lubił unoszący się w środku zapach. To ten różowy preparat, który
dodawali do wody, żeby zmyć warstwę kurzu; ta woń przypominała mu letnią
pracę w Knoxville, przed ostatnim rokiem nauki w szkole. Robili
luksusowe apartamenty w skorupie wielkiego starego budynku Safeway przy
Jefferson Davis. Architekci chcieli, żeby betonowe ściany wyglądały w pewien szczególny sposób; by miały szarą barwę, lecz ze śladami starej
różowej farby w pęknięciach i wgłębieniach. Byli z Memphis i nosili
czarne garnitury oraz białe bawełniane koszule. Te koszule najwidoczniej
kosztowały więcej niż garnitury, a przynajmniej tyle samo, a oni nigdy
nie nosili krawatów ani nie rozpinali guzików pod szyją. Rydell doszedł
do wniosku, że właśnie tak ubierają się architekci; teraz mieszkał w L.A. i wiedział, że miał rację. Podsłuchał, jak jeden z nich wyjaśniał
brygadziście, iż to, co robili, to ukazanie integralności przejścia
materiału przez czas. Uznał, że to prawdopodobnie bzdura, ale i tak
spodobało mu się brzmienie tych słów; tak jak to, co w telewizji działo
się ze starymi ludźmi.
Jednak w rzeczywistości polegało to na zdejmowaniu większości tej
gównianej starej farby z wielu tysięcy metrów kwadratowych równie
gównianego betonu, co robiono za pomocą oscylującej dyszy umieszczonej
na końcu długiej rękojeści ze stali nierdzewnej. Jeśli brygadzista nie
patrzył, mogłeś wycelować w innego chłopaka, puścić trzydziestostopowy
koguci ogon kłującej tęczy i zmyć mu z twarzy krem z filtrem. Rydell i jego koledzy nosili australijskie kombinezony w zdecydowanych barwach,
więc było widać, gdzie trafiasz, a gdzie nie. Jednak musiałeś dobrze
ocenić odległość, bo z bliska strumień cieczy mógł zedrzeć chrom ze
zderzaka. Rydell i Buddy Crigger zostali w końcu wylani za to, a wtedy
przeszli przez Jeff Davis do piwiarni i Rydell spędził noc z dziewczyną
z Key West - wtedy po raz pierwszy spał z kobietą.
Teraz był w Los Angeles, jadąc sześciokołowym Hotspurem Hussarem
pokrytym dwudziestoma warstwami ręcznie polerowanego lakieru. Hussar był
opancerzonym land roverem, który mógł wyciągnąć sto czterdzieści na
prostej, gdybyś znalazł wolny odcinek i zdążył przyśpieszyć. Hernandez,
dowódca jego zmiany, mówił, że Anglikom nie należy powierzać
konstruowania niczego bardziej skomplikowanego od kapelusza, o ile ma to
działać w razie potrzeby; twierdził, że IntenSecure powinna kupić wozy
izraelskie lub przynajmniej brazylijskie, a poza tym czy do
zaprojektowania wozu bojowego potrzeba Ralpha Laurena?
Rydell nie potrafił na to odpowiedzieć, ale te warstwy farby były
zdecydowanym przegięciem. Podejrzewał, że miały kojarzyć się ludziom z wielkimi brązowymi ciężarówkami United Parcel, a jednocześnie wyglądać
jak coś, co widzi się w kościele episkopalnym. Nierzucające się w oczy
logo firmy. Powściągliwe.
Ludzie pracujący w myjni byli przeważnie emigrantami z Mongolii, którzy
jako nowo przybyli mieli problem ze znalezieniem lepszej pracy.
Pracując, podśpiewywali gardłowo, nie poruszając ustami, a on lubił tego
słuchać. Nie miał pojęcia, jak to robią; dźwięk przypominał odgłosy
wydawane przez żaby nadrzewne, ale dwie naraz.
Teraz przecierali rzędy chromowanych wypukłości na burtach. Te
wybrzuszenia miały podtrzymywać elektryczną siatkę przeciw demonstrantom
i pokryto je chromem tylko dla fasonu. Pojazdy w Knoxville też były
zelektryfikowane, ale dodatkowo wyposażone w system zraszania
zapewniający wilgotność burt, a tym samym znacznie silniejszy wstrząs.
- Podpisz tu - powiedział szef personelu, cichy czarny chłopak
nazwiskiem Anderson. Był studentem medycyny - w dzień - i zawsze
wyglądał tak, jakby nie spał przez dwie ostatnie noce.
Rydell wziął notatnik oraz pióro świetlne i złożył podpis. Anderson
wręczył mu kluczyki.
- Powinieneś trochę odpocząć - rzekł Rydell. Anderson uśmiechnął się
słabo. Rydell podszedł do Gunheada, deaktywując alarm w drzwiczkach.
Ktoś napisał w środku GUNHEAD - zielonym pisakiem na panelu nad przednią
szybą. Nazwa przyjęła się, głównie dlatego, że podobała się Sublettowi.
Sublett był Teksańczykiem, uchodźcą z jakiegoś upiornego obozowiska
przyczep campingowych zajmowanych przez wideosektę. Mówił, że jego matka
szykowała się, by sprzedać jego tyłek kościołowi - cokolwiek miało to
oznaczać.
Sublett nie palił się, żeby o tym mówić, ale Rydell doszedł do wniosku,
że ci ludzie uznali wideo za ulubiony środek przekazu Pana, a ekran za
rodzaj wiecznie gorejącego krzewu.
- On jest w szczegółach - powiedział kiedyś Sublett. - Trzeba go tylko
dobrze poszukać.
Jakąkolwiek formę przybierała ta wiara, Sublett niewątpliwie obejrzał
więcej programów telewizyjnych niż ktokolwiek ze znanych Rydellowi osób,
głównie starych filmów na kanałach nienadających niczego innego. Sublett
powiedział, że Gunhead to nazwa automatycznego pojazdu opancerzonego w japońskim filmie o potworach. Hernandez uważał, że Sublett sam napisał
tam tę nazwę. Sublett zaprzeczał. Hernandez kazał zetrzeć napis. Sublett
zignorował polecenie. Napis wciąż tam widniał, ale Rydell wiedział, że
Sublett jest zbyt wielkim legalistą, aby popełnić taki akt wandalizmu, a poza tym atrament pisaka mógł go zabić.
Sublett miał paskudną alergię. Był uczulony na rozmaite środki
czyszczące i rozpuszczalniki, więc nigdy nie dał się zabrać do myjni
samochodowej. Alergia powodowała również światłowstręt, więc musiał
nosić te lustrzane szkła kontaktowe. One, razem z czarnym mundurem
IntenSecure i jasnoblond włosami, nadawały mu wygląd jakiegoś klanera
albo nazistowskiego robota. Co mogło skomplikować sprawy w sklepach na
Sunset, powiedzmy o trzeciej nad ranem, kiedy chciał tylko kupić wodę
mineralną i colę. Jednak Rydell zawsze chętnie widział go na swojej
zmianie, ponieważ facet był zdecydowanie najmniej skłonnym do przemocy
najemnym gliniarzem, jakiego znał. I chyba nawet nie był stuknięty.
Rydell uważał to za dwie zdecydowane zalety. Jak chętnie przypominał
Hernandez, w SoCal ostrzejsze przepisy regulowały to, kto może i nie
może być fryzjerem.
Podobnie jak Rydell, wielu członków personelu IntenSecure było dawnymi
policjantami, niektórzy nawet z policji Los Angeles, a jeśli ich
stosunek do przepisów firmy, zakazujących noszenia prywatnej broni
podczas służby, uznać za znaczącą wskazówkę, to u jego współpracowników
można było znaleźć wszystkie możliwe rodzaje uzbrojenia. W drzwiach
pokoju dla personelu były wykrywacze metali, więc Hernandez zazwyczaj
miał pełną szufladę noży sprężynowych, nunczaku, paralizatorów,
kastetów, butów z ukrytym ostrzem i wszystkiego, co wykryła bramka.
Zupełnie jak w piątkowy ranek w szkole średniej w South Miami. Hernandez
wszystko oddawał po zmianie, lecz ruszając na wezwanie, mieli radzić
sobie glockami i miazgaczami.
Glocki były standardową bronią policyjną, liczącą co najmniej
dwadzieścia lat, której całą ciężarówkę IntenSecure zakupiła od policji
przechodzącej na amunicję bezłuskową. Zgodnie z przepisami glocki
powinny tkwić w plastikowych kaburach, a te należało przymocować taśmą
samosczepną do głównej konsoli pojazdu. W razie potrzeby odrywało się
kaburę z pistoletem od konsoli i przyczepiało do łaty naszytej na
mundurze. Tylko po odebraniu wezwania wolno było wysiąść z bronią z pojazdu.
Miazgacz nawet nie był bronią palną, przynajmniej w świetle prawa,
jednak dziesięciosekundową serią z niewielkiej odległości mógł rozbić
twarz na miazgę. To izraelskie urządzenie do rozpraszania tłumu,
działające na zasadzie wiatrówki, wystrzeliwało jednocalowe sześciany z uzyskanej w wyniku recyklingu gumy. Wyglądało jak rezultat wymuszonej
fuzji między karabinkiem szturmowym a przemysłową zszywarką, tyle że
robiono je z tego jasnożółtego plastiku. Po naciśnięciu spustu wysyłało
strumień gumowych pocisków. Kiedy nabrało się wprawy, można było
ustrzelić przeciwnika ukrytego za węgłem: wystarczyło odbić je od
jakiejś twardej powierzchni. Taka seria z bliska przecinała na pół
arkusz sklejki, a na trzydzieści jardów pozostawiała wielkie sińce.
Zgodnie z teorią nie zawsze napotyka się uzbrojonych przeciwników, a użycie miazgacza niosło mniejsze niebezpieczeństwo uszkodzenia
subskrybenta lub jego własności. W razie napotkania uzbrojonego
napastnika pozostawał glock. Jednak przeciwnik prawdopodobnie używał
bezłuskowej amunicji i broni superautomatycznej - a to już nie było
częścią teorii. Tak samo jak to, że tak dobrze uzbrojony napastnik
zazwyczaj bywa naćpany pląsem, a więc zarówno nieludzko szybki, jak i patologicznie psychotyczny.
W Knoxville było mnóstwo pląsu i przez to Rydell został zawieszony w obowiązkach. Wszedł do mieszkania, w którym mechanik nazwiskiem Kenneth
Turvey przetrzymywał swoją przyjaciółkę z dwojgiem małych dzieci,
domagając się rozmowy z prezydentem. Turvey był biały, chudy, niemyty od
miesiąca i miał na piersi wytatuowaną Ostatnią Wieczerzę. Tatuaż był
całkiem świeży; jeszcze nie zaczął się goić. Przez cienką warstewkę
zasychającej krwi Rydell zauważył, że Jezus nie ma twarzy. Tak samo jak
wszyscy apostołowie.
- Do diabła - powiedział Turvey na widok Rydella. - Chcę mówić tylko z prezydentem.
Siedział ze skrzyżowanymi nogami, nagi, na kanapie przyjaciółki. Na
kolanach trzymał coś w rodzaju kawałka rury owiniętej taśmą izolacyjną.
- Próbujemy to załatwić - rzekł Rydell. - Przykro nam, że to trwa tak
długo, ale musimy uporać się z formalnościami.
- Niech to szlag - powiedział ze znużeniem Turvey - czy nikt nie
rozumie, że spełniam bożą misję?
Nie był zły, po prostu znużony i zniechęcony. Przez uchylone drzwi
jedynej w tym mieszkaniu sypialni Rydell widział jego przyjaciółkę.
Leżała na plecach na podłodze i chyba miała złamaną nogę. Nie widział
jej twarzy. Kobieta się nie ruszała. Gdzie dzieci?
- Co tu masz? - zapytał Rydell, wskazując przedmiot na podołku Turveya.
- To broń - odparł Turvey - i właśnie dlatego muszę porozmawiać z prezydentem.
- Nigdy nie widziałem czegoś takiego - zaryzykował Rydell. - Czym to
strzela?
- Puszkami soku grejpfrutowego - rzekł Turvey. - Napełnionymi cementem.
- Nie żartujesz?
- Patrz - powiedział Turvey i podniósł rurę do ramienia.
Miała zamontowany zamek, bardzo starannie wykończony, układ spustowy
przypominający część kombinerek oraz kilka elastycznych przewodów.
Rydell zauważył, że te ostatnie biegły do wielkiej butli z gazem, z rodzaju tych, których nie poruszy się bez podnośnika, leżącej na
podłodze obok kanapy.
Klęcząc na brudnym poliestrowym dywanie, patrzył na wylot zataczającej
łuk rury. Była dostatecznie szeroka, żeby włożyć w nią pięść. Zobaczył,
jak Turvey wycelował przez otwarte drzwi sypialni w szafę.
- Turvey - usłyszał swój głos - gdzie te przeklęte dzieciaki?
Mechanik nacisnął dźwignię spustu i wybił w drzwiach szafy otwór
wielkości puszki soku grejpfrutowego. Dzieci były w środku. Na pewno
wrzeszczały, chociaż Rydell tego nie słyszał. Później prawnik Rydella
argumentował, że w tym momencie jego klient był nie tylko głuchy, ale w stanie sonicznie wywołanej katalepsji. Wynalazek Turveya był zaledwie
kilka decybeli cichszy od granatów ogłuszających używanych przez SWAT.
Jednak Rydell nie pamiętał tego. Nie pamiętał, jak strzelił Kennethowi
Turveyowi w głowę, ani niczego do chwili, gdy obudził się w szpitalu.
Była tam kobieta z Gliniarzy w opałach, ulubionego programu Rydella,
ale powiedziała, że nie może z nim mówić, dopóki nie porozmawia z jego
agentem. Rydell odparł, że nie ma żadnego. Powiedziała, że wie o tym,
ale trzeba jakiegoś wezwać. Rydell leżał, myśląc o tym, ile razy
oglądali z ojcem Gliniarzy w opałach.
- O jakich opałach mówimy? - zapytał w końcu.
Kobieta tylko się uśmiechnęła.
- Wszelkich, jakie tylko przyjdą ci na myśl, Berry.
Zmrużył oczy. Była dość ładna.
- Jak się nazywasz?
- Karen Mendelsohn.
Nie wyglądała na mieszkankę Knoxville, a nawet Memphis.
- Jesteś z Gliniarzy w opałach?
- Tak.
- Co dla nich robisz?
- Jestem prawnikiem - odparła. Rydell nie przypominał sobie, żeby kiedyś
spotkał któregoś z nich, ale po tym wypadku spotykał ich wielu.
***
Wyświetlacze Gunheada były niepozornymi prostokątami płynnych
kryształów; ożyły, gdy Rydell włożył kluczyk, wystukał kod
bezpieczeństwa i sprawdził działanie podstawowych systemów. Najbardziej
lubił kamery pod tylnym zderzakiem; dzięki nim naprawdę łatwo można było
zaparkować - człowiek widział, gdzie się cofa. Połączenie z Gwiazdą
Śmierci nie działało, kiedy byli w myjni, ponieważ ściany budynku
zawierały zbyt wiele stali, ale Sublett powinien utrzymywać kontakt
przez mikrosłuchawki w uchu.
W pokoju personelu IntenSecure wisiał plakat przypominający, że taka
nazwa jest niezgodna z polityką firmy, ale i tak wszyscy nazywali ją
Gwiazdą Śmierci. Nawet policjanci LAPD tak ją nazywali. Oficjalnie była
Geostacjonarnym Satelitą Sił Porządkowych Południowej Kalifornii.
Obserwując ekrany konsoli, Rydell ostrożnie wycofał wóz z budynku.
Bliźniacze ceramiczne silniki Gunheada były dostatecznie nowe, żeby nie
robić nadmiernego hałasu; słyszał pisk opon na mokrej betonowej
podłodze.
Sublett czekał na zewnątrz, jego srebrne oczy odbijały czerwone tylne
światła przejeżdżających wozów. Za nim zachodziło słońce, a barwy nieba
świadczyły o bogatszym niż zwykle koktajlu dodatkowych składników.
Cofnął się przed wyjeżdżającym pojazdem, starając się uniknąć nawet
najmniejszej kropelki pryskającej spod kół.
Rydell również uważał; nie chciał znów taszczyć Teksańczyka do szpitala,
gdyby Sublett znowu padł ofiarą uczulenia.
Zaczekał, aż partner nałoży parę jednorazowych rękawiczek.
- Cześć - powiedział Sublett, gramoląc się na fotel. Zamknął drzwi i zaczął zdejmować rękawiczki, ostrożnie zwijając je do hermetycznie
zamykanego woreczka.
- Tylko niczego nie dotknij - rzekł Rydell, obserwując ostrożne ruchy
Subletta.
- Śmiej się do woli - odparł spokojnie Sublett. Wyjął paczkę
przeciwalergicznej gumy do żucia i wyjął jedną z opakowania. - Jak tam
stary Gunhead?
Rydell przejrzał wyświetlacze i odrzekł z zadowoleniem:
- Całkiem nieźle.
- Mam nadzieję, że dziś wieczór nie otrzymamy wezwania z żadnego z tych
cholernych ukrytych domów.
Tak zwane ukryte domy zajmowały pierwsze miejsce na liście niepożądanych
wezwań Subletta. Mówił, że powietrze w nich jest toksyczne. Rydell
uważał, że to nonsens, ale miał dość sporów na ten temat. Ukryte domy
były większe od zwyczajnych domów, więcej kosztowały i Rydell uważał, że
właściciele zapłaciliby wiele, aby utrzymać w nich czyste powietrze.
Sublett twierdził, że każdy, kto buduje sobie taki dom, jest paranoikiem
i zawsze ma szczelnie zamknięte okna, przez co nie ma tam przewiewu i dochodzi do skażenia powietrza.
Jeżeli w Knoxville były jakieś ukryte domy, to Rydell nic o nich nie
wiedział. Uznał, że spotyka się je tylko w Los Angeles. Sublett, który
pracował dla IntenSecure od prawie dwóch lat, głównie na dziennych
patrolach w Venice, był pierwszym, który wspomniał o nich Rydellowi.
Kiedy ten w końcu dostał wezwanie do jednego z nich, nie wierzył własnym
oczom; to miejsce opadało w dół bez końca, wydrążone pod czymś, co
wyglądało jak zbombardowana pralnia chemiczna. A w środku same
odsłonięte dźwigary, białe tynki, tureckie dywany, wielkie obrazy,
parkiety, meble, jakich jeszcze nigdy nie widział. Jednak wezwanie było
trochę dziwne; Rydell uznał, że chodziło o domową awanturę. Mąż uderzył
żonę, żona nacisnęła guzik, a teraz oboje udają, że to nieporozumienie.
Jednak to nie mogło być nieporozumienie, ponieważ ktoś nacisnął guzik i nie podał hasła w odpowiedzi na zapytanie, które otrzymał trzy i osiem
dziesiątych sekundy później. Pewnie to ona doskoczyła do telefonu,
pomyślał Rydell, i nacisnęła guzik. Tamtej nocy jeździł z "Wielkim
Georgem" Kechakmadze i Gruzinowi (z Tbilisi, nie z Atlanty) również to
się nie spodobało.
