Trylogia mostu - William Gibson

Kup ebooka

45.00 zł
38.25 zł (36,41 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

9. Gdy zawo­dzi dyplo­ma­cja

9

Gdy zawo­dzi dyplo­ma­cja

We wto­rek Rydell wcze­snym wie­czo­rem wyle­ciał zmien­no­pła­tem z Bur­bank. Facet z San Fran­ci­sco zapła­cił za lot; kazał nazy­wać się Fred­die. Żad­nych baje­rów w opar­ciu sie­dze­nia samo­lotu CalAir, a pasa­że­ro­wie zde­cy­do­wa­nie kiep­skiej kate­go­rii. Dzieci pła­kały. Dostał miej­sce przy oknie. Na szy­bie tęcza barw w smu­dze olejku do wło­sów jakie­goś poprzed­niego pasa­żera: Val­ley. Tur­ku­sowe głę­bie kilku oca­la­łych base­nów, roz­świe­tlona powierzch­nia wody. Tępy ból ręki.

Zamknął oczy. Zoba­czył ojca przy kuchen­nym zle­wie mobil home'u na Flo­ry­dzie, myją­cego szklankę. W tym wła­śnie momen­cie z pew­no­ścią już rosła w nim śmierć, co było usta­lo­nym fak­tem, przej­ściem pew­nej linii. Ojciec mówił o swoim bra­cie, wuju Rydella, trzy lata młod­szym i nie­ży­ją­cym od pię­ciu lat, który kie­dyś przy­słał Rydel­lowi pod­ko­szu­lek z Afryki. Woj­skowe znaczki na koper­cie z miękką wyściółką. Jeden z tych daw­nych bom­bow­ców, B-52 i GDY ZAWO­DZI DYPLO­MA­CJA.

- Myśli pan, że to Coast High­way?

Otwo­rzył oczy i zoba­czył star­szą panią nachy­la­jącą się przez niego, żeby zer­k­nąć przez war­stewkę olejku do wło­sów. Jak pani Arm­bru­ster w pią­tej kla­sie; star­sza, niż byłby teraz jego ojciec.

- Nie wiem - rzekł Rydell. - Moż­liwe. Wszyst­kie ulice wyglą­dają dla mnie tak samo. Chcę powie­dzieć - dodał - że nie jestem stąd.

Uśmiech­nęła się do niego, zapa­da­jąc z powro­tem w obję­cia cia­snego fotela. Zupeł­nie podobna do pani Arm­bru­ster. Takie same kosz­marne połą­cze­nie twe­edu, oks­fordz­kiego szyku, płasz­cza z koca w stylu Santa Fe. Te stare damy z ich solid­nymi buci­kami na gru­bych pode­szwach.

- Jak my wszy­scy. - Wycią­gnęła rękę i pokle­pała go po opię­tym khaki kola­nie. - W dzi­siej­szych cza­sach.

Kevin powie­dział, że może sobie zatrzy­mać spodnie.

- Uhm - powie­dział Rydell, roz­pacz­li­wie maca­jąc ręką w poszu­ki­wa­niu przy­ci­sku odchy­la­ją­cego fotel, tego wklę­słego sta­lo­wego guziczka cze­ka­ją­cego, aby opu­ścić go do pół­le­żą­cej pozy­cji. Zamknął oczy.

- Lecę do San Fran­ci­sco, żeby asy­sto­wać przy prze­no­si­nach mojego nie­bosz­czyka męża do mniej­szej jed­nostki krio­ge­nicz­nej - powie­działa. - Jed­nej z tych, które ofe­rują indy­wi­du­alne moduły prze­cho­waw­cze. Prasa fachowa nazywa je "buti­kami", cho­ciaż to brzmi śmiesz­nie.

Rydell zna­lazł przy­cisk i odkrył, że fotele CalAir pozwa­lają zale­d­wie na dzie­się­cio­cen­ty­me­trowe odchy­le­nie.

- Jest w krio już od dzie­wię­ciu lat, ale ni­gdy nie podo­bało mi się, że jego mózg wci­snęli mię­dzy inne. Zawi­nięty w folię. Czy to nie koja­rzy się z pie­cze­niem ziem­nia­ków?

Rydell otwo­rzył oczy. Usi­ło­wał wymy­ślić jakąś odpo­wiedź.

- Albo susze­niem teni­só­wek w suszarce - cią­gnęła. - Wiem, że zamra­żają je na kość, ale to jakoś wcale nie wygląda na spo­czy­nek, prawda?

Rydell wpa­try­wał się w opar­cie fotela. Gładki pla­stik. Szary. Nawet bez tele­fonu.

- Oczy­wi­ście, te mniej­sze firmy nie mogą obie­cać niczego nowego w dzie­dzi­nie ewen­tu­al­nego prze­bu­dze­nia. Jed­nak mam wra­że­nie, że zapew­niają wię­cej god­no­ści. A przy­naj­mniej tego, co ja uwa­żam za god­ność.

Rydell zer­k­nął w bok. Pochwy­ciła jego spoj­rze­nie: orze­chowe oczy, zagu­bione w labi­ryn­cie drob­niut­kich zmarsz­czek.

- I na pewno nie zoba­czę tego, jak go odmrożą czy zro­bią cokol­wiek, co kie­dyś będą musieli. Nie wie­rzę w to. Wciąż się o to spie­ra­li­śmy. Myśla­łam o tych wszyst­kich milio­nach umar­łych, corocz­nej licz­bie zgo­nów w naprawdę bied­nych kra­jach. "Dawi­dzie - mówi­łam jak możesz myśleć o czymś takim, pod­czas gdy więk­szość ludzi żyje w miesz­ka­niach bez kli­ma­ty­za­cji?".

Rydell otwo­rzył usta i je zamknął.

- Ja jestem człon­kiem rze­czy­wi­stym Końca o Pół­nocy.

Rydell nie miał poję­cia, co w tym przy­padku ozna­czał ter­min "czło­nek rze­czy­wi­sty", ale Koniec o Pół­nocy było sto­wa­rzy­sze­niem zwo­len­ni­ków euta­na­zji, zde­le­ga­li­zo­wa­nym w Ten­nes­see. Mimo to dzia­łało i tam, a ktoś z kole­gów poli­cjan­tów mówił mu, że jego człon­ko­wie czę­sto zosta­wiali mleko i cia­steczka dla załóg ambu­lan­sów. Prze­waż­nie robili to w osiem lub dzie­więć osób. KoP. Sani­ta­riu­sze nazy­wali to "kopem". Samo­bójcy zaży­wali mie­szankę legal­nie naby­wa­nych leków. Bez szpasu i hałasu. Czy­ściutko.

- Pani wyba­czy - rzekł Rydell - ale muszę się tro­chę zdrzem­nąć.

- Nie krę­puj się, młody czło­wieku. Wyglą­dasz na zmę­czo­nego.

Rydell zamknął oczy, odchy­lił głowę w tył i pozo­stał w tej pozy­cji do czasu, aż wyczuł, że wir­niki zwal­niają przed lądo­wa­niem.

***

- Tommy Lee Jones - powie­dział czar­no­skóry. Włosy miał przy­strzy­żone w kształ­cie odwró­co­nej do góry dnem donicy, z wyciętą z boku spi­ralą. Coś jak fez Shri­nera, tylko bez chwo­stu. Miał około pięć stóp wzro­stu i za duża o trzy numery koszula spra­wiała, że wyda­wał się rów­nie sze­roki. Koszula była cytry­no­wo­żółta z nadru­kiem uka­zu­ją­cym roz­ma­ite pisto­lety w natu­ral­nych bar­wach i roz­mia­rach. Nosił obszerne gra­na­towe szorty się­ga­jące mu dobrze za kolana, skar­petki Raider­sów, adi­dasy z czer­wo­nymi lamp­kami osa­dzo­nymi wzdłuż kra­wę­dzi pode­szew oraz lustrzane oku­larki ze szkłami wiel­ko­ści pię­cio­do­la­ró­wek.

- Pomyłka - powie­dział Rydell.

- Nie, czło­wieku, ale wyglą­dasz tak jak on.

- Jak kto?

- Tommy Lee Jones.

- Kto?

- To był taki aktor, czło­wieku.

Przez moment Rydell pomy­ślał, że facet jest od Wie­leb­nego Fal­lona. Nawet nosił takie oku­lary jak szkła kon­tak­towe Sub­letta.

- Ty jesteś Rydell. Prze­pu­ści­li­śmy cię przez "Roz­dzie­lo­nych po naro­dzi­nach".

- Jesteś Fred­die?

"Roz­dzie­leni po naro­dzi­nach" to poli­cyjny pro­gram uży­wany w przy­padku zagi­nięć. Ska­no­wało się fotkę poszu­ki­wa­nej osoby, wybie­rało pół tuzina podob­nych do niej zna­nych oso­bi­sto­ści, a potem wypy­ty­wało się ludzi, czy widzieli ostat­nio kogoś podob­nego do A, B, C... Naj­dziw­niej­sze było to, że ta metoda dawała lep­sze efekty niż poka­zy­wa­nie samego zdję­cia poszu­ki­wa­nego. Instruk­tor Aka­de­mii w Kno­xville powie­dział kla­sie Rydella, że dzieje się tak w wyniku odwo­ła­nia do tej czę­ści mózgu, która prze­cho­wuje dane o zna­nych oso­bi­sto­ściach. Rydell myślał o tym jako o mózgo­wym pła­cie gwiazd fil­mo­wych. Czy ludzie naprawdę mieli coś takiego? Może Sub­lett miał bar­dzo roz­wi­nięty taki płat. Jed­nak kiedy na Aka­de­mii wpro­wa­dzili Rydella do tego pro­gramu, wyszło mu, że jest bliź­nia­czo podobny do Howiego Clac­tona, roz­gry­wa­ją­cego z Atlanty - nie przy­po­mi­nał sobie żad­nego Tommy'ego Lee Jonesa. Jed­nak do Howiego Clac­tona też nie był podobny.

Ten cały Fred­die wycią­gnął bar­dzo miękką rękę i Rydell potrzą­snął nią.

- Masz bagaż? - zapy­tał Fred­die.

- Tylko to. - Pod­niósł walizkę.

- Pan War­baby jest tam - powie­dział Fred­die, ruchem głowy wska­zu­jąc wyj­ście, gdzie umun­du­ro­wany chi­langa spraw­dzał wycho­dzą­cym bilety. Opo­dal cze­kał inny czar­no­skóry facet, rów­nie bar­czy­sty jak Fred­die, ale wyglą­da­jący na dwu­krot­nie wyż­szego.

- Duży facet.

- Uhm - odparł Fred­die - i lepiej nie każmy mu cze­kać. Boli go dziś noga, ale uparł się, żeby przyjść tutaj z par­kingu i się przy­wi­tać.

Pod­cho­dząc do wyj­ścia i poda­jąc straż­ni­kowi bilet, Rydell mie­rzył wzro­kiem cze­ka­ją­cego. Był ogromny, miał ponad sześć stóp wzro­stu, ale naj­bar­dziej ude­rza­jący był ota­cza­jący go spo­kój, a także lekki smu­tek na jego twa­rzy. Taki wyraz malo­wał się na twa­rzy czar­nego księ­dza, któ­rego ojciec kazał wezwać w ostat­nich chwi­lach życia. Patrzy­łeś w twarz tego kapłana i mia­łeś wra­że­nie, że widział już każdą cho­ler­nie smutną rzecz na tym świe­cie, więc może nawet mógł­byś uwie­rzyć w to, co mówił. Przy­naj­mniej tak zro­bił ojciec Rydella - być może cho­ciaż tro­szeczkę.

- Lucius War­baby - rzekł, wyj­mu­jąc naj­więk­sze ręce, jakie Rydell widział w życiu, z głę­bo­kich kie­szeni dłu­giego oliw­ko­wego płasz­cza z nabi­ja­nego dia­men­tami jedwa­biu, gło­sem tak głę­boko baso­wym, że suge­ru­ją­cym pod­dźwięki. Rydell spoj­rzał na podaną dłoń i zoba­czył na niej jeden z tych sta­ro­mod­nych zło­tych sygne­to­ka­ste­tów z uło­żo­nym sze­ry­fo­wymi kapi­ta­li­kami z dia­men­ci­ków napi­sem WAR­BABY.

Rydell uści­snął ją, zamy­ka­jąc palce na dia­men­tach i zło­cie.

- Miło mi pana poznać, panie War­baby.

War­baby nosił czar­nego Stet­sona, ide­al­nie równo tkwią­cego na gło­wie, z mocno wywi­nię­tym ron­dem, oraz oku­lary w gru­bych czar­nych opraw­kach. Jasne szkła, prze­zro­czy­ste jak szkło wysta­wowe. Oczy za nimi mogły nale­żeć do Chiń­czyka lub jakie­goś zwie­rzę­cia: kocie, sko­śne, bar­dzo zło­to­brą­zowe. Pod­pie­rał się jedną z tych regu­lo­wa­nych kul, które dają w szpi­ta­lach. Jego lewa noga tkwiła w węglo­wej szy­nie wyście­lo­nej dużymi ciem­no­nie­bie­skimi wkład­kami z nylonu. Wąskie czarne dżinsy, zupeł­nie nowe i jesz­cze nie­sprane, tkwiły w błysz­czą­cych jak lustro tek­sań­skich butach w trzech odcie­niach czerni.

- Juanito mówi, że jesteś nie­złym kie­rowcą - powie­dział War­baby, jakby to była naj­smut­niej­sza rzecz, jaką kie­dy­kol­wiek usły­szał. Rydell ni­gdy nie sły­szał, żeby ktoś tak nazy­wał Her­nan­deza. - Mówi, że nie znasz tego terenu...

- Zga­dza się.

- Z dru­giej strony - cią­gnął War­baby - nikt tutaj nie zna cie­bie. Weź jego bagaż, Fred­die.

Fred­die z wyraźną nie­chę­cią wziął miękką walizkę Rydella, jakby nie chciał, żeby ktoś zoba­czył, że to robi.

Ręka z kaste­tem spo­częła na ramie­niu Rydella. Pier­ścień zda­wał się ważyć dwa­dzie­ścia fun­tów.

- Juanito powie­dział ci coś o tym, czym się tu zaj­mu­jemy?

- Mówił o kra­dzieży w hotelu. Powie­dział, że Inten­Se­cure zatrud­nia nas na zasa­dzie kon­traktu...

- Kra­dzież, tak.

War­baby wyglą­dał tak, jakby trzy­mał na bar­kach cały moralny cię­żar Wszech­świata i był zde­cy­do­wany go udźwi­gnąć.

- Coś zgi­nęło. A teraz... wszystko bar­dzo się skom­pli­ko­wało.

- Dla­czego?

War­baby wes­tchnął.

- Czło­wiek, któ­remu to zgi­nęło, nie żyje.

Jesz­cze coś w tych oczach.

- Jak umarł? - spy­tał Rydell, gdy w końcu złoty cię­żar spadł mu z ramie­nia.

- Zabój­stwo - odparł War­baby cicho i spo­koj­nie, ale bar­dzo wyraź­nie.

***

- Zasta­na­wiasz się nad moim nazwi­skiem - powie­dział War­baby z tyl­nego sie­dze­nia czar­nego forda Patriota.

- Zasta­na­wiam się, gdzie wetknąć klu­czyk, panie War­baby - rzekł Rydell zza kie­row­nicy, oglą­da­jąc wie­lo­funk­cyjną kon­solę. Ame­ry­kań­skie wozy były jedy­nymi pojaz­dami na świe­cie, w któ­rych na­dal umiesz­czano ana­lo­gowe wskaź­niki. Może dla­tego nie było ich tak wiele. Tak jak tych Har­leyów z łań­cu­cho­wym napę­dem.

- Moja babka - zagrzmiał War­baby jak płyta tek­to­niczna odry­wa­jąca się i rusza­jąca w stronę Chin - była Wiet­namką. Dzia­dek - chło­pa­kiem z Detroit. Woj­sko­wym. Przy­wiózł ją do domu z Saj­gonu, ale potem znik­nął. Mój ojciec, a jego syn, zmie­nił sobie nazwi­sko na War­baby, rozu­miesz? Taki gest. Sen­ty­men­talny.

- Umh - mruk­nął Rydell, uru­cha­mia­jąc wiel­kiego forda i spraw­dza­jąc obroty. Saj­gon to miej­sce, gdzie bogaci jeż­dżą na waka­cje.

Napęd na cztery koła. Cera­miczny pan­cerz. Opony Goody­ear Stre­et­swe­epers, które można prze­strze­lić tylko z armaty. Przed kratką ter­mo­wen­ty­la­tora wisiał kar­to­nowy odświe­żacz powie­trza w kształ­cie cho­inki.

- Nato­miast nie potra­fię ci wyja­śnić, dla­czego aku­rat Lucius.

- Panie War­baby - powie­dział Rydell, oglą­da­jąc się przez ramię - dokąd mam pana zawieźć?

Pisk modemu na kon­soli.

Fred­die, roz­party w mięk­kim fotelu obok Rydella, gwizd­nął.

- O kurwa, ale paskud­nie!

Rydell odwró­cił się do niego i spoj­rzał na wysu­wa­jący się faks: gruby męż­czy­zna, nagi, na mokrej od krwi pościeli. Całe kałuże krwi, w któ­rej roz­bły­ski foto­gra­ficz­nych fle­szy zasty­gły jak miraże słońca.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Lśniące ciała olbrzy­mów

1

Lśniące ciała olbrzy­mów

Kurier przy­ci­ska czoło do warstw szkła, argonu, prze­ciw­u­da­ro­wego pla­stiku. Patrzy na patro­lo­wiec, jak polu­jąca osa prze­ci­na­jący w oddali niebo nad mia­stem, ze śmier­cią pod­wie­szoną pod odwło­kiem w gład­kim czar­nym koko­nie.

Kilka godzin wcze­śniej na pół­nocne przed­mie­ścia spa­dły rakiety; sie­dem­dzie­siąt trzy ofiary, jesz­cze nikt nie przy­znał się do zama­chu. Tym­cza­sem tutaj lustrzane zik­ku­raty przy Lazaro Car­de­nas bły­skają jak lśniące ciała olbrzy­mów, śląc nocne salwy snów cze­ka­ją­cym ave­ni­das - biz­nes jak zwy­kle, świat bez końca.

Powie­trze za oknem ota­cza każde źró­dło świa­tła słabą wątro­bianą otoczką, nie­zdrową żół­cią, nie­po­strze­że­nie prze­cho­dzącą w brą­zo­wawą poświatę. Drobne suche płatki brud­nego śniegu, kłę­bią­cego się nad ście­kami, osia­dły na soczew­kach nocy.

Zamknąw­szy oczy, zapada w cichy szum kli­ma­ty­za­tora. Wyobraża sobie, że znaj­duje się w Tokio, a ten pokój jest w jakimś nowym skrzy­dle sta­rego hotelu Impe­rial. Widzi sie­bie na uli­cach Chiy­oda-ku, pod cicho wzdy­cha­ją­cymi pocią­gami. Czer­wone papie­rowe lam­piony wzdłuż wąskiej uliczki.

Otwiera oczy.

Mexico City wciąż tu jest.

Osiem pustych bute­le­czek, pla­sti­ko­wych minia­tu­rek, stoi rów­nym rzę­dem na skraju sto­lika do kawy; japoń­ska wódka Come Back Sal­mon, o nazwie bar­dziej draż­nią­cej niż pozo­sta­wiany przez nią smak.

Na ekra­nie nad kon­solą cze­kają na niego pticzki, zasty­głe kre­mowe ciała. Kiedy pod­nosi pilota zdal­nego ste­ro­wa­nia, wydatne kości policz­kowe kobiet zakrzy­wiają się w prze­strzeni za jego oczami. Ich mło­dzi kochan­ko­wie jak zawsze biorą je od tyłu, noszą czarne skó­rzane ręka­wiczki. Sło­wiań­skie rysy, przy­wo­łu­jące frag­menty nie­chcia­nych wspo­mnień z dzie­ciń­stwa: smród ście­ków, stal łomo­cząca o stal pod roz­ko­ły­sa­nym pocią­giem, wyso­kie stare sufity miesz­ka­nia z wido­kiem na skuty mro­zem park.

Dwa­dzie­ścia osiem pery­fe­ryj­nych ekra­nów ota­cza kopu­lu­ją­cych z powagą Rosjan; na jed­nym dostrzega posta­cie zno­szone z czar­nego od dymu pokładu azja­tyc­kiego promu.

Otwiera kolejną bute­leczkę.

Teraz pticzki, poru­sza­jąc gło­wami jak tło­kami dobrze naoli­wio­nej maszyny, obcią­gają swym aro­ganc­kim, zaję­tym wyłącz­nie sobą kochan­kom. Uję­cia przy­po­mi­nają świet­ność sowiec­kiej kine­ma­to­gra­fii socre­ali­stycz­nej.

Prze­suwa spoj­rze­nie na pro­gnozę pogody NHK. Front niskiego ciśnie­nia prze­cho­dzi nad Kan­sas. Obok jakaś upior­nie cicha islam­ska sta­cja w nie­skoń­czo­ność powta­rza imię Boga kali­gra­ficz­nym pismem opar­tym na gra­fice frak­tali.

Pije wódkę.

Ogląda tele­wi­zję.

***

Po pół­nocy, na skrzy­żo­wa­niu Liver­pool i Flo­ren­cia, spo­gląda na Różową Strefę z tyl­nego sie­dze­nia bia­łej łady, z nano­po­ro­wym szwedz­kim respi­ra­to­rem draż­nią­cym mu świeżo ogo­lony pod­bró­dek.

Każdy mija­jący go ma zama­sko­waną twarz, wargi i noz­drza ukryte pod fil­trami. Nie­które, z oka­zji Dnia Zmar­łych, przy­po­mi­nają srebrno-pacior­ko­wate szczęki szcze­rzą­cych zęby cza­szek. Jaką­kol­wiek przyj­mują formę, wszy­scy ich wytwórcy wygła­szają te same wąt­pliwe, kłam­liwe zapew­nie­nia o zabez­pie­cze­niu przed wiro­idami.

Chciał uciec przed rutyną, może zna­leźć coś pięk­nego lub inte­re­su­ją­cego, ale tutaj są tylko zama­sko­wane twa­rze, jego strach i świa­tła.

Z Ave­nida Cha­pul­te­pec powoli wyjeż­dża stary ame­ry­kań­ski samo­chód, wyka­słu­jąc obłoczki tlenku węgla spod nade­rwa­nego zde­rzaka. Cały jest pokryty żywicą barwy coli i kawa­łecz­kami potłu­czo­nych luster; widać tylko przed­nią szybę, czarną i szkli­stą, nie­przej­rzy­stą jak plama atra­mentu, przy­po­mi­na­jącą mu śmier­cio­no­śny kokon patro­lowca. Czuje nara­sta­jący strach, bez­sen­sowny, nie­uza­sad­niony, jaki budzi w nim ten kar­na­wa­łowy duch cadil­laca, tego spa­la­ją­cego ropę zabytku w spek­tral­nej sza­cie barwy przy­dy­mio­nego sre­bra. Dla­czego pozwa­lają mu zanie­czysz­czać i tak już brudne powie­trze? I kto tam sie­dzi w środku, za tą czarną szybą?

Drżąc, obser­wuje prze­jeż­dża­jący pojazd.

- Ten wóz...

Stwier­dza, że impul­syw­nie pochyla się i mówi do kie­rowcy o sze­ro­kim brą­zo­wym karku i wiel­kich uszach, prze­dziw­nie koja­rzą­cych się z repro­duk­cjami zabyt­ko­wych naczyń rekla­mo­wa­nych na jed­nym z kana­łów hote­lo­wej tele­wi­zji.

- El coche - mówi kie­rowca, który nie nosi maski, odwra­ca­jąc się, jakby dopiero teraz dostrzegł kuriera. Ten widzi, jak pokryty lustrami cadil­lac roz­bły­ska raz, na krótki moment, odbi­tym rubi­nem lasera noc­nego klubu i znika.

Kie­rowca patrzy na niego.

Kurier każe mu wra­cać do hotelu.

***

Budzi się ze snu peł­nego meta­licz­nych gło­sów w wynio­słych halach jakie­goś euro­pej­skiego lot­ni­ska, odle­głych postaci dostrze­żo­nych w nie­mym rytu­ale odjazdu.

Ciem­ność. Syk kli­ma­ty­za­tora.

Mięk­kość baweł­nia­nej pościeli. Tele­fon pod poduszką. Odgłosy ulicz­nego ruchu stłu­mione przez wypeł­nione gazem okna. Opusz­czają go całe napię­cie i strach. Przy­po­mina sobie o barze w atrium. Muzyka. Twa­rze.

Ma poczu­cie wewnętrz­nego uko­je­nia, nie­zwy­kle rzad­kiego stanu rów­no­wagi. Tylko tyle wie o spo­koju.

Och, tak, oku­lary są tutaj, wepchnięte obok tele­fonu. Wyj­muje je i otwiera oprawkę, z przy­jem­no­ścią obar­czoną poczu­ciem winy, któ­rej nie może pozbyć się od Pragi.

Kocha ją od bli­sko dzie­się­ciu lat, cho­ciaż nie myśli o tym w taki spo­sób. Jed­nak ni­gdy nie kupił innego software'u i czarna pla­sti­kowa oprawka stra­ciła połysk. Numer na kase­cie jest już nie­czy­telny, wytarty do bia­ło­ści doty­kiem jego rąk. Tyle pokoi takich jak ten.

Od dawna wolał cie­szyć się nią w ciszy. Nie uży­wał ryczą­cych dousz­nych słu­cha­wek. Nauczył się pod­kła­dać wła­sny tekst, szep­cząc do niej, pośpie­sza­jąc przez nie­po­radne nazwy i oblane księ­ży­cem wyżyny cze­goś, co nie jest Hol­ly­wood ani Rio, lecz jakąś nie­ostrą cyfrową eks­tra­po­la­cją obu.

Ona czeka na niego zawsze w bia­łym domku przy dro­dze bie­gną­cej kanio­nem. Świece. Wino. Czarna suk­nia z dże­tami pasuje do jej ide­al­nej skóry, jakże bia­łej, naprę­żone udo opięte gładko i ści­śle mate­ria­łem jak brzuch węża.

Daleko, pod baweł­nianą pościelą, jego ręce zaczy­nają się poru­szać.

Potem, gdy zapada w sen zupeł­nie innej jako­ści, tele­fon pod jego poduszką odgrywa cichą i krótką melo­dyjkę.

- Tak?

- Potwier­dzam rezer­wa­cję na lot do San Fran­ci­sco - mówi ktoś, kobieta lub maszyna. Naci­ska kla­wisz, zapi­su­jąc numer lotu, mówi dobra­noc i zamyka oczy przed upar­tym świa­tłem sączą­cym się przez czarne bariery zasłon.

Obej­mują go jej białe ramiona. Wieczna jasno­włosa.

Zasy­pia.