- Widziałeś tych ludzi, to subskrybenci, człowieku; nikt nie krwawi,
więc zabierasz swój tyłek, no nie? - powiedział później Wielki George.
Jednak Rydell pamiętał napięcie w oczach kobiety i sposób, w jaki
przytrzymywała pod szyją kołnierz luźnego białego szlafroka. Jej mąż
miał taką samą podomkę, grube owłosione nogi i drogie szkła. Coś tam
było nie tak, ale Rydell nigdy nie dowiedział się co. Tak samo jak nigdy
nie zrozumiał, jak naprawdę żyją, życiem wyglądającym jak to widziane w telewizji, ale całkiem innym.
Kiedy tak na to patrzeć, L.A. było pełne niespodzianek. Nieustannych.
Jednak polubił jeżdżenie po nim. Nie w jakimś konkretnym celu, ale by po
prostu jeździć sobie Gunheadem. Teraz skręcał w La Cienega i mały
zielony kursor na desce rozdzielczej robił to samo.
- "Zakazana strefa" - powiedział Sublett. - Herve Villechaize, Susan
Tyrell, Marie-Pascal Elfman, Viva.
- Viva? - zapytał Rydell. - Viva co?
- Viva. Aktorka.
- Kiedy to nakręcili?
- W 1980.
- Jeszcze nie było mnie na świecie.
- Czas w telewizji zawsze stoi w miejscu, Rydell.
- Człowieku, sądziłem, że zamierzasz pozbyć się balastu twego
wychowania.
Rydell wyłączył lustrzane odbicie szyby, żeby lepiej przyjrzeć się
rudowłosej dziewczynie mijającej go w różowym Daihatsu Sneakerze z opuszczonym dachem.
- W każdym razie nie widziałem tego filmu.
Właśnie nadeszła ta wieczorna godzina, kiedy kobiety w samochodach
wyglądały równie dobrze jak wszystko w Los Angeles. Ministerstwo zdrowia
usiłowało zakazać używania kabrioletów; twierdziło, że zwiększają
zachorowalność na raka skóry.
- Endgame. Al Cliver, Moira Chen, George Eastman, Gordon Mitchell.
1985.
- No cóż, miałem wtedy dwa latka - odparł Rydell - ale tego też nie
widziałem.
Sublett zamilkł. Rydellowi zrobiło mu się go żal; Teksańczyk nie znał
innego sposobu nawiązania rozmowy, a jego starzy w obozowisku przyczep
campingowych znaliby nie tylko te dwa, ale i wiele innych.
- No cóż - zaczął Rydell, próbując podjąć konwersację - zeszłej nocy
oglądałem taki stary film...
Sublett ożywił się.
- Jaki?
- Nie wiem. Facet jest w L.A. i właśnie spotkał dziewczynę. Potem
podnosi słuchawkę w budce telefonicznej, bo ktoś dzwoni. W środku nocy.
To jakiś facet w silosie rakietowym, który wie, że właśnie odpalono
rakiety w Rosjan. Próbuje zadzwonić do ojca, brata lub kogokolwiek.
Mówi, że wkrótce nastąpi koniec świata. Wtem facet, który odebrał
telefon, słyszy, że żołnierze zastrzelili tamtego. Mam na myśli tego,
który dzwonił.
Sublett zamyka oczy, przeglądając swój bank pamięci.
- Tak? I jak kończy się ten film?
- Nie wiem - odparł Rydell. - Poszedłem spać.
Sublett szeroko otwiera oczy.
- A kto w nim grał?
- Tu mnie masz.
Puste srebrne oczy Subletta spoglądają z niedowierzaniem.
- Jezu, Berry, nie powinieneś oglądać telewizji, jeżeli nie poświęcasz
jej uwagi.
***
Po zastrzeleniu Kennetha Turveya nie przebywał w szpitalu długo -
zaledwie dwa dni. Jego prawnik, sam Aaron Pursley, uważał, że powinni
zatrzymać go tam na dłużej, aby lepiej ocenić rozległość wstrząsu
pourazowego. Jednak Rydell nienawidził szpitali, a poza tym czuł się
całkiem nieźle; po prostu nie mógł sobie przypomnieć, co dokładnie
zaszło. Ponadto miał Karen Mendelsohn, która miała mu pomóc w różnych
sprawach, oraz nowego agenta, Wellingtona Ma, umiejącego radzić sobie z innymi ludźmi z Gliniarzy w opałach, nie tak miłymi jak Karen, która
miała piękne ciemnobrązowe włosy. Wellington Ma był Chińczykiem,
mieszkał w Los Angeles i Karen twierdziła, że jego ojciec należał do
gangu Wielkiego Kręgu - chociaż radziła Rydellowi, żeby o tym nie
wspominał.
Wizytówka Wellingtona Ma była ośmiokątnym kawałkiem różowego
syntetycznego kwarcu, w którym laserem wypalono jego nazwisko, nazwę
Ma-Mariano Agency, adres przy Beverly Boulevard oraz rozmaite cyferki i adresy e-mailowe. Przybyła do GlobExu w małej kopercie z szarego zamszu,
kiedy Rydell był jeszcze w szpitalu.
- Wygląda, jakby można się nią pokaleczyć - stwierdził Rydell.
- Niewątpliwie można - powiedziała Karen Mendelsohn - a jeśli włożysz ją
do kieszeni i usiądziesz, rozsypie się.
- No to po co ją daje?
- Masz się nią dobrze opiekować. Nigdy nie dostaniesz drugiej.
Rydell nie spotkał Wellingtona Ma, a przynajmniej jeszcze nie wtedy,
jednak Karen przyniosła walizeczkę z wideotelefonem i Rydell porozmawiał
z nim w jego biurze w L.A. To była najlepsza wideokonferencja, jaką
kiedykolwiek odbył, i wydawało się, że naprawdę tam był. Widział okno, z którego mógł dostrzec odwróconą piramidę w kolorze słoika z Noxemą.
Zapytał Wellingtona Ma, co to takiego, a on odparł, że to stary ośrodek
badawczy, a obecnie tanie centrum handlowe, które Rydell powinien
odwiedzić po przybyciu do L.A. - a więc bardzo szybko.
Przyjaciółka Turveya, Jenni-Rae Clina, podjęła szereg przemyślnie
zazębiających się działań przeciwko Rydellowi, policji, miastu Knoxville
oraz singapurskiej kompanii będącej właścicielem budynku, w którym
mieszkała. Łączna suma roszczeń sięgała dwudziestu milionów.
Rydell, zostawszy gliniarzem w opałach, z przyjemnością stwierdził, że
Gliniarze w opałach to program dosłownie stworzony dla takich jak on.
Na początek wynajęli Aarona Pursleya, a Rydell dobrze wiedział, kim jest
ten facet. Miał siwe włosy, niebieskie oczy, nos nadający się do rąbania
drew i nosił dżinsy, buty Tony Lama i zwykłą białą kowbojską koszulę
oraz skórzany krawat ze srebrną zapinką Nawajów. Był sławny i bronił
takich gliniarzy jak Rydell przed zakusami takich ludzi jak przyjaciółka
Turveya i jej prawnik.
Adwokat Jenni-Rae Cline twierdził, że Rydell wcale nie powinien był
wchodzić do mieszkania, że robiąc to, sprowadził niebezpieczeństwo na
nią i na dzieci, a także spowodował śmierć Kennetha Turveya, którego
opisywał jako zdolnego fachowca, dobrego pracownika, kochającego ojca
małego Rambo i Kelly'ego, odrodzonego chrześcijanina, zrywającego z nałogowym zażywaniem 4-tiobuskaliny i jedynego żywiciela rodziny.
- Zrywającego? - zapytał Rydell w swoim pokoju w apartamentach lotniska.
Karen Mendelsohn właśnie pokazała mu faks od prawnika Jenni-Rae.
- Najwyraźniej właśnie w tym dniu wziął udział w sesji - odparła Karen.
- I co tam robił? - zapytał Rydell, przypominając sobie Ostatnią
Wieczerzę pod warstwą zasychającej krwi.
- Według zeznań naszego świadka, na oczach wszystkich zażył łyżkę swojej
ulubionej substancji, wdarł się na podium, po czym wygłosił trzyminutowe
przemówienie na temat majtek prezydent Millbank i prawdopodobnego stanu
jej genitaliów. Potem obnażył się, masturbował, nie ejakulując, i opuścił podziemia Pierwszego Kościoła Baptystów.
- Jezu - powiedział Rydell. - To było jedno z tych spotkań dla
narkomanów, coś jak zebrania Anonimowych Alkoholików?
- Zgadza się - odparła Karen Mendelsohn - chociaż występ Turveya
najwyraźniej wywołał falę nieprzyjemnych powrotów do nałogu. Oczywiście,
wyślemy tam zespół doradców, którzy zajmą się osobami uczestniczącymi w tamtym spotkaniu.
- To ładnie.
- Dobrze wyglądałoby w sądzie - odrzekła - w mało prawdopodobnym
wypadku, gdybyśmy przed nim stanęli.
- On z niczym nie zrywał - rzekł Rydell. - Nawet nie doszedł do siebie
po ostatniej porcji, jaką wepchnął sobie do nosa.
- Masz całkowitą rację. Jednak był także członkiem Dorosłych Ofiar
Satanizmu i oni również zaczęli interesować się tą sprawą. Tak więc
zarówno pan Pursley, jak i pan Ma uważają, że powinniśmy się stąd zwinąć
jak najszybciej, Berry. Ty i ja.
- A co z sądem?
- Jesteś zawieszony w obowiązkach, jeszcze o nic nie zostałeś oskarżony,
a twoim adwokatem jest Aaron-przez-dwa-"a" Pursley. Zjeżdżasz stąd,
Berry.
- Do L.A?
- Właśnie tam.
Rydell spojrzał na nią. Pomyślał o Los Angeles oglądanym w telewizji.
- Spodoba mi się?
- Od razu - powiedziała. - I jemu też spodobasz się od razu. Tak jak
mnie.
I w ten sposób poszedł do łóżka z prawniczką - pachnącą jak milion
dolarów, klnącą jak woźnica, wygadaną i noszącą bieliznę z Mediolanu,
który leżał we Włoszech.
***
- The Kill-Fix. Cyrinda Burdette, Gudrun Weaver, Dean Mitchell,
Shinobu Sakamaki. 1977.
- Nigdy go nie widziałem - stwierdził Rydell, wysysając resztki dużej
bezkofeinowej kawy na zimno z dodatkową warstewką lodu na dnie
plastikowego termoizolującego kubka.
- Mama widziała Cyrindę Burdette. W tym sklepie przy Waco. I dostała jej
autograf. Trzymała go na telewizorze razem z chusteczkami modlitewnymi i hologramem Wielebnego Wayne'a Fallona. Miała chustkę modlitewną na każdą
cholerną okazję. Jedną na czynsz, inną chroniącą przed AIDS czy
gruźlicą...
- Tak? I jak je używała?
- Trzymała na telewizorze - wyjaśnił Sublett i wypił ostatni łyk
poczwórnie destylowanej wody z niewielkiej przezroczystej butelki. Mieli
ją tylko w jednym sklepie przy Sunset, ale Rydell nie miał nic przeciwko
temu; obok znajdował się bar, w którym sprzedawali kawę na wynos, a przed warsztatem na rogu można było zaparkować wóz. Facet prowadzący
warsztat zawsze chętnie ich widział.
- Chustki modlitewne nie zapobiegną AIDS - powiedział Rydell. - Zaszczep
się jak wszyscy. I namów mamę na szczepienie.
Przez odlustrzoną szybę Rydell widział uliczną kapliczkę poświęconą J.D.
Shapely'emu, pod betonowym murem będącym jedyną pozostałością budynku,
który tu niegdyś stał. W West Hollywood widziało się ich sporo. Ktoś
jaskraworóżową farbą napisał na murze SHAPELY BYŁ PEDALSKIM
LACHOCIĄGIEM, trzystopowymi literami zakończonymi rysunkiem wielkiego
różowego serca. Pod nimi, przyklejone do muru, były pocztówki
Shapely'ego i zdjęcia ludzi, którzy musieli umrzeć. Jeden Bóg wie, ile
milionów zginęło. Na chodniku pod murem leżały zeschnięte kwiaty, ogarki
świec, różności. Na widok tych pocztówek Rydellowi ciarki przebiegły po
plecach; facet wyglądał na nich jak skrzyżowanie Elvisa z jakimś
katolickim świętym, chudzielec ze zbyt dużymi oczami.
Obrócił się do Subletta.
- Człowieku, jeśli jeszcze nie zaszczepiłeś swojego tyłka, to
zawdzięczasz to wyłącznie swojej paskudnej ignorancji typowej dla białej
biedoty.
Sublett skrzywił się.
- To gorsze od żywych zarazków, człowieku; przecież to po prostu inna
choroba!
- Jasne - przytaknął Rydell - ale nic ci nie zrobi. A wciąż zdarzają się
przypadki dawnego typu. Moim zdaniem szczepienie powinno być
obowiązkowe.
Sublett zadrżał.
- Wielebny Fallon zawsze mówił...
- Pieprz Wielebnego Fallona - rzekł Rydell, włączając zapłon. - Ten
skurwysyn po prostu zbija forsę, sprzedając chusteczki modlitewne taki
ludziom jak twoja mama. Przecież wiedziałeś, że to wszystko bzdury,
prawda, inaczej po co przyjeżdżałbyś tutaj?
Wrzucił bieg i włączył Gunheada w strumień pojazdów jadących Sunset.
Kiedy jechałeś Hotspurem Hussarem, inni kierowcy prawie zawsze cię
przepuszczali.
Sublett jakby lekko wciągnął głowę w ramiona, przez co wyglądał jak
zaniepokojony stalowooki sęp.
- To nie jest takie proste - powiedział. - Przecież to zaprzeczenie
wszystkiego, na czym mnie wychowywano. Chyba nie wszystko to bzdury, co?
Rydell zerknął na niego i się ulitował.
- Nie - odparł. - Pewnie nie wszystko i niekoniecznie, ale po prostu...
- A na kogo ciebie wychowywano, Berry?
Rydell zastanowił się.
- Na republikanina - rzekł w końcu.
***
Karen Mendelsohn wydawała się najlepszą z wielu rzeczy, do których
Rydell chętnie by się przyzwyczaił. Takich jak latanie pierwszą klasą
lub posiadanie karty MexAmeriBanku otrzymanej od Gliniarzy w opałach.
Za pierwszym razem, w apartamentach lotniska Knoxville, nie mając przy
sobie niczego, próbował pokazać jej świadectwa szczepień (wymaganych
przez Wydział, inaczej nie mogli cię ubezpieczyć). Roześmiała się i powiedziała, że niemiecki nanotech poradzi sobie ze wszystkim. Potem
pokazała go Rydellowi przez przezroczystą pokrywę urządzenia podobnego
do małego szybkowaru na baterie. Rydell słyszał o nich, ale nigdy
żadnego nie widział; ponadto wiedział, że kosztują tyle, co mały
samochód. Czytał gdzieś, że należy je przechowywać w temperaturze ciała.
Wydawało się, że mogłoby to się samo poruszać. Blada, meduzowata rzecz.
Zapytał Karen, czy to prawda, że one są żywe. Powiedziała mu, że
właściwie nie, ale prawie, a reszta to wymysły i mechanizmy
subkomórkowe. Nawet nie będzie wiedział, że to tam jest, ale ona nie ma
zamiaru wkładać go sobie na jego oczach.
Poszła z tym do łazienki. Kiedy wróciła w bieliźnie, dowiedział się,
gdzie leży Mediolan. I chociaż rzeczywiście nie wyczuwał obecności tej
rzeczy, wiedział jednak, że ona tam jest; mimo wszystko bardzo szybko
zapomniał o tym fakcie - prawie.
Następnego ranka wyczarterowali zmiennopłat do Memphis i polecieli Air
Magellan do LAX. Pierwsza klasa oznaczała głównie lepsze gadżety w oparciu fotela i faworytem Rydella natychmiast stał się odbiornik
teleprezentacyjny, który można było dostroić do poruszanych
serwomotorami kamer na kadłubie samolotu. Karen nienawidziła używać
małego VirtuFaxa, który nosiła w torebce, więc połączyła się ze swoim
biurem w L.A. i kazała im przesłać całą poranną pocztę na ekran
komputera w oparciu fotela. Energicznie zabrała się do pracy,
rozmawiając przez telefon, wysyłając faksy i pozostawiając Rydellowi
ochy i achy nad widokami z kamer.
Fotele były większe niż wtedy, kiedy latał na Florydę zobaczyć się z ojcem, jedzenie lepsze, a drinki darmowe. Rydell wypił trzy lub cztery,
zasnął i obudził się dopiero gdzieś nad Arizoną.
Powietrze w LAX było dziwne, a światło inne. Kalifornia była o wiele
bardziej zatłoczona, niż oczekiwał, i głośniejsza. Czekał na nich
człowiek z Gliniarzy w opałach, trzymając kawałek pogiętego białego
kartonu z napisanym czerwonym flamastrem nazwiskiem MENDELSOHN, w którym
"S" było napisane wspak. Rydell uśmiechnął się, przedstawił i wymienił
uścisk dłoni. Tamtemu najwyraźniej spodobało się to; powiedział, że ma
na imię Siergiej. Kiedy Karen zapytała go, gdzie jest ten pierdolony
samochód, poczerwieniał i odparł, że ściągnie go tu za minutę. Karen
powiedziała: nie, dzięki, pójdą z nim na parking, gdy tylko odbiorą
bagaże, bo nie ma zamiaru czekać tutaj, w tym zoo. Siergiej kiwnął
głową. Usiłował zwinąć karton i wepchnąć go do kieszeni marynarki, ale
papier był za duży. Rydell zastanawiał się, co tak nagle rozdrażniło
Karen. Może była zmęczona podróżą. Mrugnął do Siergieja, ale to tylko
jeszcze bardziej zdenerwowało tamtego.
Kiedy odebrali bagaże, dwie czarne skórzane walizki Karen i miękką
niebieską Samsonite, którą Rydell kupił, używając nowej karty
kredytowej, razem z Siergiejem zanieśli je przed budynek. Powietrze na
zewnątrz było prawie takie samo, tylko bardziej rozgrzane. Głośnik
powtarzał, że białe miejsca są przeznaczone tylko do załadunku i wyładunku. Wokół przejeżdżały najróżniejsze pojazdy, płakały dzieci, a ludzie opierali się na stertach bagażu, ale Siergiej wiedział, dokąd
zmierza - do garażu po drugiej stronie ulicy.
Jego samochód był długi, czarny, niemiecki i wyglądał tak, jakby ktoś
właśnie dokładnie go wyczyścił ciepłą śliną i chusteczkami
higienicznymi. Kiedy Rydell chciał zająć fotel obok kierowcy, Siergiej
znów zaczął się jąkać i usadowił go na tylnym siedzeniu obok Karen. To
ją rozśmieszyło, więc Rydell poczuł się lepiej.