2. Krą­żąc Gun­he­adem

2

Krą­żąc Gun­he­adem

Pojazdy Inten­Se­cure puco­wano co trzy zmiany. Robiono to w tej wiel­kiej myjni samo­cho­do­wej nie­da­leko Colby; dwa­dzie­ścia warstw ręcz­nie wcie­ra­nej Wet Honey Sienna spra­wiało, że wyglą­dały jak nowe.

Tego listo­pa­do­wego wie­czoru, gdy Repu­blika Żądzy zakoń­czyła jego karierę w zbroj­nej ochro­nie, Berry Rydell przy­był tam tro­chę wcze­śniej.

Lubił uno­szący się w środku zapach. To ten różowy pre­pa­rat, który doda­wali do wody, żeby zmyć war­stwę kurzu; ta woń przy­po­mi­nała mu let­nią pracę w Kno­xville, przed ostat­nim rokiem nauki w szkole. Robili luk­su­sowe apar­ta­menty w sko­ru­pie wiel­kiego sta­rego budynku Safe­way przy Jef­fer­son Davis. Archi­tekci chcieli, żeby beto­nowe ściany wyglą­dały w pewien szcze­gólny spo­sób; by miały szarą barwę, lecz ze śla­dami sta­rej różo­wej farby w pęk­nię­ciach i wgłę­bie­niach. Byli z Mem­phis i nosili czarne gar­ni­tury oraz białe baweł­niane koszule. Te koszule naj­wi­docz­niej kosz­to­wały wię­cej niż gar­ni­tury, a przy­naj­mniej tyle samo, a oni ni­gdy nie nosili kra­wa­tów ani nie roz­pi­nali guzi­ków pod szyją. Rydell doszedł do wnio­sku, że wła­śnie tak ubie­rają się archi­tekci; teraz miesz­kał w L.A. i wie­dział, że miał rację. Pod­słu­chał, jak jeden z nich wyja­śniał bry­ga­dzi­ście, iż to, co robili, to uka­za­nie inte­gral­no­ści przej­ścia mate­riału przez czas. Uznał, że to praw­do­po­dob­nie bzdura, ale i tak spodo­bało mu się brzmie­nie tych słów; tak jak to, co w tele­wi­zji działo się ze sta­rymi ludźmi.

Jed­nak w rze­czy­wi­sto­ści pole­gało to na zdej­mo­wa­niu więk­szo­ści tej gów­nia­nej sta­rej farby z wielu tysięcy metrów kwa­dra­to­wych rów­nie gów­nia­nego betonu, co robiono za pomocą oscy­lu­ją­cej dyszy umiesz­czo­nej na końcu dłu­giej ręko­je­ści ze stali nie­rdzew­nej. Jeśli bry­ga­dzi­sta nie patrzył, mogłeś wyce­lo­wać w innego chło­paka, puścić trzy­dzie­sto­sto­powy koguci ogon kłu­ją­cej tęczy i zmyć mu z twa­rzy krem z fil­trem. Rydell i jego kole­dzy nosili austra­lij­skie kom­bi­ne­zony w zde­cy­do­wa­nych bar­wach, więc było widać, gdzie tra­fiasz, a gdzie nie. Jed­nak musia­łeś dobrze oce­nić odle­głość, bo z bli­ska stru­mień cie­czy mógł zedrzeć chrom ze zde­rzaka. Rydell i Buddy Crig­ger zostali w końcu wylani za to, a wtedy prze­szli przez Jeff Davis do piwiarni i Rydell spę­dził noc z dziew­czyną z Key West - wtedy po raz pierw­szy spał z kobietą.

Teraz był w Los Ange­les, jadąc sze­ścio­ko­ło­wym Hot­spu­rem Hus­sa­rem pokry­tym dwu­dzie­stoma war­stwami ręcz­nie pole­ro­wa­nego lakieru. Hus­sar był opan­ce­rzo­nym land rove­rem, który mógł wycią­gnąć sto czter­dzie­ści na pro­stej, gdy­byś zna­lazł wolny odci­nek i zdą­żył przy­śpie­szyć. Her­nan­dez, dowódca jego zmiany, mówił, że Angli­kom nie należy powie­rzać kon­stru­owa­nia niczego bar­dziej skom­pli­ko­wa­nego od kape­lu­sza, o ile ma to dzia­łać w razie potrzeby; twier­dził, że Inten­Se­cure powinna kupić wozy izra­el­skie lub przy­naj­mniej bra­zy­lij­skie, a poza tym czy do zapro­jek­to­wa­nia wozu bojo­wego potrzeba Ral­pha Lau­rena?

Rydell nie potra­fił na to odpo­wie­dzieć, ale te war­stwy farby były zde­cy­do­wa­nym prze­gię­ciem. Podej­rze­wał, że miały koja­rzyć się ludziom z wiel­kimi brą­zo­wymi cię­ża­rów­kami Uni­ted Par­cel, a jed­no­cze­śnie wyglą­dać jak coś, co widzi się w kościele epi­sko­pal­nym. Nie­rzu­ca­jące się w oczy logo firmy. Powścią­gliwe.

Ludzie pra­cu­jący w myjni byli prze­waż­nie emi­gran­tami z Mon­go­lii, któ­rzy jako nowo przy­byli mieli pro­blem ze zna­le­zie­niem lep­szej pracy. Pra­cu­jąc, pod­śpie­wy­wali gar­dłowo, nie poru­sza­jąc ustami, a on lubił tego słu­chać. Nie miał poję­cia, jak to robią; dźwięk przy­po­mi­nał odgłosy wyda­wane przez żaby nadrzewne, ale dwie naraz.

Teraz prze­cie­rali rzędy chro­mo­wa­nych wypu­kło­ści na bur­tach. Te wybrzu­sze­nia miały pod­trzy­my­wać elek­tryczną siatkę prze­ciw demon­stran­tom i pokryto je chro­mem tylko dla fasonu. Pojazdy w Kno­xville też były zelek­try­fi­ko­wane, ale dodat­kowo wypo­sa­żone w sys­tem zra­sza­nia zapew­nia­jący wil­got­ność burt, a tym samym znacz­nie sil­niej­szy wstrząs.

- Pod­pisz tu - powie­dział szef per­so­nelu, cichy czarny chło­pak nazwi­skiem Ander­son. Był stu­den­tem medy­cyny - w dzień - i zawsze wyglą­dał tak, jakby nie spał przez dwie ostat­nie noce.

Rydell wziął notat­nik oraz pióro świetlne i zło­żył pod­pis. Ander­son wrę­czył mu klu­czyki.

- Powi­nie­neś tro­chę odpo­cząć - rzekł Rydell. Ander­son uśmiech­nął się słabo. Rydell pod­szedł do Gun­he­ada, deak­ty­wu­jąc alarm w drzwicz­kach.

Ktoś napi­sał w środku GUN­HEAD - zie­lo­nym pisa­kiem na panelu nad przed­nią szybą. Nazwa przy­jęła się, głów­nie dla­tego, że podo­bała się Sub­let­towi. Sub­lett był Tek­sań­czy­kiem, uchodźcą z jakie­goś upior­nego obo­zo­wi­ska przy­czep cam­pin­go­wych zaj­mo­wa­nych przez wide­osektę. Mówił, że jego matka szy­ko­wała się, by sprze­dać jego tyłek kościo­łowi - cokol­wiek miało to ozna­czać.

Sub­lett nie palił się, żeby o tym mówić, ale Rydell doszedł do wnio­sku, że ci ludzie uznali wideo za ulu­biony śro­dek prze­kazu Pana, a ekran za rodzaj wiecz­nie gore­ją­cego krzewu.

- On jest w szcze­gó­łach - powie­dział kie­dyś Sub­lett. - Trzeba go tylko dobrze poszu­kać.

Jaką­kol­wiek formę przy­bie­rała ta wiara, Sub­lett nie­wąt­pli­wie obej­rzał wię­cej pro­gra­mów tele­wi­zyj­nych niż kto­kol­wiek ze zna­nych Rydel­lowi osób, głów­nie sta­rych fil­mów na kana­łach nie­na­da­ją­cych niczego innego. Sub­lett powie­dział, że Gun­head to nazwa auto­ma­tycz­nego pojazdu opan­ce­rzo­nego w japoń­skim fil­mie o potwo­rach. Her­nan­dez uwa­żał, że Sub­lett sam napi­sał tam tę nazwę. Sub­lett zaprze­czał. Her­nan­dez kazał zetrzeć napis. Sub­lett zigno­ro­wał pole­ce­nie. Napis wciąż tam wid­niał, ale Rydell wie­dział, że Sub­lett jest zbyt wiel­kim lega­li­stą, aby popeł­nić taki akt wan­da­li­zmu, a poza tym atra­ment pisaka mógł go zabić.

Sub­lett miał paskudną aler­gię. Był uczu­lony na roz­ma­ite środki czysz­czące i roz­pusz­czal­niki, więc ni­gdy nie dał się zabrać do myjni samo­cho­do­wej. Aler­gia powo­do­wała rów­nież świa­tło­wstręt, więc musiał nosić te lustrzane szkła kon­tak­towe. One, razem z czar­nym mun­du­rem Inten­Se­cure i jasno­blond wło­sami, nada­wały mu wygląd jakie­goś kla­nera albo nazi­stow­skiego robota. Co mogło skom­pli­ko­wać sprawy w skle­pach na Sun­set, powiedzmy o trze­ciej nad ranem, kiedy chciał tylko kupić wodę mine­ralną i colę. Jed­nak Rydell zawsze chęt­nie widział go na swo­jej zmia­nie, ponie­waż facet był zde­cy­do­wa­nie naj­mniej skłon­nym do prze­mocy najem­nym gli­nia­rzem, jakiego znał. I chyba nawet nie był stuk­nięty. Rydell uwa­żał to za dwie zde­cy­do­wane zalety. Jak chęt­nie przy­po­mi­nał Her­nan­dez, w SoCal ostrzej­sze prze­pisy regu­lo­wały to, kto może i nie może być fry­zje­rem.

Podob­nie jak Rydell, wielu człon­ków per­so­nelu Inten­Se­cure było daw­nymi poli­cjan­tami, nie­któ­rzy nawet z poli­cji Los Ange­les, a jeśli ich sto­su­nek do prze­pi­sów firmy, zaka­zu­ją­cych nosze­nia pry­wat­nej broni pod­czas służby, uznać za zna­czącą wska­zówkę, to u jego współ­pra­cow­ni­ków można było zna­leźć wszyst­kie moż­liwe rodzaje uzbro­je­nia. W drzwiach pokoju dla per­so­nelu były wykry­wa­cze metali, więc Her­nan­dez zazwy­czaj miał pełną szu­fladę noży sprę­ży­no­wych, nun­czaku, para­li­za­to­rów, kaste­tów, butów z ukry­tym ostrzem i wszyst­kiego, co wykryła bramka. Zupeł­nie jak w piąt­kowy ranek w szkole śred­niej w South Miami. Her­nan­dez wszystko odda­wał po zmia­nie, lecz rusza­jąc na wezwa­nie, mieli radzić sobie gloc­kami i mia­zga­czami.

Glocki były stan­dar­dową bro­nią poli­cyjną, liczącą co naj­mniej dwa­dzie­ścia lat, któ­rej całą cię­ża­rówkę Inten­Se­cure zaku­piła od poli­cji prze­cho­dzą­cej na amu­ni­cję bez­łu­skową. Zgod­nie z prze­pi­sami glocki powinny tkwić w pla­sti­ko­wych kabu­rach, a te nale­żało przy­mo­co­wać taśmą samo­sczepną do głów­nej kon­soli pojazdu. W razie potrzeby odry­wało się kaburę z pisto­le­tem od kon­soli i przy­cze­piało do łaty naszy­tej na mun­du­rze. Tylko po ode­bra­niu wezwa­nia wolno było wysiąść z bro­nią z pojazdu.

Mia­zgacz nawet nie był bro­nią palną, przy­naj­mniej w świe­tle prawa, jed­nak dzie­się­cio­se­kun­dową serią z nie­wiel­kiej odle­gło­ści mógł roz­bić twarz na mia­zgę. To izra­el­skie urzą­dze­nie do roz­pra­sza­nia tłumu, dzia­ła­jące na zasa­dzie wia­trówki, wystrze­li­wało jed­no­ca­lowe sze­ściany z uzy­ska­nej w wyniku recy­klingu gumy. Wyglą­dało jak rezul­tat wymu­szo­nej fuzji mię­dzy kara­bin­kiem sztur­mo­wym a prze­my­słową zszy­warką, tyle że robiono je z tego jasno­żół­tego pla­stiku. Po naci­śnię­ciu spu­stu wysy­łało stru­mień gumo­wych poci­sków. Kiedy nabrało się wprawy, można było ustrze­lić prze­ciw­nika ukry­tego za węgłem: wystar­czyło odbić je od jakiejś twar­dej powierzchni. Taka seria z bli­ska prze­ci­nała na pół arkusz sklejki, a na trzy­dzie­ści jar­dów pozo­sta­wiała wiel­kie sińce. Zgod­nie z teo­rią nie zawsze napo­tyka się uzbro­jo­nych prze­ciw­ni­ków, a uży­cie mia­zga­cza nio­sło mniej­sze nie­bez­pie­czeń­stwo uszko­dze­nia sub­skry­benta lub jego wła­sno­ści. W razie napo­tka­nia uzbro­jo­nego napast­nika pozo­sta­wał glock. Jed­nak prze­ciw­nik praw­do­po­dob­nie uży­wał bez­łu­sko­wej amu­ni­cji i broni super­au­to­ma­tycz­nej - a to już nie było czę­ścią teo­rii. Tak samo jak to, że tak dobrze uzbro­jony napast­nik zazwy­czaj bywa naćpany plą­sem, a więc zarówno nie­ludzko szybki, jak i pato­lo­gicz­nie psy­cho­tyczny.

W Kno­xville było mnó­stwo pląsu i przez to Rydell został zawie­szony w obo­wiąz­kach. Wszedł do miesz­ka­nia, w któ­rym mecha­nik nazwi­skiem Ken­neth Turvey prze­trzy­my­wał swoją przy­ja­ciółkę z dwoj­giem małych dzieci, doma­ga­jąc się roz­mowy z pre­zy­den­tem. Turvey był biały, chudy, nie­myty od mie­siąca i miał na piersi wyta­tu­owaną Ostat­nią Wie­cze­rzę. Tatuaż był cał­kiem świeży; jesz­cze nie zaczął się goić. Przez cienką war­stewkę zasy­cha­ją­cej krwi Rydell zauwa­żył, że Jezus nie ma twa­rzy. Tak samo jak wszy­scy apo­sto­ło­wie.

- Do dia­bła - powie­dział Turvey na widok Rydella. - Chcę mówić tylko z pre­zy­den­tem.

Sie­dział ze skrzy­żo­wa­nymi nogami, nagi, na kana­pie przy­ja­ciółki. Na kola­nach trzy­mał coś w rodzaju kawałka rury owi­nię­tej taśmą izo­la­cyjną.

- Pró­bu­jemy to zała­twić - rzekł Rydell. - Przy­kro nam, że to trwa tak długo, ale musimy upo­rać się z for­mal­no­ściami.

- Niech to szlag - powie­dział ze znu­że­niem Turvey - czy nikt nie rozu­mie, że speł­niam bożą misję?

Nie był zły, po pro­stu znu­żony i znie­chę­cony. Przez uchy­lone drzwi jedy­nej w tym miesz­ka­niu sypialni Rydell widział jego przy­ja­ciółkę. Leżała na ple­cach na pod­ło­dze i chyba miała zła­maną nogę. Nie widział jej twa­rzy. Kobieta się nie ruszała. Gdzie dzieci?

- Co tu masz? - zapy­tał Rydell, wska­zu­jąc przed­miot na podołku Turveya.

- To broń - odparł Turvey - i wła­śnie dla­tego muszę poroz­ma­wiać z pre­zy­den­tem.

- Ni­gdy nie widzia­łem cze­goś takiego - zary­zy­ko­wał Rydell. - Czym to strzela?

- Pusz­kami soku grejp­fru­to­wego - rzekł Turvey. - Napeł­nio­nymi cemen­tem.

- Nie żar­tu­jesz?

- Patrz - powie­dział Turvey i pod­niósł rurę do ramie­nia.

Miała zamon­to­wany zamek, bar­dzo sta­ran­nie wykoń­czony, układ spu­stowy przy­po­mi­na­jący część kom­bi­ne­rek oraz kilka ela­stycz­nych prze­wo­dów. Rydell zauwa­żył, że te ostat­nie bie­gły do wiel­kiej butli z gazem, z rodzaju tych, któ­rych nie poru­szy się bez pod­no­śnika, leżą­cej na pod­ło­dze obok kanapy.

Klę­cząc na brud­nym polie­stro­wym dywa­nie, patrzył na wylot zata­cza­ją­cej łuk rury. Była dosta­tecz­nie sze­roka, żeby wło­żyć w nią pięść. Zoba­czył, jak Turvey wyce­lo­wał przez otwarte drzwi sypialni w szafę.

- Turvey - usły­szał swój głos - gdzie te prze­klęte dzie­ciaki?

Mecha­nik naci­snął dźwi­gnię spu­stu i wybił w drzwiach szafy otwór wiel­ko­ści puszki soku grejp­fru­to­wego. Dzieci były w środku. Na pewno wrzesz­czały, cho­ciaż Rydell tego nie sły­szał. Póź­niej praw­nik Rydella argu­men­to­wał, że w tym momen­cie jego klient był nie tylko głu­chy, ale w sta­nie sonicz­nie wywo­ła­nej kata­lep­sji. Wyna­la­zek Turveya był zale­d­wie kilka decy­beli cich­szy od gra­na­tów ogłu­sza­ją­cych uży­wa­nych przez SWAT. Jed­nak Rydell nie pamię­tał tego. Nie pamię­tał, jak strze­lił Ken­ne­thowi Turvey­owi w głowę, ani niczego do chwili, gdy obu­dził się w szpi­talu. Była tam kobieta z Gli­nia­rzy w opa­łach, ulu­bio­nego pro­gramu Rydella, ale powie­działa, że nie może z nim mówić, dopóki nie poroz­ma­wia z jego agen­tem. Rydell odparł, że nie ma żad­nego. Powie­działa, że wie o tym, ale trzeba jakie­goś wezwać. Rydell leżał, myśląc o tym, ile razy oglą­dali z ojcem Gli­nia­rzy w opa­łach.

- O jakich opa­łach mówimy? - zapy­tał w końcu.

Kobieta tylko się uśmiech­nęła.

- Wszel­kich, jakie tylko przyjdą ci na myśl, Berry.

Zmru­żył oczy. Była dość ładna.

- Jak się nazy­wasz?

- Karen Men­del­sohn.

Nie wyglą­dała na miesz­kankę Kno­xville, a nawet Mem­phis.

- Jesteś z Gli­nia­rzy w opa­łach?

- Tak.

- Co dla nich robisz?

- Jestem praw­ni­kiem - odparła. Rydell nie przy­po­mi­nał sobie, żeby kie­dyś spo­tkał któ­re­goś z nich, ale po tym wypadku spo­ty­kał ich wielu.

***

Wyświe­tla­cze Gun­he­ada były nie­po­zor­nymi pro­sto­ką­tami płyn­nych krysz­ta­łów; ożyły, gdy Rydell wło­żył klu­czyk, wystu­kał kod bez­pie­czeń­stwa i spraw­dził dzia­ła­nie pod­sta­wo­wych sys­te­mów. Naj­bar­dziej lubił kamery pod tyl­nym zde­rza­kiem; dzięki nim naprawdę łatwo można było zapar­ko­wać - czło­wiek widział, gdzie się cofa. Połą­cze­nie z Gwiazdą Śmierci nie dzia­łało, kiedy byli w myjni, ponie­waż ściany budynku zawie­rały zbyt wiele stali, ale Sub­lett powi­nien utrzy­my­wać kon­takt przez mikro­słu­chawki w uchu.

W pokoju per­so­nelu Inten­Se­cure wisiał pla­kat przy­po­mi­na­jący, że taka nazwa jest nie­zgodna z poli­tyką firmy, ale i tak wszy­scy nazy­wali ją Gwiazdą Śmierci. Nawet poli­cjanci LAPD tak ją nazy­wali. Ofi­cjal­nie była Geo­sta­cjo­nar­nym Sate­litą Sił Porząd­ko­wych Połu­dnio­wej Kali­for­nii.

Obser­wu­jąc ekrany kon­soli, Rydell ostroż­nie wyco­fał wóz z budynku. Bliź­nia­cze cera­miczne sil­niki Gun­he­ada były dosta­tecz­nie nowe, żeby nie robić nad­mier­nego hałasu; sły­szał pisk opon na mokrej beto­no­wej pod­ło­dze.

Sub­lett cze­kał na zewnątrz, jego srebrne oczy odbi­jały czer­wone tylne świa­tła prze­jeż­dża­ją­cych wozów. Za nim zacho­dziło słońce, a barwy nieba świad­czyły o bogat­szym niż zwy­kle kok­tajlu dodat­ko­wych skład­ni­ków. Cof­nął się przed wyjeż­dża­ją­cym pojaz­dem, sta­ra­jąc się unik­nąć nawet naj­mniej­szej kro­pelki pry­ska­ją­cej spod kół.

Rydell rów­nież uwa­żał; nie chciał znów tasz­czyć Tek­sań­czyka do szpi­tala, gdyby Sub­lett znowu padł ofiarą uczu­le­nia.

Zacze­kał, aż part­ner nałoży parę jed­no­ra­zo­wych ręka­wi­czek.

- Cześć - powie­dział Sub­lett, gra­mo­ląc się na fotel. Zamknął drzwi i zaczął zdej­mo­wać ręka­wiczki, ostroż­nie zwi­ja­jąc je do her­me­tycz­nie zamy­ka­nego woreczka.

- Tylko niczego nie dotknij - rzekł Rydell, obser­wu­jąc ostrożne ruchy Sub­letta.

- Śmiej się do woli - odparł spo­koj­nie Sub­lett. Wyjął paczkę prze­ciw­aler­gicz­nej gumy do żucia i wyjął jedną z opa­ko­wa­nia. - Jak tam stary Gun­head?

Rydell przej­rzał wyświe­tla­cze i odrzekł z zado­wo­le­niem:

- Cał­kiem nie­źle.

- Mam nadzieję, że dziś wie­czór nie otrzy­mamy wezwa­nia z żad­nego z tych cho­ler­nych ukry­tych domów.

Tak zwane ukryte domy zaj­mo­wały pierw­sze miej­sce na liście nie­po­żą­da­nych wezwań Sub­letta. Mówił, że powie­trze w nich jest tok­syczne. Rydell uwa­żał, że to non­sens, ale miał dość spo­rów na ten temat. Ukryte domy były więk­sze od zwy­czaj­nych domów, wię­cej kosz­to­wały i Rydell uwa­żał, że wła­ści­ciele zapła­ci­liby wiele, aby utrzy­mać w nich czy­ste powie­trze. Sub­lett twier­dził, że każdy, kto buduje sobie taki dom, jest para­no­ikiem i zawsze ma szczel­nie zamknięte okna, przez co nie ma tam prze­wiewu i docho­dzi do ska­że­nia powie­trza.

Jeżeli w Kno­xville były jakieś ukryte domy, to Rydell nic o nich nie wie­dział. Uznał, że spo­tyka się je tylko w Los Ange­les. Sub­lett, który pra­co­wał dla Inten­Se­cure od pra­wie dwóch lat, głów­nie na dzien­nych patro­lach w Venice, był pierw­szym, który wspo­mniał o nich Rydel­lowi. Kiedy ten w końcu dostał wezwa­nie do jed­nego z nich, nie wie­rzył wła­snym oczom; to miej­sce opa­dało w dół bez końca, wydrą­żone pod czymś, co wyglą­dało jak zbom­bar­do­wana pral­nia che­miczna. A w środku same odsło­nięte dźwi­gary, białe tynki, turec­kie dywany, wiel­kie obrazy, par­kiety, meble, jakich jesz­cze ni­gdy nie widział. Jed­nak wezwa­nie było tro­chę dziwne; Rydell uznał, że cho­dziło o domową awan­turę. Mąż ude­rzył żonę, żona naci­snęła guzik, a teraz oboje udają, że to nie­po­ro­zu­mie­nie. Jed­nak to nie mogło być nie­po­ro­zu­mie­nie, ponie­waż ktoś naci­snął guzik i nie podał hasła w odpo­wie­dzi na zapy­ta­nie, które otrzy­mał trzy i osiem dzie­sią­tych sekundy póź­niej. Pew­nie to ona dosko­czyła do tele­fonu, pomy­ślał Rydell, i naci­snęła guzik. Tam­tej nocy jeź­dził z "Wiel­kim Geo­r­gem" Kechak­ma­dze i Gru­zi­nowi (z Tbi­lisi, nie z Atlanty) rów­nież to się nie spodo­bało.

- Widzia­łeś tych ludzi, to sub­skry­benci, czło­wieku; nikt nie krwawi, więc zabie­rasz swój tyłek, no nie? - powie­dział póź­niej Wielki Geo­rge. Jed­nak Rydell pamię­tał napię­cie w oczach kobiety i spo­sób, w jaki przy­trzy­my­wała pod szyją koł­nierz luź­nego bia­łego szla­froka. Jej mąż miał taką samą podomkę, grube owło­sione nogi i dro­gie szkła. Coś tam było nie tak, ale Rydell ni­gdy nie dowie­dział się co. Tak samo jak ni­gdy nie zro­zu­miał, jak naprawdę żyją, życiem wyglą­da­ją­cym jak to widziane w tele­wi­zji, ale cał­kiem innym.

Kiedy tak na to patrzeć, L.A. było pełne nie­spo­dzia­nek. Nie­ustan­nych.

Jed­nak polu­bił jeż­dże­nie po nim. Nie w jakimś kon­kret­nym celu, ale by po pro­stu jeź­dzić sobie Gun­he­adem. Teraz skrę­cał w La Cie­nega i mały zie­lony kur­sor na desce roz­dziel­czej robił to samo.

- "Zaka­zana strefa" - powie­dział Sub­lett. - Herve Vil­le­cha­ize, Susan Tyrell, Marie-Pas­cal Elf­man, Viva.

- Viva? - zapy­tał Rydell. - Viva co?

- Viva. Aktorka.

- Kiedy to nakrę­cili?

- W 1980.

- Jesz­cze nie było mnie na świe­cie.

- Czas w tele­wi­zji zawsze stoi w miej­scu, Rydell.

- Czło­wieku, sądzi­łem, że zamie­rzasz pozbyć się bala­stu twego wycho­wa­nia.

Rydell wyłą­czył lustrzane odbi­cie szyby, żeby lepiej przyj­rzeć się rudo­wło­sej dziew­czy­nie mija­ją­cej go w różo­wym Daihatsu Sne­ake­rze z opusz­czo­nym dachem.