Kiedy wyjeżdżali z garażu, Rydell dostrzegł dwóch gliniarzy stojących
obok wielkiego napisu z nierdzewnej stali, głoszącego METRO. Nosili
klimatyzowane hełmy z przezroczystymi plastikowymi wizjerami. Szturchali
pałkami jakiegoś starca, chociaż nie wyglądało na to, żeby je włączyli.
Stary miał dziury na kolanach dżinsów i wielkie kawały plastra na obu
policzkach, co niemal zawsze oznacza raka. Był tak spalony, że trudno
było powiedzieć, czy to biały, czy kolorowy. Tłum ludzi płynął po
schodach za starcem i gliniarzami, pod napisem METRO, omijając ich.
- Witamy w Los Angeles - powiedziała Karen. - Ciesz się, że nie jedziesz
metrem.
Tego wieczora zjedli kolację z samym Aaronem Pursleyem, w teksańsko-meksykańskiej restauracji przy North Flores Street, która
według Karen należała do Hollywood. Mieli tam najlepsze
teksańsko-meksykańskie żarcie, jakie Rydell kiedykolwiek kosztował.
Mniej więcej miesiąc później próbował zabrać tam Subletta z okazji
urodzin, może poprawić mu humor domowym posiłkiem, ale portier ich nie
wpuścił.
- Komplet - powiedział.
Rydell widział przez szybę wiele pustych stolików. Było wcześnie i w środku prawie nikogo nie było.
- A co z tymi? - spytał, wskazując na wszystkie te wolne stoliki.
- Zarezerwowane - odparł portier.
Sublett stwierdził, że ostre przyprawy i tak by mu nie posłużyły.
***
Krążąc Gunheadem, najbardziej lubił jeździć po wzgórzach i kanionach,
szczególnie w jasne księżycowe noce.
Czasem widywało się tam takie rzeczy, że człowiek nie był potem pewny,
czy naprawdę je widział, czy nie. W jedną taką noc Rydell skręcił
Gunheadem za róg i chwycił w światła reflektorów nagą kobietę, zastygłą
jak drżący jeleń na wiejskiej drodze. Stała tam tylko przez sekundę,
dostatecznie długo, aby Rydellowi wydało się, że miała na głowie srebrne
różki albo jakiś kapelusik z półksiężycem i była Japonką, co natychmiast
uznał za najdziwniejsze z tego wszystkiego. Potem dostrzegła go -
zobaczył, że go dostrzegła - i uśmiechnęła się. A później zniknęła.
Sublett też ją widział, ale to tylko wprawiło go w jakiś rodzaj
rozgadanej, religijnej ekstazy, łączącej wszystkie straszliwe horrory,
jakie oglądał w telewizji, z tyradami Wielebnego Fallona o wiedźmach,
czcicielach szatana i potężnej mocy diabła. Zużył całotygodniowy zapas
gumy, gadając bez przerwy, aż w końcu Rydell powiedział mu, żeby się,
kurwa, zamknął.
Ponieważ teraz, kiedy jej nie było, chciał o niej pomyśleć. Jak
wyglądała, co mogła tu robić i w jaki sposób zniknęła. Podczas gdy
Sublett ponuro milczał na fotelu obok, Rydell usiłował przypomnieć
sobie, jak zdołała tak doskonale i nagle nie być tam. A najzabawniejsze
było to, że zapamiętał ją jakby podwójnie, podczas gdy wcale nie
pamiętał, jak zastrzelił Kennetha Turveya, chociaż tyle razy słyszał,
jak mówili o tym asystenci reżysera i prawnicy sieci telewizyjnej, że
zdawało mu się, jakby to widział - przynajmniej w wersji Gliniarzy w opałach (nigdy nienadanej). Przypominał sobie, że po prostu oddaliła
się w dół zbocza obok drogi, chociaż nie potrafił powiedzieć, czy
zbiegła tam, czy spłynęła. Jednocześnie pamiętał, że przeskoczyła - choć
to niezbyt odpowiednie słowo - na szczyt zbocza po drugiej stronie
drogi, jakimś cudem przelatując nad wysrebrzoną kurzem i blaskiem
księżyca roślinnością, żeby zniknąć w niewiarygodny sposób, pokonawszy
jednym susem czterdziestostopową odległość.
I czy Japonki miewają takie długie, kręcone włosy? I czy cienista kępka
jej włosów nie wyglądała jak wygolona w kształcie wykrzyknika?
W końcu kupił Sublettowi cztery paczki tej jego specjalnej gumy w całonocnej rosyjskiej aptece przy Wilshire, zdumiony ceną, jaką za nią
zapłacił.
Widział w tych kanionach również inne rzeczy, szczególnie kiedy
przypadła mu ostatnia zmiana. Najczęściej ogniska, maleńkie, w miejscach, gdzie nie mogło ich być. A czasami światełka na niebie, ale
Sublett nasłuchał się w tym swoim obozowisku tylu głupot o kontakcie, że
kiedy Rydell zauważał czasem jakieś światło, wolał o tym nie wspominać.
Jednak czasem, kiedy tam jeździł, myślał o niej. Wiedział, że nie ma
pojęcia, czym była, i w pewien przedziwny sposób nie dbał o to, czy była
człowiekiem, czy nie. Jednak nie czuł też, aby była czymś złym - po
prostu innym.
Tak więc teraz po prostu jechał, gadając o duperelach z Sublettem, na
nocnej zmianie, która miała okazać się jego ostatnim patrolem w IntenSecure. Ani śladu księżyca, tylko niezwykle czyste niebo z kilkoma
gwiazdami. Pięć minut do pierwszej rutynowej kontroli, a potem zawrócą
do Beverly Hills.
Rozmawiali o tej sieci japońskich sal gimnastycznych zwanych Body
Hammer. Nie uprawiano w nich tradycyjnej gimnastyki; prawdę mówiąc,
wprost przeciwnie. Uczęszczały do nich głównie dzieciaki, którym podobał
się pomysł wstrzykiwania sobie brazylijskich tkanek płodowych i wzmacniania szkieletu czymś, co w ogłoszeniach nazywano "materiałami
wspomagającymi".
Sublett orzekł, że to dzieło Szatana.
Rydell stwierdził, że japońska koncesja.
Gunhead powiedział:
- Wielokrotne zabójstwo, wzięto zakładników, prawdopodobnie nieletnie
dzieci subskrybenta. Benedict Canyon. Macie autoryzację IntenSecure do
użycia wszelkich, powtarzam, wszelkich środków.
***
W związku z tym, jak potoczyły się sprawy, Rydell nie zdążył przywyknąć
do Karen Mendelsohn, biletów pierwszej klasy ani innych takich rzeczy.
Karen mieszkała na n-tym piętrze Century City II, inaczej Gluta, które
wyglądało jak wysmukły, półprzeźroczysty zielony cycek i było trzecią co
do wysokości budowlą w L.A. Przy odpowiednim oświetleniu można było
niemal przejrzeć je na wylot i dostrzec trzy gigantyczne podtrzymujące
konstrukcję rozpory o tak ogromnej średnicy, że mógłbyś wepchnąć do niej
zwykły wieżowiec i jeszcze zostałoby miejsce. Wewnątrz tego trójnoga
znajdowały się szyby wind, biegnące pod kątem; do tego Rydell także nie
zdążył się przyzwyczaić.
Cycek miał starannie skorodowany miedziany sutek, podobny do jednego z tych chińskich kapeluszy, którym można by nakryć kilka boisk
piłkarskich. Tam znajdował się apartament Karen, tuż pod nim, razem z setką równie drogich mieszkań, klubem tenisowym, barami i restauracjami
oraz centrum handlowym, za wstęp do którego płaciło się przed dokonaniem
zakupów. Mieszkała na samym skraju i miała wielkie wygięte okna osadzone
w zielonej ścianie.
Wszystko tam było w różnych odcieniach bieli, oprócz jej ubrań, które
zawsze były czarne; jej walizek, również czarnych; oraz powiewnych
szlafroków frotte, które miały kolor suchych płatków owsianych.
Karen wyjaśniła, że to agresywne retro lat siedemdziesiątych, którym
zaczyna być lekko znużona. Rydell doskonale to rozumiał, ale uznał, że
postąpiłby nieuprzejmie, gdyby o tym powiedział.
Sieć załatwiła mu pokój w hotelu West Hollywood, wyglądającym jak
zwyczajny budynek mieszkalny, ale nie spędzał tam wiele czasu. Zanim
wybuchła ta afera z zabójstwami w Pooky Bear w Ohio, przeważnie
przebywał u Karen.
Odkrycie pierwszych z trzydziestu pięciu ofiar w Pooky Bear wywarło
ogromny wpływ na karierę Rydella jako gliniarza w opałach. Bynajmniej
nie pomogło mu to, że policjantki, które pierwsze przybyły na miejsce
zbrodni, sierżant China Valdez i kapral Norma Pierce, były bodaj dwoma
najładniejszymi kobietami w szeregach policji Cincinnati ("cholernie
telegeniczne" - powiedział jeden z asystentów reżysera, chociaż Rydell
uznał, że w tych okolicznościach takie stwierdzenie brzmi trochę
dziwnie). Potem ofiar zaczęło przybywać, aż w końcu zrobiło się ich
więcej niż w przypadku jakichkolwiek zarejestrowanych dotychczas
seryjnych zabójstw. Później ujawniono, że wszystkie ofiary były dziećmi.
Wtedy sierżant Valdez pod wpływem szoku wkroczyła do knajpy w centrum
miasta i przestrzeliła oba kolana znanemu pedofilowi - temu zdumiewająco
odrażającemu facetowi noszącemu ksywę "Galareta", który nie miał nic
wspólnego z morderstwami w Pooky Bear.
Aaron Pursley już leciał do Cincinnati samolotem, w którym nie było ani
odrobiny metalu, Karen nałożyła okulary na nos i rozmawiała z co
najmniej sześcioma osobami jednocześnie, a Rydell siedział na skraju jej
wielkiego białego łóżka, zaczynając pojmować, że coś się zmieniło.
Kiedy w końcu zdjęła okulary, po prostu siedziała, wpatrując się w białą
farbę na białej ścianie.
- Mają podejrzanych?
Karen spojrzała na niego tak, jakby nigdy wcześniej go nie widziała.
- Podejrzanych? Mają już przyznanie się do winy...
Rydell zauważył, jak staro wyglądała w tym momencie, i zaczął się
zastanawiać, ile lat naprawdę miała. Karen wstała i wyszła z pokoju.
Pięć minut później wróciła w świeżym czarnym stroju.
- Pakuj się. Nie możesz tu zostać.
I wyszła, bez pocałunku, bez pożegnania, bez niczego.
Wstał, włączył telewizor i po raz pierwszy zobaczył zabójców z Pooky
Bear. Wszystkich trzech. Wyglądali, pomyślał, dokładnie tak samo jak
każdy, a więc tak jak zazwyczaj wyglądają w telewizji ludzie, którzy
robią takie świństwa.
Siedział tam w jednym z jej owsianoszarych szlafroków, kiedy bez pukania
weszli dwaj najemni gliniarze. Mieli czarne mundury i takie same czarne
wysokie buciory SWAT, jakie Rydell nosił na patrolach w Knoxville, te z kewlarowymi wkładkami na wypadek, gdyby ktoś zapadł się pod ziemię i próbował postrzelić cię w podeszwę stopy.
Jeden z nich jadł jabłko. Drugi miał w ręku elektryczną pałkę.
- Hej, koleś - powiedział pierwszy ustami zapchanymi jabłkiem - mamy cię
stąd wyprowadzić.
- Miałem takie buty - odpowiedział Rydell. - Zrobione w Portland, w Oregonie. Dwieście dziewięćdziesiąt dziewięć dolarów w CostCo.
Ten z pałką się uśmiechnął.
- Spakujesz się sam?
Rydell zrobił to, zbierając wszystko, co nie było czarne, białe lub
owsiano szare, i wrzucając do swojej niebieskiej Samsonite.
Gliniarz z pałką obserwował go, podczas gdy drugi kręcił się wokół,
kończąc jabłko.
- Dla kogo pracujecie? - zapytał Rydell.
- IntenSecure - odparł ten z pałką.
- Dobra firma? - Rydell zapiął walizkę.
Gliniarz wzruszył ramionami.
- Z Singapuru - powiedział drugi, zawijając ogryzek jabłka w pomiętą
chusteczkę higieniczną wyjętą z kieszeni spodni. - Wszystkie duże
budynki, ogrodzone osiedla, takie rzeczy.
Ostrożnie włożył ogryzek do kieszeni na piersi nieskazitelnie czarnego
munduru, pod mosiężną odznakę.
- Masz forsę na metro? - zapytał pan Pałka.
- Jasne - rzekł Rydell, myśląc o swojej karcie kredytowej.
- To jesteś w lepszej sytuacji niż większość dupków, których stąd
wyprowadzamy.
Dzień później sieć zablokowała jego konto w MexAmeriBanku.
***
Hernandez mógł się mylić w ocenie angielskich pojazdów SWAT, pomyślał
Rydell, włączając napęd na wszystkie sześć kół i czując, jak Gunhead
przywiera do nawierzchni jak dwusilnikowa, trzytonowa pijawka. Jeszcze
nigdy nie nadepnął tak na gaz.
Sublett jęknął, gdy pasy zacisnęły się automatycznie, wyrywając go ze
zwykłej drzemki. Rydell skierował Gunheada na pobocze porośnięte
zakurzonymi, zastygłymi chwastami, wyprzedzając siedemdziesiątką
muzealnego bentleya, w dodatku z nieprzepisowej strony. Migawkowy widok
przerażonej twarzy pasażerki, a potem Sublettowi udało się wcisnąć
czerwony przycisk uruchamiający migacze i syrenę.
Długi prosty odcinek. Żadnych pojazdów. Rydell wjechał na środkową linię
i trzymał się jej. Sublett wydawał zawodzący dźwięk, dziwnie
zsynchronizowany z ceramicznym skowytem dwóch bliźniaczych silników
Kyocera; Rydell zrozumiał, że Teksańczyk zupełnie zwariował pod wpływem
napięcia i śpiewa w jakimś języku obozowiska przyczep campingowych,
zrozumiałym tylko dla błogosławionych wyznawców Wielebnego Fallona.
Jednak nie - kiedy na niego zerknął, zobaczył, że Sublett, poruszając
wargami, gwałtownie przeszukuje dane przelatujące po ekranach konsoli,
wytrzeszczając srebrne oczy, jakby miały mu wyjść z oczodołów. A czytając, już ładował swojego pościeranego glocka z drugiej ręki,
całkiem spokojnie poruszając długimi białymi palcami, jakby robił sobie
kanapkę albo składał gazetę.
I właśnie to było przerażające.
- Gwiazda Śmierci! - wrzasnął Rydell. Sublett powinien przez cały czas
mieć słuchawki w uchu, nasłuchując satelitarnego przekazu kontrolującego
świat prawdziwych gliniarzy.
Sublett obrócił się, z trzaskiem wpychając magazynek w rękojeść glocka;
twarz miał tak bladą, że zdawała się odbijać kolory lampek konsoli
równie wyraźnie jak puste stalowe kręgi jego oczu.
- Służba nie żyje - powiedział - i trzymają troje dzieci w pokoju
dziecinnym.
Jego głos brzmiał tak, jakby mówił o interesującym programie
telewizyjnym, na przykład o kiepskiej przeróbce starego, lubianego
filmu, drastycznie przykrojonego do potrzeb jakiejś etnicznej niszy
marketingowej.
- Mówią, że je zabiją, Berry.
- A co na to pieprzeni gliniarze?! - wrzasnął Rydell, w gwałtownym
przypływie gniewu i frustracji waląc pięścią w obciągniętą miękką pianką
kierownicę.
Sublett dotknął palcem prawego ucha. Wyglądał tak, jakby miał zaraz
zacząć wrzeszczeć.
- Głucho - rzekł.
Prawy przedni błotnik Gunheada ściął starannie zgalwanizowaną wiejską
skrzynkę pocztową Searsa z mniej więcej 1943 roku, niewątpliwie nabytą
za ciężkie pieniądze na Melrose Avenue.
- Nie mogli się wyłączyć - powiedział Rydell - przecież to pieprzona
policja.
Sublett wyjął z ucha słuchawkę i podał ją Rydellowi.
- Tylko szum...
Rydell spojrzał na konsolę. Kursor Gunheada był zieloną włócznią
przeznaczenia, śmigającą bladozielonym kanionem ku jasnobiałemu kręgowi
wielkości ślubnej obrączki. Na ekranie po prawej widział odczyty funkcji
życiowych trojga dzieci subskrybenta. Miały przyśpieszony puls. W okienku poniżej widniał śmiesznie nieruchomy, widziany w podczerwieni
obraz frontowej bramy. Wyglądała masywnie. Skaner podawał, że była
zamknięta i uzbrojona.
Chyba właśnie wtedy postanowił spróbować.
***
Mniej więcej tydzień później, kiedy wszystko już wyjaśniono, Hernandez
wyraził mu swoje współczucie w związku z całą tą historią. Rozumiecie,
nie był zachwycony, ponieważ zdarzyła się na jego zmianie, ale
powiedział, że w tych okolicznościach nie może mieć tego Rydellowi za
złe.
Rydell słyszał, że IntenSecure ściągnęła cały samolot ludzi z głównej
kwatery w Singapurze, żeby trzymać prasę z daleka i wypracować jakiś
rodzaj ugody z subskrybentami - Schonbrunnami. Nie miał pojęcia, na czym
polegała ta ugoda, i cieszył się z tego; nie istniał taki program jak
"Najemny gliniarz w opałach", a sama frontowa brama Schonbrunnów była
zapewne warta kilka tuzinów jego miesięcznych wypłat.
Oczywiście, IntenSecure mogła wymienić tę bramę na nową, bo i tak oni ją
zainstalowali. Była to niezła brama, z jakiejś japońskiej blachy
wzmocnionej włóknem szklanym, utwardzonym termicznie do konsystencji
betonu, i spisała się cholernie dobrze, ścierając większość tej Wet
Honey Sienna z przedniego zderzaka Gunheada.
Ponadto zniszczenia samego domu, głównie okien salonu (przez które
wjechał) i mebli (po których przejechał).
A to jeszcze nie wszystko, wyjaśniał Hernandez. Schonbrunnowie muszą
dostać coś jeszcze za straty moralne, powiedział, nalewając Rydellowi
filiżankę zimnej, paskudnej kawy z wielkiego stalowego termosu za
biurkiem. Do termosu była przyczepiona magnetyczna wywieszka głosząca JA
NIE JESTEM OK, TY NIE JESTEŚ OK - JEDNAK, HEJ, TO JEST OK.
Minęły dwa tygodnie od tamtej nocy, była dziesiąta rano i Rydell miał
pięciodniową brodę, drobno plecioną panamę Stetsona, workowate i wyblakłe lub sprane spodnie, podkoszulek z napisem KNOXVILLE POLICE
DEPARTMENT, który na ramionach zaczynał rozłazić się w szwach, czarne
buty SWAT od munduru IntenSecure oraz nadmuchiwany przezroczysty
opatrunek na lewej ręce.