- W każ­dym razie nie widzia­łem tego filmu.

Wła­śnie nade­szła ta wie­czorna godzina, kiedy kobiety w samo­cho­dach wyglą­dały rów­nie dobrze jak wszystko w Los Ange­les. Mini­ster­stwo zdro­wia usi­ło­wało zaka­zać uży­wa­nia kabrio­le­tów; twier­dziło, że zwięk­szają zacho­ro­wal­ność na raka skóry.

- End­game. Al Cli­ver, Moira Chen, Geo­rge East­man, Gor­don Mit­chell. 1985.

- No cóż, mia­łem wtedy dwa latka - odparł Rydell - ale tego też nie widzia­łem.

Sub­lett zamilkł. Rydel­lowi zro­biło mu się go żal; Tek­sań­czyk nie znał innego spo­sobu nawią­za­nia roz­mowy, a jego sta­rzy w obo­zo­wi­sku przy­czep cam­pin­go­wych zna­liby nie tylko te dwa, ale i wiele innych.

- No cóż - zaczął Rydell, pró­bu­jąc pod­jąć kon­wer­sa­cję - zeszłej nocy oglą­da­łem taki stary film...

Sub­lett oży­wił się.

- Jaki?

- Nie wiem. Facet jest w L.A. i wła­śnie spo­tkał dziew­czynę. Potem pod­nosi słu­chawkę w budce tele­fo­nicz­nej, bo ktoś dzwoni. W środku nocy. To jakiś facet w silo­sie rakie­to­wym, który wie, że wła­śnie odpa­lono rakiety w Rosjan. Pró­buje zadzwo­nić do ojca, brata lub kogo­kol­wiek. Mówi, że wkrótce nastąpi koniec świata. Wtem facet, który ode­brał tele­fon, sły­szy, że żoł­nie­rze zastrze­lili tam­tego. Mam na myśli tego, który dzwo­nił.

Sub­lett zamyka oczy, prze­glą­da­jąc swój bank pamięci.

- Tak? I jak koń­czy się ten film?

- Nie wiem - odparł Rydell. - Posze­dłem spać.

Sub­lett sze­roko otwiera oczy.

- A kto w nim grał?

- Tu mnie masz.

Puste srebrne oczy Sub­letta spo­glą­dają z nie­do­wie­rza­niem.

- Jezu, Berry, nie powi­nie­neś oglą­dać tele­wi­zji, jeżeli nie poświę­casz jej uwagi.

***

Po zastrze­le­niu Ken­ne­tha Turveya nie prze­by­wał w szpi­talu długo - zale­d­wie dwa dni. Jego praw­nik, sam Aaron Pur­sley, uwa­żał, że powinni zatrzy­mać go tam na dłu­żej, aby lepiej oce­nić roz­le­głość wstrząsu poura­zo­wego. Jed­nak Rydell nie­na­wi­dził szpi­tali, a poza tym czuł się cał­kiem nie­źle; po pro­stu nie mógł sobie przy­po­mnieć, co dokład­nie zaszło. Ponadto miał Karen Men­del­sohn, która miała mu pomóc w róż­nych spra­wach, oraz nowego agenta, Wel­ling­tona Ma, umie­ją­cego radzić sobie z innymi ludźmi z Gli­nia­rzy w opa­łach, nie tak miłymi jak Karen, która miała piękne ciem­no­brą­zowe włosy. Wel­ling­ton Ma był Chiń­czy­kiem, miesz­kał w Los Ange­les i Karen twier­dziła, że jego ojciec nale­żał do gangu Wiel­kiego Kręgu - cho­ciaż radziła Rydel­lowi, żeby o tym nie wspo­mi­nał.

Wizy­tówka Wel­ling­tona Ma była ośmio­kąt­nym kawał­kiem różo­wego syn­te­tycz­nego kwarcu, w któ­rym lase­rem wypa­lono jego nazwi­sko, nazwę Ma-Mariano Agency, adres przy Beverly Boule­vard oraz roz­ma­ite cyferki i adresy e-mailowe. Przy­była do Glo­bExu w małej koper­cie z sza­rego zamszu, kiedy Rydell był jesz­cze w szpi­talu.

- Wygląda, jakby można się nią poka­le­czyć - stwier­dził Rydell.

- Nie­wąt­pli­wie można - powie­działa Karen Men­del­sohn - a jeśli wło­żysz ją do kie­szeni i usią­dziesz, roz­sy­pie się.

- No to po co ją daje?

- Masz się nią dobrze opie­ko­wać. Ni­gdy nie dosta­niesz dru­giej.

Rydell nie spo­tkał Wel­ling­tona Ma, a przy­naj­mniej jesz­cze nie wtedy, jed­nak Karen przy­nio­sła wali­zeczkę z wide­ote­le­fo­nem i Rydell poroz­ma­wiał z nim w jego biu­rze w L.A. To była naj­lep­sza wide­okon­fe­ren­cja, jaką kie­dy­kol­wiek odbył, i wyda­wało się, że naprawdę tam był. Widział okno, z któ­rego mógł dostrzec odwró­coną pira­midę w kolo­rze sło­ika z Noxemą. Zapy­tał Wel­ling­tona Ma, co to takiego, a on odparł, że to stary ośro­dek badaw­czy, a obec­nie tanie cen­trum han­dlowe, które Rydell powi­nien odwie­dzić po przy­by­ciu do L.A. - a więc bar­dzo szybko.

Przy­ja­ciółka Turveya, Jenni-Rae Clina, pod­jęła sze­reg prze­myśl­nie zazę­bia­ją­cych się dzia­łań prze­ciwko Rydel­lowi, poli­cji, mia­stu Kno­xville oraz sin­ga­pur­skiej kom­pa­nii będą­cej wła­ści­cie­lem budynku, w któ­rym miesz­kała. Łączna suma rosz­czeń się­gała dwu­dzie­stu milio­nów.

Rydell, zostaw­szy gli­nia­rzem w opa­łach, z przy­jem­no­ścią stwier­dził, że Gli­nia­rze w opa­łach to pro­gram dosłow­nie stwo­rzony dla takich jak on. Na począ­tek wyna­jęli Aarona Pur­sleya, a Rydell dobrze wie­dział, kim jest ten facet. Miał siwe włosy, nie­bie­skie oczy, nos nada­jący się do rąba­nia drew i nosił dżinsy, buty Tony Lama i zwy­kłą białą kow­boj­ską koszulę oraz skó­rzany kra­wat ze srebrną zapinką Nawa­jów. Był sławny i bro­nił takich gli­nia­rzy jak Rydell przed zaku­sami takich ludzi jak przy­ja­ciółka Turveya i jej praw­nik.

Adwo­kat Jenni-Rae Cline twier­dził, że Rydell wcale nie powi­nien był wcho­dzić do miesz­ka­nia, że robiąc to, spro­wa­dził nie­bez­pie­czeń­stwo na nią i na dzieci, a także spo­wo­do­wał śmierć Ken­ne­tha Turveya, któ­rego opi­sy­wał jako zdol­nego fachowca, dobrego pra­cow­nika, kocha­ją­cego ojca małego Rambo i Kelly'ego, odro­dzo­nego chrze­ści­ja­nina, zry­wa­ją­cego z nało­go­wym zaży­wa­niem 4-tio­bu­ska­liny i jedy­nego żywi­ciela rodziny.

- Zry­wa­ją­cego? - zapy­tał Rydell w swoim pokoju w apar­ta­men­tach lot­ni­ska. Karen Men­del­sohn wła­śnie poka­zała mu faks od praw­nika Jenni-Rae.

- Naj­wy­raź­niej wła­śnie w tym dniu wziął udział w sesji - odparła Karen.

- I co tam robił? - zapy­tał Rydell, przy­po­mi­na­jąc sobie Ostat­nią Wie­cze­rzę pod war­stwą zasy­cha­ją­cej krwi.

- Według zeznań naszego świadka, na oczach wszyst­kich zażył łyżkę swo­jej ulu­bio­nej sub­stan­cji, wdarł się na podium, po czym wygło­sił trzy­mi­nu­towe prze­mó­wie­nie na temat maj­tek pre­zy­dent Mil­l­bank i praw­do­po­dob­nego stanu jej geni­ta­liów. Potem obna­żył się, mastur­bo­wał, nie eja­ku­lu­jąc, i opu­ścił pod­zie­mia Pierw­szego Kościoła Bap­ty­stów.

- Jezu - powie­dział Rydell. - To było jedno z tych spo­tkań dla nar­ko­ma­nów, coś jak zebra­nia Ano­ni­mo­wych Alko­ho­li­ków?

- Zga­dza się - odparła Karen Men­del­sohn - cho­ciaż występ Turveya naj­wy­raź­niej wywo­łał falę nie­przy­jem­nych powro­tów do nałogu. Oczy­wi­ście, wyślemy tam zespół dorad­ców, któ­rzy zajmą się oso­bami uczest­ni­czą­cymi w tam­tym spo­tka­niu.

- To ład­nie.

- Dobrze wyglą­da­łoby w sądzie - odrze­kła - w mało praw­do­po­dob­nym wypadku, gdy­by­śmy przed nim sta­nęli.

- On z niczym nie zry­wał - rzekł Rydell. - Nawet nie doszedł do sie­bie po ostat­niej por­cji, jaką wepchnął sobie do nosa.

- Masz cał­ko­witą rację. Jed­nak był także człon­kiem Doro­słych Ofiar Sata­ni­zmu i oni rów­nież zaczęli inte­re­so­wać się tą sprawą. Tak więc zarówno pan Pur­sley, jak i pan Ma uwa­żają, że powin­ni­śmy się stąd zwi­nąć jak naj­szyb­ciej, Berry. Ty i ja.

- A co z sądem?

- Jesteś zawie­szony w obo­wiąz­kach, jesz­cze o nic nie zosta­łeś oskar­żony, a twoim adwo­ka­tem jest Aaron-przez-dwa-"a" Pur­sley. Zjeż­dżasz stąd, Berry.

- Do L.A?

- Wła­śnie tam.

Rydell spoj­rzał na nią. Pomy­ślał o Los Ange­les oglą­da­nym w tele­wi­zji.

- Spodoba mi się?

- Od razu - powie­działa. - I jemu też spodo­basz się od razu. Tak jak mnie.

I w ten spo­sób poszedł do łóżka z praw­niczką - pach­nącą jak milion dola­rów, klnącą jak woź­nica, wyga­daną i noszącą bie­li­znę z Medio­lanu, który leżał we Wło­szech.

***

- The Kill-Fix. Cyrinda Bur­dette, Gudrun Weaver, Dean Mit­chell, Shi­nobu Saka­maki. 1977.

- Ni­gdy go nie widzia­łem - stwier­dził Rydell, wysy­sa­jąc resztki dużej bez­ko­fe­ino­wej kawy na zimno z dodat­kową war­stewką lodu na dnie pla­sti­ko­wego ter­mo­izo­lu­ją­cego kubka.

- Mama widziała Cyrindę Bur­dette. W tym skle­pie przy Waco. I dostała jej auto­graf. Trzy­mała go na tele­wi­zo­rze razem z chu­s­tecz­kami modli­tew­nymi i holo­gra­mem Wie­leb­nego Wayne'a Fal­lona. Miała chustkę modli­tewną na każdą cho­lerną oka­zję. Jedną na czynsz, inną chro­niącą przed AIDS czy gruź­licą...

- Tak? I jak je uży­wała?

- Trzy­mała na tele­wi­zo­rze - wyja­śnił Sub­lett i wypił ostatni łyk poczwór­nie desty­lo­wa­nej wody z nie­wiel­kiej prze­zro­czy­stej butelki. Mieli ją tylko w jed­nym skle­pie przy Sun­set, ale Rydell nie miał nic prze­ciwko temu; obok znaj­do­wał się bar, w któ­rym sprze­da­wali kawę na wynos, a przed warsz­ta­tem na rogu można było zapar­ko­wać wóz. Facet pro­wa­dzący warsz­tat zawsze chęt­nie ich widział.

- Chustki modli­tewne nie zapo­bie­gną AIDS - powie­dział Rydell. - Zaszczep się jak wszy­scy. I namów mamę na szcze­pie­nie.

Przez odlu­strzoną szybę Rydell widział uliczną kapliczkę poświę­coną J.D. Sha­pely'emu, pod beto­no­wym murem będą­cym jedyną pozo­sta­ło­ścią budynku, który tu nie­gdyś stał. W West Hol­ly­wood widziało się ich sporo. Ktoś jaskra­wo­ró­żową farbą napi­sał na murze SHA­PELY BYŁ PEDAL­SKIM LACHO­CIĄ­GIEM, trzy­sto­po­wymi lite­rami zakoń­czo­nymi rysun­kiem wiel­kiego różo­wego serca. Pod nimi, przy­kle­jone do muru, były pocz­tówki Sha­pely'ego i zdję­cia ludzi, któ­rzy musieli umrzeć. Jeden Bóg wie, ile milio­nów zgi­nęło. Na chod­niku pod murem leżały zeschnięte kwiaty, ogarki świec, róż­no­ści. Na widok tych pocz­tó­wek Rydel­lowi ciarki prze­bie­gły po ple­cach; facet wyglą­dał na nich jak skrzy­żo­wa­nie Elvisa z jakimś kato­lic­kim świę­tym, chu­dzie­lec ze zbyt dużymi oczami.

Obró­cił się do Sub­letta.

- Czło­wieku, jeśli jesz­cze nie zaszcze­pi­łeś swo­jego tyłka, to zawdzię­czasz to wyłącz­nie swo­jej paskud­nej igno­ran­cji typo­wej dla bia­łej bie­doty.

Sub­lett skrzy­wił się.

- To gor­sze od żywych zaraz­ków, czło­wieku; prze­cież to po pro­stu inna cho­roba!

- Jasne - przy­tak­nął Rydell - ale nic ci nie zrobi. A wciąż zda­rzają się przy­padki daw­nego typu. Moim zda­niem szcze­pie­nie powinno być obo­wiąz­kowe.

Sub­lett zadrżał.

- Wie­lebny Fal­lon zawsze mówił...

- Pieprz Wie­leb­nego Fal­lona - rzekł Rydell, włą­cza­jąc zapłon. - Ten skur­wy­syn po pro­stu zbija forsę, sprze­da­jąc chu­s­teczki modli­tewne taki ludziom jak twoja mama. Prze­cież wie­dzia­łeś, że to wszystko bzdury, prawda, ina­czej po co przy­jeż­dżał­byś tutaj?

Wrzu­cił bieg i włą­czył Gun­he­ada w stru­mień pojaz­dów jadą­cych Sun­set. Kiedy jecha­łeś Hot­spu­rem Hus­sa­rem, inni kie­rowcy pra­wie zawsze cię prze­pusz­czali.

Sub­lett jakby lekko wcią­gnął głowę w ramiona, przez co wyglą­dał jak zanie­po­ko­jony sta­lo­wo­oki sęp.

- To nie jest takie pro­ste - powie­dział. - Prze­cież to zaprze­cze­nie wszyst­kiego, na czym mnie wycho­wy­wano. Chyba nie wszystko to bzdury, co?

Rydell zer­k­nął na niego i się uli­to­wał.

- Nie - odparł. - Pew­nie nie wszystko i nie­ko­niecz­nie, ale po pro­stu...

- A na kogo cie­bie wycho­wy­wano, Berry?

Rydell zasta­no­wił się.

- Na repu­bli­ka­nina - rzekł w końcu.

***

Karen Men­del­sohn wyda­wała się naj­lep­szą z wielu rze­czy, do któ­rych Rydell chęt­nie by się przy­zwy­czaił. Takich jak lata­nie pierw­szą klasą lub posia­da­nie karty MexA­me­ri­Banku otrzy­ma­nej od Gli­nia­rzy w opa­łach.

Za pierw­szym razem, w apar­ta­men­tach lot­ni­ska Kno­xville, nie mając przy sobie niczego, pró­bo­wał poka­zać jej świa­dec­twa szcze­pień (wyma­ga­nych przez Wydział, ina­czej nie mogli cię ubez­pie­czyć). Roze­śmiała się i powie­działa, że nie­miecki nano­tech pora­dzi sobie ze wszyst­kim. Potem poka­zała go Rydel­lowi przez prze­zro­czy­stą pokrywę urzą­dze­nia podob­nego do małego szyb­ko­waru na bate­rie. Rydell sły­szał o nich, ale ni­gdy żad­nego nie widział; ponadto wie­dział, że kosz­tują tyle, co mały samo­chód. Czy­tał gdzieś, że należy je prze­cho­wy­wać w tem­pe­ra­tu­rze ciała.

Wyda­wało się, że mogłoby to się samo poru­szać. Blada, medu­zo­wata rzecz. Zapy­tał Karen, czy to prawda, że one są żywe. Powie­działa mu, że wła­ści­wie nie, ale pra­wie, a reszta to wymy­sły i mecha­ni­zmy sub­ko­mór­kowe. Nawet nie będzie wie­dział, że to tam jest, ale ona nie ma zamiaru wkła­dać go sobie na jego oczach.

Poszła z tym do łazienki. Kiedy wró­ciła w bie­liź­nie, dowie­dział się, gdzie leży Medio­lan. I cho­ciaż rze­czy­wi­ście nie wyczu­wał obec­no­ści tej rze­czy, wie­dział jed­nak, że ona tam jest; mimo wszystko bar­dzo szybko zapo­mniał o tym fak­cie - pra­wie.

Następ­nego ranka wyczar­te­ro­wali zmien­no­płat do Mem­phis i pole­cieli Air Magel­lan do LAX. Pierw­sza klasa ozna­czała głów­nie lep­sze gadżety w opar­ciu fotela i fawo­ry­tem Rydella natych­miast stał się odbior­nik tele­pre­zen­ta­cyjny, który można było dostroić do poru­sza­nych ser­wo­mo­to­rami kamer na kadłu­bie samo­lotu. Karen nie­na­wi­dziła uży­wać małego Vir­tu­Faxa, który nosiła w torebce, więc połą­czyła się ze swoim biu­rem w L.A. i kazała im prze­słać całą poranną pocztę na ekran kom­pu­tera w opar­ciu fotela. Ener­gicz­nie zabrała się do pracy, roz­ma­wia­jąc przez tele­fon, wysy­ła­jąc faksy i pozo­sta­wia­jąc Rydel­lowi ochy i achy nad wido­kami z kamer.

Fotele były więk­sze niż wtedy, kiedy latał na Flo­rydę zoba­czyć się z ojcem, jedze­nie lep­sze, a drinki dar­mowe. Rydell wypił trzy lub cztery, zasnął i obu­dził się dopiero gdzieś nad Ari­zoną.

Powie­trze w LAX było dziwne, a świa­tło inne. Kali­for­nia była o wiele bar­dziej zatło­czona, niż ocze­ki­wał, i gło­śniej­sza. Cze­kał na nich czło­wiek z Gli­nia­rzy w opa­łach, trzy­ma­jąc kawa­łek pogię­tego bia­łego kar­tonu z napi­sa­nym czer­wo­nym fla­ma­strem nazwi­skiem MEN­DEL­SOHN, w któ­rym "S" było napi­sane wspak. Rydell uśmiech­nął się, przed­sta­wił i wymie­nił uścisk dłoni. Tam­temu naj­wy­raź­niej spodo­bało się to; powie­dział, że ma na imię Sier­giej. Kiedy Karen zapy­tała go, gdzie jest ten pier­do­lony samo­chód, poczer­wie­niał i odparł, że ścią­gnie go tu za minutę. Karen powie­działa: nie, dzięki, pójdą z nim na par­king, gdy tylko odbiorą bagaże, bo nie ma zamiaru cze­kać tutaj, w tym zoo. Sier­giej kiw­nął głową. Usi­ło­wał zwi­nąć kar­ton i wepchnąć go do kie­szeni mary­narki, ale papier był za duży. Rydell zasta­na­wiał się, co tak nagle roz­draż­niło Karen. Może była zmę­czona podróżą. Mru­gnął do Sier­gieja, ale to tylko jesz­cze bar­dziej zde­ner­wo­wało tam­tego.

Kiedy ode­brali bagaże, dwie czarne skó­rzane walizki Karen i miękką nie­bie­ską Sam­so­nite, którą Rydell kupił, uży­wa­jąc nowej karty kre­dy­to­wej, razem z Sier­gie­jem zanie­śli je przed budy­nek. Powie­trze na zewnątrz było pra­wie takie samo, tylko bar­dziej roz­grzane. Gło­śnik powta­rzał, że białe miej­sca są prze­zna­czone tylko do zała­dunku i wyła­dunku. Wokół prze­jeż­dżały naj­róż­niej­sze pojazdy, pła­kały dzieci, a ludzie opie­rali się na ster­tach bagażu, ale Sier­giej wie­dział, dokąd zmie­rza - do garażu po dru­giej stro­nie ulicy.

Jego samo­chód był długi, czarny, nie­miecki i wyglą­dał tak, jakby ktoś wła­śnie dokład­nie go wyczy­ścił cie­płą śliną i chu­s­tecz­kami higie­nicz­nymi. Kiedy Rydell chciał zająć fotel obok kie­rowcy, Sier­giej znów zaczął się jąkać i usa­do­wił go na tyl­nym sie­dze­niu obok Karen. To ją roz­śmie­szyło, więc Rydell poczuł się lepiej.

Kiedy wyjeż­dżali z garażu, Rydell dostrzegł dwóch gli­nia­rzy sto­ją­cych obok wiel­kiego napisu z nie­rdzew­nej stali, gło­szą­cego METRO. Nosili kli­ma­ty­zo­wane hełmy z prze­zro­czy­stymi pla­sti­ko­wymi wizje­rami. Sztur­chali pał­kami jakie­goś starca, cho­ciaż nie wyglą­dało na to, żeby je włą­czyli. Stary miał dziury na kola­nach dżin­sów i wiel­kie kawały pla­stra na obu policz­kach, co nie­mal zawsze ozna­cza raka. Był tak spa­lony, że trudno było powie­dzieć, czy to biały, czy kolo­rowy. Tłum ludzi pły­nął po scho­dach za star­cem i gli­nia­rzami, pod napi­sem METRO, omi­ja­jąc ich.

- Witamy w Los Ange­les - powie­działa Karen. - Ciesz się, że nie jedziesz metrem.

Tego wie­czora zje­dli kola­cję z samym Aaro­nem Pur­sleyem, w tek­sań­sko-mek­sy­kań­skiej restau­ra­cji przy North Flo­res Street, która według Karen nale­żała do Hol­ly­wood. Mieli tam naj­lep­sze tek­sań­sko-mek­sy­kań­skie żar­cie, jakie Rydell kie­dy­kol­wiek kosz­to­wał. Mniej wię­cej mie­siąc póź­niej pró­bo­wał zabrać tam Sub­letta z oka­zji uro­dzin, może popra­wić mu humor domo­wym posił­kiem, ale por­tier ich nie wpu­ścił.

- Kom­plet - powie­dział.

Rydell widział przez szybę wiele pustych sto­li­ków. Było wcze­śnie i w środku pra­wie nikogo nie było.

- A co z tymi? - spy­tał, wska­zu­jąc na wszyst­kie te wolne sto­liki.

- Zare­zer­wo­wane - odparł por­tier.

Sub­lett stwier­dził, że ostre przy­prawy i tak by mu nie posłu­żyły.

***

Krą­żąc Gun­he­adem, naj­bar­dziej lubił jeź­dzić po wzgó­rzach i kanio­nach, szcze­gól­nie w jasne księ­ży­cowe noce.

Cza­sem widy­wało się tam takie rze­czy, że czło­wiek nie był potem pewny, czy naprawdę je widział, czy nie. W jedną taką noc Rydell skrę­cił Gun­he­adem za róg i chwy­cił w świa­tła reflek­to­rów nagą kobietę, zasty­głą jak drżący jeleń na wiej­skiej dro­dze. Stała tam tylko przez sekundę, dosta­tecz­nie długo, aby Rydel­lowi wydało się, że miała na gło­wie srebrne różki albo jakiś kape­lu­sik z pół­księ­ży­cem i była Japonką, co natych­miast uznał za naj­dziw­niej­sze z tego wszyst­kiego. Potem dostrze­gła go - zoba­czył, że go dostrze­gła - i uśmiech­nęła się. A póź­niej znik­nęła.

Sub­lett też ją widział, ale to tylko wpra­wiło go w jakiś rodzaj roz­ga­da­nej, reli­gij­nej eks­tazy, łączą­cej wszyst­kie strasz­liwe hor­rory, jakie oglą­dał w tele­wi­zji, z tyra­dami Wie­leb­nego Fal­lona o wiedź­mach, czci­cie­lach sza­tana i potęż­nej mocy dia­bła. Zużył cało­ty­go­dniowy zapas gumy, gada­jąc bez prze­rwy, aż w końcu Rydell powie­dział mu, żeby się, kurwa, zamknął.

Ponie­waż teraz, kiedy jej nie było, chciał o niej pomy­śleć. Jak wyglą­dała, co mogła tu robić i w jaki spo­sób znik­nęła. Pod­czas gdy Sub­lett ponuro mil­czał na fotelu obok, Rydell usi­ło­wał przy­po­mnieć sobie, jak zdo­łała tak dosko­nale i nagle nie być tam. A naj­za­baw­niej­sze było to, że zapa­mię­tał ją jakby podwój­nie, pod­czas gdy wcale nie pamię­tał, jak zastrze­lił Ken­ne­tha Turveya, cho­ciaż tyle razy sły­szał, jak mówili o tym asy­stenci reży­sera i praw­nicy sieci tele­wi­zyj­nej, że zda­wało mu się, jakby to widział - przy­naj­mniej w wer­sji Gli­nia­rzy w opa­łach (ni­gdy nie­na­da­nej). Przy­po­mi­nał sobie, że po pro­stu odda­liła się w dół zbo­cza obok drogi, cho­ciaż nie potra­fił powie­dzieć, czy zbie­gła tam, czy spły­nęła. Jed­no­cze­śnie pamię­tał, że prze­sko­czyła - choć to nie­zbyt odpo­wied­nie słowo - na szczyt zbo­cza po dru­giej stro­nie drogi, jakimś cudem prze­la­tu­jąc nad wysre­brzoną kurzem i bla­skiem księ­życa roślin­no­ścią, żeby znik­nąć w nie­wia­ry­godny spo­sób, poko­naw­szy jed­nym susem czter­dzie­sto­sto­pową odle­głość.

I czy Japonki mie­wają takie dłu­gie, krę­cone włosy? I czy cie­ni­sta kępka jej wło­sów nie wyglą­dała jak wygo­lona w kształ­cie wykrzyk­nika?

W końcu kupił Sub­let­towi cztery paczki tej jego spe­cjal­nej gumy w cało­noc­nej rosyj­skiej aptece przy Wil­shire, zdu­miony ceną, jaką za nią zapła­cił.

Widział w tych kanio­nach rów­nież inne rze­czy, szcze­gól­nie kiedy przy­pa­dła mu ostat­nia zmiana. Naj­czę­ściej ogni­ska, maleń­kie, w miej­scach, gdzie nie mogło ich być. A cza­sami świa­tełka na nie­bie, ale Sub­lett nasłu­chał się w tym swoim obo­zo­wi­sku tylu głu­pot o kon­tak­cie, że kiedy Rydell zauwa­żał cza­sem jakieś świa­tło, wolał o tym nie wspo­mi­nać.

Jed­nak cza­sem, kiedy tam jeź­dził, myślał o niej. Wie­dział, że nie ma poję­cia, czym była, i w pewien prze­dziwny spo­sób nie dbał o to, czy była czło­wie­kiem, czy nie. Jed­nak nie czuł też, aby była czymś złym - po pro­stu innym.

Tak więc teraz po pro­stu jechał, gada­jąc o dupe­re­lach z Sub­let­tem, na noc­nej zmia­nie, która miała oka­zać się jego ostat­nim patro­lem w Inten­Se­cure. Ani śladu księ­życa, tylko nie­zwy­kle czy­ste niebo z kil­koma gwiaz­dami. Pięć minut do pierw­szej ruty­no­wej kon­troli, a potem zawrócą do Beverly Hills.

Roz­ma­wiali o tej sieci japoń­skich sal gim­na­stycz­nych zwa­nych Body Ham­mer. Nie upra­wiano w nich tra­dy­cyj­nej gim­na­styki; prawdę mówiąc, wprost prze­ciw­nie. Uczęsz­czały do nich głów­nie dzie­ciaki, któ­rym podo­bał się pomysł wstrzy­ki­wa­nia sobie bra­zy­lij­skich tka­nek pło­do­wych i wzmac­nia­nia szkie­letu czymś, co w ogło­sze­niach nazy­wano "mate­ria­łami wspo­ma­ga­ją­cymi".

Sub­lett orzekł, że to dzieło Sza­tana.

Rydell stwier­dził, że japoń­ska kon­ce­sja.

Gun­head powie­dział:

- Wie­lo­krotne zabój­stwo, wzięto zakład­ni­ków, praw­do­po­dob­nie nie­let­nie dzieci sub­skry­benta. Bene­dict Canyon. Macie auto­ry­za­cję Inten­Se­cure do uży­cia wszel­kich, powta­rzam, wszel­kich środ­ków.

***

W związku z tym, jak poto­czyły się sprawy, Rydell nie zdą­żył przy­wyk­nąć do Karen Men­del­sohn, bile­tów pierw­szej klasy ani innych takich rze­czy.

Karen miesz­kała na n-tym pię­trze Cen­tury City II, ina­czej Gluta, które wyglą­dało jak wysmu­kły, pół­prze­źro­czy­sty zie­lony cycek i było trze­cią co do wyso­ko­ści budowlą w L.A. Przy odpo­wied­nim oświe­tle­niu można było nie­mal przej­rzeć je na wylot i dostrzec trzy gigan­tyczne pod­trzy­mu­jące kon­struk­cję roz­pory o tak ogrom­nej śred­nicy, że mógł­byś wepchnąć do niej zwy­kły wie­żo­wiec i jesz­cze zosta­łoby miej­sce. Wewnątrz tego trój­noga znaj­do­wały się szyby wind, bie­gnące pod kątem; do tego Rydell także nie zdą­żył się przy­zwy­czaić.

Cycek miał sta­ran­nie sko­ro­do­wany mie­dziany sutek, podobny do jed­nego z tych chiń­skich kape­lu­szy, któ­rym można by nakryć kilka boisk pił­kar­skich. Tam znaj­do­wał się apar­ta­ment Karen, tuż pod nim, razem z setką rów­nie dro­gich miesz­kań, klu­bem teni­so­wym, barami i restau­ra­cjami oraz cen­trum han­dlo­wym, za wstęp do któ­rego pła­ciło się przed doko­na­niem zaku­pów. Miesz­kała na samym skraju i miała wiel­kie wygięte okna osa­dzone w zie­lo­nej ścia­nie.

Wszystko tam było w róż­nych odcie­niach bieli, oprócz jej ubrań, które zawsze były czarne; jej wali­zek, rów­nież czar­nych; oraz powiew­nych szla­fro­ków frotte, które miały kolor suchych płat­ków owsia­nych.

Karen wyja­śniła, że to agre­sywne retro lat sie­dem­dzie­sią­tych, któ­rym zaczyna być lekko znu­żona. Rydell dosko­nale to rozu­miał, ale uznał, że postą­piłby nie­uprzej­mie, gdyby o tym powie­dział.

Sieć zała­twiła mu pokój w hotelu West Hol­ly­wood, wyglą­da­ją­cym jak zwy­czajny budy­nek miesz­kalny, ale nie spę­dzał tam wiele czasu. Zanim wybu­chła ta afera z zabój­stwami w Pooky Bear w Ohio, prze­waż­nie prze­by­wał u Karen.

Odkry­cie pierw­szych z trzy­dzie­stu pię­ciu ofiar w Pooky Bear wywarło ogromny wpływ na karierę Rydella jako gli­nia­rza w opa­łach. By­naj­mniej nie pomo­gło mu to, że poli­cjantki, które pierw­sze przy­były na miej­sce zbrodni, sier­żant China Val­dez i kapral Norma Pierce, były bodaj dwoma naj­ład­niej­szymi kobie­tami w sze­re­gach poli­cji Cin­cin­nati ("cho­ler­nie tele­ge­niczne" - powie­dział jeden z asy­sten­tów reży­sera, cho­ciaż Rydell uznał, że w tych oko­licz­no­ściach takie stwier­dze­nie brzmi tro­chę dziw­nie). Potem ofiar zaczęło przy­by­wać, aż w końcu zro­biło się ich wię­cej niż w przy­padku jakich­kol­wiek zare­je­stro­wa­nych dotych­czas seryj­nych zabójstw. Póź­niej ujaw­niono, że wszyst­kie ofiary były dziećmi. Wtedy sier­żant Val­dez pod wpły­wem szoku wkro­czyła do knajpy w cen­trum mia­sta i prze­strze­liła oba kolana zna­nemu pedo­fi­lowi - temu zdu­mie­wa­jąco odra­ża­ją­cemu face­towi noszą­cemu ksywę "Gala­reta", który nie miał nic wspól­nego z mor­der­stwami w Pooky Bear.

Aaron Pur­sley już leciał do Cin­cin­nati samo­lo­tem, w któ­rym nie było ani odro­biny metalu, Karen nało­żyła oku­lary na nos i roz­ma­wiała z co naj­mniej sze­ścioma oso­bami jed­no­cze­śnie, a Rydell sie­dział na skraju jej wiel­kiego bia­łego łóżka, zaczy­na­jąc poj­mo­wać, że coś się zmie­niło.

Kiedy w końcu zdjęła oku­lary, po pro­stu sie­działa, wpa­tru­jąc się w białą farbę na bia­łej ścia­nie.

- Mają podej­rza­nych?

Karen spoj­rzała na niego tak, jakby ni­gdy wcze­śniej go nie widziała.

- Podej­rza­nych? Mają już przy­zna­nie się do winy...

Rydell zauwa­żył, jak staro wyglą­dała w tym momen­cie, i zaczął się zasta­na­wiać, ile lat naprawdę miała. Karen wstała i wyszła z pokoju.

Pięć minut póź­niej wró­ciła w świe­żym czar­nym stroju.

- Pakuj się. Nie możesz tu zostać.

I wyszła, bez poca­łunku, bez poże­gna­nia, bez niczego.

Wstał, włą­czył tele­wi­zor i po raz pierw­szy zoba­czył zabój­ców z Pooky Bear. Wszyst­kich trzech. Wyglą­dali, pomy­ślał, dokład­nie tak samo jak każdy, a więc tak jak zazwy­czaj wyglą­dają w tele­wi­zji ludzie, któ­rzy robią takie świń­stwa.

Sie­dział tam w jed­nym z jej owsia­no­sza­rych szla­fro­ków, kiedy bez puka­nia weszli dwaj najemni gli­nia­rze. Mieli czarne mun­dury i takie same czarne wyso­kie buciory SWAT, jakie Rydell nosił na patro­lach w Kno­xville, te z kew­la­ro­wymi wkład­kami na wypa­dek, gdyby ktoś zapadł się pod zie­mię i pró­bo­wał postrze­lić cię w pode­szwę stopy.

Jeden z nich jadł jabłko. Drugi miał w ręku elek­tryczną pałkę.

- Hej, koleś - powie­dział pierw­szy ustami zapcha­nymi jabł­kiem - mamy cię stąd wypro­wa­dzić.

- Mia­łem takie buty - odpo­wie­dział Rydell. - Zro­bione w Por­t­land, w Ore­go­nie. Dwie­ście dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć dola­rów w CostCo.

Ten z pałką się uśmiech­nął.

- Spa­ku­jesz się sam?

Rydell zro­bił to, zbie­ra­jąc wszystko, co nie było czarne, białe lub owsiano szare, i wrzu­ca­jąc do swo­jej nie­bie­skiej Sam­so­nite.

Gli­niarz z pałką obser­wo­wał go, pod­czas gdy drugi krę­cił się wokół, koń­cząc jabłko.

- Dla kogo pra­cu­je­cie? - zapy­tał Rydell.

- Inten­Se­cure - odparł ten z pałką.

- Dobra firma? - Rydell zapiął walizkę.

Gli­niarz wzru­szył ramio­nami.

- Z Sin­ga­puru - powie­dział drugi, zawi­ja­jąc ogry­zek jabłka w pomiętą chu­s­teczkę higie­niczną wyjętą z kie­szeni spodni. - Wszyst­kie duże budynki, ogro­dzone osie­dla, takie rze­czy.

Ostroż­nie wło­żył ogry­zek do kie­szeni na piersi nie­ska­zi­tel­nie czar­nego mun­duru, pod mosiężną odznakę.

- Masz forsę na metro? - zapy­tał pan Pałka.

- Jasne - rzekł Rydell, myśląc o swo­jej kar­cie kre­dy­to­wej.

- To jesteś w lep­szej sytu­acji niż więk­szość dup­ków, któ­rych stąd wypro­wa­dzamy.

Dzień póź­niej sieć zablo­ko­wała jego konto w MexA­me­ri­Banku.

***

Her­nan­dez mógł się mylić w oce­nie angiel­skich pojaz­dów SWAT, pomy­ślał Rydell, włą­cza­jąc napęd na wszyst­kie sześć kół i czu­jąc, jak Gun­head przy­wiera do nawierzchni jak dwu­sil­ni­kowa, trzy­to­nowa pijawka. Jesz­cze ni­gdy nie nadep­nął tak na gaz.

Sub­lett jęk­nął, gdy pasy zaci­snęły się auto­ma­tycz­nie, wyry­wa­jąc go ze zwy­kłej drzemki. Rydell skie­ro­wał Gun­he­ada na pobo­cze poro­śnięte zaku­rzo­nymi, zasty­głymi chwa­stami, wyprze­dza­jąc sie­dem­dzie­siątką muze­al­nego ben­tleya, w dodatku z nie­prze­pi­so­wej strony. Migaw­kowy widok prze­ra­żo­nej twa­rzy pasa­żerki, a potem Sub­lettowi udało się wci­snąć czer­wony przy­cisk uru­cha­mia­jący miga­cze i syrenę.

Długi pro­sty odci­nek. Żad­nych pojaz­dów. Rydell wje­chał na środ­kową linię i trzy­mał się jej. Sub­lett wyda­wał zawo­dzący dźwięk, dziw­nie zsyn­chro­ni­zo­wany z cera­micz­nym sko­wy­tem dwóch bliź­nia­czych sil­ni­ków Kyocera; Rydell zro­zu­miał, że Tek­sań­czyk zupeł­nie zwa­rio­wał pod wpły­wem napię­cia i śpiewa w jakimś języku obo­zo­wi­ska przy­czep cam­pin­go­wych, zro­zu­miałym tylko dla bło­go­sła­wio­nych wyznaw­ców Wie­leb­nego Fal­lona.

Jed­nak nie - kiedy na niego zer­k­nął, zoba­czył, że Sub­lett, poru­sza­jąc war­gami, gwał­tow­nie prze­szu­kuje dane prze­la­tu­jące po ekra­nach kon­soli, wytrzesz­cza­jąc srebrne oczy, jakby miały mu wyjść z oczo­do­łów. A czy­ta­jąc, już łado­wał swo­jego poście­ra­nego glocka z dru­giej ręki, cał­kiem spo­koj­nie poru­sza­jąc dłu­gimi bia­łymi pal­cami, jakby robił sobie kanapkę albo skła­dał gazetę.

I wła­śnie to było prze­ra­ża­jące.

- Gwiazda Śmierci! - wrza­snął Rydell. Sub­lett powi­nien przez cały czas mieć słu­chawki w uchu, nasłu­chu­jąc sate­li­tar­nego prze­kazu kon­tro­lu­ją­cego świat praw­dzi­wych gli­nia­rzy.

Sub­lett obró­cił się, z trza­skiem wpy­cha­jąc maga­zy­nek w ręko­jeść glocka; twarz miał tak bladą, że zda­wała się odbi­jać kolory lam­pek kon­soli rów­nie wyraź­nie jak puste sta­lowe kręgi jego oczu.

- Służba nie żyje - powie­dział - i trzy­mają troje dzieci w pokoju dzie­cin­nym.

Jego głos brzmiał tak, jakby mówił o inte­re­su­ją­cym pro­gra­mie tele­wi­zyj­nym, na przy­kład o kiep­skiej prze­róbce sta­rego, lubia­nego filmu, dra­stycz­nie przy­kro­jo­nego do potrzeb jakiejś etnicz­nej niszy mar­ke­tin­go­wej.

- Mówią, że je zabiją, Berry.

- A co na to pie­przeni gli­nia­rze?! - wrza­snął Rydell, w gwał­tow­nym przy­pły­wie gniewu i fru­stra­cji waląc pię­ścią w obcią­gniętą miękką pianką kie­row­nicę.

Sub­lett dotknął pal­cem pra­wego ucha. Wyglą­dał tak, jakby miał zaraz zacząć wrzesz­czeć.

- Głu­cho - rzekł.

Prawy przedni błot­nik Gun­he­ada ściął sta­ran­nie zgal­wa­ni­zo­waną wiej­ską skrzynkę pocz­tową Searsa z mniej wię­cej 1943 roku, nie­wąt­pli­wie nabytą za cięż­kie pie­nią­dze na Mel­rose Ave­nue.

- Nie mogli się wyłą­czyć - powie­dział Rydell - prze­cież to pie­przona poli­cja.

Sub­lett wyjął z ucha słu­chawkę i podał ją Rydel­lowi.

- Tylko szum...

Rydell spoj­rzał na kon­solę. Kur­sor Gun­he­ada był zie­loną włócz­nią prze­zna­cze­nia, śmi­ga­jącą bla­do­zie­lo­nym kanio­nem ku jasno­bia­łemu krę­gowi wiel­ko­ści ślub­nej obrączki. Na ekra­nie po pra­wej widział odczyty funk­cji życio­wych trojga dzieci sub­skry­benta. Miały przy­śpie­szony puls. W okienku poni­żej wid­niał śmiesz­nie nie­ru­chomy, widziany w pod­czer­wieni obraz fron­to­wej bramy. Wyglą­dała masyw­nie. Ska­ner poda­wał, że była zamknięta i uzbro­jona.

Chyba wła­śnie wtedy posta­no­wił spró­bo­wać.

***

Mniej wię­cej tydzień póź­niej, kiedy wszystko już wyja­śniono, Her­nan­dez wyra­ził mu swoje współ­czu­cie w związku z całą tą histo­rią. Rozu­mie­cie, nie był zachwy­cony, ponie­waż zda­rzyła się na jego zmia­nie, ale powie­dział, że w tych oko­licz­no­ściach nie może mieć tego Rydel­lowi za złe.

Rydell sły­szał, że Inten­Se­cure ścią­gnęła cały samo­lot ludzi z głów­nej kwa­tery w Sin­ga­pu­rze, żeby trzy­mać prasę z daleka i wypra­co­wać jakiś rodzaj ugody z sub­skry­ben­tami - Schon­brun­nami. Nie miał poję­cia, na czym pole­gała ta ugoda, i cie­szył się z tego; nie ist­niał taki pro­gram jak "Najemny gli­niarz w opa­łach", a sama fron­towa brama Schon­brun­nów była zapewne warta kilka tuzi­nów jego mie­sięcz­nych wypłat.

Oczy­wi­ście, Inten­Se­cure mogła wymie­nić tę bramę na nową, bo i tak oni ją zain­sta­lo­wali. Była to nie­zła brama, z jakiejś japoń­skiej bla­chy wzmoc­nio­nej włók­nem szkla­nym, utwar­dzo­nym ter­micz­nie do kon­sy­sten­cji betonu, i spi­sała się cho­ler­nie dobrze, ście­ra­jąc więk­szość tej Wet Honey Sienna z przed­niego zde­rzaka Gun­he­ada.

Ponadto znisz­cze­nia samego domu, głów­nie okien salonu (przez które wje­chał) i mebli (po któ­rych prze­je­chał).

A to jesz­cze nie wszystko, wyja­śniał Her­nan­dez. Schon­brun­no­wie muszą dostać coś jesz­cze za straty moralne, powie­dział, nale­wa­jąc Rydel­lowi fili­żankę zim­nej, paskud­nej kawy z wiel­kiego sta­lo­wego ter­mosu za biur­kiem. Do ter­mosu była przy­cze­piona magne­tyczna wywieszka gło­sząca JA NIE JESTEM OK, TY NIE JESTEŚ OK - JED­NAK, HEJ, TO JEST OK.

Minęły dwa tygo­dnie od tam­tej nocy, była dzie­siąta rano i Rydell miał pię­cio­dniową brodę, drobno ple­cioną panamę Stet­sona, wor­ko­wate i wybla­kłe lub sprane spodnie, pod­ko­szu­lek z napi­sem KNO­XVILLE POLICE DEPART­MENT, który na ramio­nach zaczy­nał roz­ła­zić się w szwach, czarne buty SWAT od mun­duru Inten­Se­cure oraz nadmu­chi­wany prze­zro­czy­sty opa­tru­nek na lewej ręce.

- Straty moralne - powtó­rzył.

Her­nan­dez, który był nie­mal rów­nie sze­roki jak jego biurko, podał Rydel­lowi kawę.

- Mogę tylko powie­dzieć, że i tak mia­łeś szczę­ście.

- Stra­ci­łem pracę, mam zła­maną rękę i mia­łem szczę­ście?

- Mówię poważ­nie, czło­wieku - odparł Her­nan­dez - prze­cież mogłeś się zabić. A w poli­cji L.A. zabi­liby cię za coś takiego. Pań­stwo Schon­brunn oka­zali się bar­dzo mili, zwa­żyw­szy na kło­poty pani Schon­brunn i wszystko. Twoja ręka ucier­piała, przy­kro mi z tego powodu...

Her­nan­dez wzru­szył potęż­nymi ramio­nami.

- W każ­dym razie nie jesteś zwol­niony, czło­wieku. Po pro­stu nie możemy ci teraz pozwo­lić jeź­dzić. Jeśli chcesz, żeby­śmy prze­nie­śli cię do pil­no­wa­nia rezy­den­cji, nie ma pro­blemu.

- Nie, dzięki.

- Ochrona mie­nia? Chcesz pra­co­wać wie­czo­rami w Encino Fashion Mall?

- Nie.

Her­nan­dez zmru­żył oczy.

- Widzia­łeś kociaka, który tam pra­cuje?

- Nie.

Her­nan­dez wes­tchnął.

- Czło­wieku, a co z tym całym gów­nem, w które wdep­ną­łeś w Nashville?

- W Kno­xville. Wydział wystą­pił o trwałe zawie­sze­nie. Wkro­cze­nie bez nakazu i odpo­wied­niego wspar­cia.

- A ta suka, która cię zaskar­żyła?

- Sły­sza­łem, że ona i jej syn zostali przy­ła­pani pod­czas próby obro­bie­nia sklepu w John­son City...

Teraz z kolei Rydell wzru­szył ramio­nami, tyle że zabo­lała go przy tym ręka.

- Widzisz - roz­pro­mie­nił się Her­nan­dez - mia­łeś szczę­ście.

***

Prze­jeż­dża­jąc Gun­he­adem przez zamkniętą i uzbro­joną bramę Schon­brun­nów przy Bene­dict Canyon, Rydell doświad­czył prze­lot­nego wra­że­nia cze­goś bar­dzo wznio­słego, bar­dzo czy­stego i kli­nicz­nie pustego, zwią­za­nego z dzia­ła­niem bez zasta­no­wie­nia; unie­sie­nie wywo­łane nie­sa­mo­wi­tym przy­pły­wem adre­na­liny i utratą wszel­kich kło­po­tli­wych wąt­pli­wo­ści.

A to - jak przy­po­mi­nał sobie póź­niej, kiedy wal­czył z kie­row­nicą, prze­la­tu­jąc przez japoń­ski ogró­dek, patio i mem­branę zbro­jo­nego szkła, która znik­nęła jak senna mara - było uczu­cie bar­dzo podobne do tego, jakiego doznał wtedy, kiedy wyjął broń i naci­snął spust, roz­bry­zgu­jąc zawar­tość czaszki Ken­ne­tha Turveya po pozor­nie nie­skoń­czo­nej płasz­czyź­nie bia­łego pod­kładu ściany, któ­rej nikt nie pofa­ty­go­wał się poma­lo­wać.

***

Rydell poje­chał do Cedars odwie­dzić Sub­letta.

Inten­Se­cure zała­twiła pry­watną izo­latkę, żeby trzy­mać Sub­letta z daleka od krą­żą­cych sępów dzien­ni­kar­skich. Tek­sań­czyk sie­dział na łóżku, żując gumę i patrząc w mały cie­kło­kry­sta­liczny ekran odtwa­rza­cza kom­pak­to­wego, który poło­żył sobie na piersi.

- War­lords of the 21st Cen­tury - powie­dział, kiedy Rydell wci­snął się do środka. - James Wainw­ri­ght, Annie McEn­roe, Michael Beck.

Rydell uśmiech­nął się.

- Kiedy go nakrę­cili?

- W 1982. - Sub­lett ści­szył odtwa­rzacz i popa­trzył na gościa. - Oglą­da­łem go już kilka razy.

- Byłem w fir­mie i widzia­łem się z Her­nan­de­zem, czło­wieku. Mówi, że nie musisz się mar­twić o pracę.

Sub­lett spoj­rzał na Rydella pustymi srebr­nymi oczami.

- A co z twoją, Berry?

Rydella zaswę­działa ręka pod gip­sem. Pochy­lił się i wyjął pla­sti­kową słomkę z bia­łego kosza na śmieci sto­ją­cego obok łóżka. Wepchnął słomkę pod opa­tru­nek i poru­szał nią.

- Prze­sze­dłem do histo­rii. Nie pozwolą mi jeź­dzić.

Sub­lett patrzył na słomkę.

- Nie powi­nie­neś doty­kać niczego uży­wa­nego, nie w szpi­talu.

- Niczym się od cie­bie nie zarażę, Sub­lett. Jesteś jed­nym z naj­czy­ściej­szych popa­prań­ców na świe­cie.

- I co będziesz robił, Berry? Prze­cież musisz z cze­goś żyć, czło­wieku.

Rydell wrzu­cił słomkę z powro­tem do kosza.

- No, jesz­cze nie wiem. Jed­nak wiem, że nie zamie­rzam pil­no­wać posia­dło­ści ani żad­nych skle­pów.

- A co z tymi hac­ke­rami, Berry? Myślisz, że zła­pią tych, któ­rzy nas wro­bili?

- Nie. Jest ich zbyt wielu. Repu­blika Żądzy ist­nieje już jakiś czas. Fede­ralni mają listę około trzy­stu zna­nych "zwo­len­ni­ków", ale nie dadzą rady zgar­nąć wszyst­kich i usta­lić, kto to zro­bił. Chyba że któ­ryś z nich zaka­puje innego, co zda­rza się dość czę­sto.

- Tylko dla­czego nam to zro­bili?

- Do dia­bła, Sub­lett, skąd ja mam wie­dzieć?

- Zwy­czajne świń­stwo.

- No pew­nie, a Her­nan­dez mówi, że LAPD twier­dzi, iż ktoś chciał przy­ła­pać panią Schon­brunn bez maj­tek.

Ani Sub­lett, ani Rydell nie widzieli pani Schon­brunn, ponie­waż - jak się oka­zało - była w pokoju dzie­cin­nym. Nato­miast nie było tam jej dzieci, które wybrały się z ojcem pola­tać sobie nad trzema nowymi wul­ka­nami w sta­nie Waszyng­ton.

Żadna z infor­ma­cji poda­nych przez Gun­he­ada tam­tej nocy, po opusz­cze­niu myjni samo­cho­do­wej, nie była praw­dziwa. Ktoś dobrał się do kom­pu­tera pokła­do­wego Hot­spura Hus­sara i wpro­wa­dził do niego zbiór sta­ran­nie opra­co­wa­nych i cał­ko­wi­cie fał­szy­wych danych, odci­na­jąc Rydella i Sub­letta od Inten­Se­cure oraz Gwiazdy Śmierci (która oczy­wi­ście się nie wyłą­czyła). Rydell podej­rze­wał, że kilku z tych miłych sta­rych Mon­go­łów w myjni mogło coś o tym wie­dzieć.

***

I może w tej krót­kiej chwili nie­sa­mo­wi­tego olśnie­nia, kiedy pogięty przód Gun­he­ada wciąż pró­bo­wał wspiąć się na potrza­skane resztki dwóch skó­rza­nych kanap, i wresz­cie przy­po­mniaw­szy sobie śmierć Ken­ne­tha Turveya, Rydell doszedł do wnio­sku, że ten sza­lony poryw, ta chęć dzia­ła­nia, jest czymś, czemu nie zawsze można w pełni zawie­rzyć.

- Czło­wieku - powie­dział Sub­lett jakby do sie­bie - prze­cież oni zabiją te dzieci.

Z tymi sło­wami odpiął pasy i z gloc­kiem w ręku wysko­czył z wozu, zanim Rydell zdą­żył cokol­wiek zro­bić. Dojeż­dża­jąc na miej­sce, Rydell kazał mu wyłą­czyć syrenę i miga­cze, ale teraz wszy­scy w tym domu wie­dzieli już, że przy­byli faceci z Inten­Se­cure.

- Wkra­czam do akcji. - Rydell usły­szał swój głos, przy­cze­pia­jąc kaburę z gloc­kiem do mun­duru i łapiąc mia­zgacz, który ze względu na siłę raże­nia był zapewne naj­lep­szą bro­nią, jakiej można by użyć w pokoju peł­nym dzieci.