- Straty moralne - powtórzył.
Hernandez, który był niemal równie szeroki jak jego biurko, podał
Rydellowi kawę.
- Mogę tylko powiedzieć, że i tak miałeś szczęście.
- Straciłem pracę, mam złamaną rękę i miałem szczęście?
- Mówię poważnie, człowieku - odparł Hernandez - przecież mogłeś się
zabić. A w policji L.A. zabiliby cię za coś takiego. Państwo Schonbrunn
okazali się bardzo mili, zważywszy na kłopoty pani Schonbrunn i wszystko. Twoja ręka ucierpiała, przykro mi z tego powodu...
Hernandez wzruszył potężnymi ramionami.
- W każdym razie nie jesteś zwolniony, człowieku. Po prostu nie możemy
ci teraz pozwolić jeździć. Jeśli chcesz, żebyśmy przenieśli cię do
pilnowania rezydencji, nie ma problemu.
- Nie, dzięki.
- Ochrona mienia? Chcesz pracować wieczorami w Encino Fashion Mall?
- Nie.
Hernandez zmrużył oczy.
- Widziałeś kociaka, który tam pracuje?
- Nie.
Hernandez westchnął.
- Człowieku, a co z tym całym gównem, w które wdepnąłeś w Nashville?
- W Knoxville. Wydział wystąpił o trwałe zawieszenie. Wkroczenie bez
nakazu i odpowiedniego wsparcia.
- A ta suka, która cię zaskarżyła?
- Słyszałem, że ona i jej syn zostali przyłapani podczas próby
obrobienia sklepu w Johnson City...
Teraz z kolei Rydell wzruszył ramionami, tyle że zabolała go przy tym
ręka.
- Widzisz - rozpromienił się Hernandez - miałeś szczęście.
***
Przejeżdżając Gunheadem przez zamkniętą i uzbrojoną bramę Schonbrunnów
przy Benedict Canyon, Rydell doświadczył przelotnego wrażenia czegoś
bardzo wzniosłego, bardzo czystego i klinicznie pustego, związanego z działaniem bez zastanowienia; uniesienie wywołane niesamowitym
przypływem adrenaliny i utratą wszelkich kłopotliwych wątpliwości.
A to - jak przypominał sobie później, kiedy walczył z kierownicą,
przelatując przez japoński ogródek, patio i membranę zbrojonego szkła,
która zniknęła jak senna mara - było uczucie bardzo podobne do tego,
jakiego doznał wtedy, kiedy wyjął broń i nacisnął spust, rozbryzgując
zawartość czaszki Kennetha Turveya po pozornie nieskończonej
płaszczyźnie białego podkładu ściany, której nikt nie pofatygował się
pomalować.
***
Rydell pojechał do Cedars odwiedzić Subletta.
IntenSecure załatwiła prywatną izolatkę, żeby trzymać Subletta z daleka
od krążących sępów dziennikarskich. Teksańczyk siedział na łóżku, żując
gumę i patrząc w mały ciekłokrystaliczny ekran odtwarzacza kompaktowego,
który położył sobie na piersi.
- Warlords of the 21st Century - powiedział, kiedy Rydell wcisnął się
do środka. - James Wainwright, Annie McEnroe, Michael Beck.
Rydell uśmiechnął się.
- Kiedy go nakręcili?
- W 1982. - Sublett ściszył odtwarzacz i popatrzył na gościa. -
Oglądałem go już kilka razy.
- Byłem w firmie i widziałem się z Hernandezem, człowieku. Mówi, że nie
musisz się martwić o pracę.
Sublett spojrzał na Rydella pustymi srebrnymi oczami.
- A co z twoją, Berry?
Rydella zaswędziała ręka pod gipsem. Pochylił się i wyjął plastikową
słomkę z białego kosza na śmieci stojącego obok łóżka. Wepchnął słomkę
pod opatrunek i poruszał nią.
- Przeszedłem do historii. Nie pozwolą mi jeździć.
Sublett patrzył na słomkę.
- Nie powinieneś dotykać niczego używanego, nie w szpitalu.
- Niczym się od ciebie nie zarażę, Sublett. Jesteś jednym z najczyściejszych popaprańców na świecie.
- I co będziesz robił, Berry? Przecież musisz z czegoś żyć, człowieku.
Rydell wrzucił słomkę z powrotem do kosza.
- No, jeszcze nie wiem. Jednak wiem, że nie zamierzam pilnować
posiadłości ani żadnych sklepów.
- A co z tymi hackerami, Berry? Myślisz, że złapią tych, którzy nas
wrobili?
- Nie. Jest ich zbyt wielu. Republika Żądzy istnieje już jakiś czas.
Federalni mają listę około trzystu znanych "zwolenników", ale nie dadzą
rady zgarnąć wszystkich i ustalić, kto to zrobił. Chyba że któryś z nich
zakapuje innego, co zdarza się dość często.
- Tylko dlaczego nam to zrobili?
- Do diabła, Sublett, skąd ja mam wiedzieć?
- Zwyczajne świństwo.
- No pewnie, a Hernandez mówi, że LAPD twierdzi, iż ktoś chciał
przyłapać panią Schonbrunn bez majtek.
Ani Sublett, ani Rydell nie widzieli pani Schonbrunn, ponieważ - jak się
okazało - była w pokoju dziecinnym. Natomiast nie było tam jej dzieci,
które wybrały się z ojcem polatać sobie nad trzema nowymi wulkanami w stanie Waszyngton.
Żadna z informacji podanych przez Gunheada tamtej nocy, po opuszczeniu
myjni samochodowej, nie była prawdziwa. Ktoś dobrał się do komputera
pokładowego Hotspura Hussara i wprowadził do niego zbiór starannie
opracowanych i całkowicie fałszywych danych, odcinając Rydella i Subletta od IntenSecure oraz Gwiazdy Śmierci (która oczywiście się nie
wyłączyła). Rydell podejrzewał, że kilku z tych miłych starych Mongołów
w myjni mogło coś o tym wiedzieć.
***
I może w tej krótkiej chwili niesamowitego olśnienia, kiedy pogięty
przód Gunheada wciąż próbował wspiąć się na potrzaskane resztki dwóch
skórzanych kanap, i wreszcie przypomniawszy sobie śmierć Kennetha
Turveya, Rydell doszedł do wniosku, że ten szalony poryw, ta chęć
działania, jest czymś, czemu nie zawsze można w pełni zawierzyć.
- Człowieku - powiedział Sublett jakby do siebie - przecież oni zabiją
te dzieci.
Z tymi słowami odpiął pasy i z glockiem w ręku wyskoczył z wozu, zanim
Rydell zdążył cokolwiek zrobić. Dojeżdżając na miejsce, Rydell kazał mu
wyłączyć syrenę i migacze, ale teraz wszyscy w tym domu wiedzieli już,
że przybyli faceci z IntenSecure.
- Wkraczam do akcji. - Rydell usłyszał swój głos, przyczepiając kaburę z glockiem do munduru i łapiąc miazgacz, który ze względu na siłę rażenia
był zapewne najlepszą bronią, jakiej można by użyć w pokoju pełnym
dzieci.
Kopnięciem otworzył drzwi i wyskoczył, przebijając buciorami gruby na
cal szklany blat stolika do kawy. (Rana wymagała dwunastu szwów, ale
była płytka). Nigdzie nie widział Subletta. Chwiejnie ruszył naprzód,
przyciskając do piersi żółty miazgacz, niejasno uświadamiając sobie, że
nie czuje lewej ręki.
- Stój, kutasie! - wrzasnął najdonośniejszy głos na świecie. - Tu LAPD!
Rzuć to gówno albo odstrzelimy ci dupę!
Rydell znalazł się w kręgu niespodziewanej i kompletnie oślepiającej
jasności, światła tak jaskrawego, że paliło jego oczy jak roztopiony
metal.
- Słyszysz mnie, kutasie?
Krzywiąc się i osłaniając dłonią oczy, Rydell odwrócił się i ujrzał
bulwiaste, opancerzone cielsko nadlatującego patrolowca. Podmuch
rozpłaszczał w japońskim ogródku wszystko to, po czym Gunhead nie
przejechał.
Rydell upuścił miazgacz.
- Pistolet też, dupku!
Rydell chwycił kciukiem i palcem wskazującym rękojeść glocka. Broń
oderwała się razem z kaburą, z cichym, lecz wyraźnym trzaskiem rzepów,
jakimś cudem słyszalnym przez pomruk wyciszonego do akcji silnika
helikoptera.
Upuścił glocka i podniósł ręce do góry. A raczej próbował. Lewa była
złamana.
Znaleźli Subletta piętnaście stóp od Gunheada. Twarz i dłonie napuchły
mu jak jasnoróżowe baloniki i najwyraźniej się dusił. Gospodyni
Schonbrunnów, Bośniaczka, użyła środka zawierającego ksylen i chlorowęglowodory do wyczyszczenia śladów kredek z blatu dębowego stołu.
- Co mu się stało, do kurwy nędzy? - zapytał jeden z gliniarzy.
- Ma alergię - powiedział Rydell przez zaciśnięte zęby; skuli mu ręce na
plecach i bolało go jak diabli. - Musicie zabrać go do szpitala.
Sublett otworzył oczy, a przynajmniej usiłował.
- Berry...
Rydell przypomniał sobie tytuł tego filmu, który oglądał w telewizji.
- Cudowna mila - powiedział.
Sublett zmrużył oczy.
- Nigdy go nie widziałem - powiedział i zemdlał.
***
Tego wieczoru pani Schonbrunn zabawiała się z polskim architektem
zieleni. Policjanci znaleźli ją w pokoju dziecinnym. Oniemiała z wściekłości, miała na sobie kilka interesujących tysiącdolarowych
fatałaszków z angielskiej gumy, prawdziwej skóry oraz parę zabytkowych
kajdanków Smith & Wesson, które ktoś troskliwie wyczyścił i pooksydował na czarno - natomiast ogrodnik najwidoczniej ruszył w siną
dal, gdy tylko usłyszał, jak Rydell zaparkował Gunheada w salonie.
3. Niemiłe przyjęcie
3
Niemiłe przyjęcie
Chevette nigdy niczego nie kradła, przynajmniej nie ludziom i zdecydowanie nie wtedy, kiedy rozwoziła przesyłki. Oprócz jednego
pechowego poniedziałku, kiedy zwinęła okulary przeciwsłoneczne temu
kompletnemu dupkowi, tylko dlatego, że po prostu jej podpadł.
Stała sobie pod oknem na dziewiętnastym piętrze, spoglądając na most i szare skorupy wielkich sklepów, gdy podszedł do niej. Już prawie zdołała
dostrzec mieszkanie Skinnera wysoko wśród lin, kiedy dotknął jej nagich
pleców czubkiem palca. Dotknął ją pod kurtką Skinnera, pod
podkoszulkiem.
Nosiła tę kurtkę wszędzie, jak jakąś zbroję. Wiedziała, że jeżdżąc o tej
porze roku, powinna nosić tylko nanoporowe wdzianka, ale i tak nosiła tę
starą katanę Skinnera z paskowymi kodami Allied na klapach. Kuleczki
łańcuszków przy zamkach błyskawicznych zakołysały się, gdy obróciła się
na pięcie, by odtrącić ten palec.
Przekrwione oczy. Twarz wyglądająca tak, jakby zaraz miała się
rozpuścić. W zębach trzymał krótkie, cienkie zielonkawe cygaro, ale go
nie zapalił. Wyjął je z ust, zanurzył wilgotny koniec w szklaneczce z przejrzystym płynem i pociągnął. Wyszczerzył się do niej. Jakby
wiedział, że nie pasowała do tego miejsca, takiego przyjęcia w starym,
lecz niezwykle drogim hotelu przy Geary.
Jednak to była ostatnia przesyłka tego dnia, paczka dla prawnika, a tak
niedaleko płonęły kosze na śmieci Tenderloin z kulącymi się wokół nich
ludźmi, których opuściło szczęście. Twarze oświetlone nikłym blaskiem
cienkich szklanych rurek. Oczy pełne tej strasznej, przelotnej
satysfakcji. Ten widok budził w niej dreszcz, zawsze.
Włączywszy blokadę i alarm roweru w głucho dudniącym podziemnym parkingu
hotelu Morrisey, wjechała windą dla personelu do hallu, gdzie faceci z ochrony usiłowali odebrać jej przesyłkę, ale nie zdołali. Miała ją oddać
tylko panu Garreau z pokoju 808, co wyraźnie głosił napis na paczce.
Przesunęli skanerem po kodzie paskowym jej odznaki Allied, prześwietlili
rentgenem paczkę, sprawdzili ją wykrywaczem metali i machnięciem ręki
przepuścili do windy z różowymi lustrami osadzonymi w grubym jak drzwi
bankowego sejfu brązie.
Wjechała na ósme i poszła korytarzem, cichym niczym las ze snu. Znalazła
pana Garreau, był w koszulce z krótkim rękawem i krawacie barwy świeżo
przetopionego ołowiu. Podpisał kwit, nie nawiązując kontaktu wzrokowego;
z paczką w ręku zamknął jej przed nosem opatrzone trzema mosiężnymi
cyframi drzwi. Sprawdziła fryzurę w lśniącym jak lustro, wybitym kursywą
zerze. Kucyk z tyłu sterczał jak należy, ale nie była pewna, że z przodu
zrobili ją równie dobrze. Szpice wciąż były trochę za długie. I jakby
zbyt cienkie. Ruszyła z powrotem korytarzem, pobrzękując hardwarem przy
kurtce Skinnera, wbijając podeszwy butów w świeżo odkurzony dywan barwy
mokrej od deszczu terakoty.
Drzwi windy otworzyły się i wypadła z nich ta japońska dziewczyna. Albo
prawie wypadła, bo Chevette złapała ją pod pachy i oparła o framugę
drzwi.
- Gdzie przyjęcie?
- Co na to twoi starzy? - powiedziała Chevette.
- Dziewiąte piętro! Duże przyjęcie!
Oczy dziewczyny składały się z samych źrenic, były szkliste jak z plastiku.
I tak Chevette, z prawdziwym kieliszkiem pełnym prawdziwego francuskiego
wina w jednej i najmniejszą kanapką, jaką kiedykolwiek widziała, w drugiej ręce, zaczęła się zastanawiać, ile pozostało jej czasu, zanim
hotelowy komputer zauważy, że jeszcze nie opuściła terenu. Jednak nie
przypuszczała, żeby przyszli szukać jej tutaj, ponieważ ktoś
najwidoczniej sporo zapłacił, żeby wydać takie przyjęcie.
Dla niektórych bardzo wesołe, ponieważ widziała tych ludzi w ciemnej
łazience, wdychających lód przez delfina z dmuchanego szkła, o obłych
kształtach rozświetlanych trzepoczącym niebieskawym języczkiem
przemysłowej zapalniczki.
I bawiono się nie tylko w jednym pomieszczeniu, ale w wielu połączonych
ze sobą pokojach. Ponadto było tu mnóstwo ludzi; mężczyźni przeważnie w garniturach z marynarkami na cztery guziki, wykrochmalonych koszulach z żabotami, bez krawatów, lecz z kosztownymi zapinkami. Kobiety nosiły
stroje, jakie Chevette widziała tylko w miesięcznikach. Bogaci ludzie
najwyraźniej, a w dodatku cudzoziemcy. Chociaż może bogaci są wszędzie
cudzoziemcami.
Zdołała jakoś umieścić Japonkę w pozycji horyzontalnej na długiej
zielonej kanapie, na której teraz chrapała, bezpieczna, o ile ktoś na
niej nie siądzie.
Rozejrzawszy się wokół, Chevette stwierdziła, że nie była jedyną źle
ubraną osobą w tym towarzystwie. Na przykład ten facet w łazience, w luźnych żółtych szortach - ale to skrajny przypadek. Ponadto para
dziewczyn niewątpliwie należących do pracujących przedstawicielek
Tenderloin, które jednak mogły być tylko akceptowanym elementem
lokalnego folkloru, służącym jakiemuś konkretnemu celowi.
A potem ten dupek tuż przed jej nosem, szczerzący się tym parszywym
pijackim uśmiechem, więc położyła dłoń na małym składanym nożu, kolejnym
eksponacie pożyczonym od Skinnera. W rączce była dziura, w którą
wpychało się czubek kciuka, by z trzaskiem otworzyć nóż jedną ręką.
Ostrze było zaledwie trzycalowe, szerokości łyżki, złowrogo ząbkowane i ceramiczne. Skinner mówił, że to nóż fraktalowy, w rzeczywistości
dwukrotnie dłuższy od samego ostrza.
- Zdaje się, że niezbyt dobrze się bawisz - mówi tamten. Europejczyk,
jednak Chevette nie jest pewna akcentu. Nie Francuz i nie Niemiec. Jego
kurtka też jest ze skóry, ale nie taka jak Skinnera. Z jakiegoś
gruboskórnego zwierzęcia z włosiem jak gruby jedwab, barwy tabaki.
Chevette wspomina zapach pożółkłych gazet w pokoju Skinnera, niektórych
tak starych, że zdjęcia stały się tylko odcieniami szarości - podobnymi
do widoku miasta oglądanego czasem z mostu.
- Całkiem nieźle, dopóki się nie pojawiłeś - mówi Chevette, myśląc, że
czas już chyba iść, ten facet to złe wieści.
- Powiedz mi - mówi ten dupek, patrząc z uznaniem na jej kurtkę,
podkoszulek i kolarki - jakie usługi świadczysz.
- O czym ty, kurwa, mówisz?
- Z pewnością - ciągnie tamten, wskazując na dziewczyny z Tenderloin po
drugiej stronie pokoju - możesz zaproponować coś bardziej
interesującego... - z lubością smakuje to słowo - ...niż te dwie.
- Pieprzę to - mówi Chevette. - Jestem posłańcem.
Jego twarz przybiera zabawny wyraz, jakby coś przedarło się przez
pijackie zamroczenie i go dręczyło. Potem odchyla głowę w tył i śmieje
się jak z najlepszego żartu na świecie. Ona dostrzega mnóstwo bardzo
białych, wyglądających na niezwykle kosztowne zębów. Skinner powiedział
jej, że bogaci nigdy nie mają metalu w zębach.
- Powiedziałam coś śmiesznego?
Dupek ociera oczy.
- A więc coś nas łączy, ciebie i mnie...
- Wątpię.
- Ja też jestem posłańcem - powiada, chociaż zdaniem Chevette niewielki
pagórek wystarczyłby, żeby ustawił się w kolejce po tlen.
- Kurierem - uzupełnia, jakby sobie przypomniał.
- No to pędź stąd - mówi mu i obchodzi go z daleka, ale w tej chwili
gaśnie światło i rozlega się muzyka - intro do She's God's Girlfriend
Chrome Koran. Chevette, która ma słabość do kawałków Chrome Koran i puszcza je, jadąc na rowerze, ilekroć potrzebuje dopingu do pędu, teraz
porusza się w jej rytmie, bo tańczą wszyscy, nawet lodziarze z łazienki.