Kop­nię­ciem otwo­rzył drzwi i wysko­czył, prze­bi­ja­jąc bucio­rami gruby na cal szklany blat sto­lika do kawy. (Rana wyma­gała dwu­na­stu szwów, ale była płytka). Ni­gdzie nie widział Sub­letta. Chwiej­nie ruszył naprzód, przy­ci­ska­jąc do piersi żółty mia­zgacz, nie­ja­sno uświa­da­mia­jąc sobie, że nie czuje lewej ręki.

- Stój, kuta­sie! - wrza­snął naj­do­no­śniej­szy głos na świe­cie. - Tu LAPD! Rzuć to gówno albo odstrze­limy ci dupę!

Rydell zna­lazł się w kręgu nie­spo­dzie­wa­nej i kom­plet­nie ośle­pia­ją­cej jasno­ści, świa­tła tak jaskra­wego, że paliło jego oczy jak roz­to­piony metal.

- Sły­szysz mnie, kuta­sie?

Krzy­wiąc się i osła­nia­jąc dło­nią oczy, Rydell odwró­cił się i ujrzał bul­wia­ste, opan­ce­rzone ciel­sko nad­la­tu­ją­cego patro­lowca. Podmuch roz­płasz­czał w japoń­skim ogródku wszystko to, po czym Gun­head nie prze­je­chał.

Rydell upu­ścił mia­zgacz.

- Pisto­let też, dupku!

Rydell chwy­cił kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym ręko­jeść glocka. Broń ode­rwała się razem z kaburą, z cichym, lecz wyraź­nym trza­skiem rze­pów, jakimś cudem sły­szal­nym przez pomruk wyci­szo­nego do akcji sil­nika heli­kop­tera.

Upu­ścił glocka i pod­niósł ręce do góry. A raczej pró­bo­wał. Lewa była zła­mana.

Zna­leźli Sub­letta pięt­na­ście stóp od Gun­he­ada. Twarz i dło­nie napu­chły mu jak jasno­ró­żowe balo­niki i naj­wy­raź­niej się dusił. Gospo­dyni Schon­brun­nów, Bośniaczka, użyła środka zawie­ra­ją­cego ksy­len i chlo­ro­wę­glo­wo­dory do wyczysz­cze­nia śla­dów kre­dek z blatu dębo­wego stołu.

- Co mu się stało, do kurwy nędzy? - zapy­tał jeden z gli­nia­rzy.

- Ma aler­gię - powie­dział Rydell przez zaci­śnięte zęby; skuli mu ręce na ple­cach i bolało go jak dia­bli. - Musi­cie zabrać go do szpi­tala.

Sub­lett otwo­rzył oczy, a przy­naj­mniej usi­ło­wał.

- Berry...

Rydell przy­po­mniał sobie tytuł tego filmu, który oglą­dał w tele­wi­zji.

- Cudowna mila - powie­dział.

Sub­lett zmru­żył oczy.

- Ni­gdy go nie widzia­łem - powie­dział i zemdlał.

***

Tego wie­czoru pani Schon­brunn zaba­wiała się z pol­skim archi­tek­tem zie­leni. Poli­cjanci zna­leźli ją w pokoju dzie­cin­nym. Onie­miała z wście­kło­ści, miała na sobie kilka inte­re­su­ją­cych tysiąc­do­la­ro­wych fata­łasz­ków z angiel­skiej gumy, praw­dzi­wej skóry oraz parę zabyt­ko­wych kaj­dan­ków Smith & Wesson, które ktoś tro­skli­wie wyczy­ścił i pook­sy­do­wał na czarno - nato­miast ogrod­nik naj­wi­docz­niej ruszył w siną dal, gdy tylko usły­szał, jak Rydell zapar­ko­wał Gun­he­ada w salo­nie.

3. Nie­miłe przy­ję­cie

3

Nie­miłe przy­ję­cie

Che­vette ni­gdy niczego nie kra­dła, przy­naj­mniej nie ludziom i zde­cy­do­wa­nie nie wtedy, kiedy roz­wo­ziła prze­syłki. Oprócz jed­nego pecho­wego ponie­działku, kiedy zwi­nęła oku­lary prze­ciw­sło­neczne temu kom­plet­nemu dup­kowi, tylko dla­tego, że po pro­stu jej pod­padł.

Stała sobie pod oknem na dzie­więt­na­stym pię­trze, spo­glą­da­jąc na most i szare sko­rupy wiel­kich skle­pów, gdy pod­szedł do niej. Już pra­wie zdo­łała dostrzec miesz­ka­nie Skin­nera wysoko wśród lin, kiedy dotknął jej nagich ple­ców czub­kiem palca. Dotknął ją pod kurtką Skin­nera, pod pod­ko­szul­kiem.

Nosiła tę kurtkę wszę­dzie, jak jakąś zbroję. Wie­działa, że jeż­dżąc o tej porze roku, powinna nosić tylko nano­po­rowe wdzianka, ale i tak nosiła tę starą katanę Skin­nera z pasko­wymi kodami Allied na kla­pach. Kuleczki łań­cusz­ków przy zam­kach bły­ska­wicz­nych zako­ły­sały się, gdy obró­ciła się na pię­cie, by odtrą­cić ten palec.

Prze­krwione oczy. Twarz wyglą­da­jąca tak, jakby zaraz miała się roz­pu­ścić. W zębach trzy­mał krót­kie, cien­kie zie­lon­kawe cygaro, ale go nie zapa­lił. Wyjął je z ust, zanu­rzył wil­gotny koniec w szkla­neczce z przej­rzy­stym pły­nem i pocią­gnął. Wyszcze­rzył się do niej. Jakby wie­dział, że nie paso­wała do tego miej­sca, takiego przy­ję­cia w sta­rym, lecz nie­zwy­kle dro­gim hotelu przy Geary.

Jed­nak to była ostat­nia prze­syłka tego dnia, paczka dla praw­nika, a tak nie­da­leko pło­nęły kosze na śmieci Ten­der­loin z kulą­cymi się wokół nich ludźmi, któ­rych opu­ściło szczę­ście. Twa­rze oświe­tlone nikłym bla­skiem cien­kich szkla­nych rurek. Oczy pełne tej strasz­nej, prze­lot­nej satys­fak­cji. Ten widok budził w niej dreszcz, zawsze.

Włą­czyw­szy blo­kadę i alarm roweru w głu­cho dud­nią­cym pod­ziem­nym par­kingu hotelu Mor­ri­sey, wje­chała windą dla per­so­nelu do hallu, gdzie faceci z ochrony usi­ło­wali ode­brać jej prze­syłkę, ale nie zdo­łali. Miała ją oddać tylko panu Gar­reau z pokoju 808, co wyraź­nie gło­sił napis na paczce. Prze­su­nęli ska­ne­rem po kodzie pasko­wym jej odznaki Allied, prze­świe­tlili rent­ge­nem paczkę, spraw­dzili ją wykry­wa­czem metali i mach­nię­ciem ręki prze­pu­ścili do windy z różo­wymi lustrami osa­dzo­nymi w gru­bym jak drzwi ban­ko­wego sejfu brą­zie.

Wje­chała na ósme i poszła kory­ta­rzem, cichym niczym las ze snu. Zna­la­zła pana Gar­reau, był w koszulce z krót­kim ręka­wem i kra­wa­cie barwy świeżo prze­to­pio­nego oło­wiu. Pod­pi­sał kwit, nie nawią­zu­jąc kon­taktu wzro­ko­wego; z paczką w ręku zamknął jej przed nosem opa­trzone trzema mosięż­nymi cyframi drzwi. Spraw­dziła fry­zurę w lśnią­cym jak lustro, wybi­tym kur­sywą zerze. Kucyk z tyłu ster­czał jak należy, ale nie była pewna, że z przodu zro­bili ją rów­nie dobrze. Szpice wciąż były tro­chę za dłu­gie. I jakby zbyt cien­kie. Ruszyła z powro­tem kory­ta­rzem, pobrzę­ku­jąc har­dwa­rem przy kurtce Skin­nera, wbi­ja­jąc pode­szwy butów w świeżo odku­rzony dywan barwy mokrej od desz­czu tera­koty.

Drzwi windy otwo­rzyły się i wypa­dła z nich ta japoń­ska dziew­czyna. Albo pra­wie wypa­dła, bo Che­vette zła­pała ją pod pachy i oparła o fra­mugę drzwi.

- Gdzie przy­ję­cie?

- Co na to twoi sta­rzy? - powie­działa Che­vette.

- Dzie­wiąte pię­tro! Duże przy­ję­cie!

Oczy dziew­czyny skła­dały się z samych źre­nic, były szkli­ste jak z pla­stiku.

I tak Che­vette, z praw­dzi­wym kie­lisz­kiem peł­nym praw­dzi­wego fran­cu­skiego wina w jed­nej i naj­mniej­szą kanapką, jaką kie­dy­kol­wiek widziała, w dru­giej ręce, zaczęła się zasta­na­wiać, ile pozo­stało jej czasu, zanim hote­lowy kom­pu­ter zauważy, że jesz­cze nie opu­ściła terenu. Jed­nak nie przy­pusz­czała, żeby przy­szli szu­kać jej tutaj, ponie­waż ktoś naj­wi­docz­niej sporo zapła­cił, żeby wydać takie przy­ję­cie.

Dla nie­któ­rych bar­dzo wesołe, ponie­waż widziała tych ludzi w ciem­nej łazience, wdy­cha­ją­cych lód przez del­fina z dmu­cha­nego szkła, o obłych kształ­tach roz­świe­tla­nych trze­po­czą­cym nie­bie­ska­wym języcz­kiem prze­my­sło­wej zapal­niczki.

I bawiono się nie tylko w jed­nym pomiesz­cze­niu, ale w wielu połą­czo­nych ze sobą poko­jach. Ponadto było tu mnó­stwo ludzi; męż­czyźni prze­waż­nie w gar­ni­tu­rach z mary­nar­kami na cztery guziki, wykroch­ma­lo­nych koszu­lach z żabo­tami, bez kra­wa­tów, lecz z kosz­tow­nymi zapin­kami. Kobiety nosiły stroje, jakie Che­vette widziała tylko w mie­sięcz­ni­kach. Bogaci ludzie naj­wy­raź­niej, a w dodatku cudzo­ziemcy. Cho­ciaż może bogaci są wszę­dzie cudzo­ziem­cami.

Zdo­łała jakoś umie­ścić Japonkę w pozy­cji hory­zon­tal­nej na dłu­giej zie­lo­nej kana­pie, na któ­rej teraz chra­pała, bez­pieczna, o ile ktoś na niej nie sią­dzie.

Rozej­rzaw­szy się wokół, Che­vette stwier­dziła, że nie była jedyną źle ubraną osobą w tym towa­rzy­stwie. Na przy­kład ten facet w łazience, w luź­nych żół­tych szor­tach - ale to skrajny przy­pa­dek. Ponadto para dziew­czyn nie­wąt­pli­wie nale­żą­cych do pra­cu­ją­cych przed­sta­wi­cie­lek Ten­der­loin, które jed­nak mogły być tylko akcep­to­wa­nym ele­men­tem lokal­nego folk­loru, słu­żą­cym jakie­muś kon­kret­nemu celowi.

A potem ten dupek tuż przed jej nosem, szcze­rzący się tym par­szy­wym pijac­kim uśmie­chem, więc poło­żyła dłoń na małym skła­da­nym nożu, kolej­nym eks­po­na­cie poży­czo­nym od Skin­nera. W rączce była dziura, w którą wpy­chało się czu­bek kciuka, by z trza­skiem otwo­rzyć nóż jedną ręką. Ostrze było zale­d­wie trzy­ca­lowe, sze­ro­ko­ści łyżki, zło­wrogo ząb­ko­wane i cera­miczne. Skin­ner mówił, że to nóż frak­ta­lowy, w rze­czy­wi­sto­ści dwu­krot­nie dłuż­szy od samego ostrza.

- Zdaje się, że nie­zbyt dobrze się bawisz - mówi tam­ten. Euro­pej­czyk, jed­nak Che­vette nie jest pewna akcentu. Nie Fran­cuz i nie Nie­miec. Jego kurtka też jest ze skóry, ale nie taka jak Skin­nera. Z jakie­goś gru­bo­skór­nego zwie­rzę­cia z wło­siem jak gruby jedwab, barwy tabaki. Che­vette wspo­mina zapach pożół­kłych gazet w pokoju Skin­nera, nie­któ­rych tak sta­rych, że zdję­cia stały się tylko odcie­niami sza­ro­ści - podob­nymi do widoku mia­sta oglą­da­nego cza­sem z mostu.

- Cał­kiem nie­źle, dopóki się nie poja­wi­łeś - mówi Che­vette, myśląc, że czas już chyba iść, ten facet to złe wie­ści.

- Powiedz mi - mówi ten dupek, patrząc z uzna­niem na jej kurtkę, pod­ko­szu­lek i kolarki - jakie usługi świad­czysz.

- O czym ty, kurwa, mówisz?

- Z pew­no­ścią - cią­gnie tam­ten, wska­zu­jąc na dziew­czyny z Ten­der­loin po dru­giej stro­nie pokoju - możesz zapro­po­no­wać coś bar­dziej inte­re­su­ją­cego... - z lubo­ścią sma­kuje to słowo - ...niż te dwie.

- Pie­przę to - mówi Che­vette. - Jestem posłań­cem.

Jego twarz przy­biera zabawny wyraz, jakby coś przedarło się przez pijac­kie zamro­cze­nie i go drę­czyło. Potem odchyla głowę w tył i śmieje się jak z naj­lep­szego żartu na świe­cie. Ona dostrzega mnó­stwo bar­dzo bia­łych, wyglą­da­ją­cych na nie­zwy­kle kosz­towne zębów. Skin­ner powie­dział jej, że bogaci ni­gdy nie mają metalu w zębach.

- Powie­dzia­łam coś śmiesz­nego?

Dupek ociera oczy.

- A więc coś nas łączy, cie­bie i mnie...

- Wąt­pię.

- Ja też jestem posłań­cem - powiada, cho­ciaż zda­niem Che­vette nie­wielki pagó­rek wystar­czyłby, żeby usta­wił się w kolejce po tlen.

- Kurie­rem - uzu­peł­nia, jakby sobie przy­po­mniał.

- No to pędź stąd - mówi mu i obcho­dzi go z daleka, ale w tej chwili gaśnie świa­tło i roz­lega się muzyka - intro do She's God's Girl­friend Chrome Koran. Che­vette, która ma sła­bość do kawał­ków Chrome Koran i pusz­cza je, jadąc na rowe­rze, ile­kroć potrze­buje dopingu do pędu, teraz poru­sza się w jej ryt­mie, bo tań­czą wszy­scy, nawet lodzia­rze z łazienki.

Pozbyw­szy się dupka, a przy­naj­mniej zapo­mniaw­szy o nim, zauważa, że ci ludzie wyglą­dają o wiele lepiej, kiedy tań­czą. Naprze­ciw niej wyra­sta jakaś dziew­czyna w skó­rza­nej spód­niczce i czar­nych buci­kach z brzę­czą­cymi srebr­nymi ostro­gami. Che­vette uśmie­cha się; tamta odpo­wiada uśmie­chem.

- Jesteś z mia­sta? - mówi dziew­czyna, gdy koń­czy się She's God's Girl­friend, i Che­vette przez moment ma wra­że­nie, że tamta pyta ją, czy jest goń­cem muni­cy­pal­nym. Dziew­czyna - kobieta - doj­rzal­sza, niż wyglą­dała na pierw­szy rzut oka; może po dwu­dzie­stce, ale zde­cy­do­wa­nie star­sza od Che­vette. Przy­stojna urodą nie jak z zestawu; ciemne oczy, krótko przy­cięte czarne włosy. - San Fran­ci­sco?

Che­vette kiwa głową.

Następna melo­dia jest star­sza od niej; zdaje się, że tego czar­nego faceta, który wybie­lił się, a potem odpa­dła mu twarz. Roz­gląda się za swoim kie­lisz­kiem, ale wszyst­kie wyglą­dają tak samo. Ta japoń­ska laleczka prze­suwa się obok, koły­sząc pier­siami, w jej oczach nie poja­wia się błysk roz­po­zna­nia na widok Che­vette.

- Cody zwy­kle znaj­duje w San Fran­ci­sco wszystko, czego potrze­buje - mówi kobieta zmę­czo­nym gło­sem, jed­no­cze­śnie zdra­dza­ją­cym, że uważa to za bar­dzo zabawne. Niemka, myśli Che­vette, sły­sząc jej akcent.

- Kto?

Kobieta unosi brwi.

- Nasz gospo­darz.

Jed­nak z jej twa­rzy nie znika sze­roki, miły uśmiech.

- Ja po pro­stu weszłam...

- Chcia­ła­bym móc powie­dzieć to samo! - śmieje się kobieta.

- Dla­czego?

- Ponie­waż wtedy mogła­bym wyjść.

- Nie podoba ci się tu?

Z bli­ska kobieta pach­nie dro­gimi per­fu­mami. Che­vette nagle z nie­po­ko­jem myśli o tym, jak sama pach­nie po całym dniu na rowe­rze, bez prysz­nica. Jed­nak kobieta bie­rze ją pod rękę i odpro­wa­dza na bok.

- Naprawdę nie znasz Cody'ego?

- Nie.

Che­vette widzi pijaka, tego dupka, przez otwarte drzwi do dru­giego pokoju, gdzie wciąż są zapa­lone świa­tła. On patrzy pro­sto na nią.

- Myślę, że chyba już sobie pójdę, dobrze?

- Nie musisz. Pro­szę. Ja tylko zazdrosz­czę ci tej moż­li­wo­ści.

- Jesteś Niemką?

- Padwanką.

Che­vette wie, że to część daw­nych Włoch. Pół­nocna część, myśli.

- Kim jest ten Cody?

- Cody lubi przy­ję­cia. Cody lubi to przy­ję­cie. Ono trwa już od kilku lat. Jeżeli nie tutaj, to w Lon­dy­nie, Pra­dze, Makao...

Jakiś chło­piec prze­dziera się przez tłum, nio­sąc tacę pełną drin­ków. Nie wygląda na pra­cow­nika hotelu. Jego wykroch­ma­lona koszula już nie jest nie­ska­zi­telna, ale roz­pięta i wycią­gnięta ze spodni; Che­vette dostrzega, że przez jedną bro­dawkę pier­siową ma prze­wle­czony kol­czyk z małym sta­lo­wym dzwo­necz­kiem. Sztywny żabot odpiął się z przodu i ster­czy mu z tyłu jak prze­krzy­wiona aure­ola. Kiedy pod­suwa kobie­cie tacę, ta bie­rze kie­li­szek bia­łego wina. Che­vette potrząsa głową. Na tacy leży biały tale­rzyk z tablet­kami i czymś, co wygląda jak skręty pląsu.

Chło­pak mruga do Che­vette i odcho­dzi.

- Wydaje ci się dziwne?

Kobieta wypija wino i rzuca pusty kie­li­szek przez ramię. Che­vette sły­szy brzęk szkła.

- Hę?

- Przy­ję­cie Cody'ego.

- Tak. Chyba. Chcę powie­dzieć, że po pro­stu weszłam...

- Gdzie miesz­kasz?

- Na moście.

Czeka na reak­cję. Jesz­cze szer­szy uśmiech.

- Naprawdę? Wygląda tak... tajem­ni­czo. Chcia­ła­bym tam pójść, ale nie ma wycie­czek, a mówią, że to jest nie­bez­pieczne...

- Nie jest - mówi Che­vette, a potem się zasta­na­wia. - Po pro­stu... nie ubie­raj się zbyt ele­gancko, dobrze? Tam nie jest nie­bez­piecz­nie, nawet nie tak jak w tej oko­licy.

Myśli o tam­tych wokół pło­ną­cych koszów na śmieci.

- Tylko nie idź na Tre­asure Island. I nie pró­buj dotrzeć aż do Oakland. Trzy­maj się początku mostu.

- Podoba ci się tam?

- Cho­lera, tak. Nie chcia­ła­bym miesz­kać ni­gdzie indziej.

Kobieta uśmie­cha się.

- Myślę, że jesteś bar­dzo szczę­śliwa.

- No cóż - mówi Che­vette, czu­jąc się nie­zręcz­nie - muszę już iść.

- Mam na imię Maria...

- Che­vette - mówi i podaje jej rękę. Pra­wie tak jak jej dru­gie imię. Che­vette-Marie.

Wymie­niają uścisk dłoni.

- Do widze­nia, Che­vette.

- Cał­kiem miłe przy­ję­cie, wiesz?

- To nie jest miłe przy­ję­cie.

Pro­stu­jąc ramiona w obszer­nej kurtce Skin­nera, Che­vette kiwa głową Marii i zaczyna prze­dzie­rać się przez tłum. Ten jest teraz kil­ka­krot­nie gęst­szy, może zna­jomi tego Cody'ego wciąż przy­by­wają. Jest tu teraz wię­cej Japoń­czy­ków, wszy­scy w ele­ganc­kich gar­ni­tu­rach; ich żony, sekre­tarki czy kim­kol­wiek są te kobiety, noszą perły. Jed­nak naj­wi­docz­niej to nie prze­szka­dza im wczuć się w atmos­ferę zabawy. Robi się coraz gło­śniej, bo goście są bar­dziej pod­ocho­ceni. Sły­chać ten nie­ustanny szum roz­mów toczo­nych po kilku kie­lisz­kach i Che­vette chce jak naj­szyb­ciej stąd wyjść.

Utyka w pobliżu drzwi do łazienki, w któ­rej przed­tem widziała lodzia­rzy, ale teraz są zamknięte. Grupka Fran­cu­zów roz­ma­wia tam po fran­cu­sku i wyma­chuje rękami, ale Che­vette sły­szy, jak ktoś wymio­tuje w środku.

- Chcę przejść - mówi do siwego, ostrzy­żo­nego na rekruta męż­czy­zny w muszce i prze­py­cha się obok niego, wyle­wa­jąc mu drinka. On rzuca za nią coś po fran­cu­sku.

Che­vette czuje się teraz jak ofiara klau­stro, tak jak cza­sem w biu­rach, kiedy recep­cjo­ni­sta każe jej cze­kać na jakąś prze­syłkę, a ona widzi tych wszyst­kich urzęd­ni­ków krę­cą­cych się tam i z powro­tem i zasta­na­wia się, czy to ma jakiś sens, czy też oni po pro­stu kręcą się bez celu. A może tak działa na nią wino, tro­szeczkę, ponie­waż rzadko pije i teraz nie podoba jej się smak, jaki pozo­sta­wiło jej w gar­dle.

I nagle widzi swo­jego pijaka, tego Euro z nie­za­pa­lo­nym cyga­rem, przy­su­wa­ją­cego spo­cone czoło zbyt bli­sko apa­tycz­nej, lekko zanie­po­ko­jo­nej twa­rzy jed­nej z dziew­cząt Ten­der­loin. Uwię­ził ją w kącie pokoju. W ści­sku, tak bli­sko drzwi, kory­ta­rza i wol­no­ści, Che­vette przez moment zostaje przy­ci­śnięta do jego ple­ców, co nie prze­rywa potoku okrop­nych bzdur, jakie on wci­ska tam­tej dziew­czy­nie, jed­nak powo­duje gwał­towny ruch jego łok­cia, któ­rym mocno sztur­cha Che­vette w żebra, usi­łu­jąc wywal­czyć sobie wię­cej prze­strzeni.

A Che­vette, zer­ka­jąc w dół, zauważa coś ster­czą­cego z kie­szeni tabacz­ko­wej skó­rza­nej kurtki.

W następ­nej chwili ma to w ręce, wpy­cha za kolarki, wycho­dzi za drzwi, a ten dupek nawet niczego nie zauwa­żył.

W nagłej ciszy kory­ta­rza, przy cich­ną­cych odgło­sach przy­ję­cia, idąc do windy, ma ochotę biec. Ma też chęć wybuch­nąć śmie­chem, ale zaczyna się bać.

Idź.

Mija­jąc stertę tac, brud­nych szkla­nek i tale­rzy.

Pamię­ta­jąc o plat­fu­sach z ochrony, cze­ka­ją­cych w hallu.

To coś tkwi w jej spoden­kach.

W głębi bocz­nego kory­ta­rza dostrzega drzwi służ­bo­wej windy, sze­roko otwarte i zapra­sza­jące. Młody Azjata ze sta­lo­wym wóz­kiem zachla­pa­nym farbą i zasta­wio­nym pła­skimi pro­sto­ką­tami tele­wi­zyj­nych ekra­nów. Obrzuca ją czuj­nym spoj­rze­niem, kiedy wcho­dzi za nim do kabiny. Jego twarz składa się głów­nie z kości policz­ko­wych, bystrych i głę­boko osa­dzo­nych oczu, wło­sów pod­go­lo­nych wysoko w nie­mal pio­nowy fryz - jeden z tych, jakie wszy­scy ci faceci uwiel­biają. Na przo­dzie czy­stej sza­rej robo­czej koszuli ma przy­pięty iden­ty­fi­ka­tor, a na szyi zawie­szony na czer­wo­nym nylo­no­wym sznu­rze Vir­tu­Fax.

- Piw­nica - mówi Che­vette.

Jego faks brzę­czy. Chwyta go, naci­ska guzik, zerka w okienko. Ten przed­miot w jej spodniach wydaje się ogromny. Potem chło­pak pusz­cza faks, mruga do niej i naci­ska przy­cisk ozna­czony B-6. Drzwi zasu­wają się z rumo­rem i Che­vette zamyka oczy.

Opiera się o wiel­kie mięk­kie podu­chy ściany i marzy o tym, żeby być w pokoju Skin­nera, nasłu­chu­jąc skrzy­pie­nia lin. Pod­łogą jest war­stwa desek uło­żo­nych na skraju, w środku ster­czy wybrzu­sze­nie liny tkwią­cej w jej sta­lo­wym sio­dle, a Skin­ner twier­dzi, że ta lina składa się z 17 464 włó­kien. Każde ma gru­bość ołówka. Przy odpo­wied­nim wie­trze można przy­ło­żyć do niej ucho i usły­szeć, jak most śpiewa.

Winda bez powodu zatrzy­muje się na czwar­tym. Kiedy drzwi otwie­rają się, nie ma za nimi nikogo. Che­vette ma ochotę ponow­nie naci­snąć B-6, ale powstrzy­muje się i czeka, aż wyrę­czy ją chło­pak z fak­sem. Azjata robi to.

B-6 nie jest gara­żem, w któ­rym tak bar­dzo chcia­łaby się zna­leźć, ale labi­ryn­tem wie­ko­wych beto­no­wych tuneli, wyło­żo­nych popę­ka­nymi asfal­to­wymi pły­tami, z gru­bymi sta­rymi rurami zwi­sa­ją­cymi ze sta­lo­wych uchwy­tów pod sufi­tem. Che­vette wymyka się z windy, pod­czas gdy chło­pak maj­struje przy jed­nym z kółek wózka.