Pozbywszy się dupka, a przynajmniej zapomniawszy o nim, zauważa, że ci
ludzie wyglądają o wiele lepiej, kiedy tańczą. Naprzeciw niej wyrasta
jakaś dziewczyna w skórzanej spódniczce i czarnych bucikach z brzęczącymi srebrnymi ostrogami. Chevette uśmiecha się; tamta odpowiada
uśmiechem.
- Jesteś z miasta? - mówi dziewczyna, gdy kończy się She's God's
Girlfriend, i Chevette przez moment ma wrażenie, że tamta pyta ją, czy
jest gońcem municypalnym. Dziewczyna - kobieta - dojrzalsza, niż
wyglądała na pierwszy rzut oka; może po dwudziestce, ale zdecydowanie
starsza od Chevette. Przystojna urodą nie jak z zestawu; ciemne oczy,
krótko przycięte czarne włosy. - San Francisco?
Chevette kiwa głową.
Następna melodia jest starsza od niej; zdaje się, że tego czarnego
faceta, który wybielił się, a potem odpadła mu twarz. Rozgląda się za
swoim kieliszkiem, ale wszystkie wyglądają tak samo. Ta japońska
laleczka przesuwa się obok, kołysząc piersiami, w jej oczach nie pojawia
się błysk rozpoznania na widok Chevette.
- Cody zwykle znajduje w San Francisco wszystko, czego potrzebuje - mówi
kobieta zmęczonym głosem, jednocześnie zdradzającym, że uważa to za
bardzo zabawne. Niemka, myśli Chevette, słysząc jej akcent.
- Kto?
Kobieta unosi brwi.
- Nasz gospodarz.
Jednak z jej twarzy nie znika szeroki, miły uśmiech.
- Ja po prostu weszłam...
- Chciałabym móc powiedzieć to samo! - śmieje się kobieta.
- Dlaczego?
- Ponieważ wtedy mogłabym wyjść.
- Nie podoba ci się tu?
Z bliska kobieta pachnie drogimi perfumami. Chevette nagle z niepokojem
myśli o tym, jak sama pachnie po całym dniu na rowerze, bez prysznica.
Jednak kobieta bierze ją pod rękę i odprowadza na bok.
- Naprawdę nie znasz Cody'ego?
- Nie.
Chevette widzi pijaka, tego dupka, przez otwarte drzwi do drugiego
pokoju, gdzie wciąż są zapalone światła. On patrzy prosto na nią.
- Myślę, że chyba już sobie pójdę, dobrze?
- Nie musisz. Proszę. Ja tylko zazdroszczę ci tej możliwości.
- Jesteś Niemką?
- Padwanką.
Chevette wie, że to część dawnych Włoch. Północna część, myśli.
- Kim jest ten Cody?
- Cody lubi przyjęcia. Cody lubi to przyjęcie. Ono trwa już od kilku
lat. Jeżeli nie tutaj, to w Londynie, Pradze, Makao...
Jakiś chłopiec przedziera się przez tłum, niosąc tacę pełną drinków. Nie
wygląda na pracownika hotelu. Jego wykrochmalona koszula już nie jest
nieskazitelna, ale rozpięta i wyciągnięta ze spodni; Chevette dostrzega,
że przez jedną brodawkę piersiową ma przewleczony kolczyk z małym
stalowym dzwoneczkiem. Sztywny żabot odpiął się z przodu i sterczy mu z tyłu jak przekrzywiona aureola. Kiedy podsuwa kobiecie tacę, ta bierze
kieliszek białego wina. Chevette potrząsa głową. Na tacy leży biały
talerzyk z tabletkami i czymś, co wygląda jak skręty pląsu.
Chłopak mruga do Chevette i odchodzi.
- Wydaje ci się dziwne?
Kobieta wypija wino i rzuca pusty kieliszek przez ramię. Chevette słyszy
brzęk szkła.
- Hę?
- Przyjęcie Cody'ego.
- Tak. Chyba. Chcę powiedzieć, że po prostu weszłam...
- Gdzie mieszkasz?
- Na moście.
Czeka na reakcję. Jeszcze szerszy uśmiech.
- Naprawdę? Wygląda tak... tajemniczo. Chciałabym tam pójść, ale nie ma
wycieczek, a mówią, że to jest niebezpieczne...
- Nie jest - mówi Chevette, a potem się zastanawia. - Po prostu... nie
ubieraj się zbyt elegancko, dobrze? Tam nie jest niebezpiecznie, nawet
nie tak jak w tej okolicy.
Myśli o tamtych wokół płonących koszów na śmieci.
- Tylko nie idź na Treasure Island. I nie próbuj dotrzeć aż do Oakland.
Trzymaj się początku mostu.
- Podoba ci się tam?
- Cholera, tak. Nie chciałabym mieszkać nigdzie indziej.
Kobieta uśmiecha się.
- Myślę, że jesteś bardzo szczęśliwa.
- No cóż - mówi Chevette, czując się niezręcznie - muszę już iść.
- Mam na imię Maria...
- Chevette - mówi i podaje jej rękę. Prawie tak jak jej drugie imię.
Chevette-Marie.
Wymieniają uścisk dłoni.
- Do widzenia, Chevette.
- Całkiem miłe przyjęcie, wiesz?
- To nie jest miłe przyjęcie.
Prostując ramiona w obszernej kurtce Skinnera, Chevette kiwa głową Marii
i zaczyna przedzierać się przez tłum. Ten jest teraz kilkakrotnie
gęstszy, może znajomi tego Cody'ego wciąż przybywają. Jest tu teraz
więcej Japończyków, wszyscy w eleganckich garniturach; ich żony,
sekretarki czy kimkolwiek są te kobiety, noszą perły. Jednak
najwidoczniej to nie przeszkadza im wczuć się w atmosferę zabawy. Robi
się coraz głośniej, bo goście są bardziej podochoceni. Słychać ten
nieustanny szum rozmów toczonych po kilku kieliszkach i Chevette chce
jak najszybciej stąd wyjść.
Utyka w pobliżu drzwi do łazienki, w której przedtem widziała lodziarzy,
ale teraz są zamknięte. Grupka Francuzów rozmawia tam po francusku i wymachuje rękami, ale Chevette słyszy, jak ktoś wymiotuje w środku.
- Chcę przejść - mówi do siwego, ostrzyżonego na rekruta mężczyzny w muszce i przepycha się obok niego, wylewając mu drinka. On rzuca za nią
coś po francusku.
Chevette czuje się teraz jak ofiara klaustro, tak jak czasem w biurach,
kiedy recepcjonista każe jej czekać na jakąś przesyłkę, a ona widzi tych
wszystkich urzędników kręcących się tam i z powrotem i zastanawia się,
czy to ma jakiś sens, czy też oni po prostu kręcą się bez celu. A może
tak działa na nią wino, troszeczkę, ponieważ rzadko pije i teraz nie
podoba jej się smak, jaki pozostawiło jej w gardle.
I nagle widzi swojego pijaka, tego Euro z niezapalonym cygarem,
przysuwającego spocone czoło zbyt blisko apatycznej, lekko
zaniepokojonej twarzy jednej z dziewcząt Tenderloin. Uwięził ją w kącie
pokoju. W ścisku, tak blisko drzwi, korytarza i wolności, Chevette przez
moment zostaje przyciśnięta do jego pleców, co nie przerywa potoku
okropnych bzdur, jakie on wciska tamtej dziewczynie, jednak powoduje
gwałtowny ruch jego łokcia, którym mocno szturcha Chevette w żebra,
usiłując wywalczyć sobie więcej przestrzeni.
A Chevette, zerkając w dół, zauważa coś sterczącego z kieszeni
tabaczkowej skórzanej kurtki.
W następnej chwili ma to w ręce, wpycha za kolarki, wychodzi za drzwi, a ten dupek nawet niczego nie zauważył.
W nagłej ciszy korytarza, przy cichnących odgłosach przyjęcia, idąc do
windy, ma ochotę biec. Ma też chęć wybuchnąć śmiechem, ale zaczyna się
bać.
Idź.
Mijając stertę tac, brudnych szklanek i talerzy.
Pamiętając o platfusach z ochrony, czekających w hallu.
To coś tkwi w jej spodenkach.
W głębi bocznego korytarza dostrzega drzwi służbowej windy, szeroko
otwarte i zapraszające. Młody Azjata ze stalowym wózkiem zachlapanym
farbą i zastawionym płaskimi prostokątami telewizyjnych ekranów. Obrzuca
ją czujnym spojrzeniem, kiedy wchodzi za nim do kabiny. Jego twarz
składa się głównie z kości policzkowych, bystrych i głęboko osadzonych
oczu, włosów podgolonych wysoko w niemal pionowy fryz - jeden z tych,
jakie wszyscy ci faceci uwielbiają. Na przodzie czystej szarej roboczej
koszuli ma przypięty identyfikator, a na szyi zawieszony na czerwonym
nylonowym sznurze VirtuFax.
- Piwnica - mówi Chevette.
Jego faks brzęczy. Chwyta go, naciska guzik, zerka w okienko. Ten
przedmiot w jej spodniach wydaje się ogromny. Potem chłopak puszcza
faks, mruga do niej i naciska przycisk oznaczony B-6. Drzwi zasuwają się
z rumorem i Chevette zamyka oczy.
Opiera się o wielkie miękkie poduchy ściany i marzy o tym, żeby być w pokoju Skinnera, nasłuchując skrzypienia lin. Podłogą jest warstwa desek
ułożonych na skraju, w środku sterczy wybrzuszenie liny tkwiącej w jej
stalowym siodle, a Skinner twierdzi, że ta lina składa się z 17 464
włókien. Każde ma grubość ołówka. Przy odpowiednim wietrze można
przyłożyć do niej ucho i usłyszeć, jak most śpiewa.
Winda bez powodu zatrzymuje się na czwartym. Kiedy drzwi otwierają się,
nie ma za nimi nikogo. Chevette ma ochotę ponownie nacisnąć B-6, ale
powstrzymuje się i czeka, aż wyręczy ją chłopak z faksem. Azjata robi
to.
B-6 nie jest garażem, w którym tak bardzo chciałaby się znaleźć, ale
labiryntem wiekowych betonowych tuneli, wyłożonych popękanymi
asfaltowymi płytami, z grubymi starymi rurami zwisającymi ze stalowych
uchwytów pod sufitem. Chevette wymyka się z windy, podczas gdy chłopak
majstruje przy jednym z kółek wózka.
Stuletni spacer wzdłuż rzędu zamkniętych na kłódki chłodni,
pięćdziesięciu odkurzaczy ładujących akumulatory z szeregu
ponumerowanych stanowisk, rolek dywanów poukładanych jak kłody. Znowu
ludzie w roboczych ubraniach, niektórzy w białych kuchennych fartuchach,
więc usiłuje przybrać minę i postawę posłańca, mając nadzieję, że
wygląda tak, jakby doręczała jakąś przesyłkę.
Znajduje wąskie schody i wchodzi po nich. Powietrze jest rozgrzane i nieruchome. Wykrywacze ruchu włączają dla niej światło na każdym
kolejnym podeście. Czuje przytłaczający ciężar całego starego budynku.
Jednak jej rower jest tam, na B-2, za filarem z odrapanego betonu.
- Trzymaj się z daleka - mówi, kiedy Chevette podchodzi na odległość
pięciu stóp. Nie tak głośno jak samochód, ale równie poważnie.
Pod warstwą napylonej imitacji rdzy i zręcznie poprzylepianej taśmy
izolacyjnej geometria pustej w środku ramy z węglowego włókna sprawia,
że uda Chevette zaczynają drżeć. Przesuwa lewą rękę przez pętlę
identyfikującą za siodełkiem. Słyszy cichy podwójny trzask zwalnianej
blokady cząstkowej i w następnej chwili już siedzi na rowerze i jedzie.
Nigdy nie czuła się lepiej niż gnając poplamioną olejem rampą na
zewnątrz.
4. Miejsca pracy
4
Miejsca pracy
Współlokator Rydella, Kevin Tarkovsky, miał kość przewleczoną przez nos
i pracował w butiku windsurfingowym nazywanym Tylko Mi Dmuchaj.
W poniedziałek rano, kiedy Rydell powiedział mu, że przestał pracować
dla IntenSecure, Kevin zaproponował, że znajdzie mu pracę w handlu, coś
związanego ze sportem.
- Zasadniczo masz odpowiednią budowę - rzekł Kevin, spoglądając na nagi
tors i ramiona Rydella. Ten wciąż miał na sobie pomarańczowe spodnie,
które włożył, idąc na spotkanie z Hernandezem. Pożyczył je od Kevina.
Właśnie zdjął opatrunek, wypuścił z niego powietrze i wepchnął do
pięciogalonowego plastikowego wiadra po farbie pełniącego rolę kosza na
śmieci. Wiadro miało z boku wielką samoprzylepną stokrotkę. - Powinieneś
tylko trochę bardziej regularnie ćwiczyć. I może zapuścić kucyk. Na znak
przynależności do klanu.
- Kevin, nie mam pojęcia o surfingu, windsurfingu, niczym takim. Tylko
parę razy wypłynąłem na ocean. Przeważnie w Tampa Bay.
Była prawie dziesiąta rano. Kevin miał wolny dzień.
- Sprzedawanie polega na wywieraniu wrażenia, Berry. Klient potrzebuje
informacji, a ty ją zapewniasz. Jednak ponadto robisz na nim wrażenie.
Kevin poparł swoje słowa, stukając w dwucalowy kawałek gładkiej wołowej
kości.
- A potem sprzedajesz im nowy sprzęt.
- Nie jestem opalony.
Skóra Kevina miała kolor i połysk pary ciemnobrązowych bucików
Cole-Haan, które ciotka podarowała Rydellowi na piętnaste urodziny. Nie
miało to nic wspólnego z genami czy ekspozycją na niefiltrowane
promieniowanie słoneczne, lecz było rezultatem regularnych zastrzyków
oraz stosowania rozmaitych pigułek i maści.
- No cóż - przyznał Kevin - opalenizna byłaby ci potrzebna.
Rydell wiedział, że Kevin nie surfuje i nigdy tego nie robił, ale
przynosi do domu dyskietki ze sklepu i ogląda je przez wideogogle,
analizując rozmaite ruchy. Nie wątpił, że Kevin może dostarczyć
wszelkich możliwych informacji, jakich zażądałby potencjalny nabywca. A ponadto robił wrażenie: z tą głęboką opalenizną, wypracowaną ćwiczeniami
sylwetką i kością w nosie zwracał na siebie uwagę. Przeważnie kobiet,
chociaż nie robiło to na nim wielkiego wrażenia.
Kevin sprzedawał głównie odzież. Drogie stroje, które miały chronić
przed UV i zanieczyszczeniami zawartymi w wodzie. W jedynej szafie
stojącej w ich pokoju miał dwa kartony pełne takich ubrań. Rydell, który
obecnie nie miał się w co ubrać, mógł w nich grzebać i wybierać sobie,
co chciał. Jak się okazało, nie miał wielkiego wyboru, ponieważ stroje
do surfingu najczęściej były z Day-Glo, czarnego nanoporu albo
mirrorflexu. Kilka znośniejszych ciuchów miało logo Tylko Mi Dmuchaj,
ukazujące się pod wpływem UV, kiedy warstwa ozonowa była w szczególnie
kiepskim stanie, co Rydell odkrył podczas ostatniej wyprawy na
targowisko.
Dzielił z Kevinem jeden z pokoi niewielkiego mieszkanka w Mar Vista, co
oznaczało widok na morze, którego nie było. Ktoś przegrodził pokój
kilkoma gipsowymi płytami. Po stronie Rydella płytę pokrywały
samoprzylepne stokrotki i kolekcja naklejek na zderzaki z takich miejsc
jak Magic Mountain, Nissan County, Disneyland i Skywalker Park.
Mieszkanie dzielili z dwoma innymi lokatorami - trzema, jeśli liczyć
zajmującą garaż Chinkę (która przynajmniej miała tam własną łazienkę).
Za większą część swojej pierwszej wypłaty w IntenSecure Rydell kupił
futon. Kupił go na straganie na targowisku; tam były tańsze, a kram
nazywał się Futon Mouth, co Rydell uznał za bardzo zabawne. Dziewczyna z Futon Mouth wyjaśniła mu, że powinien wcisnąć kontrolerowi na peronie
metra dwudziestaka, a wtedy będzie mógł zabrać się ze zrolowanym
futonem, który mieścił się w zielonym plastikowym worku przypominającym
śpiwór.
Później, czekając, kiedy będzie mógł zdjąć opatrunek, spędził na tym
futonie sporo czasu, patrząc na naklejki. Zastanawiał się, czy ten, kto
je tu umieścił, naprawdę odwiedził wszystkie te miejsca. Hernandez raz
proponował mu pracę w Nissan County. IntenSecure miała tam swoją filię.
Rodzice Rydella pojechali w podróż poślubną do Disneylandu. Skywalker
Park był tu, w San Francisco; przedtem nazywał się Golden Gate i Rydell
pamiętał zamieszki, jakie wybuchły, kiedy go sprywatyzowano.
- Zarejestrowałeś się w którymś z biur pośrednictwa pracy, Berry?
Rydell potrząsnął głową.
- Ja stawiam - rzekł Kevin, podając mu hełm. Nie takie sprytne
niewielkie okulary, jakie miała Karen, lecz białe plastikowe urządzenie
podobne do gogli używanych przez dzieci do gier komputerowych. - Włóż
je. Ja wybiorę numer.
- No cóż - rzekł Rydell - to ładnie z twojej strony, Kevin, ale nie
powinieneś robić sobie tyle kłopotu.
Kevin dotknął kości tkwiącej w nosie.
- Hm, chodzi mi też o czynsz.
No tak. Rydell włożył hełm.
***
- A teraz - powiedziała Sonya z maksymalnym ożywieniem - widzimy, że
ukończyłeś szkołę policealną...
- Akademię - poprawił ją Rydell. - Policyjną.
- Tak, Berry, ale widzimy, że następnie byłeś zatrudniony przez okres
osiemnastu dni, a później zawieszony w obowiązkach.
Sonya wyglądała jak ślicznotka z kreskówek. Żadnych porów w skórze.
Żadnych przebarwień. Jej zęby były bardzo białe i wyglądały jak jeden
zestaw, coś, co można wyjąć z zaczepów, żeby dokładniej obejrzeć. Nie po
to, żeby je wyczyścić, bo nie było takiej potrzeby; postacie z kreskówek
nie jedzą. Jednak miała cudowne cycki; takimi cyckami Rydell obdarzyłby
ją, gdyby był utalentowanym rysownikiem.
- No cóż - powiedział, myśląc o Turveyu. - Przydzielili mnie do Patrolu
i miałem kłopoty.
Sonya ze zrozumieniem pokiwała głową.
- Widzę, Berry.
Rydell zastanawiał się, co naprawdę widziała. I czy ten system
ekspertowy, który używał jej jako marionetki, mógł widzieć. I jak
widział. Jak system komputerowy biura pośrednictwa pracy spoglądał na
kogoś takiego jak Rydell? Niezbyt chętnie, zdecydował.