Stu­letni spa­cer wzdłuż rzędu zamknię­tych na kłódki chłodni, pięć­dzie­się­ciu odku­rza­czy ładu­ją­cych aku­mu­la­tory z sze­regu ponu­me­ro­wa­nych sta­no­wisk, rolek dywa­nów poukła­da­nych jak kłody. Znowu ludzie w robo­czych ubra­niach, nie­któ­rzy w bia­łych kuchen­nych far­tu­chach, więc usi­łuje przy­brać minę i postawę posłańca, mając nadzieję, że wygląda tak, jakby dorę­czała jakąś prze­syłkę.

Znaj­duje wąskie schody i wcho­dzi po nich. Powie­trze jest roz­grzane i nie­ru­chome. Wykry­wa­cze ruchu włą­czają dla niej świa­tło na każ­dym kolej­nym pode­ście. Czuje przy­tła­cza­jący cię­żar całego sta­rego budynku.

Jed­nak jej rower jest tam, na B-2, za fila­rem z odra­pa­nego betonu.

- Trzy­maj się z daleka - mówi, kiedy Che­vette pod­cho­dzi na odle­głość pię­ciu stóp. Nie tak gło­śno jak samo­chód, ale rów­nie poważ­nie.

Pod war­stwą napy­lo­nej imi­ta­cji rdzy i zręcz­nie poprzy­le­pia­nej taśmy izo­la­cyj­nej geo­me­tria pustej w środku ramy z węglo­wego włókna spra­wia, że uda Che­vette zaczy­nają drżeć. Prze­suwa lewą rękę przez pętlę iden­ty­fi­ku­jącą za sio­deł­kiem. Sły­szy cichy podwójny trzask zwal­nia­nej blo­kady cząst­ko­wej i w następ­nej chwili już sie­dzi na rowe­rze i jedzie.

Ni­gdy nie czuła się lepiej niż gna­jąc popla­mioną ole­jem rampą na zewnątrz.

4. Miej­sca pracy

4

Miej­sca pracy

Współ­lo­ka­tor Rydella, Kevin Tar­ko­vsky, miał kość prze­wle­czoną przez nos i pra­co­wał w butiku wind­sur­fin­go­wym nazy­wa­nym Tylko Mi Dmu­chaj.

W ponie­dzia­łek rano, kiedy Rydell powie­dział mu, że prze­stał pra­co­wać dla Inten­Se­cure, Kevin zapro­po­no­wał, że znaj­dzie mu pracę w han­dlu, coś zwią­za­nego ze spor­tem.

- Zasad­ni­czo masz odpo­wied­nią budowę - rzekł Kevin, spo­glą­da­jąc na nagi tors i ramiona Rydella. Ten wciąż miał na sobie poma­rań­czowe spodnie, które wło­żył, idąc na spo­tka­nie z Her­nan­de­zem. Poży­czył je od Kevina. Wła­śnie zdjął opa­tru­nek, wypu­ścił z niego powie­trze i wepchnął do pię­cio­ga­lo­no­wego pla­sti­ko­wego wia­dra po far­bie peł­nią­cego rolę kosza na śmieci. Wia­dro miało z boku wielką samo­przy­lepną sto­krotkę. - Powi­nie­neś tylko tro­chę bar­dziej regu­lar­nie ćwi­czyć. I może zapu­ścić kucyk. Na znak przy­na­leż­no­ści do klanu.

- Kevin, nie mam poję­cia o sur­fingu, windsur­fingu, niczym takim. Tylko parę razy wypły­ną­łem na ocean. Prze­waż­nie w Tampa Bay.

Była pra­wie dzie­siąta rano. Kevin miał wolny dzień.

- Sprze­da­wa­nie polega na wywie­ra­niu wra­że­nia, Berry. Klient potrze­buje infor­ma­cji, a ty ją zapew­niasz. Jed­nak ponadto robisz na nim wra­że­nie.

Kevin poparł swoje słowa, stu­ka­jąc w dwu­ca­lowy kawa­łek gład­kiej woło­wej kości.

- A potem sprze­da­jesz im nowy sprzęt.

- Nie jestem opa­lony.

Skóra Kevina miała kolor i połysk pary ciem­no­brą­zo­wych buci­ków Cole-Haan, które ciotka poda­ro­wała Rydel­lowi na pięt­na­ste uro­dziny. Nie miało to nic wspól­nego z genami czy eks­po­zy­cją na nie­fil­tro­wane pro­mie­nio­wa­nie sło­neczne, lecz było rezul­ta­tem regu­lar­nych zastrzy­ków oraz sto­so­wa­nia roz­ma­itych pigu­łek i maści.

- No cóż - przy­znał Kevin - opa­le­ni­zna byłaby ci potrzebna.

Rydell wie­dział, że Kevin nie sur­fuje i ni­gdy tego nie robił, ale przy­nosi do domu dys­kietki ze sklepu i ogląda je przez wide­ogo­gle, ana­li­zu­jąc roz­ma­ite ruchy. Nie wąt­pił, że Kevin może dostar­czyć wszel­kich moż­li­wych infor­ma­cji, jakich zażą­dałby poten­cjalny nabywca. A ponadto robił wra­że­nie: z tą głę­boką opa­le­ni­zną, wypra­co­waną ćwi­cze­niami syl­wetką i kością w nosie zwra­cał na sie­bie uwagę. Prze­waż­nie kobiet, cho­ciaż nie robiło to na nim wiel­kiego wra­że­nia.

Kevin sprze­da­wał głów­nie odzież. Dro­gie stroje, które miały chro­nić przed UV i zanie­czysz­cze­niami zawar­tymi w wodzie. W jedy­nej sza­fie sto­ją­cej w ich pokoju miał dwa kar­tony pełne takich ubrań. Rydell, który obec­nie nie miał się w co ubrać, mógł w nich grze­bać i wybie­rać sobie, co chciał. Jak się oka­zało, nie miał wiel­kiego wyboru, ponie­waż stroje do sur­fingu naj­czę­ściej były z Day-Glo, czar­nego nano­poru albo mir­ror­flexu. Kilka zno­śniej­szych ciu­chów miało logo Tylko Mi Dmu­chaj, uka­zu­jące się pod wpły­wem UV, kiedy war­stwa ozo­nowa była w szcze­gól­nie kiep­skim sta­nie, co Rydell odkrył pod­czas ostat­niej wyprawy na tar­go­wi­sko.

Dzie­lił z Kevi­nem jeden z pokoi nie­wiel­kiego miesz­kanka w Mar Vista, co ozna­czało widok na morze, któ­rego nie było. Ktoś prze­gro­dził pokój kil­koma gip­so­wymi pły­tami. Po stro­nie Rydella płytę pokry­wały samo­przy­lepne sto­krotki i kolek­cja nakle­jek na zde­rzaki z takich miejsc jak Magic Moun­tain, Nis­san County, Disney­land i Sky­wal­ker Park. Miesz­ka­nie dzie­lili z dwoma innymi loka­to­rami - trzema, jeśli liczyć zaj­mu­jącą garaż Chinkę (która przy­naj­mniej miała tam wła­sną łazienkę).

Za więk­szą część swo­jej pierw­szej wypłaty w Inten­Se­cure Rydell kupił futon. Kupił go na stra­ga­nie na tar­go­wi­sku; tam były tań­sze, a kram nazy­wał się Futon Mouth, co Rydell uznał za bar­dzo zabawne. Dziew­czyna z Futon Mouth wyja­śniła mu, że powi­nien wci­snąć kon­tro­le­rowi na pero­nie metra dwu­dzie­staka, a wtedy będzie mógł zabrać się ze zro­lo­wa­nym futo­nem, który mie­ścił się w zie­lo­nym pla­sti­ko­wym worku przy­po­mi­na­ją­cym śpi­wór.

Póź­niej, cze­ka­jąc, kiedy będzie mógł zdjąć opa­tru­nek, spę­dził na tym futo­nie sporo czasu, patrząc na naklejki. Zasta­na­wiał się, czy ten, kto je tu umie­ścił, naprawdę odwie­dził wszyst­kie te miej­sca. Her­nan­dez raz pro­po­no­wał mu pracę w Nis­san County. Inten­Se­cure miała tam swoją filię. Rodzice Rydella poje­chali w podróż poślubną do Disney­landu. Sky­wal­ker Park był tu, w San Fran­ci­sco; przed­tem nazy­wał się Gol­den Gate i Rydell pamię­tał zamieszki, jakie wybu­chły, kiedy go spry­wa­ty­zo­wano.

- Zare­je­stro­wa­łeś się w któ­rymś z biur pośred­nic­twa pracy, Berry?

Rydell potrzą­snął głową.

- Ja sta­wiam - rzekł Kevin, poda­jąc mu hełm. Nie takie sprytne nie­wiel­kie oku­lary, jakie miała Karen, lecz białe pla­sti­kowe urzą­dze­nie podobne do gogli uży­wa­nych przez dzieci do gier kom­pu­te­ro­wych. - Włóż je. Ja wybiorę numer.

- No cóż - rzekł Rydell - to ład­nie z two­jej strony, Kevin, ale nie powi­nie­neś robić sobie tyle kło­potu.

Kevin dotknął kości tkwią­cej w nosie.

- Hm, cho­dzi mi też o czynsz.

No tak. Rydell wło­żył hełm.

***

- A teraz - powie­działa Sonya z mak­sy­mal­nym oży­wie­niem - widzimy, że ukoń­czy­łeś szkołę poli­ce­alną...

- Aka­de­mię - popra­wił ją Rydell. - Poli­cyjną.

- Tak, Berry, ale widzimy, że następ­nie byłeś zatrud­niony przez okres osiem­na­stu dni, a póź­niej zawie­szony w obo­wiąz­kach.

Sonya wyglą­dała jak ślicz­notka z kre­skó­wek. Żad­nych porów w skó­rze. Żad­nych prze­bar­wień. Jej zęby były bar­dzo białe i wyglą­dały jak jeden zestaw, coś, co można wyjąć z zacze­pów, żeby dokład­niej obej­rzeć. Nie po to, żeby je wyczy­ścić, bo nie było takiej potrzeby; posta­cie z kre­skó­wek nie jedzą. Jed­nak miała cudowne cycki; takimi cyc­kami Rydell obda­rzyłby ją, gdyby był uta­len­to­wa­nym rysow­ni­kiem.

- No cóż - powie­dział, myśląc o Turveyu. - Przy­dzie­lili mnie do Patrolu i mia­łem kło­poty.

Sonya ze zro­zu­mie­niem poki­wała głową.

- Widzę, Berry.

Rydell zasta­na­wiał się, co naprawdę widziała. I czy ten sys­tem eks­per­towy, który uży­wał jej jako mario­netki, mógł widzieć. I jak widział. Jak sys­tem kom­pu­te­rowy biura pośred­nic­twa pracy spo­glą­dał na kogoś takiego jak Rydell? Nie­zbyt chęt­nie, zde­cy­do­wał.

- Potem prze­nio­słeś się do Los Ange­les, Berry, po czym mamy dzie­sięć tygo­dni zatrud­nie­nia w sek­cji ochrony rezy­den­cji Inten­Se­cure Cor­po­ra­tion. Kie­rowca z umie­jęt­no­ścią posłu­gi­wa­nia się bro­nią.

Rydell pomy­ślał o strąku rakiet pod­wie­szo­nych pod śmi­gło­wiec LAPD. Zapewne mieli tam rów­nież jedno z tych dzia­łek sekwen­cyj­nych.

- Yhm - przy­tak­nął.

- I zre­zy­gno­wa­łeś z posady w Inten­Se­cure.

- Chyba tak.

Sonya roz­pro­mie­niła się, jakby wła­śnie nie­śmiało wyznał, że ma doświad­cze­nie poli­tyczne lub doro­bek naukowy.

- No cóż, Berry - powie­działa - daj mi chwilę pomy­śleć!

Mru­gnęła do niego i zamknęła wiel­kie, zbyt nie­bie­skie oczy.

Jezu, pomy­ślał Rydell. Pró­bo­wał zer­k­nąć w bok, ale hełm Kevina nie miał żad­nych urzą­dzeń pery­fe­ryj­nych, więc niczego tam nie było. Tylko Sonya, pusty pro­sto­kąt jej biurka, kilka detali suge­ru­ją­cych biuro i logo agen­cji pośred­nic­twa na ścia­nie za jej ple­cami. To logo nada­wało jej wygląd komen­ta­torki kanału tele­wi­zyj­nego nada­ją­cego wyłącz­nie bar­dzo dobre wia­do­mo­ści.

Sonya otwo­rzyła oczy. Jej uśmiech stał się wręcz ośle­pia­jący.

- Jesteś z Połu­dnia - powie­działa.

- Yhm.

- Plan­ta­cje, Berry. Magno­lie. Tra­dy­cja. A także pewien mrok. Tro­chę dresz­czyku. Faulk­ner.

Faw..?

- Hę?

- Night­mare Folk Art, Berry. Ven­tura Boule­vard, Sher­man Oaks.

Kevin patrzył, jak Rydell zdej­muje hełm i zapi­suje adres oraz numer tele­fonu na okładce "People" z zeszłego tygo­dnia. Gazeta nale­żała do Moniki, chiń­skiej dziew­czyny miesz­ka­ją­cej w garażu; zawsze dru­ko­wała ją, pomi­ja­jąc donie­sie­nia o skan­da­lach i nie­szczę­ściach, nato­miast z posze­rzoną kro­niką towa­rzy­ską, szcze­gól­nie o wszel­kie aktu­alne wzmianki doty­czące angiel­skiej rodziny kró­lew­skiej.

- Mają coś dla cie­bie, Berry? - spy­tał z nadzieją Kevin.

- Może - odparł Rydell. - To miej­sce jest w Sher­man Oaks. Zadzwo­nię tam i spraw­dzę.

Kevin bawił się kością w nosie.

- Mogę cię pod­wieźć - rzekł.

***

W witry­nie Night­mare Folk Art był wielki obraz Wnie­bo­wzię­cia. Rydell widy­wał takie obrazy na bur­tach chrze­ści­jań­skich fur­go­ne­tek zapar­ko­wa­nych przy cen­trach han­dlo­wych. Mnó­stwo okrwa­wio­nych wra­ków samo­cho­dów i nie­szczę­ścia oraz wszyst­kie te zba­wione dusze ula­tu­jące na spo­tka­nie z Jezu­sem o nie­po­ko­jąco bystrym spoj­rze­niu. Ten obraz zawie­rał o wiele wię­cej szcze­gó­łów. Każda ze zba­wio­nych dusz miała wła­sną twarz, jakby naprawdę nale­żała do jakiejś kon­kret­nej osoby, a kilka z nich przy­po­mi­nało mu rysy sław­nych ludzi. Pomimo to obraz wyglą­dał jak nama­lo­wany przez pięt­na­sto­latka lub star­szą panią.

Kevin wysa­dził go na rogu Sepu­lveda, skąd Rydell prze­szedł jesz­cze dwa kwar­tały, szu­ka­jąc wska­za­nego adresu, mija­jąc grupkę robot­ni­ków w kaskach z dasz­kami, któ­rzy wyle­wali beto­nową donicę pod drzewo pal­mowe. Rydell zasta­na­wiał się, czy przed wiru­sem przy Ven­tura rosły praw­dziwe palmy; sub­sty­tuty były teraz tak popu­larne, że ludzie chcieli sadzić je wszę­dzie.

Ven­tura była jedną z tych ulic Los Ange­les, które cią­gnęły się w nie­skoń­czo­ność. Wie­dział, że z pew­no­ścią nie­zli­czoną ilość razy prze­jeż­dżał Gun­he­adem obok Night­mare Folk Art, ale ulice wyglą­dały zupeł­nie ina­czej, kiedy się po nich szło. Po pierw­sze, czło­wiek był zupeł­nie sam; po dru­gie, widzia­łeś, jak popę­kane i brudne są te budynki. Puste lokale za brud­nymi szy­bami, ze stertą żółk­ną­cych prze­sy­łek rekla­mo­wych na pod­ło­dze i cza­sem kałużą cze­goś, co nie mogło być desz­czówką, więc zaczy­na­łeś zasta­na­wiać się, co to takiego. Mija­łeś parę takich witryn, a potem tra­fia­łeś na sklep sprze­da­jący oku­lary prze­ciw­sło­neczne w cenie sze­ścio­krot­nie wyż­szej od mie­sięcz­nego czyn­szu za połowę pokoju w Mar Vista. Sklepu z oku­la­rami pil­no­wał najemny gli­niarz, wpusz­cza­jący klien­tów po naci­śnię­ciu dzwonka.

Night­mare Folk Art była wła­śnie taka, wci­śnięta mię­dzy nie­czynny zakład fry­zjer­ski a pod­upa­da­jące biuro obrotu nie­ru­cho­mo­ściami, które na boku sprze­da­wało polisy ubez­pie­cze­niowe. NIGHT­MARE FOLK ART - POŁU­DNIOWY DRESZ­CZYK, ręcz­nie malo­wane litery, nie­zgrabne i cien­kie jak nóżki komara z kre­skówki, białe na czar­nym tle. Jed­nak przed nią par­ko­wało kilka dro­gich samo­cho­dów: srebr­no­szary range rover podobny do Gun­he­ada, wypu­co­wany jak na paradę, i jeden z tych małych, zabyt­ko­wych dwu­oso­bo­wych porsche, które zawsze wyda­wały się Rydel­lowi zabaw­kami nakrę­ca­nymi na klu­czyk. Obszedł porsche sze­ro­kim łukiem; takie samo­chody zazwy­czaj miały hiper­czuły, a także hiper­agre­sywny sys­tem prze­ciw­kra­dzie­żowy.

Zza szyby z pan­cer­nego szkła patrzył na niego najemny gli­niarz; nie z Inten­Se­cure, ale innej firmy. Rydell poży­czył od Kevina parę odpra­so­wa­nych spodni. Były tro­chę cia­sne w pasie, ale o wiele lep­sze od tam­tych poma­rań­czo­wych. Wło­żył też czarną mun­du­rową koszulę Inten­Se­cure z odpru­tymi naszyw­kami, Stet­sona i buty SWAT. Nie był pewien, czy czarny kolor pasuje do khaki. Naci­snął przy­cisk. Najemny gli­niarz wpu­ścił go do środka.

- Mam spo­tka­nie z Justine Cooper - powie­dział Rydell, zdej­mu­jąc oku­lary.

- Ma klienta - rzekł glina. Wyglą­dał na trzy­dzie­sto­latka z jakiejś farmy w Kan­sas czy gdzieś. Rydell spoj­rzał nad jego ramie­niem i dostrzegł chudą kobietę o ciem­nych wło­sach. Roz­ma­wiała z gru­bym męż­czy­zną, który w ogóle nie miał wło­sów. Wyglą­dało na to, że pró­buje mu coś sprze­dać.

- Zacze­kam - powie­dział Rydell.

Far­mer nie odpo­wie­dział. Prawo sta­nowe gło­siło, że nie mógł posia­dać broni, tylko prze­my­słowy ogłu­szacz w wytar­tej pla­sti­ko­wej kabu­rze, ale zapewne i tak ją miał. Jedną z tych małych rosyj­skich zaba­wek strze­la­ją­cych poci­skami, któ­rymi można prze­strze­lić sil­nik czołgu. Rosja­nie, ze swoją para­noją na punk­cie bez­pie­czeń­stwa, opa­no­wali rynek spe­cja­łów sobot­niej nocy.

Rydell rozej­rzał się wokół. Zde­cy­do­wał, że Wnie­bo­wzię­cie dosko­nale paso­wało do Night­mare Folk Art. Jego ojciec zawsze twier­dził, że tacy chrze­ści­ja­nie są po pro­stu śmieszni. Oto kolejne tysiąc­le­cie nade­szło i minęło bez żad­nego Wnie­bo­wzię­cia, a oni wciąż walą w ten sam bęben. Sub­lett i jego sta­rzy w obo­zo­wi­sku przy­czep gdzieś w Tek­sa­sie, oglą­da­jący stare filmy zgod­nie ze wska­za­niami Wie­leb­nego Fal­lona - oni przy­naj­mniej mieli o czym gadać.

Pró­bo­wał podej­rzeć, co ta kobieta usi­łuje sprze­dać gru­bemu męż­czyź­nie, ale dostrze­gła jego spoj­rze­nie i nie zdo­łał. Prze­szedł w głąb sklepu, uda­jąc, że ogląda towar. Był tam cały dział paskud­nych cien­kich wian­ków za szkłem w wybla­kłych zło­co­nych ram­kach. Wianki wyglą­dały tak, jakby sple­ciono je ze sta­rych wło­sów. Były tam sko­ro­do­wane dzie­cięce tru­mienki i w jed­nej z nich zasa­dzono bluszcz. Stały sto­liki do kawy wyglą­da­jące jak zro­bione z nagrob­ków, sta­rych, o napi­sach tak zatar­tych, że nie dało się ich odczy­tać. Przy­sta­nął przy ramie łóżka zespa­wa­nej z kilku tych figu­rek murzyń­skich dzie­cia­ków, jakie prawo zabra­niało usta­wiać na traw­ni­kach w Kno­xville. Wszyst­kie figurki były świeżo poma­lo­wane i miały sze­ro­kie czer­wo­no­uste uśmie­chy zja­da­czy arbu­zów. Łóżko było nakryte ręcz­nie wyszy­waną kapą w bar­wach flagi kon­fe­de­ra­tów. Kiedy pró­bo­wał zna­leźć kar­teczkę z ceną, zna­lazł tylko żółtą naklejkę SPRZE­DANE.

- Pan Rydell? Mogę mówić do pana Berry?

Szczęka Justine Cooper była tak wąska, że wyda­wała się nie zapew­niać dość miej­sca dla nor­mal­nego kom­pletu zębów. Włosy miała krótko ścięte: lśniący brą­zowy hełm. Nosiła dwu­czę­ściowy ciemny i powiewny strój, który zapewne miał ukryć fakt, że była zbu­do­wana jak paty­czak. Jej akcent by­naj­mniej nie świad­czył o tym, że uro­dziła się na połu­dniu, a ponadto była spięta jak sprę­żyna.

Rydell zoba­czył, jak gru­bas wycho­dzi i przy­staje na chod­niku, żeby zdez­ak­ty­wo­wać sys­tem obronny range rovera.

- Jasne.

- Jesteś z Kno­xville?

Zauwa­żył, że oddy­chała mia­rowo, jakby sta­ra­jąc się uni­kać hiper­wen­ty­la­cji.

- Zga­dza się.

- Nie masz wyraź­nego akcentu.

- Hm, chciał­bym, żeby wszy­scy tak uwa­żali.

Uśmiech­nął się, ale nie odpo­wie­działa mu uśmie­chem.

- A czy pań­ska rodzina pocho­dzi z Kno­xville, panie Rydell?

Kurwa, pomy­ślał, prze­cież mia­łaś mówić mi Berry.

- Mój ojciec chyba tak. Rodzice mojej matki są z oko­lic Bri­stolu.

Czarne oczy Justine Cooper spo­glą­dały na niego, ale wyda­wały się niczego nie zauwa­żać. Odgadł, że zbli­żała się do czter­dziestki.

- Pani Cooper?

Drgnęła gwał­tow­nie, jakby ją prze­stra­szył.

- Pani Cooper, co to za wianki w tych sta­rych ram­kach?

Wska­zał ręką.

- Wianki żałobne. Połu­dniowo-zachod­nia Wir­gi­nia, koniec dzie­więt­na­stego i począ­tek dwu­dzie­stego wieku.

Dobrze, pomy­ślał Rydell, niech mówi o swoim towa­rze. Pod­szedł do ramek, żeby obej­rzeć je z bli­ska.

- To wygląda jak włosy.

- Bo to są włosy. A z czego mia­łyby być?

- Ludz­kie włosy?

- Oczy­wi­ście.

- Ma pani na myśli włosy nie­bosz­czy­ków?

Teraz dostrzegł drob­niut­kie sploty, włosy poskrę­cane w maleń­kie kwia­to­po­dobne węzły. Były matowe i bez­barwne.

- Panie Rydell, oba­wiam się, że mar­nuję pań­ski czas.

Nie­znacz­nie przy­su­nęła się bli­żej niego.

- Kiedy roz­ma­wia­łam z panem przez tele­fon, odnio­słam wra­że­nie, że jest pan... no... znacz­nie bar­dziej połu­dniow­cem...

- Co ma pani na myśli, pani Cooper?

- Ofe­ru­jemy tutaj ludziom pewną wizję, panie Rydell. Pewien mrok. Tro­chę dresz­czyku.

Do dia­bła. Ta gada­jąca głowa z biura pośred­nic­twa wci­skała mu słowo w słowo takie samo gówno.

- Podej­rze­wam, że nie czy­tał pan Faulk­nera?

Pod­nio­sła jedną rękę, żeby odgar­nąć coś nie­wi­docz­nego, coś uno­szą­cego się tuż przed jej nosem.

Znów to samo.

- Nie.

- No, tak myśla­łam. Mam nadzieję zna­leźć kogoś, kto pomoże mi oddać tę mroczną atmos­ferę, panie Rydell. Umysł połu­dniowca. Majaki zmy­słów.

Rydell zamru­gał oczami.

- W panu nie wyczu­wam tej atmos­fery. Przy­kro mi.

Wyglą­dało na to, że ta nie­wi­dzialna paję­czyna wró­ciła na miej­sce.

Rydell zer­k­nął na najem­nego gli­nia­rza, lecz ten naj­wi­docz­niej wcale ich nie słu­chał. Do licha, facet po pro­stu spał.

- Sza­nowna pani - powie­dział spo­koj­nie Rydell - myślę, że jest pani bar­dziej stuk­nięta od stada dup­ków.

Unio­sła brwi.

- Wła­śnie - powie­działa.

- Co "wła­śnie"?

- Kolo­ryt, panie Rydell. Ogień. Ponure wer­balne poli­chro­mie w nie­mal nie­wy­obra­żal­nym stop­niu roz­kładu.

Musiał to prze­my­śleć. Stwier­dził, że patrzy na łóżko z Murzy­nią­tek.

- Czy odwie­dza­jący panią czarni ludzie ni­gdy nie zgła­szają zastrze­żeń do takiego towaru?

- Wprost prze­ciw­nie - odparła ze świeżo obu­dzo­nym oży­wie­niem. - Robimy cał­kiem nie­złe inte­resy z lepiej sytu­owa­nymi oby­wa­te­lami Połu­dnia. Oni przy­naj­mniej mają poczu­cie humoru. Sądzę, że po pro­stu muszą.

Teraz będzie musiał iść pie­szo do naj­bliż­szej sta­cji, wró­cić metrem do domu i powie­dzieć Kevi­nowi Tar­ko­vsky'emu, że nie jest w dosta­tecz­nym stop­niu połu­dniow­cem.

Najemny gli­niarz wypu­ścił go na ulicę.

- A skąd pani wła­ści­wie jest, pani Cooper? - spy­tał na odchodne Rydell.

- Z New Hamp­shire.

Stał na chod­niku, za jego ple­cami zamy­kały się drzwi.

- Pie­przeni Jan­kesi - powie­dział do porsche. Tak powie­działby jego ojciec, ale Rydell nie­zbyt dobrze wie­dział, pod czyim adre­sem to mówi.

Obok prze­je­chała jedna z tych wiel­kich nie­miec­kich cię­ża­ró­wek na olej rze­pa­kowy. Rydell nie­na­wi­dził tych wozów. Ich spa­liny śmier­działy sma­żo­nym kur­cza­kiem.

5. Senne zmory

5

Senne zmory

Sny kuriera są z wrzą­cego metalu, wrzesz­czą­cych i ucie­ka­ją­cych cieni, gór o bar­wie betonu. Są sie­ro­tami pło­ną­cymi na szczy­cie wzgó­rza. Pla­sti­ko­wymi bla­do­nie­bie­skimi trum­nami. Chmu­rami na nie­bie. Wyso­kimi czap­kami kapła­nów. Nie widzą pierw­szego poci­sku spa­da­ją­cego z beto­no­wych gór. Wywala dziurę we wszyst­kim: we wzgó­rzu, w nie­bie, nie­bieskiej trum­nie i kobie­cej twa­rzy.

Dźwięk zbyt potężny, aby być jakim­kol­wiek dźwię­kiem, lecz sły­szą prze­zeń jakoś, dopiero teraz, odle­głe wesołe popu­ki­wa­nie moź­dzie­rzy i widzą schludne obłoczki dymu uno­szące się na sza­rym stoku góry.

Siada, sam w wiel­kim łóżku, usi­łu­jąc krzy­czeć słowa w języku, któ­rym już nie pozwala sobie mówić.

Czuje ból głowy. Wypija łyk wody ze sta­lo­wej karafki na noc­nym sto­liku. Pokój koły­sze się, zaciera, znów nabiera kształtu. Kurier gra­moli się z łóżka, czła­pie nago do wyso­kich sta­ro­mod­nych okien. Nie­zgrab­nie roz­suwa cięż­kie zasłony. San Fran­ci­sco. Świt jak zaśnie­działe sre­bro. Jest wto­rek. To nie Mek­syk.

W bia­łej łazience, krzy­wiąc się w ostrym świe­tle, wciera zimną wodę w zdrę­twiałą twarz. Sen odcho­dzi, ale pozo­sta­wia ślad. Kurier drży, czu­jąc nie­przy­jem­nie zimne kafelki posadzki pod bosymi nogami. Te dziwki na przy­ję­ciu. Ten Har­wood. Deka­den­cja. Kurier nie znosi deka­den­cji. Dzięki pracy ma kon­takt z praw­dzi­wym bogac­twem, nie­kwe­stio­no­waną wła­dzą. Spo­tyka wpły­wo­wych ludzi. Har­wood to potęga bez wpły­wów.

Wyłą­cza świa­tło w łazience i ostroż­nie wraca do łóżka w tro­sce o swój ból głowy.

Z pasia­stą koł­drą pod­cią­gniętą pod szyję zaczyna porząd­ko­wać wyda­rze­nia ubie­głego wie­czoru. Są luki. Brak umiaru. Nie­na­wi­dzi braku umiaru. Przy­ję­cie u Har­wo­oda. Głos w tele­fo­nie, naka­zu­jący mu wziąć udział. Wypił już kilka drin­ków. Widzi twarz mło­dej dziew­czyny. Gniew, pogarda. Jej krót­kie włosy skrę­cone w kolce.

Ma wra­że­nie, że oczy nie miesz­czą mu się w oczo­do­łach. Kiedy je trze, ota­czają go jaskrawe, ohydne bły­ski świa­tła. W żołądku prze­ta­cza się zimny cię­żar wypi­tej wody.

Pamięta, jak sie­dział za sze­ro­kim maho­nio­wym biur­kiem, popi­ja­jąc. Przed roz­mową, przed przy­ję­ciem. Pamięta leżące przed nim dwa fute­rały, iden­tyczne. W jed­nym trzyma ją. Drugi jest na to, co mu powie­rzono. Kosz­towny, ale nie ma wąt­pli­wo­ści, że zawarta w nim infor­ma­cja jest bar­dzo cenna. Składa gra­fi­towe słu­chawki i zatrza­skuje fute­rał. Potem dotyka tego, który kryje całą jej tajem­nicę, biały domek na wzgó­rzu, przy­no­szone przez nią uko­je­nie. Wkłada oba fute­rały do kie­szeni kurtki...

Jed­nak teraz zastyga pod koł­drą, czu­jąc, jak żołą­dek ści­ska mu się w przy­pły­wie nie­po­koju.

Wło­żył tę kurtkę na przy­ję­cie, któ­rego pra­wie nie pamię­tał.

Igno­ru­jąc łupa­nie w gło­wie, gra­moli się z łóżka i znaj­duje kurtkę rzu­coną na pod­łogę obok krze­sła.

Serce wali mu jak mło­tem.

Jest. Ten, który ma dorę­czyć. Zapięty w wewnętrz­nej kie­szeni. Jed­nak boczne kie­szenie są puste.

Nie ma jej. Prze­trząsa inne ciu­chy. Na czwo­ra­kach, czu­jąc pul­su­jący ból pod czaszką, zagląda pod krze­sło. Nie ma.

Jed­nak ją można zastą­pić nową, przy­po­mina sobie, wciąż klę­cząc, z kurtką w dło­niach. Znaj­dzie han­dla­rza takim softwa­rem. Teraz musi przy­znać, że ostat­nio zaczęła sia­dać roz­dziel­czość.

Myśląc o tym, patrzy, jak jego ręce roz­pi­nają wewnętrzną kie­szeń, wycią­gają fute­rał zawie­ra­jący prze­syłkę, ich wła­sność, którą musi dorę­czyć. Otwiera fute­rał.

Odra­pane pudełko z czar­nego pla­stiku, ety­kieta na kase­cie zatarta i nie­czy­telna, pożół­kła przej­rzy­stość słu­cha­wek.

Sły­szy cienki pisk, który dobywa mu się z głębi gar­dła. Bar­dzo podobny do tego sprzed wielu lat, kiedy spadł pierw­szy pocisk.

6. Most

6

Most

Sta­ra­jąc się dokład­nie wyli­czyć trzy­dzie­sto­pro­cen­towy napi­wek, Yama­zaki zapła­cił za prze­jazd i opu­ścił wyła­chane tylne sie­dze­nie tak­sówki. Kie­rowca, który wie­dział, że wszy­scy Japoń­czycy są bogaci, ponuro prze­li­czył podarte i brudne bank­noty, po czym wrzu­cił trzy pię­cio­do­la­rowe monety do popę­ka­nej zakrętki od ter­mosu z Nis­san County, przy­kle­jo­nej taśmą do wybla­kłej deski roz­dziel­czej. Yama­zaki, który nie był bogaty, zarzu­cił torbę na ramię, odwró­cił się i poszedł w kie­runku mostu. Jak zwy­kle ten widok poru­szył mu serce; poranne słońce uko­śnie prze­świe­cało przez plą­ta­ninę przy­bu­dó­wek.

Inte­gral­no­ści przę­seł pil­no­wano rów­nie rygo­ry­stycz­nie jak praw autor­skich, jed­nak wokół nich wyro­sła nowa rze­czy­wi­stość, rzą­dząca się wła­snymi pra­wami. Nastą­piło to stop­niowo, nie według kon­kret­nego planu, przy uży­ciu wszel­kich wyobra­żal­nych tech­nik i mate­ria­łów. Rezul­ta­tem była amor­ficzna, zdu­mie­wa­jąco orga­niczna budowla. W nocy, oświe­tlona bożo­na­ro­dze­nio­wymi lamp­kami, rege­ne­ro­wa­nymi neo­nami i latar­kami, epa­to­wała dziw­nie śre­dnio­wieczną ener­gią. W dzień, widziana z daleka, przy­po­mi­nała mu ruiny angiel­skiego Bri­gh­ton Pier, oglą­dane przez jakiś popę­kany kalej­do­skop budow­la­nych sty­lów.

Jej sta­lowe kości i naprę­żone ścię­gna ginęły pod naro­ślami rodem ze snów: salo­nami tatu­ażu, salami gier, słabo oświe­tlo­nymi stra­ga­nami ze sto­sami żółk­ną­cych gazet, skle­pi­kami z fajer­wer­kami, przy­nętą, punk­tami przyj­mo­wa­nia zakła­dów, barami sushi, nie­li­cen­cjo­no­wa­nymi lom­bar­dami, zie­lar­niami, zakła­dami fry­zjer­skimi i tawer­nami. Wykwity komer­cyj­nych snów, roz­miesz­czone na pozio­mach, po któ­rych nie­gdyś odby­wał się ruch kołowy, pod­czas gdy nad nimi, się­ga­jąc aż po same szczyty wież pod­trzy­mu­ją­cych liny, wzno­siły się pra­co­wi­cie zawie­szone gniazda z ich nie­zli­czoną popu­la­cją i stre­fami bar­dziej oso­bi­stych marzeń.

Po raz pierw­szy zoba­czył to w nocy, trzy tygo­dnie wcze­śniej. Stał we mgle, wśród sprze­daw­ców warzyw i owo­ców, któ­rzy poroz­kła­dali swój towar na kocach. Z biją­cym ser­cem spo­glą­dał na otwór tej jaskini. Para uno­siła się z kotłów gar­kuchni pod poszar­pa­nym łukiem ścią­gnię­tego skądś neonu. Wszystko zbie­gało się, zama­zy­wało, wta­piało w mgłę. Tele­pre­zen­ta­cje dawały zale­d­wie przed­smak uroku i nie­zwy­kło­ści tego miej­sca, więc z naboż­nym podzi­wem powoli ruszył naprzód, w tę neo­nową pasz­czę i kar­na­wa­łowy zamęt płasz­czyzn wydar­tych prze­strzeni. Baśniowa kra­ina. Wysre­brzona desz­czem dykta, potrza­skany mar­mur ze ścian zapo­mnia­nych ban­ków, pofał­do­wany pla­stik, pole­ro­wany mosiądz, cekiny, malo­wany bre­zent, lustra, chromy zma­to­wiałe i obła­żące w sło­nym powie­trzu. Tyle rze­czy, zbyt wiele dla jego oszo­ło­mio­nych oczu - i wie­dział już, że nie odbył tej podróży na darmo.

Z pew­no­ścią ni­gdzie na świe­cie nie zna­la­złby wspa­nial­szego Tho­mas­son.

Wszedł weń teraz, we wto­rek rano, w ten zna­jomy już wir - wozów z lodem i rybami, szczęku maszyn do robie­nia plac­ków - i odna­lazł drogę do kafejki, któ­rej wnę­trze miało kli­mat sta­rego promu, z pociem­nia­łym i pory­so­wa­nym lakie­rem na gru­bych deskach, jakby wycię­tych ręcz­nie z jakie­goś wysłu­żo­nego publicz­nego środka trans­portu. Co jest moż­liwe, pomy­ślał, sado­wiąc się przy dłu­gim barze; opo­dal Oakland, za nawie­dzoną wyspą, bez­skrzy­dły kadłub 747 mie­ścił kuch­nie dzie­wię­ciu taj­skich restau­ra­cji.

Młoda kobieta za ladą miała wyta­tu­owane bran­so­letki w kształ­cie sty­li­zo­wa­nych jasz­czu­rek barwy indygo. Popro­sił o kawę. Podano ją w gru­bej i cięż­kiej por­ce­la­no­wej fili­żance. Nie było tutaj dwóch takich samych fili­ża­nek. Wyjął z torby note­bo­oka, otwo­rzył go i wpro­wa­dził krótki opis fili­żanki, drob­nej sia­teczki pęk­nięć na jej gla­zu­ro­wa­nej powierzchni, jak minia­tu­ro­wej bia­łej mozaiki. Popi­ja­jąc kawę, prze­wi­nął na ekra­nie notatki z poprzed­niego dnia. Umysł tego Skin­nera nie­zwy­kle przy­po­mi­nał ten most. Gro­ma­dził roz­ma­ite rze­czy wokół arma­tury o kon­kret­nym prze­zna­cze­niu, aż prze­kro­czył punkt kry­tyczny i two­rzył nowy pro­gram. Tylko jaki pro­gram?

Popro­sił Skin­nera, żeby wyja­śnił mu spo­sób nara­sta­nia przy­bu­dó­wek pro­wa­dzący do obec­nego stanu budowli. Jakie motywy kie­ro­wały poszcze­gól­nymi budow­ni­czymi, każ­dym budow­ni­czym? Note­book zapi­sał bez­ładną, pokrętną odpo­wiedź, wygła­dza­jąc ją i tłu­ma­cząc.

Był taki facet, łowił. Zacze­pił coś. Wycią­gnął rower. Cały pokryty sko­ru­pia­kami. Wszy­scy się śmiali. Wziął ten rower i wybu­do­wał jadło­daj­nię. Zupa z mał­żów, goto­wane omułki na zimno. Mek­sy­kań­ski bar. Powie­sił ten rower nad ladą. Miał tam tylko trzy stołki i zawie­sił to ośmio­sto­powe pudło na Super Glue i klam­rach. Ściany w środku pokrył pocz­tów­kami. Jak gon­tami. W nocy spał za kon­tu­arem. Aż pew­nego ranka znik­nął. Pęk­nięte klamry, kilka drzazg wciąż przy­kle­jo­nych do ściany zakładu fry­zjer­skiego. Spoj­rza­łeś w dół, zoba­czy­łeś wodę pod nogami. Widzisz, za bar­dzo się wychy­lił.

Yama­zaki patrzył na parę uno­szącą się z jego kawy, wyobra­ża­jąc sobie rower pokryty sko­ru­pia­kami, sam w sobie Tho­mas­son o spo­rym poten­cjale. Skin­nera naj­wy­raź­niej zain­te­re­so­wał ten ter­min i note­book zare­je­stro­wał próbę wyja­śnie­nia mu przez Yama­zakiego pocho­dze­nia tego poję­cia oraz jego obec­nego zna­cze­nia.

Tho­mas­son był ame­ry­kań­skim zawod­ni­kiem base­ballu, bar­dzo przy­stoj­nym, bar­dzo sil­nym. W 1982 za znaczną sumę pie­nię­dzy prze­szedł do Yomiy­uri Giants. Wtedy odkryto, że nie umie tra­fić w piłkę. Pisarz i arty­sta Gem­pei Aka­se­gawa wyko­rzy­stał jego nazwi­sko jako syno­nim pew­nych bez­u­ży­tecz­nych i nie­wy­tłu­ma­czal­nych zja­wisk, bez­sen­sow­nych, lecz dziw­nie atrak­cyj­nych cech miej­skiego kra­jo­brazu. Jed­nak póź­niej ten ter­min nabrał innego zna­cze­nia. Jeśli chcesz, mogę zna­leźć i prze­tłu­ma­czyć dzi­siej­sze defi­ni­cje w Gen­dai Yogo Kiso­chi­shiki, czyli w Pod­sta­wach wie­dzy o współ­cze­snych poję­ciach.

Jed­nak Skin­ner - siwy, nie­ogo­lony, z pożół­kłymi biał­kami prze­krwio­nych oczu, tylko wzru­szył ramio­nami. Trzej miesz­kańcy, któ­rzy wcze­śniej zgo­dzili się udzie­lić wywiadu, wymie­niali Skin­nera jako ory­gi­nała, jed­nego z pierw­szych na moście. Loka­li­za­cja jego pokoju rów­nież wska­zy­wała na pewien sta­tus, cho­ciaż Yama­zaki zasta­na­wiał się, ilu ludzi sko­rzy­sta­łoby z szansy osie­dle­nia się na szczy­cie jed­nej z wież. Zanim zain­sta­lo­wano elek­tryczne windy, wspi­naczka na górę była praw­dzi­wym wyzwa­niem. Dzi­siaj, ze swoim cho­rym bio­drem, stary był prak­tycz­nie inwa­lidą, pole­ga­ją­cym na pomocy sąsia­dów i dziew­czyny. Oni przy­no­sili mu żyw­ność, wodę, utrzy­my­wali spraw­ność che­micz­nej toa­lety. Yama­zaki zakła­dał, że dziew­czyna miała za to dach nad głową, cho­ciaż sto­sunki mię­dzy dwoj­giem tych ludzi wydały mu się głęb­sze i bar­dziej skom­pli­ko­wane.

Jed­nak o ile Skin­nera trudno było zro­zu­mieć ze względu na wiek, oso­bo­wość lub z obu tych powo­dów, dziew­czyna, z którą dzie­lił pokój, była nie­prze­nik­niona w ten zwy­czajny, ponury spo­sób, jaki Yama­zaki łączył z mło­dymi Ame­ry­ka­nami. Cho­ciaż być może tylko dla­tego, że on, Yama­zaki, był tu obcym - Japoń­czy­kiem - i zada­wał zbyt wiele pytań.

Spoj­rzał wzdłuż kon­tu­aru, oglą­da­jąc poranne pro­file pozo­sta­łych gości. Ame­ry­ka­nie. Fakt, że naprawdę sie­dział tutaj, pijąc kawę obok tych ludzi, wciąż budził jego zdu­mie­nie. Nad­zwy­czajne. Zapi­sał w note­bo­oku, skro­biąc piór­kiem po ekra­nie.

Apar­ta­ment w wyso­kim wik­to­riań­skim domu, zbu­do­wa­nym z drewna i bar­dzo sta­ran­nie poma­lo­wa­nym, w dziel­nicy, gdzie nazwy ulic hono­rują dzie­więt­na­sto­wiecz­nych ame­ry­kań­skich poli­ty­ków: Claya, Scotta, Pierce'a, Jack­sona. Dziś rano, we wto­rek, opusz­cza­jąc miesz­ka­nie, zauwa­ży­łem na boku ostat­niego słupka porę­czy ślady zawia­sów. Podej­rze­wam, że kie­dyś pod­trzy­my­wały furtkę dla dzieci. Idąc po Scott w poszu­ki­wa­niu tak­sówki, tra­fi­łem na zamok­niętą pocz­tówkę, leżącą obraz­kiem do góry. Wąska twarz męczen­nika Sha­pely'ego, świę­tego AIDS, z pęche­rzami od desz­czu. Bar­dzo melan­cho­lijne.

- Nie powinni tego mówić. To zna­czy o Godzilli.

Yama­zaki stwier­dził, że nie­pew­nie wpa­truje się w szczerą twarz dziew­czyny za barem.

- Prze­pra­szam?

- Nie powinni tego mówić. O Godzilli. Nie powinni się śmiać. My tutaj też mie­li­śmy trzę­sie­nia ziemi, a wy nie śmia­li­ście się z nas.

7. Chciał­bym, żeby dobrze ci poszło

7

Chciał­bym, żeby dobrze ci poszło

Her­nan­dez prze­szedł za Rydel­lem do kuchni miesz­ka­nia w Mar Vista. Miał na sobie sza­ro­nie­bie­ski kom­bi­ne­zon bez ręka­wów i parę tych upior­nych nie­miec­kich san­da­łów pla­żo­wych, tych z tysią­cem małych kol­ców masu­ją­cych pode­szwy stóp. Rydell jesz­cze ni­gdy nie widział go bez mun­duru i prze­żył lekki szok. Gość miał na bicep­sach wiel­kie, stare tatu­aże - rzym­skie cyfry, znak przy­na­leż­no­ści do jakie­goś gangu. Stopy miał brą­zowe, sze­ro­kie, tro­chę podobne do niedź­wie­dzich łap.

Był wtor­kowy ranek. Oprócz nich w domku nie było nikogo. Kevin pra­co­wał w Tylko Mi Dmu­chaj, a tamci robili gdzieś to, co robili. Monika mogła być u sie­bie w garażu, ale i tak pra­wie ni­gdy się jej nie widziało.

Rydell wziął z kre­densu torebkę płat­ków kuku­ry­dzia­nych i ostroż­nie ją odwi­nął. Pra­wie wystar­czy na jeden talerz. Otwo­rzył lodówkę i wyjął pla­sti­kowy litrowy pojem­nik z zatrza­sko­wym spu­stem oraz przy­kle­jo­nym na boku kawał­kiem taśmy. Gru­bym fla­ma­strem napi­sał wcze­śniej na taśmie EKS­PE­RY­MENT MLECZNY.

- Co to? - spy­tał Her­nan­dez.

- Mleko.

- Dla­czego tu jest napi­sane "eks­pe­ry­ment"?

- Żeby nikt go nie wypił. Wymy­śli­łem to w inter­na­cie Aka­de­mii.

Wsy­pał płatki do miseczki, zalał je mle­kiem, zna­lazł łyżkę i zaniósł śnia­da­nie na kuchenny sto­lik. Stół miał jedną nogę krót­szą, więc trzeba było jeść, nie opie­ra­jąc łokci o blat.

- Jak ręka?

- Świet­nie.

Rydell zapo­mniał, że nie powi­nien pod­pie­rać się łok­ciem. Mleko i płatki chlap­nęły na podra­pany biały pla­stik blatu.

- Masz. - Her­nan­dez pod­szedł do szafki i ode­rwał gruby plik beżo­wych papie­ro­wych ser­we­tek.

- To jed­nego z tych dwóch kto­siów - rzekł Rydell - a on bar­dzo nie lubi, kiedy mu je pod­bie­ramy.

- Eks­pe­ry­ment ser­wet­kowy - powie­dział Her­nan­dez, rzu­ca­jąc plik Rydel­lowi.

Rydell wytarł mleko i więk­szość płat­ków. Nie miał poję­cia, co Her­nan­dez tu robi, ale też ni­gdy nie wyobra­żał sobie, że Her­nan­dez może jeź­dzić bia­łym daihatsu Sne­ake­rem z rucho­mym holo­gra­mem wodo­spadu na masce.

- Masz ładny samo­chód - powie­dział Rydell, wska­zu­jąc w kie­runku par­kingu i wkła­da­jąc do ust łyżkę płat­ków.

- Należy do mojej córki, Rosy. Był w warsz­ta­cie.

Rydell prze­żuł i połknął.

- Hamulce czy co?

- Ten pie­przony wodo­spad. Niby mają tam być te małe zwie­rzęta, które wycho­dzą z zaro­śli i jakby patrzą na to, na ten wodo­spad, wiesz? - Her­nan­dez oparł się o szafkę, poru­sza­jąc pal­cami w pla­żo­wych san­da­łach. - Jakieś tam kosta­ry­kań­skie zwie­rzątka, wiesz? Eko­lo­giczny motyw. Ona jest naprawdę zie­lona. Kazała nam zli­kwi­do­wać resztki traw­nika i zasa­dzić te rekul­ty­wu­jące zie­mię rośliny, wyglą­da­jące jak szare pająki. Tym­cza­sem warsz­tat nie może zmu­sić tych pie­przonych zwie­rząt, żeby się poka­zały, czło­wieku. Mamy gwa­ran­cję i wszystko, ale wiesz, to po pro­stu wrzód na dupie.

Potrzą­snął głową.

Rydell skoń­czył płatki.

- Byłeś kie­dyś w Kosta­ryce, Rydell?

- Nie.

- Tam jest cho­ler­nie faj­nie, czło­wieku. Jak w Szwaj­ca­rii.

- Ni­gdy tam nie byłem.

- Nie, cho­dzi mi o to, co robią z danymi. To samo co Szwaj­ca­rzy z forsą.

- Mówisz o prze­cho­wy­wa­niu?

- Wła­śnie. Oni są sprytni. Żad­nej armii, floty, lot­nic­twa, tylko neu­tral­ność. I prze­cho­wują dane dla każ­dego.

- Obo­jęt­nie jakie.

- Hej, piątka z plu­sem. Spry­cia­rze. I wydają te pie­nią­dze na eko­lo­gię, czło­wieku.

Rydell zaniósł miskę, łyżkę i zwi­tek wil­got­nych ście­re­czek do zlewu. Umył miskę i łyżkę, wytarł je ser­wet­kami, a potem wepchnął ścierki naj­głę­biej jak mógł pod war­stwę śmieci w worku pod zle­wem. Pro­stu­jąc się, spoj­rzał na Her­nan­deza.

- Mogę coś dla cie­bie zro­bić, sze­fie?

- Wprost prze­ciw­nie. - Her­nan­dez się uśmiech­nął. Nie wia­domo dla­czego nie był to uspo­ka­ja­jący uśmiech. - Myśla­łem o tobie. O two­jej sytu­acji. Nie­naj­lep­sza. Kiep­ska, czło­wieku. Teraz już nie możesz być gli­nia­rzem. Skoro zre­zy­gno­wa­łeś, nie mogę nawet przy­jąć cię z powro­tem do Inten­Se­cure do pil­no­wa­nia posia­dło­ści. Może mógł­byś nająć się jako regu­larny i sie­dzieć w takiej małej klatce w skle­pie mono­po­lo­wym. Chciał­byś?

- Nie.

- To dobrze, ponie­waż ktoś mógłby odstrze­lić ci przy tym dupę. Mógłby wejść i roz­wa­lić taką klatkę razem z tobą, czło­wieku.

- Obec­nie pró­buję sił w han­dlu.

- Pie­przysz? W han­dlu? Co sprze­da­jesz?

- Łóżka zro­bione z żela­znych posąż­ków. Obrazki ze stu­let­nich ludz­kich wło­sów.

Her­nan­dez zmru­żył oczy, ode­rwał się od szafki i poszedł w kie­runku pokoju. Rydell pomy­ślał, że wyj­dzie, ale Her­nan­dez tylko zaczął spa­ce­ro­wać po kuchni. Czę­sto robił to w swoim pokoju w Inten­Se­cure. Teraz odwró­cił się przed drzwiami do pokoju i ruszył z powro­tem do Rydella.

- Sam nie wiem, czło­wieku, cza­sem ciężko się z tobą gada. Powi­nie­neś prze­stać się jeżyć i pomy­śleć, że może chcę ci pomóc, no nie?

Znów zawró­cił w kie­runku pokoju.

- Po pro­stu powiedz mi, o co cho­dzi, dobrze?

Her­nan­dez przy­sta­nął, odwró­cił się i wes­tchnął.

- Ni­gdy nie byłeś w NoCal, prawda? W San Fran­ci­sco? Znasz tam kogoś?

- Nie.

- Inten­Se­cure ma także licen­cję na NoCal, wiesz? Inny stan, inne prawa, zupeł­nie inne warunki, rów­nie dobrze mógłby to być inny kraj, ale mie­szamy i tam. Wię­cej biur, mnó­stwo hoteli. Nie ma tyle chro­nio­nych rezy­den­cji, chyba że wyje­dziesz na obrzeża miast. Con­cord, Hacienda Busi­ness Cen­ter, takie rze­czy. Tłu­czemy tam nie­zły szmal.

- Prze­cież to ta sama firma. Nie wynajmą mnie tutaj, to nie wynajmą mnie i tam.