- Potem przeniosłeś się do Los Angeles, Berry, po czym mamy dziesięć
tygodni zatrudnienia w sekcji ochrony rezydencji IntenSecure
Corporation. Kierowca z umiejętnością posługiwania się bronią.
Rydell pomyślał o strąku rakiet podwieszonych pod śmigłowiec LAPD.
Zapewne mieli tam również jedno z tych działek sekwencyjnych.
- Yhm - przytaknął.
- I zrezygnowałeś z posady w IntenSecure.
- Chyba tak.
Sonya rozpromieniła się, jakby właśnie nieśmiało wyznał, że ma
doświadczenie polityczne lub dorobek naukowy.
- No cóż, Berry - powiedziała - daj mi chwilę pomyśleć!
Mrugnęła do niego i zamknęła wielkie, zbyt niebieskie oczy.
Jezu, pomyślał Rydell. Próbował zerknąć w bok, ale hełm Kevina nie miał
żadnych urządzeń peryferyjnych, więc niczego tam nie było. Tylko Sonya,
pusty prostokąt jej biurka, kilka detali sugerujących biuro i logo
agencji pośrednictwa na ścianie za jej plecami. To logo nadawało jej
wygląd komentatorki kanału telewizyjnego nadającego wyłącznie bardzo
dobre wiadomości.
Sonya otworzyła oczy. Jej uśmiech stał się wręcz oślepiający.
- Jesteś z Południa - powiedziała.
- Yhm.
- Plantacje, Berry. Magnolie. Tradycja. A także pewien mrok. Trochę
dreszczyku. Faulkner.
Faw..?
- Hę?
- Nightmare Folk Art, Berry. Ventura Boulevard, Sherman Oaks.
Kevin patrzył, jak Rydell zdejmuje hełm i zapisuje adres oraz numer
telefonu na okładce "People" z zeszłego tygodnia. Gazeta należała do
Moniki, chińskiej dziewczyny mieszkającej w garażu; zawsze drukowała ją,
pomijając doniesienia o skandalach i nieszczęściach, natomiast z poszerzoną kroniką towarzyską, szczególnie o wszelkie aktualne wzmianki
dotyczące angielskiej rodziny królewskiej.
- Mają coś dla ciebie, Berry? - spytał z nadzieją Kevin.
- Może - odparł Rydell. - To miejsce jest w Sherman Oaks. Zadzwonię tam
i sprawdzę.
Kevin bawił się kością w nosie.
- Mogę cię podwieźć - rzekł.
***
W witrynie Nightmare Folk Art był wielki obraz Wniebowzięcia. Rydell
widywał takie obrazy na burtach chrześcijańskich furgonetek
zaparkowanych przy centrach handlowych. Mnóstwo okrwawionych wraków
samochodów i nieszczęścia oraz wszystkie te zbawione dusze ulatujące na
spotkanie z Jezusem o niepokojąco bystrym spojrzeniu. Ten obraz zawierał
o wiele więcej szczegółów. Każda ze zbawionych dusz miała własną twarz,
jakby naprawdę należała do jakiejś konkretnej osoby, a kilka z nich
przypominało mu rysy sławnych ludzi. Pomimo to obraz wyglądał jak
namalowany przez piętnastolatka lub starszą panią.
Kevin wysadził go na rogu Sepulveda, skąd Rydell przeszedł jeszcze dwa
kwartały, szukając wskazanego adresu, mijając grupkę robotników w kaskach z daszkami, którzy wylewali betonową donicę pod drzewo palmowe.
Rydell zastanawiał się, czy przed wirusem przy Ventura rosły prawdziwe
palmy; substytuty były teraz tak popularne, że ludzie chcieli sadzić je
wszędzie.
Ventura była jedną z tych ulic Los Angeles, które ciągnęły się w nieskończoność. Wiedział, że z pewnością niezliczoną ilość razy
przejeżdżał Gunheadem obok Nightmare Folk Art, ale ulice wyglądały
zupełnie inaczej, kiedy się po nich szło. Po pierwsze, człowiek był
zupełnie sam; po drugie, widziałeś, jak popękane i brudne są te budynki.
Puste lokale za brudnymi szybami, ze stertą żółknących przesyłek
reklamowych na podłodze i czasem kałużą czegoś, co nie mogło być
deszczówką, więc zaczynałeś zastanawiać się, co to takiego. Mijałeś parę
takich witryn, a potem trafiałeś na sklep sprzedający okulary
przeciwsłoneczne w cenie sześciokrotnie wyższej od miesięcznego czynszu
za połowę pokoju w Mar Vista. Sklepu z okularami pilnował najemny
gliniarz, wpuszczający klientów po naciśnięciu dzwonka.
Nightmare Folk Art była właśnie taka, wciśnięta między nieczynny zakład
fryzjerski a podupadające biuro obrotu nieruchomościami, które na boku
sprzedawało polisy ubezpieczeniowe. NIGHTMARE FOLK ART - POŁUDNIOWY
DRESZCZYK, ręcznie malowane litery, niezgrabne i cienkie jak nóżki
komara z kreskówki, białe na czarnym tle. Jednak przed nią parkowało
kilka drogich samochodów: srebrnoszary range rover podobny do Gunheada,
wypucowany jak na paradę, i jeden z tych małych, zabytkowych
dwuosobowych porsche, które zawsze wydawały się Rydellowi zabawkami
nakręcanymi na kluczyk. Obszedł porsche szerokim łukiem; takie samochody
zazwyczaj miały hiperczuły, a także hiperagresywny system
przeciwkradzieżowy.
Zza szyby z pancernego szkła patrzył na niego najemny gliniarz; nie z IntenSecure, ale innej firmy. Rydell pożyczył od Kevina parę
odprasowanych spodni. Były trochę ciasne w pasie, ale o wiele lepsze od
tamtych pomarańczowych. Włożył też czarną mundurową koszulę IntenSecure
z odprutymi naszywkami, Stetsona i buty SWAT. Nie był pewien, czy czarny
kolor pasuje do khaki. Nacisnął przycisk. Najemny gliniarz wpuścił go do
środka.
- Mam spotkanie z Justine Cooper - powiedział Rydell, zdejmując okulary.
- Ma klienta - rzekł glina. Wyglądał na trzydziestolatka z jakiejś farmy
w Kansas czy gdzieś. Rydell spojrzał nad jego ramieniem i dostrzegł
chudą kobietę o ciemnych włosach. Rozmawiała z grubym mężczyzną, który w ogóle nie miał włosów. Wyglądało na to, że próbuje mu coś sprzedać.
- Zaczekam - powiedział Rydell.
Farmer nie odpowiedział. Prawo stanowe głosiło, że nie mógł posiadać
broni, tylko przemysłowy ogłuszacz w wytartej plastikowej kaburze, ale
zapewne i tak ją miał. Jedną z tych małych rosyjskich zabawek
strzelających pociskami, którymi można przestrzelić silnik czołgu.
Rosjanie, ze swoją paranoją na punkcie bezpieczeństwa, opanowali rynek
specjałów sobotniej nocy.
Rydell rozejrzał się wokół. Zdecydował, że Wniebowzięcie doskonale
pasowało do Nightmare Folk Art. Jego ojciec zawsze twierdził, że tacy
chrześcijanie są po prostu śmieszni. Oto kolejne tysiąclecie nadeszło i minęło bez żadnego Wniebowzięcia, a oni wciąż walą w ten sam bęben.
Sublett i jego starzy w obozowisku przyczep gdzieś w Teksasie,
oglądający stare filmy zgodnie ze wskazaniami Wielebnego Fallona - oni
przynajmniej mieli o czym gadać.
Próbował podejrzeć, co ta kobieta usiłuje sprzedać grubemu mężczyźnie,
ale dostrzegła jego spojrzenie i nie zdołał. Przeszedł w głąb sklepu,
udając, że ogląda towar. Był tam cały dział paskudnych cienkich wianków
za szkłem w wyblakłych złoconych ramkach. Wianki wyglądały tak, jakby
spleciono je ze starych włosów. Były tam skorodowane dziecięce trumienki
i w jednej z nich zasadzono bluszcz. Stały stoliki do kawy wyglądające
jak zrobione z nagrobków, starych, o napisach tak zatartych, że nie dało
się ich odczytać. Przystanął przy ramie łóżka zespawanej z kilku tych
figurek murzyńskich dzieciaków, jakie prawo zabraniało ustawiać na
trawnikach w Knoxville. Wszystkie figurki były świeżo pomalowane i miały
szerokie czerwonouste uśmiechy zjadaczy arbuzów. Łóżko było nakryte
ręcznie wyszywaną kapą w barwach flagi konfederatów. Kiedy próbował
znaleźć karteczkę z ceną, znalazł tylko żółtą naklejkę SPRZEDANE.
- Pan Rydell? Mogę mówić do pana Berry?
Szczęka Justine Cooper była tak wąska, że wydawała się nie zapewniać
dość miejsca dla normalnego kompletu zębów. Włosy miała krótko ścięte:
lśniący brązowy hełm. Nosiła dwuczęściowy ciemny i powiewny strój, który
zapewne miał ukryć fakt, że była zbudowana jak patyczak. Jej akcent
bynajmniej nie świadczył o tym, że urodziła się na południu, a ponadto
była spięta jak sprężyna.
Rydell zobaczył, jak grubas wychodzi i przystaje na chodniku, żeby
zdezaktywować system obronny range rovera.
- Jasne.
- Jesteś z Knoxville?
Zauważył, że oddychała miarowo, jakby starając się unikać
hiperwentylacji.
- Zgadza się.
- Nie masz wyraźnego akcentu.
- Hm, chciałbym, żeby wszyscy tak uważali.
Uśmiechnął się, ale nie odpowiedziała mu uśmiechem.
- A czy pańska rodzina pochodzi z Knoxville, panie Rydell?
Kurwa, pomyślał, przecież miałaś mówić mi Berry.
- Mój ojciec chyba tak. Rodzice mojej matki są z okolic Bristolu.
Czarne oczy Justine Cooper spoglądały na niego, ale wydawały się niczego
nie zauważać. Odgadł, że zbliżała się do czterdziestki.
- Pani Cooper?
Drgnęła gwałtownie, jakby ją przestraszył.
- Pani Cooper, co to za wianki w tych starych ramkach?
Wskazał ręką.
- Wianki żałobne. Południowo-zachodnia Wirginia, koniec dziewiętnastego
i początek dwudziestego wieku.
Dobrze, pomyślał Rydell, niech mówi o swoim towarze. Podszedł do ramek,
żeby obejrzeć je z bliska.
- To wygląda jak włosy.
- Bo to są włosy. A z czego miałyby być?
- Ludzkie włosy?
- Oczywiście.
- Ma pani na myśli włosy nieboszczyków?
Teraz dostrzegł drobniutkie sploty, włosy poskręcane w maleńkie
kwiatopodobne węzły. Były matowe i bezbarwne.
- Panie Rydell, obawiam się, że marnuję pański czas.
Nieznacznie przysunęła się bliżej niego.
- Kiedy rozmawiałam z panem przez telefon, odniosłam wrażenie, że jest
pan... no... znacznie bardziej południowcem...
- Co ma pani na myśli, pani Cooper?
- Oferujemy tutaj ludziom pewną wizję, panie Rydell. Pewien mrok. Trochę
dreszczyku.
Do diabła. Ta gadająca głowa z biura pośrednictwa wciskała mu słowo w słowo takie samo gówno.
- Podejrzewam, że nie czytał pan Faulknera?
Podniosła jedną rękę, żeby odgarnąć coś niewidocznego, coś unoszącego
się tuż przed jej nosem.
Znów to samo.
- Nie.
- No, tak myślałam. Mam nadzieję znaleźć kogoś, kto pomoże mi oddać tę
mroczną atmosferę, panie Rydell. Umysł południowca. Majaki zmysłów.
Rydell zamrugał oczami.
- W panu nie wyczuwam tej atmosfery. Przykro mi.
Wyglądało na to, że ta niewidzialna pajęczyna wróciła na miejsce.
Rydell zerknął na najemnego gliniarza, lecz ten najwidoczniej wcale ich
nie słuchał. Do licha, facet po prostu spał.
- Szanowna pani - powiedział spokojnie Rydell - myślę, że jest pani
bardziej stuknięta od stada dupków.
Uniosła brwi.
- Właśnie - powiedziała.
- Co "właśnie"?
- Koloryt, panie Rydell. Ogień. Ponure werbalne polichromie w niemal
niewyobrażalnym stopniu rozkładu.
Musiał to przemyśleć. Stwierdził, że patrzy na łóżko z Murzyniątek.
- Czy odwiedzający panią czarni ludzie nigdy nie zgłaszają zastrzeżeń do
takiego towaru?
- Wprost przeciwnie - odparła ze świeżo obudzonym ożywieniem. - Robimy
całkiem niezłe interesy z lepiej sytuowanymi obywatelami Południa. Oni
przynajmniej mają poczucie humoru. Sądzę, że po prostu muszą.
Teraz będzie musiał iść pieszo do najbliższej stacji, wrócić metrem do
domu i powiedzieć Kevinowi Tarkovsky'emu, że nie jest w dostatecznym
stopniu południowcem.
Najemny gliniarz wypuścił go na ulicę.
- A skąd pani właściwie jest, pani Cooper? - spytał na odchodne Rydell.
- Z New Hampshire.
Stał na chodniku, za jego plecami zamykały się drzwi.
- Pieprzeni Jankesi - powiedział do porsche. Tak powiedziałby jego
ojciec, ale Rydell niezbyt dobrze wiedział, pod czyim adresem to mówi.
Obok przejechała jedna z tych wielkich niemieckich ciężarówek na olej
rzepakowy. Rydell nienawidził tych wozów. Ich spaliny śmierdziały
smażonym kurczakiem.
5. Senne zmory
5
Senne zmory
Sny kuriera są z wrzącego metalu, wrzeszczących i uciekających cieni,
gór o barwie betonu. Są sierotami płonącymi na szczycie wzgórza.
Plastikowymi bladoniebieskimi trumnami. Chmurami na niebie. Wysokimi
czapkami kapłanów. Nie widzą pierwszego pocisku spadającego z betonowych
gór. Wywala dziurę we wszystkim: we wzgórzu, w niebie, niebieskiej
trumnie i kobiecej twarzy.
Dźwięk zbyt potężny, aby być jakimkolwiek dźwiękiem, lecz słyszą przezeń
jakoś, dopiero teraz, odległe wesołe popukiwanie moździerzy i widzą
schludne obłoczki dymu unoszące się na szarym stoku góry.
Siada, sam w wielkim łóżku, usiłując krzyczeć słowa w języku, którym już
nie pozwala sobie mówić.
Czuje ból głowy. Wypija łyk wody ze stalowej karafki na nocnym stoliku.
Pokój kołysze się, zaciera, znów nabiera kształtu. Kurier gramoli się z łóżka, człapie nago do wysokich staromodnych okien. Niezgrabnie rozsuwa
ciężkie zasłony. San Francisco. Świt jak zaśniedziałe srebro. Jest
wtorek. To nie Meksyk.
W białej łazience, krzywiąc się w ostrym świetle, wciera zimną wodę w zdrętwiałą twarz. Sen odchodzi, ale pozostawia ślad. Kurier drży, czując
nieprzyjemnie zimne kafelki posadzki pod bosymi nogami. Te dziwki na
przyjęciu. Ten Harwood. Dekadencja. Kurier nie znosi dekadencji. Dzięki
pracy ma kontakt z prawdziwym bogactwem, niekwestionowaną władzą.
Spotyka wpływowych ludzi. Harwood to potęga bez wpływów.
Wyłącza światło w łazience i ostrożnie wraca do łóżka w trosce o swój
ból głowy.
Z pasiastą kołdrą podciągniętą pod szyję zaczyna porządkować wydarzenia
ubiegłego wieczoru. Są luki. Brak umiaru. Nienawidzi braku umiaru.
Przyjęcie u Harwooda. Głos w telefonie, nakazujący mu wziąć udział.
Wypił już kilka drinków. Widzi twarz młodej dziewczyny. Gniew, pogarda.
Jej krótkie włosy skręcone w kolce.
Ma wrażenie, że oczy nie mieszczą mu się w oczodołach. Kiedy je trze,
otaczają go jaskrawe, ohydne błyski światła. W żołądku przetacza się
zimny ciężar wypitej wody.
Pamięta, jak siedział za szerokim mahoniowym biurkiem, popijając. Przed
rozmową, przed przyjęciem. Pamięta leżące przed nim dwa futerały,
identyczne. W jednym trzyma ją. Drugi jest na to, co mu powierzono.
Kosztowny, ale nie ma wątpliwości, że zawarta w nim informacja jest
bardzo cenna. Składa grafitowe słuchawki i zatrzaskuje futerał. Potem
dotyka tego, który kryje całą jej tajemnicę, biały domek na wzgórzu,
przynoszone przez nią ukojenie. Wkłada oba futerały do kieszeni
kurtki...
Jednak teraz zastyga pod kołdrą, czując, jak żołądek ściska mu się w przypływie niepokoju.
Włożył tę kurtkę na przyjęcie, którego prawie nie pamiętał.
Ignorując łupanie w głowie, gramoli się z łóżka i znajduje kurtkę
rzuconą na podłogę obok krzesła.
Serce wali mu jak młotem.
Jest. Ten, który ma doręczyć. Zapięty w wewnętrznej kieszeni. Jednak
boczne kieszenie są puste.
Nie ma jej. Przetrząsa inne ciuchy. Na czworakach, czując pulsujący ból
pod czaszką, zagląda pod krzesło. Nie ma.
Jednak ją można zastąpić nową, przypomina sobie, wciąż klęcząc, z kurtką
w dłoniach. Znajdzie handlarza takim softwarem. Teraz musi przyznać, że
ostatnio zaczęła siadać rozdzielczość.
Myśląc o tym, patrzy, jak jego ręce rozpinają wewnętrzną kieszeń,
wyciągają futerał zawierający przesyłkę, ich własność, którą musi
doręczyć. Otwiera futerał.
Odrapane pudełko z czarnego plastiku, etykieta na kasecie zatarta i nieczytelna, pożółkła przejrzystość słuchawek.
Słyszy cienki pisk, który dobywa mu się z głębi gardła. Bardzo podobny
do tego sprzed wielu lat, kiedy spadł pierwszy pocisk.
6. Most
6
Most
Starając się dokładnie wyliczyć trzydziestoprocentowy napiwek, Yamazaki
zapłacił za przejazd i opuścił wyłachane tylne siedzenie taksówki.
Kierowca, który wiedział, że wszyscy Japończycy są bogaci, ponuro
przeliczył podarte i brudne banknoty, po czym wrzucił trzy
pięciodolarowe monety do popękanej zakrętki od termosu z Nissan County,
przyklejonej taśmą do wyblakłej deski rozdzielczej. Yamazaki, który nie
był bogaty, zarzucił torbę na ramię, odwrócił się i poszedł w kierunku
mostu. Jak zwykle ten widok poruszył mu serce; poranne słońce ukośnie
przeświecało przez plątaninę przybudówek.