- Pie­przone pięć z plu­sem. Nikt nie mówi o wynaj­mo­wa­niu cie­bie. Cho­dzi o to, że mógł­byś zacze­pić się tam przy jed­nym face­cie. Pra­cuje jako wolny strze­lec. Kiedy firma ma jakieś pro­blemy, cza­sem anga­żuje kogoś z zewnątrz. Ten facet nie jest z Inten­Se­cure. To wolny strze­lec. Tam­tej­szy oddział ma teraz kło­poty.

- Zacze­kaj chwilę. O czym mówimy? O nie­za­leż­nym ochro­nia­rzu?

- Ten facet to łowca skal­pów. Wiesz, kto to taki?

- Znaj­duje ludzi pró­bu­ją­cych umknąć przed wie­rzy­cie­lami, nie­pła­cą­cych czyn­szu, takie rze­czy?

- Albo na przy­kład zwie­wa­ją­cych z dzie­cia­kiem sądow­nie przy­zna­nym dru­giemu z mał­żon­ków. Jed­nak takich ucie­ki­nie­rów można dzi­siaj prze­waż­nie wyła­pać przez sieć. Wystar­czy wpro­wa­dzić ich dane do DatA­me­rica i w końcu się znajdą. A nawet - wzru­szył ramio­nami - można z tym pójść do glin.

- Zatem taki łowca prze­waż­nie... - pod­po­wie­dział Rydell, przy­po­mi­na­jąc sobie jeden z epi­zo­dów Gli­nia­rzy w opa­łach, oglą­dany razem z ojcem.

- Zała­twia sprawę, nie mie­sza­jąc w to glin.

- Ani licen­cjo­no­wa­nej pry­wat­nej agen­cji detek­ty­wi­stycz­nej.

- Wła­śnie.

Her­nan­dez przy­glą­dał mu się bacz­nie.

Rydell prze­szedł obok niego do pokoju, sły­sząc, jak nie­miec­kie san­dały skrzy­pią za nim po mato­wych kafel­kach kuchen­nej posadzki. Zeszłej nocy ktoś palił tutaj tytoń. Czuł jego zapach. Naru­sze­nie warun­ków wynajmu. Gospo­darz będzie się o to pie­klił. Gospo­darz był serb­skim emi­gran­tem, który jeź­dził pięt­na­sto­let­nim BMW, nosił upiorne tyrol­skie kape­lu­siki z piór­kiem i nale­gał, żeby nazy­wać go Wally. Ponie­waż wie­dział, że Rydell pra­co­wał dla Inten­Se­cure, koniecz­nie musiał poka­zać mu latarkę przy­piętą pod deską roz­dziel­czą BMW. Miała pra­wie stopę dłu­go­ści i guzik, po naci­śnię­ciu któ­rego wyrzu­cała gęstą chmurę gazu pie­przo­wego. Zapy­tał Rydella, czy jego zda­niem "to wystar­czy".

Rydell skła­mał. Powie­dział mu, że ludzie, któ­rzy na przy­kład zażyli potężną dawkę pląsu, po pro­stu lubią wdy­chać sobie gaz pie­przowy. Prze­czysz­cza im zatoki. Popra­wia krą­że­nie. Uwiel­biają to.

Teraz Rydell spoj­rzał pod nogi i po raz pierw­szy zauwa­żył, że dywan w tym pokoju w Mar Vista jest dokład­nie taki sam jak ten, po któ­rym czoł­gał się w miesz­ka­niu przy­ja­ciółki Turveya w Kno­xville. Może tro­chę czy­ściej­szy, ale taki sam. Wcze­śniej tego nie zauwa­żył.

- Słu­chaj, Rydell, nie chcesz tego wziąć, to nie. Mam wolny dzień, ale przy­je­cha­łem tu, rozu­miesz? Zała­twili cię jacyś hac­ke­rzy, wpu­ści­łeś się i wsze­dłeś za ostro - ja to rozu­miem. Jed­nak stało się, czło­wieku, jest w two­ich aktach i nic wię­cej nie mogę zro­bić. Posłu­chaj. Jeśli przy­słu­żysz się fir­mie, może doj­dzie to do tych w Sin­ga­pu­rze.

- Her­nan­dez...

- Mam wolny dzień...

- Czło­wieku, ja nie mam poję­cia o znaj­dy­wa­niu ludzi!

- Umiesz jeź­dzić. Tylko tego chcą. Żebyś jeź­dził. Będziesz woził tro­pi­ciela, rozu­miesz? On ma kło­poty z nogą i nie może pro­wa­dzić. Ponadto to deli­katna sprawa. Wymaga sprytu. Powie­dzia­łem im, że moim zda­niem nadasz się. Tak zro­bi­łem. Powie­dzia­łem im.

Nale­żący do Moniki egzem­plarz "People" leżał na kana­pie, otwarty na arty­kule o Gudrun Weaver, tej aktorce po czter­dzie­stce, która wła­śnie odna­la­zła Pana dzięki Wie­leb­nemu Fal­lo­nowi, w samą porę, żeby zna­leźć się w "People". Cało­stro­ni­cowe zdję­cie uka­zy­wało ją na kana­pie w salo­niku, spo­glą­da­jącą z zachwy­tem na ścianę moni­to­rów poka­zu­ją­cych ten sam stary film.

Rydell zoba­czył sie­bie na futo­nie z Futon Mouth, gapią­cego się na te pona­kle­jane sto­krotki i nalepki na zde­rzaki.

- Czy to legalne?

Her­nan­dez klep­nął się w sza­ro­nie­bie­skie udo. Odgłos przy­po­mi­nał huk strzału.

- Legalne? Mówimy o Inten­Se­cure Cor­po­ra­tion. Mówimy o strasz­nym gów­nie. Pró­buję ci pomóc, czło­wieku. Myślisz, że pro­sił­bym cię, żebyś zro­bił coś nie­le­gal­nego?

- Tylko co mam robić, Her­nan­dez? Po pro­stu poje­chać tam i jeź­dzić?

- Pie­przone pięć z plu­sem! Jeź­dzić! Jeśli pan War­baby powie: jedź, to poje­dziesz.

- Kto?

- War­baby. Lucius War­baby.

Rydell pod­niósł "People" Moniki i zna­lazł zdję­cie Gudrun Weaver oraz Wie­leb­nego Wayne'a Fal­lona. Gudrun Weaver wyglą­dała jak aktorka po czter­dzie­stce. Fal­lon wyglą­dał jak opos z implan­tami wło­sów i smo­kin­giem za dzie­sięć tysięcy dola­rów.

- Ten War­baby, Berry, sie­dzi na samej górze tego gówna. Jest pie­przoną gwiazdą, czło­wieku. Ina­czej by go nie wyna­jęli. Jeśli to weź­miesz, nauczysz się cze­goś. Jesteś jesz­cze młody. Możesz się cze­goś nauczyć.

Rydell rzu­cił "People" na kanapę.

- Kogo chcą zna­leźć?

- Zło­dzieja hote­lo­wego. Ktoś coś ukradł. My zabez­pie­czamy ten hotel. Tym z Sin­ga­puru, czło­wieku, naprawdę na tym zależy. Tyle wiem.

***

Rydell stał w cie­płym cie­niu par­kingu, spo­glą­da­jąc na lśniące głę­bie rucho­mego wodo­spadu na masce Sne­akera nale­żą­cego do córki Her­nan­deza, na mgłę uno­szącą się wśród zie­lo­nych gałęzi dżun­gli. Kie­dyś widział Har­leya poma­lo­wa­nego tak, że wszystko, co nie było potrój­nie chro­mo­wane, roiło się od owa­dów natu­ral­nej wiel­ko­ści. Skor­pio­nów, sto­nóg, wszyst­kiego, co chcesz.

- Widzisz - powie­dział Her­nan­dez - widzisz tu tę smugę? To ma być jakiś pie­przony leni­wiec, czło­wieku. Taki lemur, wiesz? Fabryczna gwa­ran­cja.

- Kiedy mam jechać?

- Dam ci ten numer - odparł Her­nan­dez, wrę­cza­jąc mu świ­stek żół­tego papieru. - Zadzwoń do nich.

- Dzięki.

- Hej, chciał­bym, żeby dobrze ci poszło. Naprawdę. Chciał­bym.

Dotknął maski Sne­akera.

- Spójrz na to gówno. Pie­przona fabryczna gwa­ran­cja.

8. Naza­jutrz

8

Naza­jutrz

Che­vette śniła, że pędzi Fol­so­mem, a silny boczny wiatr grozi zepchnię­ciem na lewy pas. Skrę­ciła w lewo, w Sixth, dostała wiatr w plecy, prze­je­chała na czer­wo­nym przy skrzy­żo­wa­niu Howard i Mis­sion, zła­pała zie­lone przy Mar­ket, nadep­nęła na hamulce i prze­cięła oba pasma.

Mocno przy­gięta nad kie­row­nicą, poje­chała po Tay­lor ku Nob.

- Tym razem to zro­bię - powie­działa.

Peda­łu­jąc zacie­kle, czu­jąc na ple­cach silną dłoń wia­tru, wzy­wana czy­stym nie­bem nad szczy­tem wzgó­rza, prze­rzuca kciu­kiem bieg na jakąś wielką zębatkę - za dużą w sto­sunku do ramy jej roweru, za dużą do jakiej­kol­wiek ramy - czuje, jak lśniące zęby zaska­kują, zwal­nia tempo do mia­ro­wego dep­ta­nia - i nagle zaczyna tra­cić szyb­kość.

Staje na peda­łach i zaczyna dusić, wrzesz­cząc, z falą kwasu mle­ko­wego roz­le­wa­jącą się po żyłach. Wjeż­dża na szczyt, pod­nosi...

Kolo­rowe świa­tło wpada do pokoju Skin­nera przez kli­no­wate barwne płytki okrą­głego okna. Wto­rek rano.

Dwa naj­mniej­sze frag­menty okna wypa­dły; otwory zatkano kawał­kami szmat, rzu­ca­ją­cymi cie­nie na wystrzę­pioną żółtą ścianę "Natio­nal Geo­gra­phics". Skin­ner sie­dział na łóżku w sta­rej kra­cia­stej koszuli, z kocem i śpi­wo­rem pod­cią­gnię­tymi pod brodę. Jego łóż­kiem były ośmio­pa­ne­lowe dębowe drzwi na czte­rech zardze­wia­łych koł­pa­kach Volks­wa­gena, nakryte pian­ko­wym mate­ra­cem. Che­vette spała na pod­ło­dze, na węż­szym kawałku pianki, który co rano zwi­jała i cho­wała za długą drew­nianą skrzy­nią pełną naoli­wio­nych narzę­dzi. Cza­sem zapach smaru czuła nawet we śnie, ale to jej nie prze­szka­dzało.

Wysta­wiła jedną rękę na listo­pa­dowy chłód i zgar­nęła swe­ter z sie­dze­nia zachla­pa­nego farbą stołka. Wcią­gnęła swe­ter do śpi­wora i wci­snęła się weń, obcią­ga­jąc go do kolan. Kiedy wstała, się­gał jej do połowy łydek, a dekolt miał tak roz­cią­gnięty, że co chwilę musiała nasu­wać go z powro­tem na ramię. Skin­ner nic nie powie­dział; w ogóle rzadko się odzy­wał.

Prze­tarła oczy, pode­szła do zamo­co­wa­nej na ścia­nie dra­binki i weszła na pięć pierw­szych szcze­bel­ków, po czym odsu­nęła zasuwkę klapy na dach, nawet na nią nie patrząc. Teraz wycho­dziła na górę nie­mal każ­dego ranka, zaczy­na­jąc dzień od wody, a potem mia­sta. Jeżeli nie padało lub nie było zbyt mgli­sto, bo wtedy była jej kolej napom­po­wać poma­lo­wany na czer­wono zbior­nik Cole­mana, podobny do minia­tu­ro­wej łodzi pod­wod­nej. W pogodne dni robił to Skin­ner, ale kiedy padało, prze­waż­nie nie wycho­dził z łóżka. Mówił, że wil­goć wcho­dzi mu w bio­dro.

Wygra­mo­liła się przez kwa­dra­towy otwór i sia­dła na jego skraju, zwie­sza­jąc nogi do środka. Słońce usi­ło­wało wypa­lić srebrną sza­rość. W upalne dni roz­grze­wało smołę na pła­skim pro­sto­ką­cie dachu, tak że czuło się jej zapach.

Skin­ner poka­zał jej zdję­cia dzio­ba­ków La Brea w "Natio­nal Geo­gra­phics", wiel­kich, smut­nych, wiecz­nie zmie­rza­ją­cych gdzieś zwie­rząt, które dawno temu ode­szły z L.A. Wła­śnie tym była smoła, asfalt, nie tylko czymś, co wyra­biano gdzieś w fabryce. Lubił wie­dzieć, skąd się biorą rze­czy.

Jego kurtka, ta, którą zawsze nosiła, pocho­dziła od D. Lewisa przy Great Por­t­land Street. To było w Lon­dy­nie. Skin­ner lubił mapy. Nie­które zeszyty "Natio­nal Geo­gra­phics" miały w środku mapy i wszyst­kie kraje były na nich wiel­kimi, poje­dyn­czymi pla­mami koloru, od końca do końca. I nie było ich aż tak wiele. Były kraje wiel­kie jak żadne inne: Kanada, ZSSR, Bra­zy­lia. Teraz na ich miej­scu było mnó­stwo małych. Skin­ner mówił, że Ame­ryka poszła tą samą drogą, nie przy­zna­jąc się do tego. Nawet Kali­for­nia była kie­dyś jed­nym wiel­kim sta­nem.

Dach Skin­nera mie­rzył osiem­na­ście stóp na dwa­na­ście. Wyda­wał się jakby mniej­szy od pokoju pod nim, mimo że pod ścia­nami aż po sufit leżały rze­czy Skin­nera. Na dachu nie było nic oprócz zardze­wia­łego meta­lo­wego wózka, dzie­cię­cej zabawki, z uło­żo­nymi w nim kil­koma rol­kami wybla­kłej papy.

Spoj­rzała za trzy wieże-filary, w kie­runku Tre­asure Island. Uno­sił się nad nią dym z ogni­ska na brzegu, w miej­scu, gdzie niski most, spo­wity mgłą, wybie­gał do Oakland. Na naj­dal­szym dźwi­ga­rze umiesz­czono rodzaj kopuły, wyglą­da­ją­cej jak psz­czeli pla­ster z lśnią­cej mie­dzi, ale Skin­ner powie­dział, że to tylko Mylar, poło­żony pły­tami dwa na dwa. Mieli tam łącze, coś, przez co roz­ma­wiali z sate­li­tami. Pew­nego dnia zamie­rzała pójść tam i je zoba­czyć.

Obok prze­le­ciała szara mewa, na pozio­mie jej oczu.

Mia­sto wyglą­dało tak samo jak zawsze, wzgó­rza jak śpiące zwie­rzęta za wie­żami biu­row­ców, które znała na pamięć. Powinna stąd dostrzec ten hotel.

Poprzed­nia noc zła­pała ją za kark.

Nie mogła uwie­rzyć, że to zro­biła, że była taka głu­pia. Fute­rał, który wycią­gnęła z kie­szeni temu pata­fia­nowi, tkwił w kurtce Skin­nera, na żela­znym wie­szaku w kształ­cie głowy sło­nia. W środku nie było nic prócz pary oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych, wyglą­da­ją­cych na dro­gie, ale tak ciem­nych, że zeszłej nocy nic nie mogła przez nie dostrzec. Plat­fusy z ochrony zeska­no­wali jej odznakę, kiedy wcho­dziła; jak dla nich, wcale nie opu­ściła hotelu. Ich kom­pu­ter w końcu zacznie jej szu­kać. Gdyby pytali w Allied, powie im, że zapo­mniała się odmel­do­wać po dorę­cze­niu prze­syłki i zje­chała na dół służ­bową windą. Nie była na żad­nym przy­ję­ciu, a kto ją tam widział? Ten dupek. I może zorien­to­wał się, że to ona buch­nęła mu bryle. Może to poczuł. Może przy­po­mniał sobie, kiedy wytrzeź­wiał.

Skin­ner zawo­łał, że jest kawa, ale skoń­czyły się jajka. Che­vette zsu­nęła się z kra­wę­dzi i wśli­zgnęła do środka, chwy­ta­jąc za naj­wyż­szy szcze­be­lek dra­binki.

- Jeśli je chcesz, musisz przy­nieść - rzekł Skin­ner, spo­glą­da­jąc znad Cole­mana.

- Star­czy mi kawa.

Nacią­gnęła parę czar­nych baweł­nia­nych leg­gin­sów i wło­żyła spor­towe buty, nie faty­gu­jąc się wią­za­niem sznu­ro­wa­deł. Pod­nio­sła klapę w pod­ło­dze i prze­szła przez nią, wciąż mar­twiąc się tym dup­kiem, jego oku­la­rami, swoją pracą. W dół po dzie­się­ciu sta­lo­wych schod­kach z boku sta­rego dźwigu. Kosz cze­kał na nią tam, gdzie go zosta­wiła, wra­ca­jąc. Rower przy­pięty do dźwi­gara, obok pary gło­śni­ków Radio Shack dla więk­szego wra­że­nia. Weszła do się­ga­ją­cego jej po pas kosza z żół­tego pla­stiku i naci­snęła przy­cisk.

Sil­nik zasko­wy­czał i wiel­ko­zęby koło­wrót na samym dole zaczął opusz­czać ją po stro­miź­nie. Skin­ner nazy­wał ten kosz swoją kolejką linową. Jed­nak nie on ją zbu­do­wał; skon­stru­ował ją dla niego pewien czar­no­skóry gość nazwi­skiem Fon­ta­ine, kiedy Skin­ner zaczął mieć kło­poty z wcho­dze­niem. Fon­ta­ine miesz­kał po stro­nie Oakland z kil­koma kobie­tami i chmarą dzieci. Kon­ser­wo­wał więk­szość urzą­dzeń elek­trycz­nych na moście. Co jakiś czas poja­wiał się w swoim dłu­gim twe­edo­wym płasz­czu, z tor­bami na narzę­dzia w obu rękach, aby spraw­dzić i prze­sma­ro­wać windę. Che­vette miała jego numer, pod który powinna zadzwo­nić, gdyby winda kie­dyś się zepsuła, ale to jesz­cze się nie zda­rzyło.

Kosz zady­go­tał, opa­da­jąc na dno. Wygra­mo­liła się na drew­niany podest i poszła wzdłuż ściany z napię­tego mlecz­nego pla­stiku, za któ­rym były halo­ge­nowe cie­nie roślin i bul­got hydro­po­niki. Skrę­ciła za róg i zeszła po scho­dach w gwar i poranną krzą­ta­ninę mostu. Nigel pod­szedł do niej z jed­nym ze swych wóz­ków, nowiut­kim. Reali­zo­wał dostawę.

- 'Vette - rzekł z sze­ro­kim głu­pa­wym uśmie­chem. Tak ją nazy­wał.

- Widzia­łeś kobietę od jajek?

- Po stro­nie mia­sta - odparł, co zawsze ozna­czało S.F., nato­miast na Oakland zawsze mówiono 'Land. - Dobry, nie? - Z dumą kon­struk­tora wska­zał na swój wózek. Che­vette zoba­czyła ramę z pra­so­wa­nego alu­mi­nium, taj­wań­skie pia­sty i koła wzmoc­nione gru­bymi nowymi szpry­chami. Nigel napra­wiał sprzęt innym posłań­com z Allied, tym, któ­rzy na­dal jeź­dzili na metalu. Nie spodo­bało mu się, kiedy Che­vette prze­sia­dła się na papie­rową ramę. Teraz pochy­liła się i prze­su­nęła kciu­kiem po szcze­gól­nie gład­kiej rurze.

- Dobry.

- Ta japońsz­czy­zna już roz­la­mi­no­wała się pod tobą?

- Wcale nie.

- Zrobi to. Naci­śniesz za mocno, pęk­nie jak szkło.

- Wtedy do cie­bie przyjdę.

Nigel z poli­to­wa­niem potrzą­snął głową. Wybla­kły drew­niany spła­wik, zwi­sa­jący mu z lewego ucha, zadrgał i zawi­ro­wał.

- Wtedy będzie za późno.

Popchnął swój wózek w kie­runku Oakland.

Che­vette zna­la­zła kobietę od jajek i kupiła trzy, cha­rak­te­ry­stycz­nie okrę­cone sze­ro­kimi źdźbłami suchej trawy. Czary. Wyglą­dały tak ład­nie, że żal było je odwi­jać, a potem nie dało się ich ponow­nie zawi­nąć ani dojść do tego, jak to zro­bić. Kobieta wzięła od niej pią­taka i wrzu­ciła go do małego woreczka zawie­szo­nego na chu­dej jasz­czur­czej szyi. Nie miała ani jed­nego zęba, a jej twarz była gniaz­dem zmarsz­czek zbie­ga­ją­cych się przy wil­got­nej szcze­li­nie ust.

Skin­ner sie­dział przy stole, kiedy wró­ciła. Raczej była to półka niż stół. Pił kawę z pogię­tej sta­lo­wej zakrętki ter­mosu. Jeśli się tak weszło i go zoba­czyło, nie od razu można było zauwa­żyć, jaki jest stary; był tylko wielki - ręce, ramiona, wszyst­kie kości miał po pro­stu wiel­kie. Siwe włosy nad czo­łem pokry­tym kolek­cją zbie­ra­nych przez całe życie blizn, szram i pla­mek przy­po­mi­na­ją­cych tatu­aże w miej­scach, gdzie brud dostał się do rany.

Odwi­nęła jajka, nisz­cząc czar han­dlarki, po czym wło­żyła je do pla­sti­ko­wej miski. Skin­ner pod­niósł się z trzesz­czą­cego krze­sła, krzy­wiąc się, gdy opie­rał cię­żar ciała na cho­rej nodze. Podała mu miseczkę, a on odwró­cił się do Cole­mana. Robił jajecz­nicę bez tłusz­czu, tylko na odro­bi­nie wody. Mówił, że nauczył się tego od pew­nego kucha­rza okrę­to­wego. Jajecz­nica wycho­dziła nie­źle, ale trudno było potem domyć patel­nię, co nale­żało do Che­vette. Kiedy wbi­jał jajka, pode­szła do kurtki na wie­szaku i wyjęła fute­rał.

Nie miała poję­cia, z czego jest zro­biony, co ozna­czało, że jest drogi. Jakiś ciem­no­szary mate­riał, jak wkład w ołówku, cienki jak sko­rupka jed­nego z tych jajek, ale pew­nie można by prze­je­chać po nim cię­ża­rówką. Tak jak po jej rowe­rze. Poprzed­niej nocy doszła do tego, jak się go otwiera; palec wska­zu­jący tu, kciuk tam i już. Żad­nego zatrza­sku, żad­nej sprę­żyny. A także żad­nego znaku fir­mo­wego ani numeru patentu. Wnę­trze wyście­lone czymś podob­nym do czar­nego zamszu, ale ugi­na­ją­cym się pod pal­cami jak pianka.

W środku te oku­lary. Wiel­kie i czarne. Tak jak ten Orbi­son na pla­ka­cie przy­cze­pio­nym do ściany u Skin­nera, czarny i biały. Skin­ner powie­dział, że naj­lep­szy spo­sób, żeby na zawsze przy­kleić pla­kat, to użyć zamiast kleju skon­den­so­wa­nego mleka. Takiego z puszki. Już niczego nie sprze­da­wano w pusz­kach, ale Che­vette wie­działa, o co mu cho­dzi, a ten dziwny facet o wiel­kiej twa­rzy zasło­nię­tej czar­nymi oku­la­rami był mocno przy­kle­jony do poma­lo­wa­nej na biało dykty w pokoju Skin­nera.

Wyjęła je z czar­nego zamszu, który natych­miast sprę­ży­ście wygła­dził swoją powierzch­nię.

Nie­po­ko­iły ją. Nie tylko dla­tego, że je ukra­dła, ale za dużo ważyły. Były o wiele za cięż­kie jak na taki dro­biazg, nawet z tymi gru­bymi zausz­ni­kami. Oprawki wyglą­dały tak, jakby wycięto je z kawał­ków gra­fitu. Może tak było, pomy­ślała; wokół papie­ro­wego rdze­nia ramy jej roweru był gra­fit - patent Asahi Engi­ne­ering.

Grze­chot kopy­ści, którą Skin­ner mie­szał jajka.

Zało­żyła oku­lary. Ciem­ność. Gęsta ciem­ność.

- Katha­rine Hep­burn - powie­dział Skin­ner.

Zdjęła je.

- Hm?

- W takich dużych oku­la­rach.

Wzięła zapal­niczkę, którą trzy­mał obok Cole­mana, pstryk­nęła nią i przytrzy­mała przed jed­nym ze szkieł. Nic.

- Do czego one są, do spa­wa­nia?

Nało­żył jej por­cję jajecz­nicy do alu­mi­nio­wej żoł­nier­skiej miski z wybitą datą 1952. Posta­wił obok widelca i kubka z czarną kawą.

Poło­żyła oku­lary na stole.

- Nic nie widać. Tylko ciem­ność.

Przy­su­nęła sobie tabo­ret z klo­no­wego drewna i usia­dła, pod­no­sząc wide­lec. Zabrała się do jajecz­nicy. Skin­ner sie­dział, jedząc swoją i patrząc na Che­vette.

- Sowiec­kie - powie­dział, prze­łknąw­szy łyk kawy.

- Hm?

- Tak robili oku­lary w daw­nych Sowie­tach. Mieli dwie fabryki pro­du­ku­jące oku­lary prze­ciw­sło­neczne - jedna zawsze robiła takie. Rzu­cali je do skle­pów i nikt ich nie kupo­wał - tylko te z dru­giej fabryki. Wszę­dzie leżały ster­tami.

- Fabryka pro­du­ko­wała takie czarne szkła?

- Zwią­zek Sowiecki.

- Byli głupi czy co?

- To nie takie pro­ste... Skąd je masz?

Spoj­rzała na swoją kawę.

- Zna­la­złam.

Pod­nio­sła kubek i upiła łyk.

- Pra­cu­jesz dziś?

Pod­niósł się, wepchnął przód koszuli do dżin­sów z zardze­wiałą klamrą sta­rego skó­rza­nego pasa przy­trzy­my­waną spi­na­czami do papieru.

- Od połu­dnia do pią­tej.

Pod­nio­sła oku­lary i obró­ciła je w pal­cach. Były zbyt cięż­kie jak na taki dro­biazg.

- Muszę tu kogoś ścią­gnąć, żeby spraw­dził zbior­nik paliwa...

- Fon­ta­ine'a?

Nie odpo­wie­dział. Wło­żyła oku­lary w czarny zamsz, zamknęła fute­rał, wstała, zanio­sła naczy­nia do zle­wo­zmy­waka. Spoj­rzała przez ramię na leżący na stole fute­rał.

Lepiej je wyrzucę, pomy­ślała.