Integralności przęseł pilnowano równie rygorystycznie jak praw
autorskich, jednak wokół nich wyrosła nowa rzeczywistość, rządząca się
własnymi prawami. Nastąpiło to stopniowo, nie według konkretnego planu,
przy użyciu wszelkich wyobrażalnych technik i materiałów. Rezultatem
była amorficzna, zdumiewająco organiczna budowla. W nocy, oświetlona
bożonarodzeniowymi lampkami, regenerowanymi neonami i latarkami,
epatowała dziwnie średniowieczną energią. W dzień, widziana z daleka,
przypominała mu ruiny angielskiego Brighton Pier, oglądane przez jakiś
popękany kalejdoskop budowlanych stylów.
Jej stalowe kości i naprężone ścięgna ginęły pod naroślami rodem ze
snów: salonami tatuażu, salami gier, słabo oświetlonymi straganami ze
stosami żółknących gazet, sklepikami z fajerwerkami, przynętą, punktami
przyjmowania zakładów, barami sushi, nielicencjonowanymi lombardami,
zielarniami, zakładami fryzjerskimi i tawernami. Wykwity komercyjnych
snów, rozmieszczone na poziomach, po których niegdyś odbywał się ruch
kołowy, podczas gdy nad nimi, sięgając aż po same szczyty wież
podtrzymujących liny, wznosiły się pracowicie zawieszone gniazda z ich
niezliczoną populacją i strefami bardziej osobistych marzeń.
Po raz pierwszy zobaczył to w nocy, trzy tygodnie wcześniej. Stał we
mgle, wśród sprzedawców warzyw i owoców, którzy porozkładali swój towar
na kocach. Z bijącym sercem spoglądał na otwór tej jaskini. Para unosiła
się z kotłów garkuchni pod poszarpanym łukiem ściągniętego skądś neonu.
Wszystko zbiegało się, zamazywało, wtapiało w mgłę. Teleprezentacje
dawały zaledwie przedsmak uroku i niezwykłości tego miejsca, więc z nabożnym podziwem powoli ruszył naprzód, w tę neonową paszczę i karnawałowy zamęt płaszczyzn wydartych przestrzeni. Baśniowa kraina.
Wysrebrzona deszczem dykta, potrzaskany marmur ze ścian zapomnianych
banków, pofałdowany plastik, polerowany mosiądz, cekiny, malowany
brezent, lustra, chromy zmatowiałe i obłażące w słonym powietrzu. Tyle
rzeczy, zbyt wiele dla jego oszołomionych oczu - i wiedział już, że nie
odbył tej podróży na darmo.
Z pewnością nigdzie na świecie nie znalazłby wspanialszego Thomasson.
Wszedł weń teraz, we wtorek rano, w ten znajomy już wir - wozów z lodem
i rybami, szczęku maszyn do robienia placków - i odnalazł drogę do
kafejki, której wnętrze miało klimat starego promu, z pociemniałym i porysowanym lakierem na grubych deskach, jakby wyciętych ręcznie z jakiegoś wysłużonego publicznego środka transportu. Co jest możliwe,
pomyślał, sadowiąc się przy długim barze; opodal Oakland, za nawiedzoną
wyspą, bezskrzydły kadłub 747 mieścił kuchnie dziewięciu tajskich
restauracji.
Młoda kobieta za ladą miała wytatuowane bransoletki w kształcie
stylizowanych jaszczurek barwy indygo. Poprosił o kawę. Podano ją w grubej i ciężkiej porcelanowej filiżance. Nie było tutaj dwóch takich
samych filiżanek. Wyjął z torby notebooka, otworzył go i wprowadził
krótki opis filiżanki, drobnej siateczki pęknięć na jej glazurowanej
powierzchni, jak miniaturowej białej mozaiki. Popijając kawę, przewinął
na ekranie notatki z poprzedniego dnia. Umysł tego Skinnera niezwykle
przypominał ten most. Gromadził rozmaite rzeczy wokół armatury o konkretnym przeznaczeniu, aż przekroczył punkt krytyczny i tworzył nowy
program. Tylko jaki program?
Poprosił Skinnera, żeby wyjaśnił mu sposób narastania przybudówek
prowadzący do obecnego stanu budowli. Jakie motywy kierowały
poszczególnymi budowniczymi, każdym budowniczym? Notebook zapisał
bezładną, pokrętną odpowiedź, wygładzając ją i tłumacząc.
Był taki facet, łowił. Zaczepił coś. Wyciągnął rower. Cały pokryty
skorupiakami. Wszyscy się śmiali. Wziął ten rower i wybudował
jadłodajnię. Zupa z małżów, gotowane omułki na zimno. Meksykański bar.
Powiesił ten rower nad ladą. Miał tam tylko trzy stołki i zawiesił to
ośmiostopowe pudło na Super Glue i klamrach. Ściany w środku pokrył
pocztówkami. Jak gontami. W nocy spał za kontuarem. Aż pewnego ranka
zniknął. Pęknięte klamry, kilka drzazg wciąż przyklejonych do ściany
zakładu fryzjerskiego. Spojrzałeś w dół, zobaczyłeś wodę pod nogami.
Widzisz, za bardzo się wychylił.
Yamazaki patrzył na parę unoszącą się z jego kawy, wyobrażając sobie
rower pokryty skorupiakami, sam w sobie Thomasson o sporym potencjale.
Skinnera najwyraźniej zainteresował ten termin i notebook zarejestrował
próbę wyjaśnienia mu przez Yamazakiego pochodzenia tego pojęcia oraz
jego obecnego znaczenia.
Thomasson był amerykańskim zawodnikiem baseballu, bardzo przystojnym,
bardzo silnym. W 1982 za znaczną sumę pieniędzy przeszedł do Yomiyuri
Giants. Wtedy odkryto, że nie umie trafić w piłkę. Pisarz i artysta
Gempei Akasegawa wykorzystał jego nazwisko jako synonim pewnych
bezużytecznych i niewytłumaczalnych zjawisk, bezsensownych, lecz dziwnie
atrakcyjnych cech miejskiego krajobrazu. Jednak później ten termin
nabrał innego znaczenia. Jeśli chcesz, mogę znaleźć i przetłumaczyć
dzisiejsze definicje w Gendai Yogo Kisochishiki, czyli w Podstawach
wiedzy o współczesnych pojęciach.
Jednak Skinner - siwy, nieogolony, z pożółkłymi białkami przekrwionych
oczu, tylko wzruszył ramionami. Trzej mieszkańcy, którzy wcześniej
zgodzili się udzielić wywiadu, wymieniali Skinnera jako oryginała,
jednego z pierwszych na moście. Lokalizacja jego pokoju również
wskazywała na pewien status, chociaż Yamazaki zastanawiał się, ilu ludzi
skorzystałoby z szansy osiedlenia się na szczycie jednej z wież. Zanim
zainstalowano elektryczne windy, wspinaczka na górę była prawdziwym
wyzwaniem. Dzisiaj, ze swoim chorym biodrem, stary był praktycznie
inwalidą, polegającym na pomocy sąsiadów i dziewczyny. Oni przynosili mu
żywność, wodę, utrzymywali sprawność chemicznej toalety. Yamazaki
zakładał, że dziewczyna miała za to dach nad głową, chociaż stosunki
między dwojgiem tych ludzi wydały mu się głębsze i bardziej
skomplikowane.
Jednak o ile Skinnera trudno było zrozumieć ze względu na wiek,
osobowość lub z obu tych powodów, dziewczyna, z którą dzielił pokój,
była nieprzenikniona w ten zwyczajny, ponury sposób, jaki Yamazaki
łączył z młodymi Amerykanami. Chociaż być może tylko dlatego, że on,
Yamazaki, był tu obcym - Japończykiem - i zadawał zbyt wiele pytań.
Spojrzał wzdłuż kontuaru, oglądając poranne profile pozostałych gości.
Amerykanie. Fakt, że naprawdę siedział tutaj, pijąc kawę obok tych
ludzi, wciąż budził jego zdumienie. Nadzwyczajne. Zapisał w notebooku,
skrobiąc piórkiem po ekranie.
Apartament w wysokim wiktoriańskim domu, zbudowanym z drewna i bardzo
starannie pomalowanym, w dzielnicy, gdzie nazwy ulic honorują
dziewiętnastowiecznych amerykańskich polityków: Claya, Scotta, Pierce'a,
Jacksona. Dziś rano, we wtorek, opuszczając mieszkanie, zauważyłem na
boku ostatniego słupka poręczy ślady zawiasów. Podejrzewam, że kiedyś
podtrzymywały furtkę dla dzieci. Idąc po Scott w poszukiwaniu taksówki,
trafiłem na zamokniętą pocztówkę, leżącą obrazkiem do góry. Wąska twarz
męczennika Shapely'ego, świętego AIDS, z pęcherzami od deszczu. Bardzo
melancholijne.
- Nie powinni tego mówić. To znaczy o Godzilli.
Yamazaki stwierdził, że niepewnie wpatruje się w szczerą twarz
dziewczyny za barem.
- Przepraszam?
- Nie powinni tego mówić. O Godzilli. Nie powinni się śmiać. My tutaj
też mieliśmy trzęsienia ziemi, a wy nie śmialiście się z nas.
7. Chciałbym, żeby dobrze ci poszło
7
Chciałbym, żeby dobrze ci poszło
Hernandez przeszedł za Rydellem do kuchni mieszkania w Mar Vista. Miał
na sobie szaroniebieski kombinezon bez rękawów i parę tych upiornych
niemieckich sandałów plażowych, tych z tysiącem małych kolców masujących
podeszwy stóp. Rydell jeszcze nigdy nie widział go bez munduru i przeżył
lekki szok. Gość miał na bicepsach wielkie, stare tatuaże - rzymskie
cyfry, znak przynależności do jakiegoś gangu. Stopy miał brązowe,
szerokie, trochę podobne do niedźwiedzich łap.
Był wtorkowy ranek. Oprócz nich w domku nie było nikogo. Kevin pracował
w Tylko Mi Dmuchaj, a tamci robili gdzieś to, co robili. Monika mogła
być u siebie w garażu, ale i tak prawie nigdy się jej nie widziało.
Rydell wziął z kredensu torebkę płatków kukurydzianych i ostrożnie ją
odwinął. Prawie wystarczy na jeden talerz. Otworzył lodówkę i wyjął
plastikowy litrowy pojemnik z zatrzaskowym spustem oraz przyklejonym na
boku kawałkiem taśmy. Grubym flamastrem napisał wcześniej na taśmie
EKSPERYMENT MLECZNY.
- Co to? - spytał Hernandez.
- Mleko.
- Dlaczego tu jest napisane "eksperyment"?
- Żeby nikt go nie wypił. Wymyśliłem to w internacie Akademii.
Wsypał płatki do miseczki, zalał je mlekiem, znalazł łyżkę i zaniósł
śniadanie na kuchenny stolik. Stół miał jedną nogę krótszą, więc trzeba
było jeść, nie opierając łokci o blat.
- Jak ręka?
- Świetnie.
Rydell zapomniał, że nie powinien podpierać się łokciem. Mleko i płatki
chlapnęły na podrapany biały plastik blatu.
- Masz. - Hernandez podszedł do szafki i oderwał gruby plik beżowych
papierowych serwetek.
- To jednego z tych dwóch ktosiów - rzekł Rydell - a on bardzo nie lubi,
kiedy mu je podbieramy.
- Eksperyment serwetkowy - powiedział Hernandez, rzucając plik
Rydellowi.
Rydell wytarł mleko i większość płatków. Nie miał pojęcia, co Hernandez
tu robi, ale też nigdy nie wyobrażał sobie, że Hernandez może jeździć
białym daihatsu Sneakerem z ruchomym hologramem wodospadu na masce.
- Masz ładny samochód - powiedział Rydell, wskazując w kierunku parkingu
i wkładając do ust łyżkę płatków.
- Należy do mojej córki, Rosy. Był w warsztacie.
Rydell przeżuł i połknął.
- Hamulce czy co?
- Ten pieprzony wodospad. Niby mają tam być te małe zwierzęta, które
wychodzą z zarośli i jakby patrzą na to, na ten wodospad, wiesz? -
Hernandez oparł się o szafkę, poruszając palcami w plażowych sandałach.
- Jakieś tam kostarykańskie zwierzątka, wiesz? Ekologiczny motyw. Ona
jest naprawdę zielona. Kazała nam zlikwidować resztki trawnika i zasadzić te rekultywujące ziemię rośliny, wyglądające jak szare pająki.
Tymczasem warsztat nie może zmusić tych pieprzonych zwierząt, żeby się
pokazały, człowieku. Mamy gwarancję i wszystko, ale wiesz, to po prostu
wrzód na dupie.
Potrząsnął głową.
Rydell skończył płatki.
- Byłeś kiedyś w Kostaryce, Rydell?
- Nie.
- Tam jest cholernie fajnie, człowieku. Jak w Szwajcarii.
- Nigdy tam nie byłem.
- Nie, chodzi mi o to, co robią z danymi. To samo co Szwajcarzy z forsą.
- Mówisz o przechowywaniu?
- Właśnie. Oni są sprytni. Żadnej armii, floty, lotnictwa, tylko
neutralność. I przechowują dane dla każdego.
- Obojętnie jakie.
- Hej, piątka z plusem. Spryciarze. I wydają te pieniądze na ekologię,
człowieku.
Rydell zaniósł miskę, łyżkę i zwitek wilgotnych ściereczek do zlewu.
Umył miskę i łyżkę, wytarł je serwetkami, a potem wepchnął ścierki
najgłębiej jak mógł pod warstwę śmieci w worku pod zlewem. Prostując
się, spojrzał na Hernandeza.
- Mogę coś dla ciebie zrobić, szefie?
- Wprost przeciwnie. - Hernandez się uśmiechnął. Nie wiadomo dlaczego
nie był to uspokajający uśmiech. - Myślałem o tobie. O twojej sytuacji.
Nienajlepsza. Kiepska, człowieku. Teraz już nie możesz być gliniarzem.
Skoro zrezygnowałeś, nie mogę nawet przyjąć cię z powrotem do
IntenSecure do pilnowania posiadłości. Może mógłbyś nająć się jako
regularny i siedzieć w takiej małej klatce w sklepie monopolowym.
Chciałbyś?
- Nie.
- To dobrze, ponieważ ktoś mógłby odstrzelić ci przy tym dupę. Mógłby
wejść i rozwalić taką klatkę razem z tobą, człowieku.
- Obecnie próbuję sił w handlu.
- Pieprzysz? W handlu? Co sprzedajesz?
- Łóżka zrobione z żelaznych posążków. Obrazki ze stuletnich ludzkich
włosów.
Hernandez zmrużył oczy, oderwał się od szafki i poszedł w kierunku
pokoju. Rydell pomyślał, że wyjdzie, ale Hernandez tylko zaczął
spacerować po kuchni. Często robił to w swoim pokoju w IntenSecure.
Teraz odwrócił się przed drzwiami do pokoju i ruszył z powrotem do
Rydella.
- Sam nie wiem, człowieku, czasem ciężko się z tobą gada. Powinieneś
przestać się jeżyć i pomyśleć, że może chcę ci pomóc, no nie?
Znów zawrócił w kierunku pokoju.
- Po prostu powiedz mi, o co chodzi, dobrze?
Hernandez przystanął, odwrócił się i westchnął.
- Nigdy nie byłeś w NoCal, prawda? W San Francisco? Znasz tam kogoś?
- Nie.
- IntenSecure ma także licencję na NoCal, wiesz? Inny stan, inne prawa,
zupełnie inne warunki, równie dobrze mógłby to być inny kraj, ale
mieszamy i tam. Więcej biur, mnóstwo hoteli. Nie ma tyle chronionych
rezydencji, chyba że wyjedziesz na obrzeża miast. Concord, Hacienda
Business Center, takie rzeczy. Tłuczemy tam niezły szmal.
- Przecież to ta sama firma. Nie wynajmą mnie tutaj, to nie wynajmą mnie
i tam.
- Pieprzone pięć z plusem. Nikt nie mówi o wynajmowaniu ciebie. Chodzi o to, że mógłbyś zaczepić się tam przy jednym facecie. Pracuje jako wolny
strzelec. Kiedy firma ma jakieś problemy, czasem angażuje kogoś z zewnątrz. Ten facet nie jest z IntenSecure. To wolny strzelec. Tamtejszy
oddział ma teraz kłopoty.
- Zaczekaj chwilę. O czym mówimy? O niezależnym ochroniarzu?
- Ten facet to łowca skalpów. Wiesz, kto to taki?
- Znajduje ludzi próbujących umknąć przed wierzycielami, niepłacących
czynszu, takie rzeczy?
- Albo na przykład zwiewających z dzieciakiem sądownie przyznanym
drugiemu z małżonków. Jednak takich uciekinierów można dzisiaj
przeważnie wyłapać przez sieć. Wystarczy wprowadzić ich dane do
DatAmerica i w końcu się znajdą. A nawet - wzruszył ramionami - można z tym pójść do glin.
- Zatem taki łowca przeważnie... - podpowiedział Rydell, przypominając
sobie jeden z epizodów Gliniarzy w opałach, oglądany razem z ojcem.
- Załatwia sprawę, nie mieszając w to glin.
- Ani licencjonowanej prywatnej agencji detektywistycznej.
- Właśnie.
Hernandez przyglądał mu się bacznie.
Rydell przeszedł obok niego do pokoju, słysząc, jak niemieckie sandały
skrzypią za nim po matowych kafelkach kuchennej posadzki. Zeszłej nocy
ktoś palił tutaj tytoń. Czuł jego zapach. Naruszenie warunków wynajmu.
Gospodarz będzie się o to pieklił. Gospodarz był serbskim emigrantem,
który jeździł piętnastoletnim BMW, nosił upiorne tyrolskie kapelusiki z piórkiem i nalegał, żeby nazywać go Wally. Ponieważ wiedział, że Rydell
pracował dla IntenSecure, koniecznie musiał pokazać mu latarkę przypiętą
pod deską rozdzielczą BMW. Miała prawie stopę długości i guzik, po
naciśnięciu którego wyrzucała gęstą chmurę gazu pieprzowego. Zapytał
Rydella, czy jego zdaniem "to wystarczy".
Rydell skłamał. Powiedział mu, że ludzie, którzy na przykład zażyli
potężną dawkę pląsu, po prostu lubią wdychać sobie gaz pieprzowy.
Przeczyszcza im zatoki. Poprawia krążenie. Uwielbiają to.
Teraz Rydell spojrzał pod nogi i po raz pierwszy zauważył, że dywan w tym pokoju w Mar Vista jest dokładnie taki sam jak ten, po którym
czołgał się w mieszkaniu przyjaciółki Turveya w Knoxville. Może trochę
czyściejszy, ale taki sam. Wcześniej tego nie zauważył.
- Słuchaj, Rydell, nie chcesz tego wziąć, to nie. Mam wolny dzień, ale
przyjechałem tu, rozumiesz? Załatwili cię jacyś hackerzy, wpuściłeś się
i wszedłeś za ostro - ja to rozumiem. Jednak stało się, człowieku, jest
w twoich aktach i nic więcej nie mogę zrobić. Posłuchaj. Jeśli
przysłużysz się firmie, może dojdzie to do tych w Singapurze.
- Hernandez...
- Mam wolny dzień...
- Człowieku, ja nie mam pojęcia o znajdywaniu ludzi!
- Umiesz jeździć. Tylko tego chcą. Żebyś jeździł. Będziesz woził
tropiciela, rozumiesz? On ma kłopoty z nogą i nie może prowadzić.
Ponadto to delikatna sprawa. Wymaga sprytu. Powiedziałem im, że moim
zdaniem nadasz się. Tak zrobiłem. Powiedziałem im.
Należący do Moniki egzemplarz "People" leżał na kanapie, otwarty na
artykule o Gudrun Weaver, tej aktorce po czterdziestce, która właśnie
odnalazła Pana dzięki Wielebnemu Fallonowi, w samą porę, żeby znaleźć
się w "People". Całostronicowe zdjęcie ukazywało ją na kanapie w saloniku, spoglądającą z zachwytem na ścianę monitorów pokazujących ten
sam stary film.
Rydell zobaczył siebie na futonie z Futon Mouth, gapiącego się na te
ponaklejane stokrotki i nalepki na zderzaki.
- Czy to legalne?
Hernandez klepnął się w szaroniebieskie udo. Odgłos przypominał huk
strzału.
- Legalne? Mówimy o IntenSecure Corporation. Mówimy o strasznym gównie.
Próbuję ci pomóc, człowieku. Myślisz, że prosiłbym cię, żebyś zrobił coś
nielegalnego?
- Tylko co mam robić, Hernandez? Po prostu pojechać tam i jeździć?
- Pieprzone pięć z plusem! Jeździć! Jeśli pan Warbaby powie: jedź, to
pojedziesz.
- Kto?
- Warbaby. Lucius Warbaby.
Rydell podniósł "People" Moniki i znalazł zdjęcie Gudrun Weaver oraz
Wielebnego Wayne'a Fallona. Gudrun Weaver wyglądała jak aktorka po
czterdziestce. Fallon wyglądał jak opos z implantami włosów i smokingiem
za dziesięć tysięcy dolarów.
- Ten Warbaby, Berry, siedzi na samej górze tego gówna. Jest pieprzoną
gwiazdą, człowieku. Inaczej by go nie wynajęli. Jeśli to weźmiesz,
nauczysz się czegoś. Jesteś jeszcze młody. Możesz się czegoś nauczyć.
Rydell rzucił "People" na kanapę.
- Kogo chcą znaleźć?
- Złodzieja hotelowego. Ktoś coś ukradł. My zabezpieczamy ten hotel. Tym
z Singapuru, człowieku, naprawdę na tym zależy. Tyle wiem.
***
Rydell stał w ciepłym cieniu parkingu, spoglądając na lśniące głębie
ruchomego wodospadu na masce Sneakera należącego do córki Hernandeza, na
mgłę unoszącą się wśród zielonych gałęzi dżungli. Kiedyś widział Harleya
pomalowanego tak, że wszystko, co nie było potrójnie chromowane, roiło
się od owadów naturalnej wielkości. Skorpionów, stonóg, wszystkiego, co
chcesz.
- Widzisz - powiedział Hernandez - widzisz tu tę smugę? To ma być jakiś
pieprzony leniwiec, człowieku. Taki lemur, wiesz? Fabryczna gwarancja.
- Kiedy mam jechać?
- Dam ci ten numer - odparł Hernandez, wręczając mu świstek żółtego
papieru. - Zadzwoń do nich.
- Dzięki.
- Hej, chciałbym, żeby dobrze ci poszło. Naprawdę. Chciałbym.
Dotknął maski Sneakera.
- Spójrz na to gówno. Pieprzona fabryczna gwarancja.
8. Nazajutrz
8
Nazajutrz
Chevette śniła, że pędzi Folsomem, a silny boczny wiatr grozi
zepchnięciem na lewy pas. Skręciła w lewo, w Sixth, dostała wiatr w plecy, przejechała na czerwonym przy skrzyżowaniu Howard i Mission,
złapała zielone przy Market, nadepnęła na hamulce i przecięła oba pasma.
Mocno przygięta nad kierownicą, pojechała po Taylor ku Nob.
- Tym razem to zrobię - powiedziała.
Pedałując zaciekle, czując na plecach silną dłoń wiatru, wzywana czystym
niebem nad szczytem wzgórza, przerzuca kciukiem bieg na jakąś wielką
zębatkę - za dużą w stosunku do ramy jej roweru, za dużą do
jakiejkolwiek ramy - czuje, jak lśniące zęby zaskakują, zwalnia tempo do
miarowego deptania - i nagle zaczyna tracić szybkość.
Staje na pedałach i zaczyna dusić, wrzeszcząc, z falą kwasu mlekowego
rozlewającą się po żyłach. Wjeżdża na szczyt, podnosi...
Kolorowe światło wpada do pokoju Skinnera przez klinowate barwne płytki
okrągłego okna. Wtorek rano.
Dwa najmniejsze fragmenty okna wypadły; otwory zatkano kawałkami szmat,
rzucającymi cienie na wystrzępioną żółtą ścianę "National Geographics".
Skinner siedział na łóżku w starej kraciastej koszuli, z kocem i śpiworem podciągniętymi pod brodę. Jego łóżkiem były ośmiopanelowe
dębowe drzwi na czterech zardzewiałych kołpakach Volkswagena, nakryte
piankowym materacem. Chevette spała na podłodze, na węższym kawałku
pianki, który co rano zwijała i chowała za długą drewnianą skrzynią
pełną naoliwionych narzędzi. Czasem zapach smaru czuła nawet we śnie,
ale to jej nie przeszkadzało.
Wystawiła jedną rękę na listopadowy chłód i zgarnęła sweter z siedzenia
zachlapanego farbą stołka. Wciągnęła sweter do śpiwora i wcisnęła się
weń, obciągając go do kolan. Kiedy wstała, sięgał jej do połowy łydek, a dekolt miał tak rozciągnięty, że co chwilę musiała nasuwać go z powrotem
na ramię. Skinner nic nie powiedział; w ogóle rzadko się odzywał.
Przetarła oczy, podeszła do zamocowanej na ścianie drabinki i weszła na
pięć pierwszych szczebelków, po czym odsunęła zasuwkę klapy na dach,
nawet na nią nie patrząc. Teraz wychodziła na górę niemal każdego ranka,
zaczynając dzień od wody, a potem miasta. Jeżeli nie padało lub nie było
zbyt mglisto, bo wtedy była jej kolej napompować pomalowany na czerwono
zbiornik Colemana, podobny do miniaturowej łodzi podwodnej. W pogodne
dni robił to Skinner, ale kiedy padało, przeważnie nie wychodził z łóżka. Mówił, że wilgoć wchodzi mu w biodro.
Wygramoliła się przez kwadratowy otwór i siadła na jego skraju,
zwieszając nogi do środka. Słońce usiłowało wypalić srebrną szarość. W upalne dni rozgrzewało smołę na płaskim prostokącie dachu, tak że czuło
się jej zapach.
Skinner pokazał jej zdjęcia dziobaków La Brea w "National Geographics",
wielkich, smutnych, wiecznie zmierzających gdzieś zwierząt, które dawno
temu odeszły z L.A. Właśnie tym była smoła, asfalt, nie tylko czymś, co
wyrabiano gdzieś w fabryce. Lubił wiedzieć, skąd się biorą rzeczy.
Jego kurtka, ta, którą zawsze nosiła, pochodziła od D. Lewisa przy Great
Portland Street. To było w Londynie. Skinner lubił mapy. Niektóre
zeszyty "National Geographics" miały w środku mapy i wszystkie kraje
były na nich wielkimi, pojedynczymi plamami koloru, od końca do końca. I nie było ich aż tak wiele. Były kraje wielkie jak żadne inne: Kanada,
ZSSR, Brazylia. Teraz na ich miejscu było mnóstwo małych. Skinner mówił,
że Ameryka poszła tą samą drogą, nie przyznając się do tego. Nawet
Kalifornia była kiedyś jednym wielkim stanem.
Dach Skinnera mierzył osiemnaście stóp na dwanaście. Wydawał się jakby
mniejszy od pokoju pod nim, mimo że pod ścianami aż po sufit leżały
rzeczy Skinnera. Na dachu nie było nic oprócz zardzewiałego metalowego
wózka, dziecięcej zabawki, z ułożonymi w nim kilkoma rolkami wyblakłej
papy.
Spojrzała za trzy wieże-filary, w kierunku Treasure Island. Unosił się
nad nią dym z ogniska na brzegu, w miejscu, gdzie niski most, spowity
mgłą, wybiegał do Oakland. Na najdalszym dźwigarze umieszczono rodzaj
kopuły, wyglądającej jak pszczeli plaster z lśniącej miedzi, ale Skinner
powiedział, że to tylko Mylar, położony płytami dwa na dwa. Mieli tam
łącze, coś, przez co rozmawiali z satelitami. Pewnego dnia zamierzała
pójść tam i je zobaczyć.
Obok przeleciała szara mewa, na poziomie jej oczu.
Miasto wyglądało tak samo jak zawsze, wzgórza jak śpiące zwierzęta za
wieżami biurowców, które znała na pamięć. Powinna stąd dostrzec ten
hotel.
Poprzednia noc złapała ją za kark.
Nie mogła uwierzyć, że to zrobiła, że była taka głupia. Futerał, który
wyciągnęła z kieszeni temu patafianowi, tkwił w kurtce Skinnera, na
żelaznym wieszaku w kształcie głowy słonia. W środku nie było nic prócz
pary okularów przeciwsłonecznych, wyglądających na drogie, ale tak
ciemnych, że zeszłej nocy nic nie mogła przez nie dostrzec. Platfusy z ochrony zeskanowali jej odznakę, kiedy wchodziła; jak dla nich, wcale
nie opuściła hotelu. Ich komputer w końcu zacznie jej szukać. Gdyby
pytali w Allied, powie im, że zapomniała się odmeldować po doręczeniu
przesyłki i zjechała na dół służbową windą. Nie była na żadnym
przyjęciu, a kto ją tam widział? Ten dupek. I może zorientował się, że
to ona buchnęła mu bryle. Może to poczuł. Może przypomniał sobie, kiedy
wytrzeźwiał.
Skinner zawołał, że jest kawa, ale skończyły się jajka. Chevette zsunęła
się z krawędzi i wślizgnęła do środka, chwytając za najwyższy szczebelek
drabinki.
- Jeśli je chcesz, musisz przynieść - rzekł Skinner, spoglądając znad
Colemana.
- Starczy mi kawa.
Naciągnęła parę czarnych bawełnianych legginsów i włożyła sportowe buty,
nie fatygując się wiązaniem sznurowadeł. Podniosła klapę w podłodze i przeszła przez nią, wciąż martwiąc się tym dupkiem, jego okularami,
swoją pracą. W dół po dziesięciu stalowych schodkach z boku starego
dźwigu. Kosz czekał na nią tam, gdzie go zostawiła, wracając. Rower
przypięty do dźwigara, obok pary głośników Radio Shack dla większego
wrażenia. Weszła do sięgającego jej po pas kosza z żółtego plastiku i nacisnęła przycisk.
Silnik zaskowyczał i wielkozęby kołowrót na samym dole zaczął opuszczać
ją po stromiźnie. Skinner nazywał ten kosz swoją kolejką linową. Jednak
nie on ją zbudował; skonstruował ją dla niego pewien czarnoskóry gość
nazwiskiem Fontaine, kiedy Skinner zaczął mieć kłopoty z wchodzeniem.
Fontaine mieszkał po stronie Oakland z kilkoma kobietami i chmarą
dzieci. Konserwował większość urządzeń elektrycznych na moście. Co jakiś
czas pojawiał się w swoim długim tweedowym płaszczu, z torbami na
narzędzia w obu rękach, aby sprawdzić i przesmarować windę. Chevette
miała jego numer, pod który powinna zadzwonić, gdyby winda kiedyś się
zepsuła, ale to jeszcze się nie zdarzyło.
Kosz zadygotał, opadając na dno. Wygramoliła się na drewniany podest i poszła wzdłuż ściany z napiętego mlecznego plastiku, za którym były
halogenowe cienie roślin i bulgot hydroponiki. Skręciła za róg i zeszła
po schodach w gwar i poranną krzątaninę mostu. Nigel podszedł do niej z jednym ze swych wózków, nowiutkim. Realizował dostawę.
- 'Vette - rzekł z szerokim głupawym uśmiechem. Tak ją nazywał.
- Widziałeś kobietę od jajek?
- Po stronie miasta - odparł, co zawsze oznaczało S.F., natomiast na
Oakland zawsze mówiono 'Land. - Dobry, nie? - Z dumą konstruktora
wskazał na swój wózek. Chevette zobaczyła ramę z prasowanego aluminium,
tajwańskie piasty i koła wzmocnione grubymi nowymi szprychami. Nigel
naprawiał sprzęt innym posłańcom z Allied, tym, którzy nadal jeździli na
metalu. Nie spodobało mu się, kiedy Chevette przesiadła się na papierową
ramę. Teraz pochyliła się i przesunęła kciukiem po szczególnie gładkiej
rurze.
- Dobry.
- Ta japońszczyzna już rozlaminowała się pod tobą?
- Wcale nie.
- Zrobi to. Naciśniesz za mocno, pęknie jak szkło.
- Wtedy do ciebie przyjdę.
Nigel z politowaniem potrząsnął głową. Wyblakły drewniany spławik,
zwisający mu z lewego ucha, zadrgał i zawirował.
- Wtedy będzie za późno.
Popchnął swój wózek w kierunku Oakland.
Chevette znalazła kobietę od jajek i kupiła trzy, charakterystycznie
okręcone szerokimi źdźbłami suchej trawy. Czary. Wyglądały tak ładnie,
że żal było je odwijać, a potem nie dało się ich ponownie zawinąć ani
dojść do tego, jak to zrobić. Kobieta wzięła od niej piątaka i wrzuciła
go do małego woreczka zawieszonego na chudej jaszczurczej szyi. Nie
miała ani jednego zęba, a jej twarz była gniazdem zmarszczek
zbiegających się przy wilgotnej szczelinie ust.
Skinner siedział przy stole, kiedy wróciła. Raczej była to półka niż
stół. Pił kawę z pogiętej stalowej zakrętki termosu. Jeśli się tak
weszło i go zobaczyło, nie od razu można było zauważyć, jaki jest stary;
był tylko wielki - ręce, ramiona, wszystkie kości miał po prostu
wielkie. Siwe włosy nad czołem pokrytym kolekcją zbieranych przez całe
życie blizn, szram i plamek przypominających tatuaże w miejscach, gdzie
brud dostał się do rany.
Odwinęła jajka, niszcząc czar handlarki, po czym włożyła je do
plastikowej miski. Skinner podniósł się z trzeszczącego krzesła,
krzywiąc się, gdy opierał ciężar ciała na chorej nodze. Podała mu
miseczkę, a on odwrócił się do Colemana. Robił jajecznicę bez tłuszczu,
tylko na odrobinie wody. Mówił, że nauczył się tego od pewnego kucharza
okrętowego. Jajecznica wychodziła nieźle, ale trudno było potem domyć
patelnię, co należało do Chevette. Kiedy wbijał jajka, podeszła do
kurtki na wieszaku i wyjęła futerał.
Nie miała pojęcia, z czego jest zrobiony, co oznaczało, że jest drogi.
Jakiś ciemnoszary materiał, jak wkład w ołówku, cienki jak skorupka
jednego z tych jajek, ale pewnie można by przejechać po nim ciężarówką.
Tak jak po jej rowerze. Poprzedniej nocy doszła do tego, jak się go
otwiera; palec wskazujący tu, kciuk tam i już. Żadnego zatrzasku, żadnej
sprężyny. A także żadnego znaku firmowego ani numeru patentu. Wnętrze
wyścielone czymś podobnym do czarnego zamszu, ale uginającym się pod
palcami jak pianka.
W środku te okulary. Wielkie i czarne. Tak jak ten Orbison na plakacie
przyczepionym do ściany u Skinnera, czarny i biały. Skinner powiedział,
że najlepszy sposób, żeby na zawsze przykleić plakat, to użyć zamiast
kleju skondensowanego mleka. Takiego z puszki. Już niczego nie
sprzedawano w puszkach, ale Chevette wiedziała, o co mu chodzi, a ten
dziwny facet o wielkiej twarzy zasłoniętej czarnymi okularami był mocno
przyklejony do pomalowanej na biało dykty w pokoju Skinnera.
Wyjęła je z czarnego zamszu, który natychmiast sprężyście wygładził
swoją powierzchnię.
Niepokoiły ją. Nie tylko dlatego, że je ukradła, ale za dużo ważyły.
Były o wiele za ciężkie jak na taki drobiazg, nawet z tymi grubymi
zausznikami. Oprawki wyglądały tak, jakby wycięto je z kawałków grafitu.
Może tak było, pomyślała; wokół papierowego rdzenia ramy jej roweru był
grafit - patent Asahi Engineering.
Grzechot kopyści, którą Skinner mieszał jajka.
Założyła okulary. Ciemność. Gęsta ciemność.
- Katharine Hepburn - powiedział Skinner.
Zdjęła je.
- Hm?
- W takich dużych okularach.
Wzięła zapalniczkę, którą trzymał obok Colemana, pstryknęła nią i przytrzymała przed jednym ze szkieł. Nic.
- Do czego one są, do spawania?
Nałożył jej porcję jajecznicy do aluminiowej żołnierskiej miski z wybitą
datą 1952. Postawił obok widelca i kubka z czarną kawą.
Położyła okulary na stole.
- Nic nie widać. Tylko ciemność.
Przysunęła sobie taboret z klonowego drewna i usiadła, podnosząc
widelec. Zabrała się do jajecznicy. Skinner siedział, jedząc swoją i patrząc na Chevette.
- Sowieckie - powiedział, przełknąwszy łyk kawy.
- Hm?
- Tak robili okulary w dawnych Sowietach. Mieli dwie fabryki produkujące
okulary przeciwsłoneczne - jedna zawsze robiła takie. Rzucali je do
sklepów i nikt ich nie kupował - tylko te z drugiej fabryki. Wszędzie
leżały stertami.
- Fabryka produkowała takie czarne szkła?
- Związek Sowiecki.
- Byli głupi czy co?
- To nie takie proste... Skąd je masz?
Spojrzała na swoją kawę.
- Znalazłam.
Podniosła kubek i upiła łyk.
- Pracujesz dziś?
Podniósł się, wepchnął przód koszuli do dżinsów z zardzewiałą klamrą
starego skórzanego pasa przytrzymywaną spinaczami do papieru.
- Od południa do piątej.
Podniosła okulary i obróciła je w palcach. Były zbyt ciężkie jak na taki
drobiazg.
- Muszę tu kogoś ściągnąć, żeby sprawdził zbiornik paliwa...
- Fontaine'a?
Nie odpowiedział. Włożyła okulary w czarny zamsz, zamknęła futerał,
wstała, zaniosła naczynia do zlewozmywaka. Spojrzała przez ramię na
leżący na stole futerał.
Lepiej je wyrzucę, pomyślała